top of page
Yellow Flower Still Life

miesięcznik społeczno-kulturalny

kwiecień 2023 / 4 (8)

Opuściłam menonicką wspólnotę. Ojciec nawet nie wyszedł

z sypialni, żeby się ze mną pożegnać...

pakamera.polonia   kwiecień '23 (8)

SPIS TREŚCI 

/ polonijny kalejdoskop

   kwiecień'23 (8)  

logo dwell studio.avif

POLISH   KALEIDOSCOPE   CHICAGO

 

What Is Polish Kaleidoscope Chicago?

The project features dozens of first and second-generation Polish Immigrants who reside in Chicago and contribute to the complex, colorful image of the Polish community ("Kaleidoscope").To be included in the project, individuals needed to have knowledge of the Polish language, identify with Polish heritage, and act as ambassadors of Polish culture.
The ultimate goal of the project is to present the various aspects of Polish identity in Chicago, without relying on stereotypes. Through the Kaleidoscop project, the audience can appreciate the unique and multifaceted nature of the Polish community in Chicago.

When Is It Done?

The photography project "Polish Kaleidoscope Chicago" was completed in 2022, and preparations are now underway for the exhibition, including photo selection and the selection of printing service providers, sponsors and media partners. The exhibition opening is planned for April 28- May 27, 2023 at Dwell Studio in Chicago.

Who Are They?

The subjects of the photography project "Polish Kaleidoscope Chicago" can be seen as ambassadors of Polish culture. They represent the rich and diverse heritage of Polish people living in Chicago, and their portraits are a testament to the contribution that Polish culture has made to the city. By showcasing the achievements, activities and their passions, the project aims to present a multifaceted image of Polish identity and culture, free from stereotypes. The project's subjects serve as cultural ambassadors, promoting the rich history and traditions of the Polish community in Chicago to a wider audience.

Who is "Polish Kaleidoscope Chicago" for?

We want everyone to enjoy our project! Our aim is to make it accessible and interesting for a wide range of audiences. We hope to reach both non-Poles living in the Chicago metropolitan area who may not know much about the Polish community and culture, as well as members of the Polonia who are excited to learn about the stories and accomplishments of other Poles living in the same region.

Who is The Author Grzegorz Litynski?

Grzegorz is a documentary photographer with extensive experience and expertise in visual storytelling and environmental portraits. His particular interests are the projects involving people and the socio-cultural context. Grzegorz is an academic teacher and head of the Faculty of Travel and Documentary Photography at the Academy of Silesia in Katowice, Poland.
Grzegorz carried out the documentary projects for various organizations incl the Italian Embassy in Poland, Deutsches Polen Institute in Darmstadt, Germany, USA, University of Wrocław, Aeroclub of Poland, Prison Service, various cultural institutions and international NGOs. He works on commission and runs many long-term personal photography projects.
Grzegorz exhibited his works among others during the European Capital of Culture in Wroclaw 2016, at the National Culture Center in Warsaw, Ghetto Fighters House in Israel, Minnesota State Capitol in St. Paul, Deutsches Polen-Institute in Germany, Ukrainian National Museum and Dwell Studio in Chicago. His outdoor exhibition in Warsaw was opened personally by the President of Poland. 
Grzegorz runs photography courses for various organizations incl Training Center of the Academy of Silesia in Katowice, Press Officers of the Prison Service, and Akademie am Tönsberg. He is the lead photographer at the Deutsches Polen-Institut in Darmstadt, Germany.
Grzegorz is the author of two textbooks on photography printed by the Academy of Silesia in Katowice in 2018 and 2019.

Making of "Polish Kaleidoscope Chicago"

Welcome to our "Polish Kaleidoscope Chicago" photo shoot sneak peek! We are excited to share with you a glimpse into the photo shoot for the project. We will show you just enough to spark your curiosity and we are inviting you to the opening of the Exposition on April 28th. - Photos By Greg Grzywacz

POLSKI   KALEJDOSKOP  -  CHICAGO
 

Czym jest Polski Kalejdoskop Chicago?
W projekcie biorą udział dziesiątki polskich imigrantów pierwszego i drugiego pokolenia, którzy mieszkają w Chicago

i współtworzą złożony, barwny obraz Polonii (Kalejdoskop). Aby wziąć udział w projekcie, osoby musiały znać język polski , identyfikować się z polskim dziedzictwem i działać jako ambasadorzy polskiej kultury.
Nadrzędnym celem projektu jest pokazanie różnych aspektów polskiej tożsamości w Chicago, bez odwoływania się do stereotypów. Dzięki projektowi Kaleidoscop widzowie mogą docenić wyjątkowy i wieloaspektowy charakter Polonii

w Chicago.

Kiedy?
Projekt fotograficzny „Polski Kalejdoskop Chicago” został zakończony w 2022 roku. Obecnie trwają przygotowania do wystawy, w tym: selekcja zdjęć, wybór dostawców usług poligraficznych, sponsorów i partnerów medialnych. Końcowy efekt wszystkich działań, a więc wystawa w Dwell Studio - Chicago, będzie eksponowana w dniach 29 kwietnia 2023 - 27 maja 2023. W trakcie wystawy odbędą się liczne dodatkowe spotkania, o których poinformujemy niebawem. 

Kim oni są?
Bohaterów fotograficznego projektu „Polski Kalejdoskop Chicago” można postrzegać jako ambasadorów polskiej kultury. Reprezentują bogate i różnorodne dziedzictwo Polaków mieszkających w Chicago, a ich portrety są świadectwem wkładu, jaki polska kultura wniosła do miasta. Poprzez pokazanie dokonań, działań i pasji, projekt ma na celu przedstawienie wieloaspektowego, wolnego od stereotypów obrazu polskiej tożsamości i kultury. Podmioty projektu pełnią rolę ambasadorów kultury, promując bogatą historię i tradycje Polonii Chicago szerszej publiczności.

Dla kogo jest „Polski Kalejdoskop Chicago”?
Chcemy, aby wszyscy cieszyli się naszym projektem! Naszym celem jest uczynienie go dostępnym i interesującym dla szerokiego grona odbiorców. Mamy nadzieję dotrzeć zarówno do nie-Polaków mieszkających w obszarze metropolitalnym Chicago, którzy mogą nie wiedzieć zbyt wiele o polskiej społeczności i kulturze, jak i do członków Polonii, którzy są podekscytowani poznaniem historii i dokonań innych Polaków mieszkających w tym samym regionie.

Kim jest autor Grzegorz Lityński?
Grzegorz jest fotografem-dokumentalistą z dużym doświadczeniem i wiedzą w zakresie wizualnego opowiadania historii i portretów środowiskowych. Jego szczególne zainteresowania to projekty angażujące ludzi i kontekst społeczno-kulturowy. Grzegorz jest nauczycielem akademickim i kierownikiem Katedry Fotografii Podróżniczej i Dokumentalnej Akademii Śląskiej w Katowicach.
Grzegorz realizował projekty dokumentalne dla różnych organizacji, w tym Ambasady Włoch w Polsce, Instytutu Deutsches Polen w Darmstadt, Niemcy, USA, Uniwersytetu Wrocławskiego, Aeroklubu Polskiego, Służby Więziennej, różnych instytucji kulturalnych i międzynarodowych organizacji pozarządowych. Pracuje na zlecenie i prowadzi wiele długoterminowych projektów fotografii osobistej.
Grzegorz wystawiał swoje prace m.in. podczas Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu 2016, w Narodowym Centrum Kultury w Warszawie, Ghetto Fighters House w Izraelu, Minnesota State Capitol w St. Paul, Deutsches Polen-Institute

w Niemczech, Ukraińskim Muzeum Narodowym i Dwell Studio

w Chicago. Jego wystawę plenerową w Warszawie otworzył osobiście Prezydent RP.
Grzegorz prowadzi kursy fotograficzne dla różnych organizacji, m.in. Ośrodka Szkolenia Akademii Śląskiej w Katowicach, Rzeczników Prasowych Służby Więziennej, Akademie am Tönsberg. Jest głównym fotografem w Deutsches Polen-Institut w Darmstadt w Niemczech.
Grzegorz jest autorem dwóch podręczników fotografii wydanych przez Akademię Śląską w Katowicach w 2018 i 2019 roku.

Przygotowania do projektu Polski Kalejdoskop Chicago.
Zapraszamy na zajawkę sesji zdjęciowej ! Pokazujemy tyle, by rozbudzić Twoją ciekawość! Zapraszamy na wernisaż wystawy 29 kwietnia  i na wystawę do 27 maja'23 - poniższe zdjęcia Grzegorza Grzywacza.

kaleejdoskop 1
Kalejdoskop 6

/ polonijny kalejdoskop   wspomnienie

   kwiecień'23 (8)  

Stanisław  Wojciech  Malec

(1939-2023)

Wojtek Malec.avif

Wojtek Malec w Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie ze specjalnym programem artystycznym dla Andrzeja Szopy, 2019

„Był bardzo dobrym, rzetelnym aktorem. Grał z ogromnym kunsztem, uważnością, oddaniem. Tak trudno mówić o nim w czasie przeszłym – wspomina BOGDAN ŁAŃKO.

Dzisiaj, 2 kwietnia, dowiedzieliśmy się o Jego odejściu. Będzie grał w innym teatrze, niebiańskim, choć ciągle chciał być bardzo aktywny scenicznie, naziemnie.

   Spotkaliśmy się w nieistniejącej już restauracji Eugeniusza Borisa. Po przyjeździe z Polski w 1989 roku pracował jako kelner. Rozpoznała go moja żona, Ewa Milde. Znali się z Teatru Ateneum w Warszawie, gdzie grał przez długie lata…

Wojtuś, czasem Stasio – był dwóch imion i obydwu używał – szybko stał się gwiazdą Kabaretu Bocian. Każdy jego występ był perełką, nagradzaną sowicie brawami. Był świetny w zabawnych scenkach, w poezji, a potem namówiliśmy go do śpiewania. Miał ciekawy głos… Taki z lat międzywojennych… No i piosenki do poezji Wojtka Borkowskiego (a pisywał dla Wojtka przez lata) i najczęściej do muzyki nieżyjącego już Janusza Pliwko były kolejnymi sukcesami Wojtka.

    Poza kabaretem brał udział w spotkaniach poetyckich Elżbiety Kochanowskiej, w różnych akcjach charytatywnych. Czuł się też znakomicie w Teatrze przy stoliku, prowadzonym przez Alicję Szymankiewicz. Zagraliśmy razem w „Emigrantach” Sławomira Mrożka w reżyserii Ewy Milde…

To wszystko jest ważne, ale chyba najważniejsza jest pamięć o nim jako człowieku gościnnym, radosnym, kochającym swój zawód ogromnie. Scena była, poza Rodziną, jego życiem i żywiołem. Był wymagający przede wszystkim w stosunku do siebie, ale wymagał też od innych podobnej rzetelności scenicznej…

Składam kondolencje całej Rodzinie Wojtka-Wojtusia i całej społeczności związanej z chicagowskim teatrem. Odszedł nasz Przyjaciel, część naszej chicagowskiej rodziny, z którą przeżył około trzydziestu lat. Żegnaj, Przyjacielu".

"Jeszcze dwa tygodnie temu - opowiada ELŻBIETA KOCHANOWSKA- w moje urodziny, siedzieliśmy razem przy stole. Wszyscy śmiali się, żartom nie było końca. Wojtek wygłosił monolog o życiu – jak to Wojtek – nawet prywatnie czuł się aktorem i musiał to zaznaczyć. Nikomu z nas do głowy nie przyszło, że to będzie jego ostatni występ!
Niedługo później kilka rutynowych wizyt u lekarza i szpital. Tam, rankiem pierwszego kwietnia, we śnie odszedł bezpowrotnie w inne światy.
Znałam Wojtka od lat - występował na polonijnych scenach, w Kabarecie Bocian, w Teatrze Przy Stoliku, w moich Wieczorach

z Poezją i w innych spektaklach. Każdą rolę zawsze traktował z ogromnym zaangażowaniem. Był absolwentem krakowskiej PWST (Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej), po studiach aktorem scen wrocławskich i warszawskich; kochał ten zawód, kochał być na scenie, szanował widza i zawsze miał liczną widownię.
Wojtku, piszę to w dwa dni po Twoim odejściu, choć ten fakt jeszcze do mnie nie dociera. Zostawiłeś w mojej pamięci nasze „sprzeczki” na temat ról, nasze radości z sukcesów, naszą wieloletnią pracę, znajomość i przyjaźń. 
Jestem z Hanią w stałym kontakcie, więc się nie martw! Dominice i Mateuszowi, Twoim dzieciom, składam serdeczne wyrazy współczucia, wiem jak im ciężko. 
No cóż Wojtku, jak Cię znam, to już szykujesz jakiś monolog, żeby z chórem Aniołów wystąpić przed Panem Bogiem. Żegnaj"

Wojtek Malec 3.avif
Wojtek Malec 4.avif

Po lewej: Wojtek Malec w kuchni. Po prawej: Spotkanie w warszawskim mieszkaniu Państwa Malec. Od lewej, kolejno: Bożena Jankowska, Andrzej Michalik, Hanna Malec, Stanisław Wojciech Malec, Elżbieta Kochanowska

Fragment wywiadu Bożeny Jankowskiej ze Stanisławem Wojciechem Malcem "Aktor musi grać", który został opublikowany w tygodniku MONITOR w grudniu 2015 roku

- (...) Bożena Jankowska: Zawsze ubolewałam, że w naszym środowisku polonijnym brak prawdziwych menadżerów, 

a w środowisku aktorskim szczególnie dotkliwie to odczuwam. Amerykańscy aktorzy mają swoich agentów, którzy wyszukują im role, załatwiają kontrakty, reprezentują. Tu musicie sami dbać o wykonywanie zawodu. Widocznie nikt jeszcze nie zorientował się, że takie zajęcie może przynosić konkretne dochody. Natomiast pokora czasem kojarzy się z niższym poczuciem wartości. Wydaje się ktoś skromny, a tu bidula po prostu ma kompleks niższości i potajemnie wyżywa się na innych. Nie dziw się, że czasami nie bywasz doceniony.

- Stanisław Wojciech Malec:Tak rozmawiamy, jakbym miał jakieś pretensje czy wymagania. W naszym zawodzie jest tak, że każdy chciałby być zauważony, doceniony, pochwalony, wręcz podziwiany. Taka jest domena aktorstwa, czyli profesji, która każe wyjść przed innych i dać się oceniać publicznie.

- Czy uważasz, że ta ocena zmieniła się pozytywnie w naszym polonijnym świecie? Czy jesteście bardziej zauważani, doceniani, dopieszczani? Ostatni koncert Orkiestry im. Paderewskiego dowiódł, że nie tylko produkcje z Polski mają wyprzedane bilety. Jak oceniasz reakcje Polonii na wasze artystyczne produkcje?

- Mało nas ciągle. Jesteśmy nie rozbudzeni zainteresowaniem własną miejscową produkcją. Wydaje się nam, że ci z Polski są lepsi lub ciekawsi. Może to sprawa reklamy. A może ciągle kłania się stare przysłowie: "Cudze chwalicie...". Przygotowanie programu kabaretowego wymaga od nas nakładu pracy, czasu, wielkiego zaangażowania. A tu cóż, zaledwie dwa przedstawienia. I od nowa poszukiwania. Próby muzyczne, sceniczne. Nie mamy szansy, aby taki program, nawet najlepszy, zaistniał dłużej. Przecież pracujemy na co dzień w innych zawodach, zajmujemy się zupelnie czym innym, zarabiamy gdzie indziej na życie. Jesteśmy ogromnie zajęci. Nie utrzymujemy się z pracy artystycznej. Czasami wydaje się, że już coś się zmienia, komplet na sali. Potem gramy po raz kolejny

i następuje, jakby odwrót. Mniejsze zainteresowanie. Zastanawiamy się więc, czy jest sens kontynuować naszą pracę, czy ma to cel. Oczywiście znowu przypominamy sobie, że aktor musi grać. Nawet do najmniejszej widowni, że jest to powinność aktorska. Ale jakoś żal.

Koledzy z Polski mają lepiej, bo więcej się o nich mówi, rozmawia z nimi. Reklamuje w sposób ładny i przekonujący. Dlatego mają zawsze ogromną widownię. Obserwujemy to i wydaje nam się, że nie jest to całkiem sprawiedliwe. Nie zazdrościmy, tylko chciałoby się, żeby ten sam zapał i serce wkładane w artystów z Polski dotyczył i nas tutaj. W końcu też jesteśmy profesjonalistami, a poziom naszych dokonań wcale nie odbiega od poziomu prezentowanego przez kolegów z Polski.

A czasami przewyższa. Przecież my dla Polonii pracujemy. Wyłącznie dla was. Chcemy z wami przeżywac artystyczne doznania i radość z tego, co dla was przygotowujemy. Jestem bardzo emocjonalny, więc przejmuję się, że nie mamy pełnej możliwości prezentowania się potencjalnie wielkiej Polonii w Chicago. (...)

Rodzinie

ś.p. Stanisława Wojciecha Malca

najszczersze kondolencje

i wyrazy współczucia

składa zespół redakcyjny

pakamery.polonia

/ polonijny kalejdoskop   wspomnienie

   kwiecień'23 (8)  

Sławomir Sobczak

(1961- 2023)

Panie Sławku, Drogi Sąsiedzie z 11 piętra, mijaliśmy się tyle razy i zawsze miał Pan pogodną uśmiechniętą twarz… Gdy szedłem wyrzucić śmieci, a spotkałem Pana spacerującego

z Soplem, to wracałem do mieszkania po godzinie, bo tak Pan człowieka potrafił zagadać… Pomimo przeprowadzki liczyłem, że spacerując w okolicy starego mieszkania, spotkam Pana i znów czegoś ciekawego i wartościowego się dowiem… Wiadomość o Pana śmierci należy do tych nie do uwierzenia… Pani Moniko, prosze się jakoś trzymać w tych trudnych chwilach…

(Tomasz Zając)

Wspominam nasze spotkania i rozmowy. Był duszą towarzystwa. Każdego (...)

(Stanisław Błaszczyna)

Potwornie trudno przyjąć do wiadomości i pogodzić się, że już się nie usłyszymy ….. Z kim teraz spotkamy się w Cechowej, w Loży, w …. ?

Z kim wielogodzinne rozmowy telefoniczne o wszystkim …. ? Powspominamy Chicago.... ?

Uwielbialismy każdy kontakt, każde spotkanie ze Sławkiem! Tę Jego radość życia, dobrą energię, optymizm, gorące serce, serdeczność, troskliwość, chodzącą życzliwość!

(Ania Mania)

Wczoraj w Krakowie odszedł Sławek Sobczak. Wciąż nie możemy w to uwierzyć. Do końca mieliśmy nadzieję, że to jakaś tragiczna pomyłka, niestety…

Tak się cieszył, że jego opowiadaniem zainteresowali się ludzie od produkcji filmowej. Bo jest niezwykle, kto czytał, ten wie.

Koniec końców to nie o ilość dni chodzi w życiu, tylko o ilość życia w tych dniach. Sławek rozumiał to dobrze.

(Ania Włoch)

Sławek Sobczak 5

5 kwietnia 2023 r. w Krakowie zmarł nasz Kolega - SŁAWOMIR SOBCZAK.

Sławek mieszkał w Chicago przez 24 lata. Pracował z wieloma

z nas, z wieloma był zaprzyjaźniony, z wieloma zakolegowany.

Mimo iż wrócił do Polski mentalnie nadal "mieszkał" z nami

w Wietrznym Mieście.

Pasjonat sportu i polityki. Zawsze pogodny i życzliwy ludziom; posiadał rzadką umiejętność kulturalnego i rzeczowego prowadzenia sporów światopoglądowych.

Autor świetnego opowiadania "The Fixer" zamieszczonego

w wydanej w Chicago w 2022 roku antologii opowieści emigracyjnych "Kierunek Ameryka".

Należał do ludzi niezastąpionych.

Żonie Monice przekazujemy najgłębsze i najszczersze kondolencje.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w Ameryce

Setki pożegnań, wspomnień, słów uznania... I ogromne zadziwienie... Nie tak dawno celebrowaliśmy wspólnie wydane przez Wydawnictwo Evergreen książki "Kierunek Ameryka" - Sławek był jednym z autorów antologii. Nie tak dawno wspominał Ryśka Choroszy na łamach pakamery.polonia, którego bardzo cenił za aktorstwo. Kochał ludzi, a ludzie kochali Jego. Za radość życia, ciepłe słowo, opowiadania, dyskutowania, ocenianie w sposób nie obraźliwy, acz stanowczy.

Przez ostatnie dziesięć lat mieszkał w Krakowie, ale nie rozstał się z Chicago i naszą Polonią. Był cały czas wśród nas, jako korespondent i "podpowiadacz".  Ostatnim pomysłem, którym mnie zaszczepił, było poszukiwanie pamięci o doktor Jadwidze Roguskiej-Kyts, filantropce,  która odeszła do innego świata w styczniu tego roku w wieku 90 lat. Szukaliśmy razem - Sławek

w Polsce, ja - w Chicago. Niebawem powstanie wspomnienie - rezultat naszych wspólnych działań - o lekarce medycyny rodzinnej, która swojego czasu była lekarką Oprah Gail Winfrey, a później - wielu pracowników codziennej gazety Chicago Tribune. 

Sławku, pozostaniesz w naszej pamięci, wiesz o tym... Pozostaniesz też w filmach dokumentalnych "Oblicza Ameryki", w których byłeś narratorem, operatorem, osobą rozładowującą trudne niekiedy sytuacje.  Spotkamy się jeszcze na łamach pakamery.polonia... Spoczywaj w spokoju...  

(Anna Czerwińska)

Całej Rodzinie oraz najlepszej przyjaciółce - żonie Monice Sobczak,

przekazujemy głębokie i szczere kondolencje...

Anna Czerwińska w imieniu całej redakcji miesięcznika pakamera.polonia

/ ludzie i obyczaje

   kwiecień'23 (8)  

WIELKANOC  INACZEJ...

ANNA CZERWIŃSKA

1 egg.avif

Zające, kolorowe jajka, wielkanocne prezenciki, żółciutkie kurczaczki

w śmiesznych, ukwieconych kapelusikach, to symbole amerykańskiego święta rodzinnego i święta religijnego wszystkich chrześcijan.

Easter lub Resurrection Sunday czyli Wielkanoc - przed nami. Dla jednych będzie to czas dla Rodziny i świętowania Wiosny, dla innych - czas modlitwy, zadumy, święcenia pokarmu, przyjmowania komunii, świętowania Zmartwychwstania. Każdy z nas celebruje ten czas według własnego uznania i własnych potrzeb wewnętrznych. Jedni poddadzą się szaleństwom porządkowym, przygotowując dom czy mieszkanie do wiosny, słońca, ogólnej radości i czystości... Inni potraktują Niedzielę Wielkanocną podobnie, jak kolejne dni wolne od pracy w ciągu roku... 

Skupmy się jednak na tradycji amerykańskiej...

  • w kościołach amerykańskich również odbywa się święcenie jadła         w koszyczkach, a raczej koszach wielkanocnych. Z pewnością nie pojawia się wówczas tak dużo ludzi jak w Polsce, ale jednak ... Kosze są średnie i duże (zdecydowanie większe od naszych), a w nich chleb, pęda kiełbasy, wino, ciasta i oczywiście mnóstwo jajek - symbol zmartwychwstania, odnowy życia...

  • dla Amerykanów bardzo ważny jest Wielki Piątek (Good Friday); wielu  z nich tego dnia nie pracuje, a część prywatnych biznesów jest zamknięta...

  • groby w kościołach katolickich nie są tak strojne czy symboliczne jak w Polsce ...

  • Easter Sunday to spotkania rodzinne na brunch'ach (późne śniadanie, wczesny lunch), głównie w restauracjach. Kilkakrotnie uczestniczyłam w takich spotkaniach, podlewanych "szampanem" z sokiem pomarańczowym, czyli mimozą. Jedzenia (w formie szwedzkich bufetów - popularnych ogromnie) na gorąco, na zimno, z deserami, owocami - jest bardzo dużo. Wybór ogromny, łącznie z tradycyjną szynką w brązowym cukrze i miodzie, pieczoną baraniną, makaronem  z serem, ziemniakami w kilku postaciach, kurczakami, plackami, goframi, omletami, kawiorami, owocami morza, tortami, babkami, puddingami, pajami... ...

  • kolejną tradycją jest szukanie jajek (Easter Egg Hunt) w szkołach, parkach, centrach handlowych, domu czy ogrodzie. Są to jajka czekoladowe, piankowe w czekoladzie lub plastikowe z drobnymi upominkami. Radość wielka, czasem nie tylko dla dzieci!!

A skąd się wziął zajączek...

Czas Świąt Wielkanocnych  przypada na okres celebracji wiosennych. Równonoc wiosenna od czasów pogańskich była symbolem zwycięstwa życia nad śmiercią, dobra nad złem, w chrześcijaństwie ma podobny wymiar zwycięstwa Chrystusa nad szatanem, zmartwychwstania i życia wiecznego nad śmiercią.

W starożytnej Babilonii ważnym był kult bogini Isztar. W mitologii mezopotamskiej była boginią wojny i miłości. Jej kult rozpowszechnił się szeroko na całym obszarze starożytnego Bliskiego Wschodu. W Kaananie, zwłaszcza na obszarze późniejszej Syrii i Fenicji, czczona była jako Asztarte – bogini miłości, płodności i wojny. To właśnie jej kult rozpowszechnił się wśród Izraelitów, i to z nim walczyli kapłani i prorocy hebrajskiego Jahwe.

Wśród Babilończyków, jajko było świętym symbolem. Wierzyli oni bowiem w starą legendę o jaju nadzwyczajnej wielkości, które spadło z księżyca do rzeki Eufrat.  Według starożytnego mitu mężem bogini Isztar był bóg-pasterz Tammuz, zabity pewnego dnia przez dzika. Isztar ogłosiła, że okres czterdziestu dni  będzie czasem smutku każdego roku przed rocznicą śmierci Tammuza, że w tym czasie nie wolno spożywać mięsa, a na przełomie marca i kwietnia obchodzone będzie każdego roku zmartwychwstanie/powrót Tammuza. 

W świecie antycznym Grecji na czas równonocy przypadała śmierć Adonisa, kochanka Afrodyty, który zginął rozszarpany przez dzika. Zrozpaczona bogini wybłagała u Zeusa, by mógł wiosną powracać na ziemię. Ku czci Adonisa obchodzono tygodniowe święto Adonie,a jego obchody, rozłożone w dniach na czas śmierci, opłakiwaniai zmartwychwstania, zdają się pierwowzorem obchodów Świąt Wielkanocnych. Jednym

ostara_by_johannes_gehrts.avif

Wizerunek Ēostre autorstwa Johannesa Gehrtsa z 1884 roku

/ fot.: wikimedia commons

z symboli Adonii były „ogródki Adonisa”, naczynia, w których wysiewano rośliny o szybkiej wegetacji; z nich wywodzi się wielkanocny zwyczaj wysiewania owsa czy rzeżuchy, w które wstawia się paschalnego (ostrzyżonego) baranka, symbol poświęcenia Chrystusa.

U Słowian na okres równonocy wiosennej wypadały Jare Gody. Były jednym z najważniejszych wydarzeń dla Słowian, trwającym kilka dni. Jego celem było pożegnanie i przepędzenie resztek zimy oraz powitanie nadchodzącej wiosny niosącej nowe życie, a także zapewnienie sobie urodzaju w nowym roku wegetacyjnym.

Nierozerwalnie związany z tym świętem jest zwyczaj topienia Marzanny, symbolizującej zimę. Jej pożegnanie miało zapowiadać zwycięstwo witalnych sił słońca nad mrokiem zimy, dając tym samym początek wiośnie, kiedy przyroda budzi się do życia.

W innych językach święto równonocy nazywano Ostern, Easter lub Eostre (Ostara), od imienia anglosaskiej i starogermańskiej bogini wiosny, świtu i płodności, władającej jednocześnie światem zmarłych. Legenda opowiada, że Ostara znalazła w śniegu rannego ptaka. Aby pomóc mu przetrwać zimę, zmieniła go w zająca.

Transformacja nie w pełni się udała. Zającowi pozostała tęsknota za lataniem i zdolnością znoszenia jajek. Zdołał jednak przeżyć zimę i z wdzięczności za ocalone życie ozdobił zniesione jajka, barwiąc je najpiękniejszymi jasnymi kolorami przed złożeniem bogini w ofierze. Ostara odwzajemniła się - obdarowała go niezwykłą szybkością, by nie tęsknił za skrzydłami. Ograniczyła jednak zdolność znoszenia jajek. Od tej pory zając znosi jajka tylko raz do roku - kolorowe - w wigilię pierwszej pełni księżyca po wiosennym przesileniu.

W dniach święta Ostary pomalowane kolorowym barwnikiem jajka ofiarowywano z życzeniami pomyślności. Jajko było też darem ofiarnym dla zmarłych, a zwyczaje ich barwienia wywodzą się ze starożytności. Wiosenne święta od zawsze kojarzyły się z kultem płodności i nowym życiem. Wyrażały radość życia doczesnego, jego żywiołowość i biologiczny wymiar.

Gdy na wiosnę pojawia się nowe życie, zajączek wielkanocny powraca, zapewniając od dawna kulturowy symbol przypominający nam o cyklach i etapach naszego własnego życia.

/ ludzie i obyczaje

   kwiecień'23 (8)  

W niedzielę wielkanocną nowojorski Manhattan rozbrzmiewa gwarem, śmiechem, śpiewem i skrzy kolorami... kapeluszy typu bonnet, czyli wiązanych pod brodą... Ci, którzy zdobyli bilety wstępu na mszę wielkanocną celebrowaną w pięknej katedrze Ṡw. Patryka, tam właśnie rozpoczynają swoją wędrówkę ulicami centrum...

EASTER FUN IN NEW YORK CITY!

ANETA ZALEWSKA

Tradycja nowojorskich Wielkanocnych Parad (Easter Parade) połączona z festiwalem kolorowych kapeluszy (Easter Bonnet Festival) sięga XIX wieku. W latach 1880 - 1950 było to jedno z największych wydarzeń kulturalnych w Ameryce, będącym swoistym pokazem mody postrzeganym przez pryzmat religii. Zaczęło się od dekorowania prezbiteriów kościelnych wielkanocnymi kwiatami. Parafianie odwiedzali kolejne kościoły, donosząc kolorowe bukiety, prezentując jednocześnie stroje, kapelusze... Oto kilka zdjęć z lat 1898 -1933, ukazujących stary Nowy Jork i początki dzisiejszej tradycji (źródło: https://viewing.nyc/vintage-photographs-of-the-new-york-city-easter-parade-between-1898-and-1933/)

Easter Parade i słynne już kapelusze to też tytuł sfilmowanego musicalu (1948 rok) z Judy Garland i Fred Astaire'em w rolach głównych.

Pomysłowość kapeluszowa nie zna granic...!!!! Pojawiają się "festiwalowcy" z całego świata, by zaprezentować swoją ideę kapelusika czy wielkiego kapelusza, a jednocześnie w sposób nietuzinkowy celebrować Ṡwięto Zmartwychwstania...

Zmieniła się ulica, zmieniły się samochody, autobusy, chodniki, budynki, ale... nie zmieniła się radość bijąca od ludzi i koloryt Ṡwięta, przynajmniej w tym mieście i... również w Nowym Orleanie. Parada nowoorleańska powróciła do łask (tradycja niemal 40-letnia) po wielkich kataklizmach tego miasta. Zdecydowanie mniejsze spotkania uliczne, rodzinne i sąsiedzkie odbywają się w wielu miastach 

i miasteczkach tego kraju...

Tegoroczna Easter Parade and Easter Bonnet Festival w Nowym Jorku odbędzie się 9 kwietnia między godziną 10 rano a 4 po południu. Msze święte w Katedrze Ṡw. Patryka (na trasie parady) rozpoczną się o godzinie 8 rano, ale na mszę o godzinie 10.15 rano - wstęp wyłącznie z biletami (rezerwacja biletów - w Katedrze od stycznia każdego roku).

Dla tych, którzy w tym czasie będą świętować poza Nowym Jorkiem czy Nowym Orleanem, pokaz ekstrawaganckich kapeluszy

z ubiegłych lat XXI wieku... Jestem pełna podziwu, zachwytu i szacunku dla ich twórców i właścicieli ! 

/ ludzie i obyczaje

   kwiecień'23 (8)  

Pamięć to lek na lęk

KATIE GRANT / ALICJA KITLASZ

Dziewczyna przy pianinie

Obsesyjnie bałam się, że ktoś usłyszy, jak gram na fortepianie. Czy zapamiętanie nut może pomóc przezwyciężyć tę fobię?

„Dziewczyna przy pianinie” , Paul Cézanne, 1868 r. / Wikiart (domena publiczna)

Prawie codziennie gram na fortepianie. Spędzam przy instrumencie co najmniej godzinę, przeważnie więcej. Jednak moje poświęcenie wynika ze strachu, nie z miłości. Oczywiście trema przed występem, z którą zmaga się wielu solistów, jest zupełnie zrozumiała. Mój strach okazuje się mniej racjonalny: boję się, że ktoś – nieważne kto – mógłby usłyszeć, jak gram. Silny lęk nie pozwala mi chodzić na lekcje gry. Na samą myśl, że ktoś mnie słucha, mózg i palce odmawiają mi posłuszeństwa. Jest to podobne do paraliżu nóg, który uniemożliwia ucieczkę w naszych najgorszych snach. Mieszkam w domu szeregowym, więc jestem w stanie grać tylko dzięki temu, że mój fortepian ma regulację dźwięku. Gdy ściszę instrument, sąsiedzi usłyszą jedynie stukot klawiszy.

Fobia i trauma

Trudno ustalić przyczynę tego lęku. Nie boję się na przykład przemawiać publicznie. Nie sądzę, by podobny strach towarzyszył mi, gdybym miała zagrać na innym instrumencie. Jednak gdy tylko siadam przy fortepianie, przypominam sobie pogardę, jaką mój ojciec żywił wobec pianistów, którzy mają o sobie zbyt wysokie mniemanie. Może gdybym potrafiła zapewnić: „Naprawdę znam swoje ograniczenia!”, mój strach by się zmniejszył. Tymczasem próbuję jednak poskromić go za pomocą Wariacji Goldbergowskich Bacha. Wierzę, że jeśli nauczę się ich na pamięć i będę miała w zapasie nuty, zyskam podwójną ochronę przeciw lękom.

Podobno Bach skomponował 30 wariacji jako lek na bezsenność, choć ta teoria nie cieszy się już poważaniem naukowców.

