prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com

SPIS TREŚCI
pakamera.polonia / styczeń '24 (17)
świat, ludzie, obyczaje
prawie jednym zdaniem... redakcja
Czy umiemy się bawić? (rozmowa) Karolina Lewestam
Maurycy August Beniowski - polski cesarz Madagaskaru (portrety/Polacy na świecie) Jerzy Ziemacki
Marek Hłasko - pisarz buntownik i łamacz serc (portrety/literatura) Dominika Soćko
Skazani na Madagaskar (reportaż) Emilia Klimasara
Biblioteka w Gladstone (ludzie i obyczaje)
kultura
Witold-K Kaczanowski (sztuka/malarstwo) Anna Łappo-Malosse
Międzynarodowe Festiwale Filmowe (najważniejsze) redakcja
Dom mojej matki (opowiadanie) Marek Hłasko
inspiracje
Madera, czyli wino na opak (wokół stołu ) Norbert Dudziński
Madagaskar - największa wyspa Afryki (podróże) David Kaszlikowski
Dzieci pod ciężarem oczekiwań (wychowanie) Alina Gutek
Druga rodzina... Listy do Pauliny
Od redakcji
Podsumowania roku ubiegłego jeszcze nie będzie, wszak nadal trwamy w roku przeszłym. Jeszcze nie zdążyliśmy przekopać się przez nieistniejące śniegi do tego nowego… Trwamy w przeszłych świętach, w styczniu nowego roku łamiemy się opłatkiem na różnych spotkaniach, organizujemy choinkowe przyjęcia, chociaż Mikołaj, święty czy nieświęty, zapadł już w sen. Nadal szukamy stajenki, a przecież tradycyjni trzej królowie już ją znaleźli, przyszli i poszli w nieznane, by przypomnieć o sobie w roku 2025… Jak ten czas szybko mija… Zanim się obejrzymy, znowu tradycyjny opłatek pojawi się między nami, tylko nie wiemy czy w listopadzie, a może w styczniu czy lutym, bo grudzień jest dla nas zdecydowanie za krótki, by zorganizować wspólne, środowiskowe spotkania i przedstawienia powtarzające się tematycznie… A może wreszcie uda nam się go nieco „wydłużyć” i zaczniemy działać solidarnie i nie mniej milo? Mamy kilka miesięcy do dyskutowania o wspólnych planach…
A teraz czas radości wielkiej, karnawału hucznie obchodzonego w wielu krajach świata (do 14 lutego tego roku). Czy potrafimy się bawić tak spontanicznie i barwnie jak w Rio czy Wenecji? Na to pytanie odpowiada prof. dr hab. Wojciech Dudzik, a poeci opisują to doroczne zjawisko w swoich strofach. Jak się bawić, to się bawić! W tym czasie nawet wino bardziej smakuje, warto więc poznać nieco bliżej Maderę, wino mocne, o specyficznym smaku. Skąd nazwa, jego smak i urok – o tym opowiada polski sommelier z Danii. Nieco wyciszonych Czytelników zapraszamy do wspólnego kontemplowania sztuk plastycznych – Witolda-K Kaczanowskiego czy Jana Henryka Rosena, a opowieść o Maurycym Auguście Beniowskim przybliży wszystkim Madagaskar, przedstawiony z różnych punktów widzenia i przeżyć.
redakcja
prawie jednym zdaniem...
Styczeń 2024 (17)
Aktorzy powracają przed kamery! Studia filmowe skapitulowały wobec determinacji protestujących i spełniły większość ich postulatów. Strajkowali 118 dni, by wreszcie dostać wszystko, czego chcieli – wyższe wynagrodzenia, lepsze ubezpieczenia zdrowotne, ochronę przed sztuczną inteligencją.
Aktorzy rozpoczęli strajk 14 lipca, dołączając do protestujących scenarzystów. Wówczas wydawało się, że nie mają szans na wygraną z producentami, którzy twierdzili, iż ich oczekiwania są nierealne. Może właśnie dlatego pierwsze oficjalne rozmowy zaczęli prowadzić dopiero po 80 dniach protestu. Jednak ich spotkania okazały się bezowocne
– strajkujący uparcie trwali przy swoich stanowiskach, uniemożliwiając tym samym jakiekolwiek porozumienia.
Protest dotknął każdy sektor przemysłu rozrywkowego – od artystów poprzez lokalne firmy po potężne koncerny medialne. Wstrzymywał produkcje, zakłócał telewizyjne ramówki czy ceremonie rozdawania nagród, zmuszał studia do przekładania kinowych premier. Więcej – aktorski bojkot zachwiał gospodarką Kalifornii – stan poniósł straty szacowane na ponad pięć miliardów dolarów. Wszystko to razem spowodowało, że studia musiały wreszcie ugiąć się wobec dezaprobaty protestujących i wznowić rozmowy.
Od 24 października negocjowano nieprzerwanie, o co zabiegali najbardziej znani, chociaż nie biorący udziału
w proteście, członkowie SAG-AFTRA – George Clooney, Ben Affleck, Jennifer Aniston i Tyler Perry. Najtrudniej było
w kwestii wykorzystania sztucznej inteligencji, ale i ten punkt negocjacji w końcu uzgodniono pozytywnie dla około stu sześćdziesięciu tysięcy członków gildii aktorów, którzy porzucili prace i pikietowali przed studiami filmowymi przez prawie cztery miesiące.
9 listopada 2023 roku najdłuższy strajk aktorów w historii Hollywood został oficjalnie zawieszony. Wytrwałość opłaciła się… (AZ; na podstawie: Vanity Fair, Variety Magazine, The Guardian)
Statystyczny Polak spożywa około osiemdziesięciu kilogramów mięsa rocznie. To jeden z wyższych wyników
w Europie.
Mark Twain rozmawiał raz z pewnym Francuzem, który chcąc być dowcipnym powiedział:
- Jeżeli przeciętny Amerykanin się nudzi, zawsze może spędzić interesująco jakiś czas badając, kim był jego dziadek.
- Natomiast Francuz w tej samej sytuacji – odparł Twain – może się zająć badaniem problemu, kto był jego ojcem.
Na naszej planecie żyje wiele istot, których zmysły są bardziej zaawansowane niż ludzkie. Żółwie wyczuwają pole magnetyczne Ziemi. Słonie słyszą znacznie niższe częstotliwości niż ludzie, a motyle potrafią rozróżniać subtelne różnice barw w zakresie światła ultrafioletowego (DP; na podstawie National Geographic)
W ostatnich czasach “dobrej zmiany” w Warszawie posadzono 24 drzewa kupione w Niemczech po czternaście tysięcy złotych za sztukę. (AZ; na podstawie tvp.pl)
Prozopagnozja to niezdolność do rozpoznawania twarzy. Zaburzenie to dotyczy około 2 procent ludzi na świecie.
Niezwykle rzadko spotykane diamenty zanieczyszczone borem, co nadaje im żywy niebieski odcień, osiągają zawrotną cenę 19 milionów dolarów za jeden gram.
Amerykański kompozytor i pianista George Gershwin na jednym z przyjęć został „przygwożdżony” do krzesła przez niezwykle gadatliwą damę. Pani mówiła cały czas sama, nie przerywając ani na chwilę, aż w końcu zawołała z uśmiechem:
- Mój Boże! Rozmawiamy już przeszło godzinę, a pan nie powiedział jeszcze ani słowa!
- Cóż za jednomyślność, prawda? – odparł Gershwin.
Rozpoznanie zawału serca z dużym wyprzedzeniem jest właściwie niemożliwe, przez co jest on przyczyną 10-20 procent wszystkich zgonów. Aby diagnostyka była skuteczniejsza, francuscy badacze postanowili „wyszkolić” sztuczną inteligencję. Inżynierowie „nakarmili” algorytm danymi obejmującymi dokumentację medyczną 95 tysięcy osób z Francji i USA, które były hospitalizowane lub zmarły
z powodu zatrzymania akcji serca. Oprócz podstawowych danych, takich jak wiek, pleć i miejsce zamieszkania, naukowcy wykorzystali dokumenty obejmujące 10 lat przed wystąpieniem zdarzenia – ponad milion diagnoz szpitalnych
i 10 milionów recept. Szeroki zakres danych umożliwił algorytmowi stworzenie indywidualnych profili ryzyka, co skutkowało postawieniem prawidłowej diagnozy w 90 procentach przypadków. (AZ; na podstawie CNN)
Napoleon I oblegając w roku 1809 Sewillę, która stawiała zacięty opór, napisał do komendanta miasta: „Jeśli się do trzech dni nie poddacie, to po zdobyciu szturmem miasta każę wszystkich „zgolić”.
List ten nigdy nie został wysłany, gdyż jeden z doradców cesarza zauważył:
- Nie uczynisz tego, Sire.
- Dlaczego? Kto mi zabroni?
- Bo do tytułów: cesarza Francji, króla włoskiego i innych, nie chcesz dodać tytułu „cyrulika sewilskiego”.
Podyplomowy kurs magii i okultyzmu prowadzony będzie na brytyjskim Uniwersytecie w Exeter w roku akademickim 2024/2025. To jeden z pierwszych kierunków na Wyspach, które oferują prawdziwy dyplom i tytuł magistra za wiedzę
o czarach. Zajęcia będą połączeniem nauk humanistycznych, między innymi historii, literatury i socjologii. a wykładowcy przedstawią, jak przez wieki wyglądało postrzeganie magii
i okultyzmu w różnych kulturach świata. (DP)
/ rozmowy
styczeń '24 (17)
Czy umiemy się bawić?
KAROLINA LEWESTAM
Zabawa nie jest rozrywką, ale praktyką kulturową pozostającą poza zwykłym życiem. Nie podlega regułom codzienności. Zawiesza obowiązujące prawa, wymaga innych zasad. Zabawa ma swoją świętą powagę.

Gdzie pan się wybiera na karnawał?
Problemem badacza karnawału jest to, że wszędzie, z małymi wyjątkami, karnawał odbywa się w tym samym czasie. Z rzadka tylko można pogodzić ze sobą dwa albo trzy wydarzenia w jednym sezonie, ale w różnych miejscach. Dlatego uważam za swoje wielkie osiągnięcie, że udało mi się zobaczyć już prawie czterdzieści karnawałów. Każdy z nich był inny – pod względem kostiumów, masek, muzyki, zmienionego rytmu życia, jakiego mogłem przez kilka dni doświadczyć. (...) Karnawału takiego, jaki znamy z poprzednich lat, nie będzie.
Czy to źle?
Bardzo źle. Przez pandemię część karnawału nie mogła się odbyć. Proszę sobie wyobrazić, że w Bazylei, gdzie karnawał organizowany jest z wielkim rozmachem, ogłoszono z tego powodu żałobę. Wywieszono czarne flagi.
Żałoba po zabawie, która się nie odbyła?
Karnawał to nie tylko zabawa. Czasem nazywa się go piątą porą roku. A pora roku, jak wiadomo, musi nadejść, inaczej zapanowałby chaos. Jakby to było – przeżyć rok bez zimy?
Prof. dr hab. Wojciech Dudzik
(ur. 1959), teatrolog
i kulturoznawca, profesor
w Zakładzie Teatru i Widowisk
w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Autor wielu książek, między innymi: Karnawały w kulturze (2005), Struktura
w antystrukturze. Szkice
o karnawale i teatrze (2013), Maska w kulturze współczesnej Europy. Teorie i praktyki (2020).
Mam kilkoro znajomych, którzy niechętnie przeprowadzili się do Kalifornii. Bali się, że będą tęsknić za zimą, za jesienią. Wystarczyło parę lat i mówią: „A po co komu zima? Najlepiej, gdy cały rok jest tak samo przyjemnie”. Z Kalifornii można wyjechać na narty w lipcu, a w zsekularyzowanym, zglobalizowanym świecie imprezę mogę sobie urządzić, kiedy mi się żywnie podoba.
Jeśli postrzega się karnawał jako imprezę, to rzeczywiście nie ma znaczenia, kiedy się ona odbędzie. Ale zabawa to tylko jeden wymiar karnawału – jest on przede wszystkim świętem. Święto zaś to coś koniecznego, powtarzalnego, odnawialnego. Święto to cykliczność, święta trzeba obchodzić wtedy, kiedy wypadają. Nie można sobie zorganizować Bożego Narodzenia w lipcu, bo nie miałoby to sensu. W XX wieku tylko wyjątkowo dochodziło do zaniechania praktyk karnawałowych, głównie ze względu na wojny. Ostatnio zdarzyło się tak chyba podczas wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku – uczestniczyli w niej także żołnierze europejscy i dlatego w ich krajach ojczystych odwołano karnawał. Tylko wojna wstrzymuje karnawał. Teraz też jesteśmy na wojnie, na wojnie z wirusem. Piąta pora roku jest znów częściowo wstrzymana. Ale powtarzam
z naciskiem: to sytuacja nadzwyczajna.
A dlaczego karnawał wypada właśnie w tym okresie?
Słowo „karnawał” pochodzi od łacińskich zwrotów carnem levare, carnelevare, czyli „porzucać mięso”, usuwać mięso z jadłospisu. Podobny rodowód ma nasz staropolski „mięsopust”. Karnawał przypada na okres między świętem Trzech Króli a wtorkiem przed Środą Popielcową, czyli odbywa się przed postem (stąd inne polskie słowo, „zapusty”). Jest więc wpisany w kalendarz liturgiczny.
W średniowieczu miał także aspekt ekonomiczny: organizowali go ci, którzy wkrótce na czterdzieści dni mieli stracić przychody
z handlu mięsem i nabiałem, czyli głównie rzeźnicy, mleczarze i hodowcy drobiu (którzy nawet jajek nie mogli sprzedawać, bo uważano je za płynne mięso). Najpierw świętowano i bawiono się tylko jeden dzień przed Popielcem, potem stopniowo rozciągano ten okres, tak by zaczynał się już od tłustego czwartku. Chodziło o to, żeby zdążyć pozbyć się zapasów tłuszczu, mleka i jaj – stąd te wszystkie tłuste karnawałowe wypieki: pączki, placki, faworki. Wtedy też kończył się okres zawierania małżeństw, bo w poście nie dałoby się ich skonsumować – łacińskie caro to nie tylko mięso, ale i ciało, porzucenie mięsa oznaczało także porzucenie cielesnych przyjemności. Miał też karnawał zawsze funkcje związane z wegetacją, rytmem przyrody, przejściem od zimy do wiosny; często uważano go za narzędzie wypędzania zimy i zła. Pamiętajmy też, że zimą ludzie mieli po prostu więcej czasu. Nie pracowali w polu.
W takim razie to zabawa, święto czy spisek rzeźników?
Karnawał ma wiele funkcji. Jest zabawą, świętem. Ma wymiar ekonomiczny. Jest także widowiskiem, do którego społeczności przygotowują się wiele miesięcy. Kiedy w Rio de Janeiro kończy się karnawał, następnego dnia wszyscy myślą już o kolejnym, żeby zdążyć się przygotować. Jest taki termin antropologiczny: widowisko kulturowe. Brytyjski antropolog Victor Turner, który badał ten temat jako jeden z pierwszych, mówił, że takie widowisko to rodzaj opowieści, którą ludzie mówią o sobie samych. To nie jest na pokaz. To historia, którą społeczność snuje dla siebie, reaktualizując dawne obrzędy. Owszem, jako badacz jeżdżę i oglądam cudze karnawały. Ale nie mogę się włączać, nie mogę być pełnoprawnym członkiem świętującej wspólnoty. Bo ktoś obcy może oglądać barwne widowisko, ale historii, którą karnawał opowiada pieśnią, muzyką, tańcem, strojem, nigdy do końca nie zrozumie. Karnawał służy potwierdzeniu własnej tożsamości. To nie jest zwykła zabawa, to ożywianie tradycji i próba dowiedzenia się czegoś o sobie. Johann Wolfgang Goethe powiedział kiedyś – i to jest chyba najlepsza definicja – że karnawał nie jest fetą, którą ktoś wydaje dla ludu, ale fetą, którą lud wydaje dla siebie.
A jak to wygląda w Polsce? Wydaje mi się, że lepiej znam zwyczaje karnawału w Rio niż nasze. Nie wiem nawet, jak miałabym tu porządnie uczestniczyć w karnawale. Mogę iść do klubu, na bal – ale co poza tym?
Nasza sytuacja jest dość wyjątkowa, gdyż w XIX wieku, kiedy w Europie odradzał się karnawał mieszczański, w Polsce ze względów politycznych, z powodu przegranych powstań noszono, jak pisał poeta, czarne sukienki. Nie było powodu do zabawy i radości, ale nie było też wspólnoty, która mogłaby organizować karnawał. Społeczeństwo było rozwarstwione. Oddzielnie bawili się panowie, oddzielnie mieszczanie, osobno chłopi. Mamy tego świadectwa w literaturze, sceny, w których panowie się bawią, a chłopi im usługują, na przykład podczas kuligu przenoszą sanki przez strumień.
Czyli brak spójności społecznej zabrał nam karnawał?
Nie do końca. Karnawały u nas bywały i istnieją do dziś, obecnie nawet coraz prężniej się odradzają – ale zróżnicowane lokalnie. Są więc mazowieckie zapusty, są zapusty kujawskie, podkoziołek i cymper w Wielkopolsce, a na Śląsku babskie combry, czyli zabawy kobiet. Kobiety zwykle były wykluczane z karnawału, tam to zostaje wywrócone na opak – nie dopuszcza się mężczyzn. Kultywuje się też takie ciekawe zwyczaje, jak ścięcie śmierci w Jedlińsku pod Radomiem. To znakomite widowisko, bardzo stare, którego scenariusz w XIX wieku spisał miejscowy ksiądz. Odbywa się we wtorek przed Popielcem. W procesie sądowym śmierć skazywana jest na śmierć, jak paradoksalnie by to nie brzmiało.
Czyli śmierć powinna omijać Jedlińsk szerokim łukiem.
Być może wzięło się to stąd, że kiedy Jedlińsk jeszcze był miastem – bo obecnie jest wsią – wykonywano tam wyroki śmierci. I jako swego rodzaju antidotum na tę częstą obecność śmierci zaczęto skazywać na śmierć samą śmierć. To widowisko wciąż jest organizowane i coraz więcej ludzi jeździ je oglądać. Ale jedlińska śmierć to także symbol złej zimy, którą trzeba „zlikwidować”. W Polsce ze zwyczajami karnawałowymi mieszają się też zwyczaje kolędnicze. Weźmy na przykład dziady żywieckie – co roku na Żywiecczyźnie zespoły obrzędowe najpierw chodzą z kolędą po okolicy, a potem, podczas przeglądu Żywieckie Gody, pokazują się przyjezdnym. Warto się wybrać do Żywca albo do Milówki, to chyba najbarwniejszy

Noc karnawałowa, fragment obrazu olejnego Iwana Kulika / fot. Galeria Personalart / domena publiczna
karnawał w Polsce; mamy tam też pochód, są przebrania, maski. Te wiejskie gody i zapusty najczęściej przybierają formułę „neoobrzędową”, czyli odgrywane są tam pewne scenariusze z przeszłości, ale pożenione ze współczesnością i imaginarium wizualnym z kultury popularnej.
Jakie jeszcze funkcje karnawału można uznać za szczególnie ważne?
Karnawał bywa też rodzajem zrytualizowanej rebelii, bo za jego sprawą ludzie starają się pozbyć czegoś, co im doskwiera w normalnym życiu. Gdybyśmy żyli na najlepszym ze światów, nie potrzebowalibyśmy karnawału, skoro jednak tak nie jest, próbujemy chociaż wstrzymać na chwilę bieg codzienności i przywołać rzeczywistość, której nie ma, ale marzymy, że mogłaby być. U Shakespeare’a pojawia się takie sformułowanie: „jest świat gdzie indziej”. I my ten świat, lepszy świat, w którym panuje wolność, równość, braterstwo, przyzywamy na chwilę w czasie karnawału. Nie mamy środków potrzebnych, by zmienić naszą rzeczywistość, więc uchylamy drzwi do innej.
Zatem rewolucja czy wentyl bezpieczeństwa?
Raczej wentyl, bo świat po karnawale wraca do zwykłego trybu i biegu. Życie toczy się dalej. Ale gdyby tego wentyla nie było, to prawdopodobnie wcześniej czy później doszłoby do rewolucji. Zresztą takie sytuacje się zdarzały. W Ivrei – to małe włoskie miasteczko w Piemoncie – jest taki obrzęd karnawałowy, który polega na rekonstrukcji sytuacji sprzed paru wieków, kiedy to pan feudalny żądał od młodych mężatek prawa pierwszej nocy. Zwyczaj obowiązywał, dopóki nie zaprotestowała jedna z panien młodych, córka młynarza. Podstępem zabiła władcę i wezwała do rebelii. Tak skończyło się jego panowanie, a dziś tę historię przypomina się w karnawale poprzez bitwę na pomarańcze. Ci, którzy grają zwolenników dawnego feudała, jadą na wozach wypełnionych tonami pomarańczy i są atakowani przez lud, który obrzuca ich swoimi pomarańczami. To regularna inscenizowana bitwa, a pod koniec dnia całe miasto brodzi po kostki w miąższu pomarańczowym. Wojacy mają na twarzach maski ochronne, bo pomarańcze to jednak dość poważna amunicja. Mówię o tym, żeby pokazać, że karnawał czasem też prowadzi do rewolucji.
Ale dopóki do niej nie doprowadzi, ma funkcję stabilizującą.
Tak. Odreagowaliśmy, wchodzimy w post i czekamy na odnowienie czasu.
Skoro karnawał opowiada nam coś o wspólnocie, w której żyjemy, to jak możemy go przeżywać, wiedząc – na przykład – że w lesie na naszej granicy giną ludzie? Czy jest psychologicznie możliwe budowanie narracji o sobie poprzez zabawę, kiedy wokół dzieje się tak źle, kiedy nasza wspólnota zawodzi?
To oczywiście bardzo trudna sytuacja, ale pamiętajmy, że w Polsce karnawał jest zjawiskiem marginalnym. Przypomnę tu klasyczną książkę Johana Huizingi Homo ludens z podtytułem Zabawa jako źródło kultury. Według Huizingi zabawa nie jest rozrywką, ale praktyką kulturową pozostającą poza zwykłym życiem. Nie podlega regułom codzienności. Zawiesza obowiązujące prawa, wymaga innych zasad. Trzeba więc na nią patrzeć inaczej niż na jakąś niepowagę. Zabawa ma swoją świętą powagę. Jeśli chcemy sobie wyobrazić, jak człowiek poprzez zabawę może odnosić się do nieszczęścia innych ludzi, to w Polsce dobrym przykładem będzie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, której granie przybiera mocno skarnawalizowaną formę. Można przypomnieć też tradycje balów charytatywnych. Wspomniany już przeze mnie Victor Turner powiedział słusznie: „Sposób, w jaki ludzie się bawią, być może głębiej odsłania ich kulturę niż sposób pracy – daje bowiem wgląd w wartości serca”. Człowiek ma dwojakie oblicze: homo oeconomicus i homo ludens. Jedno uzupełnia drugie i gdybyśmy się nie bawili, odbiłoby się to na naszej pracy. Bez wyraźnego oddzielenia zabawy od codzienności nie moglibyśmy tej ostatniej znieść…
Nawet jeśli mamy w sobie pierwiastek homo ludens, to oddawanie się zabawie jest jednak pewnym luksusem…
Są różne rodzaje luksusu. Pamięta pani obraz Pietera Bruegla starszego Zabawy dziecięce z XVI wieku? Gdy go pani weźmie pod lupę – bo tam się bardzo dużo dzieje – to zobaczy pani, że dzieci, które się bawią, nie potrzebują żadnego „luksusu” w potocznym, dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Nie potrzebują zabawek ani specjalistycznego sprzętu. Ich zabawa polega na naśladowaniu różnych codziennych i niecodziennych zachowań. Mocowanie się to już jest zabawa. Rzucanie patykiem to zabawa. Nie trzeba więc luksusu, wystarczy zawiesić czas codzienny i odpłynąć w inną rzeczywistość. Na wojnach dzieci też się bawią.
Święta nam się wymykają, przestają być potrzebne. Nie jesteśmy wspólnotą, więc nie mamy świąt – ale też nie mamy świąt, więc nie jesteśmy w pełni wspólnotą.
No tak, ale pan wciąż mówi w trybie opisowym: dzieci tak robią, człowiek tak robi.
A ja pytam normatywnie: czy powinien? Kiedy stoimy na pokładzie na wpół zatopionego statku, a wokół nas toną ludzie, może przydałaby się odrobina powagi?
O powadze zabawy już wspominałem. Przywołam więc jeszcze raz Huizingę: „Charakter ludyczny może stanowić cechę najwznioślejszych czynności”.
Tak. Ale powiedzmy, że teraz kupuję sobie piękną suknię za tysiąc złotych, idę na wykwintny bal i tańczę do rana… Po powrocie byłoby mi jednak trochę wstyd, że ja tak mogę, a tak wielu innych nie.
Ja też jestem zwolennikiem egalitaryzmu, ale on jest możliwy chyba tylko w karnawale, gdzie na dodatek każdy przybiera inną tożsamość. Proszę spojrzeć choćby na Rio. Tam panują na co dzień ogromne nierówności społeczne, a jednak w karnawale wszyscy bawią się razem. Jasne, są tacy, których nie stać na strój do samby, ale nawet oni – może najbardziej – czekają na widowisko, na powiew innego świata. Na przypomnienie, że „jest świat gdzie indziej”. Jestem pewien, że likwidacja karnawału wcale nie przyczyniłaby się do poprawy warunków społecznych, a wręcz przeciwnie. Jest taki znakomity film Andrzeja Fidyka, Karnawał
– największe party świata, zrealizowany dla BBC. Pojawia się w nim też wątek karnawałowego luksusu. Pewien kreator kostiumów karnawałowych, które są obszyte „złotem”, piórami, świecidełkami i innymi ozdobami, mówi tam: „Lud lubi luksus, tylko intelektualistom podoba się bieda”. Lud lubi luksus, choćby pozorowany – dodajmy. Bo w tych pozorach zawiera się nadzieja. Dlatego, notabene, w Rio nie będzie rewolucji.
A czy w Polsce, gdzie chłopi i panowie zawsze bawili się osobno, jest szansa na jakiś rodzaj zabawy, która byłaby wspólnototwórcza, która budowałaby spójną narrację o nas?
Przytoczę jeszcze jeden cytat z filmu Fidyka: „Każdy kraj ma taki karnawał, na jaki zasługuje”. Prosta i brutalna odpowiedź na pani pytanie brzmi więc: nie. Zorganizować można jedną czy drugą imprezę, ale potrzebna byłaby jeszcze wspólnotowa tradycja. W Bazylei już dzieci w przedszkolach uczą się grać na flecikach piccolo i werblach, bo to tych instrumentów używa się w karnawale. Na zajęciach plastycznych robią maski. A kiedy ojciec „idzie do karnawału” – bo takiej formy się czasem używa – to dziecko idzie wraz
z nim, w swoim własnym stroju. Takie dziecko nie będzie pytało, dlaczego idzie na karnawał – po prostu idzie, bo jest karnawał.
A u nas?
U nas smutno, bo tak mało jest rytuałów łączących… Mówił pan o zdrowiu wspólnoty, które przychodzi dzięki cykliczności świąt.
A mnie cały czas męczy pytanie: czy aby na pewno jest nam to potrzebne? Coraz mniej czujemy ten święty rytm czasu, coraz bardziej rok się nam „wypłaszcza”. Pytanie, czy naprawdę jest nam z tym źle.
Teraz na przykład mamy cały rok w sprzedaży pomidory i ogórki, prawda? Rytm sezonowy uległ zaburzeniu. Podobnie
w zglobalizowanym świecie cykliczne święta odgrywają mniejszą rolę. Wrócę na moment do pani znajomych z Kalifornii. Proszę
o nich pomyśleć: zachwycają się możliwościami, jakie daje im nowe miejsce pobytu, ale w ten sposób tracą pamięć własnej kultury. Pozostaje im wyprawa do polskiego sklepu po kiszone ogórki i twaróg. W takiej sytuacji święta faktycznie się nam wymykają, przestają być potrzebne. Nie jesteśmy wspólnotą, więc nie mamy świąt – ale też nie mamy świąt, więc nie jesteśmy w pełni wspólnotą.
Wciąż jednak nie wiem, czy to jest dla nas niedobre. Bo co w tym fundamentalnie złego, że mogę pójść na imprezę jesienią,
a maliny jeść w lutym?
A mają jakikolwiek smak te zimowe maliny i pomidory? Przyznam, że jestem miłośnikiem szparagów, ale smakują mi dlatego, że czekam na nie cały rok. Po to jest też święto! „Kocham karnawał – mówi jedna z bohaterek filmu Fidyka. – Dla niego żyję i pracuję cały rok”. Powiem prowokacyjnie: żal tych ludzi, którzy nie potrafią się otworzyć na święto.
Ja widzę w tym też element rebelii indywidualistycznej. Młodsi odrzucają sztywne ramy tradycyjnego rytmu, bo nie chcą uczestniczyć w aktywnościach narzuconych im z zewnątrz.
Ale to również kwestia globalizacji populacyjnej, że tak to ujmę. Jesteśmy wymieszani i mieszają się też nasze zwyczaje; nie ma tej jedności, która jest warunkiem należycie przeżytego karnawału. Odtwórca roli kata w Jedlińsku, tego, który dokonuje ścięcia śmierci, opowiadał mi, że on – mieszkając już gdzie indziej – od ponad dwudziestu lat przyjeżdża do Jedlińska tylko po to, żeby uczestniczyć
w tym obrzędzie. Tym, co podtrzymuje jego więź z rodzinną miejscowością, jest właśnie to święto, i jeśliby go nie było, nie miałby po co tam wracać.
A skąd u pana takie zainteresowanie karnawałem?
Sam do mnie przyszedł. Wykładałem przed laty na Uniwersytecie w Tybindze, ale mieszkałem w sąsiednim miasteczku Rottenburg, które okazało się prawdziwą twierdzą karnawału szwabsko-alemańskiego. Dowiedziałem się o tym, kiedy pewnego zimowego dnia usłyszałem pod oknem dźwięk dzwonków. Gdy wyjrzałem, zobaczyłem na dole przedziwnego stwora w drewnianej masce
i oryginalnym kostiumie, obwieszonego dzwoneczkami – tak przekonałem się na własnej skórze, że przedmiot badań naukowych czasem przechadza się po ulicy.
Musimy chyba zarządzić w Polsce odgórnie wspólny karnawał.
(śmiech) Proszę spróbować. Ale nie wróżę pani powodzenia.
(źródło: Pismo. Magazyn opinii)
/ portrety Polacy na świecie
styczeń '24 (17)

