top of page

pakamera.polonia   luty 2023 (6)

SPIS TREŚCI

Od redakcji

Luty. Walentynki.

Ṡwięty Walenty, żyjący w III wieku rzymianin, patronuje romantycznej miłości, ale jest również opiekunem  chorych na epilepsję

i pszczelarzy. Zakres obowiązków i kompetencji szczególny, trzeba przyznać. Zostawmy epilepsję i pszczelarzy na boku, a zajmijmy się na chwilę miłością. 

Współczesna koncepcja miłości narodziła się raczej późno, bo dopiero w połowie XVIII wieku. Wcześniej małżeństwa zawierano ze względów pragmatycznych - rodowych, gospodarczych czy dynastycznych. Nikt sobie też nikogo nie wybierał. Od tego była "starszyzna".

Często przyszli małżonkowie poznawali się krótko przed ślubem, a kogo zobaczyli przed sobą nie miało najmniejszego znaczenia. 

No, ale przyszedł Romantyzm i (zdaniem Allana de Botton, francuskiego filozofa i autora) poprzewracał ludziom w głowach.

Wymyślił ideę "bratniej duszy", która istnieje gdzieś w świecie dla każdego i tylko od naszego wysiłku i cierpliwości zależy czy ją  znajdziemy. Znaleziona "bratnia dusza" uwolni nas od egzystencjalnego lęku, uchroni przed samotnością, zaopiekuje się nami

z entuzjazmem i będzie nas rozumiała bez słów. 

Ten wyidealizowany, nierealistyczny obraz miłości podsyca również kultura - literatura, piosenki, filmy. Nie znajdziecie państwo zbyt wielu arcydzieł literackich poświęconych piłce nożnej czy robieniu kariery, które dorównywałyby "Annie Kareninie" czy „Madame Bovary”.

W miłości (zdaniem Allana de Botton) spotykają się dwie kruche ludzkie istoty, ze swoimi dziwactwami, lękami, często poranione, często również niechętne, żeby je naprawiać czy zmieniać. I w taki (po ludzku, bo jakżeby inaczej) niezręczny sposób próbują się kochać i zaspakajać swoje potrzeby.

Romantyczna, rozpoetyzowana wizja miłości jest przyczyną zawodów, rozwodów i awantur....

To tyle refleksji o miłości....

Ciekawi jesteśmy czy się państwo z nami zgadzacie?

Czy rzeczywiście miłość, która uderza jak piorun, zmiata z nóg jest tylko wytworem fantazji?

A jeśli się przydarza, czy może przetrwać?

Czy nie zniszczy jej proza codzienności?

Związanych z miłością tematów znajdziecie państwo w naszym piśmie kilka.

Ot, choćby historia pocałunku...

Nie wszystkie kultury go znają...

No i koniec karnawału - okres intensywnych zabaw, wzmożonej radości zanim nastąpi czas wyciszenia i refleksji.

Życzymy zachwycającej lektury.

/ prawie jednym zdaniem...

luty '23 (6)

Eleonora
i najsłynniejszy Dawid świata 

ELISABETTA POVOLEDO / DOROTA SUŁKOWSKA

Dusting-David1

Czczony we Włoszech posąg nie zamierza się sam odkurzyć. Wtedy

z pomocą przychodzi Eleonora Pucci.

Zadaniem Pucci jako wewnętrznej konserwatorki Galerii Akademii jest regularne odkurzanie Dawida, rzeźby Michała Anioła / fot. Scott M Haskins (fineartconservationlab.com)

Dawid Michała Anioła, XVI wiek_edited.jpg

Dawid, rzeźba Michała Anioła / fot. Wojciech Olaf

Ważyński; (sprawa.pl) 

Dusting-David 2.avif

Odkurzanie odbywa się przy użyciu pędzelka z syntetycznym włosiem, który delikatnie unosi drobniutkie cząsteczki, zbierane przez specjalny odkurzacz.../ fot. Scott M Haskins (fineartconservationlab.com)

FLORENCJA, Włochy. Wyobraź sobie pracę, która pozwala nawiązać bliskość – i to dosłowną bliskość – z jednym z najsłynniejszych posągów na świecie.

To dodatek do wynagrodzenia, jaki przysługuje muzealnej konserwatorce w Galerii Akademii we Florencji Eleonorze Pucci. Jej zadaniem jest regularne odkurzanie Dawida Michała Anioła, co ostatnio opisała jako radosne, choć nieco wykańczające nerwowo.

Możliwość przyczynienia się, nawet w niewielki sposób, do zachowania piękna Dawida sprawia, że jej „praca jest najlepsza na świecie". „Czy jest bowiem coś wspanialszego niż przekazywanie piękna?" – pyta Pucci.

Oko w oko z Dawidem

W poniedziałkowy poranek – w jedynym dniu w tygodniu, w którym Galeria jest zamknięta dla odwiedzających – po muzeum echem niósł się brzdęk metalu, gdy specjalistyczna ekipa w przestronnej rotundzie, w której stoi Dawid, budowała wieżę z rusztowania. Tego ranka wieża miała być ostrożnie przesuwana, tak aby Pucci mogła sięgnąć ze wszystkich stron do wysokiej na 5,17 m rzeźby.

Pucci zwinnie wspięła się na górę, aż stanęła oko w gigantyczne oko

z posągiem, który Michał Anioł wyrzeźbił z pojedynczego bloku marmuru

w latach 1501-04, tworząc pierwszą nagą, kolosalną rzeźbę od czasów starożytnych. Dla Dawida Galeria Akademii jest domem od 1873 roku.

Praca Eleonory zaczyna się od wykonania zdjęcia w dużym zbliżeniu, by móc lepiej obserwować stopień zużycia materiału i zweryfikować, ile kurzu i zanieczyszczeń (o mikroskopijnych rozmiarach) osadziło się na posągu od ostatniego czyszczenia.

Zmienia się to w zależności od pory roku, liczby odwiedzających i rodzaju ubrań, które mają na sobie. Mikroskopijne włókna mogą osadzać się na maleńkich pajęczynach w zagłębieniach rzeźbionych włosów Dawida. „To całkowicie normalne" – wyjaśnia rzeczowo Pucci. Jest to tylko kolejny powód do tego, by stale monitorować prowadzone prace.

Potem zaczyna się odkurzanie.

Używając maleńkiego pędzelka z syntetycznym włosiem („Lepiej wychwytuje kurz"), Pucci zaczyna delikatnie gładzić głowę Dawida, unosząc drobniutkie cząsteczki, które natychmiast zasysa mały odkurzacz zaprojektowany specjalnie do czyszczenia muzealnych zbiorów rzeźb

i architektury. Jest on przymocowany na jej plecach i przypomina protonowy plecak z filmów „Pogromcy duchów".

Konserwatorka nie spieszy się (odkurzanie zwykle zajmuje cały ranek), wykonując lekkie, wymiatające ruchy i w pewnym momencie pieszczotliwie dotykając wierzchem dłoni kamiennego policzka kolosa. Po prawie czterech latach pracy Eleonora zaczęła żywić głębokie uczucie do Michała Anioła i jego geniuszu.

Jak mówi, odkurzanie Dawida wywołuje u niej „wielkie emocje" i podziw dla artysty, który był w stanie wydobyć tak wielkie piękno z kamienia. Te same uczucia pojawiają się, kiedy odkurza tzw. jeńców lub niewolników Galerii, czyli cztery figury zaprojektowane przez Michała Anioła do mauzoleum papieża Juliusza II, które nie zostały ukończone. "W jeńcach – jak mówi Pucci – widać jego technikę, ślady dłuta. Wchodzi się w jego proces myślowy. Daje to wyobrażenie tego, jak podchodził do marmuru, by wydobyć z niego postaci, które zgodnie z jego przekonaniem były uwięzione w środku".

Choć Dawid odkurzany jest sześć razy w roku, nie był gruntownie czyszczony od 2004 roku, kiedy obchodził swoje 500-lecie, a i to wywołało zaciętą kłótnię o najlepszą metodę, jaką należało zastosować.

Nie tylko Dawid 

I chociaż Dawid cieszy się szczególnymi względami, sporą część swych dni Pucci poświęca na utrzymanie całej kolekcji muzeum

w jak najlepszym stanie. Sprawdza obrazy i drewniane ramy, wypatrując zniekształceń, odchodzącej farby czy pierwszych śladów obecności korników.

Jak mówi Cecilie Hollberg, dyrektorka Galerii, wszystkie dzieła sztuki zostały niedawno skontrolowane, gdy muzeum przeszło gruntowny remont, „by wprowadzić je w XXI wiek".

Renowacja w 2020 roku zbiegła się w czasie ze związanym z pandemią lockdownem, co pozwoliło na przeprowadzenie kapitalnego remontu systemów klimatyzacji, elektryki i oświetlenia bez sprawiania trudności odwiedzającym. Udało się też uniknąć planowanych początkowo nocnych prac.

Hollberg dodała, że renowacja muzeum była też okazją, by „stworzyć dla Dawida nieco konkurencji" w postaci lepiej zaprezentowanych innych dzieł sztuki z muzealnej kolekcji, które często odgrywają drugorzędną rolę wobec arcydzieła Michała Anioła.

„Chciałam oddać należny hołd każdej pracy, zapewniając muzeum równowagę" – wyjaśniła.

Otwarcie niedawno kolekcji gipsowych modeli autorstwa XIX-wiecznego rzeźbiarza Lorenza Bartoliniego sprawiło, że Galeria „jest czymś, z czego florentczycy mogą być na nowo dumni".

Zaledwie kilka kroków dalej, za sławną renesansową katedrą florencką, na głównym placu miasta Piazza della Signoria konserwatorzy w tym miesiącu bardziej gruntownie czyścili kopię Dawida, którą zainstalowano tam w 1910 roku.

Miała ona zastąpić oryginał – zamówiony w 1501 roku przez Republikę Florencką jako symbol jej wolności i autonomii, a przeniesiony do muzeum w XIX wieku w obawie o jego ochronę konserwatorską. Specjalnie dla rzeźby wybudowano wtedy Galerię Akademii.

Także na placu konserwatorzy ustawili rusztowanie, aby lepiej przymocować kompresy z pulpy do ramion, pleców i pośladków posągu.

Nasączone nietoksycznymi chemikaliami kompresy służą do usuwania zanieczyszczeń i zabijania mchów, glonów i porostów, które mogą tworzyć się na marmurze z powodu ciągłego narażenia na działanie czynników atmosferycznych. Stojący na zewnątrz posąg jest również podatny na erozję wietrzną, chociaż częściowo ochrania go od tyłu florencki ratusz Palazzo Vecchio.

Linda Bartolozzi, jedna z konserwatorek, powiedziała, że po wyczyszczeniu posągu zostanie on w razie potrzeby wygładzony,

a następnie pokryty środkiem ochronnym, aby był odporny na warunki atmosferyczne. „Jest on jednak w dobrym stanie" – dodała.

Największy wróg sztuki? Wandalizm

W marcu Bartolozzi i jej zespół musieli przeprowadzić pilną interwencję, bo pewien mężczyzna podpalił czarne sukno, którym burmistrz Florencji Dario Nardella przesłonił replikę Davida w proteście przeciwko wojnie w Ukrainie. Jak powiedziała konserwatorka, syntetyczny materiał stopił się i pozostawił na posągu ślady.

Giorgio Caselli, architekt, który nadzoruje konserwację dzieł sztuki eksponowanych we Florencji na świeżym powietrzu, twierdzi, że wandalizm jest główną przyczyną uszkodzeń zbioru miejskich rzeźb.

„Ludzie, wandale, są prawdopodobnie największym problemem dziedzictwa kulturowego miast takich jak Florencja. Niewłaściwych zachowań jest zbyt wiele" – powiedział Caselli.

Wspomniał o pojawiających się na pałacach prawie każdego dnia znakach graffiti, turystach zamieniających fontanny w osobiste łazienki i niesfornych kibicach piłkarskich przyjeżdżających do miasta na mecze. „To obecnie najbardziej agresywne ataki" – wyjaśnił.

Konserwacja miejskich zabytków postępuje według planu, a choć doszło do ataku na replikę Dawida, prace przy niej prowadzone są zgodnie z harmonogramem. Oczywiście program ten nie uwzględnia regularnego odkurzania.

„O to dba deszcz" – wyjaśnia Caselli.     (The New York Time / Wysokie obcasy)

/ prawie jednym zdaniem...

luty '23 (6)

co gra, to obyczaj...

DANE CHYŁA

Piłka nożna – pierwsza pasja chłopców, weekendowa rozrywka pantoflarzy, najpopularniejszy sport na ziemi. Dla niektórych królowa wszystkich dyscyplin, dla innych zaś „głupia gra”, w której 22 facetów z językami na wierzchu biega za łaciatą piłką.

co kraj to gra.avif
guillaume-de-germain.avif

Dla jednych X, dla drugich Y. Kontrowersje można mnożyć. Co takiego robi z człowiekiem, że ten jest w stanie dla niej wstrzymać oddech przed telewizorem? Żeby to zrozumieć, trzeba tak naprawdę wstać z kanapy i samemu wybrać się na stadion. Do dziś pamiętam swój pierwszy mecz na żywo: Polska kontra Irlandia. Zupełnie inne doświadczenie. Przez telewizor nie byłem w stanie zobaczyć tego, jak tworzy się przedmeczowa atmosfera: nie widziałem śpiewających kibiców, nie słyszałem odgłosów trąbek, nie szedłem ramię w ramię z podpitymi fanami.

A kiedy wybrzmiewa pierwszy gwizdek, kibicujesz albo zamykasz buzię i nie jesteś w stanie oderwać wzroku od murawy. Do tego stopnia, że gdy czujesz głód, pragnienie, potrzebę załatwienia się, jesteś gotów torturować własne ciało do zakończenia pierwszej połowy. Taka jest właśnie piłka nożna – jesteś jej totalnie podporządkowany, zmusza cię do przekraczania własnych granic wytrzymałości, oferując w zamian całą gamę emocji: radość, smutek, zaskoczenie, niepokój, gniew, ciekawość. Nie ma mowy jednak, żebyś choć przez chwilę poczuł wstręt.
Moja lojalność wobec piłki z czasem została wystawiona na próbę. Jako nastolatek zacząłem interesować się innymi dyscyplinami,

w tym amerykańskimi, które przez swoją odmienną naturę bywają dla Europejczyków trudno przyswajalne. Jedną z nich był baseball – czyli amerykańska wersja palanta. Dla nas gra z cyklu: słyszałem, ale nie oglądam.

Ja za to wkręciłem się na maksa. Do tego stopnia, że zdarzało mi się zarywać nocki, aby do samego końca śledzić wynik spotkań. Dość szybko też pojawiła się pokusa obejrzenia meczu baseballu na żywo i przeżycia nowych, nieznanych dotąd wrażeń. I tak  wylądowałem na lotnisku JFK, by dzień później pójść na mecz „Jankesów” z „Czerwonymi Skarpetkami”. Moja ekscytacja sięgała zenitu. Nowy Jork, baseball i słynny Yankee Stadium. Gratka dla takiego fana jak ja.

W drodze na stadion zauważyłem jednak, że coś jest nie tak. Kibice nie zachowywali się „tak jak powinni”: zero okrzyków bojowych, żadnych przyśpiewek, machania szalikami, dmuchania w trąbki czy w znane z MŚ w RPA wuwuzele. Nie zauważyłem też, aby jakaś grupka osób zataczała się pijana przed bramkami wejściowymi; w Polsce i Anglii zdarzało się to często, choć rzecz jasna nie stanowiło żadnej normy kulturowej wśród fanów. Tutaj jednakże trudno było nawet o odosobniony przypadek pijaństwa. Pomyślałem: co jest grane?

Wszyscy zachowywali się strasznie spokojnie i tak bardzo grzecznie, że przez chwilę zwątpiłem w to, że mam w ręku wejściówkę na wielkie derby, najbardziej prestiżowe starcie między dwoma największymi rywalami tej dyscypliny. Wyglądało to tak, jakbym zmierzał na lokalny festiwal smaków, a nie miejsce kultu amerykańskich gladiatorów. Czułem niemałe zaskoczenie.

Uznałem jednak, że nie warto przejmować się nieudanym wstępem, bo skoro duch sportowej rywalizacji nie wstąpił w nikogo przed obiektem, to dojdzie do tego w środku, gdy wszyscy zebrani usiądą już na swoich miejscach i powoli, jeden za drugim zaczną przesiąkać jego mocą. Może takie są bejsbolowe zwyczaje.

Gdy znalazłem się już wewnątrz obiektu, zrozumiałem, że właściwie nic nie wiem o tej grze. Wbrew oczekiwaniom, ponad 40 tysięcy osób ubranych w biało-niebieskie pasiaste koszulki i czapki ze słynnym logiem „NY” przybyło do świątyni baseballu urządzić sobie… piknik.

 

To nie żart. Co druga osoba, którą mijałem, miała w ręce hot doga lub piwo. Ludzie przynosili na swoje miejsca ogromne kubełki frytek, popcornu lub skrzydełek (niektórzy dobierali do kompletu czteropaki z litrowymi Pepsi, albo pokaźną porcję lodów) i brudzili bezwstydnie w nich ręce. Jeśli ktoś miał ochotę na dokładkę, nie czekał, jak w piłce, do następnej przerwy, tylko od razu udawał się do punktu gastro. Mega-obżarstwo i totalny brak powściągliwości. Masowej uczcie towarzyszyły salwy śmiechu, radosne pogaduszki o błahostkach, bujanie się w rytm przedmeczowej muzyki. Muzyki popularnej, współczesnych hitów, a nie klubowego hymnu.

W rzędzie przede mną dwójka mężczyzn w średnim wieku rozmawiała na temat cen ubezpieczeń samochodów, a nastolatka dwa siedzenia dalej przez większość czasu gapiła się na telefon, by w połowie meczu zerwać się z miejsca i zatańczyć w rytm puszczonej muzyki.

