prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com
pakamera.polonia / listopad '22 (3)
SPIS TREŚCI
świat, ludzie, obyczaje
Polonijny kalejdoskop
Góralski Dzień w Muzeum Polskim w Ameryce
"Król Roger" Karola Szymanowskiego w Chicago (po polsku)
Porzucone kobiety są wśród nas! (Teatr Ad Hoc)
Olga Tokarczuk prywatnie (portrety / literatura) Gabriela Czernecka
Ludzki umysł i ciekawość (nauka) Matthias Gruber & Ashvanti Valji / Karolina Iwaszkiewicz
Rocznica miesiąca (historia) Adam Węglowski
Czternaście punktów Wilsona (historia)
Trzynasty punkt Wilsona a sprawa polska (historia) Piotr Bejrowski
Urszula Lelen - zdjęcia pędzlem malowane (fotografia) Mariusz Skowronski
Uśmiech pod butem (sztuka uliczna) Aneta Zalewska
Sztuka bez kompromisów / Pod prąd - wyznanie
Krótka historia Thanksgiving i jego symbole (wokół stołu)
Chicagowskie nastroje jesienne
Od redakcji...
Listopad, miesiąc nostalgii, zadumy, medytacji...
A wokół wszechotulające złoto... Polska jesień w wydaniu chicagowskim. Z łagodnym szelestem pod nogami, słońcem grzejącym z jednej strony, z ciekawością wszystkiego, co wokół.
To też miesiąc wspomnień bardziej radosnych, niepodległościowych, choć - jak to w narodzie - kontrowersyjnych. Krótkie wejrzenie w karty historii minionej i tej bardziej współczesnej z pewnością rozsmakuje Czytelnika
w dalszych poszukiwaniach tego, co "najprawdziwsze".
Po gorących dyskusjach warto zatopić się w kolorach jesieni podczas spacerów po śródmieściu Chicago, zaglądając do muzeów, do kina w ramach Festiwalu Filmów Polskich w Ameryce czy na przedstawienia teatralne, spotkania muzyczne, towarzyskie, dyskusje o książkach...
W listopadzie rozpoczynamy nowy cykl o sztuce bez kompromisów. Z pewnością będzie interesująco i barwnie, jak obrazy i postać pomysłodawcy i autora felietonów Voytka Glinkowskiego.
A co nas czeka nowego w przyszłości? Pomysłów tematycznych mamy sporo, jednak propozycja Czytelników jest dla nas najważniejsza. Piszcie więc, podpowiadajcie, opowiadajcie, krytykujcie, to też ważne...
redakcja
/ polonijny kalejdoskop
listipad '22 (3)

Góralski Dzień
w Muzeum Polskim w Chicago
Zespół taneczny Fundacji "Tatra" / Fot.: Fundacja
Fundacja Kultury Tatrzańskiej „Tatra”, która powstała w 2007 roku, powołała przed laty Góralski Dzień w stanie Illinois. Przypada on
w ostatnią niedzielę października, czyli w czasie miesiąca Dziedzictwa Narodowego. Wspomniany dzień obchodzony jest bardzo uroczyście, tematycznie, radośnie w Muzeum Polskim w Ameryce. Łączy się on również
z wystawą, tańcami, śpiewem, muzyką góralską i pysznym jadłem.
„Różne rzeczy już widziałam podczas tych dni góralskich – wspomina Małgorzata Kot, dyrektorka Muzeum Polskiego w Ameryce. Widziałam, jak wnosili szałas schodami przeciwpożarowymi – bo inaczej się nie mieścił. Ustawili go pod naszym witrażem i serwowali stamtąd moskale, smażone na bieżąco sery i inne rzeczy. Kiedyś przynieśli nam do muzeum najprawdziwsze, żywe pszczoły. Były ilustracją ciekawego wykładu o miodzie, pszczołach
i wszystkim, co się z tymi tematami wiązało. Przedstawiali nam też mnóstwo ciekawych artystów – poetów, tkaczki, hafciarki, rzeźbiarzy, snycerów, choć to zawód już prawie zapomniany. Dzięki tym dniom góralskim zrobiliśmy coś
w rodzaju małej encyklopedii o góralszczyźnie. Każdy z tych dni miał inny temat i to było ciekawe doznanie. Rozszerzyłam też swoją wiedzę w tej kwestii – dodaje z uśmiechem Małgorzata Kot.
30 października 2022 odbył się szósty barwny Góralski Dzień, pierwszy po pandemii. Jego tematem były „Ukryte skarby góralskie
w Chicago”. Jak twierdzi prezes fundacji „Tatra”, Bogdan Ogórek, skarbów jest dużo. Część z nich można oglądać w Muzeum każdego dnia, inne są „w skarbcu muzealnym. To co chcieliśmy pokazać, to skarby ukryte, wcześniej zdeponowane nie tylko w Muzeum, ale także w Fundacji. Pochodzą
z prywatnych domów, kolekcji" – tłumaczy.
Góralski Dzień to nie tylko wystawa. To również celebracja kultury góralskiej, tatrzańskiej… To również świętowanie partnerstwa Fundacji „Tatra” i Muzeum Polskiego w Ameryce.
Kluski szare, oscypek, haftowane bluzki, skórzane i filcowe torebki, góralskie stroje, ciupagi, i wiele drobiazgów nie tylko
w gablotach… Wszystko okraszone najprawdziwszą gwarą, muzyką, śpiewem, tańcami dzieci i młodzieży. I eksponaty, których nie powstydziłoby się żadne muzeum w Polsce. Rzeźby ze Szkoły Zakopiańskiej, wystawiane
w latach 30-tych ubiegłego stulecia w Paryżu czy Nowym Jorku można podziwiać obecnie (częściowo) na stałych ekspozycjach muzealnych w Chicago. Góralszczyzna połączona z fantastycznie odrestaurowanym malarstwem polskim… Tylko tam być, smakować, patrzeć i słuchać, za rok podczas Góralskiego Dnia w Muzeum Polskim w Ameryce.
Anna Czerwińska

Prezes Fundacji "Tatra" Bogdan Ogórek (po prawej) z gośćmi w Muzeum / Fot.: Fundacja

Dzieci w strojach góralskich czekają na swój występ... / Fot.: Fundacja

Fascynacja obrazami Ireny Pokrzywnickiej... / Fot.: Fundacja
/ polonijny kalejdoskop
listipad '22 (3)

Król Roger; Opera Bałtycka
"Król Roger" - piękna,
acz niezrozumiała opera Karola Szymanowskiego
96 lat temu, 19 czerwca 1926 roku, odbyła się w Warszawie premiera jednej z największych oper wybitnego kompozytora Karola Szymanowskiego.
W listopadzie 2022 roku usłyszymy "Króla Rogera" w języku polskim w Chicago Opera Theatre z udziałem znakomitości operowych z Polski: Iwony Sobótka i Mariusza Godlewskiego (szczegóły tutaj).
To zainspirowane orientem i starożytnością dzieło powstawało kilka lat. Libretto, napisane przez samego mistrza sowa polskiego Jarosława Iwaszkiewicza, dokładnie według pomysłu Szymanowskiego, było gotowe już w 1920 roku. Wtedy też opera nosiła tytuł "Pasterz",
a fabułą oparta była na micie Dionizosa i Apollina. Była to druga opera kompozytora po młodzieńczej "Hagith", choć między nimi powstał też balet-pantomima "Mandragora".

Król Roger; Opera Bałtycka
Opera, w sposób dość dowolny, opowiada historię króla Rogera II de Hauteville, hrabiego Sycylii i związana była z fascynacją kompozytora historią odwiedzanego terytorium Włoch w latach 1911-1915. Choć pomysł opery zrodził się dopiero w 1918 roku, po częstych rozmowach z Jarosławem Iwaszkiewiczem, którego mistrz nakłonił do napisania profesjonalnego libretta, na kanwie własnych szkiców i zapisków, to powstałe w dwa lata dzieło doczekało się kilku istotnych przeróbek. Jak wskazują znawcy, inspiracjami dla tekstu i ukazanej historii były "Bachantki” Eurypidesa, proza Waltera Patera oraz dramat Tadeusza Micińskiego "Bazylissa Teofanu". Dzieło w swojej wymowie nawiązuje także do licznych utworów Fryderyka Nietzschego, a także Oscara Wilde’a.

