prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com
Matthew Perry nie żyje.
W serialu „Przyjaciele” bawił widzów do łez,
jednak prywatne jego życie dalekie było od komedii...
Presja publiczności, lęki, depresja, problemy zdrowotne, uzależnienie od alkoholu i narkotyków – to tylko niektóre z demonów, z którymi Matthew Perry zmagał się latami.
O wszystkim tym opowiedział
w swojej autobiografii, która niedawno ukazała się w języku polskim. „Tyle o mnie napisano
w przeszłości. Pomyślałem, że nadszedł czas, by ludzie usłyszeli moje własne słowa. Wzloty były wysokie, a upadki bolesne. Ale przeżyłem, by opowiedzieć tę historię”. Zdążył. Opowiedział. Odszedł w wieku 54 lat 28 października 2023 roku...
Fragment książki "Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz". Tytuł i skróty - redakcja.
Przechodziłem detoks ponad sześćdziesiąt pięć razy w życiu – ale pierwszy raz zdarzył się, gdy miałem dwadzieścia sześć lat.
Mój vicodinowy nawyk ostro się rozkręcił. Jeśli oglądacie trzeci sezon „Przyjaciół”, mam nadzieję, że przerazicie się, widząc, jak chudy jestem pod koniec tego sezonu (opioidy rozpieprzają ci apetyt, poza tym wywołują ciągłe wymioty). W finałowym odcinku zobaczycie, że mam na sobie białą koszulę i beżowe spodnie; i jedno,
i drugie wygląda na przynajmniej o trzy rozmiary za duże. (Porównajcie to do różnicy w moim wyglądzie między ostatnim odcinkiem szóstego sezonu
a pierwszym sezonu siódmego – odcinkami poświęconymi oświadczynom Chandlera i Moniki. W tych dwóch odcinkach mam na sobie ten sam zestaw ubrań – z założenia to ten sam wieczór – ale w przerwie między nagraniami straciłem ze dwadzieścia trzy kilogramy. Moja waga w czasie kręcenia „Przyjaciół” wahała się pomiędzy pięćdziesięcioma ośmioma a stu dwoma kilogramami).
Możecie prześledzić przebieg mojego uzależnienia na podstawie zmian mojej wagi z sezonu na sezon – jeśli przybrałem na wadze, chodziło o alkohol, gdy byłem chudy, o prochy. Jeśli mam bródkę, to łykałem m n ó s t w o prochów.
Pod koniec trzeciego sezonu przez większość czasu obmyślałem, jak zdobyć pięćdziesiąt pięć tabletek vicodinu dziennie – musiałem mieć tyle albo strasznie chorowałem. To była praca na pełen etat: dzwonienie, chodzenie po lekarzach, udawanie migren, wyszukiwanie nieuczciwych pielęgniarek, które dadzą mi to, czego potrzebowałem.
Zajęło mi chwilę zorientowanie się, co się dzieje. Na początku brałem jakieś dwanaście tabletek dziennie, potem pewnego dnia rzuciłem kompletnie
i czułem się absolutnie okropnie. „Dzieje się ze mną coś bardzo złego”, myślałem, ale nie przerywałem. „Dokończę ten sezon »Przyjaciół«, a potem zgłoszę się na jakąś terapię”.
O mało się wtedy nie wykończyłem. Gdyby sezon trwał jeszcze kolejny miesiąc, już by mnie tu nie było.
Podczas pracy nigdy nie byłem na haju. Uwielbiałem tych ludzi – zawsze chciałem się dla nich starać i byłem drugim bazowym New York Yankees. Ale uzależnienie budzi się, zanim sam się obudzisz, i chce cię mieć tylko dla siebie. Alkoholizm zwycięży za każdym razem. Gdy tylko podniesiesz rękę i powiesz: „Mam problem”, alkohol szydzi: „Chcesz coś powiedzieć? W porządku, zniknę na jakiś czas. Ale wrócę”.
Nigdy nie znika na dobre.
Szybko zaklepałem kolejny film, „Bohaterowie z przypadku”, komedię,
w której występował Chris Farley,
a reżyserem był Christopher Guest.

Zapłacili mi za to dwa miliony dolarów. Kręciliśmy w gównianej części północnej Kalifornii, niedaleko Eureki. Farley był dokładnie tak zabawny, jak możecie sobie wyobrazić, chociaż jego uzależnienia
w połączeniu z moimi oznaczały, że
z trudem daliśmy radę dokończyć tę cholerną rzecz. Kręciłem w tym samym czasie „Przyjaciół” i „Bohaterów z przypadku” i byłem zmęczony. Tabletki nie działały tak jak dawniej. Musiałem wziąć garść tylko po to, żeby nie mdliło mnie przez cały czas.
Jedzenie kłóciło się z ćpaniem, więc nic nie jadłem. Poza tym i tak zawsze miałem takie nudności, że nie chciało mi się jeść. Ciągle wymiotowałem. Nie był to wielki problem na osobności, ale nie jest już tak prosto, kiedy jesteś w środku lasu
i rozmawiasz z Christopherem Guestem. „Za trzydzieści sekund się porzygasz. Lepiej wymyśl jakąś wymówkę, żeby przeprosić i odejść”. Wymiotowałem za drzewami, za głazami, w damskich toaletach. Słyszałem opowieści o ludziach przeglądających własne wymiociny
w poszukiwaniu kawałków tabletek, które mogliby ponownie zażyć, ale nie mogłem się do tego zmusić. Miałem już w kieszeni tylu lekarzy, że rzadko czułem potrzebę tego typu. Ale w toalecie trzymałem dwa ręczniki – jeden do wycierania wymiocin, a drugi do ocierania łez. Umierałem, lecz nie mogłem nikomu o tym powiedzieć.
Potem zmarł Chris Farley. Jego choroba postąpiła szybciej niż moja. (Poza tym czułem zdrowy lęk przed słowem „heroina”; był to lęk, którego nie podzielaliśmy). Gdy się o tym dowiedziałem, wybiłem pięścią dziurę
w ścianie garderoby Jennifer Aniston.
A Keanu Reeves nadal kroczy pośród nas. Musiałem promować „Bohaterów
z przypadku” dwa tygodnie po jego śmierci; publicznie omawiałem jego śmierć spowodowaną przez narkotyki
i alkohol.
Przez cały ten czas byłem naćpany.
Nikt o tym nie wiedział – ani moja rodzina, ani znajomi, nikt. Nieustannie niemożliwie mnie mdliło. Co jakiś czas próbowałem rzucić prochy – trzy dni tu, cztery dni tam – ale to tylko sprawiało, że czułem się tak chory i tak zbierało mi się na wymioty, że nie dało się tego utrzymać.
Pewnego wieczoru siedziałem w domu
i próbowałem znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, gdy zadzwoniła moja była dziewczyna.
– Wiem, że dzieje się z tobą coś złego – powiedziała. – Zabieram cię do lekarza.
Poddałem się. Wszystko jej opowiedziałem. Nigdy tyle nie płakałem
w życiu. Tajemnica się wydała. Ktoś jeszcze wiedział.
Następnego dnia poszedłem do lekarza.
Kazał mi udać się do Hazelden.
– Mają tam duże jezioro – powiedział lekarz, a ja pomyślałem: „To Minnesota, dość blisko do Kanady. Przynajmniej będę się czuł jak w domu przy tej gównianej pogodzie…”.
