top of page

Umberto Eco
– zawsze w cieniu swoich książek

ROBERT RIENT

Pasowało do niego wiele określeń: geniusz, bibliofil, erudyta, mistrz, człowiek… Postawa Umberto Eco to przykład na to, jak godnie

i bezszelestnie przejść przez życie, zostawiając po sobie uśmiech i wielką literaturę.

Umberto Eco

UMBERTO ECO / Italiaanse schrijver Umberto Eco , kop; schrijvers (domena publiczna)

Był prawdziwym człowiekiem renesansu. Pisał, podróżował, rysował mapy i plany budynków, kolekcjonował dokumenty i listy,

a czasami szkicował plany okrętów. Gdy pracował nad „Imieniem róży”, wykonał portrety wszystkich mnichów, którzy pojawili się

w jego książce. Z kolei aby w „Wahadle Foucaulta” opisać nocny spacer przez Paryż, kilka nocy z rzędu między drugą a trzecią nad ranem chodził tą trasą po mieście, zapisując na kieszonkowym dyktafonie wszystko, co widział, „tak, by później każda nazwa ulicy

i każde skrzyżowanie zgadzały się z rzeczywistością” – jak wyjawił w „Wyznaniach młodego pisarza”. Co ciekawe „Wyznania” pojawiły się 28 lat po opublikowaniu jego pierwszej powieści i tuż przed 77 urodzinami. „Dlatego – napisał Umberto Eco we wstępie do książki

– uważam siebie za bardzo młodego i wielce obiecującego pisarza, który jak dotąd wydał tylko pięć powieści i który w następnych pięćdziesięciu latach z pewnością wyda wiele następnych”.

Książka została opublikowana w 1980 roku i przetłumaczona na 44 języki, a jej nakład

przekroczył 30 milionów egzemplarzy. Pisarz miał wtedy 48 lat. Żartował,

że w tym wieku zazwyczaj mężczyzna ucieka ze striptizerką

– podczas gdy on napisał powieść.

Dar niebios

Dziadek pisarza był podrzutkiem, stąd „rodowe” nazwisko Eco, będące akronimem łacińskiego zwrotu ex caelis oblatus, który oznacza „dar niebios”. Umberto urodził się 5 stycznia 1932 roku w prowincjonalnej Alessandrii we Włoszech. Jego ojciec Giulio miał dwanaścioro rodzeństwa i pracował jako księgowy, dopóki nie został powołany do armii. W czasie II wojny światowej Umberto wraz ze swoją mamą Giovanną przeprowadził się do małej miejscowości położonej u zbocza góry Piemont.

Rodzice, głównie ojciec, marzyli o tym, by syn został prawnikiem. Eco jednak fascynował się średniowieczem, filozofią i literaturą. Swoją pracę doktorską poświęcił Tomaszowi z Akwinu. Został wychowany na katolika, ale stracił wiarę. Sam nie określał siebie jako ateisty, chociaż w wywiadach twierdził, że lepiej żyć tak, jakby Boga nie było. Uważał, że takie podejście jest niezbędnym warunkiem moralności, i dodawał: „Gdybyśmy wiedzieli, że Bóg istnieje albo nie istnieje, nie byłoby ani filozofii, ani teologii”.

Bycie agnostykiem z pewnością pomagało mu utrzymywać relację z kardynałem Carlem Marią Martinim. Efektem ich spotkań była książka „W co wierzy ten, kto nie wierzy?”, która jest jednym z przykładów na niezamierzone lekcje szacunku wobec drugiego człowieka, jakich Eco udzielał nam przez całe swoje życie. Zresztą wszystkie jego książki, łącznie z „Imieniem róży”, precyzyjnie skonstruowane, stworzone były od samego początku z respektem dla słów i czytelników.

Młodzi adepci psychologii, którzy dopiero co zdobyli umiejętności asertywnej odmowy, wyrażania się „komunikatem ja” czy aktywnego słuchania, czasami sprawiają wrażenie obdarowywania swojego rozmówcy pełnym szacunkiem. Patrzą w oczy, pozwalają kończyć zdania, parafrazują i potakują głową, nie potrafiąc jednak przestać oceniać, interpretować i szukać w słyszanych wypowiedziach dowodów na ukrytą patologię rozmówcy.

To przywara nie tylko wielu psychoterapeutów, ale również trenerów i coachów, którzy pod wypowiedzianym żartem, ironią czy sarkazmem widzą ukrytą złość czy deficyty w relacji z matką. Pozorna zgoda na słyszane słowa ukrywa protekcjonalność, a pozorna otwartość na drugiego człowieka i chęć niesienia pomocy zmieniają się czasami w litość. W takim spotkaniu nie ma miejsca na szacunek, na zrozumienie, że pomiędzy dwójką osób może być sporo różnic, które nie stoją w opozycji do głębokiej więzi. Tak postrzegane różnice nie wykluczą rozmowy pełnej emocji i porozumienia. „Jeśli mamy wieść dialog, to musi on obejmować także obszary, na które nie ma zgody” – napisał Eco w książce „W co wierzy ten, kto nie wierzy?”.

Umberto Eco 3.avif

Po pierwsze, dyskrecja

Dowcipny, towarzyski, rodzinny. Życie spędził u boku żony Renate Ramge, pochodzącej z Niemiec nauczycielki sztuki. Pobrali się

w 1962 roku, mieli syna i córkę. Z szacunku do siebie i swoich bliskich Eco dbał, by chronić swoją prywatność. Jak powtarzał, na szczęście jego życie nie było spektakularne, a nawet interesujące. „Bardzo trudno byłoby sfotografować mój udział w orgii, trudno też byłoby mnie nakręcić w przebraniu baletnicy w chwili, gdy poddaję się nieumiarkowanym praktykom seksualnym jakiegoś generała karabinierów” – tłumaczył Jarosławowi Mikołajewskiemu z „Gazety Wyborczej”. Inną strategią zniechęcającą media do grzebania

w prywatności było zdaniem Eco publiczne nagłaśnianie: „Gdybym na przykład miał jakąś wstydliwą chorobę, prawdopodobnie natychmiast nadałbym temu rozgłos: Słuchajcie, złapałem chorobę weneryczną! Od razu wszyscy przestaliby się tym interesować. Taką zasadę można stosować oczywiście tylko w przypadku rzeczy błahych – wystarczy je ogłosić publicznie. Jeśli chodzi o rzeczy ważne, to po prostu należy dyskretnie milczeć. Jestem dżentelmenem i jeśli miałem stosunek z jakąś panią, to nie powiem o tym nawet po trzydziestu latach, nawet najbliższemu przyjacielowi. A więc nikt nie będzie miał okazji do plotek, ponieważ nikt nie będzie się nawet domyślał, że ja coś takiego robię”.

Średniowieczny kryminał

Eco był nie tylko dżentelmenem, ale i idealistą. Chciał zostać dziennikarzem i zajmować się sztuką, ale podobno kilka dni

w więziennym szpitalu zabiło jego marzenia. Ostatecznie wybrał karierę naukową, chociaż to mu nie wystarczało i już pod koniec studiów zaczął pracować w telewizji, a później w wydawnictwie. Został profesorem zwyczajnym, autorem wielu książek naukowych, otrzymał również kilkadziesiąt tytułów doktora honoris causa, między innymi od Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Nie marzył o życiu pisarza, a pomysł na napisanie „Imienia róży”, które przyniosło mu międzynarodowy rozgłos, pojawił się przypadkowo. Znajoma dziennikarka zgłosiła się do niego z propozycją napisania opowiadania kryminalnego. Eco odmówił, twierdząc, że nie ma talentu do dialogów. „Dla żartu powiedziałem jej, że gdybym miał napisać opowiadanie kryminalne, jego akcja rozgrywałaby się na pewno w średniowiecznym klasztorze, a sama książka miałaby co najmniej 500 stron. Ale kiedy tylko wróciłem do domu, proszę mi wierzyć, natychmiast zacząłem sporządzać listę imion zakonników. A więc mogę powiedzieć pod słowem honoru, że nawet nie poprzedniego dnia, lecz trzy godziny wcześniej, zanim zacząłem pisać »Imię róży«, nie myślałem, że kiedykolwiek napiszę powieść” – zdradził w rozmowie z Jarosławem Mikołajewskim.

A co pan chce, żebym powiedział?

Im dłużej żył, tym bardziej zmęczony był prośbami o opinię, komentarz, wypowiedź – przywoływał Sokratesa, jednego z największych intelektualistów, który powtarzał, że wie tylko to, że nic nie wie. Gdy w 1994 roku jego rodzinną Alessandrię dotknęła powódź, dziennikarze pytali go, co o tym myśli. „Wrzeszczałem do słuchawki: »A co ja, do jasnej cholery, mam myśleć o powodzi?! Chce pan usłyszeć ode mnie, że jestem zadowolony? Że jest mi przykro?«. Kiedy umarła Greta Garbo, pytali mnie, co ja o tym myślę. Więc znowu wrzeszczałem: »A co pan chce, żebym powiedział?! Że jestem szczęśliwy, że ta stara baba wreszcie umarła?! Mogę powiedzieć: O tak, umarła wielka aktorka, ale proszę zwrócić uwagę, że to samo może powiedzieć pański dozorca. Niech pan zapyta dozorcy, o takie rzeczy nie trzeba pytać intelektualistów!«. Zawsze trzeba się strasznie namęczyć, żeby się zwolnić z funkcji wyroczni delfickiej” – mówił w wywiadzie. Z tego powodu, zmęczony nagabywaniem o opinię, przestał chodzić na wystawy, koncerty.

Postawa Eco była zaprzeczeniem tego, czego wymaga współczesny, medialny świat – zaprzeczeniem postawy wielu osób, które odniosły sukces albo o sukcesie marzą. Pisarz, wybitny intelektualista, był świadomy, że to, co stworzy, może mieć większą wartość od niego samego. Inwestował w swój umysł, w rzemiosło, którym się posługiwał. Nie bał się zabierać głosu w sprawach publicznych i krytykować polityków swojego kraju, by z podobną lekkością wyznać, że najciekawsze książki czyta w toalecie. Jednak nigdy nie epatował swoją prywatnością, życiem osobistym, nie wyprzedał się.

W rozmowie z Mikołajewskim Eco opowiedział o mężczyźnie, który założył w Internecie stronę, po to by pokazać własne jelita –sfotografowane podczas kolonoskopii. „O ile interesuje mnie to, co znajduje się w moich własnych jelitach, ponieważ od tego zależy moje życie, to wygląd jelita tego człowieka nie obchodzi mnie w najmniejszym stopniu. A jednak ten mężczyzna, tylko po to, żeby się pokazać publicznie, zamieścił w Internecie fotografię swojego wnętrza. Prawdopodobnie nie znalazł innego sposobu na to, by wymknąć się anonimowości, uciec od szarości życia” – spuentował.

Epitafium dla bibliofila

Kiedy zmarł, 19 lutego 2016 roku w wieku 84 lat, po trzech latach zmagania się z rakiem trzustki, Justyna Sobolewska, krytyczka literacka, na łamach „Polityki” napisała: „Bliski mi był szczególnie ten Eco – bibliofil, posiadacz księgozbioru złożonego z około 50 tysięcy tomów. Kiedy ktoś zadawał mu pytanie, czy wszystko przeczytał, miał dwie odpowiedzi: Pierwsza: »Nie. Są tu tylko książki, które muszę przeczytać w przyszłym tygodniu. Te, które już przeczytałem, znajdują się na uniwersytecie«. I druga: »Nie przeczytałem żadnej z nich. W przeciwnym razie po co miałbym je tutaj trzymać?«”.    ("Zwierciadło")

Milan Kundera
kłamca, kobieciarz, donosiciel

MARIUSZ SZCZYGIEŁ 

11 lipca 2023 roku zmarł w Paryżu 94-letni Milan Kundera. Przypominamy obszerne fragmenty tekstu Mariusza Szczygła z 2020 roku (wyborcza.pl), w którym opisał kontrowersje wokół postaci pisarza ujawnione w poświęconej mu książce.

Kundera Sztuka powiesci

Wiemy wreszcie, jak Milanowi Kunderze udało się 45 lat temu uciec

z komunistycznej Czechosłowacji do Francji.

Spisków próbowano kilku.

Jeden z nich dotyczył nieistniejącej nagrody literackiej:

Do kawalerki pisarza w Pradze wiosną 1974 r. zadzwoniła redaktorka paryskiego wydawnictwa Gallimard i oznajmiła, że skoro wydał u nich po „Żarcie" drugą, tak dobrze przyjętą, powieść („Życie jest gdzie indziej"),

a w Paryżu będą za chwilę wystawiać jego sztukę, to mianowano go członkiem jury międzynarodowej nagrody literackiej. Możliwe, że o niej nie słyszał, będzie to bowiem zupełnie nowa nagroda. Wręczy ją najpiękniejsza kobieta Paryża, niejaka Françoise, która jest także jej fundatorką. Kundera ma zaproponować do nagrody kandydaturę dwóch młodych pisarzy. Redaktorka (właśnie po trzech latach związku rozstała się z Julio Cortázarem) oznajmiła też, że za kilka dni przyjedzie do Pragi, aby omówić szczegóły.​

Wkrótce zadzwoniła rzekoma Françoise z pytaniem, czy pan Kundera wybrał już młodych kandydatów. Akurat owa redaktorka z Paryża już była u pisarza

w domu.

Kundera odparł, że dużo myślał o młodych pisarzach i chce zaproponować Czecha – Bohumila Hrabala (był 15 lat starszy od 45-letniego wtedy Kundery, czyli wchodził w wiek emerytalny) oraz Polaka – Sławomira Mrożka (młodszego od Kundery o rok), i oddał słuchawkę redaktorce. Ta ucieszyła się, że słyszy najpiękniejszą kobietę Paryża, i zaczęła jej dyktować, „jakie akapity na życzenie Kundery ma wyrzucić".

Dlaczego akurat najpiękniejsza kobieta miała mieć dostęp do akapitów Kundery, nie wiadomo. Jednak podsłuchująca rozmowę tajna policja miała odnieść wrażenie, że Kundera wydaje we Francji jakąś nową książkę i trzeba nanieść poprawki.

Chodziło o to, aby było jak najwięcej powodów do jego wyjazdu. Po zdławieniu Praskiej Wiosny, której był aktywnym uczestnikiem, popadł w niełaskę. Został pisarzem zakazanym, niewydawanym, a nawet niewymienianym publicznie

z nazwiska. O takich Hrabal mówił: „pisarze w likwidacji".

A nie dało się łatwo likwidować autora, któremu we Francji wydają drugą książkę, a do tego został członkiem jury międzynarodowej nagrody.

Ponieważ podsłuchujący słuchali nie tylko rozmów telefonicznych, ale też dźwięków z całego mieszkania, odnotowali, że po Cortázarze redaktorka

z Gallimarda weszła w kontakt seksualny z Kunderą.

Podsłuchujący mieli też na oku inną Francuzkę, która zaczęła do czeskiego autora pisać. Odnotowano ją jako (cytuję za oryginałem): „LAROUSE Libraire, zamieszkałą 17 rue du mantparnasse, 75280 Paryż, bliżej nieznana". Że jest to nazwa i adres wydawnictwa, które od 1852 r. wydaje encyklopedię Larousse – to porucznikowi tajnej policji, który tworzył listę wszystkich zagranicznych kontaktów Kundery, nie przyszło do głowy. Zanotował, że pani Libraire „na razie Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej nie odwiedziła". Ale

w listopadzie 1973 r. przejęto jej list, w którym napisała do Kundery z prośbą

o odesłanie wypełnionej ankiety, która będzie użyta w „Wielkiej encyklopedii Larousse’a".

Wiemy wreszcie, jak Milan Kundera tłumaczył matce, dlaczego do kraju nie wróci i zostawi ją, schorowaną, już na zawsze samą. Otóż życie

w Czechosłowacji oznacza dla niego śmierć, mentalną i artystyczną, tak jej mówił. Na ulicy przyjaciele nie mają odwagi zamienić z nim słowa. Odwiedził wydawnictwo, gdzie wychodziły jego książki. Na korytarzu zobaczył go redaktor naczelny, poeta Ivan Skála, i zaraz przysłał portiera, żeby Kunderę wyrzucił: „Ma pan natychmiast opuścić budynek. Ludzie pana gatunku nie mają w tym wydawnictwie czego szukać!". We Francji, tłumaczył matce, wiele rzeczy go wkurza, ale tutaj życie byłoby rezygnacją ze wszystkiego. Francja zwróci jemu i żonie młodość.

Wiemy wreszcie, co mówił w tamtych dniach tajnej policji o Havlu i innych opozycjonistach. Z takimi ludźmi jak Pavel Kohout, Ludvik Vaculik czy Václav Havel nie kontaktuje się. Nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Emigranta Miloša Formana uważa za oszusta. Sam nie jest wrogiem socjalizmu i nie wie, za co ​

wyrzucono go z Komunistycznej Partii Czechosłowacji. „Obawiam się, panie poruczniku, że kiedy moja książka »Życie jest gdzie indziej« będzie wydawana w innych kapitalistycznych krajach, może zostać użyta jako narzędzie propagandy antysocjalistycznej".

 

Wiemy wreszcie, że wcale nie musiał tego mówić, bo władza już postanowiła: wyśle go do Paryża na premierę jego sztuki. Tyle że on jeszcze o tym nie wiedział, więc mówił… Władza chciała pokazać Europie, że pisarz Kundera nie jest represjonowany, ale nakazała mu oczywiście powrót. Wrócił, żeby pokazać swoją lojalność, a dzięki temu dostać zgodę na następny wyjazd, do pracy na francuskiej uczelni, czemu władza była przychylna: zobaczcie, jak jesteśmy życzliwi dla zakazanego pisarza.

Z tego wyjazdu oczywiście już wracać nie zamierzał.

 

Wiemy wreszcie, że po pierwszym powrocie Kundery z Francji nadszedł do jego kawalerki w Pradze pewien telegram.

Na miejscu była akurat jego żona Vera. Od lat żyli właściwie tak, że od poniedziałku do piątku Kundera mieszkał w Pradze, a na weekend wracał do Brna, do rodzinnej willi żony, gdzie mieszkała i dawała lekcje angielskiego. Wyrzucono ją na zawsze z pracy

w radiu i telewizji, bo po radzieckiej inwazji na Czechosłowację w sierpniu 1968 r. czytała wiadomości z nielegalnego podziemnego studia.

Telegram do pisarza był pisany po francusku i wiemy, że pani Kunderová nalegała, aby mąż przetłumaczył jej treść. Kundera go podarł i wrzucił do toalety. Kunderová domagała się treści telegramu, płakała i krzyczała, że podpisana w telegramie Clo’ jest niebezpieczną babą. Pogodziła się, że Kundera łazi do kochanek w Czechosłowacji, ale w Paryżu tego nie zniesie. Ma obawy, że ją tam porzuci. Ma obawy, że mogłaby stać się we Francji ofiarą aranżowanego wypadku samochodowego. Mówi, że poinformuje męża Clo’

o romansie. Odmawia wyjazdu i żadnej przeprowadzki do Francji nie zorganizuje!

Wiemy wreszcie, jak mąż na ten wybuch pani Kunderovej zareagował. Otóż przełączył radio na Głos Ameryki.

Wiemy wreszcie – wszystko dzięki tym podsłuchom – że kiedy kawalerkę pisarza wizytowała żona, nadchodziły tam nie tylko telegramy, ale i dzwoniły telefony. Pewnego razu odebrała telefon od mężczyzny, który poinformował, że jej mąż ma romans z jego żoną – bibliotekarką. Na wściekłość pani Kunderovej pisarz odparł, że te esbeckie kurwy zrobią wszystko, aby ich pokłócić i poniżyć. A że wiedzą o każdym ich ruchu, dzwonią właśnie wtedy, kiedy ona może odebrać telefon.

Wiemy wreszcie, że porucznik Służby Bezpieczeństwa Pluhácek zanotował: Kundera utrzymuje z bibliotekarką regularne stosunki.

Pisarz zachowywał się więc jak jego bohater Tomasz z „Nieznośnej lekkości bytu" – przestrzegał „zasady numer trzy": można spotykać się z kobietą na seks kilka razy w krótkim czasie, ale nie więcej niż trzy. Ewentualnie można spotykać się z nią przez lata, pod warunkiem że między poszczególnymi spotkaniami miną przynajmniej trzy dni".

Wiemy wreszcie, że pani Vera Kunderová „Nieznośnej lekkości bytu" nienawidzi.

Wiemy wreszcie – nie z zapisków tajnej policji, ale od wieloletniego przyjaciela pisarza – że przecież Milan bardzo lubił być obserwowany podczas seksu… A skoro kilka lat nie dzwoni już do niego z Paryża, to przyjaciel może powiedzieć, jak to naprawdę wyglądało. Otóż w drzwiach wywiercił taką dziurę, żeby koledzy… Dalej państwu daruję.

Wiemy wreszcie, jak bardzo jego eseje są załgane, np. ten z „Zasłony", w którym Kundera wyjaśnia francuskiemu intelektualiście: „Śledzenie nas i instalowanie w naszych mieszkaniach policyjnych mikrofonów uczyło rozkosznej sztuki mistyfikacji. Z jednym

z moich przyjaciół wymieniliśmy się kluczami i nazwiskami; on wielki podrywacz, wzniośle obojętny na mikrofony, w mojej kawalerce dokonywał swych największych wyczynów. A że najtrudniejszą chwilą każdej miłosnej historii jest rozstanie, mój wyjazd na emigrację był mu bardzo na rękę. Pewnego dnia panny i panie zastały zamknięte drzwi, moja wizytówka zniknęła, a ja tymczasem wysyłałem pożegnalne widokówki z Paryża do siedmiu kobiet, których nigdy nie poznałem".

A przecież to Kundera ukrył się za tym przyjacielem! Tak naprawdę to były jego, Kundery, erotyczne schadzki, a nie tego drugiego! „To mógł pisarz wmawiać komuś, kto do esbeckich zapisów z podsłuchów nigdy nie zajrzał" – pisze Jan Novák, autor książki „Kundera. Ceský život a doba", co po polsku najlepiej by brzmiało: „Kundera. Czeskie czasy".

