top of page
Maryla 17
Maryla 13

miesięcznik społeczno-kulturalny
październik 2023 / 10 (14)

Grass Close Up
Od redakcji

Od redakcji

Marta Ptaszyńska mówi, że jest już zmęczona obchodami swoich osiemdziesiątych urodzin. Jubileusz - lipcowy,

a koncerty z tejże okazji rozpoczęły się już w marcu tego roku w Polsce…

Zmęczenie Pani Profesor nie jest wynikiem dojrzałości życiowej, a skromności, która przede wszystkim przekłada się na nuty… Bo życiowo nadal jest młodą panną o kolorowej, rozedrganej dźwiękami duszy.

Jeszcze w tym roku w Stanach Zjednoczonych usłyszymy prawykonania Jej dwóch koncertów. A w głowie kolejne… Skąd ta siła? Twierdzi, że z niej samej… Zawsze wiedziała, czego oczekiwać od sytuacji, okoliczności, siebie i innych… Są tego efekty… Przykłady do wzięcia…

 

Jest tyle działań, co do których mamy pewność, że ich podjęcie poprawiłoby nasz komfort życia, a czasem w ogóle uratowałoby je, ale ich nie podejmujemy. Albo odwrotnie, wiemy doskonale, co nam szkodzi, a jednak brniemy w to dalej. Dotyczy to zarówno spraw małych, jak i globalnych, zasadniczych i poważnych uzależnień. Marudzimy, że życie jest ciężkie, a tak naprawdę nie stosujemy podstawowych narzędzi, które by je poprawiło, mimo iż mamy je na wyciągnięcie ręki. Problem więc nie polega na tym, że nie wiemy, jak żyć, ale na tym, że nie przekładamy tej wiedzy na działania. Toteż, mimo tak zwanego braku czasu i skłonności do autosabotażu, będę dalej wydawać online miesięcznik o nas dla nas.

Pierwsze pomysły po przerwie już zrealizowane – nowy tytuł, nieco zmieniona szata graficzna, tematyka. Skróty, rozszerzenia, dodatki… to odnowiona formuła periodyku o nowej domenie www.pakamerapolonia.com. Jednak poprzednie numery miesięcznika i ich zawartość nadal są dostępne pod adresem www.pakamerachicago.com. I tak na razie pozostanie do czasu przygotowania projektów (początkowa realizacja) miesięczników do samodzielnego wydrukowania.

 

Na prośbę Czytelników powstał kącik poetycki… 

Zaczynamy więc odnowioną wspólną przygodę – moją jako wydawcy-wolontariusza i wolontariuszowych redaktorów oraz Państwa jako Czytelników, chętnych do obserwowania nie tylko polonijnych wydarzeń ze świata.

Anna Czerwińska 

prawie jednym zdaniem...

Październik 2023

W nocy, z 2 na 3 października 1944 roku pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki, pseudonim "Jarecki" i podpułkownik Zygmunt Dobrowolski,  pseudonim "Zyndram" z upoważnienia komendanta głównego AK generała Tadeusza Komorowskiego "Bora" podpisali w Ożarowie, w kwaterze dowodzącego pacyfikacją powstania warszawskiego SS-Obergruppenführera Ericha von dem Bacha-Zelewskiego "Układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie". Żołnierze AK mieli w nim zapewnione pełne prawa jeńców gwarantowane przez konwencję genewską. Ludność cywilna miała bez przeszkód opuścić miasto, a Niemcy zobowiązali się dopilnować, by odbyło się to "bez zbędnych cierpień".

W rzeczywistości złamali to postanowienie, wysyłając około 100 tysięcy warszawiaków do obozów koncentracyjnych i na roboty. W ciągu 63 dni walk zginęło 15-18 tysięcy powstańców i 120-150 tysięcy cywilów.

 

3 października 1965 roku odbyła się premiera „Repulsion", czyli „Wstrętu", pierwszego (nie licząc krótkometrażowej noweli, która stała się częścią obrazu „Najpiękniejszych oszustw świata") filmu Romana Polańskiego zrealizowanego na Zachodzie. Twórca „Noża w wodzie" pokazał w nakręconym

w Londynie czarno-białym „Wstręcie" studium obłędu młodej kobiety zagranej przez dwudziestoparoletnią wówczas Catherine Deneuve. Za „Wstręt" Polański dostał Srebrnego Niedźwiedzia na berlińskim festiwalu filmowym i filmem tym otworzył sobie drogę do wielkiej światowej kariery - w 1966 roku powstał „Cul-de sac", znany w Polsce jako „Matnia", a dwa lata później - „Dziecko Rosemary". W roku 1974  Polański znalazł się na absolutnym filmowym szczycie dzięki „Chinatown" z Jackiem Nicholsonem w roli głównej.

 

W 1883 roku z Paryża w swój pierwszy kurs wyruszył "Orient Express", legendarny pociąg pasażerski, który łączył zachód

i wschód Europy. Jechał przez Strasburg, Monachium, Wiedeń, Budapeszt do Giurgiu w Rumunii, gdzie pasażerowie przeprawiali się promem przez Dunaj, a po drugiej stronie wsiadali do mniej luksusowego pociągu, który przez Warnę wiózł ich do Konstantynopola. Więcej tutaj.

Październik roku 1977 okazał się szczęśliwym miesiącem dla zespołu Queen - koncern EMI wypuścił  ich singiel z piosenką „We Are the Champions", która stała się jednym z przebojów wszech czasów. Piosenka autorstwa wokalisty zespołu Freddiego Mercury’ego, zaczyna się niepozornie, od balladowego wstępu na fortepian i nieco przyciszonego wokalu, by stopniowo przejść w ostre rockowe brzmienie. Wieńczy go refren będący hymnem na cześć zwycięzców.

O dziwo, piosenka odtwarzana regularnie także przy okazji imprez sportowych - od knajpianych zawodów w darta po piłkarskie mistrzostwa świata - nigdy nie znalazła się na pierwszym miejscu listy przebojów w Wielkiej Brytanii. Doszła tam jedynie do drugiej pozycji, a w USA do czwartej. Równie wielkim przebojem okazał się zamieszczony na stronie

B singla „We Will Rock You" autorstwa gitarzysty grupy Briana Maya.

Była niedziela, 8  października 1871 roku. Około godziny 9.40 pm  pewien aptekarz zauważył łunę i powiadomił dyżurnego straży pożarnej, który początkowo zlekceważył doniesienie, uznając, że łuna musiała mieć źródło w zgliszczach z pożaru

z poprzedniego dnia. Gdy wreszcie strażacy dotarli na miejsce, sądzili, że poradzą sobie z ogniem, jednak około północy jego siła nagle wzrosła i zaczęło też wiać we wszystkich kierunkach z prędkością około 30 mil na godzinę. Pożar błyskawicznie niszczył drewniane wówczas Chicago. Już w poniedziałek około południa centrum miasta prawie nie istniało, ale na szczęście pod wieczór wiatr zaczął nieco słabnąć, a w nocy spadł deszcz. Spłonęło ponad 17,5 tysiąca domów, zginęło około 300 osób, ale jedna trzecia mieszkańców straciła dach nad głową. Na pogorzelisku bardzo szybko powstało nowe Chicago, tym razem budowane z mniej łatwopalnych materiałów.

"Za bezkompromisową wnikliwość w ujawnianiu zagrożenia człowieka w świecie pełnym gwałtownych konfliktów" - tak brzmiał fragment uzasadnienia decyzji wręczenia w roku 1980 Literackiej Nagrody Nobla Czesławowi Miłoszowi.  Poeta

i pisarz,  wyklęty w PRL od 1951 roku, poprosił o azyl polityczny we Francji i schronił się w Maison Laffitte u Jerzego Giedroycia. Wskutek zapisu cenzury był w kraju prawie nieznany - drukował go paryski Instytut Literacki, a w latach 70. jego utwory zaczęły się ukazywać w kraju, ale tylko

w drugim obiegu, czyli w bardzo niskich nakładach. Od 1roku 1960  mieszkał w USA i wykładał literaturę słowiańską. Odbierając 10 grudnia 1980 roku nagrodę, Miłosz powiedział między innymi: Stanowię cząstkę literatury polskiej, która jest stosunkowo mało znana w świecie i trudna w przekładach. Zwrócona ku historii, zawsze aluzyjna, wiernie towarzyszyła

i towarzyszy ludziom w trudnych chwilach.

Pierwszy odcinek serialu "Zorro" wyprodukowanego przez wytwórnię Walta Disneya  amerykańscy widzowie obejrzeli

w 1957 roku. Cieszył się on ogromną popularnością również

w Polsce, gdzie telewizja pokazywała go w latach 60. i 70. Rzecz dzieje się w Kalifornii rządzonej przez okrutnego gubernatora, który gnębi okolicznych mieszkańców. Z pomocą przychodzi im Zorro (Lis), znakomity szermierz w czarnej pelerynie, kapeluszu

i masce. Główną rolę zagrał Guy Williams, ale sympatię widzów zyskał też otyły sierżant Garcia, w którego wcielił się aktor komediowy Henry Calvin. Nakręcono siedemdziesiąt

25-minutowych odcinków serii, którą w roku 1992 pokolorowano.

11 października 1830 roku w warszawskim Teatrze Narodowym 20-letni Fryderyk Chopin zagrał swój ostatnio skomponowany koncert fortepianowy e-moll i Fantazję A-dur. Był to koncert pożegnalny - kompozytor i pianista wybierał się za granicę, planując wyjazd do Berlina, gdzie zaprosił go książę Antoni Radziwiłł. Wyjazd nastąpił 2 listopada, ale nie do Berlina, lecz do Wiednia. Gdy wraz z przyjacielem Tytusem Woyciechowskim dotarli do stolicy cesarstwa Habsburgów, okazało się, że w Polsce wybuchło powstanie listopadowe. Woyciechowski postanowił w tej sytuacji wrócić do kraju, ale namawia Chopina, który też myśli o powrocie, by został. Kompozytor zostaje za granicą - jak się okazało, już na zawsze. Koncert, który zagrał 11 października roku 1830 był jego ostatnim występem przed polską publicznością.

Dochodziła druga w nocy 12 października 1492 roku, gdy na pokładzie „Pinty", jednego z trzech – obok „Santa Marii" i „Niñi" – żaglowców, którymi dowodził genueński żeglarz w służbie królestwa Hiszpanii Krzysztof Kolumb, rozległ się okrzyk: „Ziemia! Ziemia!". Kiedy ląd widać było już wyraźnie, dowódca „Pinty" kazał podpłynąć do „Santa Marii", na której płynął Kolumb. Admirał zapowiedział bowiem, że nagrodzi dożywotnią rentą tego, kto pierwszy zobaczy ziemię. Ale gdy Pinzón podał mu nazwisko szczęśliwca, marynarza Juana Rodrigueza Bermejo z Triany, Kolumb oświadczył. – To ja pierwszy już wczoraj wieczorem zobaczyłem światło na horyzoncie.

12 października wyprawa Kolumba dotarła do archipelagu Bahama i ta data uważana jest za dzień odkrycia Ameryki.

 

Pierwszy w historii Oktoberfest (festyn październikowy), czyli dożynki chmielne, został zorganizowany 12 października 1810 roku z okazji ślubu następcy bawarskiego tronu Ludwika

I Wittelsbacha i księżniczki Teresy von Sachsen-Hildburghausen. Ludwik wybrał na imprezę łąki przed murami Monachium (dziś Theresienwiese – Błonia Teresy). Tam też odbyły się wyścigi konne, a impreza cieszyła się tak wielką popularnością, że władca postanowił powtórzyć ją za rok.

Z czasem Oktoberfest wszedł na stałe do kalendarza miasta. Od roku 1871 rozpoczyna się we wrześniu, a w latach 80. XIX w., gdy władze zezwoliły na sprzedaż piwa browarom warzącym je według bawarskiego prawa czystości, zyskał kształt podobny do współczesnego.

- Dobry Bóg tak chciał, abyśmy tego samego dnia zaszli tak wysoko - powiedział Jan Paweł II, przyjmując znakomitą himalaistkę Wandę Rutkiewicz. W dniu 16 października 1978 roku, w którym kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża Wanda Rutkiewicz jako trzecia kobieta na świecie

i pierwsza Europejka zdobyła Mount Everest. A 23 czerwca roku 1986 jako pierwsza kobieta na świecie weszła na K2, drugi po Evereście „wierzchołek Ziemi". Należąca do grona najwybitniejszych polskich wspinaczy Wanda Rutkiewicz zdobyła osiem z 14 ośmiotysięczników. Zginęła w 1992 roku

w masywie Kanczendzongi. Miała 49 lat. Jej ciała nigdy nie odnaleziono.

16 października 1923 roku w Burbank w Kalifornii  (aglomeracja Los Angeles) bracia Walt i Roy Disneyowie założyli niewielkie studio animacji pod nazwą Disney Brothers Carton Studio. Roy był biznesmenem z praktyką bankową, Walt uczył się w Kansas City Art School, ale jako

16-latek przerwał edukację artystyczną, by po przystąpieniu USA do I wojny światowej wstąpić do wojska. Firma Disneyów wyprodukowała kilkadziesiąt filmów animowanych, które stały się hitami, a ich bohaterowie, m.in. Myszka Miki, Kaczor Donald, psy Goofy i Pluto czy słonik Dumbo, bohaterami wyobraźni zbiorowej. The Walt Disney Company jest dziś największym koncernem medialnym świata. Zatrudnia około 180 tys. osób, a jego zysk netto w 2015 roku wyniósł 8,38 mld dol. Walt Disney zmarł w roku 1966 w wieku 65 lat, starszy

o osiem lat Roy - pięć lat później.

W laboratorium Thomasa Alvy Edisona w Menlo Park (dziś Edison) w stanie New Jersey kierowany przez niego zespół skonstruował pierwszą długotrwale (kilkadziesiąt godzin) świecącą żarówkę. Zaświeciła ona po raz pierwszy 21 października 1879 roku. W szklanej bańce wypełnionej mieszaniną gazów znajdowało się grafitowe włókno, żarzące się po podłączeniu do elektryczności. Edison ulepszał wynalazek, świetne rezultaty (kilkaset godzin świecenia) uzyskując po zastosowaniu zwęglonych włókien japońskiego bambusa (dziś żarnik najczęściej jest wolframowy). Wynalazca przekonał milionerów J.P. Morgana (finanse)

i rodzinę Vanderbiltów (transport) do inwestycji w jego przedsiębiorstwo, które w 1882 roku uruchomiło sieć oświetlającą jedną z dzielnic Nowego Jorku.

 

22 października 1883 roku  w Nowym Jorku zainaugurowano działalność Metropolitan Opera, jednej z najsłynniejszych scen operowych świata. Do jej powstania przyczyniła się grupa bogatych przemysłowców, którzy przez lata bezskutecznie zabiegali o loże w Academy of Music, najważniejszej wtedy scenie w mieście. W tym działającym już wówczas 30 lat teatrze wszystkie ekskluzywne miejsca zajmowali przedstawiciele starej arystokracji finansowej nieżyczącej sobie oglądać przedstawienia w towarzystwie nowobogackich - traktowali ich wyniośle i blokowali wykupywanie przez nich lóż. Nuworysze wybudowali więc sobie własną operę z bardzo wygodnymi lożami. Przedstawieniem, które było inauguracją działalności Metropolitan Opera, był „Faust" Charles’a Gounoda.

Na giełdzie w Nowym Jorku nastąpił lawinowy spadek cen akcji wyprzedawanych przez spanikowanych inwestorów

i w efekcie wartość większości notowanych tam papierów spadła niemal do zera. Nagle pojawiło się tak wielu bankrutów i dłużników, że banki utraciły znaczną część wkładów ludności. Krach wywołało pęknięcie bańki spekulacyjnej, zjawiska polegającego na windowaniu na zbyt wysoki poziom cen akcji. Na dodatek banki chętnie udzielały kredytów pod zastaw przewartościowanych akcji i za pożyczone w ten sposób kupowano kolejne akcje, windując ich ceny. I w końcu bańka pękła. Czarny czwartek,24 października 1929 roku, zapoczątkował Wielki Kryzys, który trwał cztery lata i wpędził w nędzę miliony ludzi w Ameryce i w wielu krajach świata.

24 października 1931 roku - skazanie Ala Capone.

Jedenaście lat za niepłacenie podatków - taki wyrok usłyszał jeden z najsłynniejszych gangsterów ery prohibicji. Chicagowski boss tak przemyślnie prowadził swoje bandyckie interesy, że prokuratura nie udowodniła mu morderstw, korupcji, łamania ustawy o prohibicji. Nie krył się natomiast

z fortuną i władze federalne, które zdołały ujawnić źródła jego nielegalnych dochodów, oskarżyły go też o niepłacenia z ich tytułu podatków. Gangster trafił najpierw do więzienia federalnego w Atlancie, gdzie uzyskał pewne przywileje, ale potem został przeniesiony do Alcatraz - tu nie mógł już liczyć na specjalne traktowanie. Chorujący na syfilis Capone został zwolniony jesienią 1939 r., ale był już wrakiem człowieka,

a jego imperium w międzyczasie podupadło. Zmarł w 1947 roku.

