prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-11 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com

pismo społeczno-kulturalne
grudzień 2023 / 12 (16)
RADOSNYCH ŚWIĄT
BOŻEGO NARODZENIA
I WSPANIAŁEGO
NOWEGO ROKU 2024



pakamera.polonia / grudzień '23 (16)
SPIS TREŚCI
świat, ludzie, obyczaje
prawie jednym zdaniem... redakcja
Kalendarz emigracyjny 2024 i jego twórcy redakcja
Recital akordeonowy - Marek Lichota redakcja
"Dziady" cz. II Edyta Luckos; Szymek Koszalka
Antoni Cierplikowski - król fryzjerów i fryzjer królów Jolanta Pawnik
kultura
W kontrze do gwiazd - Jakub Józef Orliński Monika Brzywczy
Mela Muter - wielka postać współczesnego malarstwa Małgorzata Czyńska
Wigilia w polskiej poezji redakcja
inspiracje
Boże Narodzenie i śnieżyca z Pensylwanii Anna Czerwińska
Czy karać i jak nagradzać? Aleksandra Piotrowska, Irena Stanisławska
Zawiodłam jako nauczycielka Paulina-listy
Od redakcji
I znowu mamy grudzień - czas intensywnych zakupów, pakowania prezentów, świątecznych planów; chyba najbardziej rozgorączkowany czas w roku.
A jednocześnie czas zmuszający nas mimowolnie do refleksji - bo oto mija kolejny rok, zamyka się kolejny rozdział naszego życia
i nolens volens przyglądamy się temu, co się nam wydarzyło..
Ale czy nasi drodzy czytelnicy wiedzą, że większość fizyków uważa, iż czas nie istnieje? Choć moje przybywające zmarszczki
i strzykania artretycznych stawów przeczą tej teorii, to jednak próbujě zaufać naukowym autorytetom.
Czas (twierdzą) jest złudzeniem naszego mózgu obserwującego zmiany w otaczającym go świecie. Gdyby tych zmian nie było, koncepcja czasu nie byłaby potrzebna.
Mamy nadzieję, że w tym (istniejącym tylko w naszej percepcji) świątecznym czasie wypełnionym, jak mniemamy, wzajemną życzliwością znajdą państwo chwilę, žeby zajrzeć do Pakamery.
Proponujemy rozmowę z Jakubem Józefem Orlińskim- polskim kontratenorem, absolwentem słynnej Juilliard School, portret Meli Muter, pierwszej profesjonalnej żydowskiej malarki urodzonej w Warszawie, której obrazami zachwycał się Henri Matisse jak również opisy świątecznych tradycji amerykańskich i wiele innych ciekawych artykułów i informacji,
Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku 2024.
Barbara Maksymiuk
prawie jednym zdaniem...
Grudzień 2023
Polską choinkę poprzedzał praktykowany od wieków na Słowiańszczyźnie zwyczaj dekorowania w zimowym czasie własnych siedzib zielonymi gałązkami. Przed świątecznym drzewkiem w polskich domach królowała podłaźniczka (zwana też jutką, wiechą, sadkiem). Była to najczęściej sosnowa, jodłowa lub świerkowa gałąź wisząca nad oknem, drzwiami lub stołem. Przystrajano ją naturalnymi darami oraz łakociami. Wierzono, że zielone gałązki są nie tylko piękną ozdobą, ale zapewniają także dobrobyt i pomyślność. Uważano, iż podłaźniczka chroni dom przez złymi mocami oraz urokami. Badacze polskiej kultury uważają, że funkcja
i symbolika rodzimej choinki to kontynuacja idei podłaźniczki.
Środki ochrony indywidualnej, używane na przykład
w szpitalach, generują ogromne ilości odpadów. Aby chociaż częściowo rozwiązać ten problem, naukowcy z Uniwersytetu Rice (prywatny uniwersytet w Houston, Texas) opracowali nowatorskie rękawiczki wielokrotnego użytku, utrzymujące jednocześnie sterylność. W kompozytowy materiał tekstylny wpleciono cienkie druciki umożliwiające przepływ prądu elektrycznego. Odpowiednio dobrane napięcie sprawia, że
w ciągu zaledwie 5 sekund „tkanina” nagrzewa się do 100°C
i niszczy wirusy znajdujące się na zewnętrznej stronie rękawic. Dodatkowo za sprawą specjalnych mechanizmów bezpieczeństwa temperatura wewnątrz osiąga maksymalnie 36°C, co wyklucza możliwość oparzeń, za to skutecznie odkaża bez konieczności zdejmowania rękawic.
Z myślą o środowisku – to początek świetnych pomysłów, których nie należy lekceważyć.
Najstarsza ryba na świecie ma na imię Matuzalem i żyje
w akwarium Steinhart w San Francisco w Kalifornii. To ryba dwudyszna, która przyjechała z Australii w 1938 roku jako szesnastoletnia „staruszka”. Dzisiaj liczy sobie 101 wiosen, jest przyjazna ludziom, lubi być głaskana po brzuszku.
W naturze te właśnie ryby dwudyszne można spotkać
w rzekach w australijskim stanie Queensland. Występują też nielicznie w słodkich wodach Afryki i Ameryki Południowej. Zwane są żywymi skamielinami.
Pierwsze lampki choinkowe pojawiły się w USA. Wymyślił je
w 1882 roku Edward Johnson. W swoim apartamencie przy Piątej Alei w Nowym Jorku zamontował na choince 80 lampek w kolorach flagi amerykańskiej. Stały się popularne jednak dopiero 13 lat później, po tym, jak prezydent Grover Cleveland zawiesił je na swojej choince w Białym Domu. Celebryci
– a potem zwykli ludzie – chcieli naśladować tego trendsettera. Nie było to łatwe. W 1900 roku komplet lampek kosztował 300 dolarów – tyle co połowa niezłego samochodu
Brytyjscy uczeni badający wirusa SARS-CoV-2 pracują nad innowacyjnymi, szybko działającymi szczepionkami doustnymi, które nie tylko są prostsze w aplikacji, ale również skuteczniejsze w walce z chorobami. Koronawirus, podobnie jak grypa, infekuje komórki oskrzeli, dlatego bardzo ważne jest indukowanie wydzielania przeciwciał specyficznych dla antygenu wirusa w błonie śluzowej, a nie we krwi.
Giulia Tofana, XVII-wieczna Włoszka i mistrzyni trucicielstwa, ogłosiła kiedyś, że objawił jej się święty Mikołaj i przekazał recepturę na substancję o cudownych właściwościach leczniczych. W rzeczywistości był to najprawdopodobniej płyn, który wypływał ze świńskiego mięsa po wtarciu w nie arszeniku. Wystarczyły zaledwie
4 krople tej substancji, aby pozbawić życia mężczyznę. Bardzo szybko „manna Świętego Mikołaja z Bari” znalazła swoje amatorki. Liczbę jej ofiar szacuje się na około 600 osób. A zarzuty formułowano przede wszystkim pod adresem… świętego Mikołaja
Szwajcarka wypuściła do morza homara, by mógł dalej żyć. Nie byłoby w tym niczego zaskakującego, gdyby nie fakt, że zakupiła go uprzednio w restauracji za 200 euro, po czym wyniosła w wiaderku i wypuściła skorupiaka do wody, ku zaskoczeniu właściciela restauracji i okolicznych obserwatorów nietypowego zajścia.
Rozmawiają dwaj koledzy blondyni:
- Ty, jak się mówi: Irak czy Iran?
- A skąd mam wiedzieć? Napisz do profesora Bralczyka.
- Aleś ty głupi. Napiszę, a on mi jak zwykle odpisze, że zasadniczo obie formy są poprawne.
W XIX-wiecznych dworach tradycyjnie podawane na święta Bożego Narodzenia ryby przygotowywano w ostatniej chwili, tak by zachowały świeżość. Poranny wigilijny połów należał do świątecznej tradycji. Początek 24 grudnia nie mógł się obyć również bez polowania, które jakoby zapewniało zdrowie
i dostatek na cały nadchodzący rok. Myśliwi nie byli jednak zwolnieni z tradycyjnego wigilijnego postu. Upolowana zwierzyna wędrowała do dworskiej kuchni, do wykorzystania przez kolejne dni.
Stu pięćdziesięcioletnie drzewo, figowiec bengalski, odrodziło się po sierpniowym pożarze w mieście Lahaina na Hawajach. To efekt dbania o roślinę. Gleba jest użyźniana,
a drzewo podlewane ogromną ilością wody każdego dnia (ziemia po spaleniu z trudem wchłania wodę). W efekcie kolos o wysokości prawie dziewiętnastu metrów i czterdziestu sześciu pniach wypuściło młode liście!
Choinka zagościła w polskich domach w okresie zaborów, na przełomie XVIII i XIX wieku, a dotarła z Niemiec. Najpierw zadomowiła się w salonach, bogatych dworach
i mieszczańskich domach. Po latach trafiła do ziemiańskich dworków i domostw chłopów. Na wsi dekorowanie drzewka upowszechniło się w dwudziestoleciu międzywojennym,
a w niektórych regionach dopiero po II wojnie światowej.
Zielone gałązki od wieków oznaczają życie, odradzanie się
i nadzieję. Choinka to także symbol Drzewa Życia. Według niektórych badaczy jest odwołaniem do problematyki poznania dobra i zła. Uznawana jest za odwzorowanie drzewa rajskiego. Według tej interpretacji bombki lub jabłka przypominają biblijne owoce z historii o Adamie i Ewie,
a łańcuch nawiązuje do grzechu, kuszenia przez węża. Gwiazdka na wierzchołku symbolizuje natomiast gwiazdę betlejemską, oświetlającą właściwą drogę. Świeczki lub światełka to symbol życia.
Lampki choinkowe pochodzą ze Stanów Zjednoczonych. Opatentowano je w roku 1882. Światełka na tereny polskie trafiły na przełomie XIX i XX wieku. Pierwsze drzewko udekorowane takimi lampkami pojawiło się na Śląsku.
Grudzień roku 1900. W Warszawie u zbiegu ul. Królewskiej
i pl. Małachowskiego została otwarta "Zachęta" - galeria Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Powstała w 1860 roku organizacja zajmująca się upowszechnianiem polskiej sztuki nie miała wcześniej stałej siedziby, a jej zbiory ciągle rosły. Konkurs na projekt wygrał znany architekt Stefan Szyller. Początkowo miał to być gmach w stylu renesansowym, jednak gdy właścicielka sąsiadującej parceli zapisała ją Towarzystwu, ogłoszony został nowy konkurs na większy budynek. I znów wygrał Szyller, ale tym razem zaprojektował gmach w stylu eklektycznym. W finansowanie budowy zaangażowało się społeczeństwo. Wielu artystów, między innymi Helena Modrzejewska, przekazywało na ten cel część dochodów z występów. Budowa "Zachęty" trwała dwa lata.
W grudniowe popołudnie 1939 roku po raz pierwszy wyświetlono dzisiaj już klasyczny film „Przeminęło z wiatrem". Premiera odbyła się w kinie Loew’s Grand w Atlancie. Kino przeznaczono wówczas tylko dla białych widzów, nie wpuszczono więc nawet czarnych aktorów grających
w filmie, jednak burmistrz poprosił widownię o oklaski dla nich. David O. Selznick prawa do ekranizacji książki autorstwa Margaret Mitchell kupił miesiąc po jej ukazaniu się w roku 1936. Jak na ówczesne czasy, zapłacił za nie fortunę - 50 tysięcy dolarów. Kandydat do zagrania Rhetta Butlera był jeden: Clark Gable, natomiast o rolę Scarlett O’Hary starało się 1,4 tys. aktorek. Zdjęcia próbne kosztowały 100 tysięcy dolarów, nakręcono prawie 50 kilometrów taśmy,
a i tak Selznick wybrał Vivien Leigh już po rozpoczęciu zdjęć. Film kosztował kwotę kosmiczną - około 4 milionów dolarów
i stał się jednym z najbardziej kasowych w historii - uwzględniając inflację, przychód z biletów wyniósł 1,5 miliarda dolarów. Zdobył osiem Oscarów. Nagrodzono między innymi Hattie McDaniel grającą Mammy, która stała się pierwszą czarną laureatką tej nagrody.
Według XVIII-wiecznego zwyczaju dań wigilijnych wcale nie musiało być dwanaście. Istniał nawet przesąd, że ich liczba winna być… nieparzysta. Najpopularniejszą wigilijną potrawą była zupa migdałowa, a po niej barszcz. Zamiast uszek można go było podać z „jajkiem”, uformowanym z białej polewki, ugotowanej na… szczupaku. Szczupaka chętnie gotowano też w łusce, zaprawionego piwnym octem i kminkiem. Na ikrze szczupakowej robiono nawet… ciasta.
Krakowski „Światowid” w wydaniu z 17 grudnia 1927 roku poświęcił świątecznym prezentom dla pań całą stronę. Autorka tekstu zauważała: „każda pani choćby była już w futro zaopatrzona, chętnie zobaczy jeszcze jeden płaszcz futrzany lub cape z futra. A tak modna pelerynka futrzana, piękny lis czarny, lub niebieski, albo biały, czyż to nie piękne, a zarazem praktyczne podarki?” Natomiast w 1930 roku wśród pomysłów na prezenty znalazły się przybory podróżne: neseser na szczotkę, papierośnica, cygarnica i zapalniczka, „wszytko ze skóry krokodylej”
Szczęście, szczęście... jak by to powiedzieć... pijemy ze złotego kubka pod wszelką szerokością geograficzną, ale smak jest naszą sprawą - wyłącznie naszą, i stopień upojenia, którym nas obdarza, zależy jedynie od nas.
- Joseph Conrad, "Lord Jim"
Wspaniałego, szczęśliwego Nowego 2024 Roku!
/ polonijny kalejdoskop
grudzień '23 (16)
Recital akordeonowy

Obecnie kompozytorzy chętnie wykorzystują go podczas koncertów ze względu na wachlarz możliwości, jakie zapewnia.
Przekonał nas o tym Marek Lichota, wspaniały akordeonista, który podczas swojego recitalu (11 listopada 2023 roku) w Sali Koncertowej Akademii Muzyki PaSO, (5400 N. Lawler Ave., Chicago) zaprezentował utwory kompozytorów muzyki klasycznej.
Akordeon – instrument niezwykły, podobnie jak historia tego urządzenia. Badacze historii instrumentów nie są zgodni co do miejsca pochodzenia akordeonu. Cześć z nich dopatruje się proweniencji
w Niemczech. Tamże Christian Buschmann opatentował (rok 1822) handolinę, specjalną klawiaturę z miechem i stroikami. Mimo to częściej uznaje się Austrię za ojczyznę niełatwego do opanowania instrumentu, a rok 1829 za datę jego powstania, kiedy to Cyril Demian opatentował udoskonaloną handolinę, wyposażoną dodatkowo
w klawisze basowe i nazwał instrument akordeonem (dzięki dodatkowym klawiszom można było grać akordami).
Nowy instrument zyskiwał coraz większą popularność i po paru latach stal się bardzo znany we Francji i Włoszech – do dzisiaj włoska fabryka w Castelfidardo jest jedną z najbardziej uznanych na świecie.

„Muzyka jednak nie sprowadza się do popisów – jej istotą jest ekspresja, siłą emocje. Kreatywni artyści wyszukują w akordeonie stale nowe, niezwykłe efekty brzmieniowe, pełne niuansów i wyrafinowanego kolorytu” – wspomniała Barbara Bilszta-Niewrzoł, współzałożycielka i dyrektorka Orkiestry Symfonicznej Paderewskiego w Chicago.
/ polonijny kalejdoskop
grudzień '23 (16)
KALENDARZ
EMIGRACYJNY 2024
i jego twórcy
Wydawnictwo Evergreen przygotowało EMIGRACYJNY KALENDARZ 2024 ze zdjęciami dwunastu polonijnych fotografów. Przewodnim motywem wszystkich zdjęć jest POLSKA EMIGRACJA W AMERYCE rozumiana w dowolny i artystycznie przetworzony sposób.
3 GRUDNIA 2023 r. w ART GALLERY KAFE (127 Front St. w Wood Dale) o godz. 17.00 odbędzie się promocja kalendarza
i spotkanie z jego twórcami. Wstęp jest bezpłatny. W czasie wieczoru będzie okazja kupienia kalendarza (cena 20 dolarów).
Pomysłodawcą i wydawcą kalendarza jest Wydawnictwo Evergreen, prywatna, niezależna oficyna wydawnicza kontynuująca tradycję polskich wydawnictw w Chicago.
Wydawnictwo Evergreen w pierwszym roku swojego istnienia (2021) wydało książkę (również e-book i audiobook) autorstwa Małgorzaty Palki Ona po prostu zniknęła, Niewysłane listy do córki, w 2022 roku antologię opowieści emigracyjnych pt.
Kierunek Ameryka (książka, e-book i audiobook), w 2023 roku tomik poezji Emilii
Adamskiej Na klawiszach uczuć. Wydawnictwo było również organizatorem comiesięcznych spotkań pn. „Opowiedz nam swoją historię”, jest także pomysłodawcą i producentem audionoweli „Na polskim Trójkącie”.
W grudniu ukaże się album Polskie Chicago. Kultowe miejsca chicagowskiej Polonii, a w przyszłym roku biografia aktorki Alicji Bobrowskiej, pierwszej powojennej Miss Polonia i IV wicemiss Universe 1958.

KRZYSZTOF R. BABIRACKI, w USA od 1989 r. Fotograf. Studiował architekturę wnętrz, rysunek i malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu.
Nagradzany m.in.:
Award of Excellence Vision 99 Chicago,
Award of Excellence Vision 2000 Chicago;
czterokrotnie nominowany do Florence Biennale.
Kontakt: (773) 719-8710
Instagram: babirackiimages

IWONA BIEDERMANN, w USA od 1981 roku, ukończyła studia na Columbia College w Chicago. Jej prace wystawiane były w wielu galeriach sztuki. Wielokrotnie nagradzana, jest również wyróżniona Illinois Art Council Fellowship. W 2003
Biedermann otworzyła DreamBox Foto STUDIO i DreamBox Gallery. DreamBox Gallery jest galerią alternatywną, prezentującą prace chicagowskich artystów.
https://www.iwonabiedermannphotography.com/
DreamBox Gallery/Studio, 2415 W. North Ave, Chicago

KRZYSZTOF BIELA (ur. w Brzegu Dolnym) - fotograficzny samouk specjalizujący się w technice poklatkowej (ang. time lapse) oraz pracy z dronem. W Chicago od 2000 roku. Na początku poszukiwał inspiracji i pogłębiał wiedzę techniczną. Przełomem był minutowy film z farbowania rzeki Chicago w 2016 roku. Kolejne projekty wzbudziły zainteresowanie mediów i firm producenckich (Netflix, Steve Harvey Show, ABC,
NBC, CBS, CNN). Ciągle poszerza horyzonty i uczy się nowych technik.
Kontakt: Biela1974@hotmail.com

Nazywam się ŁUKASZ BURAS, mam 39 lat, urodziłem się
i wychowałem w Polsce. Do USA przyjechałem w wieku 20 lat
i od razu wtopiłem się w wielokulturowość, która otworzyła mi oczy na fotografię. Zaczynałem od fotografii sportowej, głównie boksu, którego fotografowanie pozostaje moją pasją, choć znacznie poszerzyłem swoje zainteresowania zawodowe
o obsługę wydarzeń polonijnych i amerykańskich. Moim celem jest podnoszenie kwalifikacji zawodowych i otworzenie własnego studia.
Kontakt: lukeburasphoto@gmail.com

JACEK ĆWIK (w USA od 1999 r.). Od kiedy pamiętam, zawsze widzę siebie z aparatem w ręku. Z czasem pasja przerodziła się w profesję, a ponad dwudziestoletnie doświadczenie
w dziedzinie fotografii ślubnej, portretowej i komercyjnej pozwoliło mi wyrobić własny styl i markę oraz zdobywać nagrody na konkursach fotograficznych. Każda sesja zdjęciowa jest dla mnie jak spotkanie w kafejce, a każdy portret jak łyk doskonałego espresso. Zapraszam więc na „kawę” do
portraitcafe.com

KASIA JAROSZ, w USA od 2002 r. Na nowojorskich wybiegach fotografowała m.in. Naomi Campbell, Gisele Bündchen, Bellę Hadid. Współpracowała z modelingowymi i aktorskimi agencjami w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Brała udział w akcji na
rzecz Domu Aktora w Skolimowie; portretowała gwiazdy polskiego teatru i filmu. Jej fotografie zdobią okładki książek
i płyt. Ostatnio jej zdjęcie ukazało się na okładce płyty znanej jazzowej artystki Grażyny Auguścik.
Udziela się charytatywnie – robi sesje zdjęciowe dla rodzin dzieci chorych na raka, dla fundacji Flashes of Hope. www.kasiajaroszphoto.art

PIOTR JEZIORO (w USA od 1992 r.) - już w szkole średniej robiłem zdjęcia i w ciemni czekałem na efekt mojej pracy. Od tego czasu dzieli nas ogromny skok techniczny, ale pozostały te same wzruszenia przy próbach uchwycenia światła i emocji
w danej fotografii. Kocham zdjęcia i towarzyszącą im wolność wybierania momentu i tematu. Odbiorcy pozostawiam prawo do interpretacji. Każdy motyw jest wart utrwalenia, ale człowiek wśród tej wielości inspiracji jest najpiękniejszym tematem.
Kontakt: jeziorop@gmail.com

BARTOSZ KUCHNO ze Starego Kontynentu do Nowego Świata przeniósł się latem 1990 roku. Kryzys egzystencjalny z okresu chaosu drewna i stali zainspirował go do dalszych poszukiwań. Miotając się między metafizyką a pragmatycznym podejściem
do ekonomii bez niepotrzebnie głębokich analiz wynikających
z bezpośrednich obserwacji natury behawiorystycznej, tknięty przeczuciem nadchodzących czasów, przeniósł się w świat kompilowanych zer i jedynek, gdzie przebywa do dzisiaj. Miłość
do wibracji trwa nadal.

DARIUSZ LACHOWSKI, w USA od 2001 roku. W fotografii łączę pasje, zainteresowania, wiedzę i wrażliwość na ludzkie emocje. Używam techniki cyfrowej, by oddać to, co najistotniejsze. Każde zdjęcie jest unikalne, pozostawia ślad mojej obecności za
obiektywem. Detale mają ogromne znaczenie. Poprzez moje fotografie zapraszam do odkrywania różnorodnych światów
i niekończących się możliwości interpretacji.
dariusz.us

JERZY MAŁYSZ (rocznik 1962) - mąż i ojciec pięciorga dzieci oraz dziadek dwójki wnucząt. Do Stanów Zjednoczonych przyleciał w 1994 roku. Profesjonalnie zaczął zajmować się fotografią w 2003 roku. To co najbardziej interesuje go
w fotografii, to uchwycenie emocji, ekspresji ruchu i ciekawego światła, dlatego najchętniej fotografuje sport, taniec, spektakle teatralne i koncerty.
Malyszphoto.com Kontakt: (708) 691-3016

ZBIGNIEW MARCZEWSKI (rocznik 1952). W USA od 1999 roku. Pasjonat fotografii od lat sześćdziesiątych. Interesuje go głównie fotografia analogowa. Jego ulubione tematy to reportaż i street photo. W dobie fotografii cyfrowej nadal zajmuje się
obróbką w ciemni wszystkich zrobionych przez siebie zdjęć. Produkuje również elementy do aparatów wielkoformatowych dla fotografów z całego świata.

Robert Świderski (ur. w 1971 r. w Warszawie, w USA od 1987 r.) to cieszący się uznaniem krytyków polsko-amerykański fotograf, którego pierwszy dojrzały projekt pt. Inside Religion (2005 r.) ugruntował jego pozycję w fotografii artystycznej.
Obecnie, głównym zainteresowaniem Roberta jest fotografia socjologiczna. Jego prace są publikowane w amerykańskich magazynach (np. Black & White Magazine). Zanim powrócił do swoich korzeni w sztuce, odniósł znaczący sukces w fotografii
komercyjnej. www.robertswiderski.com
/ polonijny kalejdoskop
grudzień '23 (16)
"Dziady" ADAM MICKIEWICZ (cześć II)
Zdjęcia: MARTA KŁOPOTOWSKA

Od lewej: Bartosz Kasza, Marcin Kowalik, Tomasz Maternowski, Julitta Mroczkowska-Brecher / "Dziady" cz. II, Adama Mickiewicza w adaptacji Kingi Modjeskiej; Scena Polonia, Chicago, 2023

W centrum: Maciej Góraj / "Dziady" cz. II, Adama Mickiewicza w adaptacji Kingi Modjeskiej; Scena Polonia, Chicago, 2023

Edyta Luckos / "Dziady" cz. II, Adama Mickiewicza w adaptacji Kingi Modjeskiej; Scena Polonia, Chicago, 2023
.jpg)
Lena Burzyński, Dominik Świerczek, Maciej Góraj / "Dziady" cz. II, Adama Mickiewicza w adaptacji Kingi Modjeskiej; Scena Polonia, Chicago, 2023

Bartosz Kasza / "Dziady" cz. II, Adama Mickiewicza
w adaptacji Kingi Modjeskiej; Scena Polonia, Chicago, 2023
Ostatnio oglądany spektakl „Dziady cz. II” Adama Mickiewicza w adaptacji Kingi Modjeskiej, był dla mnie dość osobliwym zjawiskiem. Już scenografia – suche liście, szeleszczące pod nogami, ołtarz kościółka, gdzie przywoływano duchy, wprowadzały tajemniczość, momentami wręcz upiorność, której nie doświadczyłbym tylko czytając strofy poety. A poza tym – stworzyło to wszystko obraz świata zupełnie nam dzisiaj obcego. Największą moją uwagę przyciągnęli: Guślarz (Julita Mroczkowska-Brecher), Upiór (Tomasz Maternowski) i Widmo Złego Pana (Maciej Góraj). Tajemniczy, uduchowiony, jednocześnie cicho-władczy Guślarz sprawił, że mogłem sobie wyobrazić złowieszczy, nieznany świat duchów, który stworzył Mickiewicz nawiązując do dawno zapomnianego rytuału dziadów. Widmo Złego Pana, który w swoim życiu nie należał do dobroczyńców, przeklinał i piekło, i niebo za swój los, tym razem patrząc z pogardą – która towarzyszyła mu za życia – na żyjących w dostatku… Trudno jest opisać każdą postać… Moim zdaniem wszyscy aktorzy grali z pasją, pokonując trud grania z playbacku. To nowa forma przedstawienia, z którą się jeszcze nie spotkałem
i nie bardzo mi odpowiada.
Szymek Koszalka

Edyta Luckos, Kinga Modjeska, Marianna Mosz, Paulina Kosińska, Claudia
Walkosz/ "Dziady" cz. II, Adama Mickiewicza w adaptacji Kingi Modjeskiej;
Scena Polonia, Chicago, 2023

"Dziady" (cz. II); Adam Mickiewicz
Scena Polonia, Studio Teatralne Modjeska / Chicago
(powtórzenie spektaklu z roku 2019)
Adaptacja: Kinga Modjeska
Reżyseria: Kinga Modjeska
Scenografia: Joanna Kapuścieńska, Kinga Modjeska
Kostiumy: Joanna Kapuścieńska, Anna Gardulski
Charakteryzacja: Małgorzata Kwaśniewicz, Mariola Urbanek
Nagranie playback'u całego przedstawienia: Andrzej Dylewski
Obsługa techniczna: Steve Olivieri, Małgorzata Adamczyk, Darek Regula
Kierownik sceny: Grażyna Kwintal
Organizacja widowni: Małgorzata Zieliński Pyś
Obsada:
Guślarz: Julitta Mroczkowska Brecher
Widmo: Maciej Góraj
Zosia, Matka: Kinga Modjeska
Upiór, Ptak, Widmo: Tomasz Maternowski
Starzec: Bartosz Kasza
Sowa: Edyta Luckos
Ptaki: Małgorzata Kwaśniewicz, Grazyna Kwintal
Kruk: Marcin Kowalik
Rusałki: Edyta Luckos, Kinga Modjeska, Marianna Mosz, Paulina Kosińska, Claudia Walkosz
Aniołki: Lena Burzyński, Dominik Świerczek
Bębniarze: Katarzyna Simon
Chór Ptaków Nocnych: Studio Theater Modjeska
Chóry: Chór Effatha z parafii Św. Tomasza Becketa w Mount Prospect pod kierunkiem Agnieszki Juścińskiej
Po prawej: Julitta Mroczkowska-Brecher / "Dziady" cz. II, Adama Mickiewicza
w adaptacji Kingi Modjeskiej; Scena Polonia, Chicago, 2023
Wcielenie się w rolę Sowy w „Dziadach” Mickiewicza było niezwykłym aktorskim doświadczeniem, zarówno na poziomie duchowym, jak i emocjonalnym. Sowa to duch kobiety, która - z braku pomocy dziedzica - zamarzła ze swoim dzieckiem. Aby wcielić się w postać Sowy, dręczącej ducha nieczułego bogacza, musiałam zrozumieć pobudki kierujące jej zachowaniem… To duch, który poprzez nienawiść do swojego pana odbiera sobie możliwość zbawienia. Sowa nie odnalazła nieba, nie szuka też pomocy u ludzi. Pozostaje z negatywnymi uczuciami, których doświadczyła za życia. Gdyby tylko zdołała przebaczyć, mogłaby się wyzwolić. Jednak nie potrafi tego zrobić. Jest nie tylko katem ducha dziedzica, ale
i ofiarą własnych uczuć…
Święto Dziadów to tysiącletnia historia i korzenie
w tradycji słowiańskiej, czas kontaktu ze zmarłymi, dialog z duszami, które z różnych powodów nie przeszły na „drugą stronę”. Światło i jadło, zaklęcia i niezłomna wiara słowiańskich kapłanów w dialog z duchami, wszystko to miało pomóc zjawom w przedostaniu się do nieba.
Po przyjęciu przez Słowian chrześcijaństwa wiele z tych symboli zostało zaadaptowanych do dzisiejszych tradycji kościoła katolickiego.
Analizując prasłowiańskie tradycje Dziadów, przychodzi mi na myśl latynoskie święto „Día de los Muertos”
(w tłumaczeniu: Dni Zmarłych), wywodzące się z Meksyku. To święto łączy tradycje różnych ludów Mezoameryki, Majów, Azteków… i hiszpańskich konkwistadorów. To hiszpańscy misjonarze połączyli zwyczaje Indian
z katolickim obrządkiem, kiedy zdecydowali się na przyjęcie katolicyzmu.
Podobnie jak w Ameryce Południowej tradycje i obrzędy słowiańskich Dziadów, zostały zaadoptowanie
w katolickich obchodach Wszystkich Świętych.
Dziady i Día de los Muertos były i nadal są obchodzone
w tym samym czasie, na początku listopada. W obu obrzędach, słowiańskim i meksykańskim, obecne są te same symbole: światło, specjalne jedzenie i kwiaty, ale najważniejsze jest nawiązanie kontaktu z duszami zmarłych.
Latynosi celebrujący „Día de los Muertos” wierzą, że przez trzy dni od 31 października do 2 listopada dusze zmarłych mają „otwarte drzwi” do kontaktu z żyjącymi. Meksykanie budują ołtarzyki dla swoich zmarłych, umieszczają na nich zdjęcia-zaproszenia bliskich (również zwierząt)
i otwierają przejście z zaświatów za pomocą specjalnego kwiatka cempasúchil (polska pomarańczowa aksamitka), wierząc, że właśnie te pomarańczowe kwiaty są kwiatami duszy.
Kolejnym elementem obecnym na ołtarzach jest ulubione jedzenie tych, którzy odeszli. Ta forma miłości jest bardzo podobna do Dziadów, gdy nasi przodkowie starali się nakarmić zagubione dusze i tym sposobem pomóc
w rozwiązaniu ich problemów.
Nie ma ograniczenia w różnorodności potraw. Na ołtarzykach moich przyjaciół widziałam nawet burgery
z Mc Donald’s, jednak najbardziej typową potrawą jest kurczak ze specyficznym sosem mole. Po dniach świętowania jedzenie ofiarne jest wyrzucane…
Bardzo ważną rolę symboliczną zarówno w tradycji Dziadów, jak i Día de Muertos odgrywa też Światło, symbolizujące nadzieję na życie wieczne i pamięć o tych, którzy odeszli. Łączy świat żywych i umarłych, dzieci (pierwszy dzień obrzędów) i dorosłych (pozostałe dwa dni). Podobnie jest u Mickiewicza – duchy dzieci pojawiają się jako pierwsze. Dopiero później zapraszane są duchy zmarłych przodków, by udzielały rad, przepowiadały przyszłość, wspierały żyjących członków rodu.
Kiedyś Dziady, Dia de Muertos, Wszystkich Świętych, Zaduszki to dla jednych pamięć, dla innych wiara, dla jeszcze innych duchowość w zupełnie innym wymiarze… Wszystko to łączy pokolenia i kultury w jakikolwiek sposób.
Edyta Luckos

/ portrety Polacy na świecie
grudzień '23 (16)

ANTONI CIERPLIKOWSKI
- król fryzjerów i fryzjer królów
To on jako pierwszy obciął kobiece włosy na krótko. Choć zbudował światowe imperium, salon
w Warszawie musiał zamknąć, bo uznano jego fryzjerskie rozwiązana za zbyt nowoczesne. Przez całe długie życie wspierał Polskę, a na starość wrócił do rodzinnego Sieradza.
Antoni Cierplikowski, Jr. [1884-1976], znany też jako Antoine Cierplikowski oraz Antoine de Paris / cosmeticsandskin.com
Urodził się 24 grudnia 1884 roku w Sieradzu w rodzinie szewca
i krawcowej. Mały Antoni, wrażliwy i o wiele bardziej delikatny od czwórki rodzeństwa, długo pozostawał pod opieką matki, która szybko zauważyła i doceniła jego umiejętności manualne. Pierwsze fryzjerskie szlify zdobywał w łódzkim zakładzie swojego wuja. Jako 17-latek zaczął zastępować go przy pracy, swoimi pomysłami fryzur zdobywając uznanie klientek. Idąc za marzeniami i próbując uchronić się przed naborem do carskiego wojska, w 1901 roku wyjechał do Paryża. Znalazł tam pracę przy produkcji peruk i powoli zgłębiał też tajniki fryzjerstwa. Nie musiał długo czekać na uznanie Paryżanek – kiedy w 1903 roku przed obchodzonymi 25 listopada Fête de la Sainte-Catherine tłumy ustawiały się do układania fryzur
w zakładzie jego szefa, stanął do pomocy, a jego stylizacje zyskały błyskawicznie ogromne uznanie. Był to jeszcze czas, kiedy nie tylko nie ścinano kobiecych włosów, ale nawet nie myto, a jedynie układano przy pomocy różnego rodzaju środków gładzących i usztywniających. Kilka lat później, kiedy stał się królem fryzjerstwa, zmienił wielowiekową tradycję i mycie włosów przed cięciem czy czesaniem stało się obowiązkowe.
Zanim Antoni stał się znany jako Antoine de Paris i zbudował markę, która przez siedemdziesiąt lat miała ogromny wpływ na rozwój światowego fryzjerstwa, przez kilka lat pracował
w wakacyjnych kurortach układając włosy bogatym turystkom. Ponieważ na Lazurowym Wybrzeżu jego klientkami były często Amerykanki z którymi nie umiał się porozumieć, wyjechał do Londynu, by nauczyć się języka angielskiego. Tam poznał Marie Berthe-Aster z którą wrócił do Paryża i - mimo jawnego deklarowania homoseksualizmu - tworzył związek do końca jej życia.
Stworzyli razem prawdziwe fryzjerskie imperium. Ich mieszkanie na Montmartre, jako jedno z niewielu w Paryżu, było wyposażone w telefon. Za jego pośrednictwem szybko zapełniał się kalendarz zleceń, a twórca wspaniałych i wyszukanych fryzur jeździł z pałacu do pałacu, by czesać najbogatsze klientki.
Z czasem stał się fryzjerem aktorek. To właśnie aktorka Ève Lavallière w 1909 roku przeszła do historii jako ta, która pierwsza na świecie została obcięta na tzw. chłopczycę. Fryzura wywołała furorę, do Antoine’a ustawiła się długa kolejka jej naśladowczych i choć konserwatywne sfery Paryża uznały to za zamach na kobiecość, pozwoliło to mistrzowi z Polski rozwinąć skrzydła i założyć pierwszy własny salon.
Zakład był bardzo nowoczesny – wyposażono go w elektryczną suszarkę do włosów i myjnie, a w ofercie znalazły się trwałe ondulacje. Ponieważ skrócenie kobiecych włosów wymagało innych fasonów kapeluszy, razem z najlepszymi modystkami stworzył chapeau „klosz” z niewielkim rondem, który błyskawicznie stał się ostatnim krzykiem mody.
W 1912 roku Antoine Cierplikowski był tak popularny, że pod jego marką zaczęły powstawać salony w innych miastach Europy, później świata. Wiele z nich projektowała Sara Lipska, żona Xawerego Dunikowskiego, z którym przyjaźnił się przez wiele lat. Antoine nie tylko czesał kobiety, pod swoim szyldem produkował też peruki i kosmetyki, wprowadził na rynek płukanki, maseczki na włosy, farby, nawet kolorowe lakiery do paznokci. Po I wojnie światowej fryzura na chłopczycę Antoine’a stała się symbolem kobiecej niezależności.
Choć odniósł sukcesy biznesowe na całym świecie mając
w latach 20. około sześćdziesięciu salonów, w Polsce mu się nie udało. Jego salon mieścił się przy ul. Mazowieckiej 12, jednak Warszawa przyjęła go z dystansem, wsłuchując się
w doniesienia o jego ekscentrycznym życiu – szklanym domu czy spaniu w trumnie. W latach 30. zyskał miano fryzjera królowych. Najpierw kilku z nich obciął włosy, a w 1936 roku nadzorował pracę kilkudziesięcioosobowego zespołu fryzjerów zatrudnionych do obsługi uczestników koronacji króla Jerzego VI z Elżbietą.
W sumie uczesano wtedy 400 kobiet z wyższych klas, a jego stałą klientką została siostra Elżbiety II Małgorzata. Powtórzył ten wyczyn jeszcze raz w 1953 roku podczas koronacji Elżbiety II i Filipa.
II wojnę światową spędził w USA, gdzie m.in. obciął włosy Eleonorze Roosvelt, żonie amerykańskiego prezydenta, a w Hollywood dobierał fryzury najwybitniejszym aktorkom. W 1959 roku na okładce Vogue’a znalazło się zdjęcie Jane Fondy z fryzurą zaprojektowaną przez Polaka. Mistrz zbliżał się już wtedy do 80-tki i przeszedł na symboliczną emeryturę. W 1963 roku wydał po francusku książkę „Czesałem cały świat”, która nigdy nie została przetłumaczona na polski. By uczcić 60-lecie pracy twórczej zorganizowano mu galę w Théâtre des Champs-Élysées w Paryżu, został też udekorowany Legią Honorową, a w Polsce Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
W ostatnich latach życia mieszkał w Sieradzu, gdzie urządzał bezpłatne pokazy układania włosów. Przekazał Polsce unikatową kolekcję swoich peruk i wszystkie dzieła Xawerego Dunikowskiego, wsparł wysoką darowizną budowę zamku królewskiego w Warszawie. Zmarł w wieku 91 lat i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Współcześnie trudno szukać śladów po słynnym mistrzu w Paryżu, zaginęła kolekcja jego peruk, nie wiadomo co stało się z majątkiem. Tylko w Sieradzu na jednej z ulic stoi jego pomnik.
Na podstawie książki Marii Orzeszyny „Antoine de Paris. Polski geniusz światowego fryzjerstwa”. (dlapolonii.pl)

Reklama Antoniego Cierplikowskiego w Australii. Rok 1931. / cosmeticsandskin.com

Marie Louise Berthe Cierplikowski [1887-1972], żona Antoniego i biznesowy manager / cosmeticsandskin.com

Kobieta wykonująca trwałą ondulacje w salonie Antoine'a przy Rue Cambon 5, (1930 rok) używająca wentylatora / cosmeticsandskin.com

Brigitte Helm (Brigitte Gisela Eva Schittenhelm [1906-1996]), w fryzurze Antoine’a stworzonej na potrzeby niemiecko-francuskiego filmu „L’Atlantyda” (Nero-Film AG, 1932) / cosmeticsand skin.com

Kobiety pod metalowymi suszarkami do włosów przykryte białym prześcieradłem w salonie przy Rue Cambon. Niektóre z nich wykorzystują ten czas na manicure... Rok 1931. / cosmeticsandskin.com
/ ludzie i obyczaje
grudzień '23 (16)

Amerykański krzyk choinkowej mody... przypominamy tylko, iż choinka do góry nogami sięga tradycji średniowiecza i nie powstała w Los Angeles, jak wspominają niektóre media.../ fot.: domena publiczna
Kto stworzył świętego Mikołaja?
Mikołaj, obrońca dzieci i żeglarzy, po raz pierwszy pojawił się
w amerykańskiej kulturze masowej pod koniec XVIII wieku
w Nowym Jorku (zwanym wówczas Nowym Amsterdamem), gdzie holenderskie rodziny emigranckie czciły rocznicę śmierci „Sint Nikolaas” (po holendersku święty Mikołaj), w skrócie „Sinter Klaas”. Od tego skrótu powstało imię sympatycznego staruszka „Santa Claus”, choć wówczas jeszcze go nie „uczłowieczono”.
W 1822 roku poeta, profesor literatury orientalnej i greckiej, Clement Clarke Moore napisał bożonarodzeniowy wiersz zatytułowany „Relacja z wizyty św. Mikołaja” (A Visit from St. Nicholas), dziś bardziej znany pod pierwszym wersem: „To była noc przed Bożym Narodzeniem” (Twas the Night Before Christmas). W wierszu przedstawił świętego Mikołaja jako wesołego mężczyznę, który „jeździ” w powietrzu od domu do domu na saniach ciągniętych przez renifery, częstuje się ciasteczkiem, wypija szklankę mleka i – rewanżując się za wspanialy poczęstunek - zostawia mnóstwo zabawek.
Ikoniczna wersja świętego Mikołaja jako wesołego mężczyzny
w czerwieni, z białą brodą i workiem zabawek została uwieczniona w 1881 roku. Wizerunek Mikołaja, znany do dzisiaj, stworzył rysownik Thomas Nast na podstawie wiersza Moore'a.
Bożonarodzeniowa poinsecja
W Meksyku poinsecje rosną dziko tworząc ogromne krzewy, które w środku zimy obsypują się jaskrawoczerwonymi liśćmi
i nazywane są „flor de nochebuena”, czyli „kwiatem wigilijnym”. Swoją dziwną angielską nazwę roślina otrzymała od Joela
R. Poinsetta, lekarza, botanika dyplomaty (pierwszy amerykański minister w Meksyku). Przywiózł on czerwono-zielone rośliny w 1828 roku, kiedy to Boże Narodzenie dopiero zaczynało być powszechnie obchodzone w Ameryce. Poinsett słusznie przewidział, że świąteczne rośliny będą sezonowym hitem. I tak się stało - od 1900 roku są powszechnym symbolem Bożego Narodzenia.
Boże Narodzenie – fenomen religijny, kulturalny i handlowy
Boże Narodzenie obchodzone 25 grudnia i jest zarówno świętem religijnym, jak i ogólnoświatowym fenomenem kulturalnym
i handlowym. Od wieków ludzie na całym świecie obserwują to poprzez tradycje i praktyki o charakterze zarówno religijnym, jak
i świeckim. Chrześcijanie obchodzą Boże Narodzenie jako rocznicę narodzin Jezusa z Nazaretu, duchowego przywódcy, którego nauki stanowią podstawę ich religii. Popularne zwyczaje, również świeckie, obejmują wymianę prezentów, dekorowanie choinek, chodzenie do kościoła, dzielenie się posiłkami z rodziną i przyjaciółmi oraz, oczywiście, oczekiwanie na przybycie Świętego Mikołaja. 25 grudnia – Boże Narodzenie – jest świętem federalnym w Stanach Zjednoczonych od 26 czerwca 1870 roku.