Maurycy August Beniowski
polski cesarz Madagaskaru
JERZY ZIEMACKI
Beniowski był niezwykle barwną postacią. Nawet jeżeli podkoloryzował swoje pamiętniki, zdołał poruszyć wyobraźnię całej Europy
Słychać huk armatnich dział. Miejscowi strzelają z muszkietów na wiwat. Szlachta ludu Malgaszów zbiera się na wielki sejm. Różnoplemienny, hałaśliwy, barwny tłum rozlewa się wokół miasteczka Louisbourg. – Długie życie narodowi madagaskarskiemu! Długie życie krwi ojców naszych! Niechaj Bóg, który stworzył niebo i ziemie, prowadzi nas wszystkich w najdłuższe lata! – mówi nowo wybrany cesarz Madagaskaru. Przemawia w lokalnym języku, macha do poddanych błękitnym sztandarem będącym symbolem niepodległości wyspy.
Choć tworzy wokół siebie legendę, jakoby był potomkiem prastarych władców wyspy, w rzeczywistości w jego żyłach nie płynie nawet kropla afrykańskiej krwi. Jest Polakiem, ma zaledwie 35 lat, nazywa się Maurycy August Beniowski. 10 października 1776 roku, po latach bezkrólewia, Sejm madagaskarski wybiera go na cesarza kraju.
Elekcja na Madagaskarze przypomina wybór Stanisława Poniatowskiego na Woli. Ale ma też swój lokalny koloryt: poddani padają do stóp, cesarz rytualnie zabija kilkadziesiąt byków; z najdzielniejszymi wojownikami przysięgają sobie braterstwo i honor, pijąc swoją krew (rozcinają skórę na lewym ramieniu i zlizują jej krople). Maurycy August jest wyraźnie wzruszony. Jego żona Zuzanna patrzy na niego z podziwem. Kto by pomyślał, że ten niezamożny europejski hrabia zostanie cesarzem w tropikalnym kraju o bogatych, wielowiekowych tradycjach i kulturze.
Pierwsze tygodnie rządów nowego władcy to pasmo sukcesów. W swoim afrykańskim państwie Maurycy pragnie zaprowadzić wzorowaną na ustroju Rzeczypospolitej demokrację szlachecką. Sejm Madagaskaru produkuje ustawy. Cesarz powołuje Radę Najwyższą, ustanawia ministerstwa, projektuje sztandary. Dzieli Madagaskar na województwa, buduje spichlerze i fortyfikacje. Ostrożnie przemyca europejski humanitaryzm – między innymi zakazuje matkom powszechnej praktyki topienia niechcianych noworodków w rzece. Francuscy żołnierze stacjonujący na wyspie obiecują mu lojalność. – Żyjemy tu od wielu lat, nasze żony są stąd, urodziły nam kolorowe dzieci. Bliższy jest nam Madagaskar niż odległa Francja – deklarują.
I pomyśleć, że Beniowski przypłynął do Afryki jako konkwistador. Trzy lata wcześniej, w 1773 roku, obiecał podbić Madagaskar na rzecz króla Francji Ludwika XV. Założył osadę Louisbourg (obecnie Maroantsetra), stoczył kilka krwawych bitew, ale też umiał przeprowadzić mądre negocjacje, dzięki którym na wyspie zapanował pokój. Powoli przekonał do siebie przedstawicieli miejscowych plemion. To oni wymyślili historię, że jest potomkiem ostatniego cesarza Madagaskaru, a w końcu wybrali go cesarzem. – Roznosiła go chęć działania, gnały głód przygody i żądza sławy. Chciał być zawsze na świeczniku – wyjaśnia fenomen tej niezwykłej postaci Arpad Kowalski, historyk, badacz jego losów.
Polak z wyboru
O dzieciństwie i młodości Beniowskiego niewiele wiadomo. Urodził się w okolicach słowackiej Trnavy, która wtedy należała do Węgier. Miał trzynaścioro rodzeństwa, skończył gimnazjum pijarów pod Bratysławą. W kwietniu 1768 roku w nie do końca jasnych okolicznościach pojawia się na ziemi polskiej – bierze ślub w małopolskiej wsi Wielkanoc. Niemal w tym samym czasie przystępuje do konfederacji barskiej – szlacheckiego związku zbrojnego wymierzonego w postępowe reformy Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz w popierającą je Rosję. Uczestnicy rzucają hasła patriotyzmu oraz obrony wolności szlacheckiej i wiary katolickiej,
w rzeczywistości, zapewne nieświadomie, manipulowani są przez zaborców i przyczyniają się do przyszłego upadku Rzeczypospolitej. Po upadku konfederacji około 5 tysięcy jej uczestników zostaje zesłanych przez carycę Katarzynę II na Sybir. Wśród nich Beniowski.
Choć płynie w nim węgierska i słowacka krew, już wtedy czuje się Polakiem. Mówi po polsku, ma polską żonę, uważa się za obrońcę Rzeczypospolitej. Podczas zsyłki mieszka w małej wsi Bolszerieck ma Kamczatce. W niewoli nie wiedzie mu się źle. Zaprzyjaźnia się
z gubernatorem, lubią razem grać w szachy. Uczy jego dzieci języków i gry na pianinie. Gubernator lubi swojego więźnia do tego stopnia, że zaczyna nalegać na jego ożenek ze swą najstarszą córką Afanasją. Maurycy godzi się, ale pod przykrywką przygotowań do ślubu przygotowuje ucieczkę drogą morską. Urzędnik dowiaduje się jednak o tych planach, postanawia aresztować niedoszłego zięcia. Beniowski rzuca hasło do buntu. Wznieca powstanie, do boju rusza kilkudziesięciu więźniów, mają ze sobą broń, nawet armaty. Maurycy, jako wódz naczelny, wbiega do pokoju gubernatora. Ten – przerażony – strzela, trafia w Beniowskiego, który pada na podłogę. Okazuje się, że jest jedynie lekko ranny, ale w jego obronie stają towarzysze. Na oczach rodziny zabijają gubernatora.

Maurycy Beniowski na okładce swoich pamiętników / domena publiczna
Teoretycznie za swój czyn powinien zostać przez carycę surowo ukarany. Ale Kamczatka w XVIII wieku to totalnie zapomniana rosyjska prowincja. Komunikacja z resztą świata jest beznadziejna, buntownicy pozostają bezkarni, a Beniowski zyskuje w guberni ogromne wpływy. Jemu jednak spokój nie wystarcza. Pisze list do Petersburga, gdzie opisuje swoją wersję zamachu stanu i oznajmia, że tymczasowo rządzi Kamczatką. Do listu dołącza skrupulatne rozliczenia finansowe, w których wszystko zgadza się co do rubla. Ale to ma tylko zmylić przeciwnika. Na zdobytym okręcie Święty Piotr i Paweł opuszcza kraj zesłania. Wraz z załogą złożoną z 87. mężczyzn i dziewięciu kobiet, pod biało-czerwoną flagą, w aurze bohatera ucieka do Japonii, gdzie robi furorę na dworze jednego
z władców.
W drodze powrotnej do Europy po raz pierwszy widzi Madagaskar. Być może wtedy rodzi się w jego głowie myśl, by na tej pięknej wyspie powtórzyć eksperyment z Kamczatki, zacząć pewnego dnia rządzić. Być jak król.
W lipcu 1772 roku Beniowski przybija do wybrzeży Francji. Jest witany jak heros, wieść o jego czynach dotarła tu już wcześniej. Młody, przystojny, postawny staje się bywalcem salonów i ulubieńcem kobiet. Jego sława rozsiana między Kamczatką, Chinami, Japonią
i Europą imponuje wszystkim. Kilka miesięcy później król Ludwik XV wysyła go na Madagaskar jako swojego konkwistadora. Ma podbić na rzecz Paryża lud Malgaszów. Plan, jak już wspomniano, dość szybko ulega zmianie, ponieważ polski szlachcic zdobywa szacunek mieszkańców Madagaskaru, którzy wybierają go swoim ampansakaba, czyli cesarzem. – Tajemnicą jego sukcesów było to, że nigdy nie odnosił się do ludzi z pogardą – tłumaczy Mieczysław Lepecki, jeden z jego biografów. Historyk Arpad Kowalski ma mniej romantyczne wyjaśnienie fenomenu niezwykłego Polaka. – Wybrano go władcą dlatego, że rozmaite plemiona malgaskie były zmęczone wzajemnym wojowaniem. Beniowski umiał zapewnić wewnętrzny pokój w kraju – tłumaczy.
Cesarz w Wersalu
Po kilku miesiącach od wyboru na cesarza Maurycy August I udaje się w podróż dyplomatyczną do Paryża. – Najwyraźniej uznał, że musi popłynąć do Europy, by zalegalizować swoje rządy od strony formalnej. W przeciwnym razie traktowany byłby na arenie międzynarodowej jako pirat – ocenia Kowalski. Beniowski wierzy, że Wersal powita go z honorami. Myli się. Wszystkie jego postulaty zostają odrzucone. Samotny cesarz zaczyna szukać innego kraju, który wziąłby jego rządy pod opiekę. Poszukiwania zajmują mu osiem lat. W ich trakcie udaje się między innymi do USA, gdzie proponuje, by „jego” Madagaskar stał się amerykańską bazą wypadową przeciwko Anglii. Zaprzyjaźnia się z Benjaminem Franklinem, współtwórcą amerykańskiej niepodległości. Zabiegi są jednak bezskuteczne. Mimo to w czerwcu 1785 roku pod fl agą Stanów Zjednoczonych wraca na Madagaskar. Niestety przez lata jego nieobecności Francuzi podporządkowali sobie większość wyspy. Dla dawnego cesarza nie ma już miejsca. Ludzie, którzy wybierali go na władcę, zginęli lub stracili wpływy. Stare drogi zarosły bujną trawą. Polski szlachcic po raz ostatni postanawia zdobyć wyspę. Opanowuje francuską faktorię handlową w Zatoce Antongila. Potem, na krótko, zajmuje stolicę kraju. Jednak na trwałe rządy nie ma już szans. Ginie od zbłąkanej kuli w bitwie z Francuzami 23 maja 1786 roku.
Szlachcic polski i węgierski
W XVIII wieku "Pamiętniki Beniowskiego" były bestsellerem w całej Europie. Czytelnicy zachwycili się opisami miejsc dalekich, niezwykłych, nieznanych. Na dwa lata przed śmiercią Polak był jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie. Jego sławę rozbuchał dodatkowo James Cook, słynny podróżnik, który w swoich dziennikach zachwycał się przygodami Beniowskiego. Wspomnienia Polaka inspirowały też całą XIX-wieczna Europę. Przygody opisywali literaci niemieccy, włoscy, hiszpańscy i francuscy. Postać wykorzystywano jako symbol odwagi i waleczności, wszak Beniowski ma w sobie coś z Don Kichota i z Robinsona Crusoe.
W polskiej literaturze zasłynął dzięki Juliuszowi Słowackiemu, który napisał poemat pod tytułem "Beniowski". W XX wieku wielką popularnością cieszyła się powieść pod tym samym tytułem, napisana przez Wacława Sieroszewskiego. Ciekawe, że sam Beniowski pierwsze tomy "Pamiętników" pisał w trzeciej osobie (On, hrabia Beniowski, dokonał wielkich czynów...).
Dziś polski podróżnik wydaje się zapomniany. Dlatego Fundacja Magellana realizuje film kostiumowy zatytułowany Król Madagaskaru. – Nie będzie to klasyczna produkcja z gatunku płaszcza i szpady, lecz podobnie jak Misja czy Elisabeth kostiumowy dramat
z uniwersalnym przesłaniem – tłumaczy swój zamysł scenarzysta Arkadiusz Wojnarowski. Filmowcy chcą ukazać bohatera jako miłośnika wolności, który w XVIII wieku, jako jeden z pierwszych, domagał się zniesienia handlu ludźmi. – Niewolnictwo w Afryce przypominało Beniowskiemu o latach jego niewoli – ocenia scenarzysta. Film ma być kręcony we Francji, w Polsce i na Węgrzech,
a sceny z Madagaskaru – na wyspie Reunion. Przy okazji nagrywania scen w Afryce powstanie tez prawdopodobnie dokument poświęcony działalności Polaka na Madagaskarze. Problem w tym, że dziś nie bardzo wiadomo, jak postać Beniowskiego ocenić.
– To awanturnik, który posługiwał się romantycznymi i patriotycznymi uniesieniami, ale raczej dla własnych korzyści – uważa Arpad Kowalski. Wielu historyków dowiodło, że jego "Pamiętniki" są mocno podkoloryzowane. Szczególnie francuscy i rosyjscy badacze są surowi dla polskiego szlachcica. Także w Polsce istnieją chłodne analizy, które przedstawiają go głównie jako hochsztaplera.
W dodatku jego postać wykorzystywana była politycznie. W dwudziestoleciu międzywojennym obóz sanacji wykorzystywał go do propagowania idei kolonizacji. Żalono się, że gdyby pożył dłużej, Madagaskar należałby do Polski. W 1930 roku powstała nawet Liga Morska i Kolonialna, która rozpowszechniała wśród społeczeństwa II Rzeczypospolitej kuriozalną ideę podporządkowania Polsce dalekich lądów. Planowano osadnictwo w Brazylii, Peru, Liberii i na Madagaskarze. W 1934 roku Liga kupiła nawet część brazylijskiego stanu Paraná i założyła tam osiedle polskich kolonistów o wdzięcznej nazwie Morska Wola. Organizacja cieszyła się dużą popularnością, przed samą II wojną do Ligi Kolonialnej należało prawie milion członków.
Wielki orędownik postaci Beniowskiego Mieczysław Lepecki (zarazem bliski współpracownik Piłsudskiego) pisał o królu Maurycym, że był to człowiek zdolny, niezwykle czynny, ruchliwy i wytrwały. Nigdzie nie stwierdzono, aby popełnił jakieś czyny, które naraziły na szwank jego dobre imię czy też dobre imię narodu polskiego, do którego szczerze się przywiązał.
Nic dziwnego, że po wojnie w PRL-owskiej propagandzie działalność Ligi stała się symbolem „polskich ambicji imperialistycznych”. Przy okazji obrywało się Beniowskiemu. W pracach z tego okresu można przeczytać, że władca Madagaskaru był „kulawym synem wdowca i wdowy”, „bohaterem wojny kartoflanej”, zaś jego rządy w Afryce to „jeden wielki kabaret”.
Sami mieszkańcy Madagaskaru rozstrzygają spór o ocenę polskiego bohatera na jego korzyść. Jedna z ulic Antananarywy, stolicy wyspy, nosi jego nazwisko. Pośród Malgaszów przetrwała też legenda o Długim Białym Człowieku, który bronił ich przed Francuzami
i zginął jako cesarz w bitwie o wolny Madagaskar. Nazwisko podróżnika znane jest również na całym świecie wśród szachistów. „Mat Beniowskiego” to jeden z najefektowniejszych motywów tej gry. Polega on na tym, że samotny skoczek matuje króla przeciwnika. To chyba najlepszy i najbardziej trafiony pomnik wystawiony po latach Maurycemu Augustowi. (National Geographic)
/ portrety literatura
styczeń '24 (17)

Marek Hłasko
– pisarz, buntownik
i łamacz serc
Marek Hlasko / fot.: domena publiczna
Pisarz z wrodzonym talentem, wiecznie nieszczęśliwy, nazywany polskim Jamesem Deanem – w latach 50-tych najważniejszy głos młodego pokolenia, a przede wszystkim legenda polskiej literatury. Jeden z literackich patronów 2024 roku. Marek Hłasko 14 stycznia obchodziłby swoje 90. urodziny.
Marek Hłasko urodził się 14 stycznia 1934 roku. Okres dzieciństwa spędził w Warszawie u boku ukochanej matki Marii Hłasko. Czas okupacji, Powstanie warszawskie, przemarsz Armii Czerwonej i traumatyczne przeżycia wojenne młodego pisarza sprawiły, że nazywał siebie samego „produktem czasu wojny”. W „Pięknych dwudziestoletnich”, swojej literackiej autobiografii, napisał: „Jest dla mnie oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd bierze się nędza intelektualna moich opowiadań; ja nie potrafię wymyślić opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy więzieniem” (fragment z „Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłaski, wydawnictwo Agora).
Na przekór światu
Po wojnie rodzina Hłasków zamieszkała we Wrocławiu. W czasach szkolnych Marek na dobre rozpoczyna swój bunt, zostaje wyrzucony ze szkoły i w wieku szesnastu lat całkowicie się z nią rozstaje, zaczyna pracować jako kierowca ciężarówki. Te, mogłoby się wydawać, prymitywne zajęcie młodego pisarza staje się później inspiracją dla jego twórczości. Pisarsko debiutuje w 1951 roku opowiadaniem „Baza Sokołowska”. Zostaje korespondentem terenowym „Trybuny Ludu”, a w 1952 roku nawiązuje kontakt ze Związkiem Literatów Polskich, by rok później otrzymać trzymiesięczne stypendium twórcze dla wschodzących talentów.
„Nie widziałem jeszcze ludzi, którzy spotkaliby się w dobrym miejscu życia. Takiego miejsca w życiu nie ma i być nie może. Zawsze zdaje się, że jest zbyt późno lub zbyt wcześnie; że zbyt wiele doświadczenia albo że zbyt mało. Zawsze coś stoi na przeszkodzie"
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wydawnictwo Elf.
Bunt literacki
Po 1953 roku jego pisarska kariera nabiera zatrważającego tempa – publikuje „Sonatę marymoncką”, „Złotą jesień”, „Szkołę” i „Noc nad piękną rzeką”. Staje się znany w środowisku literackim, nie ma tygodnia bez artykułu prasowego o Marku Hłasce. W wieku 21 lat publikuje tom opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”, którego nakład pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy rozchodzi się błyskawicznie. Zachwyca niepowtarzalnym stylem, unikatową umiejętnością opisywania rzeczywistości, jego twórczość jest nowatorska, nikt wtedy nie pisał tak jak on, a przede wszystkim nikt z taką literacką bezczelnością nie przeciwstawiał się obowiązującym normom. Marka Hłaskę uznano za najważniejszy głos młodego pokolenia, stał się idolem młodzieży i symbolem buntu. Tysiące młodych ludzi powtarzało po nim słowa z opowiadania „Dom mojej matki” – „Mam osiemnaście lat i gotów byłbym zabić za każdy listek oderwany z drzewa moich marzeń” (fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wydawnictwo Agora).
Rozkochiwał i uwodził
Słynął również z opinii nieprawdopodobnego kobieciarza, chociaż potrafił rozkochać w sobie nie tylko kobiety, ale też mężczyzn, którzy, omamieni jego urokiem, byli gotowi zrobić dla niego wszystko. Nieoczywisty, przystojny, niebieskooki, z postawą „na chuligana” uwodził i tkwił ciągle w kilku romansach jednocześnie.
„Ja wiem, że ty wszystko wiesz. Ty jesteś tak zwana mądra kobieta, o ile takie w ogóle istnieją. To znaczy najbardziej nieszczęśliwa. Dlatego, że jesteś mądra. Że wszystko rozumiesz, że wszystko wybaczasz, że wszystko potrafisz mądrze ustawić. Za mądrość płaci się cierpieniem. Biedne, nieszczęśliwe, mądre kobiety”
Fragment opowiadania Marka Hłaski „Pętla”, ze zbioru „Pierwszy krok w chmurach”, wydawnictwo Agora.
Żonaty był tylko raz, ze sławną, niemiecką aktorką Sonją Ziemann, jednak to jego związek z Agnieszką Osiecką, którą nazwał swoją „Panną Czaczkes”, przeszedł do legendy.
W jednym z listów pisał do niej: „Gdybym miał choć odrobinę gwarancji, że będę mógł być z Tobą, choć przez rok, choć przez pół roku, a potem – śmierć, to bym pojechał do Ciebie. To nie melodramat; to wyznanie tego, który na pewno – z całym idiotyzmem i kabotynizmem – najwięcej Cię kochał"
(fragment z książki Temidy Stankiewicz-Podhoreckiej „Listy Marka Hłaski”, wydawnictwo Ypsylon).
Emigracja a depresja
„Raz w życiu pomyliły mi się kroki i od tego czasu chodzę krzywo” – napisze w swojej pierwszej powieści „Następny do raju”, nad którą później będzie pracował w roli scenarzysty. Po wydarzeniach z Października’56 ówczesne władze przestały tolerować jego nonkonformistyczne, literackie wybryki. By uniknąć konsekwencji w 1958 roku Marek wyjeżdża do Paryża, zupełnie nieświadomy tego, że czeka go podróż w jedną stronę, bez możliwości powrotu do ojczyzny.
„Lepiej się rozstać. W każdej sprawie ludzkiej istnieje krąg, którego nie powinno się przekraczać. Lepiej odejść i ocalić chociażby wspomnienia. Szacunek. Godność. To mimo wszystko nie są takie głupie sprawy, jak by się zdawało”
Fragment opowiadania „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski, wydawnictwo Elf.
Początkowo na emigracji pozwala sobie na wszystko – prowadzi jeszcze bardziej awanturniczy tryb życia, bawi się, trwoni pieniądze, prowokuje i aż nadto korzysta z życia. Później jednak, gdy kolejne starania o powrót do kraju kończą się niepowodzeniem (próbował wrócić do Polski z Paryża, Berlina Zachodniego, Tel Awiwu), jego życie coraz bardziej zaczyna przypominać nieustanną gonitwę, przeplataną depresją, alkoholem, więzieniem, kliniką psychiatryczną, chwilowymi pracami fizycznymi, małżeństwem, rozwodem i zaprzepaszczoną szansą na karierę w Hollywood.
„Często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić – nieraz na zawsze”
Fragment pochodzi ze zbioru opowiadań Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach”, wydawnictwo Agora.
Umarł w wieku 35 lat w Wiesbaden (Niemcy), po prawie jedenastu latach na emigracji, prawdopodobnie wskutek połączenia środków nasennych z alkoholem. „Żył, pił i nieźle pisał” – napisały po jego śmierci niemieckie media. (zwierciadlo.pl)
"Marek Hłasko. Listy" (fragmenty); Wydawnictwo Agora, rok 2014
Warszawa, 12 VIII 1954 r.
Mamo droga!
Tyle złych rzeczy słyszysz ciągle o mnie, że przyjemnie mi donieść Ci o czymś dobrym, co powiedzieli o Twoim wstrętnym synu: Andrzejewski, w tajemnicy przede mną, dał to, co napisałem, do czytania ministrowi kultury i sztuki. Minister mnie wezwał, przeczytał, gadał ze mną. Usłyszałem tyle ciepłych i dobrych słów uznania, jak już od dawien dawna. Otóż: dostanę stypendium na okres 1/2 roku, po 900 zł miesięcznie. Ministerstwo będzie mnie reklamować od wojska, w ogóle – pomogą. Minister powiedział, że jeśli mam jakieś trudności, abym przyszedł do niego. Tylko nie trąb o tym nikomu, bo to naprawdę nie są żadne sukcesy. Massie tylko możesz. Mama! Nie gniewaj się na mnie za tamto wszystko. Mnie żyć się nie chce. Ja się trzymam, staram się nie histeryzować, ale naprawdę to mam dosyć wszystkiego. Czemu nikt mnie nie kocha? Nie mówię o Tobie. Czy to jeszcze tamte straszne sprawy z dzieciństwa? Odpoczywaj, odpoczywaj. Całuję Was oboje.
Wasz Marek
PS Jutro wyjeżdżam z J.A. na parę dni samochodem na Mazury.
Marek
Palermo, 31 VII 1965 r.
Najdroższy mój1
Dziękuję ci za fotografię. Stoi na moim nocnym stoliku – tę małą noszę stale przy sobie. Jesteś piękny jak bóg i takim cię pamiętam. Czy pamiętasz, jak poszliśmy kiedyś na wyścigi konne i wygraliśmy trochę forsy? To w 1953. Ty – w przerwach między biegami piłeś setkę; ja – jako młodzieniec dopiero wkraczający w życie piłem tylko pięćdziesiątkami. Pamiętam to do dziś. Czy wiesz, co ja teraz robię? Piszę książkę. Wiesz o kim? O T O B I E. Powieść 2. Występujesz tam jako Wuj Józef. Szkoda, że zawsze byłem zbyt wstydliwy, aby Ci powiedzieć, jak bardzo Cię kocham. Kocham Cię na pewno bardziej niż Andrzej. Wierzę, że wiesz o tym. Napisz do mnie parę słów. Adres – na kopercie. Wyślij ekspresem. Po powrocie do Zürichu rozejrzę się w swoich możliwościach i w miarę swoich skromnych możliwości – pomogę Ci znowu. Może by znowu wysłać te ołówki – czy to celowe? A może jakiś inny towar. Zorientuj się.
W każdym razie pisz, pisz do mnie. Pisz do mnie jak do swego syna. Całuję Cię i Bogu polecam
Marek
Siódma godzina. Czas więc napić się czegoś. Ucałowania dla Cioci i Andrzeja.
1. Do wuja Józefa Czyżewskiego.
2. Tą książką była "Sowa, córka piekarza" – tyle że nie był jeszcze sprecyzowany jej tytuł. Jedną z kluczowych postaci w tej powieści jest istotnie wuj Józef.
[VII/VIII 1965 r.]
Kochany Panie! (1) Otrzymałem Pańskie listy. Mackiewicz – rzeczywiście dzielny. W jego wieku narażać się na nędzę to niełatwe. Tym bardziej że znam jego tryb życia – raczej chyba książęcy. Wycinki, które Pan mi przysłał, tak głupie, że wszelka polemika – bez sensu. Polemikę warto prowadzić, ale tylko na pewnym poziomie. Dominują dwa zarzuty. Pierwsze – szkalowanie Polski; drugi – wynagrodzenie w dolarach. Co do „szkalowania” PRL – cóż, człowiek odważny ma prawo do pisania tego, co uważa za słuszne. Drugi – człowiek ma prawo pobierać wynagrodzenie za pracę. (Nawet gdyby M. rzeczywiście pieniądze od Pana odbierał. Ja również jestem autorem „Kultury” i pobieram za pracę moją pieniądze). To wszystko śmieszne i ohydne. Najohydniejszy jest ten fakt mistyfikacji. Drogi Panie – czy moje pióro rzeczywiście nadaje się do tego? Wątpię. Uważam, że powinien uczynić to Londyńczyk. On ich ośmieszy lepiej ode mnie. Niech Pan to rozważy (2). Teraz co do mojej działalności publicystycznej (3). Drogi Panie, to nie są rzeczy na poziomie KULTURY. To nie krytyki, lecz tylko artykuły informacyjne przeznaczone dla popularnego tygodnika. Ośmieszyłbym się, zamieszczając te głupstwa w Pana piśmie (4).
1. Do Jerzego Giedroycia; list pisany odręcznie.
2. W listach z 16 i 26 VII 1965 r. Jerzy Giedroyc informował Hłaskę o „sprawie” Stanisława Mackiewicza, któremu władze PRL zarzuciły pisanie pod pseudonimem do „Kultury” i pobieranie honorarium w dolarach. Giedroyc zachęcał Hłaskę do skwitowania tego groteskowym tekstem w stylu "Cmentarzy".
3. W liście swoim z 26 VII Jerzy Giedroyc pisał: [...] Dowiedziałem się z prasy, że zaczyna Pan pisać essaye i krytyki literackie. Zżółkłem z zawiści, że nie pamięta Pan o „Kulturze”. Nad czem Pan teraz pracuje? To jakaś większa rzecz? Jeśli tak, to może przyśle Pan fragment? [...]
4. Chodzi tu o felietony, które Marek Hłasko pisał dla tygodnika „Weltwoche” w Zurychu. Nie przywiązywał on większej wagi do tych felietonów (napisał ich cztery).
Campden Court Hotel Ltd
28 Basil Street
Knightsbridge SW3
[11 II 1966 r.]
Kochany Panie Jerzy! (1)
Zapomniałem o rzeczy bardzo istotnej. Błagam Pana, niech Pan skreśli to, co napisałem o Hani. To znaczy nie to, jak mieszkałem
w domu przy ulicy Częstochowskiej i jak Hania zostawiła mnie samego z tymi dziećmi na dole; tylko to co napisałem później – Pan już wie, ten liryczny szmonces. To na pewno bardzo szlachetnie z mojej strony; ale ja, pisząc to, zupełnie zapomniałem, że jestem na utrzymaniu innej kobiety. Lepiej nie pisać takich rzeczy, bo i tak wiadomo, że każdy młody człowiek kochał się kiedyś nawet
w kobietach średnio tylko sytuowanych; ale nikt nie wie, co się może zdarzyć w przyszłości. Po co ryzykować? Błagam Pana, niech Pan to zrobi dla mojego dobra. Chyba Pan mi dobrze życzy, prawda? Chyba Pan mi tego nie życzy, żebym musiał kiedyś naprawdę wziąć się do uczciwej pracy? (2) Błagam Pana, proszę nie zapomnieć. To mała rzecz, a może mieć poważne następstwa. Wizy jeszcze nie dostałem i żyję w napięciu (3). Czasem mam uczucie, że coś we mnie trzaśnie; ale nie umiem tego opisać bliżej. Gdyby we mnie już kiedyś coś trzasnęło, że nie mógłbym pisać do Pana tego listu; ale może byłoby to najlepsze ze wszystkiego. Całuję Pana. Proszę pozdrowić Wujostwo i Henryka (4).
1. Do Jerzego Giedroycia; podpis odręcznie.
2. 22 II Jerzy Giedroyc odpisał: Ma się rozumieć nie chcę skazywać Pana na uczciwą pracę i usunę ten liryczny ustęp...
3. List pisany jest z Londynu, gdzie Marek Hłasko załatwiał wizę amerykańską i skąd 22 II wyleciał do USA.
4. Wujostwo, czyli Zofię i Zygmunta Hertzów, oraz Henryka Giedroycia, brata Jerzego.
[30 III 1969 r.] - ostatni list do matki
Kochana Mamo!
Znów list z opóźnieniem, co wybacz. Piszę tym razem ręcznie, gdyż maszyna brudna. U mnie na razie wszystko OK. W Twoim liście piszesz, że boisz się o mnie i że boisz się „wszystkiego”. Ja nie rozumiem, co to znaczy. Każdego człowieka na świecie w każdej chwili może spotkać nieszczęście – i na to nie ma rady. Ale jest jeszcze Wiara i to pomaga niektórym ludziom. Tu wszystko po staremu. Zacząłem teraz pracować, jeśli mi się uda utrzymać posadę, to powinienem szybko spłacić długi i wtedy będę starał Ci się pomóc. Pracuję w biurze, w fabryce – tak że nie latam. List jest krótki, już odzwyczaiłem się od pisania ręką.
Bogu Cię polecam
Marek
/ reportaż
Skazani na Madagaskar
Do malgaskiego więzienia
w oczekiwaniu na proces można trafić na długie lata. Nawet za kradzież szczoteczki do zębów.