Z pewnością nie napisał ich z myślą o leczeniu fobii. Mimo to uznałam, że warto nauczyć się ich na pamięć. Po pierwsze to krótkie utwory – żaden nie przekracza dwóch stron partytury. Po drugie bohaterki powieści, nad którą właśnie pracuję, uczą się Wariacji, więc chcę zrobić to razem z nimi – wykorzystać metodę Stanisławskiego w procesie pisania, podobnie jak robią to aktorzy, wcielając się w rolę.

Wszystkie te powody okazały się niewystarczające. Krótkie nie znaczy przecież łatwe. Rozpisane na kilka odrębnych i wyrazistych głosów Wariacje trudno wykonać nawet na klawesynie, na który zostały pierwotnie skomponowane. Ich poziom trudności niejednokrotnie wykraczał poza moje umiejętności gry na fortepianie. Jednak wyzwania techniczne mnie nie zniechęcały. Wiedziałam, że czekają mnie godziny żmudnych ćwiczeń. Może gdybym nauczyła się Wariacji na pamięć, moja gra stałaby się bardziej płynna? Zdawałam sobie sprawę, że muzyka nie polega tylko na odtworzeniu zapamiętanych dźwięków, ale nurtowało mnie pytanie: czy pamięć może stać się lekarstwem na strach?

Wyuczony nawyk

Oczywiście pamięć może też pobudzić lęk. Traumatyczne wspomnienia podnoszą poziom adrenaliny, która z kolei generuje odpowiedź w ciele migdałowatym, czyli części mózgu odpowiedzialnej za przetwarzanie emocji. Tak jak w przypadku psów Pawłowa, które nauczyły się ślinić na dźwięk dzwonka, część mojego strachu to z pewnością wyuczony nawyk: spodziewam się strachu, kiedy głośno gram na fortepianie, więc się boję. Jednak ucząc się nut, wykorzystujemy zupełnie inny rodzaj pamięci. Techniki zapamiętywania nie angażują ciała migdałowatego, tylko hipokamp – strukturę mózgu odpowiedzialną za utrwalanie naszych doświadczeń.

Do takich technik należą między innymi pamięć fotograficzna – pozwalająca nam „zobaczyć” nuty w umyśle – oraz analityczna. Ta druga analizuje metody danego kompozytora i preferowane przez niego schematy muzyczne, aby na tej podstawie wywnios­kować, jaka będzie dalsza część utworu. Niestety, okazało się, że z biegiem lat utraciłam pamięć fotograficzną, tak przydatną w czasie egzaminów. Brakowało mi też odpowiedniej wiedzy muzycznej, abym mogła skorzystać z pamięci analitycznej. Nie wszystko było jednak stracone. Zamierzałam wykorzystać „porcjowanie”: uczyć się pojedynczych segmentów, a następnie połączyć je i osadzić

w pamięci mięśniowej albo – by posłużyć się terminem naukowym – w pamięci proceduralnej, bo mięśnie oczywiście pamięci nie mają.

Pamięć proceduralna koduje i przechowuje powtarzane przez nas czynności w różnych obszarach mózgu: tempo i koordynacja przetwarzane są w móżdżku, a jazda na rowerze – w skorupie. Pamięć ta bywa zupełnie nieprzydatna na przykład wtedy, kiedy generuje wrażenia fantomowe u osób z amputowaną kończyną. Jednak przywraca ona nadzieję tym z nas, którzy odczuwają lęk. Nie jest połączona z pamięcią emocjonalną ani empiryczną, więc jeśli uda się nam ograniczyć automatyczną reakcję lękową, powinna pozwolić na działanie przez kilka pierwszych sekund, dopóki nie zdołamy opanować strachu.

Co więcej, dzięki temu, że pamięć proceduralna jest osadzona w obwodach naszego mózgu, potrafi przetrwać mentalną katastrofę. Kiedy wirus zaatakował centralny układ nerwowy Clive’a Wearinga, brytyjski muzykolog nie był w stanie zapamiętać niczego na dłużej niż 30 sekund. Pamięć proceduralna pozwala mu nadal grać na fortepianie, mimo że Wearing nie potrafi sobie przypomnieć, jak właściwie nauczył się danej melodii. Czy zatem gdybym zapadła na demencję, wciąż pamiętałabym Wariacje?

Jak z nut

Zaczęłam ćwiczyć, uważnie oznaczając palcowanie i do skutku powtarzając te same frazy, ciągle ze ściszonym fortepianem, żeby nie prowokować sąsiadów. Czasami zmuszałam się do podkręcenia dźwięku – musiałam poczuć strach, żeby móc go pokonać. Cały ten proces pochłaniał niesamowicie dużo czasu. Zastanawiałam się, dlaczego koncertujący pianiści, których na scenie nie paraliżuje trema, w ogóle zawracają sobie głowę zapamiętywaniem nut? Czy nie szkoda im czasu, który mogliby poświęcić na ­poszerzenie repertuaru? W ciągu roku udało mi się dotrzeć zaledwie do wariacji nr 10. Wiem, że młodzi muzycy zapamiętują dziesiątki utworów, zapewne zainspirowani słowami Clary Schumann, która głosiła, że gra bez nut „dała jej skrzydłom siłę, by polecieć”. Jednak dla starszych muzyków zapamiętywanie nowych utworów stanowi coraz większy problem.

Oczywiście moda nieustannie się zmienia. Jeszcze 60 lat temu muzycy zgodnie twierdzili, że gra z pamięci to oznaka arogancji, wywyższania się ponad nuty. Potępiali ją Chopin i Beethoven. Mendelssohn nie miał najmniejszego problemu z zapamiętywaniem utworów, ale kiedy pewnego razu przed koncertem zorientował się, że nie przygotowano mu partytury, poprosił organizatora, by położył na pulpicie jakąkolwiek starą książkę i przewracał strony, mimo że miał grać swój utwór!

Kiedy na własnej skórze poznałam trudności związane z uczeniem się utworów na pamięć – zdarzało się, że umykała mi nawet kolejność wariacji – zaczęłam się zastanawiać, czy ta współczesna obsesja właściwie nie podważa naszej pewności siebie. Nie ulega wątpliwości, że zapamiętywanie wpływa na doświadczenie gry przez zawodowców, dodając do niej element napięcia, który zapewne docenią słuchacze znudzeni doskonałymi nagraniami, ale który może przerażać samych muzyków. Ja traktowałam to jednak jako terapię, a więc ćwiczyłam dalej.

Próby, błędy

Po jakichś siedmiu miesiącach dokonałam odkrycia: dzięki ciągłemu powtarzaniu nie tylko opanowałam nuty Wariacji Goldbergowskich, lecz także poprawiłam swoją technikę. I choć frustrowało mnie wolne tempo tych postępów, od czasu do czasu udawało mi się zagrać coś, co brzmiało zupełnie jak muzyka napisana przez Bacha. Pod wpływem impulsu sięgnęłam po utwory innych znanych mi kompozytorów: Brahmsa, Schuberta, Debussy’ego czy nawet Rachmaninowa. Z pewnością nie grałam „dobrze”, ale technika nie stanowiła już głównego problemu. Osiągnęłam konkretny poziom umiejętności. Co więcej, regularny trening sprawił, że moja pamięć stała się sprawniejsza, podobnie jak w przypadku londyńskich taksówkarzy przygotowujących się do słynnego egzaminu z wiedzy o mieście. Innymi słowy – pamięć proceduralna działała.

A co z moim strachem i adrenaliną? Cóż, o dziwo, jeszcze częściej zaczęłam ściszać dźwięk. Czy należało zatem uznać mój eksperyment za nieudany? Niezupełnie – prawie niezauważalnie zaczęła mnie nurtować kolejna kwestia. Czy zamiast traktować pamięć jako wsparcie w pokonywaniu lęku, mogę wykorzystać ją jak trampolinę i całkowicie odmienić moje doświadczenie gry na fortepianie?

To pytanie wywołało we mnie jeszcze większy niepokój. Moje postępy techniczne nie budzą wątpliwości, ale jak daleko mogę z nimi zajść? Jak długo będę w stanie je utrzymać? Zauważyłam, że zamiast nabrać pewności siebie, zyskałam ciekawość: dostrzegam

w muzyce więcej. Godziny zapamiętywania nie pomogły mi zapanować nad strachem – nauczyły mnie raczej, że muzyki nie można grać z pamięci, chyba że ma się problemy ze słuchem. Całkiem inaczej wyobrażałam sobie automatyczną grę. Tymczasem okazało się, że od początku byłam w błędzie: zapamiętanie danej frazy nie sprawiło, że przestałam myśleć – wręcz przeciwnie, zaczęłam myśleć jeszcze intensywniej.

I oto siedzę przy wyciszonym fortepianie. Mój lęk, że ktoś mnie usłyszy, jest silny jak nigdy przedtem. Potrafię jednak nad nim zapanować. Miło byłoby zagrać głoś­no. Cudownie byłoby pójść na lekcję gry. Ale ostatnio kiedy ćwiczę Bacha, rzadziej myślę

o strachu, a częściej o tym, że dotykam czegoś potężniejszego ode mnie.

Jeśli nadal będę grać po cichu, świat nie straci wiele. Jeśli podkręcę dźwięk, mogę – sparaliżowana strachem – stracić wszystko, co zyskałam. Myślę, że nie ma się tu nad czym zastanawiać.

/ nauka / kosmos  

   kwiecień'23 (8)  

KOSMICZNE RÓŻNOŚCI

ŁUKASZ KANIEWSKI

Dotknąć Słońca

1 czerwca 2022 roku wysłana przez NASA sonda Parker już po raz piąty przeleciała przez koronę, bardzo gorącą zewnętrzną warstwę słonecznej atmosfery. Wysoka temperatura korony – milion stopni Celsjusza – jest dla astrofizyków zagadką. Trudno powiedzieć, dlaczego warstwa ta jest aż tak gorąca, skoro temperatura powierzchni Słońca wynosi tylko około 5,5 tys. stopni. To trochę tak, jakby za pomocą pieca rozgrzać pokój do temperatury wielokrotnie wyższej niż sam piec.

Jeśli ktoś zadaje sobie pytanie, jak to możliwe, że sonda Parker wytrzymała panującą w koronie słonecznej temperaturę miliona stopni, odpowiedź jest następująca: temperatura jest tam, owszem, wysoka, ale gęstość materii niewielka, więc gorąco nie czyni aż tak wielkich szkód. Do rozgrzanego piekarnika możemy włożyć rękę i przez chwilę trzymać ją tam zawieszoną w powietrzu, choć

w środku jest 200°C lub więcej. Jeśli jednak nieopatrznie dotkniemy ścianki piekarnika lub rozgrzanego naczynia – oparzenie gotowe.

I to jest właśnie sekret sondy Parker: niczego nie dotyka, leci jedynie przez słoneczną atmosferę, która jest biliony razy rzadsza niż ziemska.

Dlatego sonda Parker nie topi się, gdy wlatuje w słoneczną koronę. Choć oczywiście nawet przed taką rozrzedzoną, ale rozgrzaną do miliona stopni atmosferą musi się chronić, a czyni to za pomocą osłony, czyli kompozytowej pianki umieszczonej pomiędzy dwoma karbonowymi płytami, z których zewnętrzna pomalowana jest na biało. Tarcza ta, o średnicy 2,4 m i 11,5 cm grubości, rozgrzewa się podczas wizyt w słonecznej koronie do 1400°C.

Aparatura sondy, umieszczona za osłoną, utrzymywana jest w tym czasie w bezpiecznych 30°C. Jednak nie cała – niektóre instrumenty badawcze nie są chronione przez karbonową tarczę, choćby puszka do badania wiatru słonecznego wykonana

z molibdenu, wolframu, tytanu i niobu. Z niobu również sporządzono anteny, które mierzą pole elektryczne i magnetyczne.

Sonda Parker, krążąc wokół Słońca, przelatuje czasem w pobliżu Wenus i dzięki grawitacji tej planety zacieśnia swoją orbitę. Dlatego stopniowo przedostaje się do gorącej korony coraz głębiej. Wiosną zeszłego roku zbliżyła się do powierzchni gwiazdy na 11,1 mln kilometrów, potem zredukowała dystans do 8,5 mln kilometrów, w przyszłym roku ma – według planu – osiągnąć 7,9, a w jeszcze kolejnym:­ ­6,9 mln kilometrów. Potem prawdopodobnie nie wytrzyma gorąca i przestanie działać. Ale i tak jest to wielkie osiągnięcie,

z którego możemy być dumni – co najmniej tak jak pan Maluśkiewicz ze spotkania z wielorybem.

Teraz, gdy ktoś zapyta: „A na Słońcu ­byliście?”, to – zadzierając nosa – odpowiadamy: „Oczywiście!”.

Tajemnica pacyficznego meteorytu

Niedaleko Papui-Nowej Gwinei na dnie oceanu znajdują się szczątki międzygwiezdnego meteorytu. To maleńkie kawałki, lecz znalezienie ich i wydostanie na powierzchnię stanowiłoby dla nauki wielkie osiągnięcie. Byłby to pierwszy materiał z innego układu gwiezdnego, jaki dostałby się w ludzkie ręce.

Niespełna metrowy meteoryt eksplodował w atmosferze niedaleko wyspy Manus 8 stycznia 2014 roku, jednak naukowcy nie od razu zauważyli to wydarzenie. Dopiero w roku 2017, kiedy przez Układ Słoneczny przeleciała międzygwiezdna skała znana jako Oumuamua, student astronomii z Harvardu Amir Siraj oraz jego opiekun naukowy prof. Avi Loeb uznali, że przeszukają archiwa, by znaleźć inne obiekty, które mogły przyfrunąć spoza Układu Słonecznego. A rozpoznają je dzięki ich olbrzymiej prędkości.

Jak tłumaczy Amir Siraj na łamach czasopisma „Scientific American”, każdy obiekt, który przecina orbitę Ziemi z prędkością powyżej 42 km/s, jest najpewniej pochodzenia międzygwiezdnego. Loeb i Siraj dość szybko wpadli na trop meteorytu zarejestrowanego

w roku 2014 przez amerykańskiego satelitę szpiegowskiego w okolicach wyspy Manus. Meteoryt ten wszedł w atmosferę ziemską

z prędkością 45 km/s, rokował więc dobrze. Należało jeszcze wziąć poprawkę na ruch samej planety – po jej dokonaniu okazało się, że kosmiczna skała leciała nawet szybciej, około 60 km/s.

Oczywiście Siraj i Loeb chcieli jak najszybciej opublikować swoje odkrycie, ale tu zaczęły się schody. Bo choć dane zebrane przez szpiegowskiego satelitę były jawne, informacje o możliwym błędzie pomiarowym objęto już tajemnicą wojskową (zapewne po to, by żaden obcy wywiad nie dowiedział się, jakiej jakości sprzętem dysponuje armia USA – jednak to tylko domysł, bo przyczyna utajnienia również jest tajna). No i klops, bo tak się składa, że w artykule naukowym należy podać margines błędu, inaczej nikt go do druku nie przyjmie.

Kiedy Sirajowi udało się w końcu uzyskać zaświadczenie od wojska o marginesie błędu, było ono anonimowe (utajniono nazwisko jego wystawcy). A jako takie było w świecie nauki niewiele warte, zatem astronomowie musieli dalej lobbować.

Dzięki wpływowym sojusznikom w ważnych instytucjach w końcu się udało: w marcu 2022 roku generał John Shaw, zastępca dowódcy Sił Kosmicznych USA, oraz Joel Mozer, naukowiec z tejże instytucji, oficjalnie określili margines błędu urządzeń pomiarowych satelity. Siraj mógł wreszcie pochwalić się swoim odkryciem, pierwszym zarejestrowanym przez naukę międzygwiezdnym meteorytem – meteorytem, czyli kosmicznym ciałem, które weszło w ziemską atmosferę.

Obiekt ten został nazwany niezbyt oryginalnie: CNEOS 2014-01-08. Takiego pięknego imienia jak Oumua­mua jeszcze nie dostał (chociaż kto wie, może i dostał, ale objęte jest ono tajemnicą wojskową).

Kwintesencja kontra entropia

Uwaga, dobre wieści! Śmierć cieplna wszechświata wcale nie jest przesądzona! Fizycy ogłosili hipotezę, według której wkrótce – bo już za 65 mln lat – przestrzeń nie będzie się już rozszerzać, a za 100 mln lat wręcz zacznie się kurczyć.

Trudno z całą pewnością powiedzieć, jak to się wszystko potoczy, ale tym, co dziś wiadomo, jest to, że wszechświat się rozszerza,

a jakieś 4 mld lat temu tempo jego ekspansji zaczęło wzrastać. Aby wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje, opracowano koncepcję ciemnej energii, która działa w sposób przeciwny niż grawitacja: rozpycha wszystko i rozsadza. Wedle najpopularniejszej wersji miałaby ona być wpleciona w czasoprzestrzeń jako stała kosmologiczna, czyli pewna niezmienna wartość. Wszechświat się rozszerza, więc jest

w nim coraz więcej ciemnej energii, przez co ten rozszerza się coraz szybciej, a w przyszłości będzie robił to w jeszcze większym tempie. W takim ujęciu jego ostateczny los nie przedstawia się różowo: wszystko coraz szybciej będzie się od siebie oddalać

i stygnąć. Za około 100 bilionów lat stare gwiazdy się wypalą, a nowe przestaną powstawać. Potem minie jeszcze mnóstwo czasu

i wyparują czarne dziury. W końcu wszechświat osiągnie stan nazywany śmiercią cieplną (ewentualnie cała materia zostanie rozerwana na strzępy w hipotetycznym wydarzeniu nazywanym wielkim rozdarciem – już nie wiadomo, co gorsze).