Rysunek Thomasa Nast'a, 1881 rok / fot.: domena publiczna


Choinka w Rockefeller Center 2022... rozświetlona 29 listopada 2023, cieszyć będzie swoim widokiem do 13 stycznia 2024. / fot.: domena publiczna
Amerykańskie tradycje świąteczne
• Każdego roku w samych Stanach Zjednoczonych sprzedaje się 25–30 milionów prawdziwych choinek ścinanych głównie na piętnastu tysiącach choinkowych plantacji. Warto nadmienić, że drzewka rosną zwykle od czterech do piętnastu lat, zanim zostaną sprzedane.
• W średniowieczu obchody Bożego Narodzenia były burzliwe
i hałaśliwe – podobnie jak dzisiejsze imprezy Mardi Gras.
• Eggnog (podobny do polskiego ajerkoniaku), produkowany
w Stanach Zjednoczonych, po raz pierwszy został podany
w osadzie Jamestown w 1607 roku.
• Od lat 90. XIX wieku Armia Zbawienia wysyła na ulice przebranych za Mikołaja zbieraczy datków.
• Rudolph, „najsłynniejszy ze wszystkich reniferów”, powstał
w 1939 roku i był wytworem wyobraźni Roberta L. Maya.
• Pierwszy wiersz o reniferze napisał - na zamówienie - autor nieznany. Jego zabawna treść miała zwabiać klientów do domu towarowego Montgomery Ward.
• Tradycję choinek w Rockefeller Center (Nowy Jork) zapoczątkowali w 1931 roku pracownicy budowlani.
Jakie inne ważne wydarzenia miały miejsce w Boże Narodzenie?
• Późnym wieczorem Bożego Narodzenia 1776 roku George Washington poprowadził armię kontynentalną przez lodowatą rzekę Delaware w niespodziewanym ataku na siły brytyjskie.
• Karol Wielki, „Ojciec Europy”, został koronowany na cesarza Rzymian przez papieża Leona III w Boże Narodzenie 800 roku n.e.
• Traktat gandawski oficjalnie kończący wojnę 1812 roku został podpisany w Boże Narodzenie dwa lata później.
• Załoga Apollo 8 po raz pierwszy okrążyła Księżyc w Wigilię Bożego Narodzenia 1968 roku, kończąc transmisję telewizyjną na żywo niezapomnianym słowami: „Wesołych Świąt i niech Bóg was wszystkich błogosławi, wszystkich na dobrej Ziemi”.
Boże Narodzenie w Białym Domu
• Obchodzenie Bożego Narodzenia w Białym Domu jest tradycją od 1800 roku.
• Prezydent John Adams i Pierwsza Dama Abigail Adams jako pierwsi zorganizowali przyjęcie bożonarodzeniowe w oficjalnej rezydencji prezydenta, ale nie było ono takie, jakie znamy dzisiaj. Były to kameralne spotkania z rodziną i bliskimi urzędnikami, a nie dekoracje zaprojektowane z myślą o centrum uwagi mediów.
• Choinki w Białym Domu pojawiały się dopiero w połowie XIX wieku, kiedy XIV prezydent Franklin Pierce udekorował wiecznie zieloną choinkę na trawniku Białego Domu (1853 rok).
• Prezydent Benjamin Harrison umocnił tradycję, wprowadzając choinkę do Białego Domu (1889 rok) i oświetlając świecami.
• W XIX wieku choinki często stawiano tylko wtedy, gdy w pobliżu znajdowały się rodziny, zwłaszcza małe dzieci lub wnuki, aby poczuć bożonarodzeniową atmosferę. Theodore Roosevelt, znany działacz na rzecz ochrony przyrody, był przeciwny pomysłowi wycinania drzewa na święta, chociaż jego 8-letni syn kupił kiedyś drzewo i „ustawił je” w dużej szafie w Białym Domu, zgodnie z listem, który Roosevelt napisał 26 grudnia 1902 roku.
• W 1923 r. Prezydent Calvin Coolidge był gospodarzem pierwszej narodowej ceremonii zapalenia światełek na choince. Tradycja ta jest kontynuowana od tego czasu co roku, choć w roku 1963 uroczystość została przesunięta o kilka dni ze względu na 30-dniowy okres żałoby po zabójstwie prezydenta Johna F. Kennedy'ego.
• Jackie Kennedy zapoczątkowała tradycję instalowania tematycznych choinek w kultowym Niebieskim Pokoju Białego Domu (rok 1961). W tym samym roku wybrała postacie z baletu „Dziadek do orzechów” do ozdobienia swojej choinki. Pięć lat później ustalono, że National Christmas Tree Association będzie dostarczać choinki prezydentom USA i ich rodzinom. (redakcja)
/ ludzie i obyczaje
grudzień '23 (16)

Niebezpieczna plaga
Właścicieli psów w Stanach Zjednoczonych ogarnęła panika. Ich czteronożnych przyjaciół atakuje zagadkowa choroba dróg oddechowych, bardzo trudna do wyleczenia. Weterynarze pracują niestrudzenie, by ustalić przyczyny niebezpiecznej plagi. Wprawdzie nie są prowadzone statystyki, ale zdaniem ekspertów zaraziły się już tysiące zwierząt, wiele z nich nie przeżyło.
Zaraza szaleje już w stanach Kolorado, Kalifornia, Indiana, Idaho, Georgia, Floryda, Washington, Rhode Island, Oregon, New Hampshire i Massachusetts. Specjaliści obawiają się, że wkrótce ogarnie cały kraj. Objawy to chroniczny kaszel, kichanie, krwawy śluz, zmęczenie i utrata apetytu. Niekiedy przechodzą one w zapalenie płuc. Zazwyczaj choroba dróg oddechowych trwa około trzech tygodni. Ta jednak dręczy zwierzęta sześć tygodni lub dłużej i nie wszystkie udało się wyleczyć…
Tylko klinika North Springs Veterinary Referral Center w Kolorado od 20 października do
15 listopada przyjęła 35 zainfekowanych psów, z których cztery zmarły, a żaden nie odzyskał w pełni zdrowia.
Jedną z ofiar był sześcioletni syberyjski husky, wabiący się Thunder. Państwo Heckemeyer
z Kolorado wyjechali w podróż do Włoch, by uczcić 20. rocznicę ślubu. Na czas swojej nieobecności umieścili Thundera i swoje trzy psiaki w tej renomowanej klinice. Gdy
małżonkowie wrócili, wszystkie czworonogi były zarażone. Marie Heckemeyer wydala na leczenie Thundera prawie siedemnaście tysięcy dolarów. Niestety, mimo wcześniejszych objawów wyzdrowienia, Thunder nie przeżył zakażenia. „Był taki młody, silny… to jest takie trudne, stało się tak szybko…” wspominała z płaczem właścicielka psiaka. Jej trzy inne psiaki nadal chorują, a koszt leczenia opiewa na dziesiątki tysięcy dolarów.
Lekarze weterynarii próbują najróżniejszych terapii – mieszanki antybiotyków, inne leki, dodatkowy tlen – nie wiedzą bowiem,
z czym mają do czynienia. Niektórzy przypuszczają, że jest to choroba pochodzenia wirusowego, ponieważ podawane antybiotyki są nieskuteczne. Doktor Kurt Williams, dyrektor weterynaryjnego laboratorium stanu Oregon jest otwarty na hipotezę infekcji wirusowej. „Jestem także otwarty na coś innego, czego obecnie sobie nawet nie wyobrażam”.
Eksperci nie znaleźli dotąd żadnych wirusów, bakterii, grzybów i innych patogenów, które mogłyby wywoływać chorobę.
Doktor David Needle, doświadczony weterynarz-patolog z New Hampshire przypuszcza, że zarazę wywołała bakteria z flory jelitowej psów, która uległa mutacji. Ten nienazwany jeszcze mikrob ma osobliwe cechy genetyczne i jest bardzo trudny do wykrycia. Jednak ta hipoteza wymaga dalszych badań.
Weterynarze radzą właścicielom psów, by nie wpadali w panikę, lecz pilnowali swych pupili. Należy unikać miejsc, w których zwierzaki mają ze sobą kontakt czy też misek z wodą wystawionych w miejscach publicznych. Większość infekcji nastąpiła bowiem
w schroniskach, parkach, hotelach dla psów. Niebezpieczna zaraza nie przerzuciła się dotąd na ludzi.
(DP) na podstawie: Washington Post, CNN, The New York Times, USA Today, The Daily Mail.
/ rozmowy muzyka
grudzień '23 (16)

W kontrze do gwiazd
Jakub Józef Orliński / fot.: Hélène Pambrun / Usta Magazyn
Monika Brzywczy: Widzę, że mamy te same słabości ostatnio… do słodyczy w "Kukułce".
Jakub Józef Orliński: Uwielbiam! Mam studio w pobliżu i często robię sobie przerwę na kawę i coś słodkiego. Najbardziej lubię waniliowe eklerki i serniki – mógłbym jeść je codziennie.
Wiem to z konta na Instagramie, gdzie bardzo otwarcie dzielisz się swoim życiem, właśnie wskazując miejsca, w których bywasz codziennie. A przecież masz rzesze fanów – nie doskwiera ci potem brak prywatności?
Zdarza się. Byłem raz z koleżanką w Luksemburgu. Jedliśmy lunch koło tego słynnego napisu „I Love Luxembourg”, no i trochę nieopatrznie wrzuciłem od razu relację. Dosyć szybko pojawiła się grupa młodych ludzi, którzy zaczęli nas zagadywać. Od tamtej pory postuję dopiero wtedy, gdy już wyjdę z danego miejsca. Ale nie wyobrażam sobie z kolei, że ktoś inny miałby prowadzić moje konto. Zajmuje mi to sekundy, a myślę, że dzięki temu jestem dla ludzi autentyczny. Chcę, żeby tak zostało. To jest też rodzaj pamiętnika. Znajomi mnie prosili, żebym coś wrzucał na Instastories, bo chcieli wiedzieć, co u mnie słychać, skoro rzadko się spotykamy.
To wyjątek wśród muzyków klasycznych. Oni raczej nie prowadzą własnych kont w social mediach. A ty jesteś bardzo szybki
i spontaniczny w swoich relacjach. Podobnie chyba w życiu zawodowym?
To fakt, jestem takim „napinaczem”. Jak wakacjuję, to też bardzo aktywnie. Ostatnio pojechałem z przyjaciółmi w góry, wstawaliśmy
o 5.30 i ruszaliśmy na szlak. Było cudownie. Nie byłem w polskich górach od 20 lat! Jestem typem, który lubi czynny wypoczynek, na plaży nie umiem leżeć. Raczej wolę sobie pograć w minigolfa czy softballa. Na odpoczynek jeszcze przyjdzie, mam nadzieję, czas.
Pandemia cię nie zatrzymała?
Nic się nie zmieniło, poza tym (...) że musiałem odpuścić wiele zaplanowanych nagrań i koncertów. Ale momentalnie ogarnąłem sobie mnóstwo innej pracy. Zrobiłem z przyjacielem materiał na mój trzeci album i materiały wideo. Ludzie nie rozumieją, że zupełnie inaczej trzeba się przygotować do koncertu, a inaczej do nagrań. Na występie liczą się emocje i można wiele rzeczy ukryć. Podczas nagrań ważny jest każdy szczegół, wszystko słychać, wyłapuje się każdy detal – konieczna jest więc precyzja, wszystko musi być idealne. Planowanie płyty trwa czasami nawet 1,5 roku. Ostatnie miesiące wykorzystałem na ćwiczenia, przygotowania, na rzeczy, na które zazwyczaj brakuje czasu. Jestem perfekcjonistą, chcę, aby to, co nagrywam, miało super jakość, bo mam świadomość, że to zostanie utrwalone w sieci i na innych nośnikach. Ale tak w ogóle to lubię ruch, akcję, lubię obserwować, poznawać ludzi, nowe kultury, chłonąć.
Zawsze taki byłeś?
Chyba tak. Myślę, że to dzięki moim rodzicom, z którymi sporo podróżowałem. Każdego roku jeździliśmy w marcu na Chopok na narty, a latem do Dębek. Ale również do Grecji, Włoch, Norwegii, Szwecji. Dużo tego było.
Dobre dzieciństwo. Masz rodzeństwo?
Tak, starszego brata, ale wychowałem się w dużym domu na warszawskim Żoliborzu, w którym mieszkali też moi bracia i siostry cioteczne. Mam więc siedmiu braci i dwie siostry. Zawsze byliśmy bardzo blisko. Dziadkowie z obu stron to architekci, tata i mama – graficy.

Jakub Józef Orliński / fot.: Hélène Pambrun / Usta Magazyn
Artystyczna rodzina.
Bardzo! Nawet babcia – dentystka – robi protezy, czyli rzeźbi w zębach [śmiech]. Moja mama często pracowała w domu – malowała. Tata został grafikiem komputerowym i pracował poza domem. Obserwowałem, jak tworzą, ale niestety nie mogłem w sobie znaleźć żadnego talentu. Próbowałem, zdałem do liceum plastycznego, ale po dwóch latach mozolnych prób rysowania zrozumiałem, że nic z tego nie będzie i zaproponowałem mojej nauczycielce, że będę pozował reszcie klasy. Widziała, że wcześniej na maksa się starałem, więc odpuściła mi i się zgodziła. A ja miałem czas, żeby czytać o muzyce i szykować się do egzaminu na Uniwersytet Muzyczny.
Śpiewałeś w domu jako dziecko?
Niespecjalnie, ale kiedy jeździliśmy autem na wakacje, zawsze grała w nim muzyka. Sting, Cher, Czerwony Tulipan, trochę klasyki. Dużo bardzo zróżnicowanych klimatów! Już w wieku ośmiu lat zacząłem śpiewać w amatorskim chórze Gregorianum.
A czego słuchałeś jako nastolatek?
Na walkmanie pamiętam kasety Offspring, bo kilka ich kawałków było w grze „Tony Hawk’s 2”. A ja już wtedy jeździłem na deskorolce i miałem na to dużą zajawkę. Ale próbowałem też masy innych rzeczy: akrobatyki, tenisa, capoeiry, nart, snowboardu, rolek. Nigdy się nie szufladkowałem, nie fiksowałem, że lubię tylko to i koniec.
Te dwa skrajnie różne światy – klasyka i deskorolka – nie kłóciły się ze sobą?
Nie bardzo, po prostu nie przenikały się specjalnie, nie opowiadałem im o sobie nawzajem. Dzięki desce poznałem chłopaków z marki Turbokolor. Od nich dostawałem stare buty
i deskorolki – sam nie miałem na to pieniędzy. Zacząłem z nimi pracować jako model,
a potem w magazynie, gdzie czasami trzeba było i ze dwa tysiące skarpet przeliczyć.
Wow, ciężka robota!
Tak było! Ale nie bałem się tego, chciałem zarobić jakieś pieniądze. Potem już na Uniwersytecie Muzycznym postanowiłem nie brać pieniędzy od rodziców i miałem okresy, w których żyłem naprawdę biednie, na tak zwanej bułce z serem i kefirku. Dzięki temu bardzo potem doceniałem pierwsze większe zarobione pieniądze.
Kiedy szala przechyliła się w stronę muzyki?
W liceum. Widziałem już, że plastyka nie jest dla mnie. A dużo wtedy imprezowaliśmy, właściwie żyło się od piątku do piątku, od imprezki do imprezki – złote czasy domówek. A z chłopakami z breaka chodziłem też do klubów. Wyimprezowałem się na maksa. Ale zupełnie nie wiedziałem, co zrobić dalej z życiem. Jedynym, co sprawiało mi wielką przyjemność i satysfakcję, było śpiewanie
w chórze. Wiele zawdzięczam Berenice Jozajtis, naszej dyrygentce, i Leszkowi Kubiakowi. Nauczyli mnie muzykalności
i podstawowych zasad współżycia w grupie. Jeździłem z nimi wszędzie, spędzałem czas na koloniach. Rozstrzał wiekowy w naszym chórze był duży, chłopcy mieli od 8 do 18 lat. Od tamtej pory nie mam problemu z wchodzeniem w nowe sytuacje. Łatwo się oswajam
i łapię kontakt z osobami w różnym wieku. Jakbyś wrzuciła mnie w tłum ludzi, których zupełnie nie znam, nie byłby to dla mnie problem niezależnie od tego, czy mieliby 12 czy 68 lat. Byłem muzykalny, ale o harmonii i teorii muzyki nie miałem wtedy zbyt wielkiego pojęcia. Byłem fanatykiem zespołu The King’s Singers, męskiej grupy wokalnej. Marzyłem, by śpiewać tak jak oni. I potem założyliśmy taką ośmioosobową grupę, w której śpiewałem jako kontratenor, bo taka akurat była potrzeba.
Ten okres cię ukształtował?
Nauczyłem się być jednym organizmem z całym zespołem. Ludzie, którzy od początku są kształceni jako soliści, rzadko to potrafią.
A ja do dziś korzystam z tej umiejętności pełnego zjednoczenia. To prawda, że w operze solista jest twarzą całego zespołu, ale równocześnie staje się jednym z wielu instrumentów, śpiewa z orkiestrą, z dyrygentem – oni wszyscy są tak samo ważni. Zawsze zwracam uwagę, by moja orkiestra czy poszczególni muzycy byli wymieniani jako współtwórcy płyt i koncertów.
Walczyłeś na maksa!
Tak! I powiem ci, że dobrze mi to zrobiło, bo już teraz spełniłem wszystkie swoje marzenia. Przed trzydziestką. Teraz już mogę sobie na luźno robić to, co chcę – co się wydarzy, to się wydarzy!
Do planów jeszcze wrócimy, ale przez chwilę zajmijmy się twoim głosem, który naturalnie brzmi jak…
Bas‑baryton. Ale nie wiem, czy wiesz, że każdy facet może być kontratenorem, to po prostu pewna modulacja strun głosowych. Kiedy śpiewasz swoim naturalnym głosem, wszystkie struny wibrują, a kiedy kontratenorem, to tylko ich brzegi.
Nie miałeś z tym problemu? Powiedzmy sobie szczerze – to nie jest specjalnie męski głos.
Kiedy zaczynałem, bardzo się wstydziłem, nikomu nic nie mówiłem, nikogo raczej nie zapraszałem na swoje koncerty. Ale potem, jak już dużo jeździłem za granicę, zobaczyłem, że kontratenorzy nie są taką rzadkością, jak u nas. A przy okazji, dzięki temu, że w tym samym czasie tańczyłem breakdance, zacząłem obserwować, jak praca z ciałem wpływa na emisję głosu. I bardzo dużo się nauczyłem. Zrozumiałem, czego absolutnie nie mogę robić przed koncertem.
Czego?
Oj, to moja tajemnica, ciężko wypracowana. Nie wszystko mogę zdradzić, ale na przykład na pewno nie mogę jeść hinduskich potraw ani pić wina. Przed koncertem muszę pobyć sam, poćwiczyć, rozśpiewać się. Bardzo pomaga mi rozciągnięte, wyćwiczone ciało, pewna swoboda ruchu na scenie. Głos to całe ciało! Jeśli ktoś śpiewa i napina kciuk, to już traci cenny tlen, który może przeznaczyć na emisję głosu.