Ale byłem tak przerażony, że odchodziłem
od zmysłów. To było realne. Jechałem na odwyk. Miałem dwadzieścia sześć lat.
Udałem się do Hazelden, żeby odstawić prochy, i udało mi się nie nauczyć absolutnie niczego.
Plan był taki, że przed wyprawą do Minnesoty przejdę błyskawiczny detoks. W ramach błyskawicznego detoksu wprowadzają cię w śpiączkę na dwa lub trzy dni i wypełniają antagonistami opiatów. Na końcu powinieneś być
trzeźwy. (Tak przy okazji, teraz wiem, że to nie działa, choć nadal stosuje się to jako terapię).
I tak oto poddałem się błyskawicznemu detoksowi, a potem udałem do Hazelden, ale po przyjeździe czułem się jak trup.
O detoksach od opioidów mawiają, że nie mogą cię zabić, ale mogą sprawić, iż pożałujesz, że nie umarłeś. (Detoksy, które mogą cię zabić, to te od alkoholu
i benzo). Leżałem w swoim pokoju
w Hazelden i byłem niewiarygodnie chory – kopałem jak pieprzony pies. Wierzgałem rękoma i nogami w czystym przerażeniu. Nieustannie błagałem o odrobinę ulgi, ale odpowiadano mi tylko: „Jesteś po detoksie, po prostu się rozluźnij”. Ale nie
byłem czysty – jedynie zszedłem
z pięćdziesięciu pięciu tabletek vicodinu dziennie do zera, w sumie nagle odstawiłem go całkowicie. Zacząłem, jak mawiają, „tulić się do ścian” – aby zrobić choćby kilka kroków, musiałem przytrzymać się najbliższej ściany.
Teraz wiem, że gdybym nie przeszedł błyskawicznego detoksu, daliby mi coś na złagodzenie tej agonii, ale uznali, że jestem po detoksie, więc zostawili mnie
w spokoju. Zejście z pięćdziesięciu pięciu do zera pokazuje, że chyba byłem cholernie silną osobą, była to jednak najczystsza forma piekła.
Mniej więcej w dziesiątym dniu mojego pobytu uczestniczyłem w sesji grupowej, gdy wszystko trochę się zamgliło. Podobno powtarzałem: „Wszystko
w porządku, totalnie w porządku”, ale nie było w porządku. Nauka wpojona mi
w dzieciństwie – że nigdy nie mogę być niegrzecznym chłopcem – była tak ugruntowana, że chyba nawet podczas silnego ataku padaczki musiałem się upewnić, że nie robię zamieszania.
Gdy ocknąłem się po ataku, byłem znów we własnym pokoju, gdzie zebrał się cały przerażony zespół. Nie wiedząc, co się stało, i wyraźnie nadal zdezorientowany, powiedziałem:
– O mój Boże, nie wierzę, że przyjechaliście do Kalifornii, żeby się ze mną zobaczyć. To takie miłe!
– Nie jesteś w Kalifornii – sprostował ktoś – tylko w Minnesocie. Miałeś atak padaczki.
Zostałem tam przez kolejne dwa tygodnie, a pod koniec pobytu czułem się, jakbym zarządzał tym miejscem; byłem tam królem. Mój sposób zarządzania opierał się na naśladowaniu Michaela Keatona
w filmie „Czysty i trzeźwy”. Byłem na tyle młody, że przybrałem na wadze, pograłem trochę w tenisa i przestałem łykać prochy. W duchu jednak wiedziałem, że znów zacznę pić. Gdy poczułem się lepiej, wróciłem do Kalifornii – nie wróciłem do normalności, ale czułem się dobrze. Ale jak już powiedziałem, nie dowiedziałem się niczego o tym, co się ze mną dzieje. Nie dowiedziałem się o AA ani o tym, jak wieść trzeźwe życie; po prostu odstawiłem vicodin, i tyle. Dla tych z was, którzy oglądali serial, był to początek czwartego sezonu – wtedy wyglądałem najlepiej. Nadal nie dość dobrze dla Jennifer Aniston, ale całkiem nieźle.
Po powrocie do Kalifornii wytrwałem sześćdziesiąt osiem dni, a potem wypiłem pierwszego drinka, hołdując teorii, że przecież to nie picie o mało mnie nie zabiło, tylko opiaty. Wódka tylko wypełniała pustkę, a ponieważ ta pustka nadal istniała, coś musiało ją zapełnić. (...)

Jan Sztaudynger
– poeta, który uczył radości życia
ANNA BUGAJSKA
Wisława Szymborska w przemówieniu z okazji uhonorowania jej Literacką Nagrodą Nobla twierdziła, że praca poetów jest „beznadziejnie niefotogeniczna”: – Człowiek siedzi przy stole albo leży na kanapie, wpatruje się nieruchomym wzrokiem w ścianę albo w sufit, od czasu do czasu napisze siedem wersów, z czego jeden po kwadransie skreśli, i znów upływa godzina… Tylko że Jan Sztaudynger nie pasował do tego opisu. Poeta wyczynowiec, z niewiarygodnym wprost twórczym zapałem.
Jan Sztaudynger / fot.: okruchy.pl
W historii zapisał się przede wszystkim jako fraszkopisarz. Zapytany podczas jednego z wieczorów autorskich na Śląsku, kogo uważa za swojego najgroźniejszego konkurenta, zażartował: – Kochanowskiego! Na te słowa publiczność wybuchła śmiechem, ale w historii polskiej poezji Sztaudynger faktycznie nie miał wielu znaczących konkurentów.
Na jego złośliwych, a jednocześnie ciepłych fraszkach wychowały się pokolenia. I to nie tylko Polaków, bo dzięki bardowi Jaromirovi Nohavicy, który w latach 80. przetłumaczył jego – wydawałoby się niemożliwe do przełożenia – „Piórka”, cięty dowcip Sztaudyngera poznali także Czesi.
No dobrze, a co z opisywaną przez Szymborską figurą pracującego wolno i z namysłem poety? Dopóki Sztaudyngerowskie fraszki wydawane były w wielu mniejszych zbiorach, jego niesłychana wprost produktywność nie rzucała się tak w oczy. Dopiero w 2007 roku, kiedy na rynek trafił zbiór „Piórka prawie wszystkie”, cała prawda wyszła na jaw. Ten opasły tom mieści ponad dwa tysiące utworów. Wpadały mu do głowy, jak mówił, tak szybko, jakby strzelał z karabinu maszynowego. Choćby taka, która do potocznego języka wkradła się na dobre:
Myjcie się, dziewczyny,
Nie znacie dnia ani godziny.
Opowiadał: „Pisząc od godziny wpół do piątej rano do godziny dwunastej w południe – to jest mój rekord życiowy – napisałem ich sto sześćdziesiąt trzy. Kiedy indziej – stwierdziłem to z zegarkiem w ręku – pisałem przez pełną godzinę i fraszek powstało siedemdziesiąt”.