/ polonijny kalejdoskop

październik '23 (14)

Na polskim trójkącie 

Poznajmy sie.._

Poznajmy się... 

Od lewej stoją:

Małgorzata Błaszczuk 

Jan Zieńko

Iwona Duszek

Renata Romanek

Małgorzata Palka 

Tadeusz Wiczkowski

Sergiusz Zgrzebski

Jadwiga Rup

Od lewej siedzą:

Anita Stachurska

Szymon Koszałka

Barbara Bakun

Piotr Kukuła

Ewa Figurski

Kasia Jarosz

Ania Włoch 

Anna Czerwińska 

Realizowane w Chicago słuchowisko “Na polskim Trójkącie” robi prawdziwą furorę. Odtwórcy wszystkich postaci to amatorzy. O udziale w tej produkcji, która jest przygodą ich życia opowiadają

w rozmowie z Pakamerą.polonia. 

Czym jest dla każdego z was udział w tym słuchowisku?

Ania Włoch w słuchowisku Agnieszka Jackowska, agentka obrotu nieruchomościami, żona Krzysztofa: Dostając propozycję wzięcia udziału w słuchowisku nie miałam pojęcia z czym będę się mierzyć, bo przecież nie mam szlifów aktorskich. Po pół roku twierdzę, że to jest absolutnie dla mnie! 

Piotr Kukuła w słuchowisku Krzysztof Jackowski, muzyk z Polski, w USA pracujący jako trucker: Kiedy zostałem zaproszony do tego projektu nie wiedziałem czego się spodziewać.  Z początku starałem się zrozumieć w jaką stronę idziemy i czego tak naprawdę oczekują ode mnie scenarzystki. W rezultacie słuchowisko przerosło moje wyobrażenia. 

Tadeusz Wiczkowski w słuchowisku Piotr Świętoch, nieudokumentowany emigrant, właściciel firmy kontraktorskiej, partner Majki: Udział w tym słuchowisku jest dla mnie przygodą życia! Zgodziłem się natychmiast, nie zdając sobie sprawy, w co się pakuję. Nie jestem aktorem, więc pojęcia nie miałem, jak trudno jest wcielić się w jakąś postać, jak trudno odłożyć na bok swoje cechy, przekonania, nawyki i przez kilka godzin żyć cudzym życiem.

Anna Czerwińska w słuchowisku Majka Miłosierska, pielęgniarka, matka syna-narkomana: Miałam trochę wątpliwości, czy podołam z moim głosem (mam mocno nadwyrężone struny głosowe), ale scenarzystki nie podzielały tej obawy, więc zgodziłam się i nie żałuję. 


Czy trudno wejść w życie granych przez was postaci? Z jakimi mierzyliście się problemami?

Ania Włoch: Ciekawym doświadczeniem jest wchodzenie w buty i świat Agnieszki, który przecież zna wiele kobiet, bo historie zawarte w scenariuszu nie biorą się tylko z wyobraźni scenarzystek, ale przede wszystkim z życia. Każdego miesiąca dostajemy około stu stron tekstu. Za każdym razem podekscytowana czekam, co się u nas wydarzy, u nas, czyli u Agnieszki i Krzysztofa Jackowskich.

Anna Czerwińska: Dla mnie największym problemem jest pilnowanie dykcji i wywoływanie w sobie określonych emocji, bo przecież to nie jest tylko czytanie tekstu, trzeba w pełni wdrożyć się w to, co przeżywa postać. A Majkę Miłosierską bardzo lubię i traktuję ją trochę jak kumpelkę. Z czasem coraz bardziej ją rozumiem, więc i łatwiej mi analizować różne jej zachowania.

Czasami też mam wrażenie, że bywa do mnie podobna: zwariowana, ale i spokojna, trochę zadziorna, ale i wyciszona.

 

Ania Włoch jako Agnieszka Jackowska

Piotr Kukuła jako Krzysztof Jackowski

Anna Czerwińska jako Majka Miłosierska

Tadeusz Wiczkowski jako Piotr Świętoch

Renata Romanek jako Krystyna, matka Agnieszki

Mathew Zleczewski jako Maciek, syn Majki

Wojtek Włoch jako Adam, brat Agnieszki

Barbara Kielian jako Dorota, żona Piotra Świętocha

Małgorzata Pytka jako Karolina, córka Doroty i Piotra Świętocha

Małgorzata Palka jako Dagmara Dover, przyjaciółka Krystyny 

Wojciech Dorula jako John Kois

Jadwiga Rup jako oma Zyta, matka Krystyny, babcia Agnieszki i Adama

Robert Bort jako Marek, brat Krzysztofa Jackowskiego

Mariusz Dulak jako Waldek, przyjaciel Krzysztofa Jackowskiego

Anita Stachurska jako żona Waldka

Kasia Jarosz jako Marta, córka Eli i Waldka

 Ewa Ostrowska jako pielęgniarka

terapeuta Wojtek Kozlowski

prywatny detektyw Marek Pieprzyk

Dar Serca, Ewa Lechowicz

Fabiola Zając jako Emilka, narzeczona Karoliny Świętoch

Anna Radzikowska jako pani Zofia

Anna Granat jako Kaśka, starsza siostra Johna Koisa

Barbara Bakun jako Basia, szwagierka Majki Miłosierskiej 

Iwona Duszek jako Sabina Sabatieu-Patel, koleżanka Dagmary

Szymon Koszałka jako mieszkający we Florencji Adamo, syn Adama 

 

Ania Włoch i Piotr Kukuła

Piotr Kukuła: Prawdopodobnie takich Krzysiów Jackowskich, jak postać,  którą gram w słuchowisku, jest wielu. Ludzi dających sobie pozornie radę w otaczającym ich świecie. Posiadających obywatelstwo, pracę, rodzinę, przyjaciół, czyli żyjących jakby normalnie,

a jednak… niekoniecznie do końca szczęśliwych. Nie jestem zawodowym aktorem, dlatego początkowo zderzyłem się z pewną trudnością odtwarzania postaci z cechami, których sam nie mam i niekoniecznie lubię u innych. Ale po pół roku od premiery naprawdę polubiłem Krzysztofa, który mierzy się z amerykańską rzeczywistością w polskim wydaniu. 

Tadeusz Wiczkowski: Łatwo nie było, musiałem pokonać wiele przeszkód - w scenariuszu jest przecież Piotr Świętoch a nie Tadeusz Wiczkowski - bo Piotr jest inny niż ja, więc trochę czasu zajęło mi zrozumienie tej postaci i jej odtworzenie. Bywało, że sprzeciwiałem się i dyskutowałem z autorkami scenariusza, ale w końcu przełamałem swoje opory, poddałem się ich woli; okazało się, że miały rację. I cieszę się, że z odcinka na odcinek jest postęp w moim mierzeniu się z postacią Piotra Świętocha.

 A jak widzicie sam scenariusz i sytuacje, które przytrafiają się granym przez was postaciom?

Piotr Kukuła: Scenariusz słuchowiska jest naprawdę dobry, oddaje bowiem atmosferę życia w naszym polonijnym środowisku tu

i teraz.  Przyznam, że niejednokrotnie zaskoczyły mnie zwroty akcji, nowe epizody, postacie kreowane przez naszą radiową i ciągle powiększającą się rodzinę. 

Anna Czerwińska: Niektóre sytuacje, z którymi zderzyliśmy się w scenariuszu, były dla mnie kompletnie zaskakujące i czasami wręcz
nieprawdopodobne, a okazały się z życia wzięte. Zresztą większość sytuacji, jeśli nie wszystkie, są oparte na faktach.

Ania Włoch: Moim zdaniem historie, które przynosi każdy odcinek są uniwersalne; zdarzają się w życiu emigrantów, ale i rodaków

w kraju i dotyczą kobiet i mężczyzn, bo przecież miłość, zdrada, rozłąka, zazdrość, choroba, cierpienie są znane ludziom pod każdą szerokością geograficzną. Ale są też wątki właściwe dla nas, Polaków żyjących w Ameryce. Siłą słuchowiska „Na polskim Trójkącie” jest to, że scenariusz jest pisany na bieżąco, reagujemy na to co dzieje się w naszym sąsiedztwie, ale także u rodzin w Polsce.

Tadeusz Wiczkowski: Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszym scenarzystą jest życie i to znajduje potwierdzenie w naszym słuchowisku.

(opracowanie: redakcja; zdjęcia: materiały promocyjne)


 

Polonijnej sagi, której scenarzystkami są dwie dziennikarki Małgorzata Błaszczuk i Ewa Figurski, można słuchać za darmo na
YouTube/Wydawnictwo Evergreen, na wszystkich platformach podcastowych, na FB/Na polskim Trójkącie oraz na stronie:

www.WydawnictwoEvergreen.com  - pod zakładką “słuchowisko”. 


Od 1 października audioserial jest także emitowany na antenie Wietrznego Radia i Polskiego FM-u na falach 92.7FM w każdą niedzielę o godz. 9.30 (powtórka) i 16.30 (premiera).

/ polonijny kalejdoskop

październik '23 (14)

logo

Polonez z San Diego

ANETA ZALEWSKA

PolonezSanDiegoDanceGroup
w strojach Śląskich
zbojnicki
taniec cyganski 3
polonez

Polonez Dance Group - San Diego. Tak Ewa Chrzanowska nazwała zespól taneczny, który powołała do życia w 1989 roku w San Diego, Kalifornia.

Obecnie funkcję dyrektora artystycznego pełni Natalie Barnaś, będąca jednocześnie choreografem. „Kiedyś zapraszaliśmy do zespołu wszystkich, którzy chcieli

z nami tańczyć. Poloneza i inne tańce polskie tańczyli

z zapałem przedstawiciele różnych środowisk, między innymi z Filipin, Iranu czy Meksyku. To było wspaniałe! Obecnie w zespole mamy piętnastu tancerzy (6-7 par)

i ku naszemu zdziwieniu i radości – wyłącznie pochodzenia polskiego. W repertuarze mamy tylko tańce regionalne naszego kraju; zajęcia - dwa razy w tygodniu - prowadzimy po angielsku, ale staramy się promować język pjczysty”.

 

Występują średnio raz w miesiącu na polskich imprezach w całej południowej Kalifornii. Angażują się także w  wydarzenia wielokulturowe na południowym zachodzie - w Los Angeles, Yorba Linda, San Francisco, Las Vegas, Phoenix, Seattle. „Jeden z naszych najbardziej znaczących występów miał miejsce

w finale nominowanego do nagrody Emmy programu telewizyjnego Shameless – dodaje Natalie Barnaś.

 

Większość kostiumów tancerzy, w ogólnych rozmiarach, jest szyta ręcznie w Polsce. Dopasowywanie do sylwetek tancerzy czy drobne poprawki wykonują już na miejscu sami zainteresowani, podobnie jak drobne dodatkowe akcesoria - wianki, ozdabianie kapeluszy kwiatami, korale. „To przyjemność, wspólne spędzanie czasu, zabawa, nauka i – co bardzo ważne – obniżanie kosztów. Wprawdzie mamy sponsorów generalnych, ale żaden z nich nie sponsoruje wyłącznie naszych kostiumów.”  Trzeba przyznać, że prezentują się wspaniale!

„Wszystkie układy choreograficzne są nasze, chociaż pod moim nadzorem. Niestety, nie mamy zespołu grającego z nami. Oczywiście, to nasze marzenie, ale obawiam się, że mało realne z wielu powodów. Nagrywamy muzykę i ewentualne dodatkowe dźwięki. Sprawdzało się to przez tyle lat… Nie narzekamy…”

- opowiada Natalie. „Nie braliśmy udziału w żadnych prezentacjach międzynarodowych. Chicagowskie grupy taneczne „podglądamy” w internecie, podziwiamy z nadzieją, że kiedyś zatańczymy razem

w Kalifornii lub Illinois. To byłoby naprawdę fantastyczne. Tymczasem skupiamy się na promowaniu kultury polskiej w bliższych nam okolicach. Może kiedyś wyruszymy tanecznym krokiem do innych stanów Ameryki… o wyjazdach międzynarodowych śnimy po nocach, ale to inna, trudna bajka dla całkiem dorosłych…” (rozmawiała Aneta Zalewska; zdjęcia: prywatna kolekcja Polonez Dance Group - dziękujemy za udostępnienie)

Ewa Chrzanowska - dyrektorka zespołu, odkryła swoją pasję do tańca, gdy była częścią Zespołu Tańca Krakowiak w San Antonio w Teksasie. Po przeprowadzce do San Diego poprosiła swoją przyjaciółkę, Barbarę Bojar, by została pierwszą choreografką Poloneza. Wkrótce udało jej się zebrać grupę złożoną z przyjaciół i rodziny, w tym jej męża Ryszarda. Założyła Polonez w 1989 roku

i od tego czasu nieprzerwanie tańczy polskie tańce ludowe.

Ewa Chrzanowska
Natalie Barnas

Natalie Barnas - choreografka/dyrektorka artystyczna/tancerka. Natalie dołączyła do Polonez San Diego w 2009 roku, gdy miała osiem lat i uczyła się pod okiem Ewy Stanisławskiej. Oprócz tradycyjnego polskiego tańca ludowego Natalie uczyła się różnych stylów, w tym baletu, tańca towarzyskiego i innych tańców wyczynowych. W 2016 roku Natalie przejęła rolę choreografa. Jest absolwentką SDSU, która kocha swoją wiarę, lubi spotykać się z przyjaciółmi i rozwijać karierę w biznesie!

Kinga - tancerka; dołączyła do Poloneza po tym, jak zobaczyła ich występy na Festiwalu Polskim

w San Diego. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie mogła oderwać oczu od pięknych kostiumów i zdecydowała się dołączyć. Kinga przez kilka lat tańczyła także w PAFDC w Nowym Jorku i Resovii Saltans w Rzeszowie.

Polonez - Kinga
Polonez - Daniel

Daniel - tancerz/piosenkarz, związany z Polonezem w 2009 roku. Niedawno wrócił do zespołu po przerwie związanej z założeniem rodziny. Oprócz tańca lubi śpiewać, czytać, wędrować i bawić się ze swoimi dziećmi.

Gabi - tancerka/media społecznościowe
Roztańczona, radosna, bawiąca publiczność

i członków zespołu. Wśród tancerzy poznała nowych przyjaciół  i swojego męża. Teraz tańczą razem...  najchętniej Krakowiaka.

Polonez - Gabi
Polonez - Julia

Julia - tancerka od najmłodszych lat, uwielbia tańczyć - od hip-hopu po salsę i burleskę. Po przeprowadzce do San Diego, tęskniąc bardziej niż kiedykolwiek za rodzinnym domem, szukała kontaktu z Polonią; o grupie tanecznej Polonez dowiedziała się

z internetu. Poza tańcem ulubione zajęcia Julii to piękne kostiumy i dzielenie się z innymi swoim polskim dziedzictwem.

Oskar - tancerz; uwielbia taniec, spotkania na próbach, swoich partnerów scenicznych. Jego ulubionym tańcem jest Zbójnicki, czyli  dwuminutowy taniec wykonywany przez mężczyzn, obejmujący niekończące się skoki

i triki. Jest  jednym z ulubieńców publiczności podczas wszystkich naszych występów.

Polonez - Oscar
Polonez - Austin

Austin - tancerz; dorastał w San Marcos w Kalifornii. Lubi ćwiczyć i spędzać czas z rodziną i swoja ukochaną. Obecnie studiuje na California State University San Marcos, kierunek biznesowy. Austin należy do rezerwy armii amerykańskiej oraz do R.O.T.C. pod Batalionem Azteków. Z polską kulturą zapoznała go jego dziewczyna Natalia. 

Natalia - tancerka; trzykrotna  Królowa Domu Polskiego, aż do ukończenia szkoły średniej

w zeszłym roku. Do grupy tanecznej dołączyła

w 2018 roku i tańczy do dzisiaj. Jej ulubionym tańcem jest Łowiczanka. Studiuje  informatykę na Uniwersytecie w San Diego.

Polonez - Natalia
Polonez - Ania

Ania - tancerka; po dwóch latach tańca w Małym Polonezie, to już drugi rok Ani w Grupie Dorosłych Polonez. Jest dumna, że reprezentuje polską kulturę wśród znajomych, rodziny i angażuje się społecznie. 

Kuba - tancerz; dołączył do Poloneza w 2022 roku, wkrótce po przeprowadzce w okolice San Diego z rodzinnego miasta San Francisco. To właśnie w San Francisco, jako dziecko, był związany z polską grupą tańca ludowego. Kiedy nie zajmuje się układem tanecznym Kujawiaka czy Krakowiaka oddaje się swojej drugiej pasji – domowemu warzeniu piwa i kombuchy.

Polonez - Kuba
Polonez - Bartek

Bartek - tancerz; związany jest z Polonezem od września 2022 roku. Po przeprowadzce do San Diego ponad dekadę temu z Bydgoszczy, niewiele miał okazji zaangażowania się w polonijną społeczność. Odkąd dołączył do Polonez, Bartek mógł  poznać nowych przyjaciół i stać się aktywnym członkiem polskiej społeczności w San Diego.

Oliwia - tancerka; uwielbia angażować się

w działalność Polonii, zaczynając od reprezentowania Domu Polskiego jako Królowej. Później dołączyła do Poloneza, gdzie "poznalam wielu przyjaciół  o podobnym pochodzeniu. To jest fantastyczne!" Olivia reprezentowała Polonez wraz z innymi członkami w finale programu Shameless.

Polonez -Olivia
Polonez - Michael

Michael - tancerz; od najmłodszych lat związany z Małym Polonezem. Do starszej grupy dołączył ponad rok temu - nadal chce reprezentować polską kulturę i doskonalić swoje umiejętności taneczne. Michael nie może się doczekać kolejnych występów w barwnych strojach ludowych, którymi są zauroczeni wszyscy tancerze Polonez Dance Group. 

Michał - tancerz; ponad 20 lat spędził w Nowym Jorku. Uczęszczał do polskiej szkoły - zdał egzamin maturalny, brał czynny udział w życiu nowojorskiej Polonii.  Po osiedleniu się w San Diego dołączył do Polonez Dance Group i odkrył

w sobie pasję do polskiego tańca ludowego. Jest też zapalonym kolarzem szosowym, narciarzem, miłośnikiem samochodów i podróżnikiem.

Polonez - Michał
teatr

V Kongres Teatru Polskiego
w Chicago

Wileńska Nostalgia w Chicago

Polski Teatr STUDIO z Wilna

DARIUSZ LACHOWSKI

W maju tego roku Polski Teatr STUDIO w Wilnie otrzymał zaszczytny status teatru zawodowego, co stanowi niezwykłe wyróżnienie i wyraz uznania po ponad 60 latach owocnej działalności.

Polskie Studio Teatralne w Wilnie powstało

w listopadzie 1960 roku jako Polski Zespół Dramatyczny przy Klubie Pracowników Łączności. Była to pierwsza tego typu instytucja artystyczna utworzona w Wilnie po II wojnie światowej. Do dziś pełni funkcję ważnego ośrodka kultury i jest miejscem spotkań polskiej inteligencji w Wilnie. Głównym celem Teatru jest promocja

i upowszechnianie polskiej kultury teatralnej na Litwie oraz wspieranie dziedzictwa teatru na Pohulance i teatru „REDUTA” Juliusza Osterwy. Przez lata działalności Teatr wystawił ponad 90 spektakli i przedstawień, bazujących na różnych gatunkach dramatycznych, poetyckich

i muzycznych.

Spektakle Polskiego Studia Teatralnego w Wilnie były wystawiane na licznych scenach w Polsce, Niemczech, Łotwie, Czechach, Słowacji, Austrii, na Ukrainie, Białorusi, w Rosji i Wielkiej Brytanii. We wrześniu tego roku artyści po raz pierwszy

w historii odwiedzili Chicago w ramach V Kongresu Teatru oraz 5. rocznicy powstania „Teatru Nasz”. Artyści z Wilna przybyli z niezwykłym spektaklem muzycznym zatytułowanym „Na wileńskiej ulicy”. Pierwsza premiera tego spektaklu odbyła się przed widownią w sali koncertowej nowej siedziby Paderewski Symphony Orchestra w piątek, 22 września.

Spektakl ten narodził się z inspiracji i wizji kierowniczki Polskiego Teatru STUDIO w Wilnie, Lili Kiejzik. Jego celem jest ukazanie Wilna jako wielokulturowego i wielonarodowego miasta

z okresu przedwojennego. Wówczas na scenie Teatru na Pohulance rozbrzmiewało polskie słowo, a znani polscy aktorzy tworzyli jeden z głównych ośrodków teatralnych ówczesnej Polski. Scenariusz spektaklu opiera się na wierszach Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, które powstały podczas jego pobytu w Wilnie, utworach Edwarda Hulewicza oraz znanych piosenkach z lat 30. i 40. Teksty śpiewane są głównie po polsku, ale także po litewsku i jidysz, co podkreśla wielokulturowy charakter tego miasta. Na scenie nie brakuje także wileńskiego humoru, charakterystycznego języka i wzruszających chwil.

Przedstawienie jest nasycone liryczną

i sentymentalną atmosferą, wzbogacone

o czarno-białe fotografie przedwojennego Wilna. Te zdjęcia przenoszą nas w atmosferę tamtych czasów, ukazując nam Wilno, które przeminęło

i już nie istnieje, choć nadal żyje w sercach wielu. Tego wieczoru, ci, którzy podążyli za artystami ulicami Żelazną i Niemiecką, odwiedzili Małe Kino

i spróbowali słodkich bułeczek, poczuli się jak prawdziwi Wileńczycy. Aktorzy na deskach Paderewski Symphony Orchestra czuli się jak

u siebie w domu, z zadowoleniem i uśmiechem przekazali opowieść o miłości i romantycznej melancholii, która po latach nadal trwa. Tego wieczoru wszyscy na chwilę stali się Wileńczykami.

Wykonawcy:

Reżyseria: Lila Kiejzik

Wokal: Ewa Rawłuszewicz, Justyna Stankiewicz

Recytacja: Justyna Stankiewicz, Edward Kiejzik, Marek Pszczołowsk

Akompaniament: Jurgita Umaraite, Daniel Gancewski

wilenska nostalgia 2

Otwarcie wystawy "Krótko na styku" z okazji 5-lecia chicagowskiego Teatru Nasz, w którym udział wzięli również zaproszeni goście z Wilna; Dwell Studio Chicago / fot.: Dariusz Lachowski; kolekcja prywatna autora

wilenska nostalgia 1

Scena z widowiska "Na wileńskiej ulicy" / fot.: Dariusz Lachowski; kolekcja prywatna autora

wilenska nostalgia 3

Teatr STUDIO  z Wilna w Akademii Muzycznej PaSO, Chicago / fot.: Dariusz Lachowski; kolekcja prywatna autora

Lila Kiejzik i Teatr STUDIO  w Akademii Muzycznej PaSO, Chicago / fot.: Dariusz Lachowski; kolekcja prywatna autora

W życiu do teatru nie pójdę... 

ANNA CZERWIŃSKA 

Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto stanowczo rezygnuje z literatury. Nawet jeśli ktoś nie czytuje, nie stwierdza z niechęcią – po co ta cała literatura istnieje.

Podobnie jest z muzyką. Czy ktoś krzyknął ze złością – precz z Chopinem, nie znoszę Vivaldiego, Marka Grechuty i Edith Piaf…

Ze sztukami pięknymi to samo... Nawet gdyby nie przypadły komuś do gustu współczesne instalacje z patyków, sznurków, dziurawych wiader i potłuczonego szkła, pokiwałby głową z aprobatą i doszukiwał się jakiegoś sensu. Film popierają  nawet ci, którzy chodzą do kina raz na cztery lata… Ogólnie film jest w porządku! A teatr? Niejednokrotnie spotkałam takich, co deklarowali wprost: nienawidzę teatru; w życiu do teatru nie pójdę…

W jednej ze słynnych scen Barejowskiego „Misia” warszawski węglarz od córeczki Tradycji, pytał Palucha:

     - „Stasiek! Tyś się na Amerykanina zrobił! Kojak? W tym filmie tak się ciebie stało?

     - Nieee. W teatrze…

     - W mordę kopany! W życiu bym do teatru nie poszedł!”

Podejrzewam, że niemała część kumpli taty-węglarza zgodziłaby się z taką deklaracją. I to nie dlatego, że kiedyś zawiedli się na teatrze (niestety, częsty przypadek), tylko tak w ogóle. Teatr jakoś nie cieszy się specjalnym zaufaniem. A niektórzy wręcz nie znoszą go organicznie. Cóż, nikt im tego nie zabroni.

Ale przekora w człowieku tkwi i dopytać się musi, bo jakże tak… bez teatru? Jeden z moich znajomych powiedział wreszcie… że nie chce przeżywać na widowni porażek aktorów czy obsługi technicznej. „Denerwuję się razem z nimi… Jest mi wstyd za tego, któremu spadła peruka, albo za brak światła … i nie chcę już tam być... Rozpamiętuję potem tygodniami i zastanawiam się, po cholerę tam poszedłem. Trzeba było zostać w domu. I zostaję…”.

Inny mój kolega, człowiek inteligencji wielkiej, jeden z lepszych dziennikarzy, obyty w kulturze, do teatru nie chodzi. Książki, wystawy, koncerty, kino – owszem. Robi wszystko to, czego wymaga jego zawód i wewnętrzna potrzeba. W teatrze bywał kiedyś, w szkole, dzięki polonistce. „Dzisiaj nie jestem w stanie wysiedzieć na widowni. Akcja się toczy, a ja nie wiem po co. Sprawy nie rozumiem, dialogów nie słyszę, i boję się, że gdybym siedział blisko, to wpadłbym do nich na scenę i coś popchnął, zmienił, przyłączył się. Rozumiesz…”

Nie rozumiem, więc tłumaczę: „Przecież jak siedzisz na widowni to też masz wpływ na to, co dzieje się na scenie, wpływ psychiczny. Aktorzy czują, czy jesteś z nimi czy przeciw nim.” – powiadam. „Co ty opowiadasz…” - krzyczy na mnie. „- Oni czegoś ode mnie oczekują, a ja – nie czuję się bezpiecznie, kiedy nic ode mnie nie zależy”.

Nie rozumiemy się… Przecież ludzie chodzą do teatru właśnie dla żywego planu i nieprzewidywalności. Dla nich ważna jest ta realność drugiej osoby na scenie, ten szept, ten śmiech, ta rozpacz...

Doszłam do wniosku, że z koleżanką szybciej nawiążę teatralny kontakt i zaprosiłam ją na poczynania kongresowo-teatralne

w Chicago. A ona puka się w czoło… „nie namówisz mnie, nienawidzę teatru, to bzdurność, niepoważność… Kiedyś dawałam się wciągać w temat, nastrój, otaczałam się emocjami płynącymi ze sceny. Teraz jest inaczej. Koniec spektaklu, czar pryska… Ktoś wychodzi i brutalnie przerywa to, co zbudował wokół widza, opowiada, zaprasza, przedstawia, dziękuje, robi zdjęcia... Wszystko zamienia w chaos, niepoważność… Jak się opowiada o zapachu kwiatów w ogrodzie, a pachnie kapusta, wybacz…. Nie idę. Ten twój Kongres nic nie zmienił przez pięć lat, chociaż miał wielkie plany… Za dużo tam ignorancji… I chodzi o ludzi, nie o miejsce. Sama wiesz, że teatr może być wszędzie. Opowiesz mi…”

 

Poszło ostro… Nie opowiem… Trochę się z nią zgadzam, a trochę nie… Na kongresie byłam. Na wszystkich pięciu edycjach. Bywało różnie, ale pierwszy z nich był najciekawszy, z zapowiedzią czegoś niesamowitego. Nie powtórzyło się, bo pandemia, bo po pandemii, bo… trudno zorganizować i poprowadzić teatr na emigracji, kiedy nie ma odpowiednich warunków finansowych, miejsca na próby

i przedstawienia, pomieszczeń do przechowywania dekoracji, kostiumów, nawet najmniejszych akcesoriów scenicznych… Ale jest coś najważniejszego – zapał ludzi uzależnionych od teatru, ich chęć tworzenia i stworzenia czegoś niepowtarzalnego, zaskakującego, barwnego. Efekty ich pasji i pomysłów bywają różne, ale zawsze są zauważalne bez względu na ich „zapisanie się” w kręgach kongresowych… A tak to się zaczynało po raz piąty, bo V Kongres Teatru Polskiego w Chicago już za nami…

Choć jubileusz mały, jego ranga rośnie, grup teatralnych przybywa, repertuar rozszerza, pojawiają się teatry gościnne… W tym roku wystąpił przed nikłą publicznością polonijną polski Teatr STUDIO z Wilna (Litwa). To pierwsza wymiana teatralna w historii teatru polskiego w Chicago. Teatr Nasz w listopadzie tego roku wystawi w Wilnie dwa przedstawienia: „Bal w operze” według poematu satyrycznego Juliana Tuwima (rok napisania – 1936; rok wydania w całości – 1982) oraz „Kwartet dla czterech aktorów” według Bogusława Schaeffera (twórca tekstów dla teatru, kompozytor, historyk muzyki). Brawo!

W tym roku kongresowe spotkania zbiegły się z pięcioleciem istnienia Teatru Nasz. Wystawa prezentująca dorobek teatru – plakaty, dekoracje, kostiumy z przedstawień, notatki z prób – stała się jedną z imprez towarzyszących Kongresowi. Oficjalne otwarcie ekspozycji teatralnej odbyło się 21 września w Dwell Studio Chicago (prezentację dorobku Teatru Nasz można było oglądać do

6 października tego roku). Skupmy się jednak na Kongresie…

Kolejne dwa dni kongresowe to warsztaty teatralne, prowadzone przez znaną aktorkę Teatru Narodowego w Warszawie – Beatę Fudalej, a wieczorami – urocze spotkania z wileńskim Teatrem STUDIO (relacja Dariusza Lachowskiego powyżej) w sali koncertowej Akademii Muzycznej PaSO.

W Muzeum Polskim w Ameryce spotkaliśmy się kongresowo czwartego, ostatniego dnia. Tłumów zabrakło. Szkoda. Zabrakło też wielu aktorów, występujących pod auspicjami licznych grup teatralnych. Dowiedziałam się podczas tegorocznego Kongresu, iż takich grup mamy dziesięć – niektóre z nich działają od kilkudziesięciu lat (i do tej pory Kongres ich nie zauważył?). Osobiście doliczyłam się ich więcej, biorąc pod uwagę lekko „udziwnione” kryteria kongresowe. I gdyby wszyscy lub prawie wszyscy pojawili się w Muzeum, nie wystarczyłoby miejsca w Sali głównej… I tak powinno być, a nie było…

W mocno uszczuplonym gronie gości Kongres Teatru Polskiego w Chicago wręczył doroczną nagrodę dyrekcji i pracownikom Muzeum Polskiego w Ameryce. Oto fragment laudacji, dołączonej do statuetki urody "może być": „(…) Muzeum Polskie w Ameryce pielęgnując wartości, które definiują nas jako Polaków od wielu lat jest strażnikiem naszej historii i sztuki. Dzięki swojemu niezachwianemu zaangażowaniu stało się składnicą cennych artefaktów i ośrodkiem, gdzie w przeprowadzanych kwerendach badacze przeszłości mogą odnaleźć cenne dokumenty.

To właśnie tutaj w archiwum Muzeum Polskiego odnajdziemy informacje o pierwszym udokumentowanym, polskim wydarzeniu teatralnym w Chicago, które odbyło się w 1891 roku (…)”. Gratulacje z podziękowaniem!

Poza kilkoma krótkimi wypowiedziami  przedstawicieli miejscowych teatrów i opowieścią Teatru STUDIO z Wilna o trudnej drodze do uzyskania statusu teatru zawodowego, co stało się w tym roku, a zajęło niemal sześćdziesiąt lat, Beata Fudalej zaprezentowała kilka fraszek i ciekawych krótkich wierszy Wisławy Szymborskiej. Było radośnie, nie zabrakło zbiorowego zdjęcia, które staje się niemal nieodłącznym elementem większych imprez, chociaż nie wiadomo, kto na nich jest, bo nie bardzo widać i nie są podpisane przez prezenterów w mediach społecznościowych…

Działo się dużo i bardzo niewiele. I aż trudno uwierzyć, że ani jedna grupa teatralna – a jest ich więcej niż dziesięć, choć nie wszystkie zostały wymienione - nie przygotowała nawet pięciominutowej scenki i nie zaprosiła swoich aktorów (poza Teatrem Nasz, chylę czoła!). Przedstawiciele Unii Teatrów Polskich poza Polską nie mieli więc okazji spotkania się z najważniejszymi – aktorami

i adeptami sztuki scenicznej – przedstawicielami grup teatralnych w Chicago. Szkoda!

V Kongres
V Kongres
V Kongres
nagrody Kongresu

październik '23 (14)

/ przyroda

Arktyka

Lód Arktyki jest kluczowy dla utrzymania równowagi klimatycznej na Ziemi. Ten ogromny magazyn zamarzniętej wody odbija światło słoneczne i dzięki temu chłodzi planetę, a także reguluje temperaturę oceanów.

Jako Arktykę określa się terytorium otaczające biegun północny. Jest ono ponad dwa razy większe od powierzchni Stanów Zjednoczonych i wynosi 20 milionów km kw. O ten obszar zahacza w sumie osiem państw: Dania (Grenlandia), Islandia, Norwegia, Szwecja, Finlandia, Rosja, Kanada i USA (Alaska). Te kraje wchodzą w skład powołanej w 1996 roku Rady Arktycznej, która sprawuje opiekę nad tymi terenami; z Radą współpracują też organizacje rdzennych mieszkańców.

Arktyka – ciekawostki

  1. Nazwa Arktyka pochodzi od greckiego słowa Arktos, które odnosi się do dwóch konstelacji gwiazd, które można zobaczyć na północnym niebie: Ursa Major (Wielka Niedźwiedzica) oraz Ursa Minor (Mała Niedźwiedzica).