Karol Szymanowski, fot.: Andrzej Zaborski / Library of Congress, USA

Roger II, Król Sycylii / fragment mozaiki, La Martorana, Palermo / fot.: Matthias Süßen
Jak pisze Józef Kański, znawca i krytyk muzyczny, w swoim dziele "Przewodnik operowy", wymowa utworu Szymanowskiego była złożona
i niejednoznaczna. Czytamy tam: "Trudna
w percepcji muzyka tych dzieł [»Hagith«
i »Króla Rogera«] nie pozwala wielu odbiorcom, a nawet wykonawcom ocenić w pełni ich wartości, w »Królu Rogerze« znacznie wyższych niż w młodzieńczej »Hagith«. (...) »Król Roger« jest operą niezwykłą. Niezwykły był już sam poczęty
w wyobraźni kompozytora
i z mistrzostwem przez Jarosława Iwaszkiewicza zrealizowany pomysł libretta, które czyniąc miejscem akcji średniowieczną Sycylię, splata atmosferę surowego ascetyzmu wczesnego chrześcijaństwa z barwnym i tajemniczym
światem kultury arabsko-bizantyjskiej oraz z kultem wysublimowanego erotyzmu i radości życia". Co ciekawe, w okresie międzywojennym opera była w Polsce wystawiana jedynie dwa razy, mimo bardzo entuzjastycznych opinii po premierze dzieła. Znacznie lepszy odbiór nastąpił dopiero po 1965 roku, kiedy to wystawiano ją w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Bytomiu, Wrocławiu
i ponownie w Warszawie. O wiele lepszy odbiór i zainteresowanie opera wywołała za granicami Polski. Jej inscenizacje wystawiane były jeszcze przed wojną w Duisburgu czy Pradze, a tuż po niej w Palermo. Kolejnymi miastami były Londyn, Buenos Aires, Brema, Los Angeles, Detroit, Buffalo, Stuttgart, Amsterdam i ponownie Palermo. Dzieło można było też osobiście zobaczyć w Nowym Jorku, Edynburgu, Bonn, Barcelonie, Bregancji i w Paryżu. Wystawiono go także w Sydney i Melbourne, w dalekiej Australii.
Warto więc zwrócić baczniejszą uwagę na ten wybitny utwór jednego z najwybitniejszych polskich kompozytorów, którego wykonania koncertowe dostępne są także w Internecie. Opowiadają piękną historię, trudną acz wybitną muzyką. (dp)
Informacje i bilety na chicagowskie przedstawienie wykonawców amerykańskich, śpiewających po polsku:
https://chicagooperatheater.secure.force.com/ticket/#/events/a0S6S00000Q6WHeUAN
/ polonijny kalejdoskop
listipad '22 (3)

Porzucone
kobiety
są wśród
nas!
Od prawej: Jacek Adamski, Ewelina Zielińska i Lukrecja Wilk - Teatr Ad Hoc; fot.: Kamil Wilk
I o nich powstała farsa "Klub porzuconych kobiet", spisana przez Magdalenę Wołłejko. Autorka opowiada o trzech koleżankach wspierających się wzajemnie po rozstaniach ze swoimi partnerami. Ich wspólna kolacja w hotelowej restauracji kończy się nieoczekiwanym, wręcz zaskakującym zwrotem akcji. Sztuka zabawna, ciekawie skonstruowana, intrygująca dzięki umiejętnemu "wplątaniu"
w damskie dyskusje dwóch mężczyzn i córkę jednej z osamotnionych. Temat poważny, jednak przedstawiony w sposób zabawny przez teatr
Ad Hoc w Chicago. Reżyserią zajęła się Julitta Mroczkowska, założycielka teatru. Poprowadziła przez spektakl cztery panie i dwóch panów żartobliwie, pobudzając do śmiechu komplety widzów na pięciu spektaklach. Zdumiewająca sytuacja, pokazująca wszystkim, jak bardzo potrzebne jest chociaż krótkie zapomnienie
o codzienności i trudnej sytuacji na świecie, nie przysparzającej uśmiechu...
Dodatkowym fantazyjnym akcentem, wymuszonym przez sytuację, było miejsce premiery i dalszych przedstawień.
Teatr Ad Hoc usadowił się w... siłowni, prowadzonej przez Agatę Smetaniuk (365 Aproach to Sport
w Wheeling), mistrzynię świata w karate sportowym.

Od lewej: Lukrecja Wilk, Edyta Łuckoś i Joanna Parżych - Teatr Ad Hoc; fot.: Kamil Wilk
Obawiałam się tego nietypowego mariażu - wielkich maszyn do ćwiczeń
i postaci biegających między nimi. Moje niepokoje rozwiały się już
w drzwiach sali ćwiczeń. Wchodziłam... do teatru! Maszyny "zniknęły"
w mroku po bokach, pojawiła się natomiast profesjonalna scena, odpowiednie oświetlenie, nagłośnienie, sympatyczna muzyka, wprowadzająca w dobry nastrój, zapowiadająca też chwilę odprężenia
i dobrej zabawy. Wysiłek organizatorów, podobnie koszt instalacji - ogromny, ale efekt świetny i udowadniający, że zawsze "znajdzie się wyjście z sytuacji bez wyjścia".

Od lewej: Ewelina Zielińska, Marcin Kowalik, Lukrecja Wilk - Teatr Ad Hoc; fot.: Kamil Wilk
Przestawienie godne uwagi, zagrane w sposób sympatyczny, rzetelny, choć momentami zachwiane brakiem doświadczenia scenicznego bądź chęcią "błyśnięcia" w nie bardzo odpowiednich momentach po temu. Mimo drobnych niedociągnięć, warto zwrócić baczną uwagę na poczynania Ad Hoc. Opowiadają historie o nas, naszych emocjach, rozterkach, przeżyciach... Każdy znajdzie wśród scenicznych opowieści coś o sobie. A czasem takie "lustrzane" odbicie jest potrzebne, by uśmiechnąć się i zrozumieć...
Ad Hoc zapowiada wznowienie spektakli
w przyszłym roku, przygotowując jednocześnie kolejną niespodziankę. Wiemy, że nas nie zawiodą ani pod względem doboru sztuki, ani gry aktorskiej, pokonując wszelkie trudności, by spotkać sią
z coraz liczniejszą widownią. Kibicuję im
z niekłamaną ciekawością. (ac)

Lukrecja Wilk i Jacek Adamski - Teatr Ad Hoc; fot.: Kamil Wilk
Teatr Ad Hoc
"Klub kobiet porzuconych"
Reżyseria:
Julitta Mroczkowska-Brecher
Scenografia:
Joanna Kapuscienska
Obsada:
Edyta Łuckoś
Joanna Parżych
Lukrecja Wilk
Ewelina Zielińska
Jacek Adamski
Marcin Kowalik

Marcin Kowalik - Teatr Ad Hoc; fot.: Sławomir Chrząszcz

Od lewej: Joanna Parżych, Marcin Kowalik, Edyta Łuckoś i Ewelina Zielińska
- Teatr Ad Hoc; fot.: Sławomir Chrząszcz

Od lewej: Joanna Parżych i Ewelina Zielińska - Teatr Ad Hoc; fot.: Sławomir Chrząszcz
/ portrety literatura
listopad '22 (3)

Mniej znane oblicze noblistki
Olga Tokarczuk prywatnie...
Nie uważa się za idealną żonę i matkę
Olga Tokarczuk / Fot.: Jacek Kołodziejski
GABRIELA CZERNECKA
O Nagrodę Nobla Olga Tokarczuk walczyła między innymi
z Lumiłą Ulicką, Anne Carson, Margaret Atwood, Marilynne Robinson i Maryse Condé. Obecnie jest jedną z najsłynniejszych współczesnych pisarek, a od niedawna także laureatką literackiej Nagrody Nobla za rok 2018. 10 grudnia 2019 roku odebrała swoją nagrodę.
Olga Tokarczuk - rodzina
Pisarka w tym roku świętowała swoje 60. urodziny, a na koncie ma masę genialnych książek, które zapewniły jej Nagrodę Nobla za 2018 rok. W uzasadnieniu napisano, że otrzymała nagrodę „za narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Zanim jednak Olga Tokarczuk została jedną z najsłynniejszych polskich pisarek, podejmowała się wielu zawodów.
Urodziła się 29 stycznia 1962 roku w Sulechowie (woj. lubuskie). Do 11. roku życia mieszkała na wsi. Rodzice Olgi Tokarczuk byli nauczycielami: Moja mama uczyła literatury i języka polskiego, tata rządził biblioteką i miał zajęcia z folkloru, a także prowadził teatr
i zespół, wyznała. Jak opisywała w "Wysokich Obcasach", byli to ludzie poważani i szanowani w rodzinnej miejscowości, często zwracano się do nich po radę: Kiedyś mama została poproszona, żeby poszła z młodymi rodzicami do urzędu stanu cywilnego jako ekspertka. Owi rodzice chcieli dać córeczce na imię Miriam, a urzędnicy nie chcieli się zgodzić, ponieważ w Polsce - tak im powiedziano
- imiona kobiece muszą się kończyć na "a". Nie wiem, jak mama to zrobiła, ale w długim wywodzie nawiązującym do historii i kultury przekonała urzędników. Dziecko ma na imię Miriam, wspominała Olga Tokarczuk.
Od dziecka uwielbiała długie wędrówki po lasach i wsiach. Choć jak sama mówi, nie pamięta, kiedy dokładnie zaczęła czytać, to wie, że pierwszą książką, która mocno zapadła jej w pamięć, było "W pustyni i w puszczy" Henryka Sienkiewicza. Później zaczytywała się w polskich baśniach. Kilka lat później wraz z rodzicami przeniosła się do Kietrza, gdzie ukończyła Liceum Ogólnokształcące
im. C.K. Norwida. Kolejnym etapem jej edukacji były studia na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie studiowała psychologię. Chciała pracować w szpitalu psychiatrycznym i wyciągać ludzi z chaosu urojeń: To było bardzo wzniosłe i bardzo młodzieńcze, ale przecież studia wybiera się w wieku 17-18 lat. Fascynowało mnie wszystko, co peryferyjne, ekscentryczne, inne, wszelkie zaburzenia, choroby, każdy rodzaj kontestacji tzw. normy, mówiła Dorocie Wodeckiej dla "Wysokich Obcasów".
W tym czasie podejmowała się pierwszych prac. Pracowała jako wolontariuszka, opiekując się osobami psychicznie chorymi, dorabiała sobie jako garderobiana w teatrze, sprzedawała książki i bilety, była kelnerką, pokojówką,
a nawet skręcała anteny do ekskluzywnych jachtów: Dziś sądzę, że w ten sposób nieświadomie przygotowywałam się do pisania, bo co ja, dziewczynka z nauczycielskiego domu,
z prowincjonalnego miasta, czytelniczka Stachury i Eliota, mogłam wiedzieć o życiu? Potrzebowałam prawdziwych doświadczeń
i dostałam je, na przykład na stażu na psychogeriatrii w szpitalu w Drewnicy. To było doświadczenie wstrząsające, zdradziła
w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów".
Olga Tokarczuk - siostra
Po pewnym czasie uznała, że w całości poświęci się pisaniu, rzuciła pracę psychoterapeutki
i przeniosła się do Nowej Rudy. Olga Tokarczuk rzadko wypowiada się na temat swojego życia prywatnego. Woli, by mówiły za nią jej książki. Wiadomo jednak, że ma siostrę: „Jesteśmy bardzo ze sobą związane i zawsze gdzieś niedaleko. Myślę, że jesteśmy bardzo podobne, chociaż fizycznie zupełnie nie”, podkreślała.
Od kilkudziesięciu lat jest wegetarianką: Łatwiej mi znieść cierpienie człowieka niż cierpienie zwierzęcia. Człowiek ma własny, rozbudowany, rozgłoszony wszem wobec ontologiczny status, co czyni go gatunkiem uprzywilejowanym. Ma kulturę i religię, żeby wspierały go w cierpieniu. Ma swoje racjonalizacje i sublimacje. Ma Boga, który go w końcu zbawi. Ludzkie cierpienie ma sens. Dla zwierzęcia nie ma ani pociechy, ani ulgi, bo nie czeka go żadne zbawienie. Nie ma też sensu. Ciało zwierzęcia nie należy do niego. Duszy nie ma. Cierpienie zwierzęcia jest absolutne, totalne. Dlatego w mojej Heterotropii nie ma mowy o wykorzystywaniu innych istot dla własnych korzyści. Nie ma mowy o zabijaniu i zjadaniu. To są partnerzy, bliscy. Inni i czasem kłopotliwi, ale jednak bliscy.

