prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com

miesięcznik społeczno-kulturalny
KONSTYTUCJA
NICZYM KOLOS
pakamera.polonia maj '23 (9)
Prawie jednym zdaniem... redakcja
Nie tylko w rosyjskim Dechowcu... Barbara Maksymiuk
Dzień Matki (ludzie i obyczaje) redakcja
Konstytucja niczym kolos (ludzie i obyczaje) Dariusz Lachowski
Za co kocham Hiszpanię? (ludzie i obyczaje) J. Walska
Woda morska ma smak słony (nauka) Magdalena Salik
Wielka i trudna miłość Osieckiej i Giedroycia (literatura) Dorota Wodecka / Manuela Gretkowska
Od przędzy do gobelinu... - Monique Lehman (sztuka) Mariusz Skowroński
Psia wolontariuszka (hobby/pasje) Anna Czerwińska
Muffuletta z Nowego Orleanu (wokół stołu) Anna Czerwińska
Słownik głupstw (w oparach satyry) redakcja
SPIS TREŚCI
Od redakcji
Drodzy czytelnicy...
"właśnie przybył nasz kolega Maj", jak śpiewała przed laty słynna wokalistka jazzowa, Ewa Bem.
Maj - miesiąc ukochany przez autorów piosenek i hołubiony przez poetów. "Gdy cię spotkałem raz pierwszy, mokre pachniały kasztany" tak pisał poeta Skamandrytów Antoni Słonimski...
Maj jest miesiącem magicznym.
W marcu i kwietniu topniejący śnieg odkrywa monotonną szarość miast i miasteczek, i jakąś ospałą bezradność (pozwolę sobie powiedzieć) łysych drzew.
Nasze przygnębione zimową chandrą dusze cynicznie przestają wierzyć, że świat kiedykolwiek wypięknieje....
I nagle przychodzi maj wybuchając ferią kolorów i zapachów....
" Zazieleniło się wszystko, nawet łodygi listkom” - to Konstanty Gałczyński.
Pachnie czeremcha, jaśmin, bez...
Wysypujemy się wszyscy na tzw. "świeże powietrze", wyciągamy rowery, grzebiemy w ogródkach... Młódź się zakochuje, zapełniają się ławeczki w parkach, słychać dziecięcy śmiech....
I wszystkim (prawie) nam się chce...
Moje młodzieńcze maje w Polsce to niewielkie (dawniej pruskie) miasteczko całe tonące w zieleni. Solidne budynki z czerwonej cegły gubiły swoją ascetyczną ostrość... Robiło się pięknie...
Ale zachwycając się oniryczną (taką z sennego marzenia) urodą maja, nie możemy zapomnieć o ważnych rocznicach i świętach, które przynosi ten miesiąc.
3 maja 1791 rok - Sejm Czteroletni wydaje pierwszą w Europie a drugą na świecie nowoczesną konstytucję, która znosząc wolną elekcję i liberum veto próbuje odebrać polityczne wpływy drobnej samowolnej szlachcie. Wprowadzając podział władz na prawodawczą, ustawodawczą i sądowniczą usiłuje uregulować ustrój prawny państwa.
Z Rzeczypospolitej Obojga Narodów stajemy się wtedy jednym państwem - Rzeczpospolitą Polską.
Konstytucja obowiązywała, niestety, tylko przez 14 miesięcy. Rzeczpospolita zniknęła z mapy Europy na 153 lata.
2 maja obchodzimy Dzień Polskiego Emigranta (Dzień Emigranta celebrowany jest w grudniu), które to święto (choć istniejące od 1926 roku) zostało oficjalnie ustanowione przez sejm w roku 2002.
Opuszczamy Polskę z różnych powodów - finansowych, zawodowych, politycznych, rodzinnych. W tej chwili mieszka poza granicami kraju około 21 milionów Polaków i osób pochodzenia polskiego, więc można by z nas wszystkich utworzyć drugą, bliźniaczą ojczyznę.
I choć jesteśmy geograficznie oddaleni, większość – mam nadzieję - pielęgnuje w sobie tę "polską duszę", która wymyka się opisowi.
No i Dzień Matki…
"Ona mi pierwsza pokazała księżyc i pierwszy śnieg na świerkach i pierwszy deszcz…” - Konstanty Gałczyński.
Kwitnący maj jest na pewno najlepszym miesiącem, żeby celebrować matki i macierzyństwo; ten rodzaj więzi i miłości, który (jak twierdzą psychologowie) jest najgłębszy i najbardziej altruistyczny...
Życzymy wszystkim mamom, żeby w tym miesiącu doświadczyły jak najwięcej miłości, zachwytu i wdzięczności od swoich małych, dużych I całkiem dorosłych dzieci.
Redakcja - Barbara Maksymiuk
prawie jednym zdaniem...
maj 2023
Jedna z najbardziej znanych, najprężniejszych
i najbogatszych metropolii świata, gdzie mieszka ponad 8 mln ludzi, nie wylosowała najlepszych kart w klimatycznym rozdaniu. Miastu, które ucierpiało w huraganach "Sandy" i "Ida" – doszło do zalania metra i zniszczeń na dużą skalę – grozi kumulacja kilku czynników związanych ze zmianą klimatu.
I wszystkie prowadzą do jednego scenariusza.
Po pierwsze: na skutek podwyższenia temperatury lodowce topnieją, podnosi się poziom oceanu i dzieje się to coraz szybciej. Naukowcy, którzy w magazynie "Earth’s Future" przeanalizowali sytuację jednej z najbogatszych metropolii świata, podają, że od 1950 roku woda podniosła się tu o 22 cm.
Po drugie: im bardziej klimat jest rozchwiany, tym ekstrema pogodowe są częstsze, a w przypadku Nowego Jorku chodzi przede wszystkim o nawet cztery razy częściej występujące huragany i powodzie.
Po trzecie: coś, z czego Nowy Jork jest znany – czyli drapacze chmur – jest dodatkowym obciążeniem, bo część wieżowców nie została zbudowana na litej skale, ale w dość plastycznej glebie, która jest coraz silniej ugniatana przez kolejne budowle. Zdaniem autorów analizy już teraz nowojorskie budynki ważą tyle co 140 milionów słoni. W efekcie Nowy Jork tonie
w tempie ok 2 mm na rok, ale są takie obszary miasta, gdzie tempo jest dwa razy większe. Część budowli nie była projektowana z myślą o takich warunkach, toteż zdaniem autorów miasto powinno przede wszystkim pomyśleć o ryzyku korozji i związanej z nią destabilizacji.
Fat Ham - taki tytuł nosi jedna z najciekawszych sztuk na Broadwayu tej wiosny. Afroamerykański scenarzysta James Ijames postanowił przenieść historię Hamleta w realia amerykańskiego Południa. Niby wszystko się zgadza: pewien młodzian jest rozdarty z powodu ślubu matki z bratem jej zmarłego męża. Tyle że Hamlet jest gejem, rodzina czarna,
a spory toczone przy rodzinnym grillu boleśnie współczesne. Najważniejszy krytyk teatralny "New York Timesa" Jesse Greene ocenił, że sztuka jest "przezabawna, a zarazem głęboka".
Pola uprawne coraz głębiej wcinają się w dziką przyrodę. Lampartom udało się przystosować do nowych warunków. Zaczęły polować na ludzi.
Jak podaje BBC, w ostatnich trzech miesiącach z powodu ataków lampartów w dystrykcie Bidźnor zginęło siedem osób. Aż pięć z tych sytuacji miało miejsce tylko między 19 a 26 kwietnia. - Ataki stały się też niezwykle agresywne, ale nie ustalono jeszcze, dlaczego to dzieje się teraz - powiedział Mahesh Chand Gautam, urzędnik odpowiedzialny za lasy.
Jak poinformowała U.S. Fish and Wildlife Service, tej wiosny w Alligator River National Wildlife Refuge przyszło na świat pięć małych wilczków - trzy suczki i dwa samce. Szczenięta urodziły się w drugim tygodniu kwietnia, a ich rodzicami są wilki oznaczone numerami 2225 (matka) i 2323 (ojciec). Do miotu pracujący w projekcie przyrodnicy dołączyli jeszcze jednego szczeniaka płci męskiej urodzonego w Point Defiance Zoo and Aquarium w stanie Waszyngton.
Jak w wielu domach, obraz przez ponad 100 lat wisiał za drzwiami starego domu w północnej Francji. Dopiero teraz się okazało, że to dzieło Pietera Brueghla młodszego. Wyceniono je na 800 tys. euro.
Obraz przedstawia scenę rodzajową z XVII w., w której chłopi stoją w kolejce do rozliczenia się z urzędnikami. Na stołach piętrzą się góry urzędowych papierów. Chłopka, która pochyla się nad plecionym koszem, wyciąga z niego prowiant i podaje młodemu mężczyźnie z odkrytą głową. Tytuł obrazu to "Wiejski prawnik".
Jak twierdzą znawcy twórczości Brueghla młodszego, artysta wielokrotnie powtarzał tę scenę na swoich obrazach, jak swego rodzaju lejtmotyw. Oceniają, że odnaleziony obraz powstał między rokiem 1617 a 1619. Nie wiadomo, jak trafił do Francji. Wiadomo natomiast, że od 1900 r. był w posiadaniu pewnej rodziny i wisiał w dość niepozornym miejscu,
w którym nie miał szans zwracać na siebie uwagi.
Potomkowie rodziny, która powiesiła obraz Brueghla i o nim zapomniała, chcą zachować anonimowość. To oni zamówili ekspertyzę, która okazała się sensacyjna: to praca jednego z największych mistrzów niderlandzkich wieku XVII.
Francuski aktor filmowy Yves Montand opowiadał, że gdy raz powrócił z żoną z weekendu, w drzwiach tkwiła kartka od przyjaciół : "Podarek od nas znajdziesz w skrzynce na mleko". W skrzynce na mleko znajdowała się druga kartka - od mleczarza: "Serdeczne dzięki za wspaniałą whisky!"
Ogromne zdjęcie Doroty Masłowskiej reklamuje w Nowym Jorku jej płytę "Wolne". Masłowska napisała na Facebooku: - "mój ryj na cały Times Square robi na mnie wrażenie totalne!".
Zdjęcie Masłowskiej, podpisanej jako Dorota, to fragment programu Spotify "Equal" służącego wsparciu kobiet w branży muzycznej. W jego ramach na platformie działa globalna playlista, na której znajdują się wyłącznie utwory stworzone przez kobiety. Przed Masłowską podobne zdjęcia na Times Square miały inne polskie artystki: Ofelia i Margaret.
Pochodząca z Wejherowa Dorota Masłowska (rocznik 1983) jest laureatką Nagrody Literackiej „Nike" za powieść „Paw królowej"
(2005). Napisała też na scenę – „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" (2006) i „Między nami dobrze jest" (2008). W 2014 roku, jako Mister D, wydała pierwszy album muzyczny - „Społeczeństwo jest niemiłe".
Celine Dion zagra w filmie, do którego napisała ścieżkę dźwiękową. Wcieli się w rolę piosenkarki.
W roku 1906 ukazała się Księga o herbacie autorstwa Kaukuzo Okakura. Można tym wyczytać, iż napój ten jest bezkonkurencyjny nawet przy trunkach. Z herbatą nie mogą się bowiem równać: arogancki smak wina, zarozumiałość kawy
i sentymentalna niewinność kakao.
50 szkieletów z II wieku naszej ery znaleziono w marcu tego roku w centrum Paryża. Okazało się, że tuż obok stacji kolejowej Port-Royal znajduje się starożytna nekropolia
z czasów galo-rzymskich. Archeolodzy są zaskoczeni odkryciem, tym bardziej że antyczne cmentarzysko nie było widziane od czasów starożytnych.
Stacja kolejowa Port-Royal to ruchliwy punkt w samym środku stolicy Francji. Niedaleko stąd do Ogrodów Luksemburskich
i na Montparnasse. Jednak w II wieku naszej ery był to południowy kraniec miasta Lutetia Parisiorum. Miasto to powstało w miejscu jeszcze starszej celtyckiej osady Lutecja, założonej przez plemię Paryzjów (albo Paryzów).
Pod koniec marca odbyła się Konferencja Wodna Organizacji Narodów Zjednoczonych. To pierwsze takie wydarzenie od 46 lat. Przygotowany przed konferencją raport nie napawa optymizmem. Aż 2 miliardy ludzi nadal nie mają dostępu do bezpiecznej wody pitnej w swoim domu. Jedna trzecia ludności świata nie ma w domu możliwości umycia rąk. Przy obecnym tempie zmian do 2030 roku 1,6 miliarda ludzi nadal będzie pozbawionych dostępu do czystej wody.
Globalne problemy z wodą pitną, związane między innymi ze zmianą klimatu sprawiły, że naukowcy zaczęli dokładnie obliczać jej zużycie. Tak powstał wskaźnik zwany „water footprint”. Można to przetłumaczyć jako bilans lub ślad wodny. Dzięki niemu można na przykład obliczyć, ile wody
potrzebujemy do wyprodukowania czy wyhodowania produktów spożywczych. I tak: kropla kawy w naszej filiżance, wymaga zużycia ponad tysiąca kropel wody podczas uprawy kawowca; kilogram ziemniaków - wymaga 900 litrów wody; jedno jabłko - 70 litrów; kilogram mięsa drobiowego - 3900 litrów, a kilogram mięsa wołowego - 15 500 litrów.
Henryk III Walezy (1551-1589) był wielkim miłośnikiem piesków pokojowych. Do ulubieńców jego należały zwłaszcza bardzo rzadkie okazy rasy lyońskiej, charakteryzującej się niezwykle małymi rozmiarami.
Król był tak rozkochany w owych pieskach, że szukał ich po ulicach Paryża, kupował, gdzie się dało a nawet kradł. Głośna była swego czasu historia z pogwałceniem klauzury zakonnej w związku z uprowadzeniem przez króla pieska z pewnego żeńskiego klasztoru.
Małe pieski Henryka kosztowały skarb państwa przeszło
100 000 talarów w złocie rocznie.
Millennium Docs Against Gravity Film Festival. Data wręczenia nagród: 21 maja
Po raz drugi podczas MDAG odbędzie się Konkurs filmów krótkometrażowych. W tym roku w konkursie znalazło się 16 krótkich historii dokumentalnych z całego świata. W części online festiwalu zostaną zaprezentowane dwa dodatkowe bloki tematyczne - "Przestrzenie osobiste" oraz "Zanim dorośniesz".
Partnerem konkursu a jednocześnie fundatorem nagrody dla zwycięskiego projektu jest po raz drugi TikTok. Ta, bijąca rekordy popularności, platforma rozrywkowa doskonale udowadnia na co dzień, że krótka forma nie tylko nie stanowi blokady dla kreatywności, ale wręcz pomaga ją wyzwolić
i stworzyć fantastyczne, jakościowe treści.
Quentin Tarantino zapowiedział swój najnowszy film, "The Movie Critic", ale jest zdecydowanie za wcześnie, by reżyser miał co pokazać na tegorocznym festiwalu w Cannes (16-27 maja 2023 roku). A jednak twórca zawita na Lazurowe Wybrzeże jako honorowy gość sekcji Directors’ Fortnigh. Na 25 maja reżyser przygotowuje "sekretny pokaz"; również tego dnia porozmawia o "kontrhistorii kina", rozwijając przemyślenia na temat Hollywood lat 70. zawarte w swojej książce "Cinema Speculation". Co szykuje Tarantino?
Studiocanal nabyło prawa do adaptacji powieści "What Happens At Night" autorstwa Petera Camerona. W dopiero powstający projekt zaangażowane są już pierwsze głośne nazwiska. Scenariusz napisze Patrick Marber, a stanowisko producenta zajął Martin Scorsese.
Wydana w 2020 roku powieść to historia amerykańskiej pary, która podróżuje do małego europejskiego miasteczka. Celem wyprawy jest adopcja dziecka. Problemy z procesem zmuszają ich do chwilowego zamieszkania w tym zimnym zakątku świata. Wynajmują pokój w opustoszałym hotelu, spotykając na swojej drodze nielicznych, wyjątkowo enigmatycznych gości. Wraz z upływem czasu para odkrywa, jak mało wie
o sobie i realizowanym pomyśle na wspólne życie.
(ciąg dalszy w kolejnym numerze...)
/ polonijny kalejdoskop
maj '23 (9)
Nie tylko w rosyjskim Dechowcu...
BARBARA MAKSYMIUK
Teatr Nasz działający w Chicago od kilku lat pod artystyczną opieką reżysera Andrzeja Krukowskiego pokazał przedstawienie, które (miałam wrażenie) porwało całą widownię.
Niepohamowane wybuchy śmiechu, a na końcu owacyjne oklaski świadczyły o tym, że polonijna publiczność dostała ten rodzaj teatru, na który przychodzi się z ochotą i poleca się go znajomym.
Mówię o farsie współczesnego rosyjskiego dramaturga zatytułowanej "Gąska".
Rzecz dzieje się w prowincjonalnym mieście o zabawnej nazwie Dechowiec, gdzie w tutejszym teatrze pojawia się młodziutka aktorka Nonna (tytułowa Gąska)
i równocześnie rozkochuje w sobie dyrektora (Fiodor)
i administratora (Wasilij) teatru. Z obydwoma oczywiście sypia i jak to w dobrej farsie być powinno, każdy z nich myśli, że jest Gąski wielką miłością.
Jeden chce się oświadczyć, a drugi zamierza dla Nonny porzucić żonę i dorastające córki.
Obaj panowie są w wieku średnim, zrozumiałe jest więc, że w obecności młodziutkiej i ponętnej dziewczyny, która jeszcze tak chętnie obdarowuje ich swoim ciałem, szaleje samczy testosteron.
I tutaj zaczyna się prawdziwa farsa, bo do każdego pana przypięta jest jakaś pani, a każda szanująca się pani
z pewnością nie pozwoli, żeby pierwsza lepsza młodociana lafirynda odebrała jej mężczyznę.
Głównym elementem scenografii jest łóżko, a właściwie łoże- ogromne, z wymiętą pościelą jednoznacznie sugerujące, że było miejscem erotycznych igraszek...
I właśnie wokół tego łoża rozgrywa się cała akcja- histeryczne płacze pań, miłosne wyznania panów, cyniczny monolog Gąski a nawet poruszające refleksje nad zmarnowanym życiem.
I do tego leje się dużo wódki, która jest zagryzana korniszonem.
Ałła, główna aktorka teatru, żona Wasilija z satysfakją informuje Fiodora, że ma rywala.
Pretensje i żale rosną, Ałła mdleje, apatyczna do tej pory Gąska, która spowodowała to zamieszanie, postanawia się utopić, a dyrektor- kochanek biegnie za nią, żeby ją ratować.
I teraz następuje najciekawsza i bardzo dobrze zagrana część przedstawienia...
Do osamotnionej na scenie Ałły dołącza jej przyjaciółka Donna, również aktorka, ale nie tak wykształcona i nie tak utalentowana jak Ałła, co w ich wzajemnym dialogu Ałła będzie często podkreślać.
Diana jest byłą kochanką Fiodora i ciągle ma nadzieję, że się znowu zejdą; czuje się więc w jakiś sposób również zdradzana.
Rozmowa między paniami to prawdziwy kalejdoskop emocji i jednocześnie pokaz komicznego talentu obu aktorek.
Zaczyna się od absurdalnych porad, żeby wlać jakiś zielony płyn tam, gdzie Wasilij sika..
Potem jest wielominutowa feeria pretensji, przekleństw, oskarżeń, odkrywanych nielojalności, a wszystko to obficie podlewane wspomnianą już uprzednio wódką
i zagryzane korniszonem.
Obie panie to miotają się maniakalnie po scenie, to popadają w pijacką apatię.
Pojawia się jednak moment, kiedy uświadamiam sobie, że w tym scenicznym życiu jest "śmieszno" (jak to
w farsie) ale i "straszno".
Ałła patrząc pusto w przestrzeń wspomina wiśniowy sad ze swojego dzieciństwa.
Delikatność i piękno tej krótkiej opowieści brutalnie kontrastuje z jej obecnym chaotycznym życiem
i wulgarnym językiem, jakim się posługuje…
Ta scena jest oczywistą aluzją do "Wiśniowego sadu" Antoniego Czechowa, który jak mało kto potrafił opisać tęsknotę "małego, mizernego" człowieka za pięknym, godnym życiem. Tych aluzji jest w Gąsce więcej. Nawet sam tytuł przywodzi na myśl "Mewę", dramat o życiowych ambicjach, aspiracjach i rozczarowaniach.

