prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
pakamera.polonia wrzesień/październik '26 (28)
SPIS TREŚCI
Prawie jednym zdaniem redakcja
Polonijny kalejdoskop
A może byśmy tak, najmilszy... Andrzej Moniuszko
Wielki koncert w hołdzie polskim twórcom!
VIII Kongres Teatru Polskiego w Chicago - program redakcja
Busz po polsku redakcja
Arszenik i stare koronki - to trzeba zobaczyć
Barwny świat motyli (przyroda) Patrick Beuth, Simon Book
Dżakarta - nowe największe miasto świata (ludzie i obyczaje) Jonasz Przybyły
Bez prawdy o kobietach z Zieleniaka, nie ma prawdy o powstaniu warszawskim (historia) Magdalena Karst-Adamczyk/Anna Augustyniak
Rzemiosło teatralne w Teatrze Polskim w Warszawie (teatr)
Środowisko podważyło zdobycie przez nią szczytu – Wanda Rutkiewicz poczuła się zbrukana (kino/rozmowy) Karolina Oponowicz
Wojna o "Odyseję" - Christopher Nolan między Homerem a współczesnością (kino) Stanisław Błaszczyna
Połączyła ich muzyka... (muzyka/rozmowy) Anna Czerwińska
Land Art - sztuka ziemi (sztuka) Dorota Pietrzyk
"Maszyny do pisania powieści" a prawa autorskie (literatura) Laura Beers/Aneta Zalewska
Opowieść o złocie, pracy i przetrwaniu (fotografia dokumentalna) Mariusz Śmiejek/National Geographic
Mieszkania w klifie Mesa Verde (podróże) redakcja
Korzenne inspiracje (wokół stołu) Dorota Pietrzyk
Każda książka pachnie inaczej (pasje/hobby) Patrycja Bell
Najważniejsze zasady savoir-vivre Joanna Pacuła
W kolejnej edycji...
prawie jednym zdaniem...
wrzesień/październik 2026
Nie tylko o MUZYCE...
Pamiętasz kiedy ostatnio trzymałeś kciuki w celu wpłynięcia na bieg wydarzeń i utrzymania szczęścia? Pewnie całkiem niedawno. Ten przesąd wywodzi się z starożytności, jednak spopularyzowany został właśnie przez Niemców. Był on stosowany przez wojowników, którzy bez kciuka nie byli w stanie utrzymać broni, był to więc gest ochronny. (ac)
Orkiestra symfoniczna pod dyrygentem, to zespół instrumentalny przeznaczony do wykonywania wielkich dzieł muzycznych: symfonii, koncertów, oper i baletów w czasie koncertów w filharmoniach, teatrach muzycznych oraz na wolnym powietrzu.
Do połowy XVIII wieku nie istniała standardowa obsada orkiestry. Wykształciła się ona na dworze elektora Palatynatu w Mannheimie w połowie XVIII wieku. Orkiestrę stanowił zespół instrumentów smyczkowych; I i II skrzypce, altówka oraz wiolonczela zdwajana przez kontrabas. Wyraźnemu ograniczeniu uległa rola instrumentów dętych, którą tworzyły flety, oboje
i fagoty, a od 1782 roku klarnet. Instrumenty te dobarwiały brzmienie smyczków i dopiero w XIX wieku zaczęto powierzać im partie solowe.
Orkiestra symfoniczna nigdy nie uzyskała ustalonego składu. Jej konfiguracja i liczebność podlega stałym przemianom, lecz istnieje pewien standard, sięgający przeciętnie około stu osób, wystarczający do wykonywania większości XIX- i XX-wiecznego repertuaru. (red.)
Piosenkę do filmu Filadelfia skomponował Bruce Springsteen, przyjaciel – od dzieciństwa – Toma Hanksa. I obaj za ten film zdobyli Oscary – Tom za rolę, Bruce za piosenkę. (ac)
Ulu maika. Pod tą egzotyczną nazwą kryje się tradycyjny sport hawajski. Na wyspach uprawiany jest od niepamiętnych czasów, wymaga siły fizycznej, celności i sprawności manualnej.
Słowo “maika” oznacza płaski, okrągły kamień w kształcie dysku, który trzeba przeprowadzić przez wyznaczoną trasę
i trafić nim w cel znajdujący się na samym jej końcu. Kamień można umiejętnie rzucać, by toczył się po wyznaczonym szlaku albo przesuwać go kijem. Oczywiście wygrywa ten, kto zrobi to bezbłędnie i najszybciej. (zagraniczne informacje prasowe; bw)
Muzyka to nie tylko rozrywka, ale potężne narzędzie wpływające na nasze zdrowie. Odpowiednio dobrana, może stać się naturalnym lekarstwem na wiele dolegliwości współczesnego świata.
Muzyka barokowa, szczególnie w tempie 60 uderzeń na minutę, wspomaga proces uczenia się i synchronizuje ciało z umysłem. Spokojne tony obniżają ciśnienie krwi i redukują stres, co jest niezwykle ważne w dzisiejszych czasach.
Klasyka, jak utwory Mozarta czy Beethovena, ma pozytywny wpływ na zdrowie psychiczne. Wspiera koncentrację
i relaksację, co czyni ją idealnym towarzyszem podczas pracy umysłowej lub odpoczynku.
Podczas ćwiczeń fizycznych, muzyka popowa i rockowa znacząco zwiększa wydajność sportową. Te energiczne gatunki pobudzają organizm, pozwalając na osiąganie lepszych wyników
i dłuższe treningi.
-
Redukcja poziomu stresu
-
Poprawa koncentracji
-
Wspomaganie procesu uczenia się
-
Obniżenie ciśnienia krwi
-
Zwiększenie wydajności podczas ćwiczeń
Stefan Kudelski, polski elektronik i wynalazca, dwukrotnie otrzymał Oskara za wkład w rozwój dźwięku.
Na emigracji w Szwajcarii skonstruował serię profesjonalnych magnetofonów Nagra. W latach sześćdziesiątych dzięki jakości wykonania i niezawodności Nagra podbiła rynek reporterów radiowych, telewizyjnych i studiów filmowych na całym świecie. Kudelski otrzymał za niego cztery nagrody amerykańskiej Akademii Filmowej – dwie nagrody naukowo-techniczne II-ej kategorii – Certyfikaty Akademii w 1965 i 1977, oraz dwie statuetki Oscara (Nagrodę za Zasługi – Award of Merit w 1978
i honorową nagrodę Gordona E. Sawyera w 1990), ponadto dwie nagrody przemysłu rozrywkowego Emmy i wiele innych. Również Politechnika Federalna w Lozannie, alma mater Kudelskiego, wyróżniła go przyznając mu w 1986 roku doktorat honoris causa. W 2008 roku na Festiwalu Filmu Polskiego
w Ameryce, podczas którego wyróżniani są za swoje osiągnięcia Polacy i osoby pochodzenia polskiego, Kudelski otrzymał nagrodę Skrzydła. (az)
Cziru tybetańskie – to antylopa, zamieszkująca płaskie i lekko górzyste tereny północnowschodniej części Tybetu. Zwierzęta te, niezwykle szybkie (osiagają szybkość 80 km/godz.)
i płochliwe, są pieszczotliwie zwane elfami płaskowyżu, szczególnie wśród ludności chińskiej. Wiosną, latem i jesienią cziru doskonale radzą sobie ze zdobywaniem pokarmu – są roślinożerne. Sytuacja zmienia się w czasie zimy. Migrują
w poszukiwaniu jedzenia, co wykorzystują często kłusownicy ze względu na ich niepowtarzalne poroża. Obecnie cziru są wymierającym gatunkiem pod ochroną. Powstały też trzy rezerwaty, w których zadbano o zachowanie gatunku. (bw)
Latarnia morska w Świnoujściu jest najwyższą na świecie tego typu budowlą pośród wzniesionych z cegły. Na jej szczyt wiedzie 308 schodów. (bw)
Najdłuższa trasa kolejowa na świecie wiedzie przez Polskę
i ma około 18,7 tys. kilometra. Łączy zachodnią część Europy
z Singapurem. (az)
Metallica zapisała się w historii jako pierwszy zespół, który zagrał koncert na wszystkich siedmiu kontynentach. Ten niezwykły wyczyn osiągnęli w 2013 roku, dając występ na Antarktydzie. To pokazuje, że muzyka rockowa może dotrzeć dosłownie na krańce świata.
Najszybszym raperem świata jest Ricky Raphael Brown, amerykański raper ze Seattle. W 2005 roku wypowiedział on niewiarygodne 723 sylaby w czasie zaledwie 41,27 sekund.
Historia muzyki kryje wiele nieznanych informacji muzycznych. Jednym z przełomowych momentów było wynalezienie fonografu przez Thomasa Edisona w 1877 roku, co umożliwiło nagrywanie i odtwarzanie dźwięku.
Pierwsza transmisja radiowa muzyki odbyła się w 1906 roku. Reginald Fessenden nadał "O Holy Night" w Wigilię, zaskakując operatorów radiowych na statkach.
Pierwsze nagranie dźwiękowe w historii to "Au Clair de la Lune", wykonane przez Édouarda-Léona Scotta de Martinville
w 1860 roku. Nagranie to zostało odkryte dopiero w 2008 roku
i jest o 17 lat starsze od fonografu Edisona!
/ polonijny kalejdoskop
wrzesień/październik ’26 (28)
A może byśmy tak, najmilszy…
Tekst i zdjęcia: ANDRZEJ MONIUSZKO
Dziennik Związkowy, Chicago
Oferta kulturalna polonijnego środowiska artystycznego wzbogaciła się o propozycję szczególną. Po dwudziestu latach przerwy, przywołując atmosferę dawnego „teatru domowego” odżyła idea kameralnych wieczorów poetycko-muzycznych prezentowanych w galeriach malarskich, salach kameralnych, i innych przestrzeniach sztuki.

W piątek, 28 czerwca, w galerii Got?art Contemporary Studio w podchicagowskiej Winnetce odbyło się pierwsze po długiej przerwie, a zarazem — jeśli uwzględnić także wcześniejsze edycje sprzed lat — już 20. spotkanie z poezją i muzyką pod hasłem „Kochając idealnie…”. Spektakl, oparty na twórczości Juliana Tuwima, w scenerii galerii malarskiej przygotowała Anna Czerwińska, wydawczyni polonijnego dwumiesięcznika pakamera.polonia (online), a na scenie wystąpili znani polonijni aktorzy Monika Kulas
i Andrzej Krukowski. Przed rozpoczęciem spotkania Voytek Glinkowski, artysta malarz, w krótkim wprowadzeniu mówił o związkach teatru i malarstwa. Łączy je sposób obrazowania świata: teatr dokonuje tego poprzez żywy dialog, gest, ruch i obecność aktora, natomiast malarstwo — przez kolor, kompozycję, światło i detal. Teatr daje słowu siłę obrazu, a malarstwo pozwala obrazowi przemówić językiem opisu i interpretacji. W obu sztukach istotne jest także budowanie nastroju oraz prowadzenie odbiorcy do odkrywania emocji i sensów ukrytych pod powierzchnią formy.
Wystąpienie Voyka Glinkowskiego było znakomitym wprowadzeniem do poezji Julina Tuwima. W liryce miłosnej poety dominują motywy tęsknoty i niespełnienia, uniesienia i ekstazy, erotyzmu i cielesności, a także buntu i rezygnacji. Zastosowane środki stylistyczne — metafory, epitety, personifikacje oraz powtórzenia — służą wzmocnieniu emocji i nadaniu wypowiedzi bezpośredniości, która w malarsko kreowanej scenerii zyskuje dodatkowy, pogłębiony wymiar uczuciowy. Wyłania się z nich obraz miłości jako siły silnej, cielesnej, ale też głęboko emocjonalnej — takiej, która potrafi zachwycić, zawstydzić, rozkołysać i uspokoić. To miłość nie całkiem idealna i nie zawsze spokojna, a raczej żywa, konkretna, czasem żartobliwa, czasem dramatyczna, sugestywna i zawsze bardzo ludzka w swoim zachwycie, niepewności i bólu.
Wyrazistość tego poetyckiego przekazu wybrzmiała najpełniej dzięki doskonałym interpretacjom aktorskim. Andrzej Krukowski
i Monika Kulas nadali wierszom Tuwima charakter rozmowy bliskich sobie ludzi, w której splatają się miłość, złość, czułość, gniew, zazdrość i pożądanie. Słuchacze zapominali o rymach i strofach, bo ważniejsze stawało się napięcie między postaciami, rytm dialogu i emocjonalna obecność wykonawców. A jednocześnie nic nie ginęło z urody języka Tuwima — przeciwnie, jego metafory, humor, skojarzenia i dosłowność stawały się jeszcze wyraźniejsze. Aktorzy świadomie włączali widzów w przebieg spektaklu. Aktorka, konsultując z nimi szczegóły swojej garderoby, czyniła ich współuczestnikami scenicznej akcji, a aktor, dopytując o okoliczności ucieczki żony, pobudzał ich wyobraźnię i zachęcał do aktywnego udziału w przedstawieniu. W efekcie Tuwim jawi się jako poeta niezwykle podatny na sceniczną improwizację: jego słowo może być jednocześnie liryką, dialogiem i małym spektaklem.
Gwoli reporterskiego obowiązku dodajmy, iż w spektaklu zostały wykorzystane wiersz Juliana Tuwima: „Ewa”, „Jesteś znowu”, „Ostry erotyk”, „Nieznajoma”, „Przy okrągłym stole”, „Pieśń miłosna leniwego”, „Wiersz powściągliwy”, „Banalna historia”, „Do kobiety”, „Żona i Listy do kobiety”. Prezentowana w czasie spektaklu „Rozmowa liryczna” Gałczyńskiego naturalnie wkomponowała się w wieczór poezji miłosnej Tuwima, bo utwory obu poetów pokazują miłość jako mowę codzienną, a nie patetyczne wyznanie.
W omówieniu spektaklu nie sposób pominąć roli muzyki. Doskonale dobrane tło dźwiękowe nie przytłaczało słowa, lecz dyskretnie je podtrzymywało i pogłębiało jego emocjonalny sens. Choć zostało stworzone z udziałem AI, brzmiało naturalnie; harmonijnie współgrając z rytmem recytacji, budowało liryzm, chwile napięcia, czułość i pobudzało do refleksji.
W przedstawieniu wykorzystano również dwa wokalno-poetyckie utwory: „Kujawiak żałobny” Małgorzaty Wojciechowskiej
w interpretacji Grażyny Auguścik oraz „Spoza nas” ks. Jana Twardowskiego w wykonaniu Mietka Szczęsnego. Pełniły one funkcję emocjonalnych ram — pierwszy kieruje myśl ku pamięci i utracie, drugi ku ufności i przekraczaniu codzienności. Dzięki temu całość stała się nie tylko prezentacją poezji, lecz także pełnym dramaturgii spotkaniem słowa, muzyki i wspólnego przeżywania którego nie sposób zapomnieć.
Trzeba mieć nadzieję, iż reaktywowane po 20 latach spotkania z poezją i muzyką wejdą na stałe do kalendarza polonijnych wydarzeń kulturalnych. Spektakl „Kochając idealnie” zostanie zaprezentowany ponownie 18 października w PaSO. Kolejne premiery poetyckie
i literackie - jak zapowiada Anna Czerwińska - w przygotowaniu.










Inne miejsce, odmienna pora roku, nowe nastroje, muzyka... ale poezja Juliana Tuwima niezmienna, wspaniała, poruszająca momentami najgłębiej ukryte emocje...
"Kochając idealnie"
(poezja Juliana Tuwima)
czyli 20 Spotkania z poezją i muzyką
ponownie, w nowej odsłonie, w Sali Kameralnej (Chóralnej) Akademii Muzycznej PaSO
5400 N. Lawler Ave., Chicago, IL 60630
18 października (niedziela), g. 5 po południu
Obsada:
Monika Kulas
Andrzej Krukowski
Opracowanie:
Anna Czerwińska
Zapraszają:
dwumiesięcznik pakamerapolonia.com
Akademia Muzyczna PaSO
Rezerwacja biletów (donacja $30) wymagana - ograniczona ilość miejsc.
(773) 510-3093
/ polonijny kalejdoskop wydarzenie roku
wrzesień/październik ’26 (28)
Wielki koncert
w hołdzie
polskim twórcom!


/ polonijny kalejdoskop
wrzesień/październik ’26 (28)

VIII Kongres Teatru Polskiego w Chicago
25-27 września 2026
25 września 2026 (piątek), godz. 20:00
Akademia Muzyki PaSO, 5400 N. Lawler Ave., Chicago, IL 60630
„Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” Monodram Bogusława Schaeffera.
Obsada: Jan Peszek
Spektakl, w instenizacji Jana Peszka nieprzerwanie od 50 lat, stał się fenomenem polskiego teatru i jednym z najbardziej rozpoznawalnych dokonań aktora. Spotkanie chicagowskiej publiczności z tym przedstawieniem będzie zarazem świętowaniem niezwykłego jubileuszu – pół wieku obecności „Scenariusza…” na scenie.

26 września 2026 (sobota), godz. 19:00
Akademia Muzyki PASO, 5400 N. Lawler Ave., Chicago, IL 60630
Gala VIII Kongresu Teatru Polskiego w Chicago oraz wręczenie dorocznej Nagrody Kongresu
„Powróćmy jak za dawnych lat”
Obsada: grupa muzyczna Retro Singers, Londyn
To muzyczna podróż do świata przebojów lat 20. i 30. XX wieku. W programie znajdą się utwory przywołujące klimat przedwojennych kabaretów, rewii
i dancingów, w tym piosenki kojarzone z Mieczysławem Foggiem oraz twórczością Feliksa Konarskiego „Ref-Rena”.
Spotkanie koktajlowe

27 września 2026 (niedziela), godz. 18:00
Art Gallery Kafe, 127 Front St., Wood Dale, IL
„Na pełnym morzu”
Komedia Sławomira Mrożka
Obsada: Teatr Gdańska, Oberhausen (Niemcy)
Lekko, teatralnie i przyjemnie. Bo któż nie lubi charakterystycznego dla Mrożka absurdu, specyficznego humoru i "skrzywionej" (a może właśnie właściwej) obserwacji ludzkich zachowań...


LAUREAT NAGRODY
VIII Kongresu Teatru Polskiego w Chicago
PIOTR KUKUŁA
...autor scenariuszy teatralnych, poezji, tekstów piosenek, od lat związany
z chicagowskimi Warsztatami Teatralnymi Little Stars.
Nagroda przyznana za wieloletnią pracę twórczą, szczególną troskę o obecność
i piękno polskiego słowa wśród najmłodszych pokoleń Polonii...
Gratulujemy!
/ polonijny kalejdoskop
wrzesień/październik ’26 (28)
Busz po polsku...
Pierwsza książka przyszłego autora „Cesarza” z 1962 roku, jedyna książka w dorobku Ryszarda Kapuścińskiego w całości traktuje
o Polsce. Akcja reportaży składających się na „Busz po polsku” rozgrywa się w latach 50 i 60., na prowincji, w Olecku, w Puszczy Białowieskiej, nad Narwią, w okolicach Brodnicy, pod Mławą, we wsi Grunwald, w Pratkach koło Ełku, krótko mówiąc - gdzie diabeł mówi dobranoc. Ich bohaterami są: dwie Niemki uciekające z domu starców w Szczytnie, flisak, stróż nocny, małorolny chłop klepiący biedę, robotnicy sezonowi, wyrzuceni ze studiów, którzy nie chcą wracać z Warszawy do swoich rodzinnych miasteczek i wsi, ludzie bez stałego adresu. Ale także inżynier, nauczyciel historii, student SGPiS nazwiskiem Piątkowski, który jest rekordzistą świata w rzucie dyskiem, młodzi mężczyźni odbywający służbę wojskową.
Ozdobą tomu są reportaże „Reklama pasty do zębów” i „Sztywny”, które wydają się być niemal gotowymi scenariuszami filmowymi.
„Busz po polsku” to klasyka polskiego reportażu.
Do pierwszego Spotkania Literacko-Muzycznego wybrałam cztery z nich. Cztery reportaże Kapuścińskiego, które - mimo upływu czasu - nadal są aktualne...
I Spotkanie Literacko-Muzyczne, z udziałem Moniki Kulas i Bogdana Łańko, odbyło się 25 sierpnia'26 w Akademii Muzyki PaSO.
Salę Kameralną, w której spotykają się chórzyści, zamieniliśmy na zamykającą się bibliotekę, w której na podłodze i między półkami pozostawiono jeszcze zakurzone wolumeny między innymi Kapuścińskiego... Postanowiliśmy go “odkurzyć”, przypomnieć lub przedstawić w innym, mniej znanym, reportażu, Można się sprzeczać co do wartości historycznej jego książek, co usiłują podważać niektórzy, ale nie można mu odebrać – zmysłu obserwacji, literackiej poetyki, połączonej z humorem sytuacyjnym.
Czy moja opinia zostanie zaakceptowana, przekonamy się po kolejnym spotkaniu z twórczością tego autora… (ac)
.jpg)

Nowe miejsce, odmienna pora roku, inne nastroje, muzyka, emocje...
"Busz po polsku"
(reportaże Ryszarda Kapuścińskiego)
czyli I Spotkanie literacko-muzyczne
w nowej odsłonie, w galerii Voytka Glinkowskiego
got?art contemporary studio
904 Green Bay Rd, Winnetka, IL 60093
4 października (niedziela), g. 5 po południu
Czytają inaczej:
Monika Kulas
Bogdan Łańko
Opracowanie:
Anna Czerwińska
Zapraszają:
dwumiesięcznik pakamerapolonia.com
got?art contemporary studio
Rezerwacja biletów (donacja $30) wymagana - ograniczona ilość miejsc.
(773) 510-3093
/ polonijny kalejdoskop
wrzesień/październik ’26 (28)

Zabójcza gościnność w sercu Jackowa
Musicie to zobaczyć!
Chicago, Jackowo, rodzinne sekrety… i „Arszenik i stare koronki” w wersji, jakiej jeszcze nie widzieliście!
Już w listopadzie kultowa czarna komedia wraca w zupełnie nowej odsłonie — uwspółcześnionej,
z polonijnym klimatem i akcją osadzoną w sercu chicagowskiego Jackowa.
Szykujcie się na premierę pełną humoru, charakterystycznych postaci i rodzinnych tajemnic, które wymknęły się spod kontroli.
Adaptacja sztuki Josepha Kesselringa: Małgorzata Błaszczuk, Ewa Figurski
Premiera w listopadzie 2026 r. (Scena Kameralna - Akademia Muzyki PASO). Teatr Evergreen zaprasza!
Szczegóły www.WydawnictwoEvergreen.com
wrzesień/październik ’26 (28)
/ przyroda
Barwny świat motyli
Motyle to jedne z najbardziej zachwycających i fascynujących owadów, które można spotkać niemal na całym świecie. Ich kolorowe skrzydła, delikatna budowa i lekki, zwiewny lot sprawiają, że są uważane za jedne z najpiękniejszych stworzeń w przyrodzie. Jednak za ich eterycznym wyglądem kryje się zaskakująco złożona biologia, liczne zdolności przystosowawcze i wyjątkowa rola w ekosystemie.
- Motyle należą do rzędu łuskoskrzydłych (Lepidoptera), który obejmuje ponad 160 000 opisanych gatunków na całym świecie, a naukowcy wciąż odkrywają nowe. Są podzielone na dwie główne grupy:
-
Motyle dzienne (Rhopalocera) – to najbardziej rozpoznawalna grupa motyli, charakteryzująca się jasnym ubarwieniem i aktywnością w ciągu dnia. Przykłady to paź królowej, monarch amerykański czy niepylak apollo.
-
Ćmy, czyli motyle nocne (Heterocera) – mają bardziej stonowane kolory i są aktywne głównie po zmroku. Przykłady to atlas (Attacus atlas) i zmierzchnica trupia główka.
Motyle występują na wszystkich kontynentach poza Antarktydą, ale największa różnorodność gatunkowa znajduje się w strefie tropikalnej. Można je spotkać w lasach deszczowych, na łąkach, pustyniach, w górach, a nawet na obszarach zurbanizowanych, gdzie żyją na terenach zielonych.
- Jednym z najbardziej niezwykłych aspektów życia motyli jest ich metamorfoza, czyli przejście przez cztery etapy rozwoju:
-
Jajo – samice składają jaja na roślinach, które będą pokarmem dla larw.Gąsienica (larwa) – to najbardziej żarłoczna faza rozwoju.
-
Gąsienice potrafią zjadać kilkukrotnie więcej niż wynosi ich masa, co pozwala im szybko rosnąć.
-
Poczwarka (chryzalida) – gąsienica tworzy kokon lub wchodzi w stan poczwarki, gdzie w ciągu kilku dni lub tygodni przeobraża się w dorosłego motyla.
-
Imago (dorosły motyl) – po wyjściu z poczwarki motyl rozwija skrzydła i zaczyna życie jako owad latający.
- Motyle dzienne i nocne różnią się nie tylko trybem życia, ale również budową ciała i sposobem lotu.
-
Motyle dzienne mają smukłe ciała, cienkie czułki zakończone buławką i intensywne kolory skrzydeł. Ich lot jest bardziej kontrolowany i precyzyjny.
-
Ćmy mają grubsze, owłosione ciała, czułki w kształcie piór lub szczecinek i mniej jaskrawe ubarwienie. Ich lot jest bardziej chaotyczny, co pomaga im unikać drapieżników.
- Owady te mogą mieć bardzo różne rozmiary – od kilku milimetrów do ponad 30 cm rozpiętości skrzydeł.
-
Największy motyl świata: Atlas (Attacus atlas) – jego skrzydła osiągają do 30 cm rozpiętości. Występuje w Azji Południowo-Wschodniej.
-
Najmniejszy motyl świata: z rodziny Nepticulidae – jego skrzydła mają tylko 2-3 mm rozpiętości.
- Czas życia motyli różni się w zależności od gatunku. Niektóre żyją tylko kilka dni, inne nawet kilka miesięcy.
-
Średnia długość życia motyli dziennych wynosi około 2-4 tygodni.
-
Ćmy mogą żyć krócej – od kilku dni do 2 tygodni.
-
Monarch amerykański (Danaus plexippus) – jeden z nielicznych gatunków, który może żyć do 9 miesięcy, ponieważ migruje na duże odległości.
- Kolorowe skrzydła motyli to nie tylko ozdoba – mają one kilka ważnych funkcji:
-
Kamuflaż – niektóre motyle, jak rusałka pawik, mają wzory przypominające oczy drapieżników, co odstrasza wrogów.
-
Przyciąganie partnera – intensywne barwy pomagają motylom znaleźć odpowiedniego partnera do rozrodu.
-
Ostrzeganie przed toksycznością – np. motyle z rodziny Heliconiidae mają jaskrawe barwy, które informują drapieżniki, że są trujące.
- Niektóre gatunki motyli są toksyczne dla drapieżników, ponieważ w fazie larwalnej zjadają rośliny zawierające toksyny. Przykładem jest monarch amerykański, którego gąsienice żywią się mleczem, zawierającym substancje trujące dla ptaków i innych zwierząt.
- Motyle mają złożone oczy, które pozwalają im widzieć wielokolorowe spektrum światła, w tym światło ultrafioletowe, którego ludzkie oko nie jest w stanie dostrzec.
Ich oczy składają się z tysięcy omatidiów (małych soczewek), dzięki czemu mogą wykrywać ruchy z dużą precyzją, co pomaga im unikać drapieżników.




- Motyle nie mają zębów ani aparatów gębowych przystosowanych do gryzienia. Zamiast tego posiadają ssawkę (trąbkę), którą zwijają w spiralę, gdy jej nie używają. Ssawka służy do wysysania nektaru z kwiatów, a niektóre gatunki mogą również pić wodę, soki owocowe, a nawet krew i pot!
- Zmysł smaku u motyli znajduje się w ich odnóżach. Specjalne receptory na stopach pozwalają im ocenić, czy dana roślina nadaje się do złożenia jaj. Dzięki temu gąsienice po wykluciu będą miały odpowiednie pożywienie.
- Chociaż większość motyli żywi się nektarem, niektóre gatunki, takie jak zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos), mogą pić soki z gnijących owoców, pot, a nawet krew z ran zwierząt.
- Największym znanym motylem jest atlas (Attacus atlas), występujący w Azji Południowo-Wschodniej. Rozpiętość jego skrzydeł może dochodzić do 30 cm, co czyni go jednym z największych owadów na świecie, zaś najmniejszym - z rodziny Nepticulidae, który ma skrzydła o rozpiętości zaledwie 2-3 mm.
- Jednym z najbardziej znanych wędrownych motyli jest monarch amerykański, który potrafi pokonać nawet 4000 km w trakcie swojej migracji z Ameryki Północnej do Meksyku. Największe i najsilniejsze z nich potrafią osiągnąć prędkość nawet 40 km/h! To imponujące, biorąc pod uwagę ich delikatną budowę.
- Ludzkie oko nie jest w stanie zobaczyć światła ultrafioletowego, ale motyle mają specjalne receptory pozwalające im widzieć barwy, które dla nas są niewidoczne. Dzięki temu lepiej rozpoznają kwiaty i partnerów do rozrodu.
- Choć wydaje się, że skrzydła motyli są kolorowe, w rzeczywistości nie mają one żadnych barwników. Ich kolory pochodzą
z mikroskopijnych łusek, które załamują światło i tworzą efekt iryzacji, podobnie jak u pawi czy muszli perłowej.
- Niektóre tropikalne gatunki motyli potrafią pić łzy ssaków i ptaków, ponieważ zawierają one niezbędne dla nich minerały, takie jak sód i potas.
- Motyle są często uważane za symbole przemiany, duszy i odrodzenia. W wielu kulturach wierzy się, że są one duchami zmarłych lub zwiastunami zmian. (martkanatura.pl)
/ ludzie i obyczaje
wrzesień/październik ’26 (28)

Dżakarta - nowe największe miasto świata.
JONASZ PRZYBYŁ
Dżakarta stała się właśnie najludniejszym miastem świata. Chociaż megamiasto rozrasta się w ultraszybkim tempie, to tym razem nie chodzi o nagły napływ populacji: po zmianie metodologii liczenia przez ONZ okazało się, że… mieszka w niej więcej osób niż w Polsce.
Według raportu ONZ „World Urban Organization Prospects 2025” obecna populacja Dżakarty wynosi 41,9 mln osób i czyni ją to największym miastem na świecie. Przyczyną gwałtownej zmiany pozycji miasta w rankingu – wcześniej zajmowało ono „zaledwie” 30. lokatę – jest bardziej uniwersalna metodologia. Co mówi to o rozwoju megamiast i naszej przyszłości?
Największe miasta świata według ONZ
Pierwsze miejsce Dżakarty to nie wynik gwałtownego wzrostu liczby ludności, lecz z fundamentalnej zmiany metodologii ONZ. Nowa klasyfikacja w większym stopniu uwzględnia realny zasięg urbanistyczny, w tym także dzielnice nieformalne – np. slumsy czy obozowiska – które wcześniej były pomijane. To przełomowy moment w globalnych rankingach urbanistycznych – dotychczasowy lider, Tokio, spadł na trzecie miejsce z populacją 33 milionów.
ONZ zdecydowało się na ujednolicenie kryteriów demograficznych i geograficznych, aby lepiej odzwierciedlić rzeczywisty poziom urbanizacji. Według Patricka Gerlanda z działu szacunków populacyjnych ONZ, wcześniejsze raporty opierały się na rozbieżnych definicjach stosowanych przez poszczególne państwa, co faworyzowało Tokio. Nowe podejście eliminuje te różnice, dostarczając bardziej porównywalnych danych.
Slumsy zmieniają ranking
W przypadku Dżakarty slumsy są integralną – chociaż niepokojącą – częścią miejskiego krajobrazu zamieszkiwaną przez miliony ludzi. Ich włączenie do statystyk sprawiło ,że populacja miasta wzrosła do niemal 42 mln osób. To więcej niż w całej Polsce, w której – według danych GUS – mieszka obecnie 37,49 mln ludzi.
Ta decyzja zmieniła układ sił w globalnym rankingu megamiast i sposób, w jaki patrzymy na populację poszczególnych krajów. Dżakarta wyprzedziła Dhakę (37 mln) i Tokio (33 mln). W pierwszej dziesiątce pozostają wciąż New Delhi, Szanghaj, Guangzhou czy Manila, ale to indonezyjska stolica jest teraz symbolem największego wyzwania urbanistycznego XXI wieku.
Dżakarta: miasto skrajności
Dżakarta to miasto ogromnych kontrastów. W jednym kwartale błyszczą nowoczesne wieżowce i luksusowe apartamentowce, a tuż obok znajdują się gęsto zaludnione slumsy. Według raportu ONZ, gęstość zaludnienia w Dżakarcie osiąga 22 000 osób na kilometr kwadratowy – jest jedna z najwyższych na świecie. W Warszawie wynosi ona 3600 osób.
Taki układ urbanistyczny rodzi ogromne wyzwania społeczne. Mieszkańcy nieformalnych osiedli często nie mają dostępu do podstawowych usług – wody pitnej, kanalizacji czy opieki zdrowotnej. Miasto zmaga się też z brakiem dostępnych mieszkań – ceny nieruchomości w centrum są nieosiągalne dla większości obywateli.
Przeludnienie i zmiany klimatu
Główną przyczyną przeludnienia miasta jest intensywny napływ ludności z obszarów wiejskich. Skutki tego naporu są widoczne na każdym kroku. Zanieczyszczenie powietrza osiąga alarmujące poziomy – zwłaszcza w centrum.
W mieście brakuje zieleni. Zgodnie z monitoringiem HUGSI – Husqvarna Urban Green Space Insights – tylko 18% powierzchni Dżakarty stanowią tereny zielone, z czego jedynie 14% to obszary zadrzewione. Dla porównania, Światowa Organizacja Zdrowia rekomenduje, aby minimum 25% powierzchni miast stanowiła zieleń.
Miasto jest też jednym z najbardziej narażonych na skutki zmian klimatu. Powodzie w nadbrzeżnych dzielnicach są coraz częstsze,
a zapadanie się gruntu w wyniku nadmiernego zużycia wód gruntowych to realne zagrożenie dla ludzi. Część mieszkańców żyje
w pływających domach – to konieczność, a nie wybór.
Czy nowa stolica Indonezji rozwiąże problemy?
W obliczu wyzwań urbanistycznych rząd Indonezji podjął decyzję o przeniesieniu stolicy administracyjnej do nowo budowanego miasta Nusantara na wyspie Borneo. Projekt ten zakłada stworzenie „inteligentnego miasta w lesie” z dużą ilośćią zieleni, zrównoważonymi źródłami energii i nowoczesnym systemem transportu.
Nusantara ma odciążyć Dżakartę i stać się wzorem zrównoważonego rozwoju. Krytycy zwracają jednak uwagę, że projekt może mieć charakter propagandowy i służyć głównie poprawie wizerunku władz Indonezji. Pojawiają się również obawy o wpływ inwestycji na lokalne środowisko naturalne oraz społeczności zamieszkujące Borneo.
Dżakarta znalazła się w punkcie krytycznym. Choć liczba 42 milionów mieszkańców robi wrażenie, jest też symbolem alarmującego tempa urbanizacji, które – jeśli nie będzie odpowiednio zarządzane – może doprowadzić do poważnego kryzysu
społeczno-ekologicznego. (National Geographic)
Źródło: The Guardian, ONZ, PolymarketIntel
/ ludzie i obyczaje historia
wrzesień/październik ’26 (28)
Bez prawdy o kobietach z Zieleniaka, nie ma prawdy o powstaniu warszawskim
"Interesowały ich tylko wódka, złote pierścionki i kobiety. Oni nie patrzyli, czy to nauczycielka, żona fabrykanta, czy wiejska dziewczyna pracująca jako pomoc domowa. Wyszarpywali
z tłumu ofiary i nie miało znaczenia, że to staruszka, mała dziewczynka czy rodząca kobieta". Rozmowa z Anną Augustyniak, autorką książki "Zieleniak".
Ostrzeżenie: tekst zawiera opisy przemocy.

Magdalena Karst-Adamczyk: „Jak kobieta tylko urodziła, to na nią wchodził jeden, drugi… jeden wchodził, drugi schodził – aż kobieta umarła. Do upadłego gwałcili. Do upadłości" – takie świadectwo Barbary Rowińskiej, cywilki z Ochoty, która przeszła przez Zieleniak, zapisano w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie ma prawdy o powstaniu bez prawdy o Zieleniaku, jednak tragedia Zieleniaka została wygumkowana z historii. Nawet dziś wiele osób nie ma pojęcia o tym, co
w sierpniu ’44 wydarzyło się na tym popularnym na Ochocie targowisku, zaś ci, którzy wiedzą – poza grupą oddanych sprawie kobiet – mówią o tym szeptem. Jak dowiedziała się pani o Zieleniaku?
Anna Augustyniak: Historia gwałtów podczas powstania warszawskiego jest całkiem wymazana z polskiej historii. O tym, co działo się na Zieleniaku, często nie wiedzą nawet ludzie, którzy mieszkają przy ulicach otaczających targowisko. Kilku czytelników napisało do mnie, że nigdy o tym nie słyszeli. I że przechodzą tamtędy codziennie, od lat, ale odkąd przeczytali moją książkę o miejscu kaźni kobiet i dziewczynek, inaczej przechodzą przez Zieleniak, bo już wiedzą, że pod tą ziemią jest trauma.
Jako pierwsza wydobyła z niebytu tę historię Sylwia Chutnik, która przeczytała o niej w biuletynie dzielnicowym Ochoty, a potem napisała o tym w książce. Ja zaś dowiedziałam się od Elżbiety Podleśnej, aktywistki, psychoterapeutki, która od kilku lat każdego roku, 4 sierpnia, organizuje czuwania na Zieleniaku. Zaczęłam drążyć temat, szukać informacji. I byłam wstrząśnięta. Ale na początku wcale nie byłam wstrząśnięta grozą tego, co się tam wydarzyło, byłam wstrząśnięta milczeniem.
Tyle książek napisano o powstaniu, temat omawia się już w podstawówce, potem w liceum, co roku upamiętnia się to wydarzenie, godzinę jego wybuchu, a podczas uroczystych obchodów śpiewane są powstańcze piosenki i nagle okazuje się, że jakiś ważny wycinek tej historii został ukryty.
(...)
Zanim opowiemy, co się wydarzyło i dlaczego tę zbrodnię wymazano – a powody wymazania były i polityczne, i społeczne,
i psychologiczne – proszę opowiedzieć, kto to zrobił. Bo to, kim byli kaci, to jest kontekst tej historii i jest on szalenie ważny.
– Byli to nasi „bracia" ze Wschodu, tzw. dywizja RONA, czyli Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa, proniemiecka formacja.
Jak pani napisała w książce: ruscy w niemieckich mundurach.
– RONA to był specyficzny twór. Uciekinierzy z Armii Czerwonej, którzy walczyli przeciwko Sowietom, czyli przeciwko swoim.
Spotkałam się z takim określeniem, że byli to „antyradzieccy Rosjanie".
– Adekwatne. Ale żeby zrozumieć tę historię, trzeba się cofnąć do 1941 roku, kiedy na terenie ZSRR powstała Republika Łokocka. Czy pani to coś mówi?
Niespecjalnie.
– Wehrmacht pozwalał trwać tej republice na okupowanych przez siebie na Wschodzie terenach, bo ludzie, którzy ją tworzyli, walczyli z partyzantką radziecką. To było Niemcom na rękę, więcej ich żołnierzy mogło iść na front. Republika, w której zamieszkiwało pół miliona ludzi, miała swoją dywizję, właśnie RONA, składającą się z żołdaków i oficerów Armii Czerwonej zwolnionych z niemieckiej niewoli. Liczebność pułków doszła nawet do 20 tysięcy. Jednak latem 1943 roku Sowieci ich pokonali. Rozbita armia została wycofana na Białoruś, gdzie wcielono do RONA policjantów, jeńców wojennych i przestępców wypuszczonych z więzień. Potem zostali przerzuceni na Podlasie i dalej w rejon Częstochowy, Jędrzejowa i Miechowa. To tutaj Niemcy ostatecznie sformowali Brygadę Szturmową SS RONA.
W Republice Łokockiej obwiązywał kult wodza, a tym wodzem był Bronisław Kamiński, który marzył, by zostać takim Hitlerem na cały Związek Radziecki. To był kolaborant i watażka, słuchający jedynie rozkazów Heinricha Himmlera, tzw. prawej ręki Hitlera.
Skąd jego polskie nazwisko?
– Kamiński miał ojca Polaka, jego matka zaś pochodziła z rodziny polsko-niemieckiej. Ożenił się też z Polką, jeszcze przed wojną.
Wracając do RONA i do wybuchu powstania warszawskiego… Erich von dem Bach-Zelewski, czyli Niemiec, który dowodził tłumieniem powstania, wezwał na pomoc dywizję ronowców spod Częstochowy. Do Warszawy przerzucono 1700 mężczyzn.
4 sierpnia 44 roku weszli do miasta pod wodzą Bronisława Kamińskiego od strony Okęcia. Dostali jedno zadanie: mordować powstańców.
Żołdacy z RONA świetnie się do wypełnienia niemieckiego rozkazu nadawali, do mordowania byli wprost idealni. Tylko od razu okazało się, że natarcie na barykady ich nie interesuje – zamiast walczyć z AK, woleli plądrować. Szli ulicami Ochoty i ciągnęli puste wózki, worki, torby na łupy, których się spodziewali. Liczyły się tylko zegarki, kosztowności, biżuteria… Potem zobaczyli kobiety.

Dywizję RONA tworzyli najbardziej stereotypowi ruscy wojacy, jakich jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Czyli pijani w sztok i niepohamowani w swojej brutalności. Napisała pani takie zdanie: „Warszawa zgotowała ruskim hulanki
i swawole, o jakich nie śnili". Mocne.
– To zdanie jest trochę ironiczne. A trochę nie jest. Ronowcy dostali miasto i jego mieszkańców na tacy. Ludność cywilna była zupełnie bezbronna.
Ironia losu polegała też na tym, że dowództwo powstania, ale także sami powstańcy bardzo liczyli na pomoc ze strony Związku Radzieckiego. I gdy mieszkańcy Ochoty usłyszeli rosyjski język, może nawet przez chwilę poczuli jakiś rodzaj nadziei.
– Może przez chwilę byli zdezorientowani, w końcu nie wiedzieli, czy nie nadchodzą wyzwoliciele. Szybko jednak się okazało, że to wykonawcy hitlerowskich zarządzeń, do tego pijani, zwyrodniali, przerażający nawet samych Niemców. Ludzie przetrwali tyle koszmarnych lat okupacji i naraz zderzyli się z jeszcze większą skalą bestialstwa. Byli wypędzani z mieszkań, z piwnic, wygarniani
z podwórek i schronów na ulicę, wszyscy bez wyjątku. Tych, którzy próbowali stawiać opór bądź zbyt wolno się poruszali, zabijano na miejscu, resztę pędzono w jednym kierunku, na Zieleniak.
To, co wydarzyło się na Zieleniaku, co spotkało tam kobiety – młode, stare, a nawet dziewczynki – jest trudne do wyobrażenia. Wiele z nich padło ofiarą bestialskich, zbiorowych gwałtów. Jedna z ocalałych wyznała, że po piętnastym oprawcy przestała liczyć. Narzędziami gwałtów były nie tylko penisy, ale też karabiny, butelki z benzyną, kości zamordowanych. Po gwałtach część kobiet okaleczano, niektóre zabijano. Inne wracały na Zieleniak; były nie do poznania.
– Napisałam wiele artykułów o przemocy wojennej. Wydawało mi się, że już wszystkie brudy świata poznałam, że wiem, czym jest przemoc seksualna. A tu okazało się, że wcale nie. Bo zbierając materiały do książki „Zieleniak", zderzyłam się z taką potwornością
i okrucieństwem, z takim złem, że nie umiałam sobie z tym poradzić. I po miesiącach siedzenia w archiwach, czytania relacji, wciąż zastanawiałam się, w jaką formę literacką to wszystko ubrać, jak o tej straszności ludziom opowiedzieć, jak opisać piekło.
Co panią, reporterkę, skłoniło do tego, by włożyć tę historię w ramy powieści historycznej, ale – dodajmy – z jednym bardzo reporterskim rozdziałem?
– Najpierw nosiłam się z pomysłem zrobienia reportażu. Potem napisałam wiersz pt. „Zieleniak", gdzie skondensowałam tę historię. Ale to wciąż nie dawało mi spokoju. No bo kto przeczyta wiersz? To za mało, myślałam. I w końcu zdecydowałam się na powieść historyczną, choć na początku wcale nie miałam pewności, że będę umiała ją napisać. Obawiałam się też, czy nie zatracę niczego
z etyki reporterskiej, która przy takim temacie jest szalenie istotna.
Zastanawiałam się, czy powodem nie była niewystarczająca liczba świadectw, dokumentów.
– Przeciwnie, ta zbrodnia jest dobrze udokumentowana. I to nie tylko w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego, ale także w protokołach zbrodni niemieckiej w IPN-ie, gdzie jest sporo relacji, które były zbierane od razu po wojnie, i w ’46, ’47 roku. Jest również Archiwum Instytutu Zachodniego w Poznaniu, którego współzałożycielem był historyk Edward Serwański. Kierował on specjalną grupą badawczą, która zbierała relacje na gorąco, tuż po zakończeniu walk w powstańczej Warszawie. Szukano wtedy w okolicznych miejscowościach ludzi, którzy przeszli przez Zieleniak. Świadkowie opowiadali
o zbrodniach zaledwie kilka tygodni po ich przeżyciu.
Zakładam, że pani, jako reporterka, nawet pisząc powieść, podeszła do faktów niezwykle skrupulatnie.
– Większość opisanych sytuacji przeniosłam wiernie z dokumentów i co najwyżej ubrałam w jakiś kontekst. Literackie bohaterki
i bohaterowie tej książki odgrywają często role prawdziwych ludzi. Chodzi o to, że pod świadectwami i zeznaniami w archiwach czasem podpisane są osoby z imienia i nazwiska, innym razem są tylko inicjały. Dziś nie jestem w stanie ocenić, czy ktoś chciał się ukryć, czy to osoby, które zbierały świadectwa, je ukrywały. Uznałam też, że nie mam prawa w powieści wykorzystywać nazwisk zgwałconych kobiet. Ale już ich losy są opisane prawie jeden do jednego, choć czasem musiałam jakieś mosty wyobraźni nad tymi białymi plamami budować.
Bardzo zależało mi też na tym, by pokazać Zieleniak przed wojną, to tętniące życiem miejsce handlu i spotkań. Dlatego jako bohaterkę wprowadziłam kucharkę służącą Alicję Piotrowską, która robiła tam prawie codziennie zakupy. Doskonale znała targowisko i umiała się po nim poruszać, w przeciwieństwie do doktorstwa Czosnowskich, dla których pracowała, a którzy nagle razem z nią znaleźli się na bruku i byli tak samo bezradni.
Tym samym pokazała pani też, że na Zieleniaku człowiek tracił swój status społeczny. Biedni i bogaci, wykształceni i analfabeci dzielili ten sam okrutny los. Bo na Zieleniaku o losie człowieka przesądzała płeć, prawda? To kobiety przeżyły największe tortury.
– Ronowców interesowały tylko wódka, złote pierścionki i kobiety. Bogate, biedne, wszystkie… Oni nie patrzyli, czy to nauczycielka, żona fabrykanta, czy wiejska dziewczyna pracująca jako pomoc domowa. Wyszarpywali z tłumu ofiary i nie miało znaczenia, że to staruszka, mała dziewczynka czy… rodząca kobieta. Z wielu relacji wynika, że z jakimś upodobaniem Rosjanie gwałcili kobiety tuż po porodzie, jeszcze przed odcięciem pępowiny. To jest wątek, który ciągle powraca. Myślę, że świadkowie mówili o tym tyle, bo było to dla nich szokujące.
Teren targowiska, jak na kolejny niemiecki obóz koncentracyjny, choć miał służyć jedynie przejściowo, nie był duży – 180 na 300 metrów. Plac otaczał trzymetrowy mur, z główną bramą wjazdową i dwoma furtami bocznymi z budkami dla strażników. Stragany zostały rozebrane, był tylko bruk pod gołym niebem. I w takie miejsce dzień po dniu pędzono tysiące osób. I tysiące gwałcono, od razu tam, na targowisku, pośród tłumu. Te „najładniejsze" kobiety prowadzono do Kamińskiego.
Kobiety robiły, co w ich mocy, by się ukryć. Chowały się pod ciałami mężczyzn i dzieci. Smarowały twarze kałem, aby się oszpecić i zniechęcić oprawców.
– Używały też popiołu z palonych zwłok. A gdy spadł deszcz, smarowały się błotem.
Ale czy koniec końców jakikolwiek kamuflaż okazywał się skuteczny?
– Według świadectw – nie.
Choć cierpienia nie powinno się mierzyć liczbami, zapytamy: czy znamy jakieś liczby?
– Mówi się, że na Zieleniaku zginęło około tysiąca osób. Tylko kto to policzył, gdy trupy masowo palono w szkole obok targowiska na sali gimnastycznej? Z raportów tworzonych w tamtym czasie przez Niemców dotyczących działalności Einsatzkommando na Woli
i Ochocie wynika, że między 4 a 13 sierpnia przeszło przez Zieleniak 60 tys. Warszawianek i Warszawiaków. Więc czy ten wspomniany tysiąc zamordowanych to wszystko? Przecież po gwałtach wiele kobiet od razu zabijano, jeszcze więcej konało w mękach przez kolejne godziny.
(...)
W monodramie Agnieszki Przepiórskiej „Ocalone", który jest ważną opowieścią o wydarzeniach z Zieleniaka, pojawia się scena,
w której matka nakazuje zgwałconej córce milczeć, nie mówić narzeczonemu o swoich doświadczeniach. A skrzywdzona kobieta ma prawo mówić. Chociaż ma też prawo nie mówić.
(...)
– Kobiety, które przeżyły Zieleniak, spotykały się z potężnym piętnem. Ofiara gwałtu w tradycyjnym, katolickim i patriarchalnym społeczeństwie lat 40. i 50. często czuła się skalana i wręcz współwinna, bo wina katów bywa przenoszona na ofiary, zwłaszcza jeśli chodzi o ofiary przemocy seksualnej. Otoczenie nierzadko reagowało szeptami, odrzuceniem albo udawaniem, że nic się nie stało. Aby móc żyć, wyjść za mąż, wychowywać dzieci i nie oszaleć, te kobiety podejmowały heroiczną walkę o przetrwanie, podejmowały decyzję o całkowitym milczeniu, zabierając swoją historię do grobu. To jest część prawdy. Po tak gigantycznej katastrofie, jaką była
II wojna, społeczeństwo musiało szybko odbudować kraj i oczekiwało od tych skrzywdzonych kobiet, że będą przez całe życie uprawiać milczenie. Gdyby zaczęto głośno i publicznie przepracowywać traumę setek tysięcy zgwałconych kobiet, zarówno przez ronowców, jak i wkraczającą później Armię Czerwoną, poziom zbiorowego bólu uniemożliwiłyby normalne funkcjonowanie. Dzięki temu z jednej strony społeczeństwo nie musiało się zderzyć z tą wielką, kobiecą traumą, z drugiej – z poczuciem winy, że nie było dość silne, aby te kobiety obronić. To był efekt czystej społecznej hipokryzji i kolejna krzywda zadana już wcześniej tak bardzo skrzywdzonym.
A na to wszystko nakłada się jeszcze kolejny wątek – kultu powstania jako romantycznego zrywu młodych mężczyzn i chłopców, którzy od strzału w pierś umierali za ojczyznę na barykadach. To piękny i heroiczny obrazek. Jak do tego ma się zgwałcona dziewczynka, zgwałcona służąca czy zgwałcona ciężarna?
(...)
Męskie genitalia są powszechnie wykorzystywaną na wojnie bronią, wobec której kobiety są zupełnie bezbronne. Oczywiście kobiety z Zieleniaka próbowały stawiać opór – matki odważnie ofiarowały siebie za swoje córki, co silniejsze atakowały oprawców, próbowały być heroiczne. Ale ostatecznie wszystkie okazywały się jednakowo bezsilne.
– Bezsilność kobiet wobec męskich oprawców jest wpisana w każdy konflikt wojenny. Podczas II wojny światowej nie miało znaczenia, czy żołnierz nosi na czapce swastykę, czerwoną gwiazdę czy amerykańskie pasy. Kobiece ciało było nagrodą dla bojowników, partyzantów, żołdaków, dla walczących mężczyzn. Napisałam kilka lat temu książkę „Na targu niewolników III Rzeszy", która jest opowieścią o moim ojcu Janie Śliwińskim i rodzinie wywiezionej na roboty przymusowe do Rzeszy. Zostali sprzedani na targu w miejscowości Pforzheim w Badenii-Wirtembergii. Podczas zbierania materiałów do książki i przeglądania archiwów dowiedziałam się, że gdy amerykańscy żołnierze weszli wyzwalać te ziemie w 1945 roku i wypełnili już swoje zadanie, dostali trzy dni na rozrywkę. I co robili w tym czasie właśnie w Pforzheim? Pili i gwałcili. Wszędzie i bez żadnych zahamowań. Gwałcili kobiety wroga – Niemki, ale też robotnice przymusowe, w tym Polki, bo nie odróżniali jednej narodowości od drugiej. Gdy się o tym dowiedział generał Eisenhower, głównodowodzący siłami alianckimi, to wydał rozkaz pociągnięcia sprawców do odpowiedzialności i wielu żołnierzy zostało zastrzelonych w publicznych egzekucjach po to, żeby zatrzymać tę falę. Ale potem, po wojnie na Zachodzie, sprawę przykryto milczeniem, zatuszowano, aby zachować czysty wizerunek aliantów.
(...)
Kobiety na Zieleniaku walczyły w powstaniu swoimi ciałami. Powinniśmy myśleć o nich jak o bohaterkach wojennych?
– Były bohaterkami i walczyły. Walczyły o przetrwanie. I zostały skazane na zapomnienie przez własny naród. Świat musi o nich usłyszeć. (wyborcza.pl)
/ teatr
wrzesień/październik ’26 (28)
Rzemiosło teatralne
w Teatrze Polskim w Warszawie
Zdjęcia:
MARTA ARKIERSZTEJN
KATARZYNA CHMURA
KAROLINA JÓŹWIAK
Ich nazwiska nie widnieją na afiszach, a jednak bez nich nie powstałby żaden spektakl. Rzemieślnicy i rzemieślniczki – mistrzowie i mistrzynie w swoim fachu. W Teatrze Polskim
w Warszawie, w którym pracownie rzemieślnicze działają od 1913 roku, uważamy, że bez nich nie tylko nie ma spektaklu, ale bez nich nie ma teatru.
Zachęcamy do poznania naszych pracowni teatralnych!
Praca rzemieślników i rzemieślniczek jest nie mniej kreatywna niż aktorów, reżyserów, scenografów… Wymaga precyzji, sumienności, doświadczenia, ale w niemniejszym stopniu także kreatywności, wyobraźni i nierzadko czegoś, co nazywamy „twórczym szaleństwem”.
Teatralne pracownie rzemieślnicze są miejscami, gdzie w sposób szczególny pielęgnuje się tradycję i gdzie nadal jeszcze praktykowany jest mistrzowski system edukacji zawodowej. Adepci, pod czujnym okiem mistrzów, sami stają się z czasem mistrzami.
Kilkoro rzemieślników, z wieloletnim stażem pracy w naszym Teatrze, otrzymało z rąk Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego tytuł honorowy „Mistrz Rzemiosł Artystycznych”, nadawany zasłużonym rzemieślnikom posiadającym znaczny
i uznany dorobek artystyczny. Nagroda ta jest wyróżnieniem, stanowiącym zwieńczenie ich dotychczasowych osiągnięć
i zasług.
Wielość teatralnych zawodów pokazuje, że teatr bez wątpienia jest sztuką zespołową. Kiedy reżyser z aktorami zaczyna pracę nad tekstem, poszczególne pracownie przystępują do realizacji projektów dekoracji, kostiumów i rekwizytów. Wszystko zaczyna się w pracowni scenograficznej, która wspiera scenografa lub scenografkę w komunikacji ze wszystkimi działami technicznymi.
Projekty kostiumów trafiają do pracowni krawieckich – męskiej
i damskiej, pracowni perukarskiej i do pracowni szewskiej. Produkcją elementów dekoracji zajmują się pracownie: ślusarska – gdzie powstają konstrukcje metalowe; stolarska – zajmująca się drewnianymi elementami dekoracji i wykonaniem mebli; malarska, gdzie malowane są takie elementy dekoracji, jak kurtyny i prospekty, a czasem też części kostiumów. W pracowni tapicerskiej powstają wszystkie elementy scenografii z materiału – od obić ścian, przez draperie, kurtyny, po obicia mebli, a nawet materiałowe obicia podłogi scenicznej. Wszystkie elementy kostiumów i dekoracji, których nie mogą wykonać inne pracownie przygotowują modelatorzy – z ich warsztatu wychodzą sprzączki, pierścienie, kielichy, maski, elementy zbroi i mundurów, broń, rekwizyty i rzeźby – z metalu, drewna, materiału, plastiku, papier mâché, ale też wytwarzane na drukarkach 3D.
Pracownie rzemieślnicze wspierane są przez obsługę sceny – pracownię oświetleniową, akustyczną, przez zespół rekwizytorów, garderobianych i przez liczną grupę montażystów, którzy ustawiają dekoracje na scenie. Żaden spektakl nie odbędzie się też bez inspicjentki/inspicjenta.
W naszym teatrze pracują też suflerki.
Kiedy aktorzy z reżyserem przechodzą z sali prób, by kontynuować pracę nad spektaklem na scenie, kolejne elementy scenografii i kostiumów pojawiają się na próbach, by w tygodniu przedpremierowym, w którym odbywają się trzy próby generalne, praca wszystkich działów mogła się złożyć na pełny sceniczny kształt spektaklu... (teatrpolski.waw.pl)










/ kino
wrzesień/październik ’26 (28)
WOJNA O „ODYSEJĘ”
– Christopher Nolan między Homerem a współczesnością
STANISŁAW BŁASZCZYNA
Christopher Nolan zabiera nas w podróż po morzach starożytnej Grecji, lecz monumentalną formę eposu wykorzystuje do opowiedzenia przede wszystkim o traumie, winie i powrocie do domu. Jego nowa „Odyseja” jest widowiskiem ambitnym i kolosalnym, a zarazem przeładowanym. Bogowie w niej milczą, potwory przypominają postacie z horroru, a mit staje się poligonem współczesnych sporów
o tożsamość, heroizm i konserwatywny ład. Zamiast jednak pytać jedynie o to, czy film pozostaje wierny Homerowi, warto postawić trudniejsze pytanie: co dzieje się z wielkim mitem, gdy zaczynamy go odczytywać wyłącznie przez ciasne ramy dzisiejszej wojny kulturowej? I co nasza reakcja na ten spektakl mówi o nas samych?
Na wstępie pozwolę sobie na krótką uwagę osobistą. Muszę bowiem przyznać, że w moim odbiorze filmu najważniejsze jest pierwsze zetknięcie z nim – to ono w znacznej mierze decyduje o późniejszej ocenie. Poza tym, będąc w kinie, jestem przede wszystkim widzem,
a dopiero później krytykiem filmowym. Pierwszy seans odbieram chyba bardziej trzewiami niż intelektem: najważniejsze jest wówczas to, czy film mnie porusza i oddziałuje na mnie emocjonalnie. Zanim zacznę analizować go bardziej racjonalnie, liczy się właśnie to bezpośrednie wrażenie. Nie można go powtórzyć ani cofnąć – i na tym, jak sądzę, polega jego szczególna wartość.
Po co o tym wszystkim piszę? By już na początku uczciwie powiedzieć, jak zareagowałem na film Nolana, kiedy oglądałem go po raz pierwszy. Przede wszystkim byłem pod wielkim wrażeniem jego formy – mogę powiedzieć, że

Bohaterowie się zmieniają – Matt Damon w Odysei Christophera Nolana.
dźwiękowo-wizualna strona obrazu wręcz mnie oszołomiła. Z drugiej jednak strony film pozostawił mnie emocjonalnie dość chłodnym: niewiele było w nim dla mnie prawdziwych wzruszeń. Pod tym względem Nolan do mnie nie dotarł. Na szczęście znalazłem w jego „Odysei” całkiem sporo aspektów, które zaintrygowały mnie intelektualnie – i właśnie o nich jest poniższy tekst.
Chyba żaden inny aspekt Nolanowej Odysei nie wywołał tylu sporów, co jej stosunek do homeryckiego pierwowzoru. Dyskusja
o filmie bardzo szybko zamieniła się w debatę nad jego wiernością literacką i historyczną, a niekiedy także w ideologiczny spór o to, komu wolno sięgać po dzieła należące do fundamentów zachodniej kultury i jak daleko można się posunąć w ich przekształcaniu. Można było odnieść wrażenie, że dla części widzów Odyseja jest tekstem raz na zawsze ustalonym, którego znaczeń, realiów
i bohaterów należy strzec przed ingerencją współczesnego twórcy. Tyle że już samo pojęcie nienaruszalnego „oryginału” okazuje się w tym przypadku znacznie bardziej problematyczne, niż mogłoby się wydawać.
1.
Skoro każdy może dziś wyrazić opinię o najnowszym filmie Nolana, to dlaczego jemu samemu tak często odmawia się prawa do zinterpretowania eposu Homera po swojemu, krytykując reżysera za takie, a nie inne podejście do opowieści o Odysie? Ktoś, kto tak czyni, traktuje najwyraźniej tekst tego dzieła, jaki dotrwał do naszych czasów – notabene dostępny w najróżniejszych tłumaczeniach – jako nienaruszalny literacki i kulturowy kanon. Już samo to założenie jest błędne, ponieważ przypisywana Homerowi Odyseja, kiedy około VIII wieku p.n.e. zaczęto ją spisywać, była tylko jedną z wielu wersji opowieści rozwijanej wcześniej w tradycji ustnej. Biorąc to pod uwagę, Odyseja, jaką znamy, jest w znacznie większym stopniu zwierciadłem starożytnej Grecji epoki archaicznej niż epoki brązu, w której osadzono jej akcję. Na dodatek można w niej znaleźć wiele elementów nieprzystających do siebie, a nawet sprzecznych – pochodzących z różnych epok, warstw kulturowych oraz porządków społecznych i politycznych. Choćby z tego względu wszelkie spory o tak zwaną wierność historyczną filmu – zwłaszcza gdy dotyczą artefaktów takich jak uzbrojenie, ubiory, statki czy architektura – wydają mi się w znacznej mierze nieporozumieniem. Bo czy można w ogóle domagać się pełnej wierności historycznej od opowieści utkanej z mitów i kształtowanej przez pokolenia aojdów i rapsodów?
Zamykając ten dygresyjny wątek: każda epoka i każdy twórca ma prawo do reinterpretowania tekstów kultury, które dzięki swojemu uniwersalizmowi wręcz do tego zapraszają. Najważniejsze opowieści ludzkości powracają przecież do tych samych podstawowych doświadczeń: mówią o kondycji człowieka zderzającego się z siłami od niego potężniejszymi, a mimo to próbującego zachować własną wolność, godność i wpływ na swój los. Są to opowieści o narodzinach, dojrzewaniu, miłości, nadziei, walce, cierpieniu i śmierci. O utracie i powrocie, pamięci i zapomnieniu, wierności i zdradzie. To wszystko jest w Odysei.
A jednak sam wpadam w pułapkę oczekiwań i porównań z wyobrażeniami wyniesionymi z lektury Odysei – o czym zapewne będzie świadczyć poniższy tekst. Nie ma w tym może zasadniczej sprzeczności: czym innym jest bowiem uznanie prawa twórcy do reinterpretowania pierwowzoru, a czym innym ocena tego, czy jego wizja do nas przemawia. Nie sposób jednak pominąć własnych oczekiwań, jeśli mam uczciwie oddać wrażenia ze spotkania z filmem Nolana i opisać to, co naprawdę o nim myślę.
Tutaj zresztą wyłania się jeszcze jeden problem, którego wcześniej nie przewidziałem. Otóż przed seansem ponownie przeczytałem homerycki epos i przypomniałem sobie jego historyczno-kulturowy kontekst, sądząc, że pomoże mi to lepiej zrozumieć ekranowe dzieło – bardziej je docenić i głębiej w nie wejść. Myliłem się. Gotów jestem teraz stwierdzić, że owa wiedza, wraz z całym balastem oczekiwań, bardziej przeszkodziła mi w odbiorze filmu i związanej z nim refleksji, niż w nich pomogła. I choć podczas seansu dałem się uwieść Nolanowej wizji – monumentalna skala obrazu i jego sensoryczny impet, nagłe uderzenie bodźców wzrokowych
i słuchowych, zrobiły swoje – to ciężar znajomości oryginału nie pozwalał mi później w pełni poddać się filmowi na jego własnych zasadach, a moje myśli podążały już innymi ścieżkami niż te, które wytyczała ekranowa Odyseja. I sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
2.
Najważniejszą postacią homerowskiej Odysei jest oczywiście Odyseusz, król Itaki, mąż Penelopy, wracający z wojny trojańskiej do domu i mszczący się na tych, którzy pod jego nieobecność zawładnęli jego domem, trwonili majątek i zagrażali jego rodzinie. Jego trwająca dziesięć lat „podróż” stała się synonimem długiej, pełnej przygód, trudności i nieoczekiwanych wydarzeń wędrówki. Słowo „podróż” ujmuję jednak w cudzysłów ponieważ przez większość tego czasu Odys nie był on właściwie w drodze, spędzając go
w towarzystwie pięknych nimf-bogiń: siedem lat przebywał u Kalipso, rok u Kirke, a pod koniec tułaczki gościli go Feakowie
i zauroczona nim córka króla Alkinoosa, Nauzykaa.
Chociaż postać Odysa pojawia się dopiero w pieśni V, to już w pierwszym wersie eposu mowa jest o bohaterze, którego grecki oryginał określa słowem πολύτροπος (polýtropos) – wskazującym na człowieka wielostronnego, obrotnego, przebiegłego
i pomysłowego, zdolnego do stosowania najrozmaitszych wybiegów.

Heroizm naznaczony traumą – Matt Damon w roli Odyseusza.
Idąc do kina, byłem ciekaw jaka postać wyłoni się ze współpracy Christophera Nolana z Mattem Damonem – czy ich Odys, obok swoich zalet, zachowa również przywary, które co rusz wpędzały go w kłopoty
i przedłużały jego powrót do domu? Czy film zdoła oddać całą złożoność tej postaci, zachowując coś z homeryckiego „ducha” i takiego rodzaju „męskości”, jaki cenili starożytni Grecy?
Niestety, nic takiego się nie stało. Odys został przez Nolana „przykrojony” do pewnego wzorca bohatera naszych czasów, dostosowanego do współczesnej wrażliwości moralnej – do figury żołnierza naznaczonego traumą wojenną i poczuciem moralnej winy. W rezultacie widzimy na ekranie postać łatwiej budzącą naszą empatię, ale pozbawioną znacznej części psychologicznej głębi i moralnej złożoności pierwowzoru – innymi słowy: nieco spłaszczoną, wybieloną i umoralnioną. Odys w interpretacji Damona jest cierpiący, zatroskany, pełen lęków i wyrzutów sumienia;
w dużej mierze pozostaje bezwolny, a czasami wręcz letargiczny. Nie jest wprawdzie pozbawiony heroizmu ani tragizmu, lecz w filmie wyrastają one z zupełnie innych źródeł – przede wszystkim na fizycznej odporności
i zdolności przetrwania.
Niewidoczne pozostają również inne jego cechy: wielopostaciowość, skłonność do kłamstwa i manipulacji, pycha, duma, okrucieństwo, impulsywność, a wreszcie uleganie seksualnej pokusie i – przynajmniej
według naszych dzisiejszych kryteriów – małżeńska niewierność. Aby osiągnąć ten efekt, Nolan rzeczywiście musiał się postarać, świadomie pomijając znaczną część epizodów homeryckiej Odysei, w których te cechy ujawniają się najwyraźniej. Należy przy tym zaznaczyć, że w czasach Homera oceniano je inaczej niż obecnie. Przebiegłość, umiejętność kłamania, zdobywania przewagi nad przeciwnikiem i dostosowywania się do okoliczności mogły być oznakami wielkości bohatera. Inne jego cechy – pycha, gwałtowność czy okrucieństwo – ukazane są już bardziej niejednoznacznie: pozwalają Odysowi zwyciężać, ale niejednokrotnie sprowadzają też nieszczęście na niego i jego towarzyszy. Również jego związki z Kirke i Kalipso nie podlegały tej samej ocenie co ewentualna niewierność Penelopy. Ostatecznie jednak Odys dopina swego, odzyskując cały swój świat: żonę, syna, dom, majątek, pozycję społeczną i tron. Jego sukces nie polega na moralnej nieskazitelności, lecz na tym, że dzięki inteligencji, wytrzymałości
i bezwzględnej skuteczności potrafi ocalić siebie i odzyskać to, co utracił. Niestety, Nolan w dużej mierze oczyścił ekranowego Odysa z niepokojącej wieloznaczności właściwej jego homeryckiemu pierwowzorowi.
3.
W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że o ile dostrzegamy uniwersalizm greckiego eposu, o tyle świat archaicznej Grecji zasadniczo różnił się od tego, w którym żyjemy. Kiedy więc Nolan przystosowuje „Odyseję” do współczesnej mentalności
i wrażliwości – to nie tylko pozbawia ją części homeryckiego autentyzmu, ostrości i krwistości, ale także w pewnym sensie zakłamuje ją i wytrzebia. Jak pisała Emily Wilson, autorka jednego z najnowszych tłumaczeń Odysei: „Oszustwo, podżeganie do wojny, seks pozamałżeński, okrucieństwo wobec zwierząt, znęcanie się nad kobietami i pragnienie honoru – wszystko to, całkowicie akceptowalne w świecie Homera – w tej wersji [w filmie Nolana] jest przedstawiane jako bardzo złe.” Wilson dodaje jednak, że sama zmiana systemu wartości nie musi być problemem; staje się nim dopiero wtedy, gdy moralna wizja filmu nie jest wewnętrznie spójna, a motywacje bohaterów przestają być przekonujące – a tak jest w filmie Nolana.
To właśnie tutaj film najwyraźniej wychodzi naprzeciw oczekiwaniom masowego widza – nie tylko przykładając dzisiejsze miary do głównego bohatera, lecz także radykalnie zmieniając cały jego etos. Odys ma już nie tyle fascynować swoją wieloznacznością, ile wzbudzać empatię jako człowiek cierpiący i obciążony poczuciem winy.
To zupełnie naturalne, że patrzymy na Odyseję Nolana z własnej perspektywy – funkcjonując w takiej, a nie innej rzeczywistości, która nie tylko wpływa na naszą percepcję kultury, ale także tworzy kontekst polityczny, społeczny i etyczny czasów, w jakich przyszło nam żyć. Warto jednak pamiętać, że kontekst ten zmienia się wraz z historyczną epoką i cywilizacyjnymi realiami. Mit trwa właśnie dlatego, że pozwala się reinterpretować, ale nie oznacza to, że każda reinterpretacja pozostawia go nietkniętym. Można przenieść go na naszą glebę, nie usuwając zarazem jego kulturowej obcości, moralnej niejednoznaczności i zasadniczych napięć.
W przeciwnym razie, zwłaszcza gdy poddamy go radykalnej dekonstrukcji, pozostaje z niego jedynie fabularny szkielet, wypełniony treściami należącymi już do zupełnie innego świata.
To dlatego nie mogę przejść obojętnie obok powtarzających się interpretacji filmu, które wprawdzie znajdują w nim pewne uzasadnienie – o czym za chwilę – ale rozmijają się z wymową i znaczeniem homeryckiego poematu. U Homera bowiem nie ma poczucia schyłkowości, końca cywilizacji, ani nawet determinizmu (o ludzkim losie decydują osobowi bogowie i ludzkie wybory). Europejski katastrofizm zrodził się dopiero z apokaliptycznej wizji człowieka naszej ery; podobnie ślepy mechanizm historyczny to wymysł marksistowski, a nie homerycki.
Wędrowni poeci, którzy przetrwali greckie wieki ciemne, nie śpiewali o ostatecznym upadku ludzkości. Przeciwnie – przenosząc pamięć o dawnych bohaterach przez stulecia kryzysu, udowodnili, że fundament cywilizacji – język, mit, etos – potrafi przetrwać nawet najgłębszą zapaść ustrojową. Ich twórczość była pomostem ku nowej epoce (archaicznej), a nie lamentem nad końcem świata, który co prawda przeminął, ale mógł zostać zastąpiony innym, być może nawet lepszym.
Tymczasem w filmowej Odysei kilkakrotnie, expressis verbis, mówi się o „końcu cywilizacji”. Słyszymy nawet niefortunną wypowiedź Odyseusza o „końcu epoki brązu” – jak gdyby bohater Homera znał późniejszą kategorię historiograficzną. Dziwię się, że Nolan nie dostrzegł kryjącego się w tym sformułowaniu absudru. Samo zburzenie Troi nie jest tu jedynie lokalnym nieszczęściem, lecz zostaje wpisane w szerszą wizję rozpadu całej cywilizacji. A my jesteśmy pod wrażeniem tego dramatu – co wynika oczywiście
z rzutowania na antyczny mit naszych własnych lęków. Podobnie rzecz ma się z obawą przed „ludami morza”, które – znów błędnie
i nieadekwatnie – wielu widzów utożsamia z problemem napływu imigrantów, z jakim boryka się dzisiejsza Europa. Nolan po raz kolejny wykorzystuje więc realia odległego świata nie tyle po to, by go odtworzyć, ile by opowiedzieć o niepokojach naszej epoki. Co film dzięki temu zyskuje, a co traci – musimy ocenić sami.
4.
Nie zamierzam tworzyć tutaj katalogu tego, co Christopher Nolan w swojej interpretacji pominął – wyliczać wszystkiego, co u Homera wyraźnie wybrzmiewa, a czego zabrakło na ekranie. Naturalnie, mając do dyspozycji ograniczony czas projekcji, nie sposób było pomieścić całego bogactwa narracyjnego greckiego eposu. Jednak brak pewnych kluczowych wątków homeryckiej Odysei pozbawia film czegoś bardzo istotnego – tego, co pozwalało nam w pełni zrozumieć homeryckiego Odyseusza i poznać jego prawdziwą tożsamość. Wymienię tylko kilka
z tych pominiętych wątków.
Wspomniałem już, że Nolan niemal całkowicie wyprał swoją filmową opowieść z seksualności – zarówno tej dotyczącej samego Odyseusza, jak i spotkanych przez niego kobiet. U Homera erotyzm jest obecny, choć raczej nieuchwytny – nie znajdziemy u niego obrazowych opisów seksu Odysa z Kalipso i Kirke, choć przecież obie boginie zaciągnęły go do łoża. Pierwsza przetrzymywała go przez długie lata, druga wprawdzie tylko przez rok, ale za to stosując szantaż: nie przywrócę twoim towarzyszom ludzkiej postaci, jeśli nie pójdziesz ze mną do łóżka. Podejrzewam jednak, że nimfy wcale nie musiały Odysa do seksu zbytnio zmuszać, skoro zabawił u nich tak długo. W końcu był pełnokrwistym i – mówiąc dzisiejszym językiem – wręcz pełnotestosteronowym mężczyzną. U Nolana Odys sprawia wręcz wrażenie bohatera aseksualnego.
Przed seansem byłem ciekaw, jakie ułożą się relacje ekranowego Odyseusza
z kobietami, które spotyka on na swojej drodze. Upierałem się bowiem przy twierdzeniu, że to właśnie one są w opowieści Homera znacznie ważniejsze dla zrozumienia Odysa niż jego spotkania z różnej maści monstrami i osobliwymi stworami.
Co więc pokazał nam w tej materii Nolan,
a z czego zrezygnował? Co zachował
z homeryckiego pierwowzoru, a co pominął?
Siedmioletni pobyt Odyseusza na wyspie Kalipso Homer przedstawia jako więzienie, ale można wątpić w to, by nasz bohater cierpiał tam katusze. Zwłaszcza, że Ogygia była wyspą

Odys i kobieta, z którą spędził siedem długich lat – Charlize Theron jako Kalipso.
rajską – bujną, piękną, ukwieconą i zasobną we wszelakie jadło – a Kalipso naprawdę go kochała. Dopiero po spędzeniu w tych warunkach wielu lat zaczęła mu się dawać we znaki nostalgia. Zatęsknił za domem i żoną, odrzucając nawet pokusę nieśmiertelności, jaką mogła obdarzyć go bogini.
Natomiast w filmie Ogygia jest jakimś straszliwym pustkowiem. Odys i Kalipso koczują w szałasie na plaży pełnej resztek rozbitego statku. Ląd to naga, całkowicie pozbawiona życia pustynia. Nimfę gra wprawdzie posągowa Charlize Theron, ale między tą zjawiskową kobietą a dotkniętym amnezją i ciepiącym on stres pourazowy Odysem nie ma ani grama chemii. Staje się ona dla niego zaledwie – jak ktoś to zresztą trafnie określił – „nieopłacaną” terapeutką, pozwalającą mu faszerować się narkotykami (lotos zapożyczony od nieobecnych w filmie Nolana Lotofagów). Z homeryckiej kochanki i więzicielki pozostaje więc przede wszystkim opiekunka rekonwalescenta.
Jeszcze dziwniejsze są okoliczności, w jakich ukazany jest krótki pobyt Odysa u Kirke. Tam również nie może być mowy o seksie – dostajemy za to scenę rodem z body-horroru, w której czarownica własnoręcznie zamienia towarzyszy bohatera w świnie. Przy czym określenie „własnoręcznie” należy rozumieć dosłownie: Kirke wręcz fizycznie wydziera z mężczyzn świńską aparycję. Samantha Morton robi, co może, i jest w tym świetna, ale sprawia wrażenie, jakby była wyjęta z zupełnie innego filmu. Jeśli scena ta ma być metaforą tego, że wszyscy mężczyźni to świnie, to jest ona zdecydowanie zbyt dosłowna i… raczej mało odkrywcza.
5.
Tak naprawdę to chyba najbardziej zabrakło mi w filmie Nolana pobytu Odyseusza na wyspie Feaków – na dworze króla Alkinoosa
i królowej Arete. W dziele Homera epizod ten jest kluczowy, bo to właśnie tam z ust samego Odysa dowiadujemy się o wszystkich jego morskich przygodach – spotkaniach z potworami, dziwnymi kreaturami, syrenami, nimfami… Przyjęty niezwykle gościnnie – przy sutej uczcie i dobrym winie – nasz bohater godzinami snuje opowieści, oczarowując nimi słuchaczy.
Czy są one prawdziwe? Do dzisiaj nie wiadomo – Odys potrafił przecież zmyślać, koloryzować i tworzyć na poczekaniu całe fałszywe biografie. Nie należy się tym jednak zbytnio przejmować, bo w dobrej opowieści od dosłownej prawdy ważniejsze bywają emocjonalna wiarygodność, zawarty w niej sens, wartości i morał. Innymi słowy: to, czy okaże się ona dobrym materiałem na stworzenie wiekopomnego eposu.
U Nolana Odyseusz zwierza się ze wszystkiego Kalipso – zamiast królewskiego dworu mamy szałas, zamiast biesiady narkotyk, zamiast relaksu spięcie, a zamiast porywającej opowieści traumatyczne wyznanie.
Nie muszę chyba dodawać, że w filmie zabrakło również Nauzykai – młodziutkiej córki Alkinoosa i Arete, pięknej, wdzięcznej
i wyraźnie zauroczonej Itakijczykiem. Jej spotkanie z Odysem otacza nawet dyskretna aura możliwego małżeństwa. U Homera Nauzykaa jest jasnym i pełnym świeżości uosobieniem młodej kobiecości, a zarazem kolejnym świadectwem męskiej charyzmy Odysa.
I wreszcie – nolanowskie spotkanie Odyseusza i jego drużyny z Polifemem, synem Posejdona. To, co się dzieje w jaskini cyklopa, reżyser przedstawia jak typowy survival horror – pozbawiając cały epizod psychologicznej głębi, jaką odnajdujemy w oryginale. Polifem Homera nie jest bowiem wyłącznie jednookim potworem, ale dość złożoną postacią, niepozbawioną pewnej inteligencji. Przede wszystkim nie jest niemową ani zwierzęciem wydającym z siebie jedynie nieartykułowane dźwięki, lecz wdaje się
z Odyseuszem w ciekawą grę słowną. To właśnie w jej trakcie Itakijczyk używa słynnego wybiegu, który ostatecznie ocala jemu i jego ludziom życie: przedstawia się jako Nikt. Kiedy więc – po upiciu cyklopa winem i wykłuciu mu oka – Polifem wyje z bólu i wzywa na pomoc swoich braci, ci, na pytanie, kto go krzywdzi, słyszą w odpowiedzi: „Nikt”. Skoro zaś nikt nie czyni mu krzywdy, to odchodzą, uznając, że dotknęła go choroba zesłana przez Zeusa – ot, ich braciszek ma po prostu zły dzień.
Na tym jednak nie koniec. Kiedy Odys jest już na morzu, nie potrafi oprzeć się pokusie wykrzyczenia Polifemowi własnego imienia. Ten przejaw pychy, dumy i chełpliwości będzie Odysa i jego załogę drogo kosztował. Cyklop wzywa bowiem Posejdona i rzuca na Odysa klątwę, prosząc ojca, aby jego krzywdziciel nigdy nie powrócił do domu albo dotarł tam późno, samotnie i po utracie wszystkich towarzyszy. To jeden z najważniejszych motywów homeryckiej Odysei. Dzięki niemu rozumiemy, dlaczego tułaczka Odysa po morzach była tak długa i dramatyczna. Epizod ten znakomicie ujawnia również mniej chwalebne cechy jego charakteru: legendarnej przebiegłości i pomysłowości towarzyszą tu próżność, pycha i zgubna potrzeba rozgłosu. Nolan, usuwając zarówno fortel „Nikt”, jak i późniejszą chełpliwość Odysa, pozbawia bohatera obu stron tej samej natury.
Miałbym jeszcze wiele do powiedzenia na temat tego filmu – o jego obsadzie, muzyce, zdjęciach i aktorstwie; o innych motywach obecnych w Odysei, takich jak choćby koń trojański czy spotkanie z syrenami; o sposobie przedstawienia bogów, wizycie w Hadesie oraz obrazie wojny i przemocy; wreszcie o Penelopie, Telemachu, a nawet o wiernym psie Argosie… Nie chcę jednak zamieniać tego tekstu w sążnisty elaborat i wystawiać na próbę cierpliwości czytelników.

Przed starciem z Lajstrygonami – nie ma wojsk niezwyciężonych.
6.
A jednak na koniec odniosę się jeszcze do pewnych aspektów odbioru filmu Nolana przez współczesną widownię – w kontekście zjawiska, które można nazwać „wojną kulturową”. Jest to o tyle istotne, że najnowsza ekranizacja Odysei sprowokowała dyskusję, jakiej za sprawą kina dawno już w mediach nie widziano.
Pierwsze potyczki tej wojny miały miejsce na długo przed premierą filmu. Zanim jednak rozgorzały spory o ideologię, front otworzył się na poziomie samej obsady: czarnoskórej Lupity Nyong’o jako Heleny, transpłciowego Elliota Page’a jako Sinona (niektórzy myśleli, że będzie on grał wojowniczego Achillesa, co jeszcze
bardziej rozsierdziło przeciwników), dwurasowej Zenday’i jako Ateny oraz – już w nieco innym rejestrze – rapera Travisa Scotta jako aojdy (starożytnego barda). Nie wchodziłem w te spory, choćby tylko z prostego powodu, że nie wiedziałem, jak te konkretne wybory reżysera sprawdzą się na ekranie i czy będą miały jakikolwiek wpływ na wizualną, emocjonalną i znaczeniową moc obrazu. Okazało się, że ich wpływ był minimalny, ponieważ wszystkie wymienione postacie pełnią w filmie role marginalne. Mnie samego żadna z tych decyzji obsadowych nie drażniła. Wręcz przeciwnie: spodobała mi się ekspresyjna wyrazistość Nyong’o, intrygująca nieokreśloność Page’a oraz rytmiczna, mocna recytacja Scotta. Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o Zenday’i – Atena w jej wydaniu jest po prostu mdła i nijaka.
Ciągle czekam, aż kolor skóry przestanie mieć dla nas znaczenie – choć nie wiadomo, czy kiedykolwiek to nastąpi. Zarazem rozumiem powody, dla których nadal wzbudza on emocje, zwłaszcza w kontekście etnicznej tożsamości, kulturowej ciągłości
i historycznej wierności faktom.
Znacznie bardziej zasadne wydają mi się spory o to, po której stronie znajduje się Odyseja Nolana: prawej czy lewej? Moim zdaniem w filmie tym – jeśli już ktoś uprze się podchodzić do niego ideologicznie – można dostrzec zarówno elementy lewicowe
i liberalne, jak i prawicowe oraz konserwatywne. Najbardziej „lewicowy” jest chyba sposób, w jaki Nolan rewiduje tradycyjny model heroizmu, o czym pisałem wcześniej zatrzymując się przy postaci Odysa. Poniekąd „progresywna” wydaje się nieufność wobec militarnego triumfalizmu, wrażliwość na cierpienie ludności cywilnej i moralne następstwa wojny, a wreszcie uniwersalistyczne
i wieloetniczne podejście do kanonu, które niektórzy mogą uznać za jego dekonstrukcję. Tyle że antywojenność nie jest z natury lewicowa, podobnie jak troska o tradycję nie jest wyłączną własnością prawicy. Poczucie winy nie jest „woke”, tak jak podziw dla dawnych bohaterów nie jest wyłącznie „konserwą”.
Jeśli chodzi o mnie, więcej w nolanowskiej wizji eposu Homera dostrzegam elementów konserwatywnych niż progresywnych.
W rzeczywistości opiera się ona bowiem na wartościach tradycyjnych, takich jak dom, rodzina, więź małżeńska, ojcostwo, szacunek dla rodziców czy wreszcie odpowiedzialność władcy i respektowanie porządku, którego człowiek sam nie ustanowił. Zło nie wynika tutaj z niesprawiedliwej struktury społecznej, lecz z naruszenia zobowiązań: gościnności, wierności, lojalności i poszanowania nadrzędnego prawa. Odys nie musi obalać istniejącego porządku, lecz zrozumieć własne przewinienia, odpokutować je i przywrócić dawny ład. Nie dziwię się więc, gdy słyszę, jak ktoś nazywa ten film chrystianizacją pogańskiego eposu – rozumiem bowiem, z czego taka interpretacja wynika, choć sam nie muszę się z nią zgadzać.
Ostatecznie można więc powiedzieć, że Odyseja Nolana jest liberalna pod względem reprezentacji, konserwatywna w swojej moralnej architekturze i współcześnie humanistyczna w spojrzeniu na wojnę oraz heroizm. Nie chcę jednak rozpatrywać tego filmu wyłącznie w kategoriach ideologicznych. Nie sądzę, by Christopher Nolan był ideologiem – według mnie pozostaje przede wszystkim artystą, obsesjonatem kina, którego twórczość koresponduje ze współczesnością: z jej ideami, przekonaniami, lękami
i oczekiwaniami. Na ile reżyser tym tendencjom sprzyja, a na ile z nimi polemizuje – na ile jedynie do nich się odnosi, pozostawiając widzowi przestrzeń do własnej interpretacji – o to można się spierać.
(https://wizjalokalna.wordpress.com/2026/08/02/odyseja-recenzja-filmu-christophera-nolana)
/ kino rozmowy
wrzesień/październik ’26 (28)
Środowisko podważyło zdobycie przez nią szczytu. To wtedy Wanda Rutkiewicz poczuła się zbrukana
KAROLINA OPONOWICZ

Wanda Rutkiewicz w kadrze z filmu 'Ostatnia wyprawa'. (Fot. Millennium Docs Against Gravity)
Film „Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa", w reżyserii Elizy Kubarskiej, został wybrany Najlepszym Dokumentem podczas gali wręczenia Polskich Nagród Filmowych Orły 2024.
"Musiałam to opowiedzieć. Ja po prostu za dużo już wiem: i jeśli chodzi o biografię Wandy i o to, co sama przeżyłam". Rozmowa z Elizą Kubarską, reżyserką.
Karolina Oponowicz: Wanda Rutkiewicz pojawiła się już w tylu książkach, reportażach, filmach. A jednak zrobiłaś o niej film. Co z jej historii można było jeszcze wyciągnąć?
Eliza Kubarska: Pierwszy raz zrobiłam film o osobie, która jest tak znana. Ale, co ważniejsze, wokół której nabudowano tyle mitów. Mierzyłam się z wizerunkiem kobiety, o której, zdawałoby się, powiedziano wszystko, nawet więcej niż przystoi. A mnie się cały czas wydawało, że tam jest coś jeszcze.
Szybko stało się dla mnie jasne, że skupię się na dwóch ostatnich latach jej życia. Pewności nabrałam po przeczytaniu książki „Wywiad rzeka z Wandą Rutkiewicz", ostatniego wywiadu, który przeprowadziła z himalaistką Barbara Rusowicz. Dziennikarka ma 20 lat z hakiem, jest trochę przypadkiem wysłana przez wydawcę, nie ma gdzie mieszkać w Warszawie, więc Wanda zaprasza ją do siebie do domu. Mieszka z nią trzy dni i totalnie się otwiera, po raz pierwszy. I tak powstaje najlepsza z książek
o Wandzie. Ostatnia z jej udziałem. Autoryzację przesyła z Nepalu, z wioski Taplejung, a o dalszą opiekę nad tym prosi przyjaciółkę dziennikarkę, przyjaciółkę Ewę Matuszewską.
Jaki to jest moment jej życia?
Jest 1992 rok, ona ma 49 lat. Niedawno wróciła do Polski po zdobyciu Annapurny, ale ciągnie się za nią oskarżenie, że wcale nie weszła na szczyt. Jest wykluczona przez część środowiska. Półtora roku wcześniej podczas wspólnej wyprawy na Broad Peak zginął jej ukochany, Kurt Lyncke-Krüger. Wanda szykuje się do wyprawy na kolejny ośmiotysięcznik, Kanczendzongę.
Na końcu książki opowiada o swoich uczuciach i to jest bardzo mocne. Widzimy kobietę straszliwie samotną. Do tego niezrozumianą przez środowisko.
Ewa Matuszewska dużo mi mówiła o tym ostatnim okresie jej życia, kiedy Wanda miała ruszyć na Kanczendzongę. Ewa czuła, że Wanda jest na ścieżce do samozatracenia. Prosiła ją, żeby się zatrzymała. Ale Wanda była jak w amoku. Przed jej wyjazdem pisały razem artykuł — bo Ewa zawsze pomagała w tym Wandzie. Gdy poprosiła o tytuł, Wanda rzuciła: „Coraz większa samotność, coraz większy cień". I Ewa już wiedziała, że to koniec.
Przed obejrzeniem Twojej „Ostatniej wyprawy" miałam w głowie obraz Wandy jako wielkiej gwiazdy himalaizmu, cieszącej się uznaniem. Niezbyt szczęśliwej prywatnie, ale górsko spełnionej.
No właśnie. To też było dla mnie ciekawe — dlaczego narracje dwóch środowisk, pozawspinaczkowego i wspinaczkowego, na jej temat są tak różne.
Nie miałam żadnej tezy na temat Wandy. Miałam dwa punkty widzenia. Pierwszy zbudowała mi mama. To były czasy komuny
i biedy, a tu pojawia się taka kobieta: wolna, silna, realizująca swoje marzenia. Mamie bardzo się to podobało i często mi o tej Wandzie opowiadała.
Wanda zaginęła w 1992 roku i trzy lata później ja zaczęłam się wspinać. W którymś momencie zaczęła do mnie docierać narracja na temat Wandy płynąca ze środowiska górskiego. Zupełnie inna niż ta znana z domu.
Że miała trudny charakter, parła ślepo do celu, miała śmierć w oczach?
I że była bardzo wolna, w sensie, że wolno poruszała się po górach. O tym ostatnim słyszałam dużo, natomiast o jej osiągnięciach, także tych alpejskich przed Himalajami, które są wybitne, w środowisku wiele się nie mówiło. To już musiałam sama wyszukać.
Była pierwszą osobą z Polski na Evereście.
I na K2 w 1986. O tym K2 usłyszałam po raz pierwszy od Ewy Matuszewskiej. Kłóciłam się z nią, że to nieprawda, że ja bym to przecież wiedziała. A ona na to: „No właśnie Eliza, dlaczego ty tego nie wiesz?".
Zaczęłam zadawać to pytanie publiczności na spotkaniach - czy ktoś wie, że Wanda była pierwszą osobą z Polski na K2? Prawie nikt. Do dzisiaj nie celebrujemy pierwszego zdobycia tego szczytu przez Polaka. A przecież K2, nawet w świecie niegórskim, jest symbolem. To góra – piramida, najtrudniejszy 8-tysięcznik. Everest – tak. To, że Wanda była na nim jako pierwsza osoba z Polski, trudno było ukryć. Ale K2 nie.
Może dlatego, że okoliczności były, jakie były. Podczas zejścia zginęło małżeństwo Barrard, z którym się wspinała. Wkrótce potem zginęła na K2 trójka Polaków: Tadeusz Piotrowski, Dobrosława Miodowicz – Wolf i Wojciech Wróż.
To prawda. Ona sama za dużo o tym wejściu nie mówiła. Dlatego właśnie, że było jej po ludzku głupio celebrować, gdy tyle tragedii się wydarzyło.
O K2 i ofiarach tzw. Czarnego Lata, a właściwie o ich dzieciach, zrobiłaś fim „K2. Dotknąć nieba". Nie ma w nim Wandy.
Zbieranie materiałów archiwalnych do filmu o tym, co zdarzyło się na K2 w 1986 roku, to pierwszy moment, kiedy Wanda przychodzi do mnie fizycznie, w materiałach archiwalnych. Bo pojawia się tam wszędzie. Bardzo ciekawa postać, ale ja jej nie szukam. Wręcz mi przeszkadza.
Zaczęłam wtedy materiały z nią sobie odkładać. Zrobiłam później dla TVP film „Być kobietą w Himalajach", w którym ona się pojawiła. Potem zabrałam się za „Ścianę cieni". Był rok 2017, pojechałam pod Kanczendzongę, do wioski Szerpów i nagle coś mnie tknęło. Wanda tu była! Mówię: „Wanda?". A Szerpowie odpowiadają: „Łanda!". I zaczyna się opowieść. Jestem
w totalnym szoku, że ci ludzie po 25 latach ją dokładnie pamiętają! Najlepsze, że okazuje się, że jest tam jej wyprawowa beczka.
Kolejnym krokiem, który zbliżył cię do filmu, to dotarcie do archiwaliów po Wandzie. W tym do jej niesamowitego audiopamiętnika, który stał się kluczowym elementem „Ostatniej wyprawy".
Za zgodą siostry Wandy, Janiny miałam dostęp do rzeczy ze zlikwidowanego mieszkania Wandy. To jest z jednej strony skarb,
z drugiej przekleństwo. No bo wyobraź sobie ciężarówkę albo wielki pokój pełen rzeczy. Czego tam nie ma. Taśmy 16 mm, ok. 30 rolek, kasety video w różnych formatach, kilka tysięcy slajdów, pisma wyprawowe, całe skoroszyty, listy, w tym od fanów, artykuły. Przejrzenie tego i digitalizacja to jest na parę lat pracy dla kilku osób.
Ale dogrzebałaś się do skarbu.
Znalazłam 30 kaset audio. Taki audiopamiętnik z wyprawy na Kanczendzongę od strony południowej z 1991 roku. Wanda idzie przez Himalaje, trzyma w ręku rekorder i nagrywa. Zaczęłam je przesłuchiwać i najpierw nic w nich nie było: notatki z base campu, rozmowa techniczna z jakimś wspinaczem o przebiegu drogi. Byłam zasmucona, że nic tam nie znajdę. I nagle natknęłam się na treści, które były... po prostu dziwne.
Wanda zaczyna mówić: „Jestem w drodze do poszukiwania czegoś. Wiem, że nie ma dla mnie powrotu. Przyjdzie taki moment, kiedy ze stadium Buddy wędrującego zmienię się w stadium Buddy medytującego, ale to jeszcze nie czas, żeby o tym mówić, dopóki to się nie stanie". I cała ta kaseta jest taka.
Okazuje się, że Wanda, kobieta, która ma około 48 lat, zadaje sobie dużo pytań, zaczyna negować rzeczy, które w życiu robiła. Rozprawia się z tematem macierzyństwa, miłością, relacjami damsko-męskimi. Kiedy odsłuchałam tę kasetę, jako filmowiec wiedziałam, że mam film. A jako człowiek byłam głęboko poruszona.

Po tej pełnej refleksji wyprawie na Kanczendzongę z 1991 Wanda ruszyła na Annapurnę. Zdobyła swój kolejny ośmiotysięcznik, ale oskarżono ją o oszustwo.
Kiedy środowisko podważyło prawdomówność jej słów o zdobyciu szczytu, Wanda poczuła się zbrukana. Właśnie takich słów użyła. Bardzo dobrze wiem, o czym mówiła. Ja też się poczułam zbrukana, kiedy część środowiska górskiego podważała wiarygodność moich słów.
Odnosisz się do tego, jak oskarżono ciebie i Davida Kaszlikowskiego, twojego ówczesnego chłopaka, dziś męża o to, że kłamaliście, mówiąc o wytyczeniu drogi wspinaczkowej we fiordach Grenlandii w 2007 roku?
Tak. Ta koszmarna historia ciągnęła się za nami całe lata. Ostatni wyrok zamykający sprawę, którą wygraliśmy, zapadł w 2021 roku.
Widzisz powtarzalność tego mechanizmu? Dlaczego wam próbowano odebrać to osiągnięcie i dlaczego Wandzie próbowano odebrać Annapurnę?
Ja jestem przypadkiem w tej historii, tu chodziło o Davida. David i Wanda zawsze szli swoją drogą. David zupełnie inaczej niż Wanda, nie porównuję osiągnięć. On był eksplorerem. Jego pierwszy kurs wspinaczkowy to był od razu kurs instruktorski. Pojechał wspinać się w Himalaje, zanim pojechał w Tatry czy w Alpy. Wspiął się na hotel Marriott bez asekuracji. Czyli podążał swoją ścieżką, a jednocześnie się wybijał, robił do tego piękne zdjęcia na naszych wyprawach i je publikował. A środowisko górskie w Polsce jest bardzo konserwatywne. Wcale nie chodziło o prawdę o naszej drodze na Grenlandii. Jeden ze znajomych słyszał rozmowę naszych oponentów, podczas której padły słowa: „Wdepczemy ich w ziemię".
Wanda lubiła siedzieć w swoim namiocie, przez co niektóre koleżanki uważały, że jest nie okej, bo się z nimi nie kumpluje.
A ona budowała sobie w tym namiocie ołtarzyk, miała muzyczkę, światełka, pisała pamiętnik, czytała książki. Była inna.
Kiedy zbierałaś materiały do filmu o Wandzie i pojawił się temat Annapurny, odezwały się twoje wspomnienia?
Oczywiście. Oskarżenie z Annapurny pojawia się pod koniec października 1991. Ona wraca do Warszawy w listopadzie, nikt już na lotnisku na nią nie czeka. Dwójka przyjaciół przychodzi, żeby jej powiedzieć, że przed nią wylądowała wiadomość, że ona oszukuje, że nie zdobyła tej Annapurny. A Wanda właśnie przeszła południową ścianę jako pierwsza kobieta w historii! Tam powinien stać tłum dziennikarzy. Tymczasem nie ma nikogo. I już się niesie. W marcu wyjeżdża na swoją ostatnią wyprawę, znów na Kanczendzongę, tym razem od strony północnej.
W pewnym momencie Wanda już nie ma partnerów. Nie może znaleźć sponsorów, musi wziąć pożyczkę. My też straciliśmy wszystkich sponsorów i wielu współpracowników. Kiedy zostaliśmy pomówieni o nieuczciwość w górach, to był koniec naszej kariery górskiej. Nikt nie czekał na zbadanie sprawy. Wyrok zapadł.
Zarówno Was, jak i Wandę niezależni eksperci topograficzni oczyścili z zarzutów.
Tak. Ale to zostaje.
Dlatego, zanim doszłam do tematu Annapurny w filmie, długo się szykowałam. Powtarzałam sobie: „To jest historia Wandy, nie twoja. Ty tu jesteś teraz przekaźnikiem". Ale to było bardzo trudne, bo im więcej czytałam, tym bardziej się we mnie kotłowało.
Myślisz, że losy Wandy mogłyby się potoczyć inaczej, gdyby nie to oskarżenie, gdyby nie pojechała po nim tak szybko na Kanczondzogę?
Myślę, że tak. Mój David to bardzo dobrze opisał na podstawie swojego doświadczenia, że Wandzie odebrano wolność decydowania, jak daleko może zaryzykować. Ponieważ kiedy jesteś oskarżony o nieuczciwość w górach i jedziesz na kolejną wyprawę, to nie jedziesz już w neutralnym środowisku, gdzie masz wokół siebie ludzi i dobrą wolę. Nie, ty musisz udowodnić, jak jesteś w tych górach dobry i skuteczny, za wszelką cenę.
W twoim filmie o Rutkiewicz widzimy osobę, która wyprzedziła swoją epokę. Dowiadujemy się na przykład, że mówiła biegle w trzech językach. Miała menedżerkę, zarabiała na wyprawy, wygłaszając prelekcje. Jako bodaj pierwsza
w środowisku zaczęła myśleć o swoim wizerunku, dziś powiedzielibyśmy o PR-ze. Pewnie stąd ten charakterystyczny żółty kombinezon.
Powiedziała, że chce być rozpoznawalna. I była. A to drażniło wszystkich.
Po zdobyciu Everestu z dnia na dzień zrobiła się sławna. Jest takie nagranie, gdzie mówi: „Mężczyźni nie są przyzwyczajeni do kobiety – partnera. Boją się, że wskoczę im na plecy i ich kosztem osiągnę sławę".
A przecież nikomu nie wskakiwała na plecy. Sławę zdobywała dlatego,
że była jedna, a ich było dwudziestu.
Do tego pięknie wyglądała, pięknie się wysławiała. Wiadomo, że dziennikarze zawsze szli do niej, a nie do nich.
A wiesz, co powiedział Aleksander Lwow [himalaista – przyp. red.] o tym, co by było, gdyby Wanda żyła? „Byłaby Wanda,
a dopiero potem Wielicki i pozostali". W swoich czasach była nawet konkurencją dla Messnera.
Jeszcze jedna charakterystyczna rzecz. Nasi lodowi wojownicy raczej nie trenowali przed wyprawami w góry. Nie pamiętam żadnego obrazka polskiego alpinisty z tamtych czasów, który robi pompki, biega. A ona owszem.
Wanda miała background sportowca. Grała zawodniczo w siatkówkę, była w kadrze narodowej. Miała to w genach. Wystarczy popatrzeć na przedramię i na ramię Wandy. Udało mi się znaleźć takie zdjęcia, gdzie widać jej mięśnie. Robią wrażenie.
W Katmandu spotkałam właściciela agencji Asian Trekking, która obsługiwała Wandę i polskich wspinaczy. Opowiedział mi, że ona po każdej wyprawie zostawiała u nich w bazie sprzęt na kolejną, żeby go nie wozić. Ponieważ Wanda była większa od nich, zawsze dawali jej wysoką półkę. Brała bardzo ciężką torbę, podnosiła ją dwoma rękami i bez trudu wkładała na górę.
I lubiła wygrywać.
Działała strategicznie, jak sportowiec, a w sporcie liczy się, kto jest pierwszy. To nie przypadek, że była pierwsza na niektórych szczytach. Może jak kobieta jest pierwsza, to według niektórych nie wypada. W liście do Marion Feik, swojej menedżerki napisała: „Ja mam osiem tysięczników i Krzysztof [Wielicki] ma osiem ośmiotysięczników, może to jest coś, co zniszczyło naszą przyjaźń".
Czy oprócz Annapurny były jakieś inne zarzuty pod jej adresem?
Odezwał się do mnie na Facebooku pan, który podobno znał Wandę. Zapytał, dlaczego robię film o tak kontrowersyjnej osobie, która zostawiała partnerów w górach. Odpisałam w prywatnej wiadomości, że proszę o szczegóły. Pan napisał, że zna takie osoby, ale faktów żadnych nie podał i dodał, że Rutkiewicz nie była żadną niezwykłą kobietą i że ja się zagalopowałam, bo robię o niej film. Ale ja to sprawdzałam i nie znalazłam sytuacji, w której Wanda zostawiłaby swojego partnera w górach.
Wręcz przeciwnie. To ją zostawiano. Kiedy zginęła koleżanka Wandy w Himalajach i nie byli w stanie pochować ciała, Wanda wróciła tam po 3 latach. Z dwójką kolegów na zmianę nieśli jej ciało w plecaku, żeby tę dziewczynę zanieść do miejsca pochówku. Tak samo, gdy Halina Kruger - Syrokomska zmarła na wyprawie, to Wanda zorganizowała akcję, żeby ciało znieść do bazy. To była bardzo niebezpieczna akcja, bo ciała się generalnie nie sprowadza, dla niej było to ważne, żeby rodzina Haliny mogła kiedyś odwiedzić jej grób.
Nic dziwnego, że czuła się samotna.
Czasem mam wrażenie, że ktoś naprawdę dbał to, żeby narracja wokół Wandy wyglądała tak, jak wyglądała. I że część środowiska górskiego podtrzymywała opinię, że to postać kontrowersyjna. Może mój film może to zmienić? Nie za moją sprawą, ale przez to, że dałam Wandzie głos. Tam mówi Wanda, którą znalazłam. Wanda bardzo aktualna.
Musiałam jej historię opowiedzieć. Ja po prostu za dużo już wiem: i jeśli chodzi o biografię Wandy i o to, co sama przeżyłam. To nie jest tak, że ja się domyślam, co czuła w danym momencie ta kobieta. Ja doskonale wiem, co ona czuła. Dzięki jej pamiętnikom i notatkom miałam dostęp do jej myśli.
Miałam nawet kiedyś taki sen, że zastanawiam się, jak ona by na ten film zareagowała. Wanda się do mnie w tym śnie uśmiechnęła.
W filmie jest motyw szukania śladów Wandy w klasztorach buddyjskich. To świetny pomysł fabularny. Bo chyba serio nie wierzyłaś w to, że ją tam znajdziesz?
Wierzyłam. Jej mama uważała, że Wanda żyje, że schowała się w klasztorze buddyjskim, żeby przeczekać ten zły czas, kiedy źli ludzie jej dokuczają. A to, że niektórzy zaszywają się w klasztorach, jest do sprawdzenia. W buddyjskich klasztorach sama widziałam białe mniszki.
Jakbym chciała, mogłabym to budować dalej, bo mam dużo informacji. Tylko ludzie by mi nie uwierzyli. Na przykład jedna
z roboczych wersji filmu zaczynała się sceną, w której trzy mniszki z klasztoru wysoko przy granicy z Tybetem rozpoznają Wandę.
Ewa Panejko- Pankiewicz, która wspinała się z Wandą na południową ścianie Kanczendzongi rok przed jej zaginięciem, powiedziała mi, że Wanda zostawiła depozyt w postaci namiotu i jedzenia na wysokości ponad 7000 m. „Wanda miała doskonałą orientację w terenie, na pewno by to znalazła, gdyby chciała". Oglądałam mapę Kanczendzongi z Messnerem. Pokazał mi przełęcz, którą ona mogłaby zejść z Kanczendzongi do Sikkimu – indyjskiego królestwa.
To jest niemal niemożliwe. No ale ciała nie ma.
Wiem, że do Izby Pamięci Kukuczki w Istebnej przyszła dwójka turystów, którzy widzieli kobietę podobną do Wandy
w klasztorze w Tybecie. Mam też nagraną opowieść Ewy Matuszkiewicz, o tym, jak jakiś czas po zaginięciu Wandy w nocy zadzwonił do niej telefon. „Ewunia?", usłyszała w słuchawce. „Wanda, gdzie ty jesteś, martwiliśmy się o ciebie, dlaczego ty się nie odzywasz?", „No przepraszam, nie mogłam wcześniej. Słuchaj, wszystko jest dobrze, tylko trochę mi zimno w tym klasztorze buddyjskim". Ewa poszła spać. Rano pomyślała: „Ale miałam sen", ale zobaczyła, że słuchawka telefonu nie jest na aparacie, tylko leży na stole.
Nie ma tego w filmie.
Ta scena nie weszła z tego samego powodu co ta z mniszkami. A ja bardzo bym chciała, żeby ona schowała się w tym klasztorze. Boże, jaka ja bym była szczęśliwa, jakby ona to zrobiła!
Po pokazach filmu są ludzie, którzy bardzo dociekają, czy ją znalazłam. Jak ktoś nie chce odpuścić, to odpowiadam — i taka jest prawda — że nawet jakbym ją znalazła, to przecież i tak nie mogłabym o tym powiedzieć. W pewnym momencie zadałam sobie to pytanie: co ja zrobię, jak ją znajdę. Jeżeli ktoś przez 30 lat wykonał taki wysiłek, żeby się ukrywać, to czy ktokolwiek ma prawo, żeby to zdemaskować? No nie, absolutnie nie. (wysokie obcasy)
/ muzyka rozmowy
wrzesień/październik ’26 (28)

… i stała się ważną częścią wspólnego życia. Kariera muzyczno-pedagogiczna Barbary
Bilszty-Niewrzoł i Wojciecha Niewrzoła jest interesująca, zaskakująca, obfitująca
w doświadczenia nie tylko muzyczne, ale też życiowe, psychologiczne, wychowawcze…
Ich pomysłowość, doświadczenie, urok osobisty, wytrwałość – wszystko to umożliwiło utworzenie w Chicago polsko-amerykańskiej orkiestry Paderewski Symphony Orchestra (PaSO) - jedynej profesjonalnej orkiestry poza granicami Polski, promującej muzykę polską. Ich dziełem jest też Akademia Muzyczna (Academy of Music), edukująca dzieci i młodzież.

Połączyła ich muzyka…
ANNA CZERWIŃSKA
Rozmowa z Barbarą Bilszta-Niewrzoł i Wojciechem Niewrzołem
Spotykamy się po godzinie 8 wieczorem w siedzibie PaSO. Właśnie skończyli wieczorne lekcje. Oboje są skrzypkami, pedagogami, Wojtek jest także dyrygentem. Są zmęczeni świadomością, ile jeszcze pracy przed nimi, związanej z przygotowaniem wielkiego koncertu “Polish Soul, American Spirit” w chicagowskiej filharmonii, który odbędzie się 27 września’26. Niestety, 7-godzinne przesunięcie czasu utrudna kontakty z wieloma osobami, instytucjami w kraju, więc musimy załatwiać wiele spraw nocą… - wspominają.
Akademia Muzyczna to niemal ich drugi dom. Bez ich decyzyjności i przysłowiowego wprawnego oka niewiele by się zadziało…
Akademia Muzyczna PaSO usadowiła się – po przebudowie i modernizacji - w starym kościele (First Congregational Church, Chicago), otulonym szumiącymi liśćmi wysokich drzew… Dźwięki natury…
Poza salami instrumentalnymi do ćwiczeń i nauki gry na skrzypcach, wiolonczelach, fortepianach, fletach, poza salą chóralną (zwaną
też kameralną), powstała (w nawie głównej) sala koncertowo-teatralna o specyficznej atmosferze, z widownią na około sto osób.
Nasza obecna sala widowiskowa nie jest duża, ale na nasze koncerty dzieci i młodzieży jest zadowalająca. Większe koncerty organizujemy tam, gdzie jesteśmy w stanie wywiązać się z wymagań finansowych, a są one spore. Zwykle występujemy w Copernicus Center, bądź – zdecydowanie rzadziej - w Orchestra Hall w Chicago.
Pieniądze to poważna sprawa. Są potrzebne, ale nie stanowią wartości samej w sobie. Pieniądze to wolność. Tak, chociażby wolność wyboru repertuaru, co nie jest łatwe, bowiem Amerykanie nie znają polskich kompozycji… - wspomina Wojtek. Fundusze stanowią również o istnieniu orkiestry. W tym kraju obowiazują zupełnie inne zasady pracy muzyków, aniżeli w Europie. Musieliśmy się tego nauczyć.
Anna Czerwinska: Przed opowieścią o waszej wcześniejszej działalności i zdobywaniu doświadczeń, proste pytanie: czym dla was
jest muzyka?
Barbara Bilszta-Niewrzoł: (cisza) Wbrew pozorom to wcale nie jest łatwe pytanie… Muzyka jest częścią mojego życia i nie zgłębiałam tego tematu. Ona po prostu jest, ale… poczekaj… to ciekawe. Myślę, że to jest jakaś emanacja energii, sposób odczuwania świata tego dalszego, jak i całkiem bliskiego, rodzinnego. Partycypuję w świecie sztuki muzycznej, a podświadomie czy też świadomie pobraną energię usiłuję przekazać dalej…
I z dobrym efektem, co widać, a przede wszystkim słychać… Czy już w dzieciństwie odczuwałaś wspomnianą muzyczną energię?
B.B.-N.: Jako dzieci nie jesteśmy jeszcze ukształtowani. Szukamy, usiłujemy coś nazwać… a raczej rodzice nam podpowiadają.
Mnie zmuszano do skrzypiec, a ja uwielbiałam śpiewać i grać na gitarze. Obozy, ogniska, wycieczki, było mnie dużo wszędzie i szybko
nawiazywałam kontakty z różnymi środowiskami. Piosenka była dla mnie sposobem komunikowania się z innymi. Jest ponadczasowa, szczególnie ta z okresu naszego dorastania… Do dzisiaj piosenka, śpiew w ogóle jest mi równie drogi jak muzyka klasyczna.
Inną moją pasją, później już wspólną, były wędrówki po górach. Wychowałam się w Nowym Targu. Wojtek przyjechał w moje strony ze
Śląska, z mamą, która została przeniesiona do małej wioseczki koło Zakopanego, by utworzyć tam – była pedagogiem - przedszkole.
.jpg)
Uczniowie Akademii Muzyki PaSO, Chicago - zajęcia lekcyjne i podczas koncertu z okazji 25-lecia Paderewski Symphony Orchestra w Copernicus Center, Chicago / kolekcja prywatna


Domyślam się, że wasze drogi muzyczne splotły się dosyć wcześnie…
B.B.-N.: Jak widać, nie tylko muzyczne (śmiech)… Poznaliśmy się na początku średniej szkoły muzycznej, a przylgnęliśmy do siebie pod koniec szkoły i tak zostało… Przed rozpoczęciem moich studiów urodził się nasz syn, ale daliśmy radę, chociaż mieliśmy świadomość, że studia muzyczne są trudne i absorbujące czasowo. Udało się, Wojtek skończył studia, potem drugie, ja
skończyłam studia…
…czyli z zawodu, Wojtku, jesteście?
Wojciech Niewrzoł: Mówiąc krótko: jestem skrzypko-fortepianisto-dyrygentem i pedagogiem. (śmiech)
B.B-N.: Wojtek nie lubi dużo mówić… Ja jestem skrzypaczko-altowiolistką. Skrzypaczką zostałam we Włoszech… Altowiolista najpierw ćwiczy na skrzypcach, potem specjalizuje się w grze na altówce, ale generalnie… mało jest altowiolistów. To instrument zdecydowanie mniej efektowny solistycznie, aniżeli skrzypce. No, ale mnie ujęło ciepło dźwięku altówki i dlatego jeszcze w szkole średniej zdecydowałam się na ten instrument… Dzisiaj żałuję tego wyboru – skrzypce dają większą możliwość i solistyczną
i koncertową, większą radość życia.
Zaraz po studiach wyjechałam na kurs mistrzowski do Włoch. I tam, grając na końcowym koncercie zostałam zauważona przez dyrygenta, który poszukiwał młodych muzyków do orkiestry symfonicznej, wzorowanej na orkiestrach amerykańskich.
Włosi żyją operą i cierpią na brak orkiestr wykonujących wielką symponikę romantyczną czy postromantyczną Wagnera, Francka,
Mahlera… Stąd pomysł na wspomnianą orkiestrę. Nie dostałam kontraktu, tylko możliwość udziału w konkursie… Po wielkich wahaniach i zatrzymując wszystkie prace w Polsce – uczyłam wówczas w muzycznej szkole średniej i w Akademii Muzycznej – przedłużyłam pobyt o dwa miesiące, by wziąć udział w tymże konkursie.
W.N.: No tak, ale to ja musiałem te wszystkie prace przejąć, by je utrzymać… Łatwo nie było, ale z pomocą rodziców znowu udało się.
Nie myslałeś o dołączeniu do Basi, wyjeździe do Włoch?
W.N.: Byłem na ostatnim roku trudnych studiów dyrygenckich, musiałem je skończyć. I współpracowałem wtedy z orkiestrą Filharmonii Wrocławskiej. Starałem się łączyć teorię z praktyką, czyli studia z pracą…
To był twój wybór czy konieczność?
W.N.: Trzeba było pracować, bo z czegoś trzeba było żyć i utrzymać rodzinę. Czyli konieczność. Ale i mój wybór, do którego szybko dojrzałem. Miałem dużo szczęścia, współpracując z orkiestrami Opery Wrocławskiej i Filharmonii Wrocławskiej. Szczęście w tym sensie, że w bardzo krótkim czasie musiałem poznać ogrom dodatkowej literatury, poza studiami. To wymóg dla każdego instrumentalisty. Dopiero wtedy otwierają się nam szeroko oczy, ale i dalsza droga zawodowa. Bez praktyki orkiestrowej
instrumentalista pozostaje w sferze teorii. Praktyka i dodatkowa literatura jest konieczna, jak w każdym zawodzie. Dyrygent bez znajomości orkiestry nie ma czego szukać na podium. Dziesięć lat doświadczenia w dobrych polskich orkiestrach uksztaltowała mnie jako dyrygenta.
Jesteś nie tylko dyrygentem, ale i instrumentalistą... Który z tych zawodów preferujesz?
W.N.: Podchwytliwe pytanie i trudno na nie odpowiedzieć jednoznacznie. Czasem mam ochotę pograć z orkiestrą, kiedy słyszę te piękne symfonie. Wtedy chciałbym się umościć między innymi instrumentami, być częścią całości… A z drugiej strony – przeżycia dyrygenta są mocniejsze, o stopień, może dwa wyżej, niż bycie w orkiestrze.
Kiedy jest się dyrygentem, kreuje się to, co słychać, a w orkiestrze kreowanie zamyka się w kawałeczku partytury, będącym małą cząsteczką ogromnego spektrum.
Więc instrumentalista orkiestrowy jest kreatorem czy odtwórcą?
B.B-N.: Jest odtwórcą…
W.N.: To znowu nie jest takie jednoznaczne… Jest odtwórcą tego, co jest w nutach, ale ja wolę na przykład skrzypków otwartych, którzy kreują, coś proponują od siebie… Przekonałem się, współpracując później z różnymi europejskimi orkiestrami, że szukam pierwszego skrzypka, pierwszego wiolonczelistę czy waltornistę takiego, który proponuje coś więcej, nie boi się pójść dalej , przekraczając moją linię… Z takimi muzykami pracuje się znacznie łatwiej i przyjemniej. Wspólnie tworzymy…


Wspomniałeś o współpracy z wieloma orkiestrami. Mniemam, że dołączyłeś do Basi, która już była po konkursach, pod kontraktem
orkiestrowym…
B.B.-N.: Tak, dołączył do mnie z Radkiem i skończył się mój trudny, roczny okres samotności… Bardzo mi ich brakowalo… Nie dane mi było odprowadzić synka pierwszego dnia do szkoły, rzadko rozmawialiśmy przez telefon, bo było za drogo – pisałam na karteczce, co chciałam powiedzieć… Brakowało mi przyjaciół, wzajemnej pomocy… Zarabialiśmy mało mimo wielu etatów, bo wówczas w ogóle artystom płacono niewiele, żyło nam się biednie, ale szczęśliwie, bogato emocjonalnie, życzliwie…
I właśnie za tym wszystkim tęskniłam, wiedząc jednocześnie, że ponowne wejście w świat muzyki poza granicami kraju raczej nie powtórzy się… Zaciskałam zęby prywatnie, chłonęłam nowy świat i sytuacje. I czekałam na moich chłopaków i na tą jedną ważną chwilę…
I pojawiła się pokusa konkursowa, która odmieniła życie waszej trójki… Koncertowanie z włoską orkiestrą pod batutą dyrygenta
z amerykańskimi korzeniami. Wyjazdy, nowe okoliczności, sytuacje, doświadczenia… Czego nauczyly was Włochy i Włosi?
B.B.-N.: Włochy były dla nas zaskoczeniem. Inną planetą pod każdym wzgledem – kulturowym, geograficznym, muzycznym, społecznym… To był rok 1988, jeszcze granice zamknięte, Polskę dzieliła od Zachodu przepaść...
W.N.: Naszą uwagę zwrócił szacunek do tradycji. W niemal każdej wioseczce, miasteczku był pomnik lokalnego kompozytora
i doroczny sezon koncertowy z utworami rodzimego twórcy. Festiwale ich imienia, ufundowane przez mieszkańców stypendia, zainteresowanie mieszkańców muzyką. To było zadziwiające i wspaniałe zarazem…
B.B.: …I turyści, którzy znakomicie wtapiają się w tą atmosferę, przysiadając gdzieś na trawie czy wystawionym krzesełku. Potem jest wino, rozmowy. Sztuka sprzyja kontaktom międzyludzkim bez względu na narodowość. To jest właśnie moc muzyki, ta energia…
Włochy są wspaniałe dla muzyków. Tam króluje opera i muzyka kameralna. I gra się wszędzie – na balkonach, w krużgankach,
w ogrodach, kawiarniach… Świetni ludzie, szczególnie na południu tego kraju, pyszna kuchnia…
To prawda, trudno mówić o sztuce tego kraju, pomijając ich sztukę kulinarną…
B.B.-N.: Ich kuchnia jest prosta, ale z zasadami. Wojtek świetnie opanował włoskie gotowanie… I przy tym jest bardzo sprawny
i szybki…
W.N.: Ale sosy pomidorowe w wykonaniu Basi są najlepsze. Ja nie mam tyle cierpliwości…
B.B.-N.: (śmiech) …bo trzeba je gotować 2-3 godziny. Ale to muszą być włoskie pomidory spod włoskiego słońca, przyprawy
z domowego ogródeczka, a do tego makaron o odpowiedniej numeracji, inaczej obiad zakłóca pewna nerwowość…
Generalnie, czego można było nauczyć się we Włoszech. Napewno tego, że rozwój artysty nie kończy się wraz z otrzymaniem dyplomu uczelnianego. Tak naprawdę ten proces dopiero się zaczyna i może przybrać wiele kształtów i to artyści dokonują wyborów… Nic nie jest dane, nic nie jest wiadome…
Ta niewiadoma jutrzejszego dnia może okazać się tą najważniejszą w życiu, najwiekszą pokusą, dla której warto żyć. Chyba tak się stało z nami… Przypadek, świdrujące głowę znaki zapytania, konsekwencje? Jesteśmy w Chicago.
(ciag dalszy w kolejnym numerze pakamery.polonia)
/ muzyka
wrzesień/październik ’26 (28)
Blues
JAN POPRAWA

Jest głosem samotnego robotnika na polu, matki i dziecka, skargi niewolnika, szlochem kochanka bez dziewczyny i dziewczyny bez miłości, chórem głosów wnoszących się nad polem wraz z szarpnięciem struny gitary, smutną pieśnią dobiegającą z szuwaru przy samotnym szlaku żelaznej drogi. (Ramsey Jr)
Oto jeden z najprzedziwniejszych i najżywotniejszych gatunków artystycznych naszych czasów. I jedna z największych zagadek. Blues.
Zaintrygował badaczy, zapłodnił poetów. Nade wszystko jednak zdobył własne audytorium. Słuchaczy-wyznawców, którzy śmiało mogą powtórzyć za czarnoskórym śpiewakiem: Jest we mnie blues.
*
Jest we mnie blues
Bluesa czujesz i ty
Ale dobrze to wiem
Co mam zrobić z nim
Będę śpiewał i śpiewał
Aż spełnią się me sny
(Memphis Slim, Jest we mnie blues, tł. Danuta Matysko)*
Stosunkowo najłatwiej objaśnić bluesa jako gatunek muzyczny. Jest wszak formą nadzwyczaj prostą i w tej prostocie – uniwersalną. Jego stały przebieg akordów (rodzaj harmonicznego szkieletu) zazwyczaj zamyka się w dwunastu taktach. Ta przestrzeń – ograniczona i wyznaczona przez trzy zaledwie akordy – wypełniana jest przez bluesowego wykonawcę własną melodią, własnym rozmieszczeniem akcentów. I nade wszystko – własną emocją.
Owa osobliwa forma bluesa ukształtowała się w XIX wieku na fundamencie ludowej muzyki czarnych mieszkańców Południa Stanów Zjednoczonych. Praprzodki bluesa badacze znajdują w zawołaniach i zaśpiewach (field-hollers) towarzyszących niewolniczej pracy na plantacjach, oraz w żałosnych zawodzeniach (moans) czarnego człowieka, użalającego się nad swą niedolą, w modlitwie (negro spirituals). Najwybitniejszy polski badacz, A. Schmidt, uważa, że kapsułką późniejszej formy bluesa były wywiedzione z „cries”
i „hollers” sposoby kształtowania dźwięku (zmienne wibrato, falsetowe załamania głosu ku górze, a zwłaszcza „blue notes” – czyli 3–4 punkty w diatonicznej skali, w których dźwięk nie jest określony precyzyjnie). Dowolne kształtowanie dźwięku stało się bodaj czy nie najważniejszą z muzycznych cech bluesa. Przyjęte też później odeń zostało przez nowy gatunek – jazz.
Pierwsze bluesy pojawiły się najprawdopodobniej po Wojnie Domowej, w drugiej połowie XIX w. Nie miały jeszcze harmonicznego kształtu, jaki dziś z tym gatunkiem utożsamiamy, nie miały nawet miarowego metrum. Ówczesny bluesman poruszał się w owej amorficznej strukturze z barbarzyńską swobodą: wydłużał frazy, przetrzymywał lub powtarzał dźwięki, podporządkowując je własnej intuicji. Z czasem jednak forma się ustaliła. Dialog śpiewaka z towarzyszącym mu instrumentem stał się uporządkowany, antyfonalny. Instrument był zazwyczaj prosty, nawet prymitywny: gitara, banjo, kazoo, washboard lub jakieś metalowe naczynie do wystukiwania rytmu. Głos zaś – jako się rzekło – „wzbogacany” bywał imitowanym dźwiękiem, okrzykami lub śmiechem…
Owe pierwsze bluesy stworzyły kanon „bluesa wiejskiego”. Jego twórcy śpiewali dla siebie, nie dla publiczności. Niemniej po latach udało się utrwalić na płytach wiele tych amatorskich, z istoty swej niekomercyjnych utworów.
Pod koniec XIX wieku zaczął się rodzić jazz. Blues był podstawą tego nowego gatunku artystycznego. Na długie lata stał się właściwie jego częścią. Tak zwany „blues klasyczny”, którego rozkwit przypadł na lata dwudzieste naszego stulecia, był już sumą wysiłków jazzowego zespołu nowoorleańskiego i wokalisty. A zwłaszcza wokalistki: to wtedy właśnie pojawiły się w historii bluesa kobiety. Artystki takie, jak np. Gertruda „Ma” Rainey, czy Bessie Smith wyznaczyły zupełnie nowe horyzonty. W ich (i mniejszych formatem śpiewaczek) wykonaniu blues stał się przede wszystkim kreacją artystyczną. Nadal osobistą i emocjonalną, ale przez czysto muzyczne i literackie cechy – już uniwersalną. Śpiewaną dla innych, nie tylko dla siebie. Wprowadzenie do bluesowej wokalistyki elementu improwizacji wyznaczyło właściwie charakter całej późniejszej wokalistyki, zwłaszcza jazzowej…
Dając nowemu gatunkowi artystycznemu, jazzowi – tak wiele, blues nie przestał wszakże istnieć odrębnie, samodzielnie. Nadal śpiewali go wiejscy śpiewacy „w starym stylu”. Zwłaszcza w Missisipi i Teksasie. Ale także w Georgii i innych rejonach. To wtedy przecie nazwano „bluesem z delty” surową i prymitywną twórczość „wiejską”.
Jednak dwudziesty wiek przyspieszył zmiany. Coraz częściej samorodni artyści przenosili się do wielkich miast Północy USA. Czarne społeczności, zwłaszcza Chicago, kreowały własnych bardów. To wszystko, oczywiście, zmienić musiało charakter bluesa tak
w warstwie literackiej, jak muzycznej. W tej ostatniej – stał się blues bardziej urozmaicony i skomplikowany, zastosował współcześnie dostępne instrumentarium. Coraz częściej uprawiano bluesa wręcz jako gatunek instrumentalny. Jego twórcy, zwłaszcza pianiści (np. Jimmy Yancey czy Mead Lux Lewis), traktowani byli nie inaczej niż jazzmani. Dopiero pod koniec lat trzydziestych wytwórnia płytowa „Bluebird” zaczęła masowo nagrywać bluesmanów. Przyczyniła się w ten sposób tyleż do utrwalenia przeszłości, co zbudowania fundamentu pod przyszłość tego gatunku. Powodzenie bluesowej serii „Bluebird” nie tylko „odkryło” przed amerykańską publicznością artystów tej miary, co: Big Bill Broonzy, Big Joe Williams czy Sonny Boy Williamson, ale stworzyło podstawę bluesowego „stylu chicagowskiego”.
Historycy nazywają to „bluesem miejskim”. Nazwa, jak nazwa. Chicago stało się (i jest do dziś) światowym centrum muzyki bluesowej. Nazwiska najwybitniejszych przedstawicieli „sceny chicagowskiej” znane są doskonale w całym świecie (że wspomnieć Muddy Watersa, T. Bone’a Walkera, Howlinga Wolfa, Jamesa Cottona, Willie Dixona, Memphisa Slima, Johna Lee Hookera czy B. B. Kinga). Blues z Chicago – to zastosowanie współczesnego instrumentarium (gitara elektryczna!), to mocne podkreślenie rytmu. Przede wszystkim jednak – to opowieść o problemach i nastrojach człowieka współcześnie nam żyjącego w zindustrializowanym świecie (choć jakby na jego marginesie).
Po raz kolejny dotykamy tu sprawy dla bluesa równie ważnej (a może i ważniejszej) jak warstwa muzyczna: sprawy treści – tak semantycznych, jak i niewyrażalnych słowami – niesionych przez ten gatunek.
Od najdawniejszych swych chwil blues był pod tym względem niezwykły. Jego poetyka wyrosła z prymitywnych zawodzeń,
z zaśpiewów pełnych skargi – kształtowała się w konkretnych i osobistych (bluesa śpiewano w pierwszej osobie!) obrazach. Realizm prymitywnego bluesa od początku niósł jednak z sobą metafory i uniwersalne przesłania. Blues, choć konkretny, był wieloznaczny. Banalne epizody podnosił do rangi wydarzenia. Kreował też nowe skojarzenia, a nawet nowe znaczenie słów. Leopold Tyrmand pisał: Wytarte w codziennym użyciu, pospolite aż do wulgarności słowa, podniesione wprost z rynsztoka, czerpane z brukowych gazet
i tandetnej reklamy ulegają w sferze bluesa zadziwiającym metamorfozom, wyczarowują klimaty duchowe, w których panuje, zdumiewa i urzeka najczystsza poezja.
*
Każdego kiedyś ogarnia blues
Tylko nie zdajesz sobie sprawy
z tego, co to jest
Ale kiedy wieczorem kładziesz się
spać i nie możesz zasnąć
Przewracasz się z boku na bok
i nie możesz zasnąć
Nie wiesz co się z tobą wtedy dzieje?
To znaczy, że blues zawitał do ciebieAlbo kiedy się rano budzisz
I nie chcesz rozmawiać z ojcem
ani z matką
I nie chcesz widzieć brata ani
przyjaciela
I nie chcesz widzieć nawet ukochanej
Nie wiesz co się z tobą wtedy dzieje?
To blues zawitał do ciebie i chce
z tobą pogwarzyć– Dzień dobry bluesie! Jak się masz?
– Mam się dobrze, a Ty?
– Położyłem się wczoraj spać i nie
mogłem zasnąć
Przewracałem się z boku na bok,
i nie mogłem zasnąćKiedy się rano zbudziłem
Blues stał koło mego łóżka
Kiedy sięgnąłem po chleb
Blues był w moim chlebie
(H. L. Leadbelly, Good Morning Blues, cyt. za M. Jurkowską)*
Poezja bluesa działała inspirująco. Na stylizacji lub przekształceniu bluesowego wzorca powstały dzieła znacznej miary.
Z bluesowego nastroju, z tego specyficznego słodko-gorzkiego (albo beztrosko-tragicznego) charakteru śpiewanej przez bluesmenów poezji wyrośli m. in. mistrzowie tej miary, co James Baldwin czy Langston Hughes.
*
Chodź,
Połazimy sobie razem nocą
Śpiewając.Kocham cię.
W poprzek
Szczytów Harlemu
Świeci księżyc.
Nocne niebo jest błękitne.
Gwiazdy to wielkie krople
Złotej rosy.W dole na ulicy
Gra orkiestra.Chodź,
Połazimy sobie razem nocą
Śpiewając.
(Langston Hughes, Nocna pieśń Harlemu, tł. Jerzy Sitarz)*
Przez całe dziesięciolecia blues był wyłączną artystyczną dziedziną Czarnych. Wszelako życie w mieście równało, rozmazywało kulturowe getta. Przeto i blues przestał należeć wyłącznie do czarnej społeczności. Co prawda Mistrzowie uśmiechają się pod wąsem i w najlepszym razie chwalą techniczną, muzyczną biegłość swych białych kolegów-bluesmenów, niemniej jedną z gwiazd firmy „Alligator Rec.” jest przecie biały Johnny Winter. Być może jednak stanowi on wyjątek, jako że przyznać trzeba, iż blues bywa
w Stanach Zjednoczonych rodzajem manifestacji etniczno-kulturowej…
Po drugiej wojnie światowej gatunek ten zaczął także podbijać Europę. W Wielkiej Brytanii spopularyzował go znacznie Alexis Korner w początkach lat sześćdziesiątych. Na uprawianym przez siebie wariancie „zelektryfikowanego” bluesa chicagowskiego – Korner wychował świetnych następców (Johna Mayalla, Erica Claptona) oraz wpłynął na muzyczną wyobraźnię (i przyszłość) późniejszych twórców brytyjskiego rocka (Micka Jaggera!).
Bowiem współczesny, zelektryfikowany i silnie zrytmizowany blues przez przejściową formę „rhythm and bluesa” przyczynił się zasadniczo do powstania i rozwoju rocka. Dominującego dziś gatunku muzyki rozrywkowej. Powtarza się historia jazzu?
Blues – to nastrój. W warunkach Ameryki wyrastającej nad poziomy był to nastrój czarnej, spóźnionej i sentymentalnej mniejszości. Była to swoista jej samoobrona. Amerykanie przecież nie przyznają się do klęsk, niepewności, irracjonalnych lęków. Ale czy naprawdę ich nie mają? Ta prosta piosenka, blues – to okienko, przez które spojrzeć można w duszę Ameryki. Przez to okienko wyfruwają emocje nienazwane…
To nie tylko szloch kochanka bez dziewczyny i rozpacz dziewczyny bez miłości. To my – i oni – cali: nasze uczucia przegrywające wciąż z rozumem. Tajemnica ludzkiego niepokoju, nawet w najbogatszym ze światów. To blues. (przekroj.pl)
/ literatura
wrzesień/październik ’26 (28)
“Maszyny do pisania powieści” a prawa autorskie...
LAURA BEERS / Aneta Zalewska
Sprzedawane są tysiące książek napisanych, zredagowanych lub „wygładzonych” przez sztuczną inteligencję... To niepokojące echo orwellowskich „maszyn do pisania powieści”.
Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy otrzymam skromny czek jako członkini grupy objętej ugodą
w sprawie zbiorowej “Bartz przeciwko Anthropic”.
W 2025 roku firma Anthropic, zajmująca się sztuczną inteligencją i znana przede wszystkim ze stworzenia chatbota Claude, zgodziła się wypłacić łącznie do 1,5 miliarda dolarów tysiącom autorów, po tym jak sąd orzekł, że firma naruszyła ich prawa autorskie.
Gdy po raz pierwszy usłyszałam o tej ugodzie, sądziłam, że firmie Anthropic zależało przede wszystkim na tym, by Claude nauczył się czegoś o bohaterce mojej skradzionej pracy – Ellen Wilkinson, byłej działaczce socjalistycznej, brytyjskiej polityczce z ramienia Partii Pracy i feministce.
Początkowo nie przyszło mi do głowy, że Claude może również uczyć się tego, jak ja – Laura Beers, historyczka polityki – konstruuję zdania i przenoszę swój autorski głos na papier.
Istnieje jednak coraz więcej dowodów na to, że chatboty takie jak Claude można trenować nie tylko do powielania treści stworzonych przez autora, ale także do naśladowania jego stylu i głosu. W marcu 2026 roku dziennikarka Julia Angwin złożyła pozew zbiorowy przeciwko właścicielom Grammarly, zarzucając firmie bezprawne wykorzystanie tożsamości jej oraz innych pisarzy do stworzenia narzędzia AI o nazwie „Expert Review”. Narzędzie to oferuje udzielanie wskazówek redakcyjnych głosem różnych autorów – zarówno żyjących, jak i nieżyjących.
Fakt, że maszyna może wykorzystywać moje teksty nie tylko do zdobywania wiedzy na dany temat, ale także do analizy
i ostatecznego naśladowania mojego autorskiego głosu, wskazuje na przyszłość, którą George Orwell przewidział
z niepokojącą trafnością. W swojej dystopijnej powieści “Rok 1984” (wydanej w 1949 roku) Orwell wyobraził sobie „maszyny do pisania powieści”, zdolne do masowej produkcji literatury, wykorzystujące zaprogramowane, mechaniczne „kaleidoskopy” jako zamienniki indywidualnego procesu twórczego.
„Zamiast ludzkiego umysłu – statystyczna średnia”
Zastanawiałam się, w jakim stopniu Claude byłby w stanie naśladować mój własny głos?
Poprosiłam chatbota o napisanie eseju „w stylu Laury Beers” na temat pewnej polityczki z początku XX wieku. Z trudem odnalazłam samą siebie w powstałym tekście. Być może jednak Claude – mając do dyspozycji tylko jedną z moich książek – nie dysponował wystarczającym materiałem, by naprawdę wiernie oddać mój styl.
Postanowiłam spróbować ponownie. Tym razem poprosiłam go o napisanie krótkiego eseju w stylu Orwella. Orwell – będący zresztą tematem mojej książki *Orwell’s Ghosts: Wisdom and Warnings for the Twenty-First Century* – to jeden z najbardziej wyrazistych eseistów i stylistów prozy XX wieku.
Większość dzieł Orwella znajduje się w domenie publicznej, co oznacza, że mogły zostać legalnie wykorzystane do trenowania Claude’a.
Poleciłem Claude’owi napisanie eseju „w stylu George’a Orwella na temat zagrożenia dla indywidualnej tożsamości
i wolności myśli, jakie stwarza sztuczna inteligencja
– a w szczególności zdolność »maszyn do pisania powieści« do tworzenia literatury”.
Dysponując bogatym materiałem źródłowym, sztuczna inteligencja poradziła sobie całkiem nieźle:
Oto pewien rodzaj ukojenia, znany każdemu, kogo powoli pozbawiano jakiejś rzeczy: nie polega on na zaprzeczaniu stracie, lecz na tym, że jeszcze się jej nie dostrzega. Żaba nie wyskakuje z wody, która stopniowo się nagrzewa. Obywatel nie protestuje przeciwko stopniowemu zawężaniu granic dopuszczalnego myślenia. A czytelnik – jak się zdaje – nie opłakuje powieści, dopóki nie zostanie ona zastąpiona czymś, co pod każdym zewnętrznym względem ją przypomina – te same rozdziały, te same postacie, ten sam mniej więcej układ emocji – a jednak zamiast ludzkiego umysłu zawiera statystyczną średnią wszystkich ludzkich umysłów, które istniały wcześniej.
Ostatnie zdanie, dotyczące statystycznej średniej, brzmi nieco fałszywie. Podejrzewam jednak, że Orwell doceniłby obraz powoli gotującej się żaby. Również zwrot „Oto pewien rodzaj
ukojenia” mógłby z powodzeniem wyjść spod pióra Orwella.
Wątpię, by ktokolwiek uznał teksty Claude’a za niemożliwe do odróżnienia od prozy Orwella. Jeśli jednak chodzi o „literaturę” tworzoną przez maszyny, być może nie ma większego znaczenia, czy potrafi ona w pełni dorównać oryginalnej twórczości – o ile tylko jest wystarczająco dobra, by służyć masom jako rozrywka i odskocznia od codzienności. Dżem, sznurowadła i książki…
Taką właśnie, podszytą rezygnacją sugestię przedstawił Orwell w „Roku 1984”.
Dzięki „maszynom do pisania powieści” pracownicy Ministerstwa Prawdy – rządowego resortu odpowiedzialnego za kontrolowanie informacji i fałszowanie historii – są w stanie masowo wytwarzać nie tylko powieści, ale także „gazety, filmy, podręczniki, programy telewizyjne [i] sztuki teatralne”. Produkują oni taśmowo „szmatławe gazety, w których nie ma nic poza sportem, kroniką kryminalną i horoskopami, sensacyjne powiastki za pięć centów” oraz „filmy ociekające seksem”, a także tanią pornografię przeznaczoną dla „proli” – jak nazywano niewykształconą klasę robotniczą Oceanii Wielkiego Brata.
Technologia ta budzi odrazę u bohatera powieści Orwella, Winstona Smitha, który podejmuje świadomą decyzję
o zakupie dziennika i pióra, by spisywać własne, niezależne przemyślenia. Jednak dla Julii – nimfomanki
i antyintelektualistki, a zarazem kochanki Winstona, pracującej jako mechanik obsługujący owe maszyny – „książki były tylko towarem, który należało wyprodukować, tak jak dżem czy sznurowadła”.
„Pełnowymiarowe powieści w kilka sekund”
Według szacunków tysiące książek sprzedawanych w serwisie Amazon zostało napisanych w całości lub częściowo przy użyciu sztucznej inteligencji.
Innymi słowy, dzisiejsza sztuczna inteligencja służy również do masowej produkcji literatury – niczym dżemu czy sznurowadeł.
Wiele z tych dzieł nie powstało wyłącznie dzięki maszynie. Zostały one raczej – jak reklamuje się narzędzie pisarskie Sudowrite – „oszlifowane przez AI”. Dzięki funkcji „Rewrite” (przerabianie tekstu) firma obiecuje użytkownikom możliwość „udoskonalenia prozy przy jednoczesnym zachowaniu własnego stylu, z wieloma wariantami poprawek sugerowanymi przez AI do wyboru”. Usługa ta przypomina „retusz” wykonywany przez Zespół ds. Przeróbek Tekstu
w Ministerstwie Prawdy z powieści „Rok 1984”.
Istnieją jednak inne książki sprzedawane na Amazonie, które zostały wygenerowane w całości przez maszynę. Narzędzie Squibler obiecuje, że po podaniu ogólnego polecenia potrafi stworzyć „pełnowymiarowe powieści w kilka sekund”.
Potencjał generowanej przez AI „literatury” jako źródła szybkiego i łatwego zysku sprawia, że czytelnicy będą
w przyszłości coraz częściej natrafiać na tego typu treści
– zwłaszcza w miarę udoskonalania dużych modeli językowych sztucznej inteligencji. Badania już wykazały, że czytelnicy nie potrafią łatwo odróżnić tekstów wygenerowanych przez AI od oryginalnej prozy.
W zeszłym roku jadłam lunch z przyjacielem, scenarzystą
z Los Angeles. Opowiadał mi, że jego koledzy po fachu szczególnie obawiają się wykorzystania AI do tworzenia sequeli. Gdy mamy już ustaloną obsadę postaci w serii filmowej takiej jak choćby „Szybcy i wściekli”, widzowie prawdopodobnie obejrzą kolejną część niezależnie od tego, czy scenariusz napisał człowiek, czy maszyna.
Mimo to moje własne, krótkie eksperymenty z modelem Claude dają mi pewną nadzieję na przyszłość sztuki literackiej. Chatbot taki jak Claude może wprawdzie przyswajać
i analizować „statystyczną średnią wszystkich ludzkich umysłów, które istniały przed nim”, ale bez udziału prawdziwego ludzkiego doświadczenia i wrażliwości trudno wyobrazić sobie, by kiedykolwiek zdołał stworzyć prawdziwą sztukę.
Czas pokaże, czy sztuczna inteligencja będzie w stanie stworzyć kolejną powieść lub esej na miarę twórczości George’a Orwella. Nie ulega już większej wątpliwości, że jest
w stanie – i będzie – masowo produkować coraz więcej popularnej literatury i scenariuszy, takich jak „Szybcy i wściekli 25”. (The Conversation; az)
/ sztuka
wrzesień/październik ’26 (28)

Land Art jest efemeryczny! Tworzenie dzieła oznacza tutaj również akceptację rytmu natury. Pory roku mijają, wieje wiatr, pada deszcz… W większości przypadków dzieło przetrwa jedynie przez kilka godzin lub kilka dni. Land Art wymaga zatem odrobiny pokory. Pozostawienie naturze pracy, której właśnie poświęciło się czas, nie zawsze jest łatwe.
Land Art - sztuka ziemi
DOROTA PIETRZYK
Jon Foreman / domena publiczna
Skąd się wziął i czym jest Land Art
W latach sześćdziesiątych artyści amerykańscy stanęli między Pollockiem a Rothko zagubieni, nie wiedząc, w którą pójść stronę. Stąd intelektualna przygoda Land Artu narodziła się właśnie w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat sześćdziesiątych
i siedemdziesiątych. Walter de Maria (któremu zawdzięczamy określenie Land Art), Michael Heizer, Robert Smithson, Robert Morris
i Dennis Oppenheim zawsze chcieli przyczynić się do narodzin typowo amerykańskiej sztuki, gdzie wspaniałe plenery (pustynie Utah, Nevady i Nowego Meksyku, Wielki Kanion, itp.) odegrałyby główną rolę. Ich celem było uwzględnienie zasady instalacji w naturze
z wykorzystaniem surowców naturalnych.
Od czasu renesansu estetyzacja przyrody ograniczała się tylko do doświadczenia pejzażowego. Naturę w sztuce podziwialiśmy
z daleka jako obraz. Dopiero wiek XIX, dzięki wynalezieniu gotowych farb olejnych, pozwolił impresjonistom opuścić pracownie
i malować w plenerze. Twórcy Land Artu poszli jeszcze dalej. Odrzucili farby, pędzle i podobrazia! Nie byli pierwszymi, którzy sztukę tworzyli z tego, co dawała natura. Myślę, że świątynia w Stonehenge, reliefy na płaskowyżu Nazca, kolosy z Wyspy Wielkanocnej oraz piramidy w Egipcie były wielką inspiracją dla twórców Sztuki Ziemi. Zresztą prawie każdy z nas doświadczył takiego działania, budując zamki z piasku, szałasy z gałęzi czy układając mozaiki z kamieni lub muszelek. To jak to jest? Każdy z nas jest artystą Land Artu? I tak, i nie… Wiemy, że przepis na sztukę nowoczesną jest znany i prosty. Wystarczy zorientować się, co kultura uznaje za najważniejsze, a potem to propagować lub – w zależności od kontekstu – być przeciw. Lata sześćdziesiąte to końcówka ery Wodnika, Dzieci Kwiatów. Zaczyna się aktywna działalność ekologiczna, zarówno w Stanach, jak i w Europie. Manifest Land Artu doskonale wpisał się w ten nurt.

Dzieło Nancy Holt Tunele słoneczne (1973–1976) powstało na terenie o powierzchni czterdziestu akrów, który artystka zakupiła w 1974 roku specjalnie z myślą o tej realizacji. Teren ten znajduje się na obszarze pustyni Great Basin Desert w północno-zachodnim stanie Utah, około czterech mil na południowy wschód od miejscowości Lucin (liczącej dziesięciu mieszkańców) i dziewięciu mil na wschód od granicy ze stanem Nevada / domena publiczna
Definicja Land Artu
Land Art, czyli Sztuka Ziemi, to nurt należący do sztuki współczesnej, który wykorzystuje naturę i to, co ona oferuje – drewno, piasek, wodę, skały itp. Z tego tworzone jest dzieło artystyczne. W plenerze, czyli lesie, parku, na plaży lub pustyni. Większość tych prac jest niszczonych przez samo środowisko naturalne. Narażone na działanie czynników atmosferycznych dzieła podlegają erozji, moknąc na deszczu, gnijąc pod śniegiem czy schnąc w pustynnym słońcu. Często artyści tworzą prace na brzegach rzek lub na morskich plażach, by śledzić przyspieszony przebieg niszczenia dzieła przez wodę. Bardzo ważnym elementem sztuki Land Artu jest monitorowanie dzieła kamerą lub aparatem fotograficznym. Te fotograficzne wspomnienia i filmy mają nam pokazywać, jak wygląda Land Art, jak przebiega naturalny proces niszczenia przez naturę. Bo to ona nadaje znaczenia dziełu. Już jej nie reprezentujemy, to ona jest aktorem, jest artefaktem. Sztuka jest tutaj w pełni zintegrowana ze środowiskiem naturalnym. Jednocześnie widz jest wprowadzany w obserwację całości otaczającej dzieło przyrody, gdyż prace te są projektowane oraz instalowane w krajobrazie naturalnym i dzikim. Czy jest to miejsce, które inspiruje do pracy, czy też praca, która to miejsce tworzy? Nikt nie wie. Ale tutaj sztuka stała się sercem natury. Jest ona przeważnie efemeryczna i krucha. Stara się ukazywać niezwykłe bogactwo pozornie bardzo ubogich przyrodniczo miejsc – pustyni, skalistych gór, pustkowi. Dzieła ukazują to, co już jest, i poprzez ingerencję w pejzaż sublimują to. Pracy artysty nigdy nie można właściwie ocenić ze względu na lokalizację dzieła, które może zmieniać się z minuty na minutę. Wystarczy trochę wiatru, zasłona z chmur, zmiana oświetlenia, nawet mały deszcz. Większość prac od początku jest skazana na zniszczenie i zniknięcie. Artysta pozwala naturze decydować o tym, co wspólnie z nią wykonał. Wyzwalanie zachwytu u ludzi poprzez podkreślanie tego, co ulotne – na tym polega ambiwalencja sztuki Land Art.

„Running Fence” to instalacja artystyczna autorstwa Christo i Jeanne-Claude, której realizację w Kalifornii ukończono 10 września 1976 roku. Koncepcja dzieła powstała w 1972 roku, jednak planowanie i budowa całego projektu zajęły ponad cztery lata[1]. Po czternastu dniach od montażu instalacja została rozebrana, nie pozostawiając po sobie żadnego widocznego śladu / domena publiczna
Artyści Land Artu oraz ich dzieła
Land Art, forma monumentalnej i abstrakcyjnej rzeźby wpisanej w rozległe przestrzenie północnoamerykańskiego krajobrazu, miał być sztuką, którą można eksplorować i doświadczać w równym stopniu, jak oglądać. Niestety wiele z tych dzieł już nie istnieje.
W latach 60. XX w. w Nowym Jorku powstała pierwsza w swoim rodzaju wystawa „Earth Works”, pod przewodnictwem Roberta Smithsona, jednego z twórców i wielkiego teoretyka Land Artu. Potem nastąpiły kolejne wystawy świadczące o integracji Sztuki Ziemi z kulturą artystyczną. Ten nurt w sztuce trwa nadal i trudno go zatrzymać.
Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy problem ochrony planety jest sprawą najważniejszą. Zakwestionowana jednak zostaje relacja sztuki i pieniędzy. Artyści chwytają się natury, aby wyrazić siebie bez ograniczeń. Land Art ma być przeżywany, a nie sprzedawany. Dzieło ma być przeżyciem metafizycznym powiązanym ze światem realnym. Chociaż twórczość nie jest już zarezerwowana dla galerii czy elity, to jednak wiele prac Land Artu stało się ogromnymi przedsięwzięciami o kolosalnym budżecie. Tak było, gdy Robert Smithson stworzył swoją słynną „Spiral Jetty” o długości 457 m z bazaltowych kamieni, zaburzając tym samym pejzaż plaży na półwyspie Rozel Point na północno-wschodnim brzegu Wielkiego Jeziora Słonego. Używając ponad sześciu tysięcy ton czarnych bazaltów i ziemi z tego miejsca, Smithson u brzegu wody utworzył spiralę, która wije się przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Ważną postacią tego nurtu był również Christo, który rozpostarł pomarańczową zasłonę z materiału nad górzystą autostradą stanu Kolorado. Praca stała tylko przez 28 godzin, zanim zniszczył ją wiatr. Zainspirowani śnieżnym płotem w 1972 roku Christo i jego partnerka Jeanne-Claude rozpoczęli przygotowania do „Running Fence”. Powstało około 40 km płotu z białego nylonu, podpartego stalowymi słupkami i stalowymi linami, biegnącego przez kalifornijski krajobraz aż do oceanu. W zamian za tymczasowe użytkowanie ziemi rancz artyści zgodzili się zapłacić właścicielom oraz przekazać im użyte do tworzenia dzieła materiały. Budowa płotu rozpoczęła się w kwietniu 1976 roku, a projekt zakończył się dwutygodniową wystawą we wrześniu, po której został zdemontowany. Ten sam duet postanowił otoczyć 11 wysp w zatoce Biscayne w Miami różową tkaniną polipropylenową, unoszącą się na powierzchni wody. „Surrounded Islands” ukończono 7 maja 1983 roku przy pomocy 430 pracowników i można było podziwiać je przez dwa tygodnie. Ich „Parasole” z 1991 roku obejmowały równoczesne rozstawienie niebieskich i złotych parasoli odpowiednio w Japonii
i Kalifornii. Projekt 3100 parasoli kosztował 26 milionów dolarów i przyciągnął trzy miliony odwiedzających. Christo zamknął wystawę przedwcześnie po tym, jak w Kalifornii zginęła kobieta w wyniku przewrócenia się parasola.
Artysta Konstantin Dimopoulos pomalował drzewa ultramarynowym błękitem, Nancy Holt stworzyła cztery ażurowe betonowe tunele na środku pustyni, umożliwiające obserwowanie wschodów i zachodów słońca oraz podziwianie konstelacji gwiazd. Marinus Boezem jest autorem „Zielonej Katedry” zbudowanej ze 178 topoli imitujących konstrukcję katedry Notre-Dame. To, moim zdaniem, najciekawsze przykłady nurtu Land Art.

Spirala Roberta Smithsona / domena publiczna
Land Art w Polsce
Choć Sztuka Ziemi nie zyskała w Polsce takiej popularności jak za oceanem, mamy też swoich przedstawicieli tego kierunku. Funkcjonując na obrzeżach wielkiej sztuki, Land Art nieoczekiwanie przeżywa mały renesans. Niezwykle ciekawym artystą jest Jacek Tylicki. Nadał on nowe znaczenie Sztuce Ziemi, wprowadzając w życie całkowicie nowatorski projekt zatytułowany „Natural Art”,
w którym oddał tworzenie sztuki całkowicie w ręce natury. Tylicki zostawiał arkusze płótna oraz papieru w obszarach zamieszkiwanych tylko przez dzikie zwierzęta. Po dłuższym czasie pokazywał on dzieła sztuki stworzone wyłącznie przez naturę,
z naniesionymi na płótno śladami zwierząt oraz odciskami działania spadających liści, strug deszczu itp.
W ostatnich latach echa Land Artu spotkać można było w pracach Julity Wójcik (ogródki warzywne, malowanie wody jeziora) czy
w efemeryczno-ekologicznych projektach Cecylii Malik „365 drzew” (przez cały rok codziennie wdrapywała się na inne) czy „6 rzek”. Chyba jednak najbardziej spektakularną pracą gatunku jest „Projekt Mars” Jarosława Kozakiewicza, czyli zagospodarowanie terenów po nieczynnej kopalni węgla brunatnego na niemieckim Pojezierzu Łużyckim. To wielka (250 × 350 m) kompozycja usypana z ziemi, porośnięta trawą i mająca kształt ludzkiego ucha (widocznego wszelako dopiero z lotu ptaka). Coraz więcej polskich artystów próbuje sił w sztuce Land Artu. W ogrodach botanicznych pojawiają się rosnące szałasy i kwitnące rzeźby, w Toruniu zakładane są ptasie blokowiska, w lesie koło Zawoi zbudowano wielkie wiklinowe gniazda wokół drzew. Polska sztuka Land Artu ma się doskonale. Jeśli jednak tak się stanie, że dzieła Sztuki Ziemi rozwieje wiatr, zasypie piach, zaleje woda, to pozostaje jeszcze Toruń ze swoją kolejną edycją Land Art Festiwal, festiwal w Zwierzyńcu oraz ten organizowany pod Lublinem przez fundację Latająca Ryba.
Niech czas ucieka
Land Art nie ma już dziś tej siły kontestacyjnej jak przed pół wiekiem i dawno utracił też walor nowości. Publiczności także nieco się opatrzył, a cała ideologia gdzieś się ulotniła, bo dziś spora część sztuki jest antykomercyjna. Wielu klasyków gatunku nie żyje lub jest zbyt sędziwych, by ganiać z łopatą po polach lub wdrapywać się na drzewa. I jeżeli już z czymś kojarzy się dziś Sztuka Ziemi, to chyba najbardziej z ekologią. Bo czyż to nie jest pożyteczne połączenie: wycieczka dla zdrowia plus kultura dla ducha? W większości przypadków dzieło zanurzone w naturze może przetrwać zaledwie kilka godzin lub kilka dni. Ginie powoli lub szybko praca, której poświęciło się setki godzin. Aby wejść w cykl czasu, można stworzyć dzieło ewoluujące. Odwiedzając je kilka razy w ciągu roku, można przy pomocy kamery zapisać zmiany, które dokonały się wraz z porami roku. Zdarza się, że zarówno artyści, jak i zwiedzający są zdumieni zmianami, jakich dokonała natura, obcując z dziełem. Land Art jest dziś szeroko badany, ponieważ wyznaczył punkt, od którego możemy zrozumieć, jak zmieniły się parametry sztuki. Jednakże połączenie podejścia artystów oraz krytyków tworzy pewne zawirowania teoretyczne. Wspólne pochylenie się nad rozwikłaniem mechanizmów semiotycznych i konceptualnych tego nurtu przyczyniło się do uznania go jako sztuki.
Przyglądając się pracom Land Artu, mam bardzo mieszane uczucia. Rozumiem, że powstał głównie po to, by uzmysłowić człowiekowi, że natura, która go otacza, nie jest wieczna i wymaga poświęcenia jej czasu i troski. Nawiasem mówiąc, te artystyczne poszukiwania owszem – pomagają uświadomić sobie kruchość natury, ale spiralna grobla czy inne artefakty są ingerencją w dzieło stworzenia. Wydaje mi się, że tego rodzaju twórczość artystyczna jest też pewnego rodzaju uproszczeniem w sztuce. Mimo że stoi gdzieś na pograniczu rzeźby i konceptualizmu, nie wymaga tak wielkiego wkładu talentu jak sztuka tradycyjna, w której mistrzostwem jest ukazanie przestrzeni w dwóch wymiarach, a nawet w czerni i bieli. Metafizyka rozpływa się więc jak mgła. Niemniej jednak zachwycają mnie „Tunele słońca” Nancy Holt czy działania Olafura Eliassona, który przywiózł z Grenlandii bloki lodowca, które topniejąc przed Tate Modern, uświadamiają nam powagę globalnego ocieplenia. Land Art na swój sposób podnosi świadomość ekologiczną wśród ludzi, zarówno tych, którzy ziemię uprawiają, jak i tych, którzy ją podziwiają. Jednak ogromne pieniądze, które przeznaczono na przykład na kurtynę w Kolorado, mogłyby pomóc w nawodnieniu pustyni, gdzie ludzie umierają z głodu... Cóż z tego, że wielu, będąc w duchu Land Artu, nie niszczy przestrzeni naturalnej. Są prace wykonywane z poszanowaniem terenu, ale są i takie, które bardzo go zaburzają. Ludzki ślad powinien być tak lekki, jak tylko to możliwe. Patrząc na piękny krajobraz niezakłócony ingerencją człowieka, czujemy granice ciała i jego miejsce w kosmosie. Mamy pewność, że największym artystą jest Natura. (presto.pl)
/ sztuka fotografia dokumentalna
wrzesień/październik ’26 (28)
Opowieść o złocie, pracy
i przetrwaniu w Ghanie
ZDJĘCIA: MARIUSZ ŚMIEJEK
Tekst: redakcja National Geographic
Fotografia dokumentalna od lat pełni rolę świadectwa — pokazuje miejsca, ludzi i procesy, które często pozostają niewidoczne dla globalnej opinii publicznej. Fotoksiążka „Galamsey” autorstwa Mariusza Śmiejka jest właśnie takim świadectwem. To przejmująca opowieść
o nielegalnym wydobyciu złota w Ghanie oraz
o społecznych i ekologicznych konsekwencjach wydobycia surowców naturalnych. Zdjęcia zawarte
w albumie powstawały przez siedem lat w ramach projektu badawczego „Unearthing Her Crown”. Autor podkreśla, że fotografie są efektem długotrwałej obecności wśród lokalnych społeczności oraz budowania zaufania z bohaterami projektu. „Galamsey” nie ogranicza się do dokumentacji katastrofy ekologicznej czy warunków pracy w nielegalnych kopalniach. To także zapis codzienności ludzi funkcjonujących w systemie, który dla wielu z nich pozostaje jedyną możliwością przetrwania.

Złoto i jego konsekwencje
Tytułowe „galamsey” pochodzi od angielskiego zwrotu „gather them and sell” — „zbierz i sprzedaj”. W Ghanie termin ten oznacza nielegalne, niekontrolowane wydobycie złota prowadzone poza systemem licencji, regulacji środowiskowych i prawa pracy. Ghana pozostaje największym producentem złota w Afryce i jednym z największych na świecie, jednak bogactwo naturalne kraju nie przekłada się na poprawę warunków życia znacznej części społeczeństwa.
Fotografie Śmiejka pokazują rzeczywistość, w której wydobycie złota staje się dla wielu ludzi jedyną możliwością utrzymania. Nielegalne kopalnie niszczą lasy, zatruwają rzeki rtęcią, arsenem i cyjankiem, a lokalne społeczności tracą dostęp do ziemi, wody
i możliwości rozwoju.
Melani Mennella we wstępie zwraca uwagę na to, że złoto, wbrew naszej woli, łączy nas wszystkich, a wartość całego łańcucha dostaw opiera się na wzajemnych zależnościach. Problem galamsey nie jest przedstawiony wyłącznie jako lokalny kryzys, lecz jako część globalnego systemu ekonomicznego, którego konsekwencje rozciągają się daleko poza granice Ghany.

Od Sycylii do Ghany
Historia projektu zaczęła się jednak nie w Afryce, lecz na Sycylii. Mariusz Śmiejek wcześniej dokumentował losy migrantów z Ghany, którzy przez Saharę, Libię i Morze Śródziemne próbowali dotrzeć do Europy. Rozmowy z migrantami pozwoliły mu zrozumieć skalę przemocy ekonomicznej
i społecznej, która zmusza ludzi do opuszczania własnego kraju.
Po latach obserwacji i dokumentowania życia migrantów z Afryki w Europie, poczułem potrzebę poznania i zrozumienia miejsca, z którego wyruszają — pisze autor w słowie wstępnym. W latach 2019
–2026 Mariusz Śmiejek wielokrotnie wracał do Ghany. Dokumentował skutki zalewu kraju elektrośmieciami i używaną odzieżą z Zachodu, degradację wybrzeża spowodowaną przemysłowymi połowami oraz rozrastające się slumsy będące efektem wewnętrznych migracji. Ostatecznie to właśnie galamsey stało się jednym
z głównych obszarów jego dokumentacji.

Autor zwraca też uwagę, że historia Ghany od wieków związana jest ze złotem — od średniowiecznych szlaków handlowych, przez okres kolonialny, aż po współczesny rynek surowców. Dziś, mimo ogromnych zasobów naturalnych, znaczna część społeczeństwa nadal żyje w ubóstwie, a duże kopalnie należą głównie do zagranicznych korporacji. Obserwując współczesny system wydobycia
i jego konsekwencje społeczne, autor zdjęć pisze, że zrozumiał, iż niewolnictwo nie zniknęło. Zmieniło formę, stało się mniej widoczne, bardziej „legalne”.

Ludzie żyjący w cieniu wydobycia
Najważniejszą częścią fotoksiążki są portrety ludzi pracujących w samym centrum tego systemu. Śmiejek pokazuje osoby pracujące przy wydobyciu złota w skrajnie niebezpiecznych warunkach, a także kobiety wychowujące dzieci w pobliżu toksycznych terenów wydobywczych.
Opisując kobiety pracujące przy wydobyciu, autor podkreśla ich codzienny wysiłek i determinację. Pisze o kobietach, które
z niemowlętami na plecach wydobywają własnymi rękami surowiec, mimo że same często żyją w skrajnym ubóstwie i pozbawione są realnych perspektyw na zmianę swojej sytuacji.
W fotoksiążce powraca również kontrast pomiędzy wartością wydobywanego złota, a codziennością ludzi zaangażowanych w jego pozyskiwanie. Śmiejek zauważa, że wiele kobiet pracujących przy wydobyciu może pozwolić sobie jedynie na plastikową biżuterię pomalowaną na złoto — symboliczne nawiązanie do surowca, który wydobywają każdego dnia.

Pytanie, które pozostaje
Fotoksiążka Galamsey stawia czytelnikowi niewygodne pytanie: skąd pochodzi nasze złoto? To pytanie dotyczy nie tylko biżuterii, lecz także telefonów, elektroniki, systemów finansowych i całego świata współczesnej konsumpcji.
Fotografie Mariusza Śmiejka nie oferują prostych odpowiedzi, ale kierują uwagę na ludzi i miejsca znajdujące się na początku globalnego łańcucha dostaw. Dzięki temu Galamsey staje się czymś więcej niż reportażem — jest ważnym dokumentem naszych czasów oraz mocnym głosem w dyskusji o odpowiedzialności, nierównościach
i współczesnych formach eksploatacji.
Fotografie zawarte w fotoksiążce Galamsey powstały podczas siedmioletniego projektu badawczego Unearthing Her Crown, dokumentującego życie, ludzi i krajobrazy na styku złota, gender
i walki o przetrwanie. Zdjęcia odzwierciedlają zaufanie, obecność i przeżyte doświadczenia fotografa wśród społeczności ukształtowanych przez wydobycie złota. Stanowią bezkompromisowe świadectwo wytrwałości, godności i człowieczeństwa wpisanych w ghańską gospodarkę złota.
/ podróże wędrówki po Ameryce
wrzesień/październik ’26 (28)

Mieszkania w klifie Mesa Verde
W Kolorado odkryto miasto jaskiń, opuszczone przed setkami lat
Był pogodny poranek grudniowy w 1888 roku. Richard Wetherhill i jego ojciec Charlie Mason jechali konno dziką okolicą południowo-
-zachodniego stanu Kolorado. Szukali zagubionych sztuk bydła. Hiszpanie nazywali to miejsce Mesa Verde, czyli “zielony stół”. Jest to płaskowyż długości 32 kilometrów i szerokości 24 kilometrów, wznoszący się 600 metrów nad poziomem płaskiej równiny i 2300 metrów nad poziomem morza. Przed milionami lat w skale powstała głęboka szczelina i w ścianie pod skalnym nawisem utworzyły się jaskinie i groty. Dwóch farmerów jechało głębokim kanionem, patrzyli w górę na wygjętą skalną ścianę oświetloną promieniami porannego słońca
i dostrzegli zrujnowane miasto. Wydawało się jakby płynęło ponad ich głowami. Był to Cliff Palace.
Wedle legend powtarzanych przez Indian
z plemienia Nawahów w tym niedostępnym miejscu mieszkali niegdyś ludzie o wysokim poziomie kultury. Nawahowie osiedlili się tu w XVI wieku i skalne miasteczko zastali już opustoszałe bez śladu poprzednich mieszkańcow: Indianie nadali im miano “Anasazi”, co oznacza “ci, którzy byli przed nami”. Nazwę tę zachowali archeolodzy
i tak właśnie określają jedno z plemion Indian Pueblo.
Wejście tylko po drabinach
Przez 600 lat skalne mieszkania pozostały puste. Ani Amerykanie, ani Hiszpanie nie zauważyli ich.
A farmer Wetherhill w ciągu jednego roku znalazł jeszcze dwie inne podobne osady. Później na Mesa Verde przypuścili szturm poszukiwacze złota. Odkrywano coraz więcej siedzib ludzkich
w grotach, plądrowano je i niszczono. Nie znaleziono żadnych bogactw, tylko zawinięte
w maty szkielety i przedmioty codziennego użytku. W 1906 roku został utworzony tu Park Narodowy, co powstrzymało dzieło zniszczenia.
Wreszcie do pradawnych siedzib Anasazi wkroczyli archeolodzy, zaczęli badać historie tego ludu aż do plemion prehistorycznych. Z badań wynikało, że w VI wieku Anasazi założyli wspólnoty mieszkalne i wybudowali tarasowo ułożone siedziby na wielu poziomach. Wykonanie ich wymagało wysokiego kunsztu.
Domy z gliny przytwierdzano do stromych ścian kanionu lub budowano w niedostępnych grotach. Wejść do nich można było tylko po drabinach przez otwór w dachu. W sytuacjach zagrożenia, natychmiast wciągano drabiny do środka. Atak
z dołu był niemal niemożliwy, z góry również bardzo trudny… Przy każdym domu było kilka okrągłych budowli tkwiących do połowy w gruncie – służyły do ceremonii religijnych. Nie wiadomo jednak jakich bogów czcili mieszkańcy ani jakie odprawiali ceremonie.
Teren ten, obecnie rzadko zaludniony, prawdopodobnie kiedyś był miejscem życia znacznie wiekszej ilości osób. Uczeni oceniają liczbę ludu Anasazi na 50 tysięcy. Żyli również na obszarze obecnych stanów Nowy Meksyk
i Arizona. Zapewne do dziś nie odkryto i nie opisano wszystkich tego rodzaju wspólnot. Mieszkańcy starali się budować je w najtrudniej dostępnych miejscach. Niszczył je czas i później żyjący na tym terenie ludzie. Również niewiele wiadomo o mieszkańcach tych wspólnot. Uprawiali zboże, fasolę i dynie. Hodowali indyki, mieli też psy, których używali jako zwierząt jucznych I jedli ich mięso. Tkali materiały
z bawełny, wyroby ceramiczne ozdabiali
czarno-białymi rysunkami, sporządzali także podwójne kosze, równie ciekawie dekorowane. Kopali kanały i sztuczne sadzawki, które dostarczały wodę do około 16 zespołów mieszkalnych w okolicy. Wiedli spokojne życie. Nigdzie archeolodzy nie znaleźli śladów walk, prześladowań, niewolnictwa lub gwałtu.
Indianie Anasazi opuścili swe siedziby pod koniec XIII wieku i zniknęli. Nie wiadomo dlaczego, choć wydaje się, że przyczyną była wielka susza. Poddano analizie pnie ściętych drzew i odczytano, że lata 1274-1299 były okresem niezwykłej posuchy. Zapewne Indianie powędrowali na południe i dali początek ludowi Hopi, który do dziś żyje w stanach Arizona i Nowy Meksyk, i zaliczany jest do grupy Indian Pueblo.






/ wokół stołu
wrzesień/październik ’26 (28)

Korzenne inspiracje
DOROTA PIETRZYK
Korzenie są związane z żywiołem ziemi. Dawniej uważane były za pożywienie najniższych warstw społecznych. Bogaci mogli raczyć się podniebnymi stworzeniami, a biednym pozostawały jedynie korzonki, będące łatwo osiągalne oraz tanie. Korzenie były i są także doskonałym materiałem do tworzenia rzeźb i obrazów. Można również nimi malować, farbować tkaniny i włosy, poprawiać urodę, leczyć oraz zaklinać złe moce.
Krótko o korzeniach
Dietetycy średniowieczni w swoich rozprawach na temat odpowiednio dobranego jedzenia przestrzegali, aby unikać roślin dzikich,
a zadowolić się tymi, które zostały udomowione i są dobrze znane. Rośliny dzikorosnące wykorzystywano tylko w celach leczniczych. To samo dotyczyło korzeni. Wśród nich były zarówno te zdrowsze, jak i te, które bezwzględnie wymagały odpowiedniego przygotowania i przyprawienia. Pasternak uważany był za sycący i zdrowy, szczególnie zalecany matkom karmiącym. Tak dobrych właściwości nie miała rzepa, która wymagała gotowania, by zyskać chociaż odrobinę pożywności. Marchew to znany od wieków korzeń delikatnie rozgrzewający, dodatkowo „żyły zamulone czyści i krew mnoży gęstą”. Podobnie rzodkiew ma moc grzejącą
i poprawia trawienie po posiłku. Cukrowe korzenie to inna nazwa kucmerki, która była w dawnej Polsce niezwykle popularna. W XVI-wiecznych zielnikach mamy informacje o tym, jak powszechna była ta roślina i jak często używano w kuchni jej korzenia, który dzięki słodkawemu smakowi otrzymał swą nazwę. Podobnym warzywem były korzonki owsiane i salsefia, inaczej kozibród ogrodowy. Różniły się od nich czarne korzenie, czyli skorzonera, dawniej zwana wdzięcznie wężymordem ogrodowym. Dawna zła sława korzeni nie jest już problemem, a zapomniany pasternak czy wężymord przeżywają prawdziwy renesans kulinarny. Od wieków
w ziołolecznictwie i medycynie stosuje się preparaty powstałe z korzeni roślin.
Przypomnienie biologiczne
Korzenie zakotwiczają nieruchome rośliny, podróżujące tylko poprzez pyłek, owoce, nasiona. Chyba że są roślinami pływającymi. Rosnąc pod ziemią, korzenie zapewniają roślinie odżywienie wodą i solami mineralnymi. Części nadziemne zawierające chlorofil zajmują się syntezą pierwiastków węglowych. Wiemy, że korzenie żyją w symbiozie z podziemnymi grzybniami (mikoryza). Dostarczają one roślinie bardziej wyszukanych substancji, otrzymując w zamian składniki odżywcze z fotosyntezy. Korzenie również przyczyniają się do dominacji rośliny poprzez wytwarzanie wydzielin korzeniowych. Substancje te mogą (między innymi) powodować działanie hamujące wschodzenie nasion konkurencyjnych gatunków w tym samym otoczeniu. Korzenie to także magazyny zasobów wody i soli mineralnych pobranych dla innych części rośliny.


Ciemna strona
Dwuznaczną naturę roślin – najgłębiej, jak i w najwyższym punkcie – ilustruje drzewo. Faworyzowanie świata widzialnego jest charakterystyczne dla czasów nowożytnych. Wcześniej to, co niewidzialne, miało często większe znaczenie – dusza była warta więcej niż ciało. Korzenie należące do niewidzialnego wyrażały podziemną „część czynną”. Nie możemy oddzielić korzeni od rośliny nadziemnej – tak samo jak nie oddzieli się ciała od duszy. To rozłączenie należy wyłącznie do śmierci. Śmierć, zanim zaczęto kremację ludzi, miała także charakter podziemny: wciągała ciało w świat korzeni, czarny i zimny.
W mitologii nordyckiej kosmologiczne drzewo świata Yggdrasil konarami utrzymuje cały nieboskłon, zaś jego trzy korzenie, rozchodzące się w trzy różne strony, zapewniają mu podparcie i przechodzą przez krainy zamieszkane przez różne stworzenia. Podobnie w religiach hinduistycznych istotę ludzką postrzega się jako odwrócone drzewo. „Korzenie” szukają prawdziwego życia na niebiańskiej „powierzchni” i rozprzestrzeniają je na Ziemi. Natomiast według Biblii ziemski raj jest pozbawiony korzeni.
Korzenie podlegają obowiązkowej figuracji w starożytnych i średniowiecznych ilustracjach botaniczno-medycznych. Znikają wraz
z pojawieniem się nauk przyrodniczych, kiedy to przyrodę wykorzenia się z mroków baśni. Nie ma ich też w wielkich dziełach psychologii XX wieku. Przywoływane metaforycznie pozostają bardzo dyskretne. Strach i podziw, jaki budziły u starożytnych zielarzy, spowodował, że zaczęto tworzyć korzenne amulety. Stosowano je w celu pozyskania zdrowia lub wyleczenia z konkretnego schorzenia. Miały chronić w podróży, przyciągać miłość, dawać sławę, ochraniać przed tzw. złym spojrzeniem, niweczyć możliwość nagłej śmierci, a kiedy już fakt śmierci zaistniał, chronić zmarłego w zaświatach.
Wielka popularność amuletów w czasach starożytnych, potępiana później przez Kościół, wbrew zakazom przetrwała. Są ciągle obecne, zwłaszcza wśród wyznawców judaizmu. Sztuka sporządzania amuletów była rozwijana i modyfikowana w wiekach średnich oraz czasach nowożytnych, co doskonale rejestruje ikonografia. Do najsłynniejszych amuletów należał, przypominający kształtem postać człowieka, korzeń mandragory, zwany też „pokrzykiem” i „krzykwą”. Pomijając fakt, iż cała roślina była stosowana setki lat przez lekarzy jako środek halucynogenny i znieczulający, to nade wszystko ceniono sam korzeń, który miał swojemu posiadaczowi zapewnić ochronę przed szeroko pojętym złem i chorobami. Istniało przekonanie, iż roślinę jest bardzo trudno wyrwać z ziemi, bowiem w trakcie tej czynności miała ona okrutnie krzyczeć, powodując głuchotę, a nawet śmierć człowieka. Cenny korzeń myto regularnie w winie, traktując go jak żywą istotę. Cesarz Rudolf II podobno posiadał dwa korzenie mandragory, które ubierano
w wytworne jedwabie i trzymano w szklanych kasetkach. Jak głosi legenda, gdy zapomniano o winnej kąpieli, korzenie miały domagać się jej, rzewnie płacząc! Tym korzeniem interesował się także Hitler, który wierzył w astrologię i okultyzm. Miał amulet
z mandragory. Do innych popularnych korzeni-amuletów należał korzeń lubczyku oraz arcydzięgla, zwany zielem św. Ducha, anielskim korzeniem. Istniało przekonanie, że żucie korzenia ratuje przed chorobami, zwłaszcza epidemią. Polecała go św. Hildegarda z Bingen, a we Francji, gdzie zwą go „anielskim”, każdego roku w Niort odbywa się jego święto. Ważną rolę przypisywano również korzeniowi piwonii stosowanemu powszechnie w epilepsji dziecięcej. Najbardziej znanym jest amulet dla kobiet w ciąży z korzeniem rzadkiego gatunku rozmarynu, zwanego również tanisem. Wystąpił w filmie „Rosemary’s baby” Romana Polańskiego.

Korzenny obiad
Gdy się zmęczę lub znudzę korzenioplastyką (nie mylić z peerelowskimi, lakierowanymi korzeniami), gotuję korzenną zupę z korzennymi przyprawami. Jest pyszna, zwłaszcza gdy jest zimno i ponuro, a za oknem pada deszcz lub śnieg.
Oto przepis:
3 marchewki, 2 pietruszki, 3 ziemniaki, kawałek selera obrać, umyć i pokroić. Wrzucić do garnka, w którym gotuje się 1 litr wody z 2 kostkami rosołowymi i łyżką przyprawy typu vegeta. 3–4 cebule
pokroić, podsmażyć na oleju lub sklarowanym maśle. Lekko posolić. Gdy już będą złociste, dolać trochę wody i smażyć, aż woda odparuje. Wrzucić smażoną cebulę do gotujących się warzyw. Gdy ziemniaki będą miękkie – zupa gotowa. Należy poczekać, aż trochę przestygnie, i zmiksować. Doprawić solą, pieprzem oraz mielonymi korzeniami: kurkumy, imbiru, wasabi (tu ostrożnie, bo mocny!) oraz szczyptą korzennej przyprawy do grzańca. Jako dodatków można użyć tartego imbiru (wtedy nie dodajemy mielonego), płatków migdałowych, groszku ptysiowego, siekanych orzechów, parmezanu. Ci, którzy lubią aromat cytryny, mogą wrzucić plasterek na dno miseczki lub talerza. Amatorom jadalnych kwiatów polecam kwaśne kwiatki begonii. Dla wszystkich, którzy mogą – łyżka czystej wódki. Niesamowicie podkreśla smak zupy!
Drugie danie:
Obraną z czarnej skórki skorzonerę, ugotowaną z solą i sokiem cytryny polać bułką tartą usmażoną na maśle (tak jak szparagi) i posypać rozdrobnionymi orzeszkami ziemnymi. Do tego chleb (najlepiej upieczony w domu), posmarowany cienko majonezem lub musztardą miodową i posypany zmielonym korzeniem lukrecji oraz siekanymi orzechami włoskimi.
Herbata imbirowa:
Rozgrzewający napój, polecany w małej książeczce o ajurwedzie „Szczypta Miłości”.
1 czubatą łyżkę drobno utartego imbiru zalać gorącą wodą i przykryć spodeczkiem. Poczekać, aż lekko przestygnie. Dodać łyżkę miodu i sok z połowy cytryny.
Smacznego!
/ pasje / hobby
wrzesień/październik ’26 (28)

Każda książka
pachnie inaczej...
PATRYCJA BELL
Jesteśmy jak książki... Większość ludzi widzi tylko naszą okładkę, mniejszość czyta wstęp, wielu wierzy tylko krytykom, nieliczni poznają naszą treść...
Ludzie mają różne hobby. Jedni podróżują, fotografują, uprawiają ekstremalne sporty lub fascynują się komputerami i nowymi technologiami. Inni wolą rozwijać swoje zainteresowania w zaciszu domowym. Siadają wtedy w ulubionym fotelu i robią na drutach, piszą opowiadania, albo tak jak ja, czytają. To właśnie jest moja pasja, moje hobby.
Wiele osób uważa, że czytanie to przeżytek, że książki są niemodne. Ja jednak uwielbiam zanurzyć się w literaturze. Zależnie od nastroju mogę wybrać lekturę przygodową, historyczną lub romans. Myślę, że to hobby ma wiele dobrych stron. Po pierwsze, książkę zawsze mogę zabrać ze sobą. Niezależnie od tego czy jestem w autobusie, pociągu albo metrze mogę ją otworzyć i przenieść się do innego świata. Kiedy jest piękna pogoda zabieram lekturę do parku, siadam na ocienionej ławce, aby wśród szumu drzew poznawać nowe historie, które książka mi opowiada. Myślę, że czytanie jest jednym z niewielu zainteresowań, do którego rozwijania nie potrzebujemy niczego innego, poza dobrymi chęciami i kartą w bibliotece. Nie musimy kupować drogiego sprzętu, aparatu fotograficznego czy nowoczesnego oprogramowania. Możemy wypożyczyć książkę i oddać się lekturze.
Dla mnie czytanie to rytuał. Ceremoniał rozpoczyna się w momencie, gdy trzymam książkę w dłoniach. Uderza mnie jej zapach. Każda pachnie inaczej. Nowe, przesiąknięte są wonią farby drukarskiej. Wiem wtedy, że jestem pierwszą osobą, która ją czyta i wyrusza z nią w podróż. Stare książki tchną zapachem kwaśnego papieru
i biblioteki. Ich okładki najczęściej są zniszczone. Lubię wtedy, przed jej otwarciem, zastanawiać się, kto czytał ją przede mną, a może zabrał ją na jakąś wspaniałą wyprawę? Właśnie w tym momencie, zanim jeszcze przeczytam pierwszą stronę, książka zaczyna opowiadać mi swą historię.
Zależnie od nastroju mogę wybrać książki podróżnicze. Razem
z bohaterami zwiedzam egzotyczne krainy. Przeżywam chwile grozy, szczęścia i smutku. Przenoszę się wtedy do dżungli, innym razem stąpam po gorącym piasku pustyni i mrużę oczy spoglądając na

piramidy. Zupełnie inne są książki historyczne. Kryje się w nich wiele opowieści o minionych czasach, o dawnych epokach, zwyczajach i kulturze. Ten rodzaj książek dostarcza mi nie tylko rozrywki, ale również wiele informacji na temat historii zarówno naszego kraju, jak i świata. Czytając je, mogę porównać dawne realia z teraźniejszymi i zastanawiać się co by było, gdybym żyła
w średniowieczu, szesnastym lub dziewiętnastym wieku. Jak wtedy wyglądałoby życie moje i mojej rodziny?
Czasem, kiedy chcę oderwać się od rzeczywistości, sięgam po książki fantastyczne. Przenoszą mnie w nierealny świat. Z wielkim zaciekawieniem czytam o wymyślonych potworach, smokach, skrzatach leśnych czy wróżkach. O przygodach postaci, które dobrem zwyciężają zło i ich niezwykłych przeżyciach w fantastycznych krainach. Zamykam oczy i wyobrażam sobie te wszystkie stworzenia, miasta, wioski, lasy i łąki. Wspaniałe w tego typu literaturze jest to, że w innym świecie wszystko jest cudowne i magiczne. Jednym mrugnięciem oka można coś stworzyć, przyjaźnie zawiązywane są między postaciami z zupełnie innych, nieznanych krain. Wraz
z przeczytaniem ostatniej strony kończy się fantastyczna podróż i trzeba wrócić do realnego świata.
Może się wydawać, że czytanie jest to hobby, które nie łączy ludzi, które każdy sam rozwija dla siebie. Nie jest to prawda. Nawet jeśli moi przyjaciele mają inne zainteresowania mogę, zawsze i o każdej porze dnia, porozmawiać o moich ulubionych książkach na forach internetowych. Spotykam wtedy wielu pasjonatów takich jak ja, z którymi wymieniam poglądy, dowiaduję się o nowych pozycjach książkowych, albo jedynie rozmawiam o wrażeniu, jakie wywarła na mnie lektura.
Czytanie to bez wątpienia hobby, które poleciłabym każdemu, niezależnie od wieku. Bogactwo książek jest tak ogromne, że z całą pewnością każdy, kto zainteresuje się takim sposobem spędzania wolnego czasu, znajdzie coś dla siebie.
PATRYCJA BELL (New Jersey, USA) - pracownik biurowy, kolekcjonerka książek, matka. Czyta, wychowuje, inspiruje, prowadzi Klub Ciekawej Książki.
/ savoir-vivre
wrzesień/październik ’26 (28)

Zasady savoir vivre obejmują wiele obszarów. Dotyczą drobnych gestów uprzejmości, formalnych reguły etykiety.
Warto stosować je na co dzień, a nie tylko od święta.
-
Punktualność: To wyznacznik poszanowania drugiej osoby. Dopuszczalny czas spóźnienia - 10–15 minut. Spóźnienie ponad 15 minut wymaga usprawiedliwienia.
-
Składanie życzeń: Ważniejsze są szczere, osobiste życzenia, zamiast gotowych wierszyków.
-
Używanie telefonu: Nie używanie telefonu podczas spotkań, to dowód szacunku i zainteresowania innymi.
-
Przedstawianie: Przedstawianie znajomych innym to miły zwyczaj, podobnie jak przedstawianie siebie.
-
Witanie i żegnanie: Witanie się i żegnanie ze współpasażerami, poparte uśmiechem, to bardzo miły zwyczaj.
-
Pozdrawianie: Uprzejmość i najzwyklejsze "dzień dobry" na szlaku pieszych wędrówek nie sprawia zakłopotania, a wywołuje uśmiech i może pomóc w trudnych sytuacjach.
-
Przedstawianie sąsiadom: Przedstawianie siebie sąsiadom po wprowadzeniu się to uroczy gest.
-
Uprzedzanie o nieobecności: Lekceważące jest odwoływanie spotkania w ostatniej chwili (choć bywają sytuacje szczególne...).
-
Niepoprawianie publicznie: Publiczne zwracanie uwagi czy poprawianie kogokolwiek to olbrzymi dyskomfort dla wszystkich.
Najważniejsze zasady savoir-vivre
/ w następnym numerze:
listopad/grudzień '26 (29)
Dziękujemy i zapraszamy ponownie...
W wydaniu listopadowo-grudniowym:
- Pokongresowe impresje
- Opowieść o Alexandrze Humboldt, przyrodniku, naukowcu, romantyku, którego imieniem nazwano jedną
z chicagowskich dzielnic
- Prawie jednym zdaniem
- Akademia Muzyczna PaSO w Chicago i jej twórcy (część druga)
- Polacy w Hollywood - Kasia Walicka-Maimare
- Wokół stołu - świątecznie...
i wiele więcej...
Miłej lektury!