Ale, jak wspomniano, jest też inna koncepcja, której najbardziej znanym piewcą jest fizyk teoretyczny z Princeton University Paul Steinhardt. Wraz ze współpracownikami wiosną 2022 roku opublikował on w piśmie „PNAS” artykuł, w którym prezentuje tę ideę. Nie trzeba – twierdzi – zakładać, że ciemna energia jest czymś w rodzaju stałej wplecionej w przestrzeń. Może ona być polem, które zmienia się w czasie; czymś, co fizyk trochę staromodnie nazywa kwintesencją. Jeżeli wyjdziemy z takiego właśnie założenia i w tym duchu zinterpretujemy dotychczasowe dzieje wszechświata, okaże się, że ciemna energia może z czasem zaniknąć i zmienić się

w coś, co przypomina zwykłą materię; w coś, co nie przeciwstawia się grawitacji, tylko ją wzmacnia. W efekcie wszechświat zacznie się kurczyć – właściwie ten etap już się rozpoczął, choć jeszcze tego nie widzimy.

Trudno tę teorię zweryfikować, bo ze względu na olbrzymią skalę czasową tych wydarzeń nie możemy po prostu poczekać na rozwój wypadków i opublikować wniosku w kolejnym wydaniu kwartalnika. Nie mamy też innego wszechświata do badań porównawczych. Poza tym – co równie kłopotliwe – nie rozumiemy, czym w istocie jest ciemna energia. Może jeśli nasza wiedza co do tego ostatniego punktu się poprawi, będziemy mogli coś stwierdzić bardziej kategorycznie.

Na razie jednak nic pewnego nie wiemy. Ale piszemy o tym, bo być może Czytelnik lub Czytelniczka zastanawia się, czy warto rano wstać i iść do pracy lub szkoły, skoro wszechświat i tak czeka śmierć cieplna. Otóż niewykluczone, że warto.

Robot i jego brat

Czy ten płaski, nieregularny, błyszczący kształt obudził w łaziku Perseverance jakieś wspomnienia? Czy niestrudzony marsjański eksplorator domyślił się, że ujrzał spadochron, na którym przez cienką warstwę atmosfery opadł na to rude, bezkresne pustkowie? Poprzednie łaziki dokonywały oględzin swoich spadochronów natychmiast po lądowaniu, tym razem jednak NASA zdecydowała inaczej. Perseverance zajął się najpierw eksploracją krateru Jezero. Dopiero 404. marsjańskiego dnia po lądowaniu pozwolono łazikowi z oddali rzucić okiem kamery na spadochron – wskazówkę, że gdzieś nad tym burym niebem wiecznie przysłoniętym przez wzbijany wiatrem pył jest jakieś inne miejsce, z którego robot pochodzi.

W tym innym miejscu, w kolorowej Kalifornii, mieszka bliźniak łazika Perseverance noszący radosne imię Optimism. Otoczony nieustanną opieką wypuszczany jest na krótkie spacery w krajobrazie, który ma udawać marsjański. Wyposażony w bardzo podobne instrumenty jak Perseverance ma za zadanie testować oprogramowanie. Jeśli inżynierowie znajdują jakieś błędy w kodzie, poprawiają je i nową wersję wysyłają marsjańskiemu odpowiednikowi.

Taki jest podział ról. I oczywiście to Perseverance jest w tym rodzeństwie bohaterem. Jego imię oznacza „wytrwałość” i tego się od niego wymaga. Niestrudzonej jazdy przez ocean czerwonego szutru. Pobierania próbek oraz badania ich. Przyjmowania korekt oprogramowania opracowywanych przez jego bliźniaczego brata i otaczających go uśmiechniętych dwunogów.

W dobrym świetle

Naukowcy, którzy w ramach programu SETI (Search for Extraterrestrial Intelligence) poszukują pozaziemskich cywilizacji, opracowali nową wiadomość dla kosmitów. Twierdzą, że jest ona lepiej przygotowana niż ta, którą wysłano w roku 1974 za pomocą radioteleskopu Arecibo. List zawiera 13 kwadratowych stronic zakodowanych w formie bitmapy, które rozpoczynają się od wprowadzenia, z wykorzystaniem systemu dwójkowego, w system dziesiętny – zakładamy, że skoro odbiorca rozszyfrował bitmapę, to system dwójkowy będzie dla niego zrozumiały. Dalej mamy przegląd ludzkich osiągnięć z dziedziny matematyki i fizyki – aby czytelnik listu nie pomyślał sobie, że wiadomość wysłał jakiś pętak, który przypadkowo dorwał się do radioteleskopu. Są też naszkicowane nagie ludzkie sylwetki (kobieta i mężczyzna) oraz schemat białek DNA. Wszystko to prezentuje się bardzo ładnie

i kosmitom powinno się podobać. Ponieważ to prosta bitmapa, grafika jest nieco retro, trochę w stylu gry Space Invaders, ale miejmy ­nadzieję, że ewentualny odbiorca nie ­będzie miał takiego skojarzenia – bo i skąd?

Wiadomość ma zostać wysłana w stronę grupy gwiazd położonych jakieś 13 tys. lat świetlnych od Układu Słonecznego, w połowie drogi między nami a centrum Galaktyki. Na razie nie wiadomo jednak, za pomocą jakiego urządzenia można by to zrobić. Są na Ziemi potężne radioteleskopy, lecz przystosowane do odbioru, a nie do wysyłania sygnałów. Jedyny, który mógł służyć jako nadajnik, czyli Arecibo w Portoryko, od dwóch lat już nie działa i zapewne to się nie zmieni. Trzeba więc będzie dostosować do celów nadawczych chiński teleskop FAST albo kalifornijski ATA. To jednak tylko kwestia techniczna, bardziej problematyczna jest inna sprawa: czy warto taką wiadomość w ogóle wysyłać. Krytycy nie bez racji przywołują liczne przykłady z naszej ziemskiej historii, kiedy to zetknięcie różnych kultur czy cywilizacji kończyło się zupełnym lub niemal zupełnym wytrzebieniem jednej z nich. O spotkaniach ludzi z innymi gatunkami również nie można wiele dobrego powiedzieć. Nie jesteśmy mistrzami komunikacji, dyplomacji i pokojowego współżycia,

a jacy są ewentualni kosmici – nie wiemy.

Eksperci z SETI nie lekceważą tych argumentów, twierdzą jednak, że wysłanie wiadomości do mieszkańców kosmosu jest dla nas świetną okazją, by pokazać się w korzystnym świetle. Najwyraźniej uważają, że najpozytywniejsze będzie przedstawienie ludzi jako istot chodzących nago i zainteresowanych tylko osiągnięciami nauk ścisłych – stąd taka, a nie inna treść przygotowanego listu.

Jak na tę wizytówkę zareagują przedstawiciele odległej cywilizacji, nie mamy pojęcia i za naszego życia się nie dowiemy. List będzie frunąć do potencjalnego odbiorcy 13 tys. lat, wiadomość zwrotna – tyle samo. Ponadto trzeba dać kosmitom przynajmniej kilka dni na zredagowanie odpowiedzi, chyba że mają już jakąś gotową na takie okazje.

Istnieje też jednak ryzyko, że kosmici nie zrozumieją listu. W pionierskich czasach SETI astronom Frank Drake pokazywał wstępne wersje kosmicznej wiadomości wielu wybitnym naukowcom, wśród których nie brakowało noblistów. Żaden z nich nie rozszyfrował informacji, a tylko jedna osoba domyśliła się, że ciąg zer i jedynek należy ułożyć w obrazek. Był to Barney Oliver, dyrektor laboratorium Hewlett Packard, który nadesłał odpowiedź, także w formie zer i jedynek. Po przetłumaczeniu ich na grafikę oczom Franka Drake’a ukazała się szklanka martini z oliwką.

Ciekawe, co odpowiedzą kosmici.  ("Przekrój")

/ nauka / kosmos  portrety

   kwiecień'23 (8)  

ALBERT EINSTEIN
twórca ogólnej teorii względności
i...
zwykły człowiek

ŁUKASZ ZAŁUSKI

Był niewątpliwie genialnym fizykiem, osobą powszechnie znaną, ale o jego życiu prywatnym niewiele było wiadomo. Wszyscy wiedzieli o tym, że uwielbiał grać na skrzypcach (i robił to podobno nieźle), lubił palić fajkę i żeglować. Jeszcze mieszkając

w Niemczech, kupił małą żaglówkę, która została skonfiskowana przez władze po jego wyjeździe do USA w roku 1933. W Princeton kupił sobie niewielki jacht. Co ciekawe – praktycznie nie umiał pływać. Notorycznie odmawiał też zakładania kamizelki ratunkowej, co powodowało, że rodzina zawsze się martwiła, gdy Albert samotnie wybierał się na jezioro. Wiadomo też, że niespecjalnie dbał o swój strój, istotna była tylko wygoda. Więc jaki był Einstein prywatnie...

Nieodpowiedzialny i niedojrzały?

Gdybym go spotkał, z przyjemnością postawiłbym mu piwo, ale raczej niechętnie przedstawiłbym go mojej siostrze – tak niekonwencjonalnie wypowiedział się o słynnym naukowcu Dennis Overbye, autor książki „Einstein in Love”.

Z biografii, będącej zwieńczeniem dziesięcioletnich poszukiwań, wyłania się postać człowieka, który w życiu prywatnym był przede wszystkim: niewierny, nieodpowiedzialny, niedojrzały. Jako odkrywca Einstein nie miał sobie równych.

Z dystansem do świata

Nauka była dla niego wszystkim. Ucieczką od chaosu codzienności, ostoją, oazą imperatywem. Sam geniusz miał do siebie duży dystans. Swoje największe odkrycie komentował: „Dlaczego właśnie ja sformułowałem zasadę względności? Ile razy zadaję sobie to pytanie wydaje mi się, że przyczyna jest następująca: Normalny dorosły człowiek w ogóle nie rozmyśla nad problemami czasu i przestrzeni.

W jego mniemaniu przemyślał to już w dzieciństwie. Ja jednak rozwijałem się intelektualnie tak wolno, że czas i przestrzeń zajmowały moje myśli nawet wtedy, gdy stałem się już dorosły”.

Zakochany Albert

Jego pierwszą żoną była Mileva Marić. Poznali się na prestiżowej politechnice, znanej dziś jako Szwajcarski Instytut Technologiczny (ETH). Od wiosny 1899 roku byli nierozłączni. Całe noce dyskutowali o fizyce. „To nie jest kobieta, to mól książkowy!” – krzyczała matka Einsteina.

Szkolny przeciętniak

Einstein miał najniższą średnią w grupie na studiach. Prześlizgiwał się z roku na rok i był jednym z nielicznych, którym nie zaoferowano posady.

Tajemniczy ojciec

W styczniu 1902 roku w rodzinnym domu Milevy w Nowym Sadzie urodziła się dziewczynka o imieniu Lieserl. Einstein nigdy nie zobaczył córki. Jego ojcostwo wyszło na jaw przeszło 30 lat po jego śmierci, kiedy wydawca Robert Schulmann – zasłyszawszy

o miłosnej korespondencji, przechowywanej przez mieszkającą w Kalifornii rodzinę uczonego – po nitce do kłębka trafił na sejf bankowy z czterystoma listami, wśród których znajdowały się listy Alberta do Milevy. Do tej pory nie wiadomo, co stało się

z dzieckiem. Prawdopodobnie dziewczynka zmarła na szkarlatynę albo została oddana do adopcji.

Einstein_1921_by_F_Schmutzer

Synowie geniusza

Rok po ślubie Einstein i Milevy urodził się syn Hans Albert. Wiele lat później zdobył światową sławę w dziedzinie inżynierii hydraulicznej. Drugi syn naukowca cierpiał na schizofrenię. Na świat przyszedł w 1910 roku. Einstein i Mileva rozwiedli się w 1919 roku. Przed sądem słynny naukowiec przyznał się do cudzołóstwa. Kilka miesięcy później poślubił Elsę Löwenthal. Wcześniej jednak wyznał swojej drugiej żonie, że… właściwie wolałby ożenić się z jej dwudziestoletnią córką.

Żona z socjety

Druga żona Einsteina była elegantką, która lubiła brylować

w towarzystwie. Nie zawsze jej to wychodziło. Anegdota głosi, że raz na przyjęciu Elsa zjadła dekorację kwiatową, ponieważ pomyliła ją z sałatką.

Wyrozumiała żona

Druga żona Einsteina tolerowała liczne romanse męża. Jedną

z kochanek Einsteina zatrudniła nawet jako sekretarkę.

Przełom w karierze

Rok 1905 jest uznawany za Annus Mirabilis, najlepszy

w karierze naukowej Einsteina. To właśnie wtedy powstały przełomowe prace naukowe: o kwantowej teorii efektu fotoelektrycznego, o ruchach Browna, o elektrodynamice ciał

w ruchu, czyli szczególna teorii względności, oraz słynna praca „Czy bezwładność ciała zależy od zawartej w nim energii?”.

Czyżby plagiat?

Nadal nie wiadomo, czy to właśnie Einstein był jednym autorem swoich słynnych prac. Kontrowersje rozgorzały po opublikowaniu listów Alberta do pierwszej żony. Naukowcy zgadzają się co do tego, że Einstein podziwiał inteligencję Milevy. Wiadomo także, że

w liście do niej z 1901 roku zawarł dość znaczące zdanie: „Ależ będę szczęśliwy i dumny, kiedy będziemy razem i będziemy mogli uwieńczyć sukcesem nasze prace nad względnością ruchu”. Podobnych cytatów jest wiele. Część badaczy widzi w nich dowód na naukową współpracę małżonków.

Tajemnice naukowych prac

Kontrowersji w sprawie autorstwa prac naukowych z 1905 roku jest więcej. Autor eseju biograficznego pod tytułem „Ms. Einstein” Evan Harris Walker dotarł do prasowej informacji, opublikowanej w 1956 roku (czyli zaledwie rok po śmierci Einsteina). Wynika

z niej, że fizyk Abram Joffe – będąc młodym asystentem Wilhelma Roentgena, członka rady wydawniczej prestiżowego czasopisma „Annalen der Physik” – miał okazję widzieć złożony do druku rękopis szczególnej teorii względności. Pamięta, że był on podpisany Einstein-Marity. Marity jest zaś węgierską formą nazwiska Marić! Mileva używała go jedynie w oficjalnych dokumentach.

Zasłużony Nobel

Mimo wielokrotnych nominacji to nie szczególna teoria względności przyniosła Einsteinowi nagrodę Nobla. To najwyższe naukowe wyróżnienie naukowiec otrzymał dopiero kilka lat później za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego. Uczony nigdy nie odebrał nagrody osobiście i się nią nie chwalił.

Najsłynniejszy wzór świata

Zdaniem profesora Umberto Bartocciego z Uniwersytetu w Perugii najsłynniejszy wzór fizyczny świata E=mc2 nie jest autorskim odkryciem Einsteina. Noblista opublikował go w roku 1905 w pracy „Czy bezwładność ciała zależy od zawartej w nim energii?”. Jednak już 2 lata wcześniej formułę tę podał Olinto De Pretto, przemysłowiec i samouk z Wenecji Euganejskiej.

Włoskie inspiracje

Nie ma dowodów, które potwierdzają, że Einstein znał pracę Olinto De Pretto. Wiadomo jednak, że Einstein doskonale znał język włoski i zamieszczał w magazynie „Annalen der Physik” recenzje ukazujących się po włosku artykułów naukowych z zakresu fizyki. Zdaniem prof. Bartocciego artykuł włoskiego samouka nie mógł więc ujść jego uwadze.    ("National Geographic")

/ teatr     

   kwiecień'23 (8)  

teatr-kurtyna_edited.jpg

Po Międzynarodowym Dniu Teatru

Tu zaszła
wielka zmiana

ANNA CZERWIŃSKA

    Szukam początku, kiedy teatr uległ  pewnej degradacji. Szukam początku  zmian nie tylko w teatrze polonijnym, ale w ogóle

w teatrze współczesnym…

    Od czego się to zaczęło? Od wyjścia teatru z teatrów w miejsca nieteatralne? W korytarze, hale fabryczne, warsztaty samochodowe czy prywatne mieszkania? Już rodzaj przestrzeni określa formę dialogu między aktorami i widzami, wprowadzając obie strony

w niemal intymne misterium wspólnoty.

    A może od braku zaufania do wielkich tekstów, będących kiedyś odkryciami repertuarowymi, z których pozostało dzisiaj wybieranie pojedynczych myśli przewodnich…

    Nie wykluczam też lęku przed Wielkimi Słowami. Przed patosem prawd bardziej powszechnych, aniżeli te, które dotyczą tylko naszej prywatności. Łatwiej opowiadać o kromce chleba na śniadanie i stosunkach intymnych, niż zabierać głos w imieniu Ludzkości, Narodu, Społeczeństwa …

    A może przyczyna jest bardziej prozaiczna? Zmiany mogły nastąpić wówczas, gdy autor dzieła teatralnego – reżyser – zaczął „opowiadać o sobie”, używając postaci scenicznych jako aktorów swojego wewnętrznego teatru, miast wykreowanego do istnienia przez autora tekstu?

    W teatrze, choć cały czas jest udawaniem i nienaturalnością, nie da się uniknąć pewnej dozy egoizmu. Nie tylko aktor obdarza graną postać twarzą, wzrostem, wiekiem, barwą głosu i wrażliwością. Wszystkie te cechy u każdego są inne, więc i persona zabrzmi inaczej. Postać dodatkowo jest wypełniana ideami i ambicjami twórcy teatralnego. Chodzi oczywiście o proporcje, które mogą stać się przyczyną odrazy, śmieszności, nieakceptacji, ba – nawet prowadzić do nieporozumień.