Mieszkańcy Madagaskaru / fot.: domena publiczna
Trasę z centrum Tôlanaro – jednego z ważniejszych miast portowych południowego Madagaskaru – pokonujemy w ciszy. Mijamy kolonialne domy z widokiem na port, straganiki ze smażonymi bananami i budki z ciasteczkami za 500 ariary (około 50 groszy). Farasoa, dwudziestoletni Malgasz, zerka na mnie przez ramię. Patrzy, czy na pewno za nim nadążam. Choć momentami podśmiechuje się z mojej nieporadności, jego twarz przez większość czasu jest poważna, dorosła. Idzie przed siebie. Nie ogląda się za zaczepiającymi nas dziećmi ani za starszymi paniami, zaskoczonymi moją obecnością, nie pyta pochylonych nad maską starego renault chłopaków, który to rocznik i czy urwaną oś będzie można zespawać, choć ja patrzę na nich z zaciekawieniem. Obiecał, że zaprowadzi mnie na umówione miejsce.
Po kolejnych minutach w ciszy milczenie zaczyna mi przeszkadzać. Szukam pytań, którymi mogłabym je w miarę bezpiecznie przerwać. Wzrok wbijam w moje ubrudzone od śmieci i piasku stopy. Zatrzymuję się, żeby wyciągnąć kolejny przyklejony do nich kawałek plastiku z ulicznych resztek. – A teraz… Co teraz z tobą będzie? – rzucam i błyskawicznie zdaję sobie sprawę z tego, o co zapytałam. Może to za szybko, za wcześnie? – Wiesz, która część życia tam była najtrudniejsza? – odpowiada w końcu pytaniem, zmuszając mnie do podniesienia wzroku. – Która? – powoli odrywam oczy od ziemi. – Zastanawianie się, co będzie potem. Siedziałem w tym więzieniu i myślałem o szkole. O tym, że właśnie teraz są zajęcia z francuskiego, na których mógłbym być, a po przerwie matematyka, geografia. Wiedziałem, że właśnie mijają najlepsze lata mojego życia i nic nie mogłem z tym zrobić… Jak z twoim butem? – szybko zmienia temat, a ja nie mam odwagi, żeby pytać o więcej.
la prison n’a pas de médicaments (franc. „więzienie nie ma lekarstw”) – oznajmia, jakby recytowała fragment malgaskiej konstytucji, jedna z sióstr służąca w więzieniu w Tôlanaro. Oprócz niej osadzonymi zajmuje się również lokalny felczer – to od jego decyzji zależy, czy na ból zęba dostaną dwie multiwitaminy, czy jedną. Nie skończył studiów, lecz kilkuletnią szkołę medyczną. Nie ma wiedzy
i umiejętności lekarza, a odpowiada za codzienną opiekę medyczną nad więźniami.
– Można wołać następnego – mówi do siostry chirurg z Mazowsza. Chce zachować anonimowość, więc nazwijmy go po prostu Michałem. Na Madagaskar przyjechał już trzeci raz. Dzięki jednej z organizacji pozarządowych z Polski pracował w malgaskiej przychodni prowadzonej przez Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia. Podczas jego pierwszego pobytu na wyspie poprosiły go, by objął opieką również więźniów, których na co dzień wspierały.
Gdyby tylko chciał, kolejnego pacjenta mógłby zawołać samodzielnie. Nie robi tego, prosi o pomoc siedzącą obok zakonnicę. Może nadal wierzy, że uda mu się zachować emocjonalny dystans – łatwiej jest przecież wyjechać, gdy nikogo się nie zna. Zachować profesjonalizm, badając obcego. Można też lepiej wszystko zrozumieć, gdy obraz rzeczywistości nie jest zamazany przez litość
i współczucie.
Pierwszy z czekających w kolejce mężczyzn wchodzi powoli. Co parę kroków zatrzymuje się, żeby złapać równowagę. Ostrożnie siada na krześle po drugiej stronie biurka, przy którym pracuje Michał. Pośród szczegółowych pytań dotyczących stanu zdrowia, pada
w końcu to, na które brak odpowiedzi wyjaśni wszystko: – Niech siostra zapyta, co je – prosi lekarz. Ta jednak nie tłumaczy pytania na malgaski. Patrzy wymownie. – Maniok? – Tak – potwierdza i spuszcza wzrok. Milczymy. – Dobrze, sprawdźmy, ile waży – pada po dłuższej chwili decyzja. Zupełnie jak gdyby odłożenie tej czynności w czasie miało sprawić, że informacja będzie mniej prawdziwa, że łatwiej będzie ją obalić, z czystym sumieniem powiedzieć „przecież to niemożliwe”. Pacjent powoli stawia nogi na wyścielonej wytartą gumą, żelaznej wadze. Wskazówka zatrzymuje się na trzydziestu dwóch kilogramach. Siostra zapisuje w karcie. – A wiek? – pyta Michał. – Czterdzieści – odpowiada i chowa się za biurko, przez które wychylała się przed momentem, żeby sprawdzić, czy pomiar jest prawidłowy. – Pomóżcie mu zejść – prosi podglądających sytuację więźniów. Czekają w kolejce na przyjęcie, przy okazji przysłuchując się wszystkiemu, co się dzieje w gabinecie. Nie muszą się zresztą szczególnie starać – drzwi przecież nie ma, podobnie zresztą jak prywatności: jesteś więźniem, twoja godność została za murami budynku. Nie oczekuj zbyt wiele. Kolejny z fragmentów niepisanej konstytucji.
Współosadzeni prowadzą mężczyznę z powrotem na krzesło, ale poranione stopy odmawiają mu posłuszeństwa. Bezwładnie ocierają się o podłoże – najpierw o wytartą gumę, potem o odpadającą z wagi emalię, na końcu o beton, na którym zostawiają ciemnożółtą maź – ropę połączoną z krwią i obszarpanym naskórkiem. Muchy nie czekają, aż usiądzie. Zlatują się do śladów, zanim wykona kolejne kroki. – Jeżeli nie będzie miał butów, rany się nie zagoją. Wszędzie jest piasek, to już wygląda tragicznie – Michał prosi siostrę o przetłumaczenie tej informacji pacjentowi. – Ale on nie ma rodziny w mieście. Nikt nie przyniesie mu butów. Nikt też nie przynosi mu dodatkowego jedzenia – wyjaśnia zakonnica. Cisza trwa dłużej niż zwykle. – Musisz unikać piasku i myć często stopy – siostra tłumaczy zalecenia lekarza i woła następnego chorego.
Wyglądam przez kraty. Boję się wpadających przez drzwi więziennych spojrzeń. Widoku tego, jak Michał jest w stanie objąć dłonią łydkę dorosłego mężczyzny. Zapadniętych policzków, wystających nadgarstków, głów pokrytych grzybicą. Podchodzę do okna. Dziedziniec więzienia przypomina boisko w szkole dla niegrzecznych dzieci – nierówny, pełen śmieci, piachu zamiast trawy – za karę. Obudowany z każdej strony betonowo-blaszanymi konstrukcjami, otoczony rowami, którymi spływa mocz, stanowi centrum sieci pawilonów szumnie nazwanych zakładem karnym. Również centrum w znaczeniu społecznym – to tu dochodzi do kontaktu
z pozostałymi więźniami, wymiany produktów, usług i historii. Równe rzędy idealnie ogolonych głów wpatrują się w wejście do gabinetu. Dziś na przyjęcie czeka ponad pięćdziesiąt osób. Pierwszeństwo mają kobiety – niektóre z nich muszą się spieszyć do dzieci. Dwulatek nie może przecież zbyt długo być sam. Szczególnie w więzieniu.
Ból brzucha, zawroty głowy – kolejni pacjenci przychodzą z podobnymi objawami. Żądny sławy lekarz zamknąłby je pewnie
w egzotycznie brzmiącej „chorobie malgaskiej”, choć może uczciwsze byłoby nazwanie jej wprost „chorobą więzienną” – niedożywienie i brak higieny. Zostaje coraz mniej czasu, za godzinę musimy opuścić budynek. Pokryty lepiącym się brudem, zardzewiały wiatrak nie działa. Stoi w kącie celi przerobionej na gabinet. Razem z wyszywaną w koniki pościelą na kozetce oraz walizkami pamiętającymi zapewne czasy francuskich kolonizatorów stanowi komplet rzeczy zupełnie niepotrzebnych. Temperatura nie sprawia już dyskomfortu, ona skutecznie utrudnia pracę. Jasna koszula Michała pokrywa się żółtymi plamami. Lekarz wyciera pot z czoła, łapie się za kilka siwych włosów. Pewnie zresztą przybędzie mu ich po wyjeździe. Mruży oczy. Nasłuchuje lewym uchem. Pocięta przez kraty plama słonecznego światła pada głównie na jego biurko – Michał nie zobaczy wszystkiego, stetoskopem nie usłyszy każdego dźwięku. Nie pozna historii wszystkich osadzonych, ich problemów, tęsknot. Nie zapyta „Dlaczego?”, choć pewnie bardzo by chciał. Może jedynie „poleczyć” – multiwitaminą, antybiotykiem, maścią przeciwgrzybiczą i dobrą radą. La prison n’a pas de médicaments.
Pomimo bogactw naturalnych Madagaskar jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Według najnowszych danych Banku Światowego blisko trzy czwarte ludności żyje tu za mniej niż 1,9 dolara dziennie.
– Doktorze, to już ostatni dzisiaj, więcej nie zdążymy – mówi zakonnica i powoli zaczyna pakować swoje rzeczy. – Rozumiem, niech go siostra poprosi – odpowiada lekarz i patrzy w stronę drzwi. Czeka. Do gabinetu niepewnie wchodzi młody chłopak – zawstydzony, zgaszony – może dlatego, że nie jest tu długo. Widać to po jego budowie ciała, niedowaga nie dokucza mu jeszcze tak bardzo. – Może kilka miesięcy – Michał odpowiada na moje niezadane pytanie o to, ile czasu jego pacjent tu przebywa. Pacjent siada przy biurku, chaotycznie wędrującymi po brzegach krzeseł dłońmi zdradza swój strach. – Zdejmij koszulkę – prosi siostra. – A teraz oddychaj. Wdech, wydech, oddychaj – powtarza. – Proszę oddychać głęboko – sugeruje już nieco mocniej. Nadal nic. Siostra wstaje i pokazuje, jak powinien to zrobić. Po kilku instrukcjach chłopak zaczyna powtarzać lekarskie oddechy. Zupełnie tak, jak gdyby robił to po raz pierwszy w życiu. Ma dopiero czternaście lat, być może nigdy wcześniej nikt go nie osłuchiwał, może to pierwszy raz, kiedy w ogóle widzi stetoskop. Może to jego pierwsze spotkanie z lekarzem. – Chwileczkę, siostro, jeszcze jedno badanie – Michał odwraca się za siebie, otwiera rękaw ciśnieniomierza. – Alefa [malg. „proszę” – przyp. E.K.] – mówi do pacjenta i czeka, aż ten umieści w nim ramię. Chłopak patrzy na niego niepewnie, chwilę się waha, ale w końcu decyduje – wkłada w rękaw obie ręce, zatrzymując je w nim na wysokości nadgarstków. Czeka, aż Michał zaciśnie kajdanki.
W którym momencie po raz pierwszy wpadłeś w gniew? – zadaję Michałowi pytanie i obserwuję reakcję.
– Gdy zdałem sobie sprawę z powtarzalności objawów, z których wszystkie wynikały z niedożywienia. Odwrócenie przyczyny było banalnie proste, ale niemożliwe. Z każdym kolejnym pacjentem to poczucie narastało.
– Co musiałoby się zmienić, żeby malgaskie więzienie nie zabijało?
– Najprostsze kwestie – odpowiada natychmiast. – Na przykład sanitaria. Woda niby jest, ale co z tego, skoro wszyscy sikają do rowów otaczających dziedziniec. A teraz zobacz – historia z dzisiaj – więzień ze świeżo rozpoznaną gruźlicą za chwilę pójdzie spać do sześćdziesięcio- czy osiemdziesięcioosobowego hangaru przykrytego blachą. W środku jest okropnie duszno, śmierdzi. Wykaszle się przez całą noc, prątki będą fruwać i zarażać. Każdy z nich ma obniżoną odporność. Naprawdę muszę ci tłumaczyć, czym to się skończy?
– A ten maniok? – dopytuję. – Przecież tu trzy czwarte społeczeństwa żyje za mniej niż dwa dolary dziennie, może rzeczywiście nie ma pieniędzy dla więźniów?
– Wiesz, część osób będzie mówiła, że skoro złamali prawo, to teraz więźniowie powinni cierpieć. Ale prawdopodobnie połowa osób siedzi tam bez winy. Zresztą czy wina tu cokolwiek zmienia? Jeden dobrze zbilansowany posiłek by wystarczył i jest w tamtych warunkach możliwy do zrobienia – jest palenisko, na którym mogą coś ugotować, zorganizowanie garnka też nie jest trudne. Tylko że do tego garnka trzeba mieć co włożyć. Teraz raz dziennie, o godzinie 16:00, dostają półsurowy maniok.
Obecnie w więzieniach na Madagaskarze (rok 2020) przebywa 27 600 osób, w tym 1469 kobiet (485 skazanych i 984 zatrzymane) oraz 855 nieletnich, w tym 801 chłopców (246 skazanych i 555 zatrzymanych) i 54 dziewczęta (17 skazanych i 37 zatrzymanych). Są wśród nich złodzieje kur i plonów, czyli batatów i manioku. Jest też wielu złodziei kości.
Kult przodków jest jednym z filarów tożsamości mieszkańców. Na Madagaskar mówią oni Tanindrazana, czyli „wyspa, na której mieszkają przodkowie”. Jednym z przejawów poczucia silnej więzi z nimi jest tradycja zwana famadihana – odbywająca się raz na kilka (przeważnie siedem) lat ekshumacja zwłok. Uczestnicy ceremonii tańczą, unosząc owinięte w nowy całun szczątki zmarłego, towarzyszy temu muzyka na żywo i poczęstunek. Zwyczaj opiera się na przekonaniu, że duch zmarłego może ostatecznie dołączyć do swoich przodków dopiero po całkowitym rozkładzie ciała. Zanim to jednak nastąpi, musi ono przechodzić kolejne ceremonie
i pogrzeby.
Od kilku lat na Madagaskarze notuje się rosnącą liczbę dewastacji grobowców oraz kradzieży kości – najczęściej udowych – głównie na południu wyspy i przy wybrzeżu. Ze względu na szczególny kult przodków i szacunek dla szczątków zmarłych Malgasze traktują ten proceder jako profanację zarówno dziedzictwa kulturowego, jak i – przede wszystkim – ciał ich bliskich. Oskarżenie o rozkradanie grobów spotyka się z natychmiastową reakcją ze strony policji i prokuratury.
Do tej pory nie ustalono, dlaczego kradzione są kości. Przyczyn nie są w stanie wskazać ani pracownicy więzienia, ani lokalne władze w Tôlanaro. Sami skazani tłumaczą się chęcią zarobku, jednak zapytani o szczegóły, nie potrafią podać konkretnych kwot ani wymienić zleceniodawców. Wśród teorii dotyczących przyczyn wymienia się inspirowaną z zagranicy próbę rozbicia więzi społecznych, co miałoby pozwolić na łatwiejsze manipulowanie poszczególnymi grupami etnicznymi i rozgrywanie ich przeciwko sobie nawzajem. Inni wierzą, że z kradzionych kości powstają syntetyczne diamenty lub półprodukty wykorzystywane w medycynie ludowej, zwłaszcza chińskiej – Malgasze łączą tę teorię z rosnącymi wpływami Chin w Afryce.
Jedno wiadomo na pewno – kradzieży kości podejmują się ludzie z ubogich terenów wiejskich.
- Tak, przyjedź do mnie w środę po sjeście. Powiem ci, co wiem – odpowiada i odkłada słuchawkę. Do obowiązków siostry Josette należy pomoc więźniom. To ona z ramienia Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia kupuje dodatkowe jedzenie tym, którzy są skrajnie niedożywieni, organizuje naukę czytania i pisania dla osadzonych nastolatków, angażuje kleryków w prowadzenie katechez. Doskonale zna warunki panujące na miejscu. Spotykamy się w maleńkiej sali jednego z domów zgromadzenia. Otwiera mi drzwi, uśmiechem zaprasza do pokoiku pełniącego jednocześnie funkcję gabinetu, magazynu i maleńkiej sali wystawowej z hasłem „Im pomagamy”. Oglądam przyczepione na tablicy zdjęcia osób, które dzięki wsparciu zgromadzenia stanęły na nogi: matki z dziećmi, więźniowie, chorzy. Przypominają fotografie z albumu rodzinnego – te najserdeczniejsze, na których wszyscy się śmieją.
– Musisz wiedzieć, że bardzo powszechne jest tutaj wzajemne oskarżanie się o popełnienie jakiegoś przestępstwa. Oskarża się kogoś, bo się go nie lubi albo chce się na kimś zemścić – zaczyna opowieść siostra Josette.
– A na proces czeka się w więzieniu, tak? – szukam potwierdzenia słów, które już parę razy słyszałam.
– Tak. Teoretycznie powinno to trwać kilka miesięcy, ale zdarzają się sytuacje, że te miesiące zamieniają się w lata – wyjaśnia.
– To, jak długo się czeka, zależy od pieniędzy? – chcę zweryfikować zasłyszaną wersję, ale od razu się zastanawiam, jak złagodzić to pytanie, przecież to poważne oskarżenie. Odpowiada jednak bez zająknięcia:
– Sędzia decyduje. Jeśli zapłacisz, możesz czekać poza więzieniem.
– Ale to przecież kaucja, mówimy o kaucji, tak? – dopytuję.
– Nie, to nie jest legalne. To korupcja. Od pieniędzy zależy, czy – a jeśli tak, to jak długo – będziesz siedzieć w więzieniu.
– Ale przecież tam nie da się żyć. Co się dzieje, jeśli ktoś nie ma rodziny z Tôlanaro, która mogłaby mu przynosić jedzenie? – pytam
i liczę na to, że jednak jest jakieś inne wyjście.
– To dostaje trzy kawałki manioku na jeden dzień. Trzy kawałki! – powtarza oburzona. A ja już wiem z wcześniejszej wizyty w więzieniu, że kawałki mają średnio po osiem centymetrów długości i dostarczają po 160 kilokalorii. Pokrywają zatem ledwie jedną piątą dziennego zapotrzebowania dorosłego mężczyzny na energię.
Pytam, kto decyduje o porcjach żywieniowych.
– Minister sprawiedliwości. Ale on nie ma nad tym kontroli. Nie wie, że więzienia są przepełnione. Byłaś w środku. Ponad 370 więźniów. Sądzisz, że 250 metrów kwadratowych to wystarczająca powierzchnia?
Po wyjściu myślami wracałem za kratki, czułem się więźniem. Może to dziwne, ale naprawdę zawiązałem tam przyjaźnie. Wyszedłem na wolność i zostałem sam. Szukałem sposobu na to, żeby zacząć od nowa.
Według raportu Madagascar 2019 przygotowanego przez Amnesty International malgaskie więzienia są przeludnione, a warunki
w nich panujące zostały określone jako nieludzkie. „W czerwcu liczba więźniów przekroczyła 28 tysięcy osób, z których 56 procent przebywało w areszcie tymczasowym – czytamy w dokumencie. – Liczba ta wzrosła z 23 759 zatrzymanych w grudniu 2018 roku, kiedy to wskaźnik tymczasowego aresztowania wyniósł 53,21 procent”. W maju zeszłego roku minister sprawiedliwości Madagaskaru zadekretował nową, bardziej odżywczą dietę dla osadzonych, jednak – jak podaje dalej Amnesty International – nie została ona wprowadzona we wszystkich więzieniach kraju.
– Widziałam w więzieniu chłopca oskarżonego o kradzież kości. Ma czternaście lat, a na proces czeka już jedenaście miesięcy…
– zagaduję siostrę Josette.
– Na szczęście jest nieletni!
– Na szczęście?
– Nieletni mogą liczyć na nieco łagodniejsze traktowanie. Zresztą jako siostry dajemy im dodatkowe jedzenie, więcej mydła, opieki. Gdy skończy osiemnaście lat, nie będzie już mógł dostawać wsparcia w takim wymiarze.
– Dlaczego młodzi Malgasze kradną?
– Bo to naprawdę ekstremalnie biedne dzieci. Są po prostu głodne. Kradną jedzenie albo po to, żeby to jedzenie kupić.
– I trafiają za kraty, gdzie teoretycznie są oddzielane od dorosłych więźniów – przerywam jej. Mam nadzieję, że powie trochę więcej
o warunkach za kratkami.
– Teoretycznie, ale w ciągu dnia kontakt między nimi jest możliwy – uzupełnia.
– Czyli na przykład chłopiec, który ukradł kurę albo kiść bananów, bo nie miał co jeść, może całe dnie spędzać pomiędzy mordercami? – zamyka oczy i kiwa twierdząco głową. Milczymy.
– Teraz dzieci jest sześcioro – dodaje po chwili. Jeden chłopiec podobno ukradł baranka, drugi coś ze swojego domu i pozwała go jakaś dalsza ciotka, trzeci się z kimś pokłócił.
– Siedzi za kłótnię?
– Mógł podczas niej powiedzieć coś złego albo komuś pogrozić.
– A ile lat ma najmłodszy?
– Czternaście. Był taki, który miał dwanaście, ale wyszedł. No i jest półtoraroczne dziecko – jego matka trafiła do więzienia, nie miał się nim kto zająć – wyjaśnia.
Ból głowy, kaszel, gruźlica, AIDS, kiła, grzybica, świąd, ropa – przypominam sobie hasła klucze z pokoju, w którym przyjmował Michał. Przecież to dziecko było tuż obok, piętnaście, może dwadzieścia metrów od nas.
– Niedaleko stolicy, w Antsirabe, jest podobno więzienie wspierane przez wiele zgromadzeń – nie tylko katolickich – i różnych inicjatyw społecznych. Siostry franciszkanki zawożą im co czwartek ryż z fasolą aż dla ośmiuset osób. Może byłoby to możliwe tutaj, w Tôlanaro? – pytam.
– Nie! – odpowiada stanowczo.
– Dlaczego?
– Bo tu, w Tôlanaro, nie uważa się więźniów za ludzi. Nie zasłużyli na pomoc.
Trzydziestego pierwszego października 2019 roku prezydent Madagaskaru Andry Rajoelina odwiedził więzienie Antanimora w stolicy państwa, Antananarywie, by – jak czytam w oświadczeniu prasowym – „na własne oczy zobaczyć realia tego zakładu karnego”.
W komunikacie zamieszczonym na oficjalnej stronie głowy państwa znajduję informację: „W więzieniu Antanimora, mieszczącym tylko 800 osób, przebywa obecnie 4357 osób, w tym 495 kobiet. 2642 zatrzymanych nadal oczekuje na proces. Zastosowano kilka rozwiązań w celu zmniejszenia zatorów w więzieniach, w tym przyspieszenie wyroków wszystkich osadzonych do 15 grudnia 2019 roku. Więźniowie, którzy zostali skazani za drobne przestępstwa, skorzystają z obniżenia wymiaru kary. Dodatkowo budowana jest nowa, zgodna ze standardami infrastruktura więzienna w celu poprawy warunków przetrzymywania”.
Mimo tej deklaracji w więzieniu niewiele się zmieniło, jak komentuje siostra Josette.
Słyszałam, że byłaś z Michałem w więzieniu, pewnie chcesz o tym porozmawiać – zagaduje mnie Marie Rinefleurni, czterdziestoletnia urzędniczka sądowa. Jej maleńki pokój mieści się w dawnym budynku internatu dla dziewcząt. Żyje sama. Na nocnej szafce ma wszystkie potrzebne jej w życiu książki – kodeksy, schematy przebiegu postępowań sądowych, modlitewnik. Każda rzecz ma tutaj swoje miejsce. Odsuwam ciężkie drewniane krzesła, siadam przy stole pokrytym ceratą imitującą koronkę.
– Dlaczego oskarżeni tak długo czekają na proces w więzieniu?
MADAGASKAR - NAJWIĘKSZA WYSPA AFRYKI
Miliony lat temu Madagaskar, czyli największa wyspa Afryki, oderwał się od Czarnego Lądu. Stał się wówczas czwartą pod względem wielkości wyspą świata. W zupełnej izolacji od kontynentu zaczęły się wykształcać niezwykłe gatunki roślin i zwierząt. Tak powstał raj dla miłośników natury i podróżników.
– Czas oczekiwania na proces jest bardzo trudny i problematyczny. Może zdarzyć się tak, że w trakcie ktoś zmienia zeznania, a wtedy wszystko trzeba zaczynać od początku, co przedłuża niestety czas oczekiwania na wyrok. Osoby oskarżone muszą wtedy przebywać w więzieniu. Zdarza się, że umierają z niedożywienia, złych warunków sanitarnych, spania w jednej celi z chorymi. Problem polega na tym, że budżet, który ministerstwo przeznacza na więzienia, jest niewystarczający. Nie ma pieniędzy nawet na jedzenie. Przekraczamy też możliwość przyjmowania więźniów, jest ich po prostu za dużo – tłumaczy mi spokojnie.
– Można sobie kupić wolność?
– Jest dużo osób, które to robią. Płacą za to, żeby czekać na proces poza więzieniem. Zresztą często oskarżenie kogoś jest skutecznym sposobem na pozbycie się takiej osoby. Zobacz, jeśli tylko ktoś jest biedny, będzie czekał latami, przez cały czas jedząc półsurowy maniok. Jego „wybawieniem” będzie osiągnięcie stanu krytycznego – wtedy zakwalifikuje się do pomocy od sióstr zakonnych.
– Czemu siostry nie pomagają wszystkim?
– Za co?
Pomimo wielu bogactw naturalnych – rud chromu, grafitu, miki, kamieni szlachetnych i złota – Madagaskar jest jednym
z najbiedniejszych krajów świata. Według najnowszych danych Banku Światowego blisko trzy czwarte ludności żyje tu za mniej niż 1,9 dolara dziennie, a rozwój ponad połowy dzieci poniżej piątego roku życia jest opóźniony. Według danych z 2012 roku – najświeższych, jakimi dysponujemy – około 1,4 miliona uczniów szkół podstawowych nie uczęszczało na zajęcia. Organizacje pozarządowe, w tym Amnesty International, alarmują o krytycznym pogwałceniu praw człowieka, zwłaszcza w więzieniach.
Farasoa, możemy jeszcze chwilę porozmawiać o więzieniu?
– Pogadajmy.
– Gdzieś się w tym wszystkim gubię. Siedziałeś ponad trzy lata, z czego dwa czekałeś na proces, a teraz wracasz tam z własnej woli.
– Po próbie samobójczej jedynym zajęciem, które pozwoliło mi przestać myśleć o więzieniu, było pranie.
– Pranie? – dopytuję, bo nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam.
– Tak, jako nieletni dostawaliśmy od sióstr więcej mydła. Prałem ubrania swoje i swoich kolegów. Sama zresztą wiesz, że tych ubrań nie było dużo – uśmiecha się ironicznie. – Robiłem to pranie, jakbym chciał zmyć z siebie nie tylko więzienny piasek i zapach, lecz jakbym chciał zmyć oskarżenia.
– Ale przecież teraz jesteś już wolny. Wszystko się układa, pracujesz.
Jeśli tylko ktoś jest biedny, będzie czekał latami, przez cały czas jedząc półsurowy maniok. Jego „wybawieniem” będzie osiągnięcie stanu krytycznego – wtedy zakwalifikuje się do pomocy od sióstr zakonnych.
– Po wyjściu długo jeszcze śniło mi się to wszystko, myślami wracałem za kratki, czułem się więźniem. Może to dziwne, ale naprawdę zawiązałem tam przyjaźnie. Są możliwe również za kratkami. Wyszedłem na wolność i zostałem sam. Szukałem pracy, sposobu na to, żeby zacząć od nowa. Razem z siostrą Josette wpadliśmy na pomysł manufaktury torebek. Ich produkcja nie wymaga jakichś szczególnych umiejętności ani specjalistycznego sprzętu.
– Więc mogą je robić nawet kobiety w więzieniu – dopowiadam.
– Tak. Dlatego tam wracam. Pokazuję im, jak szyć takie torby, przynoszę materiały. Ze sprzedaży toreb można trochę zarobić. Przynajmniej tyle, żeby wystarczyło na jedzenie, lekarstwa, na mydło dla moich przyjaciół z więzienia.
– Kto najczęściej kupuje te torby? – pytam, bo nie wierzę, że robią to Malgasze.
– Turyści. Przyjeżdżają na Madagaskar, zachwycają się naszym oceanem, burzliwymi falami, idealnymi do surfowania. Każdego wieczoru można ich spotkać w knajpkach nad wodą. Wypiją parę drinków, zrobią sobie zdjęcia z dziećmi, rzucą spory napiwek.
– Podoba im się to, co robicie?
– Podobają im się torby, bo są kolorowe, ręcznie robione, eko i z lokalnymi wzorkami. To podobno jest teraz modne. Kupują, bo są po prostu ładne. A historia ludzi, którzy je tworzą nie jest dla nich najważniejsza. Wiesz, oni nawet nie wiedzą, że jadąc na plażę, mijają po drodze więzienie. Tuż obok nich jakiś młody chłopak mydłem wyciera w koszulce dziurę, żeby tylko nie myśleć o samobójstwie,
a kobiety wyplatają te kolorowe torebki, bo gdy pieniędzy zabraknie, w pierwszej kolejności odczują to ich dzieci.
W 2020 roku doszedł nowy problem: pandemia COVID-19.
– Obostrzenia będące reakcją na wiadomości o koronawirusie były wprowadzane na Madagaskarze stopniowo. Problem istniał, owszem, ale – jak sądzili Malgasze – w Chinach, Iranie, w Europie. Stosunkowo szybko władze zdecydowały się na zawieszenie połączeń międzynarodowych i lotów czarterowych z wyjątkiem stołecznego lotniska – mówi Olga Figiel z MISEVI Polska, Stowarzyszenia Świeckich Misjonarzy Świętego Wincentego a Paulo. Podczas wybuchu epidemii pracowała w Fort Dauphin na południu wyspy.
Kolejne wytyczne pojawiały się wraz z odbywającymi się średnio raz na dwa tygodnie wystąpieniami prezydenta Andy’ego Rajoeliny. 21 marca wprowadzono zakaz zbiorowego żywienia i ograniczenia w prowadzeniu handlu. – Targ mógł być otwarty tylko do godziny 13.00. Ci, którzy przychodzili na niego bez maseczek, byli karani pracami społecznymi. Rząd wiedział, że kary pieniężne nie będą możliwe do wyegzekwowania – opowiada mi Figiel. – Ograniczenie zbiorowego żywienia było dla wielu osób utratą szansy na zjedzenie jakiegokolwiek pożywnego posiłku. Dotyczyło to między innymi dzieci, z którymi pracujemy jako MISEVI. Zamknięto szkoły
i stołówki, które działały nawet w sobotę.
Pierwsza śmierć spowodowana koronawirusem wstrząsnęła wyspą. Obostrzenia stały się jeszcze bardziej restrykcyjne – izolowano regiony, w których dochodziło do zachorowań, zamykano miasta, w Antananarywie wprowadzono godzinę policyjną. Epidemia przypadła na sezon malaryczny i – dodatkowo – na okres przed zbiorami. Ludzie umierali, bo nie mieli za co kupić leków. Ceny żywności i artykułów sanitarnych gwałtownie wzrosły, więc prezydent ogłosił ich odgórną regulację.
Dwudziestego trzeciego sierpnia 88 czekających na proces w więzieniu w Farafanganie uciekło, atakując strażników kamieniami. Podczas obławy siły bezpieczeństwa zatrzymały 20 z nich, a drugie tyle zabiły.
– Może to działało, ale w stolicy. Tu, na południu, nikt się nami nie przejmował – komentuje Figiel. – Ludzie z desperacji zaczęli sprzedawać bydło za bezcen, bo nie mieli za co kupić ryżu, oleju i środków czystości.
„Dziś na terenie Ministerstwa Sprawiedliwości w Faravohitrze odbyła się ceremonia podpisania konwencji i przekazania darowizn
w ramach wsparcia Narodów Zjednoczonych dla rządu Madagaskaru. Darowizny te mają na celu poprawę sytuacji przetrzymywanych w więzieniach. Ich przeludnienie stwarza ryzyko rozprzestrzeniania się COVID-19 w jednostkach penitencjarnych” – czytam
w oświadczeniu prasowym Ministerstwa Sprawiedliwości z 23 czerwca.
W obawie przed koronawirusem rodzinom osadzonych zabroniono kontaktu z bliskimi przebywającymi za murami więzienia. Zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia zostały pozbawione możliwości wspierania nieletnich. Artykuły higieniczne, ubrania
i jedzenie przekazywały za pośrednictwem strażników.
„W swoim przemówieniu minister sprawiedliwości Johnny Richard Andriamahefarivo podkreślił znaczenie poszanowania praw osób zatrzymanych. Zaapelował do sędziów (…) o unikanie systematycznego zatrzymywania, aby nie przepełniać więzień. Mając to na uwadze, Ministerstwo Sprawiedliwości jak co roku skierowało do prezydenta projekt ułaskawienia w przeddzień święta narodowego [26 czerwca – przyp. E.K.]” – to dalsza część oświadczenia.
– W stolicy może zwolniono paru więźniów. Na południu pewnie nikogo – złości się Olga Figiel. – Nie tylko więzienia zostały zamknięte, ale też sądy. Osoby, które czekały na proces za kratami, nie mogły w nim uczestniczyć, bo zwyczajnie go nie było. Sędziowie pracowali, ale w biurach. Nie przyjmowano świadków.
Dwudziestego trzeciego sierpnia osiemdziesięciu ośmiu czekających na proces w więzieniu w Farafanganie (trzysta kilometrów na północ od Tôlanaro) uciekło, atakując strażników kamieniami. Podczas obławy siły bezpieczeństwa zatrzymały dwudziestu z nich,
a drugie tyle zabiły. Dwóch kolejnych zatrzymanych zmarło następnego dnia w wyniku odniesionych obrażeń. Według świadków zdarzenia – na relację których powołuje się Amnesty International w raporcie Madagascar: Killing of 22 detainees an appalling attack on the right to life (Madagaskar. Zabicie 22 więźniów wstrząsającym zamachem na prawo do życia) – zatrzymani uciekli, by zaprotestować przeciwko przedłużającemu się aresztowi tymczasowemu, zastosowanemu za drobne przestępstwa, w tym kradzież szczoteczki do zębów.
Farasoa, poczekaj – mówię, żegnając się. – Nie zapytałam, co właściwie oznacza twoje imię.
– Bogactwo i piękno – patrzymy na siebie w ciszy. – Całe moje życie, nie?
Imiona bohaterów reportażu – oprócz Farasoy i Olgi Figiel – zostały zmienione.
(Pismo - Magazyn opinii)
/ ludzie i obyczaje
styczeń '24 (17)

