prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com


SPIS TREŚCI
pakamera.polonia / lipiec/sierpień '26 (27)
świat, ludzie, obyczaje
Prawie jednym zdaniem... (nie tylko o ciszy... - rozmaitości)
Polonijny kalejdoskop Dariusza Lachowskiego
Ania Włoch śpiewa Umer, a przecież byłam...
Od jeżyka pod choinką do Redaktora Aparata
Luksus współczesności– cisza (nauka) Patrycja Zwolińska
kultura
Dygresje o czarno-białej ciszy... (o Józefie Gielniaku) (sztuka) Dorota Pietrzyk
Pablo Picasso geniusz, wizjoner, twórca kubizmu (sztuka) Dorota Paziowska
Szukając Franza... (kino/rozmowy)
Cisza dla odważnych (literatura) Agnieszka Kantaruk
Tuwim: człowiek zaczarowany? (literatura/portrety) Małgorzata Szotek-Ostrowska
Opowiadania są dla wieczności... (literatura)
"To, co nieśli..." (fragment opowiadania) Tim O'Brien
Frank Gehry nie tylko w Chicago... (fotoarchitektura) redakcja
Bazylika Sagrada Familia w Barcelonie (architektura)
inspiracje
Cisza pustyni. Mojave Trails National Monument (podróże) Lidia R.
Oaza Huacachina, Peru (podróże) Paweł Kunz
Pasje Tony'ego Bennetta (muzyka)
Ciasto z pomidorową zupą i fascynacja Andy Warhol'a (wokół stołu) Anna Czerwińska
Krewetki? dlaczego nie... (wokół stołu) Aneta Zalewska
w kolejnym wydaniu pakamery...
okładka: piasek pustyni...
prawie jednym zdaniem...
lipiec/sierpień 2026
Nie tylko o CISZY...
Ciasteczka z wróżbą (Fortune cookies): Choć powszechnie kojarzymy je z kuchnią azjatycką i chińskimi restauracjami, ich nowoczesna wersja została spopularyzowana i wynaleziona
w Kalifornii na początku XX wieku. W Chinach są niemal całkowicie nieznane.
Choć napiwki w Europie bywają uznawane za dobrowolną gratyfikację, w USA są one społeczną normą. W restauracjach standardem jest pozostawienie 15–20% wartości rachunku dla obsługi.
Alaska jest największym stanem USA. Jej powierzchnia przekracza 1,7 miliona km², co oznacza, że jest niemal sześciokrotnie większa od Polski.
Najmłodszym stanem są Hawaje, które zostały oficjalnie włączone do Stanów Zjednoczonych w 1959 roku.
Wuj Sam, czyli słynna personifikacja Stanów Zjednoczonych, to nie tylko postać z plakatu. Postać powstała na cześć prawdziwego człowieka – Samuela Wilsona, XIX-wiecznego dostawcy mięsa dla żołnierzy podczas wojny brytyjsko-amerykańskiej.
Wielka powódź melasy w Bostonie: W 1919 roku w Bostonie pękł olbrzymi zbiornik z ponad 8 milionami litrów melasy. Gęsta fala o wysokości 4,5 metra zalała ulice z prędkością kilkunastu kilometrów na godzinę, niszcząc budynki, pojazdy
i powodując śmierć 21 osób.
Wielkie Jeziora: Stany Zjednoczone i Kanada dzielą pięć Wielkich Jezior (w tym całkowicie leżące w USA jezioro Michigan). Tworzą one największą grupę słodkowodnych jezior na Ziemi, zawierającą aż 21% światowych zasobów powierzchniowej wody słodkiej.
Choć szybkie i kaloryczne dania są bardzo popularne (co podyktowane jest szybkim tempem życia), amerykańska kuchnia to także wolno gotowane, regionalne specjały, takie jak teksańskie BBQ czy kuchnia Cajun.
Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych uwielbiają smaki słodko-
-słone. Klasycznym przykładem jest popularna kanapka
z masłem orzechowym i dżemem (PB&J) na drugie śniadanie czy dodatek syropu klonowego do boczku.
Prawykonanie I Koncertu Fortepianowego Piotra Czajkowskiego,
jednego z najsławniejszych utworów w historii muzyki, odbyło się
w 1875 roku w Bostonie. Kompozytor zakończył pracę nad dziełem kilka dni przed Wigilią w 1874 roku i zaprezentował je wielkiemu rosyjskiemu pianiście Mikołajowi Rubinsteinowi. Czajkowski chciał, żeby to on wykonał utwór jako pierwszy w Moskiewskim Towarzystwie Muzycznym. Rubinsteinowi koncert się nie spodobał, uznał go za „banalny" i zaproponował poprawki, które kompozytor odrzucił. Urzeczony koncertem był za to Hans von Bülow, niemiecki pianista, dyrygent i miłośnik muzyki Czajkowskiego. I to on
w Bostonie zasiadł za fortepianem i zagrał go po raz pierwszy.
Urząd Patentowy USA zatwierdził w 1887 roku wniosek Emila Berlinera o patent dla gramofonu. Niemiecki emigrant z Hanoweru dorobił się, sprzedając projekt udoskonalonego mikrofonu firmie Bell Telephone. Wcześniejszy o 11 lat fonograf Edisona odczytywał dźwięki z cylindra, natomiast nowe urządzenie korzystało z płyt. Berliner miał na początku problemy ze swoim wynalazkiem. Pierwsze egzemplarze nie zachwycały jakością dźwięku (miał brzmieć jak przeziębiona papuga z owrzodzonym gardłem), a w 1900 roku sąd nakazał wstrzymanie ich produkcji z powodu rzekomego naruszenia patentu Bella i Taintera. Unowocześniane urządzenie
z czasem zdobyło taką popularność, że w roku 1929 Edison zaprzestał produkcji fonografów.

Gramofon marki Victor, ok. 1900 (kolekcja Jerzego Gogacza) / materiały prasowe Muzeum Polin
Według Kliniki Cleveland: „Cisza daje okazję do autorefleksji
i marzeń, co aktywuje wiele obszarów mózgu. Daje nam czas na wyciszenie wewnętrznego hałasu i zwiększenie świadomości tego, co najważniejsze. I kultywuje uważność – rozpoznawanie
i docenianie chwili obecnej. Cisza ma również korzyści fizyczne. „Kiedy jesteśmy zdenerwowani, nasza reakcja walki lub ucieczki jest przeciążona, powodując wiele problemów” – mówi dr Daniel Sullivan. „Możemy wykorzystać spokojne, ciche chwile, aby dotrzeć do innej części układu nerwowego, która pomaga wyłączyć fizyczną reakcję naszego organizmu na stres”.
W listopadzie 1971 roku ukazała się czwarta płyta długogrająca Led Zeppelin z piosenką "Stairway to Heaven" ("Schody do nieba"), którą wielu uważa za rockowy utwór wszech czasów, klejnot muzyki rozrywkowej. Kompozycja wokalisty Roberta Planta i gitarzysty Jimmy’ego Page’a to akustyczna ballada, piosenka i ostry rock and roll w jednym. - Połączyłem w całość kilka fragmentów, które powstały osobno. A jedno z kluczowych założeń było takie, że tempo ma cały czas, od początku do końca, rosnąć - opowiadał Page. Recenzent "Rolling Stone" pisał, że to utwór nieśmiały
i poetycki, a "New York Times" zauważył, że "w tym heavymetalowym bałaganie jest wielka sztuka". Utwór nigdy nie został wydany na singlu.
Ciekawe fakty o ciszy
-
Prawo do ciszy: W 1969 roku UNESCO przyjęło rezolucję ustanawiającą prawo człowieka do ciszy, którego wielu z nas nie wykorzystuje.
-
Szum fizjologiczny: Nawet w idealnie dźwiękoszczelnym pomieszczeniu zdrowa osoba usłyszy szum w uszach, który jest fizjologicznym dźwiękiem własnego ciała.
-
Kreatywność i muzyka: Cisza jest niezbędna dla muzyki, ponieważ pozwala podkreślić rytm i melodię. Jest także przestrzenią, w której rodzi się piękno.
-
Terapeutyczna moc: Cisza ma terapeutyczne działanie, pozwalając na refleksję, zmniejszenie bodźców zewnętrznych i uzyskanie jasności umysłowej.
-
Lęk przed ciszą: Wielu ludzi odczuwa lęk przed ciszą i próbuje go wypełnić hałasem, myślami i bodźcami, aby uniknąć konfrontacji z własnymi myślami.
-
Intymność i komunikacja: Cisza może być znakiem intymności lub dystansu w relacjach międzyludzkich. Może mówić więcej niż słowa, a także może być ważnym elementem komunikacji, dając czas na przetworzenie informacji.
/ polonijny kalejdoskop wspominamy...
lipiec/sierpień '26 (27)
Malowanie bez filtra.
Wieczór ze Stryjeńską w Muzeum Polskim
DARIUSZ LACHOWSKI
Gdy we wtorkowy wieczór 30 czerwca przekraczałem próg głównej sali Muzeum Polskiego
w Ameryce przy Milwaukee Avenue, pierwsze uderzenie miało charakter czysto zmysłowy. Na zewnątrz chicagowskie lato bezwzględnie testowało granice ludzkiej wytrzymałości, podnosząc słupek rtęci do 100°F. Wewnątrz jednak, zamiast dusznej atmosfery, na przybyłych czekało gwałtowne obniżenie temperatury i chłód doskonale schłodzonej sangrii. Ten rześki, owocowy aromat wina niemal natychmiast zmieszał się ze specyficzną, gęstą wonią farby akrylowej i świeżych płócien.
Dla kogoś, kto na co dzień funkcjonuje w sterylnym, pozbawionym zapachu i faktury świecie szklanych ekranów dotykowych, to proste zderzenie bodźców stanowiło wyraźny sygnał: właśnie opuściłem bezpieczną, cyfrową symulację i wszedłem w przestrzeń, która wymaga pełnej, fizycznej obecności.

Dołączone do tego tekstu fotografie, choć poprawnie dokumentują geometrię sali, nie są w stanie oddać całego spektrum specyficznej energii, jaka wyzwoliła się tego wieczoru. Widoczne na zdjęciach okrągłe stoły pokryte białymi obrusami, wokół których zasiadło kilkudziesięciu śmiałków, stanęły w otoczeniu będącym monumentalnym, żywym archiwum polonijnej historii – pośród dostojnych popiersi, ciężkich ram i historycznych płócien. Co istotne, organizatorom udało się całkowicie uniknąć pułapki sztywnej, nudnej muzealnej powagi, która tak często paraliżuje podobne inicjatywy. Sala dumnie tętniła świetnymi humorami, swobodną wymianą zdań i autentycznym ożywieniem. Tło dźwiękowe dla tego twórczego fermentu budował grający na żywo John Kregor – gitarzysta doskonale znany chicagowskiej publiczności ze swojej wieloletniej, wyrafinowanej współpracy z zespołem Grażyny Auguścik. Jego jazzujące, przestrzenne akordy idealnie rezonowały z wysokim stropem sali, nadając całemu spotkaniu rzadko spotykany, miejski sznyt.
Pod czujnym i niezwykle partnerskim okiem Patrycji Stepniak uczestnicy warsztatów podjęli rzuconą im rękawicę: mieli zmierzyć się z odtworzeniem form inspirowanych twórczością Zofii Stryjeńskiej, niekwestionowanej ikony polskiego Art Déco. Wybór tej konkretnej artystki uważam za posunięcie genialne w swojej przekorze. Stryjeńska, ze swoją potężną dynamiczną kreską, geometrycznym rygorem i tętniącym życiem folklorem, nie znosi kompromisów. Jej sztuki nie da się skonsumować wzrokiem w trzy sekundy, tak jak konsumuje się krótkie wideo na platformach społecznościowych. Ona wymaga czasu, skupienia i precyzji. Co więcej, to wtorkowe spotkanie z jej twórczością miało charakter szczególny – była to bowiem już druga odsłona całego cyklu warsztatowego, tym razem pod szyldem Summer. W przygotowaniu są już kolejne edycje, które pozwolą nam na nowo odkrywać jej geniusz: wersja jesienna (Fall) zaplanowana na 18 września oraz zimowa (Winter) – 11 grudnia. Cała ta seria bezpośrednio odnosi się do najsłynniejszego, monumentalnego cyklu dekoracyjnego artystki pod tytułem „Cztery pory roku”. To właśnie tymi sześcioma wielkimi panneaux ściennymi, przedstawiającymi personifikacje kolejnych miesięcy i słowiańskich obrzędów, Stryjeńska absolutnie rzuciła świat na kolana podczas Międzynarodowej Wystawy Sztuk Dekoracyjnych i Nowoczesnego Przemysłu w Paryżu w 1925 roku, zdobywając tam cztery nagrody Grand Prix.

I to właśnie w tym punkcie ujawnił się najbardziej fascynujący wymiar wtorkowego wieczoru. W tej pełnej śmiechu i brzęku szkła sali zapanował jednocześnie głęboki, poznawczy spokój. Zamiast grobowej, wymuszonej ciszy, przestrzeń wypełnił delikatny, miarowy szum ludzkich rozmów. Był to namacalny dowód na to, że uczestnicy zaczęli autentycznie rozmawiać ze sobą nawzajem, zamiast bezwiednie gapić się w ekrany. Smartfony, które zazwyczaj rządzą naszą uwagą, tym razem wylądowały głęboko w torebkach
i kieszeniach. Spoczęły tam nieużywane przez cały wieczór.
Czytelnicy mogą dostrzec na kadrach rzadki we współczesnym świecie obrazek: zamiast nerwowego, tikowego wręcz zerkania na wyświetlacze w poszukiwaniu nowych powiadomień, widać stabilne, długofalowe skupienie wzroku na płótnie. Kobieta
w jaskrawozielonej koszuli z pędzlem w dłoni, mężczyzna w letniej koszuli w palmy precyzyjnie nanoszący kolejną plamę barwną
– wszyscy oni, często po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, udowodnili, że ludzki mózg wciąż posiada zdolność do wejścia
w dłuższą, linearną opowieść. Opowieść, która stawia opór materii, wymaga cierpliwości i nie oferuje natychmiastowego przycisku „cofnij”.
O tym, że mieliśmy do czynienia z wydarzeniem z najwyższej półki, decydowały także jego ramy towarzyskie. Wśród malujących gości, obok nowo wybranej prezes Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego (PRCUA) Agnieszki Bastrzyk, pojawiły się przedstawicielki polskiej dyplomacji: Konsul Generalna RP w Chicago Regina Jurkowska oraz wicekonsul Agata Grochowska. Obecność tak ważnych postaci chicagowskiego życia publicznego nie miała jednak w sobie nic z nużącego oficjałkarstwa. Panie konsul, ramię w ramię z pozostałymi uczestnikami, chwyciły za pędzle, wchodząc w tę samą rzemieślniczą i towarzyską rzeczywistość.
To nieformalne spotkanie z konsul Agatą Grochowską miało zresztą dodatkowy, niezwykle poruszający wymiar – dla wielu obecnych stało się okazją do osobistego, nieoficjalnego pożegnania z nią, jako że kończy ona właśnie swoją misję dyplomatyczną w Wietrznym Mieście i wraca do kraju. Co kluczowe, nikt tamtej nocy nie spieszył się, by natychmiast wyciągnąć telefon i wrzucić relację do sieci. Liczył się wyłącznie moment, kojący chłód sangrii, fizyczny dotyk pędzla, sącząca się w tle muzyka oraz bezpośredni dialog, którego nie da się zastąpić żadnym cyfrowym substytutem. Przez te trzy godziny kilkadziesiąt osób dobrowolnie wypisało się z wyścigu po tani, algorytmiczny bodziec.

Często patrząc z boku, przez pryzmat szybkich opinii, łatwo zredukować tego typu inicjatywy do prostego, polonijnego rytuału integracyjnego – ot, kolejne udane spotkanie przy winie. Jednak ci, którzy decydują się na tak powierzchowne oceny, boleśnie się mylą. Tracą z oczu głębszy, antropologiczny wymiar tego, co wydarzyło się przy Milwaukee Avenue, zapominając o genialnej intuicji Alfreda Korzybskiego: świat jest bardziej złożony niż słowa, których używamy do jego opisu; to, co mówimy o rzeczywistości, jest tylko jej modelem, a nie samą rzeczywistością. Żaden facebookowy post, żaden instagramowy hasztag ani najbardziej kwiecista recenzja prasowa nie są w stanie oddać tego, co realnie zaszło w strukturach poznawczych ludzi, którzy na kilka godzin zerwali się
z algorytmicznej smyczy.
Współczesna kultura, zdiagnozowana dekady temu przez Neila Postmana jako system dążący do „zabawienia się na śmierć”, wmawia nam, że satysfakcję z egzystencji buduje się z cyfrowych klocków – z lajków, wyświetleń i idealnie skrojonych pod nasze neurozy złudzeń. To błąd. Jakość życia, jeśli ma być trwała i dawać realne poczucie podmiotowości, nie może stać na tak kruchym fundamencie. Inteligencja i odporność psychiczna człowieka karmią się procesem, bezpośrednim kontaktem z drugim człowiekiem oraz zakotwiczeniem w fizycznym świecie.
Muzeum Polskie w Ameryce udowodniło tego wieczoru, że potrafi wyjść z roli wyłącznie statycznego strażnika narodowych pamiątek i stać się żywym, pulsującym azylem. Przestrzenią, w której proste elementy – woda, wino, muzyka na żywo i farba – potrafią przywrócić właściwe proporcje naszemu przebodźcowanemu człowieczeństwu. Każdy, kto we wtorek podjął decyzję, by zostawić swój smartfon w samochodzie na darmowym parkingu, uciekł przed stustopniowym upałem i wszedł do chłodnych wnętrz MPA, zyskał znacznie więcej niż tylko własnoręcznie wykonaną replikę obrazu Stryjeńskiej. Zyskał rzadki, namacalny dowód na to, że pod grubą warstwą współczesnego, technologicznego otępienia wciąż tli się w nas pierwotna potrzeba realnego tworzenia i głębokiej, pozbawionej filtrów wspólnoty.

Aż żal, że tak rzadko mamy okazję spotykać się wspólnie w tej unikalnej, muzealnej przestrzeni, która zamiast przytłaczać ciężarem minionych wieków, potrafi otwierać nas na siebie nawzajem. Sam pomysł na ten wieczór, jak i jego realizacja, okazały się strzałem
w dziesiątkę. Pozostaje oczekiwać, że to dopiero skromny początek nowej serii i podobnych, odświeżających intelektualnie inicjatyw zobaczymy w Muzeum Polskim o wiele więcej. Nasz poturbowany przez cyfrowy szum umysł pilnie potrzebuje właśnie takich analogowych punktów oparcia.
A skoro geometryczna, nowoczesna Stryjeńska poszła tak gładko, to może następnym razem organizatorzy pójdą o krok dalej? Sądząc po frekwencji i rozbudzonym apetycie Polonii, bez problemu znaleźliby się chętni na wieczór z… Wojciechem Kossakiem. W końcu nasze chicagowskie Muzeum Polskie kryje w swoich murach prawdziwe skarby i całą plejadę wybitnych osobowości ze świata sztuki,
z którymi obcowanie przez zimne szkło smartfona jest niemal grzechem.
O ileż lepiej, pełniej i głębiej jest przeżywać te arcydzieła wspólnie, w autentycznej, nasyconej historią scenerii, niż tylko bezdusznie przewijać ich cyfrowe kopie na ekranie telefonu. Co prawda namalowanie bitwy pod Racławicami albo ułana na rozpędzonym koniu po kilku szklankach sangrii mogłoby przerosnąć amatorskie talenty i doprowadzić do czystej, abstrakcyjnej katastrofy na płótnie, ale przecież w tym wszystkim chodzi o radość tworzenia. Reszta, która woli pozostać w swojej dopaminowej jaskini, może spokojnie wracać do bezmyślnego przewijania rolek na ekranie.
/ polonijny kalejdoskop wspominamy...
lipiec/sierpień '26 (27)
Ania Włoch śpiewa Umer, a przecież byłam…
DARIUSZ LACHOWSKI
Nie znoszę pisać pod dyktando. Cenię sobie luksus niezależności w formułowaniu osądów i nie mam oporów, by wytknąć organizatorom potknięcia prosto w twarz. Szczególnie, gdy biorą się za pracę z dziećmi, a po pięciu minutach na scenie nie pamiętają ich imion. Bezczelne? Być może. Ale to obnaża brutalną prawdę o moralnym
i warsztatowym przygotowaniu. Jeszcze bardziej żałośnie robi się, gdy w dorosłych projektach na afisz pcha się ludzi, którzy mają problem z wyartykułowaniem własnych słów, o płynnym czytaniu nie wspominając.
O wyśpiewaniu czegokolwiek można w ogóle zapomnieć.
Dlatego gdy stawia się na szali ogrom pracy, potu i logistyki, nie powierza się tego przypadkowym twarzom. Ten ciężar muszą udźwignąć ludzie z twardym kręgosłupem. Tacy, którzy po zderzeniu z materią wrócą z tarczą z powrotem do cyfrowej codzienności.
I tu dochodzimy do mięsa (...) wpisu.

Nie mam pojęcia, jak długo kiełkowała ta idea. Kiedy dokładnie dwie znajome zmusiły do wejścia w ten rygor muzyków, którzy wzięli na siebie brzemię z pozoru niewykonalne w epoce szybkiej konsumpcji. Opracować, udźwiękowić i wyśpiewać gęstą narrację utkaną
z Magdy Umer. Gdy poproszono mnie o wsparcie, wszedłem w to. Stałem się drobnym trybem w maszynie napędzającej projekt „Ania Włoch śpiewa Umer, a przecież byłam”.
W miniony weekend, 25 i 26 kwietnia, Teatr Wydawnictwo Evergreen zaserwował polonijnej publiczności w Akademii Muzyki PaSO brutalny detoks. Opcję porzucenia doomscrollingu, tanich filtrów i napompowanych, przaśnych eventów na rzecz kameralnej tkanki. Ten koncert pachniał nostalgią i subtelnymi zmianami pogody, wciągając w pejzaż zbudowany z cząstek wiedzy o Magdzie i surowych, ludzkich uczuć.
Partytura utkana z potu i poezji
Zaczęło się od zgrzytu. Kawiarniana przestrzeń, uliczny zgiełk brutalnie tnący ciszę. Ania wchodzi, zrzuca tenisówki, wciska stopy
w szpilki i uderza tekstem Michała Zabłockiego: „Naprawdę nie dzieje się nic”. To znane z interpretacji Grzegorza Turnaua wyznanie chwyciło za gardło właśnie dlatego, że nikt na widowni nie był na nie przygotowany. Ot, kawiarnia, mijający się w pośpiechu ludzie,
a z tego chaosu wyłonił się nagle czysty, fonetyczny ciężar.
Całość spektaklu spajała gęsta, wciągająca narracja. Gdzieś z tyłu głowy, przez kawiarniany szum przebijały się odczytywane fragmenty wywiadów z Magdą Umer. Gdy padły twarde słowa o „moczarstwie” i Bogu, płynnie zderzyły się z utworem „Dawne zabawne” Agnieszki Osieckiej. To było nostalgiczne, a zarazem podszyte chłodną ironią wspomnienie minionych miłości. Ulotne chwile, jakieś przelotne pocałunki – te osieckowe „zgubione jaskółki” wracały niczym echo, łącząc liryczny żal z cyniczną kpiną
z nieubłaganego czasu.
Ten sam poetycki rygor uderzył w „Jeżeli miłość jest”. Patrząc na scenę, miałem dojmujące wrażenie, że Ania jest w tamtym ułamku sekundy jedyną osobą na sali, która ma moralne prawo zadać to osieckowe pytanie. Z kolei „Dwa serduszka” Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej, wyśpiewane solo, a potem podparte potężnym głosem chóru przy stoliku z siedzącymi obok Anną i Piotrem, stały się jawnym ukłonem w stronę widowni. Złamano czwartą ścianę, a cała sala – chcąc nie chcąc – zaczęła tę melodię fizycznie nucić.
Później przyszło najcięższe uderzenie. „Oczy tej małej” Osieckiej rozerwały mnie od środka. Drobna sylwetka Włoch i to ledwo wyczuwalne drżenie jej głosu, które z chirurgiczną precyzją budowało napięcie, by w finale rzucić w nas: „…pochyl się do jej martwych nóg”. Siedziałem tam z rosnącym poczuciem winy za wszystkie niespełnione miłości własnego życia. A umówmy się – to przecież był tylko koncert, prawda?
Anatomia autentyczności
Zupełnie inną dynamikę przyniosło wykonanie utworu z repertuaru Starszych Panów – „Taka gmina” Jeremiego Przybory. Na scenę wtargnął chór, dzierżąc w dłoniach egzemplarze gazety „Twój Tytuł”. Zawodzili wysoko, gestykulowali, przeżywali. Widziałem autentyczne, nieudawane poruszenie w ich oczach. To brutalna konstatacja: cokolwiek byśmy nie zrobili, jak bardzo byśmy się nie szarpali – na koniec to i tak wszystko… „taka gmina”.
Potem na deski wszedł Wojtek – prywatnie mąż Ani – kręcąc się z parasolem. To była inscenizacja pod „Jaki śmieszny jesteś pod oknem” Wincentego Fabera, utwór wryty w kanon przez Ewę Demarczyk. I tu wydarzyła się rzecz całkowicie odarta z plastiku. Kiedy Wojtek zatrzymał się na moment, by spojrzeć na żonę, na jej twarzy odmalowała się surowa, czysta radość. Zero wymuszonej gry aktorskiej.
Te same, namacalne, chemiczne reakcje uderzyły w niedzielnym duecie „Już czas na sen” Przybory. Arek Górecki i Ania Włoch udowodnili na scenie, że pasują do siebie jak dwa stalowe tryby w sprawnym, scenicznym mechanizmie. On – operujący chłodnym dystansem, precyzyjnie punktujący rytm na cymbałkach, i ona – cała rozedrgana emocjami tekstu. To jedna z tych scen, których po prostu nie da się spisać na papierze; trzeba było tam siedzieć i przyjmować te drgania powietrza prosto na własnej klatce piersiowej.
Zwieńczeniem tego artystycznego cyklonu stał się tekst Jonasza Kofty. „Pamiętajcie o ogrodach” weszło z siłą betonowego bloku. Twarde, mocne domknięcie. Przyszło nam funkcjonować w czasach, które nie dają taryfy ulgowej, a ta wyśpiewana recepta, choć zakurzona latami, wciąż pozostaje bezlitośnie ostra i pełna nadziei.
Ziarno piasku na plaży życia
Widzowie dostali na talerzu surowe mięso autentyczności. Szybko zweryfikowano, czy potrafią je przełknąć bez ucieczki w cyfrowy hałas. Przez bite półtorej godziny sala tkwiła w paraliżu. Zszokowani, z otwartymi ustami, bez odruchowego sięgania po kieszonkowe pstrykadełka. Gdy zgasły ostatnie dźwięki, publiczność uderzyła w brawa z opóźnionym zapłonem, wciąż oniemiała, nie potrafiąc fizycznie odnaleźć własnego miejsca po tej podróży. Nie mogli uwierzyć, że to już koniec. Wypełniło się.
Złowiony w mediach społecznościowych komentarz trafia w punkt:
Prawdopodobnie najlepszy polski koncert, na jakim byłem w USA – świetna organizacja i wyjątkowy, artystyczny klimat. Wielki szacunek dla organizatorów i ogromne brawa dla absolutnie kapitalnej wokalistki – Ani Włoch.
Co wygenerowało ten stan? Evergreen rzuciło na front sprawdzoną gwardię rzemieślników. Sławomir Bielawiec przy fortepianie, Krzysztof Pabian na kontrabasie, Ted Kazmierczak narzucający perkusyjny puls. Do tego wiolonczela w rękach Patrycji Likos-Nadybał, Jan Zieńko z gitarą oraz potężne wsparcie Chóru Cantorum Polonia pod dyrekcją Elizy i Arkadiusza Góreckich. To jest dokładnie ten mechanizm, o którym pisałem na początku – mechanizm oparty na ludziach, którym powierza się ciężar z pełnym zaufaniem, że cała konstrukcja nie runie.
I choć w tej całej skomplikowanej machinie przygotowań, w tym całym pocie i rygorze, byłem zaledwie mikroskopijnym trybem, to gdy sala pękła w owacjach, poczułem się – być może niesłusznie – cholernie dobrze. Jak ziarnko piasku wciśnięte w piach wielkiej plaży życia. I tak to właśnie musi wyglądać. Przeszłość jest już domknięta, wypełniona po brzegi, o przyszłości nie mamy bladego pojęcia. Zostaje nam tylko to surowe „tu i teraz” – jedyna realna szansa, by zacząć od zera: czytać poezję, myśleć bez filtra, kochać
i mieć pełną świadomość nadchodzących dni. Kto tam był, ten zrozumie. Kto odpuścił – niech żałuje, bo czas jest bezlitosny
i zwyczajnie krótki.
Gratuluję Wydawnictwu Evergreen tego pomysłu. To jest dokładnie ten mechanizm, o którym pisałem na początku – mechanizm oparty na ludziach, którym powierza się ciężar z pełnym zaufaniem, że cała konstrukcja nie runie.


Ania Włoch śpiewa Umer,
a przecież byłam…
Teatr Evergreen
Akademia Muzyczna PaSO (kwiecień'26)
Scenariusz i reżyseria:
Małgorzata Błaszczuk, Ewa Figurski
Obsada:
Sławomir Bielawiec (opracowanie muzyczne, fortepian)
Chicagowski chór Collegium Cantorum Polonia pod batutą Elizy i Arkadiusza Góreckich
Voytek Glinkowski
Ewa Figurski (narracja)
Tadeusz Kaźmierczak (kontrabas)
Patrycja Likos (skrzypce)
Krzysztof Pabian (perkusja)
Ania Włoch (śpiew)
Wojtek Włoch
Piotr Włodarczyk (narracja)
Jan Zieńko (gitara)
Materiały video:
Dariusz Lachowski
Zdjęcia:
Krzysztof Babiracki
Dariusz Lachowski




/ polonijny kalejdoskop wspominamy...
lipiec/sierpień '26 (27)
Od jeżyka pod choinką do Redaktora Aparata
DARIUSZ LACHOWSKI
Pamiętam takie jedno swoje zdjęcie. Stare, wciąż żywe w pamięci, choć papier już nieco pożółkł. Stoję na nim przebrany za jeżyka pod choinką, uśmiecham się szeroko i w tamtej sekundzie nie udaję, ja po prostu jestem tym jeżem.
Potem następuje seria kolejnych kadrów, migawka zamrażała momenty: jestem uczniem, jestem żołnierzem, jestem mężem, jestem ojcem. Role się zmieniały, kostiumy również, ale we wszystkich tych ujęciach grałem jedną postać: siebie. Teraz, po latach, perspektywa uległa radykalnej zmianie. Po raz pierwszy świadomie wszedłem w skórę kogoś innego. Zagrałem rolę redaktora Aparata – fotografa i szefa działu kultury w sztuce „Ostatnia Kropka”. I powiem Wam, że adrenalina związana z byciem „kimś innym” na scenie jest zupełnie inną bestią niż bycie sobą przed obiektywem.

W miniony weekend, od 16 do 18 stycznia, Art Gallery Kafe (AGK) w Wood Dale przestało być tylko kawiarnią znaną z facebookowych postów. Dzięki wizji reżyserek, Małgorzaty Błaszczuk (która dbała też o literackie tętno sztuki) i Ewy Figurski, ta przestrzeń przeszła totalną metamorfozę. Jedna sala w magiczny sposób pączkowała, zamieniając się fizycznie w trzy odrębne światy: tętniącą deadline’ami redakcję, specyficzny klimat baru „Aferka” oraz prywatność mieszkania Agaty. To było wyzwanie nie tylko logistyczne, ale i sensoryczne. Wymagało od nas wyczucia każdego cala przestrzeni, światła i akustyki. Przypominało to skomplikowaną strukturę utworu muzycznego, gdzie każdy instrument ma swoje miejsce, a fałszywa nuta burzy harmonię całości.
W tę wizualną i techniczną partyturę wpisali się mistrzowie drugiego planu, rozszerzając granice sceny. Andrzej Miłosz, odpowiedzialny za realizację filmową, wykonał swoją pracę wcześniej, ale jej efekt stał się integralną częścią spektaklu. To dzięki jego nagraniom przestrzeń AGK zyskała dodatkowy wymiar – stołówkę redakcyjną, która istniała tylko na ekranie, ale czuło się ją tak, jakby była za ścianą. Ten multimedialny wymiar spięła w całość Urszula Michałowska (reżyseria audio-wizualna), a fizyczną tkankę świata przedstawionego stworzyły Iwona Duszek (scenografia) oraz Anna Tarasiuk, która charakteryzacją wydobywała z nas zupełnie nowe twarze.
Sam scenariusz to rasowy kryminał, daleki od współczesnego, teledyskowego chaosu. Nie było tu taniej sensacji ani politycznych manifestów, które wciskają się nam drzwiami i oknami. To była historia w stylu „Napisała Morderstwo”, niespieszna, szanująca inteligencję widza. Akcja nie pędziła, ona dojrzewała, pozwalając publiczności delektować się napięciem.
Przygotowania trwały ponad pół roku. Dziesiątki godzin prób, nagrania scen filmowych, walka ze zmęczeniem po pracy. Obserwowałem moich scenicznych partnerów, z których wielu znacie ze słuchowiska „Na Polskim Trójkącie” i widziałem, jak amatorzy zamieniają się w rzemieślników. Stworzyliśmy organizm. Ja, Dariusz Lachowski, stałem się Aparatem, ale ten aparat nie działałby bez reszty mechanizmu. Jerzy Fijał jako charyzmatyczny Naczelny i Andrzej Krukowski jako Prezes nadawali ton redakcji. Bartek Jałocha (Miłosz) i Wojtek Włoch (Jarek) wnosili energię, która napędzała akcję, podczas gdy Renata Granat (Renee) dbała
o atmosferę jako barmanka w barze „Aferka”. Całość obrazu dopełniali Piotr Włodarczyk (Zbychu), Małgorzata Palka (Hanka), Piotr Kukuła (Pawłowski) oraz Iwona Duszek (Monika). Jednak największy ciężar emocjonalny, zwłaszcza w kluczowych momentach i finale historii, spoczął na barkach dwóch wspaniałych aktorek: Ani Włoch (Agata) i Renaty Romanek (Basia). To na ich grze oparł się kręgosłup tej opowieści. Jeśli był w nas stres, to został przykryty grubą warstwą determinacji i cholernie ciężkiej pracy całego zespołu.

Jak wcześniej wspomniałem, mieliśmy trzy odsłony tego spektaklu. Piątkowa premiera otwarta dla publiczności była przetarciem szlaku, ale to sobota stała się punktem kulminacyjnym. Sala AGK była dosłownie wypchana, pękała w szwach. Czułem fizyczną obecność widzów, ich wstrzymywany oddech. To wtedy magia zadziałała najmocniej. Niedziela była już wybrzmiewaniem, echem, które teraz pozostaje tylko na zdjęciach i w naszej pamięci.
Kiedy spektakl się skończył i stanęliśmy do ukłonów, zobaczyłem w oczach współaktorów coś bezcennego. Dumę. Nie pychę, ale czystą satysfakcję z pokonania własnych lęków. W epoce cyfrowego hałasu, gdzie każdy jest aktorem we własnych social mediach, teatr pozostaje ostoją prawdy. Tutaj nie ma filtrów ani możliwości edycji. Jest tylko człowiek naprzeciwko człowieka, pot, trema
i żywe słowo. To doświadczenie, to fizyczne spotkanie, ma wyższość nad każdą cyfrową projekcją. Teatr to piękny narkotyk, a Wydawnictwo Evergreen właśnie zaserwowało nam jego najczystszą postać. Niech żyje pasja, niech żyje teatr!
Ostatnia kropka
Teatr Evergreen
Art Gallery Kafe (styczeń'26)
Przygotowanie:
Wydawnictwo Evergreen
Scenariusz i reżyseria:
Małgorzata Błaszczuk, Ewa Figurski
Obsada:
Małgorzata Błaszczuk
Iwona Duszek
Ewa Figurski
Jerzy Fijał
Renata Granat
Bartek Jałocha
Andrzej Krukowski
Piotr Kukuła
Dariusz Lachowski
Małgorzata Palka
Renata Romanek
Anna Tarasiuk
Ania Włoch
Wojtek Włoch
Piotr Włodarczyk

Scenografia:
Iwona Duszek
Kostiumy:
praca zbiorowa
Materiały video:
Andrzej Miłosz
Operator dźwięku:
Urszula Michałowska
(Ulala Production)
Oskar Łukacz
Charakteryzacja:
Anna Tarasiuk


/ nauka rozmowy
lipiec/sierpień '26 (27)

Cisza też zabija.
"Jest bardziej uciążliwa dla organizmu człowieka niż hałas"
MIROSŁAW CICHY / AKUSTYK PROF. ADAM LIPOWCZAN
Mirosław Cichy: Wakacje się skończyły, wróciliśmy do wielkomiejskiego zgiełku i ciągłego hałasu. A może by tak, panie profesorze, rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady, gdzie cisza i spokój?
Adam Lipowczan: Spokój tak, ale cisza już nie.
Jak to?
W Bieszczadach można zaznać spokoju, wtedy nasz narząd słuchu odpoczywa. Ale ciszy akustycznej, w sensie fizycznym, pan tam nie znajdzie.
Nie?
Nie, bo kompletna cisza jest bardzo rzadkim przypadkiem. Czy jak tak siedzimy gdzieś na górze w Bieszczadach, gdzie nie ma wiatru, szumu drzew – to jest to cisza? Subiektywnie wydaje się nam, że tak, ale gdyby wziąć przyrządy pomiarowe i zmierzyć, to okazałoby się, że jest tam około 30-35 decybeli.
Ale my i tak tego nie słyszymy?
Niestety, taki słuch mają bardzo zdrowi ludzie, ale tylko przez bardzo krótki czas. Później zaczynamy się starzeć i próg słyszenia zaczyna się lekko podnosić.
A są gdzieś takie miejsca, w których panuje absolutna cisza?
Oczywiście, że tak. Na świecie są specjalne komory, w których poziom tła akustycznego wynosi nie tylko zero dB, ale nawet minus 10 dB. Ostatnio jeden z gigantów z branży IT pochwalił się, że wybudował komorę, gdzie jest minus 18 dB. To jest do tej pory graniczna wielkość, jaką człowiekowi udało się uzyskać, a przede wszystkim zmierzyć. Budowa takiej kabiny wymaga kolosalnych nakładów finansowych i zabiegów konstrukcyjnych, zabezpieczających przed dopływem różnych dźwięków.
Był pan w takim miejscu?
Byłem. Na stypendium w USA miałem możliwość odwiedzenia jednego z największych laboratoriów fizycznych na świecie, w stanie Alabama. Wybudowano tam specjalną komorę, która miała objętość kilku tysięcy metrów sześciennych. W środku było między 7 a 10 dB.
Wchodzi pan do takiej komory, drzwi się zamykają i co się dzieje dalej?
I jest… cisza. (śmiech) Czułość ucha wzrasta wówczas maksymalnie, wyostrza się zmysł słuchu. To jest bardzo duże obciążenie dla organizmu. Gdybyśmy z takiej absolutnej ciszy przeszli do normalnego środowiska akustycznego, wtedy można nawet ogłuchnąć. To jest bardzo niebezpieczne, bo mechanizm, który chroni ucho, wyzwala się dopiero po pewnym czasie. To tak samo jak z ciemnego pomieszczenia wchodzimy do jasnego i przez chwilę nie widzimy nic. Wtedy można oślepnąć.
Muszę w tym miejscu na chwilę się zatrzymać. Narząd słuchu składa się z 3 głównych części. Ucha zewnętrznego, ucha środkowego, które jest złożone z błony bębenkowej, trzech kosteczek ucha środkowego oraz ucha wewnętrznego, gdzie następuje transformacja energii akustycznej na energię elektryczną, która drogą nerwową jest kojarzona przez mózg jako dźwięk. Przyjrzyjmy się tej części środkowej. Te trzy kosteczki ucha środkowego są ruchome i połączone niewielkimi mięśniami. Jeżeli dźwięk jest dostatecznie głośny, to te kosteczki zaczynają się ustawiać w pozycji amortyzującej. Jeżeli jednak znajdziemy się w absolutnej ciszy, to te kosteczki się prostują, czułość ucha gwałtownie rośnie i zaczynamy słyszeć nawet dźwięki wytwarzane przez samego słuchacza.
A tych jest bardzo wiele, na przykład: jak stawy trą o siebie, bicie serca, własne tętno – zaczynamy słyszeć taki łomot ucha. To jest nie do wytrzymania. Wtedy można oszaleć.
Jak długo pan w tej kabinie wytrzymał?
Byłem tam około 15 minut, ale miałem już wyraźnie dość. Ważne czy kabina jest oświetlona, czy panują w niej całkowite ciemności.
W moim przypadku eksperyment przebiegał najpierw przy zapalonym świetle, a później w ciemności. Przy zapalonym świetle są jeszcze jakieś punkty odniesienia, natomiast w absolutnej ciemności traci pan wszelką orientację, nie mając żadnych bodźców wzrokowych. To jest bardzo duży stres dla organizmu, mogę powiedzieć, że to prawdziwa makabra.
To mówiąc kolokwialnie, po co pan do tej kabiny wlazł?
Bo nie miałem dotychczas żadnego wyobrażenia, jak w takiej kabinie wygląda, jak reaguje organizm, narząd słuchu. Dla mnie do tej pory największą ciszą była cisza w studiu radiowym czy telewizyjnym, gdzie przez kilka lat pracowałem. Wydawało mi się, że tam jest wyjątkowo cicho, szczególnie w reżyserce.
Do czego służą takie kabiny, po co się je tworzy?
Służą do dokładnych pomiarów akustycznych różnych źródeł hałasu. Żeby przeprowadzić wiarygodny pomiar akustyczny, musi być możliwość odcięcia od tła akustycznego otoczenia. My jak mówimy hałas, to od razu wyobrażamy sobie traktor, albo przejeżdżający pociąg, ale to nie o to chodzi. Chodzi o pomiary atestacyjne różnych źródeł hałasu. Na przykład samochody – jednym z elementów homologacji pojazdów jest pomiar hałasu, który musi być wykonany bardzo precyzyjnie. To także jest pewien element prawny – przy jakichkolwiek procesach, ten pomiar musi być bardzo dokładny i pewny. Często, nawet przy ocenie sprzętów domowego użytku, podstawowym parametrem decydującym nieraz o konkurencyjności wyrobu jest stopień zakłócania ciszy - dotyczy to na przykład zmywarek, lodówek itp. To są urządzenia, które pracują także w nocy, kiedy my śpimy. Żeby rzetelnie określić poziom tego hałasu, te urządzenia muszą być testowane w możliwej do uzyskania ciszy.
Wydaje się, że to jest jakiś kosmos…
(śmiech) Rzeczywiście kosmos, bo to laboratorium, w którym byłem współpracowało z NASA. Testowano tam promy kosmiczne. Testowanie promu kosmicznego polega na nagłaśnianiu na bardzo dużym poziomie hałasu samej konstrukcji i obserwacji, co się dzieje wewnątrz i odwrotnie – wytwarzania dźwięku wewnątrz i obserwacji, co się dzieje na zewnątrz. Tak samo jak my kiedyś jeździliśmy maluchami czy polonezami i w trakcie jazdy nasłuchiwaliśmy jak pracuje silnik. Ta kontrola słuchowa miała kolosalne znaczenie.
A propos kosmosu. Taka absolutna cisza panuje na przykład w statku kosmicznym.
Kosmiczna przestrzeń jest próżnią, dlatego tam nie tworzą się żadne dźwięki. Żeby istniał dźwięk musi istnieć ośrodek gazowy jakim jest powietrze. Bo dźwięki to są lokalne malutkie zmiany ciśnienia powietrza. Jeżeli nie ma ośrodka gazowego, to nie ma dźwięku.
W związku z tym w promach kosmicznych, żeby astronautom stworzyć "ziemskie" warunki, instaluje się specjalną aparaturę, która emituje szum strumyka czy liści. Dźwięki muszą tam być takie same jak w naturalnych warunkach ziemskich. Chodzi o to, żeby po powrocie astronauci mogli szybko normalnie wrócić do funkcjonowania.
Mówi się dużo o tym, że hałas zabija. Ale czy zabić może też cisza?
Oczywiście, że tak. I powiem więcej – przed ciszą nie ma obrony! W przypadku hałasu, może pan włożyć palce do uszu i już jest
o wiele ciszej. W przypadku ciszy nic pan nie jest w stanie zrobić. Można śpiewać, mówić do siebie, ale jak długo? Cisza jest bardziej uciążliwa dla organizmu człowieka niż hałas. Już starożytni Chińczycy wiedzieli o tym doskonale, stosując tortury ciszą – zamykali torturowanego w absolutnej ciemnicy, bez dopływu jakichkolwiek dźwięków. Ludzie umierali tam po niedługim czasie, właśnie
z powodu ciszy – wariowali i umierali. Wystarczyło kilka, kilkanaście godzin.
To dlaczego o hałasie mówi się głośno, a o ciszy jest cicho?
Bo trzeba pamiętać, że cisza nie jest powszechna i jest rzadko spotykana, a hałas jest wszędzie i można powiedzieć, że ciągle go przybywa. Hałasem zajmowałem przez 45 lat i już jestem na wpół głuchy. Ale kiedy jadę tramwajem i widzę młodego człowieka ze słuchawkami na uszach, a muzyka leci tak głośno, że i ja ją słyszę jaki utwór jest odtwarzany, to wiem, że ten młody człowiek nie został wyedukowany i nie ma wyobraźni. To jest oczywiście domena młodości i ja też taki byłem. W Szwecji na przykład istnieje Policja Akustyczna, która pilnuje, żeby nie było nadmiernego hałasu. A u nas, kilka lat temu odbył się konkurs na najgłośniejszą aparaturę odtwarzającą w samochodzie. Wygrany miał aż 126 dB! Zwracam uwagę, że 130 dB to jest próg bólu, gdzie po krótkim czasie pękają te wspomniane wcześniej kosteczki ucha środkowego i nie słyszymy już nic. Hałas jest powszechny. Mocny hałas przeżywałem kilkaset razy w życiu. W takiej absolutnej ciszy byłem tylko raz. ■ (wiadomosci.wp.pl)
/ ludzie i obyczaje
lipiec/sierpień '26 (27)

Dlaczego inteligentni ludzie nie znoszą hałasu? Filozofowie wiedzieli to już 200 lat temu
Niektórzy potrafią zasnąć przy włączonym telewizorze, pracować w głośnej kawiarni i prowadzić rozmowę, kiedy obok ktoś ogląda filmiki na telefonie. Inni po kilku minutach w takim otoczeniu czują zmęczenie, rozdrażnienie albo po prostu nie mogą zebrać myśli. Dla wielu osób hałas nie jest tylko irytujący. Staje się czymś, co naprawdę utrudnia skupienie, odpoczynek i spokojne funkcjonowanie. Arthur Schopenhauer uważał, że to nie przypadek. Słynny niemiecki filozof był przekonany, że szczególna wrażliwość na hałas często idzie
w parze z inteligencją, kreatywnością i zdolnością do głębokiego myślenia. Choć pisał o tym prawie dwieście lat temu, jego obserwacje dziś brzmią zaskakująco aktualnie.
Arthur Schopenhauer słynął z błyskotliwego umysłu, ale też
z trudnego charakteru. Hałas doprowadzał go do autentycznej furii. W 1821 roku doszło nawet do głośnego konfliktu z sąsiadką, która rozmawiała z innymi kobietami na korytarzu jego kamienicy w Berlinie. Filozof zażądał ciszy. Kobieta odmówiła, a sytuacja zakończyła się przepychanką
i wieloletnim procesem. Schopenhauer przez lata płacił kobiecie odszkodowanie. Historia przeszła do legendy jako dowód jego wybuchowego temperamentu, ale również obsesyjnej potrzeby ciszy. Dla filozofa hałas nie był zwykłą niedogodnością. Traktował go jak brutalne wtargnięcie do własnego umysłu. Uważał, że nagły dźwięk potrafi zniszczyć cały tok myślenia i wyrwać człowieka ze stanu głębokiej koncentracji.
„Morderca myśli”
W swoim słynnym eseju „O hałasie i zgiełku” Schopenhauer pisał, że najbardziej irytował go trzask bicza rozchodzący się po ulicach miasta. Dziś zapewne podobnie reagowałby na motocykle bez tłumików, alarmy samochodowe albo ludzi oglądających TikToki bez słuchawek w pociągu. Filozof uważał, że hałas działa destrukcyjnie na osoby, które potrzebują skupienia i intensywnie pracują umysłowo. Pisał wręcz, że jest on „mordercą myśli”. Według niego człowiek zdolny do głębokiej refleksji potrzebuje ciszy bardziej niż inni, ponieważ jego umysł pracuje w sposób bardziej złożony
i wymagający.
Schopenhauer posuwał się nawet dalej. Twierdził, że osoby całkowicie niewrażliwe na hałas często są również mniej podatne na subtelniejsze doświadczenia intelektualne
i estetyczne. Z pewnością istnieją ludzie, a nawet bardzo wielu takich, którzy uśmiechną się na myśl o [moim problemie], ponieważ hałas im nie przeszkadza. Właśnie ci ludzie pozostają jednak niewrażliwi także na argumenty, myśl, poezję czy sztukę, krótko mówiąc, na wszelkiego rodzaju wrażenia intelektualne. Wynika to z grubiańskiej natury i topornej struktury ich mózgu
– pisał myśliciel.
Dziś taka teza może brzmieć arogancko, ale współczesna psychologia rzeczywiście dostrzega związek między wysoką wrażliwością sensoryczną, w tym mizofonią, a kreatywnością.
Inteligencja a przebodźcowanie
Współczesny brytyjski psychiatra i filozof Neel Burton zwraca uwagę, że osoby inteligentne często silniej reagują na nadmiar bodźców. Ich mózg intensywniej analizuje otoczenie, wychwytuje więcej szczegółów i trudniej ignoruje niepotrzebne dźwięki. To może tłumaczyć, dlaczego niektórzy po kilku godzinach pracy w hałaśliwym miejscu czują fizyczne zmęczenie i psychiczne wyczerpanie. Dla mózgu ciągły szum nie jest neutralnym tłem. Organizm cały czas pozostaje
w stanie gotowości i musi nieustannie filtrować kolejne bodźce.
Nie chodzi jednak wyłącznie o inteligencję rozumianą akademicko. Bardzo podobną wrażliwość często mają osoby
twórcze, introwertyczne albo wysoko wrażliwe. Takie osoby zwykle potrzebują więcej spokoju, samotności i czasu bez nadmiaru bodźców, żeby odzyskać równowagę.
Kant też potrzebował absolutnej ciszy
Schopenhauer nie był jedynym filozofem, który źle znosił hałas. Immanuel Kant także miał ogromną potrzebę ciszy
i spokoju. Według jednej z anegdot zmienił nawet mieszkanie z powodu piania koguta. Kant bardzo pilnował swojej codziennej rutyny i potrzebował idealnych warunków do pracy. Kiedy coś zakłócało jego rytm myślenia, reagował wyraźną irytacją. W jednym z listów skarżył się nawet na głośne modlitwy więźniów dochodzące z pobliskiego więzienia.
Dziś takie zachowania łatwo uznać za przesadę. Problem polega jednak na tym, że współczesne badania potwierdzają wpływ chronicznego hałasu na koncentrację, pamięć
i poziom stresu. Nawet jeśli wydaje nam się, że przyzwyczailiśmy się do ciągłego szumu miasta, mózg nadal pozostaje w stanie podwyższonej czujności.
Dlaczego niektórzy reagują na hałas mocniej niż inni?
W czasach Schopenhauera źródłem irytacji był trzask biczy na ulicach. Dziś żyjemy w rzeczywistości pełnej powiadomień, reklam, rolek, dzwonków, rozmów i dźwięków dochodzących
z każdego urządzenia. Cisza stała się czymś rzadkim i coraz bardziej luksusowym. Być może właśnie dlatego tak wiele osób odczuwa dziś permanentne zmęczenie psychiczne. Coraz częściej prawdziwy odpoczynek nie oznacza dodatkowej rozrywki, lecz brak kolejnych bodźców. Dla wielu ludzi największym luksusem okazuje się wyłączenie powiadomień, spacer bez słuchawek albo kilkanaście minut całkowitej ciszy.
Psychologowie podkreślają, że tolerancja na hałas jest bardzo indywidualna. Wpływ mają temperament, poziom stresu, cechy osobowości, zmęczenie i ogólne przeciążenie organizmu. Jednocześnie osoby bardziej refleksyjne
i kreatywne często potrzebują większej ilości samotności
i spokoju, żeby uporządkować myśli. Ich koncentracja działa bardzo intensywnie, ale bywa też bardziej podatna na zakłócenia. Schopenhauer porównywał geniusz do dużego diamentu. Twierdził, że kiedy taki diament zostanie rozbity, traci większość swojej wartości. Podobnie działa ludzki umysł. Kiedy głęboka koncentracja zostaje gwałtownie przerwana, bardzo trudno natychmiast wrócić do wcześniejszego poziomu skupienia.
Oczywiście nie każdy, kto źle znosi hałas, jest geniuszem. Możliwe jednak, że Schopenhauer miał rację przynajmniej
w jednej kwestii. Im bardziej złożony i intensywny jest nasz świat wewnętrzny, tym trudniej pogodzić go z nieustannym zgiełkiem. (zwierciadlo.pl)
Artykuł opracowany na podstawie: Neel Burton, „Why Intelligent People Hate Noise”, psychologytoday.com
/ nauka
lipiec/sierpień '26 (27)
Luksus współczesności– cisza.
Dlaczego według naukowców potrzebujemy jej więcej?
PATRYCJA ZWOLIŃSKA
Cii… słyszysz to? A raczej nie słyszysz? To cisza. Kiedy po raz ostatni jej doświadczyłaś/eś? We współczesnym świecie, w którym nieustannie pędzimy, raczej nie ma na nią miejsca. Szkoda, bo według dowodów naukowych czas spędzony w ciszy może przynieść wiele korzyści zdrowotnych!
Bez względu na to, gdzie znajdujesz się czytając ten artykuł, poświęć chwilę na zauważenie hałasu wokół Ciebie. Być może słyszysz dźwięk klimatyzatora, samochody na ulicy lub rozmowy przechodniów. Być może w tle gra telewizor, bądź dzwonią telefony. Jednak hałas to nie tylko dźwięki – w szerszym znaczeniu jest też bezsensownym zgiełkiem, powodującym nadmierną stymulację sensoryczną. Brak czasu na ciszę i delektowanie się nią (PS na początku wcale nie będzie to przyjemne doświadczenie) zagłusza Twój wewnętrzny głos. Przestajesz słyszeć najważniejszą osobę w Twoim życiu, czyli samą/samego siebie…
Cisza – dlaczego się jej boimy?
Boimy się nie ciszy, ale usłyszenia własnych myśli, a nawet pragnień. Boimy się tego, że pozorna strefa komfortu, w której żyjemy, może się rozpaść. Boimy się, że w momencie, gdy skontaktujemy się ze sobą, odezwie się w nas zranione dziecko, które po kilkunastu/kilkudziesięciu latach wciąż błaga o miłość opiekunów. Z tego powodu, gdy wsiadamy do samochodu, włączamy radio. Gdy wracamy do domu, surfujemy w sieci. Gdy gotujemy, słuchamy podcastu. Gdy wybieramy się na spacer, wolimy iść w grupie niż w samotności.
Tak, cisza jest tematem tabu (choć ostatnio na szczęście coraz mniej) – w dodatku społeczeństwo nakazuje nam postrzegać ją jako coś negatywnego. W końcu, gdy ktoś jest cichy to jest… a) nieproduktywny, b) obrażony, c) wyizolowany. Urodziliśmy się w świecie, który nie uczy nas, jak słuchać siebie. Wolimy być nieustannie zajęci i rozproszeni, wolimy gonić za sukcesem, nie zwracając uwagi na to, co skrywa się w naszych myślach i emocjach. Czas to zmienić – cisza jest zbawienna dla naszego zdrowia!
Naukowcy zachęcają do ciszy! Oto kilka jej korzyści:
Cisza obniża poziom stresu
Badanie z 2021 r. wykazało, że osoby wykonujące swoje zadania z hałasem w tle, miały wyższy poziom hormonu stresu, czyli kortyzolu. Jego nadmiar wpływa destrukcyjnie na cały organizm – prowadzi do przyrostu masy ciała, uczucia przytłoczenia, trudności ze snem, a nawet chorób przewlekłych. Gdy jesteś w stanie ciągłej gotowości, Twoje ciało nie ma możliwości na odczuwanie spokoju, radości, czy poczucia spełnienia. W końcu „matką większości chorób zła dieta, ojcem stres”…
Cisza poprawia koncentrację
W tym samym badaniu z 2021 r. przeprowadzono eksperyment – prawie 60 uczestników wykonywało zadania wymagające koncentracji. Jedna grupa pracowała w ciszy, druga przy dźwięku mowy, trzecia zaś w hałasie. Ci, którzy wykonywali swoje zadania bez zbędnych bodźców, doświadczyli najmniejszego obciążenia poznawczego. Dzieje się tak, ponieważ mózg uwolniony od hałasu może lepiej skoncentrować się na wykonywanej pracy – nasza uwaga i energia są zharmonizowane.
Chcesz wiedzieć, jak jeszcze poprawić koncentrację w sposób naturalny?
Cisza stymuluje rozwój mózgu
Wyciszony mózg to zdrowy mózg! W badaniu z 2013 r. wykazano, że już dwie godziny ciszy stymulowały wzrost nowych komórek
w hipokampie myszy, regionie mózgu związanym z pamięcią i emocjami. Choć nie przeprowadzono takiego badania na ludziach, jest to intrygujące zaproszenie do dalszych eksperymentów!
Co jeszcze sprzyja zdrowiu mózgu?
.
Cisza przynosi relaks i dobre samopoczucie
Wiele eksperymentów pokazało, że kilka minut spędzonych w ciszy powoduje znaczny wzrost relaksacji uczestników (niezależnie od tego, czy doświadczali oni ciszy w pomieszczeniu zamkniętym, czy też na świeżym powietrzu). Badani czuli się znacznie mniej pobudzeni oraz zgłaszali poprawę nastroju. Czy to nie są wystarczające powody, by zaprzyjaźnić się z ciszą?
Cisza obniża ciśnienie krwi
To ważna uwaga – nadciśnienie jest uważane za „cichego zabójcę”. Według badania z 2006 r., już 2-minutowy okres ciszy znacząco obniżył tętno i ciśnienie krwi u badanych. Nawet w porównaniu ze spokojną, relaksującą muzyką, cisza powodowała większy spadek tych ważnych wskaźników dla zdrowia serca! Z kolei badanie z 2003 roku wykazało, że hałaśliwe otoczenie jest ściśle związane ze wzrostem częstości akcji serca i ciśnienia krwi.
/ fotomigawka / ciekawe miejsca
lipiec/sierpień '26 (27)
Oaza Huacachina (La laguna de Huacachina) w pobliżu miejscowości Ica na południu Peru

Wielobarwne fale piasku na środku pustyni, przesypujące się niczym piana morska na Oceanie Spokojnym, w odwiecznej walce z zielenią i budynkami oazy. Starcie żywiołów, z którego – jak na razie – człowiek wychodzi jako zwycięzca.
Ale czy na długo?
Oaza Huacachina Peru
Tekst i zdjęcie: PAWEŁ KUNZ
IMPRESJA
W oczekiwaniu na zachód słońca, przysiadłem na brzegu piaszczystej diuny; jednej z setek podobnych, otaczających zieloną oazę. Oddaję się obserwacji wszechobecnego piachu, który żyje: wdziera się do domów, samochodów, pod powieki. Pustynny wiatr niesie ze sobą ciepłą kulę powietrza i drobinki pyłu, gwałcąc poczucie komfortu.
Kojąca toń wody na samym środku oazy kusi perspektywą chłodu – kilkadziesiąt lat temu Huacachina była ulubionym miejscem relaksu dla notabli z miasta Ica. Teraz? Poziom wody regularnie obniża się, odwrotnie proporcjonalnie do zainteresowania turystów, wędrujących gringo trail w dół Peru. Zamiast pięknych dam, odpoczywających w cieniu oazy pośrodku niczego, szybciej napotkamy amatorów sandboardingu lub szalonych eskapad buggy w dowolnym kierunku – wszak nie uświadczysz dróg na pustyni.
Pociągam łyk ciepłej wody z butelki, marząc o kuflu zimnego piwa Cusqueña. I zbiegam, gubiąc swoje sandały, prosto do serca oazy…
JAK TAM DOTRZEĆ?
Mapa Google: ⇒ kliknij tutaj
Koordynaty GPS (przybliżone): 14°5’4.09″N 75°45’50.2″W
Najbliższe lotnisko: Ayacucho (AYP)
(panpodroznik.com)
/ sztuka grafika
lipiec/sierpień '26 (27)
Dygresja o czarno-białej ciszy…
(o grafiku - Józefie Gielniaku)
DOROTA PIETRZYK

Józef Gielniak, Improwizacja dla Grażynki / domena publiczna
Tak jak w Czarodziejskiej górze Tomasza Manna, w pięknym zakątku Kotliny Jeleniogórskiej też mamy swoje Davos, czyli Kowary, do których na leczenie przybywali kuracjusze z całego kraju. Rozległy, secesyjny budynek Bukowiec oraz piękny, eklektyczny pałacyk Wysoka Łąka to dzisiaj kowarskie szpitale. Ponad sto lat temu mieściły się tutaj sanatoria przeciwgruźlicze, przyciągające nie tylko niezwykłym mikroklimatem, ale pewną magiczną atmosferą. To właśnie tu przez dziewiętnaście lat mieszkał i tworzył wybitny artysta Józef Gielniak, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich grafików XX wieku.
To opowieść o człowieku „znikąd”, genialnym grafiku samouku, który zachwycał kolegów, artystów i krytyków sztuki. Józef Gielniak urodził się 18 lutego 1932 we Francji w Denain (koło Valenciennes) w rodzinie polskich emigrantów. Od 1945 przez rok był studentem École des Beaux-Arts w Valenciennes. Niestety musiał przerwać naukę z powodów finansowych. Jego talent został dostrzeżony już w konkursie plastycznym dla północno-francuskich szkół średnich. Przyznano mu pierwszą nagrodę za prace z wyobraźni o tematyce cyrkowej. Mer rodzinnego miasta proponował mu stypendium na studia w paryskiej akademii. Gielniak odrzucił tę propozycję,
a w zamian wybrał studia konsularno-dyplomatyczne w Polsce, co było spowodowane decyzją jego matki o powrocie do kraju. Skrycie jednak marzył o Akademii Sztuk Pięknych. Niestety, już jako nastolatek zaczął chorować na gruźlicę, dlatego naukę aż do uzyskania matury musiał kontynuować jako pacjent sanatorium. Do Polski przybył w maju 1950 roku. Ze względu na zły stan zdrowia nie mógł studiować. W 1953 roku przyjechał do sanatorium Wysoka Łąka w Kowarach. Po trzech latach, wypisany ze stanu chorych, dostał pracę jako statystyk medyczny i archiwista. Otrzymał również mieszkanie służbowe w sanatorium Bukowiec.
Będąc niejako więźniem Wysokiej Łąki, później Bukowca, Gielniaka niezwykle męczyło odseparowanie od świata. W 1956 roku zwrócił się do Ministerstwa Kultury o możliwość indywidualnego toku studiów artystycznych. W odpowiedzi na jego prośbę sanatorium Bukowiec odwiedził profesor Stanisław Dawski, rektor Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu.
To właśnie profesor Dawski, stając się nauczycielem oraz przyjacielem Gielniaka, namówił go, po niezbyt ciekawych próbach malarskich, na linoryt. Jest to bardzo interesująca technika graficzna, pochodna drzeworytu, zaliczana do tzw. druku wypukłego. Trudności tej techniki znikają, gdy drewnianą deskę zamienimy na płytę linoleum. Przy pomocy dłutek i nożyków drzeworytniczych, technicznie w miarę prosty sposób, możemy wyciąć dowolny rysunek, nakładając na jego wypukłe części przy pomocy specjalnego wałka farbę drukarską. W warunkach szpitalno-sanatoryjnych najważniejsza dla artysty była możliwość robienia odbitek na bibułkach graficznych lub papierze bez użycia prasy drukarskiej. Wystarczyła kostka introligatorska lub po prostu łyżeczka do herbaty.
Pierwszą grafikę – linoryt Gielniak wykonał w lipcu 1956 roku. Jego sztuka pojawiła się jak meteor, zjawisko nowe, niespodziewane, jednocześnie ukształtowane, dojrzałe i niestety, szybko zgasłe. W grudniu tego samego roku prace artysty zostały pokazane po raz pierwszy na wystawie. Od tego momentu Gielniak nieprzerwanie wysyłał odbitki swoich prac na liczne wystawy, stając się sławnym nie tylko w kraju, ale i za jego granicami. Niezwykłe jest to, jak szybko opanował do perfekcji technikę linorytu. Jego początkowe, lecz już budzące zachwyt prace były raczej o tematyce realistycznej. Powoli, dłubiąc swoje niewielkie kompozycje, artysta przenosił się w inny świat, nierealny, pełen ukrytych symboli, magiczny. Nie ma tutaj kolorów, nie ma wielkich formatów rozmiarem działających na widza. Jest cisza. Cisza sanatorium Bukowiec, którego wieżyczki i pinakle mają zasłonić śmierć. W długich, wąskich korytarzach secesyjnego budynku przykurzone palmy udają roślinność. Czasem przejdzie ktoś pustym korytarzem, wybijając rytm butami. Gielniak pracuje w ciszy, w swoim maleńkim mieszkanku, które teraz dzieli z żoną i synkiem. Daniela Gielniak, równie krucha
i delikatna jak jej mąż, nazywający ją Grażynką, stara się pomagać, jak potrafi. Dba o niego, gotując nawet ukochane ratatouille, ulubioną potrawę artysty z czasu paryskiego. Gdy przy nasileniach choroby Gielniak leży po raz kolejny bez sił w szpitalu, wraz
z synkiem Józiem dzielnie pomagają mu robić odbitki linorytów. Czasami mąż jest tak słaby, że Daniela pomaga w zorganizowaniu specjalnego stolika, na którym mógłby ciąć w linoleum, leżąc. Do Gielniaka ciągną pielgrzymki. Wielu artystów chce go poznać, zobaczyć, porozmawiać. Niektórzy zostają wiernymi przyjaciółmi.

Józef Gielniak z Jerzym Pankiem / domena publiczna
Jest ich sporo. Gielniak jest erudytą, o ujmującej aparycji, w niezwykły sposób opowiadający o swej twórczości. W grafikach, tworząc zupełnie niespotykane kompozycje, umieszcza symbole
i słowa ginące w plątaninie kresek. Dla przyjaciół tworzy exlibrisy, w których nawet ozdobne wzory dopasowane są do charakteru danej osoby. Blisko zaprzyjaźnia się z Jerzym Pankiem. Dziwią się temu wszyscy. Panek, rubaszny abnegat, kobieciarz, pijak, wielki mistrz drzeworytu. Naprzeciw niego Gielniak, szczupły, delikatny, o dziecięcej niemal wrażliwości, uciekający w marzenia i sny. Gdy Panek „harata dechy”, tworząc często niezwykle oszczędne, linearne kompozycje, Gielniak najcieńszym dłutkiem i najmniejszym nożykiem tworzy zwiewne jak mgła, niezwykle delikatne, bajkowe linoryty.
Dla Panka tworzy exlibris oraz niezwykłą grafikę Podróż dookoła karty gorączkowej. Miałam okazję odwiedzić Jerzego w jego krakowskim mieszkaniu. Z sufitu zwisała goła żarówka, nie było telefonu, pralki, wanny ani ciepłej wody. Chciałam zapytać
o Gielniaka. Niestety, artysta był kompletnie pijany i nie był w stanie powiedzieć więcej niż to, że „Grażynka była okropna”, a Gielniak „to piękne wnętrze i zewnętrze”. Drugi raz już nie zdążyłam go odwiedzić, bo Jerzy zmarł… Także znany aktor – Wojciech Siemion zaprzyjaźnił się z Gielniakiem i kolekcjonował jego prace. Właśnie jemu artysta dedykuje jedną z najciekawszych prac – Sanatorium VII. Natomiast Ignacemu Witzowi zadedykował niezwykłą kompozycję Przeciw chorobom. Tłem jest zdjęcie rentgenowskie płuc
w procesie rozpadu! Jest to nawiązanie do dawnych, magicznych znaków drzeworytniczych, tzw. charakterów, które miały służyć do odpędzania zarazy i demonów. Ten jest przeciw gruźlicy. To intymne porozumienie z byłym kolegą z Bukowca. Byłym, bo wyzdrowiał.