Wyszła w czerwcu 2020 r. i stała się hitem sprzedażowym, salonowym i medialnym. Nie podzieliła krytyków jak u nas dziesięć lat temu „Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego. Ona ich zespoliła.

„Dlaczego spory o Kunderę są bardziej emocjonalne niż inne? Bo to jedyny czeski olbrzym w świecie" – tłumaczy Erik Tabery, redaktor naczelny tygodnika „Respekt".

„To iluzja prawdy o Kunderze – podkreśla filozof Petr Fischer. – Kundera jest człowiekiem i to staje się w tej książce, niestety, narzędziem do osądzania i udowadniania jego moralnego upadku".

„Wartość pisarza nie ma związku z jego seksualną etyką – przypomina Erik Tabery. – Ale dla Nováka Kundera jest permanentnie podejrzany".

„Ta książka jest nie o Kunderze, tylko o Nováku. Każda jej strona cuchnie wygórowanym ego i niekończącym się sadyzmem" – oceniła uważana za najwybitniejszą żyjącą czeską pisarkę Radka Denemarková.

„Psychologizowania jest w tej książce co niemiara – narzekała w tygodniku „Reflex" recenzentka Katerina Kadlecová – jednak musimy przyznać, że ten tabloid dla intelektualistów czyta się rewelacyjnie".

No dobrze, wiemy wreszcie to wszystko o najpopularniejszym w świecie czeskim pisarzu, lecz po co nam ta wiedza?

Kiedy czytamy o sile, jaka wyniosła młodego poetę stalinistę na lidera pokolenia; o mechanizmach niszczenia go w czasach, kiedy już od stalinizmu odszedł i wziął czynny udział w reformie systemu zwanej Praską Wiosną – jest to wiedza historyczna, dokumentująca totalitaryzm, choć nic nowego nie wnosi, bo sam system został już dokładnie opisany. Ale dobrze, im więcej szczegółów, tym więcej w nas zrozumienia – jak do tego wszystkiego mogło dojść. Mamy przecież obowiązek tropić Historię.

Jednak autor tej gigantycznej, niemal 900-stronicowej biografii twierdzi, że skoro w powieściach Kundery jest tyle seksu, to MUSIAŁ ustalić, na ile te wątki są autobiograficzne.

A skoro sam Milan Kundera na ten temat mówić nie chce, to Novák wykorzystał podsłuchy Służby Bezpieczeństwa („robiłem

to z niechęcią") i wspomnienia jego przyjaciela seksuologa („właściwie co mi pozostało?").

Seksuolog wykorzystał raz postać Kundery (anonimowo) w swojej specjalistycznej książce jako przykład człowieka, który musi dominować nad kobietami. 90-letni doktor, szczęśliwy, że ktoś go wreszcie odwiedził, bo Milan od kilku lat do niego – chyba za karę – nie telefonuje, ze spotkania na spotkanie dostarcza biografowi nowych pikantności.

Z tym że przecież oboje aktorzy tych erotycznych scen – Milan i Vera Kunderovie – żyją, a podawanie czytelnikom szczegółów

w rodzaju: w której części pokoju zaczęli stosunek i w jakim skończyli, jest jednak pogwałceniem ich prawa do intymności.

Ale dla biografa są 90-letnimi, niezdolnymi nie tylko do obrony, ale też do wykonania choć jednego maleńkiego ruchu manekinami. Może je ustawiać, jak chce.

Pytają Nováka czeskie media, czy nie lepiej byłoby poczekać i wydać tę książkę po śmierci Kundery, aby nie obnażać bezbronnego starego człowieka. Ja bym dodał: dwoje bezbronnych ludzi, bo jeszcze żona.

– Oj, gdyby go to jakoś zraniło, nie byłbym zadowolony – odparł tygodnikowi „Respekt". – Ale te wszystkie rzeczy ma na koncie i jako autor książki o jego życiu nie mogę ich przemilczeć. Kiedy pisałem z Milošem Formanem jego autobiografię i odkryłem, że jego prawdziwym ojcem nie był mężczyzna, który go wychowywał, tylko mama miała tajnego kochanka, powiedziałem mu to. Zaraz spytałem, czy możemy to dać do książki. Forman na to: „Co mam zrobić, jeśli jest to prawda?". Tak więc co możemy zrobić, jeśli Kundera wiódł bogate życie erotyczne? To byłoby upiorne, gdybym czekał z wydaniem do jego śmierci.

W jednym przypadku zdzieranie slipów z Kundery za jego życia miałoby sens. Gdyby czesko-francuski pisarz miał na koncie czyny, jakie ma hollywoodzki producent Harvey Weinstein i inni sprawcy przemocy wobec kobiet, ujawnieni w ramach akcji #MeToo. Tyle że pedantyczny Novák nie znajduje żadnej kochanki, która by żywiła do pisarza jakieś pretensje.

Wszyscy dawni znajomi podkreślają, że Kundera jako wykładowca praskiej szkoły filmowej trzymał się zasady: nigdy nie spać ze swoimi studentkami. Wszystkie dawne kochanki opowiadają dziś, że albo były w nim zakochane, albo zachwycone obcowaniem

z fascynującą osobowością. Nawet gdy spotykały się z Kunderą po latach przerwy, potrafią wyznać: a z kawiarni poszliśmy na chwilkę seksu do mieszkania Milana. Tak na pamiątkę dawnych czasów!

Chyba że damy są zakłamane, nie mają odwagi wyznać prawdy o krzywdzie – albo nie mają świadomości krzywdy.

W Czechach temat #MeToo w przestrzeni publicznej praktycznie nie zaistniał. A przynajmniej nie tak jak w Stanach, Francji czy nawet u nas. W Wikipedii hasło to występuje w 48 językach, łącznie z arabskim, ale nie w czeskim. Do tego kochanki pisarza mają dziś około 70-80 lat i nie są z pokolenia, które lubi epatować świat intymnymi szczegółami.

Zakładam jednak, że nadużywanie władzy i pozycji to nie przypadek Milana Kundery i nie w tę stronę szedł Jan Novák. Czeskie media orzekły, że autorowi biografii po prostu chodziło o sprzedaż i skandal.

Ja zaś uważam, że chodziło mu po prostu o napisanie zdania: „Kundera w swoich powieściach wypatroszył własne seksualne doświadczenia do cna".

Kundera powtarza za Proustem, że pisarskie „ja" ma się objawiać tylko w książkach. Novák cytuje tę opinię kilka razy na dowód, że książki Kundery są NAPRAWDĘ jego biografią. Na tym banalnym odkryciu się zafiksował. Te wszystkie podłości ze stron jego powieści i opowiadań to, proszę państwa, sam Kundera.

Dla Nováka ważne jest rozróżnienie, jakie Kundera zawarł w „Śmiesznych miłościach" – zbiorze opowiadań, które po stalinowskich wierszach przyniosły mu prawdziwy sukces czytelniczy. Otóż jego bohater – manipulator – uważa się za „autora życia". Jest reżyserem sytuacji, podczas gdy jego przyjaciele, znajomi, kochanki i esbecy to „figury życia". On jest autorem „historii żytych", a pozostali są jego narzędziami. On żyje, a oni „są życi".

I do tego rozróżnienia Jan Novák zaraz dostawia cytaty z protokołów tajnej policji, a więc przykłady, jak Kundera mistyfikował własne życie.

„Swoim przyjaciołom kłamie na poczekaniu. Bez powodu, tak po prostu, dla sportu, dla treningu" – pisze Novák.

(...) Novák opowiada, że książka o Kunderze nie powstałaby, gdyby nie to, że czekał w Pradze na tramwaj. Żeby zabić nudę, wszedł do antykwariatu, a tam leżała książeczka z nazwiskiem Kundery i tytułem „Posledni máj" (Ostatni maj) – poemat na cześć komunistycznego bohatera Juliusza Fucika, który młody Kundera napisał w 1955 r. Tyle że to było trzecie wydanie, z 1963! W Pradze już wysadzano wtedy w powietrze największego Stalina na kuli ziemskiej, a poeta Kundera dał do druku poprawione wydanie socrealistycznego poematu.

Novák wiedział, że pisarz młodo wstąpił do Komunistycznej Partii Czechosłowacji, wiedział, że go z niej wyrzucili i że bardzo z tego powodu cierpiał. Wiedział, że przyjęli go z powrotem, co było dla Kundery zaproszeniem do nieba. Wiedział, że był „stalinistycznym wierszokletą", ale żeby dziesięć lat po śmierci Stalina dawać do druku coś takiego? Wyznaje, że zaczęła w nim wrzeć krew.

W 2008 r. Czechami wstrząsnęła informacja tygodnika „Respekt", że jeden z badaczy odnalazł w archiwach bezpieki dokument, z którego wynika, że student Milan Kundera doniósł odpowiednim organom, co następuje:

Zgłosił się do niego kolega z akademika, któremu ich wspólna koleżanka pochwaliła się, że spotkała na ulicy innego długo niewidzianego kolegę. Nie widzieli się, bo z socjalistycznej ojczyzny wyemigrował. Nagle jednak przyjechał do Pragi i nie miał gdzie zostawić walizki. Zaproponowała, że może zostawić u niej w pokoju, a nawet wieczorem przyjść się przespać.

Walizka emigranta – a więc wroga ustroju – w socjalistycznym akademiku. Dla Kundery miało być jasne: to równa się BRAĆ WSPÓŁUDZIAŁ.

 

Bingo! Długo niewidziany kolega okazał się agentem-kurierem pracującym dla amerykańskiej Counter Intelligence Corps. Aresztowano go, kiedy wrócił po walizkę. Został skazany na 22 lata ciężkiego więzienia, wyszedł po 14. Dziesięć lat pracował w kopalni uranu.

W 1952 r. wiceminister spraw wewnętrznych opisał ten przykład

w broszurze o wrogach ustroju i chwalił „studenta M.K." za jego postawę. Chwalił go w 20 tysiącach egzemplarzy.

Tym odkryciem sprzed prawie 60 lat czeskie media żyły rok. Światowe trochę krócej. Był to szok, bo na Zachodzie Kundera jest przecież odbierany jako ofiara komunistycznych represji (był nią po zdławieniu Praskiej Wiosny). (...)

Najpopularniejszy w świecie czeski pisarz od dziesiątek lat nie rozmawia

z dziennikarzami, nie daje się fotografować, nie ma spotkań autorskich, nie podpisuje czytelnikom książek. Nie pisze po czesku. Uchodzi za pisarza francuskiego. Nie tylko porzucił język, ale też całe lata nie

pozwalał na  wydawanie w Czechach swoich książek. Napisana w 1984 r. „Nieznośna lekkość bytu" wyszła u nas nielegalnie rok później, legalnie w 1996 r., a w Czechach dopiero 22 lata po napisaniu. „Księga śmiechu i zapomnienia" wyszła we Francji w 1979,

a w Czechach dopiero w 2017 r. Czescy czytelnicy nie mieli możliwości obcowania z wieloma dziełami rodaka w swoim języku. Powieści te wychodziły w wydawnictwach emigracyjnych, ale do upadku komuny czytali je głównie dysydenci i tajna policja.

Od wyjazdu do Francji Kundera nie odwiedza kraju. To znaczy, jak pisze Novák, odwiedzał Brno w latach 90.,

ale tylko w przebraniu. Z doklejonym wąsem.

(...)

Nie wiem, na ile Jan Novák reprezentuje tych Czechów, którzy chcą ukarać Kunderę za jego wyniosłość i niedostępność. Ale tacy na pewno istnieją. („My, Czesi, cudzego sukcesu nie wybaczamy" – to autocharakterystyka, którą słyszę raz po raz).

Chciał mieć władzę nad swoją przeszłością? To jej nie ma! Chciał mieć władzę nad sobą? Nie ma! Chciał mieć władzę nad czytelnikami. Nie ma! Nikt z nas nie jest panem swojego życia, więc dlaczego mamy jemu na to pozwolić?

Jedno jest dla mnie, a także dla wielu czeskich komentatorów biografii niepodważalne: Jan Novák nie lubi swojego bohatera, a jego książkę ta niechęć napędza.

Jeśli w poważnej biografii – a zaznaczam, że „Kundery" wydało nie wydawnictwo specjalizujące się w literaturze konfekcyjnej, lecz dwie poważne oficyny Argo i Paseka – pojawiają się epitety (stalinista, mitoman, kunktator, flegmatyk, kłamca, manipulator, narcyz, kobieciarz, mizogin, autoplagiator, ekshibicjonista i ukryty homoseksualista), to autor tej biografii nie może swojego bohatera lubić.

Oczywiście, nie ma takiego obowiązku. Tyle że jego bohater to nie Pol Pot ani Franco.

Novák – urodzony w 1953 r. – jest cenionym autorem. Jego największe dzieło przed „Kunderą" to książka non-fiction o brawurowej ucieczce braci Mašinów ze stalinowskiej Czechosłowacji. Świetnie udokumentowana, napisana metodą niemal filmową, wyszła

w Polsce pod tytułem „Nie jest źle". W Czechach otrzymał za nią najważniejszą nagrodę literacką Magnesia Litera oraz Nagrodę Josefa Škvoreckiego. Z Formanem współtworzył scenariusz filmu „Valmont". W Stanach wydawał swoje prozy po angielsku. Nakręcił

z synem dwa świetne dokumenty o Havlu.

Zadziwiające, że autor, który dotąd stawiał na inteligencję czytelnika, nagle posługuje się kliszami. Pisze, że Kundera dlatego wywiercił dziurę w drzwiach swojego mieszkania, aby koledzy mogli podglądać go, jak zabawia się z kobietami, bo jest mizoginem.

I że chciał kobiety w ten sposób poniżyć. A seks z kobietą i jeszcze jednym mężczyzną lubił dlatego, że jest ukrytym homoseksualistą.

Może i jest, tylko że utalentowany pisarz nie dobija puenty deską!

Niektórzy krytycy uważają, że Novák zazdrości Kunderze i talentu, i kariery. (Wyemigrował z rodzicami do Ameryki, kiedy miał 16 lat, kilka miesięcy po inwazji sowieckiej na Czechosłowację, a więc sześć lat przed Kunderami). Czy można zazdrościć kariery koledze po piórze starszemu o 24 lata?

Uważam, że jeśli jeden ma 67 lat, a drugi 91 – można. (...)

Jeśli cudze życie ma być dla nas lekcją, to z życia 91-letniego pisarza Milana Kundery mam aż trzy.

Po pierwsze, jeśli cokolwiek dobrego dasz światu – w postaci myśli i dzieł – będziesz musiał mu dać też we władanie swoje życie, łącznie z najbardziej intymnymi sekretami. To transakcja wiązana.

Po drugie, jeśli tego nie zrobisz, poniesiesz karę za ukrywanie się.

Po trzecie, jeśli coś zamierzasz ukryć, lepiej naucz się o tym mówić. Bo… patrz po drugie.

PORTRETY    czerwiec '23 (12-13)

Julian Tuwim
- boski szalony Julek

ANNA JANKO

Julian Tuwim

Julian Tuwim z nieodzownym papierosem / fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, 20-109

„Stoi na stacji lokomotywa” – te pierwsze słowa wiersza Juliana Tuwima są dla polskiego dziecka czymś takim, jak dla dorosłego „Litwo, Ojczyzno moja”. U progu mowy, u progu świata, który objawia się poprzez słowo, do dziecięcego pokoju wjeżdża Tuwimowska „Lokomotywa”.

A w każdym wagonie – pełnia kształtów

i kolorów! I w każdym wagonie – symfonia dźwięków i zapachów! Cały świat

w największym natężeniu istnienia.

Co czytał Tuwim jako dziecko? On sam wspomina siebie jako złotowłosego parolatka, który w dziecięcym napięciu smaruje po swej pierwszej książce, a książką tą jest od razu Szekspirowska historia Romea i Julii. Jaki to świat zjawił się w dziecięcej sypialni małego Julka? Świat niezrozumiałych dla chłopca sporów rodowych Montekich z Kapuletimi

i niejasno przeczuwanych... energii namiętności miłosnych.

W cieniu myszki

Pamiętam, że w szkole często wpatrywałam się w wiszący na ścianie portret Juliana Tuwima; jego płomienny wzrok przyciągnął moją uwagę. Starałam się ze wszystkich sił, aby jego twarz drgnęła, odwróciła nieco i abym mogła ujrzeć skrytą w cieniu słynną „myszkę”, ciemne znamię na lewym policzku poety.

Ów stygmat inności, wyróżniający go spośród rówieśników od początku życia, był przyczyną głębokiego kompleksu, nierozsądnie umacnianego przez neurasteniczną matkę, która winiła siebie za defekt urody syna,

a nawet zabobonnie dopatrywała się w tej sprawie udziału sił demonicznych. Matczyne poczucie winy z powodu mocno semickiego wyglądu i diabolicznego znamienia dziecka wbudowało się w psychikę młodego Julka i bez wątpienia wzmocniło w późniejszym wieku słynne demonologiczne pasje poety.

Siostra Tuwima Irena, ta sama, która przyswoiła polszczyźnie „Kubusia Puchatka” Milne’a, wspomina ciężką atmosferę rodzinnego domu, uczucie napięcia, które towarzyszyło ich dzieciństwu, czego przyczyn dzieci nie rozumiały. Wiedziały, że matka chowa jakąś tajemnicę związaną ze swą młodością, ale nie wyjawiła jej nigdy, nawet gdy były już dorosłymi ludźmi. Możliwe, że na ponure nastroje, jakie panowały w tym domu o ciemnych pokojach zastawionych ciężkimi dębowymi meblami, miał też wpływ głęboki rozdźwięk pomiędzy rodzicami, którzy znacznie różnili się od siebie wiekiem, temperamentem, zainteresowaniami. Prawdopodobnie niezwykłe pasje młodego Juliana, „bziki” i „pobziki” z jego lat dziecięcych, miały źródło nie tylko w nieokiełznanej żądzy poznawania wszystkiego, ale były także sposobem uciekania we własny, niosący radość i odprężenie świat.

Wystrzałowe zainteresowania

Z upodobaniem i dość długo przeprowadzał młody Tuwim doświadczenia chemiczne i pirotechniczne w swoim pokoju lub nieopodal na schodach. Eksperymenty zakończyły się groźną eksplozją i okaleczeniem ręki, gdy nastoletni badacz ostatecznie udoskonalił pewną mieszankę wybuchową...

Innym hobby była hodowla jaszczurek i zaskrońców. Zdarzało się, że gady opuszczały terrarium i wędrowały po mieszkaniu

w poszukiwaniu pokarmu! Jednak najcenniejszą namiętnością, która miała poważny wpływ na dorosłe życie i twórczość późniejszego poety, była rozwijana od szkolnych lat pasja lingwistyczna, miłość do słowników, etymologii wyrazów, egzotycznych języków. Nawiasem mówiąc, „Tuwim”, a dokładniej „Towim” – bo tak pisali się jeszcze dziadkowie poety – znaczy po hebrajsku „dobry”.

Pierwsze uczniowskie długi Juliana Tuwima wiązały się z zamówieniami książek w niemieckich antykwariatach. W tym okresie życia Julek opanował esperanto i przetłumaczył na ten język kilka utworów Leopolda Staffa, co dało sposobność nawiązania korespondencji ze starszym poetą. Tuwim poznał też doskonale rosyjski i z powodzeniem tłumaczył Balmonta, Briusowa, Puszkina.

Dla wielu młodych początkujących twórców Staff był w latach międzywojennych najwyższym autorytetem i niedościgłym mistrzem. Tuwimowi udało się nie tylko zawrzeć z poetą znajomość i skorzystać z mądrych wskazówek, ale także zdobyć jego przyjaźń trwającą całe życie. To właśnie Leopold Staff utwierdził 17-letniego Juliana w przekonaniu, że powinien pisać, że ma talent.

Można by rzec, że nie ma niczego niezwykłego w tym, iż młodzieniec, który w domowym laboratorium tworzy według własnych receptur najprawdziwiej pachnące perfumy – a Tuwim i to potrafił – wyrośnie na autentycznego poetę!

Słowa z trzewi

W 1912 roku, gdy z powodu matematyki powtarzał szóstą klasę łódzkiego gimnazjum, „Tygodnik Ilustrowany” przyjął do druku pierwszy jego wiersz.

„Ogarnął mnie szał nieprzytomnej radości. Do talerza stygnącej zupy zaczęły kapać łzy”, wspominał Tuwim po latach tę chwilę, gdy po powrocie ze szkoły przeczytał list od redaktora „Tygodnika…”. Wyobraźmy sobie dorastającego młodego poetę z tamtych lat... „Szalony cudowny Julek! – wspomina jego siostra. – Nosił się z fantazją; chodził w rozpiętym szynelu, w czapce podziurawionej jak sito papierosami, co należało do elegancji; rozbijał się dorożkami i skrapiał sobie włosy wodą brzozową Drallego”. A do tego recytował z pamięci po francusku słynny „Statek pijany” Artura Rimbauda!

Niezwykła, czarodziejska osobowość Tuwima...Wszyscy, którzy go pamiętają, podkreślają niezwykłość jego płonących oczu

i niesamowitą, magiczną energię, która przenikała jego postać. Józef Wittlin wspomina: „Czasem, w zetknięciu z nim, odnosiłem wrażenie, że jest on cały naładowany elektrycznością, wypełniony jakimiś prądami i fluidami, które promieniują przez jego ubranie. Fosforyzował. Iskry się z niego sypały. I nieraz lęk mnie ogarniał, gdy siedziałem z nim we dwójkę w zamkniętym pokoju”.

Owa słynna ekspresja poety znajdowała swój wyraz w jego twórczości. W tymże czasie, w latach 20., za sprawą modnej wówczas filozofii Bergsona witalizm ogarnął znaczną część młodej literatury. W Polsce dołączyła do tego radość z odzyskanej po półtora wieku niepodległości. Wielu poetów wydawało z siebie dionizyjskie okrzyki, a już Tuwim wyszarpywał słowa z samych trzewi!