Sztokholm/Szwecja. W tym szczególnym dniu pisarce towarzyszyli mąż Grzegorz Zygadło, syn Zbyszko Fingas wraz z partnerką Anną Wanik. / Fot.: Forum / domena publiczna

Sztokholm/Szwecja. Po wręczeniu Nagrody Nobla był też czas na relaks w gronie najbliższych. Od lewej: Grzegorz Zygadło, Anna Wanik, Olga Tokarczuk, Zbyszko Fingas. / Fot.: Forum / domena publiczna
Ma dość charakterystyczny styl ubierania się, ale nie bez powodu: Nie lubiłam wyglądać jak każdy. Do tej pory mam opór wobec mody, nigdy nie kupuję niczego, co jest modne, i nie czytam książek, które są modne, na czym często wychodzę niedobrze — bo nie wiem, co się dzieje, mówi w rozmowie z Dorotą Kęczkowską.
Olga Tokarczuk - mąż
O jej życiu uczuciowym wiadomo niewiele. Pierwszym mężem Olgi Tokarczuk został Roman Fingas, z którym stanęła na ślubnym kobiercu, mając 23 lata. Razem założyli wydawnictwo Ruta. Myślę, że rodzina ma rację bytu, jeśli jej fundamentem jest przyjaźń, więź, miłość, wspólne sprawy. Jeżeli brakuje tych rzeczy, jej sens znika. To oczywiste. Ludzie lubią tworzyć stada, bo czują się wtedy bezpiecznie, mają wsparcie, w ogóle łatwiej jest żyć w grupie. I to jest rodzina (...), mówiła w "Twoim Stylu".
Olga Tokarczuk - dzieci
Owocem ich związku jest syn Zbigniew, który przyszedł na świat w 1986 roku: Kilka miesięcy po urodzeniu syna wróciłam do pracy. Zawdzięczałam to pomocy rodziny mojej i męża. Podobno w matriarchalnych społeczeństwach pierwotnych młode matki były zbyt cenne dla grupy, żeby zostawiać je w domu przy dziecku. Były silne, twórcze i przedsiębiorcze, dlatego dziećmi zajmowali się starsi, kobiety i mężczyźni – babcie, dziadkowie. Ja w jakimś sensie żyłam w takiej pierwotnej rodzinie (śmiech). Bardzo jestem za to wdzięczna moim rodzicom, teściom i babci Agnieszce. Oboje z mężem mieliśmy dzięki tej pomocy czas na pracę. Intensywną. Pamiętam, że po godzinach spędzonych w szpitalu psychiatrycznym oboje z mężem zaangażowaliśmy się jeszcze w tworzenie sieci samopomocowej dla ludzi uzależnionych od alkoholu, mówiła w wywiadzie.
Olga Tokarczuk - drugi mąż
Drugim mężem Olgi Tokarczuk jest Grzegorz Zygadło. Menedżerem mojego życia jest mój mąż, dzięki któremu czuję się bezpiecznie, ogrzana, zadbana i jakoś zorganizowana w tym wszystkim, mówiła o swoim mężu pisarka w materiale dla telewizji TVN. W wywiadzie
z Twoim Stylem przyznała, czego oczekuje od swojego partnera: Wsparcia, wzajemnej opieki, akceptacji. W dzieciństwie dostajemy ją od rodziców, potem z wiekiem szukamy jej w związku. Potrzebuję, by relacja miała także pozaerotyczny wymiar, by była w niej akceptacja dla starzenia się, ułomności, dziwactw.
Dziś mieszka we Wrocławiu naprzemiennie z Krajanowem w pobliżu Nowej Rudy. Zdaniem wielu jej czytelników, ślady tych miejsc można znaleźć w twórczości Tokarczuk. Nigdy nie wyobrażała sobie życia w Warszawie, stolicę uważała bowiem za nieprzyjazną. Przyznaje, że dziś utrzymuje się z pisania: Matka czy partnerka ze mnie żadna. Często wyjeżdżam, zostawiam życie na miesiąc, dwa. Ostatnią książkę napisałam w spokojnym miejscu w Holandii. „Uwięziłam się” w domu. Doprowadziłam do sytuacji, w której nie miałam już mydła, w lodówce nie zostało nic do zjedzenia. Ale to rzeczywiście działa.
Zawsze, kiedy jestem zmęczona po poprzedniej książce, tracę na pewien czas zdolność pisania. Nie umiem sklecić zdania, patrzę na swoje powieści i myślę: „Cud, że napisałam te trzysta stron, jak to możliwe?”. Potem to się oczywiście odblokowuje, mówiła. Mieszkała
w Wałbrzychu, w Londynie, na wsi w Kotlinie Kłodzkiej. Obecnie najczęściej można spotkać ją we Wrocławiu. Pisarka wciąż szuka swojego miejsca na ziemi. (Viva!)
/ nauka
listopad '22 (3)
Ludzki umysł i ciekawość
Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Choć ma wiele zalet, wiąże się również
ze skłonnością do podejmowania ryzyka. Ale czym właściwie jest?
I czy istnieje tylko jeden rodzaj ciekawości?
Aby to ustalić, przyjrzymy się ludzkiemu umysłowi.