    Ktoś powie: a gdzie przykłady, konkretne dowody? Jest ich mnóstwo, bez zagłębiania się w konkretny teatr czy jego twórców. Współczesny teatr od dawna stoi nie tyle dialogiem między autorem a reżyserem, co bezdyskusyjną wojną między nimi, w której czytelną przewagę ma ten drugi. Może to emocjonalny samozachwyt, artystyczna arogancja czy intelektualna nonszalancja. Wielu osób nie podejrzewałabym o to, a jednak przyglądając się ich poczynaniom scenicznym ponownie zadaję sobie pytanie – Dlaczego? Po co?

    Tegoroczne orędzie na Międzynarodowy Dzień Teatru wygłosiła egipska aktorka, 91. letnia Samiha Ayoub. Powiedziała na zakończenie: "Naszą misją (…) od pierwszego występu aktora na scenie jest stała konfrontacja z tym, co brzydkie, krwawe

i nieludzkie. Naprzeciw stawiamy wszystko, co piękne, czyste i humanitarne. Mamy zdolność rozsiewania życia. Pomnażajmy je razem dla dobra zjednoczonego świata i ludzkości”.

    Chwalebne przesłanie, nie zawsze mające odbicie na scenie, gdziekolwiek się ona znajduje. Częściej bije ze scen wulgaryzm

i monotematyczność, związana z intymnością fizyczną, aniżeli sens sztuki godny uwagi i chwili zastanowienia.

No cóż, dobrzy aktorzy czy adepci sztuki mogą zagrać królewską rolę po królewsku. Ciągle stać ich na to. Ich wielkość zależy jednak od ambicji reżyserskich, dobrej scenografii, kostiumologa…

Nie chodzi o to, by nie robić przedstawień stojących aluzjami teatralnymi, chociaż te starzeją się najszybciej. Chodzi o lojalność wobec   k a ż d e g o   widza.

I, chyba… o dobre obyczaje.

/ muzyka   rozmowy  

   kwiecień'23 (8)  

WOJTEK MŁYNARSKI

WE WSPOMNIENIACH SYNA

Wojciech Młynarski 2

Wojciech Młynarski rozpoczynał swoją karierę w latach 60.

„To, o  czym pisał ojciec, było w  opozycji do tego, jaki był na co dzień”

W marcu minęła szósta rocznica śmierci Wojciecha Młynarskiego. To dobra okazja na przypomnienie wywiadu

z jego synem, Janem Młynarskim, muzykiem, kompozytorem, multiinstrumentalistą. 

Rozmowa Remigiusza Grzeli z synem legendy piosenki pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 4/2017). Wówczas to Jan Młynarski wraz z siostrami Agatą i Pauliną przygotował zbiór utworów ojca „Od oddechu do oddechu”. Książka była pierwszym wspólnym przedsięwzięciem rodzeństwa i ukazała się zaledwie dwa miesiące przed odejściem ich ojca. 

Wstawki fotograficzno-dźwiękowe - redakcja pakamery.chicago.

Remigiusz Grzela: Co odkrywałeś, czytając teksty ojca?
Jan Młynarski: To była retrospekcja. Znałem sporo z nich. Wchodziły do mojej głowy mimochodem. W dzieciństwie byłem świadkiem, jak niektóre powstawały. Pracując nad płytą „Młynarski plays Młynarski” [w 2010 roku – przyp. red.], stanąłem twarzą w twarz z piosenkami mi najbliższymi.

Stąd tytuł?
Nie. Wybraliśmy go wspólnie z siostrami. Odnosi się do choroby ojca, jego stanu i okoliczności, w jakich po latach z trzech zupełnie różnych światów stanęliśmy przy nim, żeby coś wspólnie zrobić. To właśnie odbywało się od jednego oddechu do drugiego.

Otwieram na roku 1979, kiedy się urodziłeś. Ojciec napisał wtedy piosenkę „Odwiedziłem starego muzyka”, który: „z wolna, w milczeniu odmykał rząd czarno-białych klawiszy. I powiedział: Popatrz pan, panie, tu jest piekło, niebo i czyściec. Wszystko razem w tym fortepianie splątało się wiekuiście. Chciałem leczyć muzyką serca, wiem – niezgrabnie, wiem – nieudolnie, do dziś moje młodzieńcze scherza gram ludziom – tyle że wolniej”. Credo, przestroga?
Poznałem w dzieciństwie takiego pianistę. Pan Edward był już po osiemdziesiątce. Przychodził do nas stroić pianino. To było wydarzenie. Najpierw stroił, a potem przez kilka godzin na nim grał. Od niego po raz pierwszy usłyszałem przedwojenne piosenki i charakterystyczny styl gry z tak zwanym wiosełkiem w lewej ręce. Jego ojciec miał przed wojną rewię na Hożej. Ojciec lubił z nim rozmawiać, wszyscy uwielbialiśmy go słuchać. Wtedy usłyszałem pierwsze historie o dawnej dumnej Warszawie. Ojciec miał do niego, do innych muzyków tego pokolenia wielki szacunek.

Więc to od starego stroiciela, a nie od dziadka słyszałeś stare piosenki?
Dziadek śpiewał różne piosenki, bo lubił śpiewać. Słuchałem, jak za drzwiami łazienki, goląc się, śpiewa: „W Saskim Ogrodzie koło fontanny jakiś się frajer przysiadł do panny, była niewinna jak wonna lilia…”. Pan Edward grał piosenki m.in. Henryka Warsa, tematy filmowe, tanga… Przedwojenni polscy twórcy muzyki rozrywkowej są dla mnie bardzo ważni. Wykonuję z zespołem sporo starych piosenek, w tym roku planuję wydanie płyty, razem z wybitnym pianistą Marcinem Maseckim, w hołdzie Adamowi Astonowi.

Zawsze wiedziałeś, że będziesz muzykiem?
Pierwszymi zespołami, których namiętnie słuchałem, byli Stonesi i Doorsi. Kasety spadały z regału mojej siostry, przynosili je jej znajomi. Jako dziesięciolatek na pamięć znałem „Riders on the Storm” i „Ruby Tuesday”. Z kolegami z podstawówki mieliśmy zespół. We wtorki wieczorem graliśmy w sali prób, czekaliśmy na nie cały tydzień. Któregoś dnia poszedłem z mamą do Sali Kongresowej na koncert holenderskiej saksofonistki Candy Dulfer. Patrzyłem tylko na perkusistę. Chociaż to nie była muzyka, jaką bym się podniecał, coś się we mnie stało. Chciałem grać jak on. Miałem 12, 13 lat. I miałem coś, bez czego trudno zostać dobrym instrumentalistą – cierpliwość powtarzania jednej czynności przez wiele godzin. W tym samym okresie usłyszałem też Grzesiuka…

Ojciec zachęcał?
Zniechęcał. Przez wiele lat wydawało mi się, że muzyk to ktoś bardzo ważny, jak frontman. Ojciec widział, że syn rośnie mu raczej na rzemieślnika, który nie będzie miał nic do powiedzenia. Bał się tego. Mówił, że perkusja to barabany. Ale nie proponował nic w zamian. Może nie miał pomysłu, jak mi pomóc? Kiedy zacząłem być nie tylko muzykiem, lecz także producentem i liderem, sporo rzeczy zrozumiałem, zobaczyłem więcej. Kolejni reżyserzy proponowali, by zamienić skrzypce na kontrabas, a chórek wywalić, bo źle wygląda na obrazku… Muzycy to nie są nazwiska, ale elementy do zrobienia show. Później wchodzi np. wokalistka, z którą producent się wita. Z muzykami nikt 

się nie wita. Klasę artysty można poznać po tym, czy wita się z orkiestrą. Ojciec to widział, jeżdżąc z muzykami. PRL to było straszne pijaństwo. Krążą o tym legendy. Kiedy w dorosłym życiu, po latach przerwy w naszych kontaktach, zapytał, co ja w ogóle robię, odpowiedziałem, że zarabiam na życie, grając koncerty i nagrywając płyty. Od razu zapytał: „Czy już jesteś alkoholikiem?”.

Co takiego stało się między wami?
To konsekwencja całego naszego życia. Ojciec się wprowadzał, wyprowadzał, jako dziecko trochę się go bałem. Nie mieliśmy więzi. Nie było wzorców rodziców w gazetach i  podręcznikach, zajęć pozaszkolnych, placów zabaw. Mój ojciec nie wiedział, jak być rodzicem. Nasz dom nie był poukładany. Wszystko było kompulsywne. Zazdrościłem kolegom, że mają zaplanowane życie, zaplanowane wakacje. U nas nie było żadnego planu. Do dzisiaj nie umiem planować, walczę z tym. Zaplanowanie miesiąca jest wielkim wyczynem.

Dzieci nie mają wpływu na otoczenie, w jakim mieszkają, adaptują się do każdych warunków. Na przykład słynny perkusista Buddy Rich wychował się w wodewilu, nad którym był burdel. W moim domu ojciec szykował koncerty. Mama, aktorka, z powodu bojkotu aktorskiego w stanie wojennym przeniosła się, jak inni jej koledzy z teatru, do kościoła, gdzie recytowali wiersze, wolne słowo. Też musiała przygotować program. Do teatru już nigdy nie wróciła. Na to nakładały się relacje rodziców. Był czas, że ojca długo nie było w domu, później rodzice się rozwiedli, mieszkaliśmy z mamą w różnych miejscach. Ojciec jakoś na co dzień specjalnie się mną nie interesował. A jak się zainteresował, to przyjeżdżał pod dom i zabierał mnie na obiad.

Jan Młynarski

Jan Młynarski / fot.: Michał Kosc-Forum

Wojciech Młynarski

Wojciech Młynarski (2012) / fot.: Jarosław Roland Kruk / Wikipedia, licencja: CC-BY-SA-3.0

Nie buntowałeś się?
Buntowałem, chciałem być postrzegany jak każdy, bez pytań o ojca.

Kiedy nagrałeś płytę z jego piosenkami, dziennikarze pytali o odcinanie kuponów od nazwiska. Reagowałeś ostro.
Teraz bym nie reagował. Każdy ma prawo do oceny. Jestem za duży, aby mieć z tym problem.

Studiowałeś w Akademii Muzycznej w Katowicach i jesteś absolwentem Drummers Collective w Nowym Jorku. Takiej szkoły, jaką znamy z filmu „Whiplash”. Mówiłeś w jednym z wywiadów, że miałeś podobnego profesora jak w filmie. Grasz, a on Cię cały czas szturcha, doprowadza do szału. Jednak nie przerywasz. Wierzyłeś mu?
Ani przez chwilę nie zwątpiłem. Gdyby niszczył ludzi bez wyników, nie pracowałby tam. Jest system weryfikacji nauczycieli. Co trzy miesiące uczniowie wystawiają ocenę. Nigdy nie dostał złej, chociaż doprowadzał do płaczu i zgrzytania zębami. To była pewna konwencja. Opierając się na intuicji i inteligencji, uznałem, że przyjmę te zasady. Nigdy nie czułem, że jest przeciwko mnie. Dobry nauczyciel nie musi być miły, ale między nim a uczniem muszą być szacunek i zaufanie. Bez tego nic się nie zrobi.

Nawet kiedy mówił: „Polaczku, co ty umiesz?”.
Mówił też, że wszyscy jesteśmy ograniczeni umysłowo. (śmiech) Tak naprawdę właśnie dlatego, że byłem z Polski, był mnie ciekawy. Powiedział, że jego dziadkowie byli Żydami z Warszawy i przed wojną wyjechali do Kanady. Ponieważ interesuję się Warszawą, znalazłem ich nazwiska w książce telefonicznej z 1939 roku, zrobiłem ksero i mu podarowałem. W tej szkole zacząłem ćwiczyć jeszcze więcej. Wychodziłem już do domu, słyszałem, że kolega w innej sali gra, wracałem. Im więcej narzędzi, tym lepszy warsztat do wyrażania siebie. Kiedy ktoś przychodzi do mnie na lekcje i prosi, abym pokazał, jak robię coś, czego on nie umie, zadaję dużo pytań, chcę mu uświadomić, jak wiele spraw ma wpływ na granie.

Zawsze wiesz, co wybrać?

Nie umiem ani wybrać, ani wskazać najlepszej drogi. Muszę zmierzyć się ze sprawami, żeby je poczuć, stwierdzić, czy coś jest dobre. Gdybym nie nagrał płyty z piosenkami ojca, cały czas bym o niej myślał. Połowę tej płyty lubię, połowy nie, ale to już decyzje czysto artystyczne. Dość wcześnie musiałem o sobie decydować, jeśli działasz na własny rachunek i nie masz możliwości pogadania wieczorem z kimś starszym przy stole, musisz nauczyć się podejmować decyzje i mierzyć się z ich konsekwencjami.

Kiedy pracowałeś nad płytą, mieliście już z ojcem poukładane sprawy?
Nie. Znów się długo nie widzieliśmy. Zadzwoniłem do niego, by zapytać, czy się zgadza. Bałem się, że może tę płytę zablokować albo udzieli wywiadu, w którym powie, że nic o niej nie wiedział, a mnie będzie głupio. Angażowałem w to swoje pieniądze, czas swój i innych oraz energię, która jest nieprzeliczalna, a bez niej nie wyobrażam sobie pracy. Zawsze kończę projekty, które zaczynam. Ojciec ucieszył się, że zaśpiewa Gaba Kulka, bo ją znał. Kiedy miałem gotowe premiksy, zaprosiłem go, wysłuchał, był zaskoczony niektórymi aranżami, zwłaszcza „Ogrzej mnie”. Kiedy nagraliśmy „Szarą kolędę”, zostawiłem miejsce na jedną zwrotkę, wziąłem ojca do studia i ją nagrał. Nic więcej. Nie ma dalszej części tej historii. Nasz kontakt był sporadyczny, bo mnie się urodziły dzieci, trochę się tym interesował.

A gdybym Cię zapytał o najjaśniejsze momenty waszego życia?
Skrawki. Święta. Kiedyś przebrał się za Świętego Mikołaja. W 1987, może 1988 roku ojciec zabrał mnie do Stanów, gdzie grał recitale z Jerzym Derflem. Jeździliśmy po Kalifornii, bazą był duży dom w Los Angeles, udostępniony przez hrabinę Tyszkiewicz. Całkiem fajne wakacje dla chłopaka z PRL. Słońce, basen, koledzy mówiący w obcym języku. Pamiętam, jak przez mgłę recital ojca, w czyimś domu, w półoficjalnej atmosferze, pamiętam jego konferansjerkę, piosenki, niewiele… Idąc z nim po ulicy, pierwszy raz usłyszałem Orkiestrę z Chmielnej. Bardzo ważny dla mnie moment.

A opowiadał o swoim dzieciństwie?
O Komorowie, o szukaniu niewypałów w lasach, a był koniec lat 40. i pełno niewypałów. Że z kolegami znaleźli w sadzawce niemiecki samochód pancerny. Dla mnie to było pasjonujące. Mówił, że wrzucali naboje do ogniska, one strzeliły i zabiły jakichś kolegów. Widział to, wspominał ich imiona. Otwierałem szeroko oczy, kiedy opowiadał o prawdziwych łobuzach z Pruszkowa. Między Komorowem a Pruszkowem jest długi zakręt, na którym stare pruszkowskie zbiry położyły kogoś w ramach porachunków, aby go pociąg przejechał. Wspominał też ciepło kolegów z liceum im. Tomasza Zana.

Co mówił o domu w Komorowie?To był nieszczęśliwy dom, ale dla niego ważny, bo tam spędził dzieciństwo. Zbudowali go tuż przed wojną moi pradziadkowie Zdziechowscy, aby tam jeździć z Warszawy na odpoczynek. Ale wybuchła wojna i  w  nim zamieszkali. Ich córka, czyli matka mojego ojca, uciekła z domu przed wojną. Zakochała się w starszym i żonatym mężczyźnie, moim dziadku Milku Młynarskim. To była miłość na przekór całemu światu. Prababcia Zdziechowska wyklęła córkę. Dziadek Milek bardzo opiekował się moją babcią. Babcia urodziła dwoje dzieci – Wojtka i Basię. Dziadek zachorował na gruźlicę i bardzo szybko umarł. Był 1943 rok. Mój tato miał dwa lata, ciocia Basia – rok. Babcia nie miała gdzie się podziać. Najpierw przez pół roku mieszkała w Warszawie u Orłowów, rodziny dziadka Młynarskiego. Ale zbliżało się powstanie, sytuacja była coraz trudniejsza. Nie miała wyjścia. Przyszła do Komorowa, do

rodziców, z dwójką dzieci na ręku. Była tam traktowana jak obywatel gorszej kategorii. Nigdy nie pozbierała się po przedwczesnej stracie ukochanego mężczyzny. Prababcia Cesia Zdziechowska bardzo źle traktowała wnuki i córkę. Panowały tam XIX-wieczny dryl i obyczaje. Ojciec miał bardzo smutne, przepojone bólem dzieciństwo, a ponieważ widział i czuł o wiele więcej niż rówieśnicy, musiało być mu podwójnie ciężko znosić niesprawiedliwości i upokorzenia oraz żyć u boku smutnej, zapadniętej w sobie matki, swojego ojca znając jedynie z fotografii.

 

Żałujesz, że tak późno nawiązałeś kontakt z ojcem?
I tak, i nie. Żałuję, że nie był inny. I że nie miałem kontaktu z ojcem, który był inny. Pewnie przekazałby mi dużo więcej, mielibyśmy wspólne wspomnienia. Może dałby mi poczucie bezpieczeństwa, bo nigdy go nie miałem. To wpłynęło na moje życie, na moje relacje z ludźmi. A ponieważ był, jaki był, trudny, a nasza relacja dużo mnie kosztowała, nie żałuję, że nie mieliśmy ze sobą więcej wspólnych chwil.