Dzięki jednemu z takich gorących „biologicznych” wierszy Tuwima udało mi się przed laty zdać egzamin na filologię polską. Zamiast rozwijać teoretycznie problem witalności w poezji międzywojennej, z wielkim uczuciem (oraz w białej bluzce i czarnej spódnicy) zadeklamowałam:    

"Do krwi rozdrapię życie, Do szczętu je wyżyję, Zębami w dni się wpiję, Wychłeptam je żarłocznie I zacznę święte wycie, Rozbyczę się, rozjuszę, Wycharknę z siebie duszę, Ten pęcherz pełen strachu, I będę ryczał wolny, Tarzając się w piachu".

Wśród członków komisji egzaminacyjnej zapanowała wesołość, gdy tymczasem we mnie z trudem gasły tuwimowskie ognie.

Jestem wdzięczna poecie na zawsze. Również i za to, że jak nikt ujął w słowa furię istnienia, dziką pierwotną siłę, jaka nieraz przenika nas w młodości i szarpie na wszystkie strony. Oczywiście, nie tylko takie nastroje współtworzyły na przestrzeni lat poezje Tuwima. Jego temperament społeczno-polityczny wyraził się w utworach takich jak słynne pacyfistyczne wiersze „Do generałów” czy „Do prostego człowieka”, które były powodem licznych ataków na poetę, nie tylko w prasie.

Huzia na klasyka

Julian Tuwim spalał się też jako kabarecista, humorysta, wieloletni współpracownik teatrzyków, autor szopek politycznych, z którymi chadzano do Belwederu. Współtworzył, jak wiadomo, Skamandra, grupę, która wiele przesiadywała w kawiarniach.

Skamandryci spotykali się Pod Pikadorem (Nowy Świat 57 w Warszawie), U Turka, w Astorii, wreszcie w osławionej Ziemiańskiej na ulicy Mazowieckiej. Dyskutowali tu, spisywali na serwetkach (lub w notesach) pomysły poetyckie, jedli i pili oprócz Tuwima także m.in. Jan Lechoń, Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Jarosław Iwaszkiewicz. Bywał tam także Bolesław Leśmian, którego Julian nieustannie wprawiał w zażenowanie, całując go na powitanie w dłoń. Nie wiadomo, czy był to wyłącznie gest szacunku i pokory, czy także jakaś szatańska przewrotność. Jeszcze bowiem przed swoim książkowym debiutem młody Tuwim przesłał Leśmianowi maszynopis „Czyhania na Boga”, a ten, nie zajrzawszy wcale do wierszy, wydał im jak najgorszą opinię.

Gdy Tuwim miał 32 lata, jego utwory znalazły się w programie nauczania szkoły średniej. Jako więc młody jeszcze autor stał się klasykiem.

W latach 30., w okresie nasilonego antysemityzmu, prawicowa prasa atakowała Tuwima za co się dało: za pacyfizm, komunizm, satanizm, pornografię, żydowskość, nawet za wiersze dla dzieci. Chciano wykreślić jego poezję z kanonu lektur. Taka atmosfera wokół jego osoby uniemożliwiła mu ostatecznie wejście do Polskiej Akademii Literatury (jego kandydaturę odrzucono w 1938 r.). On zaś, jak na kolekcjonera przystało, starannie zbierał wszystkie napastliwe artykuły i paszkwile. I odpowiadał na nie ostrą satyrą, ciętym kalamburem, miażdżącym szyderstwem.

Potem chronił się w czterech ścianach swojego gabinetu, ukryty w głębokim fotelu, zasłonięty gęstym papierosowym dymem, pośród setek słowników, starodruków, dziwacznych broszur, roczników czasopism, książek, książek, książek....

Noc niemocy

Cała 12-tysięczna biblioteka poety spłonęła podczas wojny, gdy Tuwim wraz z żoną przebywał na emigracji. Ocalało niewiele, w tym część rękopisów zakopanych we wrześniu 1939 r. na ulicy Złotej 8 w Warszawie.

 

W jednym z powojennych wywiadów wspomina Tuwim, jak wstrząsające były okoliczności odkopania kufra z papierami, który tkwił

w ziemi pomiędzy dwoma ciałami martwych kobiet...

Po powrocie do kraju poeta chciał zaraz kontynuować pisane w Nowym Jorku „Kwiaty polskie”. Niestety, ogarnęła go twórcza niemoc; nic, co wychodziło spod jego pióra w tamtym okresie, nie miało większej artystycznej wartości. Był za to sławny, fetowany, szczodrze obdarowywany przez władze i nieustannie nagradzany. Powiedział reżimowi „tak” i przegrał. Artysta, który się godzi na rzeczywistość, akceptuje narzucony porządek, musi się liczyć z groźbą utraty talentu…

Julian Tuwim przestał być sobą. Żywy pomnik, ozdoba bierutowskiego dworu, nie wykrztusiłby żadnego ze swych dawnych obrazoburczych jambów, jak choćby takich jak ten:

Twórz, czarujące bydlę Właź na chaosy wierszem..

W tym też czasie nasilała się choroba poety, agorafobia. Wiele czasu spędzał, nie wychodząc z domu, poddając się paraliżującemu lękowi. O czym dumał, leżąc całymi dniami na tapczanie, nie mogąc pisać: o tajemnicy istnienia, której w swoim życiu dotykał tak często wierszem?

Na parę dni przed śmiercią (zmarł na atak serca 27 grudnia 1953 roku) w zakopiańskiej kawiarni napisał na serwetce: „Ze względów oszczędnościowych zagaście światło wiekuiste, które może kiedyś będzie mi przyświecać”. Przez tę eschatologię przebija drwina

z nieustannych wyłączeń prądu w niesprawnej gospodarce socjalistycznej. Ale miał może Tuwim na myśli i to światło wiekuiste,

o którym napisał wiele lat wcześniej w utworze pt. „Wiersz” (w tomie „Rzecz czarnoleska”):

Natchnienie jak śmierć nadciąga. Och, jak senność ostateczne I szklane zapatrzenie, i strach wielkiego zawrotu! Skończyła się rzecz doczesna, idzie samotność wieczna, I światłość wiekuista zaczyna płynąć z przedmiotów.    (zwierciadlo.pl)

/ rozmowy nie polityczne

marzec / 3'23  (7)

Adwokatura z poezją w tle

MAŁGORZATA BŁASZCZUK

w rozmowie z MIKOŁAJEM KOZAKIEM, adwokatem,
publicystą, tłumaczem, doktorantem, a jego wujem był  Edward Stachura

Mikolaj Kozak

Mikołaj Kozak

Małgorzata Błaszczuk: Według testu talentów Instytutu Gallupa ma Pan ich trzydzieści cztery. Który z nich jest największy lub lubi go pan najbardziej?

Mikołaj Kozak: Niezręcznie mówić mi o sobie w kontekście talentów. Mogę powiedzieć, czemu poświęcam najwięcej czasu…

W pierwszej kolejności jestem adwokatem. To moja praca i ona pochłania najwięcej czasu. Ale nie oznacza to, że to moja największa pasja; tak wyszło, że dużo jeżdżę służbowo po Warszawie i po Polsce. Przede wszystkim bronię w sprawach karnych i tam, gdzie jest popełnione przestępstwo, tam jadę.

M.B.: Jakie to wyzwanie dla adwokata, obrona w procesie apelacyjnym gangstera Marka Cz. pseudonim „Rympałka”?

M.K.: Każdy ma prawo do obrony i nie jest sprawą adwokata pytać klienta, jak było, co było i czy jest winny. Najważniejsze jest to, co jest w aktach sprawy. Nie oceniamy, nie osądzamy, od tego jest sąd. Czasem dochodzą różne informacje i dowiadujemy się dodatkowo o czymś mimo woli, ale to nie ma specjalnie znaczenia. Często zdarza się, że pochopne decyzje są wynikiem działania organów ścigania – policji, prokuratury. Naszą rolą jest pokazanie tych słabych punktów. I tu nie chodzi o uniewinnienie, jak niektórym się wydaje. Każdy proces powinien być uczciwy, bezstronny, rzetelny, a oskarżony powinien mieć prawo do opowiedzenia własnej historii. Na podstawie tych wszystkich czynników może zapaść wyrok, a one zapadają różnie. Stąd apelacja, jeśli nadal nie jesteśmy zadowoleni – kasacja. Nie zawsze można wygrać, ale zawsze można walczyć do końca.

M.B.: Odreagowuje pan stres zawodowy biegając?

M.K.: Jakiś czas temu liczyliśmy z całą rodziną medale. Uzbierało się ich około 70, ale część z nich została jeszcze w poprzednim mieszkaniu. Z pokorą jednak muszę powiedzieć, że nie wszystkie były z maratonów. Tych ukończyłem jedynie cztery.
Są lepsi i szybsi.

M.B.: A co z tłumaczeniami? Rozumiem, że jak pan już się wybiega, naczyta akt większych i mniejszych gangsterów, to wtedy siada pan do Wysockiego i mówi: teraz wam pokażę, jak się naprawdę tłumaczy poezję rosyjską.

M.K.: To jest coś, czym zaszczepił mnie mój ojciec. Moi rodzice z wykształcenia są rusycystami, zresztą na tych studiach się poznali. Mój ojciec w czasach studenckich i trochę później znakomicie tłumaczył Wysockiego. Potem przez jakiś czas pracował w Moskwie, więc – siłą rzeczy – tam mieszkałem i chodziłem do szkoły. Rzucono mnie na głęboką wodę – nie znałem cyrylicy, nie znałem języka.
Jednak ta kultura tak mnie urzekła, że chciałem jak najszybciej nauczyć się tego języka. Czytałem na przykład Czechowa – zdanie po zdanie, najpierw po polsku, potem po rosyjsku. Słuchałem audiobooków, żeby pracować nad akcentem. 
Chodziłem po wszelkich miejscach związanych z historią literatury, a takich miejsc w samej Moskwie kojarzonych z Gogolem, Czechowem, Puszkinem nie brakuje. Jest co robić…

Potem trafiłem na Wysockiego, który był jednym z bogów młodości mojego ojca. Poznał go osobiście niedługo przed śmiercią, kiedy przyjechał do Polski z „Hamletem”. Tak to zaskoczyło, że przetłumaczyłem chyba 70-80 jego wierszy/piosenek… Nie mniejszą przyjemność sprawiało mi też tłumaczenie utworów Josipa Brodskiego. 

M.B.: Czy znajomość języka rosyjskiego przydaje się w pracy zawodowej? Jest pan jednym z nielicznych prawników w Polsce, który włada biegle językiem rosyjskim.

M.K.: Przydało się wiele razy, ponieważ prowadziłem klientów obcojęzycznych, w tym z bloku wschodniego. Na przestrzeni ostatnich lat broniłem Rosjan, Ukraińców, Białorusinów. Klientowi łatwiej jest „wyspowiadać” się we własnym języku – obowiązuje nas tajemnica adwokacka. Adwokaci pracują pod takim prawem, jakie obowiązuje tam, gdzie wykonuje się zawód. Pracuję więc po
polsku, ale w tej relacji z klientem staram się pomóc językowo. Do dziś mam klientów, z którymi rozmawiam po rosyjsku.

Stachura

Edward Stachura, Lise Brodin i Janina Januszewska-Skreiberg na werandzie; Maridalen, kwiecień, 1972 rok / kolekcja prywatna

wysocki 1

Włodzimierz Wysocki / kolekcja prywatna

M.B.: A jaki jest los pana doktoratu z twórczości Dostojewskiego na Uniwersytecie Warszawskim?

M.K.: Mam mniej więcej jedną trzecią tego, co chciałbym w nim zawrzeć. Obowiązki rodzinne i zawodowe nie do końca predestynują mnie do tego, by poświęcać na to tyle czasu, ile chciałbym.
Tym niemniej doktorat robi drobne postępy. Dotyczy „Idioty” Dostojewskiego, w moim przekonaniu najlepszej powieści pisarza. Ta pozycja jest niedoceniana, ginie wśród „Zbrodni i kary”, „Biesów”, „Braci Karamazow”. O tych powieściach w literaturze polskiej powiedziano już chyba wszystko. Nie ma jednak całościowego polskiego opracowania „Idioty”. To wielka powieść, a mimo to są duże braki, szczególnie jeśli chodzi o analizę głównego bohatera, Lwa Myszkina, idioty, który idiotą tak naprawdę nie jest.

M.B.: Panie mecenasie, odłóżmy na półkę rzeczy o pracy, o pasjach… Teraz słowo o rodzinie. Ta, z której pan pochodzi, zostawiła wielkie dziedzictwo. Pana babcia, Eliana Skórzyńska, jest rodzoną siostrą Edwarda Stachury. 

M.K.: To prawda. Była czwórka rodzeństwa. Najstarszy – Ryszard Stachura – już nie żyje. Nie żyje też jego córka, Elżbieta. Pozostali mają się dobrze. Jerzy Stachura, o którym wszyscy w rodzinie mówią „Jeżyk” jest genialnym poetą, a jego wiersze wcale nie są gorsze, a momentami nawet lepsze od utworów Steda (pseudonim Edwarda Stachury – przyp. red.). Cały czas publikuje, mieszka w Gdyni, wspaniale maluje. Jest moja babcia i najmłodszy brat Edwarda – Jan, określany w rodzinie jako Żano. Nie miałem okazji poznać Steda, ponieważ zmarł w 1979 roku, a ja urodziłem się w 1988. Natomiast niewątpliwie jego duch gdzieś żyje. We wszystkich rodzinnych miejscach są białe kruki, pierwsze wydania jego poezji. Nawet przez pewien czas mieszkałem z rodzicami w jego mieszkaniu przy ulicy Ząbkowskiej w Warszawie.

Był taki moment, kiedy zachłysnąłem się jego twórczością. Początek studiów, „Piękni dwudziestoletni” Marka Hłaski, Tyrmand, Bukowski… Trafił mnie też Edward Stachura. Jednak z uwagi na bliskość rodzinną nie mogłem odseparować tych wszystkich kwestii rodzinnych i czytać go zupełnie z boku. Portrety w różnych mieszkaniach członków rodziny, te wszystkie książki, jakieś opowieści

– tragiczne zresztą często – nie pozwoliły mi się od tego odciąć i zawsze widziałem gdzieś to wszystko w tle. Przede wszystkim całą jaskrawość, a zwłaszcza jego wiersze ostatniego etapu życia, czy poemat „Po ogrodzie niech hula szarańcza”… To są wiersze

o bardzo emocjonalnych dla mnie klimatach.

M.B.: Czyli to wszystko, co w nas rezonuje jako czytelnikach, u pana rezonuje dużo głębiej, bo daje kontekst rodzinny. Proszę powiedzieć, co się dzieje z rodzinnym domem Stachurów?

M.K.: Edward Stachura mieszkał przez dłuższy czas w Aleksandrowie Kujawskim i tam ten dom jest, ma się dobrze, a czas jakby się

w nim zatrzymał… Niesamowity klimat, wielkie przeżycie, kiedy tam się pojawiłem przed rokiem.

M.B.: Pana pradziadek, ojciec Edwarda Stachury, chciał, by Edward był prawnikiem albo lekarzem. Prawnuk jest prawnikiem. Czuje się pan spadkobiercą tego rodzinnego testamentu?

M.K.: Nie. To były inne czasy. Z tych opowieści, które do mnie docierały i z fragmentów twórczości Steda można się domyślać, że wolne wybory drogi zawodowej, szczególnie artystycznej, nie mieściły się w ogólnie przyjętych kanonach dla mężczyzn, którzy mieli utrzymać w przyszłości rodziny. Powinni mieć dobry zawód czy przynajmniej fach  w rękach, a pisanie wierszy czy malowanie obrazów i granie na gitarze raczej kojarzyły się z czymś mało poważnym i nie przynosiły zamierzonego sukcesu.
Nie, nie realizuję jakiekolwiek testamentu czy woli kogokolwiek. A ta praca, którą wykonuję, może z poezją nie ma nic wspólnego, ale potrafi być piękna.

M.B.: Czy ma pan ulubioną piosenkę Stachury?

M.K.: Smutna, ale piękna „Z nim będziesz szczęśliwsza…”, bo „(…) ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko”.

M.B.: Cudne manowce…

MAŁGORZATA BŁASZCZUK– dziennikarka prasowa, radiowa i telewizyjna. Jedna z autorek książki "Ofiary w sutannach". Od wielu lat mieszka

i pracuje w Chicago. Współzałożycielka chicagowskiego Wydawnictwa Evergreen, współautorka radiowego słuchowiska w Chicago "Na polskim trójkącie".

Mikolaj Kozak

poezja/rozmowy

marzec'23

MIKOŁAJ KOZAK

Adwokatura z poezją w tle

Małgorzata Błaszczuk

--------------------------------------

Pergamonmuseum_Babylon_Ischtar-Tor

historia / muzea

sierpień/wrzesień'23

Muzeum Pergamońskie w Berlinie

redakcja

Julian Tuwim

literatura​

czerwiec'23

JULIAN TUWIM

- boski, szalony Julek

Anna Janko

Wojciech Młynarski

rozmowy / muzyka

kwiecień'23

WOJTEK MŁYNARSKI ​

we wspomnieniach syna

Remigiusz Grzela

-------------------------------

Mikolaj Kozak

poezja/rozmowy

marzec'23

MIKOŁAJ KOZAK

Adwokatura

z poezją w tle

Małgorzata Błaszczuk

---------------------------

HISTORIA / nauka        listopad/grudzień '24 (22)

Amerykańska National Academy of Science co dwa lata przyznaje Medal Henryka Arctowskiego za badania związane z fizyką Słońca.

Henryk-Arctowski--1871-1958---Polski-naukowiec

Henryk Arctowski (1871-1958). Polski naukowiec, oceanograf i odkrywca Antarktydy  / fot.Topfoto / Forum

Posępny, poważny i humorzasty.

Studenci mówili o nim "lodowy dziad"

HENRYK ARCTOWSKI

MARTA GRZYWACZ

w rozmowie z  Katarzyną Dąbkowską i Dagmarą Bożek, autorkami książki „Henryk Arctowski. W świecie myśli".

Marta Grzywacz: Skąd fascynacja Henrykiem Arctowskim?

Katarzyna Dąbkowska: Odkąd pamiętam, interesowałam się rejonami polarnymi. Na studiach na reżyserii filmowej w Katowicach mój pierwszy dokument opowiadał o polarnikach ze Śląska, którzy regularnie odwiedzają Polską Stację Polarną Hornsund na Spitsbergenie i przeżywają gorączkę polarną. Potem robiłam film o samobójstwach Inuitów na północy Kanady i wreszcie zaczęłam szukać tematów filmowych, które wiązałyby się z Polską Stacją Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego położoną na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandów Południowych.

Jednocześnie Dagmara szukała bohaterek do swojej książki „Polarniczki. Zdobywczynie podbiegunowego świata" i tak się poznałyśmy. Już na pierwszym spotkaniu narodził się pomysł napisania wspólnie biografii Henryka Arctowskiego.

A co to jest gorączka polarna?

K.D.: To jest zwrot używany przez samych polarników, a dotyczy zespołu zachowań, które obserwują u siebie ludzie odwiedzający rejony polarne. Fascynacja krajobrazem jest tak ogromna, tak głęboko dotyka wrażliwości, że zostaje w człowieku na długo i potrzeba powrotu staje się bardzo silna. Tęsknota do tamtych miejsc, do przyrody, przestrzeni, przypomina trochę uzależnienie.

Dagmara Bożek: To jest potrzeba spotkania się z czymś metafizycznym, czego w naszej codzienności nie doświadczamy. Miałam przyjemność dwa razy zimować, czyli spędzić cały rok, w polskich stacjach polarnych, na Spitsbergenie w Arktyce oraz na Wyspie Króla Jerzego w Antarktyce Zachodniej. Byłam pracownikiem administracyjnym i asystentką terenową, prowadziłam również działania popularnonaukowe. Kiedy przyjeżdżałam do domu, chciałam natychmiast wracać.

W sumie okres gorączki polarnej w moim życiu trwał pięć lat. To był stan zawieszenia w czasoprzestrzeni. Fizycznie wróciłam do Polski, ale faktycznie mnie tu nie było. Nie robiłam planów, nie podejmowałam długofalowych działań, bo wiedziałam, że jeśli tylko pojawi się okazja, to rzucę wszystko i wyjadę na stację. W końcu, gdy ta możliwość się pojawiła, zrezygnowałam. Ze względów osobistych uznałam, że tak będzie lepiej. Ale kto wie, czy pisanie książek o tematyce polarnej, czym obecnie się zajmuję, nie jest przedłużeniem tej gorączki w formie mniej inwazyjnej.

A wydawałoby się, że chłód, ciemność i bezustanny kontakt z niedużą grupą ludzi w zamkniętej przestrzeni mają raczej efekt odstraszający.  

Stacja im. H. Arctowskiego

Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego / domena publiczna

D.B.: I dla większości ludzi tak jest. Izolacja, niewielka liczba bodźców, organizm, który w warunkach nocy polarnej zaczyna zupełnie inaczej funkcjonować, to są  wyzwania dla naszej psychiki. Kuźnia charakterów. Ja należę szczęśliwie do tych, którzy dobrze znieśli warunki polarne. Psychologia nazywa to efektem salutogenetycznym – chodzi o pozytywny wpływ przyrody na postrzeganie świata. Rozbudzona zostaje nasza wrażliwość, mocniej odbieramy wrażenia estetyczne. Druga kwestia to cisza. Brak bodźców dźwiękowych powoduje, że nagle zaczynamy zauważać rzeczy, które wcześniej nam umykały, bo byliśmy w ciągłym pędzie. To za tą ciszą się tęskni. Inna sprawa, że aby przebywać w takich warunkach, często w samotności, trzeba być pogodzonym ze sobą i światem.

Henryk Arctowski doświadczył gorączki polarnej?

K.D.: Na pewno, jako jeden z pierwszych, doświadczył zimowania w Antarktyce. Takie zresztą było założenie międzynarodowej Belgijskiej Wyprawy Antarktycznej w latach 1897-99. Grupa naukowców na statku "Belgica" miała przeprowadzić całoroczne badania geologiczne, biologiczne, oceanograficzne, geodezyjne i meteorologiczne.

Uczestnicy wyprawy nie przewidzieli jednak, że ich statek utknie w lodach Antarktyki, że oprócz nocy polarnej i uczucia izolacji będą się zmagać z lękiem o życie. Zarówno próby przetrwania, jak i wydostania się z okowów lodu były heroiczne. Dwie osoby zmarły, inne cierpiały na zaburzenia psychiczne. Mimo wszystko, po powrocie do Europy, Henryk chciał zorganizować nową wyprawę do Antarktyki, automobilem, wciąż w przekonaniu, że ten kontynent trzeba badać, zbudować tam sieć stacji naukowych i wysyłać kolejne wyprawy.

D.B.: Z relacji Henryka wynika, że czuł się dobrze w laboratoryjnej ciszy, w nocy, gdy skupiał się na pracy. Pozostawał wówczas – jak to nazywał – „w świecie myśli", i to było dla niego bardzo cenne. Wielokrotnie potem do tego „świata myśli" tęsknił. Ale była to raczej tęsknota za nauką niż Antarktyką. W jednej z relacji pisał: „Zostaliśmy postawieni w warunkach egzystencji całkowicie nienormalnych, stłoczeni wspólnie na niewygodnie wąskiej przestrzeni. Niektórzy stawali się nerwowi, pobudliwi i bezsenni,

a wyobraźnia nieustannie błądziła i śniła. Byłem jednym z nich".

Oznacza to, że nie zniósł najlepiej pobytu w Antarktyce.

Arctowskiemu musiało być dodatkowo trudno, bo z jakichś przyczyn stał się dla kolegów podmiotem żartów.  

D.B.: Niewątpliwie w przetrwaniu pomagało badaczom poczucie humoru. A Henryk nie był osobą łatwą w kontaktach. Johan Koren, asystent zoologa Emila Racovity, rysował zabawne historyjki, którymi opisywał konflikty między Arctowskim a innym polskim badaczem z "Belgiki" - Antonim Bolesławem Dobrowolskim, znacznie bardziej lubianym przez załogę. Arctowski, ku uciesze badaczy, był też bohaterem wielu karykatur, które tworzył z kolei sam Racovita. A właściwie nie tyle Arctowski był bohaterem, ile jego zadek, który na rysunkach Racovity pokazywał zmiany meteorologiczne – chmury, kierunek wiatru itd.

Z drugiej strony Roald Amundsen, rzadko wspominający osobowości z "Belgiki", o Arctowskim pozostawił opinię, że to, czym zajmował się na statku, z powodzeniem mogłoby wykonywać czterech specjalistów. Dostrzegał więc pracowitość polskiego badacza. Ale faktycznie Henryk Arctowski, posępny, poważny, zdystansowany, często zmieniający nastroje, nie był dobrze postrzegany przez otoczenie. Jego studenci w Geofizyki i Meteorologii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, choć go szanowali, mówili o nim „lodowy dziad".

Z podziwu godnym zacięciem szukałyście odpowiedzi na pytanie, jaki był Arctowski, do tego stopnia, że posłużyłyście się opinią grafologa, dla mnie dość zaskakującą. Nie przypuszczałabym, że tyle można wyczytać z charakteru pisma.

K.D.: My też byłyśmy bardzo zaskoczone tym, czego dowiedziałyśmy się dzięki pani grafolog, która z zawodu jest także psychologiem. Kiedy się spotkałyśmy, od razu nam powiedziała, że nie chce nic wiedzieć o Henryku. Dostała więc od nas kilka fragmentów listów, pamiętników z młodości i starości Arctowskiego, przy czym wybrałyśmy treści neutralne, żeby informacji wynikających z tekstu było jak najmniej. Omijałyśmy te, gdzie Henryk pisze, że jego życie nie ma sensu, albo że nienawidzi żony, albo że ją kocha. Informacje, które otrzymałyśmy po analizie jego pisma, wykraczały daleko poza naszą ówczesną wiedzę i dotyczyły wielu sfer życia Arctowskiego, czasami bardzo intymnych i wręcz kontrowersyjnych. Nasza ekspertka nie mogła wiedzieć o tym, z jakimi problemami emocjonalnymi i zdrowotnymi zmagał się nasz bohater, jaki miał temperament i talenty, a jednak jej opinia bardzo pokryła się z tym, co z czasem odkrywałyśmy w różnych źródłach.

Wyprawa "Belgiki" była dla Arctowskiego trampoliną do sukcesu? Po wszystkim pozostał w Belgii, ale potwornie się tam męczył

i w końcu, rozczarowany, wyjechał.

D.B.: Ta wyprawa umieściła Arctowskiego między takimi sławami jak Amundsen czy Nansen, dostał zatrudnienie w Królewskim Belgijskim Obserwatorium Meteorologicznym, ale rzeczywiście nie wykorzystał tej sytuacji tak, jak mógł. I to należy złożyć między innymi na karb jego słabych umiejętności interpersonalnych. Bo był to człowiek bardzo ambitny, niesamowicie pracowity, ale też łatwo go było obrazić.

Taki przykład: był już pracownikiem New York Library, gdy w 1919 roku wyjechał na Konferencję Pokojową do Paryża. Pod jego nieobecność rozdzielono dwa działy, którymi się zajmował, odebrano mu funkcję kierownika, został zastępcą, więc kiedy wrócił, wpadł w furię i zrezygnował z pracy. Stawiał sprawy na ostrzu noża.

I gdy Belgia odmówiła mu tzw. wielkiej naturalizacji, czyli honorowego obywatelstwa przyznawanego za zasługi, a w końcu Arctowski stworzył monumentalne dzieło - opracował większość materiałów naukowych z wyprawy do Antarktyki - przeżył ogromną frustrację. Musiał się ubiegać o belgijskie obywatelstwo jak szeregowy obywatel. Nic więc dziwnego, że kiedy je dostał, opuścił Europę i wyjechał do Stanów.

K.D.: On tego sukcesu nie odniósł także dlatego, że po zakończeniu wyprawy do Antarktyki jej uczestnicy bardzo szybko rozpoczęli kolejne projekty.

Amundsen szykował się do wyścigu na biegun południowy, inni obejmowali wysokie stanowiska, odbierali medale i nagrody, wydawali książki, a Arctowski – jako kierownik naukowy wyprawy antarktycznej - został z toną materiałów do opisania. Kiedy skończył tę pracę parę lat później, to ważniejsze były już inne polarne odkrycia. Więc on w tej swojej skrupulatności i perfekcjonizmie przeoczył moment popkulturowej chwały i śmietankę spili inni. Choć badania, które prowadził w Antarktyce, okazały się bardzo odkrywcze.

Badania zmian klimatycznych?

K.D.: Między innymi. Jego obserwacje meteorologiczne potwierdziły na przykład, że Antarktyka jest chłodniejsza, niż sądzono. Sporządził też mapę głębokości oceanu na podstawie dźwięków uzyskanych podczas dryfowania statku, wysunął hipotezę, która została potwierdzona, że pasmo południowych Andów jest analogiczne do tego z Archipelagu Grahama w Antarktyce itd.

Zmiany klimatyczne obserwował jako jeden z prekursorów. Już potem, w Stanach Zjednoczonych, skupiał się na ich praktycznym aspekcie – jak wpływają na wydajność w rolnictwie. I cały czas walczył o granty na kolejne prace.

Żył raczej w niedostatku.

D.B.: Był naukowcem, jego żona Jane z domu Addy - śpiewaczką operową, to nie były zawody, które zapewniały stabilność finansową. Henryk w swoich pamiętnikach pisze, że brakuje im pieniędzy na opał, nie mają z czego zapłacić służącej, ciągle liczą pieniądze, a z drugiej strony, jako członkowie elity naukowej i artystycznej, muszą „bywać", więc choć na wszystko brakuje, to jadą do Londynu czy Paryża. Ostatnio dotarły do nas materiały ze Lwowa, o których myślałyśmy, że przepadły

w czasie II wojny światowej, dotyczące pracy Henryka na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Pojawia się tam informacja, że prosi kasę uniwersytecką o udzielenie mu pożyczki na zakup odzieży zimowej. W przypadku profesora akademickiego jest to jednak uderzające, a przecież ten okres lwowski, międzywojenny, oceniamy jako najbardziej produktywny, najbardziej szczęśliwy

w życiu Arctowskiego, który wreszcie osiągnął stabilizację. A jednak nawet tam mieszkał w wynajętym mieszkaniu.

K.D.: Wraz z wybuchem II wojny światowej, która zastała go na kongresie naukowym w Waszyngtonie, odpadła mu też możliwość otrzymywania emerytury. Dostawał niewielki zasiłek na przetrwanie, więc był 68-letnim profesorem, z ogromnymi osiągnięciami, który został właściwie z niczym, zaczynając po razy kolejny wszystko od nowa dzięki wsparciu ze Smithsonian Institution. I jeśli prosił o granty, to zawsze na badania naukowe, które prowadził w Ameryce prawie do końca życia.

Henryk Arctowski

Henryk Arctowski jako pracownik Smithsonian Institution w Waszyngtonie. Zdjęcie z 1940 roku / fot. Library of Congress

W jednym z jego listów, jeszcze sprzed II wojny światowej, znalazło się kategoryczne zdanie: „Pieniądze muszą się znaleźć". Chodziło o stworzenie obserwatorium meteorologicznego na Kasprowym Wierchu. Arctowski zawsze walczył przede wszystkim o rozwój

i wspieranie nauki. Sam zresztą to podkreślał: „Musimy stale posuwać się naprzód, a historia nauczy nas, o ile ważniejsze są pokojowe podboje naukowe niż wszystkie wojny na zniszczenie toczone między narodami".

Czy to właśnie kłopoty finansowe miały wpływ na burzliwy przebieg jego małżeństwa?

D.B.: Kiedy Jane i Henryk się poznają, ich znajomość od razu ma bardzo intensywny charakter, pobierają się już po trzech miesiącach. Początki związku były burzliwe, oboje mieli trudne charaktery, a tu dodatkowo nastąpiło zderzenie romantycznej wizji

z rzeczywistością. Jego praca, jej koncerty, brak pieniędzy. Natomiast z wielką ulgą czytałyśmy kolejne dokumenty z życia Arctowskich, które potwierdzały, że wspierali się nawzajem. Jane ostatecznie zrezygnowała ze swojej kariery, prowadziła działalność edukacyjną i dyplomatyczną, ich dom we Lwowie był nazywany ambasadą Zachodu.

Uczyła studentów Henryka angielskiego, za co byli jej bardzo wdzięczni. Miała dla nich wiele serca, którego brakowało jej w stosunku do rodziny męża. Niemniej jednak to właśnie od jego dwóch krewnych otrzymałyśmy zdjęcie Henryka i Jane, chyba jedyne, na którym on się uśmiecha.

Tak czy inaczej, wytrwali ze sobą do końca życia. I chcemy wierzyć, że była to nie tylko silna więź, ale też wielka miłość. Jane zresztą umarła cztery miesiące po Henryku. (...)

Co uznajecie za największy sukces Arctowskiego? Wyprawę "Belgiki", starania o prowadzenie polskich badań w rejonach polarnych, badania nad klimatem w Smithsonian Institution  w Stanach?

K.D.: Dla mnie największym sukcesem jego życia było to, że po prostu wytrwał w swoim powołaniu - badacza, naukowca, dla którego nauka jest całym życiem. Są zdjęcia, kiedy już jako staruszek siedzi nad wykresami, a w ostatnich listach do znajomego pisze: „Bądź pan zdrów i pracuj". Mógł pójść drogą na skróty, na ustępstwa, może byłoby mu wtedy wygodniej żyć, ale tego nie zrobił. Kiedy umierał w 1958 roku w Stanach, odbywała się właśnie Wyprawa Transantarktyczna Brytyjskiej Wspólnoty Narodów „automobilami", pod kierunkiem Hillary'ego i Fuchsa, i zastanawiam się, czy Henryk o tym wiedział. Czy wiedział, że te jego marzenia, które snuł 50 lat wcześniej, właśnie się spełniały.  

D.B.: Eugeniusz Romer, geograf i przyjaciel Arctowskiego, napisał tekst „Kilka słów o nieznanej zasłudze Henryka Arctowskiego", czyli jego udziale w konferencji pokojowej w Paryżu. Henryk opracował wówczas bardzo szczegółowe raporty po angielsku, składające się z map, rycin, wykresów, danych liczbowych, które miały wykazać, że ziemie polskie znajdujące się w zaborze pruskim powinny zostać przyłączone do Polski, bo należą do niej zarówno historycznie, jak i pod względem językowym i kulturowym. I dla mnie jest to chyba największy sukces Henryka Arctowskiego.

Czyli patriotyzm?

D.B.: Wydaje mi się, że jego największą miłością życia była Polska. To jej był najbardziej wierny, najbardziej oddany. Choć była to trudna miłość, bo kochał Polskę chyba bardziej niż ona jego. To, że zmienił nazwisko z Artz na Arctowski, także jest przejawem przywiązania do kraju.

Czy Polska doceniała Arctowskiego, przynajmniej w wymiarze naukowym?

D.B.: W polskim środowisku naukowym cień na historii Arctowskiego położył konflikt między nim a Antonim Bolesławem Dobrowolskim. Skądinąd to Henryk umożliwił Antoniemu uczestnictwo w wyprawie "Belgiki", ale już w Antarktyce panowie się skonfliktowali. Później w polskim środowisku naukowym powstały dwa stronnictwa; mówiło się o szkole Arctowskiego i szkole Dobrowolskiego.

To, że Henryka nie było w Polsce, zadziałało na jego niekorzyść. Przebiła się mocniej narracja Antoniego. Henryk jest dziś przede wszystkim nazywany polarnikiem, ale to tylko część jego dokonań, bo prowadził też przecież badania geofizyczne i działał na polu dyplomacji naukowej. I, owszem, powstała stacja imienia Henryka Arctowskiego na wyspie Króla Jerzego, mamy okręt hydrograficzny ORP "Arctowski", jest kilka szkół i instytucji, które noszą jego imię, ale Arctowski jest znacznie bardziej doceniany na arenie międzynarodowej niż w Polsce. Na przykład National Academy of Science w USA co dwa lata przyznaje Medal Arctowskiego za badania związane z fizyką Słońca, czyli dla kontynuatorów tego, co Arctowski rzeczywiście robił w Stanach, w Smithsonian Institution. Dzięki temu, że biografia Henryka Arctowskiego ukazała się również w języku angielskim, liczymy na jej szeroką recepcję również za granicą.

zdolne dziecko

/ rozmowy / wychowanie

Co to znaczy: mieć zdolne dziecko ? 

KATARZYNA KAZIMIEROWSKA

Gdy dorośli widzą w młodym człowieku potencjał, zwiększają jego samoocenę, dają mu poczucie sprawczości,

i przekonanie, że wie, jak się samodzielnie rozwijać. To najważniejsza rzecz, której dzieci zdolne potrzebują.

maj/czerwiec '25 (25)

Katarzyna Kazimierowska: Co to znaczy zdolne dziecko?

Julia Krysztofiak-Szopa: To trudne pytanie.

Ale ty masz doświadczenie. Prowadzisz podcast Dzieci zdolne, założyłaś stronę o takiej nazwie i promujesz edukację włączającą. Byłaś prezeską Fundacji Startup Poland, dyrektorką programową platformy Blackbox z Doliny Krzemowej, zajmujesz się innowacjami technologicznymi, a to dziedzina, w której jest wiele ponadprzeciętnie zdolnych osób.

Zaczęłam zajmować się tematyką uzdolnionych dzieci przede wszystkim dlatego, że sama jestem matką wybitnie zdolnego dziecka

i mierzyłam się na co dzień ze specyficznymi wyzwaniami wychowawczymi, o których bardzo mało się mówi.

Czyli masz wszelkie podstawy, żeby odpowiedzieć.

Ale z pełną świadomością, że to podstawy czysto subiektywne i mocno skrzywione przez moją optykę: doświadczenie matki, ale też moje własne sprzed lat. Jako dziecko uchodziłam za ponadprzeciętnie uzdolnioną dziewczynkę, posłano mnie więc wcześniej do szkoły. Mam jednak problem z prostym i jednoznacznym zdefiniowaniem zdolnego dziecka, bo to nie jest tak samo łatwo mierzalne zjawisko jak choćby bieganie na czas. Możesz zmierzyć, jak ktoś szybko biega, ale ponadprzeciętnych zdolności nie widać na pierwszy rzut oka. Dopiero przy bliższym poznaniu możesz zauważyć, że w dziecku stojącym przed tobą jest coś niezwykłego.

Na przykład?

Że myśli szybciej, mówi jak dorosły, interesuje się innymi rzeczami niż dzieci w jego wieku. Albo ma większą wiedzę w jakimś zakresie niż jego rówieśnicy czy nawet dorośli. Wobec dzieci, które mają ponadprzeciętnie wysokie zdolności poznawcze, sama często posługuję się metaforą techniczną, mówiąc, że po prostu mają szybszy procesor. I to już jest mierzalne, bo oznacza, że mają wysoki iloraz inteligencji (IQ), szybciej przyswajają wiedzę, potrzebują mniej powtórzeń, aby czegoś się nauczyć. Profesor Howard Gardner, który zajmuje się inteligencją, wyróżnił osiem jej typów: matematyczno-logiczną, językową, przestrzenną, przyrodniczą, muzyczną, ruchową, intra- i interpersonalną. W każdym z tych wymiarów możemy mówić o ponadprzeciętnym tempie przetwarzania informacji.

Julia Krysztofiak-Szopa
(ur. 1985), filozofka, przedsiębiorczyni, trenerka biznesu. Była prezeska Startup Poland, dyrektorka programowa Blackbox VC w Krzemowej Dolinie. Twórczyni podcastu Dzieci zdolne. Rozumieć, aby wspierać

i projektu Dzieci zdolne.

Czyli mówimy o naturalnej intuicji bądź drygu do czegoś?

Nie jestem specjalistką od IQ, aby kategorycznie wyrokować, czy to naturalne, czy nie, natomiast uzdolnienia często objawiają się właśnie takim drygiem do pewnego rodzaju aktywności. Gdy na potrzeby podcastu nagrywałam rozmowę z profesorem Marcinem Zajenkowskim, psychologiem z Katedry Psychometrii i Diagnozy Psychologicznej Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, opowiadał, że przy pomiarach inteligencji mamy rozmaite wymiary, jak rozumowanie ilościowe, wiedza werbalna, wiedza niewerbalna, pamięć robocza. U niektórych dzieci łatwo zauważyć choćby ten dryg do matematyki – będą supersprawne arytmetycznie, biegłe w zauważaniu wzorców, skracaniu wyrażeń algebraicznych. U innych dzieci z kolei będziemy widzieć naturalne intuicje ruchowe – doskonałą pamięć mięśniową bądź propriocepcję, czyli zmysł położenia części własnego ciała. U kolejnych możemy zobaczyć dryg do programowania i orientację na wiedzę proceduralną.

I twoje dziecko jest takim przykładem?

Gdy syn miał niecałe pięć lat, jego tata, który był wtedy programistą, pokazał mu język programowania Logo, a potem Scratch. Ten ostatni ma interfejs graficzny dla dzieci, które jeszcze nie są biegłe w pisaniu na klawiaturze. Rysio szybko zaczął samodzielnie tworzyć w nim dla zabawy własne programy. Najpierw były to proste gierki, a potem coraz bardziej skomplikowane pomysły. Pod wpływem pandemii, kiedy kończył 

zerówkę, stworzył na przykład symulator epidemii. Wreszcie gdzieś pod koniec pierwszej klasy napisał w Scratchu program, który generował labirynt i renderował [graficznie przedstawił zapisaną cyfrowo treść – przyp. red.] w trójwymiarze przejście przez niego. To już naprawdę trudne, nawet dla dorosłej osoby!

Właśnie tego typu zachowania mam na myśli, gdy mówię o zdolnościach i szybkości procesora: samodzielne podejmowanie trudnych działań w jakiejś dziedzinie. Ale zgodnie z mitem „każde dziecko jest zdolne” ta skłonność do samodzielnego podejmowania trudnych działań nie jest wynikiem specjalnych uzdolnień czy predyspozycji, tylko efektem stymulowania dzieci konkretnym typem bodźców, na przykład matematycznych. I rzeczywiście, jeśli karmimy małego człowieka tylko jednym rodzajem bodźców, siłą rzeczy jego zdolności będą bardziej widoczne właśnie w tym obszarze, ale nie ujawnią się w takim samym stopniu w innych dziedzinach. Nie znaczy to jednak, że takie dziecko nie ma innych nieprzeciętnych zdolności.

Chciałam doprecyzować, co ten mit, że każde dziecko jest zdolne, tak naprawdę mówi? W jednym z wywiadów doktorka Małgorzata Skweres-Kuchta z Akademii dla Dzieci i opiekunka Akademii Młodego Ekonomisty w Szczecinie powiedziała, że „wśród przedszkolaków tych wybitnie uzdolnionych mamy aż 98 procent. W grupie dzieci kończących dziesięć lat jedynie 32 procent.

W grupie dorosłych to zaledwie 2 procent”. W zdaniu, że wszystkie dzieci są zdolne, jest więc wiele racji.

Uważam je za szkodliwe, bo jest często używane do zamykania ust rodzicom, którzy chcą dla swoich dzieci zindywidualizowanej edukacji, dostosowanej do ich rzeczywistego poziomu rozwoju, który przerasta poziom metrykalny, co oznacza, że mogłyby się uczyć materiału przewidzianego dla starszych uczniów.

Mówię to na podstawie rozmów z takimi rodzicami i nie są to wcale przedstawiciele uprzywilejowanej klasy średniej. A gdy słyszą, że przecież każde dziecko jest zdolne i wyjątkowe, to zamyka im się możliwość zrobienia dla ich dziecka więcej. Bo skoro każde potrzebuje indywidualnego podejścia, dlaczego to jedno miałoby dostać coś, czego inne nie otrzymają? W takiej sytuacji rodzicom zostaje tylko prywatna nauka czy tutor, a wtedy temat staje się bardzo klasowy, bo rozbija się o pieniądze, co w rezultacie pozbawia rodziny mniej zamożne dostępu do usług dla wybitnie uzdolnionych dzieci.