Grzyby i włoskie słówka
Ten sam zapał, z jakim wyrzucał z siebie kolejne strofki, wykazywał też w innych dziedzinach życia. Wiecznie ciekawy świata wciąż wynajdował sobie nowe zajęcia. Nie wystarczyło, że zbierał grzyby. Kolekcjonował na ich temat fachowe książki, poznawał nowe gatunki, uczył się nazw łacińskich i ludowych. I ku zgrozie całej rodziny przyrządzał i zjadał kolejne grzybowe znaleziska. Bliskich uspokajał, że zabiera na noc do sypialni garnek słodkiego mleka, które miało zniwelować skutki ewentualnej trucizny. Z równą zachłannością uczył się języków. Wykształcony na Uniwersytecie Jagiellońskim polonista i germanista dobrze znał też francuski i czeski, a pod koniec życia zaczął się uczyć włoskiego. Żeby łatwiej zapamiętywać słówka, pisał – a jakże – fraszki. Jak wbić do głowy, że „pollo” to „kogut”? Na przykład tak:
Piejąc, każdy pollo
Piękny jak Apollo.
Każdy wie jak, żaden nie potrafi
Czy byłby zaskoczony, wiedząc, co po latach wyprawia się z jego poetyckimi miniaturami? Weźmy taką sytuację. Jest rok 2008. Na Akademii Górniczo-Hutniczej wykład o niekompetencji specjalistów od energetyki wygłasza Waldemar Pawlak. W pewnym momencie wplata Sztaudyngerowską fraszkę:
Krytyk i eunuch z jednej są parafii,
Każdy wie jak, żaden nie potrafi.
Albo rok 1995. Kampania przed wyborami prezydenckimi. To właśnie wtedy jeden z dwuwierszy wykorzystał – bez tytułu i z błędami w interpunkcji – komitet Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby żartobliwie usprawiedliwić nieścisłości w podanych publicznie informacjach o wyższym wykształceniu kandydata.
Uwaga, profesorzy,
Geniusze często uczą się najgorzej. („Studencka przestroga”)
Oburzeni nadużyciem córka poety Anna Sztaudynger-Kaliszewiczowa i jej brat Jan Jacek Sztaudynger wytoczyli komitetowi sprawę sądową, uzasadniając, że ojciec krytykował PRL i nie zgodziłby się na wykorzystanie jego utworu przez szefa SLD, a sąd uznał, że spadkobiercom poety należą się przeprosiny. Rodzinie trudno było zapomnieć choćby historię z pismem „Teatr Lalek”, stworzonym przez Jana Sztaudyngera w 1950 roku. Po kilku numerach urzędnicy z Ministerstwa Kultury i Sztuki odebrali mu redakcję kwartalnika, by powierzyć ją „właściwszej” osobie. Poeta z rodziną znaleźli się prawie bez środków do życia. Dopiero dzięki pomocy przyjaciela Wojciecha Natansona Jan dostał pracę w piśmie „Teatr”. Żalił się potem:
Wilki udające owce zagryzły ideowce. („Ja i lalkarze”)
Skandal na plaży
Erotyczne fraszki (które przyniosły mu największą sławę) nazwał „Szumowinami”. Skojarzenie jeszcze z dzieciństwa – matka i babka przyrządzały znakomite konfitury, a podczas smażenia zbierały z nich mętną pianę gromadzącą się na powierzchni. Małemu Jankowi udało się czasem wyprosić, żeby nalały mu kubek tej dziwacznej mazi – deseru niby-gorszego gatunku, ale jakże smacznego. Sztaudynger, rocznik 1904, pochodził z rodziny o polsko-niemiecko-francuskich korzeniach. Wśród jego przodków byli Franciszek Gautier – mąż zaufania Tadeusza Kościuszki, i Jan Gautier – chrześniak Naczelnika. Kuzynem Sztaudyngera był Albert Chmielowski, czyli święty Brat Albert. Z kolei ojciec poety Izydor pracował w Towarzystwie Ubezpieczeniowym im. św. Floriana w Krakowie. Sztaudyngerowie mieszkali w kamienicy przy ul. Długiej 64. Bywali u nich notable i przedstawiciele krakowskiej bohemy, m.in. krytyk i kolekcjoner Feliks „Manggha” Jasieński, posiadacz wielkiego zbioru sztuki japońskiej. W rodzinnym archiwum zachowało się kilka zdjęć z balu kostiumowego, na którym Izydor, Anna i Feliks oraz kilkoro innych gości dumnie pozują w japońskich strojach z kolekcji Jasieńskiego. Z kolei podczas pewnych wakacji u wuja młody Jan poznał późniejszego prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Pożyczył mu nawet swój kostium kąpielowy, a że przewyższał polityka o dwie głowy i tkanina nie przylegała ściśle do ciała Starzyńskiego, na plaży nieomal doszło do skandalu.
Wzdycham do własnej żony,
Taki już jestem zboczony.
– deklarował Jan po latach małżeństwa z Zofią, z którą poznali się w 1929 roku w Wydawnictwie Świętego Wojciecha w Poznaniu, gdzie pracowała. To ona naciskała na publikację jego wierszy w czasopiśmie „Tęcza”. Postawiła na swoim, a po roku i on dopiął swego – ożenił się ze śliczną redaktorką. I chociaż nigdy nie krył, że lubi flirtować (najładniejszym znajomym i nieznajomym dedykował frywolne wierszyki), bliski przyjaciel, pisarz i tłumacz, Tadeusz Chróścielewski nazywał go jedynie „teoretykiem niewiastologii”. Po latach córka przekonywała Sztaudyngera, że jako stateczny, dojrzały mężczyzna powinien spuścić już nieco z tonu i spoważnieć.
– Postanowiłem pisywać tylko fraszki albo treści religijnej, albo biblijnej – zgodził się poeta. – Chciałbym ci dać przykład, jak taka ostudzona twórczość będzie wyglądać. A więc wierszyk religijny:
Aniele stróżu mój,
Ty zawsze przy mnie stój,
Anioł spojrzał na Jadzię
I zamiast stanąć się kładzie.
Razwmordeczki
– Kiedyś zwrócił się do mnie dziennikarz z łódzkiego „Expressu Ilustrowanego” z zapytaniem, czy popieram inicjatywę desygnowania jakiegoś dnia na Święto Ojca. Przyparty do muru przez redaktora odpowiedziałem: „Popieram z całego serca i proponuję dzień 23 czerwca. Jest to plus minus najkrótsza noc roku, ojciec ma labę, więc największe święto”.
Nie bez znaczenia był tu pewnie fakt, że dzień później Sztaudynger świętował imieniny. Faktycznie laba. Tak czy inaczej data została, do dziś Dzień Ojca obchodzi się właśnie 23 czerwca. Sam poeta był tatą pogodnym i serdecznym, ale niezbyt cierpliwym.
– Nigdy nas nie karcił – wspomina w jednym z wywiadów córka – […] za to… totalnie się wściekał. Na szczęście tak samo szybko jak popadał w furię, nerwy go opuszczały. Po prostu choleryk.
Znacznie więcej wyrozumiałości będzie miał później dla wnuczki Dorotki. Kiedy nie chciała jeść, przygotowywał jej miniaturowe kanapki, które nazwał razwmordeczkami. Dziewczynce tak się spodobały, że od razu pochłaniała cały ich talerz. Jest też wspomnienie, kiedy to Sztaudynger na kilkanaście dni wynajął z wnuczką pokój w domu Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek w górach. Dorotka, znudzona towarzystwem dorosłych, układała na stole domki z kart. Któregoś dnia jedna z sióstr, zwana przez poetę Osą, chciała nakryć do obiadu i chociaż dziewczynka błagała, by nie psuć jej misternej konstrukcji, ta ją zniszczyła. Poeta był tym naprawdę wzburzony. Zażądał, by krewka zakonnica nigdy się już w jego pokoju nie pojawiała. Równie serio traktował nie tylko własną wnuczkę. Miał świetny kontakt z dziećmi. Jeszcze jako młody chłopak, po skończeniu polonistyki i germanistyki, wybrał się na roczne studia pedagogiczne, a jakiś czas potem na dobre wciągnął go temat teatru lalkowego. – Świat dorosłych przygniata sobą świat dzieci – pisał w wydanych w 1938 r. „Marionetkach”, pierwszej polskiej monografii teatru lalek, z której do dziś uczą się studenci. – Teatr lalek przez sam fakt swego istnienia, jeśli tylko stosuje się do poziomu dzieci, staje się elementem prostującym psychikę dziecka, staje się drożdżami jego osobowości.