Od lewej: Marek Luckos, Liliana Toten, Stanisław Witek; "Gąska" N. Kolady;
Teatr Nasz, Chicago

Marek Luckos; "Gąska" N. Kolady; Teatr Nasz, Chicago

Od lewej: Liliana Toten, Magdalena Miśkowiec; "Gąska" N. Kolady;
Teatr Nasz, Chicago
Wraca Gąska po nieudanej (lub udawanej) próbie samobójczej- mokra, arogancka i drwiąca i okazuje się, że wszystkie romanse był oportunistyczne, nikogo nie kochała, a teraz wyjeżdża.
Reżyser Andrzej Krukowski zastosował taką taktykę, że stworzył kilka zespołów aktorskich, które grały w różnych przedstawieniach...
Mogę tylko przepuszczać, że miało to uchronić niezawodowych (przecież) aktorów przed codziennym graniem w weekendy w prawie trzygodzinnym przedstawieniu, które wymagało ogromnego wysiłku głosowego, fizycznego i emocjonalnego...
Ale rezultat był taki, że trudno (jak myślę) było zebrać tak dużą grupę ludzi na podobnym poziomie predyspozycji aktorskich…
W przedstawieniu, które widziałam, świetna była Ałła, maniakalnie energiczna, wypluwająca z siebie inwektywy z niezwykłą szybkością, bardzo wiarygodna zarówno w swoim pijackim, pełnym rozżalenia stuporze jak i w swoich lirycznych wspomnieniach.
Bardzo dobra była też korpulentna Donna beż żenady wciskająca swoje pulchne kształty w seksowną garderobę Gąski; no a Fiodor zagubiony i bezradny w wygłaszanych pijackich żalach brzmiał i zachowywał się, jakby rzeczywiście napił się wódeczki.
Natomiast tytułowa Gąska ze swoimi warunkami fizycznymi nie mogła być wiarygodna jako młodziutka famme fatale , która doprowadza mężczyzn do zguby samym swoim istnieniem, a twarz biednego Wasilija była w zupełnej niezgodzie ze słowami, które wypowiadał. Utrzymywał swoją mimikę w stanie permanentnej osowiałej nudy.
Po wyjeździe Gąski zostają zgliszcza dwóch związków i dwaj zawiedzeni panowie w średnim wieku, którym odebrano marzenia
o nowym fascynującym związku z dala od rutyny i nudy życia na prowincji.
Bo, moim zdaniem, "Gąska" to nie tylko przezabawna histroniczna farsa o zdradzie, kobiecych manipulacjach, seksualnych apetytach, zawodowych ambicjach, prowincjonalnych plotkach...
To również tragikomedia, bo mówiąca o utraconych marzeniach, w których życie miało być piękne i porywające, a zamieniło się
w bezradosną egzystencję na prowincji .
W tym sensie Nonna jest nie tylko erotycznym wyskokiem, seksualnym podbojem ale przede wszystkim ekscytującym zaproszeniem do zaczęcia wszystkiego od początku, do radości i przygody....do powrotu do młodzieńczych marzeń...
W pewnym momencie Fiodor pyta: "co ja Boże zrobiłem z tym jedynym życiem, które mi dałeś?"
Panom, których brutalnie pozbawiono marzeń o lepszym życiu, nie pozostaje nic innego jak samobójstwo. Postanawiają się powiesić, ale że jest to farsa, walczą ze sobą o pierwszeństwo do skorzystania ze sznura..
Zakończenie jest takie jak w "Trzech siostrach" Czechowa. Tam marzenia o wyjeździe do Moskwy pozostają tylko marzeniami; siostry będą dalej wiodły monotonne, pospolite życie na prowincji, urozmaicane czasem zalotami starych kawalerów.
Tutaj Fiodor i Wasilij wrócą do swoich pań (Ałły i Donny), które wynagrodzą im miłosne i egzystencjalne porażki obietnicą gotowania ulubionych pierogów i infantylnymi czułostkami…
Dalej będą dreptać wokół domu i prowincjonalnego teatru, a chwilowy zryw buntu pójdzie pewnie w zapomnienie...
Inscenizacja Gąski zdecydowanie zyskałaby na dramatycznej wymowie, gdyby zakończenie było krótkie jak epilog...
Dowiadujemy się oto, że nie ma wyjścia z byle jakiej egzystencji, drzwi zostały zamknięte. Patetyczny bunt się nie powiódł; "reszta jest milczeniem".
Ale reżyser (niestety) chciał inaczej - długie i zupełnie niepotrzebne monologi pań, które do znudzenia powtarzają te same pocieszenia i obietnice, odbierają zakończeniu tak konieczny w tym miejscu dramatyzm sytuacji...
Oto my, widzowie, śmialiśmy się przez 3 godziny podglądając często absurdalne perypetie bohaterów, ale były momenty, kiedy wgląd w ich dusze uświadamiał nam, że gdzieś tutaj obok groteski czai się smutek i poczucie niespełnienia...
/ ludzie i obyczaje
maj '23 (9)
KONSTYTUCJA

NICZYM
KOLOS
DARIUSZ LACHOWSKI
Zdjęcia: DARIUSZ LACHOWSKI; MARCIN RODZKO


Polska diaspora w Chicago zakończyła 129. paradę 3-majową (2022 rok - po dwuletniej przerwie związanej z pandemią). Uczciła w ten sposób rocznicę ratyfikacji polskiej konstytucji z 3 maja 1791 roku. Konstytucji, która była i jest pierwszym tego rodzaju dokumentem w Europie i drugą na świecie zaraz po Konstytucji Stanów Zjednoczonych. To wydarzenie jest największą polską paradą poza granicami Polski.
Wielu polskich patriotów i uczniów szkół polskich bierze co roku udział w tej paradzie, dla nielicznej rzeszy ciekawskich, przechodniów i gapiów jest to dzień gdy wszyscy w Chicago jesteśmy Polakami. Tego dnia świadomie lub nie, na swój sposób opowiadamy o historii Polski, a także głośno, powinniśmy mówić o tym jak władza nie może obchodzić konstytucji. Gdy ucichną jazgoczące dźwięki, wydobywające się z wolno przemieszczającej się kawalkady rydwanów, wracamy spokojnie do swoich domów
i mieszkań. Następnego dnia zaczynamy planować letnią kanikułę, wyjazdy i wyloty do bliskich, do rodzin. Wśród wielu wakacyjnych planów są i te dotyczące odwiedzenia miejsca gdzie to wszystko się zaczęło np. Ellis Island – wyspy imigrantów.


Amerykańska emigracja datuje się na rok 1865, wtedy do tego kraju zaczęli napływać nowi Amerykanie. Jednakże nie każdemu imigrantowi pozwalano tu zostać. Wszyscy nowi przybysze z Europy byli najpierw gromadzeni na nowojorskiej Ellis Island, gdzie poddawano ich badaniom lekarskim. Jeżeli przeszli je pomyślnie, mogli pozostać i udać się do dowolnego miejsca w kraju. Tamta Ameryka potrzebowała imigrantów, ale też w zamian oczekiwała, że będą dumni ze swojego nowego kraju. Mieszanina ras i kultur dla wielu stanowiła problem: aby stać się pełnoprawnymi obywatelami Stanów Zjednoczonych, przybysze musieli nauczyć się języka angielskiego; oczekiwano też od nich szacunku dla flagi Stanów Zjednoczonych.
Imigranci polscy skupiali się wówczas w dwóch miejscach: stanie Illinois (zwłaszcza w Chicago i jego rzeźniach) oraz stanie Nowy Jork. Tamto życie nie było łatwe, zewsząd otaczali ich ludzie mówiący innym językiem, do tego dochodziły inne smaki potraw
i przypraw. Imigranci przybywali głównie z przyczyn zarobkowych i do dziś Ameryka dla biednych Europejczyków pozostaje krajem szansy. W Ameryce obowiązywała wolność wyznaniowa, panowało liberalne prawo gospodarcze sprzyjające powstawaniu nowych firm i sklepów lecz przede wszystkim, nowych obywateli przyciągała wolność osobista oraz prawa wyborcze.

"Wolność wiodąca lud na barykady" - Eugène Delacroix, rok 1830 / Luwr, Paryż / domena publiczna

"Statua Wolności" - Frédéric Auguste Bartholdi /
Nowy Jork / fot.: Dariusz Lachowski
Wolność działała wówczas na wyobraźnię, podsycała ją i dawała nadzieję na przyszłość tak jak pokazał to na swoim obrazie „Wolność wiodąca lud na barykady” – Eugène Delacroix. To właśnie ta półnaga kobieta, zainspirowała francuskiego rzeźbiarza Frédérica Auguste’a Bartholdiego, autora Statuy Wolności, by swojej rzeźbie nadać rysy własnej matki, a ciało wzorować na ciele kochanki. Tak oto Francja przyczyniła się do powstania nieoficjalnego symbolu wolności, Nowego Jorku i Stanów Zjednoczonych.
Emma Lazarus urodziła się w lipcu 1849 roku w Nowym Jorku w bogatej rodzinie portugalskiego żyda sefardyjskiego, rodzinie której korzenie sięgały początków Nowego Jorku jeszcze za czasów gdy było ono brytyjskim miastem kolonialnym. Lazarus była poetką silnie zaangażowaną w działalność charytatywną na rzecz uchodźców. W roku 1883 poproszono ją o skomponowanie utworu poetyckiego w ramach Wystawy Funduszu Pożyczek Artystycznych dla Pomocy Funduszu Piedestału Bartholdi dla Statuy Wolności, na co wyraziła zgodę.
Słynny sonet, poetki żydowskiego pochodzenia Emmy Lazarus, przedstawia Statuę jako „Matkę Wygnańców”: symbol imigracji
i możliwości – symboli związanych z dzisiejszym postrzeganiem Statuy Wolności. Po początkowej popularności sonet zniknął
z pamięci publicznej. Dopiero w 1901 roku, 17 lat po śmierci Emmy, jej przyjaciółka Georgina Schuyler skrzyknęła przyjaciół i zawiązał ruch obywatelski by od nowa wskrzesić ideę utraconej pracy koleżanki. Jej wysiłek opłacił się i w 1903 roku słowa z sonetu zostały wypisane na tablicy i umieszczone na wewnętrznej ścianie cokołu Statuy Wolności.
Do dziś tablica ta, prezentowana jest w muzeum Statuy Wolności zlokalizowanym w jej podstawie. Warto o tym pamiętać, (...) gdy niesłychanej wagi obowiązki uniemożliwiają pojawienie się na manifestacji polskości w Chicago.


The New Colossus
By Emma Lazarus
Not like the brazen giant of Greek fame,
With conquering limbs astride from land to land;
Here at our sea-washed, sunset gates shall stand
A mighty woman with a torch, whose flame
Is the imprisoned lightning, and her name
Mother of Exiles. From her beacon-hand
Glows world-wide welcome; her mild eyes command
The air-bridged harbor that twin cities frame.
“Keep, ancient lands, your storied pomp!” cries she
With silent lips. “Give me your tired, your poor,
Your huddled masses yearning to breathe free,
The wretched refuse of your teeming shore.
Send these, the homeless, tempest-tost to me,
I lift my lamp beside the golden door!
Nowy Kolos Rodyjski
Emma Lazarus
Nie niczym grecki gigant ze spiżu odlany,
Ze stopami po obu stronach morskiej toni,
Młoda, mocna kobieta, trzymająca w dłoni
Pochodnię, stanie dumnie u portowej bramy.
A światło jej pochodni to piorun schwytany,
Ucieczka Uciśnionych jej imię, bo chroni.
Głosi ona gościnę wszystkim, co pogoni
Uszli i przybywają do krain nieznanych.
“Stare kraje, swą dawną zachowajcie chwałę” –
Wykrzykuje bez przerwy niemymi wargami –
“Dajcie mi tylko swoich biednych tłumy całe,
Obejmę ich gościnnie mymi ramionami.
Przyślijcie mi bezdomnych gromady niemałe,
Dla nich podnoszę lampę nad portu wodami.”
(tłumaczenie: Wiktor J. Darasz, 2015)






/ ludzie i obyczaje
maj '23 (9)

DZIEŃ MATKI
WSZYSTKIM
MAMOM ṠWIATA
wspaniałości wszelkiej
i radości każdego dnia...
Kluby dla kobiet powstawały już w XIX wieku w stanie West Virginia. Ich inicjatorką była Ann Reeves Jarvis. Uczono wychowywania dzieci, utrzymania czystości całych rodzin, zastanawiano się nad zmniejszeniem śmiertelności noworodków...
Podczas wojny secesyjnej kobiety pomagały rannym żołnierzom z obu obozów... Po wojnie organizowały pikniki jednoczące lojalistów unijnych
i konfederackich, promujące pokój i spokój dla wszystkich, również swoich dzieci...
Domagały się też zrozumienia w ich macierzyństwie, szacunku, partnerstwa... Na kartach historii zapisała się (między innymi) Julia Ward Howe
- zapoczątkowała Mother's Peace Day, które zaczęto organizować lokalnie
w różnych stanach.
Na początku XX wieku do grupy działaczek na rzecz kobiet-Matek dołączyła Ann Jarvis (córka Ann Reeves Jarvis). Również organizowała kluby dla kobiet
o niemal tych samych problemach, również domagała się uszanowania ich ciężkiego wysiłku w wychowaniu dzieci i utrzymaniu domu. Po śmierci swojej Mamy (10 maja 1908 roku) wysłała 500 białych goździków do kościoła
w Grafton (West Virginia) na uroczystości pogrzebowe. Podobne obchody miały miejsce w Philadelphii, miejscu zamieszkania Ann. Ten dzień, symbolicznie, uznaje się za pierwszy Dzień Matki w Stanach Zjednoczonych...
Ann nie ustała jednak w swoich działaniach na rzecz wszystkich Matek
w kraju, by doczekać się uznania i proklamacji Mother's Day przez prezydenta Woodrow'a Wilson'a (9 maja 1914 roku). Oficjalnie amerykański Dzień Matki celebrowany jest w drugą niedzielę miesiąca maja, a biały, puchaty goździk zastąpiono ulubionymi kwiatami Mam.
W przedwojennej Polsce Dzień Matki obchodzono również corocznie, jednak
w różnych dniach maja, a organizatorami spotkań, czasem pochodów zajmowały się Koła Polskiego Czerwonego Krzyża (w 1939 roku w maju było ich około 7700). Obecną datę celebrowania matczynego święta ustalono po
II wojnie światowej...
Nie zapomnij o swojej Mamie, jest najwspanialszą kobietą Twojego życia, bez względu na to, na jakim etapie owego życia jesteś... Podaruj Jej uśmiech, łzę czułości, mnóstwo kolorów, pyszności wszelkie, i podziękuj za to, co zrobiła dla Ciebie i jeszcze zrobi nie raz... Jej uśmiech zaświeci jak słońce...

Ann Maria Reeves Jarvis (górne zdjęcie)
i Anna Jarvis / domena publiczna

/ ludzie i obyczaje emigracja / muzyka
maj '23 (9)
Kaśka Paluch-Łukasiak: Na Islandii spodobała mi się harmonia pomiędzy życiem zawodowym
a prywatnym, to, że pracuje się po to, żeby żyć. Urzekło mnie to nie tylko w Islandczykach, ale również poznanych tu Polakach.
Moja emigracja nie była zarobkowa; na Islandii poznałam Magdę,
swoją obecną żonę

Kaśka Paluch-Łukasiak pochodzi z Zakopanego, ale od pięciu lat mieszka w Islandii. Pracuje jako nauczycielka klasy multimediów w szkole podstawowej Vikurskóli oraz w centrum kreatywnym
i informatycznym SFS Mixtúra w Reykjaviku.
Jej projekt Noise From Iceland powstał w 2020 roku jako pierwsza w historii mapa dźwiękowa Islandii. Początkowo miał być próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie "Jak brzmi Islandia?", ale rozwinął się
w coś znacznie większego.
JAREK SZUBRYCHT
Jarek Szubrycht: Kiedy i dlaczego wyjechałaś z Polski?
Kaśka Paluch-Łukasiak: Z biletem w jedną stronę wyjechałam w kwietniu 2017 roku. Dlaczego? Poznałam na Islandii Magdę, swoją obecną żonę.
- Mógłbym teraz powiedzieć, że równie dobrze Magda mogłaby za tobą wrócić do Polski, ale każdy wie, dlaczego tam może być wam lepiej.
- Dla pary jednopłciowej w Polsce nie ma przyszłości i to był główny powód. Moja emigracja nie była zarobkowa, nie opuszczałam Polski dlatego, że nie miałam żadnych zawodowych perspektyw. Chciałam w końcu zacząć normalnie żyć i zmęczyło mnie czekanie na to w Polsce.
- Normalnie, czyli jak?
- Na początek: wziąć ślub i zamieszkać wśród ludzi, którzy traktują nas jak równych sobie, w społeczeństwie respektującym prawa człowieka. Straciłam nadzieję, że w Polsce się to wydarzy. Byłam już po trzydziestce i uznałam, że nie chcę dłużej odkładać życia na później. Magda podjęła tę decyzję wcześniej, ja do niej dołączyłam.
- Nie rozważałyście rozpoczęcia wspólnego życia w innym miejscu?
- Po raz pierwszy przyleciałam tu pół roku wcześniej i bardzo dobrze się poczułam. Jak wylądowałam w Keflaviku, miałam wrażenie, jakbym wróciła do domu. To było bardzo dziwne. Prawie cały tydzień spędziłam na rozmowach i ujęło mnie choćby to, że rozmowa
z nowo poznanymi ludźmi nie zaczyna się od pytania "gdzie pracujesz?", że o statusie społecznym nie decyduje rola, którą odgrywasz. Spodobała mi się harmonia pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym, to, że pracuje się po to, żeby żyć. Urzekło mnie to nie tylko
w Islandczykach, ale - co ciekawe - również w Polakach poznanych na Islandii.
- Skąd wzięłaś się na Islandii? To nie była po prostu wycieczka wykupiona w biurze podróży.
- Marta Niebieszczańska, która prowadzi Iceland News Polska, największy portal dla tutejszej Polonii, zorganizowała warsztaty dziennikarskie. Byłam jedną z osób, która te warsztaty prowadziła. Przyleciałam, żeby mówić o pisaniu. Przez całe swoje życie byłam zafascynowana Islandią, więc kiedy otrzymałam zaproszenie, mój strach przed podróżowaniem zszedł na dalszy plan.
- Przeprowadzając się do Reykjaviku, wiedziałaś, co chcesz robić? Zgaduję, że dla muzykologów oraz dziennikarzy muzycznych,
w dodatku bez znajomości lokalnego języka, zbyt dużo pracy tam nie ma.
- Byłam tak zmęczona życiem w Polsce, w tym pracą w branży muzycznej i medialnej, że naprawdę było mi wszystko jedno, co będę tutaj robić. Byleby się przenieść i być z Magdą. To ona znalazła ofertę pracy dla przewodnika w tunelu lawowym. "Lubisz chodzić po górach, więc może to?" - zaproponowała.
Uświadomiłam sobie, że nie muszę do śmierci pisać o muzyce, że mogę się zająć czymś innym, pobyć bliżej natury. Tydzień wcześniej kończyłam w Polsce swoje ostatnie recenzje dla Onetu, a teraz stałam w ciemnej jaskini przed ścianą z zastygniętej lawy i myślałam: "Wow, to jest teraz twoje życie! Co tu się wydarzyło?". Zostałam tam na cztery lata. Dopiero COVID zakończył moją pracę przewodniczki.
- Tu mamy kolejny nieoczekiwany zwrot akcji, bo ścieżki między wulkanicznymi skałami doprowadziły cię znowu do muzyki. Pomysł podsunęła ci kobieta, którą oprowadzałaś, prawda?
- W Islandii bardzo często słyszy się powiedzenie "þetta reddast", czyli "Wszystko się jakoś ułoży". Im mniej naciskasz na zmiany, tym lepiej, bo wyspa nad tym pracuje. Rzeczy tu się po prostu układają. Na Islandii po raz pierwszy od wielu lat zaczęłam słuchać muzyki dla przyjemności, bez poczucia, że muszę coś o tym napisać, wiedzieć, szukać czegoś nowego. Na końcu każdej wycieczki wyłączaliśmy wszystkie światła, by w kompletnej ciemności i ciszy słuchać z turystami kropli wody spadających w jaskini. W ten sposób zaczęłam słuchać Islandii, od wewnątrz.
Na jednej z wycieczek dostałam pod opiekę niewidomą kobietę. Chodziło tylko o to, by mogła wesprzeć dłoń na moim ramieniu, żeby ominąć ewentualne przeszkody. Spędziłyśmy razem dużo czasu,
z jego upływem się ośmieliłam i zapytałam: "Po co człowiek, który nie widzi, przyjeżdża na Islandię?". Odpowiedziała, że w Islandii jest dużo więcej niż tylko ładne widoki, że są zapachy, faktury i dźwięki.
Wtedy zaczęłam zastanawiać się, jak brzmią te wszystkie miejsca, które doskonale znamy z widzenia. Postanowiłam jeździć po wyspie
i zamiast zdjęć zbierać dźwięki. Myślałam, że to może być ciekawy dodatek do książki pod roboczym tytułem "Jak brzmi Islandia?", którą sobie wymyśliłam.

- Czy wzrok oszukuje uszy? Osłuchując swoje nagrania, bywałaś zaskoczona, bo inaczej zapamiętałaś jakieś miejsce, odbierając je wszystkimi zmysłami?
- Zdarzyło mi się to nawet w trakcie nagrywania. Moim marzeniem było nagranie wnętrza lodowca, co okazało się bardzo skomplikowane. Trzeba umieć poruszać się po lodowcu, nie mówiąc już o schodzeniu do szczelin. Ja się na tym nie znam, więc potrzebowałam przewodniczki - na szczęście moja przyjaciółka Agata Jabłońska się tym zajmuje. Chodziłyśmy więc w trójkę - bo Magda zawsze towarzyszy mi z aparatem - po lodowcu, dzień był piękny. W końcu znalazłyśmy szczelinę, koleżanka założyła stanowisko do asekuracji i zaczęłam schodzić z rekorderem w głąb.
Kiedy już założyłam słuchawki, pierwszą myślą było: "Dlaczego słyszę wokół tyle wody?".
Zupełnie wypadło mi z głowy, że lodowiec to po prostu bardzo dużo zamrożonej wody. Nie wiem, czego się spodziewałam. Smoczych ryków? Drugim zaskoczeniem było odkrycie, że każdy wodospad brzmi inaczej.
- Inaczej są nastrojone?
- Tak, są różnie nastrojone. Może to zależeć od ilości wody, ale też od ukształtowania terenu. Ten słynny Gullfoss, który jest przebojem każdej wycieczki po Islandii, ma kilka pięter. Wygląda trochę tak, jakby woda lała się po schodach. Jego dźwięk jest bardzo głęboki, dudniący. Z kolei wodospad Skógafoss, pod którym w „Grze o tron" Jon Snow całował się z Daenerys, brzmi trochę jak prysznic, ma znacznie więcej wysokich częstotliwości.
- Wspominałaś o lodowcu, ale widziałem też wasze zdjęcia z nagrań czynnego wulkanu. Czy to na pewno był dobry pomysł?
- Nagrywanie dźwięków na Islandii rzeczywiście jest sportem ekstremalnym. Nie trzeba nawet iść na wulkan. Nagrywam wiele sztormów, bo pięknie brzmią, ale to zajęcie trudne pod względem technicznym i niebezpieczne. Kiedy jest sztorm, jest ślisko, mokro
i może jeszcze pada śnieg, to lepiej zostać w domu i oglądać Netflixa. Albo słuchać sztormu przez okno, bez proszenia się o kłopoty.
Lodowiec też był wyzwaniem. Choć dużą część życia spędziłam, chodząc po górach, byłam pewna siebie i przekonana o swoich umiejętnościach, schodząc w szczelinę, trzęsłam się ze strachu.
- Wulkanu się nie bałaś?
- W przeciwieństwie do wszystkich innych miejsc na świecie, gdzie ludzie unikają miejsc erupcji wulkanów, w Islandii tworzą się korki w kierunku krateru. Wszyscy chcą to zobaczyć, choć z oczywistych względów zbliżanie się do wulkanu jest niebezpieczne.
W przypadku tego, który nagrywałam, chodziło i o gaz, i o to, że była to erupcja szczelinowa, więc nowe szczeliny otwierały się
w losowych miejscach.
Potrzebowałam ponad 20 wejść, żeby nagrać te dźwięki, ale już za pierwszym razem uświadomiłam sobie, że jesteśmy tak nieprzyzwyczajeni do tego widoku, że traktujemy go trochę jak obraz z telewizora.
Przez chwilę byliśmy tak blisko, że pomyślałam, że zaraz ta chlupiąca lawa spadnie mi na buty. Ratownicy z islandzkiego TOPR-u zwrócili nam uwagę, więc uświadomiłam sobie, że to było strasznie głupie.
- Jak blisko wulkanu trzeba być, żeby na nagraniu dobrze zabrzmiał? Musi ci się zacząć kopcić ten włochaty kot na mikrofonie?
- Żeby dobrze nagrać wulkan - a przede wszystkim lawę, na której mi najbardziej zależało - rzeczywiście trzeba być blisko. Dlatego potrzebowałam tak wielu wyjść, żeby trafić na moment, kiedy nie ma helikopterów, dronów i tłumu głośnych gapiów.