Zaprzyjaźniasz się z nim poprzez teksty? Planujecie z siostrami kolejne zbiory tekstów Wojciecha Młynarskiego.
Tak, chciałbym, abyśmy wydawali jego twórczość, dając jej drugie życie. Pytasz, czy się zaprzyjaźniam… Bardziej z twórcą niż z ojcem. Czytam jego teksty i… to jest taki literacki ojciec, który w życiu taki nie był. To, o czym pisał, było w opozycji do tego, jaki był na co dzień. Ale podziwiam różne jego cechy, np. przekorę, odwagę mówienia, co myśli, myślenia inaczej niż wszyscy, oczywiście pisarski talent i inteligencję.

Wybaczyłeś czy nie musiałeś?
Musiałem. To oczywiste, że robimy rachunek. Ale to trwa. Łapię się czasem, że mam żal. Ale żyje mi się już wygodniej. Ojciec ucieszył się, że ta książka jest, że ją razem przygotowaliśmy. Patrzę ze smutkiem, że teraz, kiedy jest chory, został właściwie sam. Kiedyś jego telefon się urywał, wielu artystów marzyło, aby być blisko, by dla nich pisał. On też funkcjonował dzięki artystom. Ale nie był dobrym wujkiem. Trzeba było sobie zasłużyć na jego przyjaźń. Od razu wiedział, czy z kimś mu po drodze. Przed chorobą był już daleko od aktualności. Chyba był na bakier z rzeczywistością już w latach 90. Jego świat się skurczył. Wiele ważnych osób odeszło.

Zrezygnował, jak wcześniej Adam Hanuszkiewicz, Marian Kociniak?
Tak, może to rezygnacja.

Powiedziałeś ojcu, co czujesz?
Zawsze unikał takich rozmów. Wolał o tym pisać. Jest taka piosenka „Chrońmy dzieci”: „Kim byś nie był – prawdzie tej wyjdź naprzeciw, siebie możesz kochać mniej, kochaj dzieci! […] Dobry tato, w szarych dni gęstej sieci nie pij, nie krzycz, nie bij ich, kochaj dzieci!”. Nas specjalnie nie chronił. Literatura a życie… Kiedy mam fajną próbę i odpowiednie warunki, zabieram swoją córkę, chcę, aby w tym pobyła ze mną.

Czego chcesz dla swoich dzieci?
Żeby były zdrowe, czuły się ze sobą dobrze, zawsze bezwarunkowo się kochały i  mogły na siebie liczyć. Żeby nie musiały wyważać otwartych drzwi. Aby miały poczucie bezpieczeństwa. To moje marzenia. Chciałbym, aby ojciec wrócił do formy. Jestem pewny, że gdyby wrócił, pisałby. To było treścią jego życia. Moglibyśmy coś zrobić razem, a gdyby nie chciał ze mną, poznałbym go z ciekawymi artystami mojego pokolenia. Byłaby przed nami niejedna ciekawa płyta. 

/ literatura   rozmowy  

   kwiecień'23 (8)  

Opuściłam menonicką wspólnotę. Ojciec nawet nie wyszedł z sypialni, żeby się ze mną pożegnać...

MIRIAM TOEWS / MICHAŁ NOGAṠ

Przestępstwa o podłożu seksualnym, szeroko pojęta przemoc domowa w tego typu zamkniętych, odizolowanych od świata, zacofanych, fundamentalistycznych, patriarchalnych wspólnotach mają miejsce od dawna. Kobiety są w nich więźniarkami. Rozmowa z Miriam Toews, autorką książki "Głosy kobiet"

Miriam Toewe

MIRIAM TOEWS - kanadyjska pisarka i dziennikarka. Wychowana w menonickiej rodzinie w Steinbach w Manitobie. Autorka ośmiu powieści, w tym wydanych w Polsce 'Głosy kobiet' oraz 'Wszystkie me daremne żale' / fot.: Wikidata / domena publiczna

W latach 2005-09 w menonickiej wspólnocie Manitoba w Boliwii ośmiu mężczyzn zgwałciło wiele kobiet i dziewcząt – bliżej lub dalej

z nimi spokrewnionych. Pod osłoną nocy włamywali się do ich sypialni i za pomocą środków stosowanych do znieczulania lub usypiania krów pozbawiali je przytomności. Ofiary budziły się rano pokrwawione i zdezorientowane. Wmawiano im, że padły ofiarą diabła, że to kara za grzechy.

Ta zaczerpnięta z życia historia posłużyła kanadyjskiej pisarce Miriam Toews do stworzenia powieści o sprzeciwie, drodze do buntu

i odrzucenia całkowitego podporządkowania patriarchatowi idącemu pod rękę z religią. Akcja „Głosów kobiet" rozgrywa się w kolonii menonitów – na strychu jednego z domów osiem kobiet, w przeważającej większości ofiary gwałtów, spotykają się, by radzić, co zrobić. Czy pod nieobecność mężczyzn, których pojmano i postawiono przed sądem w nieodległym mieście, odejść i porzucić dotychczasowe życie? Czy nie robić nic? A może zacząć walczyć i – jeśli to konieczne – nawet zabić swoich oprawców?

Ofiary z Manitoby stawiają pytania z ich punktu widzenia fundamentalne. Czy bez mężczyzn przetrwamy? Czy Bóg nie ukarze nas za grzech odejścia? Czy możemy podważać porządek, w którym przyszło nam żyć? Czy jesteśmy zdolne do samostanowienia? Czy podążą za nami wszystkie kobiety z kolonii? Czy możemy zabrać dzieci, które – w myśl prawa obowiązującego we wspólnocie – nie są jeszcze dorosłe?

Urodzona w roku 1964 Toews sama przez 18 lat należała do menonickiej wspólnoty w Steinbach w kanadyjskiej Manitobie. Opuściła ją, gdy zdecydowała się pójść na studia i sama decydować o własnym życiu. Zerwała więzy z najbliższymi, odeszła od wiary, by – jak sama mówi – odzyskać wolność. Mieszka w Toronto, jest jedną z najbardziej uznanych kanadyjskich pisarek. Prozę tworzą także jej mąż Erik Rutherford i jedna z dwóch córek, Georgia.

„Głosy kobiet" ukazały się w Polsce w przekładzie Kai Gucio w ubiegłym roku. Na podstawie powieści film, współprodukowany przez Frances McDormand (która wcieliła się w postać jednej ze starszych kobiet z Manitoby), nakręciła Sarah Polley. W marcu kanadyjska reżyserka odebrała Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany.

Michał Nogaś: W jaki sposób dowiedziałaś się o historii z Boliwii i o tym, co przydarzyło się kobietom z menonickiej wspólnoty?

Miriam Toews: Zaczęło się od poczty pantoflowej. W Ameryce Północnej funkcjonuje bardzo wiele wspólnot menonickich, od liberalnych po ultrakonserwatywne. O wydarzeniach, które później opisałam w powieści, usłyszałam najpierw od swojej matki mieszkającej wówczas jeszcze w miejscu, w którym dorastałam. Nasza kolonia miała bardzo bliskie relacje z tą boliwijską, noszącą zresztą nazwę Manitoba na cześć kanadyjskiej prowincji, w której się urodziłam. W obu tych wspólnotach mieszkają osoby spokrewnione ze sobą, moje kuzynki i moi kuzyni byli świadkami tego, co zdarzyło się w Boliwii. Wszyscy wywodzimy się od menonitów, którzy w XIX wieku przybyli na te ziemie z terenów dzisiejszej Ukrainy, z okolic Odessy.

Gdy słuchałam tego, co mówiła mi matka na temat wydarzeń w Ameryce Południowej, byłam przerażona, ale jednocześnie wcale mnie to nie zaskoczyło. Niedługo potem wiadomość przedostała się do mediów, wspominano o niej choćby w BBC, sprawa stała się publicznie znana. Postanowiłam, że gdy tylko skończę książkę, nad którą wówczas – po śmierci siostry – pracowałam, napiszę

o Manitobie.

Mennonici

fot.: domena publiczna

Mówisz: „Wcale mnie to nie zaskoczyło"...

Przestępstwa o podłożu seksualnym, szeroko pojęta przemoc domowa w tego typu zamkniętych, odizolowanych od świata, zacofanych, fundamentalistycznych, patriarchalnych wspólnotach mają miejsce od dawna. Kobiety są w nich więźniarkami. Nie mogą same opuszczać kolonii, stale musi im towarzyszyć męski członek rodziny. Mówią jedynie językiem konkretnej społeczności, w której wzrastały, nikt nie uczy ich języka urzędowego kraju, na którego terenie żyją! Odmawia się im często dostępu do edukacji oraz ochrony zdrowia, żyją w świecie sprzed ponad stu lat. Wtłacza im się do głowy, że uprzywilejowanie, władza i przywództwo mężczyzn to rzecz nadana przez Boga, jedyny możliwy porządek. Zgodnie

z jego założeniami mają być podległe mężom, synom, pastorom.

Przez wiele lat patrząc na to codziennie, nie mogłam być zdziwiona. Zaskoczyła mnie zmiana, to, że kobiety

z boliwijskiej Manitoby przełamały milczenie, dały znać, co je spotkało. Zaczęły rozmawiać ze sobą o tym, że stały

się ofiarami ataku, że czasem w jednej rodzinie wszystkie nagle budziły się całe we krwi. Porównały swoje doświadczenia i dotarło do nich, że były podtruwane, usypiane po to, by mężczyźni z ich kolonii mogli wykorzystywać je seksualnie.

Na początku zderzyły się ze ścianą. Starsi członkowie wspólnoty – mężczyźni, rzecz jasna – nie chcieli im wierzyć. Więcej, oskarżali je o to, że same sprowokowały swoje nieszczęście. W mediach pojawiały się stwierdzenia, że ich zdaniem były to „gwałty za grzechy", ich sprawcą miał być rzekomo szatan. Chodziło o to, by sprawę wyciszyć i przekonać wszystkich, że kobiety coś sobie ubzdurały.

W końcu jednak, dzięki samozaparciu ofiar, kilku mężczyzn ze wspólnoty Manitoba uwierzyło w ich opowieści. Podjęli działania mające doprowadzić do schwytania i ukarania sprawców. Wezwano policję, gwałciciele stanęli przed sądem. Cóż za ironia losu, to mężczyźni musieli zareagować i wynieść tę sprawę na zewnątrz, kobiety przecież – nie znając języka, nie mając pojęcia o tym, jak funkcjonuje świat poza ich wspólnotą – nie były w stanie nic zrobić.

Czy tego typu zdarzenia miały także miejsce we wspólnocie menonickiej, w której ty spędziłaś swoje dzieciństwo i czas dorastania?

Nie – albo było to umiejętnie wyciszane. Słyszeliśmy raczej o tym, że w innych koloniach dochodziło do gwałtów czy molestowania seksualnego dzieci. Była to wiedza dość powszechna, ale w zasadzie nic z nią nie robiono. Nietrudno to zrozumieć, gdy się wie, na jakiej zasadzie zorganizowane są tego typu wspólnoty.

Moja była bardzo konserwatywna i ortodoksyjnie wręcz religijna. Od boliwijskiej Manitoby dzieliło ją jednak położenie – nie dorastałam w środku dżungli, ale w niewielkim mieście, po którym można było poruszać się samochodami, nie zaś wozami konnymi. Kościół i zasady wiary były w mojej rodzinnej wspólnocie prawem najwyższym. Starsi mężczyźni decydowali o każdym aspekcie codzienności, rozdzielali też zadania – czego innego oczekiwano od mężczyzn, czego innego od kobiet. Nie musieliśmy ubierać się na konserwatywną, XIX-wieczną modłę, ale nieustannie zniechęcano nas do kontaktów ze światem zewnętrznym. Edukacja była czymś podejrzanym, młodzież zniechęcano do podejmowania studiów.

W świecie, który mnie otaczał, moi rodzice bardzo się wyróżniali, uchodzili za liberałów. Oboje mieli wyższe wykształcenie, ojciec był nauczycielem. Zachęcali też moją siostrę i mnie, co było już rzeczą nadzwyczajną, byśmy czytały, a w przyszłości odeszły ze wspólnoty. Powtarzali, że chcą, byśmy żyły według własnych przekonań. Ponieważ matka pochodziła z rodziny bardzo zasłużonej dla kolonii, miałyśmy z siostrą znacznie więcej wolności od innych dzieci, rodzice byli nas w stanie ochronić przed surowymi karami nakładanymi przez przywódców. W okresie dojrzewania, zresztą tak jak wiele innych młodych osób, buntowałam się – paliłam papierosy, piłam alkohol, czasem nawet wraz z przyjaciółmi organizowałam małe imprezy z dala od oczu dorosłych. Prowadziłam podwójne życie, w nocy imprezowaliśmy, następnego dnia rano siadaliśmy w pierwszych ławach naszego lokalnego kościoła

i udawaliśmy, że żarliwie się modlimy.

Do dziś moją najbliższą przyjaciółką jest osoba, z którą dorastałam w menonickiej wspólnocie. To zresztą moja kuzynka, bo

w niewielkiej społeczności wszyscy są ze sobą bliżej lub dalej spokrewnieni.

Jaką rolę w tamtym okresie twojego życia odgrywał Kościół? W „Głosach kobiet" pokazujesz, że w takich wspólnotach ostateczną wyrocznią jest pastor. Wiedział o gwałtach na kobietach z boliwijskiej Manitoby i nie zrobił praktycznie nic, by sprzeciwić się złu.

Kościół był wszystkim. O wszystkim decydował i na wszystko miał wpływ. Starsi mężczyźni rozsądzali o czyjejś winie lub niewinności, o wdrażaniu kar i ułaskawień, ekskomunice czy wygnaniu kogoś ze wspólnoty. Za każdym razem przekonywali, że Bóg właśnie tego chce. Musieli tak mówić, by utrzymać całą kolonię w ryzach, tłumić w zarodku wszelkie źródła oporu. Inaczej szybko utraciliby wpływy.

Ale, co ciekawe, zasady wytyczane przez starszyznę nie były czymś stałym. Ucisk przybierał różne formy. Wszystko zależało od tego, kto aktualnie sprawował władzę. Gdy pojawiał się nowy pastor lub z powodów naturalnych zmieniał się nieco skład starszyzny, okazywało się nagle, że Bóg zredefiniował swoje poglądy i wolę. W mojej wspólnocie przez jakiś czas dziewczęta z bardzo konserwatywnych rodzin chodziły do szkoły, ale gdy nastało nowe przywództwo, jednego dnia nagle zakończyły edukację. Wszystkie! I zakazano dzieciom wspólnych wycieczek na nartach biegowych, bo rzekomo obrażało to i drażniło Boga. Mogły przecież, przebywając w grupie, grzeszyć.

Bunt przeciwko Kościołowi był jednym z najważniejszych powodów, dla których wraz z siostrą zdecydowałyśmy się opuścić swoją menonicką wspólnotę. Lata później, po samobójczej śmierci ojca, zrobiła to także nasza matka. To ona pierwsza, w rozmowach prowadzonych w domowym zaciszu, wyjaśniała nam, na czym polega hipokryzja środowiska, w którym wzrastałyśmy. Kazała nam myśleć samodzielnie, to dzięki niej zrozumiałyśmy, że życie na własnych zasadach jest wartością najwyższą. Dojrzewałyśmy do wolności, aż w końcu, gdy poczułyśmy się wystarczająco silne, odeszłyśmy. Miałam 18 lat, gdy zaczęłam życie wśród ludzi, których nie znałam i z którymi nie łączyły mnie żadne więzy krwi.

Gdy odchodziłam z domu, ojciec nawet nie wyszedł ze swojej sypialni, by się ze mną pożegnać. Pragnął mojego szczęścia, ale jednocześnie był przekonany, że natychmiast stanie mi się coś złego. Matka natomiast nie kryła ekscytacji z powodu mojej decyzji, odwiozła mnie na dworzec i wsadziła do pociągu jadącego do Montrealu, najbardziej kosmopolitycznego i liberalnego miasta

w Kanadzie. Tam, wcześniej dokładnie przygotowawszy sobie plan na życie, znalazłam mieszkanie, zaczęłam uczyć się francuskiego, znalazłam pracę w restauracji.

Poczułaś ulgę?

Początkowo przeraźliwą samotność, dopiero z czasem pustkę zaczęły wypełniać nowo poznane osoby. Ale choć do dziś zdarza mi się tęsknić za ludźmi z mojej kolonii, nigdy tam nie wróciłam. Prawdziwie wolna poczułam się w momencie, w którym odebrałam list od naszego lokalnego Kościoła. Poinformowano mnie o wyrzuceniu z menonickiej wspólnoty. Pomyślałam: świetnie, zdali sobie sprawę

z tego, że nie zamierzam wrócić. Wtedy dotarło do mnie, że już nie ma odwrotu.

Drugi moment wyzwolenia przyszedł w czasie studiów dziennikarskich. Pisałam wtedy krótkie teksty, większość z nich poświęcałam kolonii, w której mieszkałam. Zorientowałam się, że patrzę już na nią oczami kogoś z zewnątrz, nazywam to, w czym tkwiłam, nie obawiając się potępienia. Poczułam, że wyzwoliłam się z pułapki, którą od pierwszych chwil zastawiło na mnie życie.

Czy opisana w „Głosach kobiet" boliwijska Manitoba choć trochę przypomina twoją rodzimą kolonię menonicką?