Byłem zdumiony. Nie myślałem, że stadion sportowy może służyć jako przestrzeń do pożerania fast-foodów, pogawędek o życiu, śpiewania przebojów, tańca; zabawy zupełnie niezwiązanej ze sportem. Czy kogoś w ogóle obchodziło to, co się działo na boisku? Nie wiem.

Mam pewność co do jednego. Baseball w odróżnieniu od piłki nożnej pozwala ci decydować, jak chcesz spędzić podczas meczu czas. A możesz robić, co tylko chcesz, w dodatku bez poczucia skrępowania czy obawy przed ominięciem „zagrania roku”. Skąd taki komfort? Sympatycy widocznie uważają, że baseball jest dla ciebie, a nie ty dla baseballu.

 

A co w sytuacji, gdy tak jak podczas meczu piłki, chcesz poświęcić mu całą swoją uwagę? Cóż, ja spróbowałem. Skończyło się źle:

w połowie spotkania nie wytrzymałem tempa i… zasnąłem.                             (Pismo prywatne)

/ prawie jednym zdaniem...

luty '23 (6)

sundance festival.avif
sundance festival 4.avif
sundance festival 3.avif
sundance festival 2

SUNDANCE  FILM  FESTIVAL

SLAMDANCE  FILM  FESTIVAL

Park City - Utah

ZBIGNIEW BANAṠ

W Park City w Stanie Utah zakończyła się (29 stycznia 2023 roku) kolejna edycja festiwalu filmowego Sundance, założonego prawie 40 lat temu przez Roberta Redforda. Sundance co roku oferuje największy przegląd światowego kina niezależnego i jest miejscem, gdzie odkrywa się nowe talenty. Konkursowe filmy podzielone są na tytuły fabularne, dokumentalne i krótkometrażowe. W dodatku są oddzielne kategorie dla filmów amerykańskich i zagranicznych.

W tym roku nagrodę główną spośród amerykańskich fabuł zdobył poruszający dramat pod tytułem "A Thousand and One", o kobiecie, która porywa dziecko z domu zastępczego i wychowuje jako własne. 

Wśród filmów fabularnych z zagranicy triumfowała przewrotna brytyjska tragikomedia "Scrapper". To historia 12-letniej dziewczynki

z dużą wyobraźnią, która po śmierci matki mieszka w dawno niewidzianym ojcem.

W konkursie filmów dokumentalnych triumfowały "Going to Mars: The Nikki Giovanni Project", intymny amerykański portret tytułowej poetki, oraz "The Eternal Memory" z Chile, o kochającej się parze starszych osób, z których jedna zmaga się z postępującym zanikiem pamięci.

W kategorii zagranicznych dokumentów był również prezentowany, jako światowa premiera, polski film "Pianoforte" w reżyserii Jakuba Piątka. Jest to bardzo dojrzała i trzymająca w napięciu opowieść o młodych, ale już wybitnych pianistach, uczestniczkach

i uczestnikach legendarnego Konkursu Chopinowskiego w Warszawie. Film ten otrzymał pozytywne recenzje, aczkolwiek nie znalazł uznania w oczach jury. 

Jakub Piatek

Jakub Piątek

Kadr z filmu "Pianoforte"

Równocześnie z festiwalem Sundance w Park City odbywał się inny festiwal kina niezależnego Slamdance. To młodszy konkurent, na którym pokazywane są zwykle tytuły mające już swoje wcześniejsze premiery. Na tym festiwalu również byli obecni polscy twórcy,

a film dokumentalny "Silent Love" w reżyserii Marka Kozakiewicza otrzymał specjalne wyróżnienie jury. "Silent Love" pokazuje życie niekonwencjonalnej rodziny w konserwatywnym otoczeniu małej polskiej wsi. 

Innym polskim filmem, prezentowanym w tym roku na Slamdance była krótkometrażowa animacja pod tytułem "Hierofania"

w reżyserii Marii Nitek.

W sumie tegoroczne edycje Sundance i Slamdance organizowane po raz pierwszy na żywo po okresie pandemii wydają się sugerować, że świat kina się trochę zmienił. Wielu widzów oglądało festiwalowe projekcje w domu, a nie w kinach i nawet fizyczna obecność gwiazd nie zawsze gwarantowała pełne sale.  Liczne filmy o tematyce społeczno-politycznej polaryzowały widownię,

a w wielu przypadkach nie znajdowały nabywców. 

Najwięcej, bo 20 milionów dolarów zapłacono za prawa do dystrybucji thrillera "Fair Play". Czy ten tytuł zostanie zwycięzcą oskarowym, tak jak miało to miejsce w ubiegłym roku w przypadku innego przeboju z festiwalu Sundance, filmu "Coda", zobaczymy.

ludzie i obyczaje  historia

luty '23 (6)

Wszystko to już było dużo wcześniej...

JOANNA GRABOWSKA

... czyli pięć uderzających podobieństw między obecnymi czasami i starożytnym Rzymem.

Absurdalnie wysokie zarobki sportowców, graffiti na miejskich murach, bikini, lalka Barbie, domowe zwierzęta... To wszystko już było...

Koloseum

Rzym, Koloseum / fot.: Nick Fewings (domena publiczna)

,Gajusz-Apulejusz-Diokles.avif

Gajusz Apulejusz Diokles / fot.: Wikipedia (domena publiczna)

1. Najbogatszy sportowiec wszech czasów

Znawca starożytności Peter Struck z Uniwersytetu Pensylwania twierdzi, że najlepiej opłacanym sportowcem wszech czasów był... powożący rydwanami Gajusz Apulejusz Diokles.

          Jego kariera trwała 24 lata. Zarobił 35 863 120 sestercji. Pięć razy więcej niż najlepiej opłacani zarządcy rzymskich prowincji

w tym czasie. Prof. Struck obliczył, że dziś byłoby to 15 miliardów dolarów!

Największe gwiazdy dzisiejszego sportu - zarabiający dziesiątki milionów dolarów rocznie piłkarze Cristiano Ronaldo i Leo Messi czy tenisista Roger Federer -  nie mają szans na doścignięcie Dioklesa. Nawet gdyby grali i zwyciężali jeszcze przez wiele lat.

Diokles urodził się w 102 roku n.e. w dalekiej prowincji rzymskiej Luzytania. To dzisiejsza Portugalia i południowo-zachodnia Hiszpania. Tak jak wszyscy woźniczy, rekrutowani do wyścigów rydwanów, pochodził z biednej rodziny. Prawdopodobnie był analfabetą. Kiedy przechodził na emeryturę, jego fani i inni zawodnicy złożyli się  (146 rok n.e.) na inskrypcję, w której opisali wszystkie jego największe sukcesy. Inskrypcja ta mówi, że w wieku „42 lat, 7 miesięcy i 23 dni” był „mistrzem nad mistrzami wśród woźniców”.Diokles miał dużo szczęścia. Nie tylko zarobił krocie, ale też uszedł z życiem ze wszystkich 4257 wyścigów, w jakich brał udział. Wygrał 1462 z nich, 815 razy był drugi. Większość jazd - bardzo brutalnych, pełnych przemocy i podstępów - rozegrał

w rzymskim Circus Maximum, które na cotygodniowych wyścigach gromadziło ćwierć miliona widzów.

2. Antyczna lalka Barbie

Dziewczynki w starożytnym Rzymie, tak jak współcześnie, bawiły się lalkami, które miały kształty i twarze dorosłych kobiet.

Te antyczne „Barbie” wykonane były z kości słoniowej, bursztynu, drewna lub gliny. Wyglądały tak, jakby pochodziły z arystokratycznych rodzin. Miały wyszukane i modne uczesania rzymskich patrycjuszek, a niekiedy także biżuterię.

          Ich twarze były rzeźbione z wielką troską o detale. Ręce tych lalek zginały się

i poruszały w stawach łokciowych i barkowych, a nogi – w stawach biodrowych

i w kolanach. Dzięki temu łatwo można było je przebierać.

Niektórzy naukowcy uważają, że kiedy rzymskie dziewczynki osiągały młodość, ich lalki były ofiarowywane Dianie, bogini płodności, przyrody i łowów.

Natomiast gdy dziewczynki umierały przedwcześnie, lalki wraz z innymi zabawkami wkładano im do grobu. Jeden z takich pochówków robotnicy budowlani znaleźli w lutym 1964 roku na obrzeżach Rzymu. W sarkofagu, obok mumii 7-8-letniej dziewczynki, leżała wśród innych zabawek lalka z kości słoniowej z wyrzeźbionym na szyi naszyjnikiem. Zabawka miała około 24 centymetrów wysokości i wyraźnie zaznaczone piersi i biodra dorosłej kobiety. Dziewczynka zmarła około 150 roku n.e. na gruźlicę. Musiała pochodzić

z bardzo bogatej rodziny - jej ciało było zabalsamowane.

Lalka, którą znaleziono w grobie dziewczynki, zmarłej w Rzymie około 150 roku n.e.  / Muzeum Narodowe w Rzymie (domena publiczna)

starożytna lalka
,Mozaika-na-podlodze-willi-del-Casale.avif

Mozaika na podłodze willi del Casale  Jos Dielis / Wikipedia (domena publiczna)

3. Starożytne bikini

Dwuczęściowy kostium kąpielowy o nazwie bikini nie jest wynalazkiem projektantów mody XX wieku. Bikini znane było w Rzymie co najmniej 1700 lat wcześniej.

Dowód na to znajduje się na ścianach letniskowej willi del Casale koło miasta Piazza Armerina na Sycylii.

Dom został wybudowany w latach 320-350 n.e. dla bardzo bogatej rzymskiej rodziny. Jego ściany są ozdobione wspaniałymi mozaikami z pejzażami, scenami polowań, walk

i wyścigów. W jednym z pokoi na mozaikach podłogowych przedstawiono dziesięć dziewcząt w dwuczęściowych strojach, przypominających bikini. Ale nie były to plażowiczki.

Każda z dziewcząt pokazana jest w trakcie wykonywania jakichś ćwiczeń: biegów, skoków, rzutu dyskiem, gry w coś

w rodzaju piłki ręcznej. To dlatego, że w czasach rzymskich

bikini było noszone podczas treningów i zawodów sportowych przez atletki, kobiety uprawiające sport. Nierzadko szyto je z miękkiej skóry. Z lnianej tkaniny natomiast robiono bikini, które służyło jako bielizna. Składało się z dwóch przepasek. Ta na piersi nazywała się strophium lub mamillare, a na biodra – subligaculum.

4. Starorzymskie graffiti

Miasta Imperium Rzymskiego były strasznie pobazgrane graffiti. Jak bardzo? Wystarczy spojrzeć na mury Pompejów i Herkulanum, wydobywane przez archeologów spod popiołów Wezuwiusza.

24 sierpnia 79 roku wulkan wybuchł. Oba miasta, wraz z tysiącami mieszkańców, zniknęły pod lawą i popiołami. Do dziś zachowały się pod nimi nawet takie detale jak wyskrobane i wymalowane na ścianach domów napisy i rysunki.

Okazuje się, że to, co w naszych czasach uchodzi za wandalizm,

w Imperium Rzymskim było dozwolone. Na ścianach Pompejów naukowcy znaleźli dotąd ponad 10 tysięcy graffiti (treść wydrapana) i dipinti (treść namalowana).

Kiedy się je czyta i ogląda, trudno oprzeć się wrażeniu, że ci ludzie sprzed blisko 2 tysięcy lat żyli tymi samymi sprawami jak my. Informowali więc i obrażali: „Byłem tu”, „Pieniądze nie śmierdzą”, „Nic nie może wiecznie trwać”, „Opiuszu, jesteś błaznem, złodziejem i zwykłym oszustem!”. Często żartowali: „Drobni

,Napis-na-murze-popiera-kandydature-Gaiusza-Atejusz

Napis na murze popiera kandydaturę Gaiusza Atejusza do objęcia funkcji publicznej / fot.: wikipedia (domena publiczna)

złodzieje żądają wyboru Vatii jako edyla!” (edyl nadzorował targi i lokalną milicję; w sierpniu 79 roku w Pompejach przygotowywano się do wyborów).
              Obok wyznań, karykatur, myśli filozoficznych i dowcipów było też mnóstwo wulgaryzmów 
i przekleństw. A to znaczy, że starożytni Rzymianie wcale nie byli tak nobliwi i kulturalni, jak to wynika z ich literatury i sztuki.
Ale uwaga: o wulgarności nie świadczyły fallusy w erekcji, umieszczone przy wejściach do domostw, które szokują wszystkie wycieczki zwiedzające Pompeje. Fallus był po prostu w tamtych czasach symbolem płodności. Wydrapany lub wymalowany przy wejściu miał zapewnić szczęście domowi.

5. Cave canem, czyli „Uważaj na psa”!

Kiedy się przyjrzeć mozaikom rzymskim, choćby tym z Pompejów, to widać, że starożytni Rzymianie lubili trzymać w domach zwierzęta. Według naukowców początkowo były to głównie nieduże psy. Jednak w pierwszym stuleciu naszej ery wśród zamożnych Rzymian zaczęła się szerzyć moda na „domowych psich stróży”.

          To w tym czasie na mozaikach podłogowych przy wejściach pojawił się napis „Cave canem” („Uważaj na psa!”). Zupełnie jak na współczesnych drzwiach i furtkach.

Przedstawiane na mozaikach psy miały mocną budowę, wyszczerzone długie kły, krótkie, stojące uszy i łapy trochę przypominające kocie.

Ludzie mniej zamożni na „domowych stróży” fundowali sobie czasami gęsi. Nie narzekali. Według legendy ptaki te miały pewnej nocy w 390 roku p.n.e. uratować miasto Rzym przed Galami. Podczas zbliżającego się ataku gęsi gęgały tak głośno, że pobudziły śpiących rzymskich żołnierzy, którzy rzucili się do obrony miasta.

W tym samym czasie, gdy psy stały się bardziej stróżami niż towarzyszami, w rzymskich domach pojawiło się więcej kotów, gołębi, papużek, a także kaczki i kruki.

Swoje „maskotki domowe” mieli również cesarze: Julisz Cezar (panował w latach 49-44 p.n.e.) – żyrafę, która go fascynowała, Klaudiusz (41-54 n.e.) - brytyjskie pitbulteriery. Takie same, jakie legioniści rzymscy wykorzystywali do rozbrajania pierwszych linii wroga podczas podboju Brytanii. Domicjan (81-96 n.e.) i Karakalla (198-217 n.e.) mieli lwy. Ale byli i tacy cesarze, którzy kochali króliki.

ludzie i obyczaje

luty '23 (6)

nastolatek z telefonem

Media społecznościowe
powodują izolację nastolatków

VALERIA SABATER

Czy masz w rodzinie nastolatka, który nigdy nie rozstaje się ze swoim telefonem komórkowym i spędza dużo czasu w swojej sypialni? Być może po prostu potrzebuje prywatności. Sytuacja ta staje się problematyczna, jeśli pojawiają się u niego objawy uzależnienia od mediów społecznościowych

Co jest najważniejsze w życiu nastolatka? Gdybyśmy dzisiaj zadali to pytanie młodym ludziom, najprawdopodobniej powiedzieliby, że ich przyjaciele. Nie jest to zaskakujące, ponieważ wystarczy cofnąć się myślami do okresu, gdy sami byliśmy nastolatkami, aby przypomnieć sobie znaczenie kontaktów społecznych w naszym codziennym życiu, nasze przyjaźnie, a nawet nasze pierwsze miłości. Niestety, w obecnych czasach coraz częściej możemy zaobserwować, jak media społecznościowe powodują izolację nastolatków.

Gdyby dzisiejsi nastolatkowie zastanowili się nad swoim zachowaniem, odkryliby, że dla wielu z nich najważniejsze jest połączenie

z Internetem i telefon komórkowy. Chociaż eksperci zalecają, aby nie dawać urządzeń elektronicznym dzieciom i młodzieży poniżej 15 roku życia, według Narodowego Instytutu Statystyki, 66 procent dzieci w wieku od dziesięciu do piętnastu lat ma już telefony komórkowe.

I tu pojawia się największa ironia tej sytuacji. Młodzi ludzie używają swoich urządzeń do celów towarzyskich, aby zwiedzać świat

i pozostawać w kontakcie z rówieśnikami. Z drugiej strony, media społecznościowe powodują izolację nastolatków. Coraz bardziej dystansują się oni od swojego otoczenia, a w szczególności od własnych rodzin.

Dlaczego tak się dzieje? Jakie mogą być konsekwencje tej sytuacji?

Mózg, zwłaszcza nastolatka, nie jest przygotowany do izolacji społecznej. Jeśli ponadto znaczna część interakcji młodych ludzi pochodzi z wirtualnego wszechświata technologii, prawdopodobnie pojawią się u nich problemy ze zdrowiem psychicznym.

Bezpieczna przestrzeń sypialni i połączenie internetowe

Kiedy dziecko osiąga wiek dojrzewania, często chce mieć własną przestrzeń. Młodzi ludzie potrzebują swojego prywatnego schronienia. To wszystko jest częścią ich rozwoju psychospołecznego. Jest to również coś, co często uruchamia dzwonki alarmowe

u rodziców, ale jest to dynamika, do której musimy się przyzwyczaić, gdy nasze dzieci osiągają wiek nastoletni.

W tym pragnieniu intymności i prywatności nastolatki czynią ze swoich sypialni ekskluzywne sanktuaria, do których nikomu nie pozwalają wejść. Problem polega na tym, że często sanktuaria te są otoczone murem izolującym młodzież od świata. Czasami nawet nastolatki upierają się, żeby jeść tam posiłki, spędzając znacznie mniej czasu w towarzystwie rodziców i rodzeństwa.

