prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com
pakamera.polonia lipiec '23 / 7 (11)
SPIS TREŚCI
świat, ludzie, obyczaje
Prawie jednym zdaniem redakcja
Polska szkoła. Dlaczego musi się zmienić? Agnieszka Zątek
Ten zapach miał kolor niebieski Anna Czerwińska
Nowe przyjazne miejsce na ziemi... Anna Czerwińska
Krwawa bezsensowna konsumpcja (ludzie i obyczaje) Aneta Zalewska
Dragi z piekła rodem (ludzie i obyczaje) Roland Nelles
Deklaracja niepodległości USA (historia) Wojtek Duch
kultura
Zdzisław Beksiński - artysta niezapomniany (sztuka/malarstwo) Dariusz Lachowski
Wizualizacja wyobraźni (sztuka/malarstwo) Mariusz Skowroński
..szczęście nie wali drzwiami i oknami! (literatura) redakcja
"Głusza" (literatura/niepełnosprawni) Anna Goc
Niezwykłe życie Marii Rodziewiczówny (literatura) Emilia Padoł
inspiracje
Algarve - na krawędzi kontynentu (Portugalia) (podróże) Stanisław Błaszczyna
Kolumb i zupa warzywna bez gotowania (wokół stołu) Anna Czerwińska
w kolejnym wydaniu pakamery.polonia...
okładka: "Eternity" obraz olejny autorstwa Iwony Duniec
prawie jednym zdaniem...
lipiec 2023
Pochodząca z Mozambiku Graça Machel, to jedyna kobieta na świecie, która pełniła rolę pierwszej damy u boku dwóch różnych prezydentów. Co więcej, w dwóch różnych krajach.
W latach 1975 - 1986 u boku Samory Machela, była pierwszą damą Mozambiku. Po śmierci męża nadal spełniała się politycznie. W 1998 roku wyszła za Nelsona Mandelę. Tym samym przez rok była pierwszą damą Republiki Południowej Afryki. Machel przez wiele lat walczyła o prawa dla dzieci, kobiet, a także osób niepełnosprawnych.
W miejscowości Middleton w stanie Wisconsin znajduje się Muzeum Musztardy. Placówka została założona z inicjatywy Barry'ego Levensona 6 kwietnia 1992 roku. Obecnie
w muzealnych zbiorach można podziwiać kolekcję ponad 5300 musztard z ponad 60 krajów. Wstęp do muzeum jest bezpłatny.
Jedynie pięć państw na świecie nie posiada żadnego lotniska. Do tej grupy należy Andora w towarzystwie Watykanu, Liechtensteinu, Monako oraz San Marino.
Język gruziński należy do dość wyjątkowych. Dzięki antycznemu pochodzeniu raczej nie przypomina innych języków używanych w tym regionie. Słuchając rozmowy Gruzinów mogą zaskoczyć niektóre dźwięki. Gruziński alfabet o nazwie anbani składa się z 33 znaków.
Czacza to narodowy trunek Gruzinów. Wytwarzany jest
z wytłoków winogronowych i często porównywany jest do włoskiej grappy. Sam napój osiąga moc nawet 60%.
Do budowy modernistycznego obiektu Sydney Opera House wykorzystano głównie stal, szkło oraz beton. Opera zajmuje powierzchnię 1,8 hektara. Ważący 161 tysięcy ton dach podtrzymywany jest przez około 350 kilometrów kabli. Strop budynku pokryto ponad milionem ceramicznych płytek, które odbijają promienie słoneczne w bezchmurne dni. Gmach opery ma 183 metry długości i 120 metrów szerokości. W najwyższym punkcie osiąga 67 metrów wysokości. Gmach obiektu składa się z kilku sal przeznaczonych do różnego rodzaju widowisk. Największą z nich jest Concert Hall będąca w stanie pomieścić 2679 osób. Odbywają się w niej głównie koncerty orkiestry symfonicznej Sydney. W jej wnętrzu znajdują się największe organy na świecie wyposażone w ponad 10 tysięcy piszczałek. Ich budowa zajęła 10 lat.
7 lipca, rozpoczął się Festiwal Góry Literatury 2023.
W programie ponad 130 wydarzeń, w których weźmie udział niemal 200 gości w 20 festiwalowych lokalizacjach. Nie zabraknie koncertów. Zagrają między innymi Katarzyna Nosowska, Renata Przemyk, Kazik i VOO VOO. Najnowszą powieść Olgi Tokarczuk „Empuzjon” czytać będą: Maciej Stuhr, Robert Więckiewicz, Arek Jakubik i Jan Peszek. Gościem Festiwalu będzie reżyser Jerzy Skolimowski. 9. edycja imprezy potrwa aż 10 dni, czyli do 16 lipca.
B.A. Paris, znana na całym świecie brytyjska autorka bestsellerowych thrillerów psychologicznych odebrała we Wrocławiu Honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru (przypomnijmy, iż ubiegłorocznym laureatem tej nagrody został Grzegorz Dziedzic za książkę "Żadnych bogów, żadnych panów"). Jej jedna książka sprzedaje się w Polsce średnio co 2,5 minuty!
%2C%20Olga%20Tokarczuk.avif)
Joanna Turska (druga od lewej), Olga Tokarczuk / fot.: kolekcja prywatna

Marian Turski, Urszula Glensk / fot.: kolekcja prywatna

B.A. Paris / fot.: materiały prasowe
B.A. Paris, czyli Bernadette McDougall, zrobiła zawrotną karierę dzięki wnikliwym thrillerom psychologicznym. Jest matką pięciu córek i pochodzi z Wielkiej Brytanii, choć przez wiele lat mieszkała we Francji, gdzie pracowała w finansach
i prowadziła szkołę językową. Po tym, jak jej thrillery odniosły międzynarodowy sukces, wraz z mężem wróciła do Anglii
i poświęciła się wyłącznie pisarstwu.
-
Jej pierwsza powieść – „Za zamkniętymi drzwiami” – została uznana za najlepszy debiut 2016 roku. W samej tylko Wielkiej Brytanii sprzedano ponad milion egzemplarzy i przez wiele tygodni utrzymywała się na liście bestsellerów „New York Timesa”.
-
Rok później (w Polsce w 2018 roku) ukazał się drugi thriller B.A. Paris, „Na skraju załamania”, który powtórzył sukces debiutu.
-
W roku 2019 do polskich księgarni trafiła kolejna świetnie przyjęta książka tej autorki, „Pozwól mi wrócić”, a w 2020 roku powieść psychologiczna „Dylemat”.
-
W tym samym roku B.A. Paris uczestniczyła
-
w wyjątkowym projekcie pisarskim – połączyła siły z Sophie Hannah, Clare Mackintosh i Holly Brown, czego efektem jest thriller „Dublerka”, który natychmiast wspiął się na szczyt listy bestsellerów.
Od 26 maja w Morton Arboretum można już przyjrzeć się dużym instalacjom rzeźbiarskim autorstwa artystki o polskich korzeniach, Olgi Ziemskiej. Eksponaty zawierają prawie wyłącznie naturalne materiały pochodzące z terenu samego Arboretum. Wystawa „Of the Earth” (pięć nowych prac polsko-
-amerykańskiej artystki Olgi Ziemskiej) będzie ozdobą parku przez kolejne dwa lata.
Rzeźbiarka jest pierwszą kobietą zaprezentowaną w ten sposób w arboretum. To największe jak na razie skupisko jej rzeźb, stworzonych wyłącznie dla odwiedzających Arboretum
i umieszczone w różnych miejscach na 1700 akrach parku, prowadząc gości do obszarów, których mogli wcześniej nie odkryć.
Doświadczanie sztuki połączonej z naturą w całym Arboretum jest bardzo atrakcyjne zarówno dla stałych bywalców, jak i tych, którzy przyjeżdżają po raz pierwszy. To naprawdę motywuje ludzi do przebywania na świeżym powietrzu wśród drzew
i poznawania natury, oświadczył wiceprezes Arboretum ds. nauki i zaangażowania, Preston Bautista.
„Używam sztuki jako narzędzia do lepszego zrozumienia rzeczy, które często pomijamy” – powiedziała Ziemska
o przygotowywanej wystawie. „Ludzie mają złożone relacje ze światem przyrody, ale nie ma rozdziału między ludźmi
a naturą”.
Wystawa będzie eksplorować ekspresję i filozofię artystki. Jej celem jest przypomnienie ludziom, że „wszystko w życiu wywodzi się z tych samych podstawowych elementów, które tworzą wszystko w przyrodzie, w tym nas samych”.
Artystka powiedziała, że niektóre z wypełnionych drzewami krajobrazów Arboretum zainspirowały ją, ponieważ przypominały jej krajobrazy Polski, gdzie wcześniej mieszkała
i gdzie regularnie odwiedza swoją rodzinę.
Rzeźby o wysokości od 5 do 14 stóp zawierają stal i materiały
z włókna szklanego, a także w razie potrzeby żelbet jako podstawę, aby były w stanie wytrzymać warunki pogodowe Środkowego Zachodu w ciągu najbliższych dwóch lat.
Pięć wielkoformatowych rzeźb nosi nazwy „Strata”, „Oculus”, „Ona”, „Hear: With an ear to the ground” i „Stillness in Motion: The Matka series”.
Ta ostatnia to wysoka na 6 stóp kobieca postać złożona głównie z gałęzi wierzby. Znajduje się na zewnątrz Centrum dla Zwiedzających Arboretum i jest najnowszym dziełem znanej artystki z serii Matka (The Matka series).
Wystawa „Of the Earth” potrwa do wiosny 2025 roku i będzie bezpłatna przy zakupie dziennego wstępu do Morton Arboretum. Więcej informacji można znaleźć na stronie mortonarb.org.



/ polonijny kalejdoskop
lipiec '23 (11)

Polska szkoła
Dlaczego musi się zmienić?
AGNIESZKA ZĄTEK
Dorosłe dzieci polskich emigrantów z całą pewnością dzielą się na dwie grupy.
Na tych, którzy chodzili do polskiej szkoły i mają związane z nią różne wspomnienia…. oraz na tych, których rodzice do niej nie posłali. I ci drudzy, prawie zawsze bardzo tego żałują.
Jak działa szkoła polonijna, wiemy dobrze.
To najczęściej kilka piątkowych lub sobotnich godzin, w czasie których dzieci uczą się polskiego, geografii i historii Polski oraz religii. W zasadzie można tu chodzić od przedszkola aż do matury.
Początkowo jest to dla dzieci dodatkowy weekendowy obowiązek, na którym zależy głównie rodzicom albo dziadkom. I trudno im się nawet dziwić. Polski staje się powoli ich drugim językiem, nawet do kolegów w polskiej szkole łatwiej im mówić po angielsku. Jeśli dodamy do tego mało atrakcyjny materiał, skomplikowaną polską ortografię, zawiłe karty polskiej historii czy lekcje geografii
poświęcone rodzajom gleb w południowej Polsce, robi się już mało zabawnie.
Ale paradoksalnie, im starsze dzieci, tym chętniej do tej szkoły chodzą! Bo polska szkoła to teraz polscy koledzy. Przyjaźnie, które tu się rodzą, trwają czasem całe życie. A jednym z najpiękniejszych wspomnień jest polonijna Studniówka.
Świat wokół nas zmienia się w zawrotnym tempie. Obecnie Polonia to już inni ludzie niż jeszcze kilka dekad wstecz. Nieporównywalnie mniej Polaków emigruje do Stanów. I tak jak zmieniła się Polonia, zmienić się też musi polska szkoła.
Obecnie musi ona wspierać największy atut, w jaki mogą zostać wyposażone dzieci polskich emigrantów: DWUJĘZYCZNOŚĆ.
Dzieci mówiące dwoma językami są bardziej pewne siebie, mają większe poczucie własnej wartości. Ich rozwój intelektualny jest lepszy. Są bardziej kreatywne i tolerancyjne wobec świata. Dowodzą tego badania naukowe. Dwujęzyczność potwierdzona certyfikatami (Seal of Biliteracy czy Egzamin Certyfikatowy z Języka Polskiego) to w końcu karta przetargowa na rynku pracy, czy możliwość studiowania na uczelniach wyższych w Polsce.
Dlatego jednym z najważniejszych zadań polskich szkół powinno być obecnie przygotowanie uczniów do tych egzaminów. Kształcenie w dzieciach umiejętności czytania i słuchania ze zrozumieniem oraz łatwości przelewania swoich myśli na papier. Uczeń nie musi już wiedzieć, czym jest imiesłów przymiotnikowy bierny (a tego typu teorią przeładowane są polonijne podręczniki), musi go poprawnie użyć w tekście. Brzmi prosto, ale wcale proste i oczywiste nie jest. Tak jak i oczywiste nie jest, że każde dziecko polskiego emigranta będzie osobą dwujęzyczną. Czyli szkoła polska musi się zmienić. Jeśli chce iść z duchem czasu, napędzanym prawami rynku pracy.
A co zmienić się nie powinno?
Właśnie to, że nie jest ona tylko miejscem, w którym siedzi się w ławce. Bo z polskiej szkoły zawsze zostaje w dzieciach coś więcej. Docenią to dopiero po latach. Będą potrafiły śmiać się z polskich żartów, pielęgnować polskie tradycje wyniesione z domu, zostaną zarażone miłością do ojczyzny swoich rodziców i dziadków. W głębi serca będą czuć się Polakami.
Reasumując:
Warto? Definitywnie TAK!
/ polonijny kalejdoskop
lipiec '23 (11)
"Ten zapach miał kolor niebieski"
Studyjny happening przygotowany przez Teatr Nasz na podstawie książki o tym samym tytule, autorstwa Grażyny Skoczeń
ANNA CZERWIŃSKA
Zdjęcia: ROBERT SIKORSKI
Są przyzwoicie ubrane, choć widać, że niektóre sukienki zbyt obciskają sylwetki i są zbyt krótkie. Makijaż podkreśla ich urodę, jednak twarze nie zdradzają emocji… Siedzą sztywno, wyczekująco, ale z pewną dozą onieśmielenia… Czekają. Urzędnicy już przyszli. Wpatrują się w nich, usiłując dostrzec człowieczeństwo. To od nich zależy, czy zaakceptują składany egzamin na obywatelstwo, dopuszczą do złożenia przysięgi końcowej…
Za każdą z nich - przeszłość, o której lepiej nie pamiętać. Przed każdą z nich – ostatni etap otwarcia drzwi do wolności, nowa tożsamość.
Tak rozpoczął się majowy happening paradokumentalny
w Dwell Studio, przygotowany przez chicagowski Teatr Nasz. Tym razem dokonano adaptacji teatralnej fragmentów książki Grażyny Skoczeń „Ten zapach miał kolor niebieski”, będący zbiorem opowieści o polskich emigrantach lat 70 i 80, relacją z ich drogi, jaką musieli przebyć, by znaleźć się
w kompletnie nowej sytuacji - nowym kraju, odmiennej kulturze, nieznanym domu. Szukali inności i wolności. Dokonywali karkołomnych wręcz wyborów, podejmowali arcytrudne decyzje, spowodowane wieloma czynnikami, często wyłącznie osobistymi. Wiedzieli, że nie ma powrotu, że decyzja jest ostateczna, z biletem w jedną stronę…
Jedna z nich, uwalniając się od męża tyrana, przeszła
z dzieckiem przez wiedeński obóz dla uchodźców. Nikogo nie przerażały tragiczne warunki, bo to był przedsionek wolności. Ona dostała azyl polityczny… Zdobyła swoja wolność.
Wiele osób przyjeżdżało do Stanów do pracy, na krótki czas, by podreperować rodzinny budżet. Ta z pierwszego rzędu oczekujących zrobiła tak samo… Ale jak to w życiu bywa, pobyt przedłużał się, tęsknota za córką pozostawioną
w Polsce stawała się coraz bardziej dojmująca. Postanowiła za wszelką cenę przywieźć ją do Ameryki. Wyjechała do Polski przez Meksyk, wróciła z córką przez Kanadę. Historia jedna z tysiąca poza drobnym szczegółem – dojechały
z Kanady do nowego domu pod przyczepą… Przerażenie dziewczynki było ogromne, choć zniosła podróż
w ciemności, ciasnocie i zimnie bohatersko. Do dzisiaj ma do mamy pretensje za układanie życia bez jej zgody…
Opowieści związanych z pozostawionymi dziećmi było więcej…
Wolność miała różne kolory, ale niebo zawsze było niebieskie i przyjazne, choć niekiedy wydawało się inne, lepsze, bo w San Francisco. Przyjechała z większego miasta. Była nieprzeciętne zdolna, z czasem zamożna, ale
i samotna, a jej pocieszycielem i jedynym przyjacielem stał się bardzo dobrej jakości szampan…
Samotność ma odmienne oblicza, zazwyczaj rozczarowujące, a przez to smutne. Zdarzało się mieszkanie „nigdzie” z dobytkiem i pamiątkami z lepszego życia, umieszczonymi w wózku sklepowym, z jakich korzystają bezdomni. Wspomnienia nocnych klubów, gdzie oddawała swoje ciało czy bogactwo, którym otoczył ją kochający do nieprzytomności amerykański mąż … przywoływały uśmiech na smutnej twarzy pchającej wózek z bagażem przeżyć. Ale barwne obrazy z przeszłości pojawiały się coraz rzadziej… (trudna rola do zagrania; Elżbieta Kasińska poradziła sobie z nią znakomicie!)
Z tekstów zaadoptowanych z książki do wydarzenia teatralnego, wręcz "wylewa" się ogrom przeszkód
i problemów w nowym świecie... Pokonanie dylematów rodzinnych, pozostawionych dzieci, ubieganie się o azyl polityczny lub ekonomiczny, przekraczanie "zielonej" granicy, to tylko cześć przezwyciężanych barier. Ale nowo powstałe perypetie jak dyskryminacja, izolacja społeczna, bariera językowa ... dla wielu osób były niczym,
w porównaniu z pozostawioną za sobą przemocą domową psychiczną i fizyczną, trwającą latami.
To książka poruszająca, wspomnieniowa, ale czy ważna…?
O tym można rozprawiać godzinami…
Fragmenty publikacji „Ten zapach miał kolor niebieski”, ujawniającej prawdziwe historie emigrantów, zostały wybrane przez pięć osób z Teatru Naszego w Chicago: Gosię Duch, Elżbietę Kasińską, Aldonę Olchowską, Agnieszkę Sarrafian i Liliannę Totten. Towarzyszyła im kilkuletnia Lara Olchowska-Frąckowiak, zaś Andrzej Krukowski wcielił się tym razem w urzędnika państwowego, wciągając do akcji wydarzenia również zebranych widzów.
Każda z nich w rzetelny, pełen emocji sposób zapoznała zebranych z historią jednej z kobiet. Z ich determinacją do zmiany swojego życia i przyszłości swoich dzieci…
Czy odtwórczynie poszczególnych postaci przeżyły podobne sytuacje? Nie wiemy. Były wiarygodne w tym, co pokazały przed teatralnym urzędnikiem emigracyjnym (Andrzej Krukowski) i zebraną publicznością, która często widziała w nich siebie, jak w odbiciu lustrzanym... Chicagowski Teatr Nasz był tego dnia naprawdę nasz ze wszystkimi niewygodnymi wspomnieniami i dogłębnym analizowaniem wizualnym zapisanych tekstów...
Pozostałam jednak z niedosytem. Teatr Nasz wprawdzie zaskoczył mnie pozytywnie wieloma świetnymi rozwiązaniami technicznymi, jednak nieco zawiódł niedopracowaniem całości. Może za mało było czasu i prób na retusz…
Usłyszałam opinię, że ten projekt ma propagować tolerancję i zrozumienie wobec emigrantów i ich kultur, uświadamiać złożoność historii za decyzją opuszczenia rodzinnego kraju…
I tu mam zgrzyt, jak styropianem po szybie… Naprawdę mamy oczekiwać tolerancji i zrozumienia, przyjeżdżając do innego kraju z własnej woli ? Na czym owa tolerancja miałaby polegać? Teatr Nasz stawia też otwarte pytanie widzowi o pojęcie naszego „domu”. Co nim jest? Gdzie on jest? Czy dom to ludzie, wspomnienie o nim czy może miejsce?
Domem jesteśmy my, nasza osobowość, poczucie etyki, estetyki, pokory... Dom może być wszędzie tam, gdzie osadzimy własne emocje... W naszym domu powinno być miejsce dla ludzi i wspomnień, marzeń i oczekiwań... Taki jest mój "dom" i to jest chyba pierwsza odpowiedź publiczności. Jakie będą następne?