Biblioteka Gladstone
Biblioteka Gladstone w walijskiej wiosce Hawarden została założona
w 1889 roku przez byłego brytyjskiego premiera Williama Gladstone’a. To nietypowe miejsce zaprojektowano tak, aby można było książki czytać, oddychać nimi, zasypiać i budzić się w ich otoczeniu. Bo tylko tak, zdaniem pomysłodawcy tego miejsca, można naprawdę czegoś się nauczyć.
Biblioteka zatem obejmuje 26 sypialń położonych kilka kroków od księgozbioru liczącego 150 tysięcy tomów i jest idealnym miejscem do spędzania wakacji na lekturze, pisaniu, skupieniu. Sypialnie znajdują się na piętrze imponującej kamiennej budowli, czytelnie zaś na parterze. Tam też jadalnia z widokiem na ogród, gabinet z kominkiem, gdzie uwielbiają przesiadywać czytelnicy. Nie zabrakło również kaplicy, ponieważ oryginalny pomysł Gladstone’a był nierozerwalnie związany z jego głęboką wiarą chrześcijańską. Przez większą cześć swojego istnienia placówka gościła głównie teologów i duchownych. Stała się nawet ośrodkiem szkoleniowym dla osób wyświęconych. Wpływ kościoła osłabł jednak
w latach 90. XX wieku „i miejsce to stanęło na rozdrożu”, jak opowiada obecna naczelniczka biblioteki Andrea Russell.
Instytucja dotąd ekskluzywna, z której zasobów można było korzystać wyłącznie po przedstawieniu listu referencyjnego, musiała określić się na nowo. Zachowała odrobinę tradycji, wprowadziła odrobinę nowoczesności i otworzyła podwoje dla wszystkich. Tradycyjny jest wystrój – ciemne boazerie, portrety w złoconych ramach oraz osoba dyrektora – musi nim

być ksiądz anglikański. Pani Russell przyjęła święcenia podczas zdobywania doktoratu z teologii i w październiku 2022 roku objęła stanowisko. Według jej szacunków dziś tylko 30 procent gości to duchowni, w porównaniu z 80 procentami w poprzednich latach. Większość odwiedzających stanowią naukowcy, studenci, a także ludzie spragnieni ciszy i literatury. Dzień w bibliotece-hotelu zaczyna się poranną mszą (8 rano). Oprócz tekstów liturgicznych czyta się na niej poezje. Niektórzy goście przychodzą do kaplicy prosto z lóżka, w kapciach. Później jest śniadanie z nieodłączną walijską owsianką, dyskusje i wymiana informacji przy stole jak za czasów Williama Gladstone’a, który nie uznawał gazet, a wiadomości czerpał od ludzi.
Gdy o 9 rano otwierają się drzwi czytelni, wszyscy zatapiają się w lekturze. W południe idą na lunch do pobliskiej restauracji, po czym wracają do książek. Nie ma tu telewizji - w Gladstone wieczorami też się czyta, głównie powieści – dla rozrywki.
(AZ - na podstawie: The Guardian; foto.: domena publiczna)
/ sztuka malarstwo
styczeń '24 (17)
„Dopiero kiedy zrozumiesz swoją samotność, zareagujesz na moją sztukę”
Witold-K
Kaczanowski
...malarz, rzeźbiarz, grafik, fotograf, scenograf, ale przede wszystkim nietuzinkowa osobowość
w panteonie współczesnych artystów. Twórca największego plafonu w Polsce, znajdującego się w Oświęcimskim Centrum Kultury.
Jedyny Polak, któremu zorganizowano indywidualną wystawę w najstarszym domu aukcyjnym Sotheby's
w Amsterdamie.

Bezgrzeszne lata
Jest warszawiakiem (urodził się w roku 1932). Jego ojciec - dyrektor szpitala psychiatrycznego w Tworkach pełnił też funkcję wiceprezesa Polskiego Czerwonego Krzyża. Mamy w zasadzie nie pamięta, stracił ją bardzo wcześnie, dlatego duży wpływ na jego wychowanie mieli dziadkowie. Jak sam przyznaje, był dzieckiem rozpieszczanym nie tylko przez służącą Milcię obdarowującą go słodkościami, ale i przez dziadka Kazimierza Kaczanowskiego (poseł na sejm podczas międzywojnia), od którego niemal codziennie otrzymywał - w tajemnicy przed babcią - jakiś drobiazg w prezencie.
Kiedy wybuchła II wojna światowa miał niewiele ponad 7 lat, jednak pamięta ten czas doskonale - wchodzący do Tworek niemieccy żołnierze zastrzelili jego ukochanego psa, pacjenci szpitalni powoli umierali z niedożywienia, braku leków i odpowiedniej opieki... Dotychczasowy świat małego dziecka pogrążył się w chaosie, co zresztą znalazło odzwierciedlenie w późniejszym malarstwie. Czas umieścił go w pokoleniu doznającym zła, niesprawiedliwości i samotności. A on tak kochał zwierzęta i marzyła mu się kariera dyrektora ogrodu zoologicznego. Uwielbiał wzruszający zbiór opowiadań „Serce” Edmunda de Amicisa... Jednak życie toczyło się innym torem...
Jako nastolatek uczęszczał do prywatnego gimnazjum, gdzie wykładali profesorowie wyrzuceni z uniwersytetów przez partię. Po zdaniu matury nie wiedział co dalej zrobić ze swoim życiem. Dostał się na architekturę, jednak stamtąd przeniesiono go, wbrew jego woli, na Politechnikę. Niechciany kierunek studiów nazywał się bardzo wdzięcznie - „Elektryfikacja rolnictwa”, jednak nie miało to nic wspólnego ze światem zainteresowań przyszłego artysty. Zamiast wysłuchiwać nieciekawych wykładów, uciekał z zajęć najczęściej na zaplecze Muzeum Narodowego i tam malował, pisał wiersze... W końcu za namową przyjaciela swojego ojca postanowił zdawać na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Na początku lat 50. studiował już na Wydziale Grafiki, a jego profesorami byli między innymi: Wojciech Fangor, Henryk Tomaszewski, Eugeniusz Arct.
Pierwsze sukcesy i wyjazd do Paryża
Po studiach krótko pracował jako ilustrator magazynu „Świat”, „Wydawnictwa Literackiego”, projektował plakaty, malował freski...
Wcześnie zaczął wystawiać swoje prace na ekspozycjach krajowych i zagranicznych (rok 1960 - pierwsza indywidualna wystawa
w warszawskim Klubie Aktora SPATiF).
Tworzył scenografie na targi: w Poznaniu, Krakowie, Ankarze, Budapeszcie, Lipsku, Moskwie czy Brukseli. We wczesnych latach twórczości Witold-K czerpał inspiracje z obrazów Pabla Picassa, Tadeusza Makowskiego czy rzeźb Henry’ego Moore’a.
W 1959 roku wygrał konkurs na stworzenie monumentalnej kompozycji malarskiej na sklepieniu sali widowiskowej Oświęcimskiego Centrum Kultury. Witold Kaczanowski podczas już tworzenia plafonu zmienił zatwierdzony - również politycznie - projekt. Namalował ludzkie postacie, tak charakterystyczne dla swojej twórczości, odchodzące w kierunku nieba, a może niewiadomej przestrzeni bez horyzontu. Gotowy już plafon wywołał skandal wśród władz, ponieważ nie zgadzał się z pierwotnym projektem. Przed zamalowaniem uratował go ówczesny premier Józef Cyrankiewicz, który sam był więźniem obozu w Oświęcimiu, a oryginalna koncepcja artystyczna bardzo mu się spodobała. Do tej pory polichromia mierząca aż 408 m2 pozostaje największym tego typu obiektem artystycznym
w Polsce.

Lata trzydzieste XX wieku; Warszawa; fot.: kolekcja prywatna artysty

Lata trzydzieste XX wieku; Warszawa; fot.: kolekcja prywatna artysty

Fot.: kolekcja prywatna artysty

Lata trzydzieste XX wieku; Warszawa; fot.: kolekcja prywatna artysty
Obiecujący artysta otrzymał stypendium (rok 1964) na wyjazd do stolicy Francji. Zabrał ze sobą - nielegalnie - manuskrypt zakazanej
w PRL książki Stanisława Cata-Mackiewicza, który miał dostarczyć Jerzemu Giedroyciowi, redaktorowi naczelnemu paryskiej „Kultury”. Jak się szybko okazało został zdradzony, ktoś zawiadomił Urząd Bezpieczeństwa o tym przedsięwzięciu. "Nie wracaj. Oni wiedzą". Taką ukrytą (w paczce papierosów) informację otrzymał od żony. Co dalej? Kiedy będzie mógł ponownie zobaczyć rodzinę
i kraj? Kto? Dlaczego?
Dopiero przed kilku laty dowiedział się, że donos do UB pochodził od samego Cata-Mackiewicza!
Paryż – drzwi do kariery
O dłuższym pobycie w tym mieście marzył niemal każdy artysta. Piękny Paryż lat 60., mekka sztuki, niezliczone możliwości i sen
o sławie. Faktycznie, artysta zawarł tam wiele znajomości, bardzo szybko wszedł w kręgi artystyczne tego miasta, był także częstym gościem paryskiej „Kultury” w Maisson Lafitte. Dzięki Konstantemu Kotowi Jeleńskiemu, nieocenionemu ambasadorowi polskich artystów na emigracji, Witold Kaczanowski otrzymał Stypendium Kongresu Wolności Kultury, które pozwoliło mu przetrwać przez pierwsze najtrudniejsze miesiące życia na emigracji.
Zaraz po przylocie do Paryża znalazł się w pracowni malarza Alberta Diato dzięki jego nowym znajomym przypadkowo poznanym na lotnisku. Artyści błyskawicznie przypadli sobie do gustu i Witold został tam przez kilka tygodni. Przyznaje, że ma łatwość nawiązywania kontaktów, co pomaga mu zjednywać sobie ludzi. Najprawdopodobniej dzięki takiemu walorowi szybko zyskał grono nowych przyjaciół; szczególnie zaprzyjaźnił się z Jacques’em Prévertem, który był także nabywcą jego obrazów i admiratorem twórczości. Wśród innych osobistości, kupujących jego obrazy znalazły się między innymi takie nazwiska jak: Françoise Sagan, Simone de Beauvoir, Jean Cassou czy André Malraux. Otoczony osobistościami życia kulturalnego Paryża i Riwiery Francuskiej spełniał się artystycznie, ale... miał w sobie niepokój i smutek, dopóki nie dołączyła do niego żona z córką.
Prace Witolda Kaczanowskiego cieszyły się coraz większym uznaniem, były wystawiane w Paryżu, Lyonie, Nicei, Marsylii, Brukseli, Oslo, Rzymie, Kolonii, Essen, Londynie. Artysta odkrywał też nowe dla siebie techniki, między innymi rzeźbienie w aluminium anodyzowanym czy litografie.
Kontynuował rozwój własnego charakterystycznego stylu z pogranicza abstrakcji i magii nieznanego świata. To właśnie przeżycia
z dzieciństwa, uświadomienie sobie ulotnej pozycji człowieka w świecie wojny i wszechobecna bezsilność zaczęły pojawiać się na jego obrazach. Na płótnach powtarzają się zagubione postacie, skulone, bez wyraźnych rysów twarzy, zmierzające w nieznanym kierunku, próbujące się wydostać z przestrzeni, która jest otwarta, jednak nie ma z niej wyjścia. Małe sylwetki ponownie stają się metaforą, wyrażają samotność i wyobcowanie człowieka w otaczającym go świecie, a ich mały rozmiar podkreśla nicość jednostki wobec wszechświata.
Côte d’Azur i Picasso
Lazurowe Wybrzeże od dawna przyciągało artystów. Urokliwe, małe miasteczka, słońce i cudowny kolor morza stwarzały wspaniałe warunki do wypoczynku, pracy twórczej, a także udanego życia towarzyskiego - przecież crème de la crème Paryża tam bywał podczas wakacji czy przedłużonych weekendów.
Wspomniany wcześniej, niezwykle towarzyski Jacques Prévert, często zapraszał przyjaciół do swojego wakacyjnego domu w Antibes. Wśród jego najbliższych kompanów znalazł się także Witold-K wystawiający swoje prace (1966-67) w galeriach w Antibes, Cannes czy Saint-Tropez. Francuscy krytycy sztuki bardzo przychylnie przyjmowali jego „penetrujące i przejmujące” prace. Popularność „małych ludzików” była coraz większa.