Byłam tak blisko, że nawet w masce i goglach nie byłam
w stanie wytrzymać tam dłużej niż 10 sekund, więc zostawiłam mikrofon i rekorder, a sama uciekłam. Miałam tylko nadzieję, że sprzęt przetrwa. Udało się. Napisałam później do producenta, że choć pewnie tego nie przewidział, jego sprzęt sprawdza się nawet w bliskim kontakcie z lawą.
- Z tych wszystkich nagrań terenowych stworzyłaś dźwiękową mapę Islandii. To projekt muzyczny czy raczej geograficzny?
- Wspomniałam już o pomyśle na książkę "Jak brzmi Islandia?". Chciałam o tym porozmawiać z muzykami, ale też z innymi przedstawicielami kultury, na przykład pisarzami, mając na myśli przede wszystkim muzykę. Oni zwykle opowiadali mi
o dźwiękach natury. Twierdzili, że właśnie w nich znajdują źródło inspiracji.
Nie skończyłam książki. Zaczęłam od mapy i kiedy zamieściłam ją w internecie, okazało się, że taka forma się ludziom podoba. Projekt zaczął się rozwijać w zupełnie inną stronę, dla mnie niespodziewaną.
- Nikt przed tobą nie nagrał Islandii równie skrupulatnie?
- Jest tu kilku artystów zajmujących się nagraniami terenowymi znacznie dłużej niż ja. Björk przecież nagrywa dźwięki Islandii, które potem wykorzystuje w swoich utworach. Na tak konsekwentne nagrywanie konkretnych miejsc i stworzenie dźwiękowej mapy wyspy nikt wcześniej jednak nie wpadł. Islandczycy docenili moją pracę. Starsi mówili, że dzięki mnie przypomnieli sobie, jak ich kraj brzmiał przed turystycznym boomem.
- Nie tylko Islandczycy to docenili. Zarejestrowane przez ciebie dźwięki na Biennale Sztuki w Wenecji prezentował Ryuichi Sakamoto. Jak do tego doszło?
- Dobre pytanie. Zbierając dokumentację do tej książki, która nigdy nie powstała, rozmawiałam między innymi z Andrim Snær Magnasonem, islandzkim pisarzem dość popularnym w Polsce. Sakamoto jest jego przyjacielem. Potrzebował do swojej instalacji na Biennale nagrań z różnych części świata i zapytał Andriego, czy mógłby to zrobić, na co Magnason odpowiedział, że zna kogoś, kto zrobiłby to lepiej.
Dostałam zamówienie na trzy konkretne miejsca - Laugavegur, czyli reykjavikowskie Krupówki, port i jezioro Tjörnin. Deadline był oczywiście na wczoraj. To był listopad, padał deszcz, wiał wiatr, a ja byłam chora, ale stwierdziłam, że nie ma takiej opcji, żebym nie zrobiła nagrań dla Ryuichiego Sakamoto. Po sześciu godzinach spędzonych w deszczu z zapaleniem gardła byłam prawie nieżywa, ale dźwięki do niego poszły. Wykorzystał je w kompozycji "Playback", która stanowiła część instalacji stworzonej przez niego
z kolektywem Dumb Type, pokazywanej w Wenecji oraz w Haus der Kunst w Monachium.
- Pretekstem do naszej rozmowy jest "Ey", twoja druga płyta wydana pod szyldem Noise From Iceland. Wykorzystujesz na niej zebrane przez siebie dźwięki wyspy Heimaey, swojego czasu zniszczonej przez wulkan.
- Heimaey to jedyna ucywilizowana, zamieszkana przez ludzi wyspa z archipelagu Vestmannaeyjar, w całości stworzonego przez podwodne erupcje wulkanów. Vestmannaeyjar to również nazwa głównego miasteczka na Heimaey, które jest bardziej nowoczesne niż Reykjavik, ale zarazem w pełni odizolowane od już izolowanej od świata Islandii. W latach 70. wybuch wulkanu prawie zniszczył całą wyspę, nie zabijając przy tym ani jednej osoby, bo erupcja została zauważona przez rybaków wracających nad ranem do portu. Wszystkich ewakuowano, a kiedy wulkan przycichł, mieszkańcy wrócili.
Stosowano jakąś supernowoczesną amerykańską technologię do schłodzenia lawy, ale zarazem przez jakiś czas wykorzystywano ją do ogrzewania mieszkań. Dla mnie to jazda po bandzie i zarazem coś bardzo islandzkiego. Postanowiłam więc na płycie skupić się na tym jednym, wyjątkowym miejscu. (...)
- Czujesz się tak dobrze na Islandii, bo jest podobna do twojego rodzimego Podhala czy dlatego, że jest zupełnie inna?
- To zależy. Podobieństwo jest choćby takie, że w Islandii z każdego miejsca widać góry. Pogoda też jest podobna, surowa. Śnieg
w sierpniu mnie tu nie zaskoczył, bo w Zakopanem też się zdarza. Tylko silne wiatry na Islandii nigdy nie są tak ciepłe jak halny. Ale na Islandii jest mi też dobrze, bo jest pod wieloma względami inna. Pomijając już proludzkie prawa, odpowiada mi nordycka mentalność oraz ich podejście do natury, szacunek do niej. Jeśli porównam Islandię ze współczesną Polską, czuję się trochę, jakbym była na innej planecie. (wyborcza.pl; skróty redakcji)
/ ludzie i obyczaje emigracja
maj '23 (9)

Za co kocham Hiszpanię?
W Hiszpanii jestem zakochana po uszy. I nie, nie piszę tego spoglądając przez różowe okulary na morze i palmy z drinkiem w ręku. Bo ten kraj to dla mnie coś więcej. Dużo więcej. Życie w Hiszpanii nie jest sielanką, ani żadnym rajem. Przynajmniej moje. Mam swoje kryzysy i czarne demony, które mnie prześladują. Ale odnoszę wrażenie, że w Hiszpanii do problemów podchodzi się inaczej. Żyjąc tu doświadczyłam wiele i tego nikt mi nie zabierze. Kiedyś ktoś zapytał mnie, co musiałoby się stać, abym wróciła do Polski. Tak naprawdę nie chciałam się nad tym zastanawiać ani sekundy. Bo całym sercem czuję, że co by się nie działo, ja nie mogłabym już wrócić…
W życiu nie chodzi o to, żeby przeczekać burzę, ale o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.
Steven D. Wolf
Tego właśnie nauczyła mnie Hiszpania. A może jednak nie mam racji? Może powinnam napisać, że tego nauczyło mnie życie? Ale toczy się ono w Hiszpanii i mimo wszystko myślę, że ma to wielki wpływ na mnie jako człowieka. Ja tu po prostu stałam się szczęśliwsza.
I nie tylko ze względu na klimat, błękitne niebo i ciepłe promienie słońca. Choć nie ukrywam, że oddziałuje to pozytywnie na psychikę, to jednak miłość do tego kraju ma dla mnie o wiele głębsze znaczenie. Przecież w życiu nie chodzi tylko o widok palm na wyciągnięcie ręki. Tutaj, gdzie mieszkam i tak ich nie ma…
Za co więc kocham Hiszpanię?
Po pierwsze, Hiszpania ma coś wyjątkowego, co przyciąga niczym magnes. Zaletą są przede wszystkim ludzie. Ja po prostu kocham Hiszpanów. Za ich mentalność, optymizm, sposób bycia, otwartość, życzliwość, większą tolerancyjność. Kocham ich za uśmiech, którego w Polsce tak bardzo brakuje.
Następna kwestia, za którą kocham Hiszpanię to różnorodność regionów. Jest to kraj niezwykle zróżnicowany. Hiszpania to nie tylko morze i piękne plaże. Znajdziemy tu mnóstwo wspaniałych miejsc, niesamowitych zabytków, wąskich uliczek, w których aż przyjemnie się zgubić i poczuć ten niepowtarzalny klimat i smak chwili.
Szalenie istotny dla mnie jest również język, jakim się otaczam. Nie wyobrażam sobie mieszkać w kraju, gdzie język by mi nie odpowiadał. A język hiszpański jest moim zdaniem najpiękniejszy na świecie. Od początku uczyłam się go z wielką pasją. Jego brzmienie porywa moje serce.
Kolejna sprawa, która bardzo mi się podoba w Hiszpanii to brak tej typowo polskiej zawiści i zazdrości. Życie cudzym życiem, ocenianie, porównywanie się do siebie to nie jest mój świat. W hiszpańskiej rzeczywistości czuję się o wiele bardziej komfortowo. To, o czym mówię nie oznacza, że ludzie w Hiszpanii nie zazdroszczą, ani nie obgadują. Oczywiście, że to robią, ale nie jest to widoczne
w takim stopniu, jak w polskim społeczeństwie. Podejście do wszystkiego jest zupełnie inne, a różnica między naszymi mentalnościami jest ogromna.
Myśląc o Hiszpanii, odczuwam takie przyjemne ciepło na sercu. Kiedy rozmyślamy o naszym bezpiecznym domu tworzy się w nas właśnie takie uczucie. Kocham Hiszpanię do szaleństwa. Za wszystko, co mi dała.
Jestem wdzięczna za każde dobre i te cholernie trudne przeżycia, które towarzyszyły mi podczas życia w tym kraju. Za życiowe, bardzo wartościowe doświadczenia. Za to, że pokazała mi całkiem inną stronę życia. Za to, że mogę przebywać wśród jej pozytywnie nastawionych mieszkańców i uczyć się od nich lepszego podejścia do wielu spraw. Za to, że żyję z daleka od polskiej mentalności, której nigdy nie lubiłam i za to, że mogę na co dzień chłonąć tą hiszpańską. Jest mi ona znacznie bardziej bliska. Za to, że żyjąc tu stałam się trochę innym człowiekiem. Szczerze mówiąc, teraz wolę tę nową, „hiszpańską” wersję mnie.
J. Walska - hiszpanska dusza.pl
/ nauka
maj '23 (9)
WODA MORSKA MA SMAK SŁONY...
MAGDALENA SALIK
Absolutna większość wody istniejącej na Ziemi to woda morska. Ma ona wyraźny słony smak. Co za niego odpowiada? Dlaczego oceany i morza są słone?
Chyba nie ma nikogo, kto kąpiąc się w wakacje w morzu, nie napił się przypadkiem morskiej wody. To doświadczenie może wydać się raczej nieprzyjemne. Woda morska jest nieco gorzka i wyraźnie słona. Tak jakby ktoś rozpuścił w niej bardzo dużo soli kuchennej.
Mały łyk morza nikomu nie zaszkodzi. Jednak picie morskiej wody w większych ilościach jest szkodliwe. Co prawda dostarczymy
w ten sposób organizmowi wody, ale wraz z nią do naszego ciała dostanie się również bardzo dużo soli. By pozbyć się jej nadmiaru, organizm będzie musiał zużyć więcej wody niż pozyskał. Picie słonej wody to więc paradoksalnie prowadzić do odwodnienia.
Gdyby spojrzeć na Ziemię z kosmicznej perspektywy, trudno byłoby znaleźć na niej inną wodę niż słoną. Większość wody na kuli ziemskiej – aż ponad 97 procent – to woda morska. Dlaczego morze jest słone?
Ile jest oceanów na Ziemi?
Oceany pokrywają aż 71 procent powierzchni całej Ziemi. Dawniej wyróżniało się tylko trzy: Spokojny, Atlantycki
i Indyjski. Od 2000 roku do tej listy dodaje się również Ocean Arktyczny i Ocean Południowy. Oceany tworzą połączony system, w którym przez cały czas zachodzi wymiana wody. Stąd bywają też nazywane ziemskim Wszechoceanem.
Gdyby spytać chemika, w czym się kąpie na wakacjach, odpowiedziałby, że w roztworze. Woda morska to bowiem jednorodna mieszanina różnych składników. Woda stanowi rozpuszczalnik. Natomiast substancje, które się w nim rozpuszczają, to różnego rodzaju sole.