To inny ważny nurt jego twórczości. Skrajnie różny od rubasznych „Szumowin” i beztroskich „Piórek”. A może po prostu kolejny przejaw nieposkromionej energii, dzięki której był w stanie poświęcić się tak wielu pasjom z równym zaangażowaniem?




Mam was wszystkich…
Energii, która sprawiała, że potrafił cieszyć się jak dziecko, ale i złościć z tą samą siłą rażenia. Pewnego razu, kiedy odpoczywał
w Zakopanem (wyprowadzi się tam w końcu na stałe po latach mieszkania w Łodzi) nastolatka na jego oczach cisnęła papierową torebkę na chodnik.
– Proszę pani, czy to ładnie zaśmiecać Zakopane? – napomniał ją poeta.
Dziewczyna ironicznie odpowiedziała: – Zakopane, perła naszych uzdrowisk!
Dla kąpanego w gorącej wodzie Sztaudyngera tego było już za wiele: złapał arogantkę za kołnierz i potrząsnął. Szybko się jednak zreflektował, puścił dziewczynę i przeprosił.
Będę krzyczał za każdym,
co mi Łódź zaśmieca:
„Fe, brudasie, do kąta, a papier do pieca!
Kolegom i klasykom też się zresztą obrywało, zwłaszcza tym, których cenił najbardziej. Jego największym współczesnym rywalem w dziedzinie fraszkopisarstwa był Stanisław Jerzy Lec.
Lec zezem patrzy w moją stronę,
Bo on fraszki ma z-Lecone.
Dowcipkował – czasem beztrosko, czasem z nutą goryczy – niemal ze wszystkiego: z relacji męsko-damskich, bliskich, z siebie samego. Człowiek, któremu los nie szczędził ciężkich doświadczeń, przedstawiciel pokolenia skazanego na wojenną traumę.
Także ostatnia dekada życia przetykana była pasmem nieustannych kłopotów. Sztaudynger choruje, trafia w sumie do 20 różnych szpitali. I nawet wtedy nie traci ochoty na żarty. Kiedy lekarka prosi o podpisanie zgody na operację kręgosłupa, odpowiada:
Mam was wszystkich w dupie,
Róbcie, co chcecie, na kręgosłupie!
W czasie ostatniego rzutu choroby córka zaczęła zapisywać ich rozmowy – tak powstała książka „Chwalipięta, czyli rozmowy z Tatą”. Pracę nad nią zaczęli w domu Anny, a potem kontynuowali w kolejnych szpitalach. Chociaż słabł w oczach, rozmowy i ich późniejsze opracowywanie okazały się dla niego nie tylko przyjemnością, ale wręcz lekarstwem na cierpienie. Leżał w separatce, a życzliwi lekarze pozwalali mu w niej organizować nawet niewielkie spotkania autorskie.
Któregoś dnia znękany bólem i chorobą napisał:
A kiedy do mnie przyjdzie ta z kosą,
Niech będzie ładną, młodą i bosą,
Abym nie słyszał zawczasu
Stukania jej obcasów.
Umiera w roku 1970. Na jego grobie na cmentarzu Salwatorskim w Krakowie znalazł się tekst: „Zmarł po długim i szczęśliwym życiu”.
Ale chciał innego napisu. Córce powiedział, że ten najlepiej się chyba nadaje na jego grobowiec:
Żyłem z wami, kochałem i cierpiałem z wami,
Teraz żyjcie, kochajcie, cierpcie sobie sami.
Korzystałam z książek, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego, m.in. z: „Szczęście z datą wczorajszą” (2014) i „Piórka” (2014), a także „Chwalipięta, czyli rozmowy z Tatą” (2009).
Współpraca Zofia Fabjanowska-Micyk.
Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.
PORTRETY sierpień/wrzesień 2023 / (12-13)
Irena Tuwim
DOROTA FALKOWSKA
pierwszy mąż był gejem, drugi alkoholikiem. Najbardziej kochała swojego brata,
w którego cieniu spędziła życie
Siostra sławnego brata i tłumaczka jeszcze słynniejszego Kubusia Puchatka. Irena Tuwim mimo ogromnego talentu pisarskiego do końca swoich dni była kojarzona jako osoba poboczna do nie swojej historii. Było to o tyle krzywdzące, że pisać i kreować swoje światy potrafiła nie gorzej niż jej utalentowany brat. Julian Tuwim sam zresztą twierdził, że jego siostra jest od niego zdolniejsza. Mimo ciągłego porównywania jej do brata nigdy nie było pomiędzy nimi rywalizacji. Do końca swoich dni siostra Tuwima kochała go miłością bezwarunkową i kibicowała na każdym kroku. Z okazji 124. rocznicy urodzin pisarki przypominamy jej historię.

Irena Tuwim / fot.: Fundacja Ireny Tuwim i Juliana Tuwima
Irena Tuwim: Łódź, dorastanie, rodzice i brat
Irena Tuwim przyszła na świat 22 sierpnia 1898 roku w rodzinie zasymilowanych Żydów, jako córka Adeli i Izydora, a także młodsza siostra Juliana. Urodziła się w Łodzi, którą po latach będzie wspominać jako szare i ponure miejsce, bez szczególnie wyróżniających się pór roku i miejsc, które można by w dorosłości chociaż trochę wyidealizować. "Łódź najdawniejszą, Łódź ponurego dzieciństwa widzę zawsze w łunie pożarów", napisze później o swoim rodzinnym mieście w "Łódzkich porach roku".
W przeciwieństwie do niej, jej starszy brat pokusił się o nazwanie swojego dzieciństwa "sielskim i anielskim". Kiedy wracał wspomnieniami do pierwszych lat życia, Julian Tuwim wspominał smaki, zapachy, zabawy i pisał o nich, jak o pięknym śnie, do którego z chęcią by wrócił. Po latach poeta zda sobie jednak sprawę, że ta dziecięca idylla była wynikiem jego bogatej wyobraźni. Wybiórczo zapamiętał tylko te rzeczy, które sprawiały mu w owych latach radość, a wyparł z głowy wspomnienia dotyczące cichej wojny pomiędzy rodzicami i nieustannego braku pieniędzy.
Cała czwórka mieszkała w łódzkiej kamienicy przy św. Andrzeja 40. Rodzice Juliana i Ireny byli delikatnie mówiąc, niedobrani pod względem charakterów. Adela była postacią bardzo neurotyczną, wiecznie zamartwiającą się o przyszłość i przelewającą swoje obawy na dzieci. Najbardziej uległa im Irka, której matka powtarzała, że zostanie starą panną, ale właściwie nie wiadomo z jakiego powodu. Nie była brzydkim dzieckiem, wręcz przeciwnie, z biegiem lat wyrastała na coraz ładniejszą i bardzo mądrą kobietę. "Irka na zgrabnisię i galantą pannę wyrosła”, będzie mówić o niej później jedna z opiekunek. O starsze dziecko Adela Tuwim potrafiła zamartwiać się jeszcze bardziej. Znamię na twarzy, z którym urodził się Julian, spędzało jego matce sen z powiek. Brała to za zły omen.