Trochę już wiemy o jej aspektach neurologicznych. Czy kiedykolwiek rozpaczliwie próbowaliście nauczyć się czegoś, co was nie interesowało, a potem mieliście pustkę w głowie, gdy staraliście się to sobie przypomnieć?
Nic dziwnego! Z badań wynika, że lepiej zapamiętujemy rzeczy, które naprawdę nas zajmują. Może wydawać się oczywiste, że jeśli jesteście czegoś ciekawi, poświęcacie temu więcej uwagi i dlatego łatwiej wam to później przywołać – ale wpływ zainteresowania na pamięć jest bardziej złożony. Ujawnia się także wówczas, gdy chodzi o informacje niezwiązane z tym, co nas pierwotnie zaciekawiło.
Widać to w funkcjonowaniu mózgu. Ciekawość aktywuje jego określone rejony, w szczególności istotę czarną, pole brzuszne nakrywki i hipokamp. A za proces uczenia się odpowiada właśnie komunikacja między tymi obszarami.
Ciekawość i strach
Niektórzy dawni filozofowie przypuszczali, że ciekawość to instynkt, który ma pomagać w adaptacji do nowych środowisk, skłaniając nas do ich eksplorowania. Ta hipoteza kłóci się jednak z innymi, które mówią, że boimy się tego, co nowe, ze względu na potencjalne niebezpieczeństwa.
Zdaje się, że ciekawość i strach mogą być wyzwalane przez te same sytuacje i że zainteresowanie czasem bierze górę nad obawą. Dla niektórych strach może stanowić element ekscytacji związanej z ciekawością. Wiemy, że kiedy coś nas zafrapuje, w mózgu aktywują się te same struktury, które odpowiadają za dążenie do otrzymywania nagród, takich jak pieniądze czy jedzenie. Sugeruje to, że zainteresowanie jest rodzajem głodu informacji.
Ciekawość wiąże się jednak również z takimi cechami i dyspozycjami, jak odporność na stres oraz skłonność do podejmowania ryzyka i poszukiwania mocnych wrażeń. Stąd wzięła się jej zła sława jako pierwszego stopnia do piekła.
Typ osobowości
Wszyscy wiemy, że niektóre osoby są ciekawsze świata. Potwierdzają to nasze badania, z których wynika, że pewni ludzie odczuwają zainteresowanie częściej oraz intensywniej niż inni. Czy jednak chodzi tu po prostu o stopniowalną dyspozycję – taką, którą można przejawiać w mniejszym lub większym nasileniu? Być może jest inaczej i ciekawość występuje u wszystkich w podobnym natężeniu, ale różnice charakterologiczne sprawiają, że jednych określone rzeczy i sytuacje interesują bardziej niż drugich, należy zatem raczej mówić o różnych typach ciekawości.
I tak intensywnie badana ciekawość poznawcza to pragnienie pozyskiwania nowych informacji – faktów, koncepcji, idei – oraz uzupełniania luk w wiedzy. Ciekawość społeczna dotyczy tego, jak myślą i działają inni ludzie, a także co czują i jak w związku z tym funkcjonują w rzeczywistości społecznej. Wreszcie ci, którzy przejawiają ciekawość percepcyjną, starają się zmaksymalizować ilość odbieranych bodźców zmysłowych – jak ta wasza przyjaciółka, która nie potrafi przestać gapić się na wszystko dookoła.
Żeby lepiej zrozumieć, czy ciekawość to kilka różnych dyspozycji, czy jedna, staramy się ustalić, czy trzy wspomniane jej typy wiążą się z różnymi rodzajami aktywności mózgu. A także czy chwilowe zaciekawienie aktywuje te same części mózgu, które odpowiadają za to, na ile dana osoba jest ciekawa w ogóle.
Wstępne wyniki pozwalają sądzić, że zidentyfikowaliśmy obszar związany z ciekawością poznawczą (ale nie z pozostałymi typami). Jest nim tzw. sklepienie – bardzo ważna struktura łącząca hipokamp, odpowiedzialny za pamięć, z tymi częściami mózgu, które uczestniczą w eksploracji, uczeniu się i poszukiwaniu informacji. To logiczne. Im bardziej jesteśmy ogólnie żądni wiedzy, tym lepsze mamy połączenia między strukturami odpowiadającymi za uczenie się, szukanie informacji i motywację.
Użytek i pożytek
Nasze ustalenia mogą pomóc lepiej wykorzystać ciekawość w codziennym życiu, np. w pracy lub w szkole. To, że sklepienie odpowiada za proces uczenia się, sugeruje, że powinniśmy tworzyć do nauki takie warunki, które będą sprzyjały zgłębianiu idei
i poszukiwaniu informacji. Dzięki temu wzmocnilibyśmy ciekawość, a sklepienie pomogłoby nam lepiej zapamiętywać to, czego się uczymy. Zdobywanie wiedzy w ten sposób znacząco różniłoby się od zwykłego przyswajania materiału. Mogłoby to przynieść istotne korzyści. Nasze badania wykazały, że wpływ ciekawości na uczenie się jest istotny zwłaszcza u dzieci pochodzących z rodzin
o niskim statusie społeczno-ekonomicznym. W najbliższych latach chcemy ustalić, w jaki sposób poszczególne typy ciekawości wiążą się z różnymi obszarami mózgu i jaki mają wpływ na przyswajanie rozmaitych informacji. Dzięki temu lepiej zrozumiemy rolę, jaką odgrywa ciekawość, kiedy uczymy się określonych rzeczy w nam tylko właściwej formie.Już teraz jest jednak jasne, że można wiele zyskać dzięki docenieniu i wzmocnieniu zainteresowania u dzieci. I nie tylko u nich. Stałe pobudzanie ciekawości wzbogaci
i uczyni bardziej satysfakcjonującym także życie dorosłych.
/ ludzie i obyczaje historia
listopad '22 (3)
Rankiem 10 listopada 1918 r. na Dworzec Wiedeński w Warszawie wtoczył się pociąg specjalny z Berlina. O jego przybyciu wiedzieli tylko nieliczni. Tymczasem jechał nim uwolniony z więzienia w Magdeburgu wódz Legionów Polskich Józef Piłsudski. Niemcy aresztowali go, gdy odmówił złożenia przysięgi na wierność kajzerowi. Teraz, w obliczu przegranej wojny i antycesarskiej rewolucji, zmienili ton. Uwolnili polskiego dowódcę, bo mieli dość własnych kłopotów.
Koniec z cesarzami
Tak się składa, że tego samego 10 listopada kajzer Wilhelm II Hohenzollern – megaloman i jeden z głównych winowajców światowej rzezi w latach 1914–1918 – szykuje się do ucieczki z Niemiec. Azyl litościwie zapewni mu sąsiednia Holandia.
Także cesarz Karol I Habsburg – przywódca kolejnego z zaborców, Austro-Węgier – widzi, jak z każdą chwilą jego imperium się rozpada. Polacy, Węgrzy, Ukraińcy, Czesi… Wszyscy mają już dosyć cesarsko-królewskiej monarchii, wszyscy są już c.k. dezerterami. Dlatego 10 listopada Karol myśli nad zrzeczeniem się władzy.

Rocznica
miesiąca
Adam Węglowski
Nie byłoby Święta Niepodległości jedenastego listopada, gdyby wcześniej nie doszło do wydarzeń
z dziesiątego. To wtedy przesądził się los Polski
i Piłsudskiego.
A co z trzecim zaborczym mocarstwem? Rosyjskiego cara Mikołaja II od kilku miesięcy nie ma już wśród żywych, zabili go bolszewicy. W Rosji szaleje rewolucja. A więc także z tej strony, przynajmniej na razie, Polakom nic nie grozi. Takiej okazji do wybicia się na niepodległość nie mieli od pokoleń! Trzeba ją tylko wykorzystać.
Kto nad tym zapanuje?
Kiedy 10 listopada Piłsudski wysiada z pociągu z Magdeburga, na peronie nie ma tłumów, nie słychać owacji, nikt nie robi pamiątkowych zdjęć. Są znajomi i podwładni Piłsudskiego z konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). I co ważne, jest też książę Zdzisław Lubomirski, przedstawiciel tzw. Rady Regencyjnej.
Swego czasu powołali ją cesarze Niemiec i Austro-Węgier jako namiastkę przyszłego rządu Królestwa Polskiego. Oczywiście takiego marionetkowego. Polakom w obliczu klęski zaborców to już nie wystarczało. Tym bardziej, że na Zachodzie zwycięskie mocarstwa ententy były już „urabiane” w sprawie polskiej przez Paderewskiego i Dmowskiego. Aby ratować swoją podupadłą pozycję, w październiku Rada Regencyjna symbolicznie ogłosiła niepodległość Królestwa Polskiego. Lecz autorytetu wśród rodaków nie odzyskała. Przecież w Warszawie wciąż stacjonowały tysiące niemieckich żołnierzy! Dużo większym poważaniem cieszy się Piłsudski jako człowiek czynu.
A wiele się na ziemiach polskich dzieje. Oto 10 listopada Austriacy zrzekają się na rzecz Polaków Galicji. Z kolei w zaborze pruskim dochodzi do antyniemieckiego przewrotu w Ostrowcu Wielkopolskim. W Lublinie zaś od kilku dni działa lewicowy Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, uważający Radę Regencyjną za nieomal zdrajców kolaborujących z zaborcami. Trzeba nad tym wszystkim zapanować, nim dojdzie do niepotrzebnego przelewu krwi.
Herbata u księcia i czerwone opaski
Każdy czegoś chce od Piłsudskiego. Wypuszczając go, Niemcy liczyli, że zapewnią sobie przychylność komendanta i jak najkorzystniejszą dla Berlina politykę – również co do granic odrodzonej Polski. Mieli nadzieję, że nie wybuchną o nie polsko-niemieckie walki. Piłsudski widział jednak, jak słabe są już Niemcy ogarnięte antycesarską rewolucją i niczego nie obiecywał.
Z kolei po przyjeździe do Warszawy daje się zaprosić księciu Lubomirskiemu na herbatę. Ten widzi w komendancie męża opatrznościowego. Wie, że Piłsudski ma znajomych w lewicowym rządzie lubelskim. Namawia, by nie stawał jednoznacznie po tamtej stronie, lecz dążył do stworzenia w odradzającej się Polsce rządu ogólnonarodowego, ponadpartyjnego.
Tyle że Lublinem rządzą już Polacy, a w Warszawie wciąż stacjonują niemieccy żołnierze. Piłsudski ma nadzieję, że ulegną oni rewolucyjnym nastrojom – takim, jakie widział w Magdeburgu – i nie będą sprawiać Polakom problemów. Namawia agentów POW w warszawskim garnizonie, by zasiali rewolucyjny ferment i rozdali Niemcom czerwone opaski. Sam natomiast postanawia jechać do siedziby tymczasowego rządu w Lublinie.
Nagle zmienia zdanie. W Warszawie bowiem zrobił się ruch. Mieszkańcy wiedzą już, że wódz Legionów jest w stolicy. Przeczytali o tym w nadzwyczajnym dodatku „Kuriera Warszawskiego”, który podał: „Dziś o godz. 7 m. 30 z rana pociągiem pospiesznym z Berlina przybył do Warszawy komendant Józef Piłsudski […] Po odebraniu raportów przywitał się kom. Piłsudski z regentem ks. Lubomirskim, z którym odjechał na krótką konferencję”. Rodacy gromadzą się pod jego tymczasową kwaterą. Piłsudski wychodzi na balkon, dziękuje za żywiołowe powitanie i wygłasza krótkie, pełne patosu przemówienie.
Po czym przeprowadza kolejne rozmowy: z przedstawicielami Rady Regencyjnej, z polskimi organizacjami, z Niemcami. „I to wszystko odbywało się po dzikich wrażeniach nagłego zwolnienia mnie z Magdeburga […], po wybuchu rewolucji w stolicy Niemiec i po długiej niespanej nocy” – będzie wspominał po latach, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, ile wydarzyło się 10 listopada 1918 r.
Do utraty tchu
Z natłoku spraw politycznych wyrwie się tego dnia tylko na moment, by odwiedzić swoją nową życiową partnerkę – Aleksandrę Szczerbińską, która parę miesięcy wcześniej urodziła mu córkę. To jedynie chwila wytchnienia. A oka zmęczony Piłsudski nie
zmruży, bo kolejne wydarzenia nie dadzą mu spać.
Oto korzystając z zamętu wywołanego wśród niemieckich żołnierzy, członkowie POW (Polska Organizacja Wojskowa) zaczęli ich rozbrajać. Niektórzy stawiają jednak opór. Padają strzały, są ofiary. Jeśli dojdzie do otwartych starć, będzie tragedia! Piłsudskiemu i jego ludziom uda się
w porę zapanować nad sytuacją. A Niemcy dostaną gwarancję spokojnej ewakuacji na zachód, do ich wstrząsanej rewolucją ojczyzny.
Tak kończy się dzień, który znacznie przybliżył Polskę do niepodległości, a Piłsudskiego – do władzy nad odrodzonym państwem. Nazajutrz,
11 listopada, Niemcy podpiszą w lasku Compiègne pod Paryżem rozejm oznaczający wojenne zwycięstwo państw ententy. Tego samego dnia
w Warszawie Rada Regencyjna zacznie oficjalnie przekazywać Piłsudskiemu władzę, której stery już zdążył uchwycić.
Polska wybudza się ze snu. (www.przekroj.pl)
Rozbrajanie Niemców w Warszawie - 10 listopada 1918 roku / Fot.: CAW