W ostatnich dziesięcioleciach, wraz z pojawieniem się nowych technologii (choć nie są one już takie nowe), sytuacja ta nieco bardziej się skomplikowała. Istnieje bezpośredni związek między potrzebą izolacji nastolatków a mediami społecznościowymi. Platformy takie jak Youtube, Twitch i TikTok są ich oknami do rozrywki, odkrywania świata i utrzymywania kontaktów społecznościowych.

W końcu po co mieliby wychodzić na zewnątrz, skoro wszystko, czego potrzebują, mają przed sobą na ekranie?

Pomimo faktu, że nastolatki wchodzą w interakcje z innymi ludźmi w swoich mediach społecznościowych i aplikacjach, doświadczają także większego poczucia samotności. Nie zawsze zachęca ich to jednak do opuszczenia sypialni i szukania innych form rozrywki.

Media społecznościowe powodują izolację nastolatków

Jako istoty ludzkie jesteśmy istotami społecznymi. Z tego powodu nastolatki zazwyczaj uwielbiają spotykać się z przyjaciółmi. Niektórzy z nich wolą jednak spędzać więcej czasu w swoich sypialniach, przyklejeni do ekranów swoich urządzeń. Ten równoległy wymiar pochłania cały ich czas i pozbawia możliwości bliższego kontaktu ze światem.

Wielu rodziców jest zaniepokojonych mediami społecznościowymi i izolacją ich nastolatków. Możemy spróbować zaproponować naszym nastolatkom alternatywy, takie jak uprawianie sportu, zapraszanie przyjaciół lub zorganizowanie jakiejś formy spędzania wolnego czasu. Ale to nie zawsze zadziała. To dlatego, że TikTok przejmuje ich uwagę i uzależnia. Lub zawsze jest ktoś, kogo mogą obserwować na Twitchu lub YouTube.

Zwolnienie mózgu

W okresie dojrzewania mózg przechodzi przez kluczowy okres w swoim rozwoju. Jego architektura neuronowa wciąż się formuje

i istnieje wiele obszarów, które w pełni rozwiną się dopiero po 20 roku życia. Każde doświadczenie, interakcja, nawyk i praktyka kształtuje mózg nastolatka w lepszy lub gorszy sposób.

Badania przeprowadzone przez Emory University w Atlancie (USA) potwierdzają, że okres dojrzewania jest krytycznym etapem,

w którym doświadczenia społeczne optymalizują zdolność do osiągania celów w życiu dorosłym. Sugeruje to, że jeśli młodzi ludzie

w wieku od 12 do 18 lat zdecydują się na izolację, ich mózgi doświadczą pewnych zmian.

Ten brak stymulacji i więzi społecznych wpływa na podejmowanie decyzji, zdolność do osiągania sukcesów i zdrowie psychiczne. Wydaje się, że sam fakt braku przyjaciół lub posiadania kruchych relacji społecznych wpływa na ich rozwój psychospołeczny.

Izolacja, media społecznościowe i nieszczęście

TikTok bawi nastolatków. Rozśmiesza ich, zachęca do podejmowania nowych wyzwań, łączenia się z przyjaciółmi i zapewniania sobie wzajemnego wsparcia społecznego. WhatsApp pozwala im rozmawiać ze znajomymi o każdej porze dnia i nocy. Świat mediów społecznościowych i technologii nie zawsze jednak czyni ich szczęśliwszymi.

Wielu nastolatków odkrywa życie i zaczyna kształtować swoją tożsamość w swoich pokojach i przed ekranami telefonów. Niektórzy uznają te doświadczenia za pozytywne i wzbogacające. I wręcz przeciwnie, u innych wystąpią problemy ze zdrowiem psychicznym. Badanie przeprowadzone przez Johns Hopkins School of Medicine (USA) podkreśla, w jaki sposób korzystanie

z mediów społecznościowych wiąże się ze wzrostem depresji i zachowań samobójczych u nastolatków.

Media społecznościowe pogłębiają wiele negatywnych zjawisk, od porównań społecznych po tworzenie zniekształconego obrazu siebie. U nastolatków wzrasta uczucie niepokoju i zniechęcenia, co prowadzi do niskiej samooceny. Wpływa to na ich życie i zaburza ich samoocenę. Im większe uzależnienie od cyfrowego świata, tym większa potrzeba izolacji u nastolatków. A co za tym idzie – tym większe uczucie zniechęcenia.

To nierozsądne prosić nastolatka, aby nie spędzał tak dużo czasu przy komputerze lub telefonie komórkowym, kiedy jego rodzice robią dokładnie to samo.

Uzależniające aplikacje

Niezaprzeczalnym faktem jest to, że platformy takie jak Instagram czy TikTok są stworzone do tworzenia uzależnień. W dzisiejszych czasach większą wartość przywiązuje się do filmów niż do prostych postów z wiadomościami. Jest tak, ponieważ tworzą one większe poczucie przyciągania w mózgu. Dodajmy do tego doskonale zaprogramowane algorytmy, które oferują nam treści, które lubimy, a godziny z telefonem w ręku miną niezwykle łatwo, podczas gdy my nawet nie będziemy zdawać sobie z tego sprawy.

Nastolatki mają dodatkowo więcej problemów z utrzymaniem samokontroli. To wyjaśnia ich problemy z unikaniem korzystania

z telefonów komórkowych.

Jak odnieść się do problemu izolacji z powodu mediów społecznościowych?

Wiemy, że izolacja i media społecznościowe są bezpośrednio ze sobą połączone i że dotyczy to szczególnie nastolatków. Co możemy jednak zrobić w tej kwestii? Oto kilka wskazówek, jeśli napotkasz ten problem:

  • Edukuj swoje dzieci już od najmłodszych lat w zakresie zdrowego korzystania  z technologii. 

  • Unikaj oferowania im telefonu komórkowego przed 15 rokiem życia, czyli wiekiem zalecanym przez ekspertów.

  • Nie pozwól im mieć komputera w sypialni. Lepiej zainstalować go w miejscu ogólnodostępnym, gdzie można nadzorować jego użytkowanie.

Hands Using Smartphone
  • Zaplanuj godziny korzystania z Internetu. Poza tymi ramami czasu (a zwłaszcza w nocy) upewnij się, że go nie używają.

  • Monitoruj, w jaki sposób najmłodsi korzystają z mediów społecznościowych.

  • Upewnij się, że jesteś najlepszym wzorem do naśladowania dla swoich dzieci. Bądź przykładem.

  • Upewnij się, że Twoje nastolatki podejmują działania, które promują ich więź społeczną ze światem zewnętrznym i poza ich sypialniami. Sport, nauka muzyki lub taniec to dla nich sposoby łączenia się ze światem zewnętrznym.

Niezwykle ważne jest zaoferowanie im mechanizmów zdrowszego korzystania z mediów społecznościowych. Niestety, nie zawsze będzie to możliwe, ponieważ twórcy tych platform internetowych stawiają sobie za cel, abyśmy jako użytkownicy spędzali na nich jak najwięcej czasu.

BIBLIOGRAFIA

  • Almeida ILL, Rego JF, Teixeira ACG, Moreira MR. Social isolation and its impact on child and adolescent development:                         a systematic review. Rev Paul Pediatr. 2021 Oct 4;40:e2020385. doi: 10.1590/1984-0462/2022/40/2020385. PMID: 34614137; PMCID: PMC8543788.

  • Hinton EA, Li DC, Allen AG, Gourley SL. Social Isolation in Adolescence Disrupts Cortical Development and Goal-Dependent Decision-Making in Adulthood, Despite Social Reintegration. eNeuro. 2019 Sep 23;6(5):ENEURO.0318-19.2019. doi: 10.1523/ENEURO.0318-19.2019. PMID: 31527057; PMCID: PMC6757188. 

  • Su C, Zhou H, Gong L, Teng B, Geng F, Hu Y. Viewing personalized video clips recommended by TikTok activates default mode network and ventral tegmental area. Neuroimage. 2021;237:118136. doi:10.1016/j.neuroimage.2021.118136

  • Wilmer HH, Chein JM. Mobile technology habits: patterns of association among device usage, intertemporal preference, impulse control, and reward sensitivity. Psychon Bull Rev. 2016;23(5):1607-1614. doi:10.3758/s13423-016-1011-z.

nauka 

luty '23 (6)

USTA-USTA

JAKOB WETZEL

Opryszczka ma też swoją dobrą stronę. Co prawda bywa mocno denerwująca, ponieważ wywołuje swędzenie, pęcherzyki i ranki pośrodku twarzy. Deprymujące jest też to, że patogen nigdy nie znika całkowicie z organizmu. Ale wirusy opryszczki są też bardzo przydatne – przynajmniej w świecie nauki. Ponieważ ich genom można analizować i śledzić w czasie, naukowcy mogą ustalić, kiedy i jak się rozprzestrzeniał, tj. kiedy ludzie się zarażali. Dzieje się to często drogą kropelkową, czyli przez usta. Wirusy dostarczają zatem rzadkiego naukowego spojrzenia na historię pocałunków – a tym samym na obszar historii kultury, który w inny sposób jest trudny do uchwycenia.


Naukowcy pod kierunkiem genetyk Meriam Guellil

z uniwersytetu w Tartu i Lucy van Dorp z University College London porównali współczesne i starożytne DNA wirusów opryszczki. W czasopiśmie „Science Advances” donoszą: Chociaż wirusy opryszczki istnieją od milionów lat, szczep wirusa HSV-1, który jest dziś szeroko rozpowszechniony, zadomowił się w Europie dopiero w ciągu ostatnich 5 tys. lat. Imigranci ze stepu eurazjatyckiego, którzy parli na Zachód, zwłaszcza w epoce brązu, mieli w bagażu nowe wirusy opryszczki. I nie tylko je, lecz także sposób na jak najszybsze rozprzestrzenianie się wirusa. Podczas gdy wcześniej wirus opryszczki przenosił się głównie

z matki na dziecko, imigranci przywieźli do Europy nowinkę: romantyczny pocałunek.
 

Światowy ewenement

Pocałunek, tak wszechobecny dziś w Europie, jest zatem dobrem importowanym. Niegdyś nie było rzeczą oczywistą, że kochający się ludzie całują się w usta. Zespół naukowców, kierowany przez antropologa Williama R. Jankowiaka

z Uniwersytetu Nevada, w artykule opublikowanym na łamach czasopisma „American Anthropologist” stwierdził, że teza, jakoby całowanie zawsze było powszechne na całym świecie, jest jednym wielkim nieporozumieniem. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że ludzie Zachodu mają tendencję do postrzegania własnej kultury jako normalnej.

Karol Darwin zakładał, że całowanie występuje w 90 procentach kultur na całym świecie.

Jednak naukowcy pod kierunkiem Jankowiaka porównali ze sobą ponad 168 kultur, korzystając z bazy danych oraz ocen etnologów

i doszli do wniosku, że tylko w 77 kulturach, czyli nawet nie w połowie uwzględnionych przypadków, ludzie z miłości całowali się w usta. Im bardziej złożone społeczeństwo, tym częściej ludzie w ten sposób dają sobie buziaki. To zjawisko kulturowe jest najbardziej rozpowszechnione na Bliskim Wschodzie, w Azji i Europie. Z kolei najrzadziej całują się ludzie w Afryce, Ameryce Środkowej

i Południowej.

Na pierwszy rzut oka całowanie wydaje się dobrze zbadane.

W ostatnich latach naukowcy zebrali wiele ekscytujących,

a czasem nieco dziwacznych faktów. Na przykład, że pocałunki zapewniają zdrowie: podczas intensywnego pocałunku wymienia się 80 milionów zarazków, co ćwiczy układ odpornościowy i może nawet złagodzić reakcje alergiczne. W zależności od techniki buziak wprawia w ruch ponad 30 mięśni. Badacze pocałunków nazywani są filematologami, natomiast osoby z patologicznym lękiem przed całowaniem się cierpią na filemafobię. Dwie trzecie osób w trakcie pocałunku instynktownie przechyla głowę w prawo, pozostali

– w lewo. Preferencja rozwija się w łonie matki.

Jednak jak i dlaczego w ogóle doszło do buziaka w usta? Pojawiają się przeróżne wyjaśnienia. Niektóre teorie należą oczywiście do sfery legend. Na przykład grecki pisarz Plutarch twierdził, że Romulus, założyciel miasta, zabronił kobietom picia wina,

a mężczyźni mieli sprawdzić w ten sposób – ustami – czy kobiety faktycznie tego przestrzegają. W ten sposób powstała legenda, że obie strony zasmakowały w tym „sprawdzaniu” i całowanie zostało wymyślone z potrzeby kontroli – czego sam Plutarch w ogóle nie twierdził. Ów Grek natomiast wymienia inną teorię, którą przypisuje filozofowi Arystotelesowi. Według niej po zniszczeniu rodzinnego miasta i ucieczce do Italii, kobiety z Troi uznały, że podróż dobiegła końca i spaliły statki. Aby uspokoić swoich mężów, zapieczętowały ich gniewne usta pocałunkami. Pocałunek byłby więc strategią załagodzenia sytuacji, wymyśloną przez przybyszki ze Wschodu.

Przeżuj i przekaż

Nauka na poważnie zainteresowała się pochodzeniem całowania

w XIX wieku. Karol Darwin przypisywał tę praktykę kulturową ludzkiej potrzebie bliskości. W swojej pracy „Wyraz uczuć u człowieka

i zwierząt” opublikowanej w 1872 r. uważał pocałunek wprawdzie nie za wrodzony, ale za wyuczony. Ludzie chcieli się dotykać. Tam, gdzie nie całowali się w usta, zastępowali to na przykład wzajemnym głaskaniem się lub pocieraniem nosa o nos.

Według innych badaczy wszystko zaczęło się od jedzenia. Austriacki zoolog i etolog Irenäus Eibl-Eibesfeldt i jego brytyjski kolega Desmond Morris zinterpretowali pocałunek jako relikt karmienia się nawzajem metodą usta-usta. Podobnie jak w przypadku ptaków, rodzice prehistorycznych

i wczesnych ludzi przeżuwaliby jedzenie, a następnie wpychali je do wciąż bezzębnych ust swoich dzieci. Eibl-Eibesfeldt, który zmarł w 2018 roku, udokumentował ten rodzaj karmienia metodą pocałunków w istniejących współcześnie kulturach, takich jak Himba w Angoli i Namibii. W ten sposób jego zdaniem powstawał swoisty rytuał dodawania otuchy

i przywiązania.

Zygmunt Freud argumentował inaczej, a jednak na swój sposób podobnie. Według twórcy psychoanalizy całowanie przypominało ssanie piersi matki.

W tym sposobie żywienia się we wczesnym dzieciństwie Freud dostrzegał również pierwszą przyjemność seksualną człowieka. Z niej – oprócz pocałunków – rozwinął się również zwyczaj ssania kciuka. Freud nie mógł się domyślić, że za pomocą USG będzie można zaobserwować nienarodzone dzieci ssące kciuki

w macicy, nigdy wcześniej nie zobaczywszy piersi.

Inni naukowcy wywodzili pocałunki z zachowania zwierząt. Na przykład niemiecki psychiatra i kryminolog Paul Näcke zauważył na początku XX wieku, że kocur gryzie kotkę podczas aktu seksualnego. Jest zatem oczywiste, że ludzki buziak „być może pierwotnie służył jako środek fiksacji na ciele podczas stosunku”, twierdzi Näcke. Pocałunek został więc wymyślony przez mężczyznę, aby kobieta nie uciekła mu podczas seksu. Na uwagę zasługuje też fakt, że ślina mężczyzn zawiera testosteron, hormon płciowy, który może zwiększać pożądanie u kobiet.

Według ostatniej hipotezy całowanie jest strategią wyboru partnera. Wedle seksuolożki Ingelore Ebberfeld jest to podobne do obwąchiwania się wśród zwierząt. „Całowanie zawsze kojarzy się z wąchaniem. Wąchając i smakując się nawzajem, całujący mogli sprawdzić, czy chemicznie do siebie pasują. Dzięki tej tezie można wyjaśnić nie tylko pocałunki w usta, lecz także poniżej talii” – napisała Ebberfeld w swojej książce „Kiss Me”. Zwierzęta również obwąchują sobie nawzajem genitalia,

a wcześni ludzie robili to samo: „Nasi przodkowie zwykli wąchać

i lizać pośladki, aby nawiązać kontakt seksualny, ale kiedy ludzie się wyprostowali, ten kontakt został przesunięty z „dołu na górę ”. Pocałunek byłby więc czynnością zastępczą dla obwąchiwania – i konsekwencją wyprostowanej postawy ciała.

Wyjątkową rolę odgrywa tu grupa genów, które są szczególnie ważne dla układu odpornościowego i kształtują naturalny zapach ciała każdego człowieka: tzw. główny układ zgodności tkankowej (MHC). Prowadzonych jest wiele badań dotyczących jego znaczenia dla doboru partnerów.  

Dla spokoju, reprodukcji, aby się wzajemnie nakarmić? Dlaczego ludzie zaczęli się całować? Nic w tej historii nie jest oczywiste.

Francesco Havez, 1859

Fragment obrazu "La Baiser", Francesco Hayez, 1859 / Pinacoteca de Brera, Mediolan / fot.: domena publiczna

Fragment obrazu "Pocałunek", Gustaw Klimt , 1907-1908 / fot.: domena publiczna

usta-usta 4

Psyche i Eros,  Fragment fresku z Pompejów / fot.: domena publiczna

Eksperyment szwajcarskiego biologa Clausa Wedekinda stał się sławny w 1995 roku: studentki uniwersytetu w Bernie oceniły zapach T-shirtów, które wcześniej nosili koledzy płci męskiej przez dwie noce. Kobiety w zdecydowanej większości preferowały zapach mężczyzn, których geny wskazywały na inny układ odpornościowy niż ich własny. Naukowcy przypisali to faktowi, że rodzice z różnymi układami odpornościowymi dają swoim dzieciom bardziej zróżnicowany zestaw narzędzi genetycznych do radzenia sobie z chorobami. Naukowcy

z Drezna i Tybingi doszli niedawno do podobnego wniosku: za pomocą kwestionariuszy i analiz DNA ustalili, że osoby, których geny MHC różnią się, częściej zawierają związki partnerskie.