Jakub Józef Orliński, polski kontratenor i tancerz przed War Memorial Opera House w San Francisco / fot.:: Laura Morton / Opera San Francisco
Duża świadomość ciała!
Tak, to właśnie dzięki breakingowi. Choć na początku wszyscy mnie hejtowali, mówili, że jeśli nie przestanę tańczyć, to nigdy nie będę dobrym śpiewakiem.
Dlaczego?
Bo breaking jest bardzo kontuzjogenny – nie da się kręcić na głowie i być luźnym w okolicach gardła. W niektórych figurach trzeba napiąć ciało, inaczej można sobie zrobić krzywdę. Ale ja bardzo poważnie podchodzę do tego, co robię, więc każdą rzecz dokładnie przeanalizowałem, wiem, że nie mogę wykonać wszystkiego przed występem, ale mam takie swoje ćwiczenia, rozruch, które pomagają obudzić cały system oddechowy. Wypracowałem sobie taką własną metodę. Każdy śpiewak ma swoją – to sekret, ale jednocześnie po prostu bardzo dokładna autoobserwacja.
Podróżujesz w specjalnej masce…
Bardzo dużo jeżdżę po świecie i nie stać mnie na to, by coś
złapać w samolocie, to kompletnie rozłożyłoby mój napięty grafik. Używam więc specjalnej maski, Humidiflyer, dzięki której oddycha się własnym powietrzem, nawilżanym przez specjalny filtr. Można używać jej w pociągu, w samolocie, taksówce. Mam zresztą cały set podróżny, poza maską używam słuchawek z redukcją hałasu, okularów lustrzanych (nie lubię, jak ludzie widzą, że śpię). Zawsze biorę swoją ulubioną bluzę z głębokim kapturem, czasami szalik. Tak sobie zipuję w ukryciu [śmiech]. Mam też mały notesik,
w którym zapisuję różne rzeczy. Podróż to dla mnie rodzaj medytacji, odpoczynku od ludzi, czas na wymyślanie nowych rzeczy.
Śpiewacy operowi słyną z ekscentrycznych życzeń, stylu życia. Ty masz jakieś słabości lub fanaberie?
Fanaberie – nie. Prawie nie wydaję pieniędzy, noszę ciuchy, które kiedyś dostałem na sesjach, czy po pokazach. Jestem minimalistą, bo bardzo dużo się przemieszczam, wciąż podróżuję. Jak miałbym się zabrać z większą ilością rzeczy? Do niedawna nie miałem nawet stałego miejsca. Mam swój pokój w domu rodzinnym, a w nim stare meble, wszystkie programy z koncertów. Kolekcjonuję je, żeby pamiętać, gdzie byłem, bo czasem jestem w czterech krajach w ciągu miesiąca. Trudno to spamiętać. A jeśli chodzi o moje potrzeby zawodowe, to zależy mi tylko na pustej sali przed koncertem, żebym mógł się w samotności skoncentrować i przygotować. Potem przez długi czas jestem na sali wśród tłumu, muszę dać ludziom dużo energii. Jestem takim śpiewakiem, który oferuje wiele: długi program na pełnym speedzie, często śpiewam aż 14‑15 arii w trakcie wieczoru. To wymaga dużej mocy i wytrzymałości, dlatego właśnie ciało jest tak ważne w mojej pracy. Po takim koncercie jest tyle adrenaliny, że nie śpię do 3 w nocy i zjadam dwa obiady. Mam też swoje sposoby na złe samopoczucie przed występem. Na szczęście jeszcze nie odwołałem żadnego z moich występów.


Kontratenor i tancerz Jakub Józef Orliński w roli Orfeusza w „Orfeuszu i Eurydyce” (Christoph Willibald Gluck) w San Francisco Opera /fot.: Matthew Washburn / Opera San Francisco
O czym myślisz, jak śpiewasz?
Różnie, ale generalnie mam taką filozofię, że jeśli publiczność ma się dobrze bawić, to ja też muszę. Często więc odpinam wrotki
i bawię się z moją orkiestrą, zmieniam ornamenty, podpuszczam ich, improwizujemy. Każdy koncert jest niepowtarzalny, nie da się go zaśpiewać tak samo, za każdym razem istnieje tylko tu i teraz. Spontaniczność w operze to raczej rzadkość. Pokazujesz, że ten dość skostniały gatunek sztuki ma szansę ulec zmianie. Nie tylko ja – jest wielu śpiewaków, których już nie interesuje stanie w kostiumie na scenie i statyczne śpiewanie. Chcą chodzić, skakać, grać. Oczywiście wciąż jest miejsce na bardzo konserwatywną operę, zawsze znajdą się tacy, którzy ją lubią. Ale na szczęście jest też młode pokolenie, które pracuje z reżyserami i choreografami równocześnie.
Kogo warto w tym świecie obserwować?
Teda Huffmana czy Jamesa Darraha – z oboma reżyserami miałem już przyjemność pracować. Niesamowite pomysły, superenergia. Poza tym Jean Bellorini i Robert Carsen.
Ale to wciąż są wielkie produkcje, gigantyczne budżety. (...) Czy to jeszcze ma sens?
Trudno przewidzieć, ale przypomniało mi się, jak z Tedem pracowaliśmy nad operą „Rinaldo” we Frankfurcie, a dokładniej
w Bockenheimer Depot – przestrzeni, w której dawniej naprawiano pociągi. Dziś jest wykorzystywana w celach kulturalnych, ma świetną akustykę. Ted zrobił bardzo minimalistyczny spektakl – w zupełnie ciemnym pomieszczeniu, doskonale wykorzystując zastane elementy przestrzenne: filary czy spadki. Występowało kilkoro tancerzy i śpiewaków. Na początku wystraszyliśmy się, że to będzie zbyt minimalistyczne, ale wyszło wspaniale i bardzo angażująco. Śpiewacy i aktorzy mocno wykorzystywali swoje ciała, fizyczność. Jeśli na scenie była walka – to prawdziwa, namacalna! Marzyłem od dawna, żeby zaśpiewać rolę Rinalda, no i się dało.
No właśnie, dlaczego tak bardzo lubisz barok?
Bo jest w nim wiele uczuć i kontrastów. I dużo wolności. Większość jest zapisana w nutach, ale mimo to pozostaje wiele momentów, w których kompozytor zostawia wykonawcy wolną rękę. Jeśli znasz styl, możesz działać w jego ramach, a czasami wychodzić poza nie. O tym napisałem swoją pracę licencjacką, a potem magisterską.
O strukturach, które zostawiają wolność?
Tak, ja to uwielbiam. Trzeba najpierw oprzeć się na konkretnych ramach, żeby móc poza nie wykraczać, wchodzić w dialog
z klasycznymi zasadami. Staram się wychodzić z dobrze mi znanych stref komfortu, robić rzeczy nieprzewidywalne. Dlatego na przykład zgodziłem się ostatnio na kolaborację z Pepsi. Nie wszyscy pewnie to zrozumieją, ale dla mnie to było ciekawe doświadczenie. Nie mówiąc też o kwestiach zarobkowych. Ja jestem artystą freelancerem, w czasach COVID‑u straciłem właściwe wszystkie projekty. Oczywiście poradzę sobie, zdarzyło mi się już nawet w tym okresie śpiewać prywatne minirecitale dla jakichś ludzi. Ale sytuacja nie jest łatwa. Wszystkie występy, premiery zostały odwołane. Zresztą ja już się przyzwyczaiłem do tego, że ludzi szokuje, kiedy śpiewak operowy zaczyna kręcić się na głowie, tańcząc breakdance.
Można znaleźć wolność w operze?
I to dużą! Dostaję jakiś zapis nutowy, mam swoje partie, ale to, jak je zinterpretuję, w jaki sposób dojdę z punktu A do punktu B, to już jest moja broszka. Uwielbiam improwizować, zazwyczaj sam proponuję reżyserowi jakiś charakterystyczny rodzaj gestu czy ruchu. Gadamy o tym, budujemy to razem. Bywa i tak, że mam na scenie partnerów‑śpiewaków, którzy nie są gotowi na zmiany
w choreografii. Szanuję to i nie zawsze szaleję. Na szczęście jest sporo ludzi, którzy wczuwają się w moją grę. Wtedy jest najlepiej.
Opowiedz o tym słynnym występie w krótkich spodenkach dla radia France Musique.
Nagranie obejrzało aż sześć milionów ludzi. To szaleństwo! Wiele z nich mówiło, że śpiewanie arii w takim stroju to – delikatnie mówiąc – innowacja w świecie opery. To był zupełny przypadek. Mieliśmy premierę opery „Erismena” na Festiwalu d’Aix‑en‑Provence, więc oczywiście wieczór z bankietem i zabawą. Koło 1 w nocy zadzwoniła do mnie dziewczyna z administracji festiwalu, że odpadł im ktoś z nagrania radiowego na następny dzień, i czy ja bym tego nie zrobił. Jestem śpiewakiem, więc oczywiście lubię śpiewać [śmiech]. No i w euforii zabawy od razu się zgodziłem, pomyślałem, że jeśli dla radia, to luz. Nazajutrz przyszedłem na patio, gdzie był nagrywany program, w tych krótkich spodenkach, nic innego ze sobą nie miałem, a było już za późno, żeby biec do domu się przebrać. Południe Francji, lato, nawet o 18 były tam pewnie ze 34 stopnie, a ja i pianista ubrani bardzo wakacyjnie, pewni, że nagrywamy audio… Okazało się, że są nie tylko kamery, ale i publiczność. Nie było odwrotu, trzeba było po prostu wyjść i zagrać.
I chyba właśnie ten dysonans między strojem a pięknym wykonaniem i pewna nonszalancja, sprawiły, że to nagranie ma tak ogromną liczbę wyświetleń.
Tak myślę. Plus to, że jest to Francja, w której jestem bardzo rozpoznawalny. W Polsce śpiewacy operowi nie są tak powszechnie znani, jak tam. We Francji śpiewam na świętach narodowych, bardzo dużo występuję, wszystkie koncerty mam szybko wyprzedane,
a jak lecę samolotem, to ludzie mnie zaczepiają. Oznacza to chyba, że tamtejsze społeczeństwo trochę więcej wagi przykłada do muzyki klasycznej.
Co jeszcze chciałbyś zrobić przed trzydziestką? Kiedy to wypada?
W grudniu. O, jeszcze wiele rzeczy. Ale generalnie postanowiłem, że jak trafi mi się propozycja, na którą normalnie odpowiedziałbym „nie”, to teraz powiem „tak”. Jedną z takich rzeczy było poprowadzenie warsztatów w Opera Studio w Zurychu. Poproszono mnie, żebym opowiedział, jak rozmawiać z zespołem kreatywnym, czyli dyrygentem, reżyserem, choreografem, oświetleniowcami. Z tymi wszystkimi ludźmi, którzy w operze pracują na stałe. Mówiłem też o tym, jak być freelancerem, jak prowadzić social media. Bo ja przez wiele lat byłem swoim własnym agentem…
A teraz?
Teraz oczywiście mam już agenta od kilku lat. Ale przez długi czas robiłem to sam i musiałem się tego dobrze nauczyć. Jak prowadzić negocjacje, czego wymagać, czego oczekiwać. Na warsztatach było wielu bardzo utalentowanych młodych śpiewaków, a ja często od nich kilka lat młodszy – to było wyzwanie.
Twoje życie to „plan” czy „no plan”?
Jedno i drugie! W świecie opery jest tak, że wiesz dokładnie, co będziesz robił w kolejnym roku, więc w życiu prywatnym wolę brak planu. Uwielbiam swobodę i dni wolne od pracy, bo zazwyczaj muszę wstawać o 7, żeby o 10 już być na próbie. Takie dni jak dziś, bez obowiązków i planów, spędzam jak chcę. Świadomość, że mogę się położyć na podłodze i poczytać książkę, zadzwonić do kogoś albo pójść na kawę do Kukułki i że nie muszę się nigdzie spieszyć – uwielbiam. To luksus. Czas jest najbardziej cenną rzeczą, którą mam,
i muszę nią władać mądrze.
A świat? Masz jakąś wizję, w jakim kierunku zmierzamy?
Trudno powiedzieć, ale wiem jedno – jeśli byłoby trzeba, mógłbym nawet jutro skończyć karierę śpiewaka i w jednej chwili się przebranżowić. Zostałbym stolarzem albo ogrodnikiem. Coś bym sobie na pewno znalazł. Muzyka jest dla mnie oczywiście superważna, więc zupełnie bym jej nie odpuścił, tylko na przykład nauczyłbym się w końcu lepiej grać na fortepianie albo bym jej po prostu dużo słuchał… Trudno mi stwierdzić, w jakim kierunku to wszystko zmierza, ale na pewno ludzie są spragnieni sztuki żywej. Potrzebują kontaktu, tej unikatowej magicznej chwili, w której doświadcza się muzyki. Garstka ludzi zamknięta w jednej przestrzeni przeżywa to samo. To jest piękne i niezwykłe! Gdy ktoś mnie pyta, jaki był mój najlepszy koncert, nie wiem, co odpowiedzieć, trudno wybrać jeden.
Nie mów! Na pewno w swojej karierze przeżyłeś coś spektakularnego, o czym zawsze marzyłeś.
Fajnie zaliczyć wspaniałe sale operowe, ale czy lepiej śpiewać w Carnegie Hall, które ma cztery tysiące miejsc, czy w malutkim teatrze, który mieści zaledwie 80? Nie wiem. W takim teatrze jesteś w stanie zrobić wszystko, możesz zawładnąć publicznością tak, że nie da się tego z niczym porównać. Stres jest wtedy większy, bo widzisz każdą twarz. A przy kilku tysiącach ludzi to jest jak plazma, widzisz coś rozmytego – śpiewasz z całych sił i doznania są niesamowite, ale to po prostu inny rodzaj doświadczenia.
Żyjesz standardowo?
Absolutnie niestandardowo i standardowo zarazem! Ale masz klasyczne marzenia. Gdzieś czytałam: zostać ojcem, założyć rodzinę… Oj, tak bardzo bym chciał, ale chcę być aktywnym tatą. To wymaga czasu, więc chyba jeszcze nie teraz. Potrzebuję jeszcze wolności, nie jestem na to gotowy. Mój brat jest dla mnie super przykładem takiego ojca.
Najbardziej szalona rzecz, którą zrobiłeś w życiu?
Wiele! Tańczyłem na środku ulicy w Tajlandii, była impreza, zatrzymaliśmy ruch, wskoczyliśmy ze znajomymi na tył ciężarówki
i tańczyliśmy. I takie momenty są najcenniejsze. Uwielbiam, kiedy życie przekracza moje wyobrażenia, kiedy kompletnie mnie zaskakuje, a ja wychodzę poza ramy tego, co już znam i przeżyłem.
/ sztuka malarstwo
grudzień '23 (16)
MELA MUTER – wielka postać współczesnego malarstwa

Mela Muter (Maria Melania Mutermilch) 1876-1967 / Wikipedia / domena publiczna
Miała 24 lata, kiedy namalowała swój pierwszy duży wizerunek zatytułowany „Autoportret w świetle księżyca”. Drobna, smukła, ciemnooka, z zaróżowionymi policzkami, w białej sukni. W tym delikatnym dziewczęciu krył się jednak mocny charakter
i determinacja. Już za kilka lat znany francuski poeta i krytyk sztuki André Salmon napisze, że „wspaniale przysłużyła się malarstwu polskiemu poprzez najbardziej świadome, jak tylko można sobie wyobrazić, potwierdzenie swojej własnej osobowości”. Na potwierdzenie jej osiągnięć jest długa lista wystaw, nagród i nazwisk sławnych ludzi, którzy przychodzili jej pozować. W dwudziestoleciu międzywojennym należała do towarzyskiej i intelektualnej elity Paryża, a przez jej pracownię przewinęły się znakomitości epoki. Sławę przyniosły jej również wzruszające sceny macierzyństwa, martwe natury, pejzaże Hiszpanii, małe portowe wioski rybackie Bretanii, gaje oliwne. A jednak po wojnie, na wpół ślepa z powodu katarakty, żyła w zapomnieniu, a dziesiątki jej płócien walało się w składzie węgla na przedmieściu Paryża.
Szkicownik
W okazałym mieszkaniu Zuzanny i Fabiana Klingslandów w kamienicy na warszawskim Lesznie spotykali się młodzi pisarze, poeci, artyści, krąg liberalnych, dobrze wykształconych Żydów. Fabian Klingsland, znany przemysłowiec i kupiec, właściciel domu handlowego przy Marszałkowskiej 129, miał słabość do literatury i sztuk pięknych. Chętnie mecenasował licznym pięknoduchom – wspierał Reymonta, Staffa, Kasprowicza. Na portrecie z 1907 roku pędzla jego córki Meli Muter siedzi spokojny, poważny 70-letni pan o siwej brodzie i jasnych, błękitnych oczach. Ten portret musiał być zwieńczeniem jego artystycznych aspiracji. Kupiec Fabian był dumny z dzieci, które spełniły jego marzenia o świecie sztuki dalekim od dusznego światka ksiąg handlowych. Syn Zygmunt został cenionym krytykiem sztuki
i dyplomatą – radcą ambasady polskiej w Paryżu. Córka była utalentowaną malarką.
Maria Melania urodziła się 26 kwietnia 1876 roku. Uchodziła za małą intelektualistkę – maturę w gimnazjum rosyjskim zdała z odznaczeniem, prywatnie uczyła się rysunku i gry na fortepianie. Długo nie mogła się zdecydować, czy wybrać muzykę, czy sztukę, bo wybitni profesorowie przepowiadali jej karierę pianistki. Ale kiedy odkładała nuty, zaraz sięgała po szkicownik. Godzinami przesiadywała w kuchni, gdzie malowała dwie ubogie dziewczynki, które schodami dla służby przychodziły do eleganckiego domu po miskę ciepłej zupy
i kilka kopiejek. Ostatecznie Mela postanowiła poświęcić się malarstwu. A ponieważ wstęp do Akademii Sztuk Pięknych mieli wówczas tylko mężczyźni, studiowała przez kilka miesięcy w prywatnej Szkole Rysunku i Malarstwa dla Kobiet profesora Miłosza Kotarbińskiego. Potem po wyjeździe do Paryża w 1901 roku na krótko trafi na zajęcia do Académie Colarossi i Académie de la Grande Chaumière. Ale i tak do końca życia będzie podkreślać, że jest samoukiem. I chyba rzeczywiście tak było.
Paryż, moja miłość
"Rozkoszna wydawała mi się zawsze opowiastka o umizgach niewiernego Michała Mutermilcha, narzeczonego Meli Klingsland, przyszłej malarki Meli Muter "– pisze Joanna Olczak-Ronikier w książce „W ogrodzie pamięci”. "– Michał ogromnie ją kochał, zresztą
z wzajemnością. A jednak podczas któregoś z wieczorków towarzyskich u rodziców Meli po kryjomu wsunął w rękę mojej przyszłej babki bilecik. Ach, słodkie, niewinne czasy. Poczuła się znieważona. Była przecież najbliższą przyjaciółką jego narzeczonej. Za kogo ją uważał, łamiąc tak brutalnie zasady przyzwoitości?
Ponoć Mela podarła ostentacyjnie karteczkę na drobne kawałki. A jednak się jej nie pozbyła. Skrawki włożyła ukradkiem do torebki, a po powrocie do domu złożyła puzzle w jedną całość. Ujawnił się miłosny wiersz, który musiał zrobić na niej wrażenie, bo zapamiętała słowa na zawsze".
Olczak-Ronikier dodaje, że Mela „czasem dawała się uprosić i troszkę zawstydzona, troszkę dumna, powtarzała głośno poetyckie wyznanie sprzed lat. Wiarołomca niedługo potem ożenił się z Melą, zamieszkali
w Paryżu i parę lat później się rozwiedli. Ona zasłynęła jako bardzo dobra malarka. On zmienił nazwisko na Merle i został komunistą”.
17 maja 1899 roku w warszawskiej synagodze na Tłomackiem stanęli pod ślubnym baldachimem Melania Klingsland i Michał Mutermilch, krytyk sztuki. Niedługo potem urodził się ich jedyny syn Andrzej.
Ale Mela ma też inną miłość: „To Paryż dał mi wszystkie elementy, które składają się na moją sztukę" – mówiła po latach w jednym z wywiadów. "– Tu odnalazłam nawet mój słowiański charakter, którego w Polsce nawet bym zapewne nie zauważyła, a który tu wszyscy chętnie zauważają w moich płótnach. I w tym jest, jak sądzę, wielka siła Paryża; wszystkie przeróżne surowce, jakie przywozimy tu ze sobą, ulegają tu wzmocnieniu i przetapiają się w jednolity stop, rodzaj solidnego i jednorodnego metalu”. Była zauroczona miastem, które jest „tak wielorakie, tak bogate, że każdy jego mieszkaniec ma swój Paryż, Paryż dla siebie”. Odkrywała Francję krok po kroku. Podczas pierwszych wakacji w Bretanii poznała malarzy z École de Pont-Aven, zaprzyjaźnia się z Władysławem Ślewińskim. Już w 1902 roku zaczęła wystawiać
w Polsce i we Francji. Była najstarsza z polskich twórców École de Paris i jako pierwsza z nich zamieszkała nad Sekwaną, przyjmując obywatelstwo francuskie. Inspirowało ją malarstwo Cézanne’a, van Gogha, artystów z Pont-Aven skupionych wokół Paula Gauguina, ale wypracowała własny mocny styl – jej obrazy chwalił między innymi Henri Matisse.
„Wraz z Luizą Hervieu i Marie Laurencin Mela Muter jest jedną
z wielkich postaci kobiecych współczesnego malarstwa. Twórczość Luizy jest wyrazem namiętności, Marii – wdzięku i delikatności, zaś Meli – niezmąconej i olśniewającej siły” – pisali krytycy.
Siły i odwagi, także w opowiadaniu o sobie. W tle malowanego w 1903 roku portretu Leopolda Staffa umieściła gipsową twarz muzy i nadała jej własne rysy. Taka maska to był wówczas czytelny symbol zmysłowej i niespełnionej miłości. Kilka miesięcy później przedstawiła męża i ukochanego pochylonych nad partią szachów. Leopolda Staffa znała z czasów kulturalnych wieczorków w rodzinnym domu. Ale romans nawiązali dopiero w Paryżu. Sądząc choćby po tych malarskich motywach, Mela raczej nie starała się utrzymać ich związku w tajemnicy. Chciała odejść od męża, marzyła o życiu ze Staffem. Symboliczna, pełna napięcia „Gra w szachy” miała pewnie rozstrzygnąć o losach trójkąta. Do mediacji rodzice Meli nakłonili zaprzyjaźnionego z rodziną Jana Kasprowicza, który rozsądnie zalecał bohaterom dramatu „sześć miesięcy zastanowienia w samotności”. Na pamiątkę po mężu i kochanku zostały jej obrazy, bo i małżeństwo nie przetrwało kryzysu, i romans ze Staffem się skończył.
Żałoba
Jest 40-letnią rozwódką, kiedy poznaje Raymonda Lefebvre’a. Wkrótce ze sobą zamieszkają. Spotkali się wiosną 1917 roku na jednym ze spotkań socjalistów. On – młodszy od niej o 15 lat pisarz i dziennikarz – ma głowę pełną lewicowych idei. Lefebvre pochodził ze starego arystokratycznego rodu, ale przeżycia pierwszej wojny światowej zmieniły go w pacyfistę, a następnie komunistę. Przy okazji mocno podupadł na zdrowiu. Mela pielęgnowała chorego na gruźlicę przyjaciela, jeździła z nim na kuracje do sanatoriów. Zaangażowała się w działalność polityczną i społeczną, robiła pacyfistyczne ilustracje dla lewicowej prasy, weszła w krąg pisarzy i socjalistów sympatyzujących ze „związkiem intelektualistów całego świata”, powszechnie nazywanym Międzynarodówką Myśli. 7 sierpnia 1920 roku Lefebvre wyjeżdża do Moskwy na kongres III Międzynarodówki. Mela w tym czasie maluje piękne leśne pejzaże w Aumont na Lazurowym Wybrzeżu i czeka na wieści. Dopiero po kilku miesiącach do Paryża dociera wiadomość, że Lefebvre wraz z towarzyszami zginął w niewyjaśnionych okolicznościach na Morzu Białym koło Murmańska. Dzisiaj wiadomo, że statek, którym płynął, został zatopiony na rozkaz Stalina.
Dla Meli to tragiczny okres żałoby: w tym samym czasie umiera jej ojciec, niedługo potem syn Andrzej, który zmarł nagle w kąpieli. Już wcześniej dużo czytała na temat religii, a teraz załamana utratą najbliższych szuka pocieszenia i postanawia przejść na katolicyzm. Na rodziców chrzestnych poprosiła Lili i Władysława Reymontów.
Bardzo dotknie ją też śmierć Rilkego. Widzieli się zaledwie kilka razy, ale po tej przyjaźni pozostał plik listów i dedykowane Meli wiersze. Od dawna znała i podziwiała jego poezje, ale spotkali się dopiero wiosną 1925 roku na podwieczorku muzycznym u znajomej pani Dubost, której salon skupiał znakomitości epoki. Już następnego dnia Rilke wysłał do niej pierwszy „z tych listów tak drogocennych, tak pięknych we wszystkich swych aspektach”. Poeta był już wtedy chory na białaczkę i większość czasu spędzał na kuracjach w sanatoriach lub
w swojej samotnej baszcie w Château de Muzot w pięknej dolinie w Alpach Walijskich, ale korespondowali ze sobą regularnie. „Zdradzę panu – pisała Mela – ja także tęsknię za kultem przyjaźni, zupełnie sponiewieranym od czasu wojny, a tak cennym…”. Rilke umiera 29 grudnia 1926 roku w sanatorium w Szwajcarii. Tego samego dnia Mela przesyła mu z Paryża kwiaty. Zasuszony bukiet trafi do berneńskiego muzeum poety. Do końca życia będzie żałować, że nie namalowała jego portretu. Zdążyła mu tylko napisać: „Och, jakże żałuję, że nie poprosiłam pana o kilka seansów pozowania w czasie, kiedy Pan tu był! Nie śmiałam zabierać panu tak cennego czasu. Ale potem zobaczyłam reprodukcje kiepskiego Pana portretu i to wzbudziło we mnie chęć zrobienia lepszego – namalowania Pana, Pańskiej twarzy, całej rasy, którą widać w pańskiej sylwetce. W czasie następnej wizyty w Paryżu niech się Pan strzeże mojej palety!”.
Lata mijają, Mela Muter jest coraz starsza. Drugą wojnę światową przetrwała w Awinionie, ucząc rysunku. Po wojnie w Polsce przez wiele dziesięcioleci będzie traktowana po macoszemu, pozostając
w cieniu innych polskich malarzy związanych z École de Paris.
W Paryżu w 1953 roku zorganizowano jej pierwszą retrospektywę
w Cercle Volney. Ale trudno mówić tu o blasku sławy, w jej życiu dominowała samotność.