/ ludzie i obyczaje historia
listopad '22 (3)
Czternaście
punktów Wilsona
.avif)
Prezydent Thomas Woodrow Wilson w 1913 roku / fot.: domena publiczna
8 stycznia 1918 roku, w orędziu do Kongresu prezydent Thomas Woodrow Wilson przedstawił czternaście punktów programu pokojowego. Ich realizacja miała zapobiec kolejnej wojnie, świat miał się stać bardziej sprawiedliwy, a co najważniejsze - przywował sprawę polską...
Przypomnijmy wszystkie zapisy owego programu, które były początkiem bardziej oficjalnych działań polskich polityków na uchodźstwie.
-
Porozumienia pokojowe będą zawierane jawnie; nie będzie już porozumień tajnych. Dyplomacja ma działać jawnie i publicznie.
-
Całkowita wolność żeglugi na morzach, poza wodami terytorialnymi, zarówno w czasie pokoju, jak i w czasie wojny, poza przypadkami, kiedy morza te będą zamknięte całkowicie lub częściowo przez działania międzynarodowe, mające na celu wykonanie międzynarodowych porozumień.
-
Zniesienie barier gospodarczych i ustalenie warunków handlu równych dla wszystkich narodów, akceptujących pokój i stowarzyszonych dla jego utrzymania.
-
Wzajemna wymiana wystarczających gwarancji, tak aby zbrojenia narodowe zostały zredukowane do minimum.
-
Rozstrzygnięcie sporów kolonialnych w atmosferze swobodnej, otwartej i całkowicie bezstronnej, ale przestrzegając zasady, że interesy ludności zainteresowanej mają równą wagę co interesy Rządów.
-
Ewakuacja wszystkich rosyjskich terytoriów i uregulowanie stosunków z Rosją, Rosja ma prawo do samookreślenia swojego ustroju politycznego.
-
Belgia musi być ewakuowana i stać się w pełni suwerennym krajem.
-
Terytorium francuskie zostanie uwolnione i odbudowane. Alzacja i Lotaryngia mają powrócić do Francji.
-
Korekta granicy włoskiej, wzdłuż linii narodowościowej.
-
Stworzenie możliwości autonomicznego rozwoju narodom Austro-Węgier.
-
Rumunia, Serbia i Czarnogóra odzyskają utracone w czasie wojny terytoria, Serbii zostanie przyznany wolny dostęp do morza, stosunki między różnymi państwami bałkańskimi muszą być oparte na przyjacielskich porozumieniach, uwzględniających linie podziału wspólnot i narodowości.
-
Ludności tureckiej Imperium Osmańskiego zapewniona zostanie suwerenność i bezpieczeństwo, innym narodom zamieszkującym Imperium przysługuje prawo do bezpieczeństwa i rozwoju, oraz autonomia. Dardanele zostaną otwarte dla okrętów i statków handlowych, zabezpieczone gwarancją międzynarodową.
-
Stworzenie niepodległego państwa polskiego na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza, niepodległością polityczną, gospodarczą, integralność terytoriów tego państwa powinna być zagwarantowana przez konwencję międzynarodową.
-
Stworzenie Ligi Narodów, której celem będzie zapewnienie gwarancji niepodległości politycznej oraz integralności terytorialnej wszystkich państw. (mr)
/ ludzie i obyczaje historia
listopad '22 (3)
Trzynasty punkt Wilsona
a sprawa polska
PIOTR BEJROWSKI

Cesarz niemiecki Wilhelm II przed schodami z czternastu punktów Wilsona, karykatura amerykańska / fot.: domena publiczna
Należy stworzyć niezawisłe państwo polskie, które powinno obejmować terytoria zamieszkane przez ludność bezsprzecznie polską, któremu należy zapewnić swobodny
i bezpieczny dostęp do morza i którego niezawisłość polityczną i gospodarczą oraz integralność terytorialną należy zagwarantować paktem międzynarodowym.
Demokratyczny prezydent Stanów Zjednoczonych był idealistą z małym doświadczeniem w polityce międzynarodowej. Za wybuch wojny obwiniał nie tylko państwa centralne, ale również mocarstwa Ententy – Wielką Brytanię i Francję. Jego ambitny program pokojowy miał za zadanie wyeliminowanie imperialistycznego charakteru konfliktów zbrojnych. W tym celu postulował utworzenie Ligi Narodów (punkt czternasty programu), która miała stać się gwarantem niepodległości oraz integralności terytorialnej wszystkich państw. Zainteresowany był również m.in. jawnością w dyplomacji i rezygnacją z zawierania porozumień tajnych (punkt pierwszy), a także wolnością żeglugi (punkt drugi), zniesieniem barier ograniczających rozwój gospodarczy i handlowy (punkt trzeci) oraz redukcją zbrojeń (punkt czwarty). Za swoje działania i wkład w budowę nowego porządku został uhonorowany Pokojową Nagrodą Nobla.
W jakich okolicznościach postulat „stworzenia niezawisłego państwa polskiego” został podniesiony przez waszyngtońską administrację? Komu powinniśmy być wdzięczni za zainteresowanie amerykańskiego przywódcy naszą sprawą?
„To człowiek, który musi mi pomóc – i zrobię wszystko, by się z nim spotkać”
Roman Dmowski i Ignacy Paderewski byli w 1919 roku delegatami na konferencję pokojową w Paryżu i sygnatariuszami traktatu wersalskiego. Na rzecz polskich interesów działali już jednak od początku Wielkiej Wojny. To właśnie ich aktywności Niepodległa zawdzięcza umiędzynarodowienie sprawy polskiej i jej poparcie przez zwycięskie mocarstwa.
Na Zachodzie program terytorialny odradzającego się państwa prezentowany był przez głównego ideologa ruchu narodowego, który przekonywał zachodnich przywódców, że silna Polska będzie ważnym elementem nowego ładu. Koncepcja Dmowskiego po raz pierwszy została opisana w memoriale Problems of Central and Eastern Europe („Zagadnienia Europy Środkowej i Wschodniej”).
W lipcu 1917 roku obszerny dokument został rozesłany do najważniejszych decydentów i publicystów. Trafił także na biurko Wilsona. Sprawa polska była jednak w Białym Domu znana i wspierana już wcześniej. Dzięki staraniom Paderewskiego, jej rzecznikiem był Edward Mandell House, doradca prezydenta do spraw polityki zagranicznej.
Przyszły premier, wówczas cieszący się światową sławą pianista i kompozytor, przyjecha do Stanów
Zjednoczonych wiosną 1915 roku. Kilka miesięcy później,
w trakcie lektury dodatku do „Timesa”, zetknął się
z postacią House’a, którego amerykański prezydent już dwukrotnie wysyłał z misją pokojową na Stary Kontynent: „To człowiek, który musi mi pomóc – i zrobię wszystko, by się z nim spotkać”. Do pierwszego spotkania doszło
w listopadzie 1915 roku. Doradca Wilsona opisał je w swoim dzienniku:
Jego opowieść o nieszczęściach Polski jest zdumiewająca. […] Niezwykle mu zależy, aby nasz rząd podjął jakiekolwiek działanie, choć nie wie – jakie. […] Obiecałem Paderewskiemu, że nie ustanę w wysiłkach o poprawę losu Polski, aż do momentu, gdy nie będę mógł posunąć się dalej lub gdy osiągnę sukces. Wziął obie moje dłonie
w swoje i powiedział: „Niech Bóg pana błogosławi”, a do oczu napłynęły mu łzy.
Uznany pianista był wielkim patriotą i największym atutem
w polskiej próbie powrotu na mapę po stu dwudziestu latach zaborów. Doceniał go także Dmowski, który w liście
z 2 września 1917 roku napisał: Pan jest człowiekiem zupełnie innej kategorii niż my wszyscy. My jesteśmy robotnicy polityczni, stoimy może w pierwszym szeregu, ale zawsze
w szeregu. […] Ma pan stanowisko wyjątkowe w Polsce, za granicą i ma Pan indywidualność. Swoją pozycję, z pożytkiem dla ojczyzny, kompozytor wykorzystał najlepiej jak potrafił.
W listopadzie 1916 roku Wilson po raz drugi wygrał wybory. Paderewski spotkał się z nim w tym samym miesiącu. Żona prezydenta zanotowała, że nigdy nie zapomni twarzy Polaka podczas tej rozmowy: To było tak piękne, tak tragiczne, tak bardzo poważne. Czułam, że poprzez jego oczy przebija świadectwo ogromu cierpień i poniżenia jego rodaków. Jego włosy utworzyły rodzaj nimbu nad jego głową. 11 stycznia 1917 roku, za pośrednictwem prezydenckiego doradcy, jeden
z Ojców Niepodległości przekazał do Waszyngtonu memoriał dotyczący konieczności odrodzenia Rzeczpospolitej. Napisał w nim, że w interesie ludzkości, dla dobra wolności i sprawiedliwości, sprawa polska musi być rozwiązana przez odbudowę całego państwa polskiego. Kilka dni później spotkał się z Housem, który był poruszony po lekturze tekstu i zapowiedział rychły zwrot w amerykańskiej polityce („Wkrótce padnie pierwszy strzał i odbierze ci mowę”).
22 stycznia, w rozpoczynającym drugą kadencję orędziu do Senatu, prezydent powiedział, że „żaden pokój nie może i nie powinien być trwały” i „nigdzie nie istnieje prawo pozwalające na to, aby narody – jak czyjaś własność – przechodziły spod jednej władzy pod inną”. Podał przykład narodu zamieszkującego ziemie nad Wisłą:

Edward Mandell House / fot.: domena publiczna

Ignacy Jan Paderewski w 1915 roku / fot.: domena publiczna
[…] mężowie stanu są wszędzie zgodni co do tego, że winna istnieć zjednoczona, niepodległa i samorządna Polska. Mimo że deklaracja była niejednoznaczna, na warszawski adres amerykańskiego konsula wysłano tysiące depesz z podziękowaniami. Sprawa polska została podniesiona przez przywódcę Stanów Zjednoczonych, które 6 kwietnia 1917 roku wypowiedziały wojnę Niemcom.
Od Aktu 5 listopada do trzynastego punktu Wilsona
5 listopada 1916 roku władze niemieckie i austro-węgierskie obwieściły utworzenie Królestwa Polskiego, które miało pozostać
w „łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami”. Nowe państwo miało być „samodzielne” – nie użyto terminu „niepodległe”. Akt przywrócił sprawę polską do głównego nurtu politycznej debaty, jednak jesienną proklamację oceniano najczęściej jako pozorny ruch ukierunkowany na doraźne korzyści dla Berlina i Wiednia. Sceptycznie podchodziły do niego, przywiązane do „koncertu mocarstw”
i starego porządku, władze Francji i Wielkiej Brytanii. Nie zakładano wówczas rozpadu Austro-Węgier i obawiano się skłóconych narodów w tym regionie Europy. Aristide Briand, francuski minister spraw zagranicznych, mówił jedynie o „całkowitej autonomii” dla nich..
Po styczniowym orędziu Wilsona i wypowiedzeniu wojny Niemcom kwestia niepodległości Rzeczpospolitej przestała być wyłącznie wewnętrznym tematem państw zaborczych. Wkrótce zainaugurował swoją działalność Komitet Narodowy Polski w Paryżu, powołano również Armię Polską we Francji. W Waszyngtonie Paderewski zaczął być traktowany jako przedstawiciel narodu polskiego. Warto również podkreślić duże znaczenie i aktywność amerykańskiej Polonii.
Zagadnienie Polski jest najbardziej skomplikowanym ze wszystkich problemów, które mają być rozważone. […] Eksperyment musi być bez wątpienia przeprowadzony, ale w celu zapewnienia dogodnego startu rzeczą konieczną jest nalegać od początku na demokratyczne podstawy dla państwa polskiego. O ile nie będzie to w sposób lojalny przestrzegane, wewnętrzne spory Polaków, Rusinów i Żydów najprawdopodobniej uczynią Polskę bezsilną w stosunku do Niemiec.
Takie tezy zostały zawarte w dokumencie opracowanym na potrzeby Białego Domu przez grupę amerykańskich ekspertów. Kolejnym krokiem w polityce Waszyngtonu było ogłoszenie słynnych Czternastu Punktów, w których Wilson poszedł o krok dalej, niż rekomendacje przywołanego wyżej memorandum „Inquiry”.
Fundamentalne znaczenie trzynastego punktu dla odrodzenia państwa polskiego nie ulega wątpliwości. Mimo zastrzeżeń, dotyczących krytykowanego przez Dmowskiego terminu „ludność bezsprzecznie polska” oraz kwestii dostępu do morza (pierwotnie zakładano jedynie umiędzynarodowienie Wisły), postulat Wilsona należy uznać za kamień milowy w budowie naszej niepodległości. Radosnego uniesienia nie ukrywał Stefan Krzywoszewski, dziennikarz i dramaturg:
Tak jasno, stanowczo i bezinteresownie nie wypowiedział się w sprawie Polski żaden z odpowiedzialnych potentatów świata! Wszystkie dotychczasowe wezwania, obietnice i zarządzenia były dyktowane doraźnym interesem własnym. W orędziu Wilsona przemówiło sumienie ludzkości, tak rzadko dochodzące do głosu.
W 1915 roku Ignacy Daszyński oceniał stan sprawy polskiej jako „opłakany”. Sytuację zmienił dopiero Akt 5 Listopada. Kolejnymi ważnymi wydarzeniami były: odezwa Wilsona ze stycznia 1917 roku oraz rewolucja lutowa w Rosji. Mimo że konflikt nie był jeszcze rozstrzygnięty, po ogłoszeniu przez amerykańskiego prezydenta programu pokojowego, niepodległość Polski stała się jednym
z celów prowadzonej przez zachodnie mocarstwa wojny. Trzynasty punkt wywołał entuzjazm i wpłynął na mobilizację społeczeństwa, które sto lat temu radowało się z powrotu swojej ojczyzny na mapę Europy. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie działalność Dmowskiego i Paderewskiego oraz poparcie House’a – człowieka, który dotrzymał danego Polakom słowa. Ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych należy natomiast uznać za jednego z budowniczych Niepodległej.
Bibliografia:
-
Chwalba Andrzej, Wielka wojna Polaków 1914-1918, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018;
-
Księga Stulecia Niepodległości, tom 1, Ośrodek Karta i Dom Spotkań z Historią, Warszawa 2018;
-
Pułkownik House. Dokument o zapomnianym bohaterze polskiej niepodległości [w:] TVN24, 12 listopada 2018 roku [https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/edward-mandell-house-bohaterem-filmu-pulkownik-house-w-tvn24,883007.html]
/ sztuka fotografia
listopad '22 (3)
Urodzona w Polsce artystka fotografik Urszula Lelen od dzieciństwa pasjonowała się sztuką. Zapewne niemały wpływ miało na nią otoczenie, w którym wzrastała, jak i słuchane rodzinne opowieści...
W jej obrazach malowanych światłem czuć świeżość i zapach łąk, po których biegała boso. Widać w nich fascynacje czymś nieznanym, a jednocześnie - w podświadomości - bliskim.
W każdym zdjęciu jest element zaskoczenia i ekscytacji światem małej dziewczynki. Jednak ich dojrzałość pozostawia odbiorcy możliwość własnej interpretacji, opartej na emocjach danej chwili.
Prezentowane zdjęcia zostały wykonane starą techniką stosowaną w XIX wieku. Wymagająca wiele cierpliwości , bardzo ulotna i trudna do powtórzenia sprawia, że każdy obraz zachwyca swą niepowtarzalnością - rzadką cechą we współczesnym świecie powielanej sztuki.
Projekty “Upside Down-two poles” i “Right Side Up-infinity”” powstały przy użyciu cyjanotypii, która bazuje na światłoczułym roztworze soli żelaza. Artystka każdą kartkę papieru przygotowywała indywidualnie, rozprowadzając na niej pędzlem wrażliwą na światło emulsję. Powstały wówczas interesujące ślady po pędzlu, które uczyniły każde zdjęcie bardziej miękkim
i niepowtarzalnym, wręcz malarskim. Dodatkowo, cyjanotypię można wybielać lub zmieniać jej koloryt, używając wywaru
z herbaty lub kawy. Uzyskana sepia staje się jeszcze bardziej tajemnicza. Cały proces począwszy od ręcznego nałożenia emulsji, aż po wybielanie bądź zmianę koloru powoduje, iż każda odbitka jest jedyną, nie do powtórzenia. W obrazach z części “Right Side Up - infinity” ludzkie ciało i jego zbliżenia wzbudzają czułość i stymulują emocje. "Upside Down – two poles" to walka przeciwieństw. Świat pełen kodów, gestów i ukrytych znaczeń. Świat przepojony kontrastami, dysharmonią i walką. Jednak przeciwieństwa przyciągają się do siebie i mimo różnic istnieje nadzieja na powrót do równowagi.
Obie serie dotykają najgłębszych i najdelikatniejszych emocji
w relacjach, nie pozbawionych wielkich radości, ale też
i niepokoju. To fascynacja drugą osobą, miłością
i zrównoważeniem, ale z drugiej strony walka i wywrócenie życia partnera do góry nogami.
Oglądając zdjęcia Urszuli Lelen odnosi się wrażenie, że
z premedytacją zamazuje różnice pomiędzy fotografią
i malarstwem. W pewnym momencie odbiorca traci pewność co do rodzaju sztuki, jaką jest mu dane oglądać i …staje się to nieistotne. Ważniejsze jest ewoluowanie emocji, jakich doznaje zagłębiając się - poprzez obrazy - w zaczarowany świat autorki powstałych dzieł.
Jak każda sztuka tak i fotografia jest połączeniem techniki oraz artyzmu, dogłębnej znajomości warsztatu, ale i wrażliwości. Jestem pewien, że żadnego z tych aspektów nie brakuje
w twórczości Urszuli.
URSZULA LELEN zdjęcia pędzlem malowane
MARIUSZ SKOWROŃSKI
Zdjęcia: kolekcja prywatna Urszuli Lelen