Historia całusów

Ale nawet jeżeli ostatecznie za pocałunkiem stoi analiza biologiczno-chemiczna – pytanie kiedy, gdzie i dlaczego ta kulturowa technika rozwinęła się na tak różne sposoby, jest otwarte. Historycy starożytni nie przykładali do tej kwestii specjalnej wagi.

Zachodni etnolodzy długo wychodzili z założenia, że ludzie

w Chinach i Japonii nie całują się w usta. W Europie pocałunek już dawno stał się powszechny, a nawet wszedł do rytuałów. Wczesny Kościół chrześcijański znał pocałunek pokoju, składany na ustach, jako pozdrowienie. Później całowano usta, policzki, dłonie, stopy, sygnety, a nawet krzyże. Inaczej było na Dalekim Wschodzie: francuski podróżnik do Chin Paul d’Enjoy napisał pod koniec XIX wieku, że miejscowi byli wręcz przerażeni pocałunkami Europejczyków i mówili

o kanibalizmie. A jednak dawna literatura i drzeworyty pokazują, że całowanie było bardzo dobrze znane na Dalekim Wschodzie, ale nie był to gest publiczny. To była praktyka seksualna, więc ludzie Zachodu, tacy jak d’Enjoy, po prostu tego nie widzieli.

Trudno zrekonstruować, kto pierwszy wymyślił pocałunek, czy wynaleziono go każdorazowo w różnych kulturach i jak się rozwijał. Ebberfeld zebrał relikty z przypuszczalnymi motywami całusów z przeszłości, które przynajmniej rzucają światło dzienne na te kwestie. Przypinka do szaty

z Mezopotamii lub Elamu, z trzeciego tysiąclecia p.n.e., przedstawia całującą się parę; pocałunki pojawiają się również w mitach sumeryjskich. Figurka z terakoty ze starożytnego Peru, datowana na okres między 100 p.n.e. a 600 n.e., najwyraźniej przedstawia pocałunek z języczkiem. Rysunek

z prehistorycznego Meksyku przedstawia dwie postacie bogów wymieniające dusze przez pocałunek.

Guellil, van Dorp i ich zespół umieszczają pierwszy dający się wydatować pocałunek w Azji Południowej, w epoce brązu.

A w Europie? Nie wiadomo, w jaki sposób kochankowie podchodzili do siebie w przeszłości. Najstarsze wizerunki ludzi nie dostarczają na ten temat żadnych informacji: ludzie

w Europie Zachodniej zaczęli malować ściany jaskiń skalnych około 40 tys. lat temu i utrzymywali ten zwyczaj do końca ostatniej epoki lodowcowej blisko 10 tys. lat temu. Zachowane motywy zazwyczaj przedstawiają zwierzęta i ludzi polujących. Natomiast pocałunki prehistoryczne nie zostały odkryte – co nie znaczy, że nie istniały. Być może obrazy służyły innemu celowi, a pocałunki po prostu nie miały tam czego szukać.

Według badań nad opryszczką pocałunek dotarł do Europy dopiero w epoce brązu, kilka tysięcy lat później. Na pewno był tu znany najpóźniej w czasach greckich i rzymskich. Świadczy o tym nie tylko legenda o całujących się przybyszach z Troi. Na greckich wazonach i misach pojawiają się również sceny gorących pocałunków. Rzymianie nie mieli wówczas wprawdzie pojęcia o wirusach, ale wiedzieli o infekcjach.

W pierwszym wieku naszej ery cesarz rzymski Tyberiusz zabronił całowania się podczas oficjalnych okazji. Chciał ograniczyć rozprzestrzenianie się chorób. Nie można już dziś wyjaśnić, czy chodziło o opryszczkę.

Jakob Wetzel / SÜDDEUTSCHE ZEITUNG / FORUM

sztuka  

  luty '23 (6)  

Propagatorka
perwersyjnego
malarstwa
Łempicka 7

MAGDALENA WRÓBLEWSKA

Malarka polskiego pochodzenia, Tamara Gorski, późniejsza żona Tadeusza Łempickiego,  jedna z najważniejszych przedstawicielek estetyki art déco, urodziła się prawdopodobnie w Moskwie w 1898 roku. Zmarła w 1980 roku w Meksyku.

Jej ojciec, Borys Gurwik-Gorski był zamożnym rosyjskim Żydem, kupcem lub przemysłowcem. Matka, Malwina z domu Dekler, pochodziła z zamożnej polskiej rodziny. Wraz z rodzeństwem, Adrienne i Stańczyk, Tamara wychowywana była przez matkę

i dziadków Deklerów w Warszawie. Deklerowie należeli do elity towarzyskiej i kulturalnej, zaprzyjaźnieni byli między innymi z Ignacym Janem Paderewskim i Arturem Rubinsteinem. Ojciec zniknął z jej życia, gdy miała zaledwie kilka lat. Okoliczności jego odejścia były bolesną i głęboko skrywaną tajemnicą artystki, która twierdziła, że jej rodzice się rozwiedli, ale przypuszcza się, że Borys Gorski popełnił samobójstwo. Jako dorosła kobieta Łempicka podkreślała, że jest Polką. Sfałszowała prawdopodobnie nawet swoją metrykę, podając jako miejsce urodzenia nie Moskwę, lecz Warszawę. Zarówno próby rekonstrukcji życia, jak interpretacji dzieła malarki pokazują, jak silnie biografia spleciona była z jej twórczością. Nie tylko w obrazach wyczuć można bez trudu atmosferę świata, w którym żyła malarka. Również mitologizowana przez nią własna biografia pokazuje, jak istotny w jej karierze artystycznej był element autokreacji.

W 1911 roku Tamara przeniosła się do swoich krewnych, Stefy i Maurycego Stiferów, do Petersburga. Tutaj uczyła się na kursach rysunku w Akademii Sztuk Pięknych, wieczorami natomiast uczestniczyła intensywnie w życiu towarzyskim i kulturalnym. Stiferowie zabierali ją na przedstawienia baletowe do Teatru Maryjskiego i do prywatnego teatru książąt Jusupowów, na elitarne recitale

i koncerty w Carskim Siole, letniej siedzibie Romanowów. Podczas jednego z balów petersburskich elit poznała swego męża, Tadeusza Łempickiego, młodego prawnika i bon vivanta. Jego rodzina, pochodząca z Warszawy, mieszkała w Sankt Petersburgu

w "rezerwowym pałacu" wielkiego księcia Włodzimierza Aleksandrowicza. Matka, Maria Norwid, była bratanicą Cypriana Kamila Norwida. Tamara poślubiła Łempickiego w 1916 roku w Sankt Petersburgu. W tym samym roku przyszła na świat ich córka, Maria Krystyna, nazywana Kizette. W czasie rewolucji w 1917 roku Tadeusz Łempicki został aresztowany. Po jego uwolnieniu

z więzienia małżonkowie spotkali się w Danii, skąd wyjechali latem 1918 roku do Paryża.

Tamara Łempicka podjęła studia w paryskiej Academie Ranson, u Maurice'a Denisa. Był on wymagającym i metodycznym nauczycielem, pod którego okiem młodzi artyści opanowywali doskonale podstawy komponowania obrazu i zgłębiali tajniki warsztatu malarskiego. Nie bez znaczenia były też jego poglądy na sztukę oraz praktyka malarska, świadcząca przede wszystkim

o przywiązaniu do estetycznego i dekoracyjnego waloru sztuki. Najważniejsze dla Łempickiej okazały się jednak wskazówki kolejnego nauczyciela, Andre Lhote'a, malarza, dekoratora, krytyka i teoretyka sztuki. Był on propagatorem unowocześniania kanonu malarstwa salonowego przez sięganie do formuł malarstwa eksperymentalnego, od impresjonistycznych rozwiązań kolorystycznych, po kubistyczne metody konstruowania przestrzeni w obrazie. Praca Lhote'a nie miała nic wspólnego z awangardowymi poszukiwaniami w ówczesnym malarstwie, które w impresjonizmie, a zwłaszcza w kubizmie, zakwestionowały system obrazowania zakorzeniony w tradycji renesansu. Jego celem było wypracowanie kompromisowej, uładzonej formy, która miała schlebiać konserwatywnym gustom zamożnego mieszczaństwa, a zarazem dawać temu odbiorcy sztuki poczucie, że nabywane przezeń obrazy podążają za "duchem czasu".

passion-by-design-the-art-and-times-of-tamara-de-lempicka

Passion By Design the Art and Times of Tamara de Lempicka / Philadelphia Museum of Art / fot.; prywatna kolekcja

Łempicka nauczyła się w pracowni Lhote'a przede wszystkim sprawnego łączenia nowoczesnych sposobów obrazowania z wielką tradycją akademicką, klasycznymi formami sztuki Poussina, Davida czy Ingresa. Jej prace cechuje postkubistyczna stylizacja,

w której formy budowane są z uproszczonych brył, ale komponowanych w ramach porządku klasycznego. Łempicka pogłębiała stale swe zainteresowania tradycją artystyczną. Zafascynowana sztuką renesansu, podróżowała do Włoch, by studiować dzieła dawnych mistrzów. Pod wpływem tej lekcji malarstwa, stosowała świetliste, czyste i żywe barwy, z niezwykłą precyzją wykańczała każdy szczegół obrazu. Waloru dekoracyjnego dodawały jej pracom wystylizowane, często wręcz manierycznie, formy i postaci. Ten atrakcyjny dla ówczesnego widza splot tradycji i modernizmu oraz wspomniana dekoracyjność, zadecydowały o niezwykłej popularności malarki. W połowie lat dwudziestych, wraz z rozkwitem estetyki art déco, kariera Łempickiej zaczęła się błyskawicznie rozwijać. Wystawiała na paryskich salonach i za granicą, w tym Polsce.

Jej popularność szybko przełożyła się na sukces finansowy. Wypracowana przez Łempicką estetyka odpowiadała gustom zamożnego bourgeois, podobnie jak tematyka podejmowana przez artystkę. Malowała głównie portrety i martwe natury, a nade wszystko akty, które miały zdobić salony zamożnych mieszczan. Arystokratki i żony bogatych przemysłowców masowo zamawiały

u niej portrety, najczęściej naturalnej wielkości. Ilość tych zamówień powodowała niemal masową produkcję obrazów, Łempicka

w tym okresie malowała niekiedy po kilkanaście godzin dziennie. Natomiast krytycy sztuki odnosili się do jej prac często niechętnie, w ich ocenach mieszane są zresztą różne kategorie, od estetycznych po etyczne, gdy potępiali malarkę za "cielesność graniczącą

z kiczem lub przynajmniej grzechem". Nazywali ją "propagatorką perwersyjnego malarstwa", zwracając uwagę na jawnie homoerotyczny charakter jej aktów. Oczywiście ten aspekt jej malarstwa raczej przysparzał jej popularności i zainteresowania

u szerokich rzesz odbiorców.

passion-by-design-the-art-and-times-of-tamara-de-lempicka

Passion By Design the Art and Times of Tamara de Lempicka / Philadelphia Museum of Art / fot.; prywatna kolekcja

Niewątpliwą wartością twórczości Łempickiej była umiejętność przeniesienia obserwacji otaczającego świata na wypracowany przez siebie język malarstwa. Jej portrety składają się na galerię współczesnych typów, bohaterów codzienności artystki, a więc należących do społecznych i kulturalnych elit. To, co indywidualne, łączy się z typowym, a forma plastyczna doskonale odpowiada podjętej tematyce. W obrazach Łempickiej sugestywnie oddana została atmosfera szalonych lat 20. I tak na przykład jej Autoportret za kierownicą z 1929 roku można uznać za symboliczny wizerunek wyemancypowanej kobiety tego czasu. Dziennikarz "La Pologne" pisał, że:

modelki Tamary de Łempickiej to kobiety nowoczesne. Nie znają hipokryzji i wstydu w kategoriach moralności burżuazyjnej. Są opalone i ogorzałe od wiatru, a ich ciała sprężyste jak ciała Amazonek.

Czasy, w jakich tworzyła Łempicka, były silnie naznaczone piętnem dekadentyzmu. Jeśli pod tym kątem rozpatrywać jej twórczość, jak i życie prywatne, to istotnie noszą one wszystkie znamiona tamtej epoki. Jej styl życia daleki był od ogólnie przyjętych norm obyczajowych. Liczne romanse Łempickiej z kobietami i mężczyznami, prawdziwe i domniemane, nie były przez nią pruderyjnie skrywane, lecz stanowiły element wizerunku artystki i kobiety prawdziwie niezależnej. Głośna znajomość z Gabrielem d'Annunzio wywołała ostateczny kryzys w małżeństwie i spowodowała rozwód w 1927 roku.

W 1934 roku Łempicka wyszła ponownie za mąż, za barona Raoula Kuffnera, właściciela największego majątku ziemskiego w Austro-

-Węgrach. Zimą 1938 roku wraz z mężem zdecydowała się opuścić Stary Kontynent. Zaniepokoiła ich prawdopodobnie narastająca fala faszyzmu w Europie. Ze względu na pochodzenie Kuffnera, zlikwidowali majątek i wyjechali do Stanów Zjednoczonych. W latach czterdziestych Łempicka stała się ulubioną portrecistką gwiazd Hollywood, elit towarzyskich i finansowych, tam również słynęła

z bujnego i dekadenckiego życia towarzyskiego. Szybko jednak, wobec radykalnych zmian w sztuce powojennej, zwracającej się raczej ku tradycji surrealizmu i abstrakcji, popularność malarki zgasła. Mimo dramatycznych prób zmiany stylu, naśladowania surrealistycznych pejzaży czy ekspresyjnej, fakturowej abstrakcji, nastąpił schyłek jej kariery. Po śmierci męża w 1962 roku, Tamara Łempicka porzuciła malarstwo i przeniosła się do Meksyku, gdzie zmarła w 1980 roku.   (culture.pl)

LITERATURA​

  • Alain Blondel, "Tamara De Lempicka: Catalogue Raisonné 1921–1979", Royal Academy Books, Londyn 2004;

  • Laura Claridge, "Tamara Łempicka: między art déco a dekadencją", przeł. Ewa Hornowska, Rebis, Poznań 2009;

  • Ellen Thormann, "Tamara de Lempicka: Kunstkritik und Künstlerinnen in Paris", Reimer, Berlin 1993.

sztuka  

  luty '23 (6)  

sztuka bez kompromisów 
Voytek Glinkowski

Myśl Wolna... Upadek Wolnomyślicielstwa

Podstawą istnienia Sztuki jest Wyzwolone Myślenie. Umiejętność formowania własnej, niezależnej opinii opartej na faktach odkrytych... zdobytych... studiowanych... To motor postępu i eliksir leczący choroby socjalne naszego świata.
Sztuka jako jedno z ogniw w systemie naczyń połączonych naszych dziejów ma, a przynajmniej powinna mieć, wpływ na systemu działanie. Artyści, którzy pretendują do miana prekursorów nie mogą ulegać wpływom populizmu – masowej idiokracji w imię łatwego zysku. Zysku jedynie na chwilę, często z tragicznymi konsekwencjami. Sztuka i bycie Artystą to nie dekoracje w sklepie meblowym, bełkot niedouczonych galerników

i uczuciowe spekulanctwo. Artysta musi być gotowy na ciosy. Musi wytrzymać przyboje motłochu i nie powinien uginać się pod naciskiem pustych opinii mas. Za tymi ostatnimi nic nie stoi. Żaden argument poparty dociekaniami wolno myślącej jaźni. Wiem,,, Łatwo się mówi. Trzeba jeść i płacić. Doskonałość jest utopią. Szczególnie w przekroju milionów ludzkich charakterów. Ale wybór zawodu Artysty jest decyzją o oddaniu się powołaniu.
Decyzją o trwonieniu żywota wdychając smród farby, ślepnąc przed partyturą, mocząc odciski od dłuta, strojąc setki głupich min przed lustrem czy wypełniając śmietnik lawiną zbesztanych kart rękopisu. To konsekwencja aprobująca myślenie wyzwolone jako naturę żywota. Artysta przynajmniej podejmuje próbę naprawy czy poprawy własnego podwórka.
Nie można być Artystą i płynąć wygodnie w czółenku na falach popularnej demagogii, przeciętności, kłamu, utylitaryzmu 
i wygodnego braku myśli. Konformizm to ohydna droga przez życie i ci, którzy go uprawiają Artystami nie są. Sztuka to zjawisko socjologiczne, w którym Artysta maszeruje pod prąd. Nie paraduje z popularnym hasłem w dłoni. Wątpi! Szczególnie

w dzisiejszym świecie pełnym fejsbukowo/twiterowo/medialnych słuszności.

Kiedy tłum ryczy – “W Prawo!”, to niekoniecznie jest to kierunek właściwy, bezpieczny i prowadzący w “Piękną Stronę”. Gdyby wyrwać jednostkę z masy, najczęściej okaże się, że nie ma ona pojęcia, gdzie owe “W Prawo” jest.

