top of page

miesięcznik społeczno-kulturalny

marzec 2023 / 3 (7)

dzień
teatru

dzień
kobiet

pakamera.polonia   marzec '23 (7)

SPIS TREŚCI 

OD REDAKCJI

Drogie panie, drodzy panowie i wszystkie płcie pomiędzy...

Czy wiemy jakie jest pochodzenie tak popularnego i powszechnego święta, jakim jest marcowy Dzień Kobiet, niezwykle ostentacyjnie kultywowany w socjalistycznym PRL-u?

Otóż na początku XX wieku w jednej z nowojorskich fabryk włókienniczych wybuchł strajk kobiet niezadowolonych z niskich płac

i ciężkich warunków pracy. A ponieważ do tej pory kobiety siedziały cicho, zdezorientowany właściciel zamknął kobiety w fabryce, poszedł się napić i przemyśleć sprawę...  W nocy wybuchł pożar, w którym straciło życie ponad 100 kobiet.

Rok później Socjalistyczna Partia Ameryki zorganizowała uroczystą manifestację, upamiętniającą ten tragiczny wypadek, a w 1910 roku Międzynarodówka Socjalistyczna na konferencji w Kopenhadze wyznaczyła ten dzień oficjalnym Świętem Kobiet.

Fakt, że kobiece święto wywodzi się z ruchów robotniczych, spowodował, że najbardziej entuzjastycznie zaadoptowały go kraje komunistyczne, mające przecież  w swojej  polityczno-społecznej ideologii pełne równouprawnienie płci.

Panie poszły na traktory i do tokarek, a w marcu, żeby okazać paniom wdzięczność za współudział w budowaniu sprawiedliwych społeczeństw, partia dawała im po kwiatku i parze rajstop. Jak twierdzą pamiętający tamte czasy, w niektórych zakładach pracy trzeba było potwierdzić odbiór upominku własnym podpisem. Ha! To była prawdziwa sprawiedliwość. I jeszcze mądrze zapobiegająca potencjalnym oszustwom.

Bo co by się działo, jakby któraś pani zapragnęła dwóch kwiatków albo dwóch par rajstop - aż strach pomyśleć.

Ṡwięto kobiet obchodzone jest oficjalnie w 30 krajach i w zależności od tradycji kulturowych - różnie. W Armenii, na przykład, trwa cały miesiąc a zakończony jest Dniem Piękna i Macierzyństwa. We Włoszech trwa tydzień,  a damy otrzymują od panów gałązki akacji srebrzystej, ale też obdarowywują siebie nawzajem.

Ṡwięto kobiet jako afirmacja kobiecości jest bliższe naszemu sercu niż jako natrętny element politycznej propagandy, chociaż rozumiem, że w walce o równorzędne przywileje w świecie wiele kobiet traciło i nadal traci życie.​

Życzymy Wam, żebyście były coraz bardziej świadome kim jesteście, poczuły swoją moc, inspirowały się wzajemnie...

Redakcja - Barbara Maksymiuk

/ ludzie i obyczaje

  marzec '23 (7)  

ALEKSANDRA NOWAKOWSKA

Happy Women's Day 2

Jak poprawić sobie humor 
w 5 minut nie tylko 
w Dniu Kobiet...

Masz czarne myśli, odczuwasz stres, nieokreślony lęk? Zastanawiasz się, jak poprawić sobie humor? Oto

5 szybkich technik na skuteczne zniwelowanie napięcia. 

1. Oddychaj metodą 3-3-6

Według psychoterapeutki Darlene Mininni, autorki książki „The Emotional Toolkit”, ten rodzaj oddechu (wdech 3 sekundy, przytrzymaj powietrze przez 3 sekundy, wydech 6 sekund) odpowiada na pytanie, jak poprawić sobie nastrój – opisana technika oddychania dostarcza więcej tlenu do mózgu i aktywuje przywspółczulny układ nerwowy. Spowalnia oddech i bicie serca, rozluźnia mięśnie

i naczynia krwionośne, zwiększając przepływ krwi. W efekcie tego mózg otrzymuje informację – wszystko jest w porządku, nie musisz walczyć ani uciekać. Taką technikę oddechu możemy przećwiczyć wszędzie – przy biurku, w korku, kolejce. To bezpieczny, zawsze dostępny i sprawdzony sposób na to, jak poprawić sobie humor.

Happy Women's Day_edited.jpg

2. Przytul się. Przytulanie jest dobre na wszystko

Jak poprawić humor? Badania udowadniają, że 20-sekundowe przytulenie na tyle podnosi poziom oksytocyny, że nastrój od razu jest lepszy (w mózgu zachodzi wówczas szereg procesów chemicznych). Terri Orbuch, psychoterapeuta, pisze o tym

w książce „Finding Love Again: Six Simple Steps to a New and Happy Relationship”. Poprawa nastroju w 30 sekund? To możliwe! Dotyk, ciepło i zanurzenie się w czynności dotyku i bliskości to gwarancja na to, jak poprawić sobie nastrój.​

3. Bądź dla siebie dobra

Deborah Serani, psycholożka i autorka książki „Living with Depression”, jako jeden ze sposobów na poprawę nastroju doradza bycie ze sobą przez 5 minut, a konkretnie tak, by: nic nie robić; opróżnić umysł ze złych myśli, wyobrażając sobie jakąś przyjemną i spokojną scenę; podczas oddechu poczuć przeponę; zamknąć oczy, poleżeć w bezruchu; skoncentrować się na tym, co czujesz w ciele, i oddychać do tego miejsca.

4. Świadomie przekieruj uwagę – skuteczny sposób na to, jak poprawić sobie nastrój

Jeśli masz już dość kłopotliwych myśli, odwróć od nich uwagę. Jak poprawić sobie humor w bardzo prosty sposób? Włącz film (np. dobrą komedię), poczytaj wciągającą powieść, wybierz się na rower, skupiając się na tym, co widzisz przed sobą.

5. Medytuj

Medytacja wycisza umysł. Regularna praktyka sprawia, że nie reaguje on tak błyskawicznie na sytuacje stresowe i uczy, jak poprawić humor, gdy staniemy w obliczu trudnej sytuacji. Darlene Mininni porównuje medytację do podnoszenia ciężarów. Taki trening wzmacnia ciało, doprowadzając do tego, że ponoszenie ciężkich rzeczy staje się o wiele łatwiejsze. Naszym największym ciężarem codzienności jest stres. Medytacja uczy go „dźwigać” z łatwością. Dlatego warto przez przynajmniej przez pięć minut posiedzieć spokojnie, koncentrując się na oddechu. A kiedy przychodzi myśl – pozwolić odpłynąć jej jak chmurze i wrócić uwagą do oddechu. To jeden ze skuteczniejszych sposobów na to, jak poprawić humor i poczuć wewnętrzny spokój.

Happy Women's Day 3

Drogie Panie...

 

 

Na wczoraj, dzisiaj i jutro...

spokoju, radości,

uczucia i doskonałości!

 

redakcja pakamery.polonia

/ ludzie i obyczaje  rozmowy

  marzec '23 (7)  

Adwokatura z poezją w tle

MAŁGORZATA BŁASZCZUK

w rozmowie z MIKOŁAJEM KOZAKIEM, adwokatem,
publicystą, tłumaczem, doktorantem, a jego wujem był  Edward Stachura

Mikolaj Kozak

Mikołaj Kozak

Małgorzata Błaszczuk: Według testu talentów Instytutu Gallupa ma Pan ich trzydzieści cztery. Który z nich jest największy lub lubi go pan najbardziej?

Mikołaj Kozak: Niezręcznie mówić mi o sobie w kontekście talentów. Mogę powiedzieć, czemu poświęcam najwięcej czasu…

W pierwszej kolejności jestem adwokatem. To moja praca i ona pochłania najwięcej czasu. Ale nie oznacza to, że to moja największa pasja; tak wyszło, że dużo jeżdżę służbowo po Warszawie i po Polsce. Przede wszystkim bronię w sprawach karnych i tam, gdzie jest popełnione przestępstwo, tam jadę.

M.B.: Jakie to wyzwanie dla adwokata, obrona w procesie apelacyjnym gangstera Marka Cz. pseudonim „Rympałka”?

M.K.: Każdy ma prawo do obrony i nie jest sprawą adwokata pytać klienta, jak było, co było i czy jest winny. Najważniejsze jest to, co jest w aktach sprawy. Nie oceniamy, nie osądzamy, od tego jest sąd. Czasem dochodzą różne informacje i dowiadujemy się dodatkowo o czymś mimo woli, ale to nie ma specjalnie znaczenia. Często zdarza się, że pochopne decyzje są wynikiem działania organów ścigania – policji, prokuratury. Naszą rolą jest pokazanie tych słabych punktów. I tu nie chodzi o uniewinnienie, jak niektórym się wydaje. Każdy proces powinien być uczciwy, bezstronny, rzetelny, a oskarżony powinien mieć prawo do opowiedzenia własnej historii. Na podstawie tych wszystkich czynników może zapaść wyrok, a one zapadają różnie. Stąd apelacja, jeśli nadal nie jesteśmy zadowoleni – kasacja. Nie zawsze można wygrać, ale zawsze można walczyć do końca.

M.B.: Odreagowuje pan stres zawodowy biegając?

M.K.: Jakiś czas temu liczyliśmy z całą rodziną medale. Uzbierało się ich około 70, ale część z nich została jeszcze w poprzednim mieszkaniu. Z pokorą jednak muszę powiedzieć, że nie wszystkie były z maratonów. Tych ukończyłem jedynie cztery.
Są lepsi i szybsi.

M.B.: A co z tłumaczeniami? Rozumiem, że jak pan już się wybiega, naczyta akt większych i mniejszych gangsterów, to wtedy siada pan do Wysockiego i mówi: teraz wam pokażę, jak się naprawdę tłumaczy poezję rosyjską.

M.K.: To jest coś, czym zaszczepił mnie mój ojciec. Moi rodzice z wykształcenia są rusycystami, zresztą na tych studiach się poznali. Mój ojciec w czasach studenckich i trochę później znakomicie tłumaczył Wysockiego. Potem przez jakiś czas pracował w Moskwie, więc – siłą rzeczy – tam mieszkałem i chodziłem do szkoły. Rzucono mnie na głęboką wodę – nie znałem cyrylicy, nie znałem języka.
Jednak ta kultura tak mnie urzekła, że chciałem jak najszybciej nauczyć się tego języka. Czytałem na przykład Czechowa – zdanie po zdanie, najpierw po polsku, potem po rosyjsku. Słuchałem audiobooków, żeby pracować nad akcentem. 
Chodziłem po wszelkich miejscach związanych z historią literatury, a takich miejsc w samej Moskwie kojarzonych z Gogolem, Czechowem, Puszkinem nie brakuje. Jest co robić…

Potem trafiłem na Wysockiego, który był jednym z bogów młodości mojego ojca. Poznał go osobiście niedługo przed śmiercią, kiedy przyjechał do Polski z „Hamletem”. Tak to zaskoczyło, że przetłumaczyłem chyba 70-80 jego wierszy/piosenek… Nie mniejszą przyjemność sprawiało mi też tłumaczenie utworów Josipa Brodskiego. 

M.B.: Czy znajomość języka rosyjskiego przydaje się w pracy zawodowej? Jest pan jednym z nielicznych prawników w Polsce, który włada biegle językiem rosyjskim.

M.K.: Przydało się wiele razy, ponieważ prowadziłem klientów obcojęzycznych, w tym z bloku wschodniego. Na przestrzeni ostatnich lat broniłem Rosjan, Ukraińców, Białorusinów. Klientowi łatwiej jest „wyspowiadać” się we własnym języku – obowiązuje nas tajemnica adwokacka. Adwokaci pracują pod takim prawem, jakie obowiązuje tam, gdzie wykonuje się zawód. Pracuję więc po
polsku, ale w tej relacji z klientem staram się pomóc językowo. Do dziś mam klientów, z którymi rozmawiam po rosyjsku.

Stachura

Edward Stachura, Lise Brodin i Janina Januszewska-Skreiberg na werandzie; Maridalen, kwiecień, 1972 rok / kolekcja prywatna

wysocki 1

Włodzimierz Wysocki / kolekcja prywatna

M.B.: A jaki jest los pana doktoratu z twórczości Dostojewskiego na Uniwersytecie Warszawskim?

M.K.: Mam mniej więcej jedną trzecią tego, co chciałbym w nim zawrzeć. Obowiązki rodzinne i zawodowe nie do końca predestynują mnie do tego, by poświęcać na to tyle czasu, ile chciałbym.
Tym niemniej doktorat robi drobne postępy. Dotyczy „Idioty” Dostojewskiego, w moim przekonaniu najlepszej powieści pisarza. Ta pozycja jest niedoceniana, ginie wśród „Zbrodni i kary”, „Biesów”, „Braci Karamazow”. O tych powieściach w literaturze polskiej powiedziano już chyba wszystko. Nie ma jednak całościowego polskiego opracowania „Idioty”. To wielka powieść, a mimo to są duże braki, szczególnie jeśli chodzi o analizę głównego bohatera, Lwa Myszkina, idioty, który idiotą tak naprawdę nie jest.

M.B.: Panie mecenasie, odłóżmy na półkę rzeczy o pracy, o pasjach… Teraz słowo o rodzinie. Ta, z której pan pochodzi, zostawiła wielkie dziedzictwo. Pana babcia, Eliana Skórzyńska, jest rodzoną siostrą Edwarda Stachury. 

M.K.: To prawda. Była czwórka rodzeństwa. Najstarszy – Ryszard Stachura – już nie żyje. Nie żyje też jego córka, Elżbieta. Pozostali mają się dobrze. Jerzy Stachura, o którym wszyscy w rodzinie mówią „Jeżyk” jest genialnym poetą, a jego wiersze wcale nie są gorsze, a momentami nawet lepsze od utworów Steda (pseudonim Edwarda Stachury – przyp. red.). Cały czas publikuje, mieszka w Gdyni, wspaniale maluje. Jest moja babcia i najmłodszy brat Edwarda – Jan, określany w rodzinie jako Żano. Nie miałem okazji poznać Steda, ponieważ zmarł w 1979 roku, a ja urodziłem się w 1988. Natomiast niewątpliwie jego duch gdzieś żyje. We wszystkich rodzinnych miejscach są białe kruki, pierwsze wydania jego poezji. Nawet przez pewien czas mieszkałem z rodzicami w jego mieszkaniu przy ulicy Ząbkowskiej w Warszawie.

Był taki moment, kiedy zachłysnąłem się jego twórczością. Początek studiów, „Piękni dwudziestoletni” Marka Hłaski, Tyrmand, Bukowski… Trafił mnie też Edward Stachura. Jednak z uwagi na bliskość rodzinną nie mogłem odseparować tych wszystkich kwestii rodzinnych i czytać go zupełnie z boku. Portrety w różnych mieszkaniach członków rodziny, te wszystkie książki, jakieś opowieści

– tragiczne zresztą często – nie pozwoliły mi się od tego odciąć i zawsze widziałem gdzieś to wszystko w tle. Przede wszystkim całą jaskrawość, a zwłaszcza jego wiersze ostatniego etapu życia, czy poemat „Po ogrodzie niech hula szarańcza”… To są wiersze

o bardzo emocjonalnych dla mnie klimatach.

M.B.: Czyli to wszystko, co w nas rezonuje jako czytelnikach, u pana rezonuje dużo głębiej, bo daje kontekst rodzinny. Proszę powiedzieć, co się dzieje z rodzinnym domem Stachurów?

M.K.: Edward Stachura mieszkał przez dłuższy czas w Aleksandrowie Kujawskim i tam ten dom jest, ma się dobrze, a czas jakby się

w nim zatrzymał… Niesamowity klimat, wielkie przeżycie, kiedy tam się pojawiłem przed rokiem.

M.B.: Pana pradziadek, ojciec Edwarda Stachury, chciał, by Edward był prawnikiem albo lekarzem. Prawnuk jest prawnikiem. Czuje się pan spadkobiercą tego rodzinnego testamentu?

M.K.: Nie. To były inne czasy. Z tych opowieści, które do mnie docierały i z fragmentów twórczości Steda można się domyślać, że wolne wybory drogi zawodowej, szczególnie artystycznej, nie mieściły się w ogólnie przyjętych kanonach dla mężczyzn, którzy mieli utrzymać w przyszłości rodziny. Powinni mieć dobry zawód czy przynajmniej fach  w rękach, a pisanie wierszy czy malowanie obrazów i granie na gitarze raczej kojarzyły się z czymś mało poważnym i nie przynosiły zamierzonego sukcesu.
Nie, nie realizuję jakiekolwiek testamentu czy woli kogokolwiek. A ta praca, którą wykonuję, może z poezją nie ma nic wspólnego, ale potrafi być piękna.

M.B.: Czy ma pan ulubioną piosenkę Stachury?

M.K.: Smutna, ale piękna „Z nim będziesz szczęśliwsza…”, bo „(…) ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko”.

M.B.: Cudne manowce…

MAŁGORZATA BŁASZCZUK– dziennikarka prasowa, radiowa i telewizyjna. Jedna z autorek książki "Ofiary w sutannach". Od wielu lat mieszka

i pracuje w Chicago. Współzałożycielka chicagowskiego Wydawnictwa Evergreen, współautorka radiowego słuchowiska w Chicago "Na polskim trójkącie".

/ nauka

  marzec '23 (7)  

Towarzyskie życie
powinno być przepisywane na receptę

PAULINA MOZOLEWSKA

Dlaczego? Izolacja społeczna oraz samotność rujnują zdrowie. Wiemy to

na podstawie badań prowadzonych przez prawie 40 lat, a właśnie pojawiły się

nowe, intrygujące wyniki.