Up Side Down - Hidden

Up Side Down - Locked

Up Side Down - Border

Up Side Down - Inverted

Up Side Down - Net

Right Side Up - Life

Up Side Down - Body code

Right Side Up - Lullaby

Right Side Up - I am

Right Side Up - Roots

Right Side Up - Wave

Right Side Up - Anchor

Cyjanotypia – technika fotograficzna wykorzystująca światłoczułość soli żelaza, charakteryzująca się monochromatycznym obrazem
w kolorze niebieskim, tworzonym przez błękit pruski. Wynaleziona
w 1842 roku, początkowo pozwalała na otrzymywanie obrazu
negatywowego i w takiej wersji była do około połowy XX wieku wykorzystywana w reprografii. Używano jej także do otrzymywania obrazów bez użycia aparatu fotograficznego, czego czołowym przykładem są wykonane w cyjanotypii ilustracje Anny Atkins przedstawiające odbite na papierze algi morskie. Cyjanotypowa technika pozytywowa została udoskonalona w 1877 roku, a dzięki niskim kosztom i łatwemu wykonaniu stosowana była również przez fotografów-amatorów w celu otrzymania odbitek z negatywu metodą stykową.
/ sztuka uliczna
listopad '22 (3)
Uśmiech
pod butem
ANETA ZALEWSKA
Zdjęcia: ememem / Wikipedia
Zamiast straszącej dziury w nawierzchni pojawia się kolorowa mozaika. Poranne niezadowolenie przechodnia zamienia się
w pogodny uśmiech. I tak jest na wielu europejskich ulicach.

Najwięcej „kolorowych łat” w chodnikach jest w Lyonie (około 350 i ciągle przybywają kolejne), mieście francuskiego tajemniczego artysty o pseudonimie Ememem. Od sześciu lat wypełnia on ubytki w nawierzchni i dziury w asfalcie wielobarwnymi mozaikami. Z kafelków o najróżniejszych rozmiarach i odcieniach, układa efektowne geometryczne wzory. Na niektórych widnieje jego pseudonim, czasem mały znak w postaci kielni.
Nietypowe uliczne dzieła dekoracyjne stają się coraz popularniejsze. Proponowane są nawet zorganizowane spacery ich szlakiem. Ememem określa siebie jako „chirurga chodników” albo „rycerza wybojów”. Swoją twórczość opatrzył mianem „pamiętnika życia miasta”. Nadał też nazwę swoim dziełom – „flackings”. To angielski neologizm
z nawiązaniem do francuskiego słowa „flaque”, czyli „kałuża”.
Przypomina to starożytną japońską sztukę Kintsugi. Jej symbolika ukierunkowana jest na doskonalenie
w sobie wytrzymałości i optymizmu. Sztuka naprawiania potłuczonych ceramicznych naczyń, proponowana przez Kintsugi, to forma terapii. To rytuał tworzenia siebie na nowo poprzez cierpliwość, staranność i koncentrację.



Uliczne dzieła francuskiego artysty są zdecydowanie zauważalne, w przeciwieństwie do skrytego Ememema, unikającego rozgłosu. Od lat zachowuje anonimowość. Nie bierze udziału w sesjach zdjęciowych. Nie udziela wywiadów, niewiele o nim wiadomo… „nie jestem wirtuozem w kontaktach międzyludzkich” – mówi o sobie. Nieco więcej o nim można wydobyć od jego agenta: „Jest skryty, ale chętnie i z pasją opowiada o swojej twórczości. Ma ogromną potrzebę dawania i dzielenia się. Wyluzowany, choć jego życie podobno było burzliwe…”
Przedtem był glazurnikiem, jak jego ojciec…
Pisał piosenki dla zespołu rockowego…
Narodził się jednak na nowo na liońskim chodniku w 2016 roku. Zachował wrażliwość i dar łączenia barw. Mówi o sobie: „jest jednym z tych synów urodzonych na asfalcie, którego krew płynie z nieładu. Na imprezach artystycznych lub pod osłoną księżyca naprawia ulicę i serca tych, którzy nią kroczą...”.
Rany tkanki miejskiej zostały oświetlone kolorem. Stały się częścią sztuki dekoracyjnej. Zaskakują przypadkowością
i odkodowaniem ulicznym. Niepowtarzalnością konturów. Polichromowane kompozycje wyłaniają się spod asfaltu. Jakby tam zawsze były przykryte współczesnymi konwencjami. Może jest to forma upomnienia się o dyskusję o przestrzeni publicznej, rozwoju miasta, zbędnych standardach, o szarości wokół, o nadaniu codzienności odrobiny magii…



Kontrowersyjne wydają się natomiast twierdzenia artysty, jakoby to on wymyślił uprawianą przez siebie odmianę sztuki ulicznej. Prawdopodobnie nie słyszał o chicagowskim artyście Jimie Bachor, który wypełnia dziury w nawierzchni mozaikami od 2013 roku, choć trzeba przyznać, że jego kompozycje mają zdecydowanie bardziej figuratywny charakter.
/ sztuka uliczna
listopad '22 (3)
sztuka bez kompromisów
Voytek Glinkowski
Realna nierealność
.avif)
Igor Morski

Adriano Fida
Powyższy termin znany powszechnie jako Surrealizm nie może pojawiać się
w starej formie w poniższym felietonie. Jest tak wyświechtany, zużyty
i pozbawiony materii, że ląduje w lamusie... na zawsze. W potocznym objawianiu się naszego świata, wszędzie tam, gdzie oglądacz boryka się z ogarnięciem wizji, pada bilblijne: „...O Jezzzuuu... Jakieś takie surrealne.... abstrakcyjne...” Sztuka dorobiła się kolejnego foldera z zamkiem, do którego wetknięto kilkunastu wybitnych Artystów, opisano daty „od” „do” i sprawa zamieciona. Ot co...
Zacznijmy od nowa.
Praktyka dowodzi, że niemożliwych konfiguracji nie ma. Zatem dajcie Czasowi trochę czasu, a każda sytuacja stanie się rzeczywistą i dotykalną materią. Większość z nas choć raz w życiu ogromnie się zdziwiła, zakładając że: ”... noooo, to przecież jest niemożliwe...”. A jednak się przytrafiło!
Fundament Sztuki – Kompozycja – jest niepodważalny i bez niego Sztuka nie istnieje. Najwyżej zabawa w sztukę. Ale, kiedy forma i kolor znajdą się pod kontrolą, zaprzęg Sztuki z lejcami w dłoniach Artysty wyrusza w drogę. Jest wspaniale, kiedy możemy oderwać się od populo-rzeczywistości przejeżdżając przez bramy wyobraźni. Ot tak. Ze zwykłej ciekawości tego, co spotkamy po drugiej stronie.
W życiu zawsze ciągniemy za sobą ogon ryzyka. Po niezwykłej stronie bramy nie musi być koniecznie pięknie.
Wystarczy, że jest interesująco. Badacze Nierealności pod kątem jej realnych objawień umoczyli pędzle w atramencie emocji i sennych obrazów. Niektórzy, podobno, nawet zaprawili malarstwo alkoholem i pigułkami w ramach eksperymentalnych przyzwoleń. Bardzo szybko z watachą malarzy połączyli się filozofowie, psychiatrzy, nawiedzeni wizjonerzy i właścicielki szklanych kul,
w których widać „przyszłe”. Drodzy moi... Nie jest łatwo poruszać się w tej materii. Niestety, niejednokrotnie dajemy się nabrać. Może byłoby bardzo użytecznym wyrobienie sobie pryzmatu, przez który na Realną Nierealność będziemy spoglądali. Możemy zacząć od tego, że Sztuki się nie ogląda.
W Sztuce człowiek się przegląda. Zatem nie traćmy czasu na zgłębianie tego co Artysta miał na myśli. Zastanówmy się nad naszymi emocjami, wynikającymi
z kolizji z obrazem. Emocje to bardzo realna materia. Wyzwolone spontanicznie przybierają niekontrolowane kształty. Niektóre nas zachwycą. Inne zbrzydzą. Nad tymi obojętnymi nie będziemy się zatrzymywać. To nawet niezła forma terapii. Rene Magritte, Salvadore Dali i Max Ernst są wymieniani jednym tchem przy okazji spoglądania na świat przez Realne Nierealne lekko uchylone drzwi. Ale mistrzów jest cała masa. I bardzo dobrze. Podglądanie emocji pięknie określił Stanisław Witkiewicz. „Zła uroda występku” – mawiał mistrz. Niewiadome kusi, zaprasza
i obiecuje. Obracanie się wokół utartych schematów nie wniesie żadnej nowiny. Tak bardzo ludzkość pragnie kontrolować rzeczywistość. Im bardziej się staramy, tym więcej materii wyślizguje się bez kontroli. A jeszcze możemy tutaj wplątać genialne rozpoznanie rzeczywistości przez Platona – Paradoks Jaskini. Cienie jako „rzeczywistość”. Takie prawo... a może raczej nieprawość natury. Pora porzucić poszukiwanie kamienia filozoficznego i po prostu oddać się wpływom emocji. Zachwytom, wrażeniom, łzom, złościom. Może się okaże, że poprzez zmianę pryzmatu Sztuka pomoże nam nie bać się bycia w pełni sobą. To może być bilet do własnego teatru. Niestety, nie wszystkim to wyjdzie na dobre, ale... przynajmniej będą wiedzieli co muszą zmienić. Ci, których nie przerazi ich własny wyzwolony wizerunek mogą wnieść interesujące kontrybucje, na które z niecierpliwością czekamy.
Niestety nie możemy detalicznie przejść przez wszystkie aspekty Realnej Nierealności. Zabrakłoby nam kilku numerów naszej ulubionej Pakamery. Temat jest rozległy jak Sahara z oazami psychologii, psychiatrii, socjologii i antropologii. Chcę Was tym pisaniem naciągnąć na odważną wyprawę w świat Sztuki pozornie odrealnionej. Jest piękna, bogata, mądra i interesująca. Tylko bardzo Was proszę
o przesianie hochsztaplerki pretendentów bez umiejętności operowania rysunkiem i ignorującym fundamenty kompozycji.
Do następnego pomysłu...