Fot.: kolekcja prywatna artysty

Fot.: kolekcja prywatna artysty

Podczas jednych z wakacji Witold Kaczanowski poznał Pabla Picassa, który wówczas mieszkał nieopodal Antibes, w swojej pięknej willi Le mas Notre-Dame-de-Vie w Mougins. Jak wspominał artysta podczas jednego z wywiadów, został zaproszony przez Jacques’a Préverta na kolację do jego przyjaciela. Do ostatniej chwili nie wiedział, że jadą odwiedzić Pabla Picassa…
Kiedy już dojechali na miejsce Picasso w swoim zwyczaju otworzył drzwi ubrany tylko w krótkie spodnie, serdecznie zaprosił do siebie, zabawiał gości przez cały wieczór rożnymi anegdotami, opowieściami i… namalował tuszem na papierze portret Witolda. Szkic ten towarzyszy artyście zawsze i wszędzie, we wszystkich licznych miejscach zamieszkania.
USA i rozkwit artystyczny
Wyjazd do Stanów Zjednoczonych (koniec lat 60.) był okresem przełomowym dla jego rozwoju artystycznego – prawdziwa wolność tworzenia, monumentalne, eksperymentalne kompozycje, wielkoformatowe obrazy…
Niedługo po przyjeździe do Stanów Witold-K, 36-letni wówczas artysta, miał szansę zaprezentować swoje dzieła na międzynarodowej wystawie grafiki w prestiżowej „La Boetie Gallery” w Nowym Jorku obok takich sław jak: Marc Chagall, Pablo Picasso, Henri Matisse, Alexander Calder, Alberto Giacometti oraz Joan Miró. W zawrotnym tempie zyskiwał popularność, realizował nowe, odważne projekty. Zaczął też tworzyć rzeźby i murale. Kolorystyka jego obrazów rozjaśniła się, prezentowana przestrzeń nabrała złotych, rozświetlonych odcieni. Pojawiła się na nich także czerwień, której artysta wcześniej unikał, ponieważ za bardzo kojarzyła mu się ze Związkiem Radzieckim.
Po krótkim czasie pomieszkiwania na Broadwayu przeprowadził się do Los Angeles. Często bywał u Romana Polańskiego. Poznał też jego żonę Sharon Tate i przyjaciela Wojtka Frykowskiego. Niestety, oboje zginęli z rąk członków sekty przewodzonej przez Charlesa Mansona.
Witold-K był jednym z pierwszych świadków zabójstw dokonanych w domu na Cielo Drive i przez pewien czas znajdował się pod stałą opieką policji. Po tej tragedii postanowił opuścić Miasto Aniołów.
Wyjechał do Santa Fe i zamieszkał nieopodal domu swojego przyjaciela i dawnego profesora z Akademii Sztuk Pięknych Wojciecha Fangora. Nieco dłużej przebywał w Houston i Denver, najprawdopodobniej dzięki nowym zainteresowaniom i inspiracjom. Kosmos
i Czarna Dziura z tajemniczą drugą stroną stały się motywami przewodnimi jego malarstwa. Inspiracją były też dzieła Marca Rothko. „Rodzina De Menil” – opowiada Witold-K – „ w Houston zbudowała kaplicę Rothko, w której pomieściła siedem jego mrocznych dzieł. Jest to dla mnie największy pomnik wystawiony sztuce w drugiej połowie XX wieku. Myśląc o tej nadzwyczajnej kaplicy uświadomiłem sobie, że aby pójść dalej niż Rothko, aby pchnąć sztukę o kolejny krok do przodu, musiałbym wyrwać dziurę w samych środku jego obrazu, tym samym stawiając pytanie: co jest po drugiej stronie...wszystkiego?”.
Jak sam podkreśla „Artysta nie powinien dawać odpowiedzi, a stawiać pytania, przede wszystkim zadawać je sam sobie, stworzyć historię niedopowiedzianą, w której można nieustannie coś dodawać”. Dlatego Witold-K nie maluje obiektów, tylko idee. „Jako dziecko dzieliłem pokój z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, który był u nas na leczeniu z choroby alkoholowej. Pokazałem mu szkic Kościoła Mariackiego, na co Gałczyński powiedział: Po co malujesz coś, co już jest? Wtedy zrozumiałem, że sztuka to emocje, że najwięcej emocji można przekazać używając najmniej środków wyrazu”. W swoich dziełach zwykle zadaje pytania o pozycję człowieka we wszechświecie, co znajduje się po drugiej stronie czasu, przestrzeni, kosmosu, grawitacji i wreszcie naszego życia…
Przez siedemdziesiąt lat działalności artystycznej Witolda-K zorganizowano niezliczoną ilość jego wystaw indywidualnych
i zbiorowych, często był również zapraszany na wykłady amerykańskich uczelni.
Pośród wystaw indywidualnych warto wspomnieć retrospektywę w Otis Art Institute w Los Angeles w 1973 roku oraz tę w Muzeum Sztuk Pięknych w 1975 roku w Houston.

kolekcja prywatna Witolda-K

kolekcja prywatna Witolda-K

kolekcja prywatna Witolda-K

kolekcja prywatna Witolda-K
Powrót do Polski
Polska zawsze pozostała w sercu artysty. Od lat 90. Witold-K miał swoją pracownię w Warszawie; przez kilka lat mieszkał też i tworzył w Krakowie. Krążył pomiędzy Stanami i Polską, nieustannie organizując wystawy na całym świecie (najważniejszą z nich pozostaje ekspozycja zorganizowana w 2007 roku w Amsterdamie w domu aukcyjnym Sotheby’s).
Od kilku lat Witold Kaczanowski mieszka w Polsce - w Stanach bywa wyłącznie gościem. Mimo zaawansowanego wieku (91 lat) nadal tworzy w swojej warszawskiej pracowni bądź pracowni zorganizowanej również w Konstancinie-Jeziornej. „Malarstwo jest dla mnie jak insulina dla cukrzyka - nieodzowne” – mówi – „…w malarstwie odnajduję obronę i ukojenie. Jeśli jestem szczęśliwy czy smutny albo zrozpaczony, chwytam za pędzel i frustracja mija albo szczęście ubarwia. Malarstwo jest lekarstwem. Inspiracją może być wszystko – rzeczywistość, która nas otacza”.
"Dużo w Twojej sztuce smutku i samotności, jak również sprzeciwu przeciwko temu. Twój mały człowiek jest jednocześnie smutny i śmieszny.... kochasz go i wykpiwasz. Mam absurdalne wrażenie, że w Twoich obrazach przeciwstawiasz się temu, co malujesz – to bardzo odważne, a może podświadome. Dostrzegam dziecięcą wrażliwość i jednocześnie niszczenie jej".
Krzysztof Kieślowsk
Najważniejsze wystawy w Polsce:
1991 – ekspozycja zbiorowa; „Zachęta”, Warszawa
2003 – ekspozycja zbiorowa w Muzeum Wychodźstwa Polskiego w warszawskich Łazienkach Królewskich
2013 – ekspozycja indywidualna w Galerii Sztuki Polskiej XX wieku w Muzeum Narodowym w Krakowie, gdzie prezentowane były prace w większości przekazane w darze przez rodzinę artysty – Laurie i Wita Thomasa Kaczanowskiego do zbiorów muzeum. Podczas tego wydarzenia artysta został uhonorowany Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” przyznawanym przez
Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wcześniej, w 1997 roku otrzymał odznakę „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.
Bibliografia:
1. Witold-K Kaczanowski „Felietony”
2. „Historia jednego portretu - Picasso", Konstancin 2020 (Wywiad z artystą)
https://www.youtube.com/watch?v=WuROnUGg8OU
3. „Od człowieka do czarnej otchłani”, wystawa w Konstancińskim domu kultury 29.09.2020-
31.03.2021, https://sb360.online/99hkna
4. Oficjalna strona internetowa artysty http://www.witoldk.com/
5. „Witold-K at Sotheby's” (album wystawy), Wydawnictwo MOST, Warszawa 2016
6. „Witold-K at Sotheby's”, Amsterdam 2007 (Wywiad z artystą)
https://www.youtube.com/watch?v=5oX3ti2kLyA
Artykuł ukazał się (za zgodą autorki) na blogu o południu Francji i artystach: www.jeszczedalejnizpoludnie.blogspot.com
/ sztuka Polacy na świecie
styczeń '24 (17)
Mozaiki Jana Henryka Rosena
w katedrze
św. Ludwika
w Saint Louis
ELŻBIETA PACHALA-CZECHOWSKA
POLONIKA

Widok wnętrza kopuły głównej katedry w St. Louis i mozaika zaprojektowana przez
J.H. Rosena / fot. Adam Smith, Flickr (za zgodą autora)

Jan Henryk Rosen na fotografii Jana Alojzego Neumana z lat 30. XX wieku / Wikipedia, domena publiczna
Rosen – słynny twórca sztuki sakralnej w USA
Jan Henryk Rosen przyszedł na świat w Warszawie 25 lutego 1891 roku, jak sam opowiadał: „pomiędzy sztalugami a armatą. Kiedy mówię o armacie, to mówię oczywiście o modelu armaty, ponieważ w pracowni mojego ojca [malarza-batalisty, Jana Bogumiła Rosena (1854‒1936)] były różne zbiory wojskowe: szable, karabiny, mundury, czapki ułańskie – i ja między tym rosłem”. Życiorys Jana Henryka jest równie bogaty jak lista jego uzdolnień, nagród i odznaczeń.
Przez 45 lat stworzył około pięćdziesiąt zespołów dekoracji w świątyniach różnych wyznań i budynkach publicznych. Między innymi uchodzącą za największą na świecie mozaikę, pokrywającą główną kopułę bazyliki katedralnej w Saint Louis w stanie Missouri w Stanach Zjednoczonych. Znany w USA jako John de Rosen uchodził za jednego z najsłynniejszych twórców sztuki sakralnej za oceanem.
Jan Henryk Rosen i jego „sztuka liturgiczna”
Po pierwszej indywidualnej wystawie w Zachęcie, która okazała się ogromnym sukcesem, arcybiskup Józef Teodorowicz, zwierzchnik kościoła ormiańsko-katolickiego, zaproponował początkującemu artyście wykonanie malowideł w katedrze ormiańskiej we Lwowie.
Do dziś ściany w nawie i prezbiterium katedry niemal w całości pokrywają jego malowidła pozostające najsłynniejszą realizacją malarza w Europie. Artysta jest też autorem malowideł, witraży i mozaik do wielu obiektów
w Polsce i za granicą, między innymi w kościele św. Józefa na Kahlenbergu w Wiedniu czy w letniej rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo we Włoszech.

Wnętrze katedry ormiańskiej we Lwowie / fot. Robin Schuil / Wikimedia, domena publiczna

Jan Henryk Rosen przy pracy, 1936, NAC, domena publiczna

Bazylika katedralna pw. Chrystusa Zwycięskiego i św. Ludwika króla Francji, 4431 Lindell Blvd, Saint Louis, Missouri, USA
/ Wikipedia, domena publiczna

Złożenie Chrystusa do grobu, Katedra Narodowa, Waszyngton / Wikipedia, domena publiczna

Papież Innocenty XI modlący się przed bitwą pod Wiedniem, kościół św. Józefa na Kahlenbergu, Wiedeń / Wikipedia, domena publiczna
W 1934 roku na Politechnice Lwowskiej zlikwidowano Katedrę Rysunku Figuralnego, gdzie Rosen był profesorem. Skorzystał więc z zaproszenia od ambasadora RP w USA, hr. Jerzego Potockiego i pod koniec roku 1937 wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Miał ozdobić freskami reprezentacyjną salę przyjęć w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie. Dwa lata później zajął się dekoracją polskiego pawilonu na Wystawie Światowej w Nowym Jorku (rok 1939). Wybuch drugiej wojny światowej,
a potem komunistyczna rzeczywistość w powojennej Polsce zatrzymały malarza w Ameryce. W ten sposób rozpoczął się nowy, ostatni rozdział
w biografii artystycznej Rosena, zarazem najpłodniejszy, najbardziej różnorodny i najdłuższy.
Duchowość i głęboka religijność spajają biografię i twórczość Rosena. Realizował projekty dla świątyń rzymskokatolickich, protestanckich, greckokatolickich oraz w budynkach użyteczności publicznej. Są wśród nich realizacje we wnętrzach świątyń w Waszyngtonie: protestanckiej Narodowej Katedry i katolickiej katedry św. Mateusza, w Narodowym Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia, w luterańskim kościele St. James . Inne prace malarza znajdują się również w Anaheim, San Francisco, Buffalo, Filadelfii i Memphis. Ostatnią pracą był projekt dla kościoła
w Pittsburghu.
Przez kilka lat (1939–1949) Jan Henryk Rosen wykładał „sztukę liturgiczną” na Katolickim Uniwersytecie Ameryki (CUA) w Waszyngtonie. Uczelnia ta w 1957 roku uhonorowała go doktoratem honoris causa. W latach pięćdziesiątych XX wieku był konsultantem Episkopatu USA do spraw sztuki sakralnej. W miesięczniku „Triumph” publikował artykuły na temat ikonografii.
Chociaż Rosen uprawiał malarstwo monumentalne, używając najczęściej techniki enkaustycznej (mieszanie pigmentu z woskiem pszczelim), w USA zasłynął jako twórca wielkoformatowych mozaik. Znalazł się wśród artystów, którzy stworzyli dekorację mozaikową w bazylice katedralnej
w Saint Louis, poświęconej Chrystusowi Zwycięskiemu i św. Ludwikowi IX, królowi Francji, patronowi miasta.
Mozaiki w bazylice katedralnej w St. Louis
Architektura katedry, ukończonej w roku 1914, jest połączeniem średniowiecznej bryły na planie krzyża łacińskiego z dwuwieżową fasadą
i detalami architektonicznymi z bizantyjskim wystrojem mozaikowym wnętrza przykrytego kopułami. Ściany, łuki, filary i kopuły monumentalnej budowli niemal w całości pokrywa dekoracja mozaikowa. Jest to prawdopodobnie największy zbiór mozaik na świecie, o powierzchni około 7710 metrów kwadratowych. Instalacja odbywała się w latach 1912‒1988. Użyto około 41,5 miliona szklanych tesser (małych kawałków barwionego szkła, 0,7‒1,5 cm, obrobionych, kwadratowych bądź prostokątnych). Miały ponad 7000 różnych kolorów i odcieni. Powstałe dzięki temu bogate, wibrujące kolorami wnętrze nawiązuje do klasycznych budowli bizantyjskich.
Mozaika Rosena w kopule katedry w St. Louis
Jan Henryk Rosen jest autorem dekoracji centralnej kopuły, która wznosi się na wysokość 43 metrów, na skrzyżowaniu naw oraz dekoracji Łuku Sądu w katedrze w St. Louis. Projekt pokrywa około 1300 metrów kwadratowych powierzchni i jest największą istniejącą mozaiką.
Czaszę kopuły wypełniają sceny biblijne. Pośrodku, najbliżej prezbiterium, widzimy proroka Eliasza wznoszącego się do nieba w płonącym rydwanie – jako starotestamentowa figura Chrystusa zwiastującego Jego wniebowstąpienie. Podpis brzmi: A fiery chariot and fiery horses parted them bouth asunder and Elias went up to Heaven. (Druga Księga Królewska, 2, 11-12: oto [zjawił się] wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi i rozdzielił obydwóch: a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios). Na lewo od Eliasza jest wizerunek brzemiennej „niewiasty obleczonej w słońce”, ze smokiem czekającym na narodziny dziecka – jak zapisano w Apokalipsie św. Jana (12, 1), z podpisem: And a great sign appeared in Heaven, a woman clothed in the sun (Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce). Dalej widnieje przedstawienie wizji proroka Ezechiela z czterema skrzydlatymi istotami, które w Nowym Testamencie zostaną odczytane jako symbole czterech ewangelistów: The World of the Lord came to Ezekiel and the hand of the Lord was upon him (Księga Ezechiela,
1, 3: Pan skierował słowo do [...] Ezechiela [...]; była tam nad nim ręka Pańska).
Czwarta scena przedstawia Trójcę Świętą w ujęciu „Tronu Łaski”, konwencji popularnej w średniowieczu, ukazującej Boga Ojca podtrzymującego ukrzyżowanego Chrystusa w towarzystwie Ducha Świętego w postaci gołębicy. Jako model twarzy Boga Ojca Jan Henryk Rosen wykorzystał podobiznę patriarchy Atenagorasa I
z Konstantynopola. Podpis głosi: Glory to be the Father to the Son and to the Holy Ghost (Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu).
Pomiędzy scenami ujętymi w geometryczne ramy stoją Cherubini
z niebieskimi skrzydłami, wychwalający Świętą Trójcę w czterech językach: angielskim, słowiańskim, greckim i łacińskim. Wokół centrum kopuły, przedstawieni są Serafini między złotymi płomieniami. Dominująca czerwień tła kontrastuje ze złotem i błękitem, intensyfikując ich barwy i jeszcze bardziej odrealniając profetyczne przedstawienia biblijne.
Kopuła została ukończona w 1965 roku. Natomiast Łuk Sądu Ostatecznego, jeden czterech podtrzymujących kopułę, ukazujący Chrystusa przyjmującego pokutujących w roku 1962. Interesująco zobrazowani są ci, którzy odrzucają Zbawiciela, nie idą w ogień piekielny, ale w śnieg i zimno, jako wieczny chłód bez miłości Bożej.
Mozaiki zainstalowała firma Ravenna Mosaic Company, założona przez niemieckich emigrantów, Paula Heuducka i jego syna Arno, głównie w celu tworzenia bizantyjskich mozaik dla katedry. W podziemiach kościoła znajduje się muzeum poświęcone dekoracji mozaikowej.
Rosen i jego działania dla Polonii
Jan Henryk Rosen aktywnie angażował się w życie polskich organizacji
w Stanach Zjednoczonych. Był członkiem-założycielem Pittsburgh Polish Arts League, a kiedy przeprowadził się do Waszyngtonu, został honorowym członkiem Polish American Arts Association i Stowarzyszenia Kombatantów Polskich. Był odznaczony między innymi Orderem Virtuti Militari, otrzymał również francuski Order Legii Honorowej oraz Croix de Guerre i brytyjski Military Medal for Bravery in the Field. Był dobrze wykształconym intelektualistą i niezwykle utalentowanym artystą.
Mimo dużego powodzenia i dorobku artystycznego zmarł 22 sierpnia roku 1982 w Arlington (stan Wirginia) opodal Waszyngtonu w ubóstwie, nieco zapomniany i został pochowany na tamtejszym Columbia Gardens Cemetery. W nekrologu, zamieszczonym w „The Washington Post”, napisano: „Jan Henryk de Rosen, lat 91, malarz religijnych malowideł ściennych, żołnierz trzech armii podczas I wojny światowej i były dyplomata w służbie ojczystej Polski”.
Polskie tłumaczenie cytatów z Pisma Świętego za Biblią Tysiąclecia.
/ kino festiwale
styczeń '24 (17)
Międzynarodowe
Festiwale Filmowe 2024
(najważniejsze)
Sundance Film Festival
(18 stycznia - 28 stycznia 2024)
... (dawniej Utah/US Film Festival, następnie US Film and Video Festival) to coroczny festiwal filmowy organizowany przez Instytut Sundance od 1984 roku. Jest to największy festiwal filmów niezależnych w Stanach Zjednoczonych, w którym w 2016 roku wzięło udział ponad czterdzieści sześć osób. Doroczny festiwal odbywa się w styczniu w Park City (Utah); Salt Lake City (Utah); Sundance Resort (ośrodku narciarskim w pobliżu Provo w stanie Utah) W trakcie festiwalu prezentowane są nowe prace niezależnych twórców filmowych z całego świata. Festiwal składa się z sekcji konkursowych dla amerykańskich i międzynarodowych filmów dramatycznych i dokumentalnych, zarówno fabularnych, jak i krótkometrażowych, oraz grupy sekcji pozakonkursowych, między innymi: NEXT, New Frontier, Spotlight, Midnight, Sundance Kids, From the Collection, Premiery i premiery dokumentalne. Wiele filmów, których premiera odbyła się na festiwalu Sundance, było nominowanych i zdobywało Oscary, na przykład dla najlepszego filmu, najlepszego reżysera
i najlepszego aktora pierwszoplanowego.
Warto nadmienić, iż Festiwal Sundance rozpoczął się w Salt Lake City w sierpniu 1978 roku jako Festiwal Filmowy w Utah/USA. Jego celem było przyciągnięcie do Utah większej liczby filmowców. Został założony przez Sterlinga Van Wagenena, szefa firmy Roberta Redforda Wildwood Enterprises, Inc, Johna Earle’a i Cirinę Hampton-Catania z Komisji Filmowej Utah. Na festiwalu w 1978 roku zaprezentowano takie filmy jak "Wybawienie", "Tramwaj zwany pożądaniem", "Nocny kowboj", "Ulice nędzy" i "Słodki zapach sukcesu".
W tym roku programistką Festiwalu Filmowego Sundance, skupiającą się na amerykańskich i światowych filmach dokumentalnych. jest Ania Trzebiatowska. Przed dołączeniem do Sundance była dyrektorem do spraw sprzedaży i przejęć w agencji sprzedaży dokumentów Autlook Filmsales, a także starszym dyrektorem do spraw przejęć w nowojorskiej agencji Visit Films. Oprócz pracy
w Sundance Ania prowadzi Sands: Międzynarodowy Festiwal Filmowy w St Andrews (Szkocja) oraz była dyrektorem artystycznym Off Camera IFF (Kraków, Polska) w latach 2008-2020. Szkoliła się w zakresie produkcji i postprodukcji w BBC i British Museum. Posiada tytuł magistra filmoznawstwa oraz tytuł magistra kultury i technologii cyfrowej w King’s College w Londynie.
Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie
(15 lutego - 25 lutego 2024)
Pierwszy festiwal filmowy w Berlinie "Berlinale Festival" odbył się w 1951 roku. Zainaugurował go film Alfreda Hitchcocka "Rebecca"
z Joan Fontaine w roli głównej. Festiwal miał nawiązywać do lat dwudziestych, kiedy to Berlin stanowił jeden z najbardziej prężnych ośrodków światowej kultury.
Co roku podczas trwającego dwa tygodnie festiwalu pokazywanych jest około 350 filmów, większość z nich to światowe lub europejskie premiery. Festiwal w Berlinie jest jednym z najbardziej prestiżowych festiwali na świecie, ale także jednym
z największych - co roku sprzedawanych jest około stu pięćdziesięciu tysięcy biletów. Rokrocznie do Berlina przyjeżdża około szesnaście tysięcy osób związanych z branżą filmową, w tym ponad trzy tysiące dziennikarzy z ponad siedemdziesięciu krajów.
Tegoroczny (74.) Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie odbędzie się w lutym. Pełny program imprezy podany zostanie do publicznej wiadomości w styczniu 2024.
Międzynarodowemu jury konkursu głównego przewodniczyć będzie kenijska aktorka Lupita Nyong’o. Honorowego Złotego Niedźwiedzia za całokształt twórczości odbierze amerykański reżyser Martin Scorsese.
Nagrody przyznaje się w następujących kategoriach:
-
Złoty Niedźwiedź dla najlepszego filmu
-
Srebrny Niedźwiedź za najlepszą muzykę
-
Srebrny Niedźwiedź za wybitne osiągnięcie artystyczne w kategoriach:
-
zdjęcia
-
montaż
-
muzyka
-
kostium
-
scenografia
-
-
Nagroda im. Alfreda Bauera (ku pamięci założyciela festiwalu) dla filmu pełnometrażowego za innowacyjność
-
Panorama Publikumspreis – nagroda publiczności
-
Nagroda Teddy dla filmów o tematyce LGBT
Oscars - Academy Awards
(10 marca 2024)
Nagrody Akademii, powszechnie znane jako Oscary, to nagrody przyznawane przemysłowi filmowemu za zasługi artystyczne
i techniczne. Są one przyznawane co roku przez głosujących członków Akademii Sztuki i Nauki Filmowej z siedzibą w Beverly Hills (Kalifornia) w Stanach Zjednoczonych. Nagrody Akademii są przez wielu uważane za najbardziej prestiżowe i znaczące nagrody
w branży rozrywkowej na całym świecie.
Figurka Oscara przedstawia rycerza w stylu Art Deco. Wykonana jest z brązu platerowanego 24-karatowym złotem. Elegancka nagroda ma 13,5 cala wysokości i waży 8,5 funta. Nagroda odlana z 24-karatowego złota ważyłaby 22,7 funta (co odpowiadałoby masie bardzo dużego arbuza lub dwuletniego dziecka), ponieważ złoto jest 2,7 razy gęstsze od brązu.
Pierwsza ceremonia rozdania Oscarów odbyła się 16 maja 1929 roku podczas prywatnej kolacji w hotelu Hollywood Roosevelt
z udziałem około 270 osób.
Impreza po wręczeniu nagród odbyła się w hotelu Mayfair. Koszt biletów dla gości na tę nocną ceremonię wynosił 5 dolarów (85 dolarów według cen z 2020 roku). Przyznano piętnaście statuetek honorujących artystów, reżyserów i innych uczestników ówczesnej branży filmowej za ich twórczość w latach 1927–28. Ceremonia trwała 15 minut.
Podczas tej pierwszej ceremonii trzy miesiące wcześniej ogłoszono mediom zwycięzców. Podczas drugiej ceremonii w 1930 roku
i przez resztę pierwszej dekady wyniki przekazano gazetom do publikacji o godzinie 23:00 w noc wręczenia nagród. W roku 1940 "Los Angeles Times" ogłosił zwycięzców przed rozpoczęciem ceremonii; w rezultacie w następnym roku Akademia zaczęła używać zapieczętowanej koperty do ujawnienia nazwisk zwycięzców.
Termin „Oscar” jest zastrzeżonym znakiem towarowym firmy AMPAS; jednakże w języku włoskim jest ono używane ogólnie
w odniesieniu do dowolnej nagrody lub ceremonii wręczenia nagród, niezależnie od dziedziny.
Z niecierpliwością oczekujemy tegorocznej, 96. edycji oskarowej, wszak nominowano do Oscara film produkcji polskiej"Chłopi".
Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes
(14 maja - 25 maja 2024)
Cannes Film Festival − międzynarodowy festiwal filmowy, który odbywa się od 1946 roku w Cannes na francuskim Lazurowym Wybrzeżu. Doroczny festiwal (z pewnymi wyjątkami) gromadzi wiele osób związanych z przemysłem filmowym.
Podczas canneńskiego festiwalu przyznawana jest nagroda Złota Palma (Palme d'Or) dla najlepszego filmu. Najczęściej nagrodę tę zdobywali twórcy amerykańscy, włoscy, francuscy oraz brytyjscy. Jedynymi polskimi filmami, które otrzymały Złotą Palmę, są "Człowiek z żelaza" Andrzeja Wajdy oraz "Pianista" Romana Polańskiego (film polsko-francuski).
Ponadto przyznawane są następujące nagrody:
-
filmy pełnometrażowe
-
Prix de la mise en scène (za reżyserię)
-
Prix du Jury (nagroda jury)
-
Prix du scénario (za scenariusz)
-
Prix d'interprétation féminine du Festival de Cannes (za rolę kobiecą)
-
Prix d'interprétation masculine du Festival de Cannes (za rolę męską)
-
filmy krótkometrażowe
-
Prix du Jury − court métrage (nagroda jury)
Oprócz wyżej wymienionych nagród przyznawana jest również między innymi Złota Kamera (oryginalnie: Caméra d'Or) dla najlepszego kinowego debiutu reżyserskiego, nagroda Cinéfondation za najlepszy film studencki, nagroda za najlepszą ścieżkę dźwiękową, nagroda Un Certain Regard dla filmów wyróżniających się oryginalnym stylem oraz Palm Dog za najlepszy psi występ.
Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji
(28 sierpnia - 7 września 2024)
Mostra Internazionale d'Arte Cinematografica di Venezia (oryginalna nazwa włoska) uznawany jest za najstarszą imprezę filmową na świecie. Utworzony został w 1932 roku przez hrabiego Giuseppe Volpi di Misurata jako Esposizione Internazionale d'Arte Cinematografica. Festiwal nie odbywa się w Wenecji właściwej, lecz na wyspie Lido, na przełomie sierpnia i września i jest obecnie częścią Biennale w Wenecji (20 kwietnia - 24 listopadfa 2024).
Festiwalowe nagrody:
Złoty Lew - najważniejsza nagroda festiwalu dla najlepszego filmu, ustanowiona przez komitet organizacyjny w 1949 roku.
Puchar Volpiego - to nagroda dla najlepszej aktorki i aktora; istnieje od 1935. W połowie lat 90. nagrody były przyznawane także najlepszym aktorkom i aktorom drugoplanowym.
Wielka Nagroda Jury - to druga nagroda festiwalu. Nagradza się nią filmy, które według Jury zajęły drugie miejsce w Konkursie Głównym o Złotego Lwa. Laureaci otrzymują statuetkę Srebrnego Lwa.
Nagroda Specjalna Jury - to trzecia nagroda festiwalu. Laureaci tej nagrody otrzymują brązową statuetkę Lwa Weneckiego.
Srebrny Lew - to nieregularnie przyznawana nagroda dla najlepszego reżysera wybranego filmu z sekcji konkursowej. Dawniej nagradzano nią także najlepszy filmowy debiut, najlepszy film krótkometrażowy oraz najlepszy scenariusz.
Złota Osella - to nagroda dla reżyserów, scenarzystów, montażystów oraz kompozytorów za wkład w rozwój technologii filmowej.
Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Toronto
(9 września - 19 września 2024)
Toronto International Film Festival (TIFF) to jeden z najważniejszych festiwali filmowych w świecie rozrywki. Patrząc na jego historię, zaczęło się od Festiwalu Festiwali w Toronto, zorganizowanego przez Billa Marshalla i Henka Van Der Kolka. Pierwsza edycja odbyła się w 1976 roku i obejmowała wielokrotne pokazy, prezentujące najbardziej nowatorskie filmy z innych festiwali filmowych odbywających się w tym samym roku. Festiwal szybko stał się jednym z najchętniej odwiedzanych przez entuzjastyczną publiczność wydarzeń w Toronto.
Dwa lata od powstania festiwal przyjął obecną nazwę. W latach 90. festiwal cieszył się szczególną popularnością, stając się jednym
z najbardziej renomowanych festiwali filmowych.