Mela Muter; Uliczka , olej na tekturze / Wikiart / domena publiczna

Mela Muter; Uliczka , olej na tekturze / domena publiczna

Mela Muter; Stary człowiek z fajką , olej na płótnie / wikidata / domena publiczna

Mela Muter; Autoportret, olej na płótnie, rok 1930 / wikidata / domena publiczna

Mela Muter; Dwa wieki; olej na płótnie / wikidata / domena publiczna

Mela Muter w swojej paryskiej pracowni, rok 1966 / wikidata / domena publiczna
Kobieta z portretu. Ostatni akt tej historii
„Jak tylko sięgam wspomnieniami – pisał artysta i kolekcjoner sztuki Bolesław Nawrocki – w moim rodzinnym domu znajdował się przyciągający szczególnie moją uwagę portret pięknej kobiety w kapeluszu ozdobionym piórami, wykonany przez mojego ojca
w Paryżu w 1903 roku. Już jako dziecko byłem zafascynowany tym właśnie obrazem. Mój ojciec wyjaśnił mi, że była to jego sąsiadka
z paryskiego osiedla artystów 65 Boulevard Arago, gdzie znajdowała się jego paryska pracownia […]. Obraz ten cudownie ocalał ze zniszczeń ostatniej wojny światowej, nie został skradziony przez nazistów jak wiele innych wspaniałych płócien należących do moich rodziców. […] Grałem na fortepianie i wpatrywałem się w tę piękną nieznajomą, w której byłem prawie zakochany […]. Zadawałem sobie często pytanie, czy piękność przedstawiona na moim ulubionym płótnie przeżyła okropności ostatniej wojny? Nie marzyłem wtedy, że uda mi się ją spotkać”.
Nawrocki spotkał kobietę z portretu w 1956 roku, gdy jako stypendysta przyjechał do Paryża. Mieszkała teraz w odległej XIII dzielnicy, w ciasnej wilgotnej pracowni. Swoją modernistyczną willę przy rue Vaugirard, zaprojektowaną przez Perreta, wynajęła w czasie wojny Jeanowi Dubuffetowi – wówczas handlarzowi winem i zbożem, który później zasłynął jako twórca art brut. Potem latami starała się o eksmisję Dubuffeta, sama wegetując w nędznych warunkach. Pomoc i opieka Nawrockiego okazały się nieocenione – odnalazł
i uporządkował jej prace niszczejące w magazynie z opałem, namówił do pisania pamiętników, do podpisania starych obrazów
i z zapałem zaczął gromadzić kolekcję jej prac. Starsza pani przejdzie operację katarakty, odzyska wzrok i sporo ze swojej dawnej siły.
„Pomimo swych wówczas 82 lat życia, jej twarz zachowała ślady urzekającej piękności – wspominał na 11 lat przed śmiercią Meli Muter Nawrocki. – Mieszkając w tym okresie w Paryżu, stosunkowo blisko atelier artystki, mogłem ją często odwiedzać, robić dla niej zakupy żywności na targu usytuowanym przy słynnej ulicy Mouffetard […]. Muter wprowadzała mnie w zaczarowany świat paryskiej cyganerii. Opowiadała mi niezwykle barwnie po polsku o swych kolegach z École de Paris, zwłaszcza polskiego pochodzenia, ciesząc się, że ma okazję odświeżyć znajomość ojczystego języka, którego nie zapomniała pomimo ponad 60-letniego pobytu za granicą”.
Pewnie miło jej było powrócić do minionych czasów, przypomnieć sobie, jak na koniec występu w słynnej szopce Towarzystwa Artystów Polskich w Paryżu w 1912 roku mówiła o sobie:
Ja jestem piękna Mela
Z bulwaru Montparnasse Muza,
co rozaniela Najzłośliwszego z was…
Korzystałam m.in. z: „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier, wyd. Znak, Kraków 2001; „Mela Muter. Kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich” – katalogu wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie (1993); „Mela Muter. Malarstwo/Peinture” pod red. Mirosława A. Supruniuka, Muzeum Uniwersyteckie w Toruniu (2010). (Archiwum - Zwierciadło)
/ kino rozmowa
grudzień '23 (16)

Kilka lat temu aktorka Veerle Baetens otrzymała od jednego z producentów egzemplarz powieści „Szpadel” Lize Spit z karteczką: „Przeczytaj, bo uważam, że musisz to wyreżyserować”. Była wtedy w trakcie kręcenia serialu telewizyjnego i nie miała żadnego doświadczenia w sztuce reżyserskiej. Książka zachwyciła ją jednak do tego stopnia, że postanowiła podjąć wyzwanie i uczynić ją podstawą swojego reżyserskiego debiutu. Film „Kiedy stopi się lód” wchodzi w piątek 1 grudnia do polskich kin. To historia Evy, która próbuje rozprawić się z duchami przeszłości. Co tak naprawdę przydarzyło się jej w dzieciństwie? Jakie sekrety skrywa jej rodzinna miejscowość? Przekonacie się, oglądając film.
Booklips: Co przyciągnęło cię do tej historii, kiedy pierwszy raz czytałaś powieść Lize Spit „Szpadel”?
Veerle Baetens: Przemówiła do mnie porażająca samotność dziewczynki szukającej swojego miejsca, uznania i akceptacji innych.
A potem kobiety, która jest zupełnie odizolowana od świata i prześladowana przez brak pewności siebie, co nie jest mi obce. Uznałam też, że ten blok lodu, który ma przez całą historię, jest świetnym źródłem suspensu. Natychmiast dostrzegłam potencjał na film.
Z jakimi wyzwaniami wiązała się ekranizacja książki?
Istotną zmianą jest fakt, że Eva, zarówno młodsza, jak i starsza, jest u mnie znacznie bardziej aktywna niż w książce. W przeszłości częściej wykazuje inicjatywę, aby znaleźć się w grupie dzieci, a w teraźniejszości celowo stara się powrócić do miasteczka.
W książce jest bardziej pasywna, a narracja jest jej wewnętrznym monologiem. Postanowiłam jednak nie nagrywać głosu z offu. Poza tym bohaterowie książki są oziębli, a mnie zależało na tym, aby ludzie nawiązali z nimi więź. Musieliśmy wprowadzić zmiany bez uszczerbku dla atmosfery książki. W książce mamy też trzy osie czasu – rozsnute na 430 stronach – i należało je skondensować do dwóch.
Czy autorka Lize Spit była w jakiś sposób zaangażowana w powstanie filmu?
Rozmawiałam z nią kilkakrotnie, przeczytała scenariusz dwa czy trzy razy. Widziała też wersję roboczą filmu i pozytywnie ją oceniła. Mój współscenarzysta Maarten Loix bardzo pomógł mi wyklarować pomysł na zakończenie, kiedy trochę z nim utknęłam. Maarten i ja mamy świetną komunikację. Jeśli nie byłam z czegoś zadowolona, wciąż dopytywał, co chcę zmienić i jak wpłynie to na inne sceny. Jest bardzo inteligentny, ale też wrażliwy.
Co było najtrudniejsze w połączeniu dwóch osi czasu?
Widz musi być pewien, że mała Eva jest tą samą osobą, co Eva dorosła. Musieliśmy więc zmontować film tak, aby zachować tę ciągłość. Na etapie scenariusza mieliśmy krótkie bloki przeszłości i teraźniejszości, potem okazało się, że musimy je wydłużyć.
Z obecną Evą trudniej jest nawiązać więź, ponieważ jest wyobcowana, wycofana, nie uśmiecha się. Niełatwo jest się z nią utożsamiać.
Jak doszło do obsadzenia Rosy Marchant w roli młodej Evy i Charlotte De Bruyne jako starszej Evy? Miałaś pewność, że są w stanie zagrać różne wersje tej samej osoby?
Najpierw obsadziłam aktorów dziecięcych, ponieważ trudniej jest ich znaleźć. Co do dorosłych, wiedziałam, że potrzebuję świetnej aktorki, kiedy zobaczyłam zdjęcie Charlotte. Zaprosiłam obie do jednego pokoju i poleciłam naśladować się nawzajem, a potem porozmawiać. Nie miały przeprowadzać przesłuchania, a po prostu być razem w jednym miejscu. Wtedy przekonałam się, że to zadziała. Ponieważ w pierwszej kolejności kręciliśmy sceny z przeszłości, Charlotte mogła oglądać grę Rosy, co na pewno stanowiło pewną sugestię dla jej występu, który jest wspaniały.
Jak przygotowałaś Rosę do jej pierwszych zdjęć filmowych?
Ona chodzi do szkoły steinerowskiej, w której kładzie się większy nacisk na kreatywność i zapewnia więcej swobody. Kiedy się pojawiła, wniosła wiele światła. Wszystko, co mówiła, było prawdziwe i wierzyło się jej od razu. To bardzo łagodne, miłe, urocze dziecko. Bardzo szybko pomyśleliśmy: „Łał, ona ma wyobraźnię!”. Potrafi być niewidzialna, aby po chwili wejść w skórę swojej bohaterki i zdominować przestrzeń. Urządziliśmy wiele warsztatów i spędziliśmy masę czasu z innymi dzieciakami. Chciałam nawiązać z nimi relację i zyskać ich zaufanie w przyjaznym otoczeniu.
Film porusza kłopotliwe tematy. Czy podczas produkcji konsultowałaś się ze specjalistami zdrowia psychicznego?
Mieliśmy psycholożkę specjalizującą się w terapii traumy. Na wczesnym etapie pracy rozmawiała z dziećmi i ich rodzicami, a podczas kręcenia najtrudniejszych scen była obecna na planie. Czasami w pierwotnym odruchu miałam ochotę przytulić któregoś
z dzieciaków. Przekonałam się jednak, że lepiej pozwolić im wyjść z pomieszczenia i pograć w Tetrisa albo zrobić coś zupełnie innego.
Co się zaś tyczy dorosłych, to ponieważ sama jestem aktorką, wiem jak ważne jest poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do reżysera. To niezbędne dla komfortu, dla odwagi do działania i pełnego zaangażowania.
Co było największym wyzwaniem podczas kręcenia filmu – przygotowania, zdjęcia czy montaż?
Czułam się bardzo dobrze przygotowana do zdjęć. Miałam doświadczenie także ze współpracy z uznaną autorką warsztatów dla filmowców Judith Weston. Wiedziałam czego chcę, wiedziałam co robię, więc wszystko na planie zagrało jak należy. Pewne trudności napotkałam na etapie preprodukcji, ponieważ mając wszystko w głowie, musiałam włożyć wiele wysiłku w wyjaśnienie tego współpracownikom. Postprodukcja była zaś dla mnie najbardziej tajemniczym etapem procesu, ponieważ jako aktorka brałam wcześniej udział jedynie w nagrywaniu postsynchronów.
Jak wizualny język filmu rozwinął historię, którą chciałaś opowiedzieć?
Nasz operator Frederic Van Zandycke jest niesamowity. Podał mi przykład filmu „Blue Valentine”, a więc pozostanie blisko bohaterów, ale nie zawsze pokazywanie tego, co widzą oni. Pozostawiamy sporo wyobraźni widza. Perspektywa młodej Evy jest szeroka, aby potem ulec zwężeniu. Mamy też relację między Evą i jej matką, które nigdy nie pojawiają się w jednym kadrze. To ważne dla ukazania dystansu panującego pomiędzy nimi.
W przypadku współczesnej Evy jesteśmy wciąż bardzo blisko niej, ponieważ jest jakby uwięziona w małym kadrze. Zrealizowaliśmy też wiele długich dubli i ciągłych ujęć. Co się zaś tyczy kolorów, postawiliśmy na letnie, radosne barwy bez dodatkowych warstw. Miało to dać efekt w stylu „Goonies” czy „Stań przy mnie”. Podobne kolory i trochę rozpikselowania. Zimą z kolei robi się ciemniej
i chłodniej, ale bez wrażenie zlodowacenia czy śnieżnej bieli. Eva często ubiera się na niebiesko, także w przeszłości, więc tego się trzymaliśmy.
Do jakich przemyśleń chciałabyś zainspirować widzów filmu?
Chciałam nakręcić film o kruchych ludziach, którzy przyjmują wiele do siebie, a przeciwko którym nieraz obraca się cały świat. Wiele filmów opowiada o wytrzymałości, o byciu silnym. Ten jest dla tych, którzy skrywają swój ból głęboko w sobie, gdzie nikt nie może go dostrzec, a gdzie po cichu ich on drenuje. W prawdziwym życiu niektórzy bywają trochę skryci, wycofani, zimni lub przygnębieni. Łatwo jest mówić: „No dalej, wyrzuć to z siebie”, ale nie każdy jest w stanie to zrobić. Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje być. Trauma niektórych ludzi jest pogrzebana głęboko w nich samych i nie można wydobyć jej na zewnątrz, bo to zbyt groźne. Mam nadzieję, że film wzbudzi odrobinę empatii.
Tłumaczenie: Sebastian Rerak
Źródło: Booklips, materiały prasowe

/ poezja
grudzień '23 (16)
W polskiej tradycji wigilia ma szczególny charakter. Od wieków była też wdzięcznym tematem utworów naszych poetów. Łacińska nazwa vigiliae oznaczająca zwyczaj nocnych czuwań, czy też straży nocnych, przejęta została przez kościół katolicki na oznaczenie wieczoru poprzedzającego ważne święto kościelne, zwłaszcza Boże Narodzenie.
W Polsce wigilią, albo wilią, nazywa się także wieczerzę spożywaną w przeddzień Bożego Narodzenia. Z nastrojem wigilijnym – czuwania przed narodzinami Zbawiciela – wiążą się specyficzne obyczaje: wypatrywanie pierwszej gwiazdki na niebie, dzielenie się opłatkiem podczas składania sobie życzeń świątecznych przy choince.

Ryba
Tadeusz Śliwiak
W rybnym sklepie
kupiłem przerażonego karpia
ładna sztuka
powiedział sprzedawca cuchnący tranem
zabić – spytał z uśmiechem
nie trzeba nie trzeba
kupiłem go razem z jego rybim życiem
moje jest jego poruszanie pyszczkiem
i prężenie płetw
i cekiny łusek
poszedłem nad Wisłę
rzuciłem rybę do wody
ludzie patrzyli
rysowali kółka na zdumionych czołach
jakby nie wolno mi było
choć raz nie być człowiekiem

Boże Narodzenie
Ernest Bryll
Kiedy dziecko się rodzi i na świat przychodzi
Jest jak Bóg, co powietrzem nagle się zakrztusił
I poczuł, że ma ciało, że w ciemnościach brodzi
Że boi się człowiekiem być. I że być musi
Wokół radość. Kolędy szeleszczące złotko
Najbliżsi jak pasterze wpatrują się w Niego
I śmiech matki – bo dziecko przeciąga się słodko
A ono się układa do krzyża swojego
Nie-kolęda
Kazimiera Iłłakowiczówna
Nie wyjdzie z tego kolęda.
Obcy przybłęda
szedł, i nic nie wart był, i nic już nie chciał,
zużyty, ot, na kształt wiechcia...
Słońce czy deszcz ― było mu wszystko jedno:
niczym, nikogo nie jednał,
i nikt mu nic dać nie mógł, ani też odebrać.
Ot, żebrak.
Tak szedł... I w szalejącą grudniową zawieję
trafił, choć mu o to nie szło,
nie do aresztu, ale do Betlejem.
Tam wśród aniołów śpiewania i bydlątek ryku
obok pastuchów przystanął w kącik
i patrzył na Dzieciątko, patrzył, ludzie moi,
i pewnie, gdy to piszę, dotychczas tam stoi,
wpatrzony i – jak jak! – i jak ja
zapomniał kolęd.
Kolęda
Marian Hemar
W dzień Bożego Narodzenia
Radość wszelkiego stworzenia
Tylko Polacy płaczą.
Twarze u nich niby uśmiechnięte
Ale serca pod uśmiechem ściśnięte
Rozpaczą.
Raju utracony
Kraju opuszczony
Trzej królowie pogubili
Złociste korony –
Ptaszki w górę podlatują,
Jezusowi wyśpiewują
Hosanna!
Wół ryczy i wesołek
Pokrzykuje osiołek
i uśmiecha się Panna.
Biegli w takiej zamieci –
Jeden, drugi i trzeci –
I na mrozie zgrabiały im ręce –
jakże staną królowie nędzarze
Przed tą radością w stajence?
O, Dzieciąteczko, w żłobie,
Przebacza naszej żałobie!
Uśmiechamy się. Siły ostatkiem.
Już twarze łez się wstydzą,
Już oczy przez łzy nie widzą,
Trzęsie się ręka z opłatkiem.
/ wokół stołu
grudzień '23 (16)
Boże Narodzenie i gęś z Pensylwanii

Ṡnieżyca w Pensylwanii… czyli biała gęś (snow goose) – ptak wodny, wędrowny, duży, lotny, gniazdujący w tundrze, zimujący również w Pensylwanii. Populacja gęsia w ostatnim dwuwieczu wręcz eksplodowała, gdy ptaki zaczęły wykorzystywać uprawy rolne i odpady zbożowe wzdłuż szlaków migracji i na zimowiskach. Žerowanie śnieżyc (a jest ich ponad 10 milionów) niszczy ich własne siedliska, dlatego od lat myśliwi usuwają około pół miliona ptaków rocznie wzdłuż Atlantyku, od Massachusetts do Karoliny Południowej (najstarsza gęś miała 27 lat i została usunięta w Teksasie w 1999 roku).