A większość "wiedzących" nie potrafi uzasadnić, “dlaczego” w owe prawo iść mają. Powtarzają za tłumem... Wygląda to tak, jakbyśmy mieli do czynienia

z kolejną religią... religią “W PRAWO”. I tutaj wolnomyślicielstwo, domena Artystów, leczy. Ten, który na pytanie “Dlaczego?” odpowie “A bo tak” to po prostu kretyn... albo coś zupełnie od kretyna niedaleko.

platon

Platon

freud

Freud

Inność nie jest powodem do kpiny. Inność to wyjątkowość. Wątpienie w dogmaty to duża odwaga. Prawda, prędzej czy później, jak oliwa, wypływa na powierzchnię socjologicznej struktury. Artyści, wolnomyśliciele, oszczędzają światu lata niepotrzebnych cierpień

i tworzą drogę do Prawdy wolną od przeszkód. Brak Prawdy czyni zniszczenia, kłóci społeczności, odbiera zdrowie i depcze marzenia.
Żyjemy pod tym samym dachem, a tak trudno jest nam istnieć na tej samej podłodze...
Rozejrzyjcie się wokół. Ilu z waszych znajomych zaprzecza faktom?
Fakt ma to do siebie, że jest niezależny od “Z” lub “X”. Jest kosmicznym, uniwersalnym bytem. Odmawianie owemu racji istnienia poprzez tworzenie wirtualnej rzeczywistości na potrzebę egocentryzmu, kamuflażu jest chorobą śmiercionośną... o ile nie śmiertelną.
Eksploatacja społecznych lęków dla pozyskania przewagi to ohyda i nikczemność. Wolne myślenie, niezależne od masowego pomruku, leży na przeciwnej szali tej społecznej wagi. Artyści mają przewodzić ustalaniu równowagi. Potrzebni są nawet dla naprawiania polityków. Przecież owa polityka to balansowanie na cienkiej linii pomiędzy tym co jest słuszne i tym co konieczne. Eksploatacja ekstremizmu w celu uzasadnienia “konieczności” to zbrodnia. Historia świata pełna jest dowodów tej konsekwencji. Zbyt niewielu słuchało wolnomyślących. Mimo to masowe, bezmyślne rżenie z mody nie wyszło. Nawet, powiedziałbym, że wzrosło

w siłę. “No bo przecież było w internecie...”
Wołamy raz jeszcze; “WOLNOMYŚLICIELSTWO WRÓĆ!!!”
Artysta to jednostka konieczna. Człowiek bez instynktu samozachowawczego, który wpuści Wam w myśl powszednią zwątpienie.

I to bardzo dobry stan. To dobrze mieć wątpliwość zanim fakty potwierdzą słuszność.
Dlatego ośmielę się poprosić, aby o Artystów dbać. Ot tak... Dla zdrowia psychicznego i fizycznego również. Skutki głupoty mogą nam nawet przetrącić kręgosłup.
Umberto Eco napisał: “Przez lata całe wszystkie ohydztwa zostawały w tych spelunach, w których się narodziły. Dzisiaj mamy internet...”
Dodałbym do tego jeszcze, że mamy telewizor, sprzedajne programy, sprzedajną prasę, niedouczonych radiowych pasjonatów

i kaznodziei. Każdy z powyższych czyni “SWOJE” licząc na to, że to komuś coś da. Tylko owe “róbmy swoje” nie znaczy tego samego

u wszystkich. Zatem, powtarzając za ulubionym Wojtkiem Młynarskim: “Aby nie podpaść robiąc swoje, lepiej na dzisiaj cichcem ten felieton zakończę...”

VOYTEK GLINKOWSKI - jak twierdzi - bywa artystą plastykiem, mieszka i tworzy w okolicach Chicago. Jego prace wystawiane są na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Uwielbia dyskusje, słowne neologizmy, jazdę na rowerze i tajską kuchnię.

sztuka  fotografia

  luty '23 (6)  

Fotografia
jako wytwór wyobraźni

Choć surrealizm jako nurt w sztuce narodził się w pierwszych latach XX wieku, wielu artystów nadal pokazuje zdarzenia „nie z tego świata” , będące wytworem ich wyobraźni. Jednym z bardziej znanych współczesnych surrealistów, jednocześnie fotografikiem artystą,  jest Jerry N. Uelsmann.

ANETA ZALEWSKA

uelsmann_floating_trees 69

Drzewo, jezioro, góry w tle – ot, zwykłe zdjęcie pejzażowe. A jednak Jerry Uelsmann umiał tworzyć pejzaże, na które patrzy się całkiem inaczej. Po pierwsze i najważniejsze: żadne ze zdjęć Uelsmanna nie było manipulowane cyfrowo. Wszystkie jego fotografie powstały w ciemni. W naszych mocno zdigitalizowanych czasach trudno w to uwierzyć, że można robić takie zdjęcia bez użycia komputera. Uelsmann tworzył swoje zdjęcia, wielokrotnie naświetlając tę samą odbitkę z użyciem różnych negatywów lub ich fragmentów.

Na początku swojej artystycznej kariery, w latach 60. (wcześniej fotografował między innymi śluby) Uelsmann musiał tłumaczyć się ze swojego "dziwactwa". Zarzucano mu bezsensowność takich montaży, będących w sprzeczności z ideą czystej fotografii. Artysta tłumaczył, że według niego fotografia to coś więcej, niż tylko mechaniczne rejestrowanie świata. On sam nie jest przeciwny dokumentowi, jednak woli używać fotografii jako narzędzia do kreowania własnego świata, do tworzenia wizji z własnej wyobraźni, nie ze świata rzeczywistego. Jego pierwsza wystawa w 1967 roku, przygotowana przez nowojorskie Museum of Modern Art zapoczątkowała karierę artystyczną Uelsmanna, której nikt już nie podważa. 

Amerykański fotograf/fotografik Jerry N. Uelsmann (1934-2022) urodził się w Detroit w stanie Michigan. Był orędownikiem idei 

i mistrzem w wykonywaniu kompozycji fotograficznych, powstających wielowarstwowo. Używał nawet tuzina powiększalników jednocześnie, by stworzyć ostatecznie swoje wizje. Brak w nich narracji. Ona ma powstać w wyobraźni oglądającego. Dzieła Uelsmanna to alegoryczne, surrealistyczne, niezgłębione obrazy, oddziałowujące formą, kreską, brakiem koloru (wszystkie są czarno-białe), dowolną treścią odbiorcy. 

 

Dzisiaj, wraz z pojawieniem się aparatów cyfrowych i specjalnego oprogramowania, fotograficy są w stanie stworzyć obraz przypominający dzieło Uelsmanna nawet w jeden dzień. I chociaż nadal zdjęcia uważane są za dokumentalne dowody wydarzeń,

a artyści za awangardowych burzycieli popularnej koncepcji,  należy uznać "magiczne umiejętności" Uelsmanna z jego całkowicie analogowymi narzędziami. 

fotografia - wyobraznia

literatura  

luty '23 (6)

,Catherine-Dior-w-wieku-26-lat-po-powrocie-do-Paryz

Catherine Dior w wieku 26 lat po powrocie do Paryża, w 1945 roku / fot. Collection Christian Dior Parfums.

Miss Dior

Gdy Christian Dior projektował suknie
w Paryżu, jego siostra Catherine walczyła
o przeżycie w obozie
w Ravensbrück

PAULINA REITER

Miss Dior Opowieść o wojnie, odwadze i modzie

Autor: Justine Picardie

Przekład: Katarzyna Karłowska

Wydawnictwo Rebis

Data wydania: listopad 2022

Ilość stron: 376

Okladka

Po wybuchu drugiej wojny światowej, losy rodzeństwa - do tej pory tak bliskiego sobie

- się rozeszły. Christian Dior zamieszkał

w Paryżu, gdzie podjął pracę jako projektant

u Luciena Lelonga. Catherine zakochała się

w bohaterze francuskiego ruchu oporu Hervé des Charbonneries, który wciągnął ją

w działania siatki F2. Stała się szpiegiem 

o pseudonimie "Caro"...

Justine Picardie, brytyjska powieściopisarka, biografka, dziennikarka modowa, chciała napisać biografię Christiana Diora, jednego

z największych projektantów i krawców XX wieku. Tymczasem gdy zaczęła zbierać materiały, w opowieść zaczęła się coraz śmielej wkradać najmłodsza, ukochana siostra Christiana – Catherine Dior, postać wcześniej nieodkryta, tajemnicza, która o swoim życiu wolała milczeć. Kobieta, na której cześć brat stworzył jedne z najpiękniejszych perfum na świecie – Miss Dior.

Diorowie wychowali się w dobrobycie. Ich ojciec był producentem nawozu. Christian nienawidził śmierdzących fabryk ojca, on

i Catherine ukochali różane ogrody, w których czas spędzała ich matka, kochali sztukę i muzykę. Gdy wybuchła druga wojna światowa, losy rodzeństwa – do tej pory tak bliskiego sobie – się rozeszły. Christian zamieszkał w Paryżu, gdzie podjął pracę jako projektant u Luciena Lelonga. Catherine zakochała się w bohaterze francuskiego ruchu oporu Hervé des Charbonneries, który wciągnął ją w działania siatki F2. Stała się szpiegiem, pseudonim „Caro". Jej zadanie polegało na zbieraniu i przekazywaniu informacji o ruchach niemieckich wojsk i floty.

Gdy wpadła i aresztowało ją Gestapo, choć została poddana straszliwym torturom przez bestialską grupę Bergera w siedzibie przy rue de la Pompe, bohatersko milczała, by nie wydać przyjaciół. W sierpniu 1944 roku wysłano ją do obozu w Ravensbrück. Gdy jej brat projektował piękne suknie w Paryżu (bezskutecznie próbując odnaleźć Catherine), ona walczyła o przeżycie w dramatycznych warunkach obozu, a potem fabryki, gdzie przydzielono ją do pracy przymusowej. O swoich doświadczeniach obozowych milczała przez resztę życia.

Do Paryża wróciła po wojnie wykończona, schorowana. Zwróciła się w stronę dawnej miłości – do kwiatów. Została ogrodniczką

i kwiaciarką. Szczególnie kochała róże. Znów była blisko brata, a także ukochanego Hervé. Christian zaś postanowił odważyć się na niezależność, otworzyć własny dom mody. Pierwsza kolekcja, New Look, miała odrywać kobiety od dramatu wojny i być zapowiedzią nowych czasów. Towarzyszyła jej premiera perfum Miss Dior pachnących różami.

Picardie niezwykle sprawnie łączy szereg opowieści – tę o modzie i marzeniach z tą o przeraźliwym okrucieństwie ludzi. Obraz Paryża w czasie wojny, który autorka maluje, jest fascynujący – ruch oporu to tylko garstka ludzi, Francuzi bardzo dobrze dogadują się

z nazistami, między innymi ci ze świata mody, jak Lelong czy Chanel. W tym czasie, gdy prezentują swoje kolekcje żonom niemieckich generałów, Catherine w obozie śmierci powstrzymuje się przed tym, by upaść na kolana i wylizać resztki zupy z miski, choć umiera

z głodu, ale nie chce stracić do siebie szacunku.    (wysokieobcasy.pl)

literatura  

luty '23 (6)

tubylewicz-2

Samotność po szwedzku

KATARZYNA TUBYLEWICZ

Wielu Szwedów woli mieć spokój, niektórzy nawet celowo unikają jeżdżenia windą z sąsiadami.

Milkliwość to szwedzka przywara narodowa. Czy zaczniecie się śmiać, jeśli przypomnę wam Gretę Garbo? Nie żartuję, Szwecja jest pełna prozaicznych

i pozbawionych wdzięków małych Garbo. I momentów

z filmów Bergmana, tych, w których bohaterowie niemo wyrażają męczarnię niezdolności wypowiedzenia tego, co czują.

Książka ta jest opowieścią o różnych odcieniach samotności. O tym, czym samotność jest, czym bywa, co nas w niej przeraża, a co cieszy, jak nas zmienia, jakie stawia przed nami wyzwania. To historia uniwersalna, ale także na wiele sposobów osobista. Wiele

w niej subiektywnych głosów, wiele prywatnych perspektyw, trochę moich własnych przemyśleń i wspomnień. Jednocześnie książka ta, jak większość moich książek, traktuje o Szwecji. O Szwedach. O ich wrażliwości. Dlaczego? Bo Szwecja to kraj, z którego czerpię inspirację. To także lustro, w którym oglądam Polskę i siebie samą. Poza tym wśród krążących po świecie narodowych stereotypów bardzo silny jest ten o szwedzkim samotnictwie. O zdystansowaniu Szwedów, ich małomówności, niechęci do kontaktów i chłodzie napisano i powiedziano już całkiem sporo. Jest w tym miejsce i na prawdę, i na wyolbrzymienie oraz brak zrozumienia kodów kulturowych.

Niewątpliwie odosobnieniu sprzyja w Szwecji demografia. Wprawdzie żyje tu dziesięć milionów ludzi, więc Islandia to zdecydowanie nie jest, ale 97 procent powierzchni kraju to teren niezamieszkany. Dziewicza ziemia. Szwecja bardzo różni się tym od Polski, w której gdziekolwiek człowiek się ruszy, zaraz znajdzie się w tłumie. Często irytującym, z parawanami na zatłoczonej plaży, z namolnym, zbyt głośnym gadaniem w pociągowej strefie ciszy, z tłokiem w środkach komunikacji miejskiej i nadmiarem spacerowiczów w miejskich parkach. W Lesie Kabackim bywa tak dużo rowerzystów, że człowiek ma wrażenie, że porusza się w peletonie kolarskim. W Szwecji przestrzeń, spokój i ciszę znajdziesz wszędzie, nawet w centrum miasta. Ma to także związek ze sposobem bycia mieszkańców szwedzkich miast. Susan Sontag w swoim niezbyt przychylnym dla Szwedów Liście ze Szwecji pisała: „Nie znam nowoczesnego miasta tak cichego jak Sztokholm, niemal każdy hałas pochodzi w nim od maszyn. Ludzie prowadzą ciche rozmowy, szepczą

i pomrukują w restauracjach, a wykłady i spektakle nagradzają stonowanym aplauzem”. Najsłynniejsza amerykańska intelektualistka napisała te słowa w 1969 roku po kilku miesiącach pobytu w stolicy Szwecji.

Ja po 20 latach życia w tym mieście napisałam książkę pod tytułem "Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą", więc wygląda na to, że od lat 60. zeszłego wieku poziom hałasu i tłoku nie wzrósł. Nie zgadzam się za to z Sontag, że szwedzka publiczność reaguje zawsze

w sposób wyciszony i nieentuzjastyczny. Po genialnych spektaklach tanecznych w Dansens Hus trwające bez końca brawa i okrzyki nie ustępują spontanicznym reakcjom publiczności amerykańskiej. Susan Sontag męczyła się w szwedzkiej ciszy. Nie przepadała też za rozmowami ze Szwedami, którzy wprawdzie już w latach 60. świetnie mówili po angielsku, za to mieli problem z wyrażaniem siebie i przekraczaniem wewnętrznej samotności, w jakiej zdawali się nieustannie tkwić: „Mówienie nigdy nie przestaje być dla Szwedów kłopotliwe: to balansowanie nad przepaścią. Za każdym razem, gdy zaczyna się konwersacja, możesz poczuć, jak pomiędzy rozmówcami narasta fizyczne napięcie. (…) Rozmowom zawsze grozi wygaśnięcie, zarówno z powodu imperatywu dyskretności, jak

i ze względu na to, że tak kusi cisza.

Åke Daun, szwedzki kulturoznawca, który przez lata zajmował się badaniem i opisywaniem charakteru swoich rodaków, w książce Mentalność szwedzka konstatuje: „Dla wielu Szwedów jest coś poetyckiego w samotności, oczywiście jeśli nie jest ona permanentna i niechciana, zwłaszcza jeśli to samotność na łonie natury”.

Daun, badając Szwecję od środka, potwierdził też to, co szybko wyczuwają turyści, imigranci i inni nowo przybyli. Szwedzi mają

w sobie nieśmiałość i lekko introwertyczny rys przy pierwszym kontakcie: „Wielu Szwedów woli mieć »spokój«, choć trochę mniej jest takich, którzy posuwają się tak daleko, że celowo unikają jeżdżenia windą z sąsiadami. W towarzystwie nieznajomych nieliczni mają ochotę pogadać. (…) Samotność oferuje ulgę i wyzwolenie. Pozwala odpocząć od oczekiwań życia towarzyskiego. Poczucie spełnienia, jakie ma wielu Szwedów, błądząc samotnie po lesie, siedząc z wędką czy spacerując z psem, należy częściowo widzieć

w tym kontekście: chodzi o uwolnienie od społecznego nacisku, od konieczności mówienia i dopasowania się, by mówić”.

Może jest tak, że szwedzka samotność to po prostu marzenie o wolności? Pragnienie wyzwolenia od zobowiązań? Tęsknota za wyrwaniem się z kołowrotka zdarzeń i społecznych oczekiwań? Za oddychaniem pełną piersią? Za czuciem każdą komórką ciała_

Uroda Szwecji, jej rozległość i bogactwo natury oraz niezliczona liczba miejsc, w których można pobyć sam na sam ze sobą, bardzo sprzyja takim pokusom. Odkryłam to, kiedy jako piętnastolatka po raz pierwszy wyruszyłam do sąsiadów po drugiej stronie Bałtyku. Razem z mamą odwiedziłyśmy jej bliską przyjaciółkę, która zabrała nas do letniego domu na wyspie Öland (czyli na Olandii). Wyspa ta pojawi się w książce pośród porad, gdzie w Szwecji można odnaleźć samotność w pięknym miejscu. Ale najpierw wspomnienie. Piętnastoletnia ja i szwedzka wyspa pełna ciągnących się bez końca pastwisk, kamienistych, pustych plaż, łąk, wiatraków i lasów. Godzinami jeździłam sama na rowerze, uciekałam od towarzystwa, żeby samotnie kąpać się w morzu. Coś takiego we mnie wstąpiło, że rozkoszowałam się tym, że jestem i umiem być sama. Byłam tu i teraz, pełna skupienia i uważna, choć był to czas, kiedy świat jeszcze nie oszalał na punkcie mindfulness i innych technik medytacji. Bardzo dobrze mi to wówczas zrobiło, bo znajdowałam się

w pierwszej, burzliwej fazie dorastania i w moim polskim życiu nic nie liczyło się bardziej od grupy rówieśników, zdania koleżanek

i tego, czy tamten albo inny obiekt moich westchnień zwrócił na mnie uwagę. Było to przyczyną niezliczonych stresów oraz pogłębiającego się braku wiary w siebie. Na Olandii mogłam stać się niezależną, lubiącą wiatr, mech, morze i deszcz prawdziwą sobą. Tkwiła w tym radość i siła.