  2. Arktyka – w przeciwieństwie do Antarktydy – nie jest kontynentem. 

  3. Jest ona zamieszkana przez około 4 mln osób, w tym ponad 400 tysięcy jej rdzennych mieszkańców. 

  4. Rdzenna ludność Arktyki to między innymi Inuici, Nieńcy, Czukcze czy Lapończycy.

  5. Arktyka od dawna jest pod lupą światowych mocarstw – głównie ze względu na duże zasoby ważnych surowców, w tym ropy naftowej i gazu ziemnego. Szacuje, że pod dnem morskim regionu jest co najmniej 90 miliardów baryłek ropy i około 1,67 biliona metrów sześciennych gazu ziemnego! Występują tu również bogate złoża klatratu metanu. 

Jak wyglądają dzień i noc na Arktyce?

  1. Biegun północny jest najbardziej na północ wysuniętym punktem Ziemi. 

  2. W przeciwieństwie do bieguna południowego, który znajduje się na lądzie, biegun północny zlokalizowany jest na lodzie morskim Oceanu Arktycznego.

  3. Najniższa temperatura zanotowana w Arktyce to minus 68 stopni.

  4. Średnia temperatura najcieplejszego miesiąca w roku w Arktyce nie przekracza 10oC. 

  5. Arktyka słynie z nocy polarnych. Jest to zjawisko polegające na tym, że podczas zimowych miesięcy słońce przez 24 godziny na dobę „nie wschodzi” i trwa permanentna noc. Zjawisko to występuje tylko na obszarach o szerokości geograficznej wyższej niż 67°23' na obu półkulach. Analogicznie – w miesiącach letnich słońce nie zachodzi.

 

Jak Arktyka strzeże klimatu Ziemi?

  1. Dużą część terytorium Arktyki stanowi Ocean Arktyczny. W większej części jest on pokryty lodem. 

  2. Lody Arktyki to ogromny rezerwuar słodkiej wody. Uważa się, że stanowią one około 10 procent ogólnych zasobów świata. Dlatego tak ważne jest, by nie stopniały i nie zmieszały się z wodą słoną. Klimatolodzy od dawna wyjątkowo uważnie obserwują Arktykę. To tutaj rozpoczyna się wiele procesów, które mają ogromne znaczenie dla całej planety.

  3. Gdyby cały lód Arktyki nagle stopniał, globalny poziom mórz wzrósłby o 24 metry.

  4. Lód Arktyki jest kluczowy dla utrzymania równowagi klimatycznej na Ziemi. Ten ogromny magazyn zamarzniętej wody odbija światło słoneczne i dzięki temu chłodzi planetę, a także reguluje temperaturę oceanów. 

Jakie rośliny można zobaczyć w Arktyce?

  1. Arktyka znana jest z ekstremalnie niskich temperatur, porywistych wiatrów oraz wszechobecnego śniegu i lodu. 

  2. Obszar, który nie jest zajęty przez wieczny lód, pokrywa arktyczna tundra, ale gleba przez większość z dwunastu miesięcy roku jest zamarznięta. 

  3. Cienka, ale aktywna warstwa gleby rozmraża się na krótki czas, co pozwala na wyrosnąć płytko ukorzenionym roślinom, takim jak to trawy, turzyce, krzewinki, porosty i mchy.

  4. W Arktyce rośnie bardzo niewiele gatunków drzew (jak karłowate brzozy czy wierzby). Za to doliczono się tu aż 1700 gatunków roślin, glonów i grzybów. 

Jakie zwierzęta żyją w Arktyce?

  1. Mimo bardzo surowego klimatu, jaki tu panuje, Arktyka chwali się bardzo ciekawą fauną. Żyją tu oczywiście niedźwiedzie polarne. Ale też foki, lemingi, maskonury, woły piżmowe, karibu, renifery, walenie, pieśce, puchacze śnieżne, rybitwy, nurzyki, alki czy zające bielaki. 

  2. Arktyczne zwierzęta charakteryzują się zwykle grubym futrem i pokaźną warstwa tłuszczu pod skórą. To rzecz jasna skutek dostosowania się gatunków do panujących warunków.

  3. Arktycznym fenomenem są narwale. To rzadko spotykane ssaki morskie charakteryzujące się długimi kłami przed nosem. Z tego powodu czasem nazywane są one morskimi jednorożcami. 

  4. Co roku z Arktyki do Meksyku i z powrotem migrują wieloryby szare. 

  5. Arktyka uwielbiana jest przez ptaki, które migrują tu przeważnie z Alaski (i z powrotem). 

  6. Król Arktyki – niedźwiedź polarny (Ursus maritimus) potrafi ważyć 700 kg i mierzyć 2,5 m. Od pewnego czasu jest pod ochroną.

  7. Wieloryb grenlandzki potrafi dożyć nawet 211 lat.   (national geographic)

październik '23 (14)

przyroda

Naukowcy odkryli nowy zatopiony kontynent

MATEUSZ ŁYSIAK

Międzynarodowy zespół naukowców zidentyfikował pod dnem oceanu nieznany dotąd, zatopiony mikrokontynent sprzed milionów lat. Może stać się kluczem do zrozumienia procesów tektonicznych na Ziemi.
 

Obecnie na Ziemi wyróżnia się siedem kontynentów. Są to:

  • Afryka,

  • Antarktyda,

  • Azja,

  • Europa,

  • Ameryka Północna,

  • Ameryka Południowa,

  • Australia.

Każdy z nich wyróżnia się unikatową geologią, ekosystemami i historią geologiczną. Pamiętamy jednak, że współczesny układ kontynentów to tylko jeden z etapów ewolucji naszej planety.

Historycznie kontynenty wielokrotnie łączyły się i rozdzielały. Tak powstawały superkontynenty. Najbardziej znany to Pangea, która istniała około 300 milionów lat temu. Pangea połączyła niemal wszystkie lądy Ziemi w jeden ogromny kontynent, otoczony oceanem nazywanym Panthalassa. Około 200 milionów lat temu zaczęła się rozpadać na mniejsze kontynenty, które przemieszczając się stworzyły dzisiejszy układ. Ostatnie odkrycie nowego mikrokontynentu dowodzi tego, że Ziemia wciąż potrafi nas zaskakiwać i nadal mamy wiele do odkrycia w temacie jej dynamicznej historii.

mapa

Za powstawanie, przemieszczanie się i zmiany układu kontynentów odpowiedzialne są ruchy płyt tektonicznych. Geolodzy szczególnie interesują się miejscami, gdzie płyty tektoniczne spotykają się ze sobą. Jedno z takich granicznych miejsc występuje między Kanadą a Grenlandią. Znajduje się tam Cieśnina Davisa, łącząca dwa baseny oceaniczne: Morze Labradorskie i Zatokę Baffina. Według szacunków badaczy do ewolucji tektonicznej Cieśniny Davisa doszło około 33–61 milionów lat temu w okresie paleogenu. Wówczas w oceanie wytworzył się wyjątkowo gruby fragment skorupy kontynentalnej.

Według badaczy jest to nowo rozpoznany, niecałkowicie podzielony i zanurzony mikrokontynent. Nad zrozumieniem powstania tej anomalii w skorupie ziemskiej pracują doktorant Luke Longley i dr Jordan Phethean z Uniwersytet w Derby w Wielkiej Brytanii oraz dr Christian Schiffer z Uniwersytetu w Uppsali w Szwecji. Pierwsze efekty ich prac zostały opublikowane na łamacz czasopisma naukowego „Gondwana Research”.

Naukowcy przeprowadzili rekonstrukcję ruchów płyt tektonicznych, które 30 milionów lat temu doprowadziły do ​​powstania protomikrokontynentu. Jak definiują, są to „regiony stosunkowo grubej litosfery kontynentalnej, oddzielone od głównych kontynentów strefą cieńszej litosfery kontynentalnej”.

Jak dodaje dr Phethean, badany obszar między Kanadą a Grenlandią jest „idealnym naturalnym laboratorium” do studiowania formacji mikrokontynentów. – Celem naszej pracy jest zrozumienie ich powstawania na tyle dobrze, aby przewidzieć ich przyszłą ewolucję – mówi cytowany przez serwis phys.org.

Autorzy opisywanego badania wykorzystali mapy stworzone na podstawie danych o ruchach grawitacyjnych i sejsmicznych

w miejscu, w którym Grenlandia oddzieliła się od płyty północnoamerykańskiej. Dzięki nim ustalili, że pierwsze pęknięcia w tym regionie zaczęły się około 118 mln lat temu w dolnej kredzie. Za kluczowy dla powstania mikrokontynentu uznano jednak okres między 49 a 58 milionów lat temu. Wówczas orientacja rozprzestrzeniania się dna morskiego między Kanadą a Grenlandią zmieniała się

z północnego wschodu na południowy zachód. Rozprzestrzenianie się oceanów ustało około 33 milionów lat temu. Wtedy też Grenlandia zderzyła się z wyspą Ellesmere'a.

Naukowcy zidentyfikowali protomikrokontynent Cieśniny Davisa w oparciu o grubość skorupy ziemskiej. Tu mikrokontynent pojawił się w skorupie kontynentalnej o grubości 19–24 km, otoczonej dwoma wąskimi pasmami cienkiej (15–17 km) skorupy kontynentalnej oddzielającej ją od kontynentalnej Grenlandii i Wyspy Baffina.

Jakie są mikrokontynenty?

To oczywiście niejedyny mikrokontynent na Ziemi. Jak na razie wiemy o kilku. Są o wiele mniejsze od głównych kontynentów, ale mają znaczącą powierzchnię i unikatową historię geologiczną. Najlepiej zbadane mikrokontynenty to:

  • Zelandia – Zelandia to rozległy mikrokontynent, którego większość powierzchni znajduje się pod wodą. Obejmuje Nową Zelandię  i Nową Kaledonię. Zelandia została uznana za mikrokontynent w 2017 roku ze względu na swoją geologiczną odrębność i duży rozmiar (ok. 4 900 000 km kw.)

  • Jan Mayen – Mikrokontynent Jan Mayen to fragment skorupy kontynentalnej w oceanicznej części zachodniej płyty euroazjatyckiej, leżący na północny wschód od Islandii. Na początku separacji płyt grenlandzkiej i eurazjatyckiej 55 milionów lat temu stanowił część wschodniego krańca płyty grenlandzkiej.   (national geographic)

teatr  

październik '23 (14)

“Moją pasją jest słowo, jego znaczenie i wyrażone w nim emocje”

Bogdan Łańko

Jeden z ważniejszych animatorów życia kulturalnego chicagowskiej Polonii jest szarmancki, romantyczny, wrażliwy – jak niemal każdy - działający w życiu tak, by zasłużyć na ludzki szacunek.

Bogdan Lanko 1

Bogdan Łańko, Art Gallery Cafe - Chicago, (rok 2023) / fot.: Krzysztof Babiracki

Anna Czerwińska: Zawsze to się udaje?

Bogdan Łańko: Szacunek? Raczej tak, choć nie do mnie należy ocena. Mogę tylko wyrażać swoje odczucia. A czuję, że jest, może poprzez ogromny mój szacunek do ludzi, do widza… Jestem dla nich, oddaję im prawie całego siebie, bardziej oczywiście duszę niż ciało… (śmiech) Wiesz, niechętnie proszę o pomoc dla siebie – poza sytuacjami krytycznymi. Nie potrafię, krępuje mnie to, nawet zawstydza… Ale zwykle jestem tam, gdzie mnie potrzebują. Zarówno prywatnie jak i scenicznie. I z tym czuję się zdecydowanie lepiej.

 

Od lat podtrzymujesz tradycje teatru polskiego w Chicago. Ale przecież gdzieś był początek… podpowiedzi… wybory…

Tak, był początek. W Słupsku. Tam się urodziłem. Tam chadzałem na poranne niedzielne msze, na poranki do kina „Pokój”, potem do kina „Millenium”. Miałem wspaniałych przyjaciół, nawet z jednym z nich, Danielem, byliśmy na pierwszych „wagarach”, chociaż obaj nie mieliśmy pojęcia, co to takiego… Ale tak się tłumaczyłem mamie ze spóźnienia dwugodzinnego do domu po szkole. Czy oglądanie wystaw sklepowych już po szkole nazwałabyś „wagarami”?

 

Zgodnie z niepisanymi prawami ucznia – nie.  Raz przytrafiły mi się  wagary - w liceum. Byłam „prowodyrką” ucieczki całej klasy na wystawę do Zachęty. Było super i mój obniżony stopień z zachowania. Wydał mnie kolega…

szkolny Bogdan Lanko

Widzę, że w przeciwieństwie do ciebie byłem spokojnym, posłusznym chłopcem

i wzorowym uczniem (śmiech).

Jak skończyłem druga klasę, przenieśliśmy się do Sanoka. Żal było Słupska, plaży

w Ustce czy Mielnie. Żal było przyjaciół, ale za to byliśmy bliżej dziadków i babć, bliżej cioteczek, wujków… Bliżej rodziny… Ale ja już doroślałem. Już miałem swoje zainteresowania. Skończył się wzorowy uczeń. W Sanoku zacząłem chodzić do ogniska muzycznego. Moja ciocia Loncia miała fortepian, mój wujek, brat mamy o dwa lata ode mnie starszy, grał na fortepianie i doszedłem do wniosku, że też chciałbym tak sobie pograć… Grywaliśmy więc na zmianę…  A uczyła mnie wówczas świetna pani pedagog, Zofia Miller. Podczas wojny, żeby nie grała, Niemcy ucięli jej jeden palec. Wirtuozem zostać już nie mogła, ale uczyła znakomicie. I chyba to był taki pierwszy kontakt ze sztuką.

 

Potem to już towarzystwo, w jakim się obracałem. Muzeum sanockie, skansen sanocki, twórczość Beksińskiego i innych artystów plastyków… Poznawanie Bieszczad, chodzenie po lesie… Wszystko to razem nauczyło mnie postrzegania takiego „czystego świata”.

 

Czyli pierwsze fascynacje naturą, dźwiękiem, kolorem… A teatr, będący do dzisiaj Twoją pasją?

Pamiętasz kolędników? Szopki, przebierańców, chodzenie od domu do domu z życzeniami za cukierki? Chodziłem tak po Sanoku

i okolicach z moimi wujkami. W śniegu po kolana. Ba, czasem po pas. Śpiewaliśmy, mówiliśmy wiersze, tańczyliśmy. Szopki każdego roku robiliśmy sami. Taka była tradycja, wspaniała!

No i byłem ministrantem u Ojców Franciszkanów. Bralem udział w Pastorałkach. Potem pojawił się Pan, jak pamiętam, w moim obecnym wieku i zaczął z nami przygotowywać małe przedstawienia. Stworzył takie kółko teatralne z uczniów ze wszystkich szkół.

Dużo się działo. Mieliśmy w liceum zespól „The First”. Graliśmy na wszystkich uroczystościach szkolnych. Grywaliśmy przeboje lat

60-tych na Sylwestrach, na weselach. Czasem zarabiałem więcej od moich rodziców… Miałem też taki szczególny epizod w moim życiu, który jest ze mną do dzisiaj…

Nasze I liceum zmieniało budynek. Przenosiliśmy się ze starej do nowej szkoły. W starej szkole był taki długi korytarz. Tam zawsze było ciemno. Była żarówka, ale nigdy się nie paliła. Wziąłem latarkę i poszedłem sprawdzić, czy jest tam coś ciekawego. Zobaczyłem na ścianie tablicę…. Z nazwiskami absolwentów szkoły, którzy zginęli w Katyniu, zamordowani przez Sowietów. Zawołałem kolegów - musiałem mieć świadków - i poszedłem do dyrektora powiedzieć mu o tej tablicy. Okazało się, że nie wiedzieli o niej. Awantura na 100 fajerek! W efekcie końcowym przynieśli tę tablicę do nowej szkoły z drobną zmianą – zginęli w Katyniu, ale z rąk hitlerowców. Chciałbym doprowadzić do tego, aby kopia tej prawdziwej tablicy pojawiła się w Sanoku przy wejściu do parku, gdzie jest pomnik księdza Peszkowskiego, kapelana rodzin katyńskich. Nawet niedawno prowadziłem kolejne rozmowy na ten temat z dyrektorem Muzeum w Sanoku.

Nie bez znaczenia był też Teatr Telewizji, Kobry… Bardzo dobre spektakle, obsady w sztukach… Byłem urzeczony… Ale do tego wszystkiego dochodziły jeszcze wycieczki do teatrów krakowskich. Pamiętam Teatr Stary i „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego. Grał wtedy Jerzy Trela… Wrażenie ogromne. Nie mogłem dojść do siebie przez parę godzin. Tu „przepadłem” na całe życie. Błysnęło wtedy, że chciałbym wejść na scenę.  No i wszedłem za czas jakiś…

 

Ale chyba nie tak od razu. A może już wiedziałeś, do jakiej szkoły chciałeś uciec przed wojskiem?

Temat chyba nie jest ci obcy, z tym wojskiem…

 

To prawda. Mój brat też uciekał przed wojskiem i również miał znaki zapytania. Dostał się do Akademii Sztuk Pięknych, tak jak chciał. A Ty? Jaką podjąłeś wówczas decyzję?

Nie byłem jeszcze tak dojrzały, nie wiedziałem do końca, czy pójść na uczelnię muzyczną czy teatralną. Wybrałem środek – Studium Kulturalno-Oświatowe w Krośnie, Wydział Choreografii i Tańca.