Elzbieta Kasinska

Elzbieta Kasinska

Aldona Olchowska

Lilianna Totten

Andrzej Krukowski

Agnieszka Sarrafian

Agnieszka Sarrafian

Gosia Duch
"Ten zapach miał kolor niebieski"
(studyjny happening paradokumentalny)
Dwell Studio Chicago (maj'23)
Dobór tekstów i reżyseria: Teatr Nasz Chicago
Obsada:
Gosia Duch
Elizabeth Ela Kasinski
Aldona Olchowska
Lara Olchowska-Frąckowiak
Aga Sarrafian
Lilianna Totten
Mirosław Kierski
Andrzej Krukowski
Materiały video: Mich Bochnak
Operator dźwięku: Mirosław Kierski
Charakteryzacja: Anna Chylińska
/ polonijny kalejdoskop
lipiec '23 (11)
miejsce na ziemi...

ciekawe
wielokulturowe
przyjazne
nasze
ważne
wielojęzyczne
ważne
ciekawe
NOWE
wielokulturowe
przyjazne
nasze

Pod Krakowem czy pod Wieliczką,
w rodzinnym domu krynickim z cudowną babcią, było spokojnie i ciekawie, ale zawsze jest ciekawiej tam, gdzie nas nie ma… Szczególnie dla rodziców, którzy decydują czasem za swoje nastoletnie dzieci, podejmując decyzje o emigracji. Oni - Maja i Grzegorz Grzywacz - tego nie żałują. Poznali się w Chicago i tutaj odnaleźli miejsce dla swojej rodziny
i rodziny polonijnej w szerokim tego słowa znaczeniu.
Z właścicielami DWELL STUDIO CHICAGO
rozmawiała ANNA CZERWIŃSKA
Anna Czerwinska: Dwell Studio istnieje niemal od dwóch lat. Usadowiło się na obrzeżach Chicago, choć zwykle galerie szukają swojego miejsca bliżej centrum miasta. Dlaczego właśnie tutaj, na północnym zachodzie, blisko Schiller Park?
Grzegorz Grzywacz: Odpowiedz jest bardzo prosta – my tu mieszkamy, w tym budynku, w tej okolicy zamieszkanej przez Polonię, od Belmont/Central po Irving Park/Harlem. Studio było wolną przestrzenią do zagospodarowania. Pomysłów jest mnóstwo, pierwszy już zrealizowany. Galeria, która galerią nie jest.
Przewrotnie, bo jestem w galerii na wystawie…
Maja Grzywacz: To celowe posunięcie. Koncepcji było kilka na uruchomienie tego miejsca. To, co tutaj widać to jeszcze nie jest finałowe rozwiązanie. Jeszcze powstanie kilka innych rzeczy, które mają się wzajemnie łączyć, przenikać…
Jakie to rzeczy?
M.G.: To będzie związane też z naszą działalnością zarobkową i zawodową. Dalej przestrzeń otwarta – nie chcemy jeszcze zdradzać szczegółów – dla tych którzy mają coś do przekazania, którzy mogą być inspiracją, podpowiedzią, uzupełnieniem. Uważamy, że wiele rzeczy można połączyć. Nie nazwaliśmy tego miejsca „galerią”, bo to nie tylko miejsce wystawiennicze. To miejsce do łączenia ludzi na wiele sposobów.
Głównie ze środowiska polonijnego?
M.G.: Absolutnie nie. Jesteśmy Polakami, ale i obywatelami tego kraju. To jest wspaniałe, że można łączyć różne kultury, różne społeczności. Nas to bardzo interesuje i chcielibyśmy, by to miejsce służyło też innym nacjom, nie tylko Polakom.
Czy waszym celem jest propagowanie kultury polskiej w środowisku nie tylko amerykańskim?
G.G.: Nie rozpatrujemy tego w kategoriach polskich czy kultur innych narodów. Polacy mają dużo do zaoferowania i dlatego też ich pokazujemy. Oczywiście, jesteśmy wychowani w polskiej kulturze, rozumiemy ją, chcemy się nią dzielić
i z nią obcować. Jednak inne społeczności również są interesujące i mają wartości, które warto pokazać.
Ciekawe założenie i możliwe do zrealizowania w kraju będącym tyglem kulturowym.
M.G.: Mieliśmy już dwie wystawy plastyczne mieszane, amerykańsko-polskie. To prawda – kładziemy nacisk na wielokulturowość.
G.G.: Wypełniliśmy chyba polską niszę. Mamy tylu znakomitych artystów, mieszkających w Chicago i okolicach, którzy nie mieli gdzie pokazać swoich dzieł, stąd kolejne pokazy polskich twórców. W przyszłości będzie większa różnorodność.
Już jest, chociażby przedstawienia Teatru Nasz, prowadzonego przez Andrzeja Krukowskiego. To świetna przestrzeń do happeningów ruchowo-słownych… Ponadto pokaz slajdów Grzegorza Lityńskiego i jego opowieści o podróżach czy wasz wspólny projekt fotograficzny zwieńczony dwiema wystawami „Polski kalejdoskop – Chicago”. To tylko fragment waszych realizacji. Dzieje się…
G.G.: Każda nowość wprowadza nas na kolejną przysłowiową orbitę. Świetne przeżycia przy realizacji spektakli, a projekt fotograficzny z Grzegorzem to niemal kosmos. Poznaliśmy tyle wspaniałych, zdolnych, cennych ludzi. Nie mieliśmy świadomości ich istnienia. To „międzyludzka poczta” doprowadziła nas do nich. Wspaniała praca nad tym projektem, chociaż bardzo męcząca.
M.G.: Setki zdjęć do przejrzenia niemal każdego dnia, bardzo trudny wybór odpowiednich na wystawę. Opisy eksponowanych fotografii… a efekt co najmniej kontrowersyjny. Pokazaliśmy pierwszą część ekspozycji. Drugą przedstawimy jesienią wraz z katalogiem, nad którym pracujemy. Jest propozycja dalszego ciągu „Kalejdoskopu”, ale to będzie zależało od funduszy. Koszt takiej prezentacji jest spory.
Delikatnie to ujęłaś. Samo wykonanie zdjęć w tak dużych formatach pochłania lwią część preliminarzowych kosztów.
Maju, wspominałaś o kontrowersyjności ekspozycji. Słyszałam też głosy krytyczne, ale dotyczyły one przede wszystkim doboru przedstawicieli Polonii
i udziału Grzegorza Lityńskiego. Może jest to dobry moment na wyjaśnienie całej złożoności sytuacji.
G.G.: Grzegorza poznaliśmy przed rokiem. Przyjechał do Chicago na zaproszenie Muzeum Ukraińskiego i pokaz zdjęć z wojny na Ukrainie. Był zaangażowany
w działalność charytatywną i jeździł tam z konwojami, a że aparat fotograficzny nie „odkleja” mu się od ręki (jest fotograficznym dokumentalistą), zaczął też robić zdjęcia. No i stało się - zrobiło się o nim głośniej nawet w Chicago. Dojechał do nas z Minnesoty, gdzie zbierał materiały – współpracując z różnymi organizacjami - o ludziach „Solidarności”, którzy wyemigrowali do Minnesoty,
o uczestnikach Powstania Warszawskiego, żyjących w tym stanie czy o tych, którzy przeżyli Holokaust – to jedne z projektów fotograficznych, w które był zaangażowany. Do Chicago Grzegorz przyjechał z Minnesoty, ale zbierał też materiały do swoich projektów w Nowym Jorku i Waszyngtonie.
M.G.: W Chicago był zaskoczony zintegrowaniem Polonii. Szybko zorientował się, jak prężna jest miejscowa Polonia, kolorowa, kreatywna, zdolna. My tego często nie dostrzegamy, ale dla kogoś z zewnątrz, a szczególnie mającego kontakt
z Polonią w innych krajach, jest to bardzo odczuwalne. To go zdziwiło
i zachwyciło. Powstał pomysł wystawy. Zaczęliśmy zbierać materiały i tak to się zaczęło… Nie wiemy, jak się skończy. Może tylko drugą częścią wystawy
i rozszerzonym katalogiem, może dalszą ekspozycją… Ta prezentacja jest sponsorowana między innymi przez polski konsulat. Czy zechcą to zrobić ponowne, nie wiemy. Nie wiemy też, jak „zadziała” nasza fundacja non-profit „Arts-Culture Foundation” na pozyskiwanie funduszy dla organizacji niedochodowych. Wszystko nam wyjaśni i rozświetli czas.
Jeśli chodzi o wybór prezentowanych osób... Naszym celem było pokazanie kalejdoskopu różnorodności zawodów, pasji, umiejętności i działań, prezentujących interesujące osobowości, które wnoszą różnorodność do wizerunku miasta Chicago. Oczywiście, warunkiem było polskie pochodzenie oraz umiejętność posługiwania się językiem polskim.
Z tą integracją bywa różnie… Ale faktycznie, Polacy głównie w Illinois to grupa
o ogromnych pasjach, zdolnościach, chęciach działania i współdziałania. Myślę, że jest to zagadką, ale i inspiracją dla innych grup etnicznych. Co się będzie działo niebawem?
G.G.: Zapraszamy w czerwcu na ciekawą prezentację fotografii amerykańskiego twórcy pochodzenia ukraińskiego, Davida Brodskiego. Ale nie jest ważne, kim jest. Ważne są ciekawe prace, podglądanie ulicy często z ukrycia, wprawne oko obserwatora i jego wędrówki po Europie i Stanach. A poza tym koncert muzyki elektroniczno-gitarowej Mirka Mardocha. Pierwsze muzyczne doświadczenie, połączone z grą świateł… Sami jesteśmy podekscytowani…
M.G.: Zapraszamy na różnorodne warsztaty, spotkania informacyjne, biznesowe oraz promocyjne. Zachęcamy osoby o różnorodnych pasjach, które chciałyby podzielić się swoimi doświadczeniami lub zaprezentować coś nowego.
Nasza otwarta na różnorodność przestrzeń może być doskonałym miejscem do organizacji kameralnych wydarzeń, spotkań towarzyskich lub małych przyjęć.
Jesteśmy otwarci na różne pomysły kreatywnych wydarzeń w naszym Studio.
Dziękuję w imieniu bywalców za to, że jesteście... za Wasz uśmiech, życzliwość, opowieść o planach i za pyszna kawę. Powodzenia w realizacjach wszelkich!


na urlopie!







Powyższe zdjęcia to zapowiedź tylko części imprez, spotkań, wystaw, przedstawień teatralnych, jakie miały miejsce w Dwell Studio Chicago.
Bezsprzecznie jest to miejsce ciekawe, przyjazne, nasze, ważne i wielokulturowe.
Rozmowę zakończyliśmy planami czerwcowymi. Wszystkie zostały zrealizowane! Jakie przewidywania na lipiec i sierpień? Sezon urlopowy, więc zbyt dużych oczekiwań mieć nie powinniśmy. Zaglądajmy na studyjną stronę internetową i facebook'ową:
www.dwellstudiochicago.com . Tam informacje bieżące najpewniejsze!
A tymczasem...
wysokich lotów i świetnych wrażeń! (ac)