Samotny jak Szwed?

Reportaże, eseje, rozmowy o ludziach Północy, którzy lubią być sami

Autor: Katarzyna Tybulewicz

Wydawnictwo Wielka Litera

Ilość stron: 272

Rok wydania: 2021

literatura  

luty '23 (6)

 „Jerozolima. Biografia”

O niektórych książkach mówi się, że to dzieła. Określenie to bez wątpienia pasuje do „Jerozolimy. Biografii” Simona Sebaga Montefiore, brytyjskiego historyka i dziennikarza o korzeniach sięgających żydowskiego rodu bankierów

i filantropów. Pisząc o mieście, odnajduje on głębszy sens w zdarzeniach pozornie błahych, a tym uznanym za istotne nadaje właściwą miarę.

Jerozolima-okładka

Trzeba być majstrem nie lada, by napisać międzynarodowy i ciągle wznawiany bestseller, tłumaczony na wiele języków – dostaliśmy kolejny przekład na polski „Jerozolimy. Biografii”.

Jerozolima, jedno z najciekawszych miast na świecie, swoją historią i współczesnością daje materiał na dzieło wielkie, nie tylko pod względem objętości. Z powodu różnorodności, duchowości, wielości barw, nastrojów i wątków łatwo wytrąci pióro z ręki nawet niezłym pisarzom. Rzecz w tym, że Montefiore wyrasta o kilka długości ponad literacką przeciętność, a z Jerozolimą się zaprzyjaźnił, więc odsłoniła mu wiele swoich sekretów.

Trzy wielkie religie uważają Jerozolimę za miasto święte

Streścić tej książki nie sposób. Bo jak opowiedzieć w kilku akapitach o tysiącach lat arcyciekawych dziejów. Dla mnie symbolem Jerozolimy jest budynek za bramą Syjonu. Na parterze znajduje się sarkofag – w którego świętość wierzą wyznawcy judaizmu

i muzułmanie – kryjący szczątki Dawida, pasterza, wojownika, króla, proroka i wielkiego poety. Co z tego, że Biblia wskazuje miejsce pochówku psalmisty gdzie indziej, na pobliskim wzgórzu Ofel. Ponad sarkofagiem mieści się Wieczernik, gdzie Jezus spożywał wraz z apostołami ostatnią wieczerzę. Schowane w rogu sali schodki wiodą na dach, a tam wybija się w niebo wieżyczka minaretu. Trzy wielkie religie, uważające Jerozolimę za stolicę i miasto święte, mieszczą się bezkonfliktowo (to raczej tu wyjątek) na tak niewielkiej przestrzeni.

A przecież Jerozolima istniała już grubo przed Dawidem. Przetrzymała rozliczne najazdy, płakała nad ruinami dwóch żydowskich świątyń, paliła chanukowe światła, gdy powstańcy z rodu Machabeuszy przegnali greckich okupantów, darła szaty przy Chrystusowym krzyżu i machała na pożegnanie żydowskim wygnańcom epoki cesarza Trajana. Pomagała muzułmańskim robotnikom dźwigać kamienie na budowę świętego meczetu Al-Aksa. Ugościła krzyżowców, choć ci akurat zachowywali się w mieście jak typowe prostaki z wczesnośredniowiecznej Europy. Zmyśliła nadzwyczajną szlachetność i ogładę Saladyna, kurdyjskiego władcy Arabów, który aż tak bardzo ułożony i szlachetny chyba nie był, choć na tle swojej epoki mógł uchodzić za wzór dżentelmena. Przynależała do mameluków i tureckiego imperium Osmanów. Przeszła pod władztwo brytyjskie, by stać się najważniejszym miastem Izraela. Choć Palestyńczycy uważają, że Jerozolima – po arabsku Al-Quds – należy się im i raczej nikomu więcej.

Jerozolima opisana przez Montefiore tętni życiem

A ile tam namiętności, ile wzruszeń, szaleństwa. Są psychiatrzy, leczący z unikalnej choroby, zwanej syndromem jerozolimskim, tych, którzy zbzikowali, podobno na skutek obcowania z pradawnymi pamiątkami czy w wyniku włóczęg uliczkami starej Jerozolimy, bezsprzecznie nasączonymi świętością. Jest Ściana Płaczu, czyli zachodni fragment muru Drugiej Świątyni, gdzie modlą się religijni Żydzi, ale zdarza się też, że nawet mało religijnym chrześcijanom lecą tam łzy z oczu. Jest bazylika Grobu Świętego, z miejscem, gdzie podobno pochowano Jezusa, choć całkiem niedaleko ludzie modlą się przy drugim grobie, dla niektórych znacznie prawdziwszym.

Poza murami starego miasta stoi hotel King David, a w księdze gości widnieją podpisy prezydentów i premierów, królów i książąt, gwiazd rocka i wielkich aktorów. Dziś nikt nie zauważy, że King David był obiektem krwawego zamachu żydowskich terrorystów podczas zmagań o państwo Izrael. A w odległości niedługiego spaceru od King David stoi mniejszy, ukryty w zieleni hotel American Colony, należący do arabskich chrześcijan. Rozgrywa się tu akcja niejednej szpiegowskiej powieści.

Wśród tego wszystkiego Montefiore rysuje portrety ludzi ważnych dla Jerozolimy, a często dla całego świata, narwańców, wizjonerów, fanatyków, polityków i poetów. Tłumaczy zawiłość intryg snutych tu od najdawniejszych czasów i objaśnia kruchość sojuszy, które podobno miały być nierozerwalne. Odnajduje głębszy sens w zdarzeniach pozornie błahych, a tym uznanym za istotne nadaje właściwą miarę. Opisana przez niego Jerozolima tętni życiem, zarówno wówczas, kiedy mieszkali tu prorocy, jak i dzisiaj, kiedy jest blisko milionowym miastem. To lektura z pewnością nie na jeden wieczór. Za to taka – co oczywiste – do której wraca się

i wraca, jak do Jerozolimy. Dobrze mieć przewodnika takiego jak Montefiore.

Jerozolima. Biografia

historia

Autor:Simon Sebag Montefiore

Tłumaczenie: Maciej Antosiewicz, Władysław Jeżewski

Wydawnictwo Magnum (I wydanie)

Wydawnictwo Znak Horyzont (II wydanie)

Ilość stron: 704

Rok wydania: 2011 (I wydanie)

                              2023 (II wydanie)

Książka już jest w Chicago! w księgarni The Polish Bookstore

literatura  rozmowy

luty '23 (6)

Chicago to moje miasto...

...które nie przestaje mnie fascynować swoją historią, kolorytem i dynamiką

dziedzic grzegorz  2

Grzegorz Dziedzic / fot.: Magda Marczewska

MAGDALENA MIKRUT-MAJERANEK

W ROZMOWIE Z GRZEGORZEM DZIEDZICEM

Grzegorz Dziedzic - tarnowianin urodzony

w Lublinie, rocznik 1974. W Chicago mieszka od ponad 20 lat. W Polsce studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Chicago na Notheastern Illinois University ukończył psychologię. W USA imał się wielu zawodów. Pracował jako robotnik budowlany, kafelkarz, pomocnik w fabryce perfum

i głośników. Później jako terapeuta uzależnień

w jedynym poza Polską polskojęzycznym programie odwykowym dla bezdomnych Polaków w Chicago. Od 2014 roku kierował sekcją miejską i pisał felietony do „Dziennika Związkowego” – najstarszej polskojęzycznej gazety w Chicago. Obecnie pracuje jako psychoterapeuta w Zrzeszeniu

Amerykańsko-Polskim w Chicago. Jest pasjonatem historii Chicago i dziejów chicagowskiej Polonii. „Żadnych bogów, żadnych panów” to jego powieściowy debiut. Obecnie pracuje nad drugą częścią przygód Teodora Ruckiego.

Magdalena Mikrut-Majeranek: „Żadnych bogów, żadnych panów” to polski kryminał retro i zarazem Pana powieściowy debiut. Jak zaczęła się Pana przygoda z pisaniem?

Grzegorz Dziedzic: Mam wrażenie, że dopiero się rozpoczyna, bo rozmawiamy na kilka dni przed polską premierą mojej powieści. Ale powiem tak – pisanie od zawsze przychodziło mi z łatwością. Miałem w życiu okres, kiedy zajmowałem się dziennikarstwem, pisałem newsy, reportaże i felietony dla chicagowskiego „Dziennika Związkowego”. Od dawna nosiłem się z zamiarem napisania książki, ale nie bardzo wiedziałem, o czym miałaby być. Zacząłem interesować się historią Polonii i szybko odkryłem, że ta historia jest o wiele bardziej wielowymiarowa niż nam, Polakom mieszkającym w USA, się wydaje. Kiedy odkryłem, że Polonia wstydzi się i wypiera mnóstwo wątków ze swojej historii, zrozumiałem, że właśnie znalazłem literacką niszę, której praktycznie nikt jeszcze nie zajął. Postanowiłem, że napiszę książkę o zapomnianym polskim Chicago, tym brudnym, niebezpiecznym, robociarskim i gangsterskim.

M.M.-M.: Czy może Pan zdradzić czym zajmuje się Pan na co dzień?

G.D.: Z zawodu jestem psychoterapeutą. Pracuję w Zrzeszeniu Polsko-Amerykańskim w Chicago. To jedyna w tym mieście instytucja świadcząca serwisy socjalne dla Polonii, miejsce o bogatej historii, które w przyszłym roku świętować będzie 100-lecie swojego istnienia. Zajmuję się terapią indywidualną, prowadzę też grupy terapeutyczne dla osób uzależnionych i dla sprawców przemocy domowej. Piszę w wolnym czasie, którego niestety nie mam zbyt wiele.

M.M.-M.: Wiedza i doświadczenie płynące z wykonywanego zawodu pomagają w pisaniu kryminału?

G.D.: Każde doświadczenie życiowe pomaga w pisaniu prozy, bo łatwiej pisze się o sprawach, które się przeżyło, albo przynajmniej ich dotknęło. Praca terapeuty oraz wiedza z zakresu psychoterapii i psychologii na pewno pomagają w konstruowaniu postaci

i zrozumieniu ich motywacji czy rozterek. Przyznaję, że w mojej pracy co rusz stykam się z niesamowitymi historiami, które pisze samo życie. Oczywiście nie mogę ich opisać z powodów etycznych i w trosce o prywatność osób, które spotykam w moim gabinecie, ale są one dla mnie źródłem niezliczonych inspiracji. Zresztą wszystkie moje doświadczenia zawodowe są pomocne w pisaniu. Praca w redakcji nauczyła mnie, jak robić research i dała mi dostęp do materiałów archiwalnych. W Ameryce wykonywałem wiele zawodów i, jak prawie każdy emigrant, zaczynałem od pracy fizycznej. Pracowałem w fabryce, na budowie, sprzątałem. Te doświadczenia okazały się niezwykle cenne, kiedy zdecydowałem napisać powieść o ludziach zamieszkujących robotnicze dzielnice sąsiadujące

z chicagowskim dystryktem mięsnym i stalowym.

chicago

Pocztówka z Chicago, 1900 rok / fot.: Detroit Photographic Co., domena publiczna

M.M.-M.: Akcja kryminału rozgrywa się w mieście świateł, elektryczności i pary, czyli w Chicago z 1918 roku. Ze szczegółami opisuje Pan topografię miasta i charakterystyczne elementy, dzięki czemu można poczuć panującą tam atmosferę,

a naturalistyczne opisy działają na wyobraźnię. Dlaczego akurat to miasto stało się tłem do toczącej się akcji?

G.D.: Mógłbym odwrócić to pytanie i spytać, jak to się stało, że Chicago dotąd nie zostało zauważone przez polskich pisarzy, jako idealne miasto do osadzenia w nim akcji powieści kryminalnych, historycznych czy obyczajowych. Polacy są przecież obecni

w Chicago od jego powstania, a Polonia jest jedną z najliczniejszych chicagowskich grup etnicznych. Na przełomie XIX i XX wieku, aż do początku lat dwudziestych Chicago było domem dla tysięcy Polaków, którzy znaleźli zatrudnienie w przemyśle mięsnym, stalowym

i szwalniczym i zamieszkiwali najbiedniejsze i najmniej bezpieczne dzielnice miasta. Przemysłowy i imigrancki klimat tych dzielnic idealnie nadaje się na gotycki czarny kryminał. Powód drugi, a właściwie podstawowy, to fakt, że w Chicago, bądź na jego bliskich przedmieściach, mieszkam od ponad dwudziestu lat. Chicago to moje miasto, które nie przestaje mnie fascynować swoją historią, kolorytem i dynamiką. Chicagowski historyk, prof. Dominic Pacyga pisał o Chicago, że jest „jak wąż, który co trzydzieści lat zrzuca skórę i przywdziewa kolejną, żeby dostosować się do nowej rzeczywistości”. W czasach, o których piszę Chicago było najszybciej rozwijającym się miastem świata, miastem ciężkiej pracy, szybkich karier i jeszcze szybszych upadków, miastem bluesa i jazzu oraz przemocy, korupcji i bezprawia. Idealne miejsce na kryminał, czyż nie? W końcu jest Chicago też miastem bardzo polskim i tę polskość widać i czuć do dziś. Nieporozumieniem jest natomiast często powielany mit, jakoby Chicago było największym poza Warszawą polskim miastem.

Humboldt_Park, Chicago

Park Humboldta

/ fot.:  domena publiczna

M.M.-M.: Czy powieść inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami? A może znajdziemy tu odniesienia do realnych postaci?

G.D.: Fabuła „Żadnych bogów, żadnych panów” jest fikcją. Główni bohaterowie są fikcyjni, podobnie jak opisywane zbrodnie i czarne charaktery. Akcja rozgrywa się jednak na tle prawdziwych wydarzeń, które rzeczywiście miały miejsce i przebieg, tak jak je opisuję. Takim wydarzeniem był pożar stodół w dystrykcie miejskim, który zbiegł się z konferencją... strażaków i niektórzy historycy uważają, że został wzniecony przez któregoś z jej uczestników. Innym prawdziwym wydarzeniem była polonijna parada i wiec w Parku Humboldta, przy pomniku Kościuszki. W książce występuje sporo realnych postaci, choć pojawiają się na drugim i trzecim planie. Wśród nich należy wymienić dyrektora niesławnego szpitala psychiatrycznego w Dunning, Charlesa Reada, słynnego chicagowskiego socjalistę Eugene Debsa oraz Joe Guzika, gangstera i księgowego Ala Capone. Prawdziwych wydarzeń i postaci jest więcej, ale nie chcę zdradzać wszystkiego i psuć czytelnikom zabawy.

Herman Webster Mudgett (16 maja 1861 – 7 maja 1896), lepiej znany jako dr Henry Howard Holmes lub HH Holmes. To amerykański seryjny morderca / fot.:  domena publiczna

M.M.-M.: W czasie kiedy w Londynie szalał Kuba Rozpruwacz, w Chicago grasował inny morderca, zwany diabłem z Chicago. To Herman Webster Mudgett. W Pana książce mamy z kolei Diabła z Michałowa. Czy postacie te są powiązane?

G.D.: Herman Webster Mudgett, czyli H.H. Holmes to najsłynniejszy chicagowski seryjny morderca, działający w czasie Ekspozycji Kolumbijskiej, czyli w pierwszej połowie lat 90. XIX wieku. To przerażająca i diaboliczna postać, rzeczywiście taki chicagowski Kuba Rozpruwacz, o wiele zresztą perfidniejszy od londyńskiego zabójcy. Podobieństwa pomiędzy nim a Diabłem z Michałowa są ledwie zarysowane, choć istnieją punkty styczne. Obydwu prasa określiła mianem „diabła”, obaj działali na południu miasta – morderca z mojej powieści w dzielnicach The Bush i Back of the Yards, a H.H Holmes

w dzielnicy położonej pomiędzy nimi, czyli w Englewood. Na tym podobieństwa się kończą, natomiast nie ukrywam, że jedną z moich literackich inspiracji do napisania powieści był „Diabeł w Białym Mieście” Erika Larsona, czyli fabularyzowana historia H.H. Holmesa. Interesuje mnie temat chicagowskich morderców i zbrodni. Od niedawna mam okazję współtworzyć podcast true crime pt. „Zbrodnie Chi-town”. Zainteresowanych tematem serdecznie zapraszam do słuchania. W najbliższym czasie planujemy poświęcić odcinek H.H. Holmesowi.

M.M.-M.: Nie bez kozery w publikacji mowa jest o „Dzienniku Związkowym”. Czy może Pan coś opowiedzieć o tym tytule prasowym?

G.D.: Jak już wspomniałem, miałem okazję przez kilka lat pracować w redakcji tej gazety. „Dziennik Związkowy” to najstarsza

i największa polskojęzyczna gazeta w Chicago. Z tego, co mi wiadomo, jest to najdłużej bez przerwy ukazująca się w legalnym obiegu polskojęzyczna gazeta na świecie. Pierwszy numer „Dziennika Związkowego” ukazał się w styczniu 1908 roku i do dziś jest najchętniej kupowaną przez Polonię chicagowską gazetą. To organ prasowy Związku Narodowego Polskiego, jednej z najstarszych bratniackich organizacji polonijnych. Archiwum „Dziennika Związkowego” było dla mnie skarbnicą wiedzy o czasach, które opisuję w mojej powieści. To niesamowite doświadczenie, móc za pośrednictwem stuletnich łamów przenieść się w tamte czasy, tym bardziej, że gazeta opisywała nie tylko bieżące wydarzenia, ale zamieszczała także reklamy i ogłoszenia drobne, opisywała ciekawostki, anegdoty, a nawet paski komiksów. Oczywiście najcenniejsza była dla mnie aktualizowana codziennie kronika kryminalna.