Starożytny człowiek obserwując migrujące gęsi wypracował symboliczne skojarzenie między gęsią, czasem żniw, słońcem i nadzieją na regenerację Ziemi. Składano rytualną ofiarę z gęsiego mięsa w podzięce za jesienne zbiory i zapewnienie powrotu światła (cykl oświetlania Ziemi przez Słońce) na wiosnę.
Później ucztę z pieczonej już gęsi związano z innymi ważnymi obchodami świątecznymi. Wprowadzono do kalendarza świąt Michaelmas (Dzień świętego Michała Archanioła, który – według wierzeń – pokonał ciemność i szatana mieczem z gwiazd), celebrowany tradycyjnie podczas jesiennej równonocy (29 września). W wielu krajach „michałowe świętowanie” przeniesiono na grudzień, by ściślej zbiegło się z przesileniem zimowym i obchodami Bożego Narodzenia. Liczni osadnicy po przybyciu do nowego świata zamienili rytualne gęsie uczty na uroczyste przyjęcia z pieczonym indykiem, uznanym przez rdzennych Amerykanów jako ptak słońca. Trudno powiedzieć, w ilu stanach wypieka się tradycyjnego indyka na świąteczny obiad, ale wiadomo, że Pensylwania szczyci się pieczoną gęsią w czasie Bożego Narodzenia. Wcześniej, bo we wrześniu, kęs pieczonej gęsi w pensylwańskim hrabstwie Mifflin, oznacza podtrzymywanie średniowiecznej tradycji (po święcie Michaelmas – 29 września) i odrobinę zabawy połączonej z wiarą
w szczęście każdego biesiadnika w kolejnym roku.
Czas ukrywa prawdę o tym, jak tradycja Michaelmas dotarła do hrabstwa Mifflin, gdzie nazywa się ją po prostu „Dniem Gęsi”.
Z pewnością nie ma żadnej tradycji religijnej związanej z tym dniem, tak jak miało to miejsce w odległej przeszłości, ale historia/legenda opowiada formę przeniesienia tradycji z Europy do Ameryki...
Holender, a może Niemiec, Andrew Pontius osiadł w Dolinie Buffalo, zbudował dwór i zaczął szukać rolnika do pracy. Postanowił udać się do Lancaster (rok 1785), aby znaleźć najemnika spośród swoich krewnych.
Dotarł tylko do Harrisburga, gdzie w karczmie spotkał Archibalda Huntera, przybyłego do Nowego Świata na angielskim statku marynarki wojennej podczas wojny o niepodległość. Zszedł był ze statku, kiedy brytyjska flota zawinęła do Filadelfii i dryfował na zachód w poszukiwaniu nowego życia. Pontius był pod wielkim wrażeniem młodego człowieka i zaproponował mu pracę.
Hunter z zadowoleniem wyraził zgodę, sporządzili umowę, przy czym Hunter nalegał, aby 29 września był dniem regulowania rachunków. Młody człowiek osiedlił się na farmie Poniusa w małej chatce z bali. Pracował bez najmniejszych zastrzeżeń. Zgodnie ze wcześniejszą umową, Hunter pojawił się pod drzwiami właściciela 29 września, aby zapłacić czynsz, niosąc swoje rachunki – i piękną gęś pod pachą.
Nieświadomy tradycji Pontius był zaskoczony prezentem. Hunter wyjaśnił angielską tradycję Dnia Michała, kiedy to zawsze było zwyczajem uwzględniać „jedną gęś na obiad pana” przy płaceniu czynszu. Zacytował też angielskie przysłowie: „Jeśli jesz gęś w Dzień Michała, nigdy nie będziesz chciał pieniędzy przez cały rok”.
Gęś okazała się szczęściem dla Huntera, który wprowadził do rodziny Pontiusa także inną, bardziej romantyczną tradycję. Powiedział im, że specjalną częścią uczty Michaelmas jest ciasto ze złotym pierścieniem domieszanym do ciasta. Znalazca pierścienia mógł spodziewać się szybkiego małżeństwa.
Jak głosi historia, Anna Schneider, siostrzenica Pontiusa, odwiedzająca go ze wschodniej Pensylwanii, była zaintrygowana romantycznym pomysłem
i zaproponowała upieczenie takiego ciasta. Upiekła go niemal dla siebie, wszak znalazła pierścionek w tradycyjnym cieście Michaelmas — i męża w osobie Archibalda Huntera.

Niektórzy przypisują tę tradycję Amiszom, którzy przybyli do Pensylwanii z Holandii, Niemiec czy Szwajcarii. Istniało również dość powszechne przekonanie, że kiedyś Dzień Gęsi był mistyfikacją spopularyzowaną przez Amiszów, aby sprzedać nadmiar ptaków.
Chociaż korzenie święta sięgają V wieku, naprawdę niewiele wiadomo o tym święcie i jeszcze mniej o związku z nim śnieżycy. Wiadomo natomiast, że hrabstwo Mifflin
w Pensylwanii jest jedynym miejscem w Stanach Zjednoczonych, gdzie 29 września wciąż obchodzone jest średniowieczne święto, choć pod inną nazwą, a większość spożywanych tam gęsi nadal pochodzi – jak na ironię –
z małych stad hodowanych przez Amiszów.
A więc – pieczona, złota gęś na bożonarodzeniowym stole przy choince… z gęsich piór.
W Menonickim Centrum Dziedzictwa (Mennonite Heritage Center), w niewielkim miasteczku Harleysville (Pensylwania) nadal istnieje szansa zakupu lub samodzielnego zrobienia choinki z zielonych gęsich piór, obszytych czerwonymi jagodami. Tego typu choinki po raz pierwszy wykonano w Niemczech pod koniec XIX wieku. W ten sposób próbowano oszczędzić lasy i doroczny wyrąb choinek. Pierwsze „sztuczne” choinki przybyły do Pensylwanii wraz z niemieckimi emigrantami. Dekorowały domy do lat
40-tych XX wieku. Okazy sprzed lat stanowią dzisiaj cenne przedmioty kolekcjonerskie. Choinki nie są wysokie (wysokość stołu), trzypoziomowe, ale… dosyć skomplikowane
w tworzeniu. Potrzebne są pióra, odpowiedni barwnik, umiejętność farbowania, ręcznego szycia, oplatania drutem. Poza umiejętnościami – wszystko zapewnia Centrum, a Menonici pokażą technikę komponowania całości.

Gęś pieczona z kiszoną kapustą, jabłkiem i śliwką
SKŁADNIKI:
Dla gęsi:
duża gęś (5 kg)
6 jabłek
3 cebule
2 łyżki majeranku
1 litr rosołu z kurczaka
Do kapusty:
100 gram suszonych śliwek
3/4 szklanki wytrawnego białego wina
3 jabłka
1 cebula
2 łyżki oleju
1 kilogram kiszonej kapusty (może być z puszki)
1/2 litra rosolu mięsnego lub warzywnego
4 ziarna pieprzu
3 ziarna jałowca
1 liść laurowy
Szczypta cukru
PRZYGOTOWANIE:
-
Dokładnie wypłukać gęś wewnątrz i na zewnątrz. Odkroić szyję i skrzydełka i umieścić gęś w lodowatej wodzie na 4 godziny. Jabłka opłukać, pokroić w ćwiartki, usunąć pestki, połowę pokroić w kolumny, drugą - obrać i grubo posiekać. Cebulę obrać i również posiekać. Wymieszać oba składniki z solą, pieprzem i majerankiem.
-
Rozgrzać piekarnik do 160°C (około 325°F).
-
Wyjąć gęś z wody i dokładnie osuszyć. Doprawić wewnątrz i na zewnątrz solą i pieprzem, wypełnić pokrojoną w kostkę masą jabłkowo-cebulową. Umieścić gęś w naczyniu żaroodpornym. Wlać bulion i piec przez około 1,5 godziny w piekarniku. Co jakiś czas dodawać więcej bulionu (w razie potrzeby).
-
Zwiększyć temperaturę do 200 ° C (około 400 ° F), odwrócić gęś na drugą stronę i piec przez 30-45 minut.
-
W czasie pieczenia - namoczyć suszone śliwki w winie (20 minut). Odcedzić, zachować wino i pokroić suszone śliwki na małe kawałki.
-
Cebulę obrać i drobno posiekać. Wlać olej do gorącego garnka i podsmażyć cebulę, aż będzie przezroczysta. Dodać plasterki jabłka, odsączoną kapustę kiszoną i suszone śliwki. Zalać winem, dodać przyprawy i gotować na wolnym ogniu, aż prawie cały płyn odparuje. Wlać bulion i gotować na małym ogniu przez około 45 minut. W razie potrzeby dolać więcej bulionu.
-
Pod koniec gotowania doprawić kapustę kiszoną solą, pieprzem i cukrem.
-
Tłuszcz/sos z gęsi doprawić solą i pieprzem. Przelać do sosjerki lub miseczki; podawać na boku.
-
Kapustę wyłożyć na półmisek, na niej ułożyć pokrojoną gęś. Serwować ze świeżym pieczywem lub pieczonymi ziemniakami.

/ szczęśliwe dziecko

W książce „Twoje szczęśliwe dziecko, czyli jak być wystarczająco dobrym rodzicem” doktor Aleksandra Piotrowska i Irena Stanisławska przekonują, że bycia rodzicem można się nauczyć. To nie jest typowy poradnik. To szczere rozmowy o tym, jak tworzyć rzeczywistość wychowawczą dziecka bez przesadnej potrzeby bycia idealnym rodzicem, za to
z przeświadczeniem, że warto uczyć się na błędach innych i doskonalić swoje umiejętności. Poniżej rozdział dotyczący tematu kar i nagród
w procesie wychowania.
Czy karać
i jak
nagradzać?
Może powinnyśmy spytać: nagroda czy kara?, bo na ten temat trwa ciągła dyskusja. Z jednej strony mamy ludzi przeświadczonych, że kara w wychowaniu w ogóle nie wchodzi w rachubę, że to element tresury zwierząt, a na człowieka powinno się oddziaływać, operując wyłącznie nagrodami. Z drugiej strony zaś mamy zagorzałych przeciwników rezygnacji z kar, którzy mówią: „Więzienia są pełne takich bezstresowo wychowywanych!”. A jaki jest mój pogląd? Nie tylko sądzę, że wolno stosować kary, ale także powiem więcej – rzeczą nierozsądną jest ich nie stosować. Musi być jednak spełnionych wiele warunków. Na przykład zawsze trzeba brać pod uwagę wiek dziecka. Bo za jakie zachowania można karać ludzika, który ma miesiąc? Przecież to absurd!
Więc kiedy po raz pierwszy możemy zastosować karę i nagrodę?
Zacznijmy od kwestii, jak rozumiemy nagradzanie i karanie. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to wszystkie przyjemne doznania mogą być odbierane jako nagroda. Jeśli masz dwa miesiące, budzisz się i wydajesz z siebie jakieś dźwięki (nie wiadomo nawet czy mlaszczesz, czy płaczesz), a w odpowiedzi na nie dorośli z twojego otoczenia natychmiast biegną do ciebie i biorą na ręce, przytulają czy chociażby gromadzą się wokoło, obdarzając cię uwagą i uśmiechami, to z psychologicznego punktu widzenia twoje zachowanie
polegające na wydawaniu odgłosów zostało właśnie nagrodzone. Bo po zrealizowaniu tego zachowania wydarzyło się dla ciebie coś miłego, korzystnego. Okazuje się więc, że pierwsze nagrody pojawiają się w naszym życiu niemal na samym początku. A kary? To wszystkie następstwa naszych zachowań, które są dla nas niemiłe, niekorzystne, ale mam nadzieję, że nikt wobec tak małego ludzika nie będzie ich stosować.
Wcześniej powiedziałaś, że już kilkumiesięczne niemowlę potrafi manipulować dorosłym, więc kiedy płacze tylko po to, by je wziąć na ręce, mam je za to nagradzać?
Pytanie w jakich okolicznościach jesteśmy gotowi posługiwać się terminem manipulacja. Chyba powinniśmy ograniczyć to do sytuacji świadomego oddziaływania na drugiego człowieka. Musimy sobie wyjaśnić jedną rzecz. U wszystkich zwierząt, z człowiekiem na czele, działa opisywane przez jedną z koncepcji psychologicznych – behawioryzm – tak zwane prawo efektu. Tłumaczy ono, dlaczego niektóre za chowania w trakcie naszego życia utrwalają się i stają się dla nas typowe, a inne zdarzają nam się rzadko, aż
w końcu całkowicie zanikają. Dlaczego jedno dziecko, gdy czegoś bardzo chce, przytula się do nogi matki i prosi: „Daj mi! Kup mi!”,
a drugie rzuca się na podłogę, wrzeszcząc wniebogłosy, na dodatek kopiąc nóżkami lub wyginając się w piękny histeryczny łuk?
Dlaczego ukształtowały się u nich tak różne za chowania? Sprawa jest bardzo prosta: według prawa efektu utrwalają się
te zachowania, które są dla człowieka korzystne, czyli doprowadzają do efektu odczuwanego jako nagroda. Jeśli do czteromiesięcznego ludzika, który się obudził i powiedział:„mmllaaeee”, za każdym razem przylatują rodzice, będzie on z siebie wydobywać te dźwięki natychmiast po obudzeniu. Czy nazwiesz to manipulacją? Szantażem? To po prostu za działało prawo efektu. Ukształtowało się, utrwaliło zachowanie, które okazało się skuteczne, bo dawało dziecku korzystny dla niego efekt: fajnie jest, gdy ktoś się mną zajmuje, gdy mnie bierze na ręce, a nie jak tak leżę sama i wpatruję się w biały sufit (a nawet kolorowy). Można być lub nie być zwolennikiem koncepcji behawiorystycznej – przyjmować wizję człowieka sterowanego przez otoczenie albo mówić, że ta wizja jest bzdurna. Nie można jednak odrzucić prawa efektu, bo ono naprawdę się sprawdza w najrozmaitszych kontekstach
w odniesieniu do wszystkich gatunków.
Wiemy już zatem, że zachowania nagradzane utrwalają się, a te, które są nienagradzane, realizowane są coraz rzadziej, aż wreszcie zanikają. Zwróć uwagę – nie ma mowy o tym, że są „karane” –nienagradzanie bowiem może być albo brakiem nagrody, albo stosowaniem kary. I jeszcze jedną rzecz chcę uświadomić. My, dorośli, nie jesteśmy naczelnikami więzienia, którzy dostają dzieci
z wyrokiem osiemnastu lat, a potem one z tego więzienia, zwanego rodziną, wychodzą. My w swoją rolę rodzicielską mamy wpisane wychowywanie. Jedną z bardzo ważnych funkcji rodziny jest funkcja socjalizacyjna – mamy wychowywać dzieci. A co to znaczy? Ano to, że mamy doprowadzić do tego, aby dziecko kierowało się pewnymi zasadami – chroniło pewne wartości, starało się postępować tak, aby je realizować, niezależnie od tego, czy jesteśmy w pobliżu, czy nie. Osobiście chcę, żeby moje dziecko było – między innymi – przyzwoitym człowiekiem, dobrym dla innych, zainteresowanym kulturą, ale także aktywnym fizycznie, żeby nie było oszustem, chamem, ale żeby było takie także wtedy, kiedy jest pięć tysięcy kilometrów ode mnie. I teraz z tego punktu widzenia warto przyglądać się karom i nagrodom w wychowaniu.
Jeśli mnie spytasz, jak najszybciej przerwać zachowanie, którego nie akceptujemy, to już ci odpowiadam – stosując trafnie dobraną karę. Kara bowiem, jeśli tylko jest dobrze dobrana, naprawdę ma wartość negatywną dla dziecka i powoduje bardzo szybkie przerwanie niepożądanego zachowania. Jeśli matka chce zniechęcić czternastolatkę do robienia ostrego makijażu i mówi jej: „Jak ty się wymalowałaś?! Wyglądasz jak własna matka!”, to dla dziewczyny słowa matki mogą być nie karą, ale bardzo silną nagrodą. Przecież wymalowała się właśnie po to, żeby wyglądać dojrzalej! Czyli wśród wielu warunków skuteczności nagród i kar bez wątpienia jeden jest wstępny – musimy trafnie dobrać oddziaływanie, tak żeby miało dla dziecka wartość zgodną z naszą intencją.