/ ludzie i obyczaje
lipiec '23 (11)
Krwawa bezsensowna konsumpcja

Smartfon zawojował świat, stając się najlepszym przyjacielem człowieka.
Jednak historia tego podboju ma swoją ciemną stronę.
Według najnowszych prognoz w tym roku ze smartfona będzie korzystać 6,7 miliarda ludzi, czyli prawie 84 procent mieszkańców globu. Za dwa lata liczba użytkowników ma sięgnąć 7,3 miliarda. Czy ktokolwiek spodziewał się takiego sukcesu kieszonkowych komputerów, gdy w 2007 roku Steve Jobs zaprezentował pierwszego iPhone’a? Marion D’Allard, Benjamin König i Lina Sankari postanowili przyjrzeć się temu, jaka jest cena niepohamowanego apetytu na smartfony. Dziennikarze „L’Humanité Magazine” zaprosili czytelników do kilku miejsc, gdzie przeklina się pogoń za elektronicznymi gadżetami.
Niewolnicy kobaltu
Życie smartfona zaczyna się na wyżynnych rubieżach Demokratycznej Republiki Konga (DRK). Stąd pochodzą surowce potrzebne do jego budowy. Wszyscy chyba słyszeliśmy o „metalach ziem rzadkich” (RRE), czyli piętnastu lantanowcach i dwóch skandowcach, bez których nie byłoby współczesnej cywilizacji cyfrowej. Jednak w tym regionie wcale nie są rzadkie. Zwłaszcza w prowincji Kiwu.
DRK zapewnia ponad 70 procent światowych dostaw kobaltu, eksportowanego głównie do Chin. Ponadto na terytorium tego państwa znajduje się niemal 80 proc. światowych zasobów koltanu, a także siódme co do wielkości zasoby litu. Te trzy surowce są niezbędne do produkcji nowoczesnych urządzeń elektronicznych, szczególnie baterii. Nie można zapominać o złocie, które też jest używane
w produkcji komórek. Także i ten szlachetny metal występuje w obfitości we wschodniej części DRK. Przemysł wydobywczy odpowiada za 22 procent PKB, a blisko jedna piąta ludności żyje z tych bogactw. A raczej – żyje obok nich. Wskaźnik PKB na mieszkańca jest tu jednym z pięciu najniższych na świecie.
80 procent rocznej produkcji surowcowej przypada na wielkie koncerny, które mają jakąś kontrolę nad warunkami pracy. Resztę wydobywa się na dziko w małych kopalniach odkrywkowych. Znaczny odsetek robotników stanowią dzieci. Zaczynają już dziewięciolatki. Pogoń za podziemnym bogactwem jest źródłem konfliktów. Wokół Gomy, stolicy prowincji Kiwu Północne, trwają walki o kontrolę nad kopalniami. Kongijska armia ma przeciw sobie około setki milicji i lokalnych grup zbrojnych. Najbardziej znana
i największa z nich, M23, działa w porozumieniu z rwandyjskim sąsiadem. Rwanda, która nie posiada ani jednej kopalni koltanu
i tantalu, jest jednym z największych światowych eksporterów tych minerałów. Nie udałoby się zbudować eksportowej potęgi, gdyby nie plądrowano kongijskich zasobów.
Chociaż najwięksi światowi producenci, tacy jak Apple, Samsung, Microsoft i Google, a także Unia Europejska i Kongres Stanów Zjednoczonych, wprowadzili środki mające służyć kontroli pochodzenia surowców, wyniki są dalekie od zadowalających. Surowce
z dzikich kopalń są mieszane z legalną produkcją w lokalnych punktach skupu, często prowadzonych przez chińskie firmy. A wiedza
o wyzysku w DRK z trudem przebija się do świadomości konsumentów.
Szare miasto w szarym mieście. Tak można by określić gigantyczną fabrykę firmy Foxconn w Taiyuan. Na terenie zakładu znajdujemy posterunek policji, świątynię, kino, halę sportową, restaurację i wiele więcej. Tyle że pracownicy tajwańskiego rekina biznesu Terry’ego Gou wstają o piątej rano i kończąc pracę o jedenastej wieczorem, nie mając czasu, sił ani ochoty na nic więcej.
W całych Chinach pracownicy Foxconn wiedzą, co to optymalizacja kosztów. W kwietniu tego roku firma ogłosiła, że obniża płace pracowników w Shenzhen. Równocześnie przygotowuje swoje wyjście z Chin. W kontekście amerykańsko-chińskiej wojny gospodarczej koncern może ulec pokusie dalszej relokacji produkcji do Indii, gdzie już w 2019 roku ruszyła linia iPhone’ów. Gou jest zresztą fanem Donalda Trumpa i popiera koncepcję powstrzymywania chińskiego smoka.
Decyzję o reorganizacji mógł przyspieszyć listopadowy bunt w fabryce w Zhengzhou, gdzie montuje się 70 procent smartfonów Apple sprzedawanych na świecie. Pracownicy nie chcieli się dłużej godzić na zamykanie ich w zakładzie, opłakane warunki sanitarne, brak posiłków i obiecanych premii. Zaatakowali ochroniarzy i przekroczyli szlabany bez zezwolenia. Aby zakończyć bunt, Foxconn wypłacił dodatkowe pieniądze. Jednak według relacji robotników praca jest wciąż katorżnicza i monotonna. Gou, syn policjanta, uważa, że menadżerowie mogą się wiele nauczyć z podręczników wojskowej dyscypliny.
Nie truj tyle
Agbogbloshie już dawno przestało być zwykłym przedmieściem stolicy. Dzielnica położona w niewielkiej odległości od centrum Akry przypomina ogromne śmietnisko.
Jak okiem sięgnąć piętrzą się hałdy elektrośmieci. Wszystko to przypłynęło z Europy i USA.
To jedno z dziesięciu najbardziej zanieczyszczonych miejsc na naszej planecie.
Jednak każdego dnia, przez wiele godzin, gołymi rękami i bez żadnej ochrony, setki „odzyskiwaczy” wydobywa z porzuconych smartfonów wszystko, co można odsprzedać. Głównie miedź, ale także żelazo, aluminium i metale szlachetne.
Aby oddzielić plastikowe obudowy od metali, śmieciarze podpalają odpady. Z wysypiska wydobywają się czarne pióropusze toksycznego dymu. Niebezpieczne są też płonące polimery, ołów i rtęć, prowizoryczne paleniska narażające zbieraczy na bardzo wysokie temperatury, urządzenia grożące wybuchem.
Ciągły kontakt z truciznami jest przyczyną dramatycznego pogorszenia stanu zdrowia Ghańczyków z Agbogbloshie. Według raportu WHO substancje te zanieczyszczają wszystko: „powietrze, pył, wodę i glebę”. Śmieciarze nie tylko „wdychają i połykają niebezpieczne pyły”, lecz mogą także je „roznosić do swoich społeczności i rodzin na skórze, butach i ubraniu”. Zanieczyszczenia osiadają również „na uprawach, sprzedawanej żywności i innych powierzchniach”. Skutki są katastrofalne: uszkodzenia neurologiczne, wady wrodzone, przedwczesne porody, nowotwory, uszkodzenia DNA, poważne choroby układu oddechowego…
Według prognoz ONZ do 2030 roku globalna produkcja zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE) ma osiągnąć ponad 74 mln ton w porównaniu z 54 milionami w roku 2019. To skutek gwałtownego wzrostu rynku smartfonów. Jednak, jak podaje WHO, tylko 17,4 procent WEEE wytworzonego w 2019 roku trafiło do oficjalnych systemów zarządzania lub recyklingu, a reszta została wyrzucona na nielegalne wysypiska lub poddana recyklingowi przez niekompetentnych pracowników. Tymczasem w Unii Europejskiej przepisy w tej dziedzinie są surowe. Dyrektywa z 2002 roku wprowadziła wymóg odzysku WEEE, ustanawiając zasadę odpowiedzialności producenta. A siedem tysięcy kilometrów na południe od Brukseli wyzyskiwani ludzie z Agbogbloshie każdego dnia padają ofiarą zabójczej hipokryzji bogatych krajów. (redakcja)

Codziennie na śmietniska trafiają tony działającej elektroniki, która zostaje wyrzucona tylko dlatego, że ktoś chciał wymienić ją na lepszy model. Powolne odejście od kupowania nowości przestaje dziwić. Jednak najgorsze jest to, co z tą elektroniką stanie się później. W większości przypadków nie zostanie ona odpowiednio zutylizowana czy poddana recyklingowi. Trafi raczej na ogromne wysypiska w Afryce, gdzie przez długie lata będzie się rozkładać, zatruwając glebę szkodliwymi substancjami. Warto więc odpowiedzieć sobie na pytanie - czy nowy telefon rzeczywiście jest tego wart? / fot.: Wikimedia Commons (domena publiczna) / Chicago E-Recycling Pick Up and Shredding: 8 W Ohio St · (847) 241-6555; 1016 W Lake St · (847) 241-8388
Tekst opracowany na podstawie: L’HUMANITÉ MAGAZINE
Źródło: Forum; tytuł, zdjęcia, chicagowskie adresy: pakamera,chicago
/ ludzie i obyczaje
lipiec '23 (11)
Dragi z piekła rodem
ROLAND NELLES


Meksykańskie kartele zalewają USA fentanylem, 50 razy silniejszym od heroiny. Jest on co roku przyczyną śmierci dziesiątków tysięcy Amerykanów.
Głowa Zacha leżała na stole, prawa dłoń była zimna i spoczywała jeszcze na myszce komputerowej, którą przedtem grał w Minecraft. Wszelkie próby reanimacji 17-latka nie dały efektu. Lekarz pogotowia mógł już tylko stwierdzić zgon. Na co umarł Zach? Rodzice, Laura i Chris Didier z Rocklin w Kalifornii, nie mieli pojęcia. – Zach był zdrowy, był normalnym uczniem, występował w szkolnym musicalu i dobrze grał w futbol. Wkrótce miał ukończyć szkołę średnią – mówi Laura. – Nie umieliśmy sobie wytłumaczyć jego śmierci.
Odpowiedź dali trochę później policyjni specjaliści. Rozmawiali z kolegami chłopaka i odczytali zaszyfrowane wiadomości z czatów na jego smartfonie. Kilka dni wcześniej Zach, korzystając z aplikacji Snapchat, kupił wraz z kolegą od miejscowego dilera dwie albo trzy pigułki opioidowe. Głupota nastolatków. – Chłopcy byli pewnie ciekawi – tłumaczy Chris. Myśleli, że kupili percocet, środek przeciwbólowy przepisywany na receptę, który może wywołać stan odurzenia. Pigułki zawierały jednak fentanyl. Ten syntetyczny opioid może w razie przedawkowania sparaliżować oddech.
Bomby na Meksyk?
Fentanyl stał się w Stanach Zjednoczonych ogromnym zagrożeniem. Obecnie wskutek przedawkowania narkotyków umiera około stu tysięcy Amerykanów rocznie. W przypadku ponad 70 tysięcy chodzi o opioidy syntetyczne, głównie fentanyl. W grupie wiekowej od 18 do 45 lat zatrucie nim jest już najczęstszą przyczyną zgonów. Wśród ofiar są też sławne osoby. Raper Coolio zmarł po zażyciu mieszanki narkotyków, która zawierała fentanyl. Ten środek to „największe zagrożenie związane z narkotykami, z jakim ten kraj miał kiedykolwiek do czynienia”, jak mówi Anne Milgram, dyrektorka Drug Enforcement Administration (DEA).
Kryzys wywołany w USA przez fentanyl już dawno usunął w cień epidemię cracku z lat 80. Ten środek zabija zarówno bezdomnych narkomanów na ulicach Nowego Jorku, jak i młodych ludzi na bogatszych przedmieściach. Nastolatki myślą, że przed wizytą w klubie zażyją lekki narkotyk, ale często dostają fentanyl. Nie ma chyba już takiej szkoły średniej ani uniwersytetu, gdzie jeszcze nie doszło do jego przedawkowania.
W Waszyngtonie kryzys związany z tym opioidem stał się gorącym tematem, który może odcisnąć piętno również na kampanii prezydenckiej. Republikanie nie zostawiają suchej nitki na administracji prezydenta Joe Bidena i jego Partii Demokratycznej. Zarzucają rządowi słabość w walce z narkotykowymi gangami. Ich zdaniem Biden nie traktuje z należytą powagą ochrony granicy
z Meksykiem. Według nich to dlatego do kraju przemyca się tyle fentanylu. Były prezydent Donald Trump chętnie porusza ten temat, żeby atakować Bidena. – W naszym kraju łatwiej dostać fentanyl niż żywność dla niemowląt – drwi w wystąpieniach przed swoimi zwolennikami. Przemilcza jednak fakt, że ten kryzys zaostrzył się już za jego kadencji.
Według szacunków DEA większość tego narkotyku rzeczywiście trafia do USA z Meksyku. Niektórzy republikanie wzywają do radykalnych posunięć. Senator Lindsey Graham żąda od Bidena, by zezwolił amerykańskiej armii na atakowanie karteli narkotykowych i ich laboratoriów bezpośrednio na terytorium Meksyku. – Wyzwolimy gniew i moc całych Stanów Zjednoczonych przeciwko tym kartelom – deklaruje. A jego koleżanka partyjna Marjorie Taylor Greene mówi: Nie rozumiem, dlaczego toczymy wojnę na Ukrainie, ale nie odważamy się zbombardować meksykańskich karteli, które codziennie zabijają trucizną naszych rodaków.
Fentanyl, wytworzony pod koniec lat 50. przez belgijskiego chemika jako środek przeciwbólowy, jest mniej więcej 50-krotnie silniejszy od heroiny. Dilerzy sprzedają go pod rozmaitymi postaciami. Występuje w podrabianych środkach pobudzających
i przeciwbólowych, ale jest też oferowany jako składnik klasycznych narkotyków, takich jak kokaina lub heroina. Jeśli podczas ich fabrykowania w swoich laboratoriach handlarze narkotyków domieszają go zbyt wiele, sprawa robi się niebezpieczna. Już znikome ilości wystarczą do zabicia człowieka

