prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com
.jpg)
pismo społeczno-kulturalne
luty 2024 / 2 (18)
SPIS TREŚCI

SPIS TREŚCI
pakamera.polonia / luty '24 (18)
świat, ludzie, obyczaje
Wielki sukces dobrej woli Dariusz Lachowski
- "Bitwa o Monte Cassino" - sztuka wojennego reportażu (Melchior Wańkowicz) (portrety) Janusz R. Kowalczyk
- Igaliku, Grenlandia (ludzie i obyczaje) Luiza Stosik-Turek
- Konkurs piękności wielbłądów (ludzie i obyczaje)
kultura
- Chopiniana (muzyka) Jerzy Waldorff, redakcja
- 8. doroczna edycja festiwalu CHOPIN IN THE CITY FESTIVAL (muzyka) redakcja
- Rytmy tożsamości (Andrzej Dylewski) (muzyka) Anna Czerwińska
- Nowe dzieło NeSpoon (sztuka) Krzysztof Białas
- Liryka w fotografii (Iwona Biedermann) (sztuka/fotorafia) Aneta Zalewska
- Potrzeba hazardu (literatura/teatr) Jolanta Kowalska
inspiracje
- Talerz fioletowych dobroci (wokó stolu) Anna Czerwińska
- Falling - dom nad wodospadem (podróże/architektura)
- Czy i kiedy dać dziecku smartfon? Mikołaj Marcela
prawie jednym zdaniem...
Luty 2024
Melchior Wańkowicz jest autorem jednego z najbardziej znanych sloganów w historii polskiej reklamy – „Cukier krzepi”. Jest również autorem hasła Polskich Linii Lotniczych LOT z 1971 roku „Lotem bliżej”.
Takie rzeczy zdarzają się tylko w małych miasteczkach:
- Mamy swoją wiejską grupę na Facebooku i jej najbardziej aktywnym czasem jest ten, kiedy naszą miejscowość odwiedza lodziarz. Ludzie dzielą się aktualizacjami na żywo, gdzie aktualnie jest samochód i w którym kierunku zmierza.
- Ruch na „głównej ulicy” mojego miasta jest tak niewielki, że dwóch kierowców jadących w przeciwnych kierunkach może zatrzymać się i porozmawiać ze sobą przez kilka minut bez powodowania jakichkolwiek problemów.
- Ktoś w naszym miasteczku obrabował bank i wszyscy od razu wiedzieli, kto to był. Kasjerka nie odzywa się do niego do dzisiaj.
- Mieszkam w małym miasteczku. Kiedy się tu sprowadziłem, wszyscy pytali „po kim kupiłeś dom?”.
- Mieszkam w miasteczku, gdzie żyje niecałe 5 tys. ludzi. Pewnego dnia w lokalnym urzędzie widziałem taką scenę:
w kolejce do okienka stały trzy osoby. Wtem weszła czwarta, kobieta, która widząc to wszystko, powiedziała tylko, że wpadnie później, kiedy będzie mniejszy ruch.
- Kiedy byłem w pracy, mój pies jakoś wydostał się za ogrodzenie i uciekł. Policja przyjechała do szkoły mojej siostrzenicy, aby zawiadomić ją, że znaleźli jej psa i poprosić, aby wpuściła go do domu.
- W moim miasteczku otworzyli bar ze striptizem, akurat kiedy kończyłem 18 lat. Razem z kumplami byliśmy mocno nakręceni, aby odwiedzić ten przybytek. Z jakiegoś powodu wyobrażałem sobie, że striptizerki, które tam pracują, będą całkowicie nieznajomymi kobietami. Nie spodziewałem się, że będzie to Judy, którą znam z zajęć matematyki, oraz Aubrey, która pracuje w Wendy's.
- W moim mieście w 1976 roku otworzyli pierwszego McDonalda. Z tej okazji urządzili paradę.
- Zrobiłem zakupy, spakowałem i zapomniałem zabrać torby do domu. Inny klient, który to zobaczył, zabrał je za mnie
i przywiózł do mojego domu.
- Mój narzeczony zabrał mnie kiedyś na festyn do swojego małego miasteczka. Pewien gość zobaczył go i mu pomachał. Zapytałam narzeczonego, kto to był, a on na to, że to jedyny koleś w mieście, który miał tak samo na imię jak on i to ich połączyło.
Mówił też, że jego ojciec ostrzegł go kiedyś, żeby nie umawiał się z pewną laską z miasteczka, bo może być jego siostrą.
- Znany bandzior z okolicy kandydował na szeryfa.
Był kilka razy w więzieniu w swoim życiu.
Jego slogan brzmiał „Znam więzienie na wylot!”.
Ketchup był kiedyś sprzedawany jako lekarstwo. W latach trzydziestych XIX wieku wierzono, że ketchup może wyleczyć prawie wszystko, w tym niestrawność, biegunkę, a nawet żółtaczkę.
W ciągu roku na całym świecie sektor budowlany zużywa około 50 miliardów ton piasku, co znacząco obciąża środowisko naturalne. Aby chronić cenne zasoby, wspierając jednocześnie rozwój zrównoważonego recyklingu odpadów, inżynierowie z Uniwersytetu RMIT w Australii opracowali sposób na wytworzenie bardziej wytrzymałego betonu, zmniejszając tym samym zapotrzebowanie na piasek aż o 15 procent. Naukowcy wykorzystali w tym celu… kawowe fusy. Zużyte odpady organiczne poddano pirolizie, czyli niskoenergetycznemu procesowi zachodzącemu bez użycia tlenu w temperaturze 350 stopni Celsjusza. W ten sposób uzyskano biowęgiel, który – po dodaniu do betonu zamiast części piasku – wzmacnia jego wytrzymałość o 30 procent.
140 milionów ton pożywienia w postaci 6,5 procenta światowej produkcji zbóż i 2,3 procenta roślin strączkowych zawdzięczamy dżdżownicom – obliczyli uczeni w Colorado State University. Tylko w przypadku pszenicy co najmniej jedna kromka chleba z każdego bochenka to wyłącznie ich zasługa.
Niepozorne zwierzęta żyją w ziemi, drążąc tunele
i przetwarzając zawartą w niej martwą materię na składniki odżywcze dla roślin. Oprócz poprawy żyzności polepszają także strukturę gleby, pozwalając dotrzeć w jej głębsze warstwy wodzie i powietrzu. W jednym metrze sześciennym podłoża żyje do 700 osobników. Dżdżownice najłatwiej dostrzec po deszczu – wychodzą na powierzchnie.
W styczniu 1955 roku na ekrany kin wszedł film „Pokolenie" - fabularny debiut Andrzeja Wajdy zrealizowany na podstawie książki Bohdana Czeski. Autor książki był w czasie wojny partyzantem Armii Ludowej, potem - pisarzem i posłem. „Pokolenie" opowiada o lewicującej młodzieży zaangażowanej w czasie wojny w walkę z niemieckim okupantem. Jego bohaterowie ukazani są jako idealiści, których życie niemal codziennie stawia w sytuacji ekstremalnej, czasem bez wyjścia. „Pokolenie" osiąga wiarygodność niemal kroniki filmowej, portretując udręczony naród w zbrojnym odwecie - napisał o filmie Wajdy recenzent londyńskiego „Daily Cinema". „Pokolenie" uważane jest za pierwszy film nurtu, który
w naszej kinematografii nazwany został później polską szkołą filmową. (ac)
W Gdańsku w ręce Służby Bezpieczeństwa wpadł Bogdan Borusewicz, jeden z ukrywających się liderów „Solidarności" zdelegalizowanej po wprowadzeniu stanu wojennego. A bylo to 9 stycznia 1986 roku. Borusewicz przyjechał do lokalu przy ul. Sokolej, w którym znajdowała się tajna drukarnia. Gdy zapukał, do drzwi rzuciło się na niego kilku esbeków, którzy go obezwładnili. Ukrywał się od czterech lat, kilka razy był bliski aresztowania (raz milicjant strzelał do niego podczas ucieczki), ale zawsze udawało mu się uciec. Borusewicz był przekonany, że wpadł przypadkiem, ale po latach okazało się, iż na jego trop naprowadził SB tajny współpracownik Stanisław Ossowski, który wynajmował lokal na drukarnię. Borusewicz siedział do 1988 r., odzyskał wolność na mocy amnestii. (az)
/ polonijny kalejdoskop

Wielki sukces dobrej woli
Chicagowski 32. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zakończył się niezwykłym sukcesem. W poniedziałek, 5 lutego,
o godzinie 12:00 czasu Chicagowskiego, na konto WOŚP z Chicago wpłynęła deklarowana suma 106,724.35 dolarów.
Podczas niedzielnej licytacji Chicagowskiego Złotego Serduszka WOŚP 2024, nadawanego na antenie WNPA 103.1FM, hojny darczyńca wylicytował pamiątkowe serduszko za imponującą sumę 3000 dolarów. W trakcie licytacji pojawiły się również unikatowe przedmioty, takie jak koszulki polskich piłkarzy, Roberta Lewandowskiego i Kuby Błaszczykowskiego, a także tenisowa piłka od Igi Świątek. Cenne przedmioty zostały hojnie ofiarowane przez sportowców, celebrytów oraz artystów.
Na antenie patrona medialnego PolskiFM & Wietrzne Radio, zostało wylicytowane wyjątkowe bursztynowe serduszko tegorocznego Finału, osiągając imponującą kwotę 4,100 dolarów!
Polonia entuzjastycznie wzięła udział w wielkim Koncercie Finałowym, który odbył się w niedzielę, 28 stycznia, w Art Gallery Cafe. Na scenie pojawiły się takie gwiazdy jak Grażyna Auguścik, Szaflarscy i Przyjaciele, Kaeyra, Ania Włoch, Aux Nosie, oraz Side Effect ze swoim dwugodzinnym programem. Podczas finałowego koncertu licytowano m.in. przedmioty z autografem Jurka Owsiaka oraz rolę w polonijnym słuchowisku. Dodatkowo, przez telewizję TVN24, widzowie łączyli się na żywo ze studiem finałowym. Wieczór uroczyście zakończył się hymnem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
W przygotowaniach do Finału prowadzono kwestę w kilkunastu polskich szkołach sobotnich oraz sklepach spożywczych. Dodatkowo, scena dziecięca, zorganizowana przez sieć przedszkoli Wyspa Dzieci, przyciągnęła rzesze najmłodszych orkiestrowiczów wraz
z całymi rodzinami.
W ramach 32. Finału WOŚP Chicago, które hasło w tym roku brzmiało: „Płuca po pandemii”, odbyło się wiele wydarzeń promujących zdrowy styl życia. Zorganizowano morsowanie, treningi fitness, a także szereg atrakcji, do których przyłączyli się polscy aktorzy komediowi, jak chociażby Roman Żurek, który nie tylko wziął udział w wydarzeniach, ale również hojnie wsparł szczytny cel akcji odbywającej się w Chicago. (Dariusz Lachowski - jeden ze "sztabowców ")





/ polonijny kalejdoskop
SPOTKANIA
VOYTEK GLINKOWSKI
Stykamy się na codzień z plejadą zaproszeń do konkursów sztuk wszelakich...
Niestety, takie oto mamy skutki uboczne demokracji i wrzasku medialnego bez konsekwencji...
Nie istnieje żadne sito uniwersalne, zapewniajane nam Jakość. Badań selekcyjnych musimy dokonywać samodzielnie.
Contemporary Art Center of Santa Ana, California to instytucja z bogatą i pełną jakości przeszłością, otoczona szeregiem kolekcjonerów i prowadzona przez kuratorów budzących zaufanie nie tylko w poprzek Ameryki. W Europejskich realiach również.
Cztery wystawy konkursowe rocznie wypełniają harmonogram.
Miałem szczęście zakwalifikować się po raz trzeci do wystawy pokonkursowej.
Tym razem obwarowanej tytułem "Urban Expression"
Co to znaczy...?
Znaczy tyle, że poszukujemy środków wyrazu pełnych jakości. W tym kontekście, spiętych klamrą emocjonalnych skutków kolizji ludzkich charakterów w mrowiskach aglomeracji.
Taka to już ludzka natura... Łatwiej nawiązujemy konwersację kiedy podadzą nam TYTUŁ...
Do tej wystawy zostało zgłoszonych blisko 600 prac z całego świata.
Do wystawy powołano jedynie 40. W tym dwie moje, zrealizowane w roku 2023.
"Jesienne Nostalgie" 48"x 48", acrylic/olej na płótnie i "Maski Codzienne-Schowany za Czas", 48"x 48", acrylic/olej na płótnie.
Oczywiście nadrzędnym wodzirejem Sztuki jest kompozycja - relacja formy i koloru... Ale... silne oparcie w przedziale "EMOCJE" daje rękojmię i dodatkowe narzędzie pracy.
Lubię okładać trzon semantyczny ubrankiem formy i koloru...
Specjalnym powodem do dumy jest dla mnie fakt, że obie prace przeszły selekcję wraz z poezją dopełniającą temat,
Wiersze prezentowane są obok obrazu...


Nietykalny
Podglądam życie
kimś innym
Czasami odważę się
nawet zaklaskać...
I tak będę nieobecny
jak Odys we łbie Cyklopa
Nietykalny sztuką.

Spacer
spowiadałem się wiatrowi
szeptem
zabrał moje eklektyczne
wspomnienia
wychłostał deszczem
wyobraźnię
zostawił bez ulgi
pokuty
Wystawa - wernisaż 3 lutego 2024 - potrwa do kwietnia bieżącego roku.
W konsekwencji zostałem również zaproszony do stałej współpracy z Centrum Sztuki co zostanie usankcjonowane wystawą indywidualną na początku roku 2025.
Bierzemy pod uwagę kilka kompozycji tematycznych. Ja skłaniam się najbardziej w stronę projektu "Odlewy Emocji"... To cykl 16 dużych płócien przedstawiających portrety emocji. Instalacja/aranżacja będzie miała formę teatru - obrazy połączone z dźwiękiem (specjalnie powstałą symfonią z w/w emocjonalnych skutków dźwiękowych). Teatr będzie uruchamiany sensorem ruchu.
/ reportaż portrety
luty '24 (18)
"Bitwa o Monte Cassino"
– sztuka wojennego reportażu
JANUSZ R. KOWALCZYK
Książka Melchiora Wańkowicza dla pokoleń Polaków stała się legendą, wręcz biblią, nieustępującą pisanym "ku pokrzepieniu serc" powieściom Henryka Sienkiewicza. Do dziś stanowi też pomnik sztuki reportażu.
W polskim dorobku literackim monumentalny reportaż wojenny "Bitwa
o Monte Cassino" Melchiora Wańkowicza zajmuje wyjątkowe miejsce. Epopeję o zmaganiach polskich formacji Armii Andersa z ufortyfikowanymi siłami doborowych jednostek niemieckich, zwieńczonych krwawo okupionym zwycięstwem biało-czerwonych, Wańkowicz pisał z pozycji obserwatora, z pierwszej linii frontu, przez co był nieomal uczestnikiem starć. To sprawia, że jego opis bitwy tchnie autentycznością i prawdą.
Warsztat dziennikarski, gdzie siłą rzeczy królują fakty, w "Bitwie o Monte Cassino" walczy o lepsze z pasją i emocjami reportera, przywodząc na myśl tradycje narracyjne szlacheckiej gawędy. W efekcie powstała doskonale wyważona i pasjonująca relacja. W odróżnieniu od doniesień wielu innych frontowych korespondentów, które szybko obrosły kurzem niepamięci, Melchior Wańkowicz dał światu bogatą w szczegóły, trwałą kronikę tamtych majowych dni 1944 roku.
Król reportażu
Pod względem siły przekazu "Bitwa o Monte Cassino" stała się dla pokoleń Polaków legendą, wręcz biblią, nieustępującą pisanym "ku pokrzepieniu serc" powieściom Henryka Sienkiewicza. Warto jednak podkreślić, że
w tekście Wańkowicza nie ma ani grama fantazji – literackiej fikcji, co stanowi chleb powszedni każdego beletrysty. Jeśli więc przy lekturze "Monte Cassino" czytelnik doznaje wzruszeń, bo też gdzieniegdzie wkradł się nieunikniony patos – odnotowane są choćby głosy żołnierzy umierających z imieniem Polski na ustach – świadczy to wyłącznie
o autentyczności odczuć pisarza, opisującego to czego był świadkiem, albo też usłyszał od kilku wiarygodnych świadków.
W szkicu "Król reportażu" Aleksandra Ziółkowska-Boehm, asystentka
i współpracowniczka pisarza w ostatnich latach jego życia (1972–1974), odnotowała:

W książkach Wańkowicza nie mamy nic wymyślonego. Rzetelnymi studiami są i "Monte Cassino",
i "Na tropach Smętka", z realiów utkane są "Szczenięce lata" i "Ziele na kraterze". Zasada prawdziwości dokumentalnej jest właśnie tą osobliwą cechą, która odróżnia reportaż od pokrewnych mu form literackich, takich na przykład jak opowiadanie czy nowela. Pisarstwo Wańkowicza oparte jest na faktach, uwydatnia konkret i nadaje mu szczególne znaczenie.
Najważniejszą cechą wyróżniającą dzieło Wańkowicza jest relacjonowanie walk nie znad map sztabowych na zapleczu frontu, lecz wprost z pola walki. Nie skupiał się zbytnio na arkanach wojennej strategii czy rozkazach generałów (przykładowy cytat: "Dowódca 2. Korpusu Polskiego [gen. Władysław Anders] w rozkazie przed bitwą między innymi mówił: »Niech lew mieszka w waszym sercu… Żołnierze! – za bandycką napaść Niemców na Polskę, za rozbiór Polski wraz z bolszewikami, za tysiące zrujnowanych miast i wsi, za morderstwa, katowanie setek tysięcy naszych sióstr i braci, za miliony Polaków jako niewolników do Niemiec, za niedolę
i nieszczęście Kraju, za nasze cierpienia i tułaczkę…«").
Znacznie pełniej za to ukazał pisarz realny trud walczących żołnierzy. Ich osobisty wkład w ciężko okupione zwycięstwo. O każdym swoim bohaterze – bez względu na posiadany stopień wojskowy i usadowienie w armijnej hierarchii – starał się zebrać jak najwięcej danych, potwierdzonych z kilku źródeł.
Intuicji i doświadczeniu pisarskiemu Wańkowicza zawdzięczać należy, że nie zawierza on, na szczęście, zbyt lekkomyślnie relacjom uczestników bitwy. Trzecim niemniej ważnym czynnikiem sukcesu Wańkowicza jest umiejętne rozwiązanie problemu psychologicznego. Czwarty sekret wartości "Bitwy
o Monte Cassino" – to – [Stanisław] Gliwa. Czuła i troskliwa opieka tego grafika czyni zeń właściwie współautora książki, która jest dziełem dobrego i solidnego warsztatu pisarskiego.
Powyższą opinię wypowiedział inny uczestnik bitwy o Monte Cassino, zwięźle sportretowany przez Wańkowicza: ("Gustaw Herling-Grudziński, student polonistyki, młody krytyk literacki, współpracownik pisma konspiracyjnego w kraju"). Późniejszy kolega po piórze autora książki, który w pisanym w latach 1949–1950 "Innym świecie" skrupulatnie odtworzył z pamięci wydarzenia, jakich doświadczył podczas półtorarocznego pobytu w sowieckim łagrze w Jercewie. Wańkowicz w swojej wojennej gawędzie wielokrotnie przytacza nazwisko Herlinga-Grudzińskiego, pełniącego pod Monte Cassino obowiązki frontowego radiooperatora.



Mamy z Niemcami zapiekłe porachunki
Wartością książki "Bitwa o Monte Cassino" jest jej namacalny konkret. Nie suchy, historyczny, zamknięty w statystykach zabitych i rannych, lecz uwzględniający kruchy los pojedynczego człowieka. Jak w każdym rzetelnym dziele jest tu również miejsce na osobistą refleksję frontowego korespondenta, kiedy np. opisuje determinację młodych ludzi rwących się do walki z kolejnym ziejącym ogniem niemieckim bunkrem, żeby pomścić poległych kolegów, których ciała zmuszeni byli wcześniej przekroczyć.
Autor odznaczony Krzyżem Walecznych – podczas trwających dwa tygodnie walk starał się odwiedzić na linii frontu każdą kompanię, każdy pluton, gdzie często narażał się na ostrzał – przeżył bitwę w ścisłym kontakcie z walczącymi żołnierzami. Już sama liczba zebranych od nich relacji budzi szacunek, a przy okazji sprawia, że książka stała się poniekąd wspólnym dziełem wszystkich uczestników bitwy. To wyjątkowy, jeśli nie jedyny przypadek w dziejach literatury, gdy bohaterowie rozgrywającego się dramatu biorą równie bezpośredni udział w twórczości.
We wstępie "Bitwy o Monte Cassino" w wydaniu z 2009 roku prof. Norman Davies pisał:
Wańkowicz siłą rzeczy skupił się na działaniach oddziałów polskich, co nie znaczy, że pomija pozostałe. Przedstawia kompletny obraz sytuacji. Podczas wizyty w kwaterze amerykańskiej, gdzie próbuje ustalić przyczyny niepowodzenia ataków styczniowych na linię Gotów odkrywa, że amerykańskie mundury kryją tak naprawdę Finów, Greków, Żydów oraz oczywiście Niemców i Polaków. Pyta, co nimi kieruje. "My, Polacy mamy z Niemcami rachunki do wyrównania – mówi amerykańskiemu oficerowi – Ale co kieruje WAMI?". Następnie przygląda się towarzyszom broni w 8. Armii, co z kolei prowadzi do odkrycia, że większość z nich stanowią synowie rozległego imperium: Sikhowie z Pendżabu w turbanach na głowach, strzelcy Radżputana, siejący postrach Gurkhowie z Nepalu, Maorysi z Nowej Zelandii
i poganiacze mułów z Cypru. Nie kryje podziwu dla dyscypliny i determinacji oddziałów Wolnych Francuzów, przybyłych głównie z Afryki Północnej. Nie zabrakło tam również marokańskich Gumierów, którzy na koniach, uzbrojeni w noże, torowali sobie drogę do celu. Wszystkie te formacje próbowały zdobyć Monte Cassino, zanim 2. Korpus wkroczył do akcji. I wszystkie zostały rozgromione. Polacy stali się kolejnym barwnym uczestnikiem nieustraszonego boju o wyzwolenie.
Żołnierzom Armii Andersa udało się przełamać zaciekły opór wroga, ostrzeliwującego się z góry z silnie obsadzonych i doskonale zamaskowanych na okolicznych wzgórzach schronów, jak też z gruzów zbombardowanego przez aliantów klasztoru benedyktynów na Monte Cassino. Węzłowy punkt przeprawy wojsk sprzymierzonych w ich marszu z południa Włoch na Rzym, jak też w głąb okupowanych krajów Europy, został odbity z rąk wroga ("Skończona jest bitwa o Monte Cassino, trwająca trzynaście dni i dwadzieścia godzin. Jest godzina 19.00, maja 25, roku 1944"). Dzięki książce Melchiora Wańkowicza udział w tym zwycięstwie polskiego oręża jest tym bardziej niepodważalny, że doskonale udokumentowany.
Pasja dociekliwości
Kluczem otwierającym drogę do reporterskiego sukcesu jest dociekliwość, co pisarz barwnie oddał w swoim ostatnim dziele zatytułowanym "Karafka La Fontaine'a". Pierwszym etapem dociekliwości jest potrzeba dotarcia w miejsce, gdzie zwyczajnie być się powinno. Etap drugi – to wydobycie istotnej treści z tego, do czego się dotarło – niekiedy w sposób dość karkołomny.
Wbrew polskim władzom londyńskim, korzystając z bałaganu wojskowego, przeszmuglowałem się do Włoch. Władze w Londynie do końca nie zatwierdziły mój status korespondenta, związany z poborami
i przywilejami. Trylogię montecassińską napisałem wbrew przysłanym bubkom korespondentom, po których nie zostało nic. I nagle okazało się, że wojna wilgotną gąbką starła z tablicy ujemny debet, narosły poważne aktywa. Gdy przyjechałem z Włoch do Londynu, przerwano posiedzenie, by mnie witać, kiedy wchodziłem na widowiskowe imprezy, publiczność witała mnie, powstając.

Niemcy nie respektowali znaku Czerwonego Krzyża, sami jednak mieli nadzieję, że zapewni im ochronę (fot. Bundesarchiv, Bild 183-J26141 / Zscheile / CC-BY-SA 3.0)

Bitwa o Monte Cassino - ewakuacja rannych Drogą Polskich Saperów NAC 24-444-3.jpg / Wikipedia / domena publiczna

Klasztor na Monte Cassino, maj 1945 r.
Podpis: Ruiny klasztoru OO. Benedyktynów na Monte Cassino po zbombardowaniu go przez artylerię i lotnictwo polskie, amerykańskie i angielskie. / Sygn. IPNRz-19-2-5-147

Korespondent wojenny 2 Korpusu Polskiego Melchior Wańkowicz
w towarzystwie nierozpoznanych osób ogląda pole bitwy o Monte Cassino, 1944. / Fot. NAC
Wańkowicz był przede wszystkim człowiekiem czynu. Jako korespondent wojenny nie stronił od ryzyka ("Mały Kubuś – samolot używany do wykrywania stanowisk artylerii nieprzyjacielskiej – ociężałym lotem przesunął się poza rzekę Rapido. Przed obserwatorem stawała w całej grozie ziemią przesiąknięta w każdym calu krwią walczących przeciwników"). Jak widać, pisarz już na samym wstępie pracy reportera wojennego, nie bacząc na ryzyko zestrzelenia, zadysponował sobie przelot samolotem nad obszarem walk, żeby z lotu ptaka ocenić i dokładnie opisać teren stałej wymiany ognia między walczącymi stronami.
"Czy się baliście?" – pytam. "O tchórzostwo pytać nie wolno!" – krzyknął na mnie generał Wiśniowski.
Powyższy cytat znalazł się w wywiadzie rzece "Wańkowicz krzepi" Krzysztofa Kąkolewskiego, który m.in. przepytał pisarza z pracy
w wojennych warunkach. Odnotował jego wypowiedź: ("Pod Monte Cassino pisałem jak mogłem, na kolanach, choć miałem maszynę
z wysuwanym na nóżkach pulpitem w willysie"). To jedynie czysto techniczny aspekt pracy korespondenta wojennego, bo już wcześniej, w licznych wypowiedziach, jak np. w książce "Od Stołpców po Kair", Wańkowicz ujawniał swoją "mozaikową" technikę pracy reportera, czyli koncepcję pisarstwa określanego dzisiaj jako non-fiction.
Powiedzmy, że taka jest między reporterem a beletrystą różnica, jak między malarzem, a mozaikarzem. Pierwszy rozetrze sobie na palecie taki syntetyczny kolor, jaki chce, a reportażysta bierze kolor wprost
z tubki. Albo ściślej – układa mozaikę faktologiczną. Musi tak długo szukać odpowiedniego kamyczka, aż go znajdzie.
Wypada nadmienić, że przy pisaniu "Bitwy o Monte Cassino" współpracowało z Wańkowiczem kilka osób – pomagała mu jego ówczesna sekretarka Zofia Górska, późniejsza pisarka Zofia Romanowiczowa. Do sukcesu książki bardzo przyczyniła się także jej szata graficzna autorstwa grafika Stanisława Gliwy, dobierającego zdjęcia oraz rysunki, które wykonywał Marian Bohusz-Szyszko. Trzytomowa "Bitwa pod Monte Cassino" zawierała 1968 ilustracji, przeważnie fotografii, w tym 590 portretów uczestników bitwy.
Dodajmy, że nawet tak wszędobylski reporter, jak Melchior Wańkowicz, nie mógł być w tym samym czasie w kilku różnych miejscach, gdzie jednocześnie rozgrywała się walka. Braki w pełnym rozeznaniu przebiegu bitwy uzupełniał dzięki relacjom żołnierzy, lub posiłkował się opisami specjalnie dlań przygotowanymi przez oficerów. Należne miejsce w książce znalazły także przejmujące fragmenty listów pisanych przez poległych w boju młodych ludzi – i to zarówno po naszej stronie, jak i przeciwnika.
Na trzy kompanie 2. batalionu wróciło 34 całych żołnierzy. Kiedy odwiedziłem ppłka Brzóskę w jego schronie bojowym, jeszcze słabego po przytłoczeniu worami, powiedział mi z naciskiem:
– Niech pan pamięta: o batalionie byłoby niewłaściwie pisać, że został "rozbity". – A jakże mam to określić?
Ppłk Brzósko utkwił wzrok w worach schronu; przez wąski otwór był wylot na jasny dzień; w tym wylocie małe ciemne figurki ludzkie znosiły poległych; wyglądało to dalekie już, nierealne – jak cienie chińskie w dziecinnej zabawce. Usta podpułkownika poruszyły się cicho:
– Wybity…
(...) Z bogactwa wspaniałych zdań pisarza, z jakimi mamy do czynienia w jego żołnierskiej epopei – nawet w skróconej wersji "Szkiców spod Monte Cassino" – warto zapamiętać choćby to jedno:
Każdy ginący człowiek to cały świat sam w sobie.
Trudno o lepsze przesłanie całej, oryginalnej wersji "Bitwy o Monte Cassino" Melchiora Wańkowicza.
Korzystałem z następujących publikacji: Krzysztof Kąkolewski, "Wańkowicz krzepi", Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1984; Melchior Wańkowicz, "Bitwa o Monte Cassino", Tom I, reprint z Wydania Rzym-Mediolan 1945, Wydawnictwo MON, Warszawa 1989; Melchior Wańkowicz, "Bitwa o Monte Cassino", Tom II, reprint z Wydania Rzym 1946, Wydawnictwo MON, Warszawa 1989; Melchior Wańkowicz, "Bitwa o Monte Cassino", Tom III, reprint z Wydania Rzym 1947, Wydawnictwo MON, Warszawa 1989; Melchior Wańkowicz, "Bitwa o Monte Cassino", Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009; Melchior Wańkowicz, "Monte Cassino", Wydawnictwo Pax, Warszawa 1984; Melchior Wańkowicz, "Od Stołpców po Kair", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1977; Melchior Wańkowicz, "Szkice spod Monte Cassino", Wiedza Powszechna, Warszawa 1970; Melchior Wańkowicz, "Karafka La Fontaine'a", Tom I, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983; Melchior Wańkowicz, "Karafka La Fontaine'a", Tom II, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984; Aleksandra Ziółkowska-Boehm, "Na tropach Wańkowicza", Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1999; Aleksandra Ziółkowska-Boehm, "Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści, Wydawnictwo Iskry 2014 (culture.pl)
/ portrety
luty '24 (18)
Ich miłość zaczęła się na początku lat 60. na idyllicznej greckiej wyspie Hydra, która była wówczas mekką zagranicznych artystów, pisarzy
i muzyków. Tutaj młody Cohen zmagał się z marzeniami o zostaniu pisarzem, a Marianne próbowała dojść do siebie po nieudanym małżeństwie.
On był twórcą, ona muzą siedzącą u jego stóp...


niezwykła historia Leonadra Cohena
i Marianne Ihlen

MARTA WASZKIEWICZ
ZDJĘCIA: Aviva Layton, Axel Jensen Junior / materiały prasowe / domena publiczna
Lata 60., czas wolnej miłości i otwartych związków. Leonard Cohen napisał książkę, zdobył nagrodę i wyjechał. Gdy dotarł do Grecji, jego oczom ukazała się przepiękna wyspa. Hydra zachwyciła go prostotą i autentycznością, a mieszkańcy okazali się na tyle życzliwi, że postanowił zostać. Tam poznał pochodzącą z Norwegii Marianne Ihlen, która natchnęła go do napisania kilku najsłynniejszych utworów. On był dla niej wsparciem i duchowym drogowskazem, a ona stała się jego muzą. To dzięki niej powstały nieśmiertelne piosenki „So Long, Marianne” czy „Bird on a Wire”.
Cohen miał już na koncie serię krótkich związków, ale z Marianne był najdłużej. Była miłą i szczodrą osobą. Uśmiechniętą i pełną entuzjazmu. Naprawdę słuchała, co się do niej mówi, a mało kto tak robi. Nie czekała, aby powiedzieć następne zdanie, tylko słuchała. Była szczerze zainteresowana tym, co ludzie mają do powiedzenia. Do tego miała niezwykłą moc – świetnie umiała zachęcać do pracy i była bardzo opiekuńcza. Była też jedyną kobietą, która nie była olśniona Leonardem. Zupełnie jakby się stawiała. Ich miłość była piękna i romantyczna, aż do ostatniego, niezwykle przejmującego rozdziału.
Dni czułości
„Pierwszy raz zobaczyłam Leonarda, gdy stałam w kolejce z koszykiem. Stanął w drzwiach, podświetlony słońcem, więc widziałam tylko jego sylwetkę. Powiedział: „Może do nas dołączysz? Siedzimy na zewnątrz”. Gdy nasze oczy się spotkały, poczułam to całym ciałem. Naprawdę niesłychane doznanie” – tak zapamiętała pierwsze spotkanie z Cohenem Marianne Ihlen, która na Hydrę przyjechała, aby uciec przez swoimi problemami. „Nie radziłam sobie z życiem” – mówiła. Także Leonard pod wieloma względami poszukiwał czegoś innego. „Byliśmy jak dwójka uchodźców, uciekających przez tym, czemu w końcu musiałam stawić czoła”.
Pierwszy rok ich wspólnego życia na wyspie był wspaniały, choć dni upływały im bardzo zwyczajnie. Wstawali wcześnie, jedli śniadanie i brali się za swoje obowiązki. Leonard bez przerwy pisał, a Marianne robiła zakupy i przynosiła jedzenie. On był twórcą, a ona grecką muzą siedzącą u jego stóp. „To były bardzo dobre lata. Siadywaliśmy, leżeliśmy i spacerowaliśmy w promieniach słońca. Słuchaliśmy muzyki, kąpaliśmy się. Graliśmy, piliśmy i dyskutowaliśmy. Pisaliśmy, kochaliśmy się. Było naprawdę fantastycznie” – mówiła Marianne.
Ihlen nigdy nie uważała się za piękność i nie wierzyła Leonardowi, gdy nazywał ją najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek zobaczył. Myślała, że ma zbyt okrągłą twarz. „W Grecji byłam bardzo jasną blondynką, chudą, prawie bez biustu, ku mej rozpaczy” – mówiła. Bliscy z jej otoczenia nie podzielali jej zdania. „Była piękna, ale zaczęła cieszyć się swoją urodą dopiero wtedy, gdy poznała Leonarda. To on nauczył ją kochać życie. Czuła, że nie tylko ją widział, ale też naprawdę kochał. I sprawiał, że czuła się piękna” – mówił Jan Christian, bliski przyjaciel Marianne.


„Zawsze próbowałem uciec”
Żeby naprawdę zrozumieć Marianne, trzeba zrozumieć jej pierwszego męża, Axela Jensena. Bywał bardzo agresywny. Nigdy jej nie uderzył, ale zdarzało mu się wpadać w taki gniew, że wyrzucał meble przez okno. Leonard bacznie obserwował rozpad ich związku,
a następnie wyciągnął do Marianne pomocną dłoń i pomagał z synkiem, dla którego w pewnym sensie stał się ojcem. Mały Axel do dziś mówi, że Leonard miał na niego bardzo dobry wpływ.
W końcu Cohen wpadł na pomysł, aby część roku spędzać w Montrealu – oglądać prawdziwe życie i znajdować natchnienie. „Dużą część życia spędziłem uciekając. Choćby nawet sytuacja wyglądała dobrze, ja i tak musiałem uciec, bo mnie nie wydawała się dobra. To było samolubne, ale wtedy takie mi się nie wydawało. Myślałem, że tylko tak przetrwam. Bliscy cierpieli, bo bez przerwy odchodziłem. Zawsze próbowałem uciec” – mówił Cohen.
Gdy Leonard dzielił swój czas między Hydrę i Montreal, Marianne nie była zadowolona ze swojego życia. „Nie wiedziałam, co robić. Jako jedyna nie malowałam, nie pisałam, nie rzeźbiłam… Otaczali mnie sami artyści. W końcu stwierdziłam: też jestem artystką! Życie to sztuka, a ja żyję. Niezbyt to oryginalne. Uważałam, że jestem fatalna pod każdym względem” – mówiła.
Leonard również przechodził wtedy koszmarny okres. Nie miał na czynsz, więc popadł w halucynogenny obłęd, w efekcie którego powstała ostatnia w jego karierze powieść zatytułowana „Piękni przegrani”. Cohen pisał ją gorączce, przesiadując w palącym greckim słońcu, wspomagany przez LSD i amfetaminę. Tworzył nieskończoną ilość wersji, aby na koniec ocenić, która najlepiej trafia do jego uwagi.
Powieść ukazała się w 1966 roku, ale mało kto ją przeczytał. Wielu intelektualistów próbowało ją zrozumieć, ale nawet ich całkowicie zdezorientowała. „Po lekturze „Pięknych przegranych” musiałam wyszorować sobie mózg”, „To najbardziej przerażająca książka napisana w Kanadzie”, „Słowna masturbacja” – pisali krytycy. Wtedy Leonard załamał się nerwowo i zrozumiał, że nie utrzyma siebie
i swoich bliskich z pisania. Postanowił więc zająć się muzyką.

To jest piosenka!
Gdy Leonard wrócił do Ameryki i spotkał się z Judy Collins. „Przyszedł do mojego mieszkania i powiedział: Nie umiem śpiewać, ani grać na gitarze i nie wiem, czy to w ogóle piosenka. Zagrał mi pierwsze wersy „Suzanne”, a ja zawołałam: To jest piosenka! Piosenka, którą natychmiast muszę nagrać!” – wspomina piosenkarka. Materiał powstał bardzo szybko, jednak Cohen jasno zaznaczył, że przenigdy nie zaśpiewa publicznie. Minął rok, a „Suzanne” stała się hitem. Judy organizowała akurat dużą imprezę charytatywną
w Nowym Jorku i powiedziała: „Chcę żebyś wyszedł na scenę i zaśpiewał. Wszyscy rozpaczliwie chcą usłyszeć jak to śpiewasz”. Leonard na to: „Nie umiem śpiewać, mam fatalny głos”.
Jego pierwszy występ miał miejsce w 1967 roku. Stanął na środku sceny i zaczął śpiewać, choć dygotał jak listek. W połowie piosenki załamał się – zaczął płakać, zszedł ze sceny i nie chciał wrócić. Umierał ze strachu. Przeżywał potężny atak tremy. Pomogła mu Collins, z którą zdecydował się zaśpiewać w duecie. To była jedna z najważniejszych chwil w jego życiu. Tak odkrył w sobie pieśniarza, a potem ruszył z kopyta. Podpisał kontrakt z wytwórnią Columbia i z nią pozostał. Często jednak musiał przekraczać „wielką tamę” – zarówno w poszukiwaniu natchnienia, jak i po to, aby znów się troszkę przygnębić.
Nie stać ich było na podróż we troje, więc Marianne często zostawała na Hydrze. W pewnym momencie poczuła, że nie chce być dłużej sama. Wkrótce potem przyszedł telegram: „Mam dom. Potrzebuję już tylko mojej kobiety i jej syna. Całuję, Leonard”. To wystarczyło. Pojechała do Montrealu, jednak szybko okazało się, że był to ogromny błąd. Słowa telegramu tworzyły cudowną wizję, ale gdy tylko zostały wypowiedziane, Leonard natychmiast przestał tego potrzebować. Potrzebował to tylko powiedzieć. Natomiast Marianne, głęboko w nim zakochana, rzeczywiście przyjechała z małym Axelem i wyszło tragicznie. To była prawdziwa katastrofa, a ich wyśnione życie zostało przerwane. Byli wtedy bardzo nieszczęśliwi. Z artysty nigdy nie będzie świetnego męża. Ich nie można mieć na własność. To nieuchwytne istoty zaślubione swojej muzie. Jak na ironię, takiego mężczyznę pragnie posiadać każda kobieta...
Jak wspomina Judy Collins: „Przyszła do mnie Marianne i powiedziała: „Byliśmy szczęśliwi na Hydrze, spacerowaliśmy po plaży, pływaliśmy nago, piliśmy dużo retsiny. Aż pewnego dnia oznajmił: „Marianne, jadę do Nowego Jorku zagrać moje piosenki Judy Collins”. Nagrałaś wszystkie jego piosenki i chcę ci tylko powiedzieć, że złamałaś mi życie”.
Osobiste wersy
Cohen czerpał z poezji Szekspira, Keatsa i Marlowe’a. Jego teksty bardzo często dotyczyły relacji z kobietami, a z piosenek wręcz przebijała kobieca obecność. W utworze „So Long, Marianne” (1967) Leonard zamknął sporą część życia z Ihlen. Wers „do lotu poderwać się nie mogę wciąż, bo do mych nóg przytwierdziłaś głaz” bardzo mocno rezonuje z tym, co kiedyś powiedział. To było na przyjęciu z okazji emisji jego albumu. Cohen był wtedy w centrum uwagi. W pewnym momencie wyszedł na taras, który znajdował się na dachu budynku. Po prostu musiał się z tego wszystkiego wyrwać. Powiedział wtedy z absolutną powagą, że jeśli to stała część tej gry, to nie wie, ile będzie mógł znieść.
Marianne dużo mocniej czuła się jednak związana z „Bird on a Wire” (1969), bo to piosenka, która powstawała przy niej. „Leonard od tygodni nie był w stanie tworzyć, pisać, śpiewać, czy robić w ogóle czegokolwiek. Był w bardzo głębokiej depresji. Dałam mu gitarę, wyjrzeliśmy przez okno, zobaczyliśmy ptaki siadające na przewodach” – mówiła. W tym okresie Ihlen musiała także podjąć bardzo trudną decyzję. Była w ciąży, ale wiedziała, że Leonard nie chce mieć dzieci i zdecydowała się na aborcję. „Postąpiłam tak, jak podpowiadała mi intuicja” – przyznała po latach.
W piosence „Chelsea Hotel” zwracał się z kolei do Janis Joplin, z którą zimą 1967 roku nawiązał krótki, choć intensywny romans. „Dobrze cię pamiętam z hotelu Chelsea, mówiłaś tak dzielnie i słodko” – śpiewał. W trasie miał wiele kobiet, ale gdy do zespołu dołączała Marianne, Leonard nie pokazywał się z nimi. Pewnego razu Cohen zabrał ukochaną na koncert Joplin. „Nie spotkałam się
z nimi po koncercie. Leonard zawsze strzegł tej części swojego życia. Byłam mu za to wdzięczna. Naprawdę nie miałam tam co robić. Cokolwiek robił w Nowym Jorku, nigdy się tym ze mną nie dzielił. To były bardzo trudne lata” – mówiła.
W tamtym czasie Marianne mieszkała osobno z synem, ale wciąż była muzą Cohena, a nawet dostawała od niego telegramy adresowane na nazwisko Marianne Cohen, zupełnie jakby byli małżeństwem. Gdy się rozstali, on wciąż przysyłał jej pieniądze, pytał co u Axela i przysyłał drobne wyznania miłosne.
Piosenki dla młodych świrów
Leonard przez wiele lat walczył z głęboką depresją. W końcu wpadł na pomysł, aby zagrać w szpitalu psychiatrycznym w Henderson. Potem wiele razy koncertował w tego typu miejscach. Jego dziadek zmarł w takim szpitalu. Z powodu depresji hospitalizowana była również jego matka. „Gram w tych szpitalach z kilku powodów. Grając dla kogoś, kto został pokonany, miałem poczucie, że część tej porażki, odpowiada pewnym czynnikom stojącym za moimi piosenkami, i że wzbudzi to empatię. Zresztą sam empatycznie podchodzę do tego przeżycia” – mówił. „Gdy powiedziałem, że tu przyjadę uprzedzili mnie: „To trudna publika, młode świry”.
Podczas jednego z tych koncertów, zespół zagrał „So Long, Marianne”. „Ta piosenka opowiada o dziewczynie, z którą kiedyś byłem. Spędziliśmy razem około 8 lat. Miała na imię Marianne. Żyłem z nią 6 miesięcy w roku, a na drugie 6 jechałem gdzieś indziej. Potem zacząłem z nią spędzać 4 miesiące w roku, następnie 2… W ósmym roku związku spędziłem z nią zaledwie parę tygodni
i pomyślałem, że czas napisać dla niej tę piosenkę”. Utwór nie należał do jej ulubionych. Nie miał być piosenką pożegnalną, ale okazał się przepowiednią końca romansu Leonarda i Marianne.
Gdy tłum usłyszał wersy „kochałem cię dziś rano, ust naszych ciepła słodycz, jak senna złota burza, nade mną twoje włosy”, wydarzyła się rzecz niezwykła. To była wyjątkowa, niezapomniana chwila. Pewien mężczyzna wstał i zaczął krzyczeć: „Wyłączcie to, przestań śpiewać!”, aż w końcu uciszył zespół. Leonard powiedział: „Mów, słuchamy cię”, a facet zaczął: „Wpakowałeś się tutaj ze swoimi błyszczącymi gitarami i ślicznymi dziewczynami śpiewającymi chórki… A ja chcę wiedzieć, co o mnie myślisz. Tego chcę się dowiedzieć”. Zapadła cisza jak makiem zasiał. Cohen zszedł po schodach, wszedł w tłum i uściskał mężczyznę ze wszystkich sił. Zawsze był rozchwytywany, a ludzie uwielbiali jego urok i współczucie.
Obsesyjny uwodziciel
Leonard był przystojnym, silnym brunetem, więc szalały za nim wszystkie dziewczyny. Na koncertach zawsze było więcej kobiet niż mężczyzn. W tłumie widywało się kilka par, ale słuchały go głównie panie. Czytały przedtem jego wiersze, a potem oglądały i słuchały na koncercie i zaczynały płakać pod sceną. To strasznie raniło i niszczyło Marianne, doprowadzając niemalże do samobójstwa. „Chciałam go wsadzić do klatki, zamknąć drzwi i połknąć klucz” – mówiła. Leonard też szczerze kochał kobiety, ale musiał być na swój sposób niezależny. Potrafił sprawić, że czuły się dobrze ze sobą, jednak nie umiał się oddawać.
„W pewnym okresie życia miałem obsesję na punkcie zdobywania uwagi kobiet, w stopniu znacznie przekraczającym granice rozsądku. Stało się to dla mnie najważniejsze w życiu i doprowadziło do bardzo obsesyjnych zachowań i różnych ciekawych zdarzeń. Myślę, że dowiedziałem się najwięcej o sobie i innych właśnie w tym okresie obsesji” – mówił Cohen.
Stale musiał mieć jakaś kobietę. Podróżował po całym świecie, więc nie było to trudne. „Byłem ogromnie spragniony towarzystwa kobiet i wyrażania przyjaźni przez seks. Poszczęściło mi się, bo w latach 60. ta możliwość była wręcz wszechobecna. W tej krótkiej chwili historii ludzkości, mężczyźni i kobiety świetnie ze sobą współpracowali w imię właśnie tego celu. Mam ogromne szczęście, że to pragnienie odczuwałem właśnie w czasie tego niezwykle rzadkiego zjawiska, które pozwalało mężczyznom i kobietom, chłopcom
i dziewczętom, łączyć się w takim zjednoczeniu, które zaspokajało wspólne pragnienia” – mówił.
Odnaleźć siebie
Pod koniec lat 60. przestali się rozumieć. Wciąż byli w sobie zakochani, ale pogrążeni w swoich własnych problemach, więc nie mogli nic osiągnąć. Leonard naturalnie pogrążył się w muzyce i pisaniu. „Próbowaliśmy wiele razy. Żadne z nas nie chciało nigdy dać za wygraną” – mówiła Ihlen.
W latach 70. i 80. Marianne nadal towarzyszyła Leonardowi w trasach. Pomieszkiwali też razem na Hydrze. Leonard w międzyczasie związał się z młodszą o 14 lat kobietą o imieniu Suzanne. To z nią spędzał teraz tę część roku, która wcześniej należała do Marianne. Przez pewien czas utrzymywał zatem obie rodziny: Marianne i Axela, oraz Suzanne i jej synka Adama, jednak Suzanne, podobnie jak wcześniej Marianne, chciała go mieć tylko dla siebie. I robiła to za pomocą wszystkich możliwych środków. Była kobietą fascynującą, ale bezlitosną. Leonard wpadł w pajęczynę. Nie trudno się zatem domyśleć, że ich relacja nie przetrwała próby czasu i szybko się rozpadła. Życiową misją Leonarda nie było bowiem ustatkowanie się, założenie domu i rodziny. Zawsze miał poczucie, że ściga coś, czego nie może uchwycić. Żył w mroku, czasami znikał i nikt nie miał pojęcia, gdzie jest.
Nadszedł kiepski okres jego życia – rodzina się rozpadła, mieszkał w Los Angeles, zupełnie obcym dla niego mieście, stracił kontrolę nad pracą i życiem. Marianne natomiast wróciła do Oslo, gdzie zaczęła zupełnie nowe, całkiem normalne życie. Tam wyciszyła się, została sekretarką, a następnie wyszła za przemiłego Norwega o imieniu Jan i została macochą dla jego dzieci. Po tych wszystkich poszukiwaniach siebie, czy to na Hydrze, czy gdzieś indziej, dopiero tutaj udało jej się odnaleźć siebie. Po Leonardzie nie było jej łatwo, ale pozbierała się.
Cohen również odnalazł spokój i szczęście, ale w... klasztorze, w którym przebywał w latach 1994-1999. Klasztorne życie przychodziło mu naturalnie, bo był bardzo zdyscyplinowany. Służył tam przez wiele lat. Równowagę zapewniał mu Roshi – jego doradca duchowy
i zwierzchnik buddyjskich mnichów, który pilnował go i pomagał w skupieniu. W tym okresie tak mówił o miłości: „Miłość to czynność, która buduje siłę mężczyzn i kobiet, i włącza w to twoje serce. Innymi słowy: gdy kobieta stanie się twoją treścią, a ty staniesz się jej treścią, to jest właśnie miłość”. Gdy wrócił do normalnego życia, okazało się, że został bez grosza. Pod jego nieobecność, jego menadżerka przywłaszczyła sobie cały jego majątek. Pieniądze przepadły, a przyjaźń zakończyła się.
Po latach jednak wrócił na scenę. Miał 75 lat na karku, ale wyruszył w trasę, aby trochę zarobić. Znowu stał się rozchwytywany.
Z dosłownego bankructwa przeskoczył do niesłychanej sławy. Na jednym z koncertów pojawiła się nawet Marianne, której Cohen zapewnił miejsce w honorowym pierwszym rzędzie.
Zamknięcie kręgu
Choć historia miłosna Leonarda i Marianne miała wiele rozdziałów, nigdy nie byli tak prawdziwie razem. Mimo to, jakiś zakątek jej serca do końca życia był zaślubiony Cohenowi. Koniec tej relacji nie jest jednak gorzki, a piękny. Gdy u schyłku życia chora na białaczkę Marianne wylądowała w szpitalu, poprosiła bliskiego przyjaciela, aby ten zawiadomił Leonarda. Niecałe dwie godziny później przyszła wiadomość o następującej treści: „Najdroższa Marianne, jestem tuż za tobą, dość blisko, by wziąć cię za rękę. Nigdy nie zapomniałem twojej miłości i urody, ale przecież o tym wiesz. Nic więcej nie muszę mówić. Bezpiecznej drogi, stara przyjaciółko. Zobaczymy się nieco dalej. Z wyrazami bezkresnej miłości i wdzięczności – twój Leonard”.
Stary, chory człowiek przesłał swojej starej, chorej kochance wiadomość, którą zawsze pragnęła usłyszeć. Dla Marianne było to domknięcie kręgu: od wyjazdu z Oslo, przez przygodę z Axelem, poznanie Leonarda, a następnie jego utratę, poznanie Jana…
A potem dostała miłosny list od Cohena i krąg się zamknął. To właśnie potrafi zdziałać wyznanie prawdziwej miłości.
Marianne i Leonard zmarli w 2016 roku w odstępie trzech miesięcy.
(zwierciadlo.pl; zdjęcia + video: redakcja)
/ ludzie i obyczaje
luty '24 (18)

Igaliku, Grenlandia
LUIZA STOSIK-TUREK
Największa wyspa na Ziemi prawie cała pokryta jest lodem. Żyć tu można tylko na wąskim skrawku lądu wzdłuż wybrzeży. Ale ludzie byli tu od zawsze. Europejczycy dotarli na Grenlandię w 982 roku, kiedy to wiking Eryk Rudy zdecydował się popłynąć w stronę nieznanego, owianego legendą lądu. Dopłynął do surowego i niedostępnego wschodniego wybrzeża wyspy. Ale nie zniechęcił go lodowy krajobraz. Wytrwale podróżując na południe, dotarł do fiordów, gdzie klimat był łagodny, a ziemia żyzna i znacznie bardziej zielona niż zachodnia Islandia, skąd pochodził. Musiał trafić na sam środek grenlandzkiego lata, kiedy zieleń jest intensywna, a łąki oszałamiają kolorami i zapachem kwiatów. To właśnie południowe krańce Grenlandii dają wyspie nieco przewrotną nazwę – zielonej ziemi.
Po wyspie najłatwiej poruszać się motorówką. Spływające do fiordów lodowce uniemożliwiają poprowadzenie zwykłych dróg i to właśnie łodzie są tu najpopularniejszym i najbardziej praktycznym środkiem transportu. Przejmująco zimna woda i przepływające gdzieniegdzie niewielkie fragmenty lodu nawet latem nie pozwalają zapomnieć, że jesteśmy na Dalekiej Północy, w gościnie
u Królowej Śniegu.
By dotrzeć do Igaliku, wioski, w której zamierzamy się zatrzymać, trzeba pokonać pieszo kilkukilometrowy odcinek. W ciągu godzinnego marszu nie spotykamy nikogo. W Igaliku – niewielkiej osadzie wciśniętej w głąb fiordu – mieszka około 30 osób, zajmujących się w większości hodowlą owiec. Całą osadę stanowi kilkanaście swobodnie rozrzuconych po wybrzeżu kolorowych, drewnianych domków. Dawniej to właśnie kolory ścian budynków zdradzały profesję ich mieszkańców: w żółtych przyjmował lekarz,
w czerwonych natomiast odbywał się handel. I choć dziś istnieje już tylko wspomnienie tej tradycji, to właśnie w czerwonym budynku znajduje się jedyny w wiosce sklep. Nie ma stałych godzin otwarcia. „Gdy będzie czynny, ludzie pójdą w jego kierunku”, wyjaśnia nam napotkany po drodze mężczyzna. Do sklepu co jakiś czas przyjeżdża statek z zaopatrzeniem. Sporo produktów jest zamrożonych, ale ich różnorodność jest zaskakująco duża. W większych miastach funkcjonują duże markety, w których można dostać wszystko: od żywności po ubrania, focze skóry i strzelby. W wiosce jest też tak zwany dom spotkań oraz niewielka, typowo wiejska szkoła, ale na Grenlandii są też większe szkoły, a w stolicy nawet uniwersytet.
Nasza chatka jest ciepła i przestronna. Kiedy siadamy przy kaloryferze, za oknem dostrzegamy małego lisa, który zatrzymuje się
i z zaciekawieniem patrzy w naszą stronę.
Aby doświadczyć prawdziwego życia ludzi lodu, trzeba ruszyć dalej na północ. Wybieramy statek. „Uwaga, »Sarfaq Ittuk« gotowy do odpłynięcia” – słyszymy z pokładowych głośników, początkowo w języku Innuitów, następnie po duńsku, bo Grenlandia to wyspa należąca do Danii. Podróż do Ilulissat, położonego 1000 kilometrów na północ, zajmie nam prawie cztery dni, ale to jedyna, prócz samolotu, możliwość dotarcia za koło podbiegunowe, a zarazem niepowtarzalna okazja, by przebyć tę trasę w towarzystwie miejscowych. Nie lubią, gdy mówi się o nich „Eskimosi”. Podobno znaczy to „zjadacze surowego mięsa”. Wolą, gdy nazywa się ich Innuitami. Nietrudno jest odróżnić ich od nielicznych turystów – mają śniadą cerę, wąskie oczy i kruczoczarne włosy. Ich przodkowie przybyli tu być może nawet 4500 lat temu, z Azji przez podbiegunową część Ameryki Północnej, do której przedostali się, pokonując skutą lodem Cieśninę Beringa. Dzisiejsi Innuici nadal w większości mówią tylko po grenlandzku. Trudno nam się porozumieć, ale
życzliwe spojrzenie i uśmiech znaczą czasem więcej niż tysiąc słów.
Zatrzymujemy się w kilku większych miejscowościach, a kilka godzin spędzamy w kilkunastotysięcznym Nuuk, stolicy i największym mieście Grenlandii. Miasto zaskakuje swoistą nowoczesnością i typowym miejskim klimatem. Nie ma wielu ludzi na ulicach, ale
z wypełnionych po brzegi knajp słychać głośne rozmowy i brzęk butelek.
Kolejnym przystankom towarzyszy specyficzny nastrój – jedni ludzie ze łzami w oczach witają swoich bliskich, inni czule się żegnają,
a zgromadzony tłum macha na pożegnanie odpływającym. Kilka razy przy mniejszych osadach zatrzymujemy się pośrodku fiordu – wysokie, skaliste wybrzeże uniemożliwia dotarcie statku do samej wioski, konieczna jest przesiadka na szalupę. W ten sposób do brzegu docierają pasażerowie, a także niektóre towary, na przykład worek z listami.
Z każdym mijanym kilometrem krajobraz staje się coraz bardziej surowy. Morze i niebo ma niespotykany gdzie indziej głęboki błękitny odcień. Jest coraz zimniej i stopniowo zaczynają się pojawiać pierwsze pojedyncze góry lodowe. Ostatnie kilometry pokonujemy
w gęstym paku lodowym – pokrywie z kry, która nigdy nie topnieje. Powietrze przesiąknięte jest niezwykłą ciszą, przerywaną jedynie odgłosami kruszonego lodu i dźwięcznymi pluskami wody.
W pewnym momencie grupka ludzi zaczyna śpiewać. Głos niesie się daleko w tym polarnym amfiteatrze i odbija od lodowych ścian. Ktoś wyjaśnia, że to tradycyjne pieśni innuickie wychwalające grenlandzką przyrodę i pory roku. Grenlandczycy są z natury muzykalni, a innuicki chór zaprosiła do współpracy nawet światowa gwiazda pochodząca z Islandii, Björk.
Po czterech dniach docieramy do Ilulissat, niewielkiego miasteczka położonego na wybrzeżu zatoki Disko, około 350 kilometrów na północ od kręgu polarnego. Jego nazwa w języku Innuitów oznacza „góry lodowe” i chyba nie mogła być bardziej trafna. Dwa kilometry od miasta swoje ujście ma najbardziej aktywny lodowiec na świecie. Jego czoło wznosi się na 80 metrów, a jęzor przemieszcza się około kilkunastu metrów dziennie, gęsto wypełniając długi na kilkadziesiąt kilometrów fiord setkami gór lodowych. Gigantyczne bryły lodu są popychane dalej przez oddzielające się kolejne fragmenty w stronę otwartej wody, gdzie uwolnione dryfują przez długi czas, wypełniając wody zatoki po horyzont.
Powietrze, którym oddychamy, jest czyste i rześkie, mrużymy oczy od ostrego słońca. Po drodze z portu mijamy prowizoryczne boisko, na którym latem odbywają się lokalne rozgrywki w uwielbianą przez miejscowych piłkę nożną. Zimą przydomowe ogródki śpią pod grubą pierzyną ze śnieżnego puchu, ale w ciepłych miesiącach roku na wietrze i słońcu suszą się tu ryby. Niewiele osób zwraca na nas uwagę – turystów przybywa z roku na rok. W miasteczku funkcjonuje kilka agencji turystycznych i to właśnie turystyka, obok rybołówstwa i hodowli owiec na południu wyspy, jest najważniejszym źródłem dochodów mieszkańców.
Zimą, kiedy na kilka miesięcy ziemię skuwa lód, skutery śnieżne i sanie są jedynymi dostępnymi środkami transportu. Tuż za miastem w swoich zagrodach mieszkają setki psów husky, które wciąż wykorzystywane są jako zwierzęta pociągowe. Nie powinna dziwić ich ogromna ilość – na Grenlandii psów jest więcej niż ludzi. Jednak, mimo iż żyją w stałym kontakcie z człowiekiem, nie są traktowane jak przyjaciele. Zwykle są utrzymywane tak długo, jak długo mogą pracować.
Kiedy wygłodniali dochodzimy do pobliskiej restauracji, okazuje się, że aby zjeść obiad, musimy się zdeklarować wcześnie rano, tak by gospodyni zrobiła odpowiednią ilość zakupów. Menu może zaskakiwać: steki z renifera, potrawy z foki. Suszone mięso wieloryba czy mewie jaja to nie tylko tradycja, ale też codzienność, a wątroba czy nawet mózg foczy stanowią dla tubylców wyjątkowy rarytas. Szacuje się, że Innuici rozpoczęli polowania na wieloryby około XIII wieku, więc mają one długą tradycję. W 1986 roku komercyjne połowy zostały zabronione i od tamtego czasu są tematem zażartej debaty. Obecnie ściśle określony limit połowu na Grenlandii to niewiele ponad 200 sztuk rocznie i choć Grenlandczycy trzymają się ograniczeń ilościowych, suszone mięso wieloryba można kupić niemal w każdym sklepie.
Wydaje się, że tu, silniej niż w jakimkolwiek innym miejscu, tradycja przeplata się z nowoczesnością. Latem młode dziewczęta zakładają spódniczki i bawełniane koszulki, na sklepowych półkach leżą polary i spodnie z goreteksu, jednak kolorowe ludowe stroje wciąż służą na specjalne okazje, a ciepłe futra i sztywne białe buty z foczej skóry są niezastąpione podczas polowań. I choć nikt tak naprawdę nie mieszka w igloo, to są one używane podczas zimowych wypraw łowieckich, a samo słowo „igloo” w kanadyjskim dialekcie znaczy po prostu dom. (Pismo.Magazyn opinii)
/ ludzie i obyczaje
luty '24 (18)
Konkurs piękności wielbłądów

Wielbłądy są integralną częścią kultury Emiratów. Odgrywają kluczową rolę
w codziennych zajęciach Beduinów, którzy niegdyś przemierzali pustynie, zapewniając transport, żywność, a nawet towarzystwo w trudnych warunkach. Dziś wielbłądy nadal są źródłem dumy i honoru swoich właścicieli, nie tylko jako symbole tradycji, ale także jako uczestnicy prestiżowych konkursów
i wydarzeń, które podkreślają ich piękno, siłę i znaczenie kulturowe.
Coroczny festiwal Al Dhafra, odbywający się pośród piaszczystych wydm pustynnych krajobrazów Abu Zabi, celebruje styl życia Beduinów i chroni kulturę Emiratów poprzez edukację i utrzymanie wielowiekowych tradycji. Tegoroczny festiwal (rozpoczął się 21 października 2023 roku) potrwa do
8 lutego bieżącego roku i odbywa się w pobliżu Madinat Zayed, największego miasta w regionie Al Dhafra w Abu Zabi (rodowa siedziba plemiona Bani Yas, którego członkami jest rządząca rodzina Al Nahyan).
W ramach wspomnianego festiwalu odbywają się też mazayna, czyli konkursy piękności wielbłądów, w których biorą udział tysiące zwierząt z całego Półwyspu Arabskiego i skupiają się na rasach czystej krwi z linii Asayel (rodowód) i Majaheem (ciemnoskóry).
Trwająca edycja konkursu obejmuje zadziwiające 361 rund, a każda z nich jest poświęcona ocenie wielu kryteriów, w tym wielkości oczu i głowy wielbłąda, długości rzęs i szyi, karnacji i tekstury sierści, a wszystko po to, by znaleźć najbardziej wyróżniającego się zwycięzcę.
Wcześniej wielbłądy, które zajęły wysoko notowane miejsca w konkursach piękności w Al Dhafra, były licytowane po zawyżonych cenach. Według raportu Arabian Business, szejk Hamdan bin Mohammed bin Rashid Al Maktoum, książę koronny Dubaju, kupił wielbłąda za 10 milionów dirhamów w 2008 roku po jego sukcesie w konkursie piękności.
Jednak – jak to podczas konkursów piękności bywa – i tu nie obyło się bez skandalu! W 2021 roku konkursowi sędziowie postanowili rozprawić się z hodowcami, którzy sztucznie poprawiali walory wielbłądów. Używając „wyspecjalizowanej i zaawansowanej” technologii do wykrywania manipulacji, jak podała państwowa saudyjska agencja prasowa (SPA), udało się dopaść i ukarać wielu oszustów. Zdyskwalifikowano ponad 40 zwierząt, ponieważ podawano im… botoks i inne ulepszacze, by poprawić ich wygląd.
Zmiany kosmetyczne, jak ustalili specjaliści, obejmowały między innymi podawanie hormonów wzmacniających mięśnie wielbłądów
i wypełniacze rozluźniające ich pyski i powiększające głowy i usta. Dziesiątki z nich – nie zwracając uwagi na bôl i niewygodę zwierząt - wyciągała też ich nosy i usta, by przypodobać się jurorom wyłaniającym zwycięzcę na podstawie kształtu głów, szyi, garbu, ubioru
i samej postawy wielbłądów. Ale zastrzyki z botoksu, lifting pysków i inne sztuczne poprawki mające na celu uatrakcyjnienie wyglądu zwierząt są surowo zakazane i ówczesna sytuacja groziła nawet zerwaniem konkursu. Organizatorzy doszli jednak do wniosku, że około czterdziestu wykluczonych zwierząt w stosunku do ponad tysiąca zebranych do konkursu, to przysłowiowa „kropla w morzu”
i - poza ukaraniem właścicieli tych niecnych procederów - dalsza część konkursowo-festiwalowa odbywała się bez zakłóceń.
Tegoroczne uroczystości festiwalowe dobiegają końca. Majestat wielbłądów zachwyca, podobnie jak ich „ubiór” czy pokazy mody na ich grzbietach. Czekamy na zwycięzcę, chociaż dla nas wszystkie biorące udział w zawodach już są zwycięzcami!
(ac; na podstawie:Arabia Bazaar)
/ muzyka
luty '24 (18)
8. doroczny festiwal
CHOPIN IN THE CITY FESTIVAL
zaprasza
Sounds and Notes Foundation

Przed nami 8. edycja festiwalu “Chopin IN The City”. I chociaż najróżniejszych festiwali i konkursów chopinowskich na świecie jest wiele, a każdy z nich na swój sposób interesujący zarówno muzycznie jak i instrumentalnie, chicagowski festiwal intryguje i fascynuje swoją odmiennością. Tym festiwalem celebrujemy urodziny Chopina, dlatego
zwykle odbywa się w ostatnich dniach lutego i kończy 1 marca – wspomina Grażyna Auguścik, pomysłodawczyni festiwalu. Światowe festiwale specjalizują się w muzyce Chopina. Ten festiwal przedstawia również inne gatunki muzyki. Próbuję zarazić wykonawców kompozycjami naszego geniusza i proszę, by chociaż jeden utwór Chopina zinterpretowali w swoim stylu muzycznym. Poza przybliżaniem epoki Chopina, chciałabym prezentować również kompozycje innych polskich kompozytorów, a także prezentować ciekawych artystów prezentujących swoją twórczość.
Grażyna Auguścik, wokalistka jazzowa, kompozytorka, producentka, założycielka fundacji „Sounds and notes” (organizująca obecnie festiwale) to przede wszystkim niepowtarzalna polska artystka, która przeniosła sens
i wrażliwość polskiej muzyki do jazzu, o czym wspomina krytyk muzyczny „Chicago Tribune” Howard Reich. W mojej
43-letniej pracy dziennikarskiej nie spotkałem nikogo innego, kto robi to, co ona. Każdy jej występ to interesujące przeżycie. Artystycznie jest bardzo wysoko i doceniana jest przez tych, którzy rozumieją, co robi.
CZYTAJ TAKŻE...

MUZYKA, JAK MY, DOJRZEWA...
Patrycja Stępniak w rozmowie z Grażyną Auguścik

KULISY KONKURSU CHOPINOWSKIEFO NA FESTIWALU SUNDANCE
Zbigniew Banaś w rozmowie z Jakubem Piatkiem, reżyserem filmu dokumentalnego "Pianoforte"
https://www.pakamerachicago.com/kulisy-konkursu-chopinowskiego

JAK (NIE) PISAĆ O CHOPINIE?
Agnieszka Warnke
(...) "Chopin zaczynał w ten sposób. Kładł się pod fortepianem matki i odczuwał wibracje. Muzyka jest przede wszystkim doznaniem fizycznym. Ponieważ skąpcy słuchają tylko uszami, niech pan będzie rozrzutny i słucha całym ciałem" – poucza swojego ucznia madame Pylinska (...).
Muzyka jest językiem uniwersalnym; często za jej pomocą można powiedzieć o tym, co trudno wyrazić słowami. I choć występuje jako rewers do ciszy, w wielu sytuacjach może działać podobnie – pozwala zbliżyć się do własnych uczuć, może wypełnić lukę między emocjami i ekspresją. I to czuje się, słuchając interpretacji jazzowych Grażyny Auguścik.
Podobne doznania przeżywamy podczas festiwalu „Chopin in the City”, który ma też charakter edukacyjny dla dzieci, młodzieży i nas wszystkich. Spotkania chopinowskie to również słowo (poezja), ruch (teatr), obraz (zajęcia plastyczne dla dzieci przy muzyce). Może się wydawać, że muzyka sprzed 200 lat jest przestarzała, że w ogóle w muzyce już wszystko wymyślono i nie ma ona sekretów… Nic bardziej mylnego – muzyka Chopina jest dla mnie nadal bardzo odkrywcza i nowatorska. W starej muzyce ciągle pojawia się coś nowego, intrygującego, a co najważniejsze
– inspirującego. I tak już będzie chyba do końca świata – mówi Grażyna Auguścik. Mamy tyle cudownej muzyki
z przeszłości i na szczęście wielu chętnych muzyków, którzy są, podobnie jak ja, zafascynowani jej pięknem
i postanawiają ją ożywiać. Również na chicagowskim festiwalu chopinowskim. I to mnie bardzo cieszy.
Zdaniem organizatorki festiwalu nie jest on przeznaczony wyłącznie dla tych, którzy zechcą poznać dzieła naszego wirtuoza fortepianu i wielu innych kompozytorów i artystów. Mam nadzieję, że „Chopin in the City” wpisze się w stały kalendarz interesujących wydarzeń w Wietrznym Mieście. Serdecznie zapraszam” – kończy Grażyna Auguścik.
Program festiwalu "CHOPIN IN THE CITY"
Thursday, 22.02.2024, 6.30 pm
Opening Night
Polish Consulate in Chicago
1530 Lake Shore Dr.,
Chicago IL
Joshua Mhoon-piano,
Bazyli Siwek-piano
By confirmation only
Friday 23.02.2024, 8.00 pm
AM PaSO
5400 N. Lawler Ave, Chicago, IL 60630
Soul Message Band
Chris Forman- Hammond 3 organ
Greg Rockingham-drums
Dave Miller-guitar
Tickets $30.00
Saturday 24.02. 2024, 10.00 am
The Academy at Forest View
Forest View Educational Center
2121 South Goebbert Rd.
Arlington Heights, IL
Michal Drewnowski-piano
3 Cellos:
Sara Wollan
Margaret Daly
Elizabeth Anderson
Free show
Saturday, 24.02. 2024, 8.00 pm
Green Mill
4802 N. Broadway
Chicago IL
Grazyna Auguscik Group
Grazyna Auguscik-vocal
Jon Deitemyer-drums
Ben Lewis-piano
John Kregor-guitar
Ethan Philion-bass
Tickets $20.00
Sunday, 25.02.2024, 12.00 pm
Copernicus Center
5216 W Lawrence Ave, Chicago, IL 60630
Patricia Stepniak Art Studio
“Painting Chopin”
Family Art Fair
Ana Everling Quartet
Special guest:
Dave Onderdonk-guitar
Ana Everling-vocal, percussions
Hunter Diamond- woodwind, percussions
Kenny Reichert-electric guitar
Edinho Gerber-acoustic guitar
Tickets $25.00
Sunday 25.02.2024, 4.00 pm
ProMusica
713 W. Wrightwood Ave.
Chicago IL
Roberts Swistelnicki
"Et pereat mundus" Project
Roberts Swistelnicki-piano, poetry, composition
Greg Artry-drums, vocal
Dave Miller-guitar
Katie Ernst -bass, vocal
Mark Feldman-violin
Jon Irabagon-saxophone
Suggestion Donation
Friday, 01.03.2024, 7.30 pm
AM PaSO 5400 Lawler Ave.
Chicago, IL
Celebrating Chopin Birthday
Grazyna Auguscik-voice
Ben Lewis-piano
Warren Oja-cello
Andrzej Krukowski-poetry reading
/ muzyka
luty '24 (18)

Chopiniana
Karykatura kompoztora i pianisty, Fryderyka Chopina, / Neale Osborne / domena publiczna
Kiedy pani Chopinowa w jakichś tam gospodarskich sprawach szła na Solec zabierając ze sobą synka, mąż upominał ją:
- Tylko uważaj, jak będziesz szła Tamką, żeby Fryderyka nie porwali do Ostrogskich!
Miejsce było w istocie niebezpieczne. Pod zamkiem Ostrogskich w głębokich lochach gnieździły się męty warszawskie – uciekający przed prawem bandyci i złodzieje. Mogli tam ukryć się spokojnie, gdyż policja bala się zapuszczać w labirynt piwnic i podziemnych korytarzy, prowadzących w lewo aż na Stare Miasto i w prawo – do Książęcej. Trzeba było – około 1820 – sprowadzać oddziały wojska i robić wielką obławę, zanim udało się rzezimieszków przepędzić i zasypać tajemne przejścia.
A przecież zamek Ostrogskich był ongiś jedną z pierwszych ozdób Warszawy! Budowę jego dolnej, warownej części rozpoczął pod koniec XVI wieku Janusz Ostrogski, kasztelan krakowski. Chciał przydać obronności i stolicy i dookolnym gruntom swojej rodowej ordynacji (stąd późniejsza nazwa ulicy Ordynackiej). Budowy zamku Ostrogskich jednak nie dokończył. Zostawił tylko potężny bastion z kamienia i cegły, zawierający wspomniane już lochy. Dopiero sto lat później, za czasów Sobieskiego, rodzina Gnińskich wzniosła na bastionie owym najpiękniejszy z pałaców barokowych miasta. Aliści nie było jakoś pisane tej wspanialej rezydencji przebywać długo w jednych rękach. Mieli ja potem Zamoyscy, Czapscy, Mielżyńscy, Chodkiewiczowie. Wreszcie pałac dostał się filozofowi Nikucie, który założył w nim internat dla uczącej się młodzieży.
Od śmierci Nikuty datuje się upadek zamku Ostrogskich. W roku 1820 nabywa go niejaki Gajewski, sekretarz policji i przebudowuje na… koszary oraz jatki rzeźnicze. Potem zaś biedne, zupełnie już podupadle gmaszydło przeznaczono na „szpital dla cholerycznych”.
Dopiero w roku 1861 zamek dostaje trwałego i szanownego właściciela. Jest nim Warszawski Instytut Muzyczny, później przemianowany na Konserwatorium. Z dawnego piękna zamku nie zostaje, niestety ani śladu. Przebudowany, powiększony, ale i zeszpecony, służy muzyce aż do 1944 roku, kiedy wraz z całym miastem pada w gruzy.
Dlaczego o tym wszystkim pisze w roku 1952? Są powody.
Po bez mała dwóch wiekach postępującego ciągle architektonicznego upadku przywrócono rezydencji jej dawny kształt. Niedługo sprawdzą się obawy profesora Chopina: Frycek będzie do Ostrogskich „porwany”.
Sylwetka zamku przypomina już stare sztychy, na których budynek zachwycał pięknem swych proporcji i bogactwem ozdób. Kiedy reszta rzeźb znajdzie się w niszach ścian i gdy ostatnie płaskorzeźby ulokowane będą na właściwych miejscach, pałac na Tamce będzie mógł konkurować co do urody z najpiękniejszymi budowlami baroku.
Wewnątrz jeszcze pokrywa się ściany tynkiem – z czego? – z mielonego białego marmuru. Każdy fragment sufitu, każdy portal drzwi, każdą nieledwie klamkę komponują artyści jako osobne dzieło sztuki.
A to wszystko razem łączy się w generalne przygotowania do „porwania Frycka”. Za kilka już bowiem miesięcy do zamku Ostrogskich przeniesie się Instytut Fryderyka Chopina. Będzie tu urządzona sala koncertowa na 250 osób, w trzech innych salach pomieści się muzeum chopinowskie. Prócz tego będą osobne pokoje na bibliotekę, fototekę, płytotekę i taśmotekę chopinowską. Będą i pokoje konferencyjne, i archiwum, i taras przed zamkiem na letnie koncerty, na 1500 osób.
A cóż stanie się z tajemniczymi lochami i bijącym w nich źródłem, po którym pływa czasami ciemną nocą złota kaczka ze starej warszawskiej legendy?...
Potężne, 10-metrowej wysokości lochy, jedne z ciekawszych w Europie, będą zamienione na winiarnię. Będziemy tam siadywać po koncertach chopinowskich i gawędzić o dawnych czasach, kiedy pani Chopinowa chodziła z Fryckiem na Solec. (…)
(Jerzy Waldorff, fragment zbioru felietonów sprzed 1962 roku)

LEGENDA O ZŁOTEJ KACZCE
Dawno, dawno temu w lochach Zamku Ostrogskich żyła królewna zaklęta w złotą kaczkę. Mówiono, że tego, kto zdoła ją odnaleźć, może uczynić bogatym. Wielu śmiałków próbowało. Historię tę usłyszał też młody, biedny szewczyk Lutek i pomyślał: – A co mi szkodzi spróbować?
Udał się więc w noc świętojańską do lochów zamku. Szczęście mu dopisało i odnalazł złotą kaczkę, która obiecała mu bogactwa. Chłopiec otrzymał sakiewkę złotych dukatów, ale też jeden warunek: musiał wydać je w ciągu jednego dnia, z nikim się nie dzieląc. Jeśli mu się uda zostanie wielkim bogaczem. Ucieszył się chłopak, bo co to za problem biednemu wydać tyle pieniędzy tylko na siebie?
Muzeum Fryderyka Chopina w zabytkowym zamku Ostrogskich obecnie jest jednym
z najnowocześniejszych muzeów biograficznych
w Europie. Dzięki zgromadzonym tu eksponatom
i multimediom można poznać zarówno życie jak
i twórczość kompozytora, obejrzeć pisane do niego
i przez niego listy, jego rysunki, dedykacje czy bilety wizytowe. W tymże muzeum jest jeden
z najpopularniejszych portretów artysty wykonanych za jego życia przez Teofila Kwiatkowskiego, odlew jego dłoni, wiele cennych pamiątek po pianiście, a także
bezcenny fortepian Pleyel, na którym kompozytor grał przez ostatnie dwa lata swojego życia. W weekendy, również na tarasie, odbywają się koncerty, podczas których prezentowane są utwory Chopina i innych kompozytorów jego epoki. A przed zamkiem - fontanna ze Złotą Kaczką – bohaterką jednej z warszawskich legend. (redakcja)

Ochoczo przystąpił do próby. Najpierw sprawił sobie piękne ubranie, kapelusz i laskę jak dostojny pan. Potem poszedł do karczmy, najadł i napił się do syta. Pojechał dorożką zaprzężoną w cztery konie do Wilanowa. Minęło południe, a Lutek wydał dopiero 5 dukatów. Wrócił do miasta, patrzy afisz Teatru Narodowego – świetny pomysł! Nigdy nie był w teatrze. Kupił najdroższy bilet – wydał pół dukata. Wieczór się zbliżał, a szewczyk nie wie co zrobić z pieniędzmi. Idzie i rozmyśla, ciąży mu ta pełna kiesa, aż tu nagle na rogu stoi weteran wojenny bez nogi i żebrze. – Panie – mówi – dwa dni nic nie jadłem, wojen wiele przeżyłem, medale dostałem, a odkąd nogę straciłem nie mam za co żyć. Lutek zlitował się nad byłym żołnierzem, sięgnął do kieszeni i podarował starcowi garść złotych dukatów.
W tym momencie zaszumiało i zagrzmiało. Przed szewcem stanęła księżniczka – nie dotrzymałeś słowa – rzekła i znikła. Nagle chłopak stracił wszystko co kupił. Znowu miał łachmany na sobie i puste kieszenie.
– Nie bogactwo, nie dukaty dają szczęście. Tylko uczciwa praca, zdrowie i dobre serce. Pamiętaj o tym chłopcze – powiedział stary żołnierz.
Lutek wrócił do domu. Nie był zły czy rozczarowany, czuł raczej ulgę i radość. Wkrótce los biednego szewczyka odmienił się. Zaczęło mu się wieść jak nigdy, został majstrem, poślubił piękną dziewczynę. Żył długie lata w zdrowiu i szczęściu, a o złotej kaczce słuch zaginął.

Fryderyk Chopin / kopia z dagerotypu / domena publiczna
W prasie naszej znów reprodukowano jedyne zdjęcie portretowe Fryderyka Chopina, dokonane metodą dagerotypu. To zdjęcie i rozmowa z dyrektorem Instytutu Chopina otworzyły we mnie jedną z klapek. Każdy z nas ma takie klapki pamięci, które nagle uchylają się, powodując wylew wspomnień i zagrzebanych w głębi mózgu wiadomości, nieraz bardzo ciekawych.
Jaka była historia fotografii Chopina? Co mógł z tym mieć wspólnego wynalazek radia? Nad czym łamali głowy dyrektorzy firmy Breitkopf
i Härtel? Ano posłuchajcie…
Firma Breitkopf i Härtel w Lipsku jest jednym z najstarszych w Europie wydawnictw muzycznych. Wśród wielu sław, których kompozycje ukazywały się w lipskim wydawnictwie, był także i Chopin. Potem Chopin zmarł, pozostałe po nim rękopisy i dokumenty schowano do archiwum wydawniczego i może leżałyby tam nietknięte do dzisiaj, gdyby nie… radio. Wynalazek ten spowodował dużo przewrotów w świecie, między innymi także i ciężki kryzys w wydawnictwach nut. Główny naówczas odbiorca wydawnictw, mieszczaństwo, doszedł do wniosku, że lepiej mieć w domu ładnie grającą skrzynkę radiową niż fałszywie grającą na pianinie córkę. Córki przestano uczyć muzyki, nuty przestano kupować.
Starej firmie Breitkopf i Härtel zagroziła ruina. Kiedy nadchodzi taki moment, cóż się robi? Szpera się po szafach i magazynach
w poszukiwaniu czegoś, co można by szybko sprzedać. W archiwum firmy Breitkopf i Härtel znalazły się pamiątki po Chopinie. Pamiątki?... Raczej należało to nazwać prawdziwym skarbem, najliczniejszym
w świecie zbiorem rękopisów najwybitniejszych kompozycji polskiego mistrza. Oprócz rzeczy pomniejszych znalazły się autografy Koncertu
f-moll, Sonaty b- i h-moll, 12 etiud z op. 25. Scherza b-moll, Kołysanki, Fantazji f-moll i Poloneza – Fantazji. Ponadto był zbiór listów
i niezmiernie ciekawa fotografia-portret Chopina.
Dyrektorzy firmy Breitkopf i Härtel zatarli ręce, po czym natychmiast zaofiarowali odnalezione dokumenty Instytutowi Chopina
w Warszawie za sumę 100 000 marek. Był to wszakże rok 1936. Nie było jeszcze Ministerstwa Kultury i Sztuki, nawet – Departamentu. Istniał tylko Wydział Kultury w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Spraw takiego wydzialiku nie należało traktować poważnie! Dlatego zapytany przez Instytut Chopina minister Wyznań Religijnych odpowiedział, że na zakup dokumentów po Chopinie może dać 5000 złotych i ani grosza więcej. Instytut sumę demonstracyjnie odrzucił, firma Breitkopf i Härtel zapowiedziała wystawienie pamiątek chopinowskich na licytację, a więc rozproszenie ich po całym świecie, utratę dla Polski na zawsze. Ludzie doceniający sprawy polskiej kultury załamali z rozpaczy dłonie.
Wówczas to ceniony kompozytor i pedagog starszego pokolenia, Witold Maliszewski, wpadł na pewien – zdawało się – fantastyczny pomysł: Rzesza hitlerowska winna była Polsce ogromne sumy za tranzyt kolejowy przez „korytarz” do Prus Wschodnich. Sum tych nie chciała płacić. Niech więc odda pamiątki po Chopinie, z zarachowaniem ich na poczet tranzytu.
Zaczęły się bieganiny od Annasza do Kajfasza. Od Ministerstwa Wyznań do Ministerstwa Kolei, od Ministerstwa Skarbu do Spraw Zagranicznych. Upór muzyków zwyciężył: w roku 1937 zbiór znalazł się w Warszawie.
Wtedy po raz pierwszy – w równe sto lat od dokonania zdjęcia fotograficznego – mogliśmy zobaczyć, jak naprawdę wyglądał Chopin. Portrety jego i rzeźby były wszystkie upiększone, wystylizowane na romantyczną podobiznę geniusza. Dopiero ze znalezionego dagerotypu wyjrzała bolesna twarz człowieka śmiertelnie chorego i smutnego. Twarz tak bliska, ludzka i wzruszająca, jak właśnie chopinowska muzyka.
Nie było nam jednak dane cieszyć się zbyt długo odzyskanym skarbem pamiątek. W roku 1939 zostały ewakuowane najpierw do Rumunii, potem do Francji, Anglii i wreszcie do Kanady wraz z arrasami wawelskimi i Szczerbcem Chrobrego. (...)
Fortepian Chopina, znajdujący się w Muzeum Narodowym w Warszawie, został podczas powstania zrąbany przez hitlerowców szablami. Oryginał dagerotypu, ukryty w Bibliotece Krasińskich, spłonął wraz z Biblioteką.
(Jerzy Waldorff, fragment zbioru felietonów sprzed 1962 roku)
Hitlerowcy zniszczyli także pomnik Chopina w Łazienkach. Po raz pierwszy na tym samym cokole ustawiono go w roku 1926. Ale w związku z rzeźbą ową i jej twórcą, Wacławem Szymanowskim (nie był krewnym Karola), trzeba by sięgnąć pamięcią jeszcze o wiele głębiej wstecz. Bowiem „Chopin pod wierzbą” dostał I nagrodę na konkursie już w roku 1905, a rywalizowały wtedy z Szymanowskim takie sławy rzeźbiarskie jak Cyprian Godebski i Pius Weloński. Komitet budowy pomnika, pod możnym protektoratem Maurycego hrabiego Zamoyskiego, zebrał niemałą sumę 200 000 rubli w złocie i już w roku 1909 przystąpiono do pac wstępnych nad realizacja dzieła, które miało zdobić Warszawę w roku 1915. Aliści wybuchła wojna, ruble przepadły i po wywalczeniu niepodległości musiano całą sprawę zaczynać od początku.
Kiedy pomnik miał być definitywnie stawiany i warszawiacy z ówczesnych zdjęć prasowych zapoznali się z jego kształtem, wszczął się gwałt, jakich mało! Na autora pomnika wylano tradycyjne u nas w takich przypadkach kubły wszelkich nieczystości.
Że mason, że zezuje, a w dodatku bezbożnik i cyklista, więc chce obrzydzić wielkiego kompozytora narodowi i dlatego pokazał go
w dyskretnej sytuacji pod wierzbą.
Rzecz w tym, że ludzie w ogóle, a Polacy w szczególe są bardzo konserwatywni, przeto ówczesne pokolenie najchętniej widziałoby Chopina na podobieństwo Mickiewicza, wyprostowanego statecznie, z ręką na sercu, a nie takiego jakiegoś w kucki.
W dodatku rozgorzał spór, gdzie ustawić tego dziwnego Fryderyka: w Łazienkach czy lepiej w Ogrodzie Saskim, czy może najlepiej wyburzyć domy i zrobić pod pomnik skwer przed Filharmonią Warszawską? Prasa skorzystała z okazji, aby jątrzyć nastroje, organizować plebiscyty – za i przeciw, w końcu jednak pomnik wzniesiono w Parku Łazienkowskim i miasto zaczęło się do niego przyzwyczajać.
W końcu… Ileż wspomnień nam się z nim wiąże! Ów posępny dzień majowy roku 1940, gdy wstrząsnęły Warszawą huki, a potem rozeszła się wieść, że Chopina już nie ma. Odczuliśmy to wtedy, jakby nam wyszarpano serce. Myślę, że tajne koncerty chopinowskie z czasów okupacji też kojarzą się w pamięci tych, którzy je pamiętają, z sylwetką muzyka zasłuchanego w szum drzew.
Dlatego chyba słusznie powrócił w dawnym kształcie na łazienkowski cokół.
(Jerzy Waldorff, fragment zbioru felietonów sprzed 1962 roku)
Po wojnie zawiązało się Biuro Odbudowy Stolicy, w którym ścierały się dwie koncepcje odbudowy Warszawy. Między sobą spierali się architekci sowieccy, zamierzający zbudować miasto od nowa według zasad socrealizmu oraz polscy architekci wykształceni
w okresie międzywojennym, którzy chcieli zachować historyczną tkankę miasta.
Początkowo uznano, że należy odejść od przedwojennej formy pomnika i w 1951 roku rozpisano konkurs na nowy wizerunek Chopina. Jednak dwie edycje konkursu nie wyłoniły zwycięzcy. Wkrótce okazało się, że oprócz gotowego projektu, Wacław Szymanowski wyrzeźbił mały szkic, który we Francji przetrwał II wojnę światową. Po wojnie został wykorzystany w warsztatach Politechniki Warszawskiej do odtworzenia formy monumentalnej.
Ostatecznie Chopin wrócił do Łazienek 11 maja 1958 roku. Prace nad odtworzeniem pomnika trwały blisko 2 lata. (redakcja)
/ muzyka rozmowy
luty '24 (18)
Rytmy tożsamości
ANNA CZERWIŃSKA

Od lat nagrywa innych, tworzy własne kompozycje, uczy dzieci i młodzież…
„Musi być ten rytm, podstawa w muzyce rozrywkowej, beatowej, jazzowej.
W życiu też się przydaje” – mówi perkusista Andrzej/Andy Dylewski.

„Muzyka daje duszę wszechświatowi, skrzydła umysłowi, lot - wyobraźni,
a wszystkiemu życie”
Platon
Andrzej Dylewski / kolekcja prywatna
Andrzej Dylewski / fot.: Grzegorz Lityński / kolekcja prywatna
Anna Czerwińska: Podzielasz opinię Platona?
Andy Dylewski: Oczywiście. Muzyka nas otacza, pobudza, uzmysławia nasze istnienie. Szelest liści – to dźwięk, muzyka… Podobnie jak szum wody, skrzypienie śniegu pod stopami czy szelest skrzydeł owada… Cisza też jest muzyką…
Nie zwracamy na to uwagi, nie słyszymy. To dzieje się wokół nas w sposób naturalny…
Z pewnością słyszałeś, że wydano pierwszą płytę o dźwiękach Islandii – odgłosach kruszącego się lodu czy złowrogo bulgoczącego wulkanu. W ubiegłym roku powstał film dokumentalny „Pieśni Ziemi”, symfonia rozpisana na trzask pękającego lodu, huk wodospadu i pogwizdujący wiatr.
To wspaniale, że ktoś postanowił to zapisać w jakikolwiek sposób. Nie dlatego, że te dźwięki przestaną istnieć, tylko po to, by uczulić nas na piękno przyrody i jej muzyczność.
Kiedyś wymyślono nuty, które umożliwiają zapis i interpretacje tego co słyszymy, przekładając na instrumenty. Teraz mamy bardzo czułe mikrofony, komputery, różne formy zapisu dźwięku i beznutową naukę gry. Tak też można, ale to trochę ogranicza. Cóż, nie każdy muzyk musi być kompozytorem, ale może grać ze słuchu. Sam tak zaczynałem jako dziecko…
Od dziecinnych bębenków czy cymbałek? Miałam takie, ale szybko schowano je głęboko - metaliczny dźwięk przerażał. Szkoda… Ale w rezultacie końcowym rodzice zamienili cymbałki na najprawdziwsze pianino…
Miałaś sporo szczęścia (śmiech). Ja prawdziwe bębny dostałem dopiero w szkole średniej. Wcześniej wystukiwałem rytm na wszystkim, co było pod ręką i sprawiało mi to wielką radość, choć zdecydowanie mniejszą moim rodzicom. Mając 8-9 lat słuchałem na przykład piosenek Beatlesów, CCR, The Doors, czy innych zespołów i usiłowałem grać razem z nimi, wystukując rytm na poduszkach (śmiech). To była taka moja pierwsza wrażliwość na dźwięk – rytm. To jeden z trzech najważniejszych elementów, o czym przekonałem się nieco później.

Grupa rockowa "Mech" w skladzie: Maciej Januszko, Janusz Lakowiec, Robert Milewski, Andrzej Dylewski; 1981 / kolekcja prywatna

Andrzej Dylewski i Jan Borysewicz / kolekcja prywatna


Andrzej Dylewski i Grzegorz Ciechowski; Chicago, 2001 / kolekcja prywatna

Andrzej Dylewski w NASA / kolekcja prywatna
Nie interesowały cię inne instrumenty? Dzieci zazwyczaj zaczynają naukę gry od skrzypiec, gitary, fortepianu…
Tak, gitara jak najbardziej… W niej zawierają się też trzy bardzo istotne elementy – rytm, melodia i harmonia w jednym instrumencie. Ponieważ miałem dobre poczucie rytmu, zostałem zaproszony do zespołu muzycznego w szkole średniej, właśnie jako gitarzysta rytmiczny. Nie grałem solówek i nie bardzo mnie to interesowało, ale potrafiłem chwytać akordy i wyczuć od razu puls każdego utworu... Jak zacząłem chodzić do szkoły muzycznej, to fortepian był obowiązkowy. Wówczas przekonałem się, że te trzy elementy, tak ważne
w muzyce, o których już wspomniałem, układały się w jedną całość.
Kiedyś w szkole spadł wzmacniacz i przez dwa-trzy miesiące zespół nie miał prób, a na piątym piętrze stała perkusja… Nikomu niepotrzebna. Zacząłem próbować… Udawało się. Pomógł mi też starszy kolega, który trochę grał na perkusji… Pamiętam rytm do „Honky Tonk Woman” zespołu The Rolling Stones … Tam trzeba było oddzielić prawą stopę od prawej ręki,
bo były inne podziały rytmiczne… I to było trudne… Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z synchronizacji i niezależności rąk i nóg. Praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka… Nauczenie się tego, że każda ręka i noga mogą grać w innych podziałach… To było trudne, ale do wyćwiczenia, tak jak ruch i giętkość nadgarstków, i cała technika gry. Po trzech miesiącach prób i błędów zacząłem grać na perkusji.
Trwałeś w swoim postanowieniu, jak widzę… Dla mnie perkusja jest instrumentem niszowym. Przekonaj mnie, że jest inaczej…
Kiedy na scenę wychodzi zespół – mówimy o muzyce rozrywkowej – na pierwszym miejscu widoczny jest solista i gitarzyści. Perkusista gra z tyłu sceny, a przez to wydaje się być mniej ważnym. Ale to nie jest prawdą. Dobry perkusista trzyma w rytmie całość. Sercem zespołu jest właśnie perkusja, nadająca tak zwany "groove'', który rusza ludzi do tańca i do zabawy. Jeśli perkusja dobrze „swinguje”, na tym można budować piękne solówki, wokalizy, tworzyć wspaniałe dzieła. Ale musi być ten rytm, podstawa w jakiejkolwiek muzyce tanecznej, czy to rozrywkowej, rockowej, jazzowej. I to jest perkusja,
z czego mało kto zdaje sobie sprawę.
Dodatkowe instrumenty perkusyjne, takie jak na przykład: marakasy, trójkąty, dzwonki, clavesy ... dodają smaku i wzbogacają brzmienie o nowy ładunek rytmiczno-emocjonalny.
Ładnie powiedziane… I czuję się doinformowana… Przyznam się, że troszkę chciałam cię sprowokować… wszak z przyjemnością słucham kompozycji Marty Ptaszyńskiej właśnie na instrumenty perkusyjne. No dobra, żarty na bok! Muzyka w pełnym tego słowa znaczeniu jest twoją pasją czy formą zarobkowania?
(Śmiech) Tak czułem… Wiem, że słuchamy podobnych kompozycji, chociaż ty „siedzisz” bardziej w klasyce, ja w rozrywce…
Muzyka jest moją ogromną pasją, a jednocześnie moim zawodem. Miewałem „pod górkę”, szczególnie w czasie szkoły średniej – łączyłem ogólniak imienia Narcyzy Żmichowskiej, ze średnia szkołą muzyczną imienia Fryderyka Chopina, a do tego musiałem uzupełnić materiał ze szkoły podstawowej muzycznej, do której nie chodziłem i zdać egzamin, aby rozpocząć naukę w szkole średniej.
Potem Akademia Muzyczna – wychowanie muzyczne i dyrygentura. Mnóstwo teorii, ćwiczenia instrumentalne, wokalne, techniczne, a tu koncerty, nagrywanie płyt z różnymi wykonawcami. Szaleństwo!
Pamiętam, że w czasie studiów, zawsze musiałem być na zajęciach chóru. Mogłem odpuścić instrumenty, ale nie chór. Kiedyś całą noc jechałem
z Czechosłowacji, gdzie grałem z grupą „Mech”. Wszystkich muzyków zostawiłem, gnałem na chór… (śmiech) Ale niczego nie żałuję. Ani jednego dnia – tyle się działo! Z Izą Trojanowską nagraliśmy płytę „Układy”, do tego kilka koncertów promujących. Grałem z Tadeuszem Nalepą, potem już dłużej
z zespołem „Mech”. Po drodze było Trio Jazzowe, big band w Ursusie i warsztaty jazzowe w Chodzieży, organizowane przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe. Wyobraź sobie – dwa tygodnie spędzone z mistrzami, moimi idolami – Stańko, Bartkowski, Stefański… Codzienne jam session, fantastyczny ładunek energii, po prostu kosmos… Kiedy warsztaty kończyły się, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, tak ich brakowało… Prawie jak powietrza.
Mimo wielu koncertów i wyjazdów, ukończyłem Akademię Muzyczną
w Warszawie, w terminie, co uważam za mój osobisty sukces.
Miewałeś chwile odpoczynku i resetu, tak potrzebnego do dalszego działania?
Skąd! Żyłem w kołowrotku. Szkoła, wykłady, koncert, egzaminy… Ciągły bieg…
A muzyka jako sposób na wyciszenie się?
No właśnie, muzyka jest dziś tak bardzo dostępna, że ginie w chaosie. Ale wybranie się na koncert to zupełnie inna bajka. I do tego namawiam. To przeżycie, atmosfera, wspólna zabawa, śpiewanie… Koncertowych dźwięków nie zastąpi się słuchaniem muzyki w samochodzie, przy okazji. Muzyka działa bardzo intensywnie, ale wtedy, kiedy da się jej do tego przestrzeń – kiedy
człowiek się jej odda, skieruje na nią wszystkie zmysły. Wtedy czyni cuda. Pochłania nas od stóp do czubka głowy.
A nie myślałeś o solowej grze na perkusji? To kopalnia dźwięków…
Raczej nie, ja nie jestem solistą. Bardzo lubię grę zespołową i dla mnie jest to najlepszy sposób wyrażania siebie. W ogóle interesuje mnie muzyka jako forma ekspresji.
Dzisiaj, gdyby ktoś mnie zapytał, jakie są trzy najważniejsze rady dla początkujących w grze na instrumencie, wymieniłbym właśnie dwie z tych, przez które sam przeszedłem: słuchanie muzyki, również klasycznej
i współpraca z innymi muzykami. To naprawdę wzbogaca i uczy. Trzecia rada, bardzo ważna – wewnętrzna koncentracja. Na zewnątrz pełen luz, ale wewnątrz najprawdziwsze skupienie na tym, co się robi.
Do dzisiaj lubię styl grania lat 60. i 70. To nieco zapomniany rejon muzyczny,
a przecież w tamtym czasie na estradach działo się bardzo dużo. To korzenie naszej współczesnej muzyki. Któż nie lubi Led Zeppelin i Johna Bonhama… Przecież słychać nawet u tych nowoczesnych bębniarzy ich fascynacje tym zespołem.
A co spowodowało, że zacząłeś grać z Lady Pank? Wprawdzie intensywnie, ale krótko…
Zawsze zależało mi na tym, żeby połączyć sukces artystyczny z komercyjnym,
a to nie jest łatwe, jeśli chce się zachować swoją osobowość nie tylko muzyczną. Myślę, że świat posuwa się do przodu dzięki temu, że są ludzie, którzy płyną pod prąd, nie z prądem. I dlatego ta grupa mnie fascynowała. Działo się coś nietypowego, zaskakującego. A że byłem zaprzyjaźniony
z Andrzejem Mogielnickim, polecił mnie Borysewiczowi – oni stworzyli ten zespół.
Świetne teksty…
…to prawda, a „Mniej niż zero” może być śpiewane na całym świecie i ciągle jest aktualne. Zespół był po koncertach w Stanach. Byli pierwszymi z wielką szansą na światową karierę. Bardzo ich lansowano, brali udział w popularnych amerykańskich talk-show'ach… Nie wyszło.
Moim pierwszym koncertem z Lady Pank był Sopot 1985. Uważam, że to jeden
z lepszych koncertów grupy na tamte czasy. On jest gdzieś w Internecie, doskonale nagrany od strony wizyjnej i dźwiękowej.
Mimo tej fascynacji odszedłeś od nich. Zdradzisz powód?
W 1986 roku rząd zawiesił naszą działalność koncertową na pół roku po niechlubnym występie Janka na koncercie we Wrocławiu z okazji Dnia Dziecka. Nieciekawe ekscesy i tak dalej … Zostałem na lodzie, bez pracy i pieniędzy. Szliśmy pod prąd. (śmiech)
Pomogła mi Majka Jeżowska. Wspomniała, że w chicagowskim klubie Cardinal Club zwalnia się miejsce dla perkusisty. Skusiła mnie ta propozycja, Włodek Wander przysłał zaproszenie…
To jak wygrany los na loterii, tym bardziej że od zawsze fascynował mnie blues
i początki rock and roll'a, a Ameryka właśnie była i jest tą kolebką, także... Pożegnałem się z Lady Pank i wyruszyłem do Stanów. Tak zaczęła się moja amerykańska przygoda i nie przypuszczałem, że będzie trwać aż do dziś.
Osiem lat grałem z Włodkiem Wanderem w jego klubie-legendzie Cardinal Club. Niesamowite miejsce spotkań, koncertów… Ile ludzi tam się przewinęło, ile ludzi występowało… Między innymi Karin Stanek, Helena Majdaniec, Waldemar Kocoń, Stan Borys, Krzysztof Krawczyk, Kasia Sobczyk, Krystyna Prońko i wiele innych gwiazd, które nie sposób tu wymienić. Ale też wielu artystów ze środowiska polonijnego, jak również chicagowscy bluesmani... Włodek przygarniał wszystkich, sam świetnie grał na saksofonie. Nie było silnych, by tam nie bywać…
Ale moja muzyczna przygoda nie kończyła się na Cardinal Club. Organizowałem różne zespoły, ze znakomitymi muzykami amerykańskimi i polskimi. Pierwszym był Orange Vibes, na początku z gitarzystą Ryszardem Sygitowiczem, którego potem zastąpił Tomek Ciastko. Następnie dołączyłem do amerykańskiej kapeli "Tom Bonick & Outlawhill Band", "Swing Billy", stworzyłem również zespół Media Sound Band, z którym gram do dzisiaj, w różnych składach.
Lata temu zacząłeś organizować swój wielki projekt – Studio Nagrań Media Sound.
Media Sound… Nagrywanie to jakby moja druga pasja, chociaż obie ściśle się łączą. Po różnych początkowych próbach jeszcze
w Polsce, w Stanach - jako jeden z pierwszych wśród Polonii - zakupiłem cyfrowy magnetofon 8-śladowy. Gwarantował już wtedy profesjonalną jakość nagrań. Od tego się zaczęło… Potem było 16 śladów, aż do technologii cyfrowej . Uczyłem się tego, podglądałem podczas nagrań w Polsce, potem tutaj… Nie kończyłem reżyserii nagrań, ale… chyba już dzisiaj mówiłem (śmiech) przede wszystkim wieloletnia praktyka i nauka pozwoliła mi wreszcie wprowadzić w życie to, o czym marzyłem i to stało się moją profesją w USA na długie lata.
Rozmawiamy w twoim Studiu Media Sound w Des Plaines, (przedmieścia Chicago – przyp. red) … konsolety, komputery, wyciszone ściany… a w kącie - jakby zapomniana – perkusja.
Oczywiście, gram mniej, to prawda, ale Media Sound Band wciąż koncertuje w polonijno-amerykańskich klubach. Udzielam także
lekcji perkusji. Głównie jednak nagrywam, komponuję. W ponad 30-letniej działalności studia nagrań Media Sound w Chicago, wydałem dziesiątki płyt. Tu powstała między innymi znakomita płyta Stana Borysa "Niczyj".
Różnorodność stylów i wykonawców to było jak "melting pot" - amerykański tygiel, w skrócie - od bluesa do polki.
W Media Sound powstawały pierwsze śpiewane reklamy radiowe różnych biznesów polonijnych. W studio powstają również aranżacje muzyczne dla środowiska polonijnego i amerykańskiego. Nadal jestem z ludźmi i dla ludzi i oddaję to, co mam – swoje umiejętności
i wrażliwość…
Studio Media Sound współpracuje również z polonijnymi teatrami. Tu nagrywamy spektakle Kingi Modjeskiej, piosenki Warsztatów
Teatralnