top of page
Teruhisa Suzuki.jpg

prawie jednym zdaniem...

wrzesien/pazdziernik 2026

Nie tylko o MUZYCE...

/ ludzie i obyczaje  historia

wrzesień/październik ’26 (28)

Bez prawdy o kobietach z Zieleniaka, nie ma prawdy o powstaniu warszawskim

"Interesowały ich tylko wódka, złote pierścionki i kobiety. Oni nie patrzyli, czy to nauczycielka, żona fabrykanta, czy wiejska dziewczyna pracująca jako pomoc domowa. Wyszarpywali z tłumu ofiary i nie miało znaczenia, że to staruszka, mała dziewczynka czy rodząca kobieta". Rozmowa z Anną Augustyniak, autorką książki "Zieleniak".

 

Ostrzeżenie: tekst zawiera opisy przemocy.

kobiety-w-powstaniu-warszawskim 2.jpg

Magdalena Karst-Adamczyk: „Jak kobieta tylko urodziła, to na nią wchodził jeden, drugi… jeden wchodził, drugi schodził – aż kobieta umarła. Do upadłego gwałcili. Do upadłości" – takie świadectwo Barbary Rowińskiej, cywilki z Ochoty, która przeszła przez Zieleniak, zapisano w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie ma prawdy o powstaniu bez prawdy o Zieleniaku, jednak tragedia Zieleniaka została wygumkowana z historii. Nawet dziś wiele osób nie ma pojęcia o tym, co w sierpniu ’44 wydarzyło się na tym popularnym na Ochocie targowisku, zaś ci, którzy wiedzą – poza grupą oddanych sprawie kobiet – mówią o tym szeptem. Jak dowiedziała się pani o Zieleniaku?

Anna Augustyniak: Historia gwałtów podczas powstania warszawskiego jest całkiem wymazana z polskiej historii. O tym, co działo się na Zieleniaku, często nie wiedzą nawet ludzie, którzy mieszkają przy ulicach otaczających targowisko. Kilku czytelników napisało do mnie, że nigdy o tym nie słyszeli. I że przechodzą tamtędy codziennie, od lat, ale odkąd przeczytali moją książkę o miejscu kaźni kobiet i dziewczynek, inaczej przechodzą przez Zieleniak, bo już wiedzą, że pod tą ziemią jest trauma.

Jako pierwsza wydobyła z niebytu tę historię Sylwia Chutnik, która przeczytała o niej w biuletynie dzielnicowym Ochoty, a potem napisała o tym w książce. Ja zaś dowiedziałam się od Elżbiety Podleśnej, aktywistki, psychoterapeutki, która od kilku lat każdego roku, 4 sierpnia, organizuje czuwania na Zieleniaku. Zaczęłam drążyć temat, szukać informacji. I byłam wstrząśnięta. Ale na początku wcale nie byłam wstrząśnięta grozą tego, co się tam wydarzyło, byłam wstrząśnięta milczeniem.

Tyle książek napisano o powstaniu, temat omawia się już w podstawówce, potem w liceum, co roku upamiętnia się to wydarzenie, godzinę jego wybuchu, a podczas uroczystych obchodów śpiewane są powstańcze piosenki i nagle okazuje się, że jakiś ważny wycinek tej historii został ukryty.

(...)

Zanim opowiemy, co się wydarzyło i dlaczego tę zbrodnię wymazano – a powody wymazania były i polityczne, i społeczne,

i psychologiczne – proszę opowiedzieć, kto to zrobił. Bo to, kim byli kaci, to jest kontekst tej historii i jest on szalenie ważny.

– Byli to nasi „bracia" ze Wschodu, tzw. dywizja RONA, czyli Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa, proniemiecka formacja.

Jak pani napisała w książce: ruscy w niemieckich mundurach.

– RONA to był specyficzny twór. Uciekinierzy z Armii Czerwonej, którzy walczyli przeciwko Sowietom, czyli przeciwko swoim.

Spotkałam się z takim określeniem, że byli to „antyradzieccy Rosjanie".

– Adekwatne. Ale żeby zrozumieć tę historię, trzeba się cofnąć do 1941 roku, kiedy na terenie ZSRR powstała Republika Łokocka. Czy pani to coś mówi?

Niespecjalnie.

– Wehrmacht pozwalał trwać tej republice na okupowanych przez siebie na Wschodzie terenach, bo ludzie, którzy ją tworzyli, walczyli z partyzantką radziecką. To było Niemcom na rękę, więcej ich żołnierzy mogło iść na front. Republika, w której zamieszkiwało pół miliona ludzi, miała swoją dywizję, właśnie RONA, składającą się z żołdaków i oficerów Armii Czerwonej zwolnionych z niemieckiej niewoli. Liczebność pułków doszła nawet do 20 tysięcy. Jednak latem 1943 roku Sowieci ich pokonali. Rozbita armia została wycofana na Białoruś, gdzie wcielono do RONA policjantów, jeńców wojennych i przestępców wypuszczonych z więzień. Potem zostali przerzuceni na Podlasie i dalej w rejon Częstochowy, Jędrzejowa i Miechowa. To tutaj Niemcy ostatecznie sformowali Brygadę Szturmową SS RONA.

W Republice Łokockiej obwiązywał kult wodza, a tym wodzem był Bronisław Kamiński, który marzył, by zostać takim Hitlerem na cały Związek Radziecki. To był kolaborant i watażka, słuchający jedynie rozkazów Heinricha Himmlera, tzw. prawej ręki Hitlera.

Skąd jego polskie nazwisko?

– Kamiński miał ojca Polaka, jego matka zaś pochodziła z rodziny polsko-niemieckiej. Ożenił się też z Polką, jeszcze przed wojną.

Wracając do RONA i do wybuchu powstania warszawskiego… Erich von dem Bach-Zelewski, czyli Niemiec, który dowodził tłumieniem powstania, wezwał na pomoc dywizję ronowców spod Częstochowy. Do Warszawy przerzucono 1700 mężczyzn.

4 sierpnia 44 roku weszli do miasta pod wodzą Bronisława Kamińskiego od strony Okęcia. Dostali jedno zadanie: mordować powstańców.

Żołdacy z RONA świetnie się do wypełnienia niemieckiego rozkazu nadawali, do mordowania byli wprost idealni. Tylko od razu okazało się, że natarcie na barykady ich nie interesuje – zamiast walczyć z AK, woleli plądrować. Szli ulicami Ochoty i ciągnęli puste wózki, worki, torby na łupy, których się spodziewali. Liczyły się tylko zegarki, kosztowności, biżuteria… Potem zobaczyli kobiety.

Dywizję RONA tworzyli najbardziej stereotypowi ruscy wojacy, jakich jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Czyli pijani w sztok i niepohamowani w swojej brutalności. Napisała pani takie zdanie: „Warszawa zgotowała ruskim hulanki i swawole, o jakich nie śnili". Mocne.

– To zdanie jest trochę ironiczne. A trochę nie jest. Ronowcy dostali miasto i jego mieszkańców na tacy. Ludność cywilna była zupełnie bezbronna.

Ironia losu polegała też na tym, że dowództwo powstania, ale także sami powstańcy bardzo liczyli na pomoc ze strony Związku Radzieckiego. I gdy mieszkańcy Ochoty usłyszeli rosyjski język, może nawet przez chwilę poczuli jakiś rodzaj nadziei.

– Może przez chwilę byli zdezorientowani, w końcu nie wiedzieli, czy nie nadchodzą wyzwoliciele. Szybko jednak się okazało, że to wykonawcy hitlerowskich zarządzeń, do tego pijani, zwyrodniali, przerażający nawet samych Niemców. Ludzie przetrwali tyle koszmarnych lat okupacji i naraz zderzyli się z jeszcze większą skalą bestialstwa. Byli wypędzani z mieszkań, z piwnic, wygarniani z podwórek i schronów na ulicę, wszyscy bez wyjątku. Tych, którzy próbowali stawiać opór bądź zbyt wolno się poruszali, zabijano na miejscu, resztę pędzono w jednym kierunku, na Zieleniak.

To, co wydarzyło się na Zieleniaku, co spotkało tam kobiety – młode, stare, a nawet dziewczynki – jest trudne do wyobrażenia. Wiele z nich padło ofiarą bestialskich, zbiorowych gwałtów. Jedna z ocalałych wyznała, że po piętnastym oprawcy przestała liczyć. Narzędziami gwałtów były nie tylko penisy, ale też karabiny, butelki z benzyną, kości zamordowanych. Po gwałtach część kobiet okaleczano, niektóre zabijano. Inne wracały na Zieleniak; były nie do poznania.

– Napisałam wiele artykułów o przemocy wojennej. Wydawało mi się, że już wszystkie brudy świata poznałam, że wiem, czym jest przemoc seksualna. A tu okazało się, że wcale nie. Bo zbierając materiały do książki „Zieleniak", zderzyłam się z taką potwornością i okrucieństwem, z takim złem, że nie umiałam sobie z tym poradzić. I po miesiącach siedzenia w archiwach, czytania relacji, wciąż zastanawiałam się, w jaką formę literacką to wszystko ubrać, jak o tej straszności ludziom opowiedzieć, jak opisać piekło.

Co panią, reporterkę, skłoniło do tego, by włożyć tę historię w ramy powieści historycznej, ale – dodajmy – z jednym bardzo reporterskim rozdziałem?

– Najpierw nosiłam się z pomysłem zrobienia reportażu. Potem napisałam wiersz pt. „Zieleniak", gdzie skondensowałam tę historię. Ale to wciąż nie dawało mi spokoju. No bo kto przeczyta wiersz? To za mało, myślałam. I w końcu zdecydowałam się na powieść historyczną, choć na początku wcale nie miałam pewności, że będę umiała ją napisać. Obawiałam się też, czy nie zatracę niczego z etyki reporterskiej, która przy takim temacie jest szalenie istotna.

Zastanawiałam się, czy powodem nie była niewystarczająca liczba świadectw, dokumentów.

– Przeciwnie, ta zbrodnia jest dobrze udokumentowana. I to nie tylko w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego, ale także w protokołach zbrodni niemieckiej w IPN-ie, gdzie jest sporo relacji, które były zbierane od razu po wojnie, i w ’46, ’47 roku. Jest również Archiwum Instytutu Zachodniego w Poznaniu, którego współzałożycielem był historyk Edward Serwański. Kierował on specjalną grupą badawczą, która zbierała relacje na gorąco, tuż po zakończeniu walk w powstańczej Warszawie. Szukano wtedy w okolicznych miejscowościach ludzi, którzy przeszli przez Zieleniak. Świadkowie opowiadali o zbrodniach zaledwie kilka tygodni po ich przeżyciu.

Zakładam, że pani, jako reporterka, nawet pisząc powieść, podeszła do faktów niezwykle skrupulatnie.

– Większość opisanych sytuacji przeniosłam wiernie z dokumentów i co najwyżej ubrałam w jakiś kontekst. Literackie bohaterki i bohaterowie tej książki odgrywają często role prawdziwych ludzi. Chodzi o to, że pod świadectwami i zeznaniami w archiwach czasem podpisane są osoby z imienia i nazwiska, innym razem są tylko inicjały. Dziś nie jestem w stanie ocenić, czy ktoś chciał się ukryć, czy to osoby, które zbierały świadectwa, je ukrywały. Uznałam też, że nie mam prawa w powieści wykorzystywać nazwisk zgwałconych kobiet. Ale już ich losy są opisane prawie jeden do jednego, choć czasem musiałam jakieś mosty wyobraźni nad tymi białymi plamami budować.

Bardzo zależało mi też na tym, by pokazać Zieleniak przed wojną, to tętniące życiem miejsce handlu i spotkań. Dlatego jako bohaterkę wprowadziłam kucharkę służącą Alicję Piotrowską, która robiła tam prawie codziennie zakupy. Doskonale znała targowisko i umiała się po nim poruszać, w przeciwieństwie do doktorstwa Czosnowskich, dla których pracowała, a którzy nagle razem z nią znaleźli się na bruku i byli tak samo bezradni.

Tym samym pokazała pani też, że na Zieleniaku człowiek tracił swój status społeczny. Biedni i bogaci, wykształceni i analfabeci dzielili ten sam okrutny los. Bo na Zieleniaku o losie człowieka przesądzała płeć, prawda? To kobiety przeżyły największe tortury.

– Ronowców interesowały tylko wódka, złote pierścionki i kobiety. Bogate, biedne, wszystkie… Oni nie patrzyli, czy to nauczycielka, żona fabrykanta, czy wiejska dziewczyna pracująca jako pomoc domowa. Wyszarpywali z tłumu ofiary i nie miało znaczenia, że to staruszka, mała dziewczynka czy… rodząca kobieta. Z wielu relacji wynika, że z jakimś upodobaniem Rosjanie gwałcili kobiety tuż po porodzie, jeszcze przed odcięciem pępowiny. To jest wątek, który ciągle powraca. Myślę, że świadkowie mówili o tym tyle, bo było to dla nich szokujące.

Teren targowiska, jak na kolejny niemiecki obóz koncentracyjny, choć miał służyć jedynie przejściowo, nie był duży – 180 na 300 metrów. Plac otaczał trzymetrowy mur, z główną bramą wjazdową i dwoma furtami bocznymi z budkami dla strażników. Stragany zostały rozebrane, był tylko bruk pod gołym niebem. I w takie miejsce dzień po dniu pędzono tysiące osób. I tysiące gwałcono, od razu tam, na targowisku, pośród tłumu. Te „najładniejsze" kobiety prowadzono do Kamińskiego.

Kobiety robiły, co w ich mocy, by się ukryć. Chowały się pod ciałami mężczyzn i dzieci. Smarowały twarze kałem, aby się oszpecić i zniechęcić oprawców.

– Używały też popiołu z palonych zwłok. A gdy spadł deszcz, smarowały się błotem.

Ale czy koniec końców jakikolwiek kamuflaż okazywał się skuteczny?

– Według świadectw – nie.

Choć cierpienia nie powinno się mierzyć liczbami, zapytamy: czy znamy jakieś liczby?

– Mówi się, że na Zieleniaku zginęło około tysiąca osób. Tylko kto to policzył, gdy trupy masowo palono w szkole obok targowiska na sali gimnastycznej? Z raportów tworzonych w tamtym czasie przez Niemców dotyczących działalności Einsatzkommando na Woli i Ochocie wynika, że między 4 a 13 sierpnia przeszło przez Zieleniak 60 tys. Warszawianek i Warszawiaków. Więc czy ten wspomniany tysiąc zamordowanych to wszystko? Przecież po gwałtach wiele kobiet od razu zabijano, jeszcze więcej konało w mękach przez kolejne godziny.

(...)

W monodramie Agnieszki Przepiórskiej „Ocalone", który jest ważną opowieścią o wydarzeniach z Zieleniaka, pojawia się scena, w której matka nakazuje zgwałconej córce milczeć, nie mówić narzeczonemu o swoich doświadczeniach. A skrzywdzona kobieta ma prawo mówić. Chociaż ma też prawo nie mówić.

(...)

– Kobiety, które przeżyły Zieleniak, spotykały się z potężnym piętnem. Ofiara gwałtu w tradycyjnym, katolickim i patriarchalnym społeczeństwie lat 40. i 50. często czuła się skalana i wręcz współwinna, bo wina katów bywa przenoszona na ofiary, zwłaszcza jeśli chodzi o ofiary przemocy seksualnej. Otoczenie nierzadko reagowało szeptami, odrzuceniem albo udawaniem, że nic się nie stało. Aby móc żyć, wyjść za mąż, wychowywać dzieci i nie oszaleć, te kobiety podejmowały heroiczną walkę o przetrwanie, podejmowały decyzję o całkowitym milczeniu, zabierając swoją historię do grobu. To jest część prawdy. Po tak gigantycznej katastrofie, jaką była II wojna, społeczeństwo musiało szybko odbudować kraj i oczekiwało od tych skrzywdzonych kobiet, że będą przez całe życie uprawiać milczenie. Gdyby zaczęto głośno i publicznie przepracowywać traumę setek tysięcy zgwałconych kobiet, zarówno przez ronowców, jak i wkraczającą później Armię Czerwoną, poziom zbiorowego bólu uniemożliwiłyby normalne funkcjonowanie. Dzięki temu z jednej strony społeczeństwo nie musiało się zderzyć z tą wielką, kobiecą traumą, z drugiej – z poczuciem winy, że nie było dość silne, aby te kobiety obronić. To był efekt czystej społecznej hipokryzji i kolejna krzywda zadana już wcześniej tak bardzo skrzywdzonym.

A na to wszystko nakłada się jeszcze kolejny wątek – kultu powstania jako romantycznego zrywu młodych mężczyzn i chłopców, którzy od strzału w pierś umierali za ojczyznę na barykadach. To piękny i heroiczny obrazek. Jak do tego ma się zgwałcona dziewczynka, zgwałcona służąca czy zgwałcona ciężarna?

(...)

Męskie genitalia są powszechnie wykorzystywaną na wojnie bronią, wobec której kobiety są zupełnie bezbronne. Oczywiście kobiety z Zieleniaka próbowały stawiać opór – matki odważnie ofiarowały siebie za swoje córki, co silniejsze atakowały oprawców, próbowały być heroiczne. Ale ostatecznie wszystkie okazywały się jednakowo bezsilne.

– Bezsilność kobiet wobec męskich oprawców jest wpisana w każdy konflikt wojenny. Podczas II wojny światowej nie miało znaczenia, czy żołnierz nosi na czapce swastykę, czerwoną gwiazdę czy amerykańskie pasy. Kobiece ciało było nagrodą dla bojowników, partyzantów, żołdaków, dla walczących mężczyzn. Napisałam kilka lat temu książkę „Na targu niewolników III Rzeszy", która jest opowieścią o moim ojcu Janie Śliwińskim i rodzinie wywiezionej na roboty przymusowe do Rzeszy. Zostali sprzedani na targu w miejscowości Pforzheim w Badenii-Wirtembergii. Podczas zbierania materiałów do książki i przeglądania archiwów dowiedziałam się, że gdy amerykańscy żołnierze weszli wyzwalać te ziemie w 1945 roku i wypełnili już swoje zadanie, dostali trzy dni na rozrywkę. I co robili w tym czasie właśnie w Pforzheim? Pili i gwałcili. Wszędzie i bez żadnych zahamowań. Gwałcili kobiety wroga – Niemki, ale też robotnice przymusowe, w tym Polki, bo nie odróżniali jednej narodowości od drugiej. Gdy się o tym dowiedział generał Eisenhower, głównodowodzący siłami alianckimi, to wydał rozkaz pociągnięcia sprawców do odpowiedzialności i wielu żołnierzy zostało zastrzelonych w publicznych egzekucjach po to, żeby zatrzymać tę falę. Ale potem, po wojnie na Zachodzie, sprawę przykryto milczeniem, zatuszowano, aby zachować czysty wizerunek aliantów.

(...)

Kobiety na Zieleniaku walczyły w powstaniu swoimi ciałami. Powinniśmy myśleć o nich jak o bohaterkach wojennych?

– Były bohaterkami i walczyły. Walczyły o przetrwanie. I zostały skazane na zapomnienie przez własny naród. Świat musi o nich usłyszeć.    (wyborcza.pl)

kino   

wrzesień/październik ’26 (28)

Rzemiosło teatralne
w Teatrze Polskim w Warszawie

Ich nazwiska nie widnieją na afiszach, a jednak bez nich nie powstałby żaden spektakl. Rzemieślnicy i rzemieślniczki – mistrzowie i mistrzynie w swoim fachu. W Teatrze Polskim w Warszawie, w którym pracownie rzemieślnicze działają od 1913 roku, uważamy, że bez nich nie tylko nie ma spektaklu, ale bez nich nie ma teatru.

Zachęcamy do poznania naszych pracowni teatralnych!

Praca rzemieślników i rzemieślniczek jest nie mniej kreatywna niż aktorów, reżyserów, scenografów… Wymaga precyzji, sumienności, doświadczenia, ale w niemniejszym stopniu także kreatywności, wyobraźni i nierzadko czegoś, co nazywamy „twórczym szaleństwem”.

Teatralne pracownie rzemieślnicze są miejscami, gdzie w sposób szczególny pielęgnuje się tradycję i gdzie nadal jeszcze praktykowany jest mistrzowski system edukacji zawodowej. Adepci, pod czujnym okiem mistrzów, sami stają się z czasem mistrzami.

Kilkoro rzemieślników, z wieloletnim stażem pracy w naszym Teatrze, otrzymało z rąk Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego tytuł honorowy „Mistrz Rzemiosł Artystycznych”, nadawany zasłużonym rzemieślnikom posiadającym znaczny i uznany dorobek artystyczny. Nagroda ta jest wyróżnieniem, stanowiącym zwieńczenie ich dotychczasowych osiągnięć i zasług.

Wielość teatralnych zawodów pokazuje, że teatr bez wątpienia jest sztuką zespołową. Kiedy reżyser z aktorami zaczyna pracę nad tekstem, poszczególne pracownie przystępują do realizacji projektów dekoracji, kostiumów i rekwizytów. Wszystko zaczyna się w pracowni scenograficznej, która wspiera scenografa lub scenografkę w komunikacji ze wszystkimi działami technicznymi.

Projekty kostiumów trafiają do pracowni krawieckich – męskiej i damskiej, pracowni perukarskiej i do pracowni szewskiej. Produkcją elementów dekoracji zajmują się pracownie: ślusarska – gdzie powstają konstrukcje metalowe; stolarska – zajmująca się drewnianymi elementami dekoracji i wykonaniem mebli; malarska, gdzie malowane są takie elementy dekoracji, jak kurtyny i prospekty, a czasem też części kostiumów. W pracowni tapicerskiej powstają wszystkie elementy scenografii z materiału – od obić ścian, przez draperie, kurtyny, po obicia mebli, a nawet materiałowe obicia podłogi scenicznej. Wszystkie elementy kostiumów i dekoracji, których nie mogą wykonać inne pracownie przygotowują modelatorzy – z ich warsztatu wychodzą sprzączki, pierścienie, kielichy, maski, elementy zbroi i mundurów, broń, rekwizyty i rzeźby – z metalu, drewna, materiału, plastiku, papier mâché, ale też wytwarzane na drukarkach 3D.

Pracownie rzemieślnicze wspierane są przez obsługę sceny – pracownię oświetleniową, akustyczną, przez zespół rekwizytorów,  garderobianych i przez liczną grupę montażystów, którzy ustawiają dekoracje na scenie. Żaden spektakl nie odbędzie się też bez inspicjentki/inspicjenta. W naszym teatrze pracują też suflerki.

Kiedy aktorzy z reżyserem przechodzą z sali prób, by kontynuować pracę nad spektaklem na scenie, kolejne elementy scenografii i kostiumów pojawiają się na próbach, by w tygodniu przedpremierowym, w którym odbywają się trzy próby generalne, praca wszystkich działów mogła się złożyć na pełny sceniczny kształt spektaklu... (teatrpolski.waw.pl)

kino   

wrzesień/październik ’26 (28)

WOJNA O „ODYSEJĘ”
– Christopher Nolan między Homerem a współczesnością

STANISŁAW BŁASZCZYNA

Christopher Nolan zabiera nas w podróż po morzach starożytnej Grecji, lecz monumentalną formę eposu wykorzystuje do opowiedzenia przede wszystkim o traumie, winie i powrocie do domu. Jego nowa „Odyseja” jest widowiskiem ambitnym i kolosalnym, a zarazem przeładowanym. Bogowie w niej milczą, potwory przypominają postacie z horroru, a mit staje się poligonem współczesnych sporów

o tożsamość, heroizm i konserwatywny ład. Zamiast jednak pytać jedynie o to, czy film pozostaje wierny Homerowi, warto postawić trudniejsze pytanie: co dzieje się z wielkim mitem, gdy zaczynamy go odczytywać wyłącznie przez ciasne ramy dzisiejszej wojny kulturowej? I co nasza reakcja na ten spektakl mówi o nas samych?

Na wstępie pozwolę sobie na krótką uwagę osobistą. Muszę bowiem przyznać, że w moim odbiorze filmu najważniejsze jest pierwsze zetknięcie z nim – to ono w znacznej mierze decyduje o późniejszej ocenie. Poza tym, będąc w kinie, jestem przede wszystkim widzem, a dopiero później krytykiem filmowym. Pierwszy seans odbieram chyba bardziej trzewiami niż intelektem: najważniejsze jest wówczas to, czy film mnie porusza i oddziałuje na mnie emocjonalnie. Zanim zacznę analizować go bardziej racjonalnie, liczy się właśnie to bezpośrednie wrażenie. Nie można go powtórzyć ani cofnąć – i na tym, jak sądzę, polega jego szczególna wartość.

Po co o tym wszystkim piszę? By już na początku uczciwie powiedzieć, jak zareagowałem na film Nolana, kiedy oglądałem go po raz pierwszy. Przede wszystkim byłem pod wielkim wrażeniem jego formy – mogę powiedzieć, że

matt-damon-odyseja.webp

Bohaterowie się zmieniają – Matt Damon w Odysei Christophera Nolana.

dźwiękowo-wizualna strona obrazu wręcz mnie oszołomiła. Z drugiej jednak strony film pozostawił mnie emocjonalnie dość chłodnym: niewiele było w nim dla mnie prawdziwych wzruszeń. Pod tym względem Nolan do mnie nie dotarł. Na szczęście znalazłem w jego „Odysei” całkiem sporo aspektów, które zaintrygowały mnie intelektualnie – i właśnie o nich jest poniższy tekst.

 Chyba żaden inny aspekt Nolanowej Odysei nie wywołał tylu sporów, co jej stosunek do homeryckiego pierwowzoru. Dyskusja

o filmie bardzo szybko zamieniła się w debatę nad jego wiernością literacką i historyczną, a niekiedy także w ideologiczny spór o to, komu wolno sięgać po dzieła należące do fundamentów zachodniej kultury i jak daleko można się posunąć w ich przekształcaniu. Można było odnieść wrażenie, że dla części widzów Odyseja jest tekstem raz na zawsze ustalonym, którego znaczeń, realiów

i bohaterów należy strzec przed ingerencją współczesnego twórcy. Tyle że już samo pojęcie nienaruszalnego „oryginału” okazuje się w tym przypadku znacznie bardziej problematyczne, niż mogłoby się wydawać.

1.

      Skoro każdy może dziś wyrazić opinię o najnowszym filmie Nolana, to dlaczego jemu samemu tak często odmawia się prawa do zinterpretowania eposu Homera po swojemu, krytykując reżysera za takie, a nie inne podejście do opowieści o Odysie? Ktoś, kto tak czyni, traktuje najwyraźniej tekst tego dzieła, jaki dotrwał do naszych czasów – notabene dostępny w najróżniejszych tłumaczeniach – jako nienaruszalny literacki i kulturowy kanon. Już samo to założenie jest błędne, ponieważ przypisywana Homerowi Odyseja, kiedy około VIII wieku p.n.e. zaczęto ją spisywać, była tylko jedną z wielu wersji opowieści rozwijanej wcześniej w tradycji ustnej. Biorąc to pod uwagę, Odyseja, jaką znamy, jest w znacznie większym stopniu zwierciadłem starożytnej Grecji epoki archaicznej niż epoki brązu, w której osadzono jej akcję. Na dodatek można w niej znaleźć wiele elementów nieprzystających do siebie, a nawet sprzecznych – pochodzących z różnych epok, warstw kulturowych oraz porządków społecznych i politycznych. Choćby z tego względu wszelkie spory o tak zwaną wierność historyczną filmu – zwłaszcza gdy dotyczą artefaktów takich jak uzbrojenie, ubiory, statki czy architektura – wydają mi się w znacznej mierze nieporozumieniem. Bo czy można w ogóle domagać się pełnej wierności historycznej od opowieści utkanej z mitów i kształtowanej przez pokolenia aojdów i rapsodów?

       Zamykając ten dygresyjny wątek: każda epoka i każdy twórca ma prawo do reinterpretowania tekstów kultury, które dzięki swojemu uniwersalizmowi wręcz do tego zapraszają. Najważniejsze opowieści ludzkości powracają przecież do tych samych podstawowych doświadczeń: mówią o kondycji człowieka zderzającego się z siłami od niego potężniejszymi, a mimo to próbującego zachować własną wolność, godność i wpływ na swój los. Są to opowieści o narodzinach, dojrzewaniu, miłości, nadziei, walce, cierpieniu i śmierci. O utracie i powrocie, pamięci i zapomnieniu, wierności i zdradzie. To wszystko jest w Odysei.

       A jednak sam wpadam w pułapkę oczekiwań i porównań z wyobrażeniami wyniesionymi z lektury Odysei – o czym zapewne będzie świadczyć poniższy tekst. Nie ma w tym może zasadniczej sprzeczności: czym innym jest bowiem uznanie prawa twórcy do reinterpretowania pierwowzoru, a czym innym ocena tego, czy jego wizja do nas przemawia. Nie sposób jednak pominąć własnych oczekiwań, jeśli mam uczciwie oddać wrażenia ze spotkania z filmem Nolana i opisać to, co naprawdę o nim myślę.
Tutaj zresztą wyłania się jeszcze jeden problem, którego wcześniej nie przewidziałem. Otóż przed seansem ponownie przeczytałem homerycki epos i przypomniałem sobie jego historyczno-kulturowy kontekst, sądząc, że pomoże mi to lepiej zrozumieć ekranowe dzieło – bardziej je docenić i głębiej w nie wejść. Myliłem się. Gotów jestem teraz stwierdzić, że owa wiedza, wraz z całym balastem oczekiwań, bardziej przeszkodziła mi w odbiorze filmu i związanej z nim refleksji, niż w nich pomogła. I choć podczas seansu dałem się uwieść Nolanowej wizji – monumentalna skala obrazu i jego sensoryczny impet, nagłe uderzenie bodźców wzrokowych

i słuchowych, zrobiły swoje – to ciężar znajomości oryginału nie pozwalał mi później w pełni poddać się filmowi na jego własnych zasadach, a moje myśli podążały już innymi ścieżkami niż te, które wytyczała ekranowa Odyseja. I sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

2.

      Najważniejszą postacią homerowskiej Odysei jest oczywiście Odyseusz, król Itaki, mąż Penelopy, wracający z wojny trojańskiej do domu i mszczący się na tych, którzy pod jego nieobecność zawładnęli jego domem, trwonili majątek i zagrażali jego rodzinie. Jego trwająca dziesięć lat „podróż” stała się synonimem długiej, pełnej przygód, trudności i nieoczekiwanych wydarzeń wędrówki. Słowo „podróż” ujmuję jednak w cudzysłów ponieważ przez większość tego czasu Odys nie był on właściwie w drodze, spędzając go

w towarzystwie pięknych nimf-bogiń: siedem lat przebywał u Kalipso, rok u Kirke, a pod koniec tułaczki gościli go Feakowie

i zauroczona nim córka króla Alkinoosa, Nauzykaa.
Chociaż postać Odysa pojawia się dopiero w pieśni V, to już w pierwszym wersie eposu mowa jest o bohaterze, którego grecki oryginał określa słowem πολύτροπος (polýtropos) – wskazującym na człowieka wielostronnego, obrotnego, przebiegłego

i pomysłowego, zdolnego do stosowania najrozmaitszych wybiegów.

matt-damon-odyseja-rez.-christopher-nolan-recenzja.webp

Heroizm naznaczony traumą – Matt Damon w roli Odyseusza.

       Idąc do kina, byłem ciekaw jaka postać wyłoni się ze współpracy Christophera Nolana z Mattem Damonem – czy ich Odys, obok swoich zalet, zachowa również przywary, które co rusz wpędzały go w kłopoty

i przedłużały jego powrót do domu? Czy film zdoła oddać całą złożoność tej postaci, zachowując coś z homeryckiego „ducha” i takiego rodzaju „męskości”, jaki cenili starożytni Grecy?
Niestety, nic takiego się nie stało. Odys został przez Nolana „przykrojony” do pewnego wzorca bohatera naszych czasów, dostosowanego do współczesnej wrażliwości moralnej – do figury żołnierza naznaczonego traumą wojenną
i poczuciem moralnej winy. W rezultacie widzimy na ekranie postać łatwiej budzącą naszą empatię, ale pozbawioną znacznej części psychologicznej głębi i moralnej złożoności pierwowzoru – innymi słowy: nieco spłaszczoną, wybieloną i umoralnioną. Odys w interpretacji Damona jest cierpiący, zatroskany, pełen lęków i wyrzutów sumienia;

w dużej mierze pozostaje bezwolny, a czasami wręcz letargiczny. Nie jest wprawdzie pozbawiony heroizmu ani tragizmu, lecz w filmie wyrastają one z zupełnie innych źródeł – przede wszystkim na fizycznej odporności

i zdolności przetrwania.

Niewidoczne pozostają również inne jego cechy: wielopostaciowość, skłonność do kłamstwa i manipulacji, pycha, duma, okrucieństwo, impulsywność, a wreszcie uleganie seksualnej pokusie i – przynajmniej 

według naszych dzisiejszych kryteriów – małżeńska niewierność. Aby osiągnąć ten efekt, Nolan rzeczywiście musiał się postarać, świadomie pomijając znaczną część epizodów homeryckiej  Odysei, w których te cechy ujawniają się najwyraźniej. Należy przy tym zaznaczyć, że w czasach Homera oceniano je inaczej niż obecnie. Przebiegłość, umiejętność kłamania, zdobywania przewagi nad przeciwnikiem i dostosowywania się do okoliczności mogły być oznakami wielkości bohatera. Inne jego cechy – pycha, gwałtowność czy okrucieństwo – ukazane są już bardziej niejednoznacznie: pozwalają Odysowi zwyciężać, ale niejednokrotnie sprowadzają też nieszczęście na niego i jego towarzyszy. Również jego związki z Kirke i Kalipso nie podlegały tej samej ocenie co ewentualna niewierność Penelopy. Ostatecznie jednak Odys dopina swego, odzyskując cały swój świat: żonę, syna, dom, majątek, pozycję społeczną i tron. Jego sukces nie polega na moralnej nieskazitelności, lecz na tym, że dzięki inteligencji, wytrzymałości

i bezwzględnej skuteczności potrafi ocalić siebie i odzyskać to, co utracił. Niestety, Nolan w dużej mierze oczyścił ekranowego Odysa z niepokojącej wieloznaczności właściwej jego homeryckiemu pierwowzorowi.

3.

       W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że o ile dostrzegamy uniwersalizm greckiego eposu, o tyle świat archaicznej Grecji zasadniczo różnił się od tego, w którym żyjemy. Kiedy więc Nolan przystosowuje „Odyseję” do współczesnej mentalności

i wrażliwości – to nie tylko pozbawia ją części homeryckiego autentyzmu, ostrości i krwistości, ale także w pewnym sensie zakłamuje ją i wytrzebia. Jak pisała Emily Wilson, autorka jednego z najnowszych tłumaczeń Odysei: „Oszustwo, podżeganie do wojny, seks pozamałżeński, okrucieństwo wobec zwierząt, znęcanie się nad kobietami i pragnienie honoru – wszystko to, całkowicie akceptowalne w świecie Homera – w tej wersji [w filmie Nolana] jest przedstawiane jako bardzo złe.” Wilson dodaje jednak, że sama zmiana systemu wartości nie musi być problemem; staje się nim dopiero wtedy, gdy moralna wizja filmu nie jest wewnętrznie spójna, a motywacje bohaterów przestają być przekonujące – a tak jest w filmie Nolana.
To właśnie tutaj film najwyraźniej wychodzi naprzeciw oczekiwaniom masowego widza – nie tylko przykładając dzisiejsze miary do głównego bohatera, lecz także radykalnie zmieniając cały jego etos. Odys ma już nie tyle fascynować swoją wieloznacznością, ile wzbudzać empatię jako człowiek cierpiący i obciążony poczuciem winy.

       To zupełnie naturalne, że patrzymy na Odyseję Nolana z własnej perspektywy – funkcjonując w takiej, a nie innej rzeczywistości, która nie tylko wpływa na naszą percepcję kultury, ale także tworzy kontekst polityczny, społeczny i etyczny czasów, w jakich przyszło nam żyć. Warto jednak pamiętać, że kontekst ten zmienia się wraz z historyczną epoką i cywilizacyjnymi realiami. Mit trwa właśnie dlatego, że pozwala się reinterpretować, ale nie oznacza to, że każda reinterpretacja pozostawia go nietkniętym. Można przenieść go na naszą glebę, nie usuwając zarazem jego kulturowej obcości, moralnej niejednoznaczności i zasadniczych napięć.

W przeciwnym razie, zwłaszcza gdy poddamy go radykalnej dekonstrukcji, pozostaje z niego jedynie fabularny szkielet, wypełniony treściami należącymi już do zupełnie innego świata.

       To dlatego nie mogę przejść obojętnie obok powtarzających się interpretacji filmu, które wprawdzie znajdują w nim pewne uzasadnienie – o czym za chwilę – ale rozmijają się z wymową i znaczeniem homeryckiego poematu. U Homera bowiem nie ma poczucia schyłkowości, końca cywilizacji, ani nawet determinizmu (o ludzkim losie decydują osobowi bogowie i ludzkie wybory). Europejski katastrofizm zrodził się dopiero z apokaliptycznej wizji człowieka naszej ery; podobnie ślepy mechanizm historyczny to wymysł marksistowski, a nie homerycki.
Wędrowni poeci, którzy przetrwali greckie wieki ciemne, nie śpiewali o ostatecznym upadku ludzkości. Przeciwnie – przenosząc pamięć o dawnych bohaterach przez stulecia kryzysu, udowodnili, że fundament cywilizacji – język, mit, etos – potrafi przetrwać nawet najgłębszą zapaść ustrojową. Ich twórczość była pomostem ku nowej epoce (archaicznej), a nie lamentem nad końcem świata, który co prawda przeminął, ale mógł zostać zastąpiony innym, być może nawet lepszym.

       Tymczasem w filmowej Odysei kilkakrotnie, expressis verbis, mówi się o „końcu cywilizacji”. Słyszymy nawet niefortunną wypowiedź Odyseusza o „końcu epoki brązu” – jak gdyby bohater Homera znał późniejszą kategorię historiograficzną. Dziwię się, że Nolan nie dostrzegł kryjącego się w tym sformułowaniu absudru. Samo zburzenie Troi nie jest tu jedynie lokalnym nieszczęściem, lecz zostaje wpisane w szerszą wizję rozpadu całej cywilizacji. A my jesteśmy pod wrażeniem tego dramatu – co wynika oczywiście

z rzutowania na antyczny mit naszych własnych lęków. Podobnie rzecz ma się z obawą przed „ludami morza”, które – znów błędnie

i nieadekwatnie – wielu widzów utożsamia z problemem napływu imigrantów, z jakim boryka się dzisiejsza Europa. Nolan po raz kolejny wykorzystuje więc realia odległego świata nie tyle po to, by go odtworzyć, ile by opowiedzieć o niepokojach naszej epoki. Co film dzięki temu zyskuje, a co traci – musimy ocenić sami.

4.

      Nie zamierzam tworzyć tutaj katalogu tego, co Christopher Nolan w swojej interpretacji pominął – wyliczać wszystkiego, co u Homera wyraźnie wybrzmiewa, a czego zabrakło na ekranie. Naturalnie, mając do dyspozycji ograniczony czas projekcji, nie sposób było pomieścić całego bogactwa narracyjnego greckiego eposu. Jednak brak pewnych kluczowych wątków homeryckiej Odysei pozbawia film czegoś bardzo istotnego – tego, co pozwalało nam w pełni zrozumieć homeryckiego Odyseusza i poznać jego prawdziwą tożsamość. Wymienię tylko kilka

z tych pominiętych wątków.

        Wspomniałem już, że Nolan niemal całkowicie wyprał swoją filmową opowieść z seksualności – zarówno tej dotyczącej samego Odyseusza, jak i spotkanych przez niego kobiet. U Homera erotyzm jest obecny, choć raczej nieuchwytny – nie znajdziemy u niego obrazowych opisów seksu Odysa z Kalipso i Kirke, choć przecież obie boginie zaciągnęły go do łoża. Pierwsza przetrzymywała go przez długie lata, druga wprawdzie tylko przez rok, ale za to stosując szantaż: nie przywrócę twoim towarzyszom ludzkiej postaci, jeśli nie pójdziesz ze mną do łóżka. Podejrzewam jednak, że nimfy wcale nie musiały Odysa do seksu zbytnio zmuszać, skoro zabawił u nich tak długo. W końcu był pełnokrwistym i – mówiąc dzisiejszym językiem – wręcz pełnotestosteronowym mężczyzną. U Nolana Odys sprawia wręcz wrażenie bohatera aseksualnego.

        Przed seansem byłem ciekaw, jakie ułożą się relacje ekranowego Odyseusza

z kobietami, które spotyka on na swojej drodze. Upierałem się bowiem przy twierdzeniu, że to właśnie one są w opowieści Homera znacznie ważniejsze dla zrozumienia Odysa niż jego spotkania z różnej maści monstrami i osobliwymi stworami.

       Co więc pokazał nam w tej materii Nolan,

a z czego zrezygnował? Co zachował

z homeryckiego pierwowzoru, a co pominął?

       Siedmioletni pobyt Odyseusza na wyspie Kalipso Homer przedstawia jako więzienie, ale można wątpić w to, by nasz bohater cierpiał tam katusze. Zwłaszcza, że Ogygia była wyspą 

charlize-theron-odyseja-3.jpg

Odys i kobieta, z którą spędził siedem długich lat – Charlize Theron jako Kalipso.

rajską – bujną, piękną, ukwieconą i zasobną we wszelakie jadło – a Kalipso naprawdę go kochała. Dopiero po spędzeniu w tych warunkach wielu lat zaczęła mu się dawać we znaki nostalgia. Zatęsknił za domem i żoną, odrzucając nawet pokusę nieśmiertelności, jaką mogła obdarzyć go bogini.
Natomiast w filmie Ogygia jest jakimś straszliwym pustkowiem. Odys i Kalipso koczują w szałasie na plaży pełnej resztek rozbitego statku. Ląd to naga, całkowicie pozbawiona życia pustynia. Nimfę gra wprawdzie posągowa Charlize Theron, ale między tą zjawiskową kobietą a dotkniętym amnezją i ciepiącym on stres pourazowy Odysem nie ma ani grama chemii. Staje się ona dla niego zaledwie – jak ktoś to zresztą trafnie określił – „nieopłacaną” terapeutką, pozwalającą mu faszerować się narkotykami (lotos zapożyczony od nieobecnych w filmie Nolana Lotofagów). Z homeryckiej kochanki i więzicielki pozostaje więc przede wszystkim opiekunka rekonwalescenta.

       Jeszcze dziwniejsze są okoliczności, w jakich ukazany jest krótki pobyt Odysa u Kirke. Tam również nie może być mowy o seksie – dostajemy za to scenę rodem z body-horroru, w której czarownica własnoręcznie zamienia towarzyszy bohatera w świnie. Przy czym określenie „własnoręcznie” należy rozumieć dosłownie: Kirke wręcz fizycznie wydziera z mężczyzn świńską aparycję. Samantha Morton robi, co może, i jest w tym świetna, ale sprawia wrażenie, jakby była wyjęta z zupełnie innego filmu. Jeśli scena ta ma być metaforą tego, że wszyscy mężczyźni to świnie, to jest ona zdecydowanie zbyt dosłowna i… raczej mało odkrywcza.

5.

       Tak naprawdę to chyba najbardziej zabrakło mi w filmie Nolana pobytu Odyseusza na wyspie Feaków – na dworze króla Alkinoosa

i królowej Arete. W dziele Homera epizod ten jest kluczowy, bo to właśnie tam z ust samego Odysa dowiadujemy się o wszystkich jego morskich przygodach – spotkaniach z potworami, dziwnymi kreaturami, syrenami, nimfami… Przyjęty niezwykle gościnnie – przy sutej uczcie i dobrym winie – nasz bohater godzinami snuje opowieści, oczarowując nimi słuchaczy.
Czy są one prawdziwe? Do dzisiaj nie wiadomo – Odys potrafił przecież zmyślać, koloryzować i tworzyć na poczekaniu całe fałszywe biografie. Nie należy się tym jednak zbytnio przejmować, bo w dobrej opowieści od dosłownej prawdy ważniejsze bywają emocjonalna wiarygodność, zawarty w niej sens, wartości i morał. Innymi słowy: to, czy okaże się ona dobrym materiałem na stworzenie wiekopomnego eposu.
U Nolana Odyseusz zwierza się ze wszystkiego Kalipso – zamiast królewskiego dworu mamy szałas, zamiast biesiady narkotyk, zamiast relaksu spięcie, a zamiast porywającej opowieści traumatyczne wyznanie.
Nie muszę chyba dodawać, że w filmie zabrakło również Nauzykai – młodziutkiej córki Alkinoosa i Arete, pięknej, wdzięcznej

i wyraźnie zauroczonej Itakijczykiem. Jej spotkanie z Odysem otacza nawet dyskretna aura możliwego małżeństwa. U Homera Nauzykaa jest jasnym i pełnym świeżości uosobieniem młodej kobiecości, a zarazem kolejnym świadectwem męskiej charyzmy Odysa.

       I wreszcie – nolanowskie spotkanie Odyseusza i jego drużyny z Polifemem, synem Posejdona. To, co się dzieje w jaskini cyklopa, reżyser przedstawia jak typowy survival horror – pozbawiając cały epizod psychologicznej głębi, jaką odnajdujemy w oryginale. Polifem Homera nie jest bowiem wyłącznie jednookim  potworem, ale dość złożoną postacią, niepozbawioną pewnej inteligencji. Przede wszystkim nie jest niemową ani zwierzęciem wydającym z siebie jedynie nieartykułowane dźwięki, lecz wdaje się

z Odyseuszem w ciekawą grę słowną. To właśnie w jej trakcie Itakijczyk używa słynnego wybiegu, który ostatecznie ocala jemu i jego ludziom życie: przedstawia się jako Nikt. Kiedy więc – po upiciu cyklopa winem i wykłuciu mu oka – Polifem wyje z bólu i wzywa na pomoc swoich braci, ci, na pytanie, kto go krzywdzi, słyszą w odpowiedzi: „Nikt”. Skoro zaś nikt nie czyni mu krzywdy, to odchodzą, uznając, że dotknęła go choroba zesłana przez Zeusa – ot, ich braciszek ma po prostu zły dzień.
Na tym jednak nie koniec. Kiedy Odys jest już na morzu, nie potrafi oprzeć się pokusie wykrzyczenia Polifemowi własnego imienia. Ten przejaw pychy, dumy i chełpliwości będzie Odysa i jego załogę drogo kosztował. Cyklop wzywa bowiem Posejdona i rzuca na Odysa klątwę, prosząc ojca, aby jego krzywdziciel nigdy nie powrócił do domu albo dotarł tam późno, samotnie i po utracie wszystkich towarzyszy. To jeden z najważniejszych motywów homeryckiej Odysei. Dzięki niemu rozumiemy, dlaczego tułaczka Odysa po morzach była tak długa i dramatyczna. Epizod ten znakomicie ujawnia również mniej chwalebne cechy jego charakteru: legendarnej przebiegłości i pomysłowości towarzyszą tu próżność, pycha i zgubna potrzeba rozgłosu. Nolan, usuwając zarówno fortel „Nikt”, jak i późniejszą chełpliwość Odysa, pozbawia bohatera obu stron tej samej natury.

       Miałbym jeszcze wiele do powiedzenia na temat tego filmu – o jego obsadzie, muzyce, zdjęciach i aktorstwie; o innych motywach obecnych w Odysei, takich jak choćby koń trojański czy spotkanie z syrenami; o sposobie przedstawienia bogów, wizycie w Hadesie oraz obrazie wojny i przemocy; wreszcie o Penelopie, Telemachu, a nawet o wiernym psie Argosie… Nie chcę jednak zamieniać tego tekstu w sążnisty elaborat i wystawiać na próbę cierpliwości czytelników.

odyseja-rez.-christopher-nolan.webp

Przed starciem z Lajstrygonami – nie ma wojsk niezwyciężonych.

6.

       A jednak na koniec odniosę się jeszcze do pewnych aspektów odbioru filmu Nolana przez współczesną widownię – w kontekście zjawiska, które można nazwać „wojną kulturową”. Jest to o tyle istotne, że najnowsza ekranizacja Odysei sprowokowała dyskusję, jakiej za sprawą kina dawno już w mediach nie widziano.

       Pierwsze potyczki tej wojny miały miejsce na długo przed premierą filmu. Zanim jednak rozgorzały spory o ideologię, front otworzył się na poziomie samej obsady: czarnoskórej Lupity Nyong’o jako Heleny, transpłciowego Elliota Page’a jako Sinona (niektórzy myśleli, że będzie on grał wojowniczego Achillesa, co jeszcze 

bardziej rozsierdziło przeciwników), dwurasowej Zenday’i jako Ateny oraz – już w nieco innym rejestrze – rapera Travisa Scotta jako aojdy (starożytnego barda). Nie wchodziłem w te spory, choćby tylko z prostego powodu, że nie wiedziałem, jak te konkretne wybory reżysera sprawdzą się na ekranie i czy będą miały jakikolwiek wpływ na wizualną, emocjonalną i znaczeniową moc obrazu. Okazało się, że ich wpływ był minimalny, ponieważ wszystkie wymienione postacie pełnią w filmie role marginalne. Mnie samego żadna z tych decyzji obsadowych nie drażniła. Wręcz przeciwnie: spodobała mi się ekspresyjna wyrazistość Nyong’o, intrygująca nieokreśloność Page’a oraz rytmiczna, mocna recytacja Scotta. Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o Zenday’i – Atena w jej wydaniu jest po prostu mdła i nijaka.

      Ciągle czekam, aż kolor skóry przestanie mieć dla nas znaczenie – choć nie wiadomo, czy kiedykolwiek to nastąpi. Zarazem rozumiem powody, dla których nadal wzbudza on emocje, zwłaszcza w kontekście etnicznej tożsamości, kulturowej ciągłości

i historycznej wierności faktom.

        Znacznie bardziej zasadne wydają mi się spory o to, po której stronie znajduje się Odyseja Nolana: prawej czy lewej? Moim zdaniem w filmie tym – jeśli już ktoś uprze się podchodzić do niego ideologicznie – można dostrzec zarówno elementy lewicowe

i liberalne, jak i prawicowe oraz konserwatywne. Najbardziej „lewicowy” jest chyba sposób, w jaki Nolan rewiduje tradycyjny model heroizmu, o czym pisałem wcześniej zatrzymując się przy postaci Odysa. Poniekąd „progresywna” wydaje się nieufność wobec militarnego triumfalizmu, wrażliwość na cierpienie ludności cywilnej i moralne następstwa wojny, a wreszcie uniwersalistyczne

i wieloetniczne podejście do kanonu, które niektórzy mogą uznać za jego dekonstrukcję. Tyle że antywojenność nie jest z natury lewicowa, podobnie jak troska o tradycję nie jest wyłączną własnością prawicy. Poczucie winy nie jest „woke”, tak jak podziw dla dawnych bohaterów nie jest wyłącznie „konserwą”.

       Jeśli chodzi o mnie, więcej w nolanowskiej wizji eposu Homera dostrzegam elementów konserwatywnych niż progresywnych.

W rzeczywistości opiera się ona bowiem na wartościach tradycyjnych, takich jak dom, rodzina, więź małżeńska, ojcostwo, szacunek dla rodziców czy wreszcie odpowiedzialność władcy i respektowanie porządku, którego człowiek sam nie ustanowił.  Zło nie wynika tutaj z niesprawiedliwej struktury społecznej, lecz z naruszenia zobowiązań: gościnności, wierności, lojalności i poszanowania nadrzędnego prawa. Odys nie musi obalać istniejącego porządku, lecz zrozumieć własne przewinienia, odpokutować je i przywrócić dawny ład. Nie dziwię się więc, gdy słyszę, jak ktoś nazywa ten film chrystianizacją pogańskiego eposu – rozumiem bowiem, z czego taka interpretacja wynika, choć sam nie muszę się z nią zgadzać.

       Ostatecznie można więc powiedzieć, że Odyseja Nolana jest liberalna pod względem reprezentacji, konserwatywna w swojej moralnej architekturze i współcześnie humanistyczna w spojrzeniu na wojnę oraz heroizm. Nie chcę jednak rozpatrywać tego filmu wyłącznie w kategoriach ideologicznych. Nie sądzę, by Christopher Nolan był ideologiem – według mnie pozostaje przede wszystkim artystą, obsesjonatem kina, którego twórczość koresponduje ze współczesnością: z jej ideami, przekonaniami, lękami

i oczekiwaniami. Na ile reżyser tym tendencjom sprzyja, a na ile z nimi polemizuje – na ile jedynie do nich się odnosi, pozostawiając widzowi przestrzeń do własnej interpretacji – o to można się spierać.

(https://wizjalokalna.wordpress.com/2026/08/02/odyseja-recenzja-filmu-christophera-nolana)

/ rozmowy   kino   

wrzesień/październik ’26 (28)

Środowisko podważyło zdobycie przez nią szczytu. To wtedy Wanda Rutkiewicz poczuła się zbrukana

KAROLINA OPONOWICZ

Kadr z filkmu  OSTATNIA WYPRAWA

Wanda Rutkiewicz w kadrze z filmu 'Ostatnia wyprawa'. (Fot. Millennium Docs Against Gravity)

Film „Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa", w reżyserii Elizy Kubarskiej, został wybrany Najlepszym Dokumentem podczas gali wręczenia Polskich Nagród Filmowych Orły 2024.

"Musiałam to opowiedzieć. Ja po prostu za dużo już wiem: i jeśli chodzi o biografię Wandy i o to, co sama przeżyłam". Rozmowa z Elizą Kubarską, reżyserką.

Karolina Oponowicz: Wanda Rutkiewicz pojawiła się już w tylu książkach, reportażach, filmach. A jednak zrobiłaś o niej film. Co z jej historii można było jeszcze wyciągnąć?

Eliza Kubarska: Pierwszy raz zrobiłam film o osobie, która jest tak znana.  Ale, co ważniejsze, wokół której nabudowano tyle mitów. Mierzyłam się z wizerunkiem kobiety, o której, zdawałoby się, powiedziano wszystko, nawet więcej niż przystoi. A mnie się cały czas wydawało, że tam jest coś jeszcze.

Szybko stało się dla mnie jasne, że skupię się na dwóch ostatnich latach jej życia. Pewności nabrałam po przeczytaniu książki „Wywiad rzeka z Wandą Rutkiewicz", ostatniego wywiadu, który przeprowadziła z himalaistką Barbara Rusowicz. Dziennikarka ma 20 lat z hakiem, jest trochę przypadkiem wysłana przez wydawcę, nie ma gdzie mieszkać w Warszawie, więc Wanda zaprasza ją do siebie do domu. Mieszka z nią trzy dni i totalnie się otwiera, po raz pierwszy. I tak powstaje najlepsza z książek

o Wandzie. Ostatnia z jej udziałem. Autoryzację przesyła z Nepalu, z wioski Taplejung, a o dalszą opiekę nad tym prosi przyjaciółkę dziennikarkę, przyjaciółkę Ewę Matuszewską.

Jaki to jest moment jej życia?

Jest 1992 rok, ona ma 49 lat. Niedawno wróciła do Polski po zdobyciu Annapurny, ale ciągnie się za nią oskarżenie, że wcale nie weszła na szczyt. Jest wykluczona przez część środowiska. Półtora roku wcześniej podczas wspólnej wyprawy na Broad Peak zginął jej ukochany, Kurt Lyncke-Krüger. Wanda szykuje się do wyprawy na kolejny ośmiotysięcznik, Kanczendzongę.  

Na końcu książki opowiada o swoich uczuciach i to jest bardzo mocne. Widzimy kobietę straszliwie samotną.  Do tego niezrozumianą przez środowisko.

Ewa Matuszewska dużo mi mówiła o tym ostatnim okresie jej życia, kiedy Wanda miała ruszyć na Kanczendzongę. Ewa czuła, że Wanda jest na ścieżce do samozatracenia. Prosiła ją, żeby się zatrzymała. Ale Wanda była jak w amoku. Przed jej wyjazdem pisały razem artykuł — bo Ewa zawsze pomagała w tym Wandzie. Gdy poprosiła o tytuł, Wanda rzuciła: „Coraz większa samotność, coraz większy cień". I Ewa już wiedziała, że to koniec.  

Przed obejrzeniem Twojej „Ostatniej wyprawy" miałam w głowie obraz Wandy jako wielkiej gwiazdy himalaizmu, cieszącej się uznaniem.  Niezbyt szczęśliwej prywatnie, ale górsko spełnionej.

No właśnie. To też było dla mnie ciekawe — dlaczego narracje dwóch środowisk, pozawspinaczkowego i wspinaczkowego, na jej temat są tak różne.

Nie miałam żadnej tezy na temat Wandy. Miałam dwa punkty widzenia. Pierwszy zbudowała mi mama. To były czasy komuny

i biedy, a tu pojawia się taka kobieta: wolna, silna, realizująca swoje marzenia. Mamie bardzo się to podobało i często mi o tej Wandzie opowiadała.

Wanda zaginęła w 1992 roku i trzy lata później ja zaczęłam się wspinać. W którymś momencie zaczęła do mnie docierać narracja na temat Wandy płynąca ze środowiska górskiego. Zupełnie inna niż ta znana z domu.

Że miała trudny charakter, parła ślepo do celu, miała śmierć w oczach?

I że była bardzo wolna, w sensie, że wolno poruszała się po górach. O tym ostatnim słyszałam dużo, natomiast o jej osiągnięciach, także tych alpejskich przed Himalajami, które są wybitne, w środowisku wiele się nie mówiło. To już musiałam sama wyszukać.

Była pierwszą osobą z Polski na Evereście.

I na K2 w 1986. O tym K2 usłyszałam po raz pierwszy od Ewy Matuszewskiej. Kłóciłam się z nią, że to nieprawda, że ja bym to przecież wiedziała. A ona na to: „No właśnie Eliza, dlaczego ty tego nie wiesz?".

Zaczęłam zadawać to pytanie publiczności na spotkaniach - czy ktoś wie, że Wanda była pierwszą osobą z Polski na K2? Prawie nikt. Do dzisiaj nie celebrujemy pierwszego zdobycia tego szczytu przez Polaka. A przecież K2, nawet w świecie niegórskim, jest symbolem. To góra – piramida, najtrudniejszy 8-tysięcznik. Everest – tak. To, że Wanda była na nim jako pierwsza osoba z Polski, trudno było ukryć. Ale K2 nie.

Może dlatego, że okoliczności były, jakie były. Podczas zejścia zginęło małżeństwo Barrard, z którym się wspinała. Wkrótce potem zginęła na K2 trójka Polaków: Tadeusz Piotrowski, Dobrosława Miodowicz – Wolf i Wojciech Wróż.

To prawda. Ona sama za dużo o tym wejściu nie mówiła. Dlatego właśnie, że było jej po ludzku głupio celebrować, gdy tyle tragedii się wydarzyło.

O K2 i ofiarach tzw. Czarnego Lata, a właściwie o ich dzieciach, zrobiłaś fim „K2. Dotknąć nieba". Nie ma w nim Wandy.

Zbieranie materiałów archiwalnych do filmu o tym, co zdarzyło się na K2 w 1986 roku, to pierwszy moment, kiedy Wanda przychodzi do mnie fizycznie, w materiałach archiwalnych. Bo pojawia się tam wszędzie. Bardzo ciekawa postać, ale ja jej nie szukam. Wręcz mi przeszkadza.

Zaczęłam wtedy materiały z nią sobie odkładać. Zrobiłam później dla TVP film „Być kobietą w Himalajach", w którym ona się pojawiła. Potem zabrałam się za „Ścianę cieni". Był rok 2017, pojechałam pod Kanczendzongę, do wioski Szerpów i nagle coś mnie tknęło. Wanda tu była!  Mówię: „Wanda?". A Szerpowie odpowiadają: „Łanda!". I zaczyna się opowieść. Jestem

w totalnym szoku, że ci ludzie po 25 latach ją dokładnie pamiętają! Najlepsze, że okazuje się, że jest tam jej wyprawowa beczka.

Kolejnym krokiem, który zbliżył cię do filmu, to dotarcie do archiwaliów po Wandzie. W tym do jej niesamowitego audiopamiętnika, który stał się kluczowym elementem „Ostatniej wyprawy".  

Za zgodą siostry Wandy, Janiny miałam dostęp do rzeczy ze zlikwidowanego mieszkania Wandy. To jest z jednej strony skarb,

z drugiej przekleństwo. No bo wyobraź sobie ciężarówkę albo wielki pokój pełen rzeczy. Czego tam nie ma. Taśmy 16 mm, ok. 30 rolek, kasety video w różnych formatach, kilka tysięcy slajdów, pisma wyprawowe, całe skoroszyty, listy, w tym od fanów, artykuły. Przejrzenie tego i digitalizacja to jest na parę lat pracy dla kilku osób.

Ale dogrzebałaś się do skarbu.

Znalazłam 30 kaset audio. Taki audiopamiętnik z wyprawy na Kanczendzongę od strony południowej z 1991 roku. Wanda idzie przez Himalaje, trzyma w ręku rekorder i nagrywa. Zaczęłam je przesłuchiwać i najpierw nic w nich nie było: notatki z base campu, rozmowa techniczna z jakimś wspinaczem o przebiegu drogi. Byłam zasmucona, że nic tam nie znajdę. I nagle natknęłam się na treści, które były... po prostu dziwne.

Wanda zaczyna mówić: „Jestem w drodze do poszukiwania czegoś. Wiem, że nie ma dla mnie powrotu. Przyjdzie taki moment, kiedy ze stadium Buddy wędrującego zmienię się w stadium Buddy medytującego, ale to jeszcze nie czas, żeby o tym mówić, dopóki to się nie stanie". I cała ta kaseta jest taka.

Okazuje się, że Wanda, kobieta, która ma około 48 lat, zadaje sobie dużo pytań, zaczyna negować rzeczy, które w życiu robiła. Rozprawia się z tematem macierzyństwa, miłością, relacjami damsko-męskimi. Kiedy odsłuchałam tę kasetę, jako filmowiec wiedziałam, że mam film. A jako człowiek byłam głęboko poruszona.

Wanda Rutkiewicz

Po tej pełnej refleksji wyprawie na Kanczendzongę z 1991 Wanda ruszyła na Annapurnę.  Zdobyła swój kolejny ośmiotysięcznik, ale oskarżono ją o oszustwo. 

Kiedy środowisko podważyło prawdomówność jej słów o zdobyciu szczytu, Wanda poczuła się zbrukana.  Właśnie takich słów użyła. Bardzo dobrze wiem, o czym mówiła.  Ja też się poczułam zbrukana, kiedy część środowiska górskiego podważała wiarygodność moich słów.

Odnosisz się do tego, jak oskarżono ciebie i Davida Kaszlikowskiego, twojego ówczesnego chłopaka, dziś męża o to, że kłamaliście, mówiąc o wytyczeniu drogi wspinaczkowej we fiordach Grenlandii w 2007 roku? 

Tak. Ta koszmarna historia ciągnęła się za nami całe lata. Ostatni wyrok zamykający sprawę, którą wygraliśmy, zapadł w 2021 roku.

Widzisz powtarzalność tego mechanizmu? Dlaczego wam próbowano odebrać to osiągnięcie i dlaczego Wandzie próbowano odebrać Annapurnę?

Ja jestem przypadkiem w tej historii, tu chodziło o Davida. David i Wanda zawsze szli swoją drogą. David zupełnie inaczej niż Wanda, nie porównuję osiągnięć. On był eksplorerem. Jego pierwszy kurs wspinaczkowy to był od razu kurs instruktorski. Pojechał wspinać się w Himalaje, zanim pojechał w Tatry czy w Alpy. Wspiął się na hotel Marriott bez asekuracji. Czyli podążał swoją ścieżką, a jednocześnie się wybijał, robił do tego piękne zdjęcia na naszych wyprawach i je publikował.  A środowisko górskie w Polsce jest bardzo konserwatywne. Wcale nie chodziło o prawdę o naszej drodze na Grenlandii. Jeden ze znajomych słyszał rozmowę naszych oponentów, podczas której padły słowa: „Wdepczemy ich w ziemię".

Wanda lubiła siedzieć w swoim namiocie, przez co niektóre koleżanki uważały, że jest nie okej, bo się z nimi nie kumpluje.

A ona budowała sobie w tym namiocie ołtarzyk, miała muzyczkę, światełka, pisała pamiętnik, czytała książki. Była inna.

Kiedy zbierałaś materiały do filmu o Wandzie i pojawił się temat Annapurny, odezwały się twoje wspomnienia?

Oczywiście. Oskarżenie z Annapurny pojawia się pod koniec października 1991. Ona wraca do Warszawy w listopadzie, nikt już na lotnisku na nią nie czeka. Dwójka przyjaciół przychodzi, żeby jej powiedzieć, że przed nią wylądowała wiadomość, że ona oszukuje, że nie zdobyła tej Annapurny. A Wanda właśnie przeszła południową ścianę jako pierwsza kobieta w historii! Tam powinien stać tłum dziennikarzy. Tymczasem nie ma nikogo. I już się niesie. W marcu wyjeżdża na swoją ostatnią wyprawę, znów na Kanczendzongę, tym razem od strony północnej.

W pewnym momencie Wanda już nie ma partnerów. Nie może znaleźć sponsorów, musi wziąć pożyczkę. My też straciliśmy wszystkich sponsorów i wielu współpracowników. Kiedy zostaliśmy pomówieni o nieuczciwość w górach, to był koniec naszej kariery górskiej. Nikt nie czekał na zbadanie sprawy. Wyrok zapadł.

Zarówno Was, jak i Wandę niezależni eksperci topograficzni oczyścili z zarzutów.

Tak. Ale to zostaje.

Dlatego, zanim doszłam do tematu Annapurny w filmie, długo się szykowałam. Powtarzałam sobie: „To jest historia Wandy, nie twoja. Ty tu jesteś teraz przekaźnikiem". Ale to było bardzo trudne, bo im więcej czytałam, tym bardziej się we mnie kotłowało.

Myślisz, że losy Wandy mogłyby się potoczyć inaczej, gdyby nie to oskarżenie, gdyby nie pojechała po nim tak szybko na Kanczondzogę?

Myślę, że tak. Mój David to bardzo dobrze opisał na podstawie swojego doświadczenia, że Wandzie odebrano wolność decydowania, jak daleko może zaryzykować. Ponieważ kiedy jesteś oskarżony o nieuczciwość w górach i jedziesz na kolejną wyprawę, to nie jedziesz już w neutralnym środowisku, gdzie masz wokół siebie ludzi i dobrą wolę. Nie, ty musisz udowodnić, jak jesteś w tych górach dobry i skuteczny, za wszelką cenę.

W twoim filmie o Rutkiewicz widzimy osobę, która wyprzedziła swoją epokę.  Dowiadujemy się na przykład, że mówiła biegle w trzech językach. Miała menedżerkę, zarabiała na wyprawy, wygłaszając prelekcje. Jako bodaj pierwsza

w środowisku zaczęła myśleć o swoim wizerunku, dziś powiedzielibyśmy o PR-ze. Pewnie stąd ten charakterystyczny żółty kombinezon.

Powiedziała, że chce być rozpoznawalna. I była. A to drażniło wszystkich.

Po zdobyciu Everestu z dnia na dzień zrobiła się sławna. Jest takie nagranie, gdzie mówi: „Mężczyźni nie są przyzwyczajeni do kobiety – partnera. Boją się, że wskoczę im na plecy i ich kosztem osiągnę sławę".

A przecież nikomu nie wskakiwała na plecy. Sławę zdobywała dlatego,

że była jedna, a ich było dwudziestu.

Do tego pięknie wyglądała, pięknie się wysławiała. Wiadomo, że dziennikarze zawsze szli do niej, a nie do nich.

A wiesz, co powiedział Aleksander Lwow [himalaista – przyp. red.] o tym, co by było, gdyby Wanda żyła? „Byłaby Wanda,

a dopiero potem Wielicki i pozostali". W swoich czasach była nawet konkurencją dla Messnera.

Jeszcze jedna charakterystyczna rzecz. Nasi lodowi wojownicy raczej nie trenowali przed wyprawami w góry. Nie pamiętam żadnego obrazka polskiego alpinisty z tamtych czasów, który robi pompki, biega. A ona owszem.

Wanda miała background sportowca. Grała zawodniczo w siatkówkę, była w kadrze narodowej. Miała to w genach. Wystarczy popatrzeć na przedramię i na ramię Wandy. Udało mi się znaleźć takie zdjęcia, gdzie widać jej mięśnie. Robią wrażenie.

W Katmandu spotkałam właściciela agencji Asian Trekking, która obsługiwała Wandę i polskich wspinaczy. Opowiedział mi, że ona po każdej wyprawie zostawiała u nich w bazie sprzęt na kolejną, żeby go nie wozić. Ponieważ Wanda była większa od nich, zawsze dawali jej wysoką półkę. Brała bardzo ciężką torbę, podnosiła ją dwoma rękami i bez trudu wkładała na górę.

I lubiła wygrywać.

Działała strategicznie, jak sportowiec, a w sporcie liczy się, kto jest pierwszy. To nie przypadek, że była pierwsza na niektórych szczytach. Może jak kobieta jest pierwsza, to według niektórych nie wypada. W liście do Marion Feik, swojej menedżerki napisała: „Ja mam osiem tysięczników i Krzysztof [Wielicki] ma osiem ośmiotysięczników, może to jest coś, co zniszczyło naszą przyjaźń".

Czy oprócz Annapurny były jakieś inne zarzuty pod jej adresem?

Odezwał się do mnie na Facebooku pan, który podobno znał Wandę. Zapytał, dlaczego robię film o tak kontrowersyjnej osobie, która zostawiała partnerów w górach. Odpisałam w prywatnej wiadomości, że proszę o szczegóły. Pan napisał, że zna takie osoby, ale faktów żadnych nie podał i dodał, że Rutkiewicz nie była żadną niezwykłą kobietą i że ja się zagalopowałam, bo robię o niej film.  Ale ja to sprawdzałam i nie znalazłam sytuacji, w której Wanda zostawiłaby swojego partnera w górach.

Wręcz przeciwnie. To ją zostawiano. Kiedy zginęła koleżanka Wandy w Himalajach i nie byli w stanie pochować ciała, Wanda wróciła tam po 3 latach. Z dwójką kolegów na zmianę nieśli jej ciało w plecaku, żeby tę dziewczynę zanieść do miejsca pochówku.   Tak samo, gdy Halina Kruger - Syrokomska zmarła na wyprawie, to Wanda zorganizowała akcję, żeby ciało znieść do bazy. To była bardzo niebezpieczna akcja, bo ciała się generalnie nie sprowadza, dla niej było to ważne, żeby rodzina Haliny mogła kiedyś odwiedzić jej grób.

Nic dziwnego, że czuła się samotna.

Czasem mam wrażenie, że ktoś naprawdę dbał to, żeby narracja wokół Wandy wyglądała tak, jak wyglądała.  I że część środowiska górskiego podtrzymywała opinię, że to postać kontrowersyjna. Może mój film może to zmienić? Nie za moją sprawą, ale przez to, że dałam Wandzie głos.  Tam mówi Wanda, którą znalazłam. Wanda bardzo aktualna.

Musiałam jej historię opowiedzieć.  Ja po prostu za dużo już wiem: i jeśli chodzi o biografię Wandy i o to, co sama przeżyłam. To nie jest tak, że ja się domyślam, co czuła w danym momencie ta kobieta. Ja doskonale wiem, co ona czuła. Dzięki jej pamiętnikom i notatkom miałam dostęp do jej myśli.

Miałam nawet kiedyś taki sen, że zastanawiam się, jak ona by na ten film zareagowała. Wanda się do mnie w tym śnie uśmiechnęła.

W filmie jest motyw szukania śladów Wandy w klasztorach buddyjskich. To świetny pomysł fabularny. Bo chyba serio nie wierzyłaś w to, że ją tam znajdziesz?

Wierzyłam.  Jej mama uważała, że Wanda żyje, że schowała się w klasztorze buddyjskim, żeby przeczekać ten zły czas, kiedy źli ludzie jej dokuczają. A to, że niektórzy zaszywają się w klasztorach, jest do sprawdzenia. W buddyjskich klasztorach sama widziałam białe mniszki.

Jakbym chciała, mogłabym to budować dalej, bo mam dużo informacji. Tylko ludzie by mi nie uwierzyli. Na przykład jedna

z roboczych wersji filmu zaczynała się sceną, w której trzy mniszki z  klasztoru wysoko przy granicy z Tybetem rozpoznają Wandę.

Ewa Panejko- Pankiewicz, która wspinała się z Wandą na południową ścianie Kanczendzongi rok przed jej zaginięciem, powiedziała mi, że Wanda zostawiła depozyt w postaci namiotu i jedzenia na wysokości ponad 7000 m. „Wanda miała doskonałą orientację w terenie, na pewno by to znalazła, gdyby chciała". Oglądałam mapę Kanczendzongi z Messnerem. Pokazał mi przełęcz, którą ona mogłaby zejść z Kanczendzongi do Sikkimu – indyjskiego królestwa.

To jest niemal niemożliwe. No ale ciała nie ma.

Wiem, że do Izby Pamięci Kukuczki w Istebnej przyszła dwójka turystów, którzy widzieli kobietę podobną do Wandy

w klasztorze w Tybecie. Mam też nagraną opowieść Ewy Matuszkiewicz, o tym, jak jakiś czas po zaginięciu Wandy w nocy zadzwonił do niej telefon. „Ewunia?", usłyszała w słuchawce. „Wanda, gdzie ty jesteś, martwiliśmy się o ciebie, dlaczego ty się nie odzywasz?", „No przepraszam, nie mogłam wcześniej. Słuchaj, wszystko jest dobrze, tylko trochę mi zimno w tym klasztorze buddyjskim". Ewa poszła spać. Rano pomyślała: „Ale miałam sen", ale zobaczyła, że słuchawka telefonu nie jest na aparacie, tylko leży na stole.

Nie ma tego w filmie.

Ta scena nie weszła z tego samego powodu co ta z mniszkami. A ja bardzo bym chciała, żeby ona schowała się w tym klasztorze. Boże, jaka ja bym była szczęśliwa, jakby ona to zrobiła!

Po pokazach filmu są ludzie, którzy bardzo dociekają, czy ją znalazłam.  Jak ktoś nie chce odpuścić,  to odpowiadam — i taka jest prawda — że nawet jakbym ją znalazła, to przecież i tak nie mogłabym o tym powiedzieć. W pewnym momencie zadałam sobie to pytanie: co ja zrobię, jak ją znajdę. Jeżeli ktoś przez 30 lat wykonał taki wysiłek, żeby się ukrywać, to czy ktokolwiek ma prawo, żeby to zdemaskować? No nie, absolutnie nie.    (wysokie obcasy)

/ literatura      

wrzesień/październik ’26 (28)

“Maszyny do pisania powieści” a prawa autorskie...

LAURA BEERS / Aneta Zalewska

Sprzedawane są tysiące książek napisanych, zredagowanych lub „wygładzonych” przez sztuczną inteligencję... To niepokojące echo orwellowskich „maszyn do pisania powieści”.

Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy otrzymam skromny czek jako członkini grupy objętej ugodą w sprawie zbiorowej “Bartz przeciwko Anthropic”.

W 2025 roku firma Anthropic, zajmująca się sztuczną inteligencją i znana przede wszystkim ze stworzenia chatbota Claude, zgodziła się wypłacić łącznie do 1,5 miliarda dolarów tysiącom autorów, po tym jak sąd orzekł, że firma naruszyła ich prawa autorskie.

Gdy po raz pierwszy usłyszałam o tej ugodzie, sądziłam, że firmie Anthropic zależało przede wszystkim na tym, by Claude nauczył się czegoś o bohaterce mojej skradzionej pracy – Ellen Wilkinson, byłej działaczce socjalistycznej, brytyjskiej polityczce z ramienia Partii Pracy i feministce.

Początkowo nie przyszło mi do głowy, że Claude może również uczyć się tego, jak ja – Laura Beers, historyczka polityki – konstruuję zdania i przenoszę swój autorski głos na papier.

Istnieje jednak coraz więcej dowodów na to, że chatboty takie jak Claude można trenować nie tylko do powielania treści stworzonych przez autora, ale także do naśladowania jego stylu i głosu. W marcu 2026 roku dziennikarka Julia Angwin złożyła pozew zbiorowy przeciwko właścicielom Grammarly, zarzucając firmie bezprawne wykorzystanie tożsamości jej oraz innych pisarzy do stworzenia narzędzia AI o nazwie „Expert Review”. Narzędzie to oferuje udzielanie wskazówek redakcyjnych głosem różnych autorów – zarówno żyjących, jak i nieżyjących.

Fakt, że maszyna może wykorzystywać moje teksty nie tylko do zdobywania wiedzy na dany temat, ale także do analizy i ostatecznego naśladowania mojego autorskiego głosu, wskazuje na przyszłość, którą George Orwell przewidział z niepokojącą trafnością. W swojej dystopijnej powieści “Rok 1984” (wydanej w 1949 roku) Orwell wyobraził sobie „maszyny do pisania powieści”, zdolne do masowej produkcji literatury, wykorzystujące zaprogramowane, mechaniczne „kaleidoskopy” jako zamienniki indywidualnego procesu twórczego.

 

„Zamiast ludzkiego umysłu – statystyczna średnia”

Zastanawiałam się, w jakim stopniu Claude byłby w stanie naśladować mój własny głos?

Poprosiłam chatbota o napisanie eseju „w stylu Laury Beers” na temat pewnej polityczki z początku XX wieku. Z trudem odnalazłam samą siebie w powstałym tekście. Być może jednak Claude – mając do dyspozycji tylko jedną z moich książek – nie dysponował wystarczającym materiałem, by naprawdę wiernie oddać mój styl.

Postanowiłam spróbować ponownie. Tym razem poprosiłam go o napisanie krótkiego eseju w stylu Orwella. Orwell – będący zresztą tematem mojej książki *Orwell’s Ghosts: Wisdom and Warnings for the Twenty-First Century* – to jeden z najbardziej wyrazistych eseistów i stylistów prozy XX wieku.

Większość dzieł Orwella znajduje się w domenie publicznej, co oznacza, że ​​mogły zostać legalnie wykorzystane do trenowania Claude’a.

 

Poleciłem Claude’owi napisanie eseju „w stylu George’a Orwella na temat zagrożenia dla indywidualnej tożsamości i wolności myśli, jakie stwarza sztuczna inteligencja – a w szczególności zdolność »maszyn do pisania powieści« do tworzenia literatury”.

Dysponując bogatym materiałem źródłowym, sztuczna inteligencja poradziła sobie całkiem nieźle:

Oto pewien rodzaj ukojenia, znany każdemu, kogo powoli pozbawiano jakiejś rzeczy: nie polega on na zaprzeczaniu stracie, lecz na tym, że jeszcze się jej nie dostrzega. Żaba nie wyskakuje z wody, która stopniowo się nagrzewa. Obywatel nie protestuje przeciwko stopniowemu zawężaniu granic dopuszczalnego myślenia. A czytelnik – jak się zdaje – nie opłakuje powieści, dopóki nie zostanie ona zastąpiona czymś, co pod każdym zewnętrznym względem ją przypomina – te same rozdziały, te same postacie, ten sam mniej więcej układ emocji – a jednak zamiast ludzkiego umysłu zawiera statystyczną średnią wszystkich ludzkich umysłów, które istniały wcześniej.

Ostatnie zdanie, dotyczące statystycznej średniej, brzmi nieco fałszywie. Podejrzewam jednak, że Orwell doceniłby obraz powoli gotującej się żaby. Również zwrot „Oto pewien rodzaj

ukojenia” mógłby z powodzeniem wyjść spod pióra Orwella.

Wątpię, by ktokolwiek uznał teksty Claude’a za niemożliwe do odróżnienia od prozy Orwella. Jeśli jednak chodzi o „literaturę” tworzoną przez maszyny, być może nie ma większego znaczenia, czy potrafi ona w pełni dorównać oryginalnej twórczości – o ile tylko jest wystarczająco dobra, by służyć masom jako rozrywka i odskocznia od codzienności. Dżem, sznurowadła i książki…

Taką właśnie, podszytą rezygnacją sugestię przedstawił Orwell w „Roku 1984”.

Dzięki „maszynom do pisania powieści” pracownicy Ministerstwa Prawdy – rządowego resortu odpowiedzialnego za kontrolowanie informacji i fałszowanie historii – są w stanie masowo wytwarzać nie tylko powieści, ale także „gazety, filmy, podręczniki, programy telewizyjne [i] sztuki teatralne”. Produkują oni taśmowo „szmatławe gazety, w których nie ma nic poza sportem, kroniką kryminalną i horoskopami, sensacyjne powiastki za pięć centów” oraz „filmy ociekające seksem”, a także tanią pornografię przeznaczoną dla „proli” – jak nazywano niewykształconą klasę robotniczą Oceanii Wielkiego Brata.

Technologia ta budzi odrazę u bohatera powieści Orwella, Winstona Smitha, który podejmuje świadomą decyzję o zakupie dziennika i pióra, by spisywać własne, niezależne przemyślenia. Jednak dla Julii – nimfomanki i antyintelektualistki, a zarazem kochanki Winstona, pracującej jako mechanik obsługujący owe maszyny – „książki były tylko towarem, który należało wyprodukować, tak jak dżem czy sznurowadła”.

 

„Pełnowymiarowe powieści w kilka sekund”

Według szacunków tysiące książek sprzedawanych w serwisie Amazon zostało napisanych w całości lub częściowo przy użyciu sztucznej inteligencji.

Innymi słowy, dzisiejsza sztuczna inteligencja służy również do masowej produkcji literatury – niczym dżemu czy sznurowadeł.

Wiele z tych dzieł nie powstało wyłącznie dzięki maszynie. Zostały one raczej – jak reklamuje się narzędzie pisarskie Sudowrite – „oszlifowane przez AI”. Dzięki funkcji „Rewrite” (przerabianie tekstu) firma obiecuje użytkownikom możliwość „udoskonalenia prozy przy jednoczesnym zachowaniu własnego stylu, z wieloma wariantami poprawek sugerowanymi przez AI do wyboru”. Usługa ta przypomina „retusz” wykonywany przez Zespół ds. Przeróbek Tekstu w Ministerstwie Prawdy z powieści „Rok 1984”.

 

Istnieją jednak inne książki sprzedawane na Amazonie, które zostały wygenerowane w całości przez maszynę. Narzędzie Squibler obiecuje, że po podaniu ogólnego polecenia potrafi stworzyć „pełnowymiarowe powieści w kilka sekund”.

Potencjał generowanej przez AI „literatury” jako źródła szybkiego i łatwego zysku sprawia, że ​​czytelnicy będą w przyszłości coraz częściej natrafiać na tego typu treści – zwłaszcza w miarę udoskonalania dużych modeli językowych sztucznej inteligencji. Badania już wykazały, że czytelnicy nie potrafią łatwo odróżnić tekstów wygenerowanych przez AI od oryginalnej prozy.

W zeszłym roku jadłam lunch z przyjacielem, scenarzystą z Los Angeles. Opowiadał mi, że jego koledzy po fachu szczególnie obawiają się wykorzystania AI do tworzenia sequeli. Gdy mamy już ustaloną obsadę postaci w serii filmowej takiej jak choćby „Szybcy i wściekli”, widzowie prawdopodobnie obejrzą kolejną część niezależnie od tego, czy scenariusz napisał człowiek, czy maszyna.

Mimo to moje własne, krótkie eksperymenty z modelem Claude dają mi pewną nadzieję na przyszłość sztuki literackiej. Chatbot taki jak Claude może wprawdzie przyswajać i analizować „statystyczną średnią wszystkich ludzkich umysłów, które istniały przed nim”, ale bez udziału prawdziwego ludzkiego doświadczenia i wrażliwości trudno wyobrazić sobie, by kiedykolwiek zdołał stworzyć prawdziwą sztukę.

Czas pokaże, czy sztuczna inteligencja będzie w stanie stworzyć kolejną powieść lub esej na miarę twórczości George’a Orwella. Nie ulega już większej wątpliwości, że jest w stanie – i będzie – masowo produkować coraz więcej popularnej literatury i scenariuszy, takich jak „Szybcy i wściekli 25”.     (The Conversation)

sztuka  fotografia dokumentalna      

wrzesień/październik ’26 (28)

Opowieść o złocie, pracy
i przetrwaniu w Ghanie

ZDJĘCIA: MARIUSZ ŚMIEJEK

Tekst: redakcja National Geographic

Fotografia dokumentalna od lat pełni rolę świadectwa — pokazuje miejsca, ludzi i procesy, które często pozostają niewidoczne dla globalnej opinii publicznej. Fotoksiążka „Galamsey” autorstwa Mariusza Śmiejka jest właśnie takim świadectwem. To przejmująca opowieść

o nielegalnym wydobyciu złota w Ghanie oraz

o społecznych i ekologicznych konsekwencjach wydobycia surowców naturalnych. Zdjęcia zawarte w albumie powstawały przez siedem lat w ramach projektu badawczego „Unearthing Her Crown”. Autor podkreśla, że fotografie są efektem długotrwałej obecności wśród lokalnych społeczności oraz budowania zaufania

z bohaterami projektu. „Galamsey” nie ogranicza się do dokumentacji katastrofy ekologicznej czy warunków pracy w nielegalnych kopalniach. To także zapis codzienności ludzi funkcjonujących w systemie, który dla wielu z nich pozostaje jedyną możliwością przetrwania.

Galamsey Ghana M.Smiejek.webp

Złoto i jego konsekwencje

Tytułowe „galamsey” pochodzi od angielskiego zwrotu „gather them and sell” — „zbierz i sprzedaj”. W Ghanie termin ten oznacza nielegalne, niekontrolowane wydobycie złota prowadzone poza systemem licencji, regulacji środowiskowych i prawa pracy. Ghana pozostaje największym producentem złota w Afryce i jednym z największych na świecie, jednak bogactwo naturalne kraju nie przekłada się na poprawę warunków życia znacznej części społeczeństwa.

Fotografie Śmiejka pokazują rzeczywistość, w której wydobycie złota staje się dla wielu ludzi jedyną możliwością utrzymania. Nielegalne kopalnie niszczą lasy, zatruwają rzeki rtęcią, arsenem i cyjankiem, a lokalne społeczności tracą dostęp do ziemi, wody

i możliwości rozwoju.

Melani Mennella we wstępie zwraca uwagę na to, że złoto, wbrew naszej woli, łączy nas wszystkich, a wartość całego łańcucha dostaw opiera się na wzajemnych zależnościach. Problem galamsey nie jest przedstawiony wyłącznie jako lokalny kryzys, lecz jako część globalnego systemu ekonomicznego, którego konsekwencje rozciągają się daleko poza granice Ghany.

Galamsey Ghana M.Smiejek 2.webp

Od Sycylii do Ghany

Historia projektu zaczęła się jednak nie w Afryce, lecz na Sycylii. Mariusz Śmiejek wcześniej dokumentował losy migrantów z Ghany, którzy przez Saharę, Libię i Morze Śródziemne próbowali dotrzeć do Europy. Rozmowy z migrantami pozwoliły mu zrozumieć skalę przemocy ekonomicznej

i społecznej, która zmusza ludzi do opuszczania własnego kraju.

Po latach obserwacji i dokumentowania życia migrantów z Afryki w Europie, poczułem potrzebę poznania i zrozumienia miejsca, z którego wyruszają — pisze autor w słowie wstępnym. W latach 2019

–2026 Mariusz Śmiejek wielokrotnie wracał do Ghany. Dokumentował skutki zalewu kraju elektrośmieciami i używaną odzieżą z Zachodu, degradację wybrzeża spowodowaną przemysłowymi połowami oraz rozrastające się slumsy będące efektem wewnętrznych migracji. Ostatecznie to właśnie galamsey stało się jednym

z głównych obszarów jego dokumentacji.

Autor zwraca też uwagę, że historia Ghany od wieków związana jest ze złotem — od średniowiecznych szlaków handlowych, przez okres kolonialny, aż po współczesny rynek surowców. Dziś, mimo ogromnych zasobów naturalnych, znaczna część społeczeństwa nadal żyje w ubóstwie, a duże kopalnie należą głównie do zagranicznych korporacji. Obserwując współczesny system wydobycia i jego konsekwencje społeczne, autor zdjęć pisze, że zrozumiał, iż niewolnictwo nie zniknęło. Zmieniło formę, stało się mniej widoczne, bardziej „legalne”.

Ludzie żyjący w cieniu wydobycia

Najważniejszą częścią fotoksiążki są portrety ludzi pracujących w samym centrum tego systemu. Śmiejek pokazuje osoby pracujące przy wydobyciu złota w skrajnie niebezpiecznych warunkach, a także kobiety wychowujące dzieci w pobliżu toksycznych terenów wydobywczych.

Opisując kobiety pracujące przy wydobyciu, autor podkreśla ich codzienny wysiłek i determinację. Pisze o kobietach, które

z niemowlętami na plecach wydobywają własnymi rękami surowiec, mimo że same często żyją w skrajnym ubóstwie i pozbawione są realnych perspektyw na zmianę swojej sytuacji.

W fotoksiążce powraca również kontrast pomiędzy wartością wydobywanego złota, a codziennością ludzi zaangażowanych w jego pozyskiwanie. Śmiejek zauważa, że wiele kobiet pracujących przy wydobyciu może pozwolić sobie jedynie na plastikową biżuterię pomalowaną na złoto — symboliczne nawiązanie do surowca, który wydobywają każdego dnia.

Galamsey-Book-Cover

Pytanie, które pozostaje

Fotoksiążka Galamsey stawia czytelnikowi niewygodne pytanie: skąd pochodzi nasze złoto? To pytanie dotyczy nie tylko biżuterii, lecz także telefonów, elektroniki, systemów finansowych i całego świata współczesnej konsumpcji.

Fotografie Mariusza Śmiejka nie oferują prostych odpowiedzi, ale kierują uwagę na ludzi i miejsca znajdujące się na początku globalnego łańcucha dostaw. Dzięki temu Galamsey staje się czymś więcej niż reportażem — jest ważnym dokumentem naszych czasów oraz mocnym głosem w dyskusji o odpowiedzialności, nierównościach

i współczesnych formach eksploatacji.

Fotografie zawarte w fotoksiążce Galamsey powstały podczas siedmioletniego projektu badawczego Unearthing Her Crown, dokumentującego życie, ludzi i krajobrazy na styku złota, gender i walki o przetrwanie. Zdjęcia odzwierciedlają zaufanie, obecność i przeżyte

doświadczenia fotografa wśród społeczności ukształtowanych przez wydobycie złota. Stanowią bezkompromisowe świadectwo wytrwałości, godności i człowieczeństwa wpisanych w ghańską gospodarkę złota.

podróże  wędrówki po Ameryce      

wrzesień/październik ’26 (28)

Mieszkania w klifie Mesa Verde

W Kolorado odkryto miasto jaskiń, opuszczone przed setkami lat

Był pogodny poranek grudniowy w 1888 roku. Richard Wetherhill i jego  ojciec Charlie Mason jechali konno dziką okolicą południowo-zachodniego stanu Kolorado. Szukali zagubionych sztuk bydła. Hiszpanie nazywali to miejsce Mesa Verde, czyli “zielony stół”. Jest to płaskowyż długości 32 kilometrów i szerokości 24 kilometrów, wznoszący się 600 metrów nad poziomem płaskiej równiny i 2300 metrów nad poziomem morza. Przed milionami lat w skale powstała głęboka szczelina i w ścianie pod skalnym nawisem utworzyły się jaskinie i groty.  Dwóch farmerów jechało głębokim kanionem, patrzyli w górę na wygjętą skalną ścianę oświetloną promieniami porannego słońca i dostrzegli zrujnowane miasto. Wydawało się jakby płynęło ponad ich głowami. Był to Cliff Palace.

    Wedle legend powtarzanych przez Indian z plemienia Nawahów w tym niedostępnym miejscu mieszkali niegdyś ludzie o wysokim poziomie kultury. Nawahowie osiedlili się tu w XVI wieku i skalne miasteczko zastali już opustoszałe bez śladu poprzednich mieszkańcow: Indianie nadali im miano “Anasazi”, co oznacza “ci, którzy byli przed nami”. Nazwę tę zachowali archeolodzy i tak właśnie określają jedno z plemion Indian Pueblo.

Wejście tylko po drabinach

Przez 600 lat skalne mieszkania pozostały puste. Ani Amerykanie, ani Hiszpanie nie zauważyli ich. A farmer Wetherhill w ciągu jednego roku znalazł jeszcze dwie inne podobne osady. Później na Mesa Verde przypuścili szturm poszukiwacze złota. Odkrywano coraz więcej siedzib ludzkich w grotach, plądrowano je i niszczono. Nie znaleziono żadnych bogactw, tylko zawinięte w maty szkielety i przedmioty codziennego użytku. W 1906 roku został utworzony tu Park Narodowy, co powstrzymało dzieło zniszczenia.

     Wreszcie do pradawnych siedzib Anasazi wkroczyli archeolodzy, zaczęli badać historie tego ludu aż do plemion prehistorycznych. Z badań wynikało, że w VI wieku Anasazi założyli wspólnoty mieszkalne i wybudowali tarasowo ułożone siedziby na wielu poziomach. Wykonanie ich wymagało wysokiego kunsztu.

     Domy z gliny przytwierdzano do stromych ścian kanionu lub budowano w niedostępnych grotach. Wejść do nich można było tylko po drabinach przez otwór w dachu. W sytuacjach zagrożenia, natychmiast wciągano drabiny do środka. Atak z dołu był niemal niemożliwy, z góry również bardzo trudny… Przy każdym domu było kilka okrągłych budowli tkwiących do połowy w gruncie – służyły do ceremonii religijnych. Nie wiadomo jednak jakich bogów czcili mieszkańcy ani jakie odprawiali ceremonie.

     Teren ten, obecnie rzadko zaludniony, prawdopodobnie kiedyś był miejscem życia znacznie wiekszej ilości osób. Uczeni oceniają liczbę ludu Anasazi na 50 tysięcy. Żyli również na obszarze obecnych stanów Nowy Meksyk i Arizona. Zapewne do dziś nie odkryto i nie opisano wszystkich tego rodzaju wspólnot. Mieszkańcy starali się budować je w najtrudniej dostępnych miejscach. Niszczył je czas i później żyjący na tym terenie ludzie. Również niewiele wiadomo o mieszkańcach tych wspólnot. Uprawiali zboże, fasolę i dynie. Hodowali indyki, mieli też psy, których używali jako zwierząt jucznych I jedli ich mięso. Tkali materiały z bawełny, wyroby ceramiczne ozdabiali czarno-białymi rysunkami, sporządzali także podwójne kosze, równie ciekawie dekorowane. Kopali kanały i sztuczne sadzawki, które dostarczały wodę do około 16 zespołów mieszkalnych w okolicy. Wiedli spokojne życie. Nigdzie archeolodzy nie znaleźli śladów walk, prześladowań, niewolnictwa lub gwałtu.

     Indianie Anasazi opuścili swe siedziby pod koniec XIII wieku i zniknęli. Nie wiadomo dlaczego, choć wydaje się, że przyczyną była wielka susza. Poddano analizie pnie ściętych drzew i odczytano, że lata 1274-1299 były okresem niezwykłej posuchy. Zapewne Indianie powędrowali na południe i dali początek ludowi Hopi, który do dziś żyje w stanach Arizona i Nowy Meksyk, i zaliczany jest do grupy Indian Pueblo.

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page