Jakie sole wchodzą w skład wody morskiej?
Woda morska ma z solą kuchenną bardzo dużo wspólnego. Najwięcej w oceanach jest bowiem chlorku sodu – czyli głównego składnika soli kuchennej. Na drugim miejscu znajduje się chlorek magnezu. Na kolejnych siarczan magnezu, siarczan wapnia
i siarczan potasu.
Powiedzenie, że wodzie morskiej smak nadają sole, nie jest w pełni precyzyjne. Sól w oceanie ulega rozpuszczeniu, a więc w skład wody wchodzą tak naprawdę jony. Są to jony o ładunku dodatnim (czyli kationy):
-
sodu,
-
magnezu,
-
wapnia
-
potasu.
A także jony o ładunku ujemnym (aniony): chlorkowy i siarczkowy. Najwięcej w wodzie morskiej jest kationów sodu i anionów chlorkowych. W sumie stanowią 85 proc. wszystkich jonów rozpuszczonych w wodzie.
Ile wynosi zasolenie wody morskiej?
Zasolenie określa, ile gramów rozpuszczonej soli znajduje się w 1000 gramach morskiej wody. Średnie zasolenie Wszechoceanu wynosi 35 promili. To oznacza, że w każdym kilogramie wody oceanicznej znajduje się 35 gramów soli. Inaczej ujmując – sole stanowią 3,5 procenta wagi całego Wszechoceanu.
To ogromna ilość. Gdyby odparować całą wodę wypełniającą oceany, dno pokryłaby warstwa soli o grubości 62 metrów. Byłaby tym grubsza, czym bliżej strefy zwrotnikowej, gdzie zasolenie wynosi około 38 promili i jest największe. To efekt małej ilości opadów
i dużego parowania.
W okolicach równika wody oceaniczne są regularnie uzupełniane rzęsistymi deszczami tropikalnymi, stanowiącymi źródło słodkiej wody. Zasolenie wody równikowej wynosi więc tylko około 33 promile. Jeszcze niższe jest w strefie okołobiegunowej, gdzie przybywa słodkiej wody pochodzącej z topniejących lodowców i lądolodów.
Te różnice dotyczą jednak tylko górnych warstw wody. Im niżej, tym zasolenie bardziej się wyrównuje. Na głębokości około 400 metrów jest już wszędzie takie samo i wynosi około 34 promile.
Które morze jest najbardziej słone?
W przypadku mórz różnice w zasoleniu są bardzo duże. Zasolenie Morza Czerwonego waha się między 37 a 42 promile. Morza Śródziemnego między 33 a 39 promili. To efekt małej rocznej ilości opadów, dużego parowania i małego dopływu słodkiej wody.
Na drugim biegunie znajduje się Bałtyk. Średnie zasolenie Morza Bałtyckiego wynosi tylko 7 promili. W niektórych jego częściach – na przykład w Zatoce Botnickiej – zasolenie spada do rekordowo niskiego poziomu wynoszącego tylko 1–2 promile. Na tak niskie zasolenie Bałtyku wpływ ma przede wszystkim duża ilość docierającej do niego słodkiej wody i malejąca ilość wlewów wody słonej
z Morza Północnego.
Dlaczego morze jest słone?
Skąd się wzięła w morskiej wodzie cała ta sól? Odpowiada za to kilka naturalnych procesów. Pierwszy to efekt padania na całej kuli ziemskiej deszczów. Deszcze mają odczyn lekko kwaśny, co powoduje erozję skał. Różnego rodzaju związki chemiczne są wypłukiwane ze skał i spływają strumieniami oraz rzekami do oceanów. Szacuje się, że każdego roku rzeki na całym świecie dostarczają do oceanów aż 3-4 mld ton rozpuszczonych soli.
Soli przybywa również z powodu tego, co dzieje się na dnie morskim. Jej źródłem są kominy hydrotermalne, czyli szczeliny w skorupie ziemskiej, gdzie woda jest silnie podgrzewana. Powoduje to wiele reakcji chemicznych, w efekcie których w wodzie przybywa różnego rodzaju jonów.
Soli dostarczają również wybuchy podwodnych wulkanów. W ich rezultacie różne substancje chemiczne dostają się bezpośrednio do wody. Źródłem soli mogą być też znajdujące się na dnie wysady solne. Czyli depozyty solne, które w wyniku ruchów tektonicznych zostały wypchnięte na powierzchnię. Są one powszechne na przykład w Zatoce Meksykańskiej.
Dlaczego oceany nie stają się bardziej słone?
Część soli, która w różny sposób trafia do Wszechoceanu, wykorzystują różne wodne organizmy. Reszta jednak w nim pozostaje
(i może być źródłem soli pozyskiwanej na skalę przemysłową). Czy to oznacza, że zasolenie ziemskich oceanów stale się powiększa?
Na pewno kiedyś tak było. Przypuszcza się, że ocean pierwotny był tylko lekko słony. Przez setki milionów lat stopniowo przybywało
w nim soli. W pewnym momencie jednak ten proces się zatrzymał. Od tego momentu zasolenie morskiej wody utrzymuje się na stałym poziomie.
Dlaczego tak się dzieje? Zdaniem badaczy muszą istnieć jakieś naturalne procesy sprawiające, że średnie zasolenie wody morskiej nie rośnie. Jeden z najbardziej znanych ekologów, James Lovelock, uważał, że nadmiar soli odkłada się w wypłycających się lagunach. Dzięki temu sól jest usuwana z wody, co pozwala utrzymać jej stałe stężenie.
Stałe zasolenie wody morskiej było jednym z dowodów wspierających stworzoną w latach 70. zeszłego wieku hipotezę Gai. Lovelock (a później również Lynn Margulis) uznał, że wszystkie systemy Ziemi – atmosfera, biosfera, hydrosfera – tworzą jeden wielki samoregulujący się system. Celem, który nieświadomie realizują ziemskie organizmy (a zwłaszcza mikroorganizmy), jest utrzymanie warunków sprzyjających rozwojowi życia. Lovolock wskazywał, że wymaga utrzymania to na średnim stały poziomie temperatury na powierzchni, składu atmosfery oraz właśnie zasolenia oceanów. (NOAA, Guardian, whoi.edu, zpe.gov.pl)
/ literatura rozmowy
maj '23 (9)
„Kiedy się na niego patrzę żałuję, że nie mam 20 lat więcej”.