Jestem dyplomowanym instruktorem tańca towarzyskiego i ludowego. Studiowałem tam dwa lata, ale nie były one zmarnowane. Na samym początku poznałem Grzesia Mermona, który jest z Bóbrki. Nie miałem pojęcia, że taka miejscowość istnieje. Sama nazwa rozśmieszała mnie do łez. Potem okazało się, że Ignacy Łukasiewicz wynalazł lampę naftową, właśnie w tejże Bóbrce, pod Krosnem, gdzie jest jedyny w Polsce Skansen Naftowy. I tam zaczął się tworzyć Zespół Pieśni i Tańca Bobrzanie.

Bogdan Lanko

Bardzo chciał to założyć Antoni Kurek, starszy pan, rozkochany z folklorze podkarpackim. A wspomniany mój przyjaciel Grześ grał na akordeonie. Bardzo dobrze grał… Namawiał mnie – skutecznie zresztą – na przyjazd do Bóbrki, by im pomóc w pracy nad zespołem – Grzesiowi i panu Kurkowi. Pojechałem, zaprzyjaźniłem się z całą Grześkową rodziną, powstała kapela, a potem zaczęła pojawiać się młodzież. I powiem ci – objawienie. Dziewczęta, chłopcy, uzdolnieni tanecznie, głosowo – fantazja. No i powoli zaczęliśmy zakładać wspólnie zespól. Mam nadzieję, że trwa do dzisiaj.

Dobra wiadomość dla Ciebie - zespół istnieje. Część artystyczną

i choreograficzną nadal tworzą instruktorzy zespołu: Andrzej Bałka

i Grzegorz Mermon.

Dziękuję ci, to wspaniała wiadomość! Ja musiałem się odłączyć. Po dwóch latach, po uzyskaniu dyplomu, wojsko nadal na mnie czyhało. Zostawiłem kabaret i pismo „Codzienności” wydawane ze Stasiem Kreisem, gdzie między innymi publikowałem moje poezje. Sporo tego napisałem, chociaż dzisiaj nie wiem, po co i dla kogo. Ale pisałem… Sam jestem ciekawy, co

z tego wyszło… Byłem wtedy bardzo pracowity. Potrafiłem nie spać przez dwie, trzy doby. Kiedyś usnąłem na wykładzie. Chłopcy zabrali mnie na stancję i spałem całą dobę.

No więc… zostawiłem kolegów w Bóbrce i w Krośnie, bo tam było Studium,

i postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej w Krakowie.

Wiesz, muzyka i teatr były dla mnie równoznaczne. Też przenikały się przez siebie. Jeszcze w liceum dostałem do posłuchania od Tomka Beksińskiego płytę Pink Floyd’ów – on miał zawsze nowości muzyczne – i ich muzyka zauroczyła mnie na tyle, że napisałem do niej scenariusz „Znieczulica”

i wystawiliśmy to z koleżankami i kolegami w Sanoku. Sukces ogromny. Sporo było takich poczynań szkolnych…

Wracamy jednak do Krakowa.

Dostałem się – na pół roku.

Bogdan Lanko

Zrezygnowałeś?

Nie! Ze mnie zrezygnowano. Podobno nie nadążałem za studentami i miałem zbyt wystające zęby (śmiech), chociaż miałem wtedy jedną z najwyższych średnich na roku. 

A wykładowcy byli świetni - Ewa Lassek od wiersza, Jerzy Radziwiłowicz od prozy… i wielu innych. Jurek mieszkał wtedy w bloku tak zwanym artystycznym. Pomysły artyści mieli przednie, jak wiesz… Jurek z Adamem Zagajewskim i innymi organizowali kolędowanie, ale nie chciało im się chodzić od mieszkania do mieszkania, tylko jeździli windą… Kolędowanie na całego, wciągali cały blok.

Po pól roku musiałem odejść, ale utrzymywałem kontakty ze wszystkimi z roku. Lubimy się do dzisiaj.

W Krakowie byłem w roku wyboru Karola Wojtyły na papieża. A przecież wszyscy ze szkoły teatralnej go znali. To był szał radości!

Dostałem list polecający od Zosi Więcławówny do Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Zostałem przyjęty na staż na trzy miesiące. Miałem „metę” u Bogusia Graczyka z krakowskiego roku, ale… trzeba było z czegoś żyć. Poszukiwania skończyły się angażem w teatrze „Kalambur” jako choreograf i statysta-aktor.

 

Podparty halabardnik?

Różnie bywało (śmiech z błyskiem w oku), ale fajnie. Zaprzyjaźniłem się z teatrem Grotowskiego, przeżywałem z wrocławianami Festiwal Teatru Otwartego, organizowanego pod kierownictwem Bogusia Litwińca. To w ogóle był jego pomysł. Doskonały. Cały Wrocław żył wtedy teatrem ulicznym. Coś niesamowitego! Przyjeżdżały teatry z całego świata!

Do tego – z pewnością pamiętasz – Konfrontacje Filmowe.

Bogdan Lanko

O tak, bardzo dobre filmy, zainteresowanie ogromne bez względu na czas pokazów. Zwalniano się z pracy… Seanse nocne… Świetny czas…  

No właśnie… i dyskutowano, wymieniano poglądy, była ciekawość. Pamiętam „Lot nad kukułczym gniazdem”

z Nicholsonem. Poza Konfrontacjami byśmy tego nie obejrzeli. Wtedy zrozumiałem, po wyjściu z kina, że przecież żyję w tym zwariowanym świecie. Obserwowałem ludzi i zrozumiałem, jak film może zadziałać na ludzką wrażliwość. Konfrontacje nam uświadamiały, jak bardzo jesteśmy odizolowani. Odczuwałem to osobiście. „Kalambur” wyjeżdżał do Francji, Anglii oraz innych krajów zza żelaznej kurtyny na tournée. Ja nie – nie dostawałem paszportu. Bo moja mama ze Stefanem, moim młodszym bratem, była w Stanach.

Zdawałem do wrocławskiej szkoły teatralnej – nie dostałem się. W sumie po dwóch latach pracy w teatrze zdawałem do PWSFTviT imienia Leona Schillera w Łodzi… Udało się, zostałem przyjęty. I co się okazało – miałem wykładowców z Krakowa. Był rok 1980. Za chwilę stan wojenny…

Uczyliśmy się, strajkowaliśmy, ale i graliśmy w teatrze, głównie w teatrze imienia Stefana Jaracza, również w teatrze „7.15” w Łodzi. Pamiętam, jak graliśmy „Pastorałkę” Schillera, a tu stan wojenny… zawieszone próby, przedstawienia… Zima… straszny czas. Nie chcę o tym wspominać, to ciągle zbyt trudne… Powinniśmy sobie zapisać w pamiętnikach, by nie zapomnieć.

Nadszedł rok 1984. I znowu pytanie… Co dalej? Odnowiono wówczas nowy teatr w Częstochowie. Pełna nowoczesność, komputery, obrotowa scena… Decyzja – jedziemy do Częstochowy. Zrobiliśmy spektakl dyplomowy, a potem jeździłem do Częstochowy na próby

z Grażynką Błęcką.

Bardzo chciałem wyjechać chociaż na chwilę. Na trzy miesiące. Chciałem coś przywieźć narzeczonej… Pojechałem po paszport. A oni - że nie wrócę, więc paszportu nie dadzą. Przekonałem ich w końcu, że za trzy miesiące mam egzamin magisterski. W rezultacie dali mi paszport. Tego samego dnia dostałem wizę, pojechałem do Łodzi i obroniłem pracę magisterską, w końcu kupiłem bilet - $360

w obie strony – i wyjechałem do Stanów. Wszystko w ciągu jednego dnia - tak się bałem, że mnie zawrócą!

 

Nie zawrócili. Spotkał się po latach z mamą Aleksandrą i bratem na nowojorskim lotnisku.  Światła samochodów na ulicach układały się w flagę biało-czerwoną. Łzy szczęścia i niedowierzania… Rumunia, jedyny kraj, do którego mógł wyjechać na wycieczkę z kolegami – i został tam okradziony – powoli odchodził w niepamięć. Została też w tyle Częstochowa z odnowionym teatrem, próby do sztuki, narzeczona czekająca na powrót i obiecany prezent...  (zdjęcia w tekście: prywatna kolekcja - dziękujemy za udostępnienie;  rozmawiała Anna Czerwińska – ciąg dalszy nastąpi)

muzyka  

październik '23 (14)

partytura

Jest jak panienka z dobrego domu, która płata figle, składając przy tym obowiązkowo ręce w małdrzyk

i usta w ciup.
Wyobrażam sobie, że gdyby żyła na przełomie XIX i XX wieku, to niejedna falbanka

z jej tiulowej sukienki zwisałaby zupełnie nieprzystojnie, zaś barwa tkaniny odbiegałaby daleko od pierwotnej.

I zapewne „dygnęłaby” na powitanie.

marta_ptaszynska

Marta Ptaszyńska , kompozytorka, perkusistka i pedagog / Fot. Andrzej Rybczyński / domena publiczna

Baronowa
perkusji i kompozycji

EWA FIGURSKI

marta_ptaszynska 2
marta_ptaszynska 6
marta_ptaszynska 3

Umawiamy się na spotkanie w holu chicagowskiej filharmonii.
Niewysoka, drobna. Mocny uścisk dłoni. A w oczach – jak mawiała moja babcia - figliki.
Decydujemy się na kawiarnię nieopodal filharmonii. Wieje. Jak to

w Chicago.

- Nie lubię wiatru. Kiedy nadciąga zimno mam ochotę schować się, najchętniej w Nowym Meksyku. I tęsknię za Kalifornią. To był piękny czas w naszym życiu. University of California, Berkeley, a w moim ogrodzie kwitły róże. San Francisco ma dla mnie najlepszy klimat, najlepszą temperaturę.

Urodziła się w Warszawie, brat we Wrocławiu, dokąd zaraz po wojnie oddelegowano ich ojca, inżyniera, z zadaniem projektowania mostów.

- Cały Dolny Śląsk leżał wówczas w gruzach. Tata piechotą szedł

z Katowic do Wrocławia! Kolejarze bali się chodzić, bo wszystko było zaminowane, a on szedł. Kiedyś zabrał mnie na przegląd jakiegoś mostu, jechaliśmy samochodem, nagle krzyknął, żebym się położyła na podłodze - sowieci do nas strzelali! Brat skończył warszawską ASP, później zajął się scenografią, a jeszcze później musiał odejść z zawodu, bo groziła mu śmierć z zatrucia farbami. Takie to były czasy.

Zamawiamy herbatę. I ciacha.

- Tata grał na fortepianie, skrzypcach, komponował, robił aranżacje kolęd dla wrocławskiego, świeżo założonego, chóru. Ale dziadek nie chciał, żeby jego syn został muzykiem. Uważało się wtedy, że muzyk to nie zawód.

Uśmiecham się. Zresztą, rozmawiając z Martą Ptaszyńską nie daje się nie uśmiechać. Tyle w niej radości, w oczach filuterne ogniki przeradzające się – kiedy zaczyna mówić o muzyce – w fontanny iskier.

- Pewien profesor muzyki przychodził do rodziców na brydża, ja, kilkulatka, siadałam wówczas do pianina i grałam swoje kompozycje, lubiłam improwizować. Profesor powiedział rodzicom, że powinnam grać. Pojawiła się nauczycielka muzyki, która uczyła mnie grania z nut, co bardzo mi się nie podobało. Poprosiłam ją, żeby coś zagrała. Zapamiętałam zagrany utwór i bezbłędnie odtworzyłam. Ale na drugi dzień już go nie pamiętałam.

Na poważnie zaczęła pobierać nauki w tej materii mając osiem lat. Skończyła liceum muzyczne w klasie fortepianu i perkusji.

- Wybór dodatkowego instrumentu w postaci perkusji zawdzięczam profesorowi Mikołajowi Stasiniewiczowi. To była indywidualność!
Uciekł z Rosji w czasie rewolucji. Był perkusistą w St. Petersburgu, grał pod batutą samego Czajkowskiego i Rimskiego-Korsakowa! Do tego posiadał niesamowitą wiedzę i doświadczenie życiowe. Miał fenomenalnego, tak zwanego, czuja. Każdy, kto wyszedł spod jego skrzydeł, zrobił karierę.
Kiedy w 1956 roku zespół Filharmonii Narodowej przyjechał na koncerty do Nowego Jorku, do Stasiniewicza przyszli wszyscy ówcześni perkusiści nowojorskiej filharmonii prosząc, żeby pokazał jak gra na talerzach, bo nikt, dosłownie nikt, nie potrafił zagrać tak jak on. A kiedy ja go pytałam, jak to robi, odpowiadał z tym swoim wschodnim zaciąganiem: - nuuuu, Marteczka, eta tak prosto! I bum! – w talerze!
Wspaniały człowiek. Wspaniały muzyk. Uwielbiałam jego lekcje. Nie ja jedna zresztą. To były bardzo popularne zajęcia, bo on wszystkich uczył od razu. Każda lekcja była jak koncert. Każdy z nas siedział i słuchał jak inny gra. To nam dało odwagę i siłę do późniejszego grania prawdziwych koncertów. Taka zaprawa, trening przed właściwą rozgrywką. To był mądry człowiek. Pamiętam lekcję, podczas której jeden z uczniów ciągle przerywał granie wstrzymując w ten sposób nas 
wszystkich. Profesor zapytał co się dzieje? Uczeń odpowiedział, że nie widzi nut. Stasiniewicz niewiele myśląc wyjął z kieszeni banknot i – stając w pewnej odległości - kazał mu podać nominał, co ten oczywiście natychmiast uczynił.

W odpowiedzi usłyszał gromkie: - a, to pieniądze widzisz a nut niet?! Życiowy był z niego człowiek. Pytany o to, w jaki sposób zagrać odpowiadał, że nieważne jak, ważne żeby zagrać dobrze, znaleźć sposób 
na wydobycie najlepszego dźwięku
.

Ciekawa jestem, czy ta relacja, czyli mistrz-uczeń została przełożona przez Martę Ptaszyńską na kontakty z jej późniejszymi studentami, doktorantami w przecież najlepszym w Stanach Zjednoczonych departamencie kompozycji. A ma doktorantów z różnych stron świata. Polak, Chińczyk, Koreanka, Turczynka, Kanadyjczyk, Amerykanin z Kalifornii.

- Staram się... Chyba z dobrym skutkiem. Przyjmuję niewielu doktorantów - sześciu, siedmiu, choć był rok kiedy miałam dziesięciu. Zżywam się z nimi i duma mnie rozpiera, kiedy koszą kolejne wielkie nagrody – pani profesor zaciera ręce niczym Chłopiec z Placu Broni. Na przykład David Gordon dostał Grammy Award w muzyce klasycznej, kolejny mój student otrzymał II nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Kompozytorskim w Amsterdamie i został przyjęty – jako jeden z trzech z całej Ameryki – do Aspen Music Festival, rok wcześniej dostał się tam mój poprzedni student, Chińczyk, Chen Yao. Prowadzę z nimi indywidualne zajęcia. To takie ekskluzywne uczenie – jeden do jednego.

Profesor Ptaszyńska czytając nuty słyszy dźwięki. Słyszy muzykę. Przed oczami partytura przygotowana przez doktoranta, i od razu płynie informacja, co jest do poprawienia. Zadziwiająca umiejętność. A może wrodzona właściwość?

- Nie, nie urodziłam się z tym – śmieje się. To nabyte, wyćwiczone. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dostałam się do Paryża – w związku ze stypendium rządu francuskiego – na studia kompozytorskie u wielkiej Nadii Boulanger, która twierdziła, że kompozytor powinien słyszeć zapis nutowy podczas czytania. I nauczyła mnie tego. Długie to i mozolne ćwiczenia. Rzecz polega na tym, że bierze się dość znaną partyturę, czyta się ją starając jednocześnie usłyszeć dźwięki, następnie włącza się płytę i sprawdza, nuta po nucie, czy czytając dobrze usłyszeliśmy. Jeżeli jest różnica, powtarzamy ćwiczenie raz jeszcze i jeszcze, aż do skutku. Takie ćwiczenia robione latami procentują. Moi studenci też ćwiczą – podkreśla z dumą.

Marta Ptaszyńska mówi dużo i szybko. Mam wrażenie, że jej myśli są o dobre trzy zdania z przodu niż te, które właśnie wypowiada. Gdybym miała określić ją którymś z muzycznych terminów, to pierwsze przychodzi mi do głowy – staccato... Ale ponieważ tak bliska jest jej perkusja, więc może bardziej właściwe byłoby – tremolo... Sama nie wiem.
Ale kiedy zapytałam gdzie czuje muzykę – zamilkła, zamyśliła się, popatrzyła przeze mnie, przez kawiarnianych gości siedzących za mną, i wolno, legato, odpowiedziała: - muzykę czuje się w głowie i w emocjach.
W duszy najbardziej się czuje, wewnątrz siebie. Taaak, to moja dusza słyszy i czuje muzykę. Właściwie nie wiem gdzie ona, ta dusza, jest... I z powrotem staccato: - Ale to przecież nieważne gdzie dokładnie dusza
jest. Ważne, że jest!