M.M.-M.: Przygotowując się do pisania powieści bazował Pan na materiałach źródłowych, które udało się pozyskać z Muzeum Polskiego w Ameryce i Muzeum Historii Chicago. Jakie ciekawostki udało się tam znaleźć? Co najbardziej Pana zdziwiło?

G.D.: Bazowałem na artykułach prasowych, nie tylko z prasy polonijnej, ale i amerykańskiej. „Chicago Tribune” opisywało polskie dzielnice i ich mieszkańców z mieszaniną zadziwienia i grozy, porównując je do slumsów Kalkuty. Dzięki pomocy wspomnianych muzeów, za którą bardzo dziękuje, udało mi się dotrzeć do mnóstwa publikacji oraz zdjęć z epoki. Jednak największą pomoc otrzymałem od profesora Pacygi, który zgodził się zostać moim konsultantem historycznym. To on podrzucił mi najwięcej cennych

i fascynujących materiałów, a po lekturze kolejnych rozdziałów nanosił korekty. Bez jego pomocy ta książka nie miałaby szansy powstać, a przynajmniej nie w takim kształcie. Na pytanie, co najbardziej mnie zdziwiło, trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć, bo tych zadziwień było mnóstwo. Myślę, że najbardziej uderzające jest dla mnie fakt, że pomimo wieku, który upłynął, tak niewiele się zmieniło w polskiej i polonijnej mentalności. Polonia sprzed stu lat była rozdarta zażartym sporem o istotę polskości. Frakcja katolicko-narodowa, skupiona wokół parafii św. Stanisława Kostki i Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego uważała, że najważniejszy dla polskości jest katolicyzm. Z kolei frakcja związkowo-nacjonalistyczna twierdziła, że Polakiem może być każdy, łącznie z Żydem, ateistą i socjalistą, kto wierzy w wolną i niepodległą Polskę. Czasy się zmieniły, a spór o to, kto zasługuje na miano „prawdziwego Polaka” wciąż trwa.

podróże  wędrówki po Ameryce

  luty '23 (6)  

most-golden-gate-w-san-francisco

Most Golden Gate w San Francisco / fot.: Stanisław Błaszczyna, kolekcja prywatna

Jednakże sława właściwego odkrywcy Kalifornii, czyli obszarów, które uznawane są dziś za terytorium stanu Kalifornia, przypada oficjalnie w udziale Portugalczykowi Juanowi Rodrigezowi Cabrillo, który zawinął do portu zwanego dziś San Diego, we wrześniu 1542 roku. W 1602 roku zjawił się w tamtych rejonach Sebastian Vizcaino, któremu zawdzięczamy wiele z obowiązujących do dzisiaj nazw, jak np. San Diego. Wcześniej jednak, bo w 1579 roku, do wybrzeży kalifornijskich dotarł ze swoją potężną flotyllą, najsłynniejszy żeglarz epoki elżbietańskiej, Sir Francis Drake, który po opłynięciu Ameryki Południowej wylądował niedaleko miejsca, gdzie zbudowano później San Francisco. Oczywiście Drake ogłosił cały ten obszar własnością królowej Elżbiety I, która finansowała jego ekspedycję.
Mimo tych wszystkich odkryć, eksploracji i deklaracji, Kalifornia przez następne dwa stulecia pozostawała w rękach tubylczych plemion.

A trzeba podkreślić, że w tamtym czasie zamieszkiwało te ziemie blisko pół miliona Indian. Tak na dobre, hiszpańska okupacja zaczęła się jednak dopiero w 1769 roku, wraz z ekspedycją Gaspara de Portola. Król hiszpański zaniepokoił się bowiem ekspansyjnymi poczynaniami Anglików, a jeszcze bardziej Rosjan i postanowił uprzedzić ich w kolonizacji Kalifornii.
Hiszpanie mieli już do perfekcji opanowany sposób zawłaszczania nowych terytoriów, szybko więc mieczem wprowadzano nowy porządek. Kiedy ziemie były już podbite, misjonarze zaczynali przedstawiać pogańskim Indianom dobrodziejstwa Chrześcijaństwa. Ta strategia doskonale sprawdziła się w Meksyku. Na ziemiach, gdzie natrafiano na zazwyczaj pokojowo nastawionych Indian, nawracającym tubylców misjonarzom towarzyszyła niewielka grupa żołnierzy. Następnym krokiem miało być właśnie zajęcie Kalifornii a zadanie jej skolonizowania spoczęło na Gasparze de Portola. W skład jego ekspedycji wchodził także Franciszkanin, ojciec Junipero Serra, któremu jego późniejsza działalność misyjna przydała miano Apostoła Kalifornii. Dokonał on bowiem rzeczy ważnej: w latach 1769 – 1776 założył 6 misji – począwszy od San Diego, a na San Francisco skończywszy. Liczbę misji stale powiększano i w roku 1823 było ich już 21 – każda w odległości jednego dnia drogi od sąsiedniej. To właśnie wokół tych misji rozwijały się samowystarczalne osady, a niektóre z nich przekształciły się z czasem 
w olbrzymie metropolie.

Meksyk uzyskał niepodległość w 1821 roku i tym samym Kalifornia przestała być poddana koronie hiszpańskiej. Misjonarze powrócili do Europy, a na ich posiadłościach powstawały rancza, którymi rząd meksykański obdarowywał swoich bohaterów. W tym samym czasie, na zachodnie wybrzeże przybywało coraz więcej amerykańskich osadników (podróż pionierskimi wozami, ze środkowych stanów, trwała około dwóch miesięcy) i Stany Zjednoczone coraz bardziej stawały się zainteresowane Kalifornią – tą ziemią mlekiem i miodem płynącą.
Amerykanie próbowali wykupić Kalifornię od Meksyku za pół miliona dolarów (negocjował to, będący już wówczas prezydentem, Andrew Jackson, znany choćby z podboju Florydy i wojen z Seminolami). Próby te okazały się nieskuteczne. Rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem doprowadziło w końcu do wybuchu wojny między tymi państwami w 1846 roku. Walki toczyły się głównie na obszarze Nowego Meksyku, choć i w Kalifornii doszło do kilku potyczek. Po dwóch latach działań wojennych, szala zwycięstwa wyraźnie przechyliła się na stronę Amerykanów i w 1848 roku doszło do podpisania traktatu pokojowego, na mocy którego całą Kalifornię włączono do terytorium Stanów Zjednoczonych. Gorące negocjacje toczyły się na przykład w sprawie San Diego, które to miasto – mało brakowało – znalazłoby się po południowej, czyli meksykańskiej stronie nowej granicy. Dwa lata później, czyli

w 1850 roku, Kalifornia oficjalnie stała się 31 stanem Unii.
Jednak wcześniej miało jeszcze miejsce zamieszanie, o którym do dzisiaj pamiętają nie tylko w Kalifornii, ale i na całym świecie: gorączka złota!

W 1848 roku natrafiono w Sierra Nevada na złoty kruszec. Rozpoczął się masowy exodus osadników i poszukiwaczy spragnionych złota. Fala ta największe swoje nasilenie miała w 1849 roku (stąd popularna w Kalifornii nazwa „Forty-Niners”). Do złotonośnych pól próbowano przebijać się – kto szybciej! – na skróty, nawet przez Dolinę Śmierci, co zazwyczaj kończyło się tragicznie. Jednakże działki dość szybko zostały wyeksploatowane

i już po 15 latach były tylko jałową, kamienistą ziemią, a osady zamieniały się w miasta widma (ghost towns). Jak na ironię,

Yosemite National Park

Yosemite National Park / fot.: ac / kolekcja prywatna

Yosemite National Park / fot.: ac / kolekcja prywatna

Malibu - Hwy 1 / fot.: ac / kolekcja prywatna

Lwy morskie na brzegu Pacyfiku - słoneczne grzanie / fot.: ac / kolekcja prywatna

Kalifornijska góra Mount Whitney (wysoka na 4400 metrów nad poziomem morza) jest najwyższym punktem na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, zaś nieopodal niej – bo zaledwie w odległości 60 mil – znajduje się najniżej położony punkt na całej Półkuli Zachodniej (Bad Water w Dolinie Śmierci – 86 metrów poniżej poziomu morza).

Kalifornia ma swoją historię, która odcisnęła ślady na całym terytorium Złotego Stanu: to liczące kilkanaście tysięcy lat dzieje pobytu na tej ziemi pierwotnych mieszkańców Ameryki, czyli plemion myśliwskich i zbierackich, które w epoce lodowcowej przebyły Cieśninę Beringa i rozprzestrzeniły się po całym kontynencie Ameryki Północnej; i wreszcie 450-letnia historia budowania przez europejskich kolonistów amerykańskiej cywilizacji Zachodu.
Pierwsi przybyli tu Hiszpanie w połowie XVI wieku – a więc już kilkadziesiąt lat po wyprawie Kolumba – i kontrolowali ten obszar przez najbliższe dwa i pół stulecia. Nic więc dziwnego, że ślady kultury hiszpańskiej spotykamy – szczególnie w południowej Kalifornii – na każdym kroku.

Oczywiście, Kalifornia jest także miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów. Dla lepszego wyobrażenia sobie tego fenomenu można podać, że np. tylko w samym Los Angeles turystykę obsługuje ponad 100 tysięcy ludzi, co przynosi miastu ok. 5,5 miliarda dolarów rocznego dochodu. (Dla porównania: w przemyśle filmowym, z którego tak zasłynęło na całym świecie Los Angeles, zatrudnionych jest ok. 60 tys. osób, które wypracowują dochód ok.

4 miliardów dolarów.
Kalifornia rzeczywiście oferuje przybyszom sporo atrakcji. Wśród nich są nie tylko takie miasta, jak np. San Diego, Los Angeles, San Francisco, Santa Barbara, Palm Springs, Sacramento, ale

i uderzająco piękne, robiące wielkie wrażenie parki narodowe: Yosemite, Redwood, Sequoia & Kings Canyon czy nawet sama Dolina Śmierci. Zupełnie innych przeżyć może więc nam dostarczyć to, co stworzył – i to nie tylko dla rozrywki – człowiek: Disneyland, Studia Filmowe Universal, górskie lub nabrzeżne kurorty wypoczynkowe, słynny most Golden Gate, więzienie Alcatraz, pamiętające gorączkę złota miasta widma, malownicze San Francisco, rozległe Los Angeles… Z kolei innych zupełnie wrażeń dostarczają cuda przyrody: wodospady i polodowcowe doliny Yosemite, potężne sekwoje i lasy redwoods, pustynia Mojave czy wspomniana już Dolina Śmierci.

Z Kalifornią, w powszechnej opinii, wiąże się jeszcze jedna sprawa – trzęsienie ziemi. Nie tylko nawiedzeni katastrofiści mówią o tzw. Big One, czyli potężnym trzęsieniu ziemi, które w każdym momencie może sprawić, że w ciągu kilku minut stan ten zsunie się do Pacyfiku. Sami Kalifornijczycy próbują nawet z tego żartować, mówiąc np., że ci bardziej zapobiegliwi inwestują już w nadmorskie posiadłości plażowe w… stanie Nevada.

Co jest powodem tego, że mieszkańcy Kalifornii czują się tak, jakby siedzieli na beczce prochu? (Wstrząsy zdarzają się tutaj każdego dnia, tyle że nie są silne i nie wyrządzają dużych szkód.) Co jest przyczyną tak wielkiej aktywności sejsmicznej w tym rejonie?
Otóż teren ten jest w skali geologicznej tworem bardzo młodym, bo liczącym około 15 – 20 mln. lat, który ciągle się kształtuje. Leży on na styku dwóch potężnych płyt kontynentalnych – płyty pacyficznej i płyty północno-amerykańskiej, które cały czas się ze sobą ścierają. Właśnie te tarcia powodują, że ziemia od czasu do czasu drży. Ciekawostką jest to, że San Francisco i Los Angeles leżą na przeciwległych do siebie płytach, co powoduje, że jedna z nich prze na północ, zaś druga na południe, więc oba te miasta zbliżają się każdego roku do siebie o około 5 cm.
Ostatnie potężne trzęsienia ziemi miały miejsce w 1855 i 1857 roku.

W późniejszych latach zdarzały się oczywiście silne wstrząsy sejsmiczne, które pochłaniały setki ofiar i wyrządzały olbrzymie szkody materialne (lata: 1906, 1933, 1971…) jednakże nie tak silne, jak te w połowie ubiegłego stulecia i nie powodujące klęski żywiołowej. Obliczono, że te najsilniejsze zdarzają się średnio co 160 lat, a więc następnego możemy się spodziewać gdzieś na początku przyszłego wieku.
Naturalnie, ze względu na dzisiejszą gęstość zaludnienia, byłby to największy kataklizm w historii Stanów Zjednoczonych. Czyni się do tego pewne przygotowania, choć przecież nie ma takiej ludzkiej siły, która mogłaby się przeciwstawić tym potężnym żywiołom

i zapobiec klęsce.

Na razie jednak w Kalifornii świeci słońce, w południowej Kalifornii ponoć nigdy nie pada deszcz, piasek na plażach Pacyfiku jest gorący, Los Angeles i San Francisco zapraszają; w kalifornijskich górach czekają na wszystkich wodospady, lasy, rzeki i jeziora…

W Kalifornii więc, zanim zdarzy się ten fatalny Big One, można jeszcze przeżyć niejedną przygodę.

KALIFORNIA

STANISŁAW BŁASZCZYNA

Czy wie ktoś skąd się wzięła nazwa Kalifornia? Otóż

w 1510 roku pewien hiszpański literat spłodził książkę, w której dał opis niezwykłej wyspy, leżącej na prawo od Indii, blisko Ziemskiego Raju. Mieszkają na niej czarne kobiety, bez mężczyzn – na podobieństwo Amazonek. Kobiety mocnej budowy, niezwykłej odwagi i wielkiej siły. Ich wyspa ze stromymi urwiskami i skalistym wybrzeżem jest najsilniejszym królestwem na Ziemi. Ich ramiona są całe ze złota,

i cała ze złota jest także uprząż dzikich bestii, które te kobiety ujarzmiają i ujeżdżają. Gdyż na całej wyspie nie ma innego metalu, jak złoto. Wyspa ta zwie się California, a włada nią królowa Calafia.
W 25 lat po ukazaniu się tych fantastycznych rojeń – które zresztą przez wielu ówczesnych żeglarzy traktowane były zupełnie serio – Hernando Cortés, słynny hiszpański konkwistador, który wcześniej podbił Meksyk, płynąc na północ, wzdłuż zachodnich wybrzeży Ameryki, natknął się na półwysep (zwany dzisiaj Baja California), który uznał za ową bajeczną wyspę. Nazwał więc te nowo odkryte przez siebie ziemie Kalifornią.

San Francisco

San Francisco / fot.: ac / kolekcja prywatna

Santa Barbara / fot.: ac / kolekcja prywatna

Santa Barbara / fot.: ac / kolekcja prywatna

w ostatecznym rozrachunku, najlepiej na całej gorączce złota wyszli nie sami poszukiwacze (choć i wśród nich zdarzały się milionowe fortuny), ale ci, którzy cały ten zgiełk obsługiwali, czyli handlarze wszelkim towarem, dostarczyciele narzędzi i żywności.

Gorączka złota szybko wygasła, jednak nie mogło to powstrzymać Kalifornii przed rozwojem i coraz większym napływem nowych osadników. Kiedy w 1869 roku zakończono budowę transkontynentalnej linii kolejowej

– która wielomiesięczną tułaczkę w osadniczym wozie skracała do kilku dni w komfortowych, jak na owe czasy, warunkach (za cenę 1 dolara można było w pięć dni przejechać do Kalifornii z Nowego Jorku) – wiadomo, że lata prawdziwego rozkwitu ma Kalifornia jeszcze przed sobą.

Prawie 140 lat temu, pewien młody wydawca nazwiskiem Horacy Greeley, rzucił wyzwanie jakże młodemu wówczas narodowi amerykańskiemu: GO WEST YOUNG MAN! Podjęło je wówczas tysiące ludzi, którzy ze wschodnich stanów parli na zachód – czy to szlakiem Santa Fe na południu, czy też szlakiem oregońskim na północy – przez Góry Skaliste, gęsto zalesione rzeczne doliny, rozległe prerie, czy wreszcie przez spalone słońcem pustynie – aż do wybrzeży Pacyfiku. Głównym celem była Kalifornia – ziemia wielkich oczekiwań, na której miały się spełnić wszystkie marzenia o bogactwie (w czasie gorączki złota), czy też spokojnym a pełnym dostatku życiu farmera.
Co ciekawe, ten mit Kalifornii jako ziemskiego raju przetrwał do dzisiaj i jest udziałem nie tylko Ameryki, ale 
i niemalże całego świata. A jeszcze ciekawsze jest to, że mitu tego nie są w stanie obalić same fakty znane wszem i wobec:

o kalifornijskim przeludnieniu i przeraźliwym tłoku na autostradach, o klęskach żywiołowych: pożarach, trzęsieniach ziemi, suszach; o murzyńskich gangach, niepokojach w kolorowych gettach, zamieszkach;

o wiecznym smogu nad Los Angeles, czy wreszcie opinia (moralistów), że Miasto Aniołów stało się dzisiaj skazanym na zagładę, zdeprawowanym obyczajowo, Babilonem.