Kiedy się zorientowaliście, że wasze dziecko jest zdolne?

Właściwie to długo się nie zorientowaliśmy. Mamy jedno dziecko, w dodatku niezbyt towarzyskie, więc trudno nam było porównać tempo jego rozwoju z rówieśnikami. W wieku ośmiu lat, szukając w księgarni książek na wakacje, wybrał nie komiksy, nie Dzieci

z Bullerbyn, nie Lassego i Maję, tylko Sapiens, powieść graficzną Juwala Harariego. Spodobało mu się słowo sapiens, zrozumiał, że to jest coś o człowieku, więc uznał, że go zaciekawi. Wtedy przeszło nam przez myśl, że to chyba nieoczywisty wybór dla ośmiolatka. Kolejna sytuacja: trzeba było przygotować prezentację o sławnym Polaku. Dzieci wybierały Roberta Lewandowskiego, Kubę Błaszczykowskiego, Marię Skłodowską-Curie, a Rysiu przedstawił Stanisława Ulama, matematyka i ucznia Stefana Banacha

z lwowskiej szkoły matematycznej. Zapamiętał go, bo ten pracował nad tak zwanym problemem 3x + 1 z teorii liczb oraz nad bombą wodorową.

Jak się o nim dowiedział?

Z internetu.

Większość ośmiolatków w internecie ogląda filmiki ze świata Minecrafta.

On też, ale oprócz nich znalazł wykłady z matematyki. I stąd ten Ulam. To bym wymieniła jako cechę charakterystyczną zdolnych dzieci: szukają informacji i kręcą je tematy, które są nieoczywiste i za trudne dla rówieśników. Korzystają z narzędzi wspomagających rozwój (jak internet) inaczej niż oni, szerzej. Ale tych cech jest więcej, na przykład zadają ogromnie dużo pytań

i wszystko je ciekawi, podchodzą do zadań po swojemu, są wrażliwe na bodźce zmysłowe, głęboko i intensywnie przeżywają emocje, są krytycznymi indywidualistami… Nie wszystkie te cechy są wygodne dla nas, dorosłych.

Co masz na myśli?

Na przykład wszyscy zakładają, że dzieci będą zdolne, ale jednocześnie ogarnialne przez nas umysłowo. A ty

nagle widzisz, że twoje dziecko przekracza twoje możliwości intelektualne, stajesz przed wyzwaniami, do których jako rodzic nie masz narzędzi, bo nie miałeś bądź nie miałaś z taką inteligencją do czynienia.

Inną kwestią jest interpretacja cudzych zachowań. Gdy ty mi powiesz, że się mylę w jakiejś sprawie, mogę założyć, że mówisz tak, bo rzeczywiście masz rację albo że między nami zachodzi problem relacyjny: chcesz mi dać pstryczka w nos. Gdy dzieci z bardzo wysokim IQ mówią: „Mylisz się w tej kwestii”, na 99,9 procent po prostu mają rację. W ich przypadku to nie będzie kwestia relacyjności. W dodatku one dostrzegają więcej, widzą w nas na przykład dużo fałszu. Zauważają, jak są manipulowane w szkole, bo przecież szkoła, nawet najlepsza, dysponuje wieloma technikami, żeby utrzymać dzieci w ryzach. Te zdolne to dostrzegają i mówią o tym innym dzieciom, co oczywiście dorosłym się nie podoba. Uważają je wtedy za trudne, krnąbrne, buntujące innych.

Wciąż jeszcze pokutuje myślenie, że ponadprzeciętne zdolności wiążą się z innymi wyzwaniami, jak spektrum autyzmu.

Tak, często za dziećmi uzdolnionymi ciągnie się taki stereotyp. Psycholożka kliniczna Linda Silverman pisze w artykule The Unique Inner Lives of Gifted Children (Niezwykłe życie wewnętrzne dzieci zdolnych), że duża część cech osobowości dzieci o wysokim IQ jest podobna do wyzwań związanych z autyzmem, na przykład trudności z nawiązywaniem i podtrzymywaniem relacji z rówieśnikami. To są często błędy diagnostyczne. Nie obserwuje się, czy uzdolniony dziesięciolatek umie zbudować kumpelską relację z dwudziestopięciolatkiem, z którym jest na tym samym poziomie intelektualnym i obaj zajmują się fizyką kwantową, tylko ocenia się to, czy się dogaduje z rówieśnikami z klasy.

Ale zapominamy, że oni odbiegają od jego poziomu intelektualnego, więc o czym ma z nimi gadać? O bajce w telewizji, której nie ogląda? O piłce nożnej, której nie śledzi? Psycholog patrzy na dziecko przez pryzmat grupy rówieśniczej, więc zakłada spektrum.

Drugim kryterium diagnostycznym po trudnościach z budowaniem relacji są głębokie, wręcz obsesyjne zainteresowania jakimś konkretnym, mocno zawężonym tematem. Na przykład nie tylko interesują cię dinozaury, ale też w jakich rejonach świata żyły, w jakich epokach, jak ewoluowały, czym się żywiły, jak wyglądał wtedy ich świat, jak je odkrywano, skąd wiemy, że różne skamieniałości należą do tego samego gatunku, skąd wiemy, czy miały pióra i jakiego były koloru… Każde dziecko ma w pewnym wieku fazę na dinozaury, prawda?

Niektóre z niej nie wychodzą.

Faza mojego syna na dinozaury polegała nie tylko na odróżnianiu tyranozaurów i diplodoków oraz kolekcjonowaniu figurek. Chciał wiedzieć, gdzie te dinozaury mieszkały, ile żyły, jak ewoluowały. Temat pochłonął go do tego stopnia, że gdy wygrał w szkole w jakimś konkursie voucher do księgarni, to całą kwotę przeznaczył na książki o dinozaurach, i to nie te z rysunkami, ale naukowe, dotyczące najnowszych badań i odkryć.

Gdy przejawiasz takie głębokie zainteresowanie dinozaurami, łatwo je pomylić z kompulsywnym zainteresowaniem wykluczającym, częstym u osób w spektrum, na przykład obsesją na punkcie rozkładu jazdy pociągów albo tablic rejestracyjnych. Nie dostrzegamy subtelnych różnic między jednym a drugim. Chcę jednak podkreślić, że istnieją też dzieci, które mają wysokie IQ i są rzeczywiście w spektrum autyzmu. W angielskiej terminologii mówi się na nie „2e”, czyli twice exceptional (ang. „podwójnie wyjątkowe”).

Boli mnie, że kładziemy nacisk wyłącznie na deficyty u tych dzieci, na to, że czegoś nie potrafią, że mają problemy z relacjami, a nie widzimy tego buzującego intelektu, który potrzebuje zostać zauważony i dobodźcowany. I to jest wielki dramat tych dzieciaków, że po prostu tak mało instytucji zajmuje się badawczo, ale też terapeutycznie pracą z dziećmi, które są twice exceptional.

Brytyjski psycholog Tony Attwood, specjalista zajmujący się spektrum autyzmu i autor moim zdaniem najlepszej książki poświęconej zespołowi Aspergera [wydanej w 1997 roku, gdy uznawano go za zjawisko odrębne od autyzmu – przyp. K.K.] po dwóch wcześniej wspomnianych kryteriach rozpoznania go wymienia bardzo dobrą pamięć, oryginalne podejście do rozwiązywania problemów, wytrwałość w zdobywaniu informacji, pragnienie porządku i adekwatności, dążenie do prawdy. Wszystkie te cechy wyróżniają też osoby ponadprzeciętnie zdolne. W swojej książce Zespół Aspergera. Kompletny przewodnik Attwood podkreśla, że kryteria diagnostyczne zespołu Aspergera znikają, gdy nie ma wokół innych ludzi, bo mają sens tylko w odniesieniu do pewnej normy zachowań przeciętnych przedstawicieli naszego gatunku.

Chyba wiele diagnoz traci uzasadnienie, gdy znika punkt odniesienia. A jak to wyglądało w waszym przypadku, gdy zorientowaliście się, że coś jest inaczej? Jakie kroki postanowiliście podjąć?

Pod wpływem sugestii znajomych nauczycieli i innych rodziców postanowiliśmy zrobić badanie w kierunku diagnozy ucznia wybitnie zdolnego w państwowej poradni pedagogiczno-psychologicznej. W każdym mieście znajduje się taka poradnia, w całej Polsce jest ich ponad 1200, a badanie nic nie kosztuje. Jego wynik pomoże ukierunkować dalszą edukację – czy to w stronę indywidualnego programu nauczania, czy niewielkich zmian w obrębie systemu, jak dodatkowe zajęcia bądź poinformowanie wychowawcy, że ma w klasie takie dziecko.

Według narzędzia psychometrycznego – to był akurat test Stanforda-Bineta, czyli stosowana na całym świecie metoda pomiaru poziomu inteligencji oraz zdolności poznawczych – okazało, się, że nasze ośmioletnie dziecko miało wiek mentalny dziewiętnastolatka. Na poziomie intelektualnym było młodym dorosłym uwięzionym w ciele małego dziecka. To niepokojący moment dla wielu rodziców.

Dlaczego?

Rodzice dzieci wybitnie zdolnych, z którymi rozmawiałam, mówili mi, że gdy opowiadali o wyniku testu, zderzali się z murem niedowierzania ze strony szkoły czy otoczenia. Bo przecież – i to znów ten wspomniany mit, z jakim musimy się borykać – każdemu rodzicowi się wydaje, że jego dziecko jest najzdolniejsze. Kiedy zakładałam swoją stronę i ruszałam z podcastem, nie byłam pewna, czy to nie jest tak, że mi też się tylko wydaje, że moje dziecko jest wyjątkowe.

Czyli w podtekście: nie rób zamieszania, bo wcale nie jest wyjątkowe? Ale może dzieci są wyjątkowe, tylko nie otrzymują odpowiedniego wsparcia?

Właśnie. I dlatego nie można tego lekceważyć czy ukrywać, tylko przyjąć, bo te dzieci mierzą się i będą się mierzyły z wieloma wyzwaniami. Na przykład z tym, że program szkoły jest dla nich o wiele za prosty, w związku z czym nudny. Szkoła jest tak wymyślona, żeby każdy materiał został powtórzony w toku edukacji kilkanaście razy. Dla dziecka, które ma IQ 130 czy 140, wystarczy raz.

Dla niego to tempo jest zbyt wolne, zbyt mało wymagające, a ono musi mieć bodźce do rozwoju. W zwykłym programie szkolnym cierpi tak, jak cierpiałabyś ty czy ja, gdyby nam kazać od września do czerwca przez pięć dni w tygodniu przerabiać materiał podstawowego kursu bezpieczeństwa i higieny pracy dla pracownika biurowego.

Jedna z twoich rozmówczyń w podcaście, Maria Mach z Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, zwraca uwagę, że zdolne dzieci nie przestają być zdolne, tylko przestają się rozwijać.

Trzeba zapewniać im bodźce do rozwoju i środowisko ceniące rozwój, inaczej po prostu przestaną się starać, zniechęcą się do nauki. I na tym polega ten gigantyczny spadek wskaźnika zdolnych dzieci. W typowej szkole nie jesteśmy nastawieni na nieustający rozwój. Ale są też inne wyzwania, które zniechęcają dorosłych.

Dzieci zdolne posługują się słownictwem na poziomie dorosłego, a jednocześnie mają bardzo bogate życie emocjonalne na poziomie (lub czasem nawet poniżej) ich rzeczywistego wieku. To gigantyczny kontrast.

Wyobraź sobie, że mam osiem lat i mówię taką ładną polszczyzną jak ty, w dodatku mówię mądre rzeczy. A jednocześnie zaraz zacznie mi przeszkadzać, że ten talerz jest biały, a ja bym wolała niebieski, ciasteczko pani dała połamane i w związku z tym nie pójdę na lekcję, bo się wkurzyłam. Ta dysproporcja wybija dorosłych z równowagi i nie potrafią sobie z nią poradzić.

Wspomniałaś na początku rozmowy, że ty także byłaś zdolnym dzieckiem.

Również byłam diagnozowana w poradni psychologiczno-pedagogicznej, na podstawie wyników tego badania posłano mnie rok wcześniej do szkoły. W pewnym momencie miałam indywidualny program nauczania z języka polskiego, startowałam w olimpiadach, zdobywałam wysokie miejsca. Języki po prostu mnie pasjonowały. Uczyłam się angielskiego, potem doszły francuski, rosyjski

i niemiecki. Studiowałam hungarystykę, więc przez dwa lata uczyłam się węgierskiego, a później hiszpańskiego i łaciny.

I niderlandzkiego przez chwilę na studiach.

Zazdroszczę.

Nie mówię biegle we wszystkich tych językach, ale rzeczywiście nauka przychodziła mi łatwo i była po prostu przyjemnością.

W Szczecinie we wczesnych latach 90. nie było zajęć francuskiego dla dzieci, a przynajmniej takich, na które byłoby stać moją rodzinę. I tak w wieku dwunastu lat trafiłam na francuski ze studentami. Pamiętam, że bardzo ładnie prowadziłam zeszyt z tego języka i jedna z kursantek poprosiła mnie o pożyczenie go. Zgodziłam się i nigdy więcej już go nie zobaczyłam, nie potrafiłam go odzyskać od dorosłej kobiety, która twierdziła, że nic ode mnie nie pożyczała, że coś sobie wymyśliłam.

Kiedy dzieci zdolne są wrzucane na zajęcia z dorosłymi albo dużo starszymi od siebie osobami, istnieje ryzyko, że znajdą się w sytuacji ofiary, bo emocjonalnie wciąż są dziećmi, dopiero uczą się świata, są naiwne, nie umieją czytać wielu sygnałów społecznych. 

Wyobraź sobie małe dziecko w tłumie dryblasów z politechniki albo podczas kolokwium u wymagającego młodego doktora, który nie będzie traktował dziecka inaczej niż pozostali studenci, nieważne, czy emocjonalnie to udźwignie. A do tego dochodzą inne historie: mobbingowe, przemocowe. Czy dziewięcioletnie zdolne dziecko przyjęte na studia jest w stanie się przed tym obronić? Czy będzie chodziło z dorosłymi mężczyznami do toalety i tam słuchało ich trash talku? To są bardzo trudne wyzwania i decyzje do podjęcia przez rodziców, którzy zastanawiają się nad przyspieszeniem toku edukacji dziecka.

A jak było w waszym przypadku?

Rysio w wieku ośmiu lat potrafił programować na poziomie starszych dzieci, więc poszłam do szkoły i poprosiłam o zapisanie go do starszej grupy kółka programowania. W odpowiedzi usłyszałam, że nie ma takiej możliwości (a syn uczęszcza do prywatnej szkoły). Po długich negocjacjach i pokazaniu diagnozy z poradni w końcu się udało. Szybko też się okazało, że syn przeskoczył program także tej starszej grupy. Skończyło się na tym, że raz w tygodniu spotyka się na dodatkową godzinę nauki z mentorem. Ale nadal chodzi na normalne lekcje z innymi uczniami.

​Co w takiej sytuacji może zrobić rodzic, który orientuje się, że jego dziecko wyprzedza poziom nauczania w szkole?

Musi się zastanowić, czego jego dziecko potrzebuje od szkoły. Nie ma jednego, pasującego wszystkim rozwiązania, bo każde dziecko ma swoje silne i słabe strony. I tu rodzice muszą zaprojektować razem z nim ścieżkę rozwoju. Warto też polegać na doświadczeniu nauczycieli, którzy stykają się co jakiś czas z dziećmi zdolnymi i wiedzą, co w takich przypadkach zadziała. Trzeba też mieć świadomość, że w szkołach wobec dzieci zdolnych dominuje podejście konkursowo-eksploatacyjne, czyli wysyła się je na konkursy, aby zbierać punkty prestiżu do rankingów.

Zdolnych uczniów często traktuje się jak poroże na ścianę czy trofeum do gablotki z medalami. Olimpiady i konkursy dają okazję do rozwoju, nabycia dodatkowej wiedzy, poznania młodzieży o podobnych zainteresowaniach, mogą działać stymulująco, ale z drugiej strony uczą, że wiedza służy tylko do wygrywania, że uczymy się dla sportu, a nie po to, aby wnosić wartość w życie swoje i innych ludzi. I to nie jest zdrowe wykorzystanie energii tych dzieciaków.

Z badań profesorki Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej wynika, że co czwarte dziecko przed rozpoczęciem nauki w szkole wykazuje wysokie uzdolnienia matematyczne, ale po niespełna roku w pierwszej klasie już tylko co ósme. Może to efekt złego podejścia metodologicznego? A może metodologia jest okej, tylko szkoła powinna być – jak mówi jedna z twoich rozmówczyń, profesorka Margaret Sutherland ze Szkocji, światowej klasy ekspertka w dziedzinie edukacji zdolnych – bardziej nastawiona na patrzenie na każdego ucznia indywidualnie?

Myślę, że to kwestia złego podejścia do faktu, że każde dziecko mierzy się z innymi wyzwaniami i ma inne potrzeby. Uśrednianie nie jest najlepszą metodą.

Sutherland w rozmowie z tobą zwraca uwagę, że w klasie mamy nie tylko dzieci ponadprzeciętnie zdolne i resztę, ale być może też dziecko, które wymaga jeszcze jednego dodatkowego powtórzenia w ciszy i skupieniu, dziecko w żałobie, dziecko z zaległościami po dłuższej nieobecności, dziecko, które ma złamany nadgarstek, które ma gorszy dzień…

Albo dziecko, które ucieka przed wojną. I w takiej sytuacji w klasie powinien być więcej niż jeden nauczyciel, przydałaby się większa dostępność dorosłych pomagających dzieciom. Możemy indywidualizować program, dawać jednym dzieciakom takie zadania, a drugim inne, ale ktoś musi przy nich być, wspierać, rozmawiać. Może rozwiązaniem jest zwiększenie liczby nauczycieli na klasę?

Przy obecnym kryzysie w zawodzie nauczyciela jeszcze pewnie na takie rozwiązanie poczekamy. Ale mamy też w Polsce instytucję nauczyciela wspomagającego.

Problem w tym, że gdy mówimy o nauczycielu wspomagającym, mamy na myśli osobę pomagającą dziecku o specjalnych potrzebach edukacyjnych, na przykład z trudnościami w pisaniu czy czytaniu, które ma orzeczenie o kształceniu specjalnym, a nie pedagoga wspomagającego głównego nauczyciela w prowadzeniu lekcji w różnorodnym zespole klasowym. Poza tym w polskim prawie oświatowym nie ma w ogóle czegoś takiego jak nauczyciel wspomagający przypisany do dziecka z tytułu jego wybitnych uzdolnień. Wciąż wierzymy, że zdolny zawsze sobie poradzi, skoro jest taki zdolny!

Postuluję, by polskie szkoły otrzymywały subwencje oświatowe na ponadprzeciętnie zdolnych uczniów, żeby mogły z nich zatrudniać na przykład mentora czy nauczyciela wspomagającego, który będzie potrafił zaopiekować się potrzebami dzieci uzdolnionych. Żeby te dzieciaki nie musiały przeskakiwać klasy, aby mogły zostać z rówieśnikami, ale jednocześnie miały kogoś, kto będzie dbał o ich rozwój, dostosowując materiał, żeby nie traciły motywacji.

Co uważasz za wyjątkowe w jego metodzie pracy?

Olbrzymia erudycyjna wiedza z rozmaitych dziedzin sprawiała, że potrafił dostrzec w uczniach rozmaite zainteresowania i podpowiedzieć, co jeszcze warto przeczytać, jaki rozważyć punkt widzenia, co w danej dziedzinie odkryto, kogo warto śledzić. Poświęcał uczniom bardzo dużo czasu, również po lekcjach: spotykaliśmy się w kilka osób na kółkach zainteresowań, nawet w weekendy. I chociaż okropnie się rano spóźniał, a na ocenę pracy pisemnej czekało się u niego tygodniami, to kiedy już ją wystawił, był to – powiedzielibyśmy dzisiaj – feedback na wysokim poziomie, świadczący o tym, ile uwagi poświęcił, aby pracę ucznia dokładnie przeczytać i zinterpretować. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy uczeń potrzebuje aż tyle uwagi, nie każdy potrafi to docenić, i nie każdy nauczyciel potrafi, chce lub może z siebie aż tyle dawać. (...)

Mówimy cały czas o edukacji wczesnoszkolnej, a przecież zdolne dzieci dorastają i stają się nastolatkami. Jak wtedy ogarnąć te piękne umysły?

Wiele poznanych przeze mnie matek i ojców zdolnych nastolatków mówiło mi, że w liceum zaczyna się bunt i niechęć do edukacji. Niektóre dzieci nie chcą chodzić do szkoły, inne mają epizody depresyjne. Mam za mało informacji, żeby wyciągać wnioski, ale wydaje mi się, że intelekt plus izolacja społeczna, brak więzi ze znajomymi, za to dostępne gry komputerowe i wirtualny świat, do tego edukacja domowa i burza hormonalna to mieszanka wybuchowa. (...)

Myślisz o przyszłości swojego dziecka?

Tak, ale mam przywilej pochodzenia z klasy średniej i mieszkania w dużym mieście, a także kapitał kulturowy. W moim domu było zawsze dużo książek. (...) Będę wymyślać Ryśkowi scenariusze, proponować mu drogi, ale wiem, że wielu dzieciom rodzice nie pomogą, nie będą wiedzieć jak.

Są rodzice, którzy w ogóle nie pokazują dzieciom rozwijających rzeczy w internecie, ale są też tacy, którzy go ograniczają w dobrej wierze, żeby dzieci nie uzależniły się od durnowatych kanałów na YouTubie i scrollowania mediów społecznościowych. Trzeba umieć dziecku pokazać, jak i gdzie szukać wartościowych treści w cyberprzestrzeni, korzystać z jej dobrodziejstw razem z nim. (...) 