Najczęściej komponuje z powodu... fascynacji czymś. Tekstem, fabułą, malarstwem, wydarzeniem. Jeżeli dostaje zlecenie na napisanie konkretnego utworu, sama szuka fascynacji, bo bez tego ani rusz.

- Myślę dźwiękiem. Widzę obraz i słyszę go dźwiękowo. Mnóstwo rzeczy przekłada mi się na dźwięk.

- Ludzie też? – pytam.

- Nie, ludzie nie. Nie są dla mnie durowi bądź molowi.

Marta Ptaszyńska poprosiła kiedyś Agnieszkę Osiecką o napisanie libretta do opery dla dzieci, był rok 1998. W ten sposób powstał „Pan Marimba” – grany do dzisiaj. 
Po sukcesie „Pana Marimby” Opera Narodowa zamówiła u kompozytorki kolejny utwór operowy dla dzieci. W tym przypadku inspiracją stała się powieść Gianniego Rodari, według której Marta Ptaszyńska sama opracowała libretto.

- Pewien chłopiec o wielkim głosie trafia do kraju rządzonego przez pirata, który wprowadza prawo o powszechnie obowiązującym
kłamstwie. Głównym bohaterem tej opery jest muzyka, która potrafi 
przywrócić prawdę. To idealistyczne, ale przecież coś w tym jest. Muzyka nie kłamie. Nie mogłabym bez niej żyć.

Kiedy jest w trakcie komponowania - nie słucha niczego, bo nie chce się rozpraszać. Poza tym ciągle żyją w niej jakieś dźwięki. Sam proces zapisania nut na pięciolinii trwa niedługo – operę potrafiła napisać w dziesięć tygodni!

- Nie mogłam spać, bo ciągle słyszałam muzykę. Wstawałam w nocy usiłując te dźwięki z siebie wydobyć. Czekałam aż całość ułoży się w mojej głowie, aż usłyszę brzmienie całości, i kiedy skończyłam pisać – przestałam słyszeć, jak gdybym odłączyła się.
Hmm, może kiedyś ktoś zbada mózg w takiej fazie.

Marta Ptaszyńska czuje się obywatelem świata, ale ciągle jeździ do Polski, bo tam ładuje akumulatory potrzebne do życia.

- Czasami mam wrażenie, że jestem jak wtyczka, a kontakt z którego płynie prąd jest w Polsce.

Po liceum muzycznym studiowała w warszawskiej Wyższej Szkole Muzycznej (dzisiejsza Akademia Muzyczna) teorię muzyki

i kompozycję, w Poznaniu zaś perkusję. Doktorat zrobiła w USA w ciągu zaledwie dwóch lat. Jeden z jej wykładowców, prof. Śledziński powiedział, że przed wojną za te trzy magisteria w Austrii dostałaby tytuł baronowej.

Pod koniec lipca tego roku skończyła 80 lat. 

- Pomyślałam sobie, że to niedobrze dożyć osiemdziesięciu lat. Za dużo zamieszania, bałaganu... Jestem skromną osobą i nie dla mnie są  takie celebracje. Urodziny obchodzę od marca. Najpierw filharmonia kielecka, potem warszawska... I to jeszcze nie koniec, bo w październiku i listopadzie będą jeszcze w Stanach dwa prawykonania: I koncertu fletowego i zagra Cleveland Chamber Orchestra, a do tego wykłady i pogadanki. Drugi jest w przygotowaniu na listopad wielki koncert na saksofony i fortepian... Mam nadzieję, ze to już końcówka tego szaleństwa, przez które muszę jakoś przebrnąć.

Dołączamy do wszystkich życzeń bez fajerwerków, zgodnie z prośbą jubilatki. Jednak z ogromną dozą serdeczności, szacunku

i podziwu.

muzyka  

październik '23 (14)

Bjork

Numer z Björk

MAŁGORZATA I. NIEMCZYÑSKA

1

Pierwszą płytę wydała w wieku 12 lat.

W szkole muzycznej uchodziła za geniuszkę, chociaż niepokorną. Przyszła raz na lekcje w samym prześcieradle. Wycięła w nim otwór na głowę, bo gdy się obudziła, nie chciało jej się ubrać. Lubiła biegać

z zamkniętymi oczami po ulicach – do czasu bolesnego zderzenia z latarnią. Potrafiła przez trzy dni jeść tylko banany, a jej idolem był Albert Einstein.​

Matka wiele z tych anegdot

z dzieciństwa w Islandii dementowała, ale sama była nader ekscentryczna. Kiedy 21 listopada 1965 r. urodziła Björk (czyli Brzozę), nie miała jeszcze 20 lat. Z mężem wkrótce się rozstała. Dziecko dorastało z nią w komunie hipisowskiej w otoczeniu artystów, czasem tylko odwiedzając dom ojca (konserwatywny) i babci (przytulny).

Później matka artystki zajęła się aikido i homeopatią. Zakochała się

w indiańskim wodzu i zamieszkała z nim w wigwamie w Kalifornii.

2

„Świat jest pełen dentystów, którzy chcieliby być kierowcami rajdowymi, i kierowców rajdowych, którzy marzą o stomatologii. A ja jestem piosenkarką, chcę być piosenkarką i tego będę się trzymać" – mawia Björk.

Jako nastolatka patroszyła ryby w przetwórni, roznosiła gazety i kontrolowała czystość butelek w rozlewni coca-coli, przy czym zresztą najczęściej zasypiała. Ale już wtedy grała – najpierw na perkusji – i śpiewała w zespołach.

Z grupami Tappi Tikarrass, KUKL czy Sugarcubes dawała koncerty dla 50 osób, piła dużo wódki i absyntu, trafiła do aresztu za wybicie okien w dyskotece, podkradała benzynę zaparkowanym samochodom i wyjadała kostki cukru w kawiarniach, kiedy już nie mieli na jedzenie.

W tym czasie pokochała książkę „Historia oka" Georges’a Bataille’a, brutalną i ocierającą się o pornografię, i wytatuowała sobie na ramieniu kompas. W wieku lat 20 urodziła syna (pierwsze z dwójki swoich dzieci).

3

Przeprowadzka do Londynu i początek kariery solowej. Przełom nastąpił w 1993 r. „»Debut« jest jak masturbacja. Na tej płycie zabawiam się sama ze sobą i ze swoimi uczuciami" – mówiła o krążku, z którego pochodzą m.in. „Venus as a Boy" czy „Big Time Sensuality". Płyta „Post" przyniosła kolejne hity: „Army of Me" czy „It’s Oh So Quiet".

Björk przeszła drogę od punk rocka do elektroniki, ale od komercji się odżegnywała. Nie chciała kontraktu z Pepsi, była niechętna współpracy z Madonną – ostatecznie napisała jej jedną piosenkę.

I tak została gwiazdą. Niekoniecznie jej się to podobało. Na lotnisku w Bangkoku pobiła dziennikarkę (synek miał jej powiedzieć, że fajnie, ale mogła najpierw przyłożyć kamerzyście – nie nagrałby jej i nie byłoby skandalu). Psychofan próbował wysłać jej bombę. Wyprowadziła się po tym z Londynu, dziś mieszka w Nowym Jorku.

Björk przeszła drogę od punk rocka do elektroniki, ale od komercji się odżegnywała. Nie chciała kontraktu z Pepsi, była niechętna współpracy z Madonną – ostatecznie napisała jej jedną piosenkę.

4

Wystąpiła w kilku filmach, ale chyba po wsze czasy kojarzyć się będzie z jednym. Lars von Trier chciał najpierw, by napisała do „Tańcząc w ciemnościach" muzykę. Odtwórczynię roli Selmy, ślepnącej czeskiej emigrantki, zobaczyć miał w niej po obejrzeniu teledysku do „It’s Oh So Quiet" i – cóż, takie są fakty – nagrania incydentu w Bangkoku.

Na planie pozostawali w ciągłym konflikcie. Björk broniła swojej bohaterki, chciała jej postać pogłębić, von Trier postrzegał ją bardziej stereotypowo. Kłótnie okazały się twórcze. Film z pogranicza dramatu i musicalu zdobył Złotą Palmę w Cannes, Björk – nagrodę dla najlepszej aktorki. Muzykę wyróżniono nominacją do Oscara.

5

Czasem mówi o sobie np., że w połowie jest elfem. Że mogłaby uprawiać seks trzy razy dziennie i że jej ulubiony napój to każdy alkohol. Albo opowiada sny, w których jest nagim Paulem Newmanem, próbującym zastrzelić Steve’a McQueena.

„To, co ludzie o mnie wiedzą, może wprawiać w zakłopotanie, ale najbardziej mnie cieszy, że tego, czego nie wiedzą, jest znacznie więcej" – zaznacza mimo wszystko.

Björk ma dziś na koncie ponad dziesięć autorskich albumów. Ostatni z nich to wydany pod koniec 2022 r. „Fossora", z którym wyruszyła w trasę (w listopadzie zagra w Krakowie). Wciąż eksperymentuje. 20 lat temu mówiła: „Posuwanie się w latach jest interesujące, bo jestem coraz lepsza w tym, co robię, zwłaszcza pod względem warsztatowym. Wszystko przed sześćdziesiątką to tylko próba".

Wkrótce skończy 58 lat. Za dwa dopiero nam pokaże?     (Książki)

„Posuwanie się

w latach jest interesujące, bo jestem coraz lepsza w tym, co robię, zwłaszcza pod względem warsztatowym. Wszystko przed sześćdziesiątką to tylko próba".

muzyka  

październik '23 (14)

„Nothing Compares 2 U” pozostanie tylko w nagraniach

Jak podaje „The Irish Times”, 26 lipca 2023 roku zmarła irlandzka piosenkarka Sinead O’Connor. Najbardziej zapamiętana zostanie dzięki swojej interpretacji przeboju Prince’a „Nothing Compares 2U”.

Muzyką zainteresowała się mając 15 lat. Wcześniejsze burzliwe życie w nie najciekawszych warunkach, wagarowanie i kradzieże, zamknęły ją w końcu w domu poprawczym. Tam ujawniła się nowa pasja, połączona z talentem – muzyka, która stała się jednocześnie odskocznią, sposobem na przekazanie swoich przemyśleń, odczuć, skutków …

Pierwszy znaczący sukces odniosła już pod koniec lat 80. publikując debiutancką płytę "The Lion and the Cobra".

O swoich problemach zdrowotnych (choroba afektywna dwubiegunowa), próbie samobójczej i proteście przeciwko wykorzystywaniu dzieci opowiedziała publicznie w 2007 roku w programie „The Oprah Winfrey Show”.

Stan zdrowia Sinead znacznie pogorszył się przed rokiem, po śmierci jej syna Shane’a. O nim pisała po raz ostatni na Twitterze:

„Od tego czasu żyję jak nieumarłe nocne stworzenie. Był miłością mojego życia, lampą mojej duszy.”

muzyka  

październik '23 (14)

Przez ponad miesiąc na scenach ukrytych pośród trydenckich szczytów, na wysokościach ponad 2000 m n. p. m., rozbrzmiewała muzyka na żywo.

Festiwale w Dolomitach mają długą tradycję i cieszą się coraz większą popularnością. Od 28 lat na przełomie lata i jesieni, pod skalistymi ścianami Dolomitów, wpisanymi na listę światowego dziedzictwa UNESCO, pośród widoków zapierających dech w piersiach, muzyka na żywo potęguje doznania turystów obcujących z dziką przyrodą

i majestatem gór.

Podczas koncertów można usłyszeć jazz, folklor, rock a także interpretacje utworów z repertuaru muzyki klasycznej.
Muzyka grana przez wspinajacych się z instrumentami muzyków rozbrzmiewa w malowniczej górskiej scenerii włoskiego regionu Trentino,

w miejscach, do których publiczność również musi dotrzeć pieszo. Wysiłek wspinaczki tylko zwielokrotnia unikalność doświadczenia jakim jest słuchanie muzyki na żywo w naturalnej scenerii gór.

Dolomity

Festiwal muzyczny Sounds of the Dolomites

Fot.:  Daniele Lira / materiały prasowe

Dolomity

Nowością w tegorocznej edycji były udogodnienia dla osób z niepełnosprawnością słuchową. Dzięki technologii „subpacs” (dotykowe systemy audio) osoby niedosłyszące, również będą mogły „wysłuchać” koncertów w niepowtarzalnej górskiej scenerii.

1 września na Col Margherita w Dolomitach Fassa na wysokości 2500 m n.p.m. wystąpiła wiolonczelista Mario Brunello w towarzystwie Polish Cello Quartet, który skupia czterech czołowych polskich wiolonczelistów młodego pokolenia.

Fot.:  Daniele Lira / materiały prasowe

Niezwykłość tego koncertu polegała nie tylko na polskim akcencie, ale przede wszystkim na tym, że występ ten odbył się o wschodzie słońca i zainaugurował obecność muzyki klasycznej w repertuarze tegorocznego festiwalu.

XXVIII edycja festiwalu trwała od 23 sierpnia do 1 października 2023 roku Koncerty były bezpłatne i dostępne dla każdego, kto podjął trud dotarcia do ukrytych pośród trydenckich szczytów scen.

kino 

październik '23 (14)

Kochanica króla Jeanne du Barry

ALINA ERT-EBERT

KOCHANICA-KROLA

Kadr z filmu Kochanica króla Jeanne du Barry / foto.: materiały prasowe

KOCHANICA-KROLA_08

Kadr z filmu Kochanica króla Jeanne du Barry / foto.: materiały prasowe

KOCHANICA-KROLA_21

Kadr z filmu Kochanica króla Jeanne du Barry / foto.: materiały prasowe

KOCHANICA-KROLA_03

Kadr z filmu Kochanica króla Jeanne du Barry / foto.: materiały prasowe

Żeby zapalić – trzeba samemu płonąć. To powiedzenie jak ulał pasuje do Maïwenn, zafascynowanej osobowością Jeanne du Barry – osiemnastowiecznej kurtyzany, która została metresą króla Francji Ludwika XV. Maïwenn (francuska aktorka i reżyserka) przeczytała o hrabinie du Barry wszystko, co było dostępne. Sama napisała scenariusz; pisała go trzy lata. Jak mówiła w wywiadach, czuła się tak związana z tytułową bohaterką, że nie mogłaby powierzyć zagrania tej postaci innej aktorce. Byłoby to dla niej, cytuję, „zbyt bolesne”.

W roli Ludwika XV na początku widziała konkretnego francuskiego aktora, ale on nie był zainteresowany, nie chciał nawet przeczytać scenariusza. Inny francuski aktor, który przyjął rolę, nagle z niej zrezygnował z powodów zdrowotnych. Za radą znajomej, Maïwenn wytypowała trzech aktorów z kina światowego najlepiej odpowiadających jej wizji Ludwika XV w Kochanicy króla. Nie oglądała się ani na narodowość, ani na barierę językową. Najpierw zwróciła się do «numeru drugiego» na swojej liście, bo wydawał się być najbardziej w zasięgu możliwości finansowych produkcji filmu. Po dwóch miesiącach

z agencji reprezentującej tego aktora, nadeszła odpowiedź odmowna. Nie robiąc sobie nadziei, głównie po to, żeby mieć poczucie, że zrobiła wszystko, co mogła – uderzyła bezpośrednio do «numeru pierwszego», którym był Johnny Deep. Kiedy się z nim spotkała, zgodził się bez wahania.
Udział we francuskim filmie gwiazdora kina amerykańskiego, w dodatku dawno niewidzianego na dużym ekranie, a priori gwarantuje zainteresowanie widzów. Ale sam Depp, który rzeczywiście świetnie zagrał, i to w języku francuskim (nienagannie wyszlifował wszystkie kwestie, które wypowiada

w filmie) nie zapewniłby sukcesu temu filmowi. Zawdzięcza go on przede wszystkim talentowi, entuzjazmowi, a także urodzie i temperamentowi Maïwenn. W Kochanicy króla nie można od niej oderwać oczu. Wydaje się niezastąpioną odtwórczynią Jeanne du Barry.

Można powiedzieć, że Kochanica króla Jeanne du Barry jest filmem o pięknej, wzajemnej miłości.

W istocie to opowieść o kobiecie z charakterem, zawsze wiernej sobie. Oś fabularna rozciąga się od jej dzieciństwa do przedwczesnej śmierci.
Jeanne du Barry wiele zawdzięczała w życiu nie tylko swojej urodzie, ale przede wszystkim inteligencji. Na tyle, na ile było to możliwe w tamtej epoce, łamała zasady krępujące wolność kobiety. To portret budzącej sympatię emancypantki. Temat bardzo na czasie.
Niezależnie od fabuły, to uczta dla oczu. Niektóre kadry przypominają osiemnastowieczne obrazy. Operator mistrzowsko grał światłem. Część zdjęć nakręcono we wnętrzach i plenerach Wersalu. Przyjemnością samą w sobie jest patrzenie na kostiumy. Nad wieloma z nich miał pieczę dom mody Chanel.
Wszystkie sceny miłosne są ujmująco subtelne, co na tle wyuzdania w dzisiejszym kinie jest rzadkością,

i tym bardziej staje się piękne. To trzeba zobaczyć!

(Segregator)

kino  

październik '23 (14)

"Zielona granica" Agnieszki Holland

nagroda specjalna jury w konkursie głównym 80. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji

 

 

Już po pierwszych weneckich pokazach "Zielona granica" wymieniana była wśród najważniejszych obrazów tegorocznej edycji festiwalu. Wenecka publiczność nagrodziła film Agnieszki Holland trwającą piętnaście minut owacją na stojąco, a krytycy nie szczędzili komplementów tej opowieści o migracyjnym kryzysie rozgrywającym się w ostatnich latach na polsko-białoruskiej granicy.

"Zielona granica" zachwyca krytyków

Leslie Felperine z "Hollywood Reporter" nawiązując do słynnej frazy legendarnego krytyka Rogera Eberta, nazywała film polskiej reżyserki "maszyną do wzbudzania empatii", Damon Wise z "Deadline" określał "Zieloną granicę" "humanitarnym arcydziełem"

i "wstrząsającą wizją kryzysu uchodźczego", a Peter Bradshaw z "Guardiana" przyznawał mu cztery gwiazdki, nazywając go "ważnym świadectwem tego, co dzieje się dziś w Europie".

Film komplementowali także polscy krytycy. Małgorzata Steciak w Gazeta.pl wskazywała, że "to film, który ogląda się ze ściśniętym żołądkiem, przełykając łzy", a Jakub Popielecki z Filmwebu pisał m.in.:

Kamera Holland wychodzi poza "strefę wyjątkową", nie ogranicza się do perspektywy uchodźców. Reżyserka uruchamia bohatera zbiorowego, otwiera wachlarz postaw i zaczyna cieniować: widzimy mniej lub bardziej radykalny aktywizm, widzimy hipokryzję

i wygodnictwo, widzimy okrucieństwo i oportunizm, widzimy wahanie i dylematy.

Odbierając wenecką nagrodę, Agnieszka Holland mówiła ze sceny, że "To nie był prosty film do zrobienia". Istotnie, jeszcze w trakcie realizacji zdjęć "Zielona granica" budziła spore kontrowersje. Głównie za sprawą tematu kryzysu migracyjnego, który podejmuje

w swoim obrazie polska reżyserka, a który silnie dzieli nie tylko polskie społeczeństwo.

Scenariusz "Zielonej granicy" jest dziełem Agnieszki Holland, Macieja Pisuka i Gabrieli Łazarkiewicz-Sieczko. Autorem zdjęć jest Tomasz Naumiuk, a w obsadzie znaleźli się m.in. Maja Ostaszewska, Tomasz Włosok, Piotr Stramowski, Maciej Stuhr, Jaśmina Polak, Magdalena Popławska, Marta Stalmierska i Agata Kulesza, którym towarzyszyli zagraniczni aktorzy – Jalal Altawil, Behi Djanati Atai, Mohamad Al Rashi, Dalia Naous i Joely Mbundu.

Lanthimos ze Złotym Lwem

Weneckiego Złotego Lwa dla najlepszego filmu festiwalu zdobyły "Biedne istoty" Yorgosa Lanthimosa.

To niesamowita opowieść o ewolucji Belli Baxter (Emma Stone), młodej kobiety, która zostaje przywrócona do życia przez genialnego i niekonwencjonalnego naukowca, doktora Godwina Baxtera (Willem Dafoe). Pod jego opieką Bella chętnie uczy się wszystkiego od nowa, ale chce też doświadczyć pełni życia. W poszukiwaniu nowych doznań wyrusza w burzliwą i pełną przygód podróż przez kontynenty w towarzystwie sprytnego i rozpustnego prawnika, Duncana Wedderburna (Mark Ruffalo). Wolna od uprzedzeń swoich czasów, Bella z determinacją dąży do celu, jakim jest walka o równość i niezależność. 

Wśród filmów wyróżnionych przez jury pod przewodnictwem Damiena Chazelle'a ("La La Land") znalazły się także "Evil Does Not Exist" Ryusuke Hamaguchiego, "El Conde" Pablo Larraina i "Io Capitano" Matteo Garrone. Nagrodę dla najlepszej aktorki zdobyła Cailee Spaena za "Priscillę", a laury dla najlepszego aktora przypadły Peterowi Saarsgardowi za "Memory". Za debiut aktorski nagrodzona została Seydou Sarra za rolę w filmie "Io Capitano".

Wyróżniony przez jury film Agnieszki Holland był jedną z dwóch polskich produkcji w Konkursie Głównym – o Złotego Lwa rywalizowała także "Kobieta z…" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta.

80. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji odbywał się w dniach 30 sierpnia-9 września 2023 roku.     (FilmWeb)

Agnieszka Holland o "Zielonej granicy"

AGNIESZKA HOLLAND

KARINA JAWORSKA

Reżyserka ustosunkowała się do oskarżeń rządzących, według których film jest "antypolski".

- Mną nie kierował kalendarz wyborczy, a kalendarz festiwali filmowych - podkreśliła.

- Opowiadam o tym, co zdarzyło się i co się dzieje na granicy białorusko-polskiej o sprowokowanym przez Łukaszenkę i Putina korytarzu uchodźczym, który został otworzony i który spowodował wiele zamieszania w naszym życiu - powiedziała Agnieszka Holland.
- To jest na pewno film o dobrych aktywistach, oczywiście aktywiści nie są aniołami, zachowują się według etosu, który jest nam bardzo bliski cośmy pokazali na ukraińskiej granicy, w taki sposób samarytański - dodała. 

Reżyserka odniosła się także do pracy i postawy strażników granicznych, podkreśliła, że są osobami "tragicznymi". 

- Pogranicznicy są w naszym filmie osobami chyba najbardziej tragicznymi. To są normalni ludzie, którzy też chcą się realizować, żyć, mają rodzinę, dzieci, ambicję, mają poczucie, że spełniają misję, służbę i nagle są konfrontowani z rozkazami, których się nie spodziewali i nie umieją sobie z tym poradzić - stwierdziła Holland podczas wywiadu. 

Film spotkał się z krytyką obozu rządzącego. Wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Błażej Poboży zapowiedział, że przed filmem ma być puszczany specjalny spot przygotowany przez jego resort. 

- Szczerze mówiąc to jest humorystyczne. Władza obecna ma ogromne środki przekazu i nagle chcą jeszcze coś przed tym filmem wepchnąć, ale nie mogą tego zrobić bez zgody kin. Jeżeli widzowie pójdą na ten film do kina, szczególnie studyjnego i zobaczą taki spot, to przecież wyśmieją, zaczną gwizdać - przekazała reżyserka. 

- Mną nie kierował kalendarz wyborczy, a kalendarz festiwali filmowych - podkreśliła. 

"Zielona granica" jest filmem fabularnym.  Jeśli chodzi o fakty to wszystkie są prawdziwe, udokumentowane - podała Holland. 


Przekazała, że za każdą prawdziwą sceną stoją przynajmniej dwa źródła dokumentujące dane zdarzenie. Stwierdziła, że film jest autentyczny, dlatego silnie oddziałuje na emocje.  


- Myślę, że to film dla każdego. Może ludzie wychodzą zapłakani, ale z takim poczuciem jakiegoś sensu, wspólnoty - dodała.  
 

poezja 

październik '23 (14)

Każdy jest poetą... (Edward Stachura)

Na prośbę naszych Czytelników otwieramy kącik poetycki……

Część z państwa pisze - czy to wiersze okolicznościowe czy z potrzeby tworzenia i potem chowa je do szuflady, czy też „terapeutycznie”, żeby podzielić się swoim widzeniem świata…

Jesteśmy całym sercem „za”… Pisanie, jak każde działanie twórcze, przynosi radość, rozwija język, wrażliwość, percepcję, a nawet leczy „duszę”.

Ale nie będziemy tych wierszy oceniać, bo nie jesteśmy pismem literackim. Będziemy państwu udostępniać nasze gościnne łamy i zachęcać do odkrywania radości z pisania…

Wszyscy jesteśmy homo narrans i wszyscy, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi, mamy potrzebę opowiedzenia swoich historii. Inaczej nie powstałaby literatura.

Po trzeciej kawie

Przed pierwsza kawą świat się jeszcze nie zbudził,

jawa i sen splecione, do siebie tulą się,

sen wolno się rozsnuwa, jawę szturcha,

powrót do znanego łagodnie skrada się.

 

Po pierwszej kawie świat zamglony kontur ma,

błogość pierwszej kawusi kolorem białość nasyca,

rozlewa się w przestrzeni i czasem lekko drga

wiedząc, że egzystencja nas wkrótce pozachwyca.

.

Po drugiej kawie jawa nie zerka już w cień gasnącego snu,

upojny aromat roznosi się na wszystkie strony,

zmory minionego dnia jeszcze nie-przeminęły,

lecz nowy pomysł wpadł, odsunął nocne maszkarony.

 

Po trzeciej kawie świat wiruje i do galopu rwie,

serce w szalonym tempie wali, smak jest gorzkawy,

jeśli nie zwolnisz tempa wnet, zachwiejesz się niebawem,

nie słuchasz mnie, nie słyszysz mnie…, byle do czwartej kawy…

Jesień

Schyłek lata wplata w jesień wygaszony blask,
pow
olnie wsuwa się w liść ton złotawy,
cień chłodem swym ogarnia nas,
wilgocią ciągnie od pożółkłej trawy.

Liście opadają, plusk fontanny ginie w szumie fal,
zmierzch nadciąga cichy i szarawy,
misterna pajęczyna frunie w zadumaną dal,
wiatr szeptem wyznaje sekret, potwierdza obawy,
że jesień już wkrótce otuli nas mgłą. 

EWA SZCZEPANIAK - absolwentka Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego i DePaul University w Chicago. Lubi podróże i weekendowe wyjazdy do Michigan. Interesuje się sztuką, filmem i poezją. Entuzjastka dobrej, aromatycznej kawy.

VXII.

nic z tego nie będzie

zaszumiały sroki

i nad drzew korony

wzbiły się ponownie

płynąc dalej dalej w

niebieskie obłoki

w czystość ich

bezgrzeszną i braną

dosłownie

pora nam uciekać

cykady syczały

wypijając w sadach

cierpki sok czereśniom

jak raz przyszły tak nikły

w ziemie wrastały

fragmentami tęsknot

podawanym pieśniom

dotąd znany stawał się

świat kwadratowy

miał w dole klepisko i

nad sobą wieko

lecz świat tamten istniał

tylko do połowy

i w innych godzinach

trwał gdzieś niedaleko

widziały to sroki i rój

cykad wołał

o tym do każdego

robaka z daleka

jakże ta przedziwna

kwadratura koła

wcale nie zadziwia

zwykłego człowieka

Liryk miłosny

Czas płynie, och jak

szybko płynie.

Wiecznie zmienia się

wszystko w tym świecie,

nad ranem dałeś kwiaty

dziewczynie,

wieczorem dajesz bukiet

kobiecie.

Niby tyle zostaje w

pamięci,

barwa oczu, dotyk,

smaki, twarze.

Wszystko plącze się i

wszystko kręci,

dni, godziny znikających

zdarzeń.

A gdy już noc, gdy

księżyc wygładzi

cały zgiełk i

przewrotność losu,

nie chcę nic, prócz

szeptu co prowadzi

w dobry sen,

szeptu twego

głosu.

AGA SARRAFIAN  poetka nocnych strof, których spisywanie wpędza ją w bezsenność. Wówczas czyta i rozmyśla. Aby niekiedy uciec od poezji, pisze sztuki teatralne prozą albo uczy angielskiego. Tak naprawdę nawet studia historyczne, czy tłumaczenie starych dokumentów nie pozwoliły jej nigdy choć na moment wyzwolić się z poezji. Bo jak sama napisała w jednym z wierszy „w poezji najmniej jest pisania, a najwięcej patrzenia”.

podróże  

październik '23 (14)

Najsłynniejszy pociąg świata 

JANUSZ MINCEWICZ

orient express

Przed 140 laty, 4 października 1883 roku z peronu paryskiego dworca Gare de l’Est ruszył pierwszy Orient Express, złożony

z lokomotywy parowej oraz pięciu wagonów: bagażowego, restauracyjnego, dwóch sypialnych oraz z wagonu dla obsługi. Orient Express był spełnieniem marzeń Georgesa Nagelmackersa, 38-letniego Belga (zmarł w roku 1905), który siedem lat wcześniej założył firmę o nazwie Compagnie Internationale des Wagons-Lits et des Grands Express Européens (Międzynarodowa Spółka Wagonów Sypialnych i Wielkich Ekspresów Europejskich).

Podróż 2880-kilometrową trasą trwała ponad 80 godzin, a pociąg rozwijał zawrotną jak na tamte czasy prędkość – 80 km/godz.

Pierwsze na świecie wagony z resorami

W jadącym do Stambułu Orient Expressie było czterdziestu zaproszonych przez Belga gości. Należeli oni do francuskiej elity towarzyskiej i intelektualnej. Każdy uczestnik musiał zapłacić aż 500 franków w złocie za udział w tej podróży. Pasażerowie jechali

w warunkach, jakich nie oferował żaden inny pociąg na świecie, bo oprócz przedziałów sypialnych była palarnia, buduar dla dam oraz łazienki wykładane mozaiką. Luksusowego wystroju dopełniały czerwone pluszowe fotele, orientalne dywany i aksamitne zasłony oraz mahoniowa boazeria. Wszystkie wagony, po raz pierwszy na świecie, wyposażono w specjalne resory łagodzące wychylenie podczas pokonywania zakrętów z prędkością 80 km/godz.

Witali monarchowie

Uruchomienie luksusowego pociągu było dużym wydarzeniem medialnym. Pasażerem pierwszego Orient Expressu był Henry Blowitz, korespondent londyńskiego “Timesa”. Dzięki jego relacjom świat mógł śledzić niesamowitą podróż transkontynentalnej kolei. Dziennikarz opisywał wrażenia z wizyt w przedziale restauracyjnym oraz publikował wywiady z monarchami, którzy witali przyjeżdżający do ich kraju pociąg, m.in. z rumuńskim królem Karolem i sułtanem Turcji Abdulem Hamidem II. Jednak luksusowy pociąg nie mogł dowieźć swoich pasażerów do samego Stambułu, bo nie prowadziła tam żadna linia kolejowa. Po przejechaniu przez Strasburg, Monachium, Wiedeń, Budapeszt i Bukareszt dotarł on do leżącego nad Dunajem rumuńskiego miasta Giurgiu. Tam pasażerowie przesiedli się na prom, a po drugiej stronie rzeki wsiedli do zwykłego bułgarskiego pociągu, który dowiózł ich do Warny. Z Warny statkiem przepłynęli do Turcji. Mimo tych niedogodności Orient Express zrobił furorę. Szczególnie chętnie korzystali

z nowego połączenia zamożni Brytyjczycy. Wkrótce, wraz ze wzrostem zamożności, dołączyli do nich też Niemcy, Amerykanie

i Francuzi.

Od roku 1906 także do Wenecji

Pociąg stał się ulubionym środkiem transportu koronowanych głów, które często podróżowały osobnymi wagonami dołączanymi do podstawowego składu. Car bułgarski Borys III ponoć osobiście pokierował Orient Expressem, kiedy ten przejeżdżał przez jego kraj. Możni tego świata podróżowali pociągiem tym chętniej, że trasę cały czas udoskonalano. Pod koniec XIX w. ostatecznie połączono torami Stambuł z Europą i do stolicy tureckiej można już było dojechać bez przesiadek. Po otwarciu w 1906 r. szwajcarskiego tunelu Simplon (wówczas najdłuższego na świecie) firma Compagnie des Wagon-Lits uruchomiła nową trasę, właśnie przez Simplon

i Wenecję. Dla podróżujących do szalenie modnej wówczas Wenecji Anglików było to właściwie jedynie połączenie. Kursujące na różnych trasach Orient Expressy przeżywały wtedy swój największy rozkwit. Kabiny Orient Expressu miały toaletki z umywalkami. Podczas podróży goście byli przez cały czas pod opieką hostess, stewardów i kelnerów. Kiedy jedli śniadanie, ich przedziały były przystosowywane do podróży dziennej. W trzech wagonach restauracyjnych serwowano dania m.in. wykwintnej kuchni francuskiej, a do dyspozycji pasażerów była bogata karta win. Wszystko podawano na srebrnej zastawie i w kryształowych szkłach. Na kolację należało się ubrać się w marynarkę i krawat lub smoking. Dewizą ubioru dziennego była “niewymuszona elegancja”. Podczas zwiedzania miast na trasie podróży pasażerowie mieszkali w luksusowych hotelach.

Zwieszenie broni w Orient Expressie

Złotą epokę pociągu przerwała na cztery lata I wojna światowa, która zakończyła się w 1918 r. w… wagonie Orient Expressu. To właśnie na pokładzie pojazdu nr 2419 podpisano w Compiègne zawieszenie broni z Niemcami. W okresie międzywojennym znów kursowały luksusowe pociągi. Ostatni regularny kurs Orient Expressu na trasie Paryż-Stambuł miał miejsce 19 maja 1977 roku. U kresu istnienia legendarnego pociągu podróżowali nim głównie tureccy gastarbeiterzy i zwykli turyści. Kiedy w maju 1977 r. wyruszał w swój ostatni kurs do Stambułu, nie miał nawet wagonu restauracyjnego. Jednak pociąg pod nazwą Orient Express kursował dalej na trasie Paryż-Bukareszt, która w 2001 r. została skrócona do Wiednia, a w czerwcu 2007 r. do odcinka Strasburg-Wiedeń. Oficjalnie Orient Express zakończył swój żywot w grudniu 2009 roku, ale nadal po Europie kursują różne pociągi nawiązujące do historycznego protoplasty.