Chociaż izolacja społeczna i samotność są ze sobą powiązane, tak naprawdę to dwa odmienne zjawiska. O pierwszym z nich mówimy, kiedy człowiek nie wchodzi w interakcje społeczne i ma ograniczony kontakt z innymi ludźmi. Jednak nie każda osoba prowadząca odizolowany tryb życia będzie odczuwała samotność. Ta jest zaś subiektywnym uczuciem osamotnienia.

Samotni możemy czuć się przecież nawet w tłumie ludzi.

Chociaż wiemy, że zarówno rzeczywista izolacja społeczna, jak i odczuwanie samotności niosą ze sobą negatywne skutki dla zdrowia, wciąż nie do końca rozumiemy te zależności.

Naukowcy poświęcają jednak temu zagadnieniu coraz więcej czasu. To dlatego, że wiedza na temat wpływu relacji międzyludzkich na zdrowie ma fundamentalne znaczenie dla globalnego zdrowia. Mówimy tu przecież o czynnikach, na które mamy wpływ, w przeciwieństwie do chociażby czynników genetycznych, z którymi na razie wiele zrobić się nie da.

Samotność łamie serce. Dosłownie

Dotychczasowe badania wskazywały już, że zarówno izolacja społeczna, jak i samotność są ważnymi czynnikami ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Nowe badanie opublikowane na łamach "JACC: Heart Failure" wskazuje na kolejną intrygującą zależność. 

Naukowcy z Amerykańskiego Kolegium Kardiologicznego przeanalizowali dane z UK Biobank (baza danych zbierająca informacje genetyczne i zdrowotne od pół miliona osób mieszkających w Wielkiej Brytanii) zabierane przed 12 lat od ponad 400 tysięcy osób

w średnim i starszym wieku. Szczególną uwagę zwrócili na związek izolacji oraz samotności na ryzyko niewydolności serca.

Wyniki analizy wykazały, że największe ryzyko hospitalizacji lub śmierci z powodu niewydolności serca mają osoby, które odczuwają samotność, nawet jeśli tak naprawdę nie są izolowane od innych. 

Dodatkowo okazało się, że samotność i izolacja społeczna występowały częściej u mężczyzn,

a także osób z negatywnymi nawykami związanymi ze stylem życia, takimi jak palenie i otyłość.

Samotny mózg szybciej się starzeje

W innym badaniu, które ukazało się 1 lutego w piśmie "PLOS One", naukowcy wykorzystali dane

z bazy UK Biobank oraz pochodzące od ponad 30 tys. uczestników kanadyjskiego badania na temat starzenia. W tej pracy przyjrzeli się wpływowi izolacji oraz samotności na rozwój demencji. Badacze zaobserwowali silny związek między relacjami społecznymi a wieloma wskaźnikami ryzyka rozwoju demencji, w tym choroby Alzheimera. Nie analizowali jednak oddzielnie izolacji oraz samotności.
Wcześniejsze badania sugerowały zaś, że seniorzy izolowani społecznie mają mniejszą objętość istoty szarej w regionach mózgu związanych z uczeniem się i myśleniem. Takiego związku nie zaobserwowano w przypadku subiektywnego odczuwania samotności

Jak więc interpretować wyniki tych badań?

Badania jasno wskazują, że zarówno izolacja, jak i odczuwanie samotności mogą wiązać się

z wieloma chorobami. I chociaż wciąż nie wiemy, który z tych czynników ma większe znaczenie

i w jaki dokładnie sposób wpływają one na zdrowie, nie ulega już wątpliwości, że warto dbać

o relacje z innymi. Ponieważ łatwiej wyjść do ludzi, niż poprawić geny, naukowcy mają nadzieję, że lepsze zrozumienie wpływu naszego życia towarzyskiego na zdrowie pozwoli wprowadzić nowe metody profilaktyki.

Kto wie, być może już niedługo lekarze będą przepisywać recepty z zaleceniem wyjścia na spacer z przyjacielem czy wspólnego przygotowywania posiłków. (wyborcza.pl)

/ teatr 

  marzec '23 (7)  

Międzynarodowy Dzień Teatru (obchodzony 27 marca) został zainicjowany w czerwcu 1961 roku podczas 9. Światowego Kongresu Międzynarodowego Instytutu Teatralnego w Helsinkach. Data teatralnego święta upamiętnia otwarcie Teatru Narodów

w Paryżu 27 marca 1957 roku.

teatr

Międzynarodowy
Dzień

Teatru

Pomysłodawcą obchodów był prezydent Fińskiego Instytutu ITI, Arvi Kivimaa. Od tego czasu święto teatru obchodzone jest

w wymiarze globalnym przez ponad sto narodowych ośrodków ITI. Tradycyjne obchody święta zaczynają się w siedzibie UNESCO,

w czasie których wybitna osobistość świata teatru wygłasza orędzie dotyczące aktualnej sytuacji teatru na świecie. Pierwszą wiadomość wysłał w 1962 roku Jean Cocteau, francuski poeta, dramaturg, reżyser filmowy. Wśród innych osób, które spotkał ten zaszczyt są takie sławy jak Arthur Miller, Peter Brook, John Malkovich, Judi Dench, Sabina Berman, Antonio Gala Velasco, Vaclav Havel, Augusto Boal, Anatoli Vasíliev, Isabelle Huppert. Zaszczyt ten spotkał także Polaków Krzysztofa Warlikowskiego i Janusza Warmińskiego. Orędzie tłumaczone jest na kilkanaście języków, a jego odczytanie transmitują największe stacje radiowe oraz telewizyjne.


Celem światowych obchodów jest promowanie sztuk teatralnych w społeczeństwie, dążenie do zintegrowania środowiska artystycznego oraz pobudzenie do międzynarodowej współpracy i wzmocnienia przyjaźni. W Polsce od 2007 roku Polski Zarząd Międzynarodowego Instytutu Teatralnego wręcza coroczną Nagrodę im. Stanisława Ignacego Witkiewicza cudzoziemcom, w uznaniu działalności związanej z propagowaniem teatru i dramaturgii polskiej na świecie. W tym dniu, także prezes Związku Artystów Scen Polskich wygłasza orędzie do całego społeczeństwa.

W trakcie Światowego Dnia Teatru organizowane są spektakle teatralne, spotkania z aktorami, warsztaty artystyczne, wykłady, czy wycieczki do teatru. Od 2009 roku w wielu polskich miastach z tej okazji przeprowadzany jest też ogólnopolski projekt „Dotknij Teatru” (teatry instytucjonalne, muzea, ośrodki kultury, fundacje, stowarzyszenia i artyści przeprowadzają setki najróżniejszych wydarzeń związanych z teatrem).

Dzisiejszy teatr…

 

Zastanawiając się nad dzisiejszym teatrem można z powodzeniem zadać pytanie, kto w teatrze jest ważniejszy; autor czy reżyser? Ale czy ktoś o to pyta... Odpowiedź jest znana, widziana i słyszana - reżyser, a tekst jest jedynie materiałem do pracy, uzupełnianym na bieżąco na potrzeby danej sceny  teatralnej... Rozpłynął się gdzieś mechanizm dla dramaturgii fundamentalny: teatr, czyli reżyser

i jego zespół, powinien wziąć gotowy, oryginalny dramat i pracować na to, by go uruchomić, wystawić przekonująco i zrozumiale. Musi się weń wczytać, musi się nam nim  pochylić, wziąć w karby własne ego i  wykrzesać z siebie lojalność nie tylko wobec swoich wizji

i skojarzeń. Dzisiaj już tak się nie robi. Nikt tego nie oczekuje, więcej - nawet się nie domaga... Czy ktoś jeszcze doceni taki ewenement, jeśli nawet się zdarzy?  Ciągle na to czekam...  Po prostu lubię dobry teatr. I zdecydowanie wolę rzadziej i lepiej, aniżeli częściej i byle jak. 

 

Najbardziej lubię, gdy gasną światła na widowni. W ciemności jestem sama, skupiona w oczekiwaniu, osobna, ale jednocześnie

z innymi, więc nie samotna. Jako widzowie tworzymy wspólnotę.. Nie wiemy, co nas czeka. Przed nami otwarte, oświetlone okno sceny. Przyglądamy się rekwizytom, prowokacyjnie czekającym na nas aktorom…

Umówiliśmy się na teraźniejszość. Wiemy, że dostali do zagrania życie. Czy uniosą ciężar słów i emocji?

Po dwóch godzinach z hukiem opada kurtyna. Nikt nawet nie drgnął. Na widowni i na scenie kompletna cisza…

 

Tylko od aktorów zależy, czy teatr będzie trwał tylko pod powieką ostatnich widzów, czy obroni swoją kruchość i pozostanie pod powieką pierwszych. (ac)

CZYM JEST TEATR ? 

- dla aktorów i widzów, mieszkających w Chicago

Andrzej Borysiewicz

Teatr to dla mnie malutka, niezwykła oaza, w której od czasu do czasu mam szanse przeżycia katharsis. Ale przeżycia katharsis

w pojęciu Platona, a nie powszechnie dziś obowiązującej definicji Arystotelesa. (…) Mój teatr to uszlachetnienie duszy 

i uczuć w wyniku przeżycia głębokich emocji i pogłębionych refleksji wywołanych uczestnictwem w przedstawieniu teatralnym.

Julitta Mroczkowska-Brecher

Teatr to wzajemna relacja aktora i widza. Aktor kreuje iluzoryczną przestrzeń, w której oddziaływuje na uczucia

i emocje oglądającego. To właśnie jest teatr.

Aga Sarrafian

Teatr jest dla mnie odetchnieniem od codzienności. Kiedy zapędzę się w kozi róg, nie pamiętam jak się nazywam, teatr przywraca mi równowagę ducha. Balansuje we mnie odludka, pomocnicę, durną babę i inteligentną kobietę. Przywraca mnie do pionu. Kocham teatr za uczciwość i prawdę o mnie i o nas ogólnie.

Agata Paleczny

Ciemno i pusto. I ta cisza.... obłędna, tajemnicza, inspirująca 

i niepokojąca.

Przestrzeń i specyficzny zapach - daleko mu do świeżego.

A kiedy już zachwyci cię ten moment, to potem jest kolejny, kiedy twój głos odbija się od pustych krzeseł i ścian i wraca do ciebie niby bumerang. I możesz wszystko. To jest twoja chwila. 

A potem...

Światła robocze, to jeszcze nie blask reflektorów ale już nie jesteś sama - próby. Radość i ból tworzenia. Nieustanna droga odkrywania, poznawania siebie, partnera. Szczęście, złość i łzy. 

I oczekiwanie...

Jest. Krzesła już nie są puste. Zaczyna się podróż, ta najważniejsza, rozmowa, dialog, ale nie tyle na scenie ile aktora 

z widzem. Nasłuchujesz oddechów, łapiesz energię i to jest coś takiego niezwykłego, co trudno opisać, trzeba po prostu przeżyć i poczuć. 

Bo TEATR to emocje i uczucia.

Ryszard Gajewski-Gębka

Czym jest dla mnie teatr? ( nie w sensie budynku).

Na pewno nie jest dla mnie świątynią sztuki, a sztuka teatralna nie jest misterium, które należy oglądać w nabożnym skupieniu. Te określenia słyszałem wielokrotnie w Akademii Teatralnej, ale one przez lata uległy erozji i zwietrzały, a praca w zawodowym teatrze mocno to zweryfikowała.

Co więc stanowi o tym, że teatr niezależnie od czasu i miejsca postrzegany jest jako teatr? Teatr to zwierciadło naszego życia. Teatr jest tym co wydarza się między aktorem i widzem.

Czego oczekuję od teatru?

Prawdziwości uczuć i szczerości a także zdolności do mówienia prawdy. Teatr to miejsce gdzie aktor prowadzi z widzem dialog

o wartościach: estetycznych, moralnych, metafizycznych; szczery dialog. Niestety we współczesnym teatrze to zjawisko rzadkie i niezbyt popularne. W moim mniemanu następuje degradacja teatru – teatr zgłupiał...

”Kiedy umysł śpi budzą się demony”. Miejmy nadzieję, że to zjawisko przejściowe.

 

Agnieszka Zątek

W małym miasteczku, z którego pochodzę, było tylko kino. Do teatru jeździliśmy ze szkołą do Szczecina kilka razy w roku. Już wtedy przeczuwałam, że teatr to nie moja bajka. Od zawsze gra wydawała mi się mniej lub bardziej sztuczna. Kiedy w czasie studiów polonistycznych mieszkałam pięć lat w Warszawie, regularnie bywałam w teatrze. Byłam pewna, że znani aktorzy zmienią moje nastawienie. Niestety, tak się nie stało. W czasie spektaklu częściej zerkałam na zegarek, niż brawami wyrażałam swój zachwyt. Do dziś nie mogę pozbyć się wrażenia ciągłej recytacji w grze aktorów. Czego nigdy nie mam w dobrym filmie. Czym innym jest teatralna atmosfera. To trochę jak z kawą. Nie przepadam za jej smakiem, ale uwielbiam zapach i cały rytuał związany z jej piciem. Cóż, po prostu kocham kino.

Andrzej Krukowski

Teatr jest religią, której świątynie są na całym świecie. Ludzie Teatru to kapłani sztuki. Opowieść należałoby zacząć tak:

Na początku był teatr… Bóg stworzył teatr, a ludzie zamienili go w cyrk…

dziady-w-chicago 3.avif

Edyta Luckos, Maciej Góraj, Marcin Kowalik - "Dziady", teatr Scena Polonia, Chicago

"Kopciuszek"; Warsztaty teatralne, Chicago. Kostiumy: Maryla Pawlina

"Straszny Dwór" Stanisława Moniuszki, Paderewski Symphony Orchestra, Chicago

Marcin Kowalik

Teatr to drugi dom ze względu na wielką rodzinę, choć nie zawsze wszyscy żyją w pełnej symbiozie. Teatr to ogromna praca i nie tylko fizyczna. Teatr to taka stara szafa u babci, do której można wejść i przebrać się w cokolwiek zapragniemy. Teatr to kontrolowane widoczne emocje. Teatr to kreowanie postaci. Teatr to zmierzenie się z sobą samym. To poddanie się zmiennemu nurtowi. Teatr to karuzela, która raz bardzo mocno nas uszczęśliwia, a innym razem przyprawia o mdłości.

Monika Kulas

Teatr to przeżycie wizualno-duchowe, pozwalające uciec od rzeczywistości.

Wojtek Sawa

Brakuje mi Kantora. Czy jest teatr tego rodzaju?

 

Barbara Maksymiuk

Teatr jest tym rodzajem sztuki, która najbardziej oddziaływuje na moją wyobraźnię i emocje. Do dziś pamiętam, jak głęboko byłam poruszona „Apokalipsis cum figuris” Jerzego Grotowskiego czy „Lotem nad kukułczym gniazdem” Zbigniew Hübnera. W teatrze mamy do czynienia z żywym człowiekiem, może więc na krótko ulegamy iluzji, że przedstawiane wydarzenia dzieją się naprawdę?

/ teatr 

  marzec '23 (7)  

WITOLD GOMBROWICZ
w Trap Door Theatre

BARBARA MAKSYMIUK z oprawą fotograficzną KRZYSZTOFA BABIRACKIEGO

Do niewielkiego teatru Trap Door Theatre, mieszczącego się przy 1655

W. Cortland w Chicago, wchodzi się przez słabo oświetlony wąski korytarz. Przez chwilę można mieć wrażenie, że wchodzi się na zebranie jakiegoś tajemnego stowarzyszenia.

Jeszcze tylko krótkie pytanie o bilety w miniaturowym przedsionku

i ... jesteśmy w teatrze.

Kilkudziesięciu widzów otacza niewielką półamfiteatralną scenę.

Po scenie przechadza się wyglądający pompatycznie, nieco pulchny król Ignacy, nieopodal siedzi jego żona, królowa Małgorzata, jeszcze dalej młody dworzanin pogrążony w lekturze.

Królewska para i ich syn, królewicz Filip, to główne postacie dramatu Witolda Gombrowicza "Iwona księżniczka Burgunda", opublikowanego w 1938 roku.

Za chwilę scena się wypełni - wejdzie książę z przyjacielem, dworzanie. Spacerują, rozmawiają o pogodzie, wieczornym brydżu. Król każe wspomóc żebraka, a zaraz potem jest zachwycony swoją hojnością, ma kaprys "bratania się z ludem", bo jest narodowe święto. Wydaje się sobie liberalny

i wielkoduszny. 

Przyjaciel księcia próbuje zwrócić jego uwagę na przechodzące obok piękne kobiety, ale książę mający (jak sam mówi) "subtelne poczucie własnej godności" jest apatyczny I znudzony.

Wszyscy się fotografują albo przeglądają się w lustrze…

Ich wzajemne relacje pozbawione są ciepła i spontaniczności. Zachowują się w sposób przewidywalny i schematyczny. 

Dwór zbudował swoją kostyczną tożsamość w oparciu o zasady, których nikt nie ośmiela się kwestionować.

 

W "Iwonie..." dwór króla Ignacego uosabia coś, co fascynowało Gombrowicza przez całe życie, a co nazywał różnie - formą, gębą, pupą.

Forma to konwenans, normy i umowy społeczne, w których jesteśmy uwięzieni.

Forma daje poczucie bezpieczeństwa, poskramia chaos świata, ale jednocześnie niszczy indywidualizm i odbiera wolność.

Forma jest żywiołem, który zagarnia wszystkich i przed którym nie ma ucieczki. 

 

A co się stanie, jeśli w ten apatyczny, skodyfikowany świat, wejdzie ktoś inny, kto swoją innością i nieznajomością konwenansów zachwieje samozadowoleniem dworu?

Kto podważy jego pyszałkowatą wiarę we własną wyjątkowość?

 

Gdzieś na spacerze pojawia się Iwona.

W oryginalnym dramacie Gombrowicza miała być brzydka i nieporadna.

W inscenizacji "Trap Door ..." jest piękną, młodą dziewczyną - jasną

i świetlistą. 

Iwona jest jak dzikie dziecko - milcząca i nieśmiała, płochliwa i zagubiona.

Nie ma w niej nic z kokieterii Izy - damy dworu. Jej własna ciotka karci Iwonę za jej bierność mówiąc, że nie miała powodzenia wczoraj, nie ma go dzisiaj

i nie będzie go miała również jutro. A jednak Iwona w swojej zgrzebnej sukience-koszulce, z potarganymi włosami, wywołująca kpiny otoczenia

- hipnotyzuje. Nie przynależy do dworu, nie wiadomo skąd się wzięła, nie przystaje do otoczenia ani wyglądem, ani zachowaniem. 

Jej dezorientacja zagubionego dziecka i absolutna bierność, jej milczenie będące kontrastem do rozgadanego dworu prowokują księcia Filipa do oświadczyn.

Bo przecież nie ma żadnego prawa, które mówi, że należy się żenić tylko

z powabnymi pannami. A książę, rozkapryszony i znudzony, może robić co chce. Przedstawia Iwonę rodzicom, którzy akceptują ją, chcąc uniknąć skandalu.

Trap Door 4.avif
Trap Door 1
Trap Door 3

I wtedy zdarza się rzecz nieoczekiwana - trwożliwa i ufna Iwona zakochuje się w księciu. Nie zna przecież miłosnych gier, kokieterii, dworskich intryg. I ona właśnie pokazuje zblazowanemu księciu, jak wyglądają prawdziwe, płynące z serca emocje. Tuli się do niego, wplata mu kwiaty we włosy i porywa do zwariowanego, radosnego tańca. Książę wydaje się być oszołomiony i zobowiązany do odwzajemnienia jej uczuć. "Jeśli jestem twoim ukochanym, to nie mogę ciebie nie kochać". Ale pokochać jej nie potrafi, wpada

w gniew i oświadcza się zalotnej Izie.

Miłość Iwony, jej tkliwość i przywiązanie zaczynają być zawadą.

 

  Jest w spektaklu taki moment, kiedy Iwona zmuszona do mówienia najpierw z wysiłkiem, a potem już uporczywie, powtarza ciągle te same słowa, które brzmią jak epifania albo proroctwo - wszystko się kręci od zawsze w koło i w koło...I znowu nie wiemy, czy Iwona jest niemową-wariatką czy czystą i jasną istotą o perłowej skórze, która wie o świecie więcej niż cały dwór uwięziony w etykiecie, pozorach i konwenansach...

I w tym momencie dwór zaczyna się rozsypywać. Jego sztafaż jest sztuczny, a jego członkowie są marionetkami grającymi maniakalnie swoje społeczne role.

Królewicz nie chce takiej żony, królowa uświadamia sobie, że jej poezja to zaledwie grafomańskie wysiłki (pełne "giętkości, malin, kalin"), król przypomina sobie młodzieńcze grzeszki ("jestem królem głupoty, grzechów, gwałtów i jęków”). 

Iwona mimowolnie uświadamia dworowi jego fałszywy blichtr, megalomanię i pustkę.

I dlatego Iwona musi zginąć, żeby zachować status quo dezintegrującego się dworu...

Najpierw każdy pojedynczo, a potem już cała rodzina królewska planuje zgładzenie Iwony.

Ale nie można tego zrobić tak prostacko, bez elegancji; nawet teraz trzeba zachować etykietę i konwenanse.

 Urządzają więc dekadenckie przyjęcie, na którym ma być podany karaś "ryba z pozoru skromna, ale w gruncie(...) wprost nieprawdopodobnie arystokratyczna" w śmietanowym sosie -"pikantnym, błyskotliwym, paradoksalnym"

Naiwna, nie znająca intryg Iwona daję się zaprosić na bal i ginie dławiąc się karasiową ością...

Zakończenie godne farsy, co prawda, ale mnie jakoś nie było do śmiechu..

Pomyślałam, że taki rodzaj odrzucenia, ostracyzmu czy kary stosują różne grupy społeczne, systemy polityczne czy nawet klany rodzinne od niepamiętnych czasów.

Dwór po zabójstwie Iwony natychmiast się zjednoczył, zapomniał o chwilowych refleksjach czy wyrzutach sumienia i wszyscy jego członkowie uklękli wokół dziewczyny, którą właśnie wespół-zespół unicestwili.

"Klęknij Filipie. Trzeba uklęknąć synu. Tak trzeba"

"Prędzej! Nie możesz sam jeden stać, kiedy wszyscy klęczymy"

Ale w inscenizacji "Trap Door.." Filip nie uklęknął... Stał z boku, ale jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.

Przedstawienie zostało zagrane wręcz brawurowo; somnambuliczna Iwona do końca skrywała tajemnicę swojej duszy - raz była jak biały, delikatny motyl, a raz jak zagubiona ciamajda.

Królowa w momencie planowania zbrodni była jak oszalała lady Macbeth, a Szambelan grał (że tak powiem) błyskotliwie...

Dosłownie iskrzył się na scenie, przeistaczając się z jednej postaci w inną.

Wszyscy znakomicie pojęli gombrowiczowski humor oscylujący pomiędzy głęboką filozoficzną refleksją a groteską.

Mamy nadzieję, że TDT pokaże nam jeszcze niejedno znakomite przedstawienie o "awangardowym smaku".

plakat

PRINCESS IVONA

 

Autor: Witold Gombrowicz

Tytuł oryginału: Iwona, księżniczka Burgunda

Tłumaczenie: Krystyna Griffith-Jones i Catherine Robins

Reżyseria: Jenny Beacraft (gościnnie z Hiszpanii)

Obsada: Cat Evans, Bill Gordon, Joan Nahid, Laura Nelson, Manuela Rentea, Keith Surney, Gus Thomas, Kevin Webb i Robert Wilson.

Scenografia: J. Michael Griggs

Projekt oświetlenia: Richard Norwood

Kostiumy: Rachel Sypniewski

Oryginalna muzyka i dźwięk: Przemysław Bosak

Charakteryzacja: Syd Genco

Projekt graficzny: Michał Janicki

Dramaturg: Milan Pribisic

Menadżer sceny: Tyler Hughes

Asystent reżysera: Micah Mabey

Huśtawki: Emily Nichelson i Joseph Jenkins

/ teatr  rozmowy

  marzec '23 (7)  

Maryla 11.avif

UCIECZKA

DO PRZODU...

MARYLA PAWLINA /  ANNA CZERWIŃSKA

Jest zmysłowa, nienasycona, głodna wiedzy i eksperymentów. Uwielbia kwiaty, odmienność, a projektowanie kostiumów traktuje poważnie

i z pokorą.

W rodzinnym domu Maryli Pawliny obowiązywał podział ról - mężczyźni rządzili, intrygowali, toczyli wojny. Im wolno było wszystko. Kobiety zaś musiały znać swoje miejsce

w społeczeństwie. Ona nie godziła się na taki podział. Ceni błędy, które zdarzało jej się popełniać: Człowiek szybciej dzięki nim dojrzewa, więc musi mieć do nich prawo!

Kostiumolog teatralny Maryla Pawlina, laureatka ubiegłorocznej nagrody IV Kongresu Teatru Polskiego w Chicago, w towarzystwie przystojnego króla z bajki, w którego wcielił się Jacek - mąż Maryli, przebierając się w kostium jej autorstwa.

    Kulturą nasiąkała w Krakowie, mieszkała w Brzesku, urodziła się w Wilkszynie, powiat Środa Śląska, województwo wrocławskie. Dorastała w czasach powojennych, komunistycznych. Antykomunizm wpoił jej ojciec, choć taka postawa ograniczała wówczas możliwość startu w dorosłe życie. Podglądała wszystko, co działo się wokół. Nie akceptowała…

   Uciekała do przodu. Bardzo chciała uczyć się w Liceum Plastycznym, ale sprzeciwiła się babcia z rodu Koźmińskich. W jej przekonaniu w rodzinie nie mogły zaistnieć „jakieś artystki”, a kobieta o wielu talentach powinna zostać nauczycielką.    

    Ta część ucieczki nie udała się… Może za wcześnie… Chociaż czuła się dorosła już wieku 9. lat, kiedy zniosła do piwnicy węgiel (1,5 tony), by ochronić zaawansowaną brzemienność mamy, węgiel przed kradzieżą i obie przed gniewem ojca. Mimo jego apodyktycznej postawy wiele ją nauczył, wiele też cech po nim odziedziczyła – wytrwałość, upór, pracowitość i chyba zdolności wszelkie…

    Ucieczka do przodu powtórzyła się już w dorosłym życiu – wraz z mężem i dziećmi pojawili się w Stanach Zjednoczonych.

Maryla

Anna Czerwińska: Zostawiłaś wszystko za sobą, Cały niepokój, zakłopotanie i znaki zapytania. Rozpoczęło się nowe życie, nowe wyzwania. Pomogła siła wewnętrzna?

 

Maryla Pawlina: Desperacja, która z pewnością ma wpływ na to, co wokół, na odbiór świata, i jego poznanie… Kiedy podejmuje się taką decyzję, i to z dziećmi, musi być siła i wzajemne zrozumienie. Inaczej nie pokonamy przeszkód. Zamieni się to w koniec świata i jedną wielką rozpacz. Na szczęście u nas tak nie było… Udało się „zamienić” życia z polskiego na amerykańskie z zachowaniem polskości. Jednak początki były trudne. Jak u każdego.

 

A.Cz.: Byłaś wówczas panią nauczycielką od muzyki. To konsekwencje decyzji babci, głowy rodu. A przecież los zasypał Cię talentami wszelkimi. Czułaś, że musisz je wykorzystać?

 

M.P.: Tak, było coś takiego. Moja mama mi przypomniała, jak będąc w przedszkolu wybudowałam teatrzyk i aktorów, kukiełki. Zawsze z chęcią występowałam, zawsze interesowała mnie szafa mamy i podczas jej nieobecności przebierałam się, dopasowywałam, usiłowałam coś zmienić. Później, już w szkole podstawowej, do której bardzo lubiłam chodzić i chętnie uczyłam się, miałam bardzo dobrą panią od wychowania plastycznego. W siódmej klasie nauczyła nas perspektywy, co było raczej niespotykane. Zabierała nas do parku i tłumaczyła, na czym to wszystko polega. Jak ją wspominam, widzę ją

w kolorach… Jak mówiła, tworzył się błękit, słoneczny żółty, pomarańczowy… Ciepło wokół niej. W ogóle miałam szczęście do dobrych nauczycieli… To procentowało w późniejszym życiu.

Tutaj… też miałam szczęście do kreatywnych ludzi. Agata Paleczny otworzyła swoje studio „Warsztaty teatralne”. I tak to się zaczęło. Tam stawiałam swoje pierwsze kroki, tam mnie poznawano… Potem Paderewski Symphony Orchestra i „Straszny Dwór”. Moc kostiumów… Bardzo poważny projekt…

A.Cz.: Zapracowała wrażliwość, znajomość kolorów, zrozumienie ich znaczenia… A do tego wyobraźnia. Bez niej trudno?

 

M.P.: Wręcz niemożliwe jest projektowanie bez wyobraźni. Wszyscy, którzy projektują ubiory na scenę, czy do filmu, muszą mieć wyobraźnię przestrzenną. Będąc nieskromną w tym momencie, mogę powiedzieć o sobie, że ją mam. Wiesz, największą dla mnie trudnością jest faza wstępna projektowania. Nigdy nie uczyłam się technologii. I tak na przykład długo zastanawiałam się, jak zrobić smoka, jak wykroić formę… Zrobiłam w końcu…

 

A.Cz.: i wyszedł rewelacyjnie!

 

M.P.:  Nie ma sztuki, do której nie zrobiłabym samodzielnej dokumentacji. Jak już wszystko przemyślę, naczytam, naoglądam, jestem gotowa do rozmów z reżyserem. Uzgadniamy swoje poglądy, chociaż mnie jest trudno przekonać do zmiany moich pomysłów. Szyję sama, robię też niezbędne dodatki samodzielnie. I bez względu na to, czy jest to sztuka dla dzieci czy dla dorosłych, praca nad nimi jest jednakowo trudna, ale i pasjonująca. Projektuje się dla konkretnych osób, aktorów… Trzeba ich znać, ale też trzeba wiedzieć, jakie ruchy wykonują na scenie, by kostium ich nie krępował, by każdy z nich czuł się na scenie swobodnie. Dlatego szyję sama. Wszystkie kostiumy – małe i duże.

 

A.Cz.: Dystans między sceną a widzem jest dosyć duży. A jednak dbasz o wszystko, o każdy guziczek czy koronkę…

 

M.P.: Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, chociaż w naszych, emigracyjnych warunkach jest to dużym problemem. Nie ma budżetu na kostiumy, ba… nie ma budżetu na nic. Nie mamy teatru, tułamy się po rożnych miejscach, za które trzeba zapłacić, więc o kostiumach już naprawdę nie może być mowy. Jakoś to rozwiązujemy, dzięki sponsorom czy rodzicom przy przedstawieniach dla dzieci, ale to są półśrodki. I nigdy nie wiadomo, na co możemy liczyć. Dlatego podpieram się sklepami

z używaną odzieżą, którą potem przerabiam, przeszywam, doszywam, by maksymalnie ograniczyć koszty przy zadowalającym

i w miarę wiernym do sztuki efekcie.

A.Cz.: Jesteśmy wzrokowcami. Ty pierwsza dajesz nam sygnał ze sceny poprzez kostiumy aktorów. Wprowadzasz

w nastrój przedstawienia…

 

M.P.:  Mam tego świadomość i jest to spore obciążenie. Dlatego muszę znać scenariusz i obsadę, by móc stworzyć taką atmosferę. Kostium też musi współgrać ze scenografią, z muzyką czy dźwiękiem. Nie znoszę bylejakości w kostiumie. Dlatego nie znajduję przyjemności w oglądaniu dziwnych przedstawień, byle jakich… To nie moja estetyka. Jestem po prostu inna. Kocham kolor, kocham strukturę materiału, fasony i chcę, żeby to było jak w orkiestrze symfonicznej, żeby to zagrało. To nie może być przypadkowość. Jak robiłam „Bal w operze”, to też była wojna o drobiazgi. Dla mnie mają znaczenie, dla innych nie.  No i mam muzyczną pamięć. Taką samą do kolorów czy szczegółów. Dzisiaj mogę powiedzieć, jak wyglądał Zygmunt III Waza, którego obraz widziałam w dzieciństwie. To wspólna praca na efekt wstępny i końcowy. Wymaga też poprawek podczas prób, drobnych zmian. To kulisy naszego działania.

Ale po dwudziestu latach projektowania i uszyciu około dwóch tysięcy kostiumów dochodzi się do wprawy. (śmiech). Wyeksploatowałam już parę maszyn, nie naprawiam, bo się nie opłaca, tylko kupuję nową. Jak zobaczę coś interesującego

w sensie tkanin, dodatków, gadżetów – zbieram na przyszłość. Zawsze się przydaje, no i jest w czym wybierać, szczególnie

w sytuacjach nieprzewidywalnych.

 

A.Cz.: IV Kongres Teatru Polskiego w Chicago obdarował Ciebie nagrodą za kilkunastoletnią działalność związaną ze sceną.

 

M.P.: To duże wyróżnienie i jestem nim ciągle zażenowana. Cała oprawa tego wręczenia była miła, ale pompatyczna, wielka, szokująca.

Jestem skromną osobą, która dzieli się swoimi umiejętnościami i niech tak zostanie.

 

A.Cz.: Plejada kostiumów była jednocześnie opowieścią o Tobie.  To był świetny pomysł, a nagroda w pełni zasłużona.

Po raz kolejny gratuluję…

 

M.P.: Bardzo dziękuję. Może masz rację, ale wiesz, jak to jest…

 

A.Cz.: Nie poddajesz się złym nastrojom, uwielbiasz operę, muzykę klasyczną, dobre maniery, nietuzinkowość. Ubierałaś swoją siostrę według własnych projektów. Ciebie ubierała ukochana krawcowa, według Twoich projektów. Miałaś swój styl i on pozostał. Dzisiaj tryskasz radością, energią, spełnieniem…

 

M.P.: No, może codzienność taka tryskająca radością nie jest, to niemożliwe. Czasem naprawdę trudno do lustra się uśmiechać - dopadają nas niedogodności fizyczne i psychiczne. Generalnie rzecz biorąc, jestem zadowolona. Mnie pewne rzeczy nie są potrzebne. Nie muszę jeździć co roku na Dominikanę czy zmieniać samochody na nowsze modele… Nie mam w sobie zazdrości; wprawdzie czasem przemknie przez głowę „dlaczego nie ja?”. Szybko potrafię to sobie wytłumaczyć i sprawa zamknięta.

Jestem osobą spełnioną, mam troje dzieci. Jednym już się drogi poprostowały, innym się nigdy nie skrzywiły… Jest dobrze. Mam wnuki… I nie czuję się głową rodu. Niczego nie narzucam, jak narzucano mnie. Czuję się też spełniona w swoim związku, który nie był filmowo cukierkowy. Z taką osobą jak ja, walczącą całe życie – jestem wojowniczką, nie słodką, grzeczną Marysią – trudno jest wytrzymać.

Wszystko się ułożyło, wyrównało, choć nadal jestem „wojująca”, ale inaczej.

Tym niemniej mój sukces jest też sukcesem Jacka, mojego męża od dziesiątek lat. I za to jestem mu wdzięczna. Nie narzeka na rozgardiasz w domu, często służy za manekin – bo wiesz, nie umiem ubierać kukieł, muszę mieć żywego człowieka. Cierpliwie mnie dokarmia bez uwag „znowu nie ma obiadu”. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa i ogromnego komfortu.

 

A.Cz.: Chciałoby się powiedzieć, by inne osoby, zajmujące się od czasu do czasu projektowaniem kostiumów dla chicagowskich prezentacji scenicznych, uczyły się rzetelności od Ciebie. Do zobaczenia niebawem w teatrze.

Maryla 5
Maryla 19
Maryla 20
Maryla 2

Autorzy zdjęć z chicagowskich przedstawień: Kasia Jarosz, Krzysztof Babiracki,  Dariusz Lachowski, Paweł Nocon

/ kino   rozmowy

  marzec '23 (7)  

pianoforte 4

Kulisy Konkursu Chopinowskiego
na festiwalu Sundance

ZBIGNIEW BANAṠ / JAKUB PIĄTEK

Jakub Piątek 

Zbigniew Banaś: Moim gościem dzisiaj jest Jakub Piątek, reżyser filmu dokumentalnego „Pianoforte”, który miał swoją premierę na dorocznym festiwalu Sundance. Film pokazuje losy kilku wybranych młodych muzyków, którzy uczestniczą w warszawskim Konkursie Chopinowskim. To ważny, światowy konkurs, dający możliwość wejścia w wielki świat młodym pianistom, pod warunkiem, że zostaną zauważeni. Jakub Piątek pokazuje bardziej kulisy tego konkursu, ale o tym opowie już sam jego twórca.

Jakie są Pana wrażenia ze wspomnianej premiery i pobytu na festiwalu?

 

Jakub Piątek: Bardzo się cieszę, że mogliśmy po raz pierwszy pokazać się na Sundance. Jest to wprawdzie mój drugi udział w tym festiwalu – przed dwoma laty, wyłącznie online, premierowałem tam film fabularny „Prime time”.

A teraz było naprawdę wspaniale! I zobaczyć te góry, i poczuć atmosferę festiwalową, a na sali kinowej usłyszeć, jak publiczność oddycha razem z tym filmem i reaguje śmiechem w momentach przez nas przewidywanych. Tym większa była radość, że dołączyła do nas dwójka bohaterów z Chin, którzy lecieli do nas 25 godzin, a po dwóch dniach pobytu ich droga powrotna wydłużyła się do 31 godzin, a bardzo chcieli zdążyć przed chińskim Nowym Rokiem. Wszystko to razem spowodowało szczególne przeżycie.

 

Z.B.: A samo przyjęcie filmu? Mówię tutaj o temacie, który na Sundance nie pojawia się. Zwykle są tam filmy o mocnych akcentach społecznych, politycznych, również filmy biograficzne. Ten pański był trochę inny. Jak go odebrano?

J.P.: Wydaje się, że odebrano go dobrze, tak przynajmniej wynika z rozmów. Często pojawiały się opinie, że ten film był pewną formą oddechu, rozluźnienia. Może dlatego, że nie zajmuje się ostatecznymi sprawami, co nie pozwalają nam spać w nocy. Jest filmem

o pasji do muzyki, o dążeniu do perfekcji, czasami toksycznym, czasami nie, ale w gruncie rzeczy – bardzo pięknym. To wszystko mogło nas troszkę wyróżniać.

 

Z.B.: Jak wyglądała realizacja tego filmu? Pana film fabularny „Prime time”, pokazywany – jak Pan wspomniał – przed dwoma laty na tym samym festiwalu – miał w swoim scenariuszu początek, środek i koniec. Tutaj to wyglądało inaczej.

 

J.P.: Ten film był związany z ryzykiem… Wybraliśmy bohaterów na etapie eliminacji, kiedy pianistek i pianistów jest 160. Poprosiliśmy, by wszystkie osoby nam się nagrały, w domach, na video. To było jeszcze w trakcie pandemii. Dzięki tym nagraniom miałem pewien ogląd, mogłem ich poznać, poszukać ewentualnie dodatkowych informacji czy wręcz poprosić o nie. 

Tak więc na etapie eliminacji, jeszcze przed konkursem, zdecydowaliśmy się na naszych bohaterów i odwiedziliśmy ich w naturalnej scenerii. Wybraliśmy się w podróż po Polsce, potem do Włoch, Chin i Rosji.

Ryzyko ciągle nad nami wisiało… Są cztery etapy konkursowe, a w każdym z nich odpada 50 procent uczestników. W każdym z nich mogliśmy się dowiedzieć, że nie mamy już bohaterów filmu, że źle wytypowaliśmy. Takie ryzyko zawodu…

Te nasze wstępne zabiegi utworzyły wyjątkowo trwałe i silne więzi. Kiedy przyjechali do Warszawy w październiku na konkurs, byliśmy dla nich najbliższymi osobami. Jadaliśmy wspólne obiady, kolacje, poznawaliśmy ich rodziny, najbliższych, byliśmy w ich domach. Kamera zwykle była obok nich. Nie czuli skrępowania. To duży plus. Nie byłoby to możliwe, gdyby nasza kamera pojawiła się dopiero podczas konkursu. To ogromny przywilej… I nawet gdy przegrywali i pakowali się do domu, my też byliśmy z nimi. Powstał specyficzny rodzaj zaufania, że byliśmy w pierwszym rzędzie, obok nich, w każdej sytuacji konkursowej.

Konkurs Chopinowski to jest wehikuł emocjonalny, ogromne przeżycia zakulisowe, zanim się wyjdzie na scenę.

Z.B.: No właśnie. Wszyscy ci młodzi pianiści mają na sobie ogromną presję. Wydawałoby się, że obecność kamery ją zwiększa… Rozumiem, dlaczego Pan chciał ten film zrobić. Ale dlaczego ci młodzi ludzie tak chętnie przystali na film, a kamera stała się częścią ich życia konkursowego?

 

J.P.: Przy tak intensywnym wydarzeniu, jakim jest Konkurs Chopinowski, jest bardzo dużo mediów. Kamery na korytarzach są wszędzie. My mieliśmy też dostęp do tego, co się działo za zamkniętymi drzwiami. Mam wrażenie, że motywacja dla szóstki naszych bohaterów dla dopuszczenia nas do dokumentowania wydarzenia była w każdym przypadku trochę inna. Ale chyba wspólnym mianownikiem dla nich było to, by ktoś zapisał ich najważniejszy test muzyczny, coś bardzo istotnego w ich muzycznym życiu, kiedy otwierają zawodowe drzwi. Oni są tacy czyści, niewinni… Po prostu chcieli mieć kogoś przy sobie… Nie podejrzewam, by była inna motywacja. To jeszcze – na szczęście dla nas – nie był moment autokreacji. My mieliśmy możliwość naszkicowania ich szczerego portretu, zanim staną się gwiazdami. To był ostatni moment dla kamery, kiedy można było zobaczyć ich bez masek, naturalnymi, bardzo ludzkimi…

Kiedy zaczną już koncertować z najlepszymi orkiestrami, w Carnegie Hall albo innych wielkich salach koncertowych, stracą swoją naturalność. Tego będzie wymagała sytuacja.

Portrety udały się, mam nadzieję. Bo nam nie chodziło o ranking pianistyczny. Wybraliśmy te osoby z czysto ludzkich powodów, zainteresowania się ich historiami, bo każdy z nich jest inny i inaczej dochodził do swojego mistrzostwa. Stąd te obawy i ryzyko,

o którym już wspominałem.

 

Z.B.: Wszyscy uczestnicy konkursów liczą na wygraną. Jak Pan ocenia ich wartość? Czy konkursy są sprawiedliwe przy końcowym werdykcie jury? Pytam tu i o Konkurs Chopinowski i o Sundance…

pianoforte 1
pianoforte 2

Kadry z filmu "Pianoforte" / fot.: materiały prasowe

J.P.: Tu muszę Pana zaskoczyć. Pracowałem nad filmem o niewygrywaniu, więc mocno mam przepracowany temat niewygrywania (śmiech). Nie miałem żadnej agendy, jadąc na Sundance. To była wielka radość i już.

Do Konkursu Chopinowskiego zgłasza się 500. pianistów, przysyłając swoje taśmy. Do finału dochodzi 12 osób. Na Sundance pokazano 12 filmów z kilku tysięcy zgłoszeń… Poczułem się tak, jakbym zagrał koncert e-moll z orkiestrą w warszawskiej Filharmonii Narodowej. Tak, dla mnie udział w Sundance był wielką nobilitacją. Film o klasycznych pianistach jest w konkursie bardzo ważnego festiwalu (!), który nie do końca musi się z tym kojarzyć… To fantastyczne…

   Oczywiście oceny w konkursach są bardzo subiektywne. Parafrazując jednego z moich bohaterów, to takie „konieczne zło”. Wspominał wprawdzie o konkursach muzycznych, pianistycznych. Po prostu nic innego nie wymyśliliśmy… i mamy konkursy.

   Zależało nam na tym, żeby tym filmem wyjść poza niszę muzyki klasycznej. Chcieliśmy wyjść do widzów, którzy niekoniecznie takiej muzyki słuchają. Ciche marzenie polegało na tym, że widzowie wybiorą swojego bohatera, a później na YouTube, za darmo, przesłuchają wszystkie nagrania konkursowe.  Mamy nadzieję, że dla wielu był to początek ich przygody z muzyką klasyczną, która wcale nie jest dla osób starszych czy dla tych z wykształceniem muzycznym, a – proszę mi wierzyć - często takie głosy słyszę. Możemy ją odbierać na poziomie emocjonalnym. Poza otwartością nie potrzebujemy do tego nic więcej!

 

Z.B.: Czy Pan jest fanem muzyki klasycznej? Jak wyglądało pańskie zainteresowanie tym tematem? Czy bardziej muzyczne, czy bardziej ludzkie?

 

J.P. Jestem filmowcem, więc interesowały mnie bardziej klimaty ludzkie.

Dosyć późno byłem w filharmonii w swoim życiu, bo dopiero na studiach. Miałem zniżkę studencką i postanowiłem sprawdzić, jak to tam jest. Przekraczając próg filharmonii miałem poczucie, że wchodzę do bardzo elitarnego, sztywnego w swoich regułach świata. Jest to inny świat, ale przystępny, o podobnych emocjach jak na koncertach rockowych. Podczas współpracy z Instytutem Fryderyka Chopina poznałem pianistów, potem muzykę chopinowską…

Ponadto jestem wychowany w Polsce, gdzie co pięć lat wszyscy żyją Konkursem Chopinowskim. Żyje się tą atmosferą w taksówkach, autobusach, komentuje się w telewizji. Jest tego bardzo dużo. Odnosi się wrażenie, że Polska – jako kraj – przenosi swoje zainteresowania z piłki nożnej i Roberta Lewandowskiego w stronę scherzo i mazurków Fryderyka Chopina. I nagle okazuje się, że tak jak o skokach narciarskich – wszyscy potrafimy komentować tę muzykę i o nią się spierać.

Dziwiło więc mnie to, że ostatni film o Konkursie, „Pierwszy szósty” Mariusza Waltera, powstał w 1971 roku. Czułem, że po 50. latach trzeba spojrzeć na ten konkurs na nowo, spróbować go opowiedzieć, zobaczyć go od środka.

Moje wykształcenie muzyczne skończyło się wraz ze szkołą podstawową, gdzie zamiast teorii muzyki śpiewaliśmy pieśni patriotyczne. Pamiętam „Legiony to…”, ale śpiewać nie będę (śmiech). A podczas kręcenia filmu uczyłem się nawet zapisu nutowego, by więcej zrozumieć…

Z.B.: A Pan przeskoczył z kina fabularnego do dokumentalnego… Jak w pańskiej twórczości te dwie formy pracy reżyserskiej wzajemnie się uzupełniają?

 

J.P.: Trafiając do szkoły filmowej byłem bardziej zainteresowany dokumentem. A teraz mam głębokie przeświadczenie, że ten podział, z perspektywy widza, jest dosyć wtórny. Widz w kinie ogląda film, jakieś opowiadanie, często nie zdając sobie sprawy, czy jest to fabuła czy dokument. Chciałbym, by te dwie formy wzajemnie się uzupełniały.

 

Z.B.: „Pianoforte” będzie miał swoją polską premierę w maju podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Gdzie jeszcze będzie można go obejrzeć?

 

J.P.: Powoli tworzy się kalendarz pokazów. 4 marca będzie go można obejrzeć w Miami podczas Miami Film Festival. Czekamy na premierę europejską, która będzie przed polską. Zależy nam na tym – rozmowy w toku – by w kilku krajach film był grany w kinach.  To film w pewnym stopniu muzyczny. Koncert e-moll, grany przez naszych bohaterów przy 60. mikrofonach rozwieszonych na sali koncertowej Filharmonii Warszawskiej naprawdę robi wrażenie.

 

Z.B.: Dziękuję za rozmowę, życząc jednocześnie powodzenia w dualnej karierze filmowej. I do zobaczenia gdzieś na festiwalowym szlaku.

/ kino   

  marzec '23 (7)  

Film „IO” to historia prostego osiołka, zaczynająca się w polskim cyrku, a kończąca we włoskiej rzeźni. Przekazywane z rąk do rąk zwierzę spotyka na swej drodze zarówno ludzi dobrych, jak i złych. Historia jest filmową alegorią, opowiadającą o losach prostego osiołka w coraz bardziej zawiłej współczesności. Tytuł filmu „EO” (w wersji polskiej „IO”) nawiązuje do dźwięku, jaki wydają osły. Zdjęcia do filmu były realizowane m.in. na Podkarpaciu w okolicach Rymanowa. Produkcja otrzymała dofinansowanie w ramach Podkarpackiego Regionalnego Funduszu Filmowego. Środki pochodzą z budżetów Województwa Podkarpackiego, Miasta Rzeszów i Wojewódzkiego Domu Kultury w Rzeszowie.

Jerzy Skolimowski

Jerzy Skolimowski z filmowym osiołkiem / fot.: Michał Englert / materiały prasowe

„IO” Jerzego Skolimowskiego
wielkim zwycięzcą tegorocznych Orłów

MARTA WASZKIEWICZ

Za nami jubileuszowa gala wręczenia Orłów, najważniejszych nagród filmowych w Polsce. Podczas uroczystej ceremonii, która odbyła się w Teatrze Polskim w Warszawie, statuetki odebrali twórcy najlepszych produkcji ubiegłego roku.

Orły to najważniejsze i najbardziej prestiżowe nagrody filmowe w Polsce, przyznawane od 25 lat przez Polską Akademię Filmową. Jubileuszową galę, która odbyła się tradycyjnie w Teatrze Polskim w Warszawie, poprowadził Maciej Stuhr, a nagrody wręczali m.in. Zbigniew Zamachowski, Maciej Musiałowski, Roma Gąsiorowska, Leszek Możdżer, Agata Buzek, Magdalena Cielecka i Agnieszka Holland.

W tym roku laur dla najlepszego filmu powędrował do twórców nominowanego do Oscara dramatu „IO” w reżyserii Jerzego Skolimowskiego. Na konto produkcji trafiło jeszcze pięć innych statuetek: za reżyserię, scenariusz, zdjęcia, muzykę i montaż. Polska Akademia Filmowa doceniła również obraz „Johnny” Daniela Jaroszka: za główną rolę męską, drugoplanową rolę żeńską

i charakteryzację. Film z Dawidem Ogrodnikiem w roli głównej zdobył też Nagrodę Publiczności.

Powód do radości mieli również twórcy dramatu wojennego „Orzeł. Ostatni patrol”, który zdobył statuetki za dźwięk i scenografię.

W kategoriach aktorskich triumfowali natomiast: Dorota Pomykała i Maria Pakulnis oraz Dawid Ogrodnik i Andrzej Seweryn. Prestiżowa nagroda trafiła także do twórców produkcji, o których niejednokrotnie pisaliśmy na łamach naszego portalu, takich jak „Lombard”, „Wielka woda”, „Chleb i sól” czy „Ennio”.

Podczas gali przyznano również nagrodę specjalną – Orła za Osiągnięcia Życia. W tym roku wyróżnienie to trafiło do kompozytora Jana A.P. Kaczmarka. Poniżej prezentujemy pełną listę laureatów Orłów 2023.

Orły 2023 – lista laureatów

Najlepszy film: „IO”
Reżyseria: „IO”
Scenariusz: „IO”
Główna rola kobieca: Dorota Pomykała („Kobieta na dachu”)
Główna rola męska: Dawid Ogrodnik („Johnny”)
Drugoplanowa rola kobieca: Maria Pakulnis („Johnny”)
Drugoplanowa rola męska: Andrzej Seweryn („Śubuk”)
Odkrycie roku: Damian Kocur („Chleb i sól”)
Filmowy serial fabularny: „Wielka woda”
Film dokumentalny: „Lombard”
Dźwięk: „Orzeł. Ostatni patrol”
Muzyka: „IO”
Scenografia: „Orzeł. Ostatni patrol”
Charakteryzacja: „Johnny”
Kostiumy: „Brigitte Bardot cudowna”
Montaż: „IO”
Zdjęcia: „IO”
Nagroda Publiczności: „Johnny”
Film europejski: „Ennio”
Osiągnięcia Życia: Jan A.P. Kaczmarek

/ kino   

  marzec '23 (7)  

Filmowy osiolek

OŚLA   APOKALIPSA

STANISŁAW BŁASZCZYNA

– o najnowszym filmie Jerzego Skolimowskiego „IO”

Doprawdy chciałem napisać o tym filmie wiele dobrego – zwłaszcza, że właśnie święci się dla niego Oscar – ale niestety, jeśli mam być szczery, to muszę wyrazić swoje nim rozczarowanie.
Dla przejrzystości ujmę moje zastrzeżenia i argumentacje w poniższym wyszczególnieniu:

– Przypadkowość i doklejanie epizodów (według mnie na siłę)

Z wypowiedzi Skolimowskiego wynika, że on sam nie wiedział, jaki film ma nakręcić, ale zależało mu na tym, aby zrobić taki zupełnie inny od poprzednich. Padło na uwikłanie w to jakiegoś zwierzęcia, ale Skolimowski też nie był pewien jaki to ma być zwierzak

– i dopiero przypadkowe spotkanie jakiegoś osła na Sycylii było dla reżysera eureką (stąd podróż Io do Włoch). Film powstawał jakby „od końca” – stąd pewnie jego labilna i mało treściwa fabuła oraz przypadkowość zawarta w scenariuszu. Sam finał także jest cokolwiek wydumany, bo bardziej podyktowany był nastrojem i estetyką obrazu, niż przesłaniem/przykazaniem „nie zabijaj!” zwierząt, które na dodatek (jak to przedstawia się w filmie) są zwykle przez ludzi maltretowane (a tak przecież nie jest, bo jednak większość ludzi zwierząt nie maltretuje, a wręcz przeciwnie: zwierzęta lubi, a nawet je kocha).
Zapożyczenia z Bressona (Skolimowski mówił o inspirowaniu się filmem tego reżysera „Na los szczęścia, Baltazarze”)* są wpisane

w strukturę „IO” dość luźno i raczej nie przyczyniają się do konsekwencji fabularnej filmu, jaką mimo wszystko cechował się jego francuski odpowiednik. (Nawiasem mówiąc są to dwa bardzo różne obrazy, więc ich porównywanie nie ma według mnie większego sensu.)
Moją największą obiekcję, jeśli chodzi o zasadność pojawienia się w filmie pewnych wątków, wzbudziły sceny z udziałem Isabelle Huppert, zupełnie nie mające związku z osłem (o jego perspektywie widzenia świata nie wspominając). Podejrzewam że zostały włączone do filmu przez Skolimowskiego tylko i wyłącznie dlatego, żeby się pochwalić kooperacją z wielką aktorką – tym, że udało się mu namówić Huppert do udziału w jego projekcie. (Prawdę mówiąc to nie cierpiałem z tego powodu, że zobaczyłem na ekranie

w „IO” moją ulubioną, obok Juliette Binoche, francuską aktorkę, ale naprawdę nie miałem pojęcia co ona w tym filmie o osiołku robi.)

– Ośla perspektywa, a raczej jej brak

Tytułowym bohaterem filmu jest osiołek imieniem Io, lecz wbrew intencjom reżysera, by przedstawić świat jego oczami, tak naprawdę w filmie widzimy to, jak widzą ten świat jego twórcy (z tej prostej przyczyny, że żaden człowiek nie ma pojęcia co się dzieje w głowie osła – jaka jest jego świadomość i postrzeganie rzeczywistości). Nie może tego załatwić natarczywe wręcz filmowanie przez kamerzystę oślego oka, ani tym bardziej intensywna eksploracja sierści, grzywy, czy kopyt – wszystkich tych części zwierzęcia, które bardzo często widzimy na ekranie. Zresztą, twórcy zdjęć nie są tu konsekwentni, bo równie często obiektyw kamery odlatuje (często pewnie w kamerze umieszczonej na dronie) w jakieś bliższe lub dalsze przestworza (wtedy osiołek redukowany jest na ekranie do jakiegoś znaczka lub w ogóle go nie widać); ewentualnie pokazuje nam świat z perspektywy np. ropuchy, jakiegoś dziwnego robota (?), czy – co gorsza… futbolowej piłki (można więc podejrzewać, że chodzi w tym bardziej o techniczny popis kamerzysty, niż o wzbogacenie treści filmu per fidem).
Oczywiście nie można mieć pretensji o personifikowanie zwierząt (w końcu człowiek robi to w swoich opowieściach od tysięcy lat), ale moim zdaniem „IO” próbuje to ukazać w sposób nieprzekonywujący, bo za pomocą technicznych tricków, a nie czegoś, co wiarygodnie przypominałoby autonomiczne zachowanie zwierzęcia.
Miałem też problem z tym, że często zmieniali się „aktorzy” obsadzani w roli Io (było ich aż 6), co niestety było dla mnie widoczne

i raczej nie działało na korzyść ujednolicenia tożsamości osiołka ;) – a przecież tożsamość głównego bohatera jest w każdym utworze bardzo ważna, bo w przeciwnym przypadku nie wiedzielibyśmy kim on jest.

– Banał, karykatura, stereotyp, przesada

Banał, bo to, że homo sapiens może kochać przedstawiciela innego gatunku albo się nad nim znęcać, ale najczęściej go masowo eksploatuje i – zwłaszcza w naszych czasach – hoduje na jedzenie i pędzi na rzeź, to wszyscy wiedzą (a ci, którzy tego nie chcą wiedzieć/widzieć, to na pewno filmu Skolimowskiego nie obejrzą).
Stereotyp i karykatura, bo jak kibice, to muszą być agresywne i żądne krwi kibole; bo jak władze i otwarcie nowej stadniny, to muszą to robić nie umiejący się wysłowić idioci i ksiądz wymachujący kropidłem, gdzie popadnie; bo jak kierowca ciężarówki, to mlaskający, ograniczony umysłowo i wytatuowany od stóp do głów prostak; bo jak koń, to piękno i wolność z powiewem grzywy; bo jak europejska arystokracja, to zmierzch bogów i dekadencja; bo jak Isabelle Huppert, to od razu wielką aktorką być musi, nawet

w niewielkiej roli…
Przesada, bo przecież wiadomo, że osioł nic nie rozumie z otaczającego go świata, a tu każe się nam wierzyć, że on taki mądry, uczuciowy i myślący – że umie kochać (tych, którzy go kochają) i nienawidzić (tych, którzy się nad nim i innymi zwierzętami znęcają) – no i że jest zawstydzony swoją brzydotą wobec piękna i dystynkcji konia, który jest jego sąsiadem w stajni.

To, co zawarłem w ostatnich akapitach, napisałem tak pół żartem, pół serio, ale bynajmniej nie znosi to mojej pretensji o przesadę obecną w „IO”, którego świat nie jest jednak adekwatny do tego, w którym żyjemy, bo przedstawia jako uniwersalne to, co jest wybiórcze, przenosząc jednostkowe doświadczenie na całą rzeczywistość. Nasza mała apokalipsa nie jest jeszcze wielką apokalipsą. Być może nasz świat zmierza ku zagładzie, ale jeszcze w zielone gramy i jego piękno – a nie tylko samą zgniliznę i cierpienie – dostrzegamy.

– Przerost formy (artystycznych ambicji) nad treścią

Kiedy oglądałem film za drugim razem, to jednak bardziej doceniłem jego styl – zawarty w często intrygujących zdjęciach Michała Dymka i przejmującej muzyce Pawła Mykietyna, nie tylko doskonale ilustrującej obraz, ale i stanowiącej swego rodzaju narrację. Szkoda, że fabularna warstwa filmu do tego wszystkiego nie dorastała… może nawet była tym przytłoczona?

Z tego co napisałem w tej litanii zarzutów (bo jednak trudno uznać to za recenzję) można by wywnioskować, że film Skolimowskiego jest zły. Ale ja tak nie uważam, tyle że – zważywszy na otrzymane przez niego nagrody, a zwłaszcza nominację do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego (z której można się tylko cieszyć) plus tłumy zachwyconych krytyków – spodziewałem się filmu wybitnego, a nie zaledwie dobrego. To pewnie dlatego wyszło tak, jak byłbym przeciw, a nawet za. Oczywiście polecam jego obejrzenie, życząc przy okazji, by Was nie rozczarował – więc być może rzeczywiście odniosłem się do „IO” zbyt surowo?

/ literatura   

  marzec '23 (7)  

Laureat Pulitzera
wraca na Harlem

MICHAŁ NOGAŚ

,Colson-Whitehead--autor-powiesci--Rytm-Harlemu
Colson Whitehead: Na nowo mogłem odkryć miejsce, które mnie stworzyło... Szukałem zapachów, dźwięków, atmosfery Harlemu z czasów, gdy przechadzali się po nim zakochani w sobie moi rodzice.
 

Po „Kolei podziemnej", za którą otrzymał między innymi National Book Award, oraz - zdaniem wielu - jeszcze lepszych „Miedziaków" nagrodzonych PulitzeremColson Whitehead postanowił zanurzyć się w miejscu, z którego wyruszył w świat.

– Spodobał mi się pomysł opisania nowojorskiego Harlemu, jego zapachów, dźwięków, atmosfery czasów, gdy przechadzali się po nim zakochani w sobie moi rodzice – mówi. – Ja sam dorastałem w bezpośredniej bliskości miejsca, w którym mieszkał i prowadził interesy główny bohater powieści. 

 

Ray Carney, chłopak ze 125. Ulicy, jest sprzedawcą mebli – nie najwyższej jakości, nie pierwszej świeżości, ale – jak przyjęło

się sądzić – pochodzących z pewnego źródła. Jego żona, Elizabeth, po raz drugi spodziewa się dziecka i marzy

o przestronniejszym mieszkaniu. Stopniowo zaczyna jednak godzić się z myślą, że jej mąż tylko w tym jednym miejscu na

ziemi czuje się w pełni u siebie.

.

– Jako mały chłopak słyszałem wiele takich opowieści – o marzeniach, aspiracjach, próbie awansu. Pewnie mój ojciec przybijał na ulicach Harlemu piątkę z niejednym takim Rayem – mówi Whitehead. – I pewnie wielu z jego znajomych znalazło żony z bogatych czarnych domów, a teściowie byli niezadowoleni, że córki nie zakochały się w dobrze rokujących chłopcach.

Ale Ray ma jeszcze drugie, podziemne życie. Wszystko przez kuzyna Freddiego, odgrywającego rolę łącznika między

Harlemem praworządnym a tym gangsterskim i skrajnie niebezpiecznym. Dość regularnie sprowadza Raya na złą

drogę – wykorzystując fakt, że cieszy się on dobrą opinią, prosi go, by wycenił i sprzedał u jubilera biżuterię skradzioną

w czasie napadów. A w końcu przekonuje, by dołączył do grupy, która zamierza obrabować skarbiec znanego w całej

Ameryce hotelu Theresa.

– To było centrum całego czarnego świata, każdy potomek niewolników marzył o tym, by wejść do jego lobby, napić się drinka, spotkać znanych muzyków czy aktorów – tłumaczy pisarz. – Wydało mi się kuszące pokazać, co się stanie, gdy nagle takie miejsce zostanie zaatakowane przez „swoich". Jak zachowa się cała okolica?

Plan się nie udaje, napad kończy się niepowodzeniem, a Ray zostaje na lodzie. Musi, by przetrwać i uratować twarz,

znaleźć nowych kontrahentów, los wpycha go więc w objęcia tych, którzy przyczynili się do jego kłopotów.

Whitehead, gdy pytam, dlaczego postanowił napisać historię kryminalną, a bohaterami uczynić gangsterów, ludzi niemoralnych, przyznaje, że bardzo lubi zmiany i nie chciałby znudzić się własnym pisaniem.

– Mam na swoim koncie książkę o zombi, satyrę na świat marketingu, docenione powieści historyczne. Chciałem spróbować odnaleźć się w innym gatunku i znakomicie się przy tym bawiłem. Jakiś czas temu przyjąłem, że nie będę się powtarzał, traktuję tę obietnicę poważnie. Poza tym to była okazja na nowo odkryć miejsce, które w dużej mierze mnie stworzyło. Chodziłem ulicami, szukałem śladów sprzed 60 lat, chciałem choć na chwilę przenieść się do świata, w których moi rodzice czuli się – mimo różnych okoliczności – szczęśliwi.

Historia, którą opisuje w swojej nowej powieści dwukrotny zdobywca Pulitzera, rozgrywa się na przestrzeni pięciu lat – od 1959 do 1964 roku. Dlaczego właśnie wtedy? – Szukałem dobrego punktu zaczepienia, wydarzeń, które czyniłyby tę historię wiarygodną – przyznaje Whitehead. – Zmiany w życiu spokojnego Raya Carneya zachodzą w momencie ważnym dla całej okolicy. Dlatego piszę

o zamieszkach z 1964 r. Trwały prawie tydzień, wybuchły, gdy biały policjant zastrzelił czarnego nastolatka. Bunt rozlał się po Manhattanie, Brooklynie, dotarł na Queens, to właściwie był początek tego typu zdarzeń w USA. Trwają do dziś, wszyscy wiemy, czym zakończyło się zabójstwo George’a Floyda – wyjaśnia pisarz.

– Z tego powodu ta powieść nie jest jedynie historią kryminalną, to także opowieść o Ameryce współczesnej, która nie umie i chyba nie chce poradzić sobie z rasizmem. Ostatnie wydarzenia, zwłaszcza prezydentura Trumpa, pokazały, że wizja świata równego dla wszystkich znów się oddaliła. My, czarni w Stanach, jesteśmy do tego w zasadzie przyzwyczajeni.

Ale to jest także hołd złożony Nowemu Jorkowi. – Zawdzięczam temu miastu wszystko – styl, język, charakter. Chciałem, by jego niepowtarzalna atmosfera była wyczuwalna dla każdego, zwłaszcza dla tego, kto nigdy nie odwiedził północnego Manhattanu – mówi mi pisarz.

– Kiedy myślę o Harlemie, czuję wdzięczność za to, jak wiele zrobił dla czarnych Amerykanów, którzy znaleźli tam schronienie. Pozwalał im wybić się na niepodległość, chronił przed prześladowaniem, był lojalnym, choć wymagającym opiekunem. Jego historia jest wciąż zbyt mało znana, sam spotkałem osoby, które dowiedziały się o nim dzięki... piosence U2! To jedna z najbardziej pulsujących części świata – mieszkały tu kolejne pokolenia migrantów z Europy, Żydzi, Włosi, Niemcy, a potem stopniowo ludzie przybywający z Karaibów i czarni, potomkowie wyzwolonych, całe rodziny z Indii Zachodnich, jak moja własna ze strony matki. Zmieniały się strefy wpływów, formowały się gangi, ale dla wielu ludzi podobnych do mnie był to dom – najlepszy, jaki mogliśmy mieć. W 1969 r., gdy przyszedłem na świat, nie było innego miejsca, które zasługiwałoby na miano ojczyzny.

Tytułowy rytm jest w tej książce niezwykle ważny. I nie chodzi jedynie o to, jak sprawnie Whitehead prowadzi opowieść. Harlem tu wibruje, jest wypełniony dźwiękami, wiele scen przypomina film. Pisarz nie kryje zresztą fascynacji i inspiracji kinem oraz literaturą.

– Na nowo zaczytywałem się w książkach Patricii Highsmith, przypomniałem sobie, jak genialnym bohaterem jest Ripley – zauważa Whitehead. – Wróciłem też do wybitnego filmu Johna Hustona „Asfaltowa dżungla" z Marilyn Monroe i Sterlingiem Haydenem, czy do „Zabójstwa" Stanleya Kubricka, także z Haydenem i Coleen Gray. Szukałem odpowiedzi na pytania, jak popełniano przestępstwa z bronią w ręku w latach 50. i 60., jak o tym opowiadała kultura popularna, jak w ogóle rozmawiali ludzie. Pytałem też o to mieszkańców Harlemu, którzy pamiętają czas zamieszek z 1964 r. i okres świetności hotelu Theresa. I słuchałem sporo ówczesnej muzyki.

Gdy rozmowa zbliża się ku końcowi, jestem przekonany, że złapałem Whiteheada na niekonsekwencji. Odpowiedź na pytanie

o następną książkę brzmi: – To będzie ciąg dalszy „Rytmu Harlemu".

– Ale jak to? Przecież pan się nigdy nie powtarza, nie robi czegoś dwa razy z rzędu?

– Przecież się nie powtarzam! Zrobię to po raz pierwszy: nikt nie spodziewał się po Whiteheadzie, że nagle zdecyduje o pozostaniu

w ramach tego samego gatunku, prawda?    (dwumiesięcznik "Książki")

Rytm Harlemu

Colson Whitehead

"Rytm Harlemu"

Przekład: Rafał Lisowski

Wydawnictwo: Albatros, Warszawa

Cykl: Ray Carney (tom 1)

powieść historyczna

Tytuł oryginału: Harlem Shuffle

Data wydania II: czerwiec 2022

Liczba stron: 480

Błyskotliwa i trzymająca w napięciu powieść o szemranych interesach, barwnym nowojorskim półświatku i zwyczajnym facecie, który po prostu pragnie szczęścia. A także o problemach rasowych, władzy i burzliwych wczesnych latach 60.
Jedna z najlepszych powieści 2021 roku według „New York Timesa”.

/ literatura   

  marzec '23 (7)  

... serce raz wycięte odrasta na nowo?

MIKOŁAJ KOZAK

coraz mniej swiatla 2

Nino Haratischwili

"Coraz mniej światła"

Przekład: Irena Dębek

Wydawnictwo: Otwarte

powieść historyczna

Tytuł oryginału: Harlem Shuffle

Data wydania I: październik 2022

Liczba stron: 768

„Jak to możliwe, że serce raz wycięte odrasta na nowo?”

Niezależnie od bardzo pozytywnych recenzji nie sądziłem, że „Coraz mniej światła” Nino Haratischwili będzie jedną z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałem.

Niezwykła, wstrząsająca i niedająca się streścić kilkoma zdaniami opowieść gruzińskiej dziewczyny, która „nauczyła się nie mieć żadnych oczekiwań wobec nikogo i niczego, która stała się królową skromnego królestwa wyrzeczeń i wydoskonaliła się w pożegnaniach”.

To opowieść o miłości w cieniu wojny – tej wielkiej, z której odłamki spadały na Gruzję, i tej lokalnej – porachunków gangów i niedojrzałej chłopięcej ambicji, która, podsycana przez urok kobiet, prowadziła do rozlewu krwi.

To opowieść o pokoleniu, które przeżyło tak wiele, że nie umiało urządzić się w spokojnym świecie. Jak pisze główna bohaterka, jej przyjaciele rażeni szalonym życiem, gdy znajdowali się w bezpiecznej przestrzeni, byli jak więźniowie gułagu, którzy przechodzili załamanie nerwowe po śmierci Stalina.

Keto pisze: „Mam wrażenie, że moje życie to wieczny sztorm. Chwytam się niewielkiej tratwy

i patrzę, jak nacierają na mnie gigantyczne fale, i za każdym razem jestem pewna, że to już ta ostatnia, że porwie mnie za sobą ostatecznie i że nigdy już nie wrócę na powierzchnię. Ale potem okazuje się, że jakimś cudem udaje mi się przetrwać. Jednak to nie ustaje, wciąż pojawiają się nowe, a ja nie robię niczego innego, tylko staram się przetrwać.”

Jest to powieść, której nie da się przestać czytać. Fatum wydarzeń, o których czytamy wisi

w powietrzu i nie możemy przerwać, żeby zobaczyć, jak to fatum będzie się w szczegółach realizować. To coś na kształt uzależniającej tortury.

Bardzo trudno jest przy tej lekturze nie płakać i bardzo trudno rozstrzygać, kto ma rację – najczęściej wszyscy albo nikt, a czasem ci, których racja nie może zatrzymać biegu rzeki.

Po większości fragmentów tej powieści trudno jest wrócić do rzeczywistości, bo jest się jak kłębek nerwów i każda myśl boli. Ale jest to książka tak prawdziwa i tak genialna, że nie można jej nie przeczytać.

sztuka  

  marzec '23 (7)  

sztuka bez kompromisów 
Voytek Glinkowski

Realna nierealność

Igor Morski (1)

Igor Morski

Adriano Fida

Powyższy termin znany powszechnie jako Surrealizm nie może pojawiać się

w starej formie w poniższym felietonie. Jest tak wyświechtany, zużyty

i pozbawiony materii, że ląduje w lamusie... na zawsze. W potocznym objawianiu się naszego świata, wszędzie tam, gdzie oglądacz boryka się z ogarnięciem wizji, pada bilblijne: „...O Jezzzuuu... Jakieś takie surrealne.... abstrakcyjne...” Sztuka dorobiła się kolejnego foldera z zamkiem, do którego wetknięto kilkunastu wybitnych Artystów, opisano daty „od” „do” i sprawa zamieciona. Ot co...

Zacznijmy od nowa.
Praktyka dowodzi, że niemożliwych konfiguracji nie ma. Zatem dajcie Czasowi trochę czasu, a każda sytuacja stanie się rzeczywistą i dotykalną materią. Większość z nas choć raz w życiu ogromnie się zdziwiła, zakładając że: ”... noooo, to przecież jest niemożliwe...”. A jednak się przytrafiło!
Fundament Sztuki – Kompozycja – jest niepodważalny i bez niego Sztuka nie istnieje. Najwyżej zabawa w sztukę. Ale, kiedy forma i kolor znajdą się pod kontrolą, zaprzęg Sztuki z lejcami w dłoniach Artysty wyrusza w drogę. Jest wspaniale, kiedy możemy oderwać się od populo-rzeczywistości przejeżdżając przez bramy wyobraźni. Ot tak. Ze zwykłej ciekawości tego, co spotkamy po drugiej stronie.

W życiu zawsze ciągniemy za sobą ogon ryzyka. Po niezwykłej stronie bramy nie musi być koniecznie pięknie.
Wystarczy, że jest interesująco. Badacze Nierealności pod kątem jej realnych objawień umoczyli pędzle w atramencie emocji i sennych obrazów. Niektórzy, podobno, nawet zaprawili malarstwo alkoholem i pigułkami w ramach eksperymentalnych przyzwoleń. Bardzo szybko z watachą malarzy połączyli się filozofowie, psychiatrzy, nawiedzeni wizjonerzy i właścicielki szklanych kul,

w których widać „przyszłe”. Drodzy moi... Nie jest łatwo poruszać się w tej materii. Niestety, niejednokrotnie dajemy się nabrać. Może byłoby bardzo użytecznym wyrobienie sobie pryzmatu, przez który na Realną Nierealność będziemy spoglądali. Możemy zacząć od tego, że Sztuki się nie ogląda.

W Sztuce człowiek się przegląda. Zatem nie traćmy czasu na zgłębianie tego co Artysta miał na myśli. Zastanówmy się nad naszymi emocjami, wynikającymi

z kolizji z obrazem. Emocje to bardzo realna materia. Wyzwolone spontanicznie przybierają niekontrolowane kształty. Niektóre nas zachwycą. Inne zbrzydzą. Nad tymi obojętnymi nie będziemy się zatrzymywać. To nawet niezła forma terapii. Rene Magritte, Salvadore Dali i Max Ernst są wymieniani jednym tchem przy okazji spoglądania na świat przez Realne Nierealne lekko uchylone drzwi. Ale mistrzów jest cała masa. I  bardzo dobrze. Podglądanie emocji pięknie określił Stanisław Witkiewicz. „Zła uroda występku” – mawiał mistrz. Niewiadome kusi, zaprasza

i obiecuje. Obracanie się wokół utartych schematów nie wniesie żadnej nowiny. Tak bardzo ludzkość pragnie kontrolować rzeczywistość. Im bardziej się staramy, tym więcej materii wyślizguje się bez kontroli. A jeszcze możemy tutaj wplątać genialne rozpoznanie rzeczywistości przez Platona – Paradoks Jaskini. Cienie jako „rzeczywistość”. Takie prawo... a może raczej nieprawość natury. Pora porzucić poszukiwanie kamienia filozoficznego i po prostu oddać się wpływom emocji. Zachwytom, wrażeniom, łzom, złościom. Może się okaże, że poprzez zmianę pryzmatu Sztuka pomoże nam nie bać się bycia w pełni sobą. To może być bilet do własnego teatru. Niestety, nie wszystkim to wyjdzie na dobre, ale... przynajmniej będą wiedzieli co muszą zmienić. Ci, których nie przerazi ich własny wyzwolony wizerunek mogą wnieść interesujące kontrybucje, na które z niecierpliwością czekamy.
Niestety nie możemy detalicznie przejść przez wszystkie aspekty Realnej Nierealności. Zabrakłoby nam kilku numerów naszej ulubionej Pakamery. Temat jest rozległy jak Sahara z oazami psychologii, psychiatrii, socjologii i antropologii. Chcę Was tym pisaniem naciągnąć na odważną wyprawę w świat Sztuki pozornie odrealnionej. Jest piękna, bogata, mądra i interesująca. Tylko bardzo Was proszę

o przesianie hochsztaplerki pretendentów bez umiejętności operowania rysunkiem i ignorującym fundamenty kompozycji.

Do następnego pomysłu...

Dariusz Klimczak

Dariusz Klimczak

Vito Campanella

Jose Parra

VOYTEK GLINKOWSKI - jak twierdzi - bywa artystą plastykiem, mieszka i tworzy w okolicach Chicago. Jego prace wystawiane są na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Uwielbia dyskusje, słowne neologizmy, jazdę na rowerze i tajską kuchnię.

sztuka  

  marzec '23 (7)  

Abakanowicz

Magdalena Abakanowicz – artystka, która wyprzedzała swój czas

STACH SZABŁOWSKI

Magdalena Abakanowicz w pracowni; Warszawa (1983) / fot.: Artur Starewicz / domena publiczna

Taka postawa, jaką przyjęła Abakanowicz wiąże się z ryzykiem. Wielu artystycznych wizjonerów za swoją śmiałość zapłaciło bowiem wysoką cenę...

Sześć lat po śmierci Abakanowicz sztuka tej artystki nie tylko nie popada w zapomnienie, lecz święci kolejne triumfy. Prace biją rekordy cenowe na aukcjach i pojawiają się na wystawach pokazujących jej twórczość z coraz to nowych punktów widzenia. Właśnie teraz Muzeum Śląskie w Katowicach prezentuje rzeźbiarską instalację „Bambini”, której sprzedaż wywołała w zeszłym roku sensację na polskim rynku sztuki. Otwarto też wystawę Tate Modern w Londynie i znaczenie tego wydarzenia trudno przecenić. Monograficzna prezentacja dzieł w instytucji, która pretenduje do roli najważniejszego muzeum sztuki nowoczesnej w Europie, potwierdza miejsce Magdaleny Abakanowicz w gronie światowych klasyczek i klasyków współczesności.

Instalacja Bambini (1998–1999) pokazywana w ramach nowej wystawy „Biotekstura, tajemnica oddechu” w Muzeum Śląskim w Katowicach  / fot.: materiały prasowe

Magdalena Abakanowicz – kobieta zza żelaznej kurtyny

Teoretycznie miała niewielkie szanse, żeby zaistnieć. W 1962 roku wzięła udział

w międzynarodowym Biennale Tkaniny

w Lozannie, gdzie jej praca wywołała sensację, tym samym artystka zrobiła pierwszy krok

w stronę wielkiej kariery. Miała wówczas 32 lata i pochodziła zza żelaznej kurtyny. Co to

w praktyce oznaczało?

W czasach zimnej wojny twórcy i twórczynie

z krajów znajdujących się w orbicie wpływów radzieckich starali się śledzić rozwój artystycznych wypadków na Zachodzie

i podejmować dialog z ideami, które ożywiały międzynarodowy art world – pomimo cenzury, utrudnionego dostępu do informacji

i ograniczonych możliwości podróżowania.

Zainteresowanie to nie spotykało się ze wzajemnością. O tym, co dzieje się na wschód od Łaby, świat sztuki wiedział mało i równie niewiele czynił, żeby tę wiedzę poszerzyć. Międzynarodowi krytycy i kuratorzy starający się poznać artystyczne propozycje z Europy Wschodniej stanowili wyjątki potwierdzające regułę, zgodnie z którą w Polsce i innych krajach regionu widziano peryferie
w najlepszym razie usiłujące nadążyć za centrum znajdującym się gdzieś między Paryżem, Londynem a Nowym Jorkiem.

 

Abakanowicz nie tylko pochodziła z „niewłaściwej” strony żelaznej kurtyny, była do tego kobietą. Na przełomie lat 50. i 60., kiedy dojrzewała jej twórczość, ten fakt stanowił poważny problem. Nieobecność kobiet na ważnych wystawach czy w kadrach profesorskich uczelni artystycznych była tak powszechna, że wydawała się niemal przezroczysta i naturalna. Studia artystki na warszawskiej ASP przypadły na czasy socrealizmu. Abakanowicz chciała zajmować się rzeźbą, ale odradzono jej tę dyscyplinę, wmawiając, że nie „czuje formy”. Jeżeli sztuka późnego modernizmu była generalnie męską grą, to rzeźba stanowiła dziedzinę

zmaskulinizowaną w dwójnasób. Magdalenę Abakanowicz popychano więc w stronę bardziej

„kobiecego” malarstwa, ona poszła jednak jeszcze dalej i zwróciła się ku tkaninie. Na pozór taka decyzja wydawała się nieuchronnie prowadzić ku ostatecznemu przekreśleniu wszelkich szans na poważne potraktowanie przez artystyczny establishment. Tkanina artystyczna postrzegana była jako dyscyplina kobieca, a więc „poślednia” – tym bardziej że nawet w męskim wykonaniu uznawano ją za należącą raczej do sztuk użytkowych niż pięknych. Owszem, istniał cały system przeglądów i konkursów poświęconych tkaninie artystycznej, był on jednak swego rodzaju pułapką, gettem, z którego bardzo trudno było się wydostać i przebić do głównego obiegu sztuki.

W latach 60. znalazło się kilka twórczyń, którym mimo wszystko się to udało – kobiet, które zrewolucjonizowały status tkaniny artystycznej. Były wśród nich Amerykanka Sheila Hicks

i Chorwatka Jagoda Buić, ale kluczową rolę odegrała Magdalena Abakanowicz. Polka nie myślała o tkaninie w kategorii designu ani tym bardziej dekoracji. Tkała formy o niezwykłej sile wyrazu,

a także skali. Monumentalne tkaniny Abakanowicz przerastają widza, domagają się poważnego traktowania. Czy są abstrakcyjne? Tak i nie. Abakanowicz tworzyła abstrakcje

w tym sensie, że nie starała się niczego ilustrować ani przedstawiać żadnych konkretnych motywów zaczerpniętych z rzeczywistości. A jednak jej tkane prace wydają się niemal tętnić życiem, kojarzą się z nieznanymi formami biologicznymi. Wełna, której artystka używała do tworzenia swoich dzieł, okazała się idealną materią do budowania form miękkich, a zarazem pełnych siły i witalności, ale też wywołujących niepokój w podobny sposób, w jaki natura potrafi budzić podziw i jednocześnie grozę. Rewolucyjny projekt Abakanowicz wieńczył gest oderwania tkaniny od ściany. W latach 60. publiczność przyzwyczajona była, że dzieła tej dyscypliny wiszą płasko w formie kilimów, gobelinów czy makat. Abakanowicz wyzwoliła tkaninę z tego schematu, przeniosła ją w przestrzeń, nadała jej złożone trójwymiarowe kształty, zmieniła

w rzeźbę. Czegoś takiego wcześniej nie widziano. Nie istniał nawet odpowiedni termin do opisu tak pomyślanych prac, więc nazwano je... abakanami.

Magdalena Abakanowicz / fot.: IHME Helsinki / domena publiczna

Najdroższa

W 1965 roku Abakanowicz reprezentowała Polskę na Biennale w São Paolo. Zdobyła złoty medal. Na przełomie lat 60. i 70. rozpoznawalnych na świecie polskich artystów można było policzyć na palcach jednej, może dwóch rąk. Abakanowicz weszła do tego grona, przy czym w odróżnieniu od takich twórczyń i twórców jak Wojciech Fangor czy Alina Szapocznikow nigdy nie zdecydowała się na emigrację. Wykonała za to inny, o wiele bardziej zaskakujący ruch. W latach 70. porzuciła tworzenie abakanów, które ledwie kilka lat wcześniej zostały okrzyknięte rewelacją, przyniosły jej nagrody, otworzyły drogę do międzynarodowej kariery.
Nieprzypadkowo na wystawie w Tate Modern najwięcej uwagi poświęcono właśnie jej pracom w tkaninie. Świat sztuki chciał od Abakanowicz więcej abakanów: artystka mogła iść za ciosem i zaspokajać te oczekiwania. Wolała jednak eksperymentować.

W miejsce charyzmatycznych rzeźb z barwionej na intensywne kolory wełny w jej twórczości pojawiły się obiekty szyte z jutowych worków, przybierające formy ludzkich figur. Tak narodziły się słynne „Tłumy”, grupy postaci pozbawionych głów i tożsamości – szeregi wydrążonych sylwetek przypominających skóry zdjęte z człowieka. Z czasem artystka zaczęła odlewać szyte z worków figury

w betonie, żeliwie i brązie. Do tego cyklu należy praca „Bambini” (1998–1999) prezentowana obecnie w Muzeum Śląskim. W grudniu 2021 roku instalacja złożona z 83 figur przedstawiających sylwetki dziecięce została sprzedana na aukcji za 13,6 miliona złotych. Abakanowicz stała się w ten sposób najdroższą polską artystką. Nawiasem mówiąc, poprzedni rekord aukcyjny również został ustanowiony przez jej pracę; ledwie dwa miesiące wcześniej grupa rzeźbiarska „Tłum III” została wylicytowana za 13,2 miliona złotych.

Magdalena Abakanowicz / fot.: IHME Helsinki / domena publiczna

Agora_by_Magdalena_Abakanowicz

Magdalena Abakanowicz, Instalacja "Agora" (2006)

w Chicago / fot.: prywatne

Abakanowicz 5

Magdalena Abakanowicz, Instalacja „Negev” (1987)

w Jerozolimie / fot.: materiały prasowe

Człowiek

Wystawy w Londynie i Katowicach odnoszą się do dwóch różnych okresów

w twórczości Abakanowicz i na pierwszy rzut oka wydają się bardzo od siebie odmienne. Ale tylko na pozór. Porzucając tworzenie abakanów, artystka nie tyle dokonała zwrotu w swojej sztuce, ile pokazała, że zawsze chodziło w niej o coś więcej niż konkretne tworzywo, styl czy nawet rewolucjonizowanie tkaniny artystycznej. Z perspektywy czasu widać, że dzieła Abakanowicz, niezależnie, czy tkała je z wełny, szyła z jutowych worków, czy też odlewała w brązie jako monumentalne wielopostaciowe instalacje, zawsze miały wspólny temat. Jest nim życie pojęte na podstawowym, biologicznym poziomie, ukazane w momencie, zanim zostanie uwikłane w kulturę, cywilizację, narodowość, tożsamość. Tworzone przez Abakanowicz grupy bezgłowych sylwetek budziły różne skojarzenia. Jedni domyślali się w nich aluzji do ofiar Holokaustu, inni widzieli

w nich alegorię społeczeństwa masowego, jeszcze inni mówili o rytualnym czy duchowym wymiarze instalacji rzeźbiarki. Artystka odpowiadała, że wszystkie te interpretacje są uprawnione, ponieważ postać ludzka w jej sztuce nie jest „człowiekiem określonego czasu, lecz człowiekiem w ogóle”. „Pracuję ciągle nad tą samą dawną historią, dawną, jak sama egzystencja – mówiła artystka – opowiadam o niej, o lękach, rozczarowaniach i tęsknotach, które niesie”.

Język, którym przemawiała Abakanowicz, jest zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, niezależnie od kulturowych różnic. Nie traci też na aktualności

z biegiem czasu. Przeciwnie, w dobie kryzysu ekologicznego, a także kryzysu technokratycznego, patriarchalnego podejścia do rzeczywistości, wrażliwość na organiczny, biologiczny aspekt życia i człowieczeństwa stała się silnie obecna

w sztuce – podobnie jak głosy kobiet, które wywalczyły sobie pełnoprawne miejsce na scenie artystycznej. W tym kontekście twórczość Abakanowicz ma więcej wspólnego ze sztuką powstającą dziś niż z rzeczywistością artystyczną,

w której się krystalizowała.

Podobnie aktualny wyraz mają prace, które Abakanowicz zrealizowała

w przestrzeni publicznej. Kwestia przestrzeni odgrywała ogromną rolę w całej jej twórczości. Rewelacja abakanów polegała między innymi na ich relacji

z otoczeniem: w sztuce Abakanowicz rzeźba nie jest eksponatem, lecz bytem emocjonalnie, wizualnie i symbolicznie organizującym miejsce, w którym się pojawia. Kiedy artystka zdobyła rozgłos, zyskała możliwość realizowania swoich koncepcji w większej skali i wyjścia z nimi poza mury galerii i muzeów. Pierwotne kamienne kręgi w Jerozolimie (instalacja „Negev”, 1987), tłum 106 kroczących postaci z pokrytego rdzą żelaza tworzących instalację „Agora” w Grant Park

w Chicago (2006) czy 112 żeliwnych „Nierozpoznanych” z poznańskiej Cytadeli to tylko niektóre z jej rozsianych po świecie monumentalnych dzieł plenerowych. Miarą wielkości rzeźbiarki jest w równym stopniu kunszt kształtowania materii

w wyraziste, znaczące formy, co umiejętność oddziaływania za ich pomocą na otoczenie. Abakanowicz była mistrzynią w jednej i drugiej dziedzinie, jej prace potrafią wypełnić emocjonalną przestrzeń odbiorcy, stać się integralnym elementem krajobrazu i wciąż zajmują ważne miejsce w pejzażu współczesnej sztuki.    (zwierciadlo.pl)

/ podróże  

  marzec '23 (7)  

inkostrada

MARTA KANIA

Zbudowana przez Inków sieć dróg, mostów i tuneli to imponująca infrastruktura licząca kilkadziesiąt tysięcy kilometrów, rozciągająca się wzdłuż łańcucha Andów i wybrzeża Pacyfiku. Wykorzystywano ją do transportu towarów

i przemieszczania się osób, ale przede wszystkim służyła do przekazywania informacji oraz idei.

Inkostrada

Mimo że dziś Qhapaq Ñan (Królewski Szlak) obejmujący niemal cały region andyjski kojarzony jest przede wszystkim z Inkami, początki dróg i towarzyszących im konstrukcji znacznie wyprzedzają ekspansję tego ludu i budowę jego potężnego państwa. Wyniki badań archeologicznych pozwalają datować najstarsze pozostałości sieci komunikacyjnej już na kilka stuleci przed naszą erą. Szlaki, którymi prawdopodobnie przemieszczali się kupcy i pielgrzymi, wykorzystywano i udoskonalano przez kolejne epoki, wraz z dynamiką rozwoju społeczno-politycznego zachodnich obszarów Ameryki Południowej. Na szczególną uwagę zasługują trakty z okresu hegemonii państwa Wari (mniej więcej w latach 600–900 n.e.), kiedy to tworzono całą sieć komunikacji i ulepszano technologię tak, by zagwarantować sprawne przemieszczanie się wojsk i kontrolę administracji centralnej na rozległych, podporządkowywanych terytoriach. Ówczesna infrastruktura pokrywała obszar andyjski jeszcze nierównomiernie, zależnie od zaludnienia terenu przez większe lub mniejsze populacje oraz od możliwości lokalnej siły roboczej. Główne trasy z tego okresu zostały jednak wykorzystane jako podstawa dla systematycznie rozbudowywanej sieci dróg, która osiągnęła swój maksymalny zasięg na przełomie XV i XVI wieku, w czasach dominacji państwa Inków, Tawantinsuyu. Bez wątpienia Qhapaq Ñan stanowił jeden z kluczowych elementów integracji tych obszarów, które znalazły się pod inkaskim panowaniem.

Przez góry i rzeki

Zadziwia dziś i zachwyca sposób, w jaki inkascy budowniczowie dopasowywali architekturę do krajobrazu. Tarasy uprawne, osiedla mieszkalne, zabudowania gospodarcze czy pałacowe posiadłości samych władców są idealnie wkomponowane w otaczający je pejzaż, a ich konstrukcje dostosowane do środowiska naturalnego. Nie inaczej było z infrastrukturą drogową – kolejne odcinki Qhapaq Ñan budowano tak, by pasowały do niezwykle wymagającej topografii i funkcjonowały w różnych strefach klimatycznych. Dwa główne trakty sieci komunikacyjnej przecinały wertykalnie obszar państwa Inków: jeden biegł wzdłuż wysokich i stromych zboczy Andów, łącząc obszary między dzisiejszym Quito i Mendozą; drugi prowadził wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, łącząc terytoria pomiędzy Tumbes i Santiago de Chile. Trasy krótszych szlaków pomiędzy głównymi traktami wyznaczano w bardzo trudnych warunkach suchego, pustynnego wybrzeża, w surowych i zimnych górach (sierra) oraz w gorącej amazońskiej selwie (lesie równikowym). Na placu Haukaypata (współcześnie Plaza de Armas) w Cuzco – politycznym, gospodarczym i kulturalnym centrum państwa Inków – miały swój początek drogi prowadzące w cztery strony świata: do czterech prowincji (suyus), które tworzyły Państwo Czterech Części, Tawantinsuyu.

Sprawne zarządzanie tak rozległym państwem, jakim było Tawantinsuyu, nie powiodłoby się, gdyby nie dbałość o infrastrukturę transportową i zagwarantowanie sprawnego przekazu informacji. Intensywne prace nad rozbudową inkaskiej sieci komunikacyjnej trwały niespełna wiek, dzięki czemu cały system jest funkcjonalnie i technologicznie spójny. Drogi od 3 do nawet 20 m szerokości, trakty brukowane kamieniami, szlaki z ubitego piasku i żwiru czy po prostu udeptane wąs­kie ścieżki przecinają pustynie oraz bagna, przebiegają wszerz stromych stoków i dolin górskich, prowadzą przez trudno dostępne przełęcze Andów, a także gorące, deszczowe lasy Amazonii. By woda deszczowa nie zalewała dróg i nie niszczyła ich powierzchni, wzdłuż poboczy lub w poprzek traktów budowano kanały i przepusty. W zależności od ukształtowania terenu szlaki wyznaczano, ustawiając kamienne murki oraz markery lub drewniane i trzcinowe słupki. Na obszarach pustynnego wybrzeża Pacyfiku wznoszono specjalne nasypy, a na terenie Atakamy drogę wskazywały niewielkie kamienne kopce, które służyły jako punkty orientacyjne. Kopce te, zwane apachetas, znajdziemy również w regionie sierry, gdzie do dziś wyznaczają miejsca przecinania się szlaków prowadzących w różnych kierunkach. Trakty biegnące w rejonach górskich mają niejednokrotnie formę stromych stopni ułożonych z kamiennych bloków lub wykutych bezpośrednio w skale. W razie potrzeby drążono także tunele (wyposażone w kanały wentylacyjne), a ścieżki biegnące nad urwiskami zabezpieczano poręczami i specjalnymi bocznymi platformami. Dzięki relacjom z okresu kolonialnego wiemy, że wzdłuż wielu dróg na wybrzeżu sadzono drzewa, by zapewnić podróżnym choć trochę cienia.

MOST Q'ESWACHAKA

W regionie Cusco w Peru mieszkańcy zbierają się od wieków, by raz w roku, w czerwcu, zbudować most. Most linowy Q’eswachaka nad rzeką Apurímac jest jedyny w swoim rodzaju. Budując go, miejscowi oddają hołd bogom andyjskim. Korzystają przy tym wyłącznie z naturalnych produktów, pracują ciężko trzy dni, aby rok w rok, zawisł nowy, solidny most. Tradycja ta trwa od początku panowania Inków.

Za odbudowę mostu co roku biorą się cztery ludy: Huinchiri, Chaupibanda, Choccayhua oraz Ccollana. W wielkim, pełnym emocji wydarzeniu uczestniczą zarówno mężczyźni, kobiety, jak i dzieci – to wielkie święto! Tradycja ta stała się tak ważna, że odnawianie inkaskiego mostu Q’eswachaka zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Infrastrukturę drogową uzupełniały mosty. Gdy odległość między brzegami rzeki była niewielka, budowano je z bloków kamiennych lub z grubych pni drzew; stosowano również mosty z tykw, które wiązano grubymi linami – tworzyły one coś w rodzaju dryfujących tratw. Prawdziwym wyzwaniem była jednak konstrukcja linowych mostów wiszących wykonywanych z włókien roślin dostępnych na danym obszarze. Mosty takie mocowano na potężnych kamiennych przyporach, a wyplatane z elastycznych lian sznury mogły mieć grubość nawet kilkudziesięciu centymetrów. Mosty wiszące umożliwiały sprawną komunikację w poprzek głębokich kanionów

i poprzez wartkie, niebezpieczne rzeki. Jedynym zachowanym przykładem takiej struktury jest rekonstruowany co roku zgodnie

z inkaską technologią wiszący most Q’eswachaka w Peru, który łączy dwa zbocza wąwozu wyżłobionego przez silny nurt rzeki Apurímac na wysokości kilkunastu metrów od lustra wody. Ma 28 m długości i jest w całości wyplatany z włókien trawy q’oya oraz gałęzi krzewu ch’illka.

Niezwykle ważnym uzupełnieniem infrastruktury komunikacyjnej były tampus, które wznoszono przy głównych szlakach Qhapaq Ñan, pomiędzy dolinami i wysokogórskimi przełęczami. Te niewielkie budynki były oddalone od siebie o jeden dzień marszu i służyły za dogodne miejsce do odpoczynku oraz uzupełnienia zaopatrzenia w czasie podróży.

Zwyczaj wznoszenia przydrożnych tampus znano już w czasach przedinkaskich, stąd zapewne ich różnorodna forma i wielkość, zależna od przeznaczenia. Jedne, najokazalsze i starannie wykonane z ociosanych bloków kamiennych, pełniły funkcję miejsca odpoczynku dla samego władcy Inki oraz jego świty. Inne, mniejsze tampus były wznoszone dla inspektorów dróg i mostów czy urzędników administracji państwowej kontrolujących siłę roboczą, a także czuwających nad właściwym zakwaterowaniem

i zaopatrzeniem inkaskiej armii. Najmniejsze tampus służyły jako chaskiwasi – miejsca zakwaterowania inkaskich gońców chaski, którzy odpowiadali za sprawny system komunikacji na całym rozległym obszarze Tawantinsuyu. Punkty postoju dla gońców lokowano w odległości od 3 do 6 km – był to dystans, który młodzi mężczyźni pokonywali w kilkanaście minut, dzięki czemu szybko przekazywano informacje i drobne przesyłki z jednego punktu do drugiego. W ten sposób wiadomości o tym, co wydarzyło się nawet w najodleglejszych krańcach państwa, docierały do celu, czyli administracji centralnej w Cuzco, w ciągu kilku dni.

inkostrada 1
Inkostrada 2

70 000 kilometrów

Etnohistoryczka Maria Rostworowska w swojej klasycznej już dziś "Historii państwa Inków" zauważa, że utrzymana w doskonałym stanie sieć komunikacyjna była warunkiem niezbędnym dla realizacji szybkiej ekspansji, sprawnego funkcjonowania administracji i osiągania celów politycznych stawianych przez władców inkaskiego państwa. Szlak służył przede wszystkim władzy centralnej

i wszystkie trakty znajdowały się pod ścisłą kontrolą urzędników państwowych. Po drogach nie można było poruszać się swobodnie. Poszczególne odcinki Qhapaq Ñan przeznaczono dla konkretnych grup społecznych – trasy miały różną rangę w zależności od tego, kto mógł się po nich przemieszczać. Te najważniejsze, szerokie i na obszarach sierry starannie brukowane, służyły samemu władcy i jego najbliższemu otoczeniu, wojsku oraz przedstawicielom administracji państwowej. Specjalne wąskie ścieżki, łączące możliwie szybko kolejne miejsca postoju, zarezerwowano dla posłańców chaski. Drogi

o mniejszym znaczeniu, ­odcinki lokalne między centrami urbanistycznymi

i obszarami uprawnymi służyły zwykłym mieszkańcom. Niekiedy dwa trakty biegły obok siebie równolegle – jeden był przeznaczony wyłącznie dla kupców oraz ich zwierząt, drugi dla przemarszu wojsk lub przemieszczania się ludności przesiedlanej w związku z pracą i zagospodarowywaniem nowych obszarów. Cała sieć komunikacyjna i transportowa była więc rozbudowywana i funkcjonowała zgodnie z regułami ekonomii oraz zarządzania zasobami ludzkimi, a także potrzebami strategicznymi władców Tawantinsuyu.

W latach 80. XX wieku John Hyslop – autor bodaj najbardziej znanej pracy na temat inkaskiego systemu drogowego – szacował, że cała sieć komunikacyjna Qhapaq Ñan mogła mieć około 40 000 kilometrów. Dziś wiemy, że tylko na terenie Peru, gdzie znajduje się większość zidentyfikowanej infrastruktury, liczy ona między 60 000 a 70 000 kilometrów. Prawdopodobnie najbardziej znanym odcinkiem jest 43-kilometrowy Inca Trail – szlak prowadzący ze Świętej Doliny Inków do Machu Picchu. Droga rozpoczyna się u brzegów Río Urubamba niedaleko Cuzco i dociera na wysokość około 2700 metrów n.p.m., do miejsca zwanego Intipunku (Brama Słońca), skąd roztacza się wspaniały widok na odrestaurowane inkaskie miasto.

Wraz z przybyciem Hiszpanów na początku XVI wieku system polityczny Inków

i silna władza centralna Cuzco załamały się. Sieć rozległych powiązań, zależności oraz kontroli, dzięki którym utrzymywano dotąd całą infrastrukturę transportu

i komunikacji w tak dobrym stanie, przestała więc funkcjonować.

W okresie inkaskim Qhapaq Ñan łączył przede wszystkim terytoria północne

i południowe; w okresie kolonialnym, choć wykorzystywano zastany system dróg, ważniejsze z punktu widzenia demografii, gospodarki i transportu stały się połączenia między sierrą, gdzie znajdowały się centra pozyskiwania surowców,

a miastami portowymi na wybrzeżu, skąd wysyłano statki wypełnione towarami do Hiszpanii. Wielu odcinków Qhapaq Ñan wciąż zatem używano, ale jeszcze

więcej opuszczono, zapomniano, przez co uległy stopniowemu niszczeniu. Z czasem zaczęło brakować specjalistów, jak również ich wiedzy związanej z budową i konserwacją dróg oraz mostów. Zanikały też tradycje bogatej sfery rytualnej, np. ceremonie ofiarne, które w czasach inkaskich towarzyszyły budowie nowych konstrukcji czy czyszczeniu głównych traktów i kanałów odprowadzających wodę. Do zniszczenia wielu dróg przyczyniło się także wprowadzenie nowej formy przemieszczania się ludzi oraz transportowania towarów – pojawiły się podkute konie, transport kołowy i karawany mułów przenoszących ciężkie ładunki. Zwierzęta i wozy uszkadzały kamienną powierzchnię szlaków, a przeprawa przez wyplatane z włókien roślinnych wiszące mosty stała się już zbyt niebezpieczna i po prostu niemożliwa.

W XIX i XX wieku inwestowano w nowoczes­ną infrastrukturę: żelazne mosty, drogi utwardzane dla transportu kołowego i sieć linii kolejowych. W wielu przypadkach nowe trasy przebiegały równolegle do przedhiszpańskich szlaków komunikacyjnych lub dokładnie

w tym samym miejscu. Jednocześnie rozbudowywano ośrodki miejskie, pojawiły się nowe centra produkcji przemysłowej. Wszystko to prowadziło do dalszego niszczenia jednych traktów i porzucania innych. W 1929 r. rozpoczęto budowę słynnej autostrady Panamericana, której przebieg wzdłuż niemal całego zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej pokrywał się na licznych odcinkach z Qhapaq Ñan, przez co w wielu miejscach został on bezpowrotnie zniszczony.

Wspólne dziedzictwo

Pomimo trwającego kilka stuleci procesu dewastacji i degradacji Qhapaq Ñan, który śmiało możemy nazwać największym stanowiskiem archeologicznym na świecie, wciąż imponuje on swoim zasięgiem, doskonałym rozplanowaniem i rozwiązaniami inżynieryjnymi. Nie stracił również całkiem swojej funkcji. Zachowane do dziś w dobrym stanie odcinki szlaku są wykorzystywane przez lokalne społeczności do przemieszczania się i komunikacji. Inkaskie drogi służą regularnie jako główne trasy dla karawan mułów oraz drogi, którymi pasterze prowadzą swoje stada lam na pastwiska. Na odległych obszarach sierry, wzdłuż trudno dostępnych, stromych przełęczy andyjskich stanowią właściwie jedyną formę transportu – brakuje tam jakiejkolwiek innej infrastruktury drogowej. Małe społeczności wiejskie są często zorganizowane wokół bardziej dynamicznych gospodarczo ośrodków miejskich, ufundowanych jeszcze w okresie kolonialnym w pobliżu lub w tym samym miejscu co przedhiszpańskie tampus. By poszczególne odcinki dróg spełniały swoją funkcję, okoliczna ludność, opierając się na tradycyjnej instytucji faena comunal (wspólnej pracy na rzecz całej społeczności), utrzymuje wykorzystywane trakty, zabezpiecza je i oczyszcza. Inicjatywy te wpisują się w cykl dorocznych uroczystości charakterystycznych dla każdej ze wspólnot, dzięki którym mieszkańcy danego regionu integrują się

i przekazują swoje kulturowe dziedzictwo kolejnym pokoleniom. Dla wielu Qhapaq Ñan do dziś jest „żywą drogą”, „drogą przodków”,

z którą łączy ich specjalna duchowa więź. Do dziś też można spotkać się z przekonaniem, że „wędrując inkaskimi drogami, nie męczysz się i zawsze trafiasz do celu”.

Szacuje się, że na terenie Peru znajduje się ponad 70 procent pozostałości infrastruktury Qhapaq Ñan. To właśnie przedstawiciele Republiki Peru w 2001 roku zainicjowali prace związane z identyfikacją, dokumentacją i rekonstrukcją wybranych odcinków Królewskiego Szlaku, a następnie wystąpili z propozycją wpisania sieci komunikacyjnej na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO. Peruwiańska inicjatywa zyskała poparcie pozostałych państw andyjskich, których terytoria pokrywają się

z zasięgiem państwa Inków: Argentyny, Boliwii, Chile, Ekwadoru i Kolumbii. W marcu 2002 roku, podczas spotkania w Światowym Centrum Dziedzictwa w Montevideo, podpisano akt, którego nazwę można tłumaczyć: „Przedhiszpańskie szlaki andyjskie i drogi Tawantinsuyu”. W dokumencie podkreślono znaczenie wspólnych działań w celu uzyskania nominacji oraz potrzebę włączenia społeczności lokalnych w realizowane prace. W historii Konwencji Światowego Dziedzictwa UNESCO był to pierwszy taki przypadek, kiedy aż sześć krajów porozumiało się, by przedstawić kandydaturę wspólnego dobra kultury. Wieloletni proces inwentaryzacji

i przygotowań dokumentacji zakończył się decyzją o wpisaniu Qhapaq Ñan – Andyjskiego Systemu Dróg na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Miało to miejsce ­21 czerwca 2014 roku podczas 38. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa w Ad-Dausze (Katar). Warto zwrócić uwagę, że Qhapaq Ñan wpisano na wspomnianą listę w podkategorii „szlak kulturowy”, którą utworzono w 1993 roku, kiedy przygotowywano nominację słynnego w Europie Szlaku Santiago de Compostela. Kategoria ta poszerzyła perspektywę definiowania Qhapaq Ñan nie tylko w odniesieniu do jego walorów archeologicznych i architektonicznych, lecz także pod względem kulturowym, szczególnie jeśli chodzi o przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę czy – w przypadku wielu społeczności zamieszkujących w pobliżu szlaku – zachowanie tradycyjnego modelu życia.

Po ogłoszeniu nominacji i wpisaniu na listę światowego dziedzictwa UNESCO Qhapaq Ñan – symbol unifikacji politycznej, gospodarczej i kulturowej w czasach inkaskich – nabrał znaczenia również jako oznaka współczesnej symbolicznej reintegracji regionu andyjskiego, łącząc we wspólnych wysiłkach nad jego dalszym zabezpieczeniem, konserwacją oraz inwentaryzacją przedstawicieli sześciu państw Ameryki Południowej. Wszystkie zainteresowane strony jednoznacznie oceniają go jako element wzmacniający świadomość wspólnych dziejów mieszkańców regionu andyjskiego. Walor integracyjny promowany pod szyldem Qhapaq Ñan widać choćby w trakcie specjalnych wędrówek wyznaczonymi odcinkami szlaku, które od kilku już lat są organizowane na terenie Peru, a niektóre z nich mają charakter międzynarodowy – prowadzą wzdłuż dróg łączących terytoria Ekwadoru i Peru czy Peru i Boliwii. Caminatas – „wędrówki z historią i tradycją” – organizowane przez społeczności lokalne z pomocą przedstawicieli władz samorządowych i centralnych instytucji kultury mają przyczyniać się do promowania wiedzy na temat przedhiszpańskiej sieci komunikacyjnej, wzmacniać więź z szeroko rozumianym dziedzictwem regionu andyjskiego oraz wspierać działania na rzecz ochrony

i zabezpieczenia pozostałości inkaskiego Królewskiego Szlaku dla kolejnych pokoleń.                 (przekroj.pl)

/ wokół stołu  

  marzec '23 (7)  

Wszyscy bywamy Irlandczykami...

ANNA CZERWIŃSKA

... szczególnie 17 marca, w Dniu Świętego Patryka, dniu, który trudno sobie wyobrazić bez błyszczących koniczynek, zielonego piwa, skrzatów i oczywiście peklowanej wołowiny i kapusty. Jednak w Irlandii

w Dzień Świętego Patryka trudno znaleźć którąkolwiek

z tych rzeczy, może z wyjątkiem błyszczących koniczynek. Zacznijmy od krasnoludków - nie są wesołymi, przyjaznymi postaciami z pudełek płatków śniadaniowych, ale psotnymi, dokuczliwymi urwisami.

I tak jak Irlandczycy nie zanieczyszczaliby swojego piwa zielonym barwnikiem, tak nie jedliby peklowanej wołowiny, zwłaszcza tego dnia. Dlaczego więc na całym świecie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, peklowana wołowina i kapusta są synonimami tego święta?

Irish coffee Jameson

Niepopularność peklowanej wołowiny w Irlandii wynika z jej ogólnego związku z wołowiną. Od samego początku bydło w Irlandii nie było wykorzystywane do produkcji mięsa, ale jako siła robocza na polach, do produkcji mleka i późniejszych jego produktów mlecznych. W gaelickiej Irlandii krowy były symbolem bogactwa i świętości; zabijano dla mięsa wyłącznie zwierzęta zbyt stare

i niewydajne zarówno w pracy, jak i w produkcji mleka. Tak więc wołowina nie była nawet częścią diety większości populacji. Tylko nieliczni zamożni mogli spożywać te specjały podczas różnych uroczystości.

W tych wczesnych czasach „solenie” było w zasadzie jedyną formą konserwowania mięsa, a ówczesną „solą” był morski popiół, uzyskany ze spalonych morskich wodorostów!   

Ale… jadano też soczysty boczek lub wieprzowinę, wszak świnie były najbardziej rozpowszechnionymi zwierzętami hodowlanymi wyłącznie do spożycia i prawdę powiedziawszy, od starożytności do dziś zyskało reputację najczęściej spożywanego mięsa w Irlandii.

 

Irlandzka dieta i styl życia pozostały prawie takie same przez wieki, dopóki Anglia nie podbiła większości kraju. To Brytyjczycy zmienili świętą krowę w towar, napędzali produkcję wołowiny i wprowadzili ziemniaka. Brytyjczycy stworzyli kulturę jedzenia wołowiny od czasu inwazji armii rzymskiej. Aby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na „czerwone mięso”, Anglia musiała pozyskiwać je z zewnątrz: Irlandii, Szkocji i ostatecznie Ameryki Północnej.

Dziesiątki tysięcy zwierząt eksportowano co roku z Irlandii do Anglii. Dopiero dwie ustawy z drugiej połowy XVII wieku o zakazie eksportu żywego bydła do Anglii, pozwoliły na rozwój irlandzkiego przemysłu peklowanej wołowiny. Brytyjczycy wymyślili termin „corned beef” tylko dlatego, że sól do konserwowania mięsa była wielkości ziaren kukurydzy. Nazwa pozostała, choć smak mięsa uległ diametralnej zmianie.

 

Dzięki dużej ilości bydła i wysokiej jakości soli, irlandzka solona wołowina była najlepsza na rynku. Dławiła transatlantyckie szlaki handlowe, zaopatrując francuską i brytyjską marynarkę wojenną oraz kolonie angielskie i francuskie. Nawet w stanie wojny

z Francją, Anglia pozwoliła francuskim statkom zatrzymywać się w Irlandii w celu zakupu tejże wołowiny.  

Jak na ironię, Irlandczycy nie mogli sobie pozwolić na mięso w jakiejkolwiek postaci. Kiedy Anglia podbiła Irlandię, zaczęły obowiązywać opresyjne prawa przeciwko rdzennej irlandzkiej ludności katolickiej. Ich ziemia została skonfiskowana

i założono feudalne plantacje. Jeśli Irlandczyków było w ogóle stać na jakiekolwiek mięso, spożywano soloną wieprzowinę lub boczek. Ale tak naprawdę Irlandczycy odżywiali się ziemniakami.

Pod koniec XVIII wieku popyt na irlandzką wołowinę zaczął spadać, gdy kolonie północnoamerykańskie zaczęły produkować własną. W ciągu następnych 50. lat czas

corned beef

świetności irlandzkiej wołowiny dobiegał końca. W 1845 roku w Irlandii wybuchła zaraza ziemniaczana, która całkowicie zniszczyła źródło pożywienia dla większości irlandzkiej populacji. Rozpoczął się Wielki Głód. Bez pomocy rządu brytyjskiego Irlandczycy zostali skazani głód, śmierć, emigrację. Zginęło około miliona ludzi, a kolejny milion wyemigrował do Stanów Zjednoczonych na „trumiennych statkach”. Do dziś populacja Irlandii jest wciąż mniejsza niż przed Wielkim Głodem.

 

W Ameryce Irlandczycy osiedlali się razem, na obszarach miejskich, głównie w Nowym Jorku. Dzięki większym zarobkom, stać ich było na więcej, nawet na dobrą wołowinę, którą kupowali niemal wyłącznie od koszernych rzeźników.

 

A to, co dziś uważamy za irlandzką peklowaną wołowinę, to tak naprawdę żydowska peklowana wołowina wrzucona do garnka

z kapustą i ziemniakami.

Ludność żydowska w Nowym Jorku w XIX wieku stanowiła grupę nowych imigrantów z Europy Wschodniej i Środkowej. Przyciągnęli w pobliże Irlandczyków i z pobudek handlowych i z podobieństw kulturowych.

Obie grupy były rozproszone po całym świecie (ucieczka przed uciskiem), miały świętą utraconą ojczyznę, były dyskryminowane

w Stanach Zjednoczonych i kochały sztukę. Ten związek można zobaczyć w folklorze irlandzkim, irlandzko-amerykańskim

i żydowsko--amerykańskim. To nie przypadek, że James Joyce uczynił głównego bohatera swojego arcydzieła Ulissesa, Leopolda Blooma, człowiekiem pochodzenia żydowsko-irlandzkiego.

 

Irlandzcy Amerykanie przekształcili Dzień Świętego Patryka ze święta religijnego w święto ich dziedzictwa i ojczyzny. Na cześć swojej kultury imigranci wprowadzili aromatyczną peklowaną wołowinę swojego sąsiada, której towarzyszył ich ukochany ziemniak

i najbardziej przystępne cenowo warzywo - kapusta. I tak „corned beef” i kapusta zaczęły kojarzyć się z Dniem Świętego Patryka, danie, które nigdy nie dotarło do ojczyzny za Atlantyk. Tego dnia w Irlandii jada się jagnięcinę lub bekon. Pija się Guinnessa i inne, niebarwione piwo w pubach, które otwarto tego dnia dopiero w 1970 roku. Jak widać, można połączyć religię z tradycją bez ujmy dla kogokolwiek. Dla niechętnych peklowanej wołowinie polecam gulasz wołowy z warzywami z dodatkiem piwa Guinness. Wyborny!

Równie ciekawe są desery, szczególnie kawa po irlandzku! Do dzieła więc, poczujmy się też Irlandczykami, chociaż jednego dnia

w roku...

guinness stew

Irlandzki gulasz z warzywami i piwem Guinness

Składniki:

2 łyżki oliwy

1,5 wołowiny

0,75 łyżeczki soli I tyle samo pieprzu

3 ząbki czosnku, posiekać

2 żółte cebule, posiekać

200 gram boczku lub bekonu

3 łyżeczki mąki

puszka/butelka piwa Guinness

4 łyżeczki pasty pomidorowej

3 szklanki rosołu

3 marchewki, pokroić w grubsze plastry

2 duże pałki selera, pokroić

2 liście laurowe

1 łyżka suszonego tymianku

5-6 ziemniaków, pokroić (opcjonalnie)

Przygotowanie:

Mięso (bez dodatków) podsmażyć na oleju na brązowo, przełożyć do garnka, zalać bulionem i piwem, powoli gotować. Na tym samym tłuszczu podsmażyć również warzywa po kolei, przekładając je do garnka z mięsem. Całość doprawić pastą pomidorową, wymieszaną z mąką. Gotować na bardzo małym ogniu do miękkości mięsa i warzyw. Z powodzeniem można zrezygnować z ziemniaków w tym stew i serwować gulasz na ziemniakach puree. 

Kawa po irlandzku

przepis: Irish Coffee, Buena Vista Cafe, San Francisco

 

Pierwszy w Stanach Zjednoczonych pucharek Irish Coffee został podany 10 listopada 1952 roku. W San Francisco. W Buena Vista Cafe. Kawiarnia, a raczej restauracyjka, ciągle działa z powodzeniem, a Irish Coffee nadal jest tam serwowana według przepisu sprzed ponad 70 lat !

kawa po irlandzku

Składniki (ilości zależne od potrzeb):

  • dobrej jakości świeżo zaparzona, czysta (bez kawowych fusów) kawa

  • irlandzka whisky (Jameson, Tullamore Dew, Bushmills, itp...)

  • gorąca woda

  • śmietanka (30%-36%)

  • cukier w małych kostkach 

 

Gdzie tkwi tajemnica dobrej kawy po irlandzku? W śmietance - tak twierdzą smakosze i twórcy tego przepisu.

Przygotowanie:

  • pucharek do kawy zalać na chwilę gorącą wodą; chodzi o rozgrzanie szkła... 

  • wodę wylać...

  • szklankę (pucharek, kieliszek wysoki, specjalną wysoką szklankę z uszkiem) napełnić gorącą kawą do 3/4 wysokości...

  • dodać dwie małe kostki cukru, wymieszać do rozpuszczenia kostek...

  • do kawy dodać małą miarkę koktajlową whisky (jeśli duża szklanka - duża miarka, bądź zależnie od predyspozycji smakowo-ilościowych)...

  • i tu uwaga: całość zalać LEKKO ubitą kremówką. Krem nie może być "sztywny" do położenia. Winien być napowietrzony, ale dość rzadki... A więc - dopełnić pucharek lekko ubitą kremówką, lejąc po łyżeczce, jakby "układając" śmietankę na powierzchni (jak na zdjęciu z Buena Vista Cafe). Smacznego!

czekoladowe naleśniki

Czekoladowe naleśniki z likierem Baileys

 

Składniki na naleśniki:

  • 65 g mąki pszennej razowej

  • 65 g mąki pszennej 

  • 1 łyżka cukru

  • 1/4 łyżeczki soli

  • 3 całe jajka

  • 65 ml mleka

  • 2 łyżeczki niesłodzonego kakao

  • 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

  • 2 łyżeczki oleju roślinnego

  • 65 ml piwa Guinness

  • 1 łyżka cukru pudru (może być więcej)

 

Składniki na nadzienie:

  • 130 ml śmietanki kremowej (30%-36%)

  • 2 łyżki cukru

  • 2 łyżki likieru czekoladowego Baileys 

Przygotowanie:​

  • wszystkie składniki - POZA PIWEM - umieścić w misce, wymieszać na gładką masę...

  • miskę przykryć folią i schłodzić w lodówce przez kilka godzin, nawet całą noc...

  • wyjąć z lodówki, dodać piwo, mieszać do momentu połączenia składników...

  • usmażyć cienkie naleśniki...

  • odstawić je na bok - do wystudzenia...

  • mikserem ubić "na sztywno" śmietankę z cukrem i likierem  (jeśli krem będzie użyty troszkę później, nie bezpośrednio po ubiciu - należy przetrzymać go w lodówce)...

  • na zimnych naleśnikach rozprowadzić śmietankowy krem, naleśnik złożyć w kopertę, posypać szczyptą cukru-pudru...

  • serwować natychmiast, po napelnieniu naleśników...

  • udekorować świeżymi owocami...

  • do śmietanki można dołożyć serek mascarpone; wówczas deser możemy traktować nawet jako danie główne.

/ świat w obiektywie

  marzec '23 (7)  

Krzysztof Babiracki

- pożegnanie zimy

Krzysztof Babiracki 5
Krzysztof Babiracki 6
Krzysztof Babiracki 3
Krzysztof Babiracki 2
Krzysztof Babiracki 1
Krzysztof Babiracki 4
Krzysztof Babiracki 8.avif
Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page