Jerzy Giedroyć / fot. Biblioteka Narodowa / domena publiczna
Wielka i trudna miłość Osieckiej
i Giedroycia
Agnieszka Osiecka / fot. Lucjan Fogiel / domena publiczna
"On ją uwodzi. A ją uwodzi to, że ona uwiodła jego. Cecha narcyzów - uwodzi ich to, że oni uwodzą. Kochają się
w tym, że potrafią kogoś wyjątkowego zdobyć". Rozmowa DOROTY WODECKIEJ z Manuelą Gretkowską, pisarką, autorką książki "Poetka i książę" o miłości Osieckiej i Giedroycia.
Wizjoner, Drogowskaz, Patriota, Myśliciel, Mąż Stanu, Autorytet Moralny, Wielki Polak, Europejczyk. Tymi słowami żegnano
w nekrologach redaktora i wydawcę paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia we wrześniu 2000 roku, co odnotowuje w jego biografii Magdalena Grochowska. Jest też w niej jego odpowiedź na pytanie, które na internetowym czacie zadali mu internauci miesiąc przed jego śmiercią:
– Czy był pan kiedyś zakochany? Czy był pan gotów dla miłości poświęcić wszystko?
– Jestem zwierzęciem politycznym i nie wyobrażam sobie, bym mógł z tego zrezygnować ze względów uczuciowych – odparł.
W 1957 roku do Laffitu przyjechała o 30 lat młodsza od Giedroycia Agnieszka Osiecka. Autostopem z południa Francji, gdzie z grupą studentów pracowała przy winobraniu. Od tego pierwszego spotkania przez kilkadziesiąt lat pisali do siebie listy. Niedługo przed śmiercią Poetki zwrócą je sobie. Nie wszystkie. Do części z nich dociera w archiwach obojga Manuela Gretkowska. Wiedzie ją fascynacja miłością, która zdarzyła się między „księciem bez ziemi, ale za to z gazetą i piękną świętą na pomnikach, poetessą
z warkoczem. Matką Boską bolesną, której można zanieść każdy swój ból albo wyrazić go wierszem w sztambuchu”.
W jej powieści „Poetka i książę” realne miesza się z wymyślonym, fakty historyczne – z przeczuciami. Trudno nie czytać tej powieści biograficznie, bo i postaci, które pojawiają się na jej stronach, są prawdziwe.
Jest to jednak głównie historia miłości, która się zdarzyła. Czy tak właśnie? Czy naprawdę przynajmniej jednej nocy Jerzy Giedroyc był gotów rzucić Paryż dla Agnieszki i Neapolu?
Dorota Wodecka: Rozmawiała pani kiedyś z Jerzym Giedroyciem?
Manuela Gretkowska: Widywałam go, gdy w 1992 przez rok pracowałam u Józefa Czapskiego – czytałam mu książki.
Do głowy by mi nie przyszedł ten romans Giedroycia. Ani nikomu. Mówiono, że ma jakąś żonę w Londynie. Wydawało się to wymysłem, bo facet siedzi dzień i noc z apaszką pod szyją i świata nie widzi poza redakcją.
Jedyne oznaki życia, patrząc z boku, to dym papierosów. Jakieś UFO kompletne. Chodzący, dymiący pomnik. Swoją drogą Giedroyc nie ma w Polsce żadnego pomnika, co zadziwia, bo uratował polską inteligencję, zapewniając jej po wojnie ciągłość.
Nie twierdzę, że pomnik jest skamieniałym szacunkiem, Lech Kaczyński ma ich więcej niż Kim Ir Sen. Nie doceniamy tego, co Giedroyc zrobił dla polskiej kultury, albo nawet o tym nie wiemy. Był skromnym człowiekiem, nie miał dublera – brata bliźniaka, który by stworzył zakłamany kult ich obu.
Onieśmielał panią?
Tak. Dopiero napisałam pierwszą książkę, studentka emigrantka z Polski. Wcześniej byłam u niego z redakcją „brulionu” w 1987 roku. Ciekawiliśmy go. Miał hyzia na punkcie młodych, uważał, że dla nich, dla pokolenia, które będzie żyło w niepodległej Polsce, drukuje „Kulturę” i wydaje książki. Wierzył, że ono przechowa myślącą twarz, a nie wstrętną endecką mordę przedwojnia i wielkościowe fochy. Paryska „Kultura” była dla mnie, wtedy dwudziestoparoletniej, szacownym muzeum.
Biorąc się do pisania „Poetki i księcia”, obawiałam się przekopywania przez zetlałe dokumenty i utknięcia w nich na wieki. Nie jestem przecież archiwistką ani biografką. Interesuje mnie współczesność i ją zobaczyłam. Przeraziła mnie aktualność jego poglądów. Rozmawiając z Miłoszem, powiedział, że Polska będzie niepodległa za jego życia, ale on tam nigdy nie wróci.
Miłosz go spytał dlaczego?
Bo ta Polska będzie endecka. Innej nie ma. Przewidział, że sarmacja, endecja wyjdzie wszystkimi porami z kanałów. I że po upadku Rosji Kościół nie odbuduje Polski, tylko wciągnie ją w lochy Watykanu. To, co się dzieje u nas teraz, ma swoje korzenie w świecie,
w którym oni żyli. Polskie złudzenia, realizm Giedroycia. Jego doświadczenie, analiza i umiejętność wyciągania wniosków bez narkozy myślenia życzeniowego.
Jak zaczął się ten romans?
Maisons-Laffitte, gdzie mieściła się paryska „Kultura”, oczarował Agnieszkę. Przyjechała do Paryża w 1957 roku ze Studenckim Teatrem Satyryków. W walizce z podwójnym dnem przemyciła rękopis „Cmentarzy” Hłaski, który dostarczyła do redakcji. W tę bombonierkę manier, intelektualnej klasy i mądrości życiowej trafiła ze świata, gdzie infantylizm mieszał się z hucpą, chamstwo
z talentem. Bezdzietni Hertzowie oszaleli na jej punkcie, traktowali jak córkę.
A on udawał oziębłość?
Giedroyc się bał. Na progu jego domu zjawił się nie uroczy Hajduczek, ale równy mu przeciwnik, przy którym stawał się bezbronny. Obdarzona nieprzeciętnym talentem, wyjątkową inteligencją i powalającym wdziękiem młodość. I w tym problem, że ta kobieta była jeszcze dziewczyną. Nad wiek dojrzałą, ale szukającą swojego miejsca w sztuce, w życiu, nie mężczyzny na zawsze.
Giedroyc zakochał się w Osieckiej od pierwszego wejrzenia?
Urok jest przynętą, ale dla takiego człowieka potrzeba było czegoś więcej. I Osiecka to miała. Oboje czuli, że są podobni mimo różnicy wieku i doświadczeń. Rafinada gustów, poczucia humoru, wyczucie słowa.
Agnieszkę wychowywał ojciec z pokolenia Giedroycia, ceniący wykształcenie, elitarną kulturę i przedwojenną klasę. Giedroyc był dla niej, uwodzicielki, wyzwaniem. Kimś niby ojciec i książę emigracji.
Nieporównywalny z nikim w Polsce, z żadnym znanym jej mężczyzną. Człowiek instytucja, który roił sobie, że wszystko dla niej zostawi.
Znalazła pani ważny moment ich związku?
Wyłapałam chwilę, kiedy Giedroyc zawahał się w tej miłości, zwątpił. W paryskiej kawiarni Roma, a więc o nazwie przeciwnej do słowa „amor”, kiedy zobaczył ją pierwszy raz wśród znajomych z STS-u. Objawiła się mu prawdziwa Agnieszka. Musiało go to przerazić.
Dlaczego?
W „Kulturze” widział ją dla siebie, dla Hertzów, gdy z pełnym wdziękiem potrafiła się do nich dostosować. A w kawiarni, wśród jej kumpli, zobaczył przemianę. Błyszczała nieznanym mu światłem cudzych spojrzeń. Mieniła się w towarzystwie rówieśników jak rzeczny kamień wrzucony z powrotem do wody. To był jej świat, naturalność, a „Kultura” to metrykalnie i intelektualnie „klatka na emigracyjne małpy”. Biuro i ambasada w jednym, miejsce dla urzędniczki, nie poetki.
Ta miłość w ogóle miała szanse na grobową deskę?
Prawdopodobnie w dwa, trzy miesiące Osiecka wywróciłaby do góry nogami jego uporządkowany tryb życia. Na pewno by wzięli ślub, to nie było środowisko, w którym się żyło na kocią łapę. No i potem ona nie dałaby rady, bo kim by tam była? Z kabaretu do sekretariatu? Kto by potrzebował wierszy Osieckiej w „Kulturze”? Jeden co jakiś czas, może, ale o czym? O tęsknocie za Warszawą
i STS-em?
Zdarza się, że z miłości jeden człowiek poświęca się drugiemu.
Człowiek tak, i to z reguły kobieta. Jednak artystka żyjąca natchnieniem, a nie praniem pieluch i gotowaniem obiadków? Wyspiański wiedział, że artyście zamiast rodziny potrzebna jest służba, a i tak się ożenił.
Wydaje się banalne – starszy o 30 lat facet i dziewczyna.
Dla Jerzego Giedroycia ten związek byłby życiem alternatywnym. Tym, czego nie przeżył, bo nie miał czasu, bo historia, służba Polsce. Poza tym miał głęboką depresję od czasów rewolucji. Nam się w głowie nie mieści, że 12-letni dzieciak jeździ sam przez rewolucyjną Rosję z całym jej okrucieństwem. To go zmieniło, on już nie wrócił do domu jako dziecko. I żył w cieniu tego smutku, wampira wyżerającego radość życia. Aż nagle zjawił się wampir silniejszy – Agnieszka, zwana przez niego czule Kikimorą, czyli piękną wampirzycą, strzygą wodną z jego rodzinnych stron. Przedtem była praca, niemal wstąpił do zakonu, i brak życia uczuciowego.
Przecież był żonaty.
Zakochał się w swojej żonie, ale bez szaleństwa, i rozwiódł w zgodzie. Jeszcze przed wojną. Dla Agnieszki zwariował. Nie był bawidamkiem ani facetem, który musi z kimś być czy zdobyć kobietę. Jego uczucie było wyrwaniem z pustelni. Coś niby kuszenie ojców pustyni, kuszenie św. Antoniego według Salvadora Dalego – wielbłądy maszerujące na dziwnych owadzich nogach. Osiecka była takim stworem, zaprzeczającym realności – młoda, piękna, rozumiejąca jego smutek i cholernie zdolna. Skusiłaby i św. Antoniego. Wbrew rozumowi i wierze. Ale dla życia.
Pisze pani, że był trupem mimo marynarki, fularu i wody kolońskiej. Bo „przeszłość była zbiorowym grobem”.
Sam siebie trochę tak traktował: jak maszynę wytresowaną do życia, a naprawdę tylko do pracy. Nie przewidział, że zdarzy się miłość.
Scena erotyczna między Osiecką i szefem „Kultury” może być czytana – podobnie jak cała powieść – jak non-fiction.
Często intuicja pisarska bywa dokładna jak prawda. Wyobraźnia tworzy mapę sytuacji i poprawnie sztukuje brakujące elementy. Nieraz się mi zdarzyło „nadwidzenie” rzeczywistości, do której nie miałam dostępu. Działamy na pewnych schematach i przy życiowym doświadczeniu, pewnej empatii można je odkryć.
Sądzi pani, że Osiecka żałowała swojego powrotu z Paryża? Mogła wybrać emigrację.
Znalazłam tekst, w którym napisała, że to była najtrudniejsza decyzja. Spotkała mężczyznę, naprawdę go pokochała, pierwszy raz,
i musiała podjąć decyzję o emigracji.
Ale wróciła, bo język, zmienianie Polski, ludzie. Giedroyc nie mylił się, patrząc na nią w paryskiej kawiarni w otoczeniu kolegów, kochanków z STS-u. Ona nie umiałaby istnieć bez tej pokoleniowej, w jego mniemaniu, zgrai. Trudno nam to zrozumieć w świecie, gdzie raczej każdy sobie. Osiecka i jej towarzystwo mieli misję. Byli elitą, innej nie było, i wokół nich kręcił się cały świat polskiej młodej kultury – środowisko filmowe, teatralne, pisarskie.
Równościowe czy mizoginiczne?
Dziewczyna to były długie rzęsy, długie nogi, długie włosy, jak śpiewa Taco Hemingway. I ona była tak traktowana do momentu, aż się okazało, że potrafi napisać świetny tekst, pomóc chłopakom, zastąpić ich i być lepsza. Przestała być dekoracją, stała się jedną z nich.
Tworzy pani legendę, że Osiecka była miłością życia Giedroycia. To ryzykowne, prawda? Ale nie znamy treści listów, nie wiemy, czy wyznali sobie miłość.
Miłosz się ze mnie nabijał, że wszystko ze wszystkim łączę. Kiedy intensywnie wyobrażamy sobie cudzy świat, zaczyna się „mówić głosami”. Oczywiście, że mogę się mylić.
Naukowcy pracują wyobraźnią, a potwierdzają ją eksperyment czy powtarzalne dane. Sztukę weryfikuje wiarygodność – albo coś pasuje, albo zgrzyta. Intuicja językowa podpowiada mi, że Giedroyc musiał nazwać swoje uczucie. Czy je wyznał? Może wtedy, kiedy Agnieszka zakradła się do jego pokoju ostatniej nocy. Trzeba było poznać Osiecką jeszcze przed depresją i alkoholizmem, żeby zobaczyć, jaką siłę przyciągania tworzyła jej inteligencja.
Nie przez przypadek nazwał ją Kikimorą. Błędnym ognikiem czyhającym na wędrowca. Uwodzicielką bezlitosną.
On polip, jak pisał o nim Bobkowski.
A ona bogini. Uroczy demon. Giedroyc był strategiem nie tylko politycznym, w życiu osobistym też miał bezpiecznik rozumu. Zdawał sobie sprawę, że to uczucie do Kikimory – czegoś pięknego, uwodzącego, ale wampirycznie ściągającego w bagno, na dno.
Chciał tam utonąć. Przynajmniej w powieści.
Narkoman chce narkotyku. On uciekł w pracoholizm, żeby się nie rozpaść w depresji. Ta młoda dziewczyna dała mu haj życia. Poczuł euforię, ale nie stracił rozumu.
Boli go bycie i z nią, i bez niej. Dlaczego?
Świata poza nią pewnie nie widział. Wyjechać z Paryża do Londynu, by ją spotkać, to dla niego wyprawa na Księżyc. Ale Osiecka przy całym swoim szaleństwie, niekonsekwencji i młodości była cwana. Jeszcze nie rozsądna jak Giedroyc, ale właśnie instynktownie przezorna.
Gdyby odpowiedziała natychmiast na jego uczucie, dla zabawy, eksperymentu czy wierząc, że go naprawdę kocha, zrobiłby się dramat.
Ona nie chciała żadnych scen. Wyrosła w domu, gdzie królował wieczny dramat damsko-męski. Młodzi artyści, wśród których brylowała, wznosili się na szczyty tragedii, udając jednocześnie modny cynizm, czyli bycie cool. Taki styl, pozę miał Hłasko, inni go naśladowali.
Ona marzyła jedynie, „żeby było ładnie”. Czyli nie po bandzie, trochę wszystkiego, ale nie za dużo i bez pretensji. Straumatyzowana małżeństwem swoich rodziców pragnęła każdego uszczęśliwić i mieć spokój. Cudze emocje pod kontrolą, a swoich do końca nie rozumiała. W efekcie nie mogło być dobrze, cierpiała. W młodości. Dojrzalsza, po latach, polała to alkoholem i podpaliła. Jej życie, przy całym talencie, to rodzinne i emocjonalne zgliszcza. Kikimora, która topiła siebie samą w wódce.
Ona go podziwia.
On ją uwodzi. A ją uwodzi to, że ona uwiodła jego. Cecha narcyzów – uwodzi ich to, że oni uwodzą. Kochają się w tym, że potrafią kogoś wyjątkowego zdobyć.
Zauważa pani, że Giedroyc nie był tak szalony jak Miłosz.
Dopiero pisząc książkę, dowiedziałam się o romansie Miłosza z Jeanne Hersch. Nie wiedziałam, że to było aż takie szaleństwo. Facet kochający żonę, wariujący w „Kulturze” po nocach z niepokoju o nią i dzieci, za granicą wchodzi w związek, który okazuje się niezłą toksyną. Kochanka nie chce go puścić, on pije i wyje. Dom „Kultury” w Maisons-Laffitte połączony z psychuszką, niezły tam mieli bajzel z Miłoszem. A później Hłaską.
Co jest dla pani siłą historii „poetki i księcia”?
To, że ta historia zdarzyła się naprawdę. Dwoje stworzonych dla siebie ludzi, dwoje zafascynowanych sobą gigantów kultury. Różnica wieku, a pod nią zawsze kryje się kolejna warstwa psychicznych zawirowań, niezaspokojonych pragnień. Okrutne czasy rozdzielające ludzkie losy jak granice. I pęknięcia charakterów. On, który nigdy nie chciał mieć dzieci, próbował być zakonnikiem, zastanawia się, czy ona dzieci będzie chciała. To jest któreś piętro fantazji oderwanej od realu. Podobnej do tortów weselnych. Pięter lukru ułudy, że będzie słodko, a na szczycie figurka państwa młodych, a tak naprawdę zawleczka granatu.
Zakochany mężczyzna widzi nierealną przyszłość totalnie, nawet odległą, z konduktem pogrzebowym na mecie pożycia i zapłakaną wdową za swoją trumną. Męskie ego się rozciąga nawet na życie pozagrobowe.
W ostatnim numerze „Kultury”, który ukazał się po śmierci Giedroycia, zgodnie z jego wolą wydrukowano wiersz Osieckiej.
A napisała go 23-letnia dziewczyna, nie podlotek. Była dojrzała. Nosiła ze sobą garb rodziców. Agnieszka sobie obiecała, że nigdy nie zamieni się we własną matkę porzuconą i uzależnioną od faceta. Wiemy, że jednak stała się swoją matką, a chciała być ojcem pozującym na Übermenscha.
Z jej powodu tak kompulsywnie wchodziła w miłość?
Kiedy ojciec od nich odszedł, Agnieszka obwiniała za to siebie. Typowa jazda: nie byłam tak fascynująca jak kochanka tatusia. Stąd jej chęć podbojów, by udowodnić sobie, że zasługuje na miłość? Może podświadoma zemsta za uczuciową ranę nie do zagojenia.
I wynikająca z tego strategia, żeby być z kilkoma kochankami naraz, co dawało jej poczucie bezpieczeństwa. W razie porzucenia przez któregoś z nich nie byłaby wtedy sama jak wiecznie rozpaczająca matka. Jeden może odejść, mam drugiego, a trzeci mnie podziwia. Przykład z bardzo krótkiego wycinka czasu, parę miesięcy jej pobytu w Paryżu i Londynie: przyjeżdża do Francji z żonatym kochankiem, będąc jednocześnie zaręczona z Hłaską, zakochuje się w Giedroyciu, rozkochując w sobie innego emigranckiego księcia – Sapiehę w Londynie.
Jednocześnie cudem nie została zgwałcona przez słynnego pisarza Koestlera, chyba tylko dlatego, że nie udało mu się za nią pojechać z Londynu do Paryża.
Osiecka odnajdywała się w spojrzeniach mężczyzn. Mówiła, że ludzie cierpią z braku miłości, a ona ma jej nadmiar i też cierpi. Być może było jeszcze coś, o czym napisałam w książce, mój domysł, dlaczego była oziębła. Pozornie oziębła?
Ona? Poetka miłości?
Dużo pisała o miłości. Ale przepis na pieczeń nie jest pieczenią. Osiecka może się wydawać patronką miłości, ale czy jej zaznała? Czy była zdolna do dojrzałej, obopólnej miłości, a nie wyłącznie dręczącego niespełnienia albo zakochania?
Co to znaczy, że nie umiała kochać?
Odpowiedź na pytanie, czym jest miłość, jest trudna. Często za najszczęśliwsze uważa się współuzależnienie. Gdy się kończy, nazywa się to końcem miłości, chociaż dopiero wtedy można kochać i dawać wolność, a nie brać zakładnika. Sądzę, że nie ma miłości
w ogóle. Spotykasz kogoś i to, co się między wami dzieje, można nazwać miłością. Z zastrzeżeniem, że miłość to wzajemne dobro wymiany, otwartości. Miłość bywa nieszczęśliwa, ale prawdziwa musi, powinna być szczęśliwym spełnieniem.
Ich była?
W momencie, kiedy się rozstawali – koniec wizy Osieckiej to wymuszał – nie wiedzieli, jak się skończy ich historia. Giedroyc dał Agnieszce czas do zastanowienia. Nie dociskał jej kwiatami do muru: „Pani za mnie wyjdzie”.
Ci ludzie byli dla siebie stworzeni, bo się uzupełniali. Gdyby byli bardziej pokiereszowani i bardziej zdesperowani, zostaliby ze sobą i to by się skończyło jak każda despera. Przeżyli niezwykłe spotkanie. O tyle szczęśliwe, że na szczęście nieszczęśliwe.
Ona nie dostaje paszportu przez kolejnych siedem lat. Zostają listy. Sądzi pani, że on miał złudzenia, że ona kiedykolwiek do niego wróci?
Dla niej rok to była epoka, nowi kochankowie, nowe miłości. Mogłaby swoim życiem obdarzyć dziesięć szalonych kobiet. Miała czekać siedem lat? Taka kobieta? Angażując się w Paryżu w Giedroycia, mentalnie była z kilkoma facetami. Ale z żadnym nie znajdowała pełni satysfakcji. Z niej emanowała seksowna oziębłość. Nie jestem seksuologiem, ale sądząc na podstawie listów obojga i życiorysów, oboje mieli kłopot z seksualnością. On chronił się w ascezę, ona – w narcystyczno-uwodzicielski seksoholizm niedający jej spełnienia.
Po powrocie Osieckiej do Polski przysłał jej przez posłańca kwiaty.
Zimą, azalie, w krainie goździków. I suszkę kwiatka, znalazłam go w listach Osieckiej. Po 50 latach ten kwiatek przypominał archeologiczne wykopalisko, ale Łukasz Łuczaj, specjalista od roślin, sklasyfikował go i nazwał. Pochodził z ogrodu w Maisons-Laffitte, nie z kwiaciarni. Nie wiemy, czego był pamiątką: spaceru, pocałunku?
Magdalena Grochowska pisze w biografii Giedroycia, że oddali sobie z Osiecką swoje listy.
Osiecka nie oddała mu wszystkich. Pewnie nie wiedziała, gdzie są, albo zapomniała. To bardzo w jej stylu. Od niego zażądała, by swoje spalił, co oczywiście honorowo zrobił. Duża część ich korespondencji leży w archiwach Laffitu i jeszcze kilka lat nie będzie dostępna.
W tym, co czytałam, nie ma żadnych pretensji, jest czysty romantyzm. Walc wiedeński po prostu. Z szacunkiem dla drugiej osoby, ze świadomością, w co grają. Oni pędzili do siebie, ale się nie zderzyli.
Nasze pokolenie będzie czytało pani książkę jak element biografii Giedroycia i Osieckiej.
Wystarczy świadomość, że to o prawdziwych ludziach. Postać Osieckiej uwodzi przez życie, które realizowała jak facet, na własnych zasadach. Nie była matką Polką, zostawiła dziecko mężowi, dla niej najważniejsze były gnanie za miłością i twórczość. Miała niby wszystko, ale nie czuła się szczęśliwa. Cierpienie to nie torebka dobierana do stroju, nastroju. Nie da się go odłożyć na później
i wybrać coś bardziej pasującego do kreacji. Osiecka przy całej swojej mieniącej się osobowości miała rdzeń cierpienia.
Czytałam pani książkę w napięciu, mimo że koniec tej historii jest znany.
Ostatnie słowa Osieckiej na koniec życia brzmiały: „Do dupy”. Może dlatego, że ludzie przypominają wystrzelone w czarną dupę kosmosu plemniki dążące do spełnienia. Udaje się jednemu, dwóm na 500 milionów, niedużo, ale zawsze jest nadzieja
i zainteresowanie. ("Zwierciadło")
/ sztuka tkactwo
maj '23 (9)
Od przędzy do gobelinu...
MARIUSZ SKOWROŃSKI
Zdjęcia: kolekcja prywatna Monique Lehman
Każde dzieło sztuki, również tkanina, jest odzwierciedleniem wewnętrznego życia artysty, które czasem jest trudno wyrazić słowami – wyznaje Monique Lehman. Podobnie dzieje się z moimi utkanymi obrazami
o nieograniczonym niemal zasobie barw, faktur czy wzorów. Zadaniem twórcy jest precyzyjne a jednocześnie oryginalne łączenie najróżniejszych struktur i kolorów w całość, która powinna przemówić do wrażliwości odbiorcy, jego wyobraźni i emocji – dodaje twórczyni.
Urocza blondynka, warszawianka, absolwentka stołecznej Akademii Sztuk Pięknych, Monique Chmielewska-Lehman to znakomita
i niepowtarzalna kreatorka sztuki materialnej. Prace Monique znajdują się w zbiorach muzeów na całym świecie, między innymi
w Watykanie, Pekinie, Stanach Zjednoczonych, w Polsce... Zdobią one także wnętrza wielu budynków użyteczności publicznej: ratuszów, świątyń różnych wyznań, nawet szpitali i banków.
Zajmuję się żmudną, ale fascynującą tradycyjną techniką gobelinu.
W ogóle tkactwo jest jedną z najstarszych dziedzin rękodzieła, a jego początki sięgają Neolitu, czyli początku IX wieku p.n.e. Tkano wtedy na najstarszych pionowych warsztatach tkackich czyli po prostu ramach, których używam do dzisiaj w tkactwie artystycznym.
W epoce brązu tkactwo rozwinęło się w tkanie igłą bardziej przypominające koronkarstwo i bardziej zbliżone do dziewiarstwa.
Krosno tkackie z prostym urządzeniem przerzutowym skonstruował John Kay w 1738 roku, ale nie sądzę, by interesowało kogokolwiek tkactwo przemysłowe.
Po eksperymentach malarskich i drobnych pracach tkackich, mając 26 lat, utkała realistyczny portret Jana Pawła II, który osobiście wręczyła papieżowi w trakcie jego wizyty w Chicago. Gobelin pokazano w telewizji, trafił także na rozkładówkę magazynu „Shuttle Spindle and the Dyepot”. I to był początek wielkiego sukcesu, współpraca z architektami i zamożnymi patronami sztuki. Gobeliny Monique wyróżniały się wrażliwością kolorystyczną, sposobem farbowania wełny, osnową i wątkiem. Zamówień było coraz więcej. Pracowała wytrwale i długo, zatracając swoje eksperymentowania artystyczne. Po latach (na emigracji) jednak zrozumiała - po wizycie w Polsce - że sztuka to ciągłe poszukiwania, a nie zaspokajanie potrzeb zamawiającego tkaninę - jak wspomniała w jednym
z wywiadów.
Wielkim osiągnięciem Monique Lehman jest promocja polskiej sztuki w Azji i obu Amerykach oraz "eksport" europejskich kryteriów wizualnych do wielu, w tym także egzotycznych, zakątków świata. Doskonale pomaga jej w tym znajomość języków i kultur.
Jak to dobrze, że nie posłuchała kiedyś swego taty, Henryka Jerzego Chmielewskiego, znanego wszystkim jako uroczy "Papcio Chmiel". Mówił: "Córeczko, organizowanie wystaw to strata czasu - przyjdą, napiją się, nic nie kupią a ty będziesz trzymała swoje dzieła zwinięte jak dywany pod tapczanem."
Zachęcał, by tak jak on tworzyła komiksy i wysyłała je do amerykańskich gazet. Na szczęście pasja Monique wygrała
z rozsądkiem wspaniałego taty.
Lehman od 2009 roku jest sędzią międzynarodowego Biennale
“Z Lozanny do Pekinu” w Chinach, gdzie zaprasza do udziału polskich artystów. Pracuje na rzecz organizacji China Fiberart. Jest też profesorem uczelni zawodowej w Zibo Vocational Institute
i wykładowcą na Uniwersytecie Tsinghua. Ostatnio zdecydowała się na konsultacje i kuratelę nowej edycji wystaw "Material Thinking".