Podróż za 14 tysięcy euro

W 1982 roku angielski milioner James Sherwood założył prywatną spółkę Venice-Simplon Orient Express, która odkupiła od przewoźników wagony z lat 20. i 30. XX wieku i je pieczołowicie odrestaurowała. Każdy wagon był odbudowywany przez 23 tysiące godzin. Odnowa kosztowała aż 11 milionów funtów. 25 maja 1982 roku nowy Orient Express wyruszył na trasę Londyn-Wenecja. Bilet na ten kurs kosztował 1200 funtów. Z uwagi na brak zgody kolei francuskich na użytkowanie starej nazwy Orient Express zmieniono ją na Venice-Simplon Orient Express. Obecnie firma Venice-Simplon Orient Express uruchamia kilka różnych połączeń, między innymi Londyn-Rzym. Możliwa jest również przejażdżka prawie oryginalną trasą Orient Expressu z Paryża przez Budapeszt i Bukareszt do Stambułu. Oferta firmy Venice Simplon-Orient-Express skierowana jest do bardzo zamożnych turystów. Klasyczna podróż na trasie Paryż-Stambuł w eleganckiej kabinie dwupokojowej kosztuje ponad 14 tysięcy euro za osobę. W zeszłym roku Polacy mogli się wybrać w podróż Orient Expresem na trasie Wenecja-Kraków-Drezno-Londyn, która kosztowała 7270 euro.

Pociąg w literaturze i filmie

Orient Express był opisywany w literaturze. Najbardziej znaną książką jest słynny kryminał Agathy Christie “Morderstwo w Orient Expressie”. Jej bohaterami są podróżni z różnych krajów: belgijski detektyw Hercules Poirot, rosyjska księżna Dragomiroff, węgierski hrabia Andrenyi z żoną, włoski przedsiębiorca Foscarelli, brytyjski pułkownik Arbuthnot i ofiara – zamożny Amerykanin Ratchett. Są tam jeszcze Szwedka, Francuz i Niemka. Choć wydarzenia w książce są oczywiście fikcją, to sam przekrój towarzystwa, ekskluzywnego i miesznego narodowościowo, daje obraz pasażerów, jacy na ogół podróżowali tym luksusowym pociągiem. Inna książka o Orient Expressie to “Pociąg do Stambułu” Grahama Greene’a. Orient Expressem podróżował nawet słynny James Bond

w fimie zatytułowanym  “Pozdrowienia z Moskwy”.   (log24)

listy do pakamery 

październik '23 (14)

iPhone

Młodzież żyje w internecie. 

Listy, listy...

Czasem o trudnych sprawach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko... To trochę tak, jakby rozmawiać

z inną planetą. Napisz do mnie, a może uda nam się przeżyć moment prawdziwej rozmowy. Nawet wtedy, gdy nie będę w stanie poradzić. Ale może mam podobny problem; wtedy poczujemy się mniej samotni.

Napisz do mnie...     pakamera.info@gmail.com

(z dopiskiem - dla Pauliny)

Jestem jedną z nich. I jestem przerażona. Nie mam z kim o tym porozmawiać, bo nikogo to nie obchodzi. A zresztą po co, to nic nie zmieni...

Chyba nie wiesz, że żyjemy w internecie  najcenniejszą walutą jest liczba lajków...    Dla lajków jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Nawet zmienić samych siebie.

Pod lajkami się ukrywamy. Może dlatego jest nam łatwiej żyć w social mediach? Za ekranem telefonu zawsze kryje się aktor. Wystarczy aparat, uśmiech i pstryk! Jesteśmy wolni od wszelkich pytań o nasze samopoczucie, od tego, o czym sami wolimy zapomnieć.

Pamiętam, jak dostałam kiedyś 366 lajków pod swoim komentarzem. Wywołało to w moim sercu poczucie dumy. Tak jakbym coś osiągnęła. Jakbym znalazła wodę na Marsie. Byłam doceniona, lubiana, mój głos dotarł do kogoś, a moja opinia spodobała się tylu osobom. Ułaskawiona, wręcz uratowana od ścięcia głowy. Ale... czy na tym polega moje życie? Na notorycznym sprawdzaniu, czy liczba tych oznak internetowej adoracji zwiększyła się czy nie? Na denerwowaniu się, czy - broń Boże - ktoś zostawił łapkę w dół? Czy to nie jest kontrowersyjny sposób postrzegania mojej wartości?

Młodzież żyje w internecie. To nasz drugi świat, w którym liczba lajków i komentarzy jest najcenniejszą walutą. Taka e-rzeczywistość, gdzie uśmiechy zamieniane są na serduszka. Każdy musi wiedzieć, co zjedliśmy na śniadanie, jak wygląda nasza nowo kupiona koszula, jakich kremów używamy; widzieć, że nie mamy tych okropnych worów pod oczami.

Zaciera się granica między tym, co jest na ekranie telefonu, a co poza nim.

Lajkami oceniamy. Tak jak Cezar decydował o czyimś życiu bądź śmierci kciukiem uniesionym w górę lub w dół, tak i my wydajemy opinię na temat influencerów. Ten dostanie serduszko, ten nie. Tego docenimy, tego zostawimy na pastwę jego krytycznych myśli. Jesteśmy niewidzialnymi sędziami trendów, gustów, rzeczy ważnych i tych błahych. Czujemy się zobowiązani do odgrywania tej roli.

Jednakże z opiniami innych nie musimy się nawet zgadzać. Tworzone w internecie grupki wzajemnej adoracji wspierają siebie i lajkują, jedynie powiększając tę przepaść między kochaniem samego siebie a egocentryzmem. Zostawiamy serduszka pod postami osób, z którymi rozmawialiśmy na jednej z imprez znajomego naszego kuzyna drugiej linii. Ale to ważne, bo ten znajomy też nas zalajkuje. I tak z ośmiu serduszek zrobi się dziewięć. Zwycięstwo!

Przez lajki na siebie patrzymy. Często przeglądając Instagram, natrafiam na zdjęcia osób, które wydają się zbyt idealne, żeby mogły być prawdziwe. Ale lajkuje to milion innych osób, które w postaci czerwonych serduszek wyraziły swoją aprobatę. Zaczynam się zastanawiać: może powinnam obciąć włosy, zacząć się malować? Czy będę dla innych piękna po operacji nosa, powiększeniu ust czy wycięciu żołądka? Czy to pomoże? Czy wtedy będę oceniona lepiej? Czy ta próżna część duszy zostanie wtedy zaspokojona? Każdy chce być zaakceptowany, a nowy kanon piękna sprawia, że dusimy się pod presją złamanych serduszek i złowieszczych lajków.

Pod lajkami się ukrywamy. Może dlatego jest nam łatwiej żyć w social mediach? Nawet jeśli gramy siebie, to czy naprawdę jesteśmy sobą? Za ekranem telefonu zawsze kryje się aktor. Wystarczy aparat, uśmiech i pstryk! Jesteśmy wolni od wszelkich pytań o nasze samopoczucie, o to, o czym sami wolimy zapomnieć. Może być to rola tak wybitna, że wkręcany wkręca samego siebie i naprawdę zaczyna wierzyć w kłamstwa, które postuje na swój temat. Czasem uważa się nawet za silniejszego, lepszego od innych. Tak jakby serduszka i lajki tworzyły niewidzialną ochronną barierę między nim a światem. Taki internetowy immunitet zapewniający nietykalność.

Dla lajków jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Naprawdę. Nawet zmienić samych siebie, byle tylko ta wytworzona osobowość przypadła do gustu internautów.

Lajki są miarą nas samych, lajki są naszym pożywieniem, lajki są naszym powietrzem. Lajki pieścimy, lajki gonimy, lajki kochamy i lajków nienawidzimy. W lajkach żyjemy i w lajkach będziemy pewnie też umierać. Kochani obserwatorzy, powiedzcie mi, proszę, wybrać trumnę dębową czy sosnową? Zalajkujcie tę, w której - według Was - będzie lepiej prezentowało się moje martwe ciało.

Marta (to imię nie jest moje, kontakt tez nie jest prawdziwy; piszę o tym, by ostrzec innych, obudzić z internetowego snu)

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, jeśli nie masz nic przeciwko temu, żeby Twój list został opublikowany w kolejnych odsłonach "listy do pakamery", a skierowane do Pauliny, prosimy o dodanie w treści e-maila formułki o następującej treści: Wyrażam zgodę na publikację mojego listu w miesięczniku „pakamera.polonia” w całości lub we fragmentach wybranych przez redakcję, ze wskazaniem mojego imienia, a także na dokonywanie przez redakcję korekty tekstu na potrzeby takiej publikacji".
Dziękujemy!

wokół stołu   

październik '23 (14)

KRÒTKA HISTORIA BUŁEK Z DZIURKĄ

bagel
bagel

Bajgle (bagels) są doskonałe z wędlinami wszelkimi, pieczonymi mięsami, serami żółtymi, warzywami... według smaków i potrzeb. To inna forma chleba...

A tak w ogóle lubię bajgle... I te z makiem, i te z sezamem, z rodzynkami, z cynamonem, cebulą, ziołami... Dziura w bułce mi nie przeszkadza, jednak czasem się zastanawiam, po co ona jest? Kto coś takiego wymyślił i dlaczego?...

Poszukiwania zaskoczyły mnie... I to bardzo... Spieszę więc donieść, co odkryłam i napawa mnie dumą wielką, choć zasługa moja żadna... 

Opowieści są dwie... Obydwie związane z Polską!

Swojego czasu uznano, że bajgle powstały w roku 1683, kiedy to żydowski piekarz wiedeński upiekł bułkę w formie strzemienia (strzemię po niemiecku - bügel) dla króla polskiego Jana III Sobieskiego. Miał to być hołd złożony królowi za uratowanie Wiednia przed najazdem tureckim. 

Domniemania poległy po przejrzeniu książki Marii Balińskiej "The Bagel: The Surprising History of a Modest Bread". Sytuacja mogła mieć miejsce, ale bajgle były znane wcześniej - co udowodniła autorka wspomnianej książki. I to właśnie druga opowieść...

Dziurawe bułki wywodzą się z żydowskiej tradycji piekarskiej i potwierdzają to dokumenty archiwalne z  1610 roku z Gminy Zydowskiej

z Kazimierza pod Krakowem (dzisiaj w obrębie miasta). Wówczas zarządzono obowiązek wydawania darmowych bajgli każdej kobiecie, która powiła dziecko. Kształtem miały symbolizować cykl ludzkiego życia, zaś złoty kolor skórki miał przynosić dziecku szczęście...

Wspomina też o tym Clarissa Hyman w książce "Kuchnia Żydowska. Przepisy i opowieści z całego świata”. Napisała: Żydowscy "filozofowie smaku" od dawna rozważają kwestię, co było pierwsze, bajgel czy dziurka. Nie mówimy przecież o zwykłym kawałku buły

z dziurką, (...) ale o symbolu, o ikonie, o tajemnicy. Nie wiadomo dokładnie skąd się wzięły bajgle, ale samo słowo pochodzi od środkowo- lub górnoniemieckiego czasownika boygen – zginać, i związanego z nim rzeczownika bügel, który znaczy strzemię. Uważany był za rarytas, gdyż był wypiekany z drogiej białej mąki, bajgiel miał także przynosić szczęście, będąc wyobrażeniem kręgu życia

Amerykańscy historycy kulinarni twierdzą, iż bez żadnych wątpliwości bajgle (bagels) pochodzą z Polski. 

W Ameryce pojawiły się pod koniec XIX wieku wraz z emigrantami ze wschodniej Europy. Jednak nie odpowiadały mieszkańcom tej półkuli... Zniknęły... Do lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy to nastała moda na kuchnie etniczne, również europejskie bliższe czy dalsze... Bajgle wróciły do łask... Brylował Manhattan... Tam było najwięcej polskich piekarenek. Do dzisiaj nowojorczycy twierdzą, że ich bajgle są najsmaczniejsze...

W 1927 roku pochodzący z Polski piekarz, Harry Lender przyjechał do New Haven (Connecticut) i założył pierwszą w Stanach Zjednoczonych fabrykę bajgli poza Nowym Jorkiem. Fama rozeszła się szybko, a łączenie kultur i opanowywanie receptur oznacza, że piekarnie z bagels nie są już wyłącznie własnością Żydów... Popularny Bagels H&H jest prowadzony przez rodzinę portorykańską,

a największy producent smaków bajglowych - wypieka 36 różnych rodzajów, od owoców tropikalnych po bajgle taco - działa

w Connecticut, a pochodzi z Niemiec. 

Małych piekarenek coraz mniej... Korporacje opanowują świat i nasze kulinaria... 

Zapraszam do domowej kuchni... Róbmy swoje, ku uciesze rodziny i przyjaciół... 

pasje  

październik '23 (14)

Kolekcje... 

Kolekcje to coś, co stanowi oczko w głowie wielu osób. To nie tylko pasja, ale i sposób na życie czy inwestowanie posiadanego kapitału. Opisane zbiory są intrygujące, jednak nie tak bardzo ekscentryczne jak: kawałki asfaltu, papierowe torby z samolotów, odkurzacze, paprochy z pępka czy obcięte paznokcie (tak, te przedmioty stanowią obiekt zainteresowania kolekcjonerów!). 

Czym jest birofilistyka?

Birofilistyka to niezwykle ciekawe hobby, które polega na kolekcjonowaniu przedmiotów związanych z piciem piwa. Mogą być to: butelki, puszki, kapsle, etykiety z unikalnych napojów, ale także: podstawki pod piwo, kufle, otwieracze, papierowe rozetki czy nalewaki. Niektórzy z kolekcjonerów interesują się także akcesoriami reklamowymi oferowanymi przez producentów tego złotego trunku. 

Kolekcje kości do gry

Kości do gry nazywane są także kostkami. Mają kształt wielościanu, na ich bokach umieszczone są oczka lub liczby. Wykorzystuje się głównie do gier, jednak są też kolekcjonerzy tych przedmiotów. Kości znane są już od średniowiecza, a co ciekawe – w czasach nowożytnych wykorzystywano je do wróżenia, każdej liczbie przypisywano odrębne znaczenie. Dzisiaj można skupić się na kolekcjonowaniu elementów o określonym kształcie czy wykonanych z konkretnego materiału (czasem niezwykle szlachetnego).

W zbiorach miłośników kości do gry znaleźć można także kubki do ich mieszania oraz wysokiej klasy szkatułki do przechowywania.

Czy łatwo zdobyć kolekcję autografów?

Kto z nas nie marzył o autografie ulubionego piosenkarza czy aktora? Niektórzy mogą pochwalić się nie jednym podpisem, a całą kolekcją! Są to parafki postawione przez polskich lub zagranicznych: wokalistów, członków zespołów muzycznych, aktorów, sportowców, celebrytów czy polityków. Choć zdobycie podpisu często może być trudne i wymagać zaangażowania oraz poświęcenia sporej ilości czasu i pieniędzy, miłośników takich kolekcji nie brakuje! Podpisy zazwyczaj przechowywane są z największą czcią

w przeznaczonych do tego albumach.

Wartościowa kolekcja? Postaw na minerały i kamienie szlachetne!

Minerały i kamienie szlachetne stanowią od lat obiekt zainteresowania wielu osób – naukowców, badaczy, jak i kolekcjonerów.

Ci ostatni mogą je odszukiwać, badać i rozpoznawać samodzielnie, jak i kupować w sklepach czy serwisach sprzedażowych nowe perełki do swoich zbiorów. Na początku warto zdecydować się na ogólne kolekcjonowanie, by z czasem i rozwojem pasji postawić na pewną specjalizację. Dobrze jest prowadzić klasyfikację posiadanych minerałów i kamieni, jak i przechowywać je w ekspozytorach, by były nie tylko wyeksponowane, ale i zabezpieczone przez zgubieniem czy zniszczeniem.

Kolekcja kart telefonicznych – hit czy kit?

Osoby urodzone w latach 2000. i później mogą nie pamiętać urządzeń takich jak budki telefoniczne, z których połączenia wykonywało się dzięki kartom z „impulsami”. Funkcjonowanie ich opierało się na znanych nam do dziś tzw. prepaidom. Okres ich świetności to lata 90. XX wieku. Mają one format zbliżony do karty płatniczej, jednak są od niej zdecydowanie cieńsze. Mogą mieć standardową, klasyczną kolorystykę lub posiadać na sobie wydrukowane zdjęcie czy obrazek – zwierzęta, krajobrazy czy sportowców. Często wydawane były także limitowane serie kart telefonicznych, związanych ze świętami czy bieżącymi wydarzeniami. Jak wynika ze statystyk, wydano około 2.000 wzorów, co stanowi nie lada wyzwanie dla kolekcjonerów, by zebrać je wszystkie. (az)

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page