Szacuje się, że dawką czystego fentanylu wielkości torebeczki cukru można zabić 500 osób.
Po śmierci Zacha Didierowie uznali za swoje zadanie informowanie okolicznych nastolatków o zagrożeniach związanych
z supernarkotykiem. – To nie zabawa, lecz sprawa śmiertelnie poważna. Chcemy ostrzegać młodzież – mówi Laura. Oboje uczestniczą wraz z innymi poszkodowanymi osobami w kampanii antyfentanylowej „One Pill Can Kill” (jedna pigułka może zabić). Występują
w szkołach, opowiadają o śmierci syna i ostrzegają młodzież przed dilerami. Dotyczy to zwłaszcza handlu narkotykami za pośrednictwem internetu. Dilerzy często wykorzystują takie platformy jak Snapchat czy Instagram do nawiązywania kontaktu
z młodszymi klientami. Niekiedy kolorują pigułki, żeby wyglądały niewinniej. Koncerny technologiczne próbują usuwać podejrzane konta. Problem osiągnął już jednak taką skalę, że giganci mediów społecznościowych i organy ścigania nie nadążają
z rozwiązaniami.
Opium dla Ameryki
Dla handlarzy narkotyków fentanyl to gigantyczny biznes. Takie przestępcze organizacje jak meksykański kartel Sinaloa zdążyły już
w dużej mierze przestawić działalność z czystej heroiny lub kokainy na fentanyl. Podstawowe składniki chemiczne sprowadzają przede wszystkim z Chin. Produkcja jest znacznie tańsza niż w przypadku kokainy lub heroiny, ponieważ nie trzeba zakładać plantacji roślin. Już garść fentanylu wystarczy do spreparowania dziesiątków tysięcy porcji narkotyków przeznaczonych do handlu ulicznego.
Według DEA w laboratoriach karteli wytwarza się co roku miliony pigułek z fentanylem. Z wyglądu przypominają do złudzenia znane amerykańskie produkty farmaceutyczne. – Około 98 proc. wszystkich pigułek, jakie można kupić w USA na czarnym rynku, jest podrobionych i zawiera domieszkę fentanylu – informuje Lisa Botwinik, prokuratorka z Kalifornii, która specjalizuje się w zwalczaniu handlu narkotykami. – Gołym okiem nie da się ich odróżnić od oryginału.
Nielegalnie wyprodukowany fentanyl pojawia się często także w innych stronach świata, choćby w Europie, ale jego szerokie rozpowszechnienie pozostaje na razie zjawiskiem typowo amerykańskim. Powód: spożycie wszelkiego rodzaju narkotyków jest
w USA generalnie wysokie, choćby w związku z geograficzną bliskością ich latynoskich eksporterów. Dla karteli zaś Stany Zjednoczone, liczące ponad 340 mln mieszkańców, to zdecydowanie największy rynek i na nim koncentrują swoje siły.
Amerykanie zawsze sięgali po pigułki szybciej niż np. Niemcy – czy to w celu uśmierzenia bólu, czy poprawy nastroju. Kraj zmaga się od wielu lat z kryzysem opioidowym. Boom na fentanyl to dalszy ciąg tej historii. Do niedawna w USA lekarze dość szczodrze przepisywali silne opioidy. Znaczną część odpowiedzialności za ten kryzys ponosili producenci. Gigant farmaceutyczny Perdue wprowadził na rynek przeciwbólowy oxycontin, reklamując go fałszywą obietnicą, że ryzyko uzależnienia jest mniejsze niż
w przypadku innych opioidów. Uzależnieni pacjenci chodzili od lekarza do lekarza, żeby kupować coraz więcej tych środków. Politycy starają się ukrócić to zjawisko, wprowadzając systemy porównywania danych pacjentów. Oxycontin został zakazany przez władze federalne, koncern Perdue ogłosił upadłość. Właściciele, rodzina Sacklerów, zobowiązali się do zapłacenia miliardowych kar.
Niewiele to jednak zmieniło, jeśli chodzi o gigantyczne zapotrzebowanie wielu Amerykanów na środki przeciwbólowe, poprawiacze nastroju czy narkotyki. Uzależnienie od opioidów jest w USA zjawiskiem powszechnym, zarówno w dużych miastach, jak i na prowincji. Kto nie dostanie recepty na swoją dawkę, kupuje ją nielegalnie, a wtedy szybko podsuwa mu się fentanyl.
Getto Kensington
Jeden z największych w kraju targów narkotyków pod gołym niebem znajduje się na północy Filadelfii. W „Killadelphii”, jak to miasto bywa również nazywane, można w biały dzień kupować od dilerów najrozmaitsze narkotyki. Klienci przyjeżdżają często z daleka. Przy mierzącej dobre cztery kilometry Kensington Avenue sklepy już dawno się pozamykały. Domy popadają w ruinę, wyją policyjne syreny. Ustawicznie dochodzi do strzelanin między rywalizującymi gangami narkotykowymi. Kiedyś kręcono tu film „Rocky”. Dziś przed każdym domem siedzą albo leżą wychudzeni ludzie, odurzeni narkotykami. Niektórzy chodzą chwiejnym krokiem. Wielu narkomanów nie ma domu, ogrzewają się przy ogniskach rozpalanych w koszach na śmieci. Śmierdzi spalonym plastikiem, kałem
i moczem.
– Prawie nie ma już takiego narkotyku, który nie zawiera fentanylu. To substancja z piekła rodem – ostrzega Megan Cohen. Ta 30-latka sama była uzależniona, jeszcze kilka lat temu handlowała prochami i siedziała w więzieniu za kradzież. Teraz, kiedy udało jej się wyjść z narkotykowego getta przy Kensington Avenue, wraz ze swoją organizacją charytatywną The Grace Project raz w tygodniu zaopatruje narkomanów w jedzenie i odzież.
Parę metrów dalej mężczyzna podaje kobiecie „strzał”. – Coraz więcej narkomanów nie wstrzykuje już sobie heroiny, lecz konsumuje proszek, który zawiera tylko fentanyl. Działanie jest silniejsze – tłumaczy Cohen. Tak jest ponadto taniej. Mała paczuszka, czyli „nickel”, kosztuje pięć dolarów, a większy „dime” – dziesięć. Duże paczki wystarczają na kilka strzałów.
Na Kensington Avenue Cohen ma na wszelki wypadek w kieszeni zapas narcanu. To lek pierwszej potrzeby w postaci spreju do nosa, który może uratować życie w razie przedawkowania fentanylu. Jeśli obok niej ktoś się przewraca, natychmiast podaje mu narcan. Megan i jej pomocnicy uratowali już w ten sposób dziesiątki ćpunów. Sama wcześniej wielokrotnie otrzymywała pierwszą pomoc
w tej formie.
Jednak w niektórych przypadkach nawet narcan już nie wystarcza. Aby wzmocnić działanie narkotyku syntetycznego i zwiększyć uzależnienie swoich klientów”, gangi zaczęły dodawać ksylazynę. Taki środek znieczulający, znany w środowisku narkomanów jako „tranq”, weterynarze aplikują koniom lub bydłu. Kto przedawkuje fentanyl i tranq, może zostać uratowany często tylko dzięki sztucznemu oddychaniu. U ludzi ksylazyna może ponadto wywoływać bolesne rany. U niektórych narkomanów z Kensington Avenue tkanka w tych miejscach obumiera. W skrajnych przypadkach zachodzi konieczność amputacji.
Nie nasza sprawa
Do Bidena i demokratów zaczyna docierać, że szybko muszą zrobić coś więcej z tym kryzysem. W nadchodzącej kampanii wyborczej prezydent chce zapobiec powstaniu wrażenia, że nie dość zdecydowanie walczy z gangami narkotykowymi czy innymi przestępcami. Odpierając krytykę ze strony republikanów, w lutowym orędziu o stanie państwa zapowiedział zaostrzenie kar dla handlarzy narkotyków. Oprócz tego obiecał skuteczniejsze kontrole kontenerów i ciężarówek na przejściach granicznych. Narcan ma być
w przyszłości sprzedawany w każdej drogerii, bez recepty. Niedawno w USA wniesiono pozwy przeciwko członkom kartelu Sinaloa. Departament Sprawiedliwości ma na celowniku szeroko rozgałęzioną rodzinę uwięzionego bossa narkotykowego Joaquína „El Chapo” Guzmána, która ponoć wciąż włada tym kartelem.
– Mamy bardzo słabą współpracę z Chinami – przyznał Todd Robinson, zajmujący się tą sprawą sekretarz stanu w administracji Bidena, podczas przesłuchania w Kongresie. Szefowa DEA Anne Milgram oświadczyła zaś: Uważam, że Meksyk powinien robić więcej.
Tymczasem rządy Chin i Meksyku nie poczuwają się do odpowiedzialności. – Nie ma nielegalnego handlu tą substancją między Chinami a Meksykiem – oznajmiło ministerstwo spraw zagranicznych w Pekinie. Także Meksykanie wyrażają oburzenie krytyką
z Waszyngtonu. – Nie produkujemy i nie konsumujemy fentanylu – podkreślał niedawno prezydent Meksyku Andrés Manuel López Obrador. Jego zdaniem używka pochodzi przede wszystkim z Chin. Meksyk to w jego ocenie najwyżej przystanek dla ułamkowej części eksportu do USA. Prezydent twierdzi, że poza tym jego kraj nie ma nic wspólnego z tą sprawą. Agencji DEA zarzucił bezprawną działalność szpiegowską w jego kraju.
Niemniej pod presją administracji Bidena Meksyk zgodził się włączyć na większą skalę wojsko do zwalczania przemytu narkotyków na granicy. W zamian Amerykanie obiecują bardziej stanowcze działania przeciwko nielegalnemu handlowi ręczną bronią palną
w kierunku Meksyku. Czy da to wydatne rezultaty, można wątpić. Generalnie prezydent Meksyku uważa, że kryzys związany
z fentanylem jest przede wszystkim rezultatem „rozkładu społecznego” w USA. W tym zaś akurat może być trochę prawdy.
(Der Spiegel, distr. by NYT Synd.)
/ historia
lipiec '23 (11)

Deklaracja niepodległości USA
WOJTEK DUCH
O tym, jak Stany Zjednoczone
powstały przeciwko Wielkiej Brytanii
Deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych to dokument, który został przyjęty przez trzynaście angielskich kolonii zbuntowanych wobec Imperium Brytyjskiego. Stanowił akt polityczny wojny, która zakończyła się uzyskaniem niepodległości przez Stany Zjednoczone.
Ustawa stemplowa
Bezpośrednim powodem do wybuchu fali niezadowolenia
w koloniach była ustawa stemplowa przyjęta przez brytyjski parlament w 1765 r. Wprowadzała konieczność umieszczenia stempla na gazetach, czasopismach, dokumentach urzędowych, polisach, aktach stanu cywilnego itd. Była de facto olbrzymią podwyżką podatków. Wielka Brytania w ten sposób chciała odrobić wydatki jakie poniosła w wojnie siedmioletniej. Dodatkowymi kosztami dla Londynu było także utrzymywanie licznych wojsk w Ameryce Północnej.
Jako, że ustawa stemplowa miała bardzo szeroki zakres stosowania to niemalże każdy kolonista w swoim portfelu odczuł jej skutki. Toteż rozpoczęły się mniej lub bardziej formalne protesty przeciwko jej obowiązywaniu. Dyskutowano także czy Wielka Brytania miała w ogóle prawo do nałożenia takich podatków. W Izbie Obywateli Wirginii zainicjowano wiele rezolucji krytykujących nowe prawo, w tym stwierdzających, że wyłącznie lokalny parlament ma prawo nakładać nowe podatki. Powstała także organizacja Synów Wolności mająca koordynować działalność przeciwko ustawie stemplowej.
W efekcie ustawa stała się martwym prawem, gdyż nikt jej nie przestrzegał, a zapasy stempli zniszczono.
Rozbudzone antybrytyjskie nastroje spowodowały, że przedstawiciele różnych kolonii postanowili współdziałać. Toteż w październiku 1765 r. zorganizowano kongres w Nowym Jorku. Był to pierwszy zjazd delegatów z poszczególnych kolonii. Wzięli w nim udział przedstawiciele stanów: Massachusetts, Rhode Island, Connecticut, Nowego Jorku, New Jersey, Pensylwanii, Delaware, Maryland i Południowej Karoliny. Wszyscy wybrani delegaci byli członkami ich kolonialnych ciał ustawodawczych. Na Kongresie uchwalono deklarację, w której uznano, że tylko stanowe ciała ustawodawcze mogą uchwalać podatki.
Ustawy Townshenda
Niepowodzenie z ustawą stemplową spowodowało, że Brytyjczycy w inny sposób starali się napełnić skarb imperium. Skoro nie udało się z opłatami stemplowymi tym razem sięgnęli po cła. Wprowadzono je na importowane do kolonii dobra takie jak szkło, papier, ołów, farby i herbata. Autorem zwiększenia obciążeń celnych był kanclerz brytyjskiego skarbu Charles Townshend. Uznał, że skoro koloniści nie godzą się na ich opodatkowanie, to nie mają podstaw do sprzeciwu wobec ustaw związanych z handlem. Dla zabezpieczenia interesów Londynu Townshend powołał Komisję Kontrolerów Celnych oraz powołał się na ustawę
z 1765 r., która nakazywała koloniom obowiązek zakwaterowania i zaopatrzenia wojsk brytyjskich.

Samuel Adams / fot.: Wikimedia Commons / domena publiczna
Zwiększenie ceł spotkało się również z krytyką kolonistów, którzy kwestionowali i przyjęte cła i obowiązek łożenia na utrzymanie brytyjskich wojsk. W koloniach, podobnie jak
w przypadku ustawy stemplowej, ignorowano urzędników celnych i nie uiszczano ceł za towary. Prym w rewolucyjnych nastrojach wiedli mieszkańcy Bostonu. Brytyjczycy interweniowali w mieście i w trakcie jednej z nerwowych demonstracji zabili pięciu mieszkańców Bostonu. Jeden
z liderów opozycji, Samuel Adams, wykorzystał te wydarzenia do głoszenia, że w Bostonie doszło do rzezi i masakry ludności.
By uspokoić nastroje następca Townshenda, Frederick North, doprowadził do zniesienia ceł wprowadzonych przez poprzednika. Pozostawiono jedynie cło na herbatę. To na kilka lat doprowadziło do uspokojenia nastrojów w Ameryce.
Herbata bostońska
W 1773 r. sytuacja znowu uległa zaognieniu. Powodem była Ustawa o herbacie, która miała na celu zabezpieczyć interesy Kompanii Wschodnioindyjskiej. Oto bowiem w tym okresie na światowych rynkach pojawiło się bardzo wiele herbaty, a jej ceny spadły. Jej ogromne zapasy miała właśnie Kompania. Toteż brytyjski parlament przyznał jej monopol na sprzedaż tej rośliny w koloniach. To godziło w interesy amerykańskich importerów herbaty oraz jej przemytników.
Nowemu ustawodawstwu sprzeciwiano się bojkotem sprowadzanej herbaty. Do najgłośniejszego tego typu wystąpienia należała słynna herbatka bostońska. Tak nazwano wydarzenie, w którym koloniści w przebraniu Indian wtargnęli w Bostonie na statek z herbatą i wyrzucili za burtę jej cały ładunek.
Ustawy nie do przyjęcia
Kolejne bunty w koloniach spotkały się z zaostrzeniem brytyj-skiego kursu. Uznano, że tym razem wolę imperium należy wyegzekwować siłą, gdyż dalsze pobłażanie godzi w prestiż Wielkiej Brytanii. Dodatkowo obawiano się, że polityka
ustępstw może doprowadzić do utraty kolonii w Ameryce. Dlatego w 1774 r. brytyjski parlament przyjął serię ustaw mających ukarać Massachusetts (w tej kolonii znajdował się Boston) za bostońską herbatkę. Jedną z kar było zamknięcie portu w Bostonie. Te opresyjne akty wywołały silny opór kolonialny, w których przedmiotowe akty nazwano „ustawami nie do przyjęcia”.
Pierwszy Kongres Kontynentalny
Inne kolonie okazały solidarność z Massachusetts
i postanowiły wspólnie opierać się brytyjskim represjom. Wiosną 1774 parlament Wirginii wezwał pozostałe kolonie do zorganizowania wspólnego zjazdu przedstawicieli. Ten odbył się w dniach od 5 września do 26 października w Filadelfii. Był to zarazem Pierwszy Kongres Kontynentalny. Wzięło w nim udział 12 z 13 kolonii (nie było przedstawicieli Georgii). Na Kongresie postanowiono potwierdzić wierność wobec króla Anglii, ale jednocześnie wystosowano żądania wobec Londynu, a także powołano własną milicję obywatelską.
Drugi Kongres Kontynentalny
Kolejne miesiące doprowadziły do dalszego zaognienia sytuacji między kolonią a Wielką Brytanią. W koloniach tliła się rebelia. Do pierwszych starć angielskich wojsk z milicją kontynentalną doszło 19 kwietnia 1775 r. pod Lexington
i Concord. Uchodzą one za początek wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.
Miesiąc po tych wydarzeniach w Filadelfii zebrał się Drugi Kongres Kontynentalny. Obradował od 10 maja 1775 r. do
2 marca 1789 r. na wielu sesjach. Delegaci powołali Armię Kontynentalną i podjęli decyzję o emisji dolara kontynentalnego. Kongres postanowił także o zamknięciu portów dla Brytyjczyków oraz zalecił tworzenie rządów stanowych. Zapomnianą ze względu na uchwaloną dwa dni później Deklarację niepodległości była rezolucja z 2 lipca
1776 r., w której delegaci stwierdzili, że kolonie są wolnymi
i niepodległymi stanami.
Deklaracja niepodległości
Kluczowym aktem, którego data uchwalenia jest dniem świętowania niepodległości w Stanach Zjednoczonych była Deklaracja niepodległości. Została przyjęta jednomyślnie przez trzynaście kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej. Autorem jej tekstu był Thomas Jefferson, któremu pomagali Benjamin Franklin i John Adams.
W obradach wzięli udział przedstawiciele trzynastu kolonii: New Hampshire, Massachusetts Bay, Rhode Island i Providence Plantations, Connecticut, Nowego Jorku, New Jersey, Pensylwanii, Maryland, Delaware, Wirginii, Karoliny Północnej, Karoliny Południowej i Georgii.

Pierwsza karta Deklaracji niepodległości
/ fot.: Wikimedia Commons / domena publiczna
Deklaracja wyjaśniała dlaczego kolonie są w stanie wojny
z Wielką Brytanią oraz uzasadniała prawnie i moralnie ogłoszenie niepodległości Stanów Zjednoczonych
i wypowiedzenia posłuszeństwa wobec Wielkiej Brytanii:
„Takoż my, reprezentanci Zjednoczonych Stanów Ameryki, na Ogólnym Kongresie zgromadzeni, przywołując Najwyższego Sędzię tego świata w przekonaniu o słuszności naszych intencji, a w imię oraz z umocowania dobrego narodu tych tutaj kolonii, uroczyście publikujemy i deklarujemy, iż te zjednoczone kolonie są i prawem powinny być wolnymi
i niezależnymi Stanami; iż są one uwolnione od lojalności dla brytyjskiej korony, oraz że wszelka polityczna więź między nimi a państwem Wielkiej Brytanii jest i powinna być zupełnie rozwiązana; oraz iż jako wolne i niezależne Stany mają one pełną władzę wydawać wojnę, zawierać pokój, wchodzić
w przymierza, zakładać handel, oraz dokonywać wszelkich takich działań i spraw, jakie niezależne stany prawnie podejmować mogą. A dla wsparcia tej deklaracji, ufając stale w osłonę bożej opatrzności, wzajem sobie zawierzamy nasze żywota, naszą pomyślność, oraz nasz święty honor.”
Wymieniono w niej także 27 kolonialnych skarg przeciwko królowi Jerzemu III. Wśród nich znajdowały się zarzuty dotyczące odcinania kolonii od handlu, nakładania podatków bez zgody kolonii, ograniczaniu sądów przysięgłych, utrzymywaniu angielskich wojsk bez zgody kolonii itd.
Wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych
Rozpoczęta w kwietniu 1775 r. wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych trwała do 3 września 1783 r. Amerykańskim kolonistom, dzięki przede wszystkim pomocy Francji, udało się ostatecznie zwyciężyć. Na końcu tej drogi było uchwalenie
w dniu 17 września 1787 r. Konstytucji Stanów Zjednoczonych.
Dzień Niepodległości
Na pamiątkę uchwalenia Deklaracji niepodległości 4 lipca
w Stanach Zjednoczonych obchodzone jest święto państwowe Dzień Niepodległości. Jest obchodzone już od 1777 r., ale oficjalnie stosowną uchwałę Kongres Stanów Zjednoczonych podjął w 1870 r. 4 lipca jest w USA dniem wolnym od pracy.
(historia.org.pl)
/ sztuka malarstwo
lipiec '23 (11)