Jeśli chcę dziecko ukarać, to moje postępowanie powinno mieć dla niego wartość kary. I podobnie z nagradzaniem: jeśli chcę
w nagrodę wziąć dziecko ze sobą do cioci Frani na imieniny, to muszę być pewna, że ono o tym marzy (lub chociaż lubi tam ze mną chodzić).
Proces wychowania może bazować na kilku mechanizmach. O naśladownictwie, modelowaniu i identyfikacji już rozmawiałyśmy przy okazji problemów związanych z dzieleniem się. Często jednak w wychowywaniu stosujemy jeszcze inny mechanizm. Mianowicie stawiamy przed dzieckiem pewne wymagania. Muszą one być jasno wyrażone (dziecko powinno być, mniej więcej, świadome tego, czego wymagamy) oraz możliwe do spełnienia (nie możesz na przykład wymagać, by trzylatek siedział nieruchomo przez godzinę).
A potem, jeśli dziecko postępuje zgodnie z twoim wymaganiem, masz pełne moralne prawo je nagrodzić, a gdy postępuje niezgodnie – masz równie pełne moralne prawo nie nagrodzić go, a nawet zastosować karę.
Jakie kary przychodzą ci do głowy w odniesieniu do małego dziecka?
Nie będziesz oglądać telewizji. Tak zwane szlabany, kiedy zabraniamy wykonywania pewnej czynności. I w zależności od wieku dziecka, czterolatkowi nie pozwolisz oglądać telewizji, a nastolatkowi – wyjść na imprezę.
A kara w przypadku, powiedzmy... półtorarocznego dziecka?
Przede wszystkim okazywanie dezaprobaty, przez co dodatkowo informujemy dziecko o tym, które jego zachowania są uważane za dobre, a które są niepożądane. To bardzo potężne narzędzie w naszych rękach, ponieważ dla takiego malucha jesteśmy całym światem. On nie ma kolegów, własnego środowiska. W tym wieku jedynym jego życiem jest życie rodzinne. Może się na przykład zdarzyć, że dziecko w trakcie przewijania przypadkiem trafi cię piętą w nos. I jeśli z jakiegoś powodu to zachowanie mu się spodobało i widzisz, że zaczyna je w miarę intencjonalnie powtarzać, masz wtedy pełne prawo przytrzymać jego nóżkę i ostro powiedzieć: „Nie!”.
A jeśli dalej powtarza to zachowanie, poważniejesz, szybko kończysz przewijanie i odchodzisz, mówiąc: „Nie będę się z tobą bawić, gdy tak robisz!”. Oczywiście, gdy zwracasz się do dziesięciomiesięcznego dziecka, to nie miej złudzeń, że ono wszystko zrozumie, gorąco jednak namawiam, żeby już wobec tak małych dzieci posługiwać się systemem słownym, bo naprawdę rozumieją one o wiele więcej, niż same są w stanie wyartykułować. Problem w tym, że musimy umieć operować ostrzejszym tonem, a niestety wielu rodziców, a raczej wiele matek (bo częściej stwierdzam to u kobiet), nie potrafi zmieniać tonu głosu w kontaktach z dzieckiem. Jeśli powiemy słodko: „Ależ, Bartusiu, nie wolno się tak zachowywać”, to Bartuś kompletnie nie wie, o co nam chodzi. Bo to są dwa sprzeczne komunikaty – czuły, delikatny ton sygnalizuje miłość, uwielbienie i akceptację, a treścią wypowiedzi jest zakaz: „Nie wolno!”.
Mam świadomość, że wiele matek nie będzie zachwyconych tym, co powiedziałam, ale tak jak człowiekowi potrzebna jest prawa
i lewa noga, żeby sprawnie mógł się poruszać, tak samo potrzebne są kary i nagrody. Bo jeśli nie stosujesz kary wobec jakiegoś zachowania, to skąd dziecko ma wiedzieć, że jest ono złe? Które zachowania są dozwolone, a które nie? Może po iluś latach się zorientuje, ale po co marnować czas, jeśli można tę wiedzę bardzo szybko przekazać. Ważne jest tylko, jakie kary i nagrody stosujemy i w jakich proporcjach.
O jednej rzeczy już powiedziałyśmy – że planując nagrodę czy karę, musimy przyjmować punkt widzenia dziecka, żeby na przykład
w ramach nagrody nie ciągnąć go na imieniny do cioci Frani, skoro takich spotkań nie znosi. Po drugie – nagroda i kara powinny być adekwatne do zachowań. Karą za pewne drobne przewinienia może być tylko grymas na twarzy rodzica lub powiedzenie surowym głosem: „To mi się nie podoba!”, „Jak myślisz, dobrze zrobiłaś?!”, a za większe przewinienie – choćby uderzenie psa albo brata – odstawienie do innego pokoju i pobycie w odosobnieniu czy przerwanie wspólnej zabawy. Podobnie jest z nagrodami. Nagrodą może być tylko porozumiewawcze mrugnięcie okiem, uśmiech, przelotne pogłaskanie pogłowie, ale może nią być również zorganizowanie wyprawy w góry na trzy dni (ze spaniem w namiocie!), jeśli dziecko nasłuchało się o czymś takim i koniecznie chce to przeżyć. Miałam taki przypadek, że pięciolatek zamarzył sobie, że przejedzie się kolejką bieszczadzką, którą zobaczył w telewizji. Zwróć uwagę, jak wielka jest to nagroda w porównaniu z pogłaskaniem po głowie!
A za co tę nagrodę dostał?
Wszystkie pieniądze, jakie miał w swojej skarbonce, postanowił wpłacić na konto fundacji zbierającej na protezę dla jakiegoś dziecka.
Jak widać, rozpiętość nagród jest szeroka. Ale nie oczekuj,
że wymienię tu całą ich listę. Instrukcji obsługi dziecka na pewno nie sformułuję. Mało tego – będę tępić każdą książkę, która jest jej próbą. Każdy rodzic ma swoje cele i swój system wartości. Może być tak, że istnieje rodzina, w której dziecko jest bardzo intensywnie nagradzane za to, że udało mu się w kolejce ukraść coś komuś z kieszeni lub zwinąć batonik ze sklepu. Może ten przykład wyda ci się ekstremalny, ale chcę uświadomić, że rejestru celów wychowania w rodzinie nie formułuje państwo czy minister oświaty, ale rodzice. I teraz – jeden rodzic nagrodzi swoje dziecko za to, że będzie czułe, delikatne, wrażliwe, a drugi będzie na to reagował alergicznie, bo według niego są to przejawy słabości. Ten drugi nagrodzi swoje dziecko za zachowania czołgu skrzyżowanego z parowozem. Za przebojowość, pewność siebie. Jeden będzie nagradzać dziecko za starania i włożony wysiłek, a drugi ma to w nosie i nagradza tylko za efekty.
Rodzice są różni, ale chyba każdy ma świadomość gradacji wysiłków, celów, powinien więc mieć także świadomość gradacji nagród
i kar. Stopniowanie wiąże się również z wiekiem dziecka. Jeśli masz siedem miesięcy, trafiasz ręką w środek talerza, nabierasz to, co na nim jest, i wkładasz do buzi, chwalę: „Moja genialna córeczka! Jak sobie doskonale radzi!”. Ale trudno, żebym za takie walenie łapą w talerz chwaliła czterolatka. Od niego oczekuję już sprawnego posługiwania się łyżką oraz widelcem (a niektórzy rodzice – także nożem). I to radzenie sobie z coraz trudniejszymi wymaganiami, wspomagane stosowaniem nagród i kar, jest bardzo ważnym mechanizmem rozwoju.
Do pewnego momentu swojego rozwoju moralnego dziecko działa kierowane nagrodami otrzymywanymi od innych czy ewentualnie chęcią uniknięcia kar (ten okres nazywamy heteronomicznym). Te normy i wskazówki dotyczące postępowania, tego, co wolno robić, a czego się nie powinno –płyną z zewnątrz. Dziecko traktuje to jako coś naturalnego: tak jest urządzony świat, że trzeba robić to, co dorośli każą, a nie robić tego, czego zabraniają. Ale przecież to, co będzie sukcesem wychowawczym w odniesieniu do cztero czy sześciolatka (preferowanie zachowań nagradzanych, a unikanie tych karanych), nie zadowoli nas u ośmiolatka (od niego oczekujemy już odczuwania pewnych po winności, na przykład gotowości pomagania innym bez liczenia na nagrodę), a będzie napawać rozpaczą
i przerażeniem, gdyby taką postawę prezentował szesnastolatek (on powinien już mieć ukształtowany własny system wartości i norm kierujących zachowaniami, a nie być zależnym od zewnętrznych kar i nagród). Otóż w wieku starszym niż przedszkolny (ewentualnie pod koniec przedszkola) powinno się zmienić główne źródło nagradzania – z zadowolenia mamusi czy pani przedszkolanki na zadowolenie i dumę z samego siebie. Trzylatkowi mamusia może mówić: „Jestem z ciebie dumna!”, bo to jest rozwojowo uzasadnione (choć ja w takich sytuacjach mówię: „Ale musisz być teraz z siebie dumny!”), ale u siedmiolatka zdecydowanie trzeba pobudzać mechanizm wewnętrznego nagradzania i karania. Bo to jest właśnie sens i cel wychowania (o czym już mówiłam) – mamy ukształtować dziecko tak, że nawet gdy jest pięć tysięcy kilometrów od nas, to zachowuje się zgodnie z tym, co mu wpoiliśmy. Dlaczego? Ano dlatego, że te nasze wymagania, a przynajmniej część z nich, zaakceptowało, uznało za własne, wbudowało w swoją osobowość. I teraz działa zgodnie z nimi nie dlatego, że boi się naszej dezaprobaty czy kary, ale dlatego, że tak mu podpowiada sumienie. A zadowolenie z siebie, z postępowania zgodnego z własnym sumieniem, to właśnie wewnętrzna nagroda.
To jaki jest Twój stosunek do nagród materialnych?
Nie ma nic złego w stosowaniu nagród materialnych wobec małych dzieci. Jeśli malucha nagrodzisz symbolicznie (na przykład pokażesz mu kciuk uniesiony do góry), to nie zrozumie, że został nagrodzony, ponieważ jego świat ogranicza się do świata konkretów. A więc mała zabaweczka, kasztanek, książeczka – to przykładowe nagrody dla najmłodszych. Jeśli maluchowi w nagrodę przykleisz do piersi szczerze uśmiechnięte serduszko albo kwiatuszek (w przedszkolach jest to często stosowane, bo wciąż mamy konkret,
a jednak trochę wchodzi my już w symbolikę i jej ćwiczenie), to jest to jak najbardziej normalne i naturalne.
A wobec starszych dzieci? No, przepraszam, czy nam nagrody materialne sprawiają jakąś straszną przykrość? To oczywiste, że można stosować je w odniesieniu do dziecka w każdym wieku (i wobec dorosłych również). Tyle tylko, że zmienia się nasza możliwość rozumienia bycia nagradzanym, i dlatego wobec malucha nagrody materialne powinnaś stosować częściej niż wobec dziecka odrośniętego, czyli plus minus pięć lat. Bo takie dziecko ma już rozumieć symbolikę: określone słowa, symbole graficzne
i dźwiękowe, określone gesty.
Powiedziałam, że wraz z rozwojem dziecka stawiamy mu coraz większe wymagania i w zależności od tego, czy im sprostało, czy nie, stosujemy nagrody bądź kary. Niestety, część rodziców cechuje postawa nadmiernych wymagań. Straszne, że bywa realizowana przez naprawdę dobrych rodziców, takich, którzy zajmują się swoim dzieckiem, nie zaniedbują go, czasami podporządkowują mu całe życie rodzinne. Wszyscy sąsiedzi przepytywani o tych rodziców powiedzieliby, że to niezwykle porządna rodzina: „Jak oni się o to dziecko starają! Jak się nim zajmują!”. Więc w czym tu problem? Ano w tym, że rodzice, zanim się dziecko urodziło, już wiedzieli, jakie ono będzie, czym się będzie zajmowało w przyszłości. Już sprecyzowali swój ideał. I tym gorzej dla dziecka, kiedy do tego ideału nie pasuje. Rodzice wymyślili sobie, że będzie przedsiębiorcze i energiczne, a tu wyrasta im delikatny, wrażliwy artysta. Jak to pogodzić? W żaden sposób się nie da.
Nadmiernie wymagający rodzice formułują liczne wymagania i w specyficzny sposób starają się wymusić na dziecku ich realizację. Są mistrzami w wywoływaniu poczucia winy: „To mamusia tak się napracowała, a ty nie chcesz jeść! Tatuś tak się przejmuje twoim zachowaniem, że aż go rozbolało serduszko!”. Okazywane przez nich ciągłe rozczarowanie, niezadowolenie jest karą i stosowane
w nadmiarze ma bardzo destruktywny charakter. Jednym z najbardziej niebezpiecznych w skutkach błędów rodziców jest bazowanie na karach. Niektórzy ludzie są osobowościowo skłonni do nagradzania, a drudzy do karania...
Żeby nie rozpieścić dziecka.
Na przykład. Często ci ludzie uważają, że jeśli dziecko zachowuje się tak jak trzeba, to jeszcze nie znaczy, że zasłużyło na nagrodę. Nie ma żadnego powodu, żeby ją stosować. Przecież powinno zachowywać się przyzwoicie! Ale niech tylko zrobi coś, co jest niezgodne z poglądami czy oczekiwaniami rodzica, wtedy natychmiast stosowana jest kara.
Z perspektywy dziecka wygląda to tak, że z nagrodami styka się niesamowicie rzadko, kar natomiast doświadcza dużo, dużo częściej.
Mówiłam już, że powinniśmy mieć wobec dziecka jasno sformułowane wymagania. Każdemu rodzicowi, który wścieka się o coś na dziecko, który mówi: „Za karę nie obejrzysz dzisiaj dobranocki!”, „Za karę nie pójdziesz na plac zabaw!”, „Za karę nie przeczytam ci teraz książeczki!” albo, co jest straszną karą, „Za karę nie ucałuję cię na dobranoc!”, rekomenduję, by w takiej sytuacji (chociaż od czasu do czasu), spokojnie zadał dziecku pytanie: „Czy wiesz, za co zostałeś ukarany?”. Zdziwicie się, jakie są odpowiedzi.
Pomyślałam: bodziec – reakcja. Jeśli chcemy ukarać dziecko, powinniśmy zrobić to natychmiast po przewinieniu.
Powiedziałaś niezwykle ważną rzecz, która dotyczy i nagród, i kar. Trzeba pamiętać, że im młodsze dziecko, tym mniej sekund powinno upłynąć między jego zachowaniem a naszą reakcją, o ile chcemy, by te dwie rzeczy ze sobą połączyło. To faktycznie trochę jak w tresurze psa. Szczytem paranoi jest wrzeszczenie na psa, gdy po dziewięciogodzinnej nieobecności wracamy do domu i widzimy na podłodze kałużę. A ludzie tak robią, przekonując: „Przecież on doskonale rozumie, że źle zrobił! Jak uszy kładł po sobie!”. Figę rozumie! On po prostu reaguje na ich wrzask. I tak samo reagują dzieci.
Spotykam się z takimi pomysłami rodziców, że w odniesieniu do cztero czy pięciolatka stosują system oznaczania jego zachowania (schemat wisi na lodówce przypięty magnesem) i co sobotę analizują wyniki z całego tygodnia. Może słyszeli, że gdzieś
w więzieniach taki system jest stosowany? Ale przecież jest pewna różnica rozwojowa. Wobec dzieci nie wolno stosować takiego odroczenia! Owszem, próbujemy rozwijać
w dzieciach przyjmowanie dłuższej perspektywy czasowej, na przykład zachęcamy, żeby pieniędzy, które dostają, nie wydawały natychmiast, proponujemy: „Jeśli coś zaoszczędzisz na zabawkę, to ja ci drugą część dołożę”, ale to zupełnie inna sprawa. Rodzice jednak często karę odraczają. Przecież nie będą krzyczeć na dziecko przy ludziach! Jeśli ich czteroletni synek nieodpowiednio się zachował podczas wizyty u cioci, wymierzają mu karę po powrocie do domu. To antysystem. Reakcja z parogodzinnym opóźnieniem nie jest w porządku nawet w stosunku do ucznia kończącego podstawówkę! Zawsze trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla nas ważniejsze: czy żeby dziecku coś przekazać, czy to, jak ciocia Henia na mnie spojrzy. Z tego samego powodu wielu rodziców nie reaguje na fatalne zachowania w sklepie, na ulicy, tym samym przyzwalając dziecku na doświadczanie bezkarności.
To co zrobić z dzieckiem, które rzuciło się na środku sklepu, bo chce nową zabawkę?
Udawać, że to nie nasze dziecko, i iść dalej. Naprawdę, to jedyne, co można zrobić. Żadne: „Natychmiast przestań! Opanuj się!”. Kiedy dziecko wpędzi się w stan graniczący z histerią, to nie będzie słuchać żadnych argumentów. Co wtedy zrobić? Odwołać się do prawa efektu, to znaczy bardzo dokładnie kontrolować swoją reakcję, żeby przypadkiem w tej sytuacji dziecko nie doznało nawet śladu nagrody. Bo jeśli ono się rzuca na podłogę
i wrzeszczy, a my, chcąc to przerwać, mówimy: „Jak wstaniesz, to kupię ci czekoladkę!” to przecież w ten sposób takie zachowanie nagradzamy, wzmacniamy.



Wiesz, że to trudne?
Wiem. Ale wykonalne. Jedną z najostrzejszych kar, jaką stosowaliśmy wraz z mężem wobec naszych dzieci, było nieczytanie książeczki wieczorem, nieprzytulenie na dobranoc. Kiedy pozbawiasz dziecko tego, do czego jest przyzwyczajone, jest to dla niegonaprawdę bardzo ostra kara. I rodzic musi mieć tego świadomość. Ale żeby poskutkowała, musisz iść w zaparte: dziecko ryczy drugą godzinę, a ty – zero reakcji. Jeśli się złamiesz i pójdziesz utulić, to wtedy wszystko, co przeżywało dziecko i ty sama (no bo nie spływa to po tobie jak woda po kaczce), idzie na marne. Jeśli mamy wątpliwości, jakie kary stosować, to pozbawiajmy dziecko tego, do czego nawykło. Ale nigdy nie kombinuj z jedzeniem. Jedzenie nie może być ani nagrodą, ani karą.
Lody w nagrodę – to rozumiem, ale jedzenie jako kara?!
Nigdy nie słyszałaś o rodzicach, którzy za karę nie dają dziecku kolacji? Kieszonkowego też nie można traktować w formie nagrody
i kary. Kieszonkowe jest jak pensja – należy się dziecku bez względu na to, co zrobiło.
Muszę jeszcze powiedzieć kilka zdań na temat kar fizycznych. Jestem absolutną przeciwniczką jakiegokolwiek bicia, w tym
także dawania klapsów (chociaż większość ludzi klapsów z biciem nie utożsamia). A dlaczego? Z wielu powodów. Po pierwsze: co taka kara wywołuje? Ból i strach. A strach nie uczy pożądanych zachowań, o które w procesie wychowawczym przecież nam chodzi. Oczywiście, jeśli dziecko robi coś, co mi się nie podoba, i je uderzę, to natychmiast przestaje to robić. I ten argument przytaczają dzielne mamusie i dzielni tatusiowie: „Proszę, jak skutecznie! Od razu zmądrzało!”. Otóż zmądrzało na tyle, żeby przy bijącym rodzicu tego nie robić.
Strach może doprowadzić co najwyżej do tego, że zrezygnuję z zachowania, za które poprzednio mnie uderzono, dopóki nie
zorientuję się, że ryzyka uderzenia już nie ma. Do czego doszłyśmy? Kara nie dość, że nie uczy pożądanych zachowań, to nawet nie oducza zachowań niepożądanych, ona je tylko tłumi na tak długo, jak długo istnieje ryzyko bycia ukaranym. To pozorna skuteczność karania. Nie osiągnęliśmy niczego. Kara fizyczna nie wychowuje.
Kolejny powód, dla którego bicie nie jest dobrym pomysłem, wynika z naszej wcześniejszej rozmowy. Dziecko to też człowiek,
a człowiek, jak wiadomo, do wszystkiego się jakoś przyzwyczaja, a zatem dziecko często bite przyzwyczaja się do tej kary. I żeby robiła na nim takie samo wrażenie, musi być coraz bardziej dotkliwa. No, to bijemy najpierw ręką, potem, żeby efekt był taki sam, kapciem, a kiedy i to przestaje skutkować, zaczynamy bić kijkiem... Do czego zatem dojdziemy? Do metalowego drąga?! Ponadto
w dorosłych, którzy zastosowali łagodne, ich zdaniem, formy kar fizycznych, czyli bicia, też następuje oswajanie tej kary. Przestaje to robić na nich wrażenie, znikają opory: „Przecież nic się dotąd nie stało! Przecież tyłek to nie szklanka!”. Rośnie zatem prawdopodobieństwo stosowania bicia, rośnie też siła uderzeń. A więc włącza się proces eskalacji.
A w ogóle sądzę, że większość przypadków bicia dzieci dość słabo wiąże się z ich wcześniejszymi zachowaniami, nie wynika z chęci korygowania ich postępowania. Bicie jest raczej odreagowaniem na dziecku rodzicielskich frustracji, złości, poczucia bycia lekceważonym. To, krótko mówiąc, wyraz rodzicielskiej bezradności, nieumiejętności poradzenia sobie z odczuwaną złością w inny, bardziej przemyślany i dojrzały sposób.
A sytuacje niebezpieczne? Dziecko wbiegło na ulicę...
Dobiegasz do dziecka, chwytasz i wrzeszczysz: „Nie!!!”. Takie szarpnięcie jest uzasadnione, w przeciwieństwie do szarpania, które jest zamiast bicia. Tego robić nie wolno. Bo to również jest przemoc.
Pomyślmy o niebezpieczeństwach związanych z nadmiernym karaniem, nie tylko z biciem. Jedną z konsekwencji jest unikanie przez dziecko kontaktu z rodzicem. Pojawia się między nimi dystans. To naturalne, że jeśli ze strony jakiejś osoby spotykają cię ciągłe kary: pretensje, wyrzuty czy wręcz kary fizyczne, musiałabyś chyba oszaleć, żeby chcieć spędzać z nią czas. Bardzo często mogą doświadczać tego surowi rodzice – dzieciak zamyka się w swoim pokoju, bo nie chce z nimi przebywać. Po co, skoro wiąże się to
z samymi nieprzyjemnymi rzeczami? Na marginesie – przychodzi taki okres w rozwoju dziecka, że niezależnie od rodzaju systemu nagród i kar, będzie się ono zamykało w swoim pokoju. Ale to całkiem inna sprawa.
Może się zdarzyć, że dziecko nadmiernie karane zbuntuje się – psychicznie, emocjonalnie odrzuci to, jak rodzice wobec niego postępują; będzie pewne, że racja jest po jego stronie. Ale ile dzieci na to stać? To naprawdę zdarza się rzadko. I tylko wśród starszych dzieci. Znacznie częściej szafowanie karami doprowadzi do tego, że wychowamy agresora. Pamiętajmy o mechanizmie naśladownictwa. Jeśli bez przerwy posługujemy się karami, a już szczególnie fizycznymi, to czego uczymy nasze dziecko? Jaki wzór postępowania demonstrujemy? Ano uczymy tego, że gdy mamy kłopoty z zachowaniami drugiego człowieka, to posługujemy się agresją, że to jedyny sposób na poradzenia sobie z trudnościami. Jest jeszcze inna ewentualność – że wychowamy bierne, uległe, bojące się wszystkiego i wszystkich, a także każdego działania dziecko. Bo jeśli mamy ciągle o coś pretensje, to dziecko wyciąga wniosek, że najbezpieczniej jest nic nie robić, że najlepszy jest bezruch. Że nie wspomnę już o poczuciu własnej wartości
i samoocenie tak traktowanego dziecka, bo to temat na oddzielną rozmowę.
Nie mówiłyśmy jeszcze o różnych formach kar i nagród.
W pewnych sytuacjach warto zdać się na tak zwaną karę naturalną, czyli pozwolić dziecku odczuć przykrą konsekwencję jego zachowania. Możesz mówić dzieciakowi piętnaście razy: „Nie wchodź na wersalkę, bo spadniesz!”, a możesz też pozwolić, żeby spadło i boleśnie się uderzyło. Odczuwany ból jest tutaj karą naturalną – przecież to nie ty zepchnęłaś dziecko z wersalki, ono zleciało na własne życzenie... Oczywiście, nie pozwolę wybiec dziecku na jezdnię, nie pozwolę na moich oczach włożyć drucika do kontaktu czy dotykać garnka z wrzącą wodą, ale jeśli w grę wchodzi uderzenie, zgubienie jakiegoś drobiazgu, to czemu nie? Kara naturalna bywa cudownie skuteczna.
Chociaż oprócz kar naturalnych, mamy też naturalne nagrody. Lecz o ile działanie kar naturalnych może wspomagać proces wychowawczy, o tyle bardzo często naturalne nagrody działają niezgodnie z naszymi intencjami i bywa, że to one
sprawiają, że nie dajemy rady z wyrugowaniem pewnych zachowań. Mówimy dziecku, że przed obiadem nie wolno mu jeść słodyczy, czasami z tego powodu stosujemy nawet kary, ale ten boski smak, który czuje, pałaszując pół czekolady, jest nagrodą rekompensującą wszelkie mające nadejść z tego powodu awantury. Pani w przedszkolu mówi Bartusiowi, że nie wolno tak szaleć, ale Bartuś widzi, że gdy to robi, dzieci patrzą na niego z podziwem. Ta bardzo silna nagroda naturalna jest konkurencyjna wobec stosowanych przez wychowawczynię wymówek i kar.
A jak ważna jest konsekwencja rodziców? Wspólny front? Razem nagradzamy i razem karzemy?
O konsekwencji, lub jej braku, możemy mówić w przynajmniej dwóch kontekstach. Weźmy na przykład taką sytuację: dzisiaj za niepowiedzenie „dzień dobry” sąsiadce patrzę na ciebie srogo i mówię: „Burak się tak zachowuje, a nie dziecko!”, a następnego dnia, gdy ponownie nie mówisz „dzień dobry”, nie spotyka się to z żadną reakcją z mojej strony. To jest mój brak konsekwencji. Konsekwencja w wychowaniu oznacza zatem stałość pewnych wymagań i skutków związanych z ich przestrzeganiem. Jako taka jest w wychowaniu nieodzowna. Ale konsekwencja może dotyczyć również zgodności celów i sposobów ich osiągania prezentowanych zarówno przez matkę, jak i ojca. Byłoby wspaniale, gdyby tę konsekwencję rozszerzyć i gdyby tę zgodność w procesie wychowawczym prezentowali też dziadkowie, starszy braciszek i pani w przedszkolu. Byłoby też wspaniale, gdyby chociaż
w podstawowych sprawach, na przykład takich, że nie wolno nikogo krzywdzić, między ważnymi dla rozwijającego się dziecka osobami była zgoda. Iw tych podstawowych sprawach namawiam dorosłych do tego, żeby wypracowali kompromis i byli wobec dziecka jednogłośni i konsekwentni. Bo jeśli tu nie będzie jednego frontu wobec dziecka, to tak naprawdę utrudniamy mu zrozumienie tego, co powinno stanowić oś jego rozwoju moralnego: rozróżnienie dobra i zła. A drobiazgi zostawmy. Nie warto się o nie spierać.
(fragment książki „Twoje szczęśliwe dziecko, czyli jak być wystarczająco dobrym rodzicem”; Aleksandra Piotrowska i Irena Stanisławska; Wydawnictwo "Zwierciadło")
/ listy do pakamery
grudzień '23 (16)
Zawiodłam jako nauczycielka...

Czasem o trudnych sprawach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko... To trochę tak, jakby rozmawiać
z inną planetą. Napisz do mnie, a może uda nam się przeżyć moment prawdziwej rozmowy. Nawet wtedy, gdy nie będę w stanie poradzić. Ale może mam podobny problem; wtedy poczujemy się mniej samotni.
Napisz do mnie... pakamera.info@gmail.com
(z dopiskiem - dla Pauliny)
Pamiętam dzień moich 5. urodzin, bo wtedy ją dostałam. W tamtych czasach bardzo trudno było taką zdobyć. Pamiętam szelest rozdzieranego papieru i okrzyk radości, jaki z siebie wydałam. Chropowata powierzchnia, zapach drewna i kredy… Dostałam gęsiej skórki z podekscytowania. Od dawna marzyłam o tablicy, by sadzać przed nią rządkiem lalki oraz misie i uczyć je alfabetu oraz cyferek. Marzyłam też o tym, że kiedyś zostanę prawdziwą nauczycielką, będę miała prawdziwych uczniów… Kilkanaście lat później moje marzenie się spełniło.
Kiedy po raz pierwszy, podczas praktyk studenckich, stanęłam przed prawdziwą tablicą, ubrana w nieco zbyt poważną jak na mój wiek garsonkę, nogi drżały mi z emocji.
– Nazywam się Małgorzata i będę mieć z wami zajęcia z historii – mój głos odbijał się od ścian, pomalowanych do połowy wysokości zieloną farbą olejną.
Po klasie przebiegł szmer, a ja usiadłam przy biurku i po raz pierwszy otworzyłam dziennik. I wtedy poczułam, że jestem na właściwym miejscu. Uśmiechnęłam się do siebie.
Ten uśmiech nie zniknął z mojej twarzy, gdy zostałam dyplomowaną nauczycielką i miałam własne klasy.
Przez kilka kolejnych lat wszystko układało się niemal sielankowo. Spełniałam się w swoim wymarzonym zawodzie. Drobne problemy mnie dopingowały, sukcesy uskrzydlały. A gdy jeszcze wyszłam za mąż za ukochanego mężczyznę, niemal promieniałam szczęściem. Idiotka. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że żyję w szklanej bańce samozadowolenia, a ta wcześniej czy później musiała pęknąć.
Rysy na szkle pojawiły się, gdy przejęłam klasę ciężarnej koleżanki, która poszła na zwolnienie lekarskie. Dotąd radziłam sobie
z uczniami, choć nie należałam do nauczycieli, którzy utrzymują młodzież w ryzach za pomocą twardej dyscypliny. Moją bronią były siła spokoju, rozmowa i chęć zrozumienia. Wiem, że wielu uczniów ceniło mnie za to i nawet zwracało się do mnie ze swoimi problemami osobistymi.
Nowa klasa postanowiła jednak wystawić moją cierpliwość i powołanie na próbę. Hałas na lekcji, głośne rozmowy, słuchanie muzyki, bawienie się telefonami komórkowymi, ignorowanie moich pytań, próśb i poleceń, pyskowanie – to była codzienność. Próbowałam wszelkimi znanymi mi sposobami wpłynąć na grupę, niestety, w przypadku tych rozwydrzonych, bezczelnych i podłych dzieciaków nie przynosiło to żadnych rezultatów.
Nie powinnam tak o nich myśleć, co dopiero mówić, to było niedojrzałe i niepedagogiczne, ale nie mogłam się powstrzymać. Jakby
w jednej kasie zgromadzono wszystkie szkolne czarne owce, które od samego początku były nastawione do mnie wrogo. Cokolwiek bym zrobiła, nie zamierzali współpracować.
Jeśli to był jakiś test, nie zdałam go. Jeśli to była próba sił, poległam.
Nie lubiłam tych dzieciaków. Co gorsza, bałam się ich, a one bezbłędnie to wyczuwały i były jeszcze gorsze. Wpisywałam więc uwagę za uwagą i stawiałam najgorsze oceny.
Dyrektor też zauważył, że jestem w złej formie.
Pewnego ranka uświadomiłam sobie, że ulotnił się gdzieś cały mój entuzjazm. Również na lekcjach w innych klasach. Zamiast
z zapałem przygotowywać się do pracy, ja siedziałam, ściskając w dłoniach kubek herbaty i próbując nie myśleć o tym, że z nerwów boli mnie brzuch.
– Powinnaś być bardziej stanowcza – uraczył mnie banałem mój mądry mąż.
– Wcześniej nie musiałam być surowa ani groźna, i wszystko było w porządku.
Wypiłam herbatę z melisy i z ciężkim sercem pojechałam do szkoły.
– Dzień dobry! – powiedziałam zdecydowanym tonem, lecz raptem parę osób raczyło unieść głowy; wrzawa jak podczas przerwy nie ucichła.
Usiadłam przy biurku i otworzyłam dziennik. Zanim zaczęłam odczytywać listę obecności, tuż za mną stanął jeden z uczniów. Wyjął z kieszeni komórkę i zaczął mnie filmować, co klasa skwitowała gromkim śmiechem. Odwróciłam się gwałtownie, chcąc zabrać chłopakowi telefon. Wyrywaliśmy go sobie z rąk, aż spadł na posadzkę. Podniosłam go. Wyświetlacz był pęknięty.
Od razu poszłam do dyrektora, aby wyjaśnić ów incydent. Nerwowo przemierzał gabinet od jednej ściany do drugiej. W końcu usiadł za biurkiem i spojrzał w moim kierunku.
– Co się z panią ostatnio dzieje? – zapytał z wyrzutem w głosie. – Brakuje mi tylko kolędujących z pretensjami rodziców, że nauczyciele stosują przemoc wobec dzieci, że narażają ich na straty moralne, psychiczne i materialne… Nie wie pani, jacy są ludzie? Jak długo już pani pracuje w tym zawodzie? Czemu nie potrafi sobie pani poradzić z bandą dzieciaków? To nie są anioły, przyznaję, ale nikt nie obiecywał, że praca nauczyciela to sielanka. Dorota jakoś potrafiła ich okiełznać – dodał, dobijając mnie.
– Wiem, ale…
– A na dodatek teraz zostawiła ich pani samych, tak? – nie ustawał w krytyce. – Jeżeli coś się tam stanie podczas pani nieobecności, kto będzie za to odpowiedzialny? O tym również pani nie pomyślała? Koleżanko, naprawdę… Chora jest pani? A może też w ciąży?
Dyrektor patrzył na mnie, ni to z troską, ni z poirytowaniem.
Wtedy coś we mnie wtedy pękło i wybuchłam płaczem.
– Przepraszam – wymamrotałam, ocierając łzy rękawem swetra.
– Wyślę kogoś do klasy, w takim stanie nie może się pani pokazać. Proszę sobie wszystko przemyśleć i zmienić nastawienie.
Zapłakana pobiegłam do pokoju nauczycielskiego. Powinien był być pusty, skoro trwała lekcja. Wpadłam i usiadłam na krześle, chowając twarz w dłoniach.
– Małgosia…? – rozpoznałam głos Ani, nauczycielki matematyki; zapewne miała akurat okienko. – Co się stało?
– Co? Czuję się tak, jakbym tonęła! I jakbym codziennie musiała walczyć o życie. To się stało!
Chlipiąc, mówiłam i mówiłam. Ania słuchała, poklepując mnie po ramieniu. Gdy skończyłam, sięgnęła do torebki i podała mi wizytówkę lekarza psychiatry.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
– No co? Pójdziesz tam i powiesz to, co mnie – uśmiechnęła się. – To jest bardzo dobry lekarz. Coś zaradzi. W razie potrzeby przepisze ci tabletki, po których poczujesz się lepiej.
– Tabletki?
– To nic strasznego ani wstydliwego, kochana. Daj sobie pomóc, zanim się wykończysz – Ania pogłaskała moją dłoń. – Obiecaj, że pójdziesz.
Kiwnęłam głową i schowałam wizytówkę do kieszeni jeansów.
Do psychiatry nie chodzą tylko wariaci, prawda?
Gdy wróciłam do domu po lekcjach, mojego męża jeszcze nie było. Wzięłam gorącą kąpiel i nalałam sobie wina do kieliszka.
Boże, czy naprawdę jest ze mną tak źle, że potrzebuję psychiatry? – zastanawiałam się, wciąż w ponurym nastroju. – No ale skoro Ania się u niego leczy i jest jedną z bardziej cenionych w szkole nauczycielek, to może taka terapia pomaga…
Następny dzień zaczął się nieprzyjemnie. Dyrektor zaprosił mnie do swojego gabinetu. Usiadłam zdenerwowana.
– Rodzice proszą o spotkanie z panią – oznajmił z surową miną.
Nie musiał uściślać, o którą klasę chodzi.
– Dobrze – westchnęłam.
– Sekretarka umówiła spotkanie na dzisiaj, na siedemnastą.
Tego dnia miałam lekcje tylko do trzynastej, więc od razu po skończonych zajęciach pojechałam do gabinetu lekarza poleconego przez koleżankę. Nie byłam wprawdzie umówiona, ale w akcie desperacji powołałam się na Ankę i tak gorliwie prosiłam, że zgodził się mnie przyjąć pomiędzy pacjentami.
Wizyta trwała zaledwie kwadrans. Pan doktor orzekł, że cierpię na zaburzenia lękowe i mam stany depresyjne, po czym wręczył mi receptę. Poinformował, które leki mam brać doraźnie, a które na stałe. Ostrzegł, że to nie cukierki.
Byłam nieco skołowana, postanowiłam jednak, że spróbuję. Test przejdę o piątej, podczas spotkania z rodzicami feralnej klasy, przed którym bardzo się denerwowałam. Koszmarnie wręcz.
Od razu po powrocie do domu zażyłam lek uspokajający. Na napady lękowe.
Pobieżnie przebiegłam wzrokiem ulotkę, nie zatrzymując się dłużej na skutkach ubocznych. Przecież wymieniają je nawet przy aspirynie. Potem schowałam leki do szuflady mojego sekretarzyka, którą zamknęłam na kluczyk.
Nie chciałam, aby mąż zobaczył, czym się faszeruję. Martwiłby się. Albo co gorsza uznał, że się poddałam, poszłam po linii najmniejszego oporu, skoro sięgnęłam po farmakologię. Bywał czasem mało tolerancyjny, zwłaszcza jeśli chodziło o używki, pigułki
i tak dalej. Jego siostra jest alkoholiczką, pewnie dlatego był tak przeczulony.
Lekarstwo zaczęło działać w ciągu godziny. Poczułam się dużo spokojniejsza, ale zarazem senna. Przetrwałam spotkanie, którego tak się bałam, choć odnosiłam wrażenie, że widzę i słyszę wszystko jak zza szyby. Dziwne uczucie.
– To normalne, organizm musi się przyzwyczaić – tłumaczyła Anka.
Od tamtej pory zaczęłam regularnie łykać tabletki na uspokojenie, choć miałam ja brać w razie napadu lęku lub gdy się będę obawiała potencjalnie stresującej sytuacji. Kłopot w tym, że dla mnie praca była obecnie jednym wielkim stresem. Jednocześnie zgodnie
z zaleceniem codziennie brałam leki antydepresyjne.
Panie, niech pan nie gada, tylko wypisuje receptę!
Zatrważająco szybko nie byłam w stanie bez moich tabletek funkcjonować. A sytuacja w klasie wcale się nie poprawiła, tyle że teraz mało mnie to obchodziło. Wkrótce dyrektor wyznaczył kogoś innego na moje miejsce – co też mnie nie obeszło – a ja poświęciłam swój czas innym klasom. Myślałam, że wszystko wróci do normy, ale nie wróciło.
Nie mogłam wytrzymać jednego dnia bez leków. Kiedy wybrałam się do pracy bez zażycia tabletki na uspokojenie, musiałam wrócić do domu między lekcjami, aby wziąć pominiętą dawkę. Dostałam takiego ataku paniki, jakbym zaraz miała umrzeć.
Serce waliło mi jak młotem, cała się spociłam i z trudem łapałam oddech, jakbym przebiegła maraton i miała za chwilę skonać na zwał. Trzęsącymi się dłońmi ledwo trafiłam kluczykiem do dziurki, a potem wyszarpnęłam pastylkę z listka i połknęłam ją bez popijania. Pomyślałam o Ani. Ona zawsze była taka spokojna i uśmiechnięta. Czyżby na nią tabletki nie działały w taki sposób? A może miała je zawsze przy sobie? Tak, pewnie tak. Na pewno tak!
Nie pomyślałam, że kontroluje ich zażywanie. Zapomniałam o ostrzeżeniach lekarza, że tabletki to nie cukierki, więc mam je zażywać tylko w razie ewidentnej potrzeby, bo uzależniają. Uznałam, że moja potrzeba jest tak duża, iż muszę brać je codziennie, nawet parę razy dziennie, więc jestem usprawiedliwiona. Od tamtego dnia zabierałam tabletki ze sobą do szkoły i gdy tylko łapał mnie stres, od razu po nie sięgałam.
Prawdziwy dramat przeżyłam pewnego ranka, gdy zorientowałam się, że skończył mi się zapas proszków. Sądziłam, że mam jeszcze jeden listek, ale się pomyliłam, a w tym, który mi został, była już tylko jedna, ostatnia pastylka. Poczułam się jak nałogowy palacz, który odkrył, że w ostatniej paczce został mu już tylko jeden papieros.
Zamiast do pracy pojechałam do lekarza i wpadłam w panikę, gdy okazało się, że pan doktor ma urlop do końca tygodnia. Cała spocona pognałam do lekarza rodzinnego, prosząc go o niezbędną receptę.
Przyjrzał mi się uważnie.
– Czy pani wie, że te leki są silnie uzależniające? – zapytał.
Patrzyłam na niego tępym wzrokiem i powtarzałam w myślach: „No dalej, konowale jeden, przepisz mi te cholerne tabletki!”.
– Można je brać wyłącznie doraźnie – kontynuował, a ja wpatrywałam się w niego jak sęp w padlinę. – Nie mogę ich pani przepisać, nie jestem psychiatrą.
Z głośnym świstem wypuściłam powietrze z płuc.
– Proszszę – wycedziłam przez zęby.
– Czy pani jest uzależniona?
Wstałam gwałtownie z krzesła i spojrzałam na niego gniewnie.
– Mam silną depresję i stany lękowe! Właśnie przez takich jak pan ludzie tacy ja skaczą z mostu!
Cholera, zapomniałam zamknąć szufladę z lekami!
Wyszłam, trzaskając drzwiami. Potem zjeździłam pół miasta, aż w końcu trafiłam na psychiatrę, który zgodził się mnie przyjąć
i wypisał receptę. Już spokojna – skoro miałam zapas – wróciłam do domu i nonszalancko rzuciłam kurtkę na wieszak. Skierowałam się do sypialni, aby schować opakowania tabletek w sekretarzyku.
W progu stanęłam jak wryta. Rano z tych nerwów musiałam zostawić otwartą szufladę… Na brzegu łóżka siedział Karol, trzymając
w dłoniach ulotkę leku. Na łóżku rozłożone były puste i pełne opakowania. Dopiero na ich widok, uświadomiłam sobie, jak dużo ich zażywam.
– Masz mi coś do powiedzenia? – spytał mąż, wciąż na mnie nie patrząc.
– Leczę się. Na stany lękowe. Na depresję – wyrzucałam z siebie słowa, próbując powstrzymać narastający gniew. Nie udało się. Zresztą atak to ponoć najlepsza obrona.
– Jakim prawem grzebiesz w moich rzeczach?! – wrzasnęłam.
– Takim prawem, że się o ciebie martwię! – Karol wstał gwałtownie i chwycił mnie za ramiona. – Gdzie byłaś? Bo nie w pracy. Czemu nie odbierałaś telefonu?
Syknęłam, choć wcale nie bolało. Chciałam, by się odsunął, by przestał pytać.
– Przepraszam, kochanie – zwolnił uścisk. – Ale czy ty myślisz, że nie widzę, co się z tobą dzieje?
– Nie jestem ze stali, nie dawałam już rady… – po policzkach spłynęły mi łzy.
– I zamiast poszukać pomocy, zaczęłaś się faszerować tym? – Karol wskazał zasłane lekarstwami łóżko.
Znowu mnie wkurzył.
– Te leki są właśnie pomocą! Łatwo ci mówić, panie wspaniały. Dajesz sobie radę ze wszystkim i oczekujesz, że inni będą tacy sami. Nie są! Twoja siostra nie jest!
To był ryzykowny argument, ale szarżowałam, bo chciałam się go pozbyć z sypialni i nie zważałam na nic.
– Ja też nie jestem! A ty zamiast mnie wspierać, tylko krytykujesz! To nie pomaga!
Karol potarł czoło, broda mu zadrżała. Spojrzał na mnie.
– Gdzie byłaś cały dzień? – zapytał nagle.
Uciekłam wzrokiem w bok.
Następnego dnia zawiózł mnie do ośrodka uzależnień. Tamtejszy lekarz zalecił psychoterapię i ustalił plan leczenia, który pomoże mi wyjść z tego potrzasku.
Bo okazało się, że mimo uzależnienia nie mogłam ot tak odstawić pigułek, skoro nadal cierpiałam na depresję i stany lękowe. Dlatego dostałam zwolnienie, by w spokoju dochodzić do siebie, z dala od „czynnika wywołującego stres”.
Mąż otacza mnie troskliwą opieką. Jest jak skała, jak tyczka dla łamiącego się, potrzebującego wsparcia pnącza. Powinnam była od razu wszystko mu powiedzieć, zamiast ukrywać problemy. Ale czułam wstyd, strach, że go zawiodę, że mnie zostawi, bo jestem nie dość dobra, nie dość idealna.
Nie wiem, czy wrócę do uczenia. To było moje marzenie od dziecka, ale może będę musiała znaleźć sobie inne. Dla własnego dobra
i zdrowia.
Jadwiga, Nowy Jork
Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione dla bezpieczeństwa bohaterów. Wszelkie zmiany wprowadzono za zgodą autorki listu.
Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, jeśli nie masz nic przeciwko temu, żeby Twój list został opublikowany w kolejnych odsłonach "listy do pakamery", a skierowane do Pauliny, prosimy o dodanie w treści e-maila formułki o następującej treści: Wyrażam zgodę na publikację mojego listu w miesięczniku „pakamera.polonia” w całości lub we fragmentach wybranych przez redakcję, ze wskazaniem mojego imienia, a także na dokonywanie przez redakcję korekty tekstu na potrzeby takiej publikacji". Dziękujemy!