Na szczęście jednak, opowieści o tej słonecznej stronie Kalifornii, czyli o jej jasnych stronach i uroczych zakątkach, nie są zbytnio przesadzone i czynią z tego amerykańskiego stanu jedno z najciekawszych, najbardziej atrakcyjnych miejsc świata. Złowrogie kiedyś, jałowe pustynie, zamienione zostały w żyzne zielone ogrody, z których owoców korzysta cała Ameryka. Odizolowane, kamienne plaże stały się miejscem rekreacji dla milionów wakacjuszy. Mała hiszpańska misja el Pueblo de Los Angeles, założona

w drugiej połowie XVIII wieku, stała się w ciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat, jednym z największych miast świata (w obrębie samego miasta Los Angeles żyje ponad 3,5 mln. mieszkańców, natomiast w całym powiecie Los Angeles – około 9 mln. ludzi.).
Kiedy więc mowa o Kalifornii, nie sposób nie wspomnieć

o Los Angeles; z kolei, kiedy mowa o Los Angeles, nie sposób nie wspomnieć o Hollywood – stolicy potężnego przemysłu filmowego i nagraniowego, która na całym świecie stała się znana jako synonim zbytku, blichtru, blasku gwiazd… gdzie obowiązuje high-life królów życia i wybrańcy losu spijają nektar swoich ziemskich rozkoszy.

Cała Kalifornia, podobnie jak cała Ameryka, jest ziemią kontrastów – i to kontrastów zarówno socjalnych, jak

i kulturowych, przyrodniczych, czy geograficznych. Obok wystawnych rezydencji – pałaców, z których każdy wart jest dziesiątki milionów dolarów – rozsianych w Beverly Hills, Bel Air, czy też wzdłuż zachodniego wybrzeża (Malibu, Santa Barbara, Santa Cruz) – natrafić można na slumsy biedoty, choćby na południowych wybrzeżach Los Angeles, czy czarnych miastach, jak np. Oakland (nota bene kolebka Czarnych Panter).

Trinidad i Pacyfik

Trinidad i Pacyfik / fot.: ac / kolekcja prywatna

Pomaranczowe drzewa przy stacji benzynowej

Pomarańcze przy stacji benzynowej / fot.: ac  kolekcja prywatna

Pod sekwoja

Pod sekwoją / fot.: Stanisław Błaszczyna / kolekcja prywatna

/ wokół stołu  

  luty '23 (6)  

paczki

MARDI GRAS
I POLSKIE
PĄCZKI

ANNA CZERWIŃSKA

Pączki znane były w starożytnym Rzymie - spożywano je podczas obchodów przełomu zimowo-wiosennego. Twarde buły, którymi można było nie tylko oko okaleczyć, miały smak wytrawny dzięki tłustemu mięsiwu, wyjadanemu ze spiżarni przed nowymi ubojami (słodki pączek jest zapewne zapożyczeniem z kuchni arabskiej).

Podobnie było w kuchni polskiej - pączki miały postać ciastka nadziewanego słoniną, spożywanego przy zapustach. Kreple (pączki - po śląsku) na słodko pojawiły się w Polsce dopiero

w XVI wieku, a kształt kulisty przybrały w wieku XVIII, gdy zaczęto używać do wypieku drożdży. Ich puszystość zadziwiła, ale i zachwyciła wielce. Jest to jedno z najbardziej tradycyjnych ciastek polskich, o których pisał też Mikołaj Rej w Żywocie człowieka poczciwego (1567 rok).

Jędrzej Kitowicz (polski historyk, "opisywacz" obyczajów i kulinariów na przełomie XVIII i XIX wieku) wspominał, że w trakcie panowania Augusta III serwowano na dworze:

   (...) Ciasta także francuskie, torty, pasztety, biszkopty i inne, pączki nawet — wydoskonaliło się to do stopnia jak najwyższego. Staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko mógłby go podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, tak lekki, że ścisnąwszy go w ręku znowu się rozciąga i pęcznieje do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska (...).

   Przyjęło się w przepowiedniach, że jeśli ktoś w Tłusty Czwartek nie zje pączka, nie będzie się mu wiodło. Dawniej, przyrządzając te krągłe pyszności, nadziewało się niektóre migdałem lub orzechem włoskim. Wierzono, że kto na taki trafi, będzie mieć w życiu szczęście. 

To w naszej, polskiej tradycji...

Na amerykańskim kontynencie sprawa Tłustego Wtorku jest inna, zaskakująca, równie ciekawa...

Mardi Gras to chrześcijańskie święto i popularne zjawisko kulturowe, które sięga tysięcy lat wstecz do pogańskich obrzędów wiosny i płodności. Znane również jako Karnawał, obchodzone jest w wielu krajach na całym świecie – głównie

w tych z dużą populacją rzymsko-katolicką. Na początku XVIII wieku wspólna radość miast europejskich wyruszyła też do Ameryki wraz z wczesnymi osadnikami.

   „Tłusty wtorek” to angielskie tłumaczenie francuskiego terminu Mardi Gras. Członkowie wiary chrześcijańskiej wyjadali i wypijali niemal wszystko, co zostało w ich domach ostatniego dnia przed Środą Popielcową, która rozpoczynała 40-dniowy Wielki Post, prowadzący do niedzieli wielkanocnej. Stąd nazwa Mardi Gras, czyli Fat Tuesday.

   Zaistniał na dobre w Ameryce w 1800 roku, kiedy francuscy osadnicy zaczęli organizować imprezy w Nowym Orleanie

i innych francuskich osadach w Luizjanie. Wylegano na ulice

w przebraniach najróżniejszych, zależnie od tego, co ludziom

w duszach grało. Nie zawsze sympatycznie dla oka, ale zawsze urokliwie dla wspólnej radości. Powoli dodawano do specyficznego święta parady przebierańców, kolorowe rydwany, rzucano kolorowe koraliki, baloniki, pióropusze

i delektowano się King Cake - kolorowym ciastem  w kształcie wielkiego pierścienia (w smaku podobne do ciasta kawowego).  Kolorystyka nowoorleańskiego karnawału nie była tylko przypadkowym wyborem barw wybranych przez pijących i rzucających koraliki. W 1892 roku Rex, król Carnaval (inna nazwa Mardi Gras) wybrał kolor fioletowy dla sprawiedliwości, złoto dla mocy i zielony dla wiary. Te kolory obowiązują do dzisiaj...

Oddawano też w ten sposób cześć trzem królom, którzy odwiedzili dziecko Chrystusa w Święto Trzech Króli, 12 dnia po Bożym Narodzeniu.

Mardi Gras, czyli kilkudniowe, wielkie bale uliczne trwają

i trwać będą... Warto dodać, iż Louisiana jest jedynym stanem, które ma prawo używania nazwy Mardi Gras, więc... nie pozostaje nic innego, jak w przyszłym roku wziąć udział

w obchodach, pochodach, śpiewach, tańcach luizjańskich

z pysznym ciastem z tradycjami. 

A w tym roku wszystkim, którzy pozostaną w swoich domach proponuję domowy King Cake (przepis poniżej), polskie pączki -  mamy wspaniałych cukierników w wielu zakątkach Stanów Zjednoczonych, i doskonałą zabawę do północy, kiedy to Wielki Post zapuka do naszych drzwi...

Niech tradycji amerykańskiej też się stanie zadość...

Mam nadzieję, że karnawałowe zdjęcia z Nowego Orleanu będą znakomitą inspiracją do przygotowania kostiumów, maseczek, koralików i innych, niezbędnych akcesoriów do wspaniałej zabawy gdziekolwiek!

Mardi Grass

Trzy zdjęcia karnawałowe z roku 1898! Na środkowym: Król karnawału, Charles A. Farwell.  Dzięki uprzejmości Eye Filmmuseum i Smithsonian Magazine

Krążyły plotki - a w plotkach zwykle jest odrobina prawdy - iż zachował się dwuminutowy, niemy film z parady Mardi Gras w 1898 roku. Arthur Hardy, wydawca corocznego przewodnika po Mardi Gras w Nowym Orleanie, po wieloletnich poszukiwaniach filmu i "plotkowej" prawdy, zrezygnowany wspomniał o swoim problemie kustoszowi Louisiana State Museum. Opowiedział też o licznych listach do ekspertów i instytucji, między innymi

do Biblioteki Kongresu i Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej w USA.

Nie ma to, jak koleżeńska pomoc. Powstała nowa lawina kontaktów, listów, rozmów, ale już bardziej prywatnych... Wieść poszukiwaczy dotarła

do Europy. Ku zdumieniu wszystkich z grona zainteresowanych francuski archiwista filmowy Beasley znalazł film (marzec 2022 rok) w nieoczekiwanym miejscu: Eye Filmmuseum w Amsterdamie. Film jest nie tylko najstarszym ruchomym obrazem Mardi Gras w Nowym Orleanie; to najstarszy film Nowego Orleanu.

Film nakręcono 22 lutego 1898 roku.  Przedstawia sześć platform z parady, której tematem przewodnim tego roku były „Królowe żniw”.  Jeden

z rydwanów ma motyw ananasowy, a rydwanowi goście noszą kapelusze w kształcie kawałków ananasa i kamizelki przypominające skórkę ananasa. Inny przedstawia Rexa, czyli „Króla Karnawału”, siedzącego na platformie ozdobionej globusami z frędzlami. Rexem tego roku był Charles A. Farwell.

Nigdy go nie znałam — wspominała Arthurowi Hardy wnuczka Farwella, Lynne Farwell White. Nigdy nie widziałam go, jako osoby, a tutaj jest jak żywy...

To naprawdę wyjątkowa i niespodziewana chwila.

Dla nas również, wszak niezwykle rzadko dane nam jest oglądać zdjęcia czy filmy z końca XIX wieku!

Mardi Grass 13
Mardi Grass 6
Mardi Grass 11
Mardi Grass 7
Mardi Grass 15

Mardi Gras King Cake

SKŁADNIKI:​

Nadzienie

1 1/4 szklanki posiekanych orzechów Pecan

1/2 szklanki brązowego cukru

1 łłyżeczka sproszkowanego cynamonu 

4 łyżki masła w temperaturze pokojowej

Ciasto

3/4 szklanki pełnego mleka + 1 łyżka

7 gram (1 opakowanie) suszonych drożdży

1 łyżeczka cukru

3 szklanki mąki

1 łyżeczka sproszkowanego cynamonu

1/4 szklanki cukru

1 łyżeczka soli

3 duże żółtka

1 duże jajko

1/2 szklanki niesolonego masła

1 łyżeczka startej skórki z cytryny

1 łyżeczka zapachu migdałowego

1łyżeczka zapachu waniliowego

Lukier

250 gram Cream Cheese

4 łyżki niesolonego masła

1 1/2 szklanki cukru pudru

1/2 łyżeczka wanilii

kolorowy cukier (fioletowy, zielony, żółty)

MRADI GRAS 4

PRZYGOTOWANIE:​

Nadzienie

  • W małej misce wymieszać wszystkie składniki.

 

Ciasto

  • Ciepłe mleko połączyć z drożdżami i 1 łyżeczką cukru, odstawić na 10-15 minut...

  • w dużej misce wymieszać mąkę, cynamon, sól i 1/4 szklanki cukru...

  • utrzeć razem: żółtka, masło, skórkę z cytryny, wanilię i zapach migdałowy; dodać zaczyn drożdżowy, wymieszać i dodać mieszankę z mąką...

  • całość ucierać około 5-7 minut, misę przykryć ręcznikiem i odstawić ciasto do wyrośnięcia (około 1 godzina)...

  • ciasto wyjąć z miski na deskę, uformować prostokąt, spatulą rozprowadzić po cieście masło i posypać mieszanką orzechową...

  • ciasto zwinąć w rulon, zaczynając od dłuższego brzegu, potem zwinąc w okrąg (już na blaszce, wyłożonej papierem do pieczenia), wkładając w środek szklankę; zlepić końcówki ciasta (można użyć odrobiny wody)...

  • przykryć ciasto lekko wilgotnym ręcznikiem do ponownego rośnięcia (około 1 godzina)...

  • rozgrzać piekarnik do 180 stopni C (375 stopni F)...

  • w małej miseczce rozbełtać jajko z 1 łyżką mleka, posmarować wierzch ciasta...

  • piec 15 minut, wyjąć szklankę i piec kolejne 15 minut, aż ciasto zacznie lekko brązowieć; wyjąć z piekarnika i wystudzić.

 

Lukier

  • Utrzeć serek z masłem, dodać powoli cukier puder i na końcu wanilię. Przed lukrowaniem, można wyciąć mały kawałek ciasta        i schować w nim migdał. Potem włożyć kawałek ciasta na swoje miejsce, polukrować całość i posypać kolorowym cukrem. 

/ hobby/pasje

  luty '23 (6)  

Barbara Gebka
Barbara Gębka, nad tym pracuję_

...właśnie nad tym pracuję. Jest karnawał, czas balów, spotkań towarzyskich, czas radości...

Nie oglądaj się na innych

– maluj i rysuj…

Barbara Gębka mieszka w Chicago. Pracowała w amerykańskiej firmie; opracowywała zabezpieczenia wodoodporne w kopalniach, tunelach… Ponad rok temu przeszła na emeryturę

i spojrzała zupełnie inaczej na życie, siebie,

wolny czas. Opowiedziała o swoich nowych zainteresowaniach.

Anna Czerwińska: Zamiast emerytalnego spokoju i oddaniu się błogiemu lenistwu, chwyciłaś za sztalugi, płótna, pędzel, farby. Dlaczego?

Barbara Gębka: Przejście na emeryturę to niepodważalny stres. Nadmiar wolnego czasu trzeba jakoś zagospodarować i dla wielu osób jest to problemem. Dla mnie też. Relaksuję się wtedy, jak coś robię. Mam sporo umiejętności manualnych, ale komu dzisiaj potrzebne są swetry robione ręcznie na drutach albo szyte na miarę spodnie… Można je kupić… Wymyśliłam sobie malowanie, które gdzieś w podświadomości tkwiło we mnie. Malowałam jako dziecko, z moim bratem. To zasługa naszej mamy, która ciągle wymyślała nam inne projekty plastyczne. Na przykład malowaliśmy talerze dekoracyjne czy serwisy do kawy. Później mój brat został architektem, po ojcu architekcie, a  ja – chemikiem. Życie pochłaniało mój czas. Nie było „wolnego” na hobby, na sprawdzenie się. Zawsze go brakowało.

Nie miałaś przygotowania plastycznego, a jednak odważyłaś się.

Nie wszystko musi być wyuczone od podstaw. Moim zdaniem najważniejsza jest chęć tworzenia. Czegokolwiek. Dla siebie. Wystarczy odrobina kreatywności, internet i inni hobbyści. Oni mi pokazali i zachęcili. Od nich dowiedziałam się, od czego zacząć…

I od czego zaczęłaś?

Od zakupienia nieodpowiednich farb. Taki był początek (śmiech). Bardziej doświadczeni w malarstwie wytłumaczyli mi podstawy. Jakoś poszło…

I całkiem ciekawie i bogato… To już około piętnastu miesięcy zmagań ze sztalugami? 

Tak, tyle minęło od moich absolutnych początków. To moje hobby zaczyna mnie coraz bardziej wciągać, interesować. Po tym czasie praktykowania wiem, co chcę dalej w życiu robić.

sloneczniki
maki
Gondola

Jesteś znakomitym przykładem przysłowia: chcieć, to móc. W niewielkim, sympatycznym mieszkanku wygospodarowałaś malarski kącik przy świetle dziennym. Czyli nie jest niezbędna ogromna pracownia ze szklanymi ścianami?

Może dla profesjonalistów, malarzy wielkich formatów. Niektórzy hobbyści adoptują na pracownię maleńki pokoik. Ja go nie mam, więc mój kącik zaspokaja moje potrzeby w pełni. Mam światło, wyobraźnię i potrzebne akcesoria – sztalugi, zagruntowane płótna, pędzle, farby. A tu mam papier do rysowania, ołówki, pastele…

 

Widziałam Twoje rysunki, portrety… Bardzo interesujące i z dużym wyczuciem.

To nieśmiałe, pierwsze próby… Moimi modelami są postacie ze zdjęć albo mój mąż, ale jest zbyt ruchliwy dla początkującego rysownika.

 

Co najbardziej interesuje Ciebie w malarstwie – natura, człowiek, abstrakcja czy zabawa kolorem?

Lubię abstrakcje, ale nie rozumiem obrazów abstrakcjonistów. One coś wyrażają, ale dla mnie jest to obce. Wolę malarstwo figuratywne, w którym mogę coś dostrzec. Lubię impresjonistów, przemawiają do mnie Malczewski, Wyspiański, Witkacy, choć szalony…

 

Czy możesz już określić swój kierunek, styl, gamę ulubionych kolorów…

Piętnaście miesięcy przy sztalugach to za krótko, by nauczyć się dobrze malować czy określić swój własny styl… Jestem przekonana, że chcę to robić i uczyć się dalej. Dzisiaj mogę powiedzieć tylko to, że lubię zdecydowane kolory, czasem szalone, ale chyba niezbyt chaotyczne. Co z tego wyniknie dalej, czas pokaże i moje kolejne obrazy…

 

Bardzo dziękuję za rozmowę i pokazanie Twojej domowej galerii. Kilka obrazów naprawdę jest godnych uwagi, szczególnie tych ostatnich. Brawa dla odważnych!

Rozmawiała i zdjęcia przygotowała Anna Czerwińska

Basia 1
Basia 2
Basia 3
Basia 4

ZAPRASZAMY

Opowiedź o swojej pasji, o swoim hobby czy kolekcjach. Wymień się doświadczeniami, bądź inspiracją dla siebie i innych. 

Pisz do nas: pakamera.info@gmail.com

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page