"Matka była neurotyczką. Całe życie o coś się martwiła, czegoś obawiała, wierzyła w strachy rzeczywiste i nie z tego świata.
W dzieciństwie Ireny strachy czaiły się nieustannie. Przed nią na świat przyszedł chłopiec z oszpecającą plamą na twarzy. Dla matki dramat urodzenia syna z myszką na policzku był zapowiedzią przyszłej utraty zmysłów. Mówiło się w domu – ta plama. Ta plama
z małego Julka, chłopca niby to takiego jak wszyscy inni chłopcy, czyniła upośledzonego odmieńca, napiętnowanego przez naturę, wytykanego na ulicach palcami, przedmiot drwin i dokuczań w szkole" (cytat z książki "Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości". Augustyniak Anna).
W przeciwieństwie do zamartwiającej się o wszystko matki, ojciec rodzeństwa, Izydor, trzymał swoje życie od życia swoich dzieci na dystans. Skupiał się głównie na roztrząsaniu wspomnień z lat młodości, cofał się myślami do podróży sprzed lat i uciekał od rzeczywistości, czytając książki.
W domu Tuwimów stałymi bywalczyniami były jeszcze dwie piastunki, które odegrały dużą rolę w życiu Ireny. Pierwsza z nich, Maria Bednarek, wytyczona przez rodziców do opiekowania się dziećmi, była ostatnią, odpowiednią do tego osobą. Okrutna, bezwzględna
i skora do bicia, pozostawiła po sobie same najgorsze wspomnienia. „System wychowawczy Mani Bednarek miał wiele wspólnego z metodami gestapo” – napisze o niej po latach Irena. Zastraszanie, krzyki i ogólne uprzykrzanie życia dotyczyło w tym wypadku tylko młodszej siostry Juliana, jego zaś w ogóle. "Mania" nie była zainteresowana gnębieniem starszego brata.
Osobą, która potrafiła odczarować okrutną rzeczywistość i otulić dwójkę rodzeństwa opieką i czułością, była Antosia Rokosik. Była dla nich jak druga matka, albo może po prostu — matka, której nigdy nie mieli. Antosia czuwała w domu nad wszystkim — porządkiem, zakupami, posiłkami i opieką nad Julkiem i Ireną. Ukochana piastunka nie potrafiła czytać, ani pisać, ale lubiła, kiedy jej podopieczni czytali jej wieczorami ulubione opowieści. Kochała też chodzić do teatru.

Wiekowe wydanie Naszej Księgarni "Kubusia Puchatka"
w tłumaczeniu Ireny Tuwim jest dostępne na portalu Amazon.
„Stwarzała inną rzeczywistość, bo ta, która była jej dana, nie wystarczała jej. Jak skrzętna gospodyni z każdego nieużytku czyniąca jakieś przeznaczenie, tak i ona z każdego najbłahszego zdarzenia jej ubogiego i naszego młodziutkiego życia czyniła jakiś użytek”. O Antosi powstanie w przyszłości kilka dzieł, Julian zawrze ją w swoich wierszach, a Irena napisze o niej opowiadanie pt. „Antosia i my”, które opublikują w 1934 roku w "Wiadomościach Literackich".
Irena Tuwim: droga do kariery pisarki. Pierwszy mąż
Irenę już od małego ciągnęło w stronę literatury, poezji i tworzenia swoich pierwszych wierszy. Julian pewnego razu wykradł swojej trzynastoletniej wtedy siostrze jej zeszyt i przepisał z niego kilka utworów. Lata później bez jej wiedzy zawarł je w swoim debiutanckim tomie "Czyhanie na Boga". Na Julianie twórczość siostry zrobiła niemałe wrażenie. Uważał, że Irena ma niesłychany talent i nigdy nie czuł, że jest od niej lepszy.
W 1916 roku, w wieku osiemnastu lat, Irena debiutuje na łamach łódzkiej "Godziny Polski" z utworem "Panienka", a pięć lat później wydaje swój pierwszy tomik "24 wiersze". Nie była to może jej przepustka do kariery poetki, ale na pewno do pierwszego małżeństwa.
Wierszami Ireny, a co za tym idzie osobą młodej poetki, zafascynował się Stefan Napierski (a właściwie Stefan Marek Eiger), utalentowany eseista
i krytyk literacki.
Pewnego dnia przyjechał z Warszawy do Łodzi z koszem kwiatów i ogromną chęcią poznania pisarki. Dziś można spekulować, jakie naprawdę były jego zamiary i czy może bardziej niż na Irenie, nie zależało mu na wżenieniu się w rodzinę "tych Tuwimów".
Trzy miesiące po pierwszym spotkaniu Stefan Napierski oświadcza się Irenie, pobierają się w kościele św. Józefa w Łodzi i przez kolejne osiem lat żyje im się dostatnio i szczęśliwie. Mąż pisarki jest synem majętnego żydowskiego przedsiębiorcy, więc na brak pieniędzy nie narzekają. W podróż poślubną jadą do Berlina, a później na Wyspy Fryzyjskie na Morzu Północnym. Irena w końcu nie musi troszczyć się o budżet, a do tego ma możliwość zwiedzić kawałek świata. Jest szczęśliwa. Przez rok mieszka z ukochanym
w Paryżu, głównie jednak stacjonują w Warszawie, w dużym mieszkaniu, gdzie każde z nich ma własny kąt i swobodę do pisania.
Ich sielanka nie mogła jednak trwać, tak jak przyrzekali, póki śmierć ich nie rozłączy. Stefan Napierski był bowiem homoseksualistą
i wiedział to już na długo przed ślubem z Ireną. Nie wiadomo natomiast, czy ona to wiedziała, czy może coś przeczuwała. Ich relacja oparta była na głębokiej przyjaźni i wzajemnym szacunku, ale to nie wystarczyło, aby utrzymać związek małżeński. W wierszu z tomiku poezji, który Irena wydała w 1930 roku o ironicznym w związku z jej relacją tytule "Miłość szczęśliwa", napisała: "Nie patrzysz mi prosto w oczy. Taisz coś? Powiedz. Nie mów".
Od lewej: Irena Tuwim, Julian Tuwim z żoną Stefą
i Julian Stawiński, mąż Ireny. Toronto, 1945
/ fot.: Muzeum Literatury

Irena Tuwim i Julian Stawiński: historia relacji
Pierwsza odeszła od męża. Jeszcze będąc jego żoną, zakochała się w dyplomacie i tłumaczu Julianie Stawińskim poznanym na jednym z organizowanych przez Napierskiego wieczorów brydżowych. W porozumieniu z mężem wyprowadziła się do kochanka na rok. Powiedział jej, że zawsze może do niego wrócić... Nigdy już do tego nie doszło, ale Tuwim zawsze będzie wspominać swojego pierwszego męża z wielką nostalgią w sercu. Był dla niej ważną osobą.