"Hawaje"; tkanina - Monique Lehman / fot.: kolekcja prywatna

Jan Paweł II; gobelin - Monique Lehman / fot.: kolekcja prywatna

Monique Lehman w pracowni / fot.: kolekcja prywatna

"Orange"; tkanina - Monique Lehman / fot.: kolekcja prywatna

Jednym z nowszych dzieł artystki jest obraz - gobelin Matki Boskiej Częstochowskiej wykona-ny na zamówienie Teresy Wyszomirskiej. Zawisł on w Katedrze Chrystusa w Anaheim Hills w USA. Monique tkała go 6 miesięcy, pracując po 14 godzin dziennie. Jest on o 70 cm wyższy niż oryginał
z Jasnej Góry. Dzieło to nie jest kopią, lecz raczej interpretacją obrazu z klasztoru w Częstochowie. Został utkany z wełny i złotej nici i jest jaśniejszy niż znana nam Czarna Madonna.

Każdy widzi w mojej pracy coś innego. Różnorodność zarówno gatunków biologicznych, jak i poglądów, jest podstawowym wątkiem, na którym oplotłam inne możliwe interpretacje dla mojej pracy. Idealna sala dla mojej przeplatanej i haftowanej pracy „Las deszczowy“, to ciemne pomieszczenie z przerywanym jak błyskawice światłem.
Z sufitu zwisają liany Tarzana z węzłami, wokół których zwiedzający owijają nogi i bujając się, patrzą na moją tkaninę ze wszystkich stron. Słychać huk wodospadu, nawoływania ptaków i żab. Zwiedzający zapomina o zgiełku miasta i patrzy na kombinacje kolorów. Wiszące, uporządkowane wątki tworzą nieznaną rzeczywistość. Fantastyczna scenografia opery czy teatru daje nam złudzenie innego świata i jest tłem dla aktorów, moja tkanina to nowa nieznana przestrzeń, która, istniejąc sama dla siebie, nasyca zmysły, bez czasu i ciężaru. Ta egzotyczna tkanina była zainspirowana fantastycznym podwodnym krajobrazem zimnego Pacyfiku, zwieszającymi się roślinami botanicznego ogrodu w pobliżu naszego domu na Hawajach
i galaktykami kosmosu zarejestrowanymi przez teleskop Hubble. (fragment wypowiedzi artystki; laviemag.pl)
Monique tworzy nową serię dzieł " Inside - Outside", zainspirowana geodą ametystu, która ukazuje cudowne fioletowe kryształy po rozłupaniu skorupy. Powłoka wykonana jest z przezroczystego tiulu i umiejętnym ruchem igły, która jest symbolem miłości - często bolesnej, kłującej duszę - wchodzę do środka i odkrywam bogactwo form i kolorów, które każdy ma w sobie.
Twórczość Monique Lehman stanowi znakomicie przekonujący nie tyle przykład, co dowód na to, że miłość jest niezbędnym składnikiem prawdziwej Sztuki. Stąd też ogromne zainteresowanie pracami tej niezwykłej i fascynującej twórczyni.
maj '23 (9)
/ architektura
MUZEUM SZTUKI W MILWAUKEE
– uskrzydlony i spełniony sen architekta
Tekst i zdjęcia:
STANISŁAW BŁASZCZYNA




Ukończona ponad 20 lat temu „przybudówka” do mającego 150-letnią tradycję Milwaukee Art Museum to bez wątpienia jeden z najciekawszych architektonicznie budynków jaki wdziałem w swoim życiu. Oficjalnie zwany Quadracci Pavilion, powszechnie jest znany jako „The Calatrava” – i ta potoczna nazwa wydaje mi się bardziej adekwatna, gdyż przypomina
o twórcy tej zdumiewającej struktury, łączącej inżynierię, sztukę i budownictwo. Hiszpański architekt Santiago Calatrava wygrał konkurs, na który zgłoszono ponad 70 projektów i był to jego pierwszy projekt sfinalizowany
w Stanach Zjednoczonych (magazyn Time uznał go w 2001 roku, czyli w roku oddania do użytku, za Number One Design).
Charakter Calatravy zdeterminowała zarówno bliskość jeziora, jak i funkcjonalność a także powiązanie z miastem: stąd skojarzenia zarówno z żaglowcem, jak i ptakiem; stąd wiszący most łączący główne wejście Muzeum z downtown Milwaukee, stąd „falistość” wnętrz…
Najbardziej rzucają się w oczy olbrzymie białe „skrzydła” – poruszające się (a raczej poruszane) w zależności od siły wiatru oraz nasłonecznienia. Stworzone bynajmniej nie dla efektu (to też) ale po to, by pełnić funkcję tzw. brise-soleil, czyli „łamacza światła” (architekci wiedzą, że tej intrygującej – a osobliwie brzmiącej – nazwy sobie nie wymyśliłem).
Dzięki temu Calatrava stała się niejako „żywym” (bo będącym
w ruchu, reagującym na zmiany środowiska) elementem leżącego nad jeziorem miasta, częścią jego organizmu – a przy tym jego ikoną. Tak jak założył sobie projektant: „Kształt budynku jest zarówno formalny, dopełniający kompozycję; funkcjonalny – kontrolujący poziom światła, będący wejściem dla gości; oraz symboliczny – kreujący ikonę, niezapomniany obraz dla Muzeum i miasta.” – tako rzekł Santiago Calatrava
i chwała mu za to, tym bardziej że wszystko udało mu się zrealizować – w tym pełnej lekkości i wirtuozerii dziele.
Muzeum Sztuki w Milwaukee odwiedzałem wielokrotnie (m. in. z okazji fantastycznej wystawy „Leonardo da Vinci and the Splendor of Poland”, jaka się tutaj odbyła w 2002 roku, prezentując arcydzieła malarstwa zgromadzone w różnych kolekcjach naszego kraju, w tym słynną „Damę z gronostajem” Mistrza Leonarda), ale ponownie z wielką przyjemnością przespacerowałem się wokół muzealnego kompleksu – wstępując na chwilę do śródmieścia, przechodząc się nad brzegiem Jeziora Michigan.
Oczywiście głównym obiektem mojego zainteresowania była uskrzydlona Calatrava (kilkakrotnie otwierająca i zamykająca w tym czasie swoje „skrzydła”) – choć musiałem też okrążyć poprzednie „dodatki” do Muzeum, w tym rzeczywiście „brutalne” dzieła architektoniczne (Kahler Building), z nie tak dawnej epoki, kiedy to modernizm dokonywał spustoszeń nie tylko w sztuce, ale i architekturze szpecącej ludzki świat (tutaj można było odetchnąć z ulgą, bo dzieło Calatravy okazało się powrotem do projektów architektonicznych preferujących artyzm i piękno, a nie „surowość” i brzydotę).
W czasie spaceru znów pożałowałem, że nie zabrałem ze sobą swojego Nikona, ale myślę, że iphon też się spisał dzielnie, dzięki czemu mogę tutaj zaprezentować próbkę zdjęć, które wczoraj zrobiłem.
Jak widać budowla jest bardzo wdzięcznym obiektem dla fotografa – głównie ze względu na swoją niezwykłą, bardzo fotogeniczną i bogatą formę – pełną różnorodności
i zaskakujących obrazów. Ta jakże intrygująca gra światła
i cieni, ciągle zmieniająca się w rytm zmian zachodzących
w samej przyrodzie, ale wchodząca też w kontakt
z człowiekiem – to wszystko zdecydowanie ułatwiało mi poszukiwanie ciekawych kadrów, wydobywanie piękna z tej zorganizowanej przez ludzki geniusz materii.
Co do zgromadzonej wewnątrz Muzeum kolekcji nie chcę się teraz wypowiadać – i to nie tylko dlatego, że brak tu już na to miejsca. Bowiem zwiedzać można było tylko jeden muzealny poziom, a tam dobrych obrazów malarskich było jak na lekarstwo (a właśnie malarstwo zawsze było dla mnie głównym obiektem zainteresowania w tej kolekcji). Kilka przestronnych sal ze sztuką współczesną przeszedłem w kilkanaście minut (bo jak dla mnie wypełniało je w większości „nowoczesne” badziewie – co za marnotrawstwo muzealnej przestrzeni!) –
i tylko niekiedy coś mnie tam zaintrygowało (i bynajmniej nie były to puszki po zupie Warhola, ani mazidła pewnych modernistów).




maj '23 (9)
/ pasje/hobby
Jeździ tam każdego dnia chociaż na chwilę… Wyprowadza psiaki na spacer, bawi się z nimi, poznaje ich charaktery, a potem szuka odpowiednich dla nich domów. Łączy ludzi i zwierzęta, by żyli
w spokoju i harmonii.


Psia wolontariuszka

Anna Czerwińska: Przyglądam się psom w schronisku w Deerfield, jak one reagują na twój widok. Ich radość zaskakuje…
Jolanta Kowalska: One czekają na mnie, bo wiedzą, że zaraz pójdziemy na spacer. To dla nich święto!
A.Cz.: Dlaczego zdecydowałaś się na wolontariat. Co ci to daje?
J.K.: Zaczęło się od rekonwalescencji po operacji kolana. Zalecono mi spacery, które stopniowo miałam wydłużać w czasie i intensywności. Lekarz mi podpowiedział, że mogę połączyć pożyteczne ze zdrowym, że mogę zgłosić się do schroniska – tam zawsze brakuje ludzi do wychodzenia na spacery z psami.
Wybrałam się więc któregoś popołudnia, przed czterema laty, do schroniska. Widziałam oczami wyobraźni siebie spacerującą z miłym pieskiem, jak to robią ludzie w parkach. Pomyślałam – pochodzę troszkę i wrócę do domu. Nic bardziej mylnego… Zamiast tego, zobaczyłam psy w boksach, także z oddziału geriatrii. Do tego to szczekanie z ujadaniem. Byłam wstrząśnięta. Usiadłam i rozpłakałam się. Jak bym mogła, przytuliłabym je wszystkie.
Pomógł mi inny wolontariusz z większym stażem. Podszedł, podał smycz, wytłumaczył, na co trzeba uważać podczas spaceru, wyjaśnił zasady bezpieczeństwa… Wytarłam łzy, nos
i poszłam na pierwszy spacer. Potem zapytał, czy wrócę następnego dnia… Wróciłam
z dwiema smyczami – krótką i długą – i torebkami na odchody. Taki był początek.

ANNA CZERWIŃSKA
A.Cz.: Z twoich wspomnień wynika, że wcześniej nie miałaś psa w domu?
J.K.: Nie, nigdy nie miałam ani psa, ani kota, ani ptaszków… Nie lubiłam zwierząt. Nie nauczono mnie tego. A teraz – mam dwa psy
i kota. Wszystkie stąd, adoptowane. Dzieci je uwielbiają.
Może kiedyś zobaczysz, jak psy wychodzą ze schroniska do nowego domu… To jest najlepszy moment dla każdego wolontariusza - one wiedzą, że wychodzą stąd na zawsze. Inaczej się wtedy zachowują. Idą dumne, zadowolone, z ogonem do góry. Cudny widok, uwierz mi!
A.Cz.: Twój wolontariat to tylko wyprowadzanie psów na spacery?
J.K.: Nie, teraz już mam znacznie więcej obowiązków, ale takich uprawnień nabiera się po szkoleniach, praktykach, poznaniu zasad tu panujących – każde schronisko ma inny regulamin, szczególnie adoptacyjny. Dla naszych psiaków szukamy właściwych domów
i odpowiedzialnych ludzi. Opisujemy zwierzęta na internetowych stronach schroniska, robimy zdjęcia, prowadzimy social media.
Do tego dochodzi praca nad socjalizacją psów, ponieważ wiele z nich ma swoje traumy - boją się ludzi, psów czy samochodów.
A także wyjazdy do weterynarza, organizacja kiermaszów, na których zbierane są pieniądze na pomoc zwierzętom w schronisku.
A.Cz.: Sporo pracy… Jak łączysz swoje hobbystyczne zainteresowania z tym, co poza schroniskiem?
J.K.: Jest sporo wolontariuszy. Mamy wyznaczone dyżury, ale faktycznie nie ma dnia, bym nie zrobiła czegoś dla schroniska też
w domowym komputerze.
Dbamy również o higienę pracy, zresetowanie głowy i organizację. W pomaganiu można się zatracić. Przecież zawsze jest ktoś, komu trzeba pomóc i zawsze można poświęcić jeszcze 15 minut na dopilnowanie ważnej sprawy. „Oczyszczenie” głowy jest bardzo ważne, bo emocje pojawiające się podczas wolontariatu potrafią przytłoczyć. A dobra organizacja jest po to, by łączyć życie rodzinne, zawodowe i pewną formę misji. To jest do zrobienia i do opanowania, a ja jestem tego najlepszym przykładem.
A.Cz.: Wspomniałaś o traumach psów ze schroniska… To duży problem? I jak sobie z tym radzicie?
J.K.: Schronisko jest traumą wtórną. Psychiczny szok zwykle wynoszą ze swoich domów, od poprzednich właścicieli. Nie mówię tu
o przypadkach losowych, ale o mniejszym lub większym znęcaniu się nad zwierzętami. I tu apel do przyszłych właścicieli zwierząt: jeśli nie masz dla nich empatii i czasu, nie bierz ich ze schroniska. To żywe stworzenie nie pozbawione emocji.

A.Cz.: Wzruszyłaś się…
J.K.: Bo nie ma agresywnych psów… A jeśli, to są wyjątki. To ludzie uczą zwierzęta agresji. To bardzo smutne i niezrozumiałe. Nie ma przymusu opiekowania się psami. Nie masz możliwości i chęci – odpuść, ale nie znęcaj się. To nie kawałek suchego drewna do zabawy.
A.Cz.: Jestem po twojej stronie… Mam psa ze schroniska. Już akceptuje mężczyzn i czasem schodzi do basement’u, co zajęło mu około pięciu lat pobytu w moim domu. Nadal boi się szelestu torebek plastikowych…
J.K.: Zwierzęta są kochane, naprawdę. Zranione, z traumami, a jednak lgną do człowieka. Ich radość i szczerość zawsze mnie wzruszają. I oczywiście historie psiaków,
o których wszyscy zapomnieli, aż w końcu los się do nich uśmiecha. Gdy jest się starym, dużym, chorym i czarnym psem, to szanse na adopcję są prawie zerowe. Tak było z 10-letnim Riverem. Był tak lękowy, że problemem było nawet założenie mu smyczy.
W schronisku był od szczeniaka, nikt go nie chciał, aż w końcu pojawiło się młode małżeństwo, które postanowiło go adoptować. Przyjeżdżali do Rivera przez dwa miesiące, wychodzili na spacery, a pies zaczynał się zmieniać. Robił się pogodniejszy, mniej lękliwy, bardzo przywiązał się do nowych opiekunów. Od dwóch lat ma dom i jest przeszczęśliwym psem, który nawet odważył się wsiąść do auta.
A.Cz.: Cierpliwość tych młodych ludzi jest godna podziwu. Jestem pod wrażeniem! Wróćmy jednak do drugiej części jednego
z pierwszych pytań. Po co to robisz? Co daje ci wolontariat?
J.K.: Wolontariat daje mi świadomość, że zmieniam życie konkretnych istnień. Działam i zmieniam zło na dobro. Tak, jestem pewna, że właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
A.Cz.: Rozszczekały się na dobre. To podziękowanie. Dla ciebie i całej rzeszy psich wolontariuszy.
Z Jolantą Kowalską rozmawiała Anna Czerwińska (na życzenie Jolanty imię i nazwisko zostało zmienione).
/ wokół stołu
maj '23 (9)
MUFFULETTA Z NOWEGO ORLEANU
ANNA CZERWIŃSKA
Muffuletta to jedna z najbardziej kultowych i rozpoznawalnych potraw w Nowym Orleanie. To kanapka, do której używa się zwykle dużego, okrągłego bochenka chleba
z sezamem i przekładana sałatką z oliwek, dobrą salami, szynką, mortadelą, serami provolone i szwajcarskim. Muffuletta jest wyraźnie włoska w swoim charakterze, chociaż... taka kanapka nie istnieje w Włoszech.




Jest to pomysł sycylijskich emigrantów portowych z Palermo, którzy masowo przybywali na przełomie XIX i XX wieku do portu w Nowym Orleanie. Portowcy przywieźli swoje zwyczaje
i domowe przepisy, które zostały połączone z już istniejącymi lokalnymi produktami i tradycjami kulinarnymi.
Większość z tych emigrantów osiedliła się w pobliżu ruchliwego francuskiego targu. Ta gęsto zaludniona i kwitnąca część dolnej Dzielnicy Francuskiej była nazywana „Małym Palermo” albo „sektorem włoskim”. Tam też powstawały małe sklepiki, rzemieślnicze firmy, a sycylijscy piekarze wypiekali tradycyjny okrągły chleb, zwany „muffuletto”. Sprzedawali go hurtowo sklepom spożywczym lub bezpośrednio na ulicy, krzycząc „muffuletto, caldo, caldo”.
Jeden z takich sklepów spożywczych (Central Grocery Store) prowadził Salvatore Lupo, któremu przypisuje się przygotowanie pierwszej kanapki muffuletta w 1906 roku. Według jego córki, Marie Lupo Tusa, farmerzy i portowcy wpadali w porze lunchu do sklepu jej ojca, kupowali chleb, wędliny, sery, oliwki, jadali wszystko na stojąco lub balansując na kolanach, co nie było najłatwiejszą czynnością. Aby ułatwić życie swoim klientom Salvatore postanowił stworzyć kanapkę, umieszczając w chlebie wszystkie składniki, kupowane najczęściej przez klientów. Tak powstała amerykańska kanapka z włoskim duchem wewnątrz i włoską nazwą od sycylijskich piekarzy, którzy już zniknęli, ale ponad stuletnia nowoorleańska tradycja przetrwała i ma się całkiem dobrze.
Muffuletta
Składniki:
1 bochenek chleba włoskiego z sezamem (okrągły lub podłużny Italian Bread)
2 szklanki sałatki z oliwek
60-100 gram Genoa Salami
60-100 gram szynki (preferowana prosciutto, ale całkiem dobra w kanapce jest też szynka Krakus)
60-100 gram mortadeli
60 -100 gram sera Provolone
60-100 gram sera Swiss Cheese
Szczypta soli
Przygotowanie:
- sałatka z oliwek: gardiniera (warzywa w marynacie, hot, medium lub mild - Twój wybór) połączona z grubo pokrojonymi oliwkami; całość wymieszać i odstawić na 1 godzinę lub przechowywać
w lodówce, jeśli przygotowana wcześniej...
- chleb przekroić horyzontalnie i skropić oliwą z oliwek...
- na dolnej części ułożyć kolejno: szynkę, salami, mortadelę, sery, sałatkę z oliwek; całość przykryć górną warstwą chleba i przekroić na cztery części.
- kanapka może być serwowana na zimno lub na ciepło; jest znakomita na lunch lub jako danie obiadowe, szczególnie w okresie letnim.
Ketchup na początku XIX wieku sprzedawany był jako lek na rozstrój żołądka przez lekarza
z Ohio, Johna Cooka. Jako przyprawa został spopularyzowany dopiero pod koniec XIX wieku.
Pomidory do Europy z Meksyku
i Peru sprowadzili Hiszpanie
w XVI wieku. Pierwotnie uważano je za trujące i uprawiano tylko do dekoracji.
Aby rozwiać plotki, że pomidory są śmiertelne, Robert Gibbon Johnson zjadł ich pełen kosz na oczach tłumu w Salem w stanie New Jersey. Ludzie byli zdumieni, widząc, że nie przewrócił się po pierwszym kęsie.
Drink "Krwawa Mary" nie zawsze się tak nazywał. Na początku nosił nazwę "A Bucket of Blood",
a następnie określany był jako "Red Snapper", by ostatecznie zostać nazwany "Bloody Mary".
Dom Pierre Pérignon uznawany jest za twórcę szampana. Tak naprawdę ten francuski mnich robił wszystko, aby pozbyć się bąbelków z wina, które powodowały, że butelki eksplodowały.
W XVIII-wiecznej Anglii ananasy były symbolem statusu. Ci, którzy byli wystarczająco bogaci, by posiadać ananasa, nosili go ze sobą, co oznaczało bogactwo
i wysoki status. Ananasa można było także wypożyczyć.
Pierwszy napój o smaku coli został wprowadzony w 1881 roku, a Coca-Cola została wynaleziona przez
dr Johna S. Pembertona w 1886 r.
„Napój Brada” został opracowany przez Caleba Bradhama w 1890 roku jako środek wspomagający trawienie i dodający energii.
W 1898 roku zmieniono nazwę na Pepsi-Cola.
Przez większą część XIX wieku czekolada była spożywana jako napój. W 1847 roku firma J. S. Fry & Sons z Bristolu w Anglii stworzyła pierwszą masowo produkowaną tabliczkę czekolady.
Pierwszą bombonierkę wyprodukował Richard Cadbury
w 1868 roku. Pudełko
z czekoladkami ozdobił obrazem przedstawiającym swoją córkę trzymającą kotka. Cadbury wprowadził również pierwsze pudełko z czekoladkami w kształcie serca z okazji Walentynek.
Grejpfruty zostały wynalezione
w 1693 roku. Pewien mężczyzna, zwany Kapitan Shaddock, wysłał nasiona pomelo do Indii Zachodnich, które posadzono obok drzewek pomarańczowych. Po pewnym zapyleniu krzyżowym narodził się grejpfrut.
W 1669 roku król Francji Ludwik XIV próbując ograniczyć przemoc wśród biesiadników zakazał używania spiczastych, ostrych noży. Dlatego noże stołowe są dziś tępe i zaokrąglone.
/ w oparach satyry
maj '23 (9)
EGON JAMESON
słownik
głupstw
Egon Jameson, autor Słownika głupstw, poszedł śladami wielu swoich poprzedników, choć przekornie: w całym świecie wydawane są przecież zbiory mądrych cytatów i sławnych powiedzeń osób znanych
i znakomitych - Jameson zadał sobie trud zestawienia w sposób podobny - staranny, rzeczowy
i poważny - jawnych głupstw, prostych idiotyzmów
i bełkotliwych stwierdzeń, które wypowiadały także osoby znane, a nawet znakomite.
Lektura ta, choć w skromnym wyborze, powinna być miła dla tych, którzy od czasu do czasu bywają sceptykami. Jest to odruch zdrowy; warto czasem mu się poddać.
Egon Jameson był publicystą
i dziennikarzem. Urodził się
w 1895 roku w Berlinie; po roku 1933 wyemigrował do Anglii, żył
i pracował w Londynie. Po
II wojnie światowej powrócił do Niemiec; od roku 1953 znów żył
i tworzył w Londynie (zmarł
w roku 1969). Poza Słownikiem głupstw (książka ta w całości liczy 170 stron) jest autorem wielu innych prac z historii
i współczesności kultury
i obyczajów (Tysiąc dziwactw brytyjskich, Miliony z niczego,
10 Downing Street)

ATOM
Każdy, kto wierzy, że z atomu da się wytworzyć energię, jest lunatykiem.
Sir Ernest Rutherford, wybitny atomista, laureat Nagrody Nobla, na krótko przed śmiercią w 1937 roku.
ARYJCZYK
Indianie Siuksowie są aryjczykami.
Rozstrzygnięcie Narodowosocjalistycznej Izby Prasowej w hitlerowskich Niemczech, gdy okazało się, że jeden z wybitnych dziennikarzy miał babkę-indiankę ze szczepu Siuksów.
BALET
Nie tańczę głupich bredni!
Anna Pawłowa o balecie Strawińskiego
"Ognisty ptak".
DYKTAT
Świat musi wiedzieć: czas dyktatorów skończył się!
Adolf Hitler, 1934.
ELEKTRYCZNOŚĆ
Pan Faraday powinien pieniądze, które marnuje na swoje dziecinne eksperymenty
z elektromagnesami przekazać raczej na dobroczynność.
W.E. Gladstone, premier Anglii
FONOGRAF
Ohydny trik brzuchomówcy!
Orzeczenie członków francuskiej Akademii Nauk
w Paryżu po demonstracji przez Edisona
w 1879 roku maszyny mówiącej.
GOLENIE
Jeżli raz jeszcze wpuści pan do mnie tego szaleńca od blachy do golenia, przestanie pan być naszym portierem.
Charles F. Brown, finansista amerykański, do odźwiernego swej firmy w 1900 roku po wizycie czterdziestoletniego komiwojażera z Baltimore, który poszukiwał 2500 dolarów pożyczki na uruchomienie produkcji wynalezionego przez siebie aparatu do golenia. Komiwojażer ów nazywał się King Camp Gillette.
KOLEJ
Nikt nigdy nie odważy się położyć i spać
w pociągu.
Allen Frederic Brown, finansista
z Wall Street, gdy przedstawiono mu projekt wagonu "Pionier", opracowany przez George'a Martimera Pullmana .
MALARSTWO
Michał Anioł? Malować? Nie, malować to on nie umie.
El Greco w roku 1612.
Nie, dziękujemy, barwy są zbyt głośne.
Dyrekcja paryskiego muzeum Luwru w 1919 roku
w odpowiedzi na propozycję synów malarza, by Luwr zakupił "Kąpiące się kobiety", ostatni obraz Pierre Auguste Renoira.
METEOR
Nie było meteorów i nie ma kamieni meteorytowych, ponieważ w niebie nie ma kamieni.
Francuska Akademia Nauk, Paryż 1812.
MONA LIZA
Autentyczny stary obraz zakupiłem za 10 tysięcy dolarów po ukradzeniu go przez pewnego Włocha i zabezpieczyłem w moim banku.
Handlarz dziełami sztuki Raymond Mekking, 1963
Jest chłopcem.
Paryski krytyk Georges Isario, 1955.
Jest mężczyzną.
Malarz Enrico Bay, 1959.
Uśmiecha się, bo jest w ciąży.
Lekarz Kenneth Keele, 1959.
Uśmiecha się, bo właśnie pozbyła się dziecka.
Henri d'Erlanger, archeolog paryski, 1913.
Uśmiecha się, bo ma bóle szyi; typowy wyraz twarzy.
Lekarz Charles Health, Waszyngton 1920.
Jest taka, bo Leonardo czuł się homoseksualistą.
Zygmunt Freud, 1931.
MUZYKA
Moja sztuka stała się beznadziejnie staroświecka.
Johann Sebastian Bach na krótko przed śmiercią.
"Dziewiąta symfonia" bez smaku i tak trywialna, że wprost nie mogę pojąć, jak taki geniusz jak Beethoven mógł skomponować coś takiego.
Louis Spohr, skrzypek-wirtuoz i kompozytor.
PRAWO
Miłość do Fuhrera stała się zasadą prawną.
Minister Rzeszy, Hans Frank, na łamach "Volkischer Beabachter", 30 czerwca, 1936.
ROWER
Rowery trzykołowe uważa się za rowery dwukołowe z trzema kołami.
Obwieszczenie British Owersend Airways Corporation, Londyn 1960.
SILNIK
Diesel jest marzycielem. Jego motor jest dla celów praktycznych nieużytkowy.
Rada grona fachowców szwedzkich dla sztokholmskiego banku Axela Johnsona, w którym Diesel chciał zaciągnąć pożyczkę. Bank odmówił jej udzielenia.
WOJNA
Kto podnosi w Europie
żagiew wojny, może pragnąć tylko chaosu.
Adolf Hitler, 1935.
Rosja i Niemcy walczyły przeciwko sobie
w wojnie światowej. Nie powinno to się zdarzyć i nie zdarzy się po raz wtóry.
Adolf Hitler w przemówieniu
w Reichstagu, 1 września 1939.
ZNACZKI
Pierwsze, co musimy zrobić, to zamówić nowe znaczki pocztowe z moim wizerunkiem.
Książę Karol Austriacki w 1916 roku, gdy doniesiono mu o śmierci cesarza Franciszka Józefa.