Zdzisław Beksiński
– artysta niezapomniany
TEKST I ZDJĘCIA: DARIUSZ LACHOWSKI
Zdzisław Beksiński był jednym z najwybitniejszych polskich artystów XX wieku. Urodzony w 1929 roku
w Sanoku, zapamiętany został przede wszystkim ze swoich surrealistycznych prac, w których często przedstawiał mroczne, dystopijne światy, pełne dziwnych stworzeń i morderczych niby pleśniowych tkanek, krzyży, rozbitych maszyn i wraków.
Jego prace poruszające tematykę cierpienia, strachu, bezsilności i odchodzenia były często interpretowane jako wyraz jego osobistych demonów i lęków czemu on sam, swoim życiem i postawą, zdawał się przeczyć na każdym kroku. Nie wolno zapomnieć, że Zdzisław Beksiński był również wybitnym malarzem, rzeźbiarzem, pisarzem i fotografem. Jego prace były prezentowane na wielu wystawach w Polsce i za granicą. Należy tu wspomnieć, że jego pierwsza oficjalna wystawa, oryginalnych prac w Stanach Zjednoczonych, miała miejsce w Muzeum Polskim w Ameryce tu w Chicago w roku 2017 –> A Tale Told by the shadows. Zginął tragicznie, zamordowany przez młodego mężczyznę we własnym mieszkaniu. W tym roku mija 18 lat od tej bezsensownej śmierci.
Choć jego życie zostało przerwane przedwcześnie, Beksiński pozostawił po sobie niezwykle bogate dziedzictwo artystyczne, które nadal fascynuje i inspiruje wielu ludzi na całym świecie. Zgodnie z zapisem testamentowym artysty Muzeum Historyczne w Sanoku stało się Jego jedynym spadkobiercą, przejmując kilka tysięcy prac, w tym fotografie, rysunki, grafiki i obrazy. 19 maja 2012 roku
w odbudowanym południowym skrzydle zamku otworzono GALERIĘ BEKSIŃSKIEGO prezentującą wszystkie etapy i dziedziny twórczości niezwykle intrygującego fotografa, rzeźbiarza, rysownika, grafika i malarza. Muzeum Historyczne w Sanoku, we współpracy z rozmaitymi instytucjami, zorganizowało w wielu dużych miastach Polski dziesiątki wystaw Zdzisława Beksińskiego.
Sztuka jest jednym z najważniejszych aspektów naszego życia, wpływa na nasze myśli, emocje i sposób postrzegania świata, jak go rozumiemy i jak w nim się odnajdujemy. Choć każdy z nas ma inny gust artystyczny, to sztuka dla każdego bez wyjątku może być źródłem inspiracji, emocji, refleksji i rozwoju. Dzięki sztuce możemy wpływać na naszą percepcję świata, pomagając sobie zrozumieć i docenić różnorodność kultur i perspektyw, z których je obserwujemy. Dzieła sztuki, zwłaszcza te eksponujące tematy trudne, niezrozumiałe, a czasem kontrowersyjne, mogą poszerzyć naszą wiedzę i zainteresowanie światem oraz pobudzić naszą empatię i zrozumienie dla innych ludzi i ich wewnętrznych doświadczeń.
Sztuka była dla Zdzisława Beksińskiego narzędziem do wyrażania własnych myśli, idei i emocji, a dla jego odbiorców na całym świecie, pozostała skomplikowanym kluczem-narzędziem do zrozumienia i interpretacji siebie oraz świata.

Zdzisław Beksiński był artystą o niezwykle wszechstronnym talencie, tworzącym nie tylko w dziedzinie malarstwa, ale także rzeźby
i fotografii. Prace Zdzisława Beksińskiego, niedające się ujarzmić w jego ramach czasowych, niezależnie od formy artystycznej, charakteryzują się wyjątkową estetyką, innowacyjnością i wyrazistością, niespotykaną nigdzie wcześniej. Jako malarz, został zapamiętany przede wszystkim za swoje surrealistyczne i postapokaliptyczne kompozycje, przedstawiające mroczne, groteskowe światy pełne dziwnych stworzeń, kosmicznych krajobrazów, krzyży i rozpadających się maszyn. Jego prace poruszają tematykę cierpienia, strachu i niepewności, nieomal zawsze nacechowane są jednak liryzmem i tajemniczością, pozostawiają odrobinę nadziei, to wszystko sprawia, że trudno się od nich oderwać.
Jako rzeźbiarz, Beksiński eksperymentował z różnymi technikami, tworząc monumentalne formy abstrakcyjne. Jego rzeźby charakteryzują się dynamiczną formą i surowością faktury, co daje efekt hipnotyzującej mocy.

Jako fotograf, Beksiński zajmował się głównie fotografią abstrakcyjną, eksperymentował z materiałem i narzędziami. Jego zdjęcia charakteryzują się wyjątkowym wyczuciem formy i światła, sprawia to, że przedstawiona na nich rzeczywistość staje się niezwykle wizualną opowieścią. Pomimo że jego fotografie zostały wykonane w czerni i bieli, w odbiorze tryskają one serią barw, uczuć i emocji. Beksiński umiejętnie wykorzystywał język formy i światła, by uchwycić przemijającą chwilę, otaczającego go świata w sposób, który pobudza wyobraźnię i wzbudza emocje. Do dziś jego niezwykłe fotomontaże i zadziwiające portrety budzą ogromne zainteresowanie u odbiorców.
Wszystkie te formy artystyczne, jakimi posługiwał się Zdzisław Beksiński, są wyrazem jego niezwykłego talentu, wyobraźni
i wrażliwości artystycznej. Jego prace są nadal źródłem inspiracji i fascynacji dla wielu ludzi na całym świecie, a jego dziedzictwo artystyczne pozostaje niezwykle ważne i wartościowe.

Zdzisław Beksiński był artystą, którego wyjątkowe podejście do sztuki i unikalna wizja inspirują ludzi na całym świecie. Jego dzieła odzwierciedlają piękno, tragedię i tajemnicę ludzkiego doświadczenia. Jego twórczość, która obejmuje wiele różnych mediów, pozostawia niezatarte piętno na historii sztuki. Choć jego odejście było wielką stratą dla świata sztuki, jego spuścizna nadal żyje dzięki ludziom, którzy kochają i szanują jego pracę!

Zdzisław Beksiński 73x61; 1979 / fot.: mat. Muzeum Sztuki Fantastycznej
w Warszawie

Zdzisław Beksiński "OR"; 1986; pochodzi z kolekcji prywatnej, nie był jeszcze prezentowany/ fot.: mat. Muzeum Sztuki Fantastycznej w Warszawie

“Beksiński w Gdańsku”
W Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, od 1 lipca 2023 roku, czynna jest jedna z największych wystaw obrazów Zdzisława Beksińskiego organizowanych dotąd w Polsce. 64 dzieła eksponowane są na dwóch poziomach - w foyer i w sali poniżej. Większość prac pochodzi z Muzeum Historycznego w Sanoku, a dziewięć z kolekcji prywatnych, spośród nich trzy nie były dotąd nigdy prezentowane. Wystawa potrwa do
1 października bieżącego roku.
Na jego wystawach pojawiają się tłumy, ale rzadko ktoś deklaruje, że chciałby mieć taki obraz w domu, wszak budzą zarówno fascynację, jak i lęk.
Na płótnach monumentalne budowle wyłaniają się
z zamglonych krajobrazów, gigantyczne głowy w hełmach zieją czeluścią pustych oczodołów, a na popękanej z braku wody ziemi rozkładają się ludzko - zwierzęce szczątki. Pełzają zdeformowane postaci, trupie światło tylko gdzieniegdzie rozjaśnia czerwień pożarów.
Skąd te apokaliptyczne wizje, zapowiedź rychłej katastrofy? Artysta wyjaśniał, że w taki sposób oswaja śmierć.
O uwielbienia do odrzucenia
Na stronie galerii Beks.pl poświęconej Zdzisławowi Beksińskiemu można przeczytać następującą anegdotę - malarz wspomina, że jako pierwszy na jego sztuce, jeszcze
w szkole, poznał się ksiądz, który na rekolekcjach krzyczał
z ambony: „Synu, ja ci przepowiadam, ty umrzesz, a twoje wstrętne dzieła gorszyć będą jeszcze pokolenia”.
Nie miał do końca racji. Polaków skomplikowana osobowość
i apokaliptyczna twórczość Beksińskiego faktycznie fascynują. I inspirują. Magdalena Grzebałkowska
w reporterskiej książce z 2014 roku “Beksińscy. Portret podwójny” opisując drobiazgowo skomplikowany świat malarza, pisała o trojgu kochających się ludzi, którzy nie potrafią dać sobie oparcia i bliskości. Dwa lata później Andrzej Seweryn wcielił się brawurowo w postać artysty w filmie Jana P. Matuszyńskiego “Ostatnia rodzina”, który gromadził tłumy
w kinach. Kreację aktora doceniono na festiwalu w Gdyni
i w Locarno. Bardzo wnikliwy obraz postaci Beksińskiego
i jego zawiłych relacji rodzinnych ukazał też Marcin Borchardt
w dokumencie “Album wideofoniczny” zmontowanym
z archiwaliów malarza.
Ale świat wizji Beksińskiego nie przyjął. Pomimo wysiłków wielu marszandów, w tym Piotra Dmochowskiego, który przyjaźnił się z artystą i promował jego twórczość, między innymi we Francji, gdzie założył galerię, sprzedał też kilkadziesiąt dzieł do Japonii - prace trafiły na początku lat 90. do prywatnego muzeum sztuki europejskiej krajów wschodnich w Osace. Muzeum już nie istnieje, obrazy wróciły na aukcje do Polski. Dlaczego?
- Problemem było to, co i jak malował. Sztuka tego typu nie jest akceptowana przez tamtejszą instytucjonalną część świata związanego z kulturą - uważają organizatorzy. - Nie jest więc promowana i prezentowana, a bez takiego wsparcia trudno dotrzeć do zwykłych odbiorców sztuki. Żeby poznać artystę, nie wystarczy zobaczyć go w internecie. Szkoda że został zaszufladkowany do makabrycznych wizji, a przecież nie tylko takie tworzył.
- Wydaje mi się, że zachodnie muzea zupełnie nie są na taką wizję przemijania i śmierci, jaką miał Beksiński w głowie, gotowe - zastanawia się dyrektorka Muzeum Sztuki Fantastycznej. - Nas taka wizja aż tak nie poraża. Chociaż niektórych przeraża, inaczej na nią patrzymy, przez pryzmat naszych doświadczeń historycznych. Na poprzedniej wystawie były takie dwa obrazy, które naprawdę bardzo wielu osobom kojarzyły się z tragicznymi wydarzeniami. Ludzie widzieli na nich płonącą katedrę Notre Dame, nawet katastrofę smoleńską. Jeśli nawet te interpretacje ktoś uzna za naciągane, może i tak, to nadal uważam, że jego malarstwo jest wizyjne. I oby ta wizja się do końca nie spełniła, chociaż pan Piotr Dmochowski twierdzi, że tak, i że stoimy w przededniu apokalipsy, którą przewidział w obrazach Beksiński.
Zabrzmiało groźnie... Nie zapominajmy, że sztuka nie zna ani granic ani kompromisów... Oceniajmy sami i doszukujmy się swojego zrozumienia czy zespolenia wizyjnego z artystą. (oprac. pakamera.polonia)
Zdzisław Beksiński "AG76"; 1976 / fot.: mat. Muzeum Sztuki Fantastycznej
w Warszawie.
Ten obraz, przedstawiający nocny widok na plażę i morze, które wyrzuca dziwne odpady cywilizacji. rzadko pokazywany jest w Muzeum Historycznym w Sanoku. Znalazł jednak swoje miejsce na gdańskiej ekspozycji ku uciesze fanów twórczości Beksińskiego, którzy wręcz uwielbiają właśnie to dzieło artysty.
/ sztuka malarstwo
lipiec '23 (11)
Wizualizacja wyobraźni
MARIUSZ SKOWROŃSKI w rozmowie z Iwoną Duniec
Zdjęcia: Mariusz Skowroński
W galerii Dwell Studio Chicago można było podziwiać wystawę Iwony Duniec zatytułowaną: “On It’s Way To Dharma”. Piękne, bogate w kolory obrazy przeniosły naszą wyobraźnię w inne wymiary czasu i przestrzeni. Spokój, jaki z nich emanował, wprowadził nas w wizualną medytację.
Mariusz Skowroński: Mogłabyś opowiedzieć historię twojej pasji, bo – muszę przyznać – jest fascynująca, a znam tylko jej cześć…
Iwona Duniec: Urodziłam się w Polsce, w bogatym kulturowo Krakowie. Już jako pięciolatka spędzałam mnóstwo czasu malując obrazki. Moja Mama kupowała mi kolorowanki, z których zwykle wybierałam te najtrudniejsze, aby uczyć się kreski. Po jakimś czasie zaczęłam malować dla dziadków, rodziny
i znajomych. Pierwsze klasy szkoły podstawowej, to również pierwsze prywatne lekcje malarstwa. Później brałam udział
w konkursach plastycznych dzięki mojej nauczycielce od plastyki. Ona dokonywała wyboru moich prac konkursowych, a ja często nie zdawałam sobie sprawy, za które prace jestem nagradzana. Dochodziło do anegdotycznych sytuacji, które dzisiaj wspominam z ogromną przyjemnością.
Z biegiem czasu zaczęłam dostawać coraz więcej zamówień. Było to dla mnie dodatkowym bodźcem do dalszego tworzenia, tym bardziej, że udawało mi się łączyć pasję z pracą i studiami. Dużo wtedy pracowałam - równolegle z rozwojem artystycznym studiowałam w Szkole Biznesu i Marketingu, a potem na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Po uzyskaniu tytułu magistra stosunków międzynarodowych o specjalizacji handel międzynarodowy, przeprowadziłam się do Chicago. W moim drugim domu – bo tak od razu poczułam się w tym mieście - zaczęłam realizować swoje artystyczne marzenia. Pierwsze obrazy, pierwsze wystawy… ależ to było przeżycie. Każda wystawa jest ważna, ale te pierwsze pamięta się najbardziej. Na jednej z nich miałam zaszczyt poznać powszechnie znanego, wybitnego artystę Voytka Glinkowskiego. Dzięki niemu, jego doświadczeniu i podpowiedziom, wzbogaciłam techniki malarskie i zgłębiłam sekrety sztuki.
M.S.: Czym jest dla Ciebie sztuka?
I.D.: Sztuka to energia i podróż do innych wymiarów, gdzie granice nie istnieją. To mój dialog między kolorem, światłem
i płótnem, w którym mogę przechowywać wibracje i dzielić się nimi z odbiorcami. To nigdy niekończące się poszukiwanie znaczenia czegoś, co przekracza naszą zdolność postrzegania.
Uważam, że istnieją inne głębsze wymiary wszechświata, wykraczające poza nasze możliwości zmysłowe. Ogromna siła, boskość, czy też energia, która łączy wszystkie żywe istoty.
Moje dzieła charakteryzują się bogatą fakturą, która dodaje im uzupełniającego wymiaru, wrażenia swobodnego ruchu, odczucia koloru i światła. W swoich obrazach głównie posługuję się akrylem, ale nie uciekam też od mieszania mediów.
M.S.: Skąd biorą się Twoje pomysły?
I.D.: Prawdę powiedziawszy, wszystko jest dla mnie inspiracją:
a to jakaś myśl spowodowana przeżyciami, a to medytacja, fotografia, natura …czasem jest to składanka inspiracji z życia codziennego. Myślę, że to natura jest źródłem, z którego pochodzimy, do którego wracamy i należymy. W niektórych obrazach staram się kierować uwagę odbiorców na duchowość
i sposób, w jaki oddziaływuje na nas przyroda.
M.S.: Czy pasja może być sposobem na życie?
I.D.: Oczywiście. Przykłady można mnożyć, że tak się dzieje. To tylko zależy od nas. Niemal każdy przychodzi na świat z darem, talentem, ale często nie ma odwagi go rozwinąć i realizować się
w nim. Malarstwo jest trudną pasją, ale jeśli ktoś uwierzy
w siebie, może ona przerodzić się we wspaniałą samorealizację, przynoszącą również jakieś zyski.
Wielką radość sprawiają mi odbiorcy mojej sztuki, ich obecność na wystawach i niekończące się dyskusje o interpretacji ulubionego obrazu czy tematu ekspozycji. To naprawdę jest niesamowite.
Uważam, że na tym polega sztuka - powinna poruszać najgłębsze pokłady duszy człowieka.
M.S.: Czy zdarza Ci się poprawiać wcześniej namalowany obraz?
I.D.: Kiedyś nie lubiłam poprawek. Dziś uważam, że obraz nie jest ukończony do momentu, kiedy nie zostanie zawieszony na ścianie u nabywcy.
M.S.: W Twoich obrazach widać duże zainteresowanie nie tylko metafizyką, ale i fizyką samą w sobie. Poruszasz się w sferach od mikro do makro kosmosu, w różnych wymiarach czasu, w różnych stanach świadomości. Myślę, że wyraźnie było widać to na Twojej wystawie. Czy mogłabyś przybliżyć nam o czym myślałaś w czasie ich tworzenia?
I.D.: Z przyjemnością. Pod każdym obrazem jest moja opowieść, głównie o tym, co było inspiracją do jego powstania. Resztę pozostawiam Czytelnikom, ich oglądowi i interpretacji.
M.S.: Jakie masz plany, marzenia, bo rozumiem, że nie słuchasz rad sceptyków i będziesz kontynuowała swoją pasję?
I.D.: Nie, tak łatwo nie poddaję się. Jednym z kilku marzeń było pokazanie mojej sztuki w Europie. Międzynarodowa wystawa
w San Diego okazała się wspaniałym początkiem. Jestem bardzo pozytywnie nastawiona do nowych wyzwań, ponieważ kocham to co robię. Malarstwo jest moją pasją, odpoczynkiem, medytacją
i samorealizacją.
Zapraszam do odwiedzenia galerii na mojej stronie internetowej: www.iwonafineart.com . Tam będą też aktualne informacje o wystawach, na które zapraszam.
.jpg)
Eternity
Głównym tematem tego obrazu jest nie tyle kobieta co woda i jej właściwości uzdrawiające. Jak wielu z nas zapewne wie, woda jest symbolem oczyszczenia, odnowy, odrodzenia ciała, ducha i magii.
Kobieta na obrazie wynurza się z wody uzdrowiona i odrodzona. Jej duch budzi się i odmładza przy akompaniamencie światła pojawiającego się na horyzoncie…. oświetlając jej nową ścieżkę życia i nieznaną podróż.
.avif)
Prisoner of time
Wszyscy jesteśmy więźniami czasu, nie mamy nad nim kontroli ani też możliwości ucieczki. Całe nasze życie toczy się według zegarka, harmonogramu norm i zasad. Nawet obecny moment naszego istnienia jest w nieustannym ruchu od niedostępnej przeszłości do nieznanej przyszłości. W naszym codziennym życiu jedynie medytacja umożliwia nam ucieczkę przed normami czasowymi.