"Gdy przechodzę obok domu, gdzieśmy mieszkali,/ co rano/ tyle wspomnień ożywa we mnie./ Wspominam mile deszcze wiosenne,/ otwarty balkon,/ twoje anginy,/ hiacyntową Wielkanoc ( )/ I chcę ci powiedzieć,/ że bardziej od samych rzeczy/ kocham ich cienie,/ więc ciebie kocham,/ rozumiem to dziś dopiero,/ kiedy przechodzę obok naszego domu", pisała w jednym z wierszy (cytat za natemat.pl).
Gdyby nie to, że miłość do Juliana Stawińskiego była dla niej jak rażenie piorunem, które po latach nazywała też opętaniem, może nigdy nie odeszłaby od pierwszego męża. W pewnym momencie Irena Tuwim przeżywała tak wielkie rozterki miłosne, że postanowiła uciec przed obydwoma mężczyznami do Paryża. Po tej decyzji nastąpił szereg sytuacji, które były niczym z filmu o tragicznej miłości. Kochanek wyruszył za poetką do Francji, odnalazł ją i na miejscu usłyszał, że chce ona zakończyć ich związek. Stawiński w desperacji strzelił do siebie, spudłował i trafił w płuco, zamiast w serce. Nie wiadomo, czy ta sytuacja bardziej Irenę wystraszyła, niż poruszyła jej romantyczną naturę, niemniej zdecydowała się ostatecznie rozwieść z mężem i związać z Julianem Stawińskim. Para wzięła ślub
w 1935 roku w Wilnie. Kiedy zaczynają wspólne życie razem, już oficjalnie jako małżeństwo, skupiają się na swoich karierach. Mąż Ireny realizuje się w zawodzie adwokata, a ona zajmuje się kolejnymi tłumaczeniami książek. Podobnie jak jej brat, skupia się na literaturze dziecięcej.
Irena Tuwim: okrzyknięto ją mamą Kubusia Puchatka
W ciągu 50 lat Irena Tuwim przetłumaczyła ponad 50 książek. Młodszej siostrze Juliana Tuwima zawdzięczamy m.in. polską wersję „Mary Poppins” Pameli L. Travers, „Byczka Fernando” Munro Leafa, „Pięcioro dzieci i coś” Edith Nesbit, a przede wszystkim „Winnie the Pooh” A.A. Milne, czyli słynnego "Kubusia Puchatka". Dla niewtajemniczonych w oryginalną wersję, według zamysłu Milne tytułowa postać była... dziewczynką. Kubusia Puchatka, jako "misia o małym rozumku" podarowała polskim czytelnikom Irena Tuwim, właściwie tworząc tę postać, jak i wiele elementów fabuły na nowo. Kubuś wzięło się od imienia psa poetki, którego nazywała też chwilami Puchatkiem, bo miał bardzo puszyste futerko. Stanisław Lem był zdania, że to, co Irena Tuwim zrobiła z "Winnie the Pooh" było lepsze od oryginału, a w Wielkiej Brytanii, czyli rodzimym kraju Puchatka, okrzyknięto ją "The Pooh Lady".
Co sama tłumaczka mówiła o swoich swobodnych zasadach tworzenia przekładów? „Aby tłumacz mógł dać utwory językowe najwyższej klasy, konieczna jest znaczna swoboda we wszystkich przekładach, a w wielu wypadkach [...] choć będą to z reguły utwory dla najmłodszych, przyjąć należy za zasadę adaptację, nie zaś tłumaczenie” (cytat za zwierciadlo.pl).

Ukochana książeczka dzieci, młodzieży
i często dorosłych...
Irena Tuwim: relacja z bratem
Okres wojny nie oszczędził rodziny Tuwimów. W 1939 roku Irena wraz z mężem emigrują do Anglii, jej brat z kolei z Francji przedostaje się do Brazylii, a w 1942 roku do Stanów Zjednoczonych. Tułaczka i obcy kraj mu nie służą. Jedynym pocieszeniem dla poety jest korespondencja z siostrą, która od dziecka jest jego największą powierniczką. To jej zdradza więcej, niż żonie, nazywa ją "swoją zewnętrzną duszą". Ich przywiązanie i zażyłość były obopólne; Irena już w dzieciństwie nie potrafiła znieść rozłąki z bratem. Pierwsza trwała dziesięć dni, kiedy wyjechał do wujostwa na ferie, a ona płakała intensywnie i wyrywała kartki z kalendarza. Późniejsze rozstania znosiła z podobnym do tego pierwszego bólem serca. Kiedy nie musieli, nie rozdzielali się i widywali tak często, jak mogli. Cieszyli się ze swoich sukcesów i kibicowali sobie wzajemnie. Po kilkuletniej rozłące na skutek wojny spotykają się dopiero w 1945 roku w Kanadzie, wtedy to Julian zaprasza do siebie Irenę z mężem.
Zanim jednak do tego dojdzie, po drodze wydarzają się dwie dramatyczne sytuacje, które na wskroś dotykają Irenę. W 1940 roku poetka usłyszała o śmierci swojego pierwszego męża, Stefan Eiger został rozstrzelany w Palmirach. Irena przyjmuje tę wiadomość ze złamanym sercem. Trzy lata później dowiaduje się, że podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym w Otwocku gestapowcy rozstrzelali jej matkę, a jej ciało wyrzucili przez balkon. W tym samym czasie jej mąż pod wpływem choroby alkoholowej zmienia się w tyrana. Emigracyjne smutki topi w wódce i lekach, czyniąc Irenę współuzależnioną. Poetka bierze na siebie winę za cierpienia Juliana.
Julian Tuwim - boski szalony Julek
(...) Innym hobby była hodowla jaszczurek i zaskrońców. Zdarzało się, że gady opuszczały terrarium i wędrowały po mieszkaniu w poszukiwaniu pokarmu! Jednak najcenniejszą namiętnością, która miała poważny wpływ na dorosłe życie i twórczość późniejszego poety, była rozwijana od szkolnych lat pasja lingwistyczna, miłość do słowników, etymologii wyrazów, egzotycznych języków. Nawiasem mówiąc, „Tuwim”, a dokładniej „Towim” – bo tak pisali się jeszcze dziadkowie poety – znaczy po hebrajsku „dobry”. (...) (do poczytania)
Irena Tuwim: śmierć Juliana Tuwima
1945-1947, to okres dwóch spokojnych lat, które pozwalają rodzeństwu spotkać się po długim rozstaniu, a mężowi Ireny skupić na pracy — w Waszyngtonie został attaché w ambasadzie. Irena i Julian Tuwimowie ostatni raz widzą się w grudniu 1953 roku, tuż przed jego wyjazdem do Zakopanego. Poeta z trudem odnajduje się w powojennej rzeczywistości w ojczystym kraju, do którego tak tęsknił przez ostatnie lata. Na swój zimowy wypoczynek wyjeżdża znerwicowany, zapijający stres alkoholem i pogrążony w depresji. Umiera na atak serca 27 grudnia 1953 roku w jednym z pensjonatów.
„Gdy żegnałam się z Julkiem 17 grudnia 1953 r. przed Jego wyjazdem do Zakopanego, ćwierć żartem, a trzy ćwierci serio powiedziałam Mu w przypływie powrotnej fali dawnej, dziecinnej miłości, że to rozstanie skończy się dla mnie tym razem za szafą. Mówiąc to, nie pomyślałam ani przez chwilę o rozstaniu na zawsze. Po prostu tak jak wtedy dom, tak teraz Warszawa, opuszczona przez Julka, wydawała mi się nagle pozbawiona sensu. A myśl, że tak mogłoby zostać już na zawsze – nie do zniesienia”, pisała później Irena Tuwim.