 (fragmenty artykułu z magazynu Presto)

MUZYKA / rozmowy     kwiecień'23 / 4 (8)  

WOJTEK MŁYNARSKI

WE WSPOMNIENIACH SYNA

Wojciech Młynarski 2

Wojciech Młynarski rozpoczynał swoją karierę w latach 60.

„To, o  czym pisał ojciec, było w  opozycji do tego, jaki był na co dzień”

W marcu minęła szósta rocznica śmierci Wojciecha Młynarskiego. To dobra okazja na przypomnienie wywiadu

z jego synem, Janem Młynarskim, muzykiem, kompozytorem, multiinstrumentalistą. 

Rozmowa Remigiusza Grzeli z synem legendy piosenki pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 4/2017). Wówczas to Jan Młynarski wraz z siostrami Agatą i Pauliną przygotował zbiór utworów ojca „Od oddechu do oddechu”. Książka była pierwszym wspólnym przedsięwzięciem rodzeństwa i ukazała się zaledwie dwa miesiące przed odejściem ich ojca. 

Wstawki fotograficzno-dźwiękowe - redakcja pakamery.chicago.

Remigiusz Grzela: Co odkrywałeś, czytając teksty ojca?
Jan Młynarski: To była retrospekcja. Znałem sporo z nich. Wchodziły do mojej głowy mimochodem. W dzieciństwie byłem świadkiem, jak niektóre powstawały. Pracując nad płytą „Młynarski plays Młynarski” [w 2010 roku – przyp. red.], stanąłem twarzą w twarz z piosenkami mi najbliższymi.

Stąd tytuł?
Nie. Wybraliśmy go wspólnie z siostrami. Odnosi się do choroby ojca, jego stanu i okoliczności, w jakich po latach z trzech zupełnie różnych światów stanęliśmy przy nim, żeby coś wspólnie zrobić. To właśnie odbywało się od jednego oddechu do drugiego.

Otwieram na roku 1979, kiedy się urodziłeś. Ojciec napisał wtedy piosenkę „Odwiedziłem starego muzyka”, który: „z wolna, w milczeniu odmykał rząd czarno-białych klawiszy. I powiedział: Popatrz pan, panie, tu jest piekło, niebo i czyściec. Wszystko razem w tym fortepianie splątało się wiekuiście. Chciałem leczyć muzyką serca, wiem – niezgrabnie, wiem – nieudolnie, do dziś moje młodzieńcze scherza gram ludziom – tyle że wolniej”. Credo, przestroga?
Poznałem w dzieciństwie takiego pianistę. Pan Edward był już po osiemdziesiątce. Przychodził do nas stroić pianino. To było wydarzenie. Najpierw stroił, a potem przez kilka godzin na nim grał. Od niego po raz pierwszy usłyszałem przedwojenne piosenki i charakterystyczny styl gry z tak zwanym wiosełkiem w lewej ręce. Jego ojciec miał przed wojną rewię na Hożej. Ojciec lubił z nim rozmawiać, wszyscy uwielbialiśmy go słuchać. Wtedy usłyszałem pierwsze historie o dawnej dumnej Warszawie. Ojciec miał do niego, do innych muzyków tego pokolenia wielki szacunek.

Więc to od starego stroiciela, a nie od dziadka słyszałeś stare piosenki?
Dziadek śpiewał różne piosenki, bo lubił śpiewać. Słuchałem, jak za drzwiami łazienki, goląc się, śpiewa: „W Saskim Ogrodzie koło fontanny jakiś się frajer przysiadł do panny, była niewinna jak wonna lilia…”. Pan Edward grał piosenki m.in. Henryka Warsa, tematy filmowe, tanga… Przedwojenni polscy twórcy muzyki rozrywkowej są dla mnie bardzo ważni. Wykonuję z zespołem sporo starych piosenek, w tym roku planuję wydanie płyty, razem z wybitnym pianistą Marcinem Maseckim, w hołdzie Adamowi Astonowi.

Zawsze wiedziałeś, że będziesz muzykiem?
Pierwszymi zespołami, których namiętnie słuchałem, byli Stonesi i Doorsi. Kasety spadały z regału mojej siostry, przynosili je jej znajomi. Jako dziesięciolatek na pamięć znałem „Riders on the Storm” i „Ruby Tuesday”. Z kolegami z podstawówki mieliśmy zespół. We wtorki wieczorem graliśmy w sali prób, czekaliśmy na nie cały tydzień. Któregoś dnia poszedłem z mamą do Sali Kongresowej na koncert holenderskiej saksofonistki Candy Dulfer. Patrzyłem tylko na perkusistę. Chociaż to nie była muzyka, jaką bym się podniecał, coś się we mnie stało. Chciałem grać jak on. Miałem 12, 13 lat. I miałem coś, bez czego trudno zostać dobrym instrumentalistą – cierpliwość powtarzania jednej czynności przez wiele godzin. W tym samym okresie usłyszałem też Grzesiuka…

Ojciec zachęcał?
Zniechęcał. Przez wiele lat wydawało mi się, że muzyk to ktoś bardzo ważny, jak frontman. Ojciec widział, że syn rośnie mu raczej na rzemieślnika, który nie będzie miał nic do powiedzenia. Bał się tego. Mówił, że perkusja to barabany. Ale nie proponował nic w zamian. Może nie miał pomysłu, jak mi pomóc? Kiedy zacząłem być nie tylko muzykiem, lecz także producentem i liderem, sporo rzeczy zrozumiałem, zobaczyłem więcej. Kolejni reżyserzy proponowali, by zamienić skrzypce na kontrabas, a chórek wywalić, bo źle wygląda na obrazku… Muzycy to nie są nazwiska, ale elementy do zrobienia show. Później wchodzi np. wokalistka, z którą producent się wita. Z muzykami nikt 

się nie wita. Klasę artysty można poznać po tym, czy wita się z orkiestrą. Ojciec to widział, jeżdżąc z muzykami. PRL to było straszne pijaństwo. Krążą o tym legendy. Kiedy w dorosłym życiu, po latach przerwy w naszych kontaktach, zapytał, co ja w ogóle robię, odpowiedziałem, że zarabiam na życie, grając koncerty i nagrywając płyty. Od razu zapytał: „Czy już jesteś alkoholikiem?”.

Co takiego stało się między wami?
To konsekwencja całego naszego życia. Ojciec się wprowadzał, wyprowadzał, jako dziecko trochę się go bałem. Nie mieliśmy więzi. Nie było wzorców rodziców w gazetach i  podręcznikach, zajęć pozaszkolnych, placów zabaw. Mój ojciec nie wiedział, jak być rodzicem. Nasz dom nie był poukładany. Wszystko było kompulsywne. Zazdrościłem kolegom, że mają zaplanowane życie, zaplanowane wakacje. U nas nie było żadnego planu. Do dzisiaj nie umiem planować, walczę z tym. Zaplanowanie miesiąca jest wielkim wyczynem.

Dzieci nie mają wpływu na otoczenie, w jakim mieszkają, adaptują się do każdych warunków. Na przykład słynny perkusista Buddy Rich wychował się w wodewilu, nad którym był burdel. W moim domu ojciec szykował koncerty. Mama, aktorka, z powodu bojkotu aktorskiego w stanie wojennym przeniosła się, jak inni jej koledzy z teatru, do kościoła, gdzie recytowali wiersze, wolne słowo. Też musiała przygotować program. Do teatru już nigdy nie wróciła. Na to nakładały się relacje rodziców. Był czas, że ojca długo nie było w domu, później rodzice się rozwiedli, mieszkaliśmy z mamą w różnych miejscach. Ojciec jakoś na co dzień specjalnie się mną nie interesował. A jak się zainteresował, to przyjeżdżał pod dom i zabierał mnie na obiad.

Jan Młynarski

Jan Młynarski / fot.: Michał Kosc-Forum

Wojciech Młynarski

Wojciech Młynarski (2012) / fot.: Jarosław Roland Kruk / Wikipedia, licencja: CC-BY-SA-3.0

Nie buntowałeś się?
Buntowałem, chciałem być postrzegany jak każdy, bez pytań o ojca.

Kiedy nagrałeś płytę z jego piosenkami, dziennikarze pytali o odcinanie kuponów od nazwiska. Reagowałeś ostro.
Teraz bym nie reagował. Każdy ma prawo do oceny. Jestem za duży, aby mieć z tym problem.

Studiowałeś w Akademii Muzycznej w Katowicach i jesteś absolwentem Drummers Collective w Nowym Jorku. Takiej szkoły, jaką znamy z filmu „Whiplash”. Mówiłeś w jednym z wywiadów, że miałeś podobnego profesora jak w filmie. Grasz, a on Cię cały czas szturcha, doprowadza do szału. Jednak nie przerywasz. Wierzyłeś mu?
Ani przez chwilę nie zwątpiłem. Gdyby niszczył ludzi bez wyników, nie pracowałby tam. Jest system weryfikacji nauczycieli. Co trzy miesiące uczniowie wystawiają ocenę. Nigdy nie dostał złej, chociaż doprowadzał do płaczu i zgrzytania zębami. To była pewna konwencja. Opierając się na intuicji i inteligencji, uznałem, że przyjmę te zasady. Nigdy nie czułem, że jest przeciwko mnie. Dobry nauczyciel nie musi być miły, ale między nim a uczniem muszą być szacunek i zaufanie. Bez tego nic się nie zrobi.

Nawet kiedy mówił: „Polaczku, co ty umiesz?”.
Mówił też, że wszyscy jesteśmy ograniczeni umysłowo. (śmiech) Tak naprawdę właśnie dlatego, że byłem z Polski, był mnie ciekawy. Powiedział, że jego dziadkowie byli Żydami z Warszawy i przed wojną wyjechali do Kanady. Ponieważ interesuję się Warszawą, znalazłem ich nazwiska w książce telefonicznej z 1939 roku, zrobiłem ksero i mu podarowałem. W tej szkole zacząłem ćwiczyć jeszcze więcej. Wychodziłem już do domu, słyszałem, że kolega w innej sali gra, wracałem. Im więcej narzędzi, tym lepszy warsztat do wyrażania siebie. Kiedy ktoś przychodzi do mnie na lekcje i prosi, abym pokazał, jak robię coś, czego on nie umie, zadaję dużo pytań, chcę mu uświadomić, jak wiele spraw ma wpływ na granie.

Zawsze wiesz, co wybrać?

Nie umiem ani wybrać, ani wskazać najlepszej drogi. Muszę zmierzyć się ze sprawami, żeby je poczuć, stwierdzić, czy coś jest dobre. Gdybym nie nagrał płyty z piosenkami ojca, cały czas bym o niej myślał. Połowę tej płyty lubię, połowy nie, ale to już decyzje czysto artystyczne. Dość wcześnie musiałem o sobie decydować, jeśli działasz na własny rachunek i nie masz możliwości pogadania wieczorem z kimś starszym przy stole, musisz nauczyć się podejmować decyzje i mierzyć się z ich konsekwencjami.

Kiedy pracowałeś nad płytą, mieliście już z ojcem poukładane sprawy?
Nie. Znów się długo nie widzieliśmy. Zadzwoniłem do niego, by zapytać, czy się zgadza. Bałem się, że może tę płytę zablokować albo udzieli wywiadu, w którym powie, że nic o niej nie wiedział, a mnie będzie głupio. Angażowałem w to swoje pieniądze, czas swój i innych oraz energię, która jest nieprzeliczalna, a bez niej nie wyobrażam sobie pracy. Zawsze kończę projekty, które zaczynam. Ojciec ucieszył się, że zaśpiewa Gaba Kulka, bo ją znał. Kiedy miałem gotowe premiksy, zaprosiłem go, wysłuchał, był zaskoczony niektórymi aranżami, zwłaszcza „Ogrzej mnie”. Kiedy nagraliśmy „Szarą kolędę”, zostawiłem miejsce na jedną zwrotkę, wziąłem ojca do studia i ją nagrał. Nic więcej. Nie ma dalszej części tej historii. Nasz kontakt był sporadyczny, bo mnie się urodziły dzieci, trochę się tym interesował.

A gdybym Cię zapytał o najjaśniejsze momenty waszego życia?
Skrawki. Święta. Kiedyś przebrał się za Świętego Mikołaja. W 1987, może 1988 roku ojciec zabrał mnie do Stanów, gdzie grał recitale z Jerzym Derflem. Jeździliśmy po Kalifornii, bazą był duży dom w Los Angeles, udostępniony przez hrabinę Tyszkiewicz. Całkiem fajne wakacje dla chłopaka z PRL. Słońce, basen, koledzy mówiący w obcym języku. Pamiętam, jak przez mgłę recital ojca, w czyimś domu, w półoficjalnej atmosferze, pamiętam jego konferansjerkę, piosenki, niewiele… Idąc z nim po ulicy, pierwszy raz usłyszałem Orkiestrę z Chmielnej. Bardzo ważny dla mnie moment.

A opowiadał o swoim dzieciństwie?
O Komorowie, o szukaniu niewypałów w lasach, a był koniec lat 40. i pełno niewypałów. Że z kolegami znaleźli w sadzawce niemiecki samochód pancerny. Dla mnie to było pasjonujące. Mówił, że wrzucali naboje do ogniska, one strzeliły i zabiły jakichś kolegów. Widział to, wspominał ich imiona. Otwierałem szeroko oczy, kiedy opowiadał o prawdziwych łobuzach z Pruszkowa. Między Komorowem a Pruszkowem jest długi zakręt, na którym stare pruszkowskie zbiry położyły kogoś w ramach porachunków, aby go pociąg przejechał. Wspominał też ciepło kolegów z liceum im. Tomasza Zana.

Co mówił o domu w Komorowie?To był nieszczęśliwy dom, ale dla niego ważny, bo tam spędził dzieciństwo. Zbudowali go tuż przed wojną moi pradziadkowie Zdziechowscy, aby tam jeździć z Warszawy na odpoczynek. Ale wybuchła wojna i  w  nim zamieszkali. Ich córka, czyli matka mojego ojca, uciekła z domu przed wojną. Zakochała się w starszym i żonatym mężczyźnie, moim dziadku Milku Młynarskim. To była miłość na przekór całemu światu. Prababcia Zdziechowska wyklęła córkę. Dziadek Milek bardzo opiekował się moją babcią. Babcia urodziła dwoje dzieci – Wojtka i Basię. Dziadek zachorował na gruźlicę i bardzo szybko umarł. Był 1943 rok. Mój tato miał dwa lata, ciocia Basia – rok. Babcia nie miała gdzie się podziać. Najpierw przez pół roku mieszkała w Warszawie u Orłowów, rodziny dziadka Młynarskiego. Ale zbliżało się powstanie, sytuacja była coraz trudniejsza. Nie miała wyjścia. Przyszła do Komorowa, do

rodziców, z dwójką dzieci na ręku. Była tam traktowana jak obywatel gorszej kategorii. Nigdy nie pozbierała się po przedwczesnej stracie ukochanego mężczyzny. Prababcia Cesia Zdziechowska bardzo źle traktowała wnuki i córkę. Panowały tam XIX-wieczny dryl i obyczaje. Ojciec miał bardzo smutne, przepojone bólem dzieciństwo, a ponieważ widział i czuł o wiele więcej niż rówieśnicy, musiało być mu podwójnie ciężko znosić niesprawiedliwości i upokorzenia oraz żyć u boku smutnej, zapadniętej w sobie matki, swojego ojca znając jedynie z fotografii.

 

Żałujesz, że tak późno nawiązałeś kontakt z ojcem?
I tak, i nie. Żałuję, że nie był inny. I że nie miałem kontaktu z ojcem, który był inny. Pewnie przekazałby mi dużo więcej, mielibyśmy wspólne wspomnienia. Może dałby mi poczucie bezpieczeństwa, bo nigdy go nie miałem. To wpłynęło na moje życie, na moje relacje z ludźmi. A ponieważ był, jaki był, trudny, a nasza relacja dużo mnie kosztowała, nie żałuję, że nie mieliśmy ze sobą więcej wspólnych chwil.

Zaprzyjaźniasz się z nim poprzez teksty? Planujecie z siostrami kolejne zbiory tekstów Wojciecha Młynarskiego.
Tak, chciałbym, abyśmy wydawali jego twórczość, dając jej drugie życie. Pytasz, czy się zaprzyjaźniam… Bardziej z twórcą niż z ojcem. Czytam jego teksty i… to jest taki literacki ojciec, który w życiu taki nie był. To, o czym pisał, było w opozycji do tego, jaki był na co dzień. Ale podziwiam różne jego cechy, np. przekorę, odwagę mówienia, co myśli, myślenia inaczej niż wszyscy, oczywiście pisarski talent i inteligencję.

Wybaczyłeś czy nie musiałeś?
Musiałem. To oczywiste, że robimy rachunek. Ale to trwa. Łapię się czasem, że mam żal. Ale żyje mi się już wygodniej. Ojciec ucieszył się, że ta książka jest, że ją razem przygotowaliśmy. Patrzę ze smutkiem, że teraz, kiedy jest chory, został właściwie sam. Kiedyś jego telefon się urywał, wielu artystów marzyło, aby być blisko, by dla nich pisał. On też funkcjonował dzięki artystom. Ale nie był dobrym wujkiem. Trzeba było sobie zasłużyć na jego przyjaźń. Od razu wiedział, czy z kimś mu po drodze. Przed chorobą był już daleko od aktualności. Chyba był na bakier z rzeczywistością już w latach 90. Jego świat się skurczył. Wiele ważnych osób odeszło.

Zrezygnował, jak wcześniej Adam Hanuszkiewicz, Marian Kociniak?
Tak, może to rezygnacja.

Powiedziałeś ojcu, co czujesz?
Zawsze unikał takich rozmów. Wolał o tym pisać. Jest taka piosenka „Chrońmy dzieci”: „Kim byś nie był – prawdzie tej wyjdź naprzeciw, siebie możesz kochać mniej, kochaj dzieci! […] Dobry tato, w szarych dni gęstej sieci nie pij, nie krzycz, nie bij ich, kochaj dzieci!”. Nas specjalnie nie chronił. Literatura a życie… Kiedy mam fajną próbę i odpowiednie warunki, zabieram swoją córkę, chcę, aby w tym pobyła ze mną.

Czego chcesz dla swoich dzieci?
Żeby były zdrowe, czuły się ze sobą dobrze, zawsze bezwarunkowo się kochały i  mogły na siebie liczyć. Żeby nie musiały wyważać otwartych drzwi. Aby miały poczucie bezpieczeństwa. To moje marzenia. Chciałbym, aby ojciec wrócił do formy. Jestem pewny, że gdyby wrócił, pisałby. To było treścią jego życia. Moglibyśmy coś zrobić razem, a gdyby nie chciał ze mną, poznałbym go z ciekawymi artystami mojego pokolenia. Byłaby przed nami niejedna ciekawa płyta. 

PORTRETY    styczeń/luty '25 (23)

Zygmunt Freud
twórca psychoanalizy
i jego wpływ na psychologię

AGNIESZKA RADOMSKA

Zygmunt Freud

Dla jednych geniusz, dla innych szarlatan. W historii rozwoju myśli i psychologii trudno o bardziej kontrowersyjną postać niż Zygmunt Freud. Wszelkie teorie powstałe później opierały się albo na kontynuacji i rozbudowywaniu jego teorii psychoanalizy, albo na zdecydowanej kontestacji poglądów austriackiego lekarza i neurologa pod zarzutem panseksualizmu. Kim był człowiek, który zrewolucjonizował sposób myślenia o naturze ludzkiej, działaniu umysłu i zaburzeniach psychicznych?

Edukacja i początki kariery Freuda

Najsłynniejszy austriacki lekarz i neurolog urodził się 6 maja 1856 roku we Freibergu na Morawach w monarchii austro-węgierskiej jako syn handlarza wełną i jego drugiej żony. Był najstarszym z ośmiorga dzieci. Rodzina wkrótce po jego narodzinach przeniosła się do Wiednia. Tam Zygmunt Freud spędził większość swojego życia - kształcił się jako pracownik naukowy i lekarz na Uniwersytecie Wiedeńskim, a następnie rozwinął teorię psychoanalizy. W 1886 roku jego żoną została Martha Bernays, z którą doczekał się sześciorga dzieci. Jego córka, Anna Freud, również została wybitną psychoanalityczką.

Ważnym okresem w rozwoju koncepcji Freuda było 19 tygodni, które spędził w 1885 roku w Paryżu, studiując neuropatologię w klinice Salpêtrière u boku Jeana-Martina Charcota, który pracował nad leczeniem napadów histerycznych przy pomocy hipnozy. Metoda była pomocna, co zdaniem Freuda wskazywało na to, że przyczyną tzw. histerii były problemy psychiczne, a nie dolegliwości fizyczne, jak uważano wcześniej. Źródła zaburzeń psychicznych należy zatem szukać raczej w umyśle, niż w mózgu. Choć zdaniem Freuda hipnoza sama w sobie była niewystarczająca, odkrycia te zapoczątkowały jego rewolucyjny sposób myślenia o leczeniu zaburzeń natury nerwowej – metodami psychologicznymi, bez stosowania popularnej wówczas farmakologii i elektrowstrząsów. Gdy już we Wiedniu wyniki swoich badań Freud przedstawił przed środowiskiem lekarzy austriackich, nie spotkał się ze zrozumieniem. Choć teoria Zygmunta Freuda okazała się stanowczo zbyt postępowa dla akademików, którzy nie byli w stanie zaakceptować przede wszystkim tezy, że histeria może być chorobą dotyczącą także mężczyzn, konsekwentnie rozwijał tę ideę. W 1891 roku otworzył w Wiedniu własną praktykę lekarską i przez kolejne lata przyjmował pacjentów. Słynna metoda kozetkowa polegała na tym, że pacjenci, leżąc wygodnie na kanapie, snuli opowieści. Freud zapisywał wszystko, co dana osoba powie, i wnikliwie analizował jej słowa, obnażając stojące za nimi psychologiczne mechanizmy. Odkrycia bazujące na obserwacjach gabinetowych Freud opublikował wraz z Josefem Breuerem, lekarzem i fizjologiem, w 1895 roku w artykule zatytułowanym "Studien über Hysterie" (Studia nad histerią). Pracując nad koncepcjami takimi jak wolne skojarzenia, fantazje i ukryte pragnienia, stworzył główne elementy psychoanalizy.

Freud zyskał wielu zwolenników, którzy w 1902 roku utworzyli słynną grupę zwaną „Towarzystwem Środy Psychologicznej”. Grupa spotykała się w każdą środę w poczekalni Freuda. W miarę rozwoju organizacji Freud utworzył wewnętrzny krąg oddanych zwolenników, tak zwany „Komitet” (w skład którego wchodzili Sàndor Ferenczi, Hanns Sachs, Otto Rank, Karl Abraham, Max Eitingon

i Ernest Jones). Na początku 1908 roku komitet liczył 22 członków i zmienił nazwę na Wiedeńskie Towarzystwo Psychoanalityczne.

Z aforyzmów Zygmunta Freuda

Niewyrażone emocje nigdy nie umierają. Zostają zakopane żywcem, aby powrócić później w znacznie gorszej postaci.

Przeciwieństwem zabawy nie jest powaga, lecz rzeczywistość.

Ale to, co człowiek sam wie i to, czego dowiedział się od kogoś innego, to nie to samo.

Zero nienawidzi innych liczb.

Jakże niewdzięczne, w ogóle jak krótkowzroczne jest dążenie do zniesienia kultury!

Cóż, nie mamy innego środka, by opanować naszą popędliwość, jak tylko inteligencja.

(…) za postęp kultury płacimy utratą szczęścia w wyniku podwyższenia poczucia winy.

(…) oddziaływanie pociech religijnych można porównać z wpływem, jaki wywiera na człowieka narkotyk.

Odchyleniem seksualnym można nazwać jedynie całkowity brak seksu. Cała reszta to kwestia gustu.

Od momentu, w którym człowiek zaczyna zastanawiać się nad sensem i wartością życia, można uważać go za chorego.

We wszystkich epokach niemoralność znajdowała w religii nie mniejsze wsparcie niż moralność.

.

(…) postępy techniczne, nie mają żadnej wartości dla naszej ekonomii szczęścia.

 

Wolność indywidualna nie jest dobrem kultury. Największa wolność panowała przed powstaniem wszelkiej kultury, w owym jednak czasie nie miała ona najczęściej żadnej wartości.

Rozwój teorii psychoanalizy

Psychoanaliza to metoda terapeutyczna, w której najważniejszym narzędziem do pracy z pacjentem jest rozmowa. Freud opracował ją w oparciu o szereg autorskich odkryć dotyczących funkcjonowania ludzkiej psychiki. Po raz pierwszy oficjalnie użył tego terminu

w opublikowanej w 1901 roku „Psychopatologii życia codziennego” . W rozprawie tej zajął się badaniem przejawów nieświadomego życia psychicznego. Opisał kluczowe elementy teorii psychoanalitycznej, takie jak nieświadomość i wyparcie.

W telegraficznym skrócie zarys poglądów najsłynniejszego austriackiego neurologa można zamknąć w stwierdzeniu, że ludzki umysł jest skarbnicą uczuć i pragnień, których nie jesteśmy świadomi. Uzyskanie dostępu do nieświadomości było zatem kluczowe dla pomyślnego rozwiązania problemów pacjenta. Według teorii Zygmunta Freuda dostęp do nieświadomego umysłu można uzyskać poprzez analizę snów, badanie pierwszych słów, które przychodzą ludziom na myśl, oraz poprzez analizę pozornie niewinnych przejęzyczeń i przede wszystkim doświadczeń z wczesnego dzieciństwa.

Na podstawie doświadczeń w pracy z pacjentami Freud opracował topograficzny podział psychiki ludzkiej, w której wyodrębnił: świadomość, przedświadomość i nieświadomość. Świadomość jest łatwo dla nas dostępna. To tu zbierają się myśli, które mogą stanowić przedmiot naszej uwagi. Używamy jej, kiedy chcemy, łatwo i szybko. W przedświadomości przechowujemy to, co nie jest dla nas dostępne natychmiast, ale możemy do tego dotrzeć pamięcią, badając kontekst i związki łączące inne, znane już świadomości treści. W teorii Zygmunta Freuda najważniejszy jest trzeci region – nieświadomość. To obszar największy – w metaforze góry lodowej jest ogromną przestrzenią lodu ukrytą pod wodą, podczas gdy świadomość stanowi zaledwie wystający ponad taflę wody wierzchołek. góry lodowej, który faktycznie jest widoczny nad wodą, reprezentuje tylko niewielką część umysłu. Tutaj gromadzą się najciekawsze dla psychoanalityka treści, do których człowiek nie ma dostępu, o ile nie podejmie wysiłku i nie skorzysta z metod terapii psychoanalitycznej, jak analiza marzeń sennych czy badanie swobodnych skojarzeń. Ogromną część nieświadomości stanowią treści wyparte, które trzeba przywołać podczas terapii, by ujawnić źródła problemów psychicznych.

Oprócz tych trzech głównych składników umysłu, teoria twórcy psychoanalizy dzieli ludzką osobowość na: id, ego i superego. Id to prymitywne instynkty, takie jak seks i agresja. Id jest całkowicie nieświadome i służy jako źródło wszelkiej energii libidinalnej. Ego nazwalibyśmy odruchowo prawdziwym „ja”. To ta część osobowości, która wchodzi w interakcję ze światem. Ego pomaga zapewnić zaspokojenie wymagań id w sposób realistyczny, bezpieczny i społecznie akceptowalny. Czuwa nad tym superego, które jest etyczną częścią osobowości

i wyznacza standardy moralne dla ego. Superego gromadzi kompetencje nabyte

- przechowuje moralność i zasady etyczne, których uczymy się w procesie wychowania przez rodziców i funkcjonowanie w społeczeństwie. Superego wpływa na nasze zachowanie poprzez krytykowanie i karanie nas za naruszenia moralnych norm. W teorii Freuda to właśnie ciągły konflikt między superego

a innymi częściami osobowości prowadzi do konfliktów wewnętrznych i stresu psychicznego.

Zygmunt Freud

Teoria popędów Freuda i jej znaczenie

Freud twierdził, że istnieją dwa główne popędy sterujące motywacjami człowieka: popęd życia i popęd śmierci, destrukcji, które zostały nazwane później przez innych psychologów odpowiednio Erosem i Tanatosem. Obydwie motywacje bardzo silnie wpływają na osobowość człowieka. Instynkty życiowe obejmują prokreację seksualną, przetrwanie i przyjemność, zaś instynkty śmierci odpowiadają za agresję, samookaleczenie i zniszczenie.

Produkowany przez id popęd życia jest odpowiedzialny za produkcję energii libido, niezbędnej do codziennego funkcjonowania jednostki. Obejmuje również takie instynkty jak zaspokajanie pragnienia i głód oraz unikanie bólu. Pojęcie instynktu życia zostało wprowadzone przez Freuda w miejsce popędu seksualnego i popędu ego, odpowiedzialnego za instynkt samozachowawczy. Popęd życia kieruje jednostkę ku działaniom mającym na celu przetrwanie zarówno jej samej, jak i całego gatunku, do którego należy. Skupia się na ochronie życia i zmusza ludzi do angażowania się w działania, które podtrzymują życie, takie jak dbanie o swoje zdrowie

i bezpieczeństwo, miłość, współpraca i aktywność prospołeczna.

Zgodnie z freudowską zasadą przyjemności, organizm dąży do redukcji napięcia, której granicznym stadium jest śmierć. Popęd śmierci jest ściśle powiązany z popędem samozachowawczym: pożądana droga organizmu do śmierci jest chroniona przez paradoksalne działania odsuwające jednostkę od niej. Człowiek o osobowości skłaniającej się ku popędowi śmierci wbrew pozorom nie musi być defetystą negatywnie nastawionym do rzeczywistości. Przeciwnie - uznanie śmierci za wydarzenie o charakterze pozytywnym, za zwieńczenie drogi życia, może wpływać na jednostkę motywacyjnie i zachęcać ją do podejmowania wyzwań i szeroko pojętego działania. Rozważania na temat znaczenia popędów w życiu jednostki Freud opisał dokładnie w jednym ze swoich najważniejszych esejów - "Poza zasadą przyjemności" z 1920 r.

W nawiązaniu do teorii popędów Freud zajął się również kwestią kultury – w pracy pt. Kultura jako źródło cierpień (1930). Postrzegał ją z jednej strony jako „źródło cierpień”, wynikających z przymusów i ograniczeń kulturowych narzucanych jednostce, z drugiej zaś jako formę sublimacji, umożliwiającą przesunięcie nieakceptowanego popędu na twórczość. Jego koncepcja zbudowana wokół teorii popędów była zasadniczo pesymistyczna - człowiek jest bowiem targany ciągłym konfliktem między popędem agresji i samozagłady

a instynktem życia, co skazuje go na chroniczne wewnętrzne rozdarcie, a tym samym zaburzenia nerwicowe.

rysunek

Freud i objaśnianie marzeń sennych

W 1900 roku Freud opublikował książkę „Interpretacja snów”, która zapoczątkowała przełom w psychologii. Na początku XX w. naukowcy uważali sny za pozbawione znaczenia. Do dziś część środowiska naukowego utrzymuje teorię, że marzenia senne są jedynie przypadkowymi produktami ubocznymi funkcjonowania mózgu podczas snu w fazie REM. Dla Freuda tymczasem objaśnianie marzeń sennych stało się jednym

z podstawowych narzędzi pracy terapeutycznej. Był pewien, że sny naprawdę mają znaczenie i mogą zapewnić cenny wgląd

w nieświadome pragnienia i konflikty jednostki. Zakładał, że możliwa jest naukowa procedura ich interpretacji.

W swojej książce Freud wprowadził termin libido energetycznego umysłu. Stwierdził, że libido musi zostać rozładowane, aby zapewnić przyjemność i zapobiec bólowi. Jeśli jednak nie znajdzie ujścia w akcie fizycznym, uwalnia się poprzez sny. Sama metoda pracy terapeutycznej była dość prosta. Freud nie mówił swoim pacjentom, co jego zdaniem oznaczają ich sny, zachęcał ich za to, aby powiedzieli wszystko, co przychodzi im na myśl w związku z każdym elementem snu, kierując się ich własnym tokiem myślenia. Zachęcał ich do nieoceniania własnych myśli, nawet jeśli wydają się nieprzyjemne, trywialne lub śmieszne. Tę metodę nazwał wolnymi skojarzeniami. Analiza 

przypadków pacjentów doprowadziła go po pewnym czasie do wniosku, że sny są ukrytym spełnieniem stłumionych dziecięcych pragnień. Skoro zaś sny są po prostu spełnieniem życzeń, to ich dogłębna analiza może być skutecznym narzędziem w leczeniu nerwicy.

Freud rozróżnił jawną treść snu, czyli to, co pamiętamy po przebudzeniu, i treść ukrytą, która ma głębsze znaczenie. Zadaniem terapeuty miało być dotarcie właśnie do tej nieoczywistej części. Praca ze snami miała pomóc wykryć takie psychologiczne mechanizmy jak przemieszczenie (przeniesienie znaczenia emocjonalnego z jednego obiektu na drugi), kondensacja (łączenie kilku pomysłów w jeden) i symbolizacja (reprezentowanie działania lub idei za pomocą symboli).

Pisanie „Interpretacji snów” zajęło Freudowi dwa lata. Książka nie okazała się jednak bestsellerem. Sprzedaż zaledwie 600 egzemplarzy zajęła aż osiem lat, a autor zarobił na książce śmieszną sumę 209 dolarów.

Popęd seksualny w teorii Freuda

W 1905 roku jedna z najbardziej kontrowersyjnych teorii Feuda, dotycząca popędu seksualnego, została opublikowana jako „Drei Abhandlungen zur Sexualtheorie” (Trzy eseje o teorii seksualności). To właśnie teoria seksualności była jedną z przyczyn, dla których jego odkrycia spotkały się z tak dużym oporem nie tylko pacjentów, ale także środowiska naukowego. Popędowi seksualnemu Freud przypisywał ogromną moc. Twierdził, że życie człowieka kręci się napięcia i przyjemności przy czym wszelkie napięcie wynika ze wzrostu libido (energii seksualnej), a wszelka przyjemność z jego rozładowania. Rozwój osobowości w dzieciństwie przebiega jego zdaniem w pięciu stadiach psychoseksualnych, którymi są: faza oralna, analna, falliczna, utajona i genitalna. W każdym z tych stadiów instynkt seksualny jest kierowany do innego obszaru ciała, np. w fazie oralnej wrodzona energia poszukiwania przyjemności, koncentruje się na ustach. Niemowlę czerpie wówczas przyjemność ze ssania, gryzienia, karmienia piersią i żucia różnych przedmiotów, zaspokajając wrodzone pragnienia.

Fazy powinny następować kolejno po sobie, ale nie zawsze tak jest. Niektórzy ludzie nie mogą jednak opuścić jednego etapu i przejść do następnego, dlatego że nie zostały odpowiednio zaspokojone potrzeby na danym etapie. Frustracja tym spowodowana sprawia, że libido jednostki zostaje trwale „zainwestowane” w ten konkretny etap rozwoju, co objawia się fiksacją. Zatrzymanie się na etapie oralnym może zaowocować zaburzeniami pod postacią obgryzania paznokci, palenia czy objadania się. Zdaniem Freuda fiksacja ma także wpływ na kształtowanie się osobowości. Sfrustrowane podczas karmienia albo niedożywione niemowlę może stać się pesymistycznym, zazdrosnym i podejrzliwym dorosłym.

rysunek

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych teorii Freuda w obszarze rozwoju psychoseksualnego jest kompleks Edypa. Pojawia się on w fallicznej fazie rozwoju (wiek 3-6 lat), w której źródło libido koncentruje się na strefach erogennych ciała dziecka. Na tym etapie dzieci doświadczają nieświadomego uczucia pragnienia rodzica płci przeciwnej oraz zazdrości i zawiści wobec rodzica tej samej płci. Te uczucia dziecka płci męskiej do matki i rywalizacja z ojcem prowadzą do fantazji o pozbyciu się ojca i zajęciu jego miejsca przy matce. Wrogie uczucia wobec ojca prowadzą z kolei do lęku kastracyjnego - irracjonalnej obawy, że ojciec za karę go wykastruje, czyli pozbawi penisa. Kompleks Edypa zostaje pomyślnie rozwiązany, gdy chłopiec zaczyna identyfikować się z ojcem, który staje się raczej wzorem do naśladowania niż rywalem, co zresztą jest konieczne prawidłowego rozwoju męskiej tożsamości.

Żeńską wersję kompleksu Edypa opisuje kompleks Elektry przypisywany Freudowi. W rzeczywistości w znanej dziś postaci zaproponował go Carl Gustav Jung, najwybitniejszy uczeń Freuda. W przypadku dziewczynki kompleks Elektry zaczyna się od przekonania, że została już wykastrowana. Obwinia za to matkę i doświadcza zazdrości o penisa. Aby dziewczęta mogły rozwinąć swoje superego i kobiecą rolę seksualną, muszą identyfikować się z matką. Jednak motywacja dziewczynki do porzucenia ojca jako obiektu miłości, aby wrócić do matki, jest znacznie mniej oczywista niż motywacja chłopca do utożsamiania się z ojcem. Dziewczynki nie utożsamiają się więc z matkami tak silnie, jak chłopcy z ojcami, co z kolei ma powodować, że kobiece superego jest słabsze, a ich tożsamość jako odrębnych, niezależnych osób mniej rozwinięta. Oczywisty antykobiecy wydźwięk tej teorii spotkał się z bardzo ostrą krytyką.

Kontrowersyjnym teoriom seksualnym Freuda zarzucano przede wszystkim skłonność do przypisywania wszystkiemu znaczenia seksualnego. Wiąże się z tym zresztą anegdota, która, choć historycznie niepotwierdzona, pokazuje pewien paradoks w jego sposobie rozumowania. Podobno, gdy ktoś zasugerował Freudowi, że palone przez niego cygara są symbolami fallicznymi, ten odparł „Czasami cygaro jest po prostu cygarem”, która to riposta bywa nazywana „najlepszym antyfreudowskim żartem Freuda”.

Choć zawarte w „Życiu seksualnym" rozważania do dziś pozostają kontrowersyjne, a część z nich została w dużej mierze obalona, pozostaje faktem, że koncepcje Freuda stanowiły punkt wyjścia dla wielu rozważań z zakresu antropologii, psychologii i seksuologii.

Znani pacjenci Freuda

W literaturze opisano wiele przypadków, z którymi zetknął się w swojej praktyce psychoanalitycznej Zygmunt Freud. Wśród nich wymienia się wszelkiej maści dewiantów, borykających się z fetyszyzmem, kazirodztwem, pedofilią i innymi zaburzeniami. Bodaj najgłośniejszą jest słynna Anna O., w rzeczywistości pacjentka przyjaciela Freuda, Josefa Breuera. Jej przypadek wywarł ogromny wpływ na myślenie i rozwój myśli Freuda. Anna O. była 21-letnią Austriaczką pochodzącą z zamożnej rodziny, wyjątkowo inteligentną i dobrze wykształconą młodą kobietą. Zaczęła jednak cierpieć na bardzo dziwne objawy. Wpadała w coś w rodzaju transu, miała halucynacje, w których pojawiały się węże i czaszki, w kulminacyjnym punkcie rozwoju choroby przestała mówić i doznała paraliżu, nie była w stanie przyjmować płynów, a czasem zapominała swojego ojczystego języka, niemieckiego, za to płynnie mówiła po angielsku lub po francusku. Freud zinterpretował te objawy jako oznaki histerii spowodowanej wypartymi traumatycznymi wspomnieniami. Stwierdzenie Anny O., że możliwość swobodnej wypowiedzi przynosi jej poważną ulgę w cierpieniu, stworzyło podwaliny pod ogólną teorię psychoanalizy. Sam Freud określił Annę O. mianem "prawdziwej twórczyni metody psychoanalitycznej". Do innych znanych pacjentów Freuda zalicza się Dorę (Idę Bauer), nastolatkę z objawami obejmującymi utratę głosu i kaszel, cierpiącą zdaniem Freuda także na histerię, u przyczyną której były rzekomo problemy wynikające z tłumionych pragnień seksualnych.

Przypadek innego pacjenta, Małego Hansa, pięcioletniego chłopca, który panicznie bał się koni, jest często przywoływany jako przykład kompleksu Edypalnego u dzieci. Freud zinterpretował leki chłopca jako odzwierciedlenie głębszego strachu związanego

z nieświadomym uczuciem do matki i rywalizacją z ojcem. Przypadek Małego Hansa jest często używany jako przykład teorii Freuda na temat kompleksu edypalnego u dzieci. Inna często przywoływana w literaturze postać to Człowiek od szczurów (Ernst Lanzer). Przydomek wziął się stąd, że wśród wielu kompulsji pacjenta znajdowała się obsesja na punkcie koszmarnych fantazji o szczurach. Analiza tego pacjenta trwała około roku, a jej przebieg został przedstawiony przez Freuda na pierwszym kongresie Międzynarodowego Towarzystwa Psychoanalitycznego w 1910 roku. Był to drugi z sześciu opisów przypadków opublikowanych przez Freuda i pierwszy, w którym twierdził, że pacjent został wyleczony ze swoich obsesji dzięki psychoanalizie.

Wpływ koncepcji Freuda na rozwój kultury i psychologii

Choć teorie Freuda do dziś uznawane są za kontrowersyjne, a przez część badaczy zupełnie nietrafione i wręcz skutecznie naukowo obalone, nie da się zaprzeczyć temu, że jego rozważania nie tylko zmieniły sposób postrzegania ludzkiego umysłu, ale także miały ogromny wpływ na rozwój współczesnej psychologii.

Teorie Freuda zmieniły postrzeganie chorób psychicznych, obalając tezę, zgodnie z którą problemy psychiczne mają przyczyny wyłącznie fizjologiczne. Wprowadzając pojęcie podświadomości, Freud otworzył drogę do dalszych badań nad umysłem, co zapoczątkowało rozwój innych szkół psychologicznych, takich jak behawioryzm czy kognitywizm. Koncepcja Freuda, według której istnieje część ludzkiego umysłu działająca na poziomie nieświadomości i zawierająca wspomnienia, lęki i pragnienia, które wpływają na nasze codzienne funkcjonowanie w sposób, z którego nie jesteśmy świadomi, okazała się kamieniem milowym w rozumieniu psychologii człowieka. Z kolei zapoczątkowana przez niego terapia rozmową do dziś jest jednym z najczęściej wykorzystywanych narzędzi terapeutycznych.

Do psychologii Freud jako pierwszy wprowadził koncepcję, według której samo mówienie o problemach może przynieść ulgę, okazała się rewolucyjną koncepcją, która wyznaczyła kierunek rozwoju współczesnego podejścia do leczenia chorób psychicznych. Według niektórych głosów największym wkładem Freuda w rozwój dzisiejszej myśli psychologicznej było zdefiniowanie roli psychologa jako kogoś, kto słucha bez osądu i kto traktuje pacjenta jak osobę potrzebującą pomocy i wskazówek, a nie osobę, która dopuściła się moralnego przestępstwa.

Wiele miejsca w swojej twórczości Freud poświęcił kulturze. Freud rozumiał kulturę, podobnie jak sny i objawy, jako wyraz pragnień skonfliktowanych ze sobą i ze społeczeństwem. Uważał, że religia, sztuka i nauka mogą przynosić mnóstwo satysfakcji, podkreślał jednak, że kultura jest wytworem impulsów, którym odmawia się prawa do bezpośrednio seksualnej lub agresywnej satysfakcji.

Prace Freuda, choć poddawane ostrej krytyce, nadal wywierają ogromny wpływ na kulturę. Dzieła Freuda stały się bardzo ważną częścią tradycji literackiej. Peter Rudnytsky, profesor języka angielskiego na Uniwersytecie Florydy, który jest członkiem honorowym Amerykańskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego, twierdzi, że prace Freuda wywarły wpływ na całe pokolenia pisarzy i nie sposób ich tak po prostu odrzucić. Nie bez kozery myślicieli w niektórych pracach naukowych dzieli się na przedfreudowskich

i postfreudowskich, bo też we wszelkich rozważaniach nad miejscem i kondycją jednostki we współczesnym świecie można się

z Freudem zgadzać lub nie, ale nie sposób jego głosu ignorować.