Spirit of the tree
Wracam tu do pytania, gdzie są tak naprawdę nasze korzenie? Natura najlepiej nam to uświadamia. W jej otoczeniu, w jej dźwiękach odpoczywamy, regenerujemy siły witalne i mentalne. Dzisiejszy świat odrywa nas od tego co jest naszą kolebką. Codzienna bieganina, telefony, komputery przyczyniają się do całkowitej dyskonekcji
z naturą i powoduje coraz większe pogrążanie się w iluzji życia. Zapominamy o prawdziwym świecie, przyrodzie
i o tym, że jest ona źródłem i podstawą naszego życia. Światełko na tym obrazie wskazuje powrotną drogę do natury.
Bardzo dziękuję zarówno za rozmowę jak i za impuls do dalszych poszukiwań... Wędrówka po wystawie
z przewodnikiem była fascynująca...



MYSTERY DIMENSIONS I
MYSTERY DIMENSIONS II
MYSTERY DIMENSIONS III
Inspiracją do tego tryptyku jest naukowa Teoria Superstrun istnienia dziesięciu różnych wymiarów, których nie jesteśmy w stanie doświadczyć naszymi zmysłami.
Świat, który znamy, ma trzy wymiary przestrzeni - długość, szerokość i głębokość oraz jeden wymiar czasu. Egzystuje jednak prawdopodobieństwo istnienia większej ilości wymiarów.

Music of Universe
Moja miłość do muzyki była inspiracją. Bo "Muzyka jest uniwersalnym językiem ludzkości". Posiada specjalną moc, przemawia do naszego wnętrza i dotyka istoty naszego “ja”. Częstotliwość złożonych dźwięków ma wpływ na poziom energii
i dostraja nasze dusze. To jedno z najlepszych lekarstw dla człowieka.
_edited.avif)
Iwona Duniec w pracowni
Miłe i gościnne miejsce... Iwona zaprasza wszystkich zainteresowanych jej twórczością i rozmowami o sztuce. Atmosfera tam panująca inspiruje do podejmowania nowych pasji w życiu...
/ literatura
lipiec '23 (11)
Głusza
ANNA GOC
"Głusza" to udana próba oddania głosu osobom niesłyszącym, Głuchym. Jak mówi jeden z bohaterów książki: – Jesteśmy niepełnosprawni tylko między wami, słyszącymi – i dodaje: – Gdy jesteśmy sami ze sobą, głusi
z głuchymi, możemy używać naszego języka i nie czujemy się inni. Michał Nogaś pisał: "jest to książka wstrząsająca i niemal natychmiast stawiająca czytelnika do pionu. Nie tyle obala, co dewastuje pokutujące wśród większości obywateli przekonania".
Książka ta jest reporterskim debiutem Anny Goc, dziennikarki, laureatki tegorocznej edycji Nagrody imienia Ryszarda Kapuścińskiego, Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego, Nagrody "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej oraz – dwukrotnie – Grand Press w kategorii reportaż prasowy. Do 2012 roku była związana z krakowskim oddziałem "Gazety Wyborczej", obecnie współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym".
W 2018 roku opublikowała wywiad rzekę z księdzem Adamem Bonieckim – „Boniecki. Rozmowy o życiu".
Reportaż Goc to niezwykle ważna, przejmująca książka, która przywraca dużej części społeczeństwa godność. Przedstawiamy jej fragmenty:
(...) 3 października 1817 roku pierwsi głusi uczniowie rozpoczęli naukę w warszawskim Instytucie Głuchoniemych. Ksiądz Jakub Falkowski, rektor instytutu, jeszcze przed jego otwarciem wybrał się do Wiednia z kilkoma niesłyszącymi uczniami. Tam podglądał, jak uczy się głuchych, i tak jak l’Épée stawiał na język migowy.
Po jego śmierci głusi mówili, że należy się modlić nie za niego, ale do niego.
Przez kolejne dziesięciolecia języki migowe, których nie dało się utrwalić, były przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Przełom nastąpił wraz ze słynnym w środowisku głuchych kongresem mediolańskim w 1880 roku. Słyszący pedagodzy podjęli wówczas decyzję: głusi żyją wśród słyszących, trzeba więc robić wszystko, by nauczyli się mówić i rozumieli mowę.
Wygrał oralizm. Chociaż nie wszędzie i nie od razu. W Instytucie Głuchoniemych zapanował na dobre dopiero ponad dwadzieścia pięć lat później, a to dlatego, że ówczesny dyrektor placówki Jan Papłoński nie był jego zwolennikiem.
W wielu szkołach miganie zostało zakazane, a języki migowe zeszły do podziemia, czyli do domów, w których mieszkali głusi. Bliscy głuchych wspominają, że jeszcze kilkanaście lat temu ich rodzice albo dziadkowie wstydzili się migać na ulicy.
Głusi zapamiętali tę datę. Po 1880 roku – mówią – nastały wieki ciemne.
2.
– Opowiedzcie mi o waszych szkołach – prosiłam głuchych w różnych częściach Polski.
Niewielka świetlica, w której regularnie spotykają się głusi. Podobnych miejsc jest w kraju więcej, bo zanim pojawił się szybki internet, a w telefonach kamera, musieli się spotkać, żeby porozmawiać.
Wstaje starszy mężczyzna. Miga powoli wpatrzony w tłumaczkę. Co jakiś czas opuszcza ręce, rozgląda się, sprawdza, czy wszyscy go rozumieją.
To były lata sześćdziesiąte xx wieku, szkoła dla głuchych. Lekcje zaczynały się wcześnie, ale dzieci szły nie na zajęcia, lecz w pole, zbierać ziemniaki. Za tę pracę dostawały miskę zupy. Mężczyzna się krzywi, bo to była zupa tylko z nazwy. Raczej woda z marchewką. I tak codziennie, deszcz, nie deszcz. Wracały do internatu, gdy się ściemniało.
Zgłasza się drugi mężczyzna.
– Moi rodzice słyszeli, więc nie mieliśmy żadnego kontaktu – miga. – W szkole nie uczono nas języka, ani polskiego, ani migowego. Lekcje były od razu po polsku, więc nic z nich nie rozumieliśmy. Wymyśliliśmy z kolegami proste gesty i tak się porozumiewaliśmy. Dopiero w szkole zawodowej dla głuchych w innym mieście poznałem chłopaków, którzy mieli niesłyszących rodziców. To oni nauczyli mnie migać.
Kilka osób w sali, także młodszych, przytakuje. One też nauczyły się języka migowego od innych głuchych.
Kobieta z pierwszego rzędu miga, że nienawidzi słowników języka polskiego i dodaje:
– Nauczyciele w szkole mówili do nas, mówili, mówili... Nic nie rozumieliśmy. Potem pisali jakieś słowa na tablicy, a my je przepisywaliśmy. Albo rozdawali nam słowniki języka polskiego i kazali wynotowywać po kolei słówka. Litera a – „agrafka", dwadzieścia razy. Potem uczyliśmy się tych słów na pamięć, choć nie wiedzieliśmy, co znaczą.
Obok niej siedzi młodsza kobieta, która skończyła szkołę dla głuchych dwadzieścia lat temu. Twierdzi, że w tych placówkach niewiele się zmieniło od jej czasów. Wysuwa język, ciągnie za koniuszek, palce nie ześlizgują się, ma wprawę. Otwiera oczy szerzej, jakby sobie przypominała, jak dwadzieścia lat temu w podstawówce dla głuchych ktoś inny ciągnął ją za język. Puszcza. Po chwili mówi „rrr". „Rrr" jest wyraźne, ale ona o tym nie wie, nie słyszy go.
Równocześnie zaczyna migać kilka osób. Tłumaczka prosi, żeby zgłaszały się po kolei.
Inna kobieta rozchyla lekko usta i z jej gardła wydobywa się „rrr". Nauczyła się tego w szkole dzięki wkładanej do gardła metalowej łyżce. Za nią stoi jej brat, także głuchy, patrzy na siostrę, przytakuje. Podobnie jak parę innych osób – im również wkładano łyżki do buzi. Dwie kobiety, nieco starsze, też wysuwają języki. Rozlega się grupowe „rrr".
Kilka osób opuszcza głowy, ktoś odwraca wzrok. Nie chcą o tym rozmawiać. Starszy mężczyzna zakrywa dłońmi uszy. Wykrzywia twarz.
– Kazali nam nosić aparaty, uczyć się polskiego – miga. – A my słyszeliśmy w nich tylko bulgot. Za nienoszenie aparatów była kara: stanie na baczność. Ty stoisz – reszta patrzy. Za miganie – bicie po rękach.
Zamyśla się.
– Czasami brali kogoś z nas na środek klasy i odpytywali ustnie, jak słyszących. Pytali, choć wiedzieli, że nie słyszymy ich pytań i nie odpowiemy, bo nie potrafimy mówić. Ale wystarczyło wydobyć głos. Oni chcieli tylko naszego głosu. Głos głuchego był ich największym sukcesem. – Mężczyzna uśmiecha się pod nosem. – Mówiłem: „ble, ble, ble", a nauczycielka kiwała głową: „bardzo dobrze".
Po spotkaniu podchodzi do mnie jeszcze kilka osób. Młody chłopak pracuje w sklepie. Czasem gdy ktoś go pyta o brakujący produkt, wskazuje palcem ucho, że nie słyszy. Z ruchu warg klienta udaje mu się wtedy odczytać: „Ukrainiec".
– Myślą, że jestem cudzoziemcem, bo nie mówię po polsku – miga.
Starsza kobieta zatrzymuje mnie już przy drzwiach. Patrzy niepewnie, rozgląda się. Zaokrągla ramiona, pochyla głowę, bierze jedną dłoń w drugą, jakby chciała je zatulić. Gładzi opuszką palca płytkę paznokcia. Ruch jest powolny, monotonny, czuły.
– Tu obcinali. – Pokazuje na paznokieć, mniej więcej w jednej trzeciej długości. – Każdemu, obowiązkowo. Do krwi. Palce nas bolały. Przez kolejne dni nie mogliśmy migać nawet w ukryciu, bo w szkole, na lekcjach i na przerwach, miganie było zakazane. A myśmy potrafili tylko migać.
3.
Głucha kobieta, którą spotykam w małym mieście na zachodzie Polski, siada naprzeciw tłumaczki. Skończyła podstawówkę ponad czterdzieści lat temu. Miga bez zatrzymywania rąk, sprawnie. Dłonie uderzają o siebie, odbijają się od jej klatki piersiowej. Jakby czuły, że to, co złe, trzeba opowiedzieć szybko. Zdania są krótkie, rwane, wyraziste.
Było ich w domu czworo rodzeństwa, wszyscy głusi.
– Matka się nas wstydziła – miga. – Wysłała nas do szkoły dla głuchych z internatem. Bardzo chciała, żebyśmy nauczyli się mówić.
Kobieta nie pamięta imienia ani nazwiska wychowawcy. Zapamiętała jedynie twarz i ręce.
– Za karę musieliśmy klęczeć. Nikt nie próbował usiąść. Kary były za wszystko, także za miganie. Kazał nam też przepraszać: głośno i wyraźnie. Chociaż nie umieliśmy mówić.
Ręce przyspieszają.
– Budził nas wcześnie. Najpierw musieliśmy robić różne rzeczy, na przykład myć ubikację. Jeśli uznał, że coś zrobiliśmy niedokładnie, zabraniał jeść. Nie dawał śniadania ani obiadu, dostawaliśmy dopiero kolację. Gdy znalazł zabłocone buty albo kurz na półkach, brał szmatę, ścierał brud i wcierał nam go w twarz.
Ręce spieszą się za wspomnieniami.
– Jedną dziewczynkę, która najbardziej się buntowała, bił. Dzieci się bały, nie mogły zasnąć. Sikały do łóżek. A on przychodził
i sprawdzał majtki. Jeśli były mokre, kazał je zdjąć. Albo brał szmatę, rzucał ją w to mokre miejsce na łóżku, a potem obwiązywał dziecku wokół głowy. Robił apele rano i wieczorem. Wszyscy na baczność. Dwa rzędy: w jednym ci z biednych domów, w drugim ci
z bogatych. Wśród nich dzieci z zasikanymi majtkami albo ze szmatą na głowie.
Kobieta obserwuje dłonie tłumaczki, gdy przekłada jej moje pytania, jakby nie była pewna, czy zrozumiałam, o czym miga. Czy ręce tłumaczki dobrze opowiadają jej życie.
– Przychodził, gdy się kąpałyśmy. Musiałyśmy wchodzić pod prysznic razem. Nie było zasłon. Siadał i patrzył. Dzieci próbowały się skarżyć, ale nasza mama nie umiała migać, a my mówić, więc nie potrafiliśmy jej nic powiedzieć. Chciała, żebyśmy mówili. A mówić można się było nauczyć tylko w szkole.
(....)
Głusi mówią, że niechętnie opuszczali szkoły – tylko tam byli wśród innych głuchych, tylko tam mogli migać.
Tłumaczka języka migowego opowiedziała mi historię chłopca, który urodził się na wsi i był jedynym głuchym w okolicy. Rodzice najpierw dziwili się, że dziecko nie zaczęło mówić, ale w końcu przestali się dziwić i wymyślali proste gesty lub odgrywali scenki, które pozwalały im się trochę porozumieć. Chłopiec pomagał ojcu w gospodarstwie, wykonywał prace, które nie wymagały zbyt wielu słów. O szkole dla głuchych powiedział jego rodzicom ksiądz. Zawieźli syna do internatu.
W chłopcu zaczęła następować przemiana. Wciąż nie potrafił mówić, pisać ani czytać, ale za każdym razem, gdy wracał do domu na święta albo wakacje, był radośniejszy. Próbował pokazywać rodzicom różne rzeczy rękami, lecz oni go nie rozumieli. Po kilku latach skończył szkołę i wrócił do domu rodziców na stałe. Dalej próbował coś pokazywać rękami, ale zauważył, że to na nic, że nie rozumieją, więc przestał. Rodzice zmarli, a głuchy mężczyzna odziedziczył dom i gospodarstwo.
– Wtedy go ponownie spotkałam – opowiada tłumaczka języka migowego. – Umówiliśmy się u notariusza. Znałam jego historię, wiedziałam, że był w szkole dla głuchych. Zamigałam coś na przywitanie. Patrzył uważnie na moje dłonie, czasem zapalało mu się światło w oczach, jakby sobie coś nagle przypomniał, ale potem gasło. Używałam coraz to prostszych znaków, mężczyzna jednak nie odpowiedział na żadne pytanie. Zrozumiałam, że żyjąc wśród słyszących, zapomniał swojego języka. (...)
Nagroda imienia Ryszarda Kapuścińskiego – polska coroczna nagroda literacka przyznawana od 2010, ustanowiona przez władze Warszawy i przy wsparciu Gazety Wyborczej. Jej celem jest wyróżnienie najlepszych książek reporterskich, podejmujących ważne problemy współczesności, zmuszających do refleksji i pogłębiających wiedzę o świecie innych kultur. Stanowi również formę uhonorowania polskiego reportera, Ryszarda Kapuścińskiego. Honorowy patronat nad nagrodą objęła żona pisarza, Alicja Kapuścińska
/ literatura
lipiec '23 (11)