Irena Tuwim: ostatnie chwile
Niestety, nie myliła się. Jej rzeczywistość bez brata stała się trudna i okrutna. Irena czuła pustkę i samotność. Gorzej radziła sobie zawodowo. Z mężem Julianem była do końca jego dni, ale ta relacja tylko przyczyniła się do jej słabego stanu psychicznego. Mąż migrował pomiędzy odwykiem a kolejną zapaścią alkoholową. Irena Tuwim przeżyła męża o kilkanaście lat. Nie mieli dzieci, więc ostatnie lata życia spędziła samotnie. Były chwile, w których myślała o odebraniu sobie życia, ale ostatecznie coś ją przed tym powstrzymywało. Do końca swoich dni mieszkała nieopodal Parku Łazienkowskiego w Warszawie, gdzie było zawsze zielono
i zacisznie, w przeciwieństwie do jej znienawidzonej Łodzi, ale tam też nie lubiła przebywać. Może jedyne miejsce, w którym czuła się dobrze, było przy ukochanym bracie Julku. (viva.pl)
Źródła: zwierciadlo.pl, natemat.pl, culture.pl
sierpień/wrzesień 2023 / 8-9 (12-13)
PORTRETY czerwiec '23 (12-13)
Julian Tuwim
- boski szalony Julek
ANNA JANKO

Julian Tuwim z nieodzownym papierosem / fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, 20-109
„Stoi na stacji lokomotywa” – te pierwsze słowa wiersza Juliana Tuwima są dla polskiego dziecka czymś takim, jak dla dorosłego „Litwo, Ojczyzno moja”. U progu mowy, u progu świata, który objawia się poprzez słowo, do dziecięcego pokoju wjeżdża Tuwimowska „Lokomotywa”.
A w każdym wagonie – pełnia kształtów
i kolorów! I w każdym wagonie – symfonia dźwięków i zapachów! Cały świat
w największym natężeniu istnienia.
Co czytał Tuwim jako dziecko? On sam wspomina siebie jako złotowłosego parolatka, który w dziecięcym napięciu smaruje po swej pierwszej książce, a książką tą jest od razu Szekspirowska historia Romea i Julii. Jaki to świat zjawił się w dziecięcej sypialni małego Julka? Świat niezrozumiałych dla chłopca sporów rodowych Montekich z Kapuletimi
i niejasno przeczuwanych... energii namiętności miłosnych.
W cieniu myszki
Pamiętam, że w szkole często wpatrywałam się w wiszący na ścianie portret Juliana Tuwima; jego płomienny wzrok przyciągnął moją uwagę. Starałam się ze wszystkich sił, aby jego twarz drgnęła, odwróciła nieco i abym mogła ujrzeć skrytą w cieniu słynną „myszkę”, ciemne znamię na lewym policzku poety.
Ów stygmat inności, wyróżniający go spośród rówieśników od początku życia, był przyczyną głębokiego kompleksu, nierozsądnie umacnianego przez neurasteniczną matkę, która winiła siebie za defekt urody syna,
a nawet zabobonnie dopatrywała się w tej sprawie udziału sił demonicznych. Matczyne poczucie winy z powodu mocno semickiego wyglądu i diabolicznego znamienia dziecka wbudowało się w psychikę młodego Julka i bez wątpienia wzmocniło w późniejszym wieku słynne demonologiczne pasje poety.
Siostra Tuwima Irena, ta sama, która przyswoiła polszczyźnie „Kubusia Puchatka” Milne’a, wspomina ciężką atmosferę rodzinnego domu, uczucie napięcia, które towarzyszyło ich dzieciństwu, czego przyczyn dzieci nie rozumiały. Wiedziały, że matka chowa jakąś tajemnicę związaną ze swą młodością, ale nie wyjawiła jej nigdy, nawet gdy były już dorosłymi ludźmi. Możliwe, że na ponure nastroje, jakie panowały w tym domu o ciemnych pokojach zastawionych ciężkimi dębowymi meblami, miał też wpływ głęboki rozdźwięk pomiędzy rodzicami, którzy znacznie różnili się od siebie wiekiem, temperamentem, zainteresowaniami. Prawdopodobnie niezwykłe pasje młodego Juliana, „bziki” i „pobziki” z jego lat dziecięcych, miały źródło nie tylko w nieokiełznanej żądzy poznawania wszystkiego, ale były także sposobem uciekania we własny, niosący radość i odprężenie świat.
Wystrzałowe zainteresowania
Z upodobaniem i dość długo przeprowadzał młody Tuwim doświadczenia chemiczne i pirotechniczne w swoim pokoju lub nieopodal na schodach. Eksperymenty zakończyły się groźną eksplozją i okaleczeniem ręki, gdy nastoletni badacz ostatecznie udoskonalił pewną mieszankę wybuchową...
Innym hobby była hodowla jaszczurek i zaskrońców. Zdarzało się, że gady opuszczały terrarium i wędrowały po mieszkaniu
w poszukiwaniu pokarmu! Jednak najcenniejszą namiętnością, która miała poważny wpływ na dorosłe życie i twórczość późniejszego poety, była rozwijana od szkolnych lat pasja lingwistyczna, miłość do słowników, etymologii wyrazów, egzotycznych języków. Nawiasem mówiąc, „Tuwim”, a dokładniej „Towim” – bo tak pisali się jeszcze dziadkowie poety – znaczy po hebrajsku „dobry”.
Pierwsze uczniowskie długi Juliana Tuwima wiązały się z zamówieniami książek w niemieckich antykwariatach. W tym okresie życia Julek opanował esperanto i przetłumaczył na ten język kilka utworów Leopolda Staffa, co dało sposobność nawiązania korespondencji ze starszym poetą. Tuwim poznał też doskonale rosyjski i z powodzeniem tłumaczył Balmonta, Briusowa, Puszkina.
Dla wielu młodych początkujących twórców Staff był w latach międzywojennych najwyższym autorytetem i niedościgłym mistrzem. Tuwimowi udało się nie tylko zawrzeć z poetą znajomość i skorzystać z mądrych wskazówek, ale także zdobyć jego przyjaźń trwającą całe życie. To właśnie Leopold Staff utwierdził 17-letniego Juliana w przekonaniu, że powinien pisać, że ma talent.
Można by rzec, że nie ma niczego niezwykłego w tym, iż młodzieniec, który w domowym laboratorium tworzy według własnych receptur najprawdziwiej pachnące perfumy – a Tuwim i to potrafił – wyrośnie na autentycznego poetę!
Słowa z trzewi
W 1912 roku, gdy z powodu matematyki powtarzał szóstą klasę łódzkiego gimnazjum, „Tygodnik Ilustrowany” przyjął do druku pierwszy jego wiersz.
„Ogarnął mnie szał nieprzytomnej radości. Do talerza stygnącej zupy zaczęły kapać łzy”, wspominał Tuwim po latach tę chwilę, gdy po powrocie ze szkoły przeczytał list od redaktora „Tygodnika…”. Wyobraźmy sobie dorastającego młodego poetę z tamtych lat... „Szalony cudowny Julek! – wspomina jego siostra. – Nosił się z fantazją; chodził w rozpiętym szynelu, w czapce podziurawionej jak sito papierosami, co należało do elegancji; rozbijał się dorożkami i skrapiał sobie włosy wodą brzozową Drallego”. A do tego recytował z pamięci po francusku słynny „Statek pijany” Artura Rimbauda!