Józef Gielniak, Sanatorium I / domena publiczna
Sanatoria
To czarno-białe opowieści o kolejnych sanatoriach, w których przebywał Gielniak. Także cudowny wręcz rozwój techniki graficznej Mistrza. Już francuskie Sanatorium I to przemawianie rasowym językiem artystycznym. W tej delikatnej kompozycji, z zawoalowanym sprzętem medycznym (np. butla
z tlenem) oraz fragmentami ludzkiej anatomii otrzymujemy przekaz o treści ogólnoludzkiej. Sanatorium V powstało z halucynogennych wizji artysty, gdy po długiej chorobie wyszedł do pięknego, pełnego buków i sosen parku rozciągającego się wokół sanatorium. Zafascynowany pracował nad tą kompozycją jak
w gorączce, nie bojąc się śmiałych cięć w linoleum. Zrobił kolejny krok, tworząc odrealniony Bukowiec ze splątanych korzeni, i żył. Sanatorium VI właściwie rozpłynęło się we mgle lub śnieżnej
zadymce. By uzyskać taką biel, z wirującymi kreseczkami i kropkami, trzeba delikatnie wybrać praktycznie całą powierzchnię płyty w z góry zamierzony, często bardzo skomplikowany sposób. Dlatego wszystkie grafiki Gielniaka, chociaż niewielkie, powstają długo, czasem nawet ponad rok!
Natomiast Sanatorium VII, dedykowane Siemionowi, ma podtytuł N.B.O.G.zB. To niezwykle intymne przesłanie i doskonała grafika. Pan Wojciech załatwił Gielniakom przeniesienie do sanatorium
w Otwocku. Niestety, lekarze uznali, że to zbyt ryzykowne ze względu na zdrowie artysty. Mistrz usunął więc całe „niebo”, gdzie między innym był jakby rydwan z trzema maleńkimi postaciami. Miał to być Odlot Gielniaków z Bukowca, a powstała praca po tytułem Nie będzie Odlotu Gielniaków z Bukowca. Pomimo braku nieba widz zatraca się
w niesamowitym labiryncie. Dach sanatorium to żebra z obojczykami, poniżej weranda ozdobiona udrapowanym kirem, jak czynią to we Francji. Wpatrując się wnikliwiej, zauważamy rośliny,

Józef Gielniak, Sanatorium VII / domena publiczna
przechodzące w naczynia krwionośne, zniszczone chorobą płuca, kroplówki, prostatę, nerkę, rozciętą klatkę piersiową i żebra
w różnych odsłonach. Gdy zmrużymy oczy, ukazuje nam się ludzka czaszka! Rylec artysty tworzy śmiertelne symbole tak lekko, jakby dotykał skrzydeł anioła. Przewidywanie odejścia? Artysta wie, że żyje z wyrokiem. Śmierć to rzeczywistość Bukowca.
Improwizacje
To kolejny temat, gdzie artysta zawierza całkowicie swej wyobraźni. Genialnie rozwija przy tym swój warsztat. Są nowe sposoby cięcia, nowe opowieści, nowa kreska. Prześliczna Improwizacja dla Grażynki to jakby taniec dmuchawców frunących na tle nieba.
A to tylko czerń i biel. Jak to jest, że widzimy kolory, czujemy powiew wiatru? Kompozycja tchnie radością, dobrą przepowiednią. Cóż, magia sztuki…
Niektóre improwizacje nawiązują do obrazów wielkich mistrzów: Van Gogha, Goyi, El Greca, Dürera…
Niezwykłą jest Improwizacja I dla Grażynki, o której autor pisze: „Tylko z perspektywy fenomenu kosmicznego można ocenić rzeczywistość ziemską, »widzieć« to, co się dzieje, objąć całość, zrozumieć wiele spraw, widzieć bardzo jasno”. Wpatrując się w tę kompozycję, widzimy jakby serce, które powoli zamienia się w rozdarte chorobą płuca! Większość grafik Gielniaka posiada drugie dno – czujemy jego lęk przed śmiercią, strach przed chorobą, niemocą twórczą. Niesamowitym jest, że gdy wpatrujemy się
w delikatne koronki fantastycznych wizji, odnajdujemy to, co artystę przeraża lub zachwyca.
Koniec
Powstaje jeszcze wiele niezwykłych kompozycji, intymnych listów do widza, w które można wpatrywać się godzinami. Valenciennes, miasto dzieciństwa artysty, to miejsce, w którym od XVII wieku powstają znane na całym świecie koronki. Twórcy wplatają w nie swe tajemnice. Może stąd ta delikatność splotów
w grafice Gielniaka? Jego geniusz w wijące się pnącza
i osty wplata narzędzia terapii, będące dla suchotników narzędziami tortur, i zmienia
w urzekającą baśń.
W maju 1972 artysta nagle umiera. Nie na gruźlicę, na atak serca. Odszedł tak cicho, jak cicho żył, w cichym Bukowcu, w którego ogrodzie właśnie rozszalała się wiosna. Zdążył wykonać 68 grafik i 16 exlibrisów. Jego czarno-biała opowieść o życiu nigdy nie była wyrażona ani zbyt ostentacyjnie, ani jednoznacznie. „Świat wizji Gielniaka to świat poezji, liryki, filozoficznej poetyki. To moment styku tego, co rzeczywiste, z tym, co nierealne, abstrakcyjne. Jest to poezja emocji i poezja nieczęsto uprawianej intymności”.

Józef Gielniak, Improwizacja I dla Grażynki / domena publiczna

Trawa wzięła się w zapasy z trawą
oset nie daruje pokrzywie —
Gielniak umarł.
Zaniosły się płaczem przyziemne badyle,
a mlecze — jak wdowy — rozpuściły swe siwe włosy.
Gielniak umarł.
O, jak tkliwie go przyjmą, jak cienko,
jakby sam to rytował
przezroczystą ręką,
Gielniak — który umarł.
I zostanie w listku, w zapachu, w łopianie,
jak nikt nie zostanie.
Stanisław Grochowiak
Józef Gielniak, Sanatorium VI / domena publiczna
Krzystałam z książki Ireny Jakimowicz Józef Gielniak , wydawnictwo Arkady, 1982 Warszawa
oraz czasopisma Kultura, październik 1970, Stanisław Grochowiak Sanatorium
(prestoportal.pl)
/ sztuka malarstwo
lipiec/sierpień '26 (27)

Pablo Picasso / fot.: Wikiart / domena publiczna
Pablo Picasso
geniusz, wizjoner,
twórca kubizmu
DOROTA PAZIOWSKA
Pablo Picasso należał do grona najwybitniejszych i najlepiej rozpoznawalnych malarzy XX wieku. Był także twórcą niezwykle płodnym: na przestrzeni lat ukończył kilka tysięcy obrazów.
Pierworodny syn Jose i Marii Picasso urodził się 25 października 1881 roku w Maladze. Od najmłodszych lat przejawiał talent plastyczny, z radością odkryty i rozwijany przez ojca, który sam także trochę malował. Legenda głosi, że mały Pablo osiągnął biegłość w sztuce rysunku, zanim jeszcze nauczył się rozróżniać litery.
W dzieciństwie chłopca rodzina kilkakrotnie się przeprowadzała: najpierw zamieszkali w północno-zachodniej części kraju, w mieście La Coruña, potem przenieśli się do Barcelony. W 1895 roku przeżyli ogromną tragedię, związaną ze śmiercią siostrzyczki Pabla.
W stolicy Katalonii młody Picasso podjął naukę w Szkole Sztuk Pięknych, zaś pod koniec roku 1897 rozpoczął studia na Akademii Malarstwa w Madrycie. Szybko okazało się jednak, że pomimo swoich wybitnych zdolności nie potrafi się dostosować ani do uczelnianego rygoru, ani do sposobu prowadzenia zajęć. Niewybredne uwagi pod adresem wykładowców przyczyniły się ostatecznie do skreślenia Pabla z listy studentów. Powrócił zatem do Barcelony.
Picasso: pierwsze obrazy
W tym okresie młody Hiszpan był już świadom swojego życiowego powołania. Tworzył dużo i szybko, wsiąkając w intelektualną atmosferę popularnego wśród artystów lokalu Els Quatre Gals. To właśnie tutaj, w roku 1900, udało mu się zorganizować swoją pierwszą wystawę obrazów. Jeszcze w tym samym roku podjął decyzję o przeprowadzce do Paryża.
Początkowo zamieszkał przy ulicy Gabrielle w dzielnicy Montmartre. W tym okresie prowadził życie lekkoducha, rezydując głównie w knajpach oraz domach publicznych. Nie zaniedbywał jednocześnie swojego rozwoju artystycznego – wiele godzin spędzał pod dachem Luwru na studiowaniu starych mistrzów.
Picasso: dojrzała twórczość
Dokonania artystyczne Picassa można podzielić na kilka okresów. Pierwszy z nich, zwany okresem błękitnym, przypadał na lata 1901-1904. Jak nietrudno się domyślić, powstałe wówczas dzieła łączyła przewaga koloru niebieskiego, ewokującego melancholijną zadumę. Tematyka obrazów krążyła wokół cierpienia, ubóstwa, ale także piękna kobiecego ciała. Do najbardziej reprezentatywnych płócien z tego okresu zaliczyć można “Dwie siostry” (1902) oraz “Starego Żyda z chłopcem” (1903).
Po okresie błękitnym nastąpił różowy (1904-1906). Zmiana tonacji pociągała za sobą także pojawienie się nowych, nieco weselszych postaci, przede wszystkim kuglarzy i cyrkowych akrobatów. Uwagę zwraca zwłaszcza 'Rodzina akrobatów" (1905) czy "Akrobatka i młody arlekin" (1905), chociaż rozmaite odcienie różu i pomarańczu goszczą w tym czasie u Hiszpana na każdym płótnie.
Pierwsze lata XX wieku to także moment, w którym twórczość Picassa zaczyna docierać do szerszej publiczności. Dzieje się tak za sprawą szanowanego paryskiego marszanda, Ambroise’a Vollarda, regularnie eksponującego obrazy młodego artysty w swojej galerii. Później na pewien czas Vollard straci zainteresowanie działalnością Hiszpana, by ostatecznie odkupić od niego wszystkie płótna z okresu różowego.
Rzeczywistym przełomem artystycznym okazały się jednak dla Picassa "Panny
z Avignonu" (1907), obraz uznawany za pierwsze dzieło kubistyczne. Kosztował on swojego twórcę mnóstwo pracy i przemyśleń. Dość powiedzieć, że pierwotna koncepcja zakładała obecność siedmiu osób: pięciu kobiet i dwóch mężczyzn,
z których jeden trzymałby w ręku czaszkę. W ten sposób obraz można by postrzegać jako interpretację średniowiecznego motywu memento mori.
Kubizm – kierunek w sztukach plastycznych, głównie malarstwie i rzeźbiarstwie, który rozwinął się we Francji około 1907 roku, poszukujący nowych zasad budowy przestrzennej dzieła przez odrzucenie reguł perspektywy i geometryczne uproszczenie elementów kompozycji.
Prekursorem kubizmu był Georges Braque. Po raz pierwszy określenia kubizm użył krytyk sztuki Louis Vauxcelles. W języku francuskim brzmi ono cubisme
i pochodzi od francuskiego słowa cube (od łacińskiego: cubus, z greckiego: κύβος), które oznacza kostkę lub sześcian. Ten termin przyjął się i szybko wszedł do powszechnego użytku, jednak twórcy tego kierunku długo unikali jego stosowania.
Później Picasso i Braque zaczęli pracować razem, tworząc podstawy kubizmu analitycznego, a następnie kubizmu syntetycznego (od roku 1912). W kubizmie syntetycznym w obrazach pojawiały się wklejane kawałki gazet, tapet czy kolorowych kawałków papieru, a także trójwymiarowe formy wbudowywane w płaszczyznę obrazu.
W całej historii malarstwa nie było innego tak intensywnego zerwania z osiągnięciami sztuki, jak to dokonane przez kubistów. Przede wszystkim, do tej pory malarstwo miało iluzorycznie odzwierciedlać rzeczywistość – wywoływać na płótnie wrażenie “jak żywej” natury. Kubistom zaś zależało na zdefiniowaniu rzeczywistości, wydobyciu “stereometrycznej struktury przedmiotów”. Aby to osiągnąć, stosowali geometryzację, syntezę i odrzucenie perspektywy.
W dużym skrócie, można powiedzieć, że dana, widziana forma zostawała najpierw zgeometryzowana (czyli wpisana w kształt sześcianu), a następnie rozbita na mniejsze elementy walców, stożków, kul itp.
U podstaw kubizmu leży zasada, że obiekt malarski zostaje rozbity na szereg osobnych płaszczyzn, oglądanych w różnym oświetleniu, które następnie są przedstawiane obok siebie na płótnie. Dawało to pełniejszy obraz analizowanego obiektu. Choć najsłynniejsze obrazy kubistyczne (jak „Panny
z Awinionu”) pokazują postacie ludzkie, generalnie głównym tematem były tu martwe natury.

Pablo Picasso, "Panny z Awinionu" (fragment); 1907 / Museum of Modern Art, Nowy Jork / wikiart / domena publiczna

Pablo Picasso, "Daniel-Henry Kahnweiler"; 1910 / Art Institute of Chicago, / wikiart / domena publiczna
Bohaterem tego portretu jest Daniel-Henry Kahnweiler (1884–1979), urodzony w Niemczech handlarz dziełami sztuki, pisarz i wydawca. Kahnweiler otworzył galerię sztuki w Paryżu w 1907 roku, a rok później. zaczął reprezentować Pabla Picassa, którego przedstawił Georgesowi Braque'owi. Kahnweiler był wielkim orędownikiem rewolucyjnego eksperymentu artystów
z kubizmem i kupił większość ich obrazów w latach 1908–1915. W 1920 roku napisał także ważną książkę pod tytułem The Rise of Cubism, która przedstawiła teoretyczne ramy dla tego ruchu.
Kahnweiler siedział przy tym portrecie aż trzydzieści razy. Nie próbując już tworzyć iluzji prawdziwych pozorów, Picasso załamał się i ponownie połączył formy, które widział. Opisał Kahnweilera siecią połyskujących, półprzezroczystych powierzchni, które łączą się z otaczającą go atmosferą. Formy są podzielone na różne płaszczyzny i fasetowane kształty i prezentowane
z kilku punktów widzenia. Jednak pomimo wysoce abstrakcyjnego charakteru portretu Picasso dodał atrybuty kierujące okiem i skupiające umysł: falę włosów, węzeł krawata, łańcuszek do zegarka. Z migoczących pasaży brązu, szarości, czerni i bieli wyłania się raczej tradycyjna pozycja portretowa siedzącego mężczyzny z rękami złożonymi na kolanach.
W grudniu 1931 roku Pablo Picasso rozpoczął serię obrazów przedstawiających Marie-Thérèse Walter, francuską modelkę, z którą był związany romantycznie, gdy był żonaty ze swoją pierwszą żoną Olgą Khokhlovą. Być może uznając ich podwójne życie, Picasso wymyślił nowy motyw – twarz obejmującą zarówno widok
z przodu, jak i z profilu. Będąc nieustannym innowatorem, Picasso eksperymentował z materiałami, formą i stylem. "Czerwony fotel" ukazuje pomysłowe wykorzystanie przez artystę Ripolin, przemysłowej farby domowej. Mieszając go
z farbą olejną, uzyskiwał różnorodne powierzchnie, od szorstkiego, żółtego tła po niemal bezszczotkowe wykończenie czarnych linii.

Pablo Picasso, "Czerony fotel"; 1931 / Art Institute of Chicago / wikiart / domena publiczna
Jak wiadomo, w ostatecznej wersji pozostało tylko pięć postaci, czyli tytułowe panny. Ich zniekształcone twarze przywodzą na myśl afrykańskie rzeźby, stanowiące zresztą obiekt zainteresowania malarza. Sam Avignon to zaś ulica w Barcelonie, znajdująca się w dzielnicy czerwonych latarń. Podkreślał to pierwotny tytuł obrazu – Le bordel philosophique – z którego malarz jednak w końcu zrezygnował.
Za sprawą 'Panien z Avignonu" Picasso zyskał sobie miano ojca kubizmu. Drugim jego prekursorem był Francuz Georges Braque, pozostający zresztą z Pablem
w przyjacielskich stosunkach. Ów awangardowy kierunek w sztuce odwoływał się do estetycznych przemyśleń Paula Cézanne’a, postulującego wierność naturze widzianej ludzkim okiem. Artysta powinien nauczyć się głębszego pojmowania percepcji zmysłowej, ma także sięgać do wewnętrznych struktur obserwowanych przedmiotów.
Wszystkie te wskazówki zastosował Picasso w pierwszej fazie kubizmu, nazywanej fazą analityczną. Trwała ona mniej więcej do 1912 roku. Po niej nastąpiła faza postanalityczna, charakteryzująca się eksperymentami z pogranicza tradycyjnego malarstwa i kolażu.
Na przełomie lat 20. i 30. dało się zauważyć fascynację Picassa dokonaniami surrealistów. Prawdziwym wstrząsem dla środowisk twórczych stała się natomiast "Guernica", obraz namalowany w 1937 roku na zlecenie hiszpańskiego rządu. W bardzo sugestywny sposób przedstawiał okrucieństwo wojny, a także ogrom ludzkiego cierpienia.
Po roku 1945 malarstwo Picassa straciło nieco na sile wyrazu i nie wzbudzało już aż tak wielkiego zainteresowania. Z racji swych wcześniejszych dokonań uchodzi on jednak za giganta sztuki XX wieku.
Życie prywatne Picassa
Hiszpański malarz był dwukrotnie żonaty, posiadał czworo dzieci z trzema różnymi kobietami. Do historii przeszły jego niezliczone romanse, kończące się zawsze burzliwym rozstaniem. Jedna z dwóch córek artysty, Paloma Picasso, zrobiła karierę jako projektantka mody.
Na przestrzeni swojego długiego życia Pablo Picasso zawarł wiele cennych przyjaźni. Do grona jego dobrych znajomych zaliczali się między innymi poeci Max Jacob i Guillaume Apollinaire, wspomniany już malarz Georges Braque, a także pisarka Gertruda Stein. Zamożna Amerykanka stała się z biegiem czasu bliską przyjaciółką malarza, jak również autorką jego biografii.
Ciekawostki z życia Picassa
- Pełne nazwisko malarza brzmiało: Pablo Diego José Francisco de Paula Juan Nepomuceno Maria de los Remedios Cipriano de la Santisima Trinidad Martyr Patricio Clito Ruiz y Picasso.
- Najdroższy obraz Picassa to "Kobiety
z Algieru" (1955), który w 2015 roku sprzedano go za 179,4 mln dolarów.
- W 2010 roku odnaleziono 271 nieznanych dzieł malarza z lat 1900-1932. Leżały w garażu pewnego francuskiego elektryka, który twierdził, że otrzymał je w prezencie od samego mistrza. Sąd nie dał wiary tym zapewnieniom, a starszy mężczyzna usłyszał wyrok dwóch lat więzienia w zawieszeniu.
- W 1948 roku Pablo Picasso spędził kilkanaście dni w Polsce. Zaproszono go na pierwszy Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. Artysta zatrzymał się
w hotelu Monopol we Wrocławiu, gdzie prawdopodobnie naszkicował swojego słynnego gołąbka pokoju.
- Picasso pojawił się na obrazach kilku innych wybitnych malarzy. Już w 1912 roku utalentowany Hiszpan, Juan Gris, stworzył swój "Hołd dla Picassa", zaś w 1947 roku Salvador Dali namalował żartobliwy "Portret Picassa".
The Art Institute of Chicago
poniedziałki 11-5
wtorki, środy nieczynny
czwartki 11-8
piątki, soboty, niedziele 11-5
/ kino rozmowy
lipiec/sierpień '26 (27)

Szukając Franza.
Agnieszka Holland
o swoim filmie „Franz Kafka”
IDA MARSZAŁEK
Czy łatwo jest zrobić film o pisarzu, nie popadając przy tym w banał? Nie, zwłaszcza jeśli to Franz Kafka, postać owiana mroczną legendą, którego wszyscy, nawet jeśli go nie czytali, zdają się doskonale znać. O którym wszyscy mają konkretne wyobrażenie. Rękawicę podniosła Agnieszka Holland. Reżyserka w stosie kiczowatych wizerunków Kafki, jego licznych interpretacji postanowiła dokopać się sedna. Wrażliwego człowieka, który chciał tworzyć na własnych zasadach.

Franz Kafka
/ wikipedia / domena publiczna
Agnieszka Holland
/ wikipedia / domena publiczna
Ida Marszałek: Na koniec filmu mówi Pani z offu, że chciałaby mieć osobiste spotkanie z Franzem Kafką. O co by go Pani zapytała?
Agnieszka Holland: Myślę, że nie zadałabym mu żadnego konkretnego pytania. Co naprawdę miał na myśli, jak pisał to czy tamto. Jak wyglądało jego życie uczuciowe. Nie zadawałabym mu też takich pytań, na które nie ma ostatecznej odpowiedzi. Chciałabym po prostu z nim pobyć. Spotkałam zresztą rodzinę Franza, wnuki Ottli Kafki. Żyją w Pradze. Moja przyjaciółka i aktorka, Jaroslava Pokorná, była adoptowana przez córkę Ottli. Wychowywała się w tej rodzinie i dużo mi opowiadała. Kolejne pokolenia żyły w cieniu tragicznej tajemnicy. Mąż Ottli był przed wojną dyrektorem banku. Jeśli pozostałby w związku z Żydówką, straciłby posadę. Trafiła do Terezina, potem deportowano ją do Oświęcimia i tam ją zagazowali. Córki nigdy nie wybaczyły ojcu, że rozwiódł się z matką.
Z drugiej strony w rodzinie przetrwała pamięć o Franzu jako takim kumplu, kimś, kto tworzył zabawne historie. Zupełnie inna wizja, której oni nigdy nie upubliczniali. Dla mnie to było poruszające, że dotknęłam tych ludzi, którzy są bezpośrednio krwią z krwi Franza.
Kafka miał żydowskie pochodzenie, mieszkał w Pradze. Dużo Panią z nim łączy.
Od dziecka, odkąd czytałam jego prozę, listy czy czytałam o nim, miałam takie przemożne wrażenie, że jest kimś dla mnie bardzo bliskim. Takim moim bratem. Kiedy zdecydowałam się na studia w Pradze, to poza podziwem dla ówczesnego kina czeskiego było to spowodowane właśnie nim. Chciałam być w tym samym mieście, w którym przebywał Kafka, chodzić po tych samych ulicach
Czemu akurat teraz przyszedł czas na Wasze spotkanie?
Bardzo długo nie miałam takiej potrzeby, żeby robić o nim film. Z Ladislavem Adamíkiem zrobiliśmy adaptację „Procesu” w 1980 roku dla Teatru Telewizji. I to było dla mnie bardzo duże przeżycie. Nie tylko zawodowe, ale też intelektualne, bo trzeba było zdekonstruować zupełnie tę powieść i zrekonstruować ją według jakiegoś osobistego klucza. Po latach temat wrócił do mnie chyba przez mój powrót do Pragi. I współpracę z producentami przy „Szarlatanie” i „Zielonej granicy”. Zbudowałam z nimi taką bazę zaufania, która dała mi wewnętrzną wolność. Bardzo nie chciałam robić biografii Kafki na zamówienie. Wpisywać w konkretny gatunek albo czyjeś oczekiwania. Zależało mi na podejściu osobistym i ryzykownym, eksperymentalnym w zasadzie. Chciałam mieć możliwość poszukiwania. Nawet myślałam, że film powinien mieć tytuł „Poszukiwanie Franza”.

Kadr z filmu Franz Kafka / materiały prasowe
Z drugiej strony, on chyba nie bardzo chciał być znaleziony. W jednej ze scen Pani filmu Franz mówi, że zabraliśmy mu ciszę. Czy to jest w ogóle możliwe, żeby twórców takich jak on zostawić w spokoju?
Myślę, że trudno nam zabronić, żeby o nich mówić, w momencie kiedy budzą naszą ciekawość. A jeśli na dokładkę można ich zmonetyzować, to już nikt nie powstrzyma lukratywnych interesów rozwijanych na ich spuściźnie. To jest ten paradoks. Po śmierci mamy umiarkowaną kontrolę nad tym, jak świat nas postrzega i odbiera. Może dlatego Kafka, kiedy już był bardzo chory, w takim przerażeniu zabiegał, żeby wszystko zostało zniszczone. W swoich listach i dziennikach był szczery i wylewny. Był też wizjonerem
i może wizja tego, że ktoś będzie się w tym grzebał i będzie to analizował, napawała go strachem.
Jednak, wbrew jego prośbom, osobiste zapiski nie zostały całkowicie zniszczone.
Tylko Dora Diamant, jego ostatnia kobieta, wypełniła jego życzenie. Była młodziutką dziewczyną, bardzo zakochaną i nie zdawała sobie sprawy z wartości tego wszystkiego. Na szczęście ogromna część została już wydrukowana, krótsze formy. Część zapisków była u Maxa Brodta, część u Mileny Jesenskiej. Ale ta część listów, których odbiorcą był Kafka, się nie zachowała. Szkoda, nie?
Szkoda. Czego ludzie o Kafce nie wiedzą, to mogą sobie dopowiadać.
I robią to! Jest bardzo dużo książek o nim. Nie tylko analiz czy biografii, nie tylko naukowo-literackich, ale też pewnych fantazji na jego temat. Wynikających właśnie z niedopowiedzeń w jego życiorysie, z braku rezonowania tej drugiej strony, do której on pisał listy. To już jest osobna gałąź literatury.
Czyli Kafka ma też swoje fanfiki. Drażni Panią czy bawi ta monetyzacja jego wizerunku?
Bawi mnie. Szczególnie to, jak wielki udaje się zrobić na tym interes. Na różnych poziomach. Są te najprostsze gadżety: kubeczki, zabawki, niektóre całkiem śmieszne. Jest też muzeum. To, które pokazujemy w filmie, nie jest tym prawdziwym. Prawdziwe wygląda inaczej, jest ciemne i nastrojowe. W stereotypowym stylu Kafki. Są też pomniki, bardzo pomysłowe. Jest mnóstwo wycieczek typu Kafka Tour, gdzie przewodnicy mówią, co im ślina na język przyniesie. Sprzedaje się go jako markę. I to ludziom, którzy go na ogół
w ogóle nie czytali. Wiedzą o nim tylko kilka obiegowych rzeczy i że „słynnym człowiekiem był”. Zrobiła się ogromna dysproporcja między jego prawdziwym życiem a życiem po życiu. Między jego nieśmiałą i dyskretną obecnością a tym, że nagle stał się celebrytą.

Kadr z filmu Franz Kafka / materiały prasowe
Który pomnik Kafki Pani woli: Jaroslava Róna czy Davida Černý’ego?
Lubię w zasadzie oba. Pomnik Róna jest taki kafkowski, symboliczny, surrealistyczny. W stylu tego, jak sobie Kafkę wyobrażamy. Jak robiliśmy „Szarlatana”, to mieszkałam w domu naprzeciwko tego pomnika, więc codziennie z nim obcowałam. Za każdym razem miałam ochotę wdrapać się na niego i wsadzić rękę w tę dziurę w garniturze, tam, gdzie powinna być głowa. Pomnik Černý’ego, jak większość jego prac, to pewnego rodzaju prowokacja. Zastanawiałam się zawsze, co Franz by powiedział, jakby przed nim stanął. Myślę, że byłby pozytywnie zaskoczony. Bardzo interesował go rozwój technologii. Nowoczesność go pociągała. Kochał też kino.
I sądzę, że zaciekawiłaby go kinetyczność tego pomnika. Zresztą takiego chcieliśmy go pokazać w filmie. Nie pełzającego w średniowiecznym mroku, a progresywnego.
Nie miała Pani takiej obawy, tworząc ten film, że on też może się wpisać w nurt utworów stworzonych wokół Kafki?
Tak, to było właśnie dla nas wyzwanie. Zależało mi, żeby spod tej góry różnych interpretacji, biografii, kiczów, gadżetów i takiej wiedzy ogólnej wygrzebać tego Franza. Oczywiście warunkiem powodzenia tego, i tutaj miałam po prostu bardzo dużo szczęścia, był główny aktor. Musiał mieć w sobie odpowiednią duchowość, ale i fizyczność. I pewien rodzaj wrażliwości, nie tylko odegranej, ale takiej, która naprawdę w nim jest. W oczach, w mini drgnieniach. Żeby on ożywił ten obraz, to przeczucie Franza, które mieliśmy.
Dla Idana Weissa to był kinowy debiut. I od razu w pierwszoplanowej roli. Jak go Pani odnalazła?
Casting prowadziliśmy nie tylko wśród aktorów, ale również muzyków, literatów, poetów, bo chodziło mi o ten subtelny rodzaj wrażliwości, który aktor odgrywający rolę nie zawsze ma. Szalenie ceniona niemiecka casting dyrektora Simone Bär przysłała mi pierwsze propozycje, niestety chwilę później zmarła. Wśród tych propozycji był Idan. Zobaczyłam go i stwierdziłam, że kurczę, chyba się udało, chyba to jest on. Grywał wcześniej w alternatywnych teatrach i małe role w serialach, ale nie szło mu tak, jak to sobie wyobrażał. Nie mógł się w pełni w tym wyrazić. Zaczął już nawet myśleć, że aktorstwo nie jest dla niego. Wygrał casting na Kafkę w momencie, gdy chciał zrezygnować z zawodu. Dla nas to było ważne, że nie był znany w Niemczech, że był otoczony taką tajemnicą. Idan jest bardzo utalentowanym i głębokim aktorem, mam nadzieję, że wizerunek Kafki nie przyklei się do niego i nie sprawi, że zostanie włożony do szuflady.
Aktorska nagroda w Gdyni dobrze wróży na przyszłość. W jego interpretacji Kafka ma dużo tików, neurotycznych zachowań. Jak Idan przygotowywał się do roli tak nietypowej osobowości?
Miał na to swoje sposoby. Na przykład przez dwa miesiące nie wychodził w dzień ze swojego mieszkania. Czytał Kafkę i opuszczał mieszkanie tylko w nocy. Powiedziałam mu: jeśli ci to pomaga, to rób to. Ja mu dawałam uwagi, które nie miały nic wspólnego z Kafką. Na przykład kazałam mu oglądać mecze tenisowe Rafaela Nadala, który ma takie dziwne tiki, jakąś inność w sobie. Przede wszystkim Idan musiał się nauczyć pracy z kamerą. Ale po kilku dniach już szło mu świetnie. W ogóle praca na planie z tyloma młodymi niemieckimi aktorami była wielką przyjemnością. Telewizja w Niemczech zrobiła się dużo lepsza niż przed dekadą i to widać po poziomie aktorstwa. Niemieccy aktorzy zagrali całą rodzinę Franza, z wyjątkiem matki. Tę rolę przewidziałam dla Sandry Korzeniak. Ona i Idan są „z jednego pnia”. Oboje mają bardzo cienką skórę. Jak coś ich dotknie, to od razu to widać. Kafka był bardzo podobny do swojej mamy, ale to trudne stosunki z ojcem były dla niego decydujące.

Kadr z filmu Franz Kafka / materiały prasowe
Co Hermann Kafka powiedziałby o dzisiejszym rozgłosie syna?
Byłby na pewno wielce zaskoczony i zacząłby od razu przeliczać, na ile mu się to opłaca. Ojciec Franza był człowiekiem z nizin społecznych i to, że biznes, który sam założył, przynosił korzyści finansowe, napawało go wielką dumą. Przede wszystkim liczyło się dla niego to, że jest w stanie utrzymać rodzinę na wysokim poziomie życia. To była jego perspektywa sukcesu. Myślę, że biznes związany z Kafką byłby dla niego ważniejszy niż to, co ten Franz tam nasmarował.
Kafka w swoich listach kreował się na chłopca ogarniętego niemocą. W Pani filmie widać, że nie do końca tak było. Sportowiec, dbający o ciało, z grupą przyjaciół, z łatwością uwodzący kobiety.
W jego listach, choć są szczere, jest bardzo dużo autokreacji. Franz często się pomniejszał. Myślę, że to był dla niego rodzaj autoterapii. Próba poradzenia sobie z niespełnionymi oczekiwaniami rodziców. Dużo w nim było takiej wewnętrznej szarpaniny. Nienawidził rodziców i ich kochał. Był od nich zależny, a jednocześnie zdawał sobie doskonale sprawę ze swojej inności. Jednak nie był w stanie zaryzykować i pójść w nią tak do końca. To dość zabawne, bo scenarzysta „Szarlatana” i „Franza Kafki”, Marek Epstein, zawsze mówi o sobie, że nie jest intelektualistą i że właściwie nic nie może. Przedstawia się jako słabszy, gorszy i nieudolny we wszystkich dziedzinach. Zawsze twierdził na przykład, że nie potrafi mówić po angielsku. Kiedy byliśmy na festiwalu w Toronto, podczas spotkania z publicznością, nagle zobaczyłam człowieka, który znakomicie mówi po angielsku. Dużo lepiej niż ja. Okazało się, że jest bardzo podobny do Franza.
Chyba wszyscy jesteśmy trochę Franzami, zwłaszcza teraz. Zagubieni w niezrozumiałej rzeczywistości, uwikłani w niewidzialny system, ciągle obserwowani w social mediach.
Faktycznie przeżywamy kryzys demokracji liberalnej. Prawo stało się mocno arbitralne i niestety działa przeciwko nam. Służy ciemnym interesom, nie wiadomo kogo. Człowiek w tym wszystkim przestaje być ważny. Wiele z utworów Kafki aktualizuje się teraz w niemal dosłowny sposób. Ale z drugiej strony czytanie go tylko na tym poziomie jest złudne. Bo wtedy staje się to prostą dystopią. A te jego dystopie są pełne tajemnicy, zawsze niedopowiedziane. Jak Talmud, który kolejne pokolenia ortodoksyjnych, żydowskich studentów nieustannie analizują i nigdy nie znajdują prawdziwych odpowiedzi. Aforyzmy zawarte w jego prozie są wspaniałe, ale jak próbuje się je przetłumaczyć na jakieś konkretne rzeczy, to nagle one się rozsypują i znikają jak dym. W zależności od czasów taki czy inny element wychodzi na pierwszy plan. Myślę, że między innymi właśnie dlatego był jednym z największych pisarzy niemieckojęzycznych w pierwszej połowie XX wieku. Nikt nie sprzedaje gadżetów z Tomaszem Mannem, nikt nawet nie wie, jak wyglądał. A Franz jest po prostu nieustannie obecny w taki czy inny sposób. Niebywale inspirował też innych literatów czy filmowców. Kafkowska rzeczywistość, pewien rodzaj surrealizmu czy filozofia egzystencjalna dzięki niemu stały się stałymi elementami popkultury.

Kadr z filmu Franz Kafka / materiały prasowe
Jak Franz odnalazłby się we współczesności?
Myślę, że poszedłby na terapię. Jego problemy czy pewne cechy osobowości mieściłyby się prawdopodobnie w jakimś spektrum. Chociaż przy całej jego fascynacji nowoczesność mogłaby go też przerazić.
Przy odbieraniu nagrody w Gdyni zachęcała Pani twórców do odwagi. Mam w sobie taką obawę, patrząc też na Kafkę, że artystów nikt nie słucha. Dopóki nie jest za późno.
Nie da się od razu zmienić rzeczywistości. Nie uda się zatrzymać powodzi przy pomocy stojącego człowieka albo nawet jednej tamy, prawda? Ale wciąż trzeba je budować. Mam dość czarną wizję przyszłości, wydaje mi się, że niektóre procesy zaszły tak daleko, że straciliśmy nad nimi kontrolę. Również te dotyczące technologii, takie jak sztuczna inteligencja. A jednocześnie nie zrobiliśmy na czas niczego, żeby się zabezpieczyć. Sztuczna inteligencja, podobnie jak atom, może służyć człowiekowi, ale może służyć bardzo łatwo zagładzie. Ludzkość obecnie nie zdaje egzaminu i takie czy inne dzieło kultury nic tutaj nie pomoże. Ale po co tu jesteśmy, jeśli nie po to, żeby się starać. Myślę, że za dużo jest wśród twórców filmowych eskapizmu, zamykania oczu i uszu. Żeby kimś wstrząsnąć, to trzeba jednak troszkę pokrzyczeć.
Pani nie ucieka od trudnych tematów. W filmie wykorzystaliście fragment „Kolonii karnej” dosadnie przedstawiającej sceny przemocy. Dlaczego wybraliście akurat to opowiadanie?
Było parę powodów. „Kolonia karna” po II wojnie światowej, kiedy Kafka zaczął nabierać tak ogromnej sławy, była ewidentnym dowodem na jego profetyzm. Poza tym większość rzeczy, które napisał, bardzo trudno przełożyć na obraz, każda taka wizualizacja od razu pociąga ze sobą jakąś skrajną interpretację. Choćby „Przemiana”, gdzie bohater budzi się jako robak. Kiedy ekranizacja wprowadza dosłowność karalucha, to właściwie działa wbrew temu, co Kafka chciał. Natomiast „Kolonia karna” jest najbardziej rzeczowa i dosłowna z tego, co napisał. Podobało mi się też, że to jest takie wyzwanie, które Kafka postawił odbiorcom: swoim słuchaczom, podczas odczytu opowiadania, i czytelnikom. Zastanawialiśmy, czy uda nam się to tak sfilmować, żeby widzowie naszego filmu reagowali podobnie. Przerazić ich graficzną dosłownością okrucieństwa w czasach, gdy jesteśmy zblazowani wszechobecnym okrucieństwem. Okazało się, że tak. Pierwsze reakcje były takie, żeby to wyciąć albo przynajmniej skrócić. Widać było taki straszny dyskomfort.
W filmie wykorzystujecie różne zabiegi, żeby opowiedzieć o Franzu. Między innymi burzycie czwartą ścianę i każda ważna postać w życiu pisarza może przedstawić swoją wersję wydarzeń. Czasami też wchodzimy do głowy Kafki, na własnej skórze doświadczamy jego wizji czy charakterystycznego poczucia humoru.
Zazwyczaj biograficzne filmy dzielą się na dwa rodzaje. Opowiedziane linearnie albo z retrospekcjami, z jakąś ramą. Lub te opowiedziane poprzez jakiś istotny fragment życia, który zawiera w sobie jak najwięcej wiedzy o danej postaci. Gdyby zrobić coś takiego o Franzu, byłoby to sztywne, nudne, w ogóle nie oddałoby to jego nieuchwytności, nieskończoność, niekonkluzywności. Stwierdziłam, że to muszą być puzzle, strzępy, warstwy. Postanowiliśmy włączyć też elementy współczesne, które mnie uderzyły, gdy znów zaczęłam jeździć do Pragi. Cały proces wyboru tych strzępków był długi i nietypowy. Trzeba było ponownie wszystko przeczytać. Wiedzieliśmy, że kompozycja musi być intuicyjna. Potem włączyli się w to operator, Tomek Naumiuk, i scenograf, Henrich Boráros, i zaczęliśmy wspólnie szukać inspiracji, obrazów. Ekipa bardzo się zaangażowała, mimo że większość z nich do końca nie rozumiała, co my właściwie robimy. Na planie był nastrój ciągłego podniecenia, ponieważ codziennie mieliśmy wrażenie, że kręcimy jakiś inny film. To wymagało też zaufania, bo jak się zrobi takie puzzle, to nie wiadomo, czy one na koniec się złożą w całość.
Na szczęście się złożyły i teraz walczycie o Oscara. Czy świat jest gotowy na spotkanie z Kafką?
W tym roku w kategorii międzynarodowej jest dużo głośnych filmów o ugruntowanej opinii. Mieliśmy dobry punkt wyjścia w Toronto
i San Sebastián, bo większość opinii krytyków była bardzo dobra, niektóre wręcz entuzjastyczne. Kafka jest rozpoznawalnym tematem i wszyscy podkreślają nasze niekonwencjonalne podejście do biografii, ale konkurencja jest ogromna. Szczerze mówiąc, to nie jest dla mnie jakieś bardzo podniecające, szczególnie że już przeszłam przez to parę razy. Nie jestem też kimś, kto umie sprzedawać się promocyjnie. Byłabym zadowolona, gdyby udało nam się dostać na krótką listę. Franz jest bardzo aktualny i to może być istotne na Zachodzie, ale też nie mieści się w żadnych oczywistych ramach. ■ (zwierciadlo.pl)
/ literatura portrety
lipiec/sierpień '26 (27)

Tuwim:
człowiek zaczarowany?
MAŁGORZATA SZOTEK-OSTROWSKA
Jednym ze źródeł dramatu Tuwima było poczucie odmienności. Ogromne znamię na lewym policzku oraz żydowskie pochodzenie czyniły z niego odmieńca. Stopniowo prowadziły do głębokiego wyobcowania.
W jednej z gablot w warszawskim Muzeum Literatury podczas rocznicowej wystawy, poświęconej życiu i twórczości Juliana Tuwima (1894-1953), leżał niewielki porcelanowy krzyż z głową Chrystusa w cierniowej koronie. Jest to jedna z niewielu pamiątek z domu rodzinnego poety, która towarzyszyła mu przez całe życie. Na odwrotnej stronie owego krzyża napisał młody Tuwim niebieskim atramentem: „Kto raz się zgodził nieść swój krzyż, tego nań wiecznie wbijać będą”. Irena Tuwim, siostra poety, wspominała, że ten cytat z Ewangelii powtarzał jej brat wielokrotnie na przestrzeni swego życia i czuło się w tym jego cierpienie.
Jednym ze źródeł dramatu Tuwima było poczucie odmienności, wynikające z powodu ogromnego znamienia na lewym policzku oraz żydowskiego pochodzenia. Te dwa fakty – wygląd i pochodzenie – czyniły z niego odmieńca, stopniowo prowadziły do zamknięcia się w sobie i poczucia głębokiego wyobcowania. A to z kolei pogłębiało stan wyczerpania nerwowego i – przy dziedzicznych skłonnościach – powodowało chorobę psychiczną zwaną agorafobią.
W znamieniu, zwanym niewinnie myszką, nawet matka poety widziała piętno i przekleństwo. W szkole nazywano go diabłem
o fizjonomii Żyda, czarciogębym lub czarnuchem. Tej presji delikatna psychika nie wytrzymała i już w młodości Tuwim popadł
w kompleks demoniczny, którego owocem były szkice z dziedziny demonologii.
Do końca życia poeta nie pogodził się ze swym wyglądem, zawsze starannie ukrywając znamię przed obiektywem aparatu fotograficznego – czy to poprzez ukazywanie prawego profilu, czy to chowanie się za wystudiowaną pozą intelektualisty. Zadziwiające, że nawet w paszporcie w miejscu „znaki szczególne” – jest puste miejsce.
Razem w wiosennych burzach
Innego rodzaju problemem, z którym zmagał się przez całe życie, był kompleks żydowskiego pochodzenia. Kim był? Polakiem żydowskiego pochodzenia czy Żydem pochodzenia polskiego? Sam Tuwim wielokrotnie pisał o tym wprost:
Największa ma tragedia – to że Żydem jestem,
A ukochałem Ariów duszę Chrystusową!
Do końca życia poeta nie pogodził się ze swym wyglądem, zawsze starannie ukrywając znamię przed obiektywem aparatu fotograficznego – czy to poprzez ukazywanie prawego profilu, czy to chowanie się za wystudiowaną pozą intelektualisty.
Zdaniem Józefa Ratajczaka, żydostwo Tuwima „rodziło (…) bolesny dramat. Nie był nigdy w pełni akceptowany przez żadną ze stron. Dla Polaków był Żydem, dla Żydów odszczepieńcem i zdrajcą”.
A przecież był czas, kiedy poeta nie czuł się wyobcowany, chciał i potrafił włączyć się w nurt życia artystyczno-literackiego Warszawy. Jako student Uniwersytetu Warszawskiego związał się z gronem rówieśników, skupionych wokół pisma „Pro Arte et Studio”. Była to grupa najbardziej aktywnych i utalentowanych poetów, debiutujących w okresie niepodległej Polski. Wraz
z serdecznym przyjacielem, Leszkiem Serafinowiczem – czyli Janem Lechoniem – Tuwim szybko nadał pismu bojowy charakter. To na jego łamach po raz pierwszy pokazał lwi pazur i rozdrażnił opinię publiczną, drukując wiersz „Wiosna”. Atmosfera skandalu będzie mu od tej pory towarzyszyć przez całe życie.
Publikacja „Wiosny”, będącej prowokacją obyczajową i estetyczną, rozpętała wokół młodego poety prawdziwą burzę. Wprowadzając elementy drastycznej brzydoty, wulgarne słownictwo (pysk, hołota, bachor), z jednej strony wzbudzała najwyższy podziw, z drugiej narażała autora na inwektywy i potępienie.
Na łamach „Gońca” pisano z oburzeniem: „Zdegenerowany pan Tuwim, odsłaniający w najwyuzdańszych wyrazach ohydę brudów miasta i roztaczający przed nimi woń miejskiej kloaki, oddziaływa na młode dusze jak najzjadliwsza trucizna”. Zespół redakcyjny „Pro Arte et Studio”, w którym byli prawie wszyscy przyszli skamandryci, stanął w większości w obronie kolegi. Jan Lechoń, odpierając ataki prasy, pisał: „Wiosna Tuwima po raz pierwszy w naszej literaturze mówi prawdę o sobie, wypełzającej z wilgotnych piwnic
i dusznych facjatek. (…) Protestujemy stanowczo przeciwko usiłowaniu narzucenia nam cenzury”.
W owych chyba najszczęśliwszych dla siebie czasach Tuwim nie był osamotniony. Stała za nim grupa rówieśników, która szybko przeradzała się w grono przyjaciół. I to właśnie przyjaźń stanowiła najtrwalsze spoiwo skamandrytów, a najlepszym antidotum na pojawiające się napięcia była atmosfera zabawy i dowcipu. Grupa scementowała się podczas wspólnych występów w kabarecie „Pikador”. Tu takie indywidualności jak Tuwim, Lechoń, Słonimski, Iwaszkiewicz, Wierzyński były postrzegane przez opinię publiczną jako zespół.
W atmosferze radości z powodu odzyskanej niepodległości młodzi poeci szybko nawiązywali kontakt z publicznością. Szturmem podbili serca warszawiaków. Już samo otwarcie „Pikadora”, w rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, stało się olbrzymim sukcesem Tuwima. „Jeden ten wieczór – wspominał Tadeusz Raabe – przyniósł mu ogólnokrajowy rozgłos, mnóstwo propozycji

wydawniczych, a przede wszystkim oszałamiającą poczytność, nie mającą chyba precedensu od blisko stu lat, od wileńskiego debiutu Mickiewicza”.
Teksty Tuwima, w umiarkowany sposób nowatorskie, poprzez swą komunikatywność zacierały dystans między twórcą a czytelnikiem lub słuchaczem. Dotyczyły bieżących wydarzeń i znanych postaci. Charakteryzowały się celnym i ciętym dowcipem, zgrabną pointą.
Poeta zszedł z piedestału, stał się jednym z wielu zwykłych ludzi. Czuł się jednym z nich, był członkiem gromady, „piewcą ulicy”, i to go uskrzydlało. Ponadto otoczony był serdecznymi przyjaciółmi, ożeniony z ukochaną kobietą i świetnie ustawiony materialnie. Debiutancki tomik „Czyhanie na Boga” miał aż cztery wydania, „Sokrates tańczący” i „Siódma jesień” po trzy. Sława poety szybko krzepła i wzrastał jego autorytet wśród pisarzy.
Nieoceniony jest wkład Tuwima w rozwój kabaretu. Stał się filarem słynnego „Qui pro Quo”, dla którego pisał skecze, piosenki
i nierzadko konferansjerkę. „Kabaret był właśnie dzięki Tuwimowi przez parę dziesiątek lat z górą chlubą i radością Warszawy – twierdzi Józef Ratajczak – jednym z najlepszych, najbardziej europejskich objawów życia kulturalnego stolicy”.
Rodzącej się grupie poetyckiej potrzebna była nowa platforma, która dawałaby możliwość szerszego zasięgu oddziaływania. I tak
w 1919 r. dzięki poparciu finansowemu Jerzego Grycendlera – późniejszego Mieczysława Grydzewskiego – pikadorczycy rozpoczęli wydawanie własnego pisma „Skamander”. Zostało ono oczywiście całkowicie podporządkowane interesom grupy, której naczelnym celem było zdobycie dominacji na rynku wydawniczym i czytelniczym.
Młody Tuwim stał się jednym z wielu zwykłych ludzi. Czuł się jednym z nich, był członkiem gromady, „piewcą ulicy”, i to go uskrzydlało...
Skamandrytom Grydzewski oddał także „Wiadomości Literackie” – nowe pismo, założone przez siebie w 1924 r. Ten świetnie prowadzony artystycznie i komercyjnie tygodnik promował ich twórczość kosztem innych ugrupowań i twórców. „Skamander! – pisał Gombrowicz – Ci chłopcy urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą”. Znaleźli świetnego impresaria w redaktorze Grydzewskim. Uzyskali
z miejsca popularność, wpływ, nawet sławę. On – Grydzewski, zawsze w tle choć zawsze obecny, nigdy nie występował publicznie.
Skamandryci byli, jak to określił Michał Głowiński, typową grupą sytuacyjną, czyli taką, w której genezie i strukturze decydującą rolę odegrało dążenie do zdobycia popularności i dominacji na rynku wydawniczym, a nie realizowanie określonych celów estetycznych. Do tego wiodły publikacje w „Wiadomościach Literackich”, organizowanie wspólnych wieczorów literackich i publicznych manifestacji oraz nawiązywanie kontaktów ze światem artystycznym i politycznym.
Szczególne związki łączyły skamandrytów z uczestnikami walk legionowych, zajmującymi później eksponowane stanowiska
w administracji państwowej. W sporze między sanacją a endecją skamandryci opowiedzieli się jednogłośnie za sanacją. W czasie wypadków majowych byli całym sercem po stronie Piłsudskiego. Dopiero sprawa brzeska, uwięzienie i skazanie posłów opozycji rzuciły cień na te stosunki.
Szczególnie serdeczna przyjaźń łączyła Tuwima z byłym adiutantem Piłsudskiego, generałem Bolesławem Długoszowskim-Wieniawą. Ten birbant i hulaka, wielki przyjaciel skamandrytów i współtwórca życia literackiego Warszawy, w latach 1928-1930 piastował funkcję komendanta stołecznego miasta. To on ratował skórę Tuwima, gdy ten wywołał kolejny skandal, publikując „Wiersz do generałów” (1927 r.), w którym wołał:
Więc przestańcie udawać lwy,
Śmieszni ludzie, obwieszeni gwiazdami.
Pamiętajcie, że tutaj – My,
Zamyśleni przechodnie,
My jesteśmy tu generałami.
Utworem tym poeta wywołał wielkie poruszenie w sferach wojskowych i na łamach prasy. „Wielkie było z powodu tego wiersza – wspominał Mieczysław Lepecki – larum w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Nie brakowało gorliwych, którzy chcieli poetę nauczyć rozumu, ale podnieść rękę na Tuwima nie było łatwo nawet wówczas. Wszystko załagodził Wieniawa Długoszowski”.
Jednak niezupełnie. Między innymi za sprawą artykułu Adolfa Nowaczyńskiego, Tuwim został spostrzeżony przez opinię publiczną jako ten, który obraża polskich wojskowych. W kraju, w którym wojsko było symbolem i gwarantem z trudem odzyskanej niepodległości, uznano ten utwór za bluźnierczy. Spowodowało to bojkot wieczorów literackich, w których poeta brał udział. Słonimski wspominał, że podczas wieczoru w Drohobyczu Tuwim został obrzucony zgniłymi jajami i jabłkami. Uciekł ze sceny przy akompaniamencie okrzyków: „Za polskich generałów! Precz! Do Rosji w zaplombowanych wagonach! Za Zbrucz!”.
Ponownie stał się Tuwim celem ataków w 1929 r. po opublikowaniu wiersza „Do prostego człowieka”. Pacyfizm wiersza, upatrywanie w każdej wojnie interesów klasowych, były nie do pogodzenia z kultem militarnej gotowości, panującym w kraju. Utwór został odczytany jako wysoce antypatriotyczny, a autor, który ponownie wywołał skandal, tym razem pozostał osamotniony.
Nawet najbliższy przyjaciel Tuwima, Jan Lechoń, był całkowicie zaskoczony jego postawą. W liście do przyjaciółki, Anny Jackowskiej, Lechoń pisał: „Ten bezwzględny, zaborczy, najniezręczniejszy pod słońcem wiersz, był dla mnie niespodzianką, która pozwala mi dzisiaj po Tuwimie spodziewać się wszystkiego. Nie rozum tego źle. Jeżeli Tuwim będzie szczerze głosił, że żaden naród go nie obchodzi – nie będę go przez to uważał za człowieka niemoralnego i zachowam dla niego tę samą ludzką przyjaźń, która nas tak głęboko łączy. Ale była między nami pewna harmonia odczuć – jak się okazuje pozorna, która moim zdaniem wykluczała takie, jak ten wiersz niespodzianki”.
Opublikowanie wiersza "Do ludu prostego"...
Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy "do ludności", "do żołnierzy"
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić "historyczną racją",
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę - bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab - kwiatami
Obrzucać zacznie "żołnierzyków". -
- O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z panami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: "Broń na ramię!",
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
"Bujać - to my, panowie szlachta!"
bardzo Tuwimowi zaszkodziło. „Pojawił się – pisze Ratajczak – zarzut zdrady narodowej, wiersz został określony jako «plugawy», a od władz domagano się wydalenia z kraju tego obcego poety i wycofania z rynku jego poezji”. Tuwim był zaskoczony i przerażony rezonansem swego utworu. W jego intencji i rozumieniu wiersz ten nie był ani antypatriotyczny, ani antypolski. Wyrażał ducha europejskiego pacyfizmu, mającego korzenie w tragedii I wojny światowej.
Coraz bardziej samotnie i obco
W latach trzydziestych w niektórych kołach i grupach szerzył się antysemityzm. Pomawianie o to całego społeczeństwa polskiego jest niesprawiedliwe, jednak Tuwim spotykał się coraz częściej z atakami w związku ze swym pochodzeniem. Na krytykę odpowiadał ostro, ale boleśnie raniła go postawa grupy sfaszyzowanej młodzieży. „Nic wam nie pomoże! – wołał do pikietujących oenerowców – dzieci wasze będą uczyły się o mnie w szkołach”. I miał rację – od drugiej połowy lat trzydziestych jego utwory znalazły się w polskich podręcznikach szkolnych i są w nich po dzień dzisiejszy.
W latach tych Tuwim zamykał się w sobie. Nasilające się ataki, konieczność leczenia psychicznie chorej matki w zakładzie zamkniętym w Otwocku (1935 r.) oraz ciężka operacja wrzodu żołądka, wyzwoliły nerwicę lękową zwaną agorafobią, polegającą na paraliżującym lęku przed wolną przestrzenią. W okresie tym poeta prawie nie opuszczał mieszkania. A jednak właśnie wtedy wydał poezję najwyższych lotów – tomiki: „Rzecz czarnoleska” (1929), „Biblia cygańska” (1932), „Treść gorejąca” (1936), zawierające utwory
o pogłębionej tematyce i ściszonej tonacji. Wyraźnie zwiększył się dystans między bohaterem lirycznym a resztą świata. W latach trzydziestych pojawił się ponadto w twórczości poety nowy element – przerażenie światem, którego odzwierciedleniem jest napisany w 1936 r. poemat „Bal w operze”, jeden z najsilniejszych protestów przeciw współczesności.
Jednocześnie od 1935 roku następuje coraz wyraźniejsza dezintegracja grupy Skamander. Stabilizacja życiowa poetów, obowiązki wobec pracodawców i rodzin nie sprzyjały cygańskiemu trybowi życia i wpływały znacząco na rozluźnienie więzi towarzyskich. Skamandryci rezygnowali ze zbiorowych wieczorów literackich, coraz częściej wypowiadali się we własnym imieniu. Jako pierwszy zaczął odczuwać potrzebę wyodrębnienia się z grupy Jan Lechoń. Już w 1925 r. pisał: „Po entuzjazmie młodości jest najwyższy czas, aby każdy z nas stał się sobą (…) i na to trzeba wyjść z tej atmosfery, w której wszystko jest duchową komuną”.
Sam Tuwim po 1936 r., nękany rozwijającą się chorobą, zamilkł jako poeta. Zaszyty w domu, tworzył ukochaną bibliotekę i oddawał się działalności translatorskiej. Z chwilą wybuchu II wojny światowej opuścił wraz z żoną Warszawę, a wkrótce i Polskę. Poprzez Rumunię dotarł do Paryża, gdzie spotkał grono starych przyjaciół: Lechonia, Grydzewskiego, Słonimskiego, Wierzyńskiego, Wittlina. Od razu aktywnie włączył się w proces formowania polskiej emigracji. Znów stał się członkiem grupy, którą tym razem łączyła przede wszystkim nostalgia za utraconą ojczyzną. Nastąpiło krótkie scalenie skamandrytów, skupionych wokół założonego przez Grydzewskiego w Paryżu pisma „Wiadomości Polskie Polityczne i Literackie”. Niestety, klęska Francji rozproszyła to środowisko. Grydzewski ze Słonimskim i Pawlikowską-Jasnorzewską ewakuowali się do Anglii, Lechoń, Tuwim, Wierzyński i Wittlin – przez Portugalię do Brazylii.
Stabilizacja życiowa skamandrytów, obowiązki wobec pracodawców i rodzin nie sprzyjały cygańskiemu trybowi życia i wpływały znacząco na rozluźnienie więzi towarzyskich...
Początkowo stosunki między przyjaciółmi układały się bardzo dobrze. Tuwimowie wraz z Lechoniem prowadzili nawet wspólne gospodarstwo, które żartobliwie nazywali Trio de Janeiro. Obaj poeci zostali serdecznie przyjęci w Brazylii, pisano o ich przybyciu
w prasie, ich wiersze tłumaczono na portugalski. Tuwima gnębiły jednak od początku wyrzuty sumienia. Odczuwał głębokie poczucie winy wobec tych, którzy zostali w kraju – matka poety została zamordowana w 1942 r. przez Niemców, w czasie likwidacji zakładu psychiatrycznego w Otwocku. Do siostry, przeżywającej naloty w Londynie, pisał pełen niepokoju i rozterek listy.
Niezastąpiony Grydzewski w dalszym ciągu spełniał rolę opiekuna i mecenasa. Pomagał materialnie, doradzał, a przede wszystkim wydawał w swych londyńskich „Wiadomościach” wiersze przyjaciół emigrantów. To Grydz, jak go nazywali najbliżsi, zainspirował powstanie „Kwiatów polskich”, zwracając się do Tuwima z prośbą
o napisanie kilkunastu stron wspomnień do powstającej antologii „Kraj lat dziecinnych”. Było to, jak sam poeta określił, „piorunem szczęścia”, nagle odkrytym źródłem poezji.
Po pięciu latach niemocy twórczej poeta donosił siostrze: „Piszę jak wariat całymi dniami, rzecz rośnie jak na drożdżach. Myślę, że będzie to najważniejsza rzecz, jaką napisałem w życiu”. Tak się rzeczywiście stało. Powstał wspaniały poemat, odzwierciedlający panoramę kilkudziesięciu lat. Czytelnik odnajduje tu wszystko to, co było bliskie poecie: piękno inowłodzkich letnisk, środowiska proletariackiej Łodzi, fabrykanckie enklawy, czasy dwudziestolecia i emigracyjną tułaczkę.
Po drugiej stronie
Emigracja od razu zachwyciła się poematem, umieszczając go obok „Pana Tadeusza” i „Beniowskiego”. Po dziewięciu miesiącach spędzonych w Rio de Janeiro Tuwimowie przenieśli się do Stanów Zjednoczonych.
Początkowo poeta kontynuował pracę nad „Kwiatami”, ale jednocześnie prowadził coraz bardziej ożywioną działalność polityczną. Brał udział w licznych spotkaniach z Polonią amerykańską w Detroit i Chicago, współpracował z grupą komunistów, skupionych wokół Oskara Langego. Po podpisaniu

Portret Juliana Tuwima (1929); Stanisław Ignacy Witkiewicz (Polish, 1885-1939) /
w 1941 roku układu Sikorski-Majski jednoznacznie opowiedział się po stronie sowietystów. W komunistycznej prasie i podczas licznych akademii nawoływał do ścisłej współpracy i prawdziwej przyjaźni z ZSRR. Poezja stopniowo ustępowała miejsca działalności politycznej. W końcu Tuwim ostatecznie jako poeta zamilkł.
Pomimo dużej aktywności, w Stanach Zjednoczonych poeta czuł się bardzo źle. W liście do kuzynki Ewy Drozdowskiej pisał: „Gdybym musiał tu zostać, popełniłbym raczej samobójstwo, nie dlatego, że Ameryka taka straszna, ale dlatego, że straszna jest moja tęsknota za krajem”.
Do tego dochodzi ostry konflikt z przyjaciółmi. Lechoń ostatecznie zerwał stosunki z Tuwimem w maju 1942 r., z powodu – jak powiadał – „jego ślepej miłości do bolszewików”. Sam, pozostając w obozie „antysowietystów”, publikował w „Wiadomościach Polskich” do 1944 r., aż do zlikwidowania ich przez władze brytyjskie za rzekomą działalność na szkodę wysiłku aliantów.
Tuwim natomiast, pod pretekstem zabiegów cenzuralnych, dokonywanych na fragmentach „Kwiatów” przez Grydzewskiego, zerwał wszelkie stosunki z redaktorem i jego pismem już w 1942 r. Od tego momentu drukował swój poemat w „Nowej Polsce”. Grydzewski, który dotychczas z wielką intuicją publikował fragmenty „Kwiatów”, tak tłumaczył się poecie: „Podziwiam żywość twoich reakcji, masz czas dzisiaj i humor pamiętać o endekach, Ozonie, o tym, że Mackiewicz nie uważa cię za polskiego poetę. O tym, że w Polsce był antysemityzm (…). Na sanację dzisiaj wymyślać nie sztuka, trzeba to było robić 15 lat temu”.
Jak ciężko musiało być poecie, uznanemu przez dużą część emigracji za zdrajcę i bolszewika, niech świadczy fragment jego listu do Antoniego Słonimskiego z 1942 roku: „Wierz mi, że na gruncie amerykańskim jestem równie samotny jak ty w Londynie (jeżeli o dawne przyjaźnie chodzi). Leszek [Lechoń – przyp. aut.], jak chyba wiesz już o tym, w ogóle zerwał ze mną. Z Kaziem [Wierzyński – przyp. aut.] ledwo-ledwo utrzymuję naciągane stosunki, Józio [Wittlin – przyp. aut.] albo choruje, albo nadal uprawia franciszkański sposób bycia.
Z resztą emigracji kontakty moje są żadne”.
To był prawdziwy koniec skamandrytów, których ostateczne rozbicie nastąpiło właśnie w 1942 roku, na tle różnic ideowych. Tuwim atakowany był za swe poglądy przez emigracyjne organizacje i dyskryminowany towarzysko. Dopiero jednak w 1944 r. został pozbawiony zapomogi, wypłacanej mu przez cztery lata przez rząd londyński. Samotny i wyobcowany, czuł tym większą potrzebę powrotu do kraju oraz wielką chęć współtworzenia nowej ojczyzny. Wiązał z tym duże nadzieje, planował pisać dalszy ciąg „Kwiatów polskich”.
Po powrocie do Polski w 1946 roku od razu otrzymał eleganckie mieszkanie przy Wiejskiej, samochód z kierowcą oraz sekretarkę. Trzy lata później przyznano mu piękną, świeżo wyremontowaną willę w Aninie, którą sam nazywał żartobliwie Château d’Anin. Traktowany był niczym wysokiej rangi dygnitarz.
Jednak pomimo takich deklaracji jak: „Zadaniem poetów, niechaj będzie przepalanie ludzkich serc ogniem ideału i nadziei, wiary, miłości dla nowego, lepszego świata, który wasze ręce z ruin podniosą”, jako poeta zamilkł definitywnie. Nie powrócił także do ukochanego kabaretu, szopek noworocznych. Zaszył się ponownie w swym gabinecie i tworzył nową bibliotekę, w miejsce tamtej, utraconej w czasie wojny oraz oddawał się działalności przekładowej. „Zapycham życie podrzędnymi pasjami – pisał w 1947 roku do Leopolda Staffa, swojego mistrza i nauczyciela – które grają we mnie tak samo silnie jak dawniej, zbieractwo, szperactwo, teatr”.
Szorstko i ironicznie, ale przecież prawdziwie brzmią słowa Gombrowicza, który w swoich „Dziennikach” tak scharakteryzował poetę: „Koniec Tuwima, te jego ostatnie lata w Polsce Ludowej, jakież to zasłużone. Ta słowiczość musiała się źle skończyć, musiała doprowadzić go tam, gdzie się jest już oficjalnie Poetą, dostawcą Piękna, funkcjonariuszem od szlachetności. (…) To nie był przypadek, że tralala zawiodły go do pałacowatej wilii w Aninie”.
Tuwim nie wrócił do gromady, nie był już „piewcą ulicy”. Pomiędzy nim a zwykłymi ludźmi, kiedyś bohaterami jego utworów, wytworzyła się przepaść. Przez młodych, wchodzących w życie literackie kraju twórców, został uznany za epigona i przeżytek. A jako emigrant nie uczestniczył w koszmarze wydarzeń wojennych i przez to nie miał moralnego prawa wypowiadania się w imieniu tych, którzy to piekło przeżyli.
Czarę goryczy dopełniało chłodne przyjęcie w kraju „Kwiatów polskich”. Tego braku zainteresowania nie mógł zrekompensować poecie ogromny entuzjazm emigracji, z jakim w dalszym ciągu przyjmowany był poemat. Nie interesowało go to, że Lechoń
i Grydzewski pomimo różnic politycznych, do końca życia uważali go za największego współczesnego poetę.
„Tuwima – pisał Kazimierz Wierzyński – Pan Bóg stworzył jakby lewą ręką. Dał mu geniusz poetycki i zapomniał o reszcie. Ten czarujący i trochę zaczarowany człowiek znał się przede wszystkim na poezji i póki krążył po niej był w swoim żywiole (…). Książek czytywał mało, same słowniki i encyklopedie dziwactw ludzkich, o wielu rzeczach, o polityce plótł smalone duby”.
Jan Lechoń zaś, dawny przyjaciel Tuwima, napisał: „Za sto lat będą darowane Tuwimowi adoracje Moskali, pozostaną zaś jego liczne utwory, które są arcydziełem języka i poezji”. I chyba miał rację. (wiez.pl)
Irena Tuwim
(...) Siostra sławnego brata i tłumaczka jeszcze słynniejszego Kubusia Puchatka. Irena Tuwim mimo ogromnego talentu pisarskiego do końca swoich dni była kojarzona jako osoba poboczna do nie swojej historii. Było to o tyle krzywdzące, że pisać i kreować swoje światy potrafiła nie gorzej niż jej utalentowany brat. Julian Tuwim sam zresztą twierdził, że jego siostra jest od niego zdolniejsza. Mimo ciągłego porównywania jej do brata nigdy nie było pomiędzy nimi rywalizacji. Do końca swoich dni siostra Tuwima kochała go miłością bezwarunkową
i kibicowała na każdym kroku. (...) (do poczytania)
Julian Tuwim - boski szalony Julek
(...) Innym hobby była hodowla jaszczurek i zaskrońców. Zdarzało się, że gady opuszczały terrarium i wędrowały po mieszkaniu w poszukiwaniu pokarmu! Jednak najcenniejszą namiętnością, która miała poważny wpływ na dorosłe życie i twórczość późniejszego poety, była rozwijana od szkolnych lat pasja lingwistyczna, miłość do słowników, etymologii wyrazów, egzotycznych języków. Nawiasem mówiąc, „Tuwim”, a dokładniej „Towim” – bo tak pisali się jeszcze dziadkowie poety – znaczy po hebrajsku „dobry”. (...) (do poczytania)
/ literatura
lipiec/sierpień '26 (27)
„Wojna jest piekłem, ale to nawet nie pół prawdy” – pisze Tim O’Brien,
amerykański weteran i pisarz, który w swojej antologii „To, co nieśli”
przesuwa granice tego, czym może być literatura wojenna. To nie zbiór
relacji, nie pamiętnik i nie klasyczna powieść o froncie. To książka o samej
istocie opowiadania wojny, o niemożliwości jej opowiedzenia. Trochę też
o tym, że właśnie w tej niemożliwości rodzi się prawda.
Ba! Śmiem twierdzić (choć mogę się mylić), że od czasów Vonneguta i jego
„Rzeźni numer pięć” nikt nie napisał o wojnie tak lirycznie, a zarazem tak
bezlitośnie. I to nie tylko o Wietnamie, ale o każdej wojnie, jaka się wydarzyła
i jaka jeszcze się wydarzy.
Gdy w 1990 roku O’Brien wydał „The Things They Carried”, amerykańscy krytycy
dostrzegli w nim duchowego spadkobiercę Hemingwaya i Crane’a. Dziś książka
ta, po raz pierwszy w nowym polskim przekładzie Tomasza S. Gałązki, brzmi
z jeszcze większą siłą. Nie tylko dlatego, że wojna znów stała się czymś
codziennym, lecz dlatego, że O’Brien pokazuje, jak wojna wchodzi pod skórę
języka, jak deformuje pamięć i prawdę.
Autor sam był żołnierzem. Przeżył Wietnam, został ranny, wrócił z Purpurowym
Sercem, ale jak sam przyznaje, nigdy z tej wojny nie wrócił naprawdę. Jego
pisanie to nie próba rozliczenia się z przeszłością, lecz ciągłe, obsesyjne
obracanie kamienia – przyglądanie się traumie z każdej strony, aż do
przezroczystości. Autor nie pyta o to, co się wydarzyło?. Pyta co znaczy, że coś
się wydarzyło?.
Pierwsze opowiadanie to prawdziwy majstersztyk krótkiej formy. Formalnie przypomina niemal matematyczną wyliczankę. Ile waży karabin, ile naboje, ile zapas wody, ile listy od dziewczyny. Ale za tą prozą konkretnych gramów i funtów kryje się ciężar niezważony: strach, miłość, żal, wstyd. To, co nie mieści się w plecaku, a jednak przygniata najmocniej.
I tu O’Brien dokonuje rzeczy niezwykłej. Ta wyliczanka zamienia się w poezję. Ciało żołnierza staje się metaforą pamięci, a pamięć formą przetrwania. W kolejnych opowiadaniach ten rytm powraca. Tworzy strukturę przypominającą marsz. Krok po kroku, zdanie po zdaniu, aż do zatrzymania.
W połowie tomu O’Brien sam wchodzi do tekstu. Jako narrator i postać. Opowiada o pisaniu wojennej historii i o tym, jak nie można jej napisać naprawdę. „Prawdziwa historia wojny” – powiada – „nigdy nie daje poczucia sensu”. To moment, w którym „To, co nieśli” przekracza granice realizmu i staje się metafikcją. Opowieścią o opowiadaniu, literaturą o literaturze. W tym sensie O’Brien stoi bliżej Borgesa czy Sebalda niż Hemingwaya. Jego wojna dzieje się w języku, w pamięci, w narracji, nie tylko w dżungli.
Nie sposób nie wspomnieć o kunszcie konstrukcyjnym tego zbioru. Dwadzieścia jeden opowiadań tworzy strukturę pozornie rozproszoną. Mozaikę wspomnień, anegdot, listów, spowiedzi. A jednak całość działa jak precyzyjny mechanizm. W jednym tekście narrator wspomina śmierć towarzysza, w kolejnym wraca do tej samej sceny z innej perspektywy, jakby chciał udowodnić, że żadna wersja nie wystarczy.
To właśnie w tej powtarzalności, w tym nieustannym mówieniu o tym samym, O’Brien odnajduje prawdę o pamięci. Wojna jest nie tylko zdarzeniem, ale stanem umysłu. To, co się raz wydarzyło, wydarza się bez końca. „To, co nieśli” można czytać obok „Obłędu” Jerzego Krzysztonia. W obu książkach trauma nie kończy się wraz z ostatnim rozdziałem.
Seria Opowiadań Amerykańskich jest tak fenomenalna, bo oddaje głos twórcom osobnym. Każdy ma swój unikatowy styl, frazy, pomysł na pisanie. Nie inaczej jest i tym razem. O’Brien pisze językiem surowym, często rytmicznym, niemal hipnotycznym. Jego zdania potrafią brzmieć jak wersy wiersza, ale nigdy nie popadają w emfatyczność. Polski przekład Tomasza S. Gałązki oddaje tę równowagę. Między chłodem a liryką, między wojskową precyzją a emocjonalnym drżeniem. Widać tu świetne ucho dla niuansu, do amerykańskich idiomów (frazy żołnierskie, potoczności, groteskowe dialogi). Każde słowo jest na swoim miejscu, a rytm narracji wciąga jak melodia marszu przez dżunglę. Oryginału nie czytałem, ale jestem przekonany, że lepiej oddać się go nie dało.
Uniwersalność tej prozy wynika z tego, że O’Brien nie opisuje konkretnego konfliktu. Skupia się na stanie człowieka w obliczu wojny. Znowuż wrócę do Hemingwaya, który w mojej opinii stoi na zupełnie innej półce. „To co nieśli” jest zdecydowanie bliżej Różewicza. Wojna u niego nie tworzy bohaterów, lecz rozbija język, świadomość, moralność. To literatura, która nie daje katharsis, tylko zostawia w pół kroku.
Czy „To, co nieśli” to zbiór opowiadań? Powieść? Poemat epicki rozbity na fragmenty? Każda odpowiedź jest poprawna i żadna nie jest ostateczna. Właśnie ta niejednoznaczność czyni książkę tak nowoczesną. Autor potrafi połączyć reporterską obserwację z liryzmem i filozoficzną refleksją o naturze prawdy.
Każde z opowiadań działa samodzielnie, ale dopiero w całości ujawnia się pełna kompozycja. Jak gdyby autor budował symfonię
z osobnych instrumentów. O’Brien otwiera pamięć jak ranę i pokazuje, że krwawić można słowami. Z tych słów buduje pomnik, który nigdy nie stwardnieje. (Paweł; melancholiacodziennosci.blogspot.com)
Tytuł: "To, co nieśli"
Wydawca: Czarne
Liczba stron: 264
Oprawa: twarda
Tłumaczenie: Tomasz S. Gałązka
Rok wydania: 2025
(fragment tytułowego opowiadania poniżej)

/ literatura opowiadanie
lipiec/sierpień '26 (27)
To, co nieśli (fragment opowiadania)
TIM O'BRIAN
Przekład TOMASZ S. GAŁĄZKA
Porucznik Jimmy Cross nosił listy od dziewczyny imieniem Martha, studentki trzeciego roku koledżu Mount Sebastian w New Jersey. Nie były to listy miłosne, ale porucznik Cross nie tracił nadziei, więc nosił je na dnie plecaka, owinięte folią. Późnym popołudniem, po dniu na patrolu, kopał sobie stanowisko ogniowe, mył dłonie wodą z manierki, rozwijał listy i trzymając je koniuszkami palców, spędzał ostatnią godzinę światła dziennego na udawaniu. Wyobrażał sobie romantyczne wyprawy pod namiot w Góry Białe w New Hampshire. Czasami lizał skrzydełka kopert, wiedząc, że wcześniej to ona wodziła po nich językiem. Ponad wszystko pragnął, żeby Martha kochała go tak, jak on ją kochał, ale jej listy były raczej plotkarskie, kwestii miłości w nich unikała. Porucznik Cross miał niemal pewność, że wciąż była dziewicą. W Mount Sebastian studiowała literaturę angielską, pięknie pisała o wykładowcach, współlokatorkach i egzaminach semestralnych, o podziwie dla Chaucera i gorącym uczuciu do Virginii Woolf. Często cytowała fragmenty wierszy, o wojnie nie pisała nigdy, chyba że na zasadzie: „Uważaj na siebie, Jimmy”. Listy ważyły dwanaście dekagramów. Podpisywała je: „Z miłością – Martha”, ale porucznik Cross rozumiał, że ta miłość to tylko formułka w podpisie, nie znaczy tego, co czasami udawał, że znaczy. O zmroku starannie odkładał listy do plecaka. Powoli, nieco rozkojarzony wstawał i robił rundkę wśród swoich podkomendnych, sprawdzał zabezpieczenie obozowiska, a po ciemku wracał na swoje stanowisko, patrzył w noc
i zastanawiał się, czy Martha zachowała dziewictwo.
To, co nosili, było w znacznej części funkcją konieczności. Wśród rzeczy niezbędnych czy prawie niezbędnych znajdowały się otwieracze do konserw wzór P-38, składane nożyki, suche paliwo, zegarki ręczne, nieśmiertelniki, repelent na moskity, guma do żucia, słodycze, papierosy, tabletki soli, saszetki lemoniady w proszku, zapalniczki, zapałki, igły i nici, Wojskowe Talony Płatnicze, puszkowane racje żywnościowe oraz dwie do trzech manierek z wodą. To wszystko razem wzięte ważyło od pięciu i pół do ośmiu kilogramów, zależnie od osobistych przyzwyczajeń i szybkości metabolizmu. Henry Dobbins, chłop postawny, brał więcej puszek
z żarciem – szczególnie pasowały mu brzoskwinie w gęstym syropie do babki piaskowej. Dave Jensen, nawet w terenie dbały
o higienę, brał szczoteczkę do zębów, nić dentystyczną i parę hotelowych kostek mydła, które zwędził podczas rekreacyjnej przepustki w australijskim Sydney. Ted Lavender, który się bał, nosił pigułki uspokajające, aż w połowie kwietnia dostał w głowę pod wsią Than Khe. Z konieczności oraz zgodnie z wymogami regulaminowymi wszyscy nosili stalowe hełmy ważące nieco ponad dwa kilogramy razem z fasunkiem i pokrowcem maskującym. Nosili standardowe polowe kurtki i spodnie. Bieliznę nosili bardzo nieliczni. Na stopach nosili buty dżunglowe – dziewięćdziesiąt pięć deko – a Dave Jensen nosił trzy pary skarpet i puszkę pudru do stóp marki Dr. Scholl, żeby uniknąć grzybicy. Ted Lavender, póki nie dostał w głowę, nosił osiemnaście–dwadzieścia deko topowej trawki, bez której nie mógł się obejść. Mitchell Sanders, radiota, nosił prezerwatywy. Norman Bowker nosił dziennik. Szczur Kiley nosił komiksy. Kiowa, nabożny baptysta, nosił ilustrowane wydanie Nowego Testamentu – prezent od ojca, nauczyciela szkółki niedzielnej
w Oklahoma City w stanie Oklahoma. Żeby jednak ustrzec się od złych chwil, nosił też nieufność do białych po babci i stary myśliwski toporek po dziadku. Obowiązywał dyktat konieczności. Ponieważ teren był usiany minami i innymi pułapkami, każdy regulaminowo nosił nylonową kamizelkę przeciwodłamkową ze stalowymi wkładkami, która ważyła trzy kilogramy, ale w upalne dni wydawała się znacznie cięższa. Jako że śmierć mogła nadejść bardzo szybko, każdy nosił też przynajmniej jeden duży opatrunek uciskowy, najczęściej za opaską hełmu, żeby był pod ręką. Ponieważ noce były zimne, a monsuny mokre, każdy nosił pelerynę z zielonego plastiku, której można było użyć jako płaszcza przeciwdeszczowego, maty do leżenia lub pałatki. Peleryna wraz z pikowaną podszewką ważyła jakieś dziewięćdziesiąt deko, ale warta była każdego grama. Na przykład kiedy Ted Lavender oberwał w kwietniu, wykorzystali jego pelerynę, żeby go zawinąć, potem przenieść przez ryżowisko i wreszcie włożyć do helikoptera, który go zabrał.
Mówiono na nich „zające” lub „konie”.
To, co się nosiło, było targane, czyli na przykład porucznik Jimmy Cross targał swoją miłość do Marthy po wzgórzach
i mokradłach. Można też było używać formy zwrotnej, targać się, czyli iść gdzieś, maszerować, ale zawsze z implikacją, że to wędrówka z obciążeniem.
Niemal wszyscy targali zdjęcia. Porucznik Cross nosił w portfelu dwie fotografie Marthy. Pierwsza była kolorowa, na papierze Kodak, podpisana „Z miłością”, ale Cross wiedział co i jak. Martha stała pod ceglanym murem. Oczy miała szare, obojętne, usta lekko rozchylone. Porucznik Cross zastanawiał się czasem, nocami, kto zrobił jej to zdjęcie, bo wiedział, że miała już chłopaków, bo tak bardzo ją kochał, no i dlatego, że widział cień fotografa padający na cegły muru. Drugie zdjęcie zostało wycięte z księgi pamiątkowej koledżu Mount Sebastian z roku 1968. Ujęcie z akcji – siatkówka kobiet – a Martha stała pochylona równolegle do podłogi, sięgała
w dół, ostrość uchwycona na wnętrzach jej dłoni. Lekko wysuwała język, miała minę szczerą, bojową. Nie było widać, żeby się pociła. Miała na sobie białe szorty gimnastyczne. Zdaniem porucznika jej nogi były niemal na pewno nogami dziewicy, suche, bezwłose, lewe kolano nieco przygięte, podtrzymujące cały ciężar jej ciała, ciut ponad pięćdziesiąt trzy kilogramy. Porucznik Cross pamiętał, jak dotknął tego lewego kolana. Ciemna sala kinowa, pamiętał, grali film Bonnie i Clyde, Martha miała na sobie tweedową spódnicę, a podczas sceny kulminacyjnej, kiedy dotknął jej kolana, obróciła się do niego i spojrzała tak smutno, trzeźwo, że cofnął dłoń, ale już zawsze miał pamiętać szorstkość tweedu i ukryte pod tkaniną kolano, i huk strzałów, które zabiły Bonnie i Clyde’a, i jakie to wszystko było zawstydzające, jakie powolne i przygniatające. Pamiętał, że pocałował ją na dobranoc pod drzwiami akademika. Myślał sobie, że właśnie wtedy powinien był zdobyć się na odwagę. Powinien był zanieść ją po schodach do jej pokoju, przywiązać do łóżka i przez całą noc dotykać tego lewego kolana. Powinien był pójść na takie ryzyko. Za każdym razem, kiedy oglądał te fotografie, wymyślał nowe rzeczy, które powinien był wtedy zrobić.
To, co nieśli, zależało po części od stopnia, po części zaś od specjalności wojskowej.
Jako porucznik i dowódca plutonu, Jimmy Cross nosił kompas, mapy, książki szyfrowe, lornetkę oraz pistolet kalibru .45, który
z pełnym magazynkiem ważył kilo trzydzieści. Dźwigał też lampę stroboskopową i odpowiedzialność za życie podwładnych.
Jako radiota, Mitchell Sanders nosił radiostację PRC-25, mordercze bydlę, z akumulatorem prawie dwanaście kilogramów.
Jako sanitariusz, Szczur Kiley nosił płócienną torbę pełną morfiny, osocza, tabletek przeciwko malarii, plastrów, komiksów
i wszystkiego tego, co musi nosić sanitariusz, w tym emenemki, na te najcięższe rany, a co w sumie dawało niemal osiem kilogramów.
Jako chłop postawny, a tym samym kaemista, Henry Dobbins nosił M60, bez amunicji ważący dziesięć kilogramów, ale jednak przeważnie z założoną taśmą. Do tego nosił jeszcze cztery i pół do siedmiu kilogramów zataśmowanej amunicji przewieszonej przez tors i ramiona.
Jako starsi szeregowcy czy „Spec 4” (...), byli najczęściej pospolitymi zającami i nosili standardowy karabinek szturmowy M16, działający na zasadzie odprowadzenia gazów prochowych. Broń ta ważyła trzy czterdzieści kilograma bez magazynka, trzy siedemdziesiąt kilograma z pełnym dwudziestonabojowym magazynkiem. W zależności od szeregu czynników, w tym topografii
i psychologii, strzelcy nosili od dwunastu do dwudziestu magazynków, przeważnie w płóciennych pasach amunicyjnych, dokładając sobie co najmniej trzy kilo osiemdziesiąt, maksymalnie kilogramów sześć. Jeśli się dało, nosili też wyposażenie do czyszczenia M16
– wyciory, stalowe szczotki, ściereczki, wyciskane buteleczki oliwy marki LSA – łącznie ważące mniej więcej pół kilograma. Niektórzy z koni nosili granatniki M79, bez naboju ważące dwa kilogramy sześćdziesiąt, więc znośnie, ale amunicja była ciężka. Każdy nabój to dwadzieścia osiem deko. Z reguły nosiło się po dwadzieścia pięć sztuk. Jednak Ted Lavender, który się bał, niósł ich trzydzieści cztery, kiedy dostał w głowę pod Than Khe i zginął, i padł pod tym wyjątkowym ładunkiem, ponad dziewięć kilogramów amunicji plus kamizelka przeciwodłamkowa i hełm, i racje żywnościowe, i woda, i papier toaletowy, i środki uspokajające, i co tylko jeszcze, plus nieważony strach. Czysty balast. Nawet się nie szarpnął, nie rzucał. Kiowa, który to widział, mówił, że było to tak, jakby się widziało spadający głaz czy duży worek z piaskiem, czy co chcecie – tylko bam i padł – nie jak w filmach, gdzie zabity turla się i robi jakieś kosmiczne fikołki, dupą wywija, nie, zupełnie nie tak, mówił Kiowa, chuj nieszczęsny, po prostu jeb i padł. Bam. Gleba. I tyle. Był słoneczny poranek w połowie kwietnia. Porucznik Cross czuł ten ból. Winił sam siebie. Zabrali Lavenderowi manierki i amunicję, wszystko, co ciężkie, Szczur Kiley stwierdził oczywisty fakt: facet nie żyje, po czym Mitchell Sanders przez radio zameldował zgon jednego amerykańskiego żołnierza i wezwał śmigłowiec. Potem zawinęli Lavendera w jego pelerynę. Wynieśli go na suche poletko ryżowe, zabezpieczyli teren i do przylotu śmigłowca siedzieli, paląc zioło nieboszczyka. Porucznik Cross trzymał się na uboczu. Wyobrażał sobie twarz Marthy, gładką, młodą, myśląc, że kocha ją ponad wszystko, bardziej niż swoich podwładnych, ale teraz Ted Lavender nie żył, bo on tak bardzo ją kochał, że nie potrafił przestać o niej myśleć. Gdy nadleciał helikopter ewakuacyjny, załadowali do kabiny zwłoki Lavendera. A potem spalili Than Khe. Maszerowali aż do zmroku, następnie się okopali i przez całą noc Kiowa tłumaczył, że to trzeba było zobaczyć na własne oczy, jakie to było szybkie, że biedak tylko padł jak kloc betonu. Bam i w piach, mówił. Jak cement.
Poza standardowym uzbrojeniem, M16, M60, M79, nosili, co tylko się nawinęło czy też co wyglądało na użyteczne do zabijania bądź pozostania przy życiu. Nosili mydło, szydło i powidło. Przy rozmaitych okazjach, w rozmaitych sytuacjach nosili karabiny M14, karabinki CAR-15, peemy Carl Gustaf i M3, zdobyczne kałachy z ZSRR i Chin i ergiepepance i karabinki Simonowa i kupione na czarnym rynku peemy Uzi i rewolwery Smith & Wesson kalibru .38 i jednorazowe wyrzutnie rakiet przeciwpancernych LAW kalibru 66 milimetrów i śrutówki i tłumiki i pałki i bagnety i kostki plastiku C-4. Lee Strunk nosił procę – mówił, że to jego broń ostatniej szansy. Mitchell Sanders nosił kastet. Kiowa nosił zdobiony piórami toporek po dziadku. Co trzeci, może co czwarty nosił minę przeciwpiechotną typu claymore – półtora kilograma, wliczając detonator. Wszyscy nosili granaty odłamkowe – czterysta gramów sztuka. Każdy nosił co najmniej jeden granat dymny, barwiony, model M18 – sześćset osiemdziesiąt gramów. Niektórzy nosili granaty
z CS, czyli gazem łzawiącym. Niektórzy fosforowe. Nosili, ile tylko byli w stanie udźwignąć i jeszcze odrobinę, w tym także milczący respekt dla straszliwej mocy tego wszystkiego, co nieśli.
W pierwszym tygodniu kwietnia, nim zginął Lavender, porucznik Cross otrzymał od Marthy talizman szczęścia. Zwykły kamyczek, ważył co najwyżej trzydzieści gramów. Gładki w dotyku, mlecznobiały z plamkami oranżu i fioletu, owalny niczym miniaturowe jajko. Załączyła go do listu, w którym pisała, że znalazła go na brzegu oceanu w New Jersey, dokładnie tam, gdzie w szczycie przypływu ląd witał się z wodą, gdzie żywioły schodzą się razem, ale też rozdzielają. Jak pisała, to właśnie ta rozłączność w łączności natchnęła ją, by podnieść ten kamyk i przez kilka dni nosić go w kieszonce na piersi, gdzie zdawał się nieważki, a potem przesłać pocztą, pocztą lotniczą, jako dowód najszczerszych uczuć, jakie wobec niego żywiła. Porucznik Cross uznał, że to romantyczny gest. Zastanawiał się jednak, jakie były te jej najszczersze uczucia i co rozumiała przez rozłączność w łączności. Zastanawiał się, jak to się stało, że owego popołudnia na plaży w New Jersey fale i pływy zyskały na istotności, że Martha zobaczyła ten kamyk, pochyliła się i uratowała go z geologii. Wyobrażał sobie bose stopy. Martha była poetką, miała poetycką wrażliwość, stopy miałaby opalone i bose, z niepomalowanymi paznokciami, oczy chłodne i ponure jak ocean w marcu, i choć to bolało, Cross dumał też, kto jej tamtego popołudnia towarzyszył. Wyobrażał sobie dwa cienie sunące po tym pasie piasku, gdzie rzeczy schodzą się razem, ale też rozdzielają. Fantomowa zazdrość, zdawał sobie z tego sprawę, a jednak nie potrafił przestać. Tak bardzo Marthę kochał. Podczas marszu,
w upalne dni wczesnego kwietnia, trzymał ten kamyk w ustach, obracał go językiem, czuł morską sól i wilgoć. Myśli mu się rozpierzchały. Nie potrafił skupić się na wojnie. Czasami pokrzykiwał na żołnierzy, żeby rozciągnęli kolumienkę i mieli oczy szeroko otwarte, ale sam odpływał w sny na jawie, takie udawanie, że idzie boso po plaży w New Jersey, z Marthą, i niczego nie dźwiga. Aż czuł, że się podnosi. Słońce, fale, delikatny wiatr, nic, tylko miłość i lekkość.
To, co nieśli, zmieniało się w zależności od bieżącego zadania.
Idąc na patrol w góry, nieśli moskitiery, maczety, płócienne płachty i większy zapas repelentu.
Jeśli zadanie wydawało się wyjątkowo ryzykowne albo dotyczyło miejsca, o którym wiedzieli, że będzie źle, brali wszystko, co tylko potrafili dźwignąć. W pewnych mocno zaminowanych obszarach działań, gdzie w ziemi było aż gęsto od min wyskakujących
i urwinóżek, na zmianę targali wykrywacz min, prawie trzynaście kilogramów. Przez słuchawki i dużą płytę detektora ten sprzęt obciążał barki i dolną część kręgosłupa, był nieporęczny, często, na terenie usianym odłamkami, wprost bezużyteczny, ale i tak go nosili, trochę dla bezpieczeństwa, trochę dla złudzenia bezpieczeństwa.
Na zasadzki czy inne misje nocne nieśli rozmaite dziwności. Kiowa zawsze zabierał swój Nowy Testament i mokasyny, dla cichości. Dave Jensen brał witaminy poprawiające ostrość wzroku nocą, wzbogacone w karoten. Lee Strunk niósł procę – jak twierdził, amunicji mu nie zabraknie. Szczur Kiley niósł brandy i emenemki. Ted Lavender, póki go nie zastrzelili, nosił celownik noktowizyjny starlight, z aluminiowym futerałem ważący dwa i osiemdziesiąt pięć kilograma. Henry Dobbins nosił rajstopy swojej dziewczyny, obwiązane wokół szyi jak szal. Wszyscy nosili własne duchy. Gdy nadchodziła ciemność, wypuszczali się kolumienką przez łąki
i ryżowiska na wyznaczone współrzędne zasadzki, gdzie po cichu rozstawiali miny claymore, kładli się i resztę nocy spędzali na oczekiwaniu.
Inne zadania były bardziej złożone, wymagały sprzętu specjalnego. W połowie kwietnia zlecono im odszukanie i wysadzenie rozbudowanych kompleksów tuneli w rejonie Than Khe, na południe od Chu Lai. Do wysadzania tuneli nieśli po cztery półkilogramowe kostki pentrytu każdy, w sumie trzydzieści cztery kilogramy. Nieśli też druty, spłonki i detonatory zasilane bateriami. Dave Jensen niósł zatyczki do uszu. W większości wypadków dowództwo rozkazywało im przeszukać tunele, zanim je wysadzą, co uważali za kiepską nowinę, ale najczęściej po prostu wzruszali ramionami i wykonywali polecenie. Henry Dobbins, jako chłop postawny, był zwolniony z penetrowania tuneli. Cała reszta ciągnęła losy. Zanim zginął Lavender, było ich w plutonie siedemnastu, więc ten, kto wylosował numer siedemnasty, zrzucał ekwipunek i wpełzał do tunelu, głową naprzód, z latarką i czterdziestką piątką porucznika Crossa. Pozostali rozchodzili się, zabezpieczając teren. Siadali albo przyklękali, nie patrząc na wlot tunelu, wsłuchując się w ziemię pod sobą, wyobrażając sobie pajęczyny i duchy, czy co tylko – zaciskające się ściany tunelu – że latarka niewiarygodnie ciąży w dłoni, że ma się najdosłowniej w świecie widzenie tunelowe, z każdej strony człowieka ściska, nawet po osi czasu, i trzeba się tam wić, robić dupą i łokciami – takie uczucie, jakby się było połkniętym – i że człowiek łapie się tam na najróżniejszych niepokojach: czy latarka nie zgaśnie? Czy szczury roznoszą wściekliznę? Jak daleko poniósłby się dźwięk, gdybyś zaczął wrzeszczeć? Usłyszeliby cię kumple? Wystarczyłoby im odwagi, żeby cię wyciągnąć? Pod niektórymi, choć nielicznymi względami takie czekanie było gorsze niż samo pełzanie w tunelu. Wyobraźnia mogła człowieka wykończyć.
Szesnastego kwietnia numer siedemnasty wylosował Lee Strunk, roześmiał się, mruknął coś i szybko wlazł do tunelu. Poranek był upalny, zupełnie bezwietrzny. Niedobrze, stwierdził Kiowa. Zerknął na wlot tunelu, potem na wieś Than Khe za suchym ryżowiskiem. Nic się nie ruszało. Ani chmury, ani ptaki, ani ludzie. Czekający żołnierze palili, pili lemoniadę z proszku, niewiele gadali, współczuli Lee Strunkowi, ale czuli też, że los im sprzyjał. Jak to ujął Mitchell Sanders, raz się wygrywa, raz się przegrywa, ale żeby wygrać, trzeba grać. Był to żart z taką brodą, że nikt się nie zaśmiał.
Henry Dobbins zjadł batonik o smaku tropikalnym. Ted Lavender łyknął pigułę na uspokojenie i poszedł się odlać.
Po pięciu minutach porucznik Jimmy Cross podszedł do tunelu, pochylił się nad wlotem, zajrzał w mrok. Jest problem, pomyślał – może tunel się zawalił. I nagle, bez świadomej woli, wrócił myślami do Marthy. Naprężenia i pęknięcia, szybkie zapadnięcia, ich dwoje uwięzionych żywcem pod całym tym ciężarem. Gęsta, miażdżąca miłość. Klęcząc, obserwując wlot, usiłował skupić się na wojnie, na Lee Strunku, na wszystkich niebezpieczeństwach, ale ta miłość go przerastała, czuł się jak sparaliżowany, chciał zasnąć w płucach Marthy, oddychać jej krwią, zatopić się w niej. Chciał, żeby była dziewicą i zarazem żeby nią nie była. Chciał ją poznać. Jej najgłębsze tajemnice: czemu poezja? Czemu tyle smutku? Skąd ta szarość w oczach? Czemu tak sama? Nie samotna, tylko sama – czy to podczas jazdy rowerem przez kampus, czy kiedy siedziała na stołówce przy osobnym stoliku, nawet kiedy tańczyła, to tańczyła sama – i to ta jej osobność wypełniała go miłością. Pamiętał, że wspomniał jej o tym któregoś wieczoru. A ona skinęła głową i odwróciła wzrok. A potem, kiedy ją pocałował, przyjęła ten pocałunek, ale go nie odwzajemniła, oczy miała szeroko otwarte, bez strachu, to nie były oczy dziewicy, po prostu obojętne, niezaangażowane.
Porucznik Cross spoglądał na tunel. Myślami jednak był gdzie indziej. Był pogrzebany obok Marthy w białym piasku plaży w New Jersey. Leżeli przywarci do siebie, kamyk w jego ustach był jej językiem. Uśmiechał się. Miał mglistą świadomość tego, jak cichy był ten dzień, jak łypały na nich ryżowiska, ale nie potrafił przejąć się kwestiami bezpieczeństwa. Był ponad to. Był ledwie szczawiem, na wojnie, zakochanym. Miał dwadzieścia cztery lata. Nie mógł nic na to poradzić.
Parę chwil później Lee Strunk wygramolił się z tunelu. Wylazł stamtąd szeroko uśmiechnięty, ubabrany, ale żywy. Porucznik Cross skinął głową i zamknął oczy, podczas gdy reszta plutonu klepała Strunka po plecach, dowcipkowali sobie, że zmartwychwstał.
Z robalami, stwierdził Szczur Kiley. Wziął i wylazł z grobu. Zombiak jebany.
Roześmiali się. Wszyscy czuli ogromną ulgę.
Kraina upiorów, dorzucił Mitchell Sanders.
Lee Strunk dla śmiechu zaczął jęczeć jak duch, ale tak bardzo radośnie, i akurat w tej chwili, kiedy Strunk wydawał z siebie ten piskliwy, jękliwy, radosny dźwięk, kiedy zrobił Achuuuuuuu, właśnie wtedy, wracając z sikania, Ted Lavender dostał kulkę w głowę. Leżał z otwartymi ustami. Zęby miał potrzaskane. Pod lewym okiem nabrzmiał czarny guz. Wyrwało mu kość policzkową. O kurwa, stwierdził Szczur Kiley, facet nie żyje. Facet nie żyje, powtarzał, i brzmiało to bardzo mądrze – no, facet nie żyje. Znaczy, przecież faktycznie.
To, co nieśli, do pewnego stopnia wynikało z przesądów. Porucznik Cross nosił swój szczęśliwy kamyk. Dave Jensen nosił króliczą łapkę. Norman Bowker, zasadniczo człowiek wielkiej łagodności, nosił kciuk sprezentowany mu przez Mitchella Sandersa. Ów kciuk był ciemnobrązowy, gumowaty w dotyku, ważył góra osiemdziesiąt pięć gramów. Został odcięty trupowi wietkonga, piętnasto-, może szesnastoletniemu chłopakowi. Znaleźli go na dnie rowu melioracyjnego, był mocno popalony, muchy oblazły mu usta i oczy. Miał na sobie czarne szorty i sandały. W chwili zgonu niósł woreczek ryżu, karabin i trzy magazynki.
Jakby mnie kto pytał o zdanie, mamy tu wyraźny morał, powiedział Mitchell Sanders.
Dotknął dłonią nadgarstka zabitego chłopaka. Przez chwilę milczał, jakby mierzył tętno, po czym poklepał go po brzuchu, niemal przyjaźnie, i za pomocą łowieckiego toporka Kiowy odrąbał ten kciuk.
Henry Dobbins spytał, jaki tu był morał.
Morał?
Przecież wiesz. Morał.
Sanders zawinął kciuk w papier toaletowy i podał go Normanowi Bowkerowi. Palec nie krwawił. Sanders z uśmiechem kopnął chłopaka w głowę, patrzył, jak muchy się rozpierzchły, i powiedział: Że jesteśmy jak Paladyn w tym starym westernowym serialu Have Gun, Will Travel. Mamy broń, dojeżdżamy do roboty.
Henry Dobbins przemyślał to sobie.
No dobra, odezwał się w końcu. Ale ja tu morału nie widzę.
Jak nie, facet, jak przecież jest.
A spierdalaj.
Nosili blankiety poczty polowej, ołówki i długopisy. Nosili pastylki paliwa turystycznego, agrafki, flary do potykaczy i do rakietnic, szpule kabla, żyletki, prymki tytoniu, zdobyczne kadzidełka i posążki uśmiechniętego Buddy, świeczki, mazaki, numery żołnierskiej gazetki, cążki do paznokci, ulotki do walki psychologicznej, kapelusze przeciwdeszczowe, krawaty bolo i masę innych rzeczy. Dwa razy w tygodniu, kiedy przybywały śmigłowce z zaopatrzeniem, nosili gorące żarcie w zielonych baniakach i duże płócienne worki pełne zmrożonego piwa i napojów gazowanych. Nosili plastikowe zbiorniki z wodą o pojemności dziewięciu litrów każdy. Mitchell Sanders nosił wykrochmalony komandoski mundur maskujący w prążki, na specjalne okazje. Henry Dobbins nosił owadobójczy sprej marki Black Flag. Dave Jensen nosił puste worki, które na noc dla poprawy bezpieczeństwa można było napełnić piaskiem. Lee Strunk nosił mleczko do opalania. Noszeniem części rzeczy się dzielili. Zmieniali się przy noszeniu wielkiej radiostacji szyfrującej PRC-77, która z akumulatorem ważyła prawie czternaście kilogramów. Wspólnie nieśli ciężar wspomnień. Brali to, czego inni nie byli już w stanie dźwigać. Często nieśli siebie nawzajem, rannych czy osłabionych. Nosili się z infekcjami. Nosili szachownice, piłki do kosza, słowniczki wietnamsko-angielskie, oznaczenia stopni, Brązowe Gwiazdy i Fioletowe Serca, plastikowe karty z nadrukowanym Kodeksem Postępowania. Przenosili choroby, w tym malarię i dyzenterię. Nosili się z wszami, parchem, pijawkami, glonami
z ryżowisk, rozmaitymi grzybicami i pleśniami. Nosili sam ten kraj – Wietnam, tę ziemię, tę glebę – drobny, pomarańczowoczerwony pył oblepiający ich buty, mundury, twarze. Dźwigali niebo. Całą atmosferę, ją też nieśli, parność, monsuny, smród grzyba i rozkładu, no, wszystko, i grawitację również. Poruszali się jak muły. Za dnia strzelali do nich snajperzy, nocą biły po nich moździerze, ale to nie były bitwy, tylko marsz bez końca, od wsi do wsi, bez celu, niczego tak nie zdobywali ani nie tracili. Maszerowali, żeby maszerować. Brnęli naprzód powoli, tępo, pochyleni pod upałem, bezmyślnie, tylko krew i kości, zwykli zające, wojujący nogami, z mozołem pnący się na wzgórza i schodzący ku ryżowiskom, przez rzeki i znów w górę i w dół, wciąż tak się targali, krok, po nim następny i jeszcze jeden, ale bez ochoty, bez woli, bo to się działo automatycznie, tak kazała anatomia, a wojna była wyłącznie kwestią postawy, sylwetki, targanie zamykało w sobie wszystko, taki trochę bezwład, taka trochę pustka, stępienie pragnień i intelektu, i sumienia,
i nadziei, i ludzkiej wrażliwości. Wszystkie zasady mieli w stopach. Wszystkie ich rachuby były czysto biologiczne. Nie mieli poczucia szerszej strategii, jakiejś misji. Przeszukiwali wioski, nie wiedząc, czego mają szukać, i wcale o to nie dbając, kopniakami przewracali słoje z ryżem, rewidowali dzieci i starców, wysadzali tunele, czasem coś podpalali, czasem nie, potem zbierali się i przechodzili do kolejnej wioski, a stamtąd do następnych i wszędzie to samo. Dźwigali własne żywoty. Presja była przepotężna. We wczesnopopołudniowym upale ściągali hełmy i kamizelki przeciwodłamkowe, chodzili odkryci, było to niebezpieczne, ale pomagało zdzierżyć napięcie. Czasami na trasie porzucali to i owo. Tak tylko, dla wygody wyrzucali puszki z żywnością, odpalali miny claymore czy granaty, nieważne, przecież przed nadejściem zmroku nadlecą śmigłowce z zaopatrzeniem i dostarczą więcej tego wszystkiego, a dzień czy dwa później jeszcze więcej: świeże arbuzy, skrzynki amunicji, okulary przeciwsłoneczne, wełniane swetry – fantastyczne były te zasoby – małe fajerwerki na czwartego lipca, malowane jajka na Wielkanoc. To były wielkie wojenne zapasy Stanów Zjednoczonych: owoce nauki, kominów, przetwórni, wytwórni broni w Hartford, lasów Minnesoty, warsztatów, bezkresnych pól kukurydzy i pszenicy – nieśli tego tyle, jak pociągi towarowe, nieśli to wszystko na grzbietach i barkach – i wśród wszystkich wietnamskich niepewności, wszystkich tajemnic i niewiadomych istniał przynajmniej ten jeden stały pewnik: że rzeczy do niesienia to im nigdy nie zabraknie.
Kiedy śmigłowiec zabrał Lavendera, porucznik Jimmy Cross poprowadził swoich ludzi do wioski Than Khe. Spalili wszystko. Wystrzelali kury i psy, rozwalili wioskową studnię, wywołali ostrzał artyleryjski i patrzyli, jak wszystko wali się w proch, po czym przemaszerowali kilka godzin upalnego popołudnia, aż w końcu o zmierzchu, kiedy Kiowa objaśniał, jak zginął Lavender, porucznik Cross zorientował się, że cały drży.
Usiłował się nie rozpłakać. Ważącą dwa kilo dwadzieścia saperką zaczął kopać sobie dół w ziemi.
Czuł wstyd. Nienawidził siebie samego. Marthę kochał bardziej niż swoich ludzi, wskutek czego Lavender zginął, i Cross będzie musiał to nosić jak kamień na żołądku przez całą resztę wojny.
Był w stanie tylko kopać. Saperką wywijał jak siekierą, rąbał, czując zarazem miłość i nienawiść, a później, kiedy już całkiem się ściemniło, siadł na dnie swojego dołka strzeleckiego i płakał. Spędził na tym wiele czasu. Po części opłakiwał Teda Lavendera, ale bardziej płakał nad Marthą i sobą – bo ona przynależała do innego, niezupełnie rzeczywistego świata, i była na trzecim roku koledżu Mount Sebastian w New Jersey, była poetką i dziewicą i się nie angażowała – i dlatego, że uświadomił sobie, że ona go nie kocha
i nigdy nie pokocha.
Jak wór cementu, szeptał Kiowa w mroku. Jak Boga kocham: bam i trup. Bez słowa.
Już to słyszałem, odparł Norman Bowker.
Strach se lać, co nie? On jeszcze się zapinał. Szczał i strzał.
Dobra, super. Już wystarczy.
No tak, ale żebyś ty to widział, facet po prostu…
Słyszałem, chłopie. Jak wór cementu. Weź się kurwa zamknij, co?
Kiowa smętnie pokręcił głową, zerknął na jamę, w której siedział porucznik Jimmy Cross wpatrujący się w noc. Powietrze było lepkie, wilgotne. Ciepła, gęsta mgła zaległa nad ryżowiskami, panował ten bezruch, który zapowiada deszcz.
Po pewnym czasie Kiowa westchnął.
Jedno jest pewne, zaczął. Porucznika coś strasznie gryzie. Znaczy, jak się tam rozryczał, jak tam beczał, w tym nie było lipy ani nic, coś go konkretnie bolało. Facet nie jest taki obojętny.
Jasne, mruknął Norman Bowker.
Mów sobie, co chcesz, facet się troszczy.
Wszyscy mamy swoje problemy.
Lavender nie.
No, pewnie już nie, przyznał Bowker. Ale mógłbyś być tak miły.
I zamknąć ryj?
No proszę, jaki mądry Indianin. Zamknij ryj, tak jest.
Kiowa wzruszył ramionami, ściągnął buty. Chciał mówić dalej, ot tak, lepiej by mu się spało, ale zamiast tego otworzył Nowy Testament, wsunął go sobie pod głowę jako poduszkę. We mgle wszystko wydawało się puste, oderwane od reszty. Kiowa usiłował nie wracać myślą do Teda Lavendera, ale zaraz znów grało mu to w głowie, jak szybko to się stało, zero dramatu, padł i trup, i jak trudno było poczuć coś poza zaskoczeniem. Wydawało się to niechrześcijańskie. Chciałby poczuć jakiś otchłanny smutek czy chociaż wściekłość, ale nie miał tego w sobie i nie potrafił tego z siebie wykrzesać. Najbardziej to czuł zadowolenie z faktu, że żyje. Podobała mu się woń Nowego Testamentu pod policzkiem, skóry, farby drukarskiej, papieru, kleju, tych rozmaitych chemikaliów, które w nim były. Lubił słuchać odgłosów nocy. Nawet zmęczenie miło było poczuć, zesztywniałe mięśnie, kłującą świadomość własnego ciała, to uczucie odpływania. Miło było nie być trupem. Leżąc tak, Kiowa podziwiał zdolność porucznika Crossa do odczuwania zgryzoty. Chciałby połączyć się z nim w bólu, chciał móc się czymś przejąć tak, jak przejmował się Jimmy Cross.
A jednak, kiedy zamykał oczy, do głowy przychodziło mu tylko bam i trup, czuł tylko przyjemność oswobodzenia stóp z butów, owijającej się wokół niego mgły, pluszowy komfort nocy.
Po pewnym czasie Norman Bowker usiadł wśród mroku.
A do diabła z tym, odezwał się. Chcesz gadać, to gadaj. Opowiedz mi, jak to było.
E, daj spokój.
Nie, facet, nawijaj. Jeśli czegoś nie znoszę, to milkliwych Indiańców.
Przeważnie nosili się z gracją, niejaką godnością. Czasami zdarzały się jednak chwile paniki, kiedy kwiczeli albo chcieli kwiczeć, ale nie mogli, kiedy dygotali i wydawali jękliwe dźwięki i zakrywali głowy i mówili Chryste Panie i szamotali się na ziemi i strzelali na ślepo
i kulili się i łkali i błagali żeby ten huk ustał i szaleli i składali głupie obietnice sobie samym i Bogu i matkom i ojcom, z nadzieją, że nie zginą. Zdarzało się to im wszystkim na rozmaite sposoby. Potem, kiedy już strzelanina się kończyła, mrugali, zerkali ku górze. Dotykali swoich ciał, czując wstyd, ale szybko go kryjąc. Zmuszali się, by stanąć na nogi. Jak gdyby na zwolnionym filmie, klatka za klatką świat oblekał się w dawną logikę – absolutna cisza, potem wiatr, potem światło słońca, potem głosy. Takie było brzemię pozostania przy życiu. Niezręcznie składali się wtedy z powrotem do kupy, najpierw każdy z osobna, potem grupami, znów przeistaczali się
w żołnierzy. Łatali przeciekające oczy. Sprawdzali, czy nie było ofiar, wzywali śmigłowce ewakuacyjne, palili papierosy, silili się na uśmiechy, odchrząkiwali, popluwali, brali się do czyszczenia broni. Po jakimś czasie któryś zaczynał kręcić głową, po czym rzucał, Bez lipy, tym razem prawie się zesrałem, na co ktoś inny parskał śmiechem, co oznaczało, że faktycznie było kiepsko, zgoda, no ale przecież facet jednak się nie zesrał, więc nie było aż tak źle, a zresztą nie zdarzyłoby się tak, żeby ktoś faktycznie tak się skalał,
a potem jeszcze chciał o tym gadać. Mrużyli oczy, gdy promienie słońca stawały się gęste i napastliwe. Może na parę chwil milkli, któryś odpalał jointa i śledzili, jak zioło krąży z ręki do ręki, zaciągali się, dusili w sobie upokorzenie. Makabra, mógłby mruknąć któryś. Ktoś inny jednak zaraz wyszczerzyłby zęby albo uniósł lekko brew, i powiedział, Prawie mi nową dziurę w dupie wywiercili, ale tylko prawie, jak mnie słyszysz?
Mieli wiele takich póz. Niektórzy prezentowali swego rodzaju zrezygnowaną zadumę, inni dumę, sztywną, żołnierską dyscyplinę, dobry humor czy maczystowską gorliwość. Bali się zginąć, ale jeszcze bardziej bali się to po sobie pokazać.
Znajdowali sobie żarty do opowiadania.
Żeby ukryć tę straszliwą delikatność, używali szorstkiego słownictwa. „Przerobiony na przecier”, mówili. „Kropnięty, zgaszony, szczał, a tu strzał”. Nie było w tym okrucieństwa, tylko sceniczna poza. Byli aktorami. Kiedy ktoś zginął, to nie była taka kompletna śmierć, bo w pewien dziwny sposób wydawała się jak ze scenariusza, w którym niemal wszystkie swoje kwestie znali na pamięć,
a ironia mieszała się z tragedią, i dlatego, że nazywali to inaczej, jakby chcąc otorbić, zniszczyć rzeczywistość śmierci jako takiej. Kopali trupy. Odcinali kciuki. Gadali w żołnierskim żargonie. Opowiadali historyjki o tym, jak to Ted Lavender zawsze miał zapas środków uspokajających, że biedaczysko nigdy niczego nie czuł, że był niewiarygodnie spokojny.
Mamy tu morał, stwierdził Mitchell Sanders. (...)
/ literatura
lipiec/sierpień '26 (27)