... szczęście nie wali drzwiami
i oknami !
Cormac McCarthy nie żyje. Zmarł 13 czerwca 2023 z przyczyn naturalnych" w Santa Fe w stanie Nowy Meksyk. Miał 89 lat. Informację o śmierci pisarza podał jego amerykański wydawca, potwierdził ją także syn autora, John.
Cormac, a właściwie Charles McCarthy, uważany za jednego
z najwybitniejszych - obok Philipa Rotha czy Dona DeLillo - amerykańskich pisarzy współczesnych, przyszedł na świat
w lipcu 1933 roku w rodzinie irlandzkich katolików. Często porównywano go z Williamem Faulknerem, krytycy zestawiali twórczość obu pisarzy już na samym początku jego kariery.
Studiował na University of Tennessee w latach 1951-1952, a roku 1953 wstąpił na cztery lata do United States Air Force (Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych). Dwa z nich spędził na Alasce, prowadząc audycję radiową. Po czterech latach (1957 rok) powrócił na uniwersytet. Po kolejnych czterech latach ożenił się z koleżanką ze studiów Lee Holleman. Bez uzyskania dyplomu ukończenia uczelni opuścił uniwersytet i przeprowadził się z rodziną do Chicago. Zajął się twórczością literacką. W Chicago powstała jego pierwsza powieść "Strażnik sadu", którą - jak wielokrotnie później wspominał - pisał, gdy pracował w jednym z chicagowskich magazynów z częściami samochodowymi. Choć zauważono jego talent, nie przełożyło się to na warunki finansowe - wielokrotnie doświadczał biedy, mieszkał w bardzo trudnych warunkach.
Po powrocie do Sevier County w stanie Tennessee rozstał się z żoną i wyruszył w podróż statkiem Sylvania do Irlandii. Na statku poznał piosenkarkę Anne DeLisle. Pobrali się rok później podczas pobytu w Anglii. Po otrzymaniu stypendium od Fundacji Rockefellera podróżował po południowej Europie, zatrzymując się na dłużej na Ibizie, gdzie napisał swoją drugą powieść
"W ciemność". Po powrocie z żoną do Stanów Zjednoczonych, powieść ta została opublikowana, zyskując bardzo pozytywne recenzje. Wkrótce państwo McCarthy przeprowadzili się do Louisville w stanie Tennessee (1969), tam kupili nieruchomość, własnoręcznie wyremontowali wiedli pogodne życie, starając się zagłębiać w dyskusje nie zawsze prozaiczne. Tamże powstała kolejna, oparta na faktach, książka "Dziecię boże" (wydana w roku 1974). Dwa lata później pisarz przeprowadził się do El Paso w Teksasie, pozostając
w separacji z drugą żoną. Lubił samotność ...
Najbardziej znane jego dzieła to "Krwawy południk" (1985), zaliczony przez The New York Times do pięciu najlepszych powieści amerykańskich ostatnich 25 lat (w innym zestawieniu: wśród 100. najlepiej stworzonych postaci w literaturze pięknej od 1900 roku, znalazł się antybohater tej książki, łowca skalpów sędzia Holden),oraz tzw. „trylogia graniczna”: "Rącze konie" (1992),"Przeprawa" (1994) i "Sodoma i Gomora" (1998). Akcja tych utworów toczy się na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych. "Krwawy południk" to oparta na faktach powieść historyczna pełna przemocy, przedstawiająca losy nastolatka. W połowie XIX wieku wyrusza on na Południe i - jak pisali recenzenci - "zstępuje do piekieł", będąc świadkiem tragedii rdzennych mieszkańców i budowania potęgi Stanów Zjednoczonych na krwi i ziemi tych, którzy mieszkali w Ameryce Północnej od zawsze. Również i ta książka nie sprawiła jednak, że McCarthy był w stanie utrzymać się z pisania, bowiem sprzedaż nie przekroczyła kilku tysięcy egzemplarzy. Okrzyknięto go "najlepszym nieznanym powieściopisarzem Ameryki".
Uznanie zdobył bardzo późno, gdy jako 59-latek opublikował "Rącze konie". Za tę powieść otrzymał National Book Award oraz National Book Critics Circle Award, trafił też na listy bestsellerów. Utwór opowiada o wyprawie dwóch szesnastolatków w 1948 roku do Meksyku, gdzie poznają okrucieństwo świata. Dwie kolejne książki - "Przeprawa" oraz "Sodoma i Gomora" - których akcja rozgrywała się także na południu USA, ugruntowały pozycję McCarthy'ego.
Wydaną w 2005 roku powieść "To nie jest kraj dla starych ludzi", która początkowo miała być jedynie scenariuszem filmowym, zekranizowali bracia Coen. Film zdobył cztery Oscary i ponad 70 innych wyróżnień.
W 2006 roku McCarthy osiągnął szczyt literackiej sławy. Wydał „Drogę”, mroczny i przerażający list miłosny do swojego młodego syna. Książka zdobyła Nagrodę Pulitzera, nakręcono na jej podstawie trzy lata później film, a Oprah Winfrey wybrała ją do swojego niezwykle wpływowego klubu książki. Notoryczny pustelnik udzielił jej nawet wywiadu – oczywiście na swoich warunkach. Winfrey, która dla nikogo nie musi nigdzie jechać, przyleciała, by usiąść naprzeciwko pisarza w bibliotece Instytutu Santa Fe (pracował tam jako pracownik naukowy, w gronie najlepszych amerykańskich fizyków), zadając mu pytania typu: „Czy zawsze wiedziałeś, że zostaniesz pisarzem?” McCarthy, luźno usadowiony w swoim dużym fotelu, wsparty na jego oparciu, udzielał dziwnych i cudownych odpowiedzi, jakich mógł udzielić tylko pisarz pewny siebie i swojego warsztatu. Kiedy Winfrey zapytała o swój proces pisania, McCarthy przerwał i odpowiedział, iż nie można spędzać czasu na myśleniu o sposobie napisania książki. Po prostu trzeba pisać. Wtedy wydawało się to prorocze. W ciągu kilku lat wydał dwie książki. Wszyscy czekali na następne, a on zamilkł. Mieszkał
w miejscowości Tesuque w Nowym Meksyku na północ od Santa Fe z trzecią żoną Jennifer Winkley i ich synem Johnem. Chronił ściśle swoją prywatność i rzadko udzielał wywiadów.
Ostatnie, jak się okazało, powieści ("Pasażer" oraz "Stella Maris") Cormac McCarthy opublikował przed rokiem. Niebawem ukażą się ich polskie wydania...
Cormac McCarthy, jeden z największych amerykańskich pisarzy XX i początku XXI wieku, tworzył też dramaty, scenariusze, eseje
i opowiadania. Jego "Krwawy południk" uważany jest za jedną z najwybitniejszych powieści opublikowanych w Stanach Zjednoczonych w ostatnim półwieczu.
Gdy w 2016 roku pojawiła się informacja o śmierci McCarthy'ego, którą podały także niektóre szanowane amerykańskie media, dziennik "The Los Angeles Times" napisał, że "Cormac nie jest martwy. To zbyt wielki twardziel, by mógł umrzeć".
Od lat, podobnie jak zmarły w 2018 roku Philip Roth, uważany był za jednego z najpoważniejszych kandydatów do literackiego Nobla.
Słynął z pięknych, zapierających dech w piersiach zdań. Oto kilka z nich z powieści "Droga":
Zapominamy to, co chcemy pamiętać, a pamiętamy to, o czym chcielibyśmy zapomnieć.
Czym się różni to, czego nigdy nie będzie, od tego, czego nigdy nie było?
Jeśli nie dotrzymujesz słowa w małych sprawach, to nie dotrzymasz też w dużych.
Pamiętaj, że to, co wpuszczasz do głowy, pozostaje w niej na zawsze.
Życie bohaterów portretował w sposób jednoznaczny, bezwzględny, otwarty. I prawdopodobnie dlatego nazywano go "piewcą mrocznej strony Ameryki". W powieści "To nie jest kraj dla starych ludzi" powiedział: "Na tej planecie jedna rzecz jest pewna, mianowicie to, że szczęście nie wali drzwiami i oknami".
Opracowanie: pakamera.chicago
Na podstawie: Esquire, The New Yorker Magazine, The New York Times, Wyborcza
/ literatura portrety
lipiec '23 (11)
Niezwykłe życie
Marii Rodziewiczówny
EMILIA PADOŁ
Podpisywała się Rodziewicz, w życiu literackim istniała jako Rodziewiczówna. Maria Rodziewiczówna uwielbiana przez czytelników autorka powieści obyczajowych. Emancypantka gustująca w męskich fasonach koszul i surdutach, z włosami zawsze obciętymi na krótko. Patriotka, żarliwa katoliczka, surowa konserwatystka. Swoje długie i burzliwe życie dzieliła z dwiema kobietami.

Zacznijmy od ubrania. Rok 1881. To wtedy umiera Henryk Rodziewicz. Przed dziesięcioma laty wrócił z żoną z syberyjskiego zesłania, by w końcówce życia szarpać się ze stojącym na kresowym pogorzelisku majątkiem.
Tonący w długach dwór, do którego opłakanego stanu przyczyniły się nieudolne męskie rządy, daniny nałożone przez Imperium Rosyjskie, ale i rewolucja społeczna, którą było zniesienie pańszczyzny, bierze na swoje barki najmłodsza z trójki dzieci Henryka, niespełna 20-letnia Maria. Dziewczyna ścina włosy, niewygodne suknie zamienia na proste koszule i spódnice średniej długości
(z kieszeniami!). Porzuca marzenie o studiowaniu medycyny za granicą, by na resztę życia stać się rolniczką. Mówi o sobie „kozacza dusza”, może więc nie martwi jej przesadnie konieczność spłaty ponad 70 tysięcy rubli. Jest przy tym rozczarowana koleżankami,
z którymi jeszcze niedawno przeżywała mistyczne porywy w szkole klasztornej w Jazłowcu, a teraz dostaje od nich bileciki anonsujące śluby. „I wierzyć tu kobietom!” – pisze, deklarując przy tym hardo, że sama za mąż wychodzić nie zamierza. Trudno się jej dziwić. Prawo nakazuje zamężnym kobietom posłuszeństwo, zabrania samodzielnego zawierania jakichkolwiek umów, a nawet zamieszkiwania w innym miejscu niż mąż.
Z czasem na szyi Marii pojawią się krawaty, w ustach zagości nieodłączny papieros. O jej żakietach, koszulach, a nawet sukniach, zawsze będzie się mówić, że mają męski krój.
Nazwisko
Ma 22 lata, kiedy debiutuje jako literatka. Szybko wyrasta na gwiazdę – dzięki zwycięstwom w organizowanych przez prasę konkursach na powieść. Tylko do 1895 roku zostanie opublikowanych ponad 17 jej dłuższych utworów, głównie powieści, a do tego ponad 20 krótszych form.
Co ciekawe, wraz z pierwszym poważnym sukcesem literackim, którym jest wygrany powieścią „Straszny dziadunio” konkurs „Świtu”, rodzi się „Rodziewiczówna”. Od końca lat 80. XIX wieku panieńska końcówka zagnieździ się na dobre w nazwisku Marii – będzie towarzyszyć drukowanym utworom, wywiadom, wystąpieniom publicznym. Ale pisarka, na przykład w korespondencji, tak się nie podpisuje. Jest Marią Rodziewicz, często też MarRodziewicz lub MarRodz.
Skąd więc ta Rodziewiczówna? Czy był to przypadkowo powielony schemat językowy, obyczajowa konieczność, a może Maria sama demonstracyjnie sięgnęła po panieńską formę nazwiska, żeby zamanifestować swój wolny stan i wysłać w świat komunikat, że nie zamierza go zmieniać?
Tymczasem krytycy zachwycają się jej oryginalnymi pomysłami pisarskimi, wyrazistym stylem, talentem „jędrnym, prawie męzkim”. Podziw budzi Marek Czertwan, główny bohater głośnego „Dewajtisa” – pracowity heros rodem ze Żmudzi, wyróżniający się na tle powszechnych w ówczesnej literaturze figur fabrykantów czy przemysłowców. Koledzy po piórze, jak Stefan Żeromski, zazdroszczą Rodziewiczównie dialogów. Prus zwraca uwagę na żywą wyobraźnię, subtelne uczucia i ogromny zasób sił pisarki. Ale autor „Lalki” doradza też pogłębione studia i poprawianie tego, co Maria naskrobie na papierze, a Rodziewicz tego w zwyczaju nie ma. Powieści pisze bardzo szybko.
Eksplozji literackiej kariery szybko zaczynają więc towarzyszyć pomruki niezadowolenia. Rodziewiczówna powiela schematy fabularne, nie zna psychologii i sama wyprawia sobie literacki pogrzeb – piszą najbardziej rozczarowani krytycy. Lecz Maria pisać nie przestaje, nie traci też popularności. Jeszcze przez ponad 120 lat ludzie będą się w jej książkach zaczytywać. Do tego stopnia, że bibliotekarze z obawy, żeby nie zginęły, nierzadko trzymają je na zapleczu.
Helcia i emancypantki
W 1895 roku do Hruszowy wprowadza się Helena Weychert, starsza od Marii o sześć lat, także panna. Władcze spojrzenie, niski, określany jako prawie męski głos. Na młodzieńczym portrecie widzimy dziewczynę o subtelnych, harmonijnych rysach twarzy. Ma oczy w kształcie migdała, regularne łuki brwi i czujne spojrzenie.