Niezwykła, czarodziejska osobowość Tuwima...Wszyscy, którzy go pamiętają, podkreślają niezwykłość jego płonących oczu
i niesamowitą, magiczną energię, która przenikała jego postać. Józef Wittlin wspomina: „Czasem, w zetknięciu z nim, odnosiłem wrażenie, że jest on cały naładowany elektrycznością, wypełniony jakimiś prądami i fluidami, które promieniują przez jego ubranie. Fosforyzował. Iskry się z niego sypały. I nieraz lęk mnie ogarniał, gdy siedziałem z nim we dwójkę w zamkniętym pokoju”.
Owa słynna ekspresja poety znajdowała swój wyraz w jego twórczości. W tymże czasie, w latach 20., za sprawą modnej wówczas filozofii Bergsona witalizm ogarnął znaczną część młodej literatury. W Polsce dołączyła do tego radość z odzyskanej po półtora wieku niepodległości. Wielu poetów wydawało z siebie dionizyjskie okrzyki, a już Tuwim wyszarpywał słowa z samych trzewi!
Dzięki jednemu z takich gorących „biologicznych” wierszy Tuwima udało mi się przed laty zdać egzamin na filologię polską. Zamiast rozwijać teoretycznie problem witalności w poezji międzywojennej, z wielkim uczuciem (oraz w białej bluzce i czarnej spódnicy) zadeklamowałam:
"Do krwi rozdrapię życie, Do szczętu je wyżyję, Zębami w dni się wpiję, Wychłeptam je żarłocznie I zacznę święte wycie, Rozbyczę się, rozjuszę, Wycharknę z siebie duszę, Ten pęcherz pełen strachu, I będę ryczał wolny, Tarzając się w piachu".
Wśród członków komisji egzaminacyjnej zapanowała wesołość, gdy tymczasem we mnie z trudem gasły tuwimowskie ognie.
Jestem wdzięczna poecie na zawsze. Również i za to, że jak nikt ujął w słowa furię istnienia, dziką pierwotną siłę, jaka nieraz przenika nas w młodości i szarpie na wszystkie strony. Oczywiście, nie tylko takie nastroje współtworzyły na przestrzeni lat poezje Tuwima. Jego temperament społeczno-polityczny wyraził się w utworach takich jak słynne pacyfistyczne wiersze „Do generałów” czy „Do prostego człowieka”, które były powodem licznych ataków na poetę, nie tylko w prasie.
Huzia na klasyka
Julian Tuwim spalał się też jako kabarecista, humorysta, wieloletni współpracownik teatrzyków, autor szopek politycznych, z którymi chadzano do Belwederu. Współtworzył, jak wiadomo, Skamandra, grupę, która wiele przesiadywała w kawiarniach.
Skamandryci spotykali się Pod Pikadorem (Nowy Świat 57 w Warszawie), U Turka, w Astorii, wreszcie w osławionej Ziemiańskiej na ulicy Mazowieckiej. Dyskutowali tu, spisywali na serwetkach (lub w notesach) pomysły poetyckie, jedli i pili oprócz Tuwima także m.in. Jan Lechoń, Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Jarosław Iwaszkiewicz. Bywał tam także Bolesław Leśmian, którego Julian nieustannie wprawiał w zażenowanie, całując go na powitanie w dłoń. Nie wiadomo, czy był to wyłącznie gest szacunku i pokory, czy także jakaś szatańska przewrotność. Jeszcze bowiem przed swoim książkowym debiutem młody Tuwim przesłał Leśmianowi maszynopis „Czyhania na Boga”, a ten, nie zajrzawszy wcale do wierszy, wydał im jak najgorszą opinię.
Gdy Tuwim miał 32 lata, jego utwory znalazły się w programie nauczania szkoły średniej. Jako więc młody jeszcze autor stał się klasykiem.
W latach 30., w okresie nasilonego antysemityzmu, prawicowa prasa atakowała Tuwima za co się dało: za pacyfizm, komunizm, satanizm, pornografię, żydowskość, nawet za wiersze dla dzieci. Chciano wykreślić jego poezję z kanonu lektur. Taka atmosfera wokół jego osoby uniemożliwiła mu ostatecznie wejście do Polskiej Akademii Literatury (jego kandydaturę odrzucono w 1938 r.). On zaś, jak na kolekcjonera przystało, starannie zbierał wszystkie napastliwe artykuły i paszkwile. I odpowiadał na nie ostrą satyrą, ciętym kalamburem, miażdżącym szyderstwem.
Potem chronił się w czterech ścianach swojego gabinetu, ukryty w głębokim fotelu, zasłonięty gęstym papierosowym dymem, pośród setek słowników, starodruków, dziwacznych broszur, roczników czasopism, książek, książek, książek....
Noc niemocy
Cała 12-tysięczna biblioteka poety spłonęła podczas wojny, gdy Tuwim wraz z żoną przebywał na emigracji. Ocalało niewiele, w tym część rękopisów zakopanych we wrześniu 1939 r. na ulicy Złotej 8 w Warszawie.
W jednym z powojennych wywiadów wspomina Tuwim, jak wstrząsające były okoliczności odkopania kufra z papierami, który tkwił
w ziemi pomiędzy dwoma ciałami martwych kobiet...
Po powrocie do kraju poeta chciał zaraz kontynuować pisane w Nowym Jorku „Kwiaty polskie”. Niestety, ogarnęła go twórcza niemoc; nic, co wychodziło spod jego pióra w tamtym okresie, nie miało większej artystycznej wartości. Był za to sławny, fetowany, szczodrze obdarowywany przez władze i nieustannie nagradzany. Powiedział reżimowi „tak” i przegrał. Artysta, który się godzi na rzeczywistość, akceptuje narzucony porządek, musi się liczyć z groźbą utraty talentu…
Julian Tuwim przestał być sobą. Żywy pomnik, ozdoba bierutowskiego dworu, nie wykrztusiłby żadnego ze swych dawnych obrazoburczych jambów, jak choćby takich jak ten:
Twórz, czarujące bydlę Właź na chaosy wierszem..
W tym też czasie nasilała się choroba poety, agorafobia. Wiele czasu spędzał, nie wychodząc z domu, poddając się paraliżującemu lękowi. O czym dumał, leżąc całymi dniami na tapczanie, nie mogąc pisać: o tajemnicy istnienia, której w swoim życiu dotykał tak często wierszem?
Na parę dni przed śmiercią (zmarł na atak serca 27 grudnia 1953 roku) w zakopiańskiej kawiarni napisał na serwetce: „Ze względów oszczędnościowych zagaście światło wiekuiste, które może kiedyś będzie mi przyświecać”. Przez tę eschatologię przebija drwina
z nieustannych wyłączeń prądu w niesprawnej gospodarce socjalistycznej. Ale miał może Tuwim na myśli i to światło wiekuiste,
o którym napisał wiele lat wcześniej w utworze pt. „Wiersz” (w tomie „Rzecz czarnoleska”):
Natchnienie jak śmierć nadciąga. Och, jak senność ostateczne I szklane zapatrzenie, i strach wielkiego zawrotu! Skończyła się rzecz doczesna, idzie samotność wieczna, I światłość wiekuista zaczyna płynąć z przedmiotów. (zwierciadlo.pl)