Wanda Traczyk-Stawska: „Myśmy w powstaniu walczyli o godność
i o wolność. To był bunt młodych”
JOANNA DERDA
Była żołnierzem w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie pracowała z dziećmi w szkołach specjalnych. I zawsze, kiedy tylko widziała niesprawiedliwość czy krzywdę innych, mówiła
o tym publicznie. A czasem krzyczała. Tak Wanda Traczyk-Stawska rozumie swój obowiązek.
Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, myślałam, że będziemy rozmawiać przede wszystkim o książce Michała Wójcika „Błyskawica”, która jest zapisem rozmów z Panią, i o tamtej wojnie. Dziś jesteśmy w zupełnie innym świecie. Obok nas znowu ludzie walczą i giną. Czy brała pani pod uwagę, że jeszcze kiedyś przeżyje wojnę?
Nie, ani zaraz po wojnie, ani później nie mogłam sobie wyobrazić, że po tak okropnych przeżyciach, jakie były udziałem całej Europy
i nie tylko Europy, po tak strasznych doświadczeniach znowu, jeszcze zanim ja odejdę, zanim odejdzie całe moje pokolenie, ludzie będą walczyć. Bo gdyby nas nie było, gdybyśmy o tym nie mówili, gdyby nie miał kto przekazywać, jak okropna jest wojna… Ale jeszcze jesteśmy, mówimy. Cały czas. Wojna to nieszczęście dla każdego państwa i dla każdego człowieka.
No właśnie. Jesteście, mówicie. Czy z tego wynika, że niczego się nie uczymy?
Tak czuję. Bardzo to smutne. Wydawało mi się, że będzie inaczej. Przecież my jako naród odzyskaliśmy niepodległość między innymi dzięki temu, że była pamięć o powstaniu. O tym, jak straszny był nazizm, faszyzm, ale też o tym, że warto walczyć i umierać za kraj.
A wtedy, w sierpniu, bez wahania stanęliśmy do walki, bo byliśmy wychowywani przez tych, którzy sami walczyli o tę wolność po 123 latach niewoli. Pamięć ta zaowocowała Solidarnością – co ja też uważam za powstanie, tyle że bez rozlewu krwi. (...)
Warto za to walczyć.
Warto. I trzeba stale mieć na uwadze, że naród musi być tak wychowywany, żeby znał konstytucję, wiedział, na czym polega demokracja, i nie dał jej sobie przez źle wybrane władze odebrać.
Ja byłam żołnierzem, w książce o tym opowiadam, bo chciałam przekazać wszystkim ludziom na świecie – że wojna jest najgorszym złem. Ale chcę też mówić do Ukrainek, bo mam do nich prośbę – niech pamiętają, że kiedy zaczyna się wojna, każda kobieta przede wszystkim musi umieć opatrywać. Wiem, jakie to ważne, świetnie pamiętam nasze sanitariuszki – to dopiero były bohaterki, najwspanialsze, dzięki nim tylu nas, żołnierzy, ocalało, bo umiały nas opatrzyć, żebyśmy się nie wykrwawili. To jak dać drugie życie. Moje wspomnienia z powstania to najwyższy szacunek dla lekarek i sanitariuszek. Dlatego wołam: Niech każda ukraińska kobieta umie opatrywać! Ale też niech każda wie, że jeśli przyjdzie ostateczność i będzie musiała bronić swoich najbliższych, swojego dziecka, to też musi umieć posługiwać się bronią.
Dużo kobiet teraz z Ukrainy wyjeżdża.
I dobrze robią, muszą ratować dzieci. To najważniejsze.
Tak się fatalnie zaczął wiek XX, od dwóch wojen światowych, a teraz, na początku XXI – znowu wojna, mimo tamtych strasznych doświadczeń. To takie ważne, żebyśmy umieli się tak zachować, żeby ci, którzy walczą o swój kraj, czuli nasze wsparcie. Doskonale rozumiem ludzi, którzy z tego piekła uciekli, ale zostają w Polsce, nie chcą jechać dalej, bo tu czują się bliżej Ukrainy. I cały czas mają nadzieję, że wrócą do domów. Chcę im powiedzieć: Wrócicie na pewno! I będziecie silniejsi. Myśmy przetrwali w powstaniu dwa miesiące w okropnych warunkach, bez wystarczającej ilości broni, bez amunicji, bez jedzenia. Oni mają pomoc całego świata, mogą trwać.
We wspomnianej książce mówi Pani, że walka w powstaniu była walką o godność. Ale także później ważna była dla Pani godność dzieci z niepełnosprawnościami, mniejszości seksualnych, godność kobiet. Godność to dla Pani kompas w życiu?
Tak. Tym różnimy się od zwierząt. Musi w nas być godność i ta potrzeba serca i rozumu, żeby nie było wojen, żeby nikt nie chciał zabijać, żeby ludzie sobie nawzajem pomagali. Żeby ojczyzna to był kraj, w którym każdy – i generał, i prezydent, i bezdomny – mieli takie same prawa. Bo wszyscy mamy tę samą ludzką godność. Wszyscy jesteśmy równi.
Ja nie musiałam w książce podkreślać, z jakiego pochodzę środowiska. Że mój dziadek był dorożkarzem, że urodziłam się tam, gdzie ludzie byli naprawdę bardzo biedni. Ale mówię o tym, bo to ważne. I ci prości chłopcy, z którymi grałam w piłkę, potem walczyli i byli znakomitymi żołnierzami. Każdy człowiek ma w sobie możliwości. Oczywiście z pewnymi cechami przychodzimy na świat, ale potem jesteśmy kształtowani. I od rodziców, wychowawców, nauczycieli zależy, jaki będzie z tego dziecka człowiek. Ważne jest środowisko, ale najważniejsza jest rodzina, a potem szkoła. Bo często nawet jak w rodzinie nie dzieje się najlepiej, nawet jak jest tam przemoc czy choroba alkoholowa, to szkoła może dużo zmienić. Nauczyciel może być tym, kto naprawdę zobaczy to dziecko w jego problemach,
w jego nieszczęściu i je z tego wyciągnie. Ale żeby tak się działo, muszą być dobrzy nauczyciele. Nie tylko dobrze wykształceni, ale
i mający tę właśnie ludzką godność i wrażliwość. Jednak nikt im niczego nie może narzucać. Dobry nauczyciel nie tylko zna metodykę nauczania, lecz także odpowiada za wychowanie. Dlatego tak ważne, by do tego zawodu szli ludzie, którzy chcą go wykonywać i którzy za swoją pracę będą dobrze wynagradzani. Nie będą gonić z jednej szkoły do drugiej i jeszcze na korepetycje, żeby dorobić. I będą
o te swoje dzieci w szkole dbać, widzieć je jako ludzi, z ich problemami, rozterkami, radościami. Dlatego tak mi zależy, żeby szkoły
w Polsce miały prawdziwą niezależność. Żadnej partii nie wolno wchodzić do szkoły. Dopiero dojrzały człowiek może sobie partię wybierać. Małe dzieci muszą być wychowywane w świadomości, że wszystkie są jednakowe. Muszą słyszeć: Bądź dobry, pomagaj, uśmiechaj się. I to wynosi się ze szkoły, w której nauczyciel jest nie tylko nauczycielem, urzędnikiem, lecz przede wszystkim człowiekiem.
Mówi Pani o roli nauczyciela. Dlatego Pani sama zdecydowała się na taką drogę zawodową?
Dorastając, nie interesowałam się ani pedagogiką, ani psychologią. Chciałam zostać archeologiem. I tak się złożyło, że po wojnie trafiłam do Egiptu. Oglądałam najpiękniejsze zabytki. Któregoś dnia zobaczyłam most na Nilu – i zamiast podziwiać to, co widzę, myślałam o naszym warszawskim Poniatoszczaku; dotarło do mnie, jak ważne w życiu jest wrócić do swojego gniazda. No, może nie każdy człowiek tego tak mocno potrzebuje, ale dla mnie to było najważniejsze. Wszystkie myśli tam szły, tam, gdzie się urodziłam, wychowywałam, i czułam, że jestem zobowiązana wrócić. Pomóc odbudować moje miasto po tym, co stało się w powstaniu i w czasie wojny.
A odbudowywać to też wychowywać, uczyć. Przekazywać to, co musi być przekazane.
Zajęła się Pani dziećmi, którymi mało kto chce się zajmować, dziećmi
w szkołach specjalnych. Znowu wybrała sobie Pani nie najłatwiejsze pole walki – żeby zostać przy terminologii wojskowej.
Ale te dzieci są wspaniałe. I mają ogromną siłę przyciągania. Bardziej niż inne nas potrzebują, często są bezradne, w dużo większym stopniu zależne od opiekunów czy nauczycieli.
Kiedy pracowałam, były dużo mniejsze możliwości, dużo mniej też o różnych defektach i niepełnosprawnościach wiedzieliśmy, więc trudniej było pomagać. Wiele rzeczy robiło się instynktem, sercem, intuicją. Ale kiedy udawało się do nich dotrzeć, one rozkwitały. Proszę spojrzeć na sportowców na paraolimpiadach. To cudowna sprawa! Jakie to ważne, że ci ludzie mogą pokazywać swoje możliwości, ktoś ich docenia – jak oni się przez to rozwijają! (...)
Jest Pani z natury optymistką?
Tak, jestem. I jako optymistka wróżę Ukraińcom, że obronią swoją wolność. Nikt, żaden barbarzyńca im nie będzie narzucał swojej władzy i woli. Mają po tylu latach własny kraj, znają już smak wolności i nikt im jej nie odbierze.
Ja swoją służbę kończę 1 sierpnia, kiedy będzie już wybudowana izba pamięci. Wtedy będę miała prawo powiedzieć, że wykonałam zadanie, i przejść w stan spoczynku. I bardzo chciałabym potem mieć jeszcze czas, kiedy będę mogła nie z rozkazu, ale z potrzeby serca coś dla społeczeństwa zrobić. A mogę robić teraz tylko jedno: wołać. Przypominać. Zwracać uwagę na pewne sprawy. O jednej chcę tu powiedzieć, bo dotyczy przyszłości naszej Ziemi, czyli kwestii klimatu, i jednocześnie wychowania. Dzieci się bardzo boją, kiedy my mówimy o końcu świata, o tym, że nie będzie wody, że zatruta jest ziemia, że zanieczyszczone powietrze. Tak, wszyscy wiemy, jakie są zagrożenia, ale dzieci nie można straszyć, tylko motywować. Muszą wiedzieć, że mają zadanie. To od nich zależy, jak
z tym światem będzie, mogą tę katastrofę zatrzymać. No właśnie, widzi pani, jestem optymistką – wierzę, że to zrobią.
Tekst (fragmenty) pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.
/ literatura rozmowy
lipiec/sierpień '26 (27)
Mam nadzieję, że nie napisałem metafory naszych czasów - mówi Colm Tóibin, słynny irlandzki pisarz, w rozmowie z Wojciechem Szotem. Właśnie ukazała się kontynuacja jego bestsellerowej powieści "Brooklyn".
Wojciech Szot: "Wróciłem do świata, który rozumiem", napisałeś trzy dekady temu. Tym światem zrozumiałym był Berlin Zachodni. Niezrozumiałym - Polska. Czego nie rozumiałeś w Polsce A.D. 1990?
Colm Tóibín*: Polskę odwiedziłem podczas Wielkiego Postu. W Wielkanoc znalazłem się w Krakowie, więc jedyne miejsca, w których mogłem spędzić czas to były kościoły i jakieś podrzędne bary. Pamiętam chłopaka w długich włosach, który palił fajkę, jakby to był kontrkulturowy gest.
W Warszawie wypytywałem ludzi o to, gdzie było getto. Chciałem, żeby pokazali mi jego granice. Kilka osób spytało: jesteś Żydem? Później jechałem zatłoczonym pociągiem do Gdańska. Na dworcu w Warszawie ludzie się popychali, niemal bili, żeby się do niego dostać. Jakoś mi się to spodobało. Ale Warszawa… wiesz, Warszawa była dziwna. Zbyt dziwna.
Później jeszcze kilkakrotnie odwiedzałem Polskę. Jak byłem w Krakowie, przyjechał Jan Paweł II. Poszedłem na jego mszę. Przez radio tranzystorowe nadawano jego tłumaczone na angielski kazanie. Pamiętam, że zaskoczyło mnie, jak ostrożny był. Mówił tylko
o duchowości. Ani słowa o zakazach, seksie, aborcji. W pewnym momencie zakrył twarz dłońmi. I zastygł w tej pozycji. Tłum zamilkł, nikt się nie poruszał. To było niezwykłe.
Z tej wizyty pamiętam tłumy księży. Dla mnie to było spore zaskoczenie,
bo w Irlandii już nie widziało się tylu duchownych.
Za to zaczęli przyjeżdżać do was Polacy.
- Tak! Polscy pracownicy byli bardzo pożądani. Ceniono ich umiejętności i kulturę. Gdy przyszedł do ciebie polski robotnik, było wiadomo, że będzie uprzejmy i nie zostawi po sobie bałaganu. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej pojawili się też polscy informatycy. Niezwykle zdolni.
W gejowskim świecie stało się wręcz modne mieć polskiego chłopaka.
Świetnie wyglądali, byli zabawni, bardzo ironiczni.
Można powiedzieć, że Polaków chwalili geje i księża. Wypełnialiście kluby i kościoły.
Jednocześnie nie ma co ukrywać, że w Irlandii panował rasizm. Pojawiło się hasło "Irlandia dla Irlandczyków". Czasem myślę, że Irlandczycy powinni wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby zostali sami na świecie. Przecież nic dobrego by z tego nie wynikło.
A polscy pisarze?
- Dla Irlandczyków Polska to kraj poezji. Zagajewski, Szymborska, Miłosz. Ale nie tylko. Gdy w prasie ukazywały się polskie wiersze, zawsze były wybitne. To rzadkość.
W twoich powieściach - zarówno w "Brooklynie", jak i "Long Island" - jednym z ważnych tematów jest doświadczenie emigracji
z Irlandii, ale też powrotu do niej i patrzenia na kraj z perspektywy osób, które mają już inne doświadczenia i porównują przeszłość z teraźniejszością. I wcale nie jest to porównanie pozytywne dla współczesnej Irlandii.
- Gdy Irlandia zaczęła się bogacić, ludzie stali się wulgarni.
Co przez to rozumiesz?
- Konsumpcjonizm. Zamożność na pokaz. Nagłą zmianę stylu życia. Staliśmy się największym producentem botoksu w Europie, to chyba o czymś świadczy. Jesteśmy ofiarami szybkiej zmiany - nasi dziadkowie kopali ziemniaki, a my latamy do Nowego Jorku na zakupy. Jednocześnie niewiele zrobiono, by rozwiązać problemy takie jak bezdomność czy dostęp do publicznej służby zdrowia. Wydajemy pieniądze na przyjemności, zamiast na budowę dobrego państwa. Jedynie edukacja publiczna nam się udała.
Brzmisz trochę jak konserwatysta mówiący "kiedyś to były czasy".
Jeśli nowoczesność to być publiczną paradą głupoty,
to mogę być konserwatystą. Ale mam nadzieję, że moje książki pokazują,
że jestem lewicowym liberałem.
Dzisiaj mieszkasz w Kalifornii, ale przeprowadzałeś się wiele razy. Czy są książki, których nigdy nie wyrzuciłeś?
- Mam jedną taką książkę. To "Ulisses" Joyce’a.
Po co w 2025 roku czytać Joyce’a?
- Oczywiście dla przyjemności. To jest nieskończenie ciekawa książka. Wiesz… to nie jest książka, która cię czegoś nauczy. To powieść, która będzie się przed tobą otwierać, jeśli ty otworzysz się na nią. Podczas każdej lektury "Ulissesa" czuję coś ekscytującego, ożywczego, niezwykle osobistego.
Inną taką powieścią było dla mnie "Zaś słońce wschodzi" Hemingwaya. W bohaterach tej książki było coś pociągającego, elektryzującego. Po latach zdałem sobie sprawę z tego, że podobnie jak ja, bohaterowie Hemingwaya czują się outsiderami, choć jednocześnie zawsze są członkami jakiejś większej grupy. Tak samo jest ze mną - jestem raczej obserwatorem, niż uczestnikiem.
Myślę, że uczucia towarzyszące mi podczas lektury Hemingwaya nie miały prawa pojawić się przy żadnej irlandzkiej powieści.
Dlaczego?
- Za dużo w nich deszczu, nieszczęść i katastrof.
Wymieniasz Hemingwaya i Joyce'a. A gdzie Oscar Wilde? Jako młody gej…
- Gdy jesteś młodym gejem, Wilde nie jest zbyt pomocny. W końcu miał żonę i grał w grę, której nikomu nie można polecić. Ale masz rację - w pewnym momencie Wilde stał się dla mnie ważny. Gdy byłem nastolatkiem, mój dziwny wujek, a mówię tak, bo był rewolucjonistą, który za młodu siedział w więzieniu, a później tak silnie związał się z religią, że dostał nawet jakiś order od papieża, zaprosił mnie na sztukę Wilde’a.
To było "Bądźmy poważni na serio", satyra, w której dwaj bogaci młodzieńcy, Jack Worthing i Algernon Moncrieff, wymyślają, że wspólnie będą wcielać się w postać fikcyjnego Ernesta. Celem istnienia Ernesta było to, by panowie nie musieli angażować się
w żadne związki z kobietami. W tym udawaniu, ukrywaniu się, tworzeniu alternatywnych postaci, jest głęboko ukryta metafora homoseksualności. Gdy dorastasz jako gej w nieprzychylnym środowisku, uczysz się mimikry. Wydaje ci się, że musisz zrezygnować
z siebie, by przetrwać. Budujesz nowego, fałszywego siebie. Pamiętam, że bardzo przeżyłem oglądanie Wilde’a.
Innym takim "gejowskim" twórcą jest dla mnie Kafka. "Przemiana" czy "Proces" to przecież książki o poczuciu inności, odmienności. "Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany". Gdy czytasz to zdanie jako młody gej, to chyba nietrudno pomyśleć: to mogło kiedyś mnie dotyczyć. Kafka pisze o trudnościach
w relacjach rodzinnych, poczuciu wstydu i winy. Nic bardziej queerowego. Być może sam autor chciał w ten sposób wyrazić własną queerowość, odmienność. Kto to wie?
Pisarzem, do którego wielokrotnie się odwołujesz, jest Henry James. Kiedy go odkryłeś dla siebie?
- Latem 1974 roku. Miałem 19 lat, mieszkałem w rodzinnym mieście i pracowałem w biurze, żeby zarobić na studia. Wtedy sięgnąłem po "Portret damy". Nie mogłem się oderwać! Fascynowało mnie to, jak James opisuje konfiguracje społeczne, ich sztuczność,
a jednocześnie duszną atmosferę. Gdy zaczyna się czytać Jamesa, wydaje się, że to książki o życiu bogatych ludzi, splendorze
i przepychu. W finale okazuje się, że James opowiada o tym, jak zły potrafi być człowiek. Niezwykle ważną dla niego kwestią są pieniądze - co ludzie zrobią, by je posiadać? Co one robią z tymi, którzy już są majętni?
Muszę wyznać, że kocham główną bohaterkę "Portretu…", czyli Izabelę Archer. Jako dziewiętnastolatek marzyłem, by być jak ona. Podzielać jej ideały, być tak smutny, jak ona. Po wakacjach wróciłem do college’u i wszystkim opowiadałem o Jamesie. Nie znalazłem zrozumienia. Dla moich znajomych to były książki o jakichś egzaltowanych ludziach, z którymi nic ich nie łączyło. Starałem się przekonywać, że dla Jamesa ważne było, żeby poprzez swoich bohaterów zwrócić uwagę właśnie na biednych, na to, co pieniądze robią ze światem, ale nie znajdowałem posłuchu. Poczułem się bardzo samotny z tą swoją fascynacją. I chyba właśnie dlatego napisałem "Mistrza", żeby opowiedzieć Jamesa.
Piszesz powieści?
Nie. Nie noszę w sobie żadnej historii. Jak rozumiem, w tobie jest ich jeszcze sporo?
- Zdecydowanie. Nie mam żadnego problemu z historiami. Przez większość życia w głowie miałem dwie lub trzy książki. Choć
z pierwszą książką miałem spore problemy. Myślałem, że nigdy ją nie skończę. Ale te czasy już dawno za mną. Dzisiaj mój partner czasem dostrzega, że błądzę gdzieś myślami. Pyta wtedy: o czym myślisz. A ja jestem w jakiejś przyszłej powieści, wyobrażając sobie jej kolejne sceny.
Jesteś jednym z tych pisarzy, którzy bardzo dużo piszą o innych pisarzach.
- Rzeczywiście po trzydziestce stałem się wręcz maniakiem literatury. Pewnego razu zadzwonił do mnie facet, który przedstawił się jako redaktor w "London Review of Books", i poprosił mnie, bym napisał coś o Becketcie. Okropnie się przejąłem, bo nie jestem literaturoznawcą i obawiałem się, ile to będzie pracy. Ale z drugiej strony takiej propozycji trudno odmówić. Gdy w końcu napisałem esej, zamówili kolejny. I tak się zaczęło, a ten redaktor - Andrew O'Hagan - został moim przyjacielem. Na marginesie to świetny pisarz, zajrzyj do jego książek.
Dużo czytasz, fascynują cię wyraziści twórcy, jak Hemingway, James, Mann. Jak w tym wszystkim pamiętać o własnym głosie, by nie stał się echem innych?
- W ogóle nie wydaje mi się to problemem. Wręcz jest na odwrót - nie umiałbym naśladować. Gdybym zabrał się do napisania książki w stylu Jamesa, wyszłoby z tego jakieś monstrum. A jak zbudować własny styl? Trzeba w pisanie włożyć uczucie, emocje. Nasycić je do maksimum. Jeśli to negatywne emocje, to i pisanie nie będzie dobre. Jednocześnie, kiedy piszę, nie analizuję siebie. To proces,
w którym nie patrzę w lustro, ani nie oglądam się za siebie.
Pisarzem, który na pewno nie ogląda się za siebie, jest tegoroczny noblista, László Krasznahorkai. Jak doszło do tego, że stałeś się jego pierwszym brytyjskim wydawcą?
- Mój przyjaciel Daniel Medin wie wszystko o europejskiej literaturze. Rozmowa z nim przypomina rozmowę z fanem piłki nożnej, który zna najlepszych piłkarzy z każdego kraju. Rzucasz hasło "Bułgaria", a on sypie listą nazwisk. Podczas jednej z takich rozmów zaczął opowiadać o jakimś węgierskim pisarzu, którego książki go zafascynowały.
Dwie z nich, "Wojna i wojna" oraz "Melancholia sprzeciwu" zostały wydane w Stanach Zjednoczonych w przekładzie George’a Sziresa, ale nigdy nie trafiły na brytyjski rynek. Przeczytałem je z fascynacją. Jakie tam są zdania, ile paranoi, panika… Potem obejrzałem filmy Béli Tarra. To była fascynacja podobna do tej, jaką przed laty wywołał we mnie Henry James. Zacząłem polecać Krasznahorkaiego wydawcom. W Londynie przeważała jednak opinia, że jest zbyt trudny. Uważano, że nikt nie będzie chciał czytać jakiegoś Węgra. W końcu zadzwoniłem do agenta literackiego Petera Straussa i doszliśmy do wniosku, że założymy bardzo małe wydawnictwo, które opublikuje jego książki. Na szczęście nie byliśmy aż tak całkowicie szaleni i poprosiliśmy o pomoc w dystrybucji inne, większe wydawnictwo.
Gdy poznałem Krasznahorkaiego osobiście, moja fascynacja nim tylko wzrosła. To niesamowicie czarujący, wygadany człowiek. Trochę showman, trochę szaman. Jest w nim jakaś cicha magia, a przy tym olbrzymia, piękna osobowość. Jest też bardzo zabawny, choć trudno to dostrzec, czytając jego książki. Bardzo się cieszę z tego, że przyznano mu Nobla. Teraz może więcej osób zobaczy, jak ekscytujące są jego książki.
Już widzę, jak współczesny czytelnik zakochuje się w książkach bez kropek…
- Wiesz co, niech się współczesny czytelnik odpieprzy. Za to László lubi przecinki. Nie jest najważniejsze to, żeby mieć tysiące czytelników. Nawet jeśli jest ich sześciu, to pisanie ma sens. Moje książki też nie są dla każdego.
Jak się czujesz z tym, że największy sukces odniosłeś dzięki powieściom, które są "heteryckie"? Myślę tu zwłaszcza o "Brooklynie".
- Myślę, że niektórzy czytelnicy dostrzegą, że pod tą "heterycką" opowieścią kryją się metafory i echa, które są bliskie osobom niehetero. Już sama historia powrotu do domu i ukrywania swojej przeszłości, którą opisałem, jest bardzo "gejowska". Nigdy tak naprawdę nie zastanawiałem się nad tym, czy mam być "gejowskim" pisarzem, a może "irlandzkim". Nie miałem żadnych strategii,
a książki piszę pełen niewinności.
"Long Island" to kontynuacja "Brooklynu". Po raz pierwszy napisałeś "sequel" swojej książki.
- Przez lata się zarzekałem, że nigdy tego nie zrobię. Przecież to się tak źle kojarzy - książka odnosi sukces, a ty piszesz kolejną część. Dla każdego jest jasne, że chodzi o pieniądze.
Kontynuacja "Brooklynu" przyszła mi do głowy w pandemii. Z nudów. Mój partner był wtedy bardzo zapracowany, szukałem sobie zajęcia. I tak napisałem pierwszy rozdział "Long Island". Jak czytelnicy zauważą, różni się on od całej powieści. Można powiedzieć, że jest głośniejszy, dynamiczniejszy. Gdy już wyrzuciłem go z siebie, przyszedł do mnie spokój. I wydarzyły się w powieści rzeczy, których zupełnie nie planowałem.
Do końca też nie wiemy, jaki los wybiorą dla siebie bohaterowie tej powieści, a zwłaszcza jeden z nich.
- Czytelnicy czasem się skarżą na zakończenie "Long Island". Oczekują dopowiedzenia, jednoznacznego zamknięcia historii. Nie podzielam tej potrzeby. Powieści z XIX wieku często miały zakończenia, które zostawiały czytelnika w niepewności. Jednocześnie wydaje mi się, że nie powinno nastręczać problemów przewidzenie tego, co zrobi główny bohater.
Jim Farrell, główny bohater "Long Island", marzy o wielkich zmianach, ale z drugiej strony ceni sobie przewidywalne codzienne życie. Nie potrafi dokonać wyboru. Czyż nie jest to metafora naszych czasów, w których myślimy, że możemy być kimkolwiek chcemy, a jednak w większości jesteśmy po prostu sobą?
- Mam nadzieję, że nie napisałem metafory naszych czasów. Błagam cię! On jest postacią z powieści, cichym, statecznym mężczyzną. Moim zadaniem jest stworzenie dramatu, zdestabilizowanie go w ciągu jednego długiego lata. Myśli, że wie jakie chce mieć życie, ale serce to dziwny myśliwy. Taki człowiek mógłby istnieć w starożytnym Rzymie lub Transylwanii.
"Long Island" to powieść o Irlandii widzianej oczami osoby, która przed laty wyjechała z niej. I ludzi, którzy nigdy nawet nie pomyśleli o emigracji. Ty od lat mieszkasz poza Irlandią. Czy czujesz się imigrantem?
- Tak. Zwłaszcza gdy jestem na lotnisku w Nowym Jorku. Gdy tam jestem, od razu dostrzegam Irlandczyków. Skąd wiem, że to "jedni
z nas"? Jeśli to para, to kobieta zawsze wygląda na zmartwioną i zaniepokojoną. Na jej twarzy maluje się niepewność i troska. Obok niej stoi mężczyzna o łagodnych, miękkich oczach. I surowej twarzy. Emanują dyskomfortem. Ciągle spoglądają na komunikaty, kierunkowskazy. Z walizkami jest coś nie tak, coś się wysypuje z plecaka, ona mu poprawia marynarkę… Spokój odnajdą, dopiero gdy wylądują.
Czy w tobie jest coś z tego "irlandzkiego mężczyzny"?
- Chyba niewiele.
Moja matka była bardzo inteligentną kobietą i nie bawiła się w macierzyństwo.
To dało mi wiele pewności siebie.
Gdy wypiła drinka, mówiła, że bardzo by chciała być jak Simone de Beauvoir i nie mieć dzieci. "Szkoda, że mam dzieci" - mawiała. Moje siostry strasznie się wtedy denerwowały, a mi się to bardzo podobało. To nie była matka, która zauważa twoje pojawienie się, ledwo przekroczysz próg domu. Czasem miałem wrażenie, że nawet nie dostrzegała tego, gdy przychodziłem. I gdy wychodziłem. Dlatego kobiety w moich książkach często nie okazują zbyt wiele troski. Pozwalają dzieciom żyć swoim życiem. Ludzie źle reagują na takie historie. Ale mi się ona podoba. ■ (duzyformat.pl)
Tłumaczenie symultaniczne: Wojciech Capała
Redagowała: Dorota Wyżyńska
Colm Tóibín - Urodzony w 1965 roku irlandzki pisarz. Zadebiutował w 1990 roku. Napisał 11 powieści, jest też autorem esejów i tekstów krytycznoliterackich. Czterokrotnie nominowany do nagrody Bookera. Jego najważniejsze powieści to "Mistrz" (2004), "Brooklyn" (2009) i "Czarodziej" (2021).
/ literatura
lipiec/sierpień '26 (27)
Jaką rolę w życiu nas, ludzi, odgrywa cisza? I co dzieje się, gdy jej zabraknie? O tym opowiada Thich Nhat Hanh, mistrz buddyjski a zarazem pisarz i poeta,
w swojej ostatniej książce.
„Ile minut każdego dnia – jeśli w ogóle jest taki czas – spędzasz naprawdę w ciszy?” – to pytanie Thich Nhat Hanh, autor filozoficznej książki „Cisza”, zadaje czytelnikom na samym jej początku, zapraszając do refleksji nad rolą i znaczeniem ciszy w życiu człowieka.
Odpowiedź na to pytanie jest o tyle zasadna, iż popycha do nieuchronnej konkluzji, że we współczesnym świecie z prawdziwie głęboką ciszą nie mamy styczności niemal wcale: otacza nas nieprzerwany potok hałasów, począwszy od wszechobecnych, głośnych i o wiele za głośnych, dźwięków, a na szumie informacyjnym skończywszy. Szkodzi nam to na wiele sposobów, tak fizycznie jak i psychicznie, co rodzi kolejne pytanie: dlaczego na ten stan rzeczy pozwalamy z taką łatwością, zapraszając różne formy hałasu do naszego życia?
Rozwiązanie tej zagadki jest proste i zdumiewające zarazem – wiele osób boi się ciszy, ponieważ z psychologicznego punktu widzenia daje ona przestrzeń do spotkania z samym sobą, a dla niektórych to zbyt przerażające wyzwanie. Tyle tylko, że jedynie w ciszy można wzrastać, znaleźć odpowiedzi na fundamentalne pytania, uczyć się ze zrozumieniem, dostrzec możliwości i rozwiązania, nad którymi w wiecznym jazgocie nie sposób się zastanowić. To właśnie dlatego we wszystkich miejscach, będących w przeszłości kuźniami wielkich umysłów, panowała skłaniająca do kontemplacji cisza. Dziś takie miejsca są coraz większą rzadkością, jak i mądrość sama w sobie. I to nie jest przypadek.