/ poezja
styczeń '24 (17)
Karnawał w Europie przede wszystkim kojarzy się z Wenecją. Wenecki karnawał kojarzy się z kolei z maskami. (...)
Wenecki karnawał według tradycji miał mieć swoje początki w uroczystym świętowaniu zwycięstwa Wenecji nad Akwileą w 1162 roku; najlepsze czasy przeżywał w XVII i XVIII wieku, a w końcu został zabroniony przez austriackie władze w 1797 roku. Jak łatwo się domyślić, władze te zabroniły przede wszystkim używania masek, obawiając się, że anonimowość ułatwi Wenecjanom spiskowanie. Karnawał powrócił do Wenecji w 1979 roku, i dziś jest wydarzeniem przyciągającym co roku do tego miasta około 3 miliony turystów. W kasynach zostawiają pieniądze, w hotelach nawiązują romanse – ale już raczej nie chowają twarzy przy tych czynnościach. Czy wstydzimy się dziś mniej, niż w XVIII wieku? Czy może w przeludnionej globalnej wiosce czujemy się tak anonimowi, że maski nie są nam już potrzebne? (Magdalena Łanuszka, posztukiwania.pl)
Bal kreślarzy
Stanisław Staszewski
Patrz, płynie
Kolorowych świateł nad Sekwaną sznur...
W dolinie
Grzmi Paryża nocny śpiew jak świerszczy chór...
Jak noże -
Czarne ostrza dachów kroją nieba tło,
W nich okno lśni,
Tam jak i Ty
Ktoś spać nie może.
Dziś w chambre de bone bal kreślarzy,
Każdy wytworny jest jak lord,
Nikt dnia im wspomnieć się nie waży,
Ni pracy, praca - chamski sport.
Odbijaj flaszkę, żądz nie kiełznaj,
Hej, na orbitę wszyscy wraz!
Bo gdy tak człek od rana pełza,
To wieczór spędzić chce wśród gwiazd.
I Ty tu jesteś, Ty, o rękach,
Co tak gotycki mają rys,
I piękna jesteś jak jutrzenka,
W swoich sukienkach z marche aux puces.
Chciałbym się zbliżyć, ukochana,
Wprost w uszko nucić Ci mój śpiew,
Cóż, kiedy leżysz na dwóch panach,
A między nami kran i zlew.
Któż umie,
Tak jak Polak, mówiąc - milczeć, milcząc - pić?
Tak szumieć,
Tak o słowo jedno zaraz w mordę bić...
Ech biada,
Te gotyckie ręce znów nie tam gdzie trza,
Darujcie mi
Wybite drzwi
Łbem żabojada.
Dziś w chambre de bone draka w sali,
Znowu z lokalem będzie źle,
Cóż, gdy żabojad się napali,
To zawsze może nadziać się.
Co mi ich franki, ich ostrygi,
Wywiozłem z Polski com tam miał
I zawsze mogę bez fatygi
Przygrzmocić temu co bym chciał.
Cóż z tego, że wybiegła za nim?
Że mu w banioli skleja łeb?
Cóż, że dla niego zdejmie stanik?
Ja mam swój cios, on - tylko sklep.
Więc wolę zrzec się mych karesów
I z wami moją whisky pić,
Na całe życie bez adresu,
Ale z imieniem własnym być.
Cóż z tego, że wybiegła za nim?
Każdy urządzić się jest rad.
I bierze on ten towar tani,
A mój jest przecież cały świat!
Więc jeszcze seta, znakomicie,
Padniemy, ale zgódźmy się,
Że z tylu różnych dróg przez życie,
Każdy ma prawo wybrać źle...
Że z tylu różnych dróg przez życie,
Każdy ma prawo wybrać źle!
Bal maskowy
Max Jacob
Kryształ bufetów stylem telegraficznym
skarży się na twe pocałunki, tłumie żądny blichtru,
próżnej wielkości fałszywego błysku.
Księżyc poleruje licznych luster słońca.
Brzęczą tam pszczoły wiolonczel.
Lustro i księżyc w tym ognisku
zelektryzowanego tłumu – w iskrzącym skupisku
gdzie dywan wyszywany tygrysami.
Scapin, pieśniarz, laseczką i gestami
poleruje, księżycu, lustra, w których bałamutnie
walczą wdzięcznie gracje sprośnych fletów:
lutnie.
Na tym pośmiertnym, zagrobowym balu
tłum rozpacza, że nie rozszarpał odstępy-apostoła.
Tłum jest impertynentem w każdym calu:
krwiożerczy golas.
Tak niewiele go obchodzi
świecznika idealny karczoch,
gorejący płomieniem, ciężki łzą woskową.
O biegunie gada z freskami sufitu...
...W guście Watteau te zwierzęta wszystkie
w głębi, i te lekkie stateczki piniowe
(sosny, zieleń – niestety – daremnie rymować z Guignolem).
Feliks i Felicja wychwalają Fenicję
(czemu nie uroki Rawenny?),
kapelusz tej Persjanki spowitej aksamitami,
w długiej sukni przybranej płowymi sępami.
Córki Akteona i Marzenny
Przez Europryzmat wołają: Guastalla!
A grecka Pallas siada tam, gdzie Allach.
Habitu szkarłatny łach
odstąpiony przez pokątnego handlarza
przemienia głupiego Sobowtóra w pomidor. Ach!
Sobowtórowa dama w męskiej fanaberii
płacze tonąc we łzach na sztucznej galerii.
Leander jest za żołnierza, Dafniś za skarabeusza,
trwożliwa Dorymena – popielniczką z kryształu.
Przybyły z gór pasterz towarzysko wzrusza
łupiąc na parkiecie orzechy podeszwą sandału.
Zakłócałeś, Arystryku, tryktraka kadrylów
Twym kostiumem błazeńskim, szuraniem espadrylów.
O, to Massena! Massena! Krawiec Ludwika Piętnastego!
Coppelia! To Coppelia! Tancerka prowincjonalna,
dzieweczka nie od tego, chociaż ciut banalna.
„Sądzę, że to się przyjmie, tak to z modą bywa”.
„Coś takiego! No wie pan! To mnie wprost zadziwia!”
„Tak, ten wypadek niezwykle jest rzadki”.
„Proszę, oto kawior, a tu wykałaczki”.
Tancerze kostiumami – jak tam kto potrafił –
uczyli ten tłum pogrobowy miłości do geografii.
Najgorsi tancerze przybyli aż zza Pirenejów,
z Empire!
Zachwycali kalabryjskim strojem: kapeluszami i spodniami
i mankietami –
podobni do koni spiętych ostrogami.
Hełmy zaś trzeba by wyglansować, zwycięzcy spod Salaminy.
Mieli jednonose maski i złe, groźne miny.
Niech żyje bal...
Agnieszka Osiecka
Życie, kochanie, trwa tyle, co taniec,
fandango, bolero, bibop,
manna, hosanna, różaniec i szaniec,
i jazda, i basta, i stop.
Bal to najdłuższy, na jaki nas proszą,
nie grają na bis, chociaż żal,
zanim więc serca upadłość ogłoszą -
na bal, marsz na bal!
Szalejcie aorty, ja idę na korty,
roboto, ty w rękach się pal,
miasta nieczułe, mijajcie jak porty,
bo życie, bo życie to bal.
Bufet jak bufet, jest zaopatrzony,
zależy, czy tu, czy gdzieś tam,
tańcz, póki żyjesz i śmiej się do żony,
i pij zdrowie dam...
Niech żyje bal,
bo to życie to bal jest nad bale,
niech żyje bal,
drugi raz nie zaproszą nas wcale,
orkiestra gra,
jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
dzień wart jest dnia
i to życie zachodu jest warte!
Chłopo-robotnik i boa-grzechotnik
z niebytu wynurza się fal,
widzi swą mamę i tatę, i żonkę,
i rusz, wyrusza - na bal.
Sucha kostucha, ta Miss Wykidajło,
wyłączy nam prąd w środku dnia,
pchajmy więc taczki obłędu jak Byron,
bo raz mamy bal!
Niech żyje bal,
bo to życie to bal jest nad bale,
niech żyje bal,
drugi raz nie zaproszą nas wcale,
orkiestra gra,
jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
dzień wart jest dnia
i to życie zachodu jest warte!
Bal
Urszula Krajewska-Szeligowska
Każde życie jest balem, każdy tańczy swój taniec,
Chociaż jeden tancerzem dobrym jest, drugi nie,
Od samego początku hen aż po życia kraniec
Skrzypki łkają, grzmią trąby a dzwonki śmieją się.
–
W takt muzyki wirują pary przy losu dźwiękach,
Czasem ktoś się potyka, gubi rytm, myli krok,
Czasem lekko powiewa w rytm walczyka sukienka.
Balem kończy się stary, wita się Nowy Rok.
–
Głośne grzmią fajerwerki, w górę korki szampana
Wystrzeliły i życzeń wokół rozbrzmiewa moc,
A bal trwa, tańczą goście aż do białego rana,
Oby każdy dzień był jak roztańczona ta noc!
–
Na weselu bal wielki, tańczą młodzi szczęśliwi
Pierwszy taniec, przez życie razem pragną iść już
Tylko tanecznym krokiem. Ono wkrótce ich zdziwi,
Każe tańczyć w takt wichru, zawieruchy i burz.
–
I na balu codziennym tańczą jak w kołowrocie
Tango temperamentne, karkołomny break dance,
Rumba zmysły rozpala, jest harmonia w fokstrocie.
A bal trwa, na nim każdy taniec inny ma sens.
Bal
Wiesława Szymborska
Dopóki nie wiadomo jeszcze nic pewnego,
bo brak sygnałów, które by dobiegły,
dopóki Ziemia wciąż jeszcze nie taka
jak do tej pory bliższe i dalsze planety,
dopóki ani widu ani słychu
o innych trawach zaszczycanych wiatrem,
o innych drzewach ukoronowanych,
innych zwierzętach udowodnionych jak nasze,
dopóki nie ma echa, oprócz tubylczego,
które by potrafiło mówić sylabami,
dopóki żadnych nowin
o lepszych albo gorszych gdzieś mozartach,
platonach czy edisonach,
dopóki nasze zbrodnie
rywalizować mogą tylko między sobą,
dopóki nasza dobroć
na razie do niczyjej jeszcze nie podobna
i wyjątkowa nawet w niedoskonałości,
dopóki nasze głowy pełne złudzeń
uchodzą za jedyne głowy pełne złudzeń,
dopóki tylko z naszych jak dotąd podniebień
wzbijają się wniebogłosy –
czujmy się gośćmi w tutejszej remizie
osobliwymi i wyróżnionymi,
tańczmy do taktu miejscowej kapeli
i niech się nam wydaje,
że to bal nad bale.
Nie wiem jak komu –
mnie to zupełnie wystarcza
do szczęścia i do nieszczęścia:
niepozorny zaścianek,
gdzie gwiazdy mówią dobranoc
i mrugają w jego stronę
nieznacząco.
Powrót z balu
Marian Ośniałowski
Co będzie jutro – nie myśl o tym
Usta wtul w futro
Noc jest zielona w gwiazdy złote!
Patrzę w owal twej pachnącej twarzy
I wiem, że „to” się więcej nie zdarzy!
Potem drzewa brązowo-złote
Jesień rudo-błękitna
Rdzawo-zielona
Niebo rozpaczy przecięte samolotem
Tęsknota nieokreślona…
/ literatura opowiadanie
styczeń '24 (17)
Dom mojej matki
MAREK HŁASKO
Dom mojej matki... Moja matka była starą i brzydką kobietą. Nie mógłbym nawet silić się na opisanie jej twarzy; zdaję sobie sprawę, że twarz ta nie zachowała nic ze swojej prawdy: tak dzieje się często z ludźmi bardzo schorowanymi i zniszczonymi przez przeżycia ponad skromne ich siły. Patrzyłem, jak gasła moja matka. Były to jedyne chwile mego życia, kiedy czułem się zupełnie bezsilny; tak bezsilny, jak tylko może się czuć człowiek, który uprzytomni sobie, że zawsze może iść z czasem naprzód, lecz nigdy go powstrzymać. Trwało to jednak krótko; potem zrozumiałem, że człowiek, który chciałby powstrzymać czas, jest w takiej sytuacji, jakby wsadził dłoń w górski strumień i czując jej 6 drżenie, myślał, że tamą jest jego dłoń. Mówiłem wtedy:
- Nie martw się, mamo! Wszystko będzie dobrze i będziesz mieć swój dom. Przecież wiesz, że nikogo na świecie nie kocham bardziej od ciebie...
Wiem, że matka moja nie była nigdy kochana przez żadnego mężczyznę: małżeństwo jej z moim ojcem nie należało do szczęśliwych. Prawie już nie pamiętam ojca, lecz z opowieści wiem, że przez całe życie paliło mu się pod czaszką. Był to jednak zimny ogień inteligenta, który nie daje nic prócz blasku. W pewnym momencie swego życia ojciec mój wypalił się; potem już jego serce i myśli przypominały patyczek choinkowy, na którym zwęgliła się owa minimalna ilość substancji chemicznych dająca silny i piękny blask. Resztę życia spędził na szukaniu usprawiedliwień dla samego siebie; stał się gorzki i niesprawiedliwy wobec każdego. Moja matka rzekła mi kiedyś:
- Nie jesteś dzieckiem urodzonym z wielkiej miłości. Z twoim ojcem pobraliśmy się dlatego, że myśleliśmy, iż będziemy sobie potrzebni. Pamiętaj, abyś nigdy nie wierzył w takie rzeczy; nie wolno ci! Ludzie, którzy myślą, że z czasem dopiero staną się sobie potrzebni, powinni odejść od siebie i zapomnieć kroków, które ich wiodły ku sobie.
Bardzo mnie to wtedy zabolało. Gdy się dowiedziałem, że moi rodzice nie byli złączeni miłością, bez której w wyobraźni mojej nie mogło być nic stałego, uczułem momentalnie ssącą pustkę i przez długie miesiące nie opuszczała mnie myśl, że właściwie nie jestem nikomu potrzebny. Zdawało mi się, że ludzie tacy jak ja - nie powinni żyć.
- Po co mi to mówisz, mamo? - rzekłem wtedy. - Mam osiemnaście lat i gotów byłbym zabić za każdy listek oderwany z drzewa moich marzeń...
- Uschnie szybko twoje drzewo, jeśli nie będziesz wiedział, że zdarzają się burze i grady...
Dziś nie mam już osiemnastu lat; bardziej nad burze i grady pragnąłbym drętwej ciszy południa. Wtedy jednak ciężko mi było dzień po dniu przeżywać z człowiekiem, który nie był kochany; tym ciężej, że człowiekiem tym była przecież moja matka. Goryczy dodawała mi myśl, że matka moja nie pragnie już cierpień, miłości ani walki; wielkiej goryczy dodawała mi myśl, że jedynym pragnieniem jej życia jest mały, własny, kolorowy domek na przedmieściu.
- Mamo! - mówiłem. - Przecież to straszne dla mnie, że ty marzysz tylko o własnym domku i o niczym już więcej. Jakże mam cię kochać? I dlaczego tylko tyle? Jesteś przecież dobrym człowiekiem i wiem, że potrafisz kochać; ja to wiem najlepiej! Nie mogę cię jednak wcale zrozumieć... Są kraje, w których miliony ludzi znajdują się bez dachu nad głową i bez kawałka chleba, miliony głodnych i nieszczęśliwych ludzi. Mało... Nie wiadomo, czy ci ludzie, którzy mają dziś dach nad głową, jutro nie zostaną bez niego. Jakich wymiarów wobec tych spraw nabiera twoje marzenie? To żałosne, mamo... Czy naprawdę widzisz teraz uczciwe miejsce na twoje marzenie?
- Każde marzenie - odpowiadała mi matka - jest uczciwe. Samo słowo m a r z e n i e jest uczciwe. Nieuczciwe mogą być myśli, pragnienia, dążenia, lecz marzenie pozostanie, czyste, nawet wtedy, kiedy inni wdepczą ci je w błoto... Pomyśl: będziemy mieć własny dom. Będzie ci źle, będą cię zdradzać i wyszydzać ludzie, wtedy wrócisz do naszego domu i powiesz tylko: "To jest nasz dom". Świat wyda ci się inny, jeżeli spojrzysz nań przez okno naszego domu.
- Nie chcę mieć takiego domu - mówiłem łykając gniew - w którym musiałbym kryć się przed światem i przed ludźmi. To nie dom, to skorupa. Brzydzę się skorupą.
O, nie było doprawdy argumentu, którego bym nie użył. Mówiłem o trudzie tych, którzy budują od podstaw nowe życie, o tysiącach nowych domów; przynosiłem dziesiątki gazet, moje radio znienawidzili sąsiedzi, staruszka mieszkająca przez ścianę nie odpowiadała na moje ukłony; przestałem mówić zwykłym ludzkim głosem, tylko ryczałem, przybierałem teatralne pozy: to wszystko było przecież moją prawdą i robiłem wszystko, co mogłem, aby zrozumiała ją także moja matka. Lecz wszystko na próżno - ten przeklęty, kolorowy domek na przedmieściu był wbity jak dziesięciocalowy gwóźdź w drzewo marzeń mojej matki. Swoje słowa czułem niby odbijające się piłeczki i w sercu moim coraz bardziej rozlewała się gorycz. Bywałem niedobry i niesprawiedliwy dla matki; potem oczywiście czyniłem wszystko, by to odrobić, dzięki czemu nasze ciche dotąd życie we dwójkę stało się łodzią żeglującą po niespokojnej wodzie. Lecz aby płynąć, musieliśmy wiosłować we dwójkę. Chodziłem czasem na przedmieście i wałęsałem się godzinami po piaszczystych i krzywych uliczkach, gdzie przycupnęły małe domki. Doszedłem do tego, że patrzyłem na nie z nienawiścią i z nienawiścią także myślałem o sobie, że mały ten domek w jakimś sensie przesłania mi widok na ogromny mój świat. Lecz nie mogłem go zburzyć. Ohydne były dla mnie słoneczniki i zielone sztachetki, klomby i spacerujące po nich kury, radośnie umorusane dzieci i koty leżące
w słońcu. Pogardzałem każdym z tych ludzi mieszkających w kolorowych domkach na peryferiach naszego miasta. Gdyby to zależało ode mnie, zabroniłbym budować takie domki. Myślałem wtedy o strasznej sile, jaką jest ludzkie przyzwyczajenie. Zabroniłbym budować takie domki, gdyż zdawało mi się, że ci, którzy w nich mieszkają, nie wiedząc o tym, sami pozbawiają się rzeczy o wiele większych. "O, mamo - myślałem - łatwiej chyba zbudować sobie nieśmiertelność niż porozumieć się z drugim człowiekiem". Kiedy przebywałem na przedmieściu - a przebywałem dość często, gdyż jestem z natury łazęgą - drażniło mnie nawet powietrze ciągnące od wilgotnych pól zza rzeki. Czyste poranki i łagodne, pełne mgieł zachody słońca budziły we mnie pogardę, jaką mam dla kiczu. Kiedyś - była to niedziela - zobaczyłem dziada siedzącego w kalesonach na progu. Mrużył oczy od słońca i leniwie przebierał palcami po klawiszach, gdyż trzymał na kolanach harmonię. "Oto - pomyślałem dygocąc ze wściekłości - przeżytek". Zwróciłem mu uwagę; grzecznie powiedziałem, że nasze miasto jest wielkim miastem i on jako jego mieszkaniec... i tak dalej. Dziad spojrzał na mnie sennie, potem zawołał swoich trzech synów wyglądających bardzo po junacku, a ci obeszli się ze mną brutalnie. Kiedy na czworakach wycofywałem się z placu boju, dziad otworzył jedno oko i rzekł:
- Mocnych demokracja zamknęła...
To zraziło mnie na jakieś dwa tygodnie, lecz potem znów wałęsałem się po przedmieściu. Wydawało mi się, że gdzieś tam właśnie tkwi jakaś siła magnetyczna, którą znają wszyscy ludzie prócz mnie.
- Czy nie widzisz - mówiłem do matki - tych wszystkich pięknych białych domów? Nie widzisz tych ulic? Masz oczy, lecz nie masz serca i dlatego twoje oczy są ślepe.
- Oczy moje są ślepe dlatego - mówiła matka - że nie widzę mojego małego, własnego domu. To wszystko.
- Czy jest ci źle żyć? Nie wierzysz ludziom? Nie wierzysz nam?
- W cóż mogłabym wierzyć, jeśli nie w czyste ręce swego dziecka?
- Więc dlaczego? Dlaczego się nie cieszysz? Nie jesteś głodna i nie jestem dla ciebie złym dzieckiem; sama to przyznajesz, nawet wtedy, gdy milczysz, wiem o tym... Ale chociaż jestem twoim synem, nie może mnie wzruszać twój smutek, że nie masz własnego, małego domku na przedmieściu, kiedy widzę radość innych ludzi, wprowadzających się do wielkich, wspólnych domów. Mamo, przestań...
Matka moja umarła. Umarła nie dlatego, że nie spełniła swych pragnień, lecz dlatego, że była starą i schorowaną kobietą. Jej ostatnie słowa nie były skargą, że nie doczekała małego, własnego domku, lecz życzeniem szczęścia dla mnie. Ja pozostałem. Żyję i dalej cieszy mnie widok jasnych, wielkich domów. Wiem, że mieszczą one w sobie również wiele pragnień, cierpień, na pewno o wiele większych i słuszniejszych od tych, które miała moja matka. Lecz czasem ciężko mi żyć: właśnie wtedy, kiedy przechodzę obok takich wielkich, jasnych domów, a także kiedy nocami wałęsam się po krzywych i piaszczystych uliczkach przedmieścia, gdyż
z natury swej jestem włóczęgą. Pogodziłem się już z owym dziadem, opowiada mi on czasem o wszystkich najwspanialszych rzezimieszkach, jacy deptali te ulice, i oczy jego są pełne marzenia. Tak, jest mi ciężko, gdy patrzę, w oświetlone lub ślepe - nocą - okna każdego domu. Lecz najbardziej smutno mi, gdy idę wieczorem nad Wisłą i widzę odbijające się w wodzie światła: ulic, domów i gwiazd. Bo pamiętam, że matka moja chciała, aby jej mały, własny, kolorowy dom - stał nad rzeką. (1954)
/ wokół stołu
styczeń '24 (17)

Wino to produkt kruchy, szybko i w niekontrolowany sposób reagujący na otoczenie. Mówi się, że wino do odpowiedniego dojrzewania potrzebuje piwnicy – ciemnej, chłodnej przestrzeni z wysoką wilgotnością. Nie lubi być niepokojone, nie lubi skoków temperatur, chce być zapomniane. A jeśli Wam powiem, że jest wino produkowane dokładnie odwrotnie? Przedstawiam maderę.
Madera to wyspa należąca do Portugalii, została odkryta przez portugalskiego żeglarza João Gonçalves Zarco w 1419 r. Leży 900 kilometrów na południowy zachód od wybrzeży Portugalii i 590 km od Moroka. Najwyższym szczytem jest Pico Ruivo – 1862 m n.p.m. Jej powierzchnia to 741 km², winorośl jest posadzona na zaledwie 490 ha. To tyle, co 0,5 proc. nasadzeń w Bordeaux. Produkcja win
z Madery to 3 proc. tego, ile wynosi produkcja wina porto. Tych 490 ha podzielonych jest na 1050 winogrodników. Największym pojedynczym właścicielem winnic na Maderze jest Henriques & Henriques z 10 ha. Dzięki różnej wysokości, na której położone są winnice, Madera ma aż 7 mikroklimatów z 11 regionami winiarskimi.
Na Madeirze panuje klimat subtropikalny i umiarkowany. Winnice położne nisko, blisko linii brzegowej, wystawione na silny, wilgotny wiatr z Oceanu Atlantyckiego pokazują słoną, jodynową mineralność. Gleby są kwaśne, bogate w minerały, żelazo, fosfor, co skutkuje wysoką kwasowością w gronach a w rezultacie niespotykaną świeżością w winach z Madery.
Produkcja
96 procent win zaklasyfikowanych jest jako DO Madeira i są to wina wzmacniane, co oznacza, że wysoka zawartość alkoholu została osiągnięta przez dodanie spirytusu, w przypadku win z Madery spirytusu winnego, najczęściej z Portugalii lub Hiszpanii. Powyżej 15–16 proc. alkoholu drożdże, które w procesie winifikacji przekształcają cukier z gron w alkohol, giną i nie są w stanie dalej pracować. Dolewając spirytus, zabijamy drożdże, fermentacja alkoholowa jest zatrzymana, zostaje nam naturalny cukier. Moment, w którym dodamy spirytus, oraz ilość spirytusu decydują o rodzaju wytrawności wina
i zawartości alkoholu, zazwyczaj jest to 17–19 procent.
Wzmacniane wina z Madery są starzone w dużych beczkach z dębu amerykańskiego lub tropikalnego, na przykład z Brazylii. Są też celowo utleniane, a mówiąc dokładniej „maderyzowane”. Odbywa się to na dwa sposoby:
Estufajes – beczki z grzałkami w środku (Armazen de color)
i plastikowe lub ceramiczne kadzie (cubas de color) o pojemności 20–

40 tysięcy litrów podgrzewają wino powoli, maksymalnie o 5°C dziennie, do wartości 40–55°C. Proces zazwyczaj trwa trzy miesiące.
Canteiro – beczki składowane są w budynkach zwanych lodge. Budynki są wysokie, z wieloma oknami, przez które podczas dnia wpada słońce. Beczki umieszczane są wysoko, tuż przy cienkim dachu, który dodatkowo generuje wysoką temperaturę. W takich warunkach, często osiągające 43°C wina składowane są przez lata.
Canteiro to kosztowny sposób, każdego roku 3 procent wina wyparowuje, co również podnosi poziom alkoholu. Jest to metoda starzenia zarezerwowana dla jakościowych win z Madery.
Dzięki takiemu starzeniu, cukry i proteiny w winie się rozkładają, karmelizują, co nadaje winom szczególnego charakteru – znajdziemy w nich pieczone i wędzone mięso, karmel, czekoladę, rodzynki i wiele innych niuansów w zależności od wieku, odmiany i terroir.
A zatem wino „zmaderyzowane” to wino pokazujące wysoki stopień utlenienia, z elementami suszonych owoców, nawet rodzynek
i mięsnej, grzybowej słoności.
Kategorie Madery
Wyróżniamy wina nierocznikowe, które są mieszanką win o różnym wieku oraz wina rocznikowe, pochodzące ze zbioru z jednego rocznika.
Nierocznikowe/NV
Finest – minimum trzy miesiące starzenia w estufajes, potem w niższej temperaturze przez co najmniej trzy lata. Szczep to zawsze Tinta Negra. Głównie do gotowania.
Rainwater – również Tinta Negra, mniej utleniony styl, wino rozcieńczone wodą.
Reserve – każdy szczep dopuszczony, pięć lat starzenia w estufajes lub canteiro.
Old Reserva – praktycznie starzona tylko w canteiro, każdy szczep dopuszczony. Jeśli informacja o szczepie nie widnieje na etykiecie, jest to Tinta Negra.
Extra Reserva – 15 lat starzenia, maderyzacja w canteiro, każdy szczep dopuszczony.
Wina z podanym wiekiem na etykiecie: 3, 5, 10, 15, 20, 30, 40, a od roku 2015 również 50 lat. Wiek to najczęściej mieszanka roczników, która reprezentuje średnią wieku. I tak, na przykład 15-letnia madera może być mieszanką wina 10- i 20-letniego. Dodatkowo wino
o deklarowanym wieku musi trafić na panel degustacyjny, gdzie jury zatwierdza lub nie jego typowość – różną dla różnego wieku naturalnie.
Wina rocznikowe – pochodzące z pojedynczego rocznika, maderyzowane w canteiro i starzone w beczkach.
Colheita – oznacza rocznik, starzone w drewnianych beczkach minimum 5 lat, często dużo dłużej.
Vintage/Frasqueira – najrzadsza kategoria, starzone co najmniej 20 lat w beczkach. Producent Blandy’s dopiero w 2021 roku zabutelkował jedną ze swoich mader z 1920 roku!