Helena Weychert / fot.: Wikimedia
Helcia, jak niemal zawsze będzie pisać o niej Maria, przejmuje w Hruszowie część obowiązków w gospodarstwie. Wspólnie z bratem dźwigała z długów rodzinny majątek leżący w guberni lubelskiej, ma więc dużo praktycznej wiedzy rolniczej. Przebudowuje gorzelnię, dba o stajnię, rzeźbi z Marią stół i krzesła do jadalni. Co ciekawe, wraz
z pojawieniem się w Hruszowie Weychertówny przyspiesza literacka ewolucja Rodziewiczówny. Pisarka zaczyna tworzyć swoje najciekawsze, najsilniej dopracowane powieści, w których do głosu dochodzą kobiece bohaterki (wcześniej niemal zawsze byli to mężczyźni), jak Zośka z „Czaharów” – dziedziczka wodnego uroczyska. Ściągnięta siłą przez ojca i braci z Paryża, dokąd uciekła na studia, osiada w otrzymanej w spadku głuszy.
To z Helcią Maria rozmawia o literaturze i to Helena wciąga Rodziewicz w wir kobiecego aktywizmu. Jednak ich życie osobiste zaczyna się zmieniać. Wycieńczona codziennym gospodarskim znojem, pożarami i chłopsko-pańskimi konfliktami, do tego coraz bardziej schorowana Weychertówna nie chce już mieszkać w Hruszowie. Na resztę życia przenosi się do Warszawy. W 1907 roku będzie współtworzyć Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit, najbardziej bezkompromisowej z polskich feministek. Z czasem Helena przejdzie do Towarzystwa Zjednoczonych Ziemianek, wspólnie zresztą z Rodziewiczówną, stanie się jedną z liderek tego ruchu konserwatywnych emancypantek. Co różniło je od feministek? Z pewnością nielewicowość, przywiązanie do wsi i swojej protektorskiej roli nad kobietami wiejskimi.
Maria przewodniczy Wydziałowi Ekonomicznemu, rozwija spółdzielczość i dowodzi sklepami z artykułami spożywczymi czy przemysłu ludowego. Pracując w Warszawie, mieszka z Heleną pod tym samym adresem.
Jadwiga i napad
Tymczasem wokół Hruszowej jeszcze w 1905 roku zaczyna orbitować inna kobieta: to młodsza o 11 lat od Marii Jadwiga Skirmunttówna, wychowana
w bielusieńkim pałacu w Mołodowie, także na Polesiu. Właśnie dla niej Maria Rodziewicz wystawi jeszcze przed pierwszą wojną w najdzikszej części hruszowskiego lasu chatę, w której będą spędzać ciepłe miesiące roku. Żyć w niej same, bez pomocników, wykorzystując jak najwięcej pożywienia z lasu. Obserwując ptaki, łowiąc raki, oswajając leśną ciemność, znajdując dukty przez torfowiska i czytając las jak pierwotny świat, w którym wszystko jest potrzebne i wszystko się dopełnia, z którym trzeba się nauczyć żyć, nie zabijając jego ducha. Z tego życia zrodzi się jedna z najbardziej cenionych przez krytyków powieści pisarki: „Lato leśnych ludzi”.
Jest wiosna 1919 roku. Rodziewicz spędza czas w Wyraju – w lesie na podwarszawskich trzęsawiskach. Ma tam razem z Heleną Weychert dom. Pewnej nocy włamują się do niego napastnicy. Pisarka zostaje postrzelona w policzek – kula szarpie jej twarz i wychodzi za uchem. Rekonwalescencja jest długa, bolesna, lecz pod troskliwą opieką Skirmunttówny chora powoli dochodzi do siebie. Twarz Rodziewicz jest poraniona, a ona sama – wciąż między dwiema uczuciowymi relacjami.
Kolejny rok staje się jednak dla jej relacji ze Skirmunttówną kluczowy. Najpierw uciekają razem z płonącego świata przed kulminacją wojny polsko-bolszewickiej, ale potem wracają do Hruszowy, by na blisko 20 lat tworzyć razem dom, dzielić obowiązki między męskim (Maria) a kobiecym (Jadwiga) gospodarstwem,

Maria Rodziewiczówna / fot. Wikidata
być już zawsze razem w dobrej i złej woli – jak mówią o nich bliscy, żartując także złośliwie, że Jadwiga to Marii żona. Będą malować
w fantazyjne roślinne ornamenty meble i porcelanę, pielęgnować ogród, rozpieszczać jamniki, hodować ukochane pszczoły.
Co nie znaczy, że ich los jest sielski – cieniem kładą się na nim długi, w jakich tonie majątek. Każdy dzień naznacza walka o Polskę na Kresach, a więc także polonizowanie białoruskiej i ukraińskiej ludności, narodowe i katolickie radykalizowanie się pisarki. A ta, choć pozostaje ważną figurą życia publicznego, książek już prawie nie pisze. W wywiadach powtarza, że nie uważa się za literatkę.
Autograf
23 sierpnia 1944 roku, Warszawa. Wychudzona Maria Rodziewicz w mieszkaniu przy Boduena 3, na trzecim piętrze, siedzi przy stoliku
i czyta książkę. Za oknami widać kikuty ścian, budynki pozbawione ostatnich kondygnacji, dachy leżą na ulicach – zmiecione pociskami wystrzelonymi z niemieckich moździerzy samobieżnych. Pisarkę odwiedza żołnierz z misją od Zofii Kossak-Szczuckiej, która planuje wygłoszenie przez „Błyskawicę”, radiostację Armii Krajowej, apelu polskich kobiet do papieża Piusa XII. Chciałaby mieć przy tym wsparcie kilku katolickich „osobistości”, między innymi Rodziewiczówny. Maria zgadza się z entuzjazmem. Zdziwionemu żołnierzowi tłumaczy przy tym, że nie zamierza schodzić do schronu, że Rodziewiczówna zrobiła już swoje, może odejść. Przez wszystkie powstańcze dni, w których nie odstępuje Marii troskliwa Jadwiga Skirmuntt, pisarka z trudem daje się namówić na schodzenie do piwnic – ma zaawansowaną astmę i rozedmę płuc. Powtarza, że jeśli ma zginąć, to w słońcu.

"Jeżeli umierać, to w słońcu..."
Maria Rodziewiczówna / fot. Wikidata
12 września, kiedy Maria z Jadwigą przebywają
w domu Wedla, odwiedzają je realizatorzy powstańczych kronik filmowych – można zobaczyć je dzisiaj w zmontowanym z tych materiałów filmie „Powstanie Warszawskie”. Gdy Rodziewicz pojawia się w kadrze, zwraca uwagę jej ciężki, powolny oddech. Gwałtownie łapie powietrze. Twarz pomarszczona, oczy ogromne, garderoba
z przypadku, na głowie wielka czapa, pod szyją kołnierzyk. Operatorzy filmują, jak pisarka składa autograf, a raczej finguje ten gest. Zamaszystym, mocnym ruchem przeciąga w powietrzu linię pod swoim nazwiskiem – rzecz charakterystyczna w jej korespondencji. Podobno żołnierzom i operatorom powtarza: „Musimy zwyciężyć”. A jednemu z nich wypisała na małej kartce: „Bądźmy dumni, bośmy zostali jedyni rycerze…”.
Maria Rodziewicz umiera 6 listopada 1944 roku w leśniczówce pod Skierniewicami, po ponad pięciu latach wojennej tułaczki. Dwór, którego broniła całe życie i który musiała opuścić jeszcze w październiku 1939 roku, wkrótce zostaje rozebrany. W ostatniej z leśnych chat towarzyszy jej oddana, kochająca Jadwiga Skirmuntt. (zwierciadlo.pl)
/ podróże
lipiec '23 (11)
ALGARVE
- na krawędzi kontynentu
Tekst i zdjęcia:
STANISŁAW BŁASZCZYNA


Można tu przyjechać tylko po to, by zobaczyć jedno z najpiękniejszych wybrzeży morskich (a właściwie oceanicznych) świata i zażyć kąpieli na jednej z setek malowniczych plaż otulonych urwistymi klifami
w różnych odcieniach oranżu, czerwieni i żółci. Można też zawitać tu po to, by skosztować przepysznej kuchni, bogatej w owoce morza
i przyprawionej jak nigdzie indziej w Europie - przygotowanej
w specjalnym naczyniu cataplana (odpowiednik marokańskiej tagine). Można się skusić na to wszystko, nie będąc nawet hedonistą, czy kimś szczególnie podatnym na szukanie i odczuwanie gilty pleasures, które spotkać tu można na każdym kroku.
Ale Algarve (z j. arabskiego al-Gharb, słowa oznaczającego Zachód)
- ten niezwykły rejon w południowej Portugalii - dostarcza nie tylko wrażeń tak zmysłowych, dzięki wymienionym przeze mnie atutom, zwabiającym corocznie miliony przybyszów z całego świata. Ten europejski - leżący na krawędzi kontynentu - zakątek jest nad wyraz ciekawy także przez swoją przeszłość, tradycję, kulturowy melanż... Wszystko to czyni go unikalnym wśród często banalnych
i przereklamowanych destynacji turystycznych.
Oto np. jesteśmy w Tavirze (jadąc z Evory GPS skierował nas tam podstępnie przez jedną z dróg hiszpańskich, dzięki czemu "zaliczyliśmy" jeszcze w naszej podróży jakieś hiszpańskie górskie odludzie) i idąc jedną z uliczek tego miasta zauważamy, że nosi ona nazwę Rua General Jose de Chelmicki. Dzięki temu dowiedziałem się kim był Józef Karol Konrad Chełmicki - Polak, który po Powstaniu Listopadowym wyemigrował do Portugalii, gdzie zdobył uznanie dzięki swoim talentom (pisarz, kartograf, rysownik), pracowitości i odwadze (awansując aż do rangi generała brygady).
Historię Henryka Żeglarza już znałem - kiedy więc chodziliśmy jego śladami w Lagos i Sagres, przywoływałem do pamięci, jak to
z tworzeniem portugalskiego imperium kolonialnego było. Bo to dzięki Księciu Henrykowi (organizatorowi i sponsorowi wielu zamorskich wypraw) Hiszpanie, Anglicy, Holendrzy, Duńczycy ruszyli w świat za Portugalczykami, niosąc ze sobą wszelkie dobrodziejstwa europejskiej kultury, z handlem niewolnikami włącznie.
Lecz w takim miejscu, jak Alagrve nie można się poddawać (do końca) melancholii wynikającej z tego, co w naszej przeszłości (wspaniałego świata cywilizacji Zachodu) było nikczemne i dla wielu ludzi tragiczne. Sam jestem zaskoczony tym, jak łatwo przychodzi tu wyparcie tego, co człowieka boli i uwiera.
Czym to jest spowodowane? A choćby pięknem, jakie roztacza się
w Algarve przed naszymi oczami wszędzie - i zachwytem, który zostanie w nas na zawsze.


/ wokół stołu
lipiec '23 (11)

Kolumb
i zupa warzywna
bez gotowania
ANNA CZERWIŃSKA
Co ma wspólnego Krzysztof Kolumb z zupą na zimno? Wydaje się, że absolutnie nic, a jednak całkiem sporo. Jej pierwowzór stał się wybawieniem dla wielu ludzi podczas jego pierwszej podróży do Nowego Świata. Stamtąd przywiózł nasiona pomidorów, by od XVII wieku stały się podstawą zupy o światowej sławie i reputacji nieskazitelnej!
Początek lat siedemdziesiątych. Okolice Sewilli, stolicy Andaluzji. Kombajny turkoczą od świtu. Między nimi kręcą się zmęczeni rolnicy. Wkrótce chwila wytchnienia – pora obiadowa i nowa energia! Już czuć zapach przysmaku…
W cieniu rozłożystego drzewa kobieta obiera czosnek i wrzuca do dużej, glinianej misy, dodaje kawałki czerstwego chleba, uprzednio namoczonego w zimnej wodzie, oliwę z oliwek i sól. Uciera wszystko drewnianym tłuczkiem, tworząc aromatyczną pastę. Pachnie wokół rozgrzaną ziemią, oliwkami, czosnkiem… Przyniosła też bardzo dojrzałe pomidory. Dodaje je – ciągle mieszając – do naczynia, doskonale utrzymującego chłód warzyw. Całość uzupełnia octem i zimną wodą. Gazpacho gotowe!
Ledwo słyszalny, ale charakterystyczny stukot tłuczka i intensywny zapach przywołują spragnionych i głodnych mężczyzn. Każdy
z nich ma własną łyżkę. Skupiają się wokół nietypowego moździerza, przestrzegając starożytnego rytuału… Podchodzą do siebie, ale
w momencie jedzenia cofają się o jeden mały krok. Ten ruch powtarza się przy każdej nabieranej łyżce. Z daleka wygląda to jak taniec wokół dużej, glinianej misy, która pozostanie pod tym drzewem do następnego dnia i kolejnych… Do końca lata.
Cała historia zaczęła się dużo wcześniej, od rzymskich legionów, żołnierzy noszących w swoich podręcznych torbach suchy chleb, czosnek, oliwę z oliwek i ocet. Przemierzając drogi Imperium Rzymskiego przyrządzali oni własną miksturę, przystosowaną do indywidualnego smaku, potrzeb, zapasów… Ratowała im często życie…
Te symbole kuchni śródziemnomorskiej przetrwały kilka późniejszych stuleci i cywilizacji. Dotrwały w niemal niezmienionej formie do czasów Kolumba. Wyruszając w pierwszą podróż w poszukiwaniu Nowego Swiata załadował on na statek między innymi beczki
z „mieszanką chlebowo-czosnkową”, dzięki której tak wielu żeglarzy przetrwało trudy i znoje na wielkich wodach. Nie zdawał sobie wówczas sprawy, iż stanie się – oczywiście pośrednio – współtwórcą starej/nowej potrawy. Przywiózł nasiona pomidorów! Początkowo czerwone, kwaśne kulki nie cieszyły się dużym zainteresowaniem, no… może jako dekoracja kapeluszy pań, aż w XVII wieku zaistniały na stołach wielmożów, a pastę chlebowo-czosnkową uzupełniono ich barwą, smakiem i aromatem. Powstało gazpacho! (pierwsza wzmianka w 1611 roku), zimna zupa z surowych pomidorów z dodatkami.
Podbijała powoli kraje europejskie, wdzierała się do salonów na wykwintne obiady, wreszcie do restauracji jako dania nowe, owiane tajemniczością, szczególnie tam, gdzie szef kuchni zaskakiwał pomysłowością wielką. Siekano pomidory, cebulę, ogórki, czosnek, owoce. Dodawano jajka na twardo w ćwiartkach lub posiekane i łączone z paskami szynki. Tworzono białe gazpacho z dodatkiem migdałów, zamiast pomidorów, i bardzo ostrego czosnku. Dosładzano je małymi kulkami melona lub jabłka, jesienią – winogronami.
Wreszcie gazpacho dopłynęło do Ameryki wraz z grupą konkwistadorów hiszpańskich i portugalskich na usługach Hiszpanów. Przywieźli swoje rodzinne smaki, potrawy, przyzwyczajenia, tradycje. Ale do surowej, zimnej zupy nie mogli namówić tubylców. Gdyby to był kawałek pieczystego…
Minęły wieki… Dopiero lata osiemdziesiąte ubiegłego stulecia stały się bardziej łaskawe dla pomidorowej w innym wydaniu. Zaczęto się interesować jej wartościami odżywczymi, a są ogromne, jej odmianami, najróżniejszym doborem smaków, i… ku mojemu zdziwieniu, ale w końcu i zadowoleniu – połączeniu z kuchnią meksykańską.
Poza podstawową mieszanką pomidorową, która podbiła już niemal cały świat, Amerykanie upodobali sobie też gazpacho melonowe, brzoskwiniowe, truskawkowe i zawsze z dodatkiem czosnku i innych przypraw. Dzisiaj dodajemy też avocado, zimny rosół, owoce morza i oczywiście boczek… Gazpacho jest łatwe w przygotowaniu, ale ma też swoją tajemnicę – subtelność proporcji, więc wszystkie składniki należy łączyć umiejętnie, często próbując, w myśl zasady kuchennej, że zawsze lepiej coś dołożyć, aniżeli odjąć… Toteż dokładam – meksykański akcent (salsa) do typowo hiszpańskiej zupy z okolic Kordoby, bez moczenia czerstwego chleba
i dodatku wody.
Żółte gazpacho z avocado
SKŁADNIKI (5-6 porcji):
ZUPA
1.5 kilograma żółtych pomidorów, obrać ze skórki, pokroić na kawałki
2 średnie ząbki czosnku
1 ogórek (około 200-220 gram), obrać, usunąć pestki, pokroić na kawałki
1 mała żółta papryka, oczyścić, pokroić na kawałki
1 mała czerwona cebula (szalotka), obrać, pokroić na kawałki
1/4 małej, ostrej papryki chili, oczyścić, pokroić na kawałki
2 łyżki octu z czerwonego wina
2 łyżki oliwy z oliwek
sól i biały pieprz do smaku
Dodatki do zupy
Salsa z avocado
po 6 czerwonych i żółtych małych pomidorków, przekrojonych na pół
PRZYGOTOWANIE:
-
wszystkie wcześniej przygotowane składniki umieścić w blenderze (bez soli i pieprzu), miksować do gładkości...
-
mieszankę przelać przez drobne sitko do miski, używając drewnianej łyżki...
-
całość doprawić solą i białym (czarnym) pieprzem...
-
chłodzić w lodówce przez 2 godziny lub do dwóch dni.
AVOCADO SALSA:
2 małe Hass avocado, pokroić na małe kawałki
1 mała ostra czerwona papryczka chili, oczyścić z pestek, posiekać
1 mała czerwona cebula (szalotka), obrać, posiekać
1 czerwony, dojrzały pomidor, obrać, pokroić w plastry, usunąć pestki, pokroić na małe kawałki
1 łyżka posiekanej, świeżej kolendry
sok z jednej zielonej cytryny
2 łyżki oliwy z oliwek
sól i świeżo mielony czarny pieprz do smaku
-
wszystkie składniki delikatnie wymieszać, chłodzić w lodówce przez 20 minut lub do 3 godzin,
-
proponuję avocado kroić na końcu, tuż przed wymieszaniem z innymi składnikami (nie straci koloru). Jeśli zostanie pokrojone wcześniej - delikatnie wymieszać z oliwą.
SERWOWANIE:
-
w poszczególnych miseczkach umieścić po 2 łyżki schłodzonej salsy, zalać zupą, udekorować połówkami kolorowych pomidorków,
-
podawać z tostami, grzankami lub krakersami.

/ w kolejnym wydaniu pakamery.polonia:
sierpień/wrzesień '23 (12/13)
Dziękujemy i zapraszamy ponownie...
W wydaniu sierpniowo-wrześniowym:
- Powstanie Warszawskie w oczach szesnastoletniego chłopca
- rozmowa z pisarką Dorotą Masłowską
- Stanisław Błaszczyna o filmie Oppenheimer
- polonijny kalejdoskop
- Irena Tuwim i Kubuś Puchatek
i wiele więcej...
Miłej lektury!
.avif)