Thich Nhat Hanh pisząc o ciszy stara się sprowadzić do przystępnej formy filozoficzne przemyślenia na jej temat, przeplatając je
z dowiedzionymi przez stulecia skutkami zarówno obcowania z niezmąconym spokojem, jak i codziennego doświadczania jego braku. Ten drugi wariant jest rzeczywistością większości z nas, których hałas zewnętrzny popycha do wewnętrznego chaosu i niepokoju. Hałas sączący się do naszych uszu w domu, na ulicach, w pracy, zamęt tysięcy bodźców napierających na nasz umysł w błahych rozmowach, programach telewizyjnych i radiowych, internetowych wiadomościach, zna każdy, kto nie mieszka
w oddalonej od miasta pustelni. Autor „Ciszy” prowadzi czytelnika poprzez sposoby pozwalające chociaż w pewnym stopniu ograniczyć szkodliwy wpływ wszystkich tych hałasów i odzyskać kontrolę nad własnym życiem.
Nie można być szczęśliwym, jeśli nie ma się przestrzeni dla ciszy.
Dlaczego mowa o kontroli? Mianowicie z tego względu, iż przebywając w ciągłym hałasie tracimy umiejętność racjonalnego osądu, przekarmiając zmysły bodźcami gubimy się w ich gmatwaninie, odczuwając ciągłe rozdrażnienie, przemęczenie, bezradność. „Kiedy zapada cisza, wszystko staje się wyraźne” – konkluduje Thich Nhat Hanh. Tak może zdarzyć się dopiero, kiedy w rezultacie świadomego wysiłku, wygospodarujemy sobie przestrzeń psychiczną wolną od wszelkiego hałasu – akustycznego i intelektualnego. Autor książki nazywa ją „postem dla świadomości” i przypomina, że „jeśli mieszkamy w okolicy przesiąkniętej agresją, lękiem, gniewem i rozpaczą, karminy się zbiorową energią gniewu i lęku, nawet mimowolnie”. Wspomniana okolica nie musi być pojęciem geograficznym – może nią być środowisko, w którym przebywamy, filmy i programy, którymi bezmyślnie się raczymy albo strony internetowe przepełnione przygnębiającymi wieściami czy agresywnymi poglądami.
„Nie można być szczęśliwym, jeśli nie ma się przestrzeni dla ciszy” – stwierdza z pełnym przekonaniem Thich Nhat Hanh, wskazując
w opozycji osoby lękające się jej, jako te najbardziej nieszczęśliwe, bezustannie zagłuszające swoje wątpliwości, obawy, kompleksy czy traumy jakimikolwiek hałasami, które mogą ich odizolować od konfrontacji z tym, co niewygodne, trudne, bolesne.
Te konstatacje, przedstawione w sposób jasny i konkretny, czynią „Ciszę” książką niezwykle wymowną, a zarazem pomocną
w zrozumieniu tego, co dzieje się z nami w głośnych, pod każdym względem, realiach naszych czasów. Jej autor, który przeżył niemal stuletnie, niezwykle barwne i burzliwe życie, ujął w niej także anegdoty, przedstawiające doświadczenia z ciszą będące udziałem ludzi różnych profesji, z jakimi miał styczność i swoje własne wspomnienia z klasztorów i ośrodków odosobnienia, gdzie zbawienny wpływ ciszy na człowieka, jego umysł i ciało, jest oczywistością nie wymagającą żadnych wyjaśnień.
Zapoznanie się z jego przemyśleniami pomaga zrozumieć, jak ważne jest, by wygospodarować sobie w życiu nawyk poszukiwania zewnętrznej i wewnętrznej ciszy, jakkolwiek może stać się ono także znakomitym przyczynkiem do refleksji nad tym, co poszło nie tak ze światem, który sami sobie zbudowaliśmy tak, aby… szkodził nam na różne sposoby. ■ (corazglosniej.pl)
Tytuł: Cisza. Siła spokoju w świecie pełnym zgiełku
Autor: Thich Nhat Hanh
Przekład: Jerzy Paweł Listwan
Wydawnictwo: Czarna Owca, rok 2022
/ architektura
lipiec/sierpień '26 (27)
Frank Owen Ghery
nie tylko w chicagowskim Millenium Park
Frank Owen Gehry to kanadyjski i amerykański architekt
i projektant. Wiele jego budynków, w tym prywatna rezydencja
w Santa Monica w Kalifornii, stało się atrakcjami turystycznymi. Gehry zyskał sławę w latach 70. XX wieku dzięki swojemu charakterystycznemu stylowi, łączącemu codzienne materiały ze złożonymi, dynamicznymi strukturami. Dzisiaj 96-letni architekt nadal czaruje, zaklina, zadziwia...

Frank Ghery, "tańczący budynek", Praga / domena publiczna

Frank Ghery, Sala koncertowa, Los Angeles, California / domena publiczna

Frank Ghery, Szkoła Biznesu "papierowa torba", Sydney / domena publiczna


Frank Ghery, Lecznica, Las Vegas, Nevada / domena publiczna

Frank Ghery, Kompleks akademicki, Cambridge, Massachusetts / domena publiczna

Frank Ghery, Muszla koncertowa, Chicago, Illinois / domena publiczna
Najbardziej znanym budynkiem jest „Luma Tower”, skręcony, pokryty stalą nierdzewną budynek w Arles we Francji, zaprojektowany przez Franka Gehry'ego jako centralny punkt kompleksu artystycznego Luma Arles. Zainspirowany architekturą rzymską i „Gwiaździstą nocą” Van Gogha, służy jako centrum wystaw, badań i innych przestrzeni kreatywnych. W Seattle w stanie Waszyngton znajduje się również wieżowiec Luma Condominium Tower.
/ architektura
lipiec/sierpień '26 (27)
Bazylika Sagrada Familia w Barcelonie...
MATEUSZ ŁYSIAK


Bazylika Sagrada Familia obok stadionu Camp Nou jest jedną z największych atrakcji i symboli Barcelony. To jeden z najsłynniejszych kościołów świata. Powstaje od ponad 140 lat, a jego projektant, Antoni Gaudi, nie żyje od prawie 100 lat. To nie przeszkadza jednak turystom w zwiedzaniu wnętrz świątyni.
Ukończenie budowy Sagrada Familia zaplanowano na 2026 rok. Data nie jest przypadkowa. Właśnie wtedy w Hiszpanii obchodzona będzie 100. rocznica śmierci Gaudiego.
Kościół Sagrada Familia powstaje przy Carrer de Mallorca w Barcelonie, 40 minut spacerem od obleganej przez turystów ulicy La Rambla. W pobliżu znajdują się też inne obiekty i miejsca chętnie podziwiane zarówno przez Hiszpanów, jak i podróżnych z całego świata. Są to między innymi:
-
szpital św. Pawła (prawdziwa perła secesyjnej architektury),
-
zaprojektowany przez Gaudiego park Guell,
-
słynne budynki mieszkalne Casa Batlló i Casa Mila.
W Barcelonie wszystkie drogi prowadzą jednak do Sagrada Familia.
Niektóre ciekawostki o Bazylice są powszechnie znane. Inne niekoniecznie. Na wstępie warto wyjaśnić, dlaczego budowa świątyni trwa już ponad 140 lat (zaczęła się w 1882 r.). Na opóźnienia wpłynęło wiele czynników. Jednym z nich była śmierć Gaudiego w 1926 r. Poważnym problemem był też brak niektórych materiałów w XX wieku. Co ważne, budowa Sagrada Familia opiera się wyłącznie na darowiznach.
-
Wbrew przypuszczeniom wielu osób Sagrada Familia nie jest katedrą. Jedyny kościół o takim statusie w Barcelonie to katedra św. Eulalii. W 2010 roku Sagrada Familia z inicjatywy papieża stała się bazyliką. Co ciekawe, pierwotnie świątynia miała być miejscem pokutowania za grzechy.
-
Podczas hiszpańskiej wojny domowej wiele miejsc kultu zostało spalonych przez anarchistyczne bojówki. Ten sam los spotkał kryptę w kościele Sagrada Familia. Znajdowały się w niej plany budowy i szkice, z których wiele spłonęło.
-
Gaudi inspirował się naturą, w której nie występują kąty proste. Dlatego też w konstrukcji nie znajdziemy załamań pod kątem 90 stopni. Są za to liczne pofalowania i krzywizny.
-
Mimo że Sagrada Familia jest kościołem od końca XIX wieku, została poświęcona dopiero w 2010 roku. Mszę konsekracyjną odprawił papież Benedykt XVI.
-
Kościół można odwiedzać przez cały rok, również w święta. To na pewno ucieszy turystów przyjeżdżających do stolicy Katalonii poza sezonem. Wówczas temperatury są nieco niższe niż latem. Możemy też spodziewać się mniejszych tłumów i kolejek.
-
Zwiedzanie bazyliki trwa zazwyczaj od 2 do 3 godzin. Można kupić bilet na tak zwane wycieczki ekspresowe. To rozwiązanie umożliwia zobaczenie najważniejszych obiektów w czasie krótszym niż 2 godziny.
-
Wieże to jedne z najbardziej charakterystycznych elementów budowli. Są również popularne ze względu na widoki, jakie oferują. Podstawowy bilet wstępu do Sagrada Familia nie obejmuje wstępu na wieże. Można jednak zarezerwować pakiet łączony, który umożliwia wjazd na górę.
-
Odwiedzający powinni mieć na sobie ubrania zakrywające ramiona i górną część nóg. Krótkie spodenki, koszulki bez rękawów czy prześwitujące elementy garderoby, nie są mile widziane. Podobnie nakrycia głowy. Wyjątek stanowią osoby noszące je ze względów religijnych lub zdrowotnych.
-
Sagrada Familia przez wiele lat powstawała bez oficjalnego pozwolenia na budowę. Władze miasta udzieliły go dopiero w roku 2019.


Historia budowy bazyliki sięga 1874 roku. To wtedy lokalna organizacja rozpoczęła kampanię na rzecz powstania kościoła ku czci Świętej Rodziny. Po kilku latach planowania i sporządzania planów, 19 marca 1882 roku oficjalnie wmurowano kamień węgielny pod kościół. Budowa trwa do dziś i ma zakończyć się w 2026 roku. Oto jedne z ważniejszych dat w ponad 140-letniej historii Sagrada Familia.
-
1885: rozpoczęcie odprawiania pierwszych mszy świętych,
-
1891: rozpoczęcie prac przy słynnej Fasadzie Narodzenia,
-
1936: zniszczenie planów, fotografii i modeli bazyliki podczas hiszpańskiej wojny domowej,
-
1952: inauguracja oświetlenia Fasady Narodzenia,
-
1961: utworzenie muzeum w celu wyjaśnienia historycznych, kulturowych i symbolicznych elementów bazyliki,
-
1978: rozpoczęcie budowy fasad naw bocznych,
-
2005: wpisanie fasady Narodzenia i krypty na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO,
-
2010: konsekracja świątyni przez papieża,
-
2016: rozpoczęcie budowy wież Ewangelistów, Najświętszej Marii Panny i Jezusa Chrystusa.


Kim był Antoni Gaudi, twórca Sagrada Familia?
Antoni Gaudí urodził się 25 czerwca 1852 roku w Reus. Niektórzy biografowie twierdzą jednak, że przyszedł na świat w Riudoms, małej wiosce niedaleko Reus, gdzie jego rodzina spędzała wakacje. Geniusz odnalazł sens architektury, podążając za wzorami natury. To tłumaczy, dlaczego wiele z jego dzieł ma charakterystyczne, nieregularne kształty. W końcu w przyrodzie też nic nie jest odmierzane od linijki.
W 1870 roku przeniósł się do Barcelony, aby kontynuować edukację w dziedzinie architektury. Żeby opłacić czesne na uczelni, imał się różnych zajęć. Ponoć był studentem niekonsekwentnym, ale za to bardzo zdolnym, dzięki czemu mógł współpracować z niektórymi profesorami.
Po ukończeniu studiów Gaudi otrzymał wiele zleceń. Sam również proponował liczne projekty, ale nie wszystkie zostały zrealizowane. Jego najsłynniejsze ukończone dzieła to:
-
Casa Vicens,
-
Pałac Guell,
-
Park Guell,
-
Casa Batllo,
-
Casa Mila.
Gaudi zmarł 10 czerwca 1926 roku po potrąceniu przez tramwaj. Feralnego wieczoru szedł z kościoła św. Filipa Neri do kościoła Sagrada Família. Po zderzeniu z pojazdem stracił przytomność. Nikt z przechodniów nie podejrzewał, że starszy mężczyzna, nieposiadający przy sobie żadnych dokumentów tożsamości, to słynny architekt. W szpitalu rozpoznał go dopiero ksiądz z Sagrada Familia.
Na jego pogrzebie, dwa dni później, stawiło się wielu mieszkańców Barcelony, dumnych z architekta, który na zawsze zaczarował ich miasto. Magia jego budowli unosi się nad Barceloną do dziś. I to dosłownie. Sagrada Familia wyraźnie dominuje nad panoramą stolicy Katalonii. (nationalgeographic.pl)
/ podróże wędrówki po Ameryce
lipiec/sierpień '26 (27)

Cisza pustyni
Mojave Trails National Monument (USA)
LIDIA R.
zdjęcia: Mojave Trails National Monument / domena publiczna
Pustynia to cała galaktyka symboli krążących wokół takich pojęć, jak nicość, marność, próżnia, pustka, śmierć. To także dzika, pierwotna przestrzeń, idealna do zmagań z własną fizycznością i do głębszych doświadczeń wewnętrznych. W wielu tradycjach wycieńczenie ciała, rzecz niemal nie do uniknięcia w pustynnych warunkach, jest jednocześnie bramą do jego oczyszczenia i do świątyni ducha. Ponieważ nie tak wiele jest tu do zobaczenia, podróżnik przez pustynię nieuchronnie spogląda też we własne wnętrze. Monotonia bodźców z zewnątrz i cisza to dla jednych idealne warunki do przyjrzenia się temu, co się tam dzieje, dla innych może to być przekleństwo. Z pustyni nie da się też za bardzo niczego przywieźć... może poza wyraźniejszym poczuciem tego, kim się jest.
Przed wszystkimi podróżami: w Bieszczady, na Jukatan, do Patagonii, dookoła świata, na biegun północny, południowy, na Księżyc, na Marsa, na Wenus, dokądkolwiek, przed wszystkimi tymi podróżami – jest jedna prawdziwa podróż i absolutna: w głąb siebie.
- Edward Stachura, „Fabula rasa”
Jechaliśmy wciąż przed siebie; wyobrażałam sobie, że dla nieruchomego obserwatora z zewnątrz jesteśmy jak widoczny niemal bez końca przed tym bezkresnym horyzontem, a jednak stopniowo znikający punkt. Dawno już minęliśmy przedmieścia Barstow. Dalej rozpościerały się przestrzenie burej ziemi porośniętej rachityczną roślinnością i kamiennych pagórków; tu i ówdzie w niebo wspinały się fioletowe skaliste góry, na pierwszy rzut oka niezamieszkałe przez zupełnie nikogo, ciągnęły się szare autostrady pokryte mrówkami ciężarówek i piaszczyste drogi. Trudno było zrozumieć, gdzie przebiegają granice miast i wiosek, gdzie zaczynają się
i kończą konkretne górskie pasma i jak można żyć w miejscach, w którym jedynym potwierdzeniem na istnienie cywilizacji jest ruch na drogach i stacja benzynowa. Gdyby rzeczony obserwator szedł w naszą stronę, a my zatrzymalibyśmy się tuż przed horyzontem, dotarcie na spotkanie z nami zajęłoby mu dobrych parę godzin. Przemieszczaliśmy się w przestrzeni tak rozległej i innej od wszystkiego, co znamy, że nasze podmiejskie nowoangielskie bycie rozpuszczało się w niej - razem z wymaganiem, by rzeczy wokół były znajome, wyraźne oraz zrozumiałe.
Gdzieś tędy przebiegała słynna Route 66 (najbardziej znana amerykańska autostrada); wjechaliśmy na nią bez egzaltacji czy poczucia bycia częścią jej historii, choć obiektywnie dołączyliśmy w ten sposób właśnie do legendy. O Drodze 66 słyszał w Ameryce każdy:
o jej jadłodajniach w stylu retro, dziwacznych motelach i podróżach niezliczonej liczby przesiedleńców i wagabundów, poszukujących lepszego życia w przeprawie przez stany (byli wśród nich m.in. John Steinbeck i Jack Kerouac, którzy z powodzeniem o tym napisali). W 1985 r. słynną autostradę zastąpiło pięć nowych dróg międzystanowych, ale sentyment i kampanie społeczne pomogły
w utrzymaniu Drogi 66, ze względu na jej wartość historyczną. W kraju nieposiadającym zbyt wielu zabytków z wielowiekową historią, ten zaznaczył swoją wagę nie w liczbie lat, ale mil - i żyć, na których kształt miał wpływ.

Po pierwszym szoku związanym z monotonią krajobrazu, powtarzalnością elementów, wielkością chmur i rozległością horyzontów, zaczynam się odprężać i dochodzę do wniosku, że im dalej od zabudowań, tym bardziej mi się tu podoba.
Miasta mają w sobie efemeryczność i przemijalność znaków, architektury, ludzkich uczuć zaplątanych w historie budynków i ulic, zmiennych ludzkich wartości. Pustynia nosi w sobie wieczność i mądrość roślin i skał, które wiedzą dużo więcej od nas
o przetrwaniu... dzielą swój los wyraźniej i bardziej bezpośrednio z żywiołami, deszczem, chmurami, słońcem; żyją w rytmie pór dnia
i roku. W harmonii mniejszych i większych całości, ekosystemów.
„Pustynia jest naturalnym przedłużeniem wewnętrznej ciszy ciała” pisał Jean Baudrillard. A co, jeśli ta wewnętzrna cisza dobiega nie tylko z ciała, ale także z serca i umysłu? Wtedy mamy może do czynienia z ciszą doskonałą, przypominającą pustkę, koniec wszelkich historii i coś w rodzaju takiej właśnie ciszy napotykamy, poszukując bezskutecznie wydm Cadiz na pozbawionej kierunków pustyni, jadąc bez kompasu, zasięgu, GPS i drogi przez wyschłą i porośniętą krzakami kreozotu żółtobrązową ziemię. W którymś momencie mamy już dość własnej determinacji, trzęsących się głów i zużycia resorów i wyobraźni, i decydujemy się porzucić wszelkie cele
i poszukiwania. Zatrzymujemy samochód pośrodku pustynnej głuszy.
Wysiadamy.
Prosto w najgłębszą, niespodziewaną, najcichszą z możliwych ciszę.
Patrzymy na siebie z błyskiem w oku i rozglądamy się wokół w zdumieniu. Doświadczenie jest niesamowite, nierealne. W promieniu stu mil nie ma wokół nikogo i niczego poza nami, popękaną ziemią, krzakami kreozotu i górami. I pewnie gdzieś niedaleko (jak bardzo niedaleko, co wciąż oznacza kilkanaście mil, okaże się dopiero po zgraniu plików ze zdjęciami z karty i obejrzeniu na dużym ekranie) piaszczystymi śpiewającymi (podobno) wydmami.
Cisza jest absolutną podstawą i równowagą ciała, umysłu i ducha.
- Ohiyesa
* * *
Dotarliśmy do tego miejsca zupełnie tak, jak osoba, która wyprawiła się kiedyś w duchową podróż, dociera po długich i uciążliwych wędrówkach, pełnych zwodniczych oaz, przygód i znojów, cierpień, trudów i niezliczonych poświęceń, które tak w tej, jak i w każdej innej podróży są niezbędną walutą, do środka Siebie. Do absolutnej, jasnej ciszy w nieograniczonej przestrzeni, do wygaśnięcia wszelkich impulsów.
Wokół było bezwietrznie i słonecznie. Mój mąż ustawił na statywie kamerę wideo, naprzeciwko pasma skalistych gór, i rozpoczął filmowanie, w jednym niemożliwie długim ujęciu, cieni poruszających się po chropowatych szczytach i zboczach przy powoli zachodzącym słońcu i akompaniamencie ciszy. Potem udał się na poszukiwanie wydm. Ja zostałam przy samochodzie, fortografując popękaną ziemię i krajobrazy jak z obrazów Roericha (i w jego kolorach). Szczęśliwa, zanurzona po uszy w przestrzennej jasnej bańce ciszy. Okryta kojącym światłem przeprawiającego się przez niebo słońca, a potem narastającym w gęstych niebieskich cieniach chłodem. Od czasu do czasu, jak wirujący derwisz albo dziecko zatracające się w zabawie, obracając się wokół własnej osi, by jeszcze raz doświadczyć wokół rozległego kręgu pustki i doskonałej, zalewającej umysł światłem ciszy.

Większość z nas żyje w otoczeniu wielkiej ilości nieustannych dźwięków, często zlepionych w trudny do opisania konglomerat szumów. Efekty dźwiękowego przeciążenia czy zanieczyszczenia hałasem mogą być najróżniejsze, od poczucia stresu, poprzez zaburzenia snu, irytację, po fizjologiczne objawy takie, jak problemy ze słuchem, metabolizmem czy niedokrwienie serca. Według niektórych ustaleń WHO, hałas jest drugą po zanieczyszczeniu powietrza przyczyną prolemów zdrowotnych związanych ze środowiskiem. Mowa tu głównie o tzw. miejskim zgiełku, ale w mniejszych miasteczkach czy na wsiach również nie jest dziś tak cicho, jak kiedyś. Gdziekolwiek teraz jesteście, zamknijcie na chwilę oczy i posłuchajcie. Jestem pewna, że dosięgnie was przynajmniej pięć różnych dźwięków – lodówka, klimatyzacja albo ogrzewanie, radio czy komputer, dźwięk silnika, szum zza okna, głosy współmieszkańców albo sąsiadów? Naprawdę rzadko (jeśli w ogóle) zdarza nam się moment aktywnego wsłuchiwania się
w otaczającą nas ciszę. Z otaczających nas dźwięków najczęściej w ogóle nie zdajemy sobie nawet sprawy, dopóki poziom decybeli nie przekroczy naszej „granicy niesłyszalności dźwięku”. Jeśli, tak jak ja, wychowaliście się w domu, w którym telewizor był prawie nieustannie włączony (a jeśli nie telewizor, to radio czy inne urządzenie emitujące dźwięki), to wiecie, jak łatwo przestać słyszeć dźwięk dochodzący do nas „w tle” – tak samo łatwo, jak przestaje się widzieć wzory na tapecie czy zmarszczki czasu na twarzy ukochanej osoby, z którą się mieszka. Dlatego zazwyczaj nie uświadamiamy sobie tego, że jesteśmy nieustannie otoczeni różnego rodzaju dźwiękami. Dopóki nie znajdziemy się w praktycznie pozbawionym dźwięków otoczeniu, na przykład na pustyni. Po powrocie z naszej wyprawy natknęłam się pewnego dnia w księgarni na piękny pustynny „pamiętnik”, memoir doświadczeń metafizycznych
i opracowanie naukowe zarazem: otóż pewna współczesna teolożka/profesorka religii napisała niedawno całą książkę o ciszy pustyni i jej wczesnochrześcijańskich „wyznawcach”, odnajdujących na pustyni wspólnotę nasłuchujących głosu Boga
i wspierających się nawzajem samotników, ale także o swoich podróżach na pustynie na różnych kontynentach (Kim Haines-Eitzen, Sonorous Desert: What Deep Listening Taught Early Christian Monks―and What It Can Teach Us). Publikacji towarzyszą autorskie nagrania ciszy z pustyń, także z Mojave... nie zawsze jest to absolutna cisza, czasem kojące głosy wiatru, szumu liści, zwierząt, czasem grzmoty i dźwięk deszczu, a czasem inne dźwięki rezonujące pośród skał, gór i kanionów, wszystkie jednak zanurzone
w większej ciszy, jak w ogromnym, przestrzennym pudełku.
Nawet jeśli nie jest nam dane znaleźć się na pustyni, warto czasem zwolnić, zatrzymać się, odciąć od źródeł dźwięków na tyle, na ile to możliwe i pobyć ze sobą w takiej ciszy, do jakiej mamy dostęp. Posłuchać jej głębi i tego, co ma nam do powiedzenia. Odprężyć się w niej, nie uciekać. Cisza i samotność pozwalają zrelaksować się, poczuć wewnętrzny spokój, odnaleźć przestrzeń do twórczego wyrażenia się. W ciszy mózg przetrawia łatwiej informacje i emocje (zamiast tłumić je i pozostawać na „autopilocie”). Wśród nocnej (albo dziennej) ciszy rozchodzą się twórcze czy prorocze wizje i wieści - choć czasem też budzą się demony. Bywa, że boimy się ciszy, bo przeczuwamy, że usłyszymy w niej to, co zagłuszaliśmy niezliczonymi bodźcami, pracą, życiem towarzyskim, kakofoniczną muzyką Internetu czy pustymi konwersacjami – pustymi w tym sensie, że ani my sami, ani nasi interlokutorzy nie byliśmy w nich w pełni obecni i uważni na siebie i siebie nawzajem. Ale prędzej czy później będziemy musieli to usłyszeć, nawet jeśli zagłuszanie zajmie nam prawie całe życie. Zagłuszanie wymaga tez nieustannej kontroli – jeśli je sobie odpuścimy, a dopuścimy do siebie wysłuchanie
w ciszy tego, co nasza przeszłość albo podświadomość ma nam do powiedzenia, jakkolwiek może to być bolesne czy niespodziewane, energia, którą przeznaczamy na kontrolowanie, wróci do naszej dyspozycji. Jak wąż, zrzucimy z siebie „starą skórę”, w której trzyma nas strach przed tym, co de facto już się stało, ale czego do tej pory nie przetrawiliśmy. Otworzymy się dzięki temu na zupełnie nowy poziom doznań i myśli, i uczuć. I wydarzeń.
***
My, zanim dotarliśmy w Mojave Trails National Monument do naszego punktu „stop” i zupełnej ciszy, zatrzymaliśmy się na chwilę przed przebiegającymi przez piaszczystą drogę (dopóki jeszcze dawała się wyodrębnić z piaszczystego tła) torami towarowych pociągów. Znak „Railroad Crossing” wydał nam się tak surrealny pośrodku morza piasków, jak i same tory. Nie odczułam w tym wtedy żadnej metafory, był to po prostu dziwny, zaskakujący i niebanalny widok. Zachwycił mnie estetycznie i fotograficznie, mój mąż odnalazł
w nim zupełnie inny potencjał. (...) Dostarczył nam też odrobiny rozrywki spod znaku radość robienia rzeczy zakazanych („seria zdjęć, których nigdy nie pokażesz swojej Mamie”: moja rozweselona osoba siedząca po turecku pośrodku torów kolejowych, żartobliwa samobójcza seria). A przecież było to tak symboliczne i łatwe do odczytania – ostatni ciąg, hałaśliwy wagonik myśli albo wrażeń, ze swoim nieuniknionym ładunkiem emocjonalnym, puste tory, zanim docierasz do miejsca... w którym absolutnie się poddajesz
i wypełniająca cię mocna i obca obecność jest w pewnym sensie rodzajem radosnego samobójstwa. Ale też jakiś rodzaj komórkowej pamięci o czasie, bardzo dawno temu, kiedy chwilami chciało się już z wszystkiego zrezygnować. I całkowite przeciwieństwo tych dwóch tak odległych od siebie doświadczeń.
Długo nie wiedziałam, czy wróciliśmy z tej podróży jakoś przemienieni. Po powrocie wciągnął nas wir zdarzeń. Wiosną przyszły pierwsze zmiany, potem nowe ważne podróże, ważne decyzje, przebudowa życia. Długo nie znajdowałam przestrzeni na refleksję nad tym, co się właściwie podczas naszej pustynnej wyprawy wydarzyło i jaką rolę w tym do odegrania miała miłość większa nawet niż ta, którą przewieźliśmy przez doświadczenie pustyni dla siebie nawzajem. Którejś nocy przyśniło mi się, że siedzę na ławce
w zatłoczonym centrum handlowym i p i s z ę o pustyni – doskonała metafora życia z niespełnionym pragnieniem pośrodku marketplace. Przez rok nie udało mi się napisać o pustyni nic poza postami na Instagramie i jednym krótkim materiałem o Rainbow Basin. Doświadczenie siedziało wewnątrz jak kamień: ciężkie, gładkie, nieprzeniknione, nie do opisania. Wreszcie zaczęło nabierać słów i opowiadać mi siebie, choć wciąż dalekie od tego, by odkrywać swoje wszystkie znaczenia. Jedno z nich, być może najważniejsze, pokazało się w przebłysku jako punkt w procesie współtworzenia z innymi, w twórczym i świadomym ruchu do wewnątrz, z wewnątrz, aż po kilku dniach wewnętrznej pracy i „zewnętrznych” wysiłków umysł obudził się w kołysce ciała i otworzył na przyjęcie niepojętego.
Pustynia: otwarta, żywa przestrzeń wypełniona z rzadka jaskrawością powtarzalnych form. Nad nią ciężkie, gęste chmury i pod nimi słońce - jak ciemne, stare złoto. Stawanie się czymś, czym nigdy wcześniej się nie było, otwarcie się na napływającą znikąd niesentymentalną miłość; kontakt z tym, czym było się od zawsze. Świadomość bycia maleńką jak ziarnko piasku częścią planetarnego planu. I naczyniem dla tego, czego nigdy się nie obejmie, nie pomieści i nie opisze.
***
A teraz? Jak to ujął w „Fabula Rasa” Edward Stachura, komu w drogę, temu teraz.
Mojave Trails National Monument to unikalna kombinacja dzikich gór, pustynnych wydm i pradawnych powulkanicznych terenów. Na terenie tego parku przyrody znajduje się też najdłuższy pozbawiony infrastruktury odcinek Drogi 66. Pomnik Mojave rozciąga się pomiędzy Narodowym Rezerwatem Pustyni Mohawe a Parkiem Narodowym Drzew Jozuego. Ogromne połacie tych terenów są zupełnie dzikie, bez żadnej infrastruktury, bez zasięgu telefonii komórkowej, wiele dróg wymaga poruszania się po nich autem z napędem na cztery koła
(a zależnie od pogody, nawet jazda 4x4s może okazać się wyzwaniem). Nawigacja elektroniczna nie jest zalecana – może pokierować na drogi wyłącznie dla aut z czterokołowym napędem albo drogi tymczasowo zamknięte. My napotkaliśmy kilka takich na swojej drodze, bez podanej przyczyny zamknięcia. Czasem nawet najnowsze drukowane mapy nie są pomocą – nasza mapa z Kalifornijskiego Centrum Informacji
w Barstow skierowała nas na piaszczystą drogę, która dosłownie zniknęła całkowicie w którymś momencie wśród krzaków kreozotu i nigdy się nie odnalazła. Wyglądało na to, że nikt nią nie jechał od dobrych paru lat, może kiedyś zamokła i roztopiła się, a może po prostu zarosła. Charakterystyczne górskie pasma na horyzoncie i odległe tory kolejowe stały się naszymi punktami orientacyjnymi, kiedy podskakując na wybojach torowaliśmy sobie (i tym, którzy przyjadą po nas) nową drogę, w miejsce tej zagubionej. Nie dojechaliśmy na śpiewające wydmy, nie tym razem. ■ (globtroter.pl)
/ pasje muzyka
lipiec/sierpień '26 (27)
Pasje Tony'ego Bennetta...
Jako człowieka z ludu, skromny i pełen pokory piosenkarz Tony Bennett przeszedł przez National Mall w Waszyngtonie w 2009 roku, aby zobaczyć kolekcję artefaktów muzycznych w Smithsonian’s National Museum of American History (NMAH).
„Po drodze kilku strażników National Park Service na koniach rozpoznało Tony'ego” — wspomina John Edward Hasse, emerytowany kurator amerykańskiej muzyki w muzeum, który tego dnia czekał na przybycie Bennetta. „Zeskoczyli z koni, uklękli i zaczęli śpiewać: „Zostawiłem serce w San Francisco”. … Rozpromienił się od ucha do ucha”.
Ten rodzaj uczucia towarzyszył Bennettowi przez całą jego siedemdziesięcioletnią karierę muzyczną. Piosenkarz, który zasłynął
z Great American Songbook, zmarł w wieku 96 lat (21 lipca 2023 roku). Od 2021 roku nadal znajdował się na szczycie list przebojów.
„Jego słuchacze zrozumieli, że był autentycznym, głęboko oddanym i pasjonatem tego wspaniałego zbioru piosenek, który przetrwał próbę czasu i trwać będzie, jak się okazuje” – mówi Hasse. „Zszedł na ziemię. Był pokorny. Cechowała go uczciwość i współczucie”.
Urodzony jako Anthony Dominick Benedetto 3 sierpnia 1926 roku w Long Island City w Nowym Jorku, piosenkarz został wychowany
w Queens przez włoskich imigrantów. Muzyka krążyła w rodzinie. Jego starszy brat śpiewał arie w Metropolitan Opera jako nastolatek, wzorując się na swoim ojcu, który niegdyś zabawiał mieszkańców swojej rodzinnej Kalabrii klasycznym włoskim gatunkiem. „Miał reputację śpiewaka na szczycie góry” — powiedział Bennett o swoim bracie w 1998 roku — „żeby usłyszała to cała dolina”.
Rodzice Bennetta pracowali - jego matka była krawcową, a ojciec sklepikarzem - do czasu, gdy jego ojciec poważnie zachorował
i zmarł, pogrążając rodzinę w biedzie. Bennett miał 10 lat. Uczęszczał do High School of Industrial Art na Manhattanie, ale porzucił ją, aby wspierać rodzinę, pracując w restauracjach i salonach, wykorzystując swoje talenty muzyczne.
„Zostałem śpiewającym kelnerem” — wspominał Bennett. „To była jedyna praca, o której powiedziałem: „ Jeśli miałbym to robić przez resztę życia, byłbym szczęśliwy, robiąc to”.
Koncert nie trwał jednak długo. W 1944 roku Bennett został wysłany do Europy, aby dołączyć do sił amerykańskich walczących podczas II wojny światowej. Walcząc w 63. Dywizji Piechoty we Francji i Niemczech, przeżył kilka bardzo trudnych sytuacji i pomógł też wyzwolić obóz koncentracyjny. Kiedy wojna się skończyła, Bennett pozostał w Niemczech jako artysta estradowy, śpiewając dla żołnierzy. Po powrocie do domu w 1946 roku wznowił naukę muzyki, studiując śpiew w American Theatre Wing School. Zaczął występować w klubach pod pseudonimem Joe Bari. Pewnego wieczoru w 1949 roku w nocnym klubie w Greenwich Village jeden
z widzów szczególnie polubił piosenkarza. Był to komik Bob Hope – wówczas największa gwiazda kasowa Hollywood – i poprosił
23-letniego „Joe”, aby towarzyszył mu w występie.
Bennett przypomniał sobie, jak Hope powiedział: „Chodź dzieciaku, przyjdziesz do Paramount (Teatru) i zaśpiewasz ze mną”. Ale nie jako Joe Bari. „Nie obchodził go mój pseudonim sceniczny… i zapytał, jakie jest moje prawdziwe imię. Powiedziałem mu: „Nazywam się Anthony Dominick Benedetto”, a on powiedział ze swoim uśmieszkiem: „Nazwiemy cię Tony Bennett”. I tak się stało. Nowe zamerykanizowane nazwisko – początek wspaniałej kariery i wspaniałej przygody”.
W następnym roku Bennett podpisał kontrakt z Columbia Records, a w 1951 roku piosenka „Because of You” stała się jego pierwszym wielkim hitem. Andrew R. Chow pisał wtedy dla magazynu „Time”: „Jego piosenki dominowały w szafach grających w lodziarniach
i barach w całym kraju, czyniąc z niego uosobienie gwiazdy popu, zanim rock and roll rozbił się w Ameryce”. Bennett wydał ponad 70 albumów i zdobył 19 konkurencyjnych nagród Grammy, większość z nich w późniejszym życiu. Obserwując jego życie można zauważyć, że jego znaczenie i dorobek słabły. Ale zdolności i charyzma, które wyniosły Bennetta do szczyty sławy, pozwoliły mu odbić się niezliczoną ilość razy.
„Dotykał ponadczasowości” — mówi Hasse. „Stał na straży doskonałości. Stawał w obronie sztuki. Ale opowiadał się też za komunikacją ze zwykłymi ludźmi i między pokoleniami. Był pod tym względem wyjątkowy”.
Jego zainteresowanie malarstwem zaczęło się, gdy był chłopcem, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczął śpiewać. „Muzyka przyniosła mi sławę, malarstwo – spokój”. To słowa Bennetta dla „Los Angeles Times” w 1995 roku. Zawsze tam występował podczas tras koncertowych, odkąd został zwerbowany przez Hope. To prawda - kiedy dopadło go zmęczenie, zajął się malarstwem.
„Uwielbiam malować tak samo, jak kocham śpiewać” — powiedział Bennett w rozmowie z Associated Press w 2006 roku, opisując malarstwo jako „wielką zmianę”, która pozwoliła mu „pozostać w tej kreatywnej strefie przez cały czas”.
Artysta rozróżnił dwie kariery swoim podpisem: jako piosenkarz był Tony Bennett, ale jako malarz używał swojego imienia, Anthony Benedetto. Jeden z obrazów olejnych Benedetta znajduje się w zbiorach Smithsonian American Art Museum.
„Praca, którą mamy, to ten piękny, quasi-impresjonistyczny, realistyczny widok Central Parku” — mówi Randal Griffey, główny kurator muzeum. „Uwielbiał park, podobnie jak wielu nowojorczyków, ponieważ pozwalał mu czuć się związanym z naturą… pomimo zanurzenia się w mieście”.
Według muzeum Bennett powiedział kiedyś: „Zawsze marzyłem o miejscu, w którym można złapać popołudniowe światło, abym mógł malować ten park w kółko”. W rzeczywistości obraz z 1998 roku przedstawia widok z jego nowojorskiego mieszkania.
W malarstwie Bennett skłaniał się ku naturze, nazywając ją „szefem”. Ale był też doświadczonym portrecistą. Namalował wiele legend jazzu, gatunku, z którym nigdy osobiście się nie identyfikował, ale nieustannie go naśladował. Jego portret Elli Fitzgerald został podarowany NMAH (National Museum of American History) w 2002 roku, a Smithsonian's National Portrait Gallery posiada w swoich zbiorach akwarelę z Duke'iem Ellingtonem przed różowymi różami i zielenią. Bennett namalował też Dizzy'ego Gillespiego, Johna Coltrane'a, Milesa Davisa i Louisa Armstronga. Każdy z nich miał wpływ na jego karierę. Wśród portretowanych jest również Frank Sinatra, który zmienił ją, publicznie wyśpiewując pochwały pod adresem Benetta. W 1965 roku Sinatra powiedział magazynowi Life: „Tony Bennett jest najlepszy w branży”.
Bennett i jego trzecia żona, Susan Benedetto, założyli szkołę artystyczną w Queens w 1999 roku. Beneficjenci chcieli nazwać ją imieniem piosenkarza, ale odmówił. Na prośbę Bennetta placówkę nazwano Frank Sinatra School of the Arts.
„Miał wielkie serce i samoograniczające się ego” — mówi Hasse, komentując skłonność Bennetta do współpracy i honorowania innych muzyków.
W ostatniej dekadzie Bennett użyczył swojej charyzmy współczesnemu popowi. Prowadzony przez syna Danny'ego Bennetta, rozpoczął ponowną karierę w 1994 roku, kiedy śpiewał z k.d. lang w programie telewizyjnym „MTV Unplugged”. Później jego twórcza współpraca z gwiazdą muzyki pop Lady Gagą przedstawiła Bennetta nowej generacji fanów. Oba albumy, które razem nagrali – „Cheek to Cheek” z 2014 roku i „Love for Sale” z 2021 roku – zdobyły Grammy w kategorii najlepszy album z tradycyjnym popowym wokalem. Aby uczcić 95. urodziny Bennetta, para zorganizowała koncert w Radio City Music Hall w 2021 roku: ostatni publiczny występ piosenkarza. Wieczór zakończył się eskortowaniem Bennetta ze sceny przez Gagę podczas gromkiej owacji na stojąco.
„Prywatnie był równie magnetyczny i charyzmatyczny, jak na scenie czy na ekranie” — mówi Hasse. „Lubię o nim myśleć jako
o człowieku obdarzonym artystyczną magią – klasą, uczciwością i inspiracją”.
/ savoir-vivre mailowy
lipiec/sierpien '26 (27)
Savoir-vivre
mailowy

5 najczęstszych błędów, które popełniamy pisząc maile
ALEKSANDRA PAKUŁA
Każdego dnia wysyłamy dziesiątki maili. Korespondujemy ze współpracownikami, przełożonymi, usługodawcami, urzędami i jeszcze długą listą odbiorców naszych wiadomości. Wydawać więc mogłoby się, że przy takiej ilości praktycznych ćwiczeń sztukę pisania wiadomości elektronicznych będziemy mieć w małym palcu. Niestety, okazuje się, popełniamy błędy i to najczęściej wszyscy takie same.
1. WITAM
„Witam” rozpoczynające maile tak mocno zakorzeniło się w naszych mailowych zwyczajach, że naprawdę coraz trudniej spotkać poprawną formę. Językoznawcy prawdopodobnie nie próbowaliby tak wyraźnie podkreślać wagi tego błędu, gdyby nie to, że „witam” to słowo, które ma bardzo jasne znaczenie, zupełnie nie pasujące do formy, jaką jest korespondencja mailowa.
Słowo „witam” w języku polskim zarezerwowane jest dla relacji gospodarz-gość, świadcząc o swego rodzaju nierównorzędności relacji. Wita przecież gospodarz gości – to dla nas naturalne. W korespondencji relacja gospodarz-gość nie występuje, więc używanie zwrotu „witam” jest po prostu nieuzasadnione i jest efektem najczęściej błędnego przyzwyczajenia.
Jak więc prawidłowo zacząć maila? W relacjach oficjalnych możemy użyć eleganckiego zwrotu „Szanowna Pani/Szanowny Panie/Szanowni Państwo”.
Korespondencję mniej formalną wystarczy rozpoczynać słowami „Dzień dobry!”, a tę kierowaną do osób, do których zwracamy się po imieniu, możemy zaczynać po prostu wołaczem imienia, np. „Aniu!”.
2. SZANOWNI! DRODZY!
Wielu z nas, szukając alternatywy dla „witam”, kierując wiadomości do większej grupy osób, wpada w pułapkę kolejnego błędu, jakim jest używanie na początku swoich wiadomości słów „Szanowni” lub „Drodzy”. Zwroty te występują wyłącznie z wyrazami określającymi, a samodzielnie brzmią sztucznie – widać i słychać w nich tendencję do skrótowości, w tym wypadku nieudaną. Szczególnie niestosownym jest używanie zwrotu „Szanowni!” do osób, z którymi jest się w relacji na pan/pani, gdyż jej formalność nie pozwala na tego typu językowe eksperymenty.
Jeśli więc chcemy korzystać z słów „szanowni” i „drodzy”, musimy dodać do nich dodatkowe słowa, tworząc np. „Szanowni Państwo” lub „Drodzy Koledzy”.
3. PIERWSZE ZDANIE ZAPISUJEMY DUŻĄ LITERĄ? NIEKONIECZNIE
Rozpoczynając nowy akapit, pierwsze zdanie zapisujemy dużą literą – to oczywiste, prawda? Właśnie niekoniecznie. Wszystko bowiem zależy od tego, co po zwrocie rozpoczynającym mail umieścimy – wykrzyknik czy przecinek. Obie to możliwości są odpowiednie, choć z jakiegoś powodu boimy się „krzyczącego” wykrzyknika i częściej wybieramy właśnie przecinek. Po przecinku piszemy małą literą.
Jeśli więc chcesz zapisać „Dzień dobry!”, pierwsze zdanie, w nowym akapicie rozpoczniesz oczywiście dużą literą. Gdy jednak zdecydujesz się na „Dzień dobry,”, pamiętaj, by zacząć małą literą.
4. POZDRAWIAM (PRZECINEK)
Przecinek w mailu pojawia się bardzo często w jeszcze jednym miejscu – prawie na samym końcu. Gdy kończysz wiadomość, żegnasz się słowem, np. „Pozdrawiam” i bardzo często po nim stawiasz przecinek. To źle. Po zwrocie kończącym mail nie powinien pojawić się żaden znak interpunkcyjny. Samo „Pozdrawiam” wystarczy. Bez „kropki nienawiści”, bez przecinka.
Warto pamiętać też, że „pozdrawiam” nie jest uniwersalne. Wiadomości bardziej oficjalne kończymy słowami „Z wyrazami szacunku” lub „Z poważaniem”, przy czym warto pamiętać, że „Z wyrazami szacunku” jest bardziej eleganckie.
Osoby, które pozdrawiania mają dość, w mniej formalnej korespondencji mogą używać np. „Miłego dnia!”.
5. UKRYTE DO WIADOMOŚCI
Umieszczanie w kopii wiadomości innych osób nie jest niczym złym, jednak ukrywanie części odbiorców bywa bardzo zdradliwe. Nieszczęście polega na tym, że UDW lubią odpowiadać, co sprawia, że cała konspiracja – i nasza wiarygodność – może legnąć
w gruzach. Jeśli chcemy kogoś o czymś dyskretnie poinformować, znacznie lepiej będzie zrobić to w osobnej wiadomości.
Mailowy savoir-vivre nie jest trudny. Wystarczy pamiętać o kilku prostych zasadach i starać się nie trwać w błędach
z przyzwyczajenia. Maile są naszą wizytówką, szczególnie teraz, gdy tak rzadko się widujemy, by porozmawiać. (instytutetykiety.pl)
/ wokół stołu
lipiec/sierpień '26 (27)
Wraca nowe !
Ciasto
z pomidorową zupą
i fascynacja Andy Warhol'a
ANNA CZERWIŃSKA


Nie, nie ma błędu w tytule! Po raz pierwszy zetknęłam się z tym przepisem jakiś czas temu, odwiedzając rodzinę mojej koleżanki. Jej mama pozwoliła mi przejrzeć niektóre rodzinne przepisy i znalazłam jeden oznaczony jako Ciasto pomidorowe – tajemnicze ciasto. Zupa pomidorowa w cieście? Kto kiedykolwiek wymyślił coś takiego – i dlaczego?
Okazuje się, że przepis pierwotnie pojawił się w czasach wielkiego kryzysu (1929-1933). Na krótko zyskał popularność podczas
II wojny światowej ze względu na racjonowanie i potrzebę ponownego stania się kreatywnym, używając dostępnych składników.
Większość przepisów na tego typu ciasta nie zawiera jajek – ważny składnik wiążący i smakowy wielu deserów. Zamiast jajek dodaje się puszkę zupy pomidorowej Campbell’a. Masło było kolejnym trudnym do znalezienia składnikiem podczas reglamentacji
i oczywiście zbyt kosztownym dla wielu podczas kryzysu. Zastępowano go „żółtym smalcem”. „Smakował jak barwiony tłuszcz, a nie masło. Masła nie było!” – wspominał dziadek mojej koleżanki. „Jak będziesz piekła to ciasto, użyj prawdziwego, dobrego masła. Jest naprawdę smaczne, ale bez smalcu w jakimkolwiek kolorze” – dodał ze śmiechem. Chociaż poniższa odtworzona receptura zawiera cukier, często podczas II wojny światowej używano innych słodzików, takich jak syrop klonowy, melasa, miód lub sorgo. Zamiast rodzynek – drobno pokrojone duże jabłko Granny Smith.
Ciasto smakuje bardzo podobnie do standardowego słodkiego wypieku z przyprawami, a nawet ciasta marchewkowego, bez marchewki oczywiście. Przepis na „tajemniczą pomidorówkę” pojawił się w latach 50. i 60. ubiegłego wieku na puszkach z zupą pomidorową Campbell’s, także w wielu książkach kucharskich z tamtego i wcześniejszego okresu, między innymi w „Depression Era Cookbook”.
Firma Campbell’s, produkująca między innymi ową zupę pomidorową (najbardziej znana wraz z kremową zupą grzybową, używaną często do sosów), wzbudziła też ogromne zainteresowanie znanego malarza pop-artu Andy Warhol’a.
W 1962 roku Andy Warhol stworzył serię puszek z zupą Campbell's i zaprezentował ją na swojej pierwszej indywidualnej wystawie
w Galerii Ferus w Nowym Jorku. Z daleka puszki zupy Campbell’s wyglądają jak trzydzieści dwie identyczne puszki. Jednak każda
z nich była malowana oddzielnie, ręcznie też opisana z zachowaniem wszelkich detali. Jego prace odpowiadały definicji pop-artu opisanej w liście do brytyjskiego artysty Richarda Hamiltona z 1957 roku: „Pop Art to: popularny, ulotny, zbędny, tani, produkowany masowo, młody, zabawny, seksowny, pełen sztuczek, efektowny i wielki biznes”.
Warhol twierdził, że był stałym konsumentem zupy pomidorowej Campbell’s, jednej na lunch każdego dnia przez dwadzieścia lat. Powtarzalność nie odstraszyła go, szukał „tego samego w kółko i zachwyciła mnie jednakowość. Każdego dnia smakowała tak samo, jak Coca-Cola”. Konsumpcja była i jest sercem amerykańskiego społeczeństwa, ale masom nadal odmawiano w tym czasie dostępu do muzeów. I właśnie tego chciał Warhol: wprowadzić do sztuki prawdziwą masową konsumpcję.
W wywiadzie dla magazynu „The Face” Andy Warhol powiedział, że jego matka używała puszek jako wazonów do bukietów polnych kwiatów. Jego cykl prac z puszkami być może był także hołdem dla rodziców-emigrantów ze Słowacji, wspierających jego twórcze poczynania od najmłodszych lat mimo braku środków finansowych.
Puszka może być uosobieniem codziennego jednorazowego przedmiotu dla jednej osoby, a wazonem dla innej.
Niech więc wróci nowe! Ciasto z dodatkiem zupy pomidorowej, bakaliami, prawdziwym masłem i serowym lukrem.
"Pomidorowe" ciasto
SKŁADNIKI (wszystkie w temperaturze pokojowej):
1 (256 gram) puszka zagęszczonej zupy pomidorowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 (200 gram) szklanka białego cukru
0.5 (115 gram) szklanki niesolonego masła
2 jajka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
2 (240g) szklanki mąki uniwersalnej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki mielonego cynamonu
0,5 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
0,25 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
0,5 szklanki rodzynek/żurawin
0,5 szklanki posiekanych orzechów włoskich/pecan
PRZYGOTOWANIE:
-
Rozgrzać piekarnik do 175°C (350°F). Lekko posmarować okrągłą lub prostokątną formę do ciasta.
-
Do miski wrzucić zagęszczoną zupę pomidorową (bez wody) i domieszać sodę oczyszczoną. Odłożyć na bok podczas przygotowywania pozostałych składników.
-
Masło z cukrem zmiksować na gładką masę, dodawać po jednym jajku i wanilię.
-
Dodać zupę pomidorową.
-
Przesiać do masy mąkę, proszek do pieczenia i przyprawy, dodać bakalie oprószone mąką, delikatnie wymieszać ręcznie, drewnianą łyżką, do połączenia. Nie mieszać zbyt mocno, ale upewnić się, że nie pozostały smugi mąki.
-
Wlać miksturę do przygotowanej formy, piec przez 25 minut lub do suchego patyczka.
-
Po 5 minutach od wyjęcia z piekarnika wyłożyć na kratki do całkowitego schłodzenia.
-
Serek i masło ubić mikserem na gładką masę. Dodać cukier puder i wanilię, ubijać do pełnej gładkości. Rozsmarować na zimnym cieście.
Lukier z dodatkiem białego sera
SKŁADNIKI:
55 gram masła w temperaturze pokojowej
115 gram serka homogenizowanego (cream cheese) w temperaturze pokojowej
40 gram cukru pudru
1/2 łyżeczki (2 gramy) ekstraktu waniliowego
PRZYGOTOWANIE:
-
Zmiksować masło z serem, do uzyskania bardzo gładkiej konsystencji...
-
dodać cukier puder i wanilię, wymieszać do dokładnego połączenia się...
-
smarować wierzch wybranego, zimnego ciasta.

/ wokół stołu
lipiec/sierpień '26 (27)
Krewetki?
dlaczego nie...
ANETA ZALEWSKA

Dania z owocami morza sprawiają wrażenie luksusowych i nieprzystępnych cenowo. Zupełnie niepotrzebnie. Przyrządzić można je samemu w domu, stosunkowo niskim kosztem. W tym celu dobrze sięgnąć po krewetki – są smaczne i zdrowe. Sprawdzą się zwłaszcza dla osób chcących zrzucić zbędną wagę! Dlaczego?
Krewetki są zdrowe! Garść informacji
Krewetki tygrysie, białe i północne – wszystkie cieszą się niesłabnącą popularnością na całym świecie i nie bez powodu. Są nie tylko pyszne i uniwersalne, ale także niesamowicie zdrowe.
Te skorupiaki są doskonałym źródłem chudego białka (około 18 g na 100 g) i zawierają bardzo mało tłuszczu (niecały 1 g na 100 g). Do tego znaleźć w nich można składniki mineralne (wapń, selen, żelazo, magnez, cynk) i witaminy, przede wszystkim:
-
B12 – niweluje poczucie zmęczenia, wpływa pozytywnie na funkcjonowanie nerwów i pomaga w procesie przetwarzania pożywienia na energię;
-
B3 – obniża poziom cholesterolu, pobudza produkcję czerwonych krwinek, usprawnia krążenie krwi.
-
Warto wspomnieć o samym cynku. To właśnie przez obecność tego minerału w krewetkach mówi się o nich, że są afrodyzjakami. Jego niedobór w organizmie kobiecym wpływa na osłabienie popędu seksualnego. Ten można wyregulować, jedząc skorupiaki regularnie i zmieniając swoją dietę na bardziej zróżnicowaną.
Jedzenie krewetek może pomóc zmniejszyć ryzyko chorób serca i udaru, dostarczając przy tym niezbędnych składników odżywczych, które wspierają ogólny stan zdrowia. Uważać na nie muszą jedynie osoby cierpiące na alergię na skorupiaki – krewetki zawierają wiele alergenów.
Krewetki w diecie osób odchudzających się
Krewetki będą z powodzeniem składnikiem udanej diety na odchudzanie. Ze względu na ich niską kaloryczność i wysoką zawartość białka docenią je szczególnie osoby trenujące siłowo – spożywanie ich pozwoli pozbyć się tłuszczu przy jednoczesnym zachowaniu ciężko wypracowanych mięśni.
Odchudzający muszą pamiętać jednak o tym, że można przytyć także od krewetek jedzonych w nadmiarze. Osoby, które nie znają się na podstawach dietetyki, powinny zaczerpnąć opinii swojego zaufanego specjalisty przed włączeniem skorupiaków do jadłospisu (zwłaszcza tego, który ustalony został na konkretną ilość kcal dziennie).
Świeże krewetki – lepiej je ugotować, czy usmażyć?
Sposób przygotowania krewetek musi być uzależniony od tego, jaki cel chce się osiągnąć. Niewątpliwie smaczniejsze są smażone, ale zdrowsze będą gotowane. Dlatego, że druga metoda nie wymaga użycia dodatku kalorycznego oleju i pozwoli uniknąć zbytniego przypieczenia zewnętrznej warstwy mięsa.
Dobrym pomysłem zdaje się wykorzystanie podczas smażenia patelni nieprzywierających – pozwolą one ograniczyć ilość pustych, spalonych kalorii w przygotowywanym posiłku.
Przeciwwskazania dla jedzenia krewetek
Krewetek nie mogą jeść osoby cierpiące na:
-
alergię (siarczyny);
-
dnę moczanową.
Nie poleca się ich również kobietom w ciąży, ze względu na to, że znajdują się w nich śladowe ilości rtęci.
Krewetki to skorupiaki, które z pewnością nadają się jako posiłek dla osób odchudzających się – mają mało tłuszczu i dużo białka!
Krewetki z makaronem ryżowym
Składniki:
0,25 szklanki miodu
2 łyżki octu ryżowego
2 łyżki sosu sojowego lub tamari
1 łyżka azjatyckiego sosu chili-czosnkowego
1,5 łyżeczki startego czosnku (z 3 ząbków)
1 łyżeczka mąki kukurydzianej
3 łyżki oleju neutralnego (np. rzepakowego), podzielonego
1 opakowanie (140 g) świeżych, pokrojonych grzybów shiitake (3 szklanki)
3 główki młodej kapusty bok choi, pokrojonej w plasterki (4 szklanki)
450 gramów oczyszczonych, osuszonych bardzo dużych, surowych krewetek
1 opakowanie (225 g) makaronu ryżowego w pałeczkach, namoczonego zgodnie z instrukcją na opakowaniu

Przygotowanie:
Sos
W małej miseczce wymieszać trzepaczką miód, ocet, sos sojowy, sos chili
z czosnkiem, czosnek oraz skrobię kukurydzianą.
Podsmażyć grzyby
Na 2 łyżkach rozgrzanego oleju podsmarzyć grzyby do zrumienienia (ok. 6 minut). Dodać bok choy i smażyć, często mieszając,
aż warzywa zmiękną, ale pozostaną lekko chrupiące (ok. 3 minuty). Przełóżyć do średniej miski; odstawić.
Krewetki
Rozgrzać pozostałą łyżkę oleju, dodać krewetki i smażyć, od czasu do czasu je przewracając, aż staną się nieprzezroczyste w środku (2–3 minuty).
Sos i makaron
Wlać na patelnię z krewetkami mieszankę z miodem i dodać namoczony, odsączony makaron. Smażyć, ciągle mieszając, aż sos zgęstnieje i oblepi makaron (ok. 2 minuty). Zdjąć z ognia, wmieszać wcześniej przygotowane grzyby i podawać.
Danie najlepiej smakuje tuż po przygotowaniu, ale można wcześniej pokroić warzywa i wymieszać składniki sosu, przechowywać
w szczelnym pojemniku w lodówce do dwóch dni.
Pozostałości pełnego dania również nadają się do przechowywania w lodówce przez maksymalnie dwa dni, po czym podgrzać
w kuchence mikrofalowej lub zjeść na zimno, jak sałatkę.
Sałata z krewetkami w japońskim stylu
Składniki:
0,33 szklanki majonezu
3 łyżki sosu tamari lub sosu sojowego
3 łyżki octu ryżowego (bez dodatków smakowych)
2 łyżki oleju sezamowego (z prażonych ziaren)
2 łyżki oleju rzepakowego
0,5 łyżeczki drobno posiekanego świeżego imbiru
0,25 łyżeczki cukru
680 gramów (1,5 funta) dużych krewetek – oczyszczonych i ugotowanych
3 sałaty rzymskie, posiekane
2 awokado, pokrojone w kostkę
2 ogórki perskie (lub gruntowe), pokrojone w cienkie plasterki
0,25 szklanki cienko pokrojonej dymki
Biały i/lub czarny sezam do posypania
Sos Sriracha do podania (opcjonalnie)
Cząstki limonki do podania
Przygotowanie:
W dużej misce wymieszać majonez, sos tamari, ocet, oleje, imbir i cukier. Dodać krewetki, sałatę i ponownie wymieszać całość, by składniki pokryły się sosem.
Na wierzchu ułożyć awokado, ogórki i dymkę. Całość posypać sezamem. Jeśli używany jest sos Sriracha, skropić nim sałatkę. Podawać z cząstkami limonki.

/ w następnym numerze:
wrzesień/październik '26 (28)
Dziękujemy i zapraszamy ponownie...
W wydaniu wrześniowo-październikowym:
- Kongres Teatru Polskiego w Ameryce
- Wspomnienie o Wandzie Rutkiewicz
- Prawie jednym zdaniem - rozmaitości przyrodnicze
- Akademia Muzyczna PaSO w Chicago i jej twórcy
- Wędrówki po Ameryce
i wiele więcej...
Miłej lektury!