W bardzo wielu scenach. Zależało mi przede wszystkim na tym, by czytelnik był w stanie zrozumieć atmosferę panującą w tego typu społecznościach.

Podczas pracy zastanawiałam się na przykład, jak sportretować kobiety, które rozmawiają o tym, co je spotkało i jakie decyzje powinny podjąć. Chciałam pokazać proces zyskiwania przez nie świadomości, poszukiwania wyjścia z dramatycznej sytuacji. By były dla mnie realne, każdej z nich przypisałam cechy swoich bliskich

– matki, siostry, przyjaciółki, matki przyjaciółki, kobiet z dwóch rodzin, które doskonale znałam. Korzystałam

z doświadczeń czasu dzieciństwa, przypominałam sobie, jak wyglądały rozmowy w naszych domach, co działo się

w świecie wyłącznie żeńskim. i uświadomiłam sobie, że było w nich wszystko – solidarność, humor, kłótnie, lęk przed odrzuceniem

i marzenia o buncie. Spierając się czy śmiejąc, wszystko planowałyśmy i robiłyśmy razem. Chciałam, by tak samo postępowały bohaterki mojej powieści.

Z własnego życia wzięłam też sposób, w jaki postacie w książce demonstrują przywiązanie do wiary, jak się modlą czy śpiewają hymny.

Mennonici 3

fot.: domena publiczna

fot.: domena publiczna

Bardzo ważne było dla mnie pokazanie, że osiem rozmawiających kobiet nie zdradza i nie odrzuca swojej wiary, nie potępiają tego,

w co nakazano im wierzyć. Przeciwnie, właśnie z jej powodu toczą długą, logiczną, pełną emocji rozmowę. Chcą wiedzieć, czy mogą opuścić mężów i synów, czy ten gest nie sprawi, że po śmierci nie pójdą do nieba. Starsze boją się jakiejkolwiek zmiany, wiedzą, że zawali się cały ich świat. Młodsze czują ekscytację, chcą radykalnych decyzji, i to natychmiast.

Praca nad „Głosami kobiet" była dla mnie najbardziej intensywnym i nieprzewidywalnym doświadczeniem pisarskim. Gdy postawiłam ostatnią kropkę, miałam wrażenie, że – dosłownie! – eksploduje mi głowa, że dostanę ataku serca. Czułam fizyczny ból w klatce piersiowej, nie mogłam się wyprostować. Tyle było we mnie emocji, tak silne towarzyszyło mi napięcie podczas pisania kolejnych scen.

Dyskutującym w zamknięciu kobietom towarzyszy mężczyzna. To August Epp, syn wyklętych członków wspólnoty, który wszystko protokołuje. W jego obecności menonitki opowiadają o tym, co je spotkało, dzielą się wątpliwościami co do działań, które zamierzają podjąć. Dlaczego zdecydowałaś się wprowadzić do książki tę postać?

Zależało mi na stworzeniu postaci wzorowanej na moim ojcu. Był osobą bardzo zaangażowaną w życie naszej wspólnoty, udzielał się w różnych radach i ciałach doradczych, spędzał godziny na dyskusjach o każdym aspekcie życia kolonii. Chciał czuć się przydatny. Miał skłonności samobójcze, chorował psychicznie. Traktował swoją pracę na rzecz wspólnoty bardzo poważnie, ale większość nie traktowała go serio. A był tak wrażliwym, wspaniale dobierającym słowa człowiekiem. Uchodził za dziwaka, bo pozwalał swojej żonie i córkom myśleć samodzielnie. Był nietypowy, czasem słyszał, że jest zagrożeniem dla jedności kolonii. Taki jest też Epp, odszczepieniec, który spisuje każde zdanie wypowiedziane przez moje bohaterki, choć przecież musi zdawać sobie sprawę, że to praca zbędna – nikt przecież nigdy tych protokołów nie przeczyta.

Ale August jest także osobą, która stara się wytłumaczyć ośmiu kobietom, że czas działa na ich niekorzyść. Jeśli szybko nie podejmą decyzji, stracą szansę na zmianę, na uwolnienie się z opresji. Próbuje im uświadomić powagę sytuacji, a jednocześnie okazuje im wdzięczność. Przecież jedna z bohaterek uratowała mu życie, zaopiekowała się nim, zawróciła z drogi ku śmierci, gdy planował samobójstwo.

Wiem, że niektórych może irytować to, że kobiety tak długo rozmawiają, że nie są w stanie podjąć decyzji, ciągle zadają nowe pytania, a Epp zapisuje kolejne strony…

Z czasem staje się to dla czytelnika jasne. Muszą nie tylko znaleźć kompromis, ale także wzajemnie przekonać się do tego, że ich działanie ma głębszy sens.

I że będą w stanie przeżyć w świecie, którego nie znają. Przekonują się wzajemnie, że podołają drodze w nieznane. Wielogodzinnymi rozmowami dodają sobie odwagi, każda z nich musi zrozumieć, że wartością nadrzędną jest ocalenie życia własnego i dzieci. Bo przecież mogą też zostać i nie zrobić nic, dalej tkwić w roli ofiar. Albo mogą zabić mężczyzn, choć przecież to największy z grzechów.

Sama biłam się z myślami, jaką powinny podjąć decyzję. Nie od początku byłam pewna, że w ich sytuacji postawiłabym wszystko na jedną kartę i rozmawiała tak długo, aż w końcu przekonała większość do odejścia z kolonii.

Wyrzucono cię z Kościoła. Pozostałaś osobą wierzącą?

Nie. Ale nie oznacza to, że nie rozumiem, iż wiara jest wielu ludziom niezbędna do życia. Wolałabym jednak, by na wybór wyznania

i chrzest decydowały się osoby dorosłe, w pełni świadome zasad, których mają przestrzegać. Sprzeciwiam się też temu, by religią nazywać pranie mózgów, uzurpację, kłamstwo, promowanie brutalności. Widziałam to na własne oczy, widziałam, jak wiele osób zapadało z tego powodu na choroby psychiczne.

Trzeba być ślepcem, by nie dostrzegać, jak istotną rolę odgrywa religia w powstawaniu systemów autorytarnych i że odbywa się to przy jawnym wsparciu duchowieństwa. Wystarczy przyjrzeć się temu, co religijny fundamentalizm zrobił z prawami kobiet w Stanach Zjednoczonych czy w Polsce. Myślę o tym z przerażeniem – jako matka i babka, która opuściła opresyjną wspólnotę religijną po to, by już nigdy nikt nie decydował o tym, co mam myśleć i robić z własnym ciałem.

Śledząc wydarzenia ostatnich lat po obu stronach Atlantyku, mam wrażenie, że „Głosy kobiet" to w rzeczywistości political fiction. Moja powieść, czego naturalnie nie zakładałam, nagle zaczęła korespondować z „Opowieścią podręcznej" Margaret Atwood. Opowieść z przeszłości, historia gwałtów w małej boliwijskiej osadzie nagle stała się czymś prawdopodobnym, jedną z możliwych wizji przyszłości. Fikcja obróciła się w rzeczywistość! Dziś nie umiem już powiedzieć z pełnym przekonaniem, że historia z „Głosów kobiet" nigdy się nie powtórzy. Ludzie pokroju Trumpa, Orbána czy przedstawiciele polskiego rządu boją się świata, w którym kobiety czy przedstawiciele różnych mniejszości mogliby sami decydować o własnym losie. Chcą powrotu starego porządku, a zatem

i uprzedmiotowienia kobiet. A tak się składa, że jest to również na rękę przywódcom wspólnot religijnych, które wcale nie chcą się wyzwolić z toksycznego, przemocowego patriarchatu.

Jak na twoją powieść i postawę zareagowały społeczności menonickie na świecie?

Różnie. Część okrzyknęła mnie zdrajczynią. Obrażano mnie, podważano moją wiedzę na temat życia wspólnoty oraz osobiste doświadczenia. Wielokrotnie słyszałam, że się wywyższam i uważam za lepszą. Ktoś kiedyś spytał mnie w liście, jakie prawo ma kobieta, by publicznie prać brudy menonitów. Niektórzy kazali mi się zamknąć, niektórzy życzyli mi śmierci. Bardzo chrześcijańska postawa, prawda?

Byli jednak i tacy menonici, nawet silnie konserwatywni, którzy okazali mi wdzięczność. Doceniają powieść, bo sami dostrzegają konieczność zmian organizacji społeczności, którym przewodzą. Zauważyli, że muszą się one stać bardziej tolerancyjne i inkluzywne.

Myślisz, że pomogłaś komuś swoją książką?

Gdy miałam spotkania autorskie w okolicy, z której się wywodzę, i w sąsiednich prowincjach, w których także funkcjonują menonickie wspólnoty, pojawiało się na nich wiele mieszkających w nich kobiet. Mężowie przywozili je na miejsce, ale zostawali w samochodach, czekali przed księgarniami. Po rozmowie podchodziły do mnie, mocno przytulały i mówiły: „Dziękuję". Albo: „Moja siostra mieszka teraz w kolonii, w której dzieją się podobne rzeczy". Albo: „Uciekłam z całą rodziną z takiego piekła". W takich momentach czułam satysfakcję, wiedziałam, że „Głosy kobiet" odegrały istotną rolę.

W tym prostym i często powtarzanym „dziękuję" było wszystko.

podróże 

   kwiecień'23 (8)  

DOMINIKA

Tekst i zdjęcia:

STANISŁAW BŁASZCZYNA

dominica-widok-na-scotts-head-z-polwyspu-cachacrou-fot_-stanislaw-blaszczyna.avif

zielony skarb Karaibów

Dominika – widok na Scotts Head z półwyspu Cachacrou: po lewej Morze Karaibskie, po prawej Atlantyk

       Niekiedy jakaś chwila przesądza o tym, że udajemy się w podróż do miejsca, które było gdzieś na dalszym miejscu na liście destynacji, do jakich chcielibyśmy się wybrać. Dla mnie była to rozmowa z barmanem na jednej z Wysp Dziewiczych (głowy bym nie dał, ale było to chyba na Virgin Gorda), który z wszystkich karaibskich wysp właśnie Dominikę (i St. Lucię) polecił jako kierunek naszej następnej podróży. Powiedział, że jeżeli oczekujemy plaży z białym piaskiem, turkusowych wód i luksusowych resortów

all-inclusive, to nie mamy tam czego szukać, ale jeżeli chcemy zobaczyć jak wyglądały Karaiby zanim zamieniono je w jedną wielką kolonialną plantację pełną niewolników, to właśnie Dominika i St. Lucia są takimi wyspami, gdzie w miarę dobrze zachowało się ich naturalne piękno. To, że te wyspy oszczędzono (jeśli są tam plantacje, to na stosunkowo niewielkich obszarach) nie zawdzięczamy bynajmniej chęci ochrony przyrody (do niedawna w ogóle nie znano takiego pojęcia), ale ich górzystemu ukształtowaniu i gęstemu zalesieniu – do dzisiaj większość Dominiki porasta tropikalna dżungla nie do przebycia. Są jednak szlaki, które – mimo owej „dzikości” – pozwalają dostać się do najciekawszych zakątków wyspy, wśród których prym wiodą szczyty gór, gorące źródła i wodospady.
Kiedy więc mogliśmy sobie na to pozwolić, zapakowaliśmy się na samolot – i po kilku przesiadkach (na Dominikę wcale nie jest tak tałatwo się dostać) wylądowaliśmy na lotnisku Melville, znajdującym się po wschodniej stronie wyspy. Czego absolutnie nie pożałowaliśmy, bo pobyt na Dominice okazał się jedną z najfajniejszych przygód naszego życia, co przyznała nawet moja żona, mimo, że uwielbia słońce, spacery po plaży oraz kąpiel w ciepłych i spokojnych morzach z krystalicznie czystą, lazurową wodą.

       To, co oferuje nam Dominika, domaga się wręcz naszej aktywności – tym bardziej, że zadziwia różnorodność znajdujących się tu atrakcji. Wspomnę tylko o niektórych z mojej własnej perspektywy – nie rozpisując się zbytnio, bo materiałów w Internecie jest aż nadto i każdy zainteresowany może znaleźć coś dla siebie.

targowa-uliczka-w-roseau-fot_-stanislaw-blaszczyna (1).avif

Na targowej uliczce w Roseau

Room with a view, czyli radość o poranku – pierwszym na Dominice

      - Swoistej wizytówce Dominiki – jaką jest szlak do Boiling Lake – poświęcam osobne miejsce poniżej, natomiast tutaj zacznę od Wodospadów Trafalgar – najbardziej imponujących jakie posiada wyspa. Łatwo dostępnych, w pięknym otoczeniu skalnych klifów

i deszczowego lasu. Ci bardziej ostrożni – i leniwi – mogą je podziwiać z platformy widokowej; ci z żyłką ryzykanta i bardziej odważni mogą się starać do nich podejść, co nie jest takie łatwe, bo u ich podstawy znajduje się ogromne rumowisko mniejszych lub większych głazów. Ale nagroda jest nie byle jaka: doświadczenie potęgi wodospadów z bliska, kąpiel w naturalnych małych basenach, no i sama wspinaczka po głazach, których pokonanie dostarczyć może sporej satysfakcji, zwłaszcza tym, którzy w całym tym procederze się nie potłuką.

      - Od nikogo nie wymaga się tego, by pokonać „za jednym zamachem” liczącego 200 km szlaku Waitukubuli National Trail, który prowadzi od południowego cypla Dominiki (jakim jest półwysep Cachacrou) przez całą długość wyspy, aż po jej północne krańce   

z końcówką w Parku Narodowym Cabrits. Można natomiast „powalczyć” – z dżunglą, górami i rzekami – na którymś z 14 segmentów, na jakie cały szlak podzielono.

      - Obrzeża Dominiki (zwłaszcza południowo-zachodnie w rejonie zwanym Soufriere Scotts Head Marine Reserve) są rajem dla płetwonurków. Wprawdzie nam udało się tylko oglądać słynną rafę koralową Champagne Reef (tak, tak widzieliśmy „szampańskie” bąbelki wydostające się z podwodnych fumaroli) przy pomocy snorkella, ale jeszcze większych zachwytów dostarczył nam widok mieszkającej wśród koralowców fauny morskiej – z kolorowymi jak tęcza rybami, żółwiami, krabami, homarami tudzież z innymi osobliwie wyglądającymi stworami.

      - Tym, którzy się jeszcze t moja wyliczanką nie znużyli, poleciłbym również: wyprawę na obserwację delfinów i kaszalotów

(w pobliżu Dominiki znajduje się jedno z największych ich zgromadzeń na świecie); kąpiel w Szmaragdowym Stawie i gorących źródłach; przejażdżkę łodzią po Rzece Indiańskiej (kłaniają się „Piraci z Karaibów” wraz z lasami mangrowymi i przeróżnym ptactwem); tzw. canyoning – pokonywanie za pomocą specjalnego sprzętu wąskich kanionów i strumieni, które je wyżłobiły; odwiedziny wodospadów Wiktorii oraz Wąwozu Titou; czy wreszcie eksplorację północnego wybrzeża wyspy, gdzie znajdują się jednak ciekawe plaże: Woodford Hill, Turtle Beach, okolice Pointe Baptiste, Batibou i Hampstead.

      - Wprawdzie licząca 20 tysięcy mieszkańców stolica kraju Roseau nie zachwyca, ale oczywiście należy ją odwiedzić, by przejść się jej uliczkami, zrobić zakupy na tamtejszym targu, wejść w bliższą relację z tubylcami… Trzeba jednak uważać na to, by te odwiedziny nie zbiegły się w czasie z zalewaniem miasta przez tłumy wydostające się z cumujących w porcie kolosalnych statków wycieczkowych.

       Dodam tylko, że serce mi się kroiło, kiedy oglądałem film ukazujący wielkie zniszczenia, jakich na wyspie dokonał cyklon Maria

w 2017 roku. Nam udało się odwiedzić Dominikę wcześniej. W ciągu pięciu lat po katastrofie, dzięki pomocy zagranicznej

i wytrwałości samych mieszkańców, Dominikę odbudowano stosując strategię odporności na huragany – z lepszą infrastrukturą

i zabudowaniami, bardziej przygotowaną na przyszłość. Zaś Natura odnawia się sama i to również w szybkim tempie.

BOILING LAKE TRAIL

       Nie wyobrażam sobie pobytu na Dominice bez całodniowej wyprawy szlakiem Boiling Lake Trail w Parku Narodowym Morne Trois Pitons, notabene wpisanego na listę światowego dziedzictwa Unesco. Czegoś tak unikalnego gdziekolwiek indziej na Karaibach nie uświadczysz. Do dzisiaj wspominam ten dzień jako jedną z największych przygód mojego podróżniczego życia. Boiling Lake Trail to doskonałe połączenie dwóch różnych doświadczeń: pieszej wędrówki przez dżunglę wśród bujnej zieleni deszczowego lasu, z jakiego słynie Dominika oraz bliskiego spotkania z intensywną aktywnością wulkaniczną, przypominającą genezę powstania wyspy (bedącej najmłodszą, bo licząca zaledwie 25 milionów lat wyspą spośród wszystkich karaibskiego archipelagu). Valley of Desolation (Dolina Spustoszenia) oraz samo Boiling Lake (Gotujące się Jezioro, będące drugim co do wielkości gorącym źródłem na świecie), są

w rzeczywistości wulkaniczną kalderą wypełnioną fumarolami, błotnymi bulgotkami, gorącymi źródłami i strumieniami – tym wszystkim co przypomina, że stąd już blisko do piekła ognistej lawy znajdującej się w głębi ziemi, po której tam stąpamy. Krajobraz jest niesamowity: nie wiadomo – bardziej straszny czy piękny, z tym swoim żółto-brązowym, szaro-popielatym,

rdzawo-pomarańczowym rumowiskiem kamieni, skalnych odłamków, piasku, błota i żwiru – owiany tajemniczo oparami wydostającymi się z podziemnych czeluści.
Nasz przewodnik Kevin (przy okazji wspomnę, że sam parając się przez/co jakiś czas przewodnictwem, chętnie korzystam z pomocy lokalnych tour-guides, bo są oni zwykle kopalnią wiedzy i to nie tej sztampowej spod znaku przewodników papierowych) dostarczał nam po drodze coraz to nowych atrakcji (a to wymazał nas z żoną odmładzającym ponoć błotkiem, to znowu kazał bujać się na lianach w dżungli, by na koniec wykąpać nas w naturalnym stawku z orzeźwiającą wodą). No i oczywiście objaśniał nam to i owo na szlaku, zwracając uwagę również na to, na co pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi, gdybyśmy byli sami.
Mam nadzieję, że załączone tutaj zdjęcia, zrobione przeze mnie tego dnia, w jakimś stopniu oddadzą jego atmosferę oraz niezwykłą aparycję tego zakątka wyspy. Jak również frajdę ze wspólnego towarzystwa całej naszej trójki.