Szczepy
Wyróżniłbym sześć głównych odmian winorośli, z których robi się wina w różnych stylach, o różnym stopniu wytrawności. Cztery z nich (wszystkie białe), kiedy pojawiają się na etykiecie, wyznaczają styl wina i są to:
Sercial. Pochodzi z portugalskiego regionu Bucelas, tam nosi nazwę Esgana Cão. Odmianę tę uprawia się na dużej wysokości, to szczep, który zbierany jest też najpóźniej.
W południowej części wyspy, Sercial znajdziemy w regionie Jardin da Serra na wysokości 600–800 m n.p.m.,
w północnej – głównie w Porto Moniz, São Vincente i Seixal na wysokości 150–200 m n.p.m.
Sercial jest najwytrawniejszym w stylu winem, jednak zawiera cukier resztkowy i sklasyfikowałbym je jako off-dry czy półwytrawne. Smakuje skórką cytryny i grapefruita,
brzoskwiniami, orzechami włoskimi, dojrzałą gruszką. Kwasowość jest zawsze bardzo wysoka, co balansuje niewielką zawartość cukru, nadając tym winom wytrawności i elegancji. Znajdziemy zaledwie 28 hektarów z tym szczepem.
Verdelho. Przed atakiem filoksery (mączniak) na Maderze w 1872 r. ta odmiana ta odpowiadała za 2/3 nasadzeń. W Portugalii znany pod nazwą Goveiro, na Maderze to tylko 47 ha. W północnej części zasadzona jest w regionach Ponta Delaga, São Vicente,
w południowej – w Prazeres i Camara de Lobos. Wina z tej odmiany są słodsze niż te z Sercial, w swojej koncentracji półsłodkie,
z dojrzalszym owocem, lekko dymne.
Bual. W portugalskich regionach Douro i Dão znana pod nazwą Malvasia Fina, na Maderze występuje głównie w południowej części wyspy w regionach Calheta, Arco de Calheta oraz na wysepce należącej do Madery – Ponta do Pargo, która jest również regionem winiarskim. Nasadzenia to 20 ha!
Wina z kategorii Bual są zdecydowanie słodkie, o ciemnym, bursztynowym kolorze, zapachu kandyzowanych owoców, orzechów, karmelu, słodkich przypraw.
Malmsey. Inaczej Malvasia, rodzina szczepów, która występuje w różnych odmianach. Na Maderze jest to głównie odmiana Malvasia Branco de São Jorge. Uprawia się ja na 39 ha. Produkowane są z niej wina o największej słodyczy, lepkości z suszonymi owocami, palonym masłem, toffi, karmelem, marmoladą z fig.
Terrantez. Biała odmiana, w Portugalii znany pod nazwą Folgasão. Ma cienką skórkę, jest to delikatna odmiana podatna na mączniaka i pleśń, mało odporna, daje niski plon i dojrzewa później. Przez małą ekonomiczną opłacalność Terrantez rośnie na zaledwie 2,5 ha! W tym roku próbowałem wersji Vintage z 1977 r. i było to wyjątkowe doświadczenie. Pachniało i smakowało starą skórą, suszonymi grzybami, tytoniem do fajki, pudełkiem po cygarach, skórką jabłka, politurą, orzechami, goździkami. Fantastyczne.
Tinta Negra. Najpopularniejsza odmiana na wyspie, odpowiada za 85 proc. nasadzeń. Można spotkać różne stopnie wytrawności, jednak dominuje styl słodki. Wina z Tinta Negra smakują słodkimi wiśniami, mleczną czekoladą, dojrzałymi lub wręcz przejrzałymi czerwonymi owocami takimi jak żurawina i czerwona porzeczka. Często znajdziemy również nuty orzechowe i balsamiczne.
Przez swój wysoki poziom alkoholu (między 19 a 21 proc.) i specyficzny charakter wina z Madery nie są zbyt popularne. Jednak dzięki wysokiej kwasowości są ciekawym wyborem do posiłku. Sercial zaserwowałbym do bigosu lub duszonych porów z sandaczem. Wersje bogatsze, słodsze świetnie pasują do bogatych w smaku desery jak makowiec, szarlotka, mazurek. Wychodząc poza nasze podwórko, wyobrażam sobie eklera z foie gras lub słonawy ser z francuskiej Jury, czyli Morbier. Jeśli macie w zwyczaju zapalić cygaro, to madera znajduje wyjście
z sytuacji „wino czy destylat?”.
Norbert Dudziński
head sommelier w trzygwiazdkowej restauracji Geranium w Kopenhadze. A.S.I. Diploma, Certified Sommelier Court of Master Sommeliers, autor karty win wyróżnionej Grand Prix 2015 „Magazynu Wino”. Laureat trzeciego miejsca Gaggenau Sommelier Awards 2016 w Wiedniu. Członek Stowarzyszenia Sommelierów Polskich.
/ podróże
styczeń '24 (17)

Madagaskar
największa wyspa Afryki
DAVID KASZLIKOWSKI
Madagaskarskie baobaby / fot.: wikimedia; domena publiczna
Miliony lat temu Madagaskar, czyli największa wyspa Afryki, oderwał się od Czarnego Lądu. Stał się wówczas czwartą pod względem wielkości wyspą świata. W zupełnej izolacji od kontynentu zaczęły się wykształcać niezwykłe gatunki roślin i zwierząt. Tak powstał raj dla miłośników natury i podróżników.
Podróż na Madagaskar
Krokodyle powoli wychodzą na brzeg. Zwabione miską rozlanej krwi zebu, czekają na kolejne kąski jeszcze gorącego mięsa. – To nasi przodkowie – opowiada jeden ze starców, wskazując na przerażające gady. – Niegdyś odmówili znużonemu wędrowcowi wody,
a on okazał się czarownikiem i zmienił ich w krokodyle.
Niektóre bestie mają po 5 metrów. I taki właśnie dystans nas dzieli. Trochę przestraszony robię krok w tył. Jeżeli olbrzym zechce zaatakować, nie mamy żadnych szans. Wieśniacy nic sobie jednak nie robią z bliskiego sąsiedztwa gadów. Zbici w ciasną grupę siedzą na ziemi, intonując kolejne pieśni.
Jestem na północy Madagaskaru, na brzegu świętego dla Malgaszy jeziora Antanavo. Przyjechałem tu zaledwie godzinę wcześniej, zachęcony opowieścią o niezwykłych rytuałach mieszkańców pobliskiej wsi Anivorano.
– Witaj, vazaho (z malg. biały człowieku). Zdejmij buty i wejdź – starszyzna wioski zaprasza na ogrodzony niskim murem teren obrzędu. Pod drzewem, na samym brzegu jeziora, stoi spętany byk. Przez chwilę pojawia się w mojej głowie myśl: a może krokodyle mają go rozszarpać na naszych oczach? Zebu, bo tak nazywa się tu bydło, ma dla Malgaszy wartość szczególną.
Liczba posiadanych byków świadczy o bogactwie gospodarza. Zebu to pożywienie i siła pociągowa, ale także ofiara składana przodkom przy każdej ważnej okazji. W niektórych plemionach po śmierci znaczniejszego członka społeczności do dziś zabijane są wszystkie jego zebu, a ich czaszki składane na grobowcu.
„Nasz” byk rozstaje się z życiem. Jednak to nie krokodyle, a ostry nóż rozpruwa mu gardło. Wieśniacy wprawnym ruchem ćwiartują zwierzę i kilkadziesiąt kilogramów mięsa znika w paszczach krokodyli. Odarta ze skóry czaszka zebu zostaje wbita na słup stojący na środku otoczonego palisadą ołtarza. Obok leżą dziesiątki zbielałych kości poprzednich ofiar.
Nasycone krokodyle wracają do jeziora. Jaskrawozielony gekon przemyka po ofiarnym słupie. Ludzie rozchodzą się dosyć szybko,
a my – nieco zszokowani, lecz zdecydowani nie opuścić żadnej sceny „spektaklu” – zostajemy na placu sami.
Gdy jesteśmy pewni, że to koniec, wychodzimy. Okazuje się, że moje zostawione przed wejściem buty sportowe mają już innego właściciela. Rozgrzany piach parzy bose stopy, a ja rozglądam się za winowajcą. Za późno, wszyscy dawno zniknęli w glinianych domkach.

Mieszkańcy Madagaskaru / fot.: wikimedia; domena publiczna

Lemur / fot.: wikimedia; domena publiczna
Co warto zobaczyć na Madagaskarze?
Marzyłem o tej podróży od dawna. Z grupą moich przyjaciół, alpinistów i eksplorerów, spotkaliśmy się na lotnisku w Paryżu. Po 10 godzinach samolot wylądował w stolicy kraju, Antananarywie. W XVII w. założył ją Andrianjaka, król plemienia Merina. Na jednym ze wzgórz wybudował fortecę, do której ochrony ściągnął najlepsze oddziały, liczące tysiąc wojowników. Od nich pochodzi nazwa Antananarivo, co oznacza „Miasto Tysiąca”. Miejscowi skracają jednak nazwę i mówią o stolicy Tana (miasto).
Klimatyczne uliczki na wzgórzach, targowiska, muzeum oraz królewski pałac, czyli rova, przyciągają naszą uwagę. To stąd rządzili królowie ludu Merina na długo przed przybyciem francuskich kolonizatorów. W 1995 r. pałac strawił pożar, ale do dziś miejsce częściowo odrestaurowano i znów można oglądać rzeźby i komnaty dawnych władców. Z pałacu rozciąga się piękny widok na miasto.
Otoczona polami ryżowymi Tana leży na wysokości około 1 400 m n.p.m. Taka lokalizacja zapewnia jej przyjemny jak na tropiki klimat. Niestety, nie ma tu zbyt wiele do oglądania, poza tym spaliny i niekończące się korki w centrum skutecznie zniechęcają do przechadzek. Przed nami zaledwie miesiąc podróży, plan jest więc napięty.
W Tanie załatwiamy formalności i kupujemy kolejny bilet na samolot, do leżącego na północy Diego Suarez czy raczej Antsiranany. Choć oficjalnie wszystkie miasta mają malgaskie nazwy, ich francuskie kolonialne odpowiedniki wciąż są używane.
W Diego i dawnych nadmorskich kurortach nie ma ekskluzywnych plaż ani ładnych zabudowań. Jedni zrzucają to na biedę, inni na cyklony – zmorę tego wybrzeża. Najsmutniejszym przykładem ich niszczącej siły są okolice rybackiej wioski Ramana, leżącej godzinę drogi na północ od miasta. Z dawnych osiedli bungalowów pozostały zardzewiałe konstrukcje i fruwające dachy z blachy falistej, zaś na plaży – kikuty palm.
Z wyboistej drogi do Ramany możemy podziwiać wystającą z morza skalistą wyspę zwaną Głową Cukru. Odbywają się tam malgaskie obrzędy, a biali mają zakaz wstępu. Nieco dalej, w przyjemnym hoteliku King’s Lodge, przystajemy na zimnego drinka,
a później wspinamy się na skaliste wzgórza Montagne des Français.
Kameleon/ fot.: Sascha Grabow / domena publiczna

Jezioro Anosy w centrum Antananarywy / fot.: Sascha Grabow / domena publiczna

Plac Wolności, Antananarywa / fot.: Bernard Gagnon / wikipedia / domena publiczna
Droga do fortu prowadzi przez porośnięte tropikalnym lasem kaniony, gdzie napotykamy lemury. Przysiadamy na kamieniach,
a stadko schodzi z drzew i coraz śmielej poczyna sobie z odłożonymi na skale plecakami. W końcu najbardziej wścibski osobnik dobiera się do schowanych w nich bananów. Idziemy dalej – przez piaszczyste tereny porzuconych po 1960 r. francuskich fortyfikacji, gdzie widać pozostawione armaty (niektóre mają 10 m długości!), docieramy do Zatoki Wydm – idealnej do wylegiwania się pustej, idyllicznej plaży.
Po każdej z wycieczek wracamy do Diego Suarez, bo poza dogodną lokalizacją ma ono kilka dodatkowych zalet. W centrum miasta jest pełno hoteli, więc nocleg nie stanowi problemu. Na głównej ulicy, Rue de Colbert, bez trudu znajdujemy kilka dobrych restauracyjek. Raczymy się w nich owocami morza, a gdy już mamy dość miejscowych specjałów, przenosimy się do dyskoteki
w hotelu Belle Vue. Czujemy się tam jednak trochę nieswojo.
Przy barze i na parkiecie pląsa ze 100 pięknych dziewczyn. Jedyni mężczyźni w lokalu to siedmiu Europejczyków w średnim wieku. Każdy otoczony wiankiem flirtujących panien. To nie przypadek. Dziewczyny chcą zaprzyjaźnić się z białym, spędzić wspólną noc... Ważne, by rozkwitło między nimi uczucie, i to szybko, bo wiadomo, że vazaha za chwilę wraca do swego kraju.
Przed odlotem następuje wymiana adresów i deklaracja gorącej przyjaźni. Po kilku miesiącach vazaha otrzymuje list albo telefon od przyjaciółki z Czerwonej Wyspy. Dziewczyna ma problemy rodzinne lub spodziewa się dziecka i w imię przyjaźni prosi o przelew gotówki za pomocą Western Union. Na ogół pieniądze przychodzą. Tyle, że piękna Malgaszka ma jeszcze ze 30 takich przyjaciół
i w ten sposób utrzymuje całą swoją rodzinę.
Atrakcje Madagaskaru
Czas zasmakować ciepłych wód Oceanu Indyjskiego, Kanału Mozambickiego, raf koralowych. Na tradycyjnej łodzi suniemy w kierunku archipelagu Nosy Hara. Fale zalewają pokład. Załogę stanowi dwóch malgaskich „marynarzy” – jeden wypatruje mielizn, drugi naciąga żagiel. Wokół szmaragdowe morze. W oddali widzimy poławiaczy alg, którzy na tratwach transportują kolorowy składnik przyszłych kosmetyków. Na horyzoncie widać kilka wysepek.
– Nie pokazujcie ich palcem, a jeśli już, to zginajcie go wpół – Ma-thieu Delacroix, nasz przewodnik i „kapitan” stateczku, objaśnia miejscowy savoir-vivre. – Malgasze mogliby poczuć się urażeni. To są święte wyspy, miejsce pochówku ich królów.
Mathieu jest pierwszym białym, który otrzymał pozwolenie na odwiedzenie wysepek Andantsara i Anjombovola. Ten 35-letni eksplorer z Paryża przeniósł się ponad 10 lat temu na Madagaskar i założył agencję turystyki przygodowej.
– Początkowo było ciężko. Ludzie z nadbrzeżnych wiosek nie chcieli nas zaakceptować, aż do czasu gdy podczas tradycyjnej ceremonii dostałem królewską autoryzację.
Aby swobodnie działać na rajskich wysepkach, Mathieu nauczył się malgaskiego, zamieszkał we wsi i zaprzyjaźnił z królem wioski – głową rodu, mistrzem tradycyjnych ceremonii. Zgodnie z jego życzeniem wybudował w wiosce szkołę i zatrudnił jej mieszkańców do prac w swojej agencji.
- Już prawie dopływamy. Poczujecie się jak rozbitkowie na bezludnej wyspie – reklamuje swe odkrycie Mathieu. Na skalistej Andantsarze zaaranżował prymitywny obóz. Nie ma tu źródła wody pitnej – kilka baniaków przywieźliśmy ze sobą. Przez najbliższe dni delektujemy się białym piaskiem, podwodnymi polowaniami z kuszą, a przede wszystkim wspinamy się na okoliczne skały.
Sklepienia grot osłonięte ściankami z bambusa są naszym domem. To miejsce niesamowite: ścieżki wyłożone koralowcami, umywalka z wielkich muszli, palenisko i zakryta dachem z liści palmowych „jadalnia”. Wszystko z naturalnych materiałów, ozdobione muszelkami i rozgwiazdami.
Sąsiednia Anjombovola jest większa, ale Mathieu odwiedza ją z turystami niechętnie. Spacer między pełnymi tropikalnych kwiatów kanionami przebiega pod czujnym okiem naszego sternika, Nono. Po zaledwie 4 godzinach Mathieu stanowczo zaprasza do łodzi. Odpływamy. – Anjombovola jest fady – Mathieu usprawiedliwia tę nieco przykrótką wizytę. – Na wzgórzu znajduje się królewski cmentarz ludu Anjoate, nie powinniście tam chodzić.
Fady można przyrównać do tabu – to system nakazów i wierzeń związanych zwykle z kultem przodków. W różnych rejonach wyspy fady przybiera różne formy, może dotyczyć pojedynczej osoby, rodziny, wioski lub całego plemienia. W jednej wiosce nie można na przykład gwizdać, w innej jeść wieprzowiny, ale grobowce są fady na całym Madagaskarze.

Kameleon, Madagaskar/ fot.: wikipedia / domena publiczna

Madagaskar/ fot.: wikipedia / domena publiczna

Madagaskar/ fot.: wikipedia / domena publiczna

Madagaskar/ fot.: wikipedia / domena publiczna
(...)
– Czemu siostry nie pomagają wszystkim?
– Za co?
Pomimo wielu bogactw naturalnych – rud chromu, grafitu, miki, kamieni szlachetnych i złota – Madagaskar jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Według najnowszych danych Banku Światowego blisko trzy czwarte ludności żyje tu za mniej niż 1,9 dolara dziennie, a rozwój ponad połowy dzieci poniżej piątego roku życia jest opóźniony. Według danych z 2012 roku – najświeższych, jakimi dysponujemy – około 1,4 miliona uczniów szkół podstawowych nie uczęszczało na zajęcia. Organizacje pozarządowe, w tym Amnesty International, alarmują o krytycznym pogwałceniu praw człowieka, zwłaszcza w więzieniach. (...)
Wracamy na Andantsarę. W ciasnej jaskini Odile i Marie – urocze Malgaszki – uwijają się nad paleniskiem. Kolorowe ryby, które sami złowiliśmy podczas dzisiejszego polowania z kuszą, idą na ruszt. Elegancka Odile każdego ranka nakłada na twarz żółtą maskę. Roztarta kora drzewa masoanjoany pielęgnuje cerę i chroni skórę przed słońcem.
Najpiękniejsze są wieczory. Rozciągnięty na bambusowych matach, oświetlam latarką piasek na plaży. Setki krabów pustelników
z odwłokami ukrytymi w muszlach wyszło na żer. Zahipnotyzowany szumem morza, liczę gwiazdy. Odile przynosi kubek rumu
z bananami. Gdybym nie widział, jak na szczycie turni Mathieu odbiera maile, naprawdę uwierzyłbym, że jesteśmy rozbitkami.
Jak wygląda Madagaskar?
Przychodzi czas powrotu na stały ląd. Wynajmujemy taxi-brousse („taksówka buszowa”), wszechobecne renault 4 („quatrelle”). Nie ma wiele wspólnego z autem terenowym, ale przy odpowiedniej determinacji szofera pokona prawie każdą przeszkodę. Renówka wiezie nas do Parku Narodowego Montagne d’Ambre (40 km od Diego), do wzgórz porośniętych lasem deszczowym. Florent, nasz przewodnik, prowadzi nas przez las otaczający wygasły wulkan.
Zmierzamy do wodospadu. Po stromym zboczu trochę schodzimy, trochę zsuwamy się w kierunku gęstwiny bananowców. Kilkunastometrowy wodospad nie robiłby może szczególnego wrażenia, gdyby nie kipiące wokół życie. Obok, na gałęzi, ląduje mieniący się barwami zimorodek czarnodzioby, do wodopoju podkrada się mangusta.
Mijamy 10-metrowe paprocie drzewiaste i pielgrzany z wachlarzowatymi liśćmi. Florent opowiada, że w awaryjnych sytuacjach liście te mogą być źródłem wody pitnej. W szerokich pochewkach ogonków gromadzi się woda, z której może skorzystać spragniony podróżnik, dlatego pielgrzany nazywa się też „drzewami podróżnika”. Tyle że... rosną w strefie lasów deszczowych, gdzie raczej nie brak wody wędrowcom.
Inne rośliny magazynujące wodę to baobaby – drzewa charakterystyczne dla suchych terenów. Na Madagaskarze, w jego zachodniej części, rośnie aż 7 ich gatunków, z czego 6 jest endemicznych. Legenda mówi, że diabeł posadził je do góry korzeniami, aby mieć
w piekle zielono.
– Załóżcie kaptury – przewodnik troszczy się o nas, wskazując to, czego nasze oczy nie potrafią dostrzec. – Z tych drzew spadają pijawki.
Te malutkie stworzenia są utrapieniem podczas wypraw w lasy deszczowe, bo wchodzą nawet pod skarpety, a rany po nich nie chcą się goić. Szybko wykonujemy więc polecenie. Nagle Florent pochyla się, rozgarnia ściółkę i pokazuje nam brązowego gada. – Oto jeden z najmniejszych kameleonów na świecie. To Brookesia minima. Dorosły osobnik ma zaledwie kilka centymetrów – przy największych gatunkach kameleonów, które osiągają 60 cm długości, wygląda naprawdę niepozornie.
Fauna i flora Madagaskaru
Idziemy dalej, nad głowami przeskakują lemury, które żyją tylko na Madagaskarze i pobliskich Komorach. Wiele spośród niemal 60 rozpoznanych gatunków i podgatunków jest zagrożonych wyginięciem. Największy z nich, indri, osiąga do 60 cm wzrostu,
a najmniejszy, lemurek myszaty, ma rozmiary dużej myszy z wielkimi oczami. Inny ciekawy lemur to aktywny nocą palczak zwany
aj-aj. Dla wielu Malgaszy jest fady – wierzą, że przynosi nieszczęście.
– Jest nieuchwytny, ostatnio widziałem go 10 lat temu – Florent pozbawia nas złudzeń co do szans zobaczenia aj-aj. – Jego środkowy palec u ręki jest prawie dwa razy dłuższy niż inne. W Europie powiedzielibyście, że pokazuje brzydki gest, ale on używa tego palca do grzebania w dziuplach i pęknięciach drzew. Wyciąga nim larwy owadów.
Ponad 100 km na południe od Diego Suarez zaczynają się tereny Rezerwatu Specjalnego Ankarana. Ten typowy dla Madagaskaru wapienny masyw to kraina jaskiń i głębokich kanionów zamieszkanych przez krokodyle.
Przechadzając się po skalistych szczytach tsingy, czuję się jak fakir. Ostre jak brzytwa skalne ostrza wrzynają się w podeszwy butów. Na moment tracę równowagę i ledwie podpieram się ręką, z palców już leci krew. Tsingy w języku malgaskim znaczy „huczeć”, bo po uderzeniu skała wydaje głuchy dźwięk.
Wędrując w buszu, natrafiamy na wyschnięte koryto rzeki, które wyprowadza nas bezpośrednio na krawędź przepaści. Ogromny otwór w ziemi jakby połknął okresową rzekę. Nasz przewodnik zapewnia, że w porze deszczowej woda płynie 30-kilometrowym tunelem, by zakończyć swój bieg bezpośrednio w oceanie. Teraz jest sucho i jeśli tylko mamy odpowiedni sprzęt, możemy tam wejść.
Przypominam sobie, że całkiem niedawno w okolicznych grotach naukowcy odkryli niezwykłą odmianę ślepego krokodyla, więc wolimy nie ryzykować. Wchodzimy za to do groty prawie stumetrowej wysokości znajdującej się bliżej wschodniej części parku. Drogę oświetlamy sobie latarkami czołowymi. Niestety, ich światło nie dociera do sklepienia. Jedynie dzięki serii „strzałów” z mojej lampy błyskowej widzimy, że całe jest pokryte brunatną sierścią tysięcy nietoperzy.
Rozstawiamy namiot. Oczywiście rezygnujemy z tropiku, bo przy temperaturze 30 st. C już moskitiera nad głową ogranicza oddech. Noc. Puszcza pulsuje. Szmery, nawoływania, piski. Trwa polowanie. Wychodzę z namiotu. Trącam jakąś gałązkę i na ramieniu ląduje mi miniaturowy kameleon. Kilka ciekawskich lemurów zasiada na gałęziach dookoła nas, jakby zapominając o celu swej nocnej wyprawy.
Ponownie lądujemy w Tanie i tym razem terenowym wozem wyruszamy w góry na południu wyspy. Po drodze odwiedzamy Park Narodowy Ranomafana („Gorąca Woda”) blisko sławnego z gorących źródeł miasteczka o tej samej nazwie. Robimy przystanek
w drugim co do wielkości mieście wyspy – Fianarantsoa, którego nazwę Malgasze skracają do „Fiana”. W górskich wioskach nie ma sklepów, więc na targu we Fianie zaopatrujemy się w ryż, ziemniaki, makaron i warzywa. W okolicach tego miasta znajdują się plantacje herbaty i winnice.
Z Fiany na wschodnie wybrzeże, do Manakary, jeździ jedyny pasażerski pociąg na wyspie. Tory wiją się w górzystym terenie, przebiegają nad wodospadami i rzekami, chowają się w licznych tunelach, wreszcie kierują ku wybrzeżu Oceanu Indyjskiego.
W wagonie 2. klasy, na którą decyduje się niewielu turystów, można się zapoznać z ludźmi z plemienia Betsileo – specjalistami od uprawy ryżu – i hodowcami bydła z plemienia Bara.
O koło 46 km za miasteczkiem Ambalavao wjeżdżamy do Parku Narodowego Andringitra – najbardziej spektakularnego masywu górskiego na wyspie. W położonych wysoko dolinach znajdujemy widowiskowe wodospady i oderwane od świata wioseczki. To jedyne miejsce na Madagaskarze, gdzie temperatura spada czasami poniżej zera. Andingitra jest prawdziwym rajem dla trekkersów.

Madagaskar/ fot.: wikipedia / domena publiczna

Liczi - Madagaskar/ fot.: wikipedia / domena publiczna

Wanilia - Madagaskar/ fot.: wikipedia / domena publiczna
Dość łatwy szlak prowadzi na drugi najwyższy szczyt Madagaskaru – Boby (malgaska nazwa Imarivolanitra, 2 658 m n.p.m.), ale prawdziwą atrakcją tego miejsca są ogromne granitowe monolity. Masyw Tsaranoro („Piękna Dziewczyna”) wysokości 800 m, to jedno z największych wyzwań alpinizmu. Został odkryty przez wspinaczy dopiero 12 lat temu. Nieodwiedzana, trudno dostępna dolina szybko zyskała status atrakcji turystycznej – pod Tsaranoro pielgrzymuje dziś coraz więcej podróżników. Powstał tam luksusowy kemping Camp Catta.
Pod kilkoma ścianami masywu znajdują się stare grobowce przodków. Uznawane za fady, są miejscem budzącym strach. Miejscowi od czasu do czasu pracują dla alpinistów jako tragarze, ale żaden nie pójdzie w góry po zmroku. Boją się duchów. Po stromym zboczu wspinamy się pod ścianę zwaną Mitsinjoarivo. Wbudowane pod skałą grobowce obłożone są czaszkami zebu. Wokół leżą dziesiątki starych noszy, na których transportowano ciała zmarłych.
Z kultem przodków jest związany szokujący dla Europejczyka zwyczaj biesiadowania ze zmarłymi. W niektórych plemionach (np. Merina i Betsileo – tam nosi nazwę famadihana) zmarli są co kilka lat wyjmowani z grobu i owijani w nowe całuny. To do bólu dosłowne spotkanie z przodkami ma świadczyć o poszanowaniu i pamięci, jaką rodzina darzy zmarłego. To także okazja do imprezy suto zakrapianej rumem.
W następnych dniach przenosimy się do często odwiedzanego przez turystów Parku Narodowego Isalo. Jego najbardziej popularna atrakcja, La Piscine Naturelle, naturalny basen zasilany przez mały wodospad, jest pełen turystów, dlatego szybko decydujemy się na wycieczkę w dzicz. Po drodze odwiedzamy Canyon des Makis, gdzie mamy okazję zobaczyć lemury, by udać się później na trzydniowy trekking do odludnej Grotte des Portugais.
Wiele ciekawych zakątków Madagaskaru wciąż czeka na swoje turystyczne pięć minut. Na szczęście wiele z nich wymaga zorganizowania prawdziwej ekspedycji, więc tak szybko nie zostaną zadeptane. Wystarczy przenieść się kilka kilometrów od asfaltowej drogi, by wkroczyć w nietknięty cywilizacją ląd. Nie bez powodu Madagaskar bywa nazywany ósmym kontynentem. Jest wielki, różnorodny i żeby go naprawdę poznać, potrzeba nie miesiąca, ale lat.
Wanilia z Madagaskaru
Madagaskar słynie z przypraw, głównie wanilii. Liana ta pochodzi z Ameryki Środkowej. Na Madagaskar trafiła w 1840 r., a dziś wyspa ta daje 80 proc. światowej produkcji ekstraktu waniliowego. Lianę uprawia się na plantacjach, na których konieczne jest odtwarzanie naturalnych warunków, na przykład osłanianie roślin przed słońcem płachtami płótna.
Taka właśnie zacieniona plantacja o powierzchni pół hektara znajduje się w rejonie miasta Ambanja na północy Madagaskaru. Założono ją 5 lat temu, a dostarcza wanilii wyłącznie na potrzeby firmy Chanel. Cały zbiór jest wykorzystywany do produkcji luksusowego kremu Sublimage. Zielone strąki nie są poddawane „klasycznej” obróbce, ale przerabiane w stanie świeżym. Tuż po zebraniu kroi się je na kawałki, a następnie ekstrahuje sok zawierający cenne poliketony.
Arkady Fiedler, czyli życie na Madagaskarze
Przez lata Madagaskar był znany polskiemu czytelnikowi głównie dzięki podróżniczym książkom Arkadego Fiedlera. Autor przebywał na wyspie w latach 1937–38 i 1965–66. Jego pierwsza podróż była tajną misją na zlecenie rządu polskiego, który w okresie międzywojennym poważnie myślał o posiadaniu zamorskiej kolonii. Fiedler wylądował na wyspie w celu zbadania opłacalności śmiałego planu wykupienia Madagaskaru z rąk Francji. Na dłuższy czas zamieszkał we wsi Ambinanitelo na wschodnim wybrzeżu Madagaskaru, gdzie pojął za żonę jej szesnastoletnią mieszkankę.
Fiedler bardzo się interesował losami hrabiego Maurycego Beniowskiego. Ten konfederata barski wylądował na wyspie w drugiej połowie XVIII w. jako przedstawiciel Francji. Zdobył wschód wyspy i założył kolonię handlową. Mimo wojskowego charakteru podboju, Beniowski wsławił się szczególnie humanitarnym (nietypowym wtedy) podejściem do tubylców. W roku 1776 plemiona ze wschodu
i północy wybrały go swoim „Wielkim Królem”. ■ (nationalgeographic.pl)
Biologiczna różnorodność wyspy sprowadza podróżników z całego świata. Prawie wszystkie gatunki gadów i płazów na Madagaskarze, połowa ptaków i wszystkie lemury to gatunki endemiczne dla wyspy. To oznacza, że na wolności nie występują nigdzie indziej na Ziemi.
Niezwykła gama roślin i zwierząt to efekt odizolowanego położenia. Pierwsi ludzie na Madagaskarze pojawili się „dopiero” około 2500 lat temu. Od tego czasu wyginęło około 30 gatunków ssaków.
W badaniu opublikowanym na łamach czasopisma naukowego „Nature Communications” paleontolodzy z Europy, Madagaskaru
i Stanów Zjednoczonych alarmują: – Jeśli endemiczna fauna i flora Madagaskaru wyginie, nastąpi upadek ekosystemów na wyspie. Będzie to miało dramatyczne konsekwencje dla źródeł utrzymania ludzi w regionie, prowadząc do głodu i masowej emigracji – powiedział współautor badania Luis Lima Valente, starszy badacz w Naturalis Biodiversity Centre w Holandii. Na Madagaskarze żyje obecnie ponad 29 milionów ludzi.
Z podsumowania naukowców wynika, że głównymi czynnikami powodującymi utratę różnorodności biologicznej na Madagaskarze są:
-
zmiana użytkowania gruntów pod rolnictwo,
-
degradacja siedlisk,
-
gatunki inwazyjne,
-
zmiana klimatu,
-
łowiectwo.
Około 40 procent pierwotnej lesistości wyspy zostało utracone w latach 50. XX wieku i 2000 roku. Według oceny Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN) w 2020 roku zagrożonych jest - poza innymi ssakami - ponad 100 gatunków lemurów żyjących na Madagaskarze.
Ryzyko wyginięcia unikalnych gatunków zwierząt grozi kryzysem różnorodności biologicznej. Wyjście z niego może potrwać miliony lat. (redakcja)
/ psychologia wychowanie

Dzieci pod ciężarem oczekiwań
ALINA GUTEK
Dzieci są dzisiaj obstawione wyrafinowanymi zabawkami, elektronicznymi gadżetami, wymyślnymi atrakcjami. A z drugiej strony – przytłoczone oczekiwaniami, wymaganiami, nieustanną kontrolą i presją rodziców, często także ich problemami. Gdzie w tym wszystkim jest przestrzeń na dziecięcą beztroskę, nudę, poznawanie siebie?
Zuzia ma siedem lat i dwa domy. Mieszka w nich naprzemiennie, przeprowadzając się co tydzień z jednego do drugiego. – Teraz jest super – cieszy się mama Agata, nauczycielka biologii. – Ale zanim dogadaliśmy się w sprawie opieki, była masakra.
Czyli kłótnie o to, gdzie Zuzi będzie najlepiej, wyścigi, kto pierwszy odbierze ją z przedszkola, przekupywanie zabawkami i prezentami.
Bartek, inżynier budownictwa, kiedy wyszło na jaw, że Agata się z kimś spotyka, zażądał rozwodu z orzekaniem o winie. A potem to już poszło. Walczyli ząb za ząb. Ze sobą, ale przede wszystkim o Zuzię. On odgrażał się, że nie dopuści, żeby córka dzieliła dom z obcym facetem (partnerem Agaty). A w dodatku żeby pałętał się wokół niej dorastający syn partnera, bo wiadomo, czym to się może skończyć. Ona udowadniała, że ojciec Zuzi jest nieodpowiedzialny, bo kiedyś zasnął i mała spadła z tapczanu; innym razem nie ubrał jej odpowiednio i się rozchorowała. W końcu oboje wyciągnęli największy kaliber broni. Ona – oskarżenia, że tata molestował córkę, kąpiąc się z nią w wannie. On – że mama uprawiała seks z obcym facetem na oczach dziecka. Każde chciało, żeby Zuzia potwierdzała ich własną wersję w sądzie.
Dzisiaj Agata nie chce wracać do tamtego czasu: – No co ja będę mówić. Przesadziliśmy. Bardzo tego żałuję. Okładaliśmy się ciosami poniżej pasa i wciągnęliśmy w to wszystko Zuzię. Moja psychoterapeutka mówi, że to tak, jakbyśmy kazali jej nieść plecak dwa razy cięższy od niej.
Bartek też jest na terapii i też widzi swoje błędy: – Byłem megazraniony, ale to marne usprawiedliwienie, wstyd mi. Mój terapeuta uświadomił mi, że przytłoczyliśmy dziecko dorosłymi problemami, że każde z nas obsadziło Zuzię w roli swojego adwokata. Dobrze, że przyszło otrzeźwienie. Szkoda, że tak późno.
Agata i Bartek bardzo się teraz starają. Tata w „swoich” tygodniach dwoi się i troi, żeby zapewnić córce jak najwięcej atrakcji. Przygotował na ten czas precyzyjny grafik zajęć: jazda konna, basen, teatr, bo według niego Zuzia zdradza talenty aktorskie. Dodatkowo niemal w każdy „jego” weekend gdzieś wyjeżdżają, niech córka poznaje świat. Mama stawia na naukę: angielski, fortepian, no i oczywiście lekcje śpiewu, bo według niej Zuzia będzie piosenkarką. W weekendy rzadko zostają w domu. – Nie mogę być gorsza od taty – śmieje się Agata. – A poza tym Zuzia na to wszystko zasługuje, jest taka kochana, grzeczna.
Poznałam Zuzię. Mądra, nad wiek dojrzała. Ale wydaje się bardzo zmęczona. Czy rodzice zdają sobie sprawę z tego, że zamienili jej jeden rollercoaster na drugi?
Basia, czyli oczekiwania plus
Basia za dwa lata kończy podstawówkę. Rodzice już teraz szukają korepetytorów, z którymi córka mogłaby zacząć pracę zaraz po wakacjach. – Za wcześnie? No nie – protestuje tata Michał, z zawodu lekarz. – Pandemia zrobiła swoje, dzieciaki mają mnóstwo zaległości, są rozleniwione. Zauważyliśmy, że Basi nie chce się uczyć, bo potencjał to ona ma duży. To znaczy nadal przynosi świadectwo z paskiem, ale pojawiają się już czwórki, a do tej pory miała same piątki i szóstki. Nie wyobrażam sobie, żeby moja córka nie dostała się do „Batorego”. Chodziłem tam ja, i ona też będzie.
Michał wybrał się na konsultację do psycholożki. Chciał się dowiedzieć, jak zmobilizować dziecko do pracy. – Jestem totalnie rozczarowany – mówi. – Zamiast odpowiedzi na moje pytania usłyszałem… pytania! Czy naprawdę córka musi mieć same dobre oceny? Dlaczego nam na tym tak zależy? Czy nie lepiej skupić się na tych przedmiotach, które ją interesują? Przepraszam, ale pani psycholog urwała się z choinki. Przecież na tym etapie liczą się wszystkie oceny na świadectwie. A już pytanie, dlaczego zależy nam na ocenach, uważam za kuriozalne. Toż każde dziecko wie, że od ocen zależy dostanie się do dobrego liceum.
Mama Justyna, też lekarka, dodaje: – Panuje teraz swoista moda na luzowanie dzieciakom, na wychowawczy liberalizm, brak wymagań. My od początku dbaliśmy o rozwój córki, zapewnialiśmy jej zajęcia, adekwatne do wieku, starannie przemyślane. Jak tylko skończyła trzy lata, zaczęła chodzić na angielski metodą Helen Doron oraz na basen, a od piątego roku na zajęcia szachowe
i francuski. Ale to nie było tak, że się zaharowywała, nic z tych rzeczy. Priorytetem przez całą podstawówkę są nauka i zajęcia dodatkowe, natomiast jeśli chodzi o obowiązki domowe, to panuje u nas pełny luz. Chce, to sprząta, nie chce, to nie, i tak przychodzi pani do sprzątania. Potrzebna jest jej pomoc? Rzucam wszystko i jestem dla niej, podobnie ojciec. Ale jednocześnie córka wie, czego nigdy nie odpuścimy – nauki w szkole i języków. Ma od nas wszystko, czego potrzebuje, więc też powinna dać z siebie wszystko. Tylko tyle. Robimy to nie dla siebie, ale dla niej.
Nie poznałam Basi, ale ją sobie wyobrażam. Znam wiele takich dzieci spełniających wyśrubowane oczekiwania rodziców, a z drugiej strony – kompletnie niezaradnych życiowo, niesamodzielnych w samoobsłudze, niekompetentnych w podstawowych życiowych sprawach. Czy o taki rezultat wychowawczy nam chodzi?
Czego jeszcze nie ma Franek
Pokój trzyletniego Franka przypomina sklep z zabawkami. Na ścianie na wprost drzwi półki zapełnione od podłogi do sufitu klockami Lego Duplo, autkami, figurkami zwierzątek, dinozaurami. Pod oknem kosze pluszaków, małych i wielkich, jak Franek. Po lewej stronie wciśnięte między łóżko a małe biurko dwie piramidy puzzli i gier. Przy kolejnej ścianie zaparkowane pokaźnych rozmiarów: auto na baterie, hulajnoga, rowerek, traktorek. Na środku pokoju imponująca zjeżdżalnia dla aut wyścigowych z serwisem i myjnią. Całości dopełnia podłogowy dywan z rozrysowanymi uliczkami, skrzyżowaniami, parkingiem. Tylko się bawić. – Ale Franek jakoś długo się nie zabawi – skarży się mama Kinga, urzędniczka. Szybko się nudzi, ciągle chce czegoś nowego, jest wszystkiego ciekawy, ruchliwy. Takie żywe srebro.
Kopię swojego pokoju ma w domu dziadków, na obrzeżach miasta. Tylko inne w nim autka, klocki, puzzle, pluszaki. No i w ogrodzie coś, czego nie ma u siebie, a co go dłużej absorbuje – trampolina, zjeżdżalnia, huśtawka. Oraz domek, do którego trzeba się wdrapać po drabince, a tam za każdym razem, kiedy przyjeżdża, czekają jakieś niespodzianki.
Dlatego jak już rodzice nie dają sobie z synem rady, to wsiadają do samochodu i fru na wieś. Tam chwilę mogą odetchnąć, stery przejmują babcia, dziadek i pies. – Tylko przed nim synek czuje respekt – żartuje mama.
ranek to długo wyczekiwane dziecko. Oczko w głowie rodziców. Dar od Boga, jak mówią dziadkowie. Bo rzeczywiście spadł całej rodzinie z nieba. W momencie, kiedy rodzice poddali się po kilku nieudanych próbach in vitro, kiedy pogodzili się, że nie będą mieć dzieci. Aż tu nagle pasek na teście ciążowym. Wielka radość. I nieopisana wdzięczność. Za to, że synek ich wybrał, że jest.
Kinga: – Świętujemy każdego piątego dnia miesiąca, bo tego dnia się urodził. Zawsze coś wtedy od nas dostaje, więc się trochę tego uzbierało. Lubię kupować mu też ubranka, tyle teraz jest gustownych rzeczy! Za każdym razem sobie obiecuję, że już dosyć, że nie kupię kolejnej czapeczki, bucików, ale jak coś wpadnie mi w oko, to nie mogę się oprzeć.
Jacek, menedżer w branży spożywczej: – Kinga przesadza z tymi zakupami. No ale nie chcę rzucać kamieniem, bo ja też nie jestem bez winy. Mam hopla na punkcie lego, Franek dostał ode mnie wszystkie zestawy dla jego wieku. I na punkcie elektroniki. Synek potrafi sam sobie włączyć bajkę na smartfonie. Na początku wszyscy w rodzinie naradzaliśmy się, co kto mu kupi. Teraz szukamy odpowiedzi: czego jeszcze nie ma? Bo ma prawie wszystko. Ale jak może nie mieć, skoro jest jedynakiem, podobnie jak jedynakami są moi teściowie, z kolei moi rodzice nie utrzymują kontaktu ze swoimi siostrami i braćmi, więc to tak, jakby ich nie mieli. Nic dziwnego, że Franek nami zawładnął.
Na moje oko to rodzice zawładnęli synkiem. I tu pojawia się pytanie: jaką on za to zapłaci cenę?
/ listy do pakamery
styczeń '24 (17)
Druga rodzina...
Czasem o trudnych sprawach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko... To trochę tak, jakby rozmawiać
z inną planetą. Napisz do mnie, a może uda nam się przeżyć moment prawdziwej rozmowy. Nawet wtedy, gdy nie będę w stanie poradzić. Ale może mam podobny problem; wtedy poczujemy się mniej samotni.
Napisz do mnie... pakamera.info@gmail.com
(z dopiskiem - dla Pauliny)

Dzisiaj mam 18 lat i łatwiej mi zrozumieć... A może to tylko tęsknota za tatą usprawiedliwia sytuację... Jest łatwiej... Tylko łatwiej...
Moje wspomnienia z dzieciństwa są pełne radości i beztroski. Mój ojciec był dla mnie bohaterem, choć rzadko bywał w domu, bo zawsze dużo pracował. Miałam jednak świadomość, że jest i zawsze będzie pod ręką, gdy będę go potrzebować.
Wyjazd miał być chwilowy
Wszystko zmieniło się w dniu, w którym tata nagle zdecydował się wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Dostał tam naprawdę dobrą propozycję pracy od kuzyna, który rekrutował właśnie specjalistów do swojej nowej firmy.
– Pomyśl, Wiola, zarabiałbym w dolarach, część odkładałbym sobie na życie tam, a resztę wysyłał wam. Miałybyście wszystko, czego dusza zapragnie! Spłaciłabyś do końca nasz kredyt, opłaciła Zosi prywatne szkoły, wszystko... – usłyszałam, jak tata przekonuje mamę do swojej decyzji.
– Ale Romek, ile to potrwa? Miesiące? Lata? Jak my tu sobie poradzimy bez ciebie? Zosia jest nadal mała, ona potrzebuje ojca...
– Dacie sobie radę. Wiesz, że to dobra decyzja i wiele nam ułatwi. Przemęczymy się, a potem nic już nas nie rozłączy.
Mama w końcu się ugięła. Ojciec był ambitny i pełen marzeń, a ona nie chciała stać mu na drodze do rozwijania kariery. Pewnie, dodatkowe pieniądze rozwiązywały wiele naszych problemów i sprawiały, że mogłyśmy żyć znacznie wygodniej niż wcześniej, ale przecież wcześniej też sobie jakoś radziliśmy. Nie byliśmy nigdy skrajnie biedni.
– Mamo, po co nam te pieniążki? Wolałabym, żeby tata tu był – narzekałam, gdy ojciec wyjechał.
Miałam wtedy jakieś sześć lat
Dla mnie tego typu sprawy były proste, czarno–białe.
– Kochanie, to nie takie proste... – odpowiadała mi zawsze mama zupełnie odwrotnie do tego, w co wierzyłam. – Mamy do spłacenia duży kredyt, nie mamy oszczędności. Potrzebujemy tych pieniędzy.
Tata faktycznie szybko zaczął zarabiać bardzo dobrze. Wysyłał nam pieniądze regularnie, co umożliwiało nam godne życie. Jego maile do mamy były pełne opisów nowego świata i kultury, w których się znalazł, ale czasem brakowało mi go tak bardzo, że trudno było uwierzyć, że jest tak daleko.
Dzwonił dość rzadko, bo rodzice preferowali do siebie pisać, zamiast dzwonić. Wracał tylko na święta, bo mieszkał w dość małej, kiepsko skomunikowanej miejscowości. Zawsze rzucałam mu się na szyję tak samo stęskniona. Nadal był moim bohaterem, mimo że mijały lata, a ja dorastałam praktycznie bez ojca.
Matka była niesamowicie silną kobietą, ale czułam, że czegoś nam brakuje. Gdy skończyłam jakieś trzynaście lat, ojciec zaczął wspominać o swoim planie przeniesienia nas do siebie, ale zawsze były jakieś przeszkody.
„Tato, chcemy już z mamą do ciebie pojechać. Możemy sprzedać tu dom i się przeprowadzić do Stanów. Nie martw się moją szkołą, wcale nie jestem do niej przywiązana, mogę zacząć nową. Z przyjaciółmi mogę utrzymywać kontakt na odległość. Kocham cię”, napisałam do niego któregoś razu wiadomość. Nie odpowiedział na nią. A kilka dni później przyszedł list, który zmienił moje życie na zawsze.
Byłam w szoku
Tamtego dnia zastałam mamę płaczącą na kanapie. Na stoliku obok niej leżał otwarty list. Przestraszyłam się, bo mama płakała bardzo rzadko, praktycznie w ogóle. Nie widywałam jej w takim stanie.
– Mamo, co się stało?! – podbiegłam do niej natychmiast.
Wskazała tylko palcem na list.
– Jesteś już duża, możesz przeczytać sama... – wychlipała przez łzy.
Otworzyłam zwiniętą kartkę papieru i rozpoznałam pismo ojca:
„Kocham was z całego serca. Tak bardzo chciałbym, żebyście tu już były, ale, zanim to się stanie, muszę podzielić się z wami pewną wiadomością. Nie potrafię dłużej jej ukrywać. Jestem świadom, że po przeczytaniu tego listu możecie zadecydować, że nie chcecie mnie już więcej znać, ale... może jest szansa, żebyśmy ułożyli rzeczywistość taką, jaką jest? Dwa lata temu zakochałem się w Susan, mojej koleżance z pracy. Nie chcę teraz wszystkiego rozdrapywać i wchodzić w szczegóły naszej relacji.
Z początku myślałem, że to tylko przelotny romans, który nic nie znaczy, po prostu jest lekiem na samotność... Okazało się jednak, że moje uczucie do Susan to prawdziwa miłość. Tak samo prawdziwa, jak do ciebie, Krysiu. Nie chcę, żebyś myślała, że przestałem cię kochać, bo nigdy nie przestałem. Po prostu w moim sercu otworzyło się miejsce dla jeszcze jednej osoby. Tak, długo was okłamywałem, bo nie wiedziałem, w jaki sposób zakomunikować, że jestem w nowym związku.
Naiwnie myślałem, że mogę ukrywać to dalej, dopóki jesteśmy z Susan tylko we dwoje, ale... trzy miesiące temu urodził nam się synek. Wiem, że proszę o wiele, może nawet o niemożliwe, ale chciałbym, żebyście przyleciały do Stanów i poznały Susan i Christophera czyli Krzysia”.
Nie mogłam uwierzyć w tę historię. Przez dłuższą chwilę byłam przekonana, że to wszystko tylko mi się śni. Jaka druga rodzina? Jakie dziecko? To nie jestem już jedynym dzieckiem taty? Jak to możliwe?
To było jak uderzenie pioruna
Kilka następnych dni spędziłyśmy z mamą praktycznie w milczeniu. Gdy w końcu się do mnie odezwała, zaczęła... tłumaczyć ojca!
– Przez tyle lat był sam... Może to normalne, może takie rzeczy się zdarzają... Może faktycznie powinnyśmy tam pojechać... – rozmyślała na głos.
– Mamo, zwariowałaś?! – krzyknęłam na nią. – Mamy się dzielić tatą z jakąś obcą babą i niby bratem, którego nigdy nie chciałam? Za nic!
Wybiegłam z kuchni do swojego pokoju i trzasnęłam drzwiami. Czułam się zagubiona i zraniona. Próbowałam zrozumieć, dlaczego nas zastąpił. Nie odpowiadałam na żadne jego wiadomości prawie przez rok. Oswajałam się z faktem, że od teraz będę miała tylko mamę.
Tata przestał dla mnie istnieć. Jedyny problem polegał na tym, że mama nie chciała odpuścić. Stale próbowała mnie przekonywać, że nie jesteśmy w najgorszym położeniu, że ojciec dalej nas kocha, że powinnyśmy próbować go zrozumieć.
Ja nie potrafiłam, przynajmniej nie w tamtym momencie. Zmiękłam dopiero po latach, gdy któregoś dnia natrafiłam na jakieś stare zdjęcie z dzieciństwa. Tata nosił mnie na nim barana, a mama szła obok nas z koszykiem grzybów. Rozpłakałam się jak dziecko. Dopiero po paru latach gniew i żal ustąpiły w moim sercu miejsca tęsknocie. Zrozumiałam, że muszę znaleźć w sobie siłę, by zaakceptować tę nową rzeczywistość.
Ojca nie widziałam od pięciu lat. Więcej do nas nie przyjechał; my nie pojechałyśmy do niego. Nie chciałam i nie chcę. Staram się zrozumieć chęć posiadania dwóch rodzin, ale dwie żony pod jednym dachem to dla mnie za dużo. Powiesz, że mamy XXI wiek i że wszystko może się zdażyć.
Powiem Ci, że akceptuję mojego przyrodniego brata. Z tym jestem pogodzona, ale chodzi o moją mamę...
Hanka (18 lat), okolice Rzeszowa
Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione dla bezpieczeństwa bohaterów. Wszelkie zmiany wprowadzono za zgodą autorki listu.
Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, jeśli nie masz nic przeciwko temu, żeby Twój list został opublikowany w kolejnych odsłonach "listy do pakamery", a skierowane do Pauliny, prosimy o dodanie w treści e-maila formułki o następującej treści: Wyrażam zgodę na publikację mojego listu w miesięczniku „pakamera.polonia” w całości lub we fragmentach wybranych przez redakcję, ze wskazaniem mojego imienia, a także na dokonywanie przez redakcję korekty tekstu na potrzeby takiej publikacji". Dziękujemy!