Dariusz Klimczak

Dariusz Klimczak

Vito Campanella

Jose Parra
VOYTEK GLINKOWSKI - jak twierdzi - bywa artystą plastykiem, mieszka i tworzy w okolicach Chicago. Jego prace wystawiane są na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Uwielbia dyskusje, słowne neologizmy, jazdę na rowerze i tajską kuchnię.
/ wokół stołu
listopad '22 (3)

Dania świąteczne zaplanowane, część z nich chłodzi się w lodówkowych zakamarkach, więc czas na krótką – być może znaną – opowieść.
A dla lekko spóźnionych w przygotowaniach obiadowych zapraszamy na stronę: www.amerykanskiekulinaria.com, gdzie pod hasłem „Dzień Dziękczynienia” garść przepisów z poradami na świąteczny obiad.
Pierwowzorem dzisiejszego amerykańskiego Dnia Dziękczynienia była uczta po pierwszych kukurydzianych żniwach, jaką przygotowali Pielgrzymi w roku 1621.
Krótka historia
Dnia Dziękczynienia
i jego symbole

Grupa (102 osoby) separatystów religijnych (zwanych dzisiaj Pielgrzymami), szukających nowego domu, w którym mogliby swobodnie praktykować swoją wiarę, i kilka osób, zwabionych obietnicą dobrobytu i własnej ziemi w Nowym Swiecie, przypłynęła na statku Mayflower z angielskiego Plymouth do brzegów obecnego stanu Massachusetts. Zima w owym czasie nie była dla nich łaskawa. Wprawdzie statek zamienili na tymczasowy dom, jednak po paru miesiącach - schorowani i niedożywieni - zdecydowali się zejść na ląd i powoli rozpocząć prace nad założeniem osiedla... Plymouth.
Z dobrą radą, pożywieniem, pomocą wszelką pojawili się Indianie Abenaki, zamieszkujący tamte tereny. Oni też przedstawili przybyszom mówiącego po angielsku Squanto, członka plemienia Pawtuxet (był porwany i sprzedany do niewoli przez angielskiego kapitana), który nauczył Pielgrzymów uprawy kukurydzy, zbierania soku z drzew klonowych, łowienia ryb w rzekach, unikania trujących roślin... Squanto pomógł też osadnikom zawrzeć sojusz z lokalnym plemieniem Wampanoag.
Radość była wielka, kiedy zebrano pierwsze plony w listopadzie 1621 roku. Gubernator nowo powstającego osiedla Plymouth, William Bradford zorganizował trzydniową ucztę, na którą zaproszono również grupę z plemienia Wampanoag. Podawano do prowizorycznych stołów potrawy gotowane metodą Indian, jak również używano przypraw indiańskich, wszak europejska spiżarnia praktycznie już nie istniała. Pieczyste ptaki i dziczyzna dopełniały dania z fasolą, kukurydzą, dynią... Zabrakło ciast i deserów; pojawiły się na bardziej współczesnych stołach sto lub więcej lat później.
Pierwszą proklamację rządową Dnia Dziękczynienia wydał George Washington (1789 rok), wzywając jednocześnie Amerykanów do wyrażania wdzięczności za szczęśliwe zakończenie wojny o niepodległość kraju i pomyślną ratyfikację Konstytucji USA. Nie wszystkie stany zaakceptowały to święto, na poły polityczne, na poły rodzinne.
Po latach walki i upominania się o upamiętnienie wydarzeń roku 1621, Ameryka doczekała się proklamacji dorocznego święta narodowego, przypadającego w ostatni czwartek listopada. Decyzję o Thanksgiving podpisał w roku 1863 sam Abraham Lincoln.
Swiętujemy do dzisiaj, delektując się smacznym indykiem, z dodatkiem wyszukanego nadzienia, ziemniaków puree, słodkich deserów z dodatkiem dyni, niesamowitych słodkich ziemniaków, serwowanych w formie deseru, czy pysznego sosu żurawinowego...
Za kilka dni, jak co roku, zasiądziemy do wspólnego rodzinnego stołu, by wspólnie celebrować największe świeckie święto w Stanach Zjednoczonych . Zamiast rogu obfitości, którego z przyczyn technicznych przekazać wszystkim nie jesteśmy w stanie, zamieniamy go w obfitość przepisów łatwych, smacznych i przyjemnych, proponując urozmaicenie corocznego obiadowego menu. Życzymy wszystkim cudownego, rodzinnego obiadu i obfitości wszelkiej przez cały rok!
1. Róg obfitości
Wiklinowy koszyczek w formie rogu, wypełniony owocami, warzywami, zbożem, to symbol urodzaju i dostatku... Pojawił się w Ameryce wraz z Kolumbem, może nieco później, ale
w Europie znany był już od wieków z mitologii greckiej.
Jak powiada jeden z mitów greckich, małego Zeusa ukryto
w jaskini przed jego ojcem Kronosem. Malcem opiekowała się i karmiła własnym mlekiem magiczna koza Amaltea, której przypadkowo odtrącono róg. Aby to wynagrodzić, Zeus obiecał, iż róg Amaltei zawsze będzie wypełniony tym, czego zapragnie jej serce. Starożytnym Grekom róg obfitości (cornucopia - nazwa łacińska) kojarzył się z płodnością, szczęściem i bogactwem... Ta symbolika pozostała do dzisiaj. I takie właśnie życzenia przekazujemy innym, obdarowując ich dobrami wszelkimi i kwiatami, umieszczonymi w wiklinowym rogu.
2. Kukurydza
Kolby z żółtym, słodkawym ziarnem były podstawowym daniem pierwszego przyjęcia dziękczynnego. To członkowie plemienia Pawtuxet (Indianie zamieszkujący w XVII wieku tereny Nowej Anglii) uczyli angielskich separatystów religijnych uprawy kukurydzy na nieurodzajnej ziemi, zdradzając im swoje doświadczenia rolnicze. Pierwszy zbiór dorodnej kukurydzy był zachętą do dalszej pracy rolnej i do celebrowania urodzaju. Swoiste dożynki dały początek późniejszym obchodom rodzinnego święta Thanksgiving, choć kolby kukurydzy ogryzamy z niemniejszą przyjemnością przez cały rok.
3. Dynia
Dynia to jeden z najdziwniejszych owoców wyrastających
z kwiatu. Jej wartości zdrowotne są fantastyczne, i to zarówno pomarańczowego miąższu jak i pestek (duża ilość cynku). Najprawdopodobniej właśnie dlatego stała się symbolem męskiej mocy i pewną formą nagrody od natury na zimowe miesiące, wszak dojrzewa dopiero jesienią. Jest też podobno symbolem otwartości na nowe wyzwania.
Symbol symbolem, a smakuje wybornie, o czym przekonamy się niebawem, przygotowując dyniowe przysmaki na doroczny rodzinny obiad.
4. Fasola
XVII-wieczni pielgrzymi z Massachusetts uczeni byli również uprawy fasoli, brnącej do góry po łodygach z żółtymi kolbami słodkich ziaren. To jedna z "trzech sióstr" - obok kukurydzy
i dyni.
Te trzy rośliny stanowiły podstawę posiłków indiańskich.
I jak się okazało - bardzo słusznie. Ta "siostrzana" kombinacja ma optymalny stosunek węglowodanów, znakomitych białek i witamin.
5. Indyk
Nie ma obiadu dziękczynnego bez pieczonego indyka. To główne danie uroczystego biesiadowania, krojone przez Pana lub Panią domu. Zwykle jest to też danie popisowe gospodyni, która pilnuje czasu i temperatury pieczenia wcześniej przygotowanego ptaka z ogonem w kształcie wachlarza.
Dzisiejszy, hodowlany indyk jest przypomnieniem "czterech dzikich indyków", serwowanych w XVII wieku podczas domniemanej pierwszej kolacji dziękczynnej, mimo iż brak historycznych dowodów na to, że indyki rzeczywiście były częścią wspólnego "dożynkowania" pielgrzymów i Indian.
6. Żurawina
To nie jest ważne, czy w XVII wieku znano żurawinę. Znamy ją dzisiaj, zachwycamy się jej właściwościami, cierpkim smakiem i... nie wyobrażamy sobie pieczonego indyka bez sosu żurawinowego! Może być z pomarańczami, z jabłkami, gruszkami, bez dodatków...