Freud i jego popiersie

Zygmunt Freud stojący przed swoim popiersiem, wykonanym przez Oscara Nemaua; Wiedeń, rok 1931 / domena publiczna

Krytyka Freuda

Jako lekarzowi i myślicielowi zarzucano Freudowi dosłownie wszystko, i robili to zarówno badacze, lekarze i naukowcy jemu współcześni, jak i ci, którzy jego dorobek naukowy wzięli na warsztat wiele lat po jego śmierci. Krytykowano go więc za brak naukowych podstaw dla wielu teorii, usprawiedliwianie seksualnego rozpasania, dewiacji i stwarzanie zagrożenia dla moralności, skrajny naturalizm, nadmierną seksualizację każdego aspektu życia człowieka czy wreszcie ignorowanie wpływu środowiska na rozwój jednostki.

Zarówno za życia, jak i później Freud był krytykowany przede wszystkim za swoje poglądy na temat kobiet

i kobiecej seksualności. Jedną z jego najsłynniejszych krytyczek była psycholożka Karen Horney, która odrzuciła jego pogląd, że kobiety cierpią na „zazdrość

o penisa”. Argumentowała, że to mężczyźni odczuwają „zazdrość o macicę” i pozostają z poczuciem niższości, ponieważ nie mogą rodzić dzieci.

Ostrym krytykiem freudowskiego kompleksu Edypa jest kognitywista i psycholog z Harvardu Steven Pinker. W książce „Jak działa umysł” napisał o tym wprost: „Pomysł, że chłopcy chcą sypiać z matkami, większości mężczyzn wydaje się najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszeli”. W 1995 r. ukazała się głośna książka Richarda Webstera pt. „Dlaczego Freud się mylił?". Webster twierdzi, że Freud stał się swego 

rodzaju Mesjaszem, a był oszustem, który chciał założyć fałszywą religię. Dowodzi, że psychoanaliza jest jedynie pseudonauką „być może najbardziej złożoną i skuteczną” w historii.Są jednak i takie koncepcje, według których krytyka poglądów Freuda jedynie potwierdza jego koncepcje. Dr Carole Lieberman, psychiatra z Beverly Hills, która studiowała pod okiem Anny Freud w jej londyńskiej klinice i praktykuje freudowską terapię psychoanalityczną, twierdzi, że próbując zaprzeczyć spostrzeżeniom Freuda, ludzie

w rzeczywistości je potwierdzają. Niezależnie od zajmowanego stanowiska z jednym raczej nikt dziś nie polemizuje - psychoanaliza okazała się jednym z najbardziej wpływowych zjawisk XX w. i do dziś wywiera wpływ na całą kulturę. (Zwierciadło)

Kubus Puchatek z przyjaciolmi

Rozdział I, w którym poznajemy się z Kubusiem Puchatkiem i z pszczołami,

i tu zaczyna się opowiadanie

 
Przedstawiam wam Misia Puchatka, który właśnie w tej chwili schodzi po schodach. Tuk-tuk, tuk-tuk, zsuwa się Puchatek na grzbiecie, do góry nogami, w tyle za Krzysiem, który go ciągnie za przednią łapkę. Odkąd Puchatek siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia ze schodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to robić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuktać choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić. A potem znów mu się zdaje, że chyba nie ma na to innego sposobu. Tak czy siak, Miś zjechał już na dół i gotów jest zapoznać się z wami. Proszę bardzo: oto jest Kubuś Puchatek. Kubuś Puchatek lubi od czasu do czasu najrozmaitsze zabawy, a czasem znów lubi siąść spokojnie przed kominkiem i posłuchać jakiejś ciekawej historyjki. Tego wieczoru...
- A jakiej historyjki? - spytał Krzyś. - Czy mógłbyś opowiedzieć Kubusiowi którąś z nich?
- Myślę, że tak - odrzekłem. - A jak ci się zdaje, jakie historyjki Kubuś lubi najbardziej?
- O sobie samym. Bo to już jest taki Miś.
- Aha, rozumiem.
- Więc opowiesz mu?
- Spróbuję.
- No i spróbowałem.

Pewnego razu, bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, mieszkał sobie Kubuś Puchatek zupełnie sam w lesie, pod nazwiskiem pana Woreczko.
- A co to znaczy pod nazwiskiem? - zapytał Krzyś.
- To znaczy, że na drzwiach na tabliczce miał wypisane złotymi literami nazwisko, a mieszkał pod nim.
- Kubuś Puchatek nie wiedział dobrze, jak to jest - powiedział Krzyś.
- Ale teraz już wiem - odezwał się mrukliwy głos.
- Więc słuchaj dalej - powiedziałem. - otóż pewnego dnia Puchatek wyszedł na spacer, aż zaszedł na polankę w środku lasu, a pośrodku tej polanki rósł wielki dąb i z samego jego wierzchołka dochodziło głośne bzykanie.
Kubuś Puchatek usiadł sobie pod tym dębem, podparł głowę na łapkach i zaczął rozmyślać.
Z początku powiedział do siebie samego: - To bzykanie coś oznacza. Takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu. Jeżeli słyszę bzykanie, to znaczy, że ktoś bzyka, a jedyny powód bzykania, jaki ja znam, to ten, że się jest pszczołą. Potem znów pomyślał dłuższą chwilę i powiedział: - A jedyny powód, żeby być pszczołą, to ten, żeby robić miód.
Po czym wstał i powiedział: - A jedyny powód robienia miodu to ten, żebym ja go jadł. - I zaczął włazić na drzewo.
Właził, właził coraz wyżej, coraz wyżej, coraz wyżej, a gdy wreszcie wlazł na górę, prawie do połowy drzewa, taką sobie pioseneczkę-mruczaneczkę Miś zaśpiewał: 

Dziwny jest niedźwiedzi ród,
Że tak bardzo lubi miód,
Bzyk-bzyk-bzyk, ram-pam-pam
Co to znaczy? Nie wiem sam.

Potem wlazł jeszcze wyżej... i jeszcze wyżej... i jeszcze trochę wyżej. Gdy tak właził, ułożył sobie inną piosenkę:

Gdyby Pszczołami były Niedźwiadki,
Nisko na ziemi miałyby chatki,
A że tak nie jest, oto przyczyna,
Że się musimy na drzewa wspinać.

Był coraz bardziej zmęczony, więc zaśpiewał Żałosną Piosenkę. Już, już dobrał się prawie do miodu, gdy naraz...
Trach!
- Ratunku! - zawołał Puchatek zlatując na gałąź o pół łokcia niżej. - Gdybym zamiast tego... - powiedział i nie skończył, bo zleciał na następną gałąź o dwa łokcie niżej. - Domyślacie się chyba, co miałem zamiar zrobić - wyjaśnił Puchatek fikając koziołka i zlatując na łeb, na szyję na inną gałąź o
trzy łokcie niżej. - Oczywiście, że to było z mojej strony raczej... - przyznał spadając na następne sześć gałęzi. - A wszystko to, moim zdaniem, przez to - powiedział opuszczając ostatnią gałąź i fikając przy tym trzy koziołki - wszystko to przez to, że zanadto lubię miodek. Ratunku! - zawołał padając z wdziękiem w krzaki jałowca. Wylazł z zarośli, wyjął z nosa kolące igły i znów zaczął rozmyślać i pierwszą osobą, o jakiej pomyślał, był Krzyś.
- O mnie? - zapytał Krzyś drżącym ze wzruszenia głosem. - Tak, o tobie.
Krzyś nic nie mówił, tylko oczy jego stawały się coraz większe i większe, a policzki coraz czerwieńsze.
Otóż Kubuś Puchatek poszedł do swego przyjaciela Krzysia, który mieszkał za zielonymi drzewami na drugim krańcu Lasu.
- Dzień dobry, Krzysiu! - powiedział Puchatek.
- Dzień dobry, Kubusiu Puchatku! - powiedziałeś.
- Chciałbym wiedzieć, czy masz pod ręką coś w rodzaju balonika.
- Balonika?
- Tak. Idąc do ciebie tak sobie mówiłem: "Ciekaw jestem, czy też Krzyś ma pod ręką coś w rodzaju balonika?". Właśnie tak sobie mówiłem myśląc o balonikach.
- A na co ci balonik? - spytałeś.
Kubuś Puchatek rozejrzał się dokoła, czy nikt nie słucha, położył łapkę na pyszczku i powiedział ledwo dosłyszalnym szeptem:
- Miód!
- Ale co ma balonik do miodu?
- Ma - odparł Puchatek.
Otóż właśnie tak się zdarzyło, że poprzedniego dnia byłeś na zabawie u twojego przyjaciela, Prosiaczka, i na tej zabawie dostaliście wszyscy baloniki, i tyś dostał duży, zielony balonik, a jeden

z krewnych i znajomych Królika dostał duży, niebieski balonik i zapomniał zabrać go z sobą do domu, ponieważ był doprawdy za młody, żeby chodzić na zabawy; a ty przyniosłeś ze sobą do domu

i zielony, i niebieski balonik.
- A który wolisz? - zapytałeś Puchatka.
- Widzisz, to jest tak - odpowiedział Puchatek. - Kiedy się idzie po miód z balonikiem, to trzeba się starać, żeby pszczoły nie wiedziały, po co się idzie. Więc jeśli ma się z sobą zielony balonik, pszczoły mogą pomyśleć, że jest się częścią drzewa, i wcale nie zauważyć tego, kto idzie, a jeżeli ma się niebieski balonik, mogą pomyśleć, że jest się tylko kawałkiem nieba, i też nie spostrzec tego, kto idzie. A teraz chodzi o to, jaki balonik wybrać?
- A powiedz, czy pszczoły nie mogą cię zauważyć pod balonikiem? - spytałeś.
- Mogą albo nie mogą - odparł Kubuś Puchatek. - Z pszczołami nigdy nic nie wiadomo. - Pomyślał przez chwilę i powiedział: - Postaram się wyglądać jak mała ciemna chmurka. To je powinno zmylić.
- Wobec tego lepiej, żebyś miał niebieski balonik - powiedziałeś, i tak się też stało. Więc poszliście obydwaj z niebieski balonikiem, a ty wziąłeś z sobą fuzję, tak tylko na wszelki wypadek, jak to zwykle robisz, a Kubuś Puchatek poszedł w jedno bardzo błotniste miejsce, które znał, zaczął się w nim okropnie tarzać i tarzać, aż zrobił się całkiem czarny; i potem, kiedy balonik został porządnie nadęty

i stał się bardzo, bardzo duży, Puchatek wziął w obydwie łapki sznurek, uwiesił się na nim

i z wdziękiem uleciał w powietrze. I bardzo szybko znalazł się na wysokości drzewa, całkiem bliziutko nieba.
- Hura! - krzyknąłeś.
- Prawda, że to cudowne? - zawołał Kubuś Puchatek do ciebie z góry. - Jak ja wyglądam z dołu?!
A ty mu odpowiedziałeś:
- Wyglądasz jak niedźwiedź uczepiony balonika.
- A nie - zapytał Puchatek zatroskany - a nie jak mała czarna chmurka na niebieskim niebie?
- Nie bardzo.
- Ale może tam, w górze, to wygląda troszkę inaczej. Już ci raz mówiłem, że z pszczołami nigdy nic nie wiadomo.
Nie było wiatru, który by poniósł go w stronę drzewa, tak że Miś wisiał nieruchomo w powietrzu. Mógł widzieć miód, mógł wąchać miód, ale nie mógł dotknąć miodu. Po krótkiej chwili zawołał w dół do ciebie:
- Krzysiu!
- Co?
- Zdaje mi się, że pszczoły coś zwąchały.
- A co takiego?
- Nie wiem, ale mam wrażenie, że one się czegoś domyślają.
- Może myślą, że chcesz się dobrać do ich miodu?
- Może. Z pszczołami nigdy nic nie wiadomo.
Znowu na chwilę zapadło milczenie, po czym Kubuś Puchatek zawołał na ciebie z góry:
- Krzysiu!
- Co?
- Czy masz w domu parasol?
- Mam, a bo co?
- Chciałbym, żebyś go przyniósł i przechadzał się z nim tam i z powrotem, i mówił: "Aj-aj-aj, zanosi się na deszcz"... Myślę, że to będzie świetny sposób na pszczoły. A ty pomyślałeś w duchu: "Głupi, poczciwy Misiu" - ale nie powiedziałeś tego głośno, bo lubisz go za bardzo, tylko poszedłeś do domu po parasol.
- Ach, jesteś nareszcie! - zawołał z góry Kubuś Puchatek, kiedy tylko wróciłeś pod drzewo. - Byłem już o ciebie niespokojny. Jestem zupełnie pewien, że pszczoły stanowczo coś podejrzewają.
- Czy mam otworzyć parasol? - zapytałeś.
- Tak, tylko poczekaj chwilkę. Musimy być rozsądni. Najważniejsza pszczoła, jaką mamy zmylić, to Królowa. Czy potrafisz odróżnić z dołu Królową Pszczół od innych?
- Nie.
- Szkoda. Ale trudno. Musimy sobie radzić inaczej. Teraz, kiedy ty będziesz przechadzał się tam

i z powrotem pod parasolem i mówił: "Aj-aj-aj, zanosi się na deszcz", ja znów zaśpiewam Piosenkę Chmurek, taką jaką tylko Chmurka może zaśpiewać. A ty sobie spaceruj!
No i wtedy, kiedyś ty przechadzał się tam i z powrotem i myślał, czy będzie deszcz, czy nie będzie, Kubuś Puchatek zaśpiewał taką piosenkę:

Jak to miło Chmurką być
Niebem płynąć jak po wodzie.
Mała Chmurka na dzień dobry
Taką piosnkę śpiewa co dzień:
-Jak to miło Chmurką być,
Niebem płynąć jak po wodzie
I od rana na dzień dobry
Taką piosnkę śpiewać co dzień:
-Jak to miło Chmurką być...

Pszczoły bzykały podejrzliwie, jak to one mają w zwyczaju. Kilka z nich naprawdę wyfrunęło

z gniazda i zaczęło unosić się dokoła Chmurki, gdy Chmurka właśnie śpiewała drugą zwrotkę swojej piosenki. I nawet jedna z pszczół usiadła na chwilę na nosie Chmurki, ale zaraz odfrunęła.
- Krzysiu, aj, Krzysiu! - wrzasnęła Chmurka.
- Co?
- Myślę i myślę, i teraz już wiem na pewno, że to jest bardzo zły gatunek pszczół.
- Tak ci się zdaje?
- Zupełnie zły gatunek. I myślę, że one chyba robią kiepski miód. I zdaje się, że ja chyba zejdę na dół. A co ty o tym myślisz?
- Ale jak?! - zawołałeś.
Kubuś Puchatek nie pomyślał o tym. Gdyby wypuścił sznurek z łapki, zleciałby na ziemię i to mu się nie bardzo uśmiechało. Myślał więc dość długo, wreszcie powiedział:
- Krzysiu, musisz strzelić w balonik. Czy masz z sobą fuzję?
- Ma się rozumieć - powiedziałeś. - Ale jeśli to zrobię, balonik będzie na nic - powiedziałeś.
- Tak, ale gdybyś tego nie zrobił - rzekł Puchatek - ja będę na nic. Wobec tego wycelowałeś bardzo ostrożnie w balonik i wystrzeliłeś.
- Ojej! - wrzasnął Puchatek.
- Czy nie trafiłem? - zapytałeś, Krzysiu.
- Trafić trafiłeś - odpowiedział Puchatek - ale nie w balonik.
- Bardzo mi przykro - powiedziałeś i jeszcze raz strzeliłeś, ale tym razem już w balonik, z którego powolutku wyszło powietrze, i Kubuś Puchatek opuścił się na ziemię. Ale miał tak zesztywniałe łapki od ściskania sznurka, że przez cały tydzień trzymał je wyciągnięte w górę. Ile razy mucha siadła mu na
nosie, nie mógł odpędzić jej łapką, tylko zdmuchiwał ją, ot tak: "puch, puch, puch!" i zdaje mi się, choć nie jestem tego pewien, że i dlatego jeszcze nazwano Misia Puchatkiem.
Czy to już koniec historyjki? - zapytał Krzyś.
- Tak, to koniec tej historyjki. Ale są jeszcze inne.
- O Puchatku i o mnie?
- I o Króliku, i o Prosiaczku, i o was wszystkich. Czy już ich nie pamiętasz?
- Pamiętam, tylko kiedy chcę je sobie przypomnieć, to zapominam.
- O tym, jak Puchatek i Prosiaczek polowali na Słonia...
- No i nie złapali go, prawda?
- Nie.
- Puchatek nie mógł, bo jest głupiutki. A czy ja go złapałem?
- O tym jest właśnie w tej historyjce.
Krzyś kiwnął główką.
- Przypominam sobie - powiedział Krzyś - tylko Puchatek już dobrze nie pamięta. I Puchatek chciałby, żeby mu ją znowu opowiedzieć, bo on lubi prawdziwe historie, a nie wymyślone.
- I ja tak myślę - powiedziałem.
Krzyś westchnął głęboko, wziął Misia za łapkę i, ciągnąć go za sobą, poszedł w stronę drzwi. Przy drzwiach odwrócił się i powiedział:
- Czy możesz przyjść do mnie, jak będę w kąpieli?
- Mogę - odpowiedziałem.
- Ale ja go nie skaleczyłem, kiedy strzeliłem z fuzji, prawda?
- Nic a nic.
Krzyś kiwnął główką i wyszedł, a po chwili usłyszałem: tuk-tuk-tuk-tuk. To Kubuś Puchatek wchodził za Krzysiem na górę po schodach.

Kochani, to początek naszej Puchatkowej opowieści. Za troszkę będzie ciąg dalszy Kubusiowych przygód. Jeśli je znasz, przypomnij je sobie. Jeśli ich nie znasz, poznawaj je razem z nami. 

A tymczasem... narysuj Kubusia, pomaluj i przyślij do nas! Twój rysunek będzie ilustracją do następnego rozdziału opowiadania. Nasz adres: pakamera.info@gmail.com

pakamera.polonia

lipcowa

dzieciom

Kubuś Puchatek i jego przyjaciele

Miś Puchatek

Puchatkowe conieco !
pyszne kakao

Dla trójki przyjaciół...:
600ml mleka
1 łyżka ciemnego kakao
2 łyżki miodu
3 łyżki słodkiej śmietany 30%

 

Przede wszystkim prosimy o pomoc Rodziców, Dziadków, kogoś starszego. Zaczynamy! 

Do oddzielnego naczynia wsypujemy kakao i mieszamy z połową mleka. Do garnka wlewamy pozostałą ilość mleka. Dodajemy miód

i podgrzewamy na małym gazie stale mieszając. Gdy miód się rozpuści, przelewamy połowę mleka z miodem do naczynia

z wcześniej wymieszanym mlekiem i kakao i dokładnie mieszamy,

a następnie wlewamy z powrotem do garnka. Na dużym ogniu gotujemy do momentu wrzenia. Przelewamy kakao do kubków. Górę dekorujemy śmietaną (uwaga: kakao nie może być gorące, ponieważ śmietana zważy się). 

kuchnia Kubusia Puchatka

ZABAWOLANDIA

KOLOROWE RYBKI W STAWIE 

Letnie dni przed nami!!!! DUŻO słońca, zielona trawa, kolorowe kwiaty wokół, tylko... brakuje nam małego stawu z kolorowymi rybkami. Musimy go zrobić samodzielnie! Zaproś do wspólnej zabawy rodziców, młodsze lub starsze rodzeństwo albo koleżanki

i kolegów! 

Do dzisiejszej zabawy potrzebujemy: makaron (duże muszle), kilka kamyków, plastikową miskę z wodą, ręcznik i drewniane lub plastikowe klamerki do wieszania bielizny. 

Do dzieła!

1. Miskę napełniamy wodą, wrzucamy do niej kilka albo całkiem dużo kamyków - usadowią się one na dnie naszego stawu.

2. Wrzucamy do miski suche makaronowe muszle - będą pływały po powierzchni stawu.

3. Teraz uczestnicy zabawy usiłują wyłowić jak najwięcej makaronowych rybek wyłącznie przy użyciu klamerek! Nie wolno dotykać "rybek" w wodzie palcami. Ten, kto wyłowi najwięcej "rybek" otrzymuje słodką nagrodę. 

Nie wszystkie dzieci mają możliwość zabawy na powietrzu. Staw z rybkami możemy zrobić w domu, na stole przykrytym plastikową folią, a tajemniczy staw w misce owinąć wokół ręcznikiem. Gotowe do dalszej zabawy z muszlami. 

MALOWANE RYBKI

Tym razem nasz staw z rybkami będzie inny, suchy,

z imitacją wody. Granice stawu mogą zaznaczyć

klamerki 2
klamerki-15
klamerki 1

paski niebieskiego papieru, niebieski ręcznik, niebieska włóczka... Każdy pomysł na zrobienie granic stawu jest doskonały. 

Teraz będzie nieco trudniej, za to artystycznie!  

Przygotujcie makaronowe muszle, pędzle, farby, klamerki, papier do suszenia... 

1. Każdy z uczestników zabawy zamieni teraz muszle w kolorowe rybki, wykorzystując przygotowane farby. Po wysuszeniu układacie swoje rybki na wyznaczonym stawie. 

2. Czas na połów... wyłącznie klamerkami. Pyszna nagroda dla pierwszego poławiacza z największą ilością muszelkowych rybek. Jaka? To zależy od Waszych Rodziców i od Was. Ciasteczko, czekoladka, pyszny owoc, lody... możliwości jest wiele...

Myślę, że pobudziłam waszą wyobraźnię i teraz sami zorganizujecie inną zabawę, o czym opowiecie mi

w wygodny dla Was sposób. Nagrajcie, napiszcie, zróbcie zdjęcia - co wam w duszy zagra przyślijcie do mnie: pakamera.info@gmail.com.

Wasza Milka

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page