Na targu w Roseau

Dzieci z wioski Karibów

LUDZIE DOMINIKI

       Ze względu na geopolityczne położenie wyspy i jej burzliwą historię, 75 tysięcy mieszkańców Dominiki tworzy unikalną grupę ludzi, zdominowaną jednak rasowo przez potomków afrykańskich niewolników. Aż 90 % mieszkańców wyspy ma swoje korzenie

w Afryce, 7% to mieszańcy (głównie mulaci), a tylko 2% stanowią biali, Syryjczycy, Libańczycy, Chińczycy i Portugalczycy. Wprawdzie językiem urzędowym jest angielski, to jednak większy wpływ na tożsamość Dominikańczyków miała kultura kreolska oparta na dziedzictwie kolonizatorów francuskich i potomków czarnych niewolników, z domieszką wpływów karibskich. I stało się tak mimo tego, że Dominika jest członkiem brytyjskiej Wspólnoty Narodów (w ramach której uzyskała niepodległość w 1978 roku).
Wprawdzie wszyscy mieszkańcy Dominiki mają mocne poczucie lokalnego patriotyzmu, to jednak istnieją w ich społeczeństwie podziały, ale bardziej po linii przynależności klasowej (bogaci vs. biedni), profesjonalnej, edukacyjnej, językowej, czy miejsca zamieszkania (miasto vs. wieś), niż etnicznej (chić pewne wywodzące się stąd rasowe stereotypy istnieją).
Jeśli chodzi o nas, to podczas pobytu na wyspie – i we wszystkich naszych kontaktach z jej mieszkańcami – doznaliśmy jedynie gościnności.

       Dominika jest jedyną karaibską wyspą, na której przetrwali potomkowie Karibów, rdzennego ludu Ameryki zamieszkującego karaibskie Małe Antyle w epoce pre-kolumbijskiej (należy tu podkreślić, że dzielnie opierali się francuskim i brytyjskim kolonizatorom, w czym pomagała im topografia wyspy i niedostępność jej interioru). Wprawdzie wydzielone na Dominice, liczące półtora tysiąca hektarów nazywa się Terytorium Indian Karibów, to poprawną nazwą tej grupy etnicznej jest Kalinago. Żyje tu około

2 tysięcy tych ludzi, ale tylko niewielka część uważa się za czystej krwi Kalinago. Prawdę mówiąc niewiele przetrwało z ich kultury

– jakieś szczątki języka (Kalinago nazywali wyspę “Waitukubuli”, co znaczyło „wysoka jest jej postać„), pewne elementy dekoracyjne, sztuka wyplatania koszy z bambusowych włókien, jak również umiejętność budowy kanoe.

       Odwiedziliśmy Terytorium Karibów w naszej podróży z południowej części wyspy na północną, wzdłuż wschodniego wybrzeża

z Atlantykiem. Zatrzymywaliśmy się we wioskach Kalinago. W jednej z nich podszedł do nas młody człowiek i zaoferował swoją pomoc w dotarciu do mitycznego dla tutejszej rdzennej ludności miejsca zwanego L’Escalier Tête Chien (co w języku kreolskim oznacza Schody Wielkiego Węża). Rzeczywiście, spływająca do oceanu lawa uformowała coś w rodzajów schodów. To właśnie tutaj, zgodnie z legendą Kalinago, Wielki Wąż wynurzył się z wody i wydostał na ląd. Ma on powrócić w otchłań oceanu, kiedy naród Karibów zniknie z powierzchni ziemi. Moment ten będzie końcem świata.
Zapewniono nas jednak, że to jeszcze nie teraz, więc uspokojeni skierowaliśmy się w naszą dalszą drogę.

https://wizjalokalna.wordpress.com/

w oparach satyry

   kwiecień'23 (8)  

ANEGDOTY SPISANE, NIE TYLKO TEATRALNE...

Maria Czubaszek

Maria Czubaszek: Wierzysz bardziej w solidarność męską czy kobiecą?

Jerzy Bończak: Chyba męską. Jest taka anegdotka. Żona zdradza męża i dzwoni do przyjaciółki, żeby w razie czego potwierdziła, że spała u niej. Mąż rzeczywiście dzwoni. Przyjaciółka mówi, że ponieważ lubi ich oboje, musi mu powiedzieć, że żona go zdradza. I sytuacja odwrotna. Facet wraca rano i mówi, że spędził noc u przyjaciela. Na brydżu. Żona dzwoni i pyta, czy jej mąż był u niego. "Jak to był?!" - dziwi się przyjaciel. "On ciągle u mnie jest!"

Szymon Majewski

Mieszkałem kiedyś na ulicy Wóycickiego przez "y". Zadzwoniła do mnie jedna pani, która miała kogoś wysłać do mnie. Pyta się mnie gdzie mieszkam, więc jej mówię, że na Wóycickiego, ale niech pani uważa, bo tam jest "y".

A ta pani się mnie pyta.

- A w której literze?

Leonard Pietraszak

(...) Kiedyś na spacerach z psem regularnie spotykałem pewnego pana, który w stanie, no powiedzmy, mocno wskazującym na spożycie, pozdrawiał mnie zawsze głośnym: ''Dzień dobry, panie Machulski!''. Zwykle nie wyprowadzałem go z błędu, tylko grzecznie odpowiadałem na pozdrowienia. Ale kiedyś miałem zły dzień, nie wytrzymałem i ryknąłem: ''A odczep się, pan, ode mnie wreszcie z tym Machulskim!''. Na co tamten ze stoickim spokojem odparł: ''O, przepraszam! Widzę, pan Machulski dziś w sztresie''.

Zofia Czerwińska

Za najprzystojniejszego aktora w swoim czasie uchodził Andrzej Łapicki. Kochała się w nim platonicznie połowa Polski. Bywało, że i on nie pozostawał obojętny na kobiece wdzięki. Mała tego świadomość ZOFIA CZERWIŃSKA, która pewnego dnia zadzwoniła do domu aktora. Odebrała żona, więc Zofia uprzejmie prosiła "pana Andrzeja". Gdy on przejął słuchawkę, aktorka pełnym erotyzmu głosem powiedziała: "Panie Andrzeju, tu Zosia Czerwińska, zostawił pan w klubie aktora "Express wieczorny". Jest do odebrania u mnie wieczorem".

Jerzy Waldorff

Jerzy Waldorff opisuje jeden ze skeczy wykonywanych

w legendarnym kabarecie Siedem Kotów: "Na scenie

w salonie zdenerwowany hrabia z przyjacielem, u drzwi lokaj w liberii. Hrabia: Za chwilę moja żona ma rodzić,

a przepowiednia mówi, że jeżeli będzie chłopiec, ojciec umrze. Pielęgniarka (wchodząc): Hrabina powiła dziecko płci męskiej. Lokaj pada martwy".

***

Jerzy Walforff wspomina współpracowników z ,,Przekroju’’

i wspólne biesiady w krakowskich lokalach gastronomicznych.

(…) W Gospodzie pod Snopem (ul. Sławkowska 26) było menu wypisywane na kolorowych kartonikach. Myśmy tam często jadali i pewnego dnia wpadło nam do głowy, żeby wziąć taki kartonik ze sobą i podrobić menu, przynieść

i podrzucić na jakiś stolik obok. Trzeba przyznać, że nasze nowe menu było dość specyficzne. Jako przekąska proponowane były na przykład jąderka po góralsku na grzankach, a w daniu firmowym pod tytułem gicz cielęca

w sosie własnym, literkę g zastąpiliśmy literką p. W tym duchu została spreparowana cała karta od góry do dołu. Podrzuciliśmy tę kartą na stolik obok, gdzie po chwili przysiadła się szalenie elegancka para. Młody człowiek podał kartę wytwornej damie: ,,- Proszę, wybierz kochanie’’.

A myśmy to wszystko obserwowali z boku. Ona się zaczerwieniła, ale była dość sprytna, bo powiedziała:

,,-Wiesz co, może jednak ty coś wybierzesz’’. I oddała mu fałszywkę. On rzucił okiem i wściekły poleciał do barku,

a przy barze stał młody właściciel, który od razu spojrzał na nas. I myśmy wtedy ryknęli śmiechem. No i to wszystko oczywiście skończyło się jakimś wielkim pijaństwem. Często bywaliśmy też w Cyganerii naprzeciwko Teatru Słowackiego. Konsumpcja połączona była z występami artystyczni tancerzy Leona Wójcikowskiego i Steni Stanisławskiej. Pewnego wieczora wypadły imieniny Stefanii, więc z towarzystwem zamówiliśmy róże. Ustaliliśmy, że z wysokości loży obrzucimy tancerkę kwiatami, kiedy skończy program. Niestety kompletnie pijany Antoni Uniechowski, rzucając różę, przewrócił stolik, na którym stały kieliszki czerwonego wina. Wszystko spadło na stolik poniżej, przy którym siedział para ubrana na biało. Natomiast w Gospodzie Aktorów przy Plantach – nieoficjalnej kawiarni Związku Artystów Scen Polskich, Janina Ipohorska namówiła Antka Uniechowskiego, żeby sprawił sobie zęby, bo on nie miał ani ani jednego własnego. Po czasie on sobie je sprawił, ale nie mógł się do nich przyzwyczaić i nosił je w tylnej kieszeni spodni. I zapomniał o nich. Pewnego razu mówi do mnie: ,,- Jerzy, zapraszam cię do baru’’. Poszliśmy. On wskoczył na wysoki stołek przy barze i z wielkim wrzaskiem zeskoczył na ziemię. Bo się okazało, że sam siebie ugryzł w pupę.

Helena Modrzejewska

... została zaproszona na uroczysty obiad w rezydencji pewnego teksańskiego milionera. Pani domu chcąc zaimponować słynnej heroinie sceny, podjęła temat biżuterii:

- Ja myję brylanty w wodzie, szmaragdy w koniaku, zaś szafiry w mleku. A pani, jak postępuje?

- Ja – odparła Modrzejewska – wyrzucam klejnoty kiedy się zabrudzą.

Marek Haliński

Scenograf Andrzej Haliński wspomina dekoratora wnętrz MARKA IWASZKIEWICZA: (…) Marek miał ksywę Dziadek i był prawdziwym enfant terrible polskiego filmu. Pamiętam spięcie z reżyserem serialu ,,Lalka’’ Ryszardem Berem:

- Marek! Co ty pleciesz! Tam nie ma żadnego hrabiego! Nie pamiętasz dokładnie scenariusza!

- Nie pamiętam dokładnie? Ja w ogóle go nie czytałem

i w dodatku nigdy nie przeczytam! W szkole nikt mnie nie zmusił do czytania ,,Lalki’’ to i ty mnie nie zmusisz! To takie strasznie nudziarstwo!

- Ale przecież musisz wiedzieć…

- Ale po co? Andrzej mi powie, do jakiej klasy społecznej to mieszkanie należy i ile ma pokoi, a ja to urządzę. Błagam cię, Ryszard, nie namawiaj mnie żebym to czytał!

Dziadek potrafił rozbroić podobnymi tekstami niejednego reżysera. Znanym aktorom potrafił ze złośliwym chichotem oświadczyć, że stara kanapa interesuje go bardziej, niż ich gra.

Razu pewnego wszedł znienacka do dekoracji mieszkania państwa Łęckich. Zdjęcia już się rozpoczęły i reżyser ustawiał właśnie Emila Karewicza w salonie na tle kominka. Dziadek przyglądał się przez chwilę tym próbom i kiedy już scena była przygotowana, jak nie ryknie:

- No i gdzie pan stoi, gamoniu!

Emil Karewicz aż podskoczył z wrażenia. Spojrzał zdezorientowany na reżysera, który dopiero co go w tym miejscu ustawił. Marek podszedł do niego. Kategorycznym gestem pociągnął za rękaw i przesunął o metr dalej. Speszony aktor, nie mając zielonego pojęcia, kim jest ten siwiejący pan z przekrzywioną muszką, wybąkał:

- Bardzo pana przepraszam, ale tu właśnie mnie ustawiono.

- Tutaj? Na tle kominka? Czy pan jest ślepy i nie widzi, że zasłania przepiękny zegar i kandelabry, po które jeździłem aż do muzeum w Kozłówce?!

Biedny obrońca antyków został w końcu, nie bez użycia siły, usunięty z hali. Jeszcze od drzwi dobiegały jego krzyki:

- Aktorów jest na pęczki, ale taki zegar tylko jeden w całej Polsce, wy dyletanci!

Następnego dnia podobnie niepostrzeżenie zakradł się

w dekoracje. Próbowano właśnie scenę z Małgorzatą Braunek i Zofią Mrozowską. Wizyta ciotuni u ukochanej kuzynki, Izabeli Łęckiej, miała miejsce w jej saloniku. Dziadek przyglądał się przez moment ceremoniałowi picia kawy przez obydwie damy. Twarz coraz bardziej wykrzywiał mu pogardliwy grymas, aż w końcu nie wytrzymał i skoczył

w kierunku Braunek.

- No i co tak siedzisz w tym fotelu? Zgarbiona jak paragraf! Dama się trzyma prosto, o tak, jak pani Zofia!

- Ależ ja…

- Co ja? Co ja? To nie bar mleczy, tylko arystokratyczny salon. I filiżanka do ust, a nie dziób do filiżanki.

Nie zdążył zmaltretować skonfundowanej aktorki, albowiem ponownie został wyproszony z hali.

Hanka Bielicka

Nie jest tajemnicą, że szybkość z jaką wyrzucała z siebie słowa Hanka Bielicka, mogła konkurować z karabinem maszynowym. Impresario Jan Wojewódka, podczas jej występów za oceanem, poprosił kiedyś panią Hankę:

- Hanucho, błagam cię, mów wolniej, bo w swoim monologu jesteś już przy piątym dowcipie, a publiczność śmieje się dopiero z pierwszego.

Andrzej Łapicki

Po powrocie do domu z kliniki, gdzie żona urodziła przed godziną dziecko, Andrzej Łapicki poprosił gosposię

o kieliszek czegoś mocniejszego. Po wypiciu kilku, rozmarzony młody ojciec rzekł:

- Pani Marysiu, tak to jest w tym życiu... Urodzi się takie maleństwo, córcia moja jedyna, a potem przyjdzie jakiś obcy człowiek i weźmie ją jak swoją...

- Może pan nie doczeka - pocieszyła go gosposia.

Nina Andrycz

Dama polskiej sceny Nina Andrycz nagrywała w 1959 roku spektakl dla teatru telewizji, w którym kreowała tytułową bohaterkę Panią Bovary (reżyserował Jerzy Gruza). Rola ta wymagała kilku zmian kostiumów (teatr wtedy był emitowany ,,na żywo’’). Nie chcąc tracić czasu na wędrówki do odległej garderoby, aktorka wygospodarowała sobie

w kącie studia miejsce na przebieranie. Po kolejnej zmianie sukni, spadła niespodziewanie prowizoryczna zasłonka służąca za parawan i pani Nina ukazała się w stroju Ewy. Przerażona garderobiana zdążyła krzyknąć do stojącego obok dyżurnego strażaka:

- Proszę się natychmiast odwrócić, pani Andrycz jest naga!

- Mowy nie ma – odpowiedział z kamienną miną strażak – jestem tu służbowo!

Artur Barciś

Artur Barciś: Pamiętam spotkanie z Ireną Kwiatkowską. Miałem zaszczyt z nią grać w spektaklu ,,Z rączki do rączki’’. Byłem zachwycony, że mogłem ją wieźć moim samochodem do Łodzi, bo podczas tej podróży opowiedziała mi prawie całe życie. Kiedy mijaliśmy Pruszków, powiedziała:

,,O, tutaj się znaleźliśmy, kiedy Niemcy wygonili nas

z Warszawy, a tutaj w tych kartoflach, ukryłam się, gdy uciekałam z konwoju… Pewien chłop mnie zobaczył, a ja się bałam, że on mnie wyda, więc kopnęłam go w jaja

i uciekłam’’.

Maria Czubaszek

Kobiety, jakie my jesteśmy zajebiste. Kobieta z niczego jest w stanie zrobić obiad i awanturę. Faceci to szczęciarze, że nas mają. Idzie facet szukać czapki, mówisz mu gdzie jest, wraca i mówi, że nie ma. Idziesz z nim i kurwa jest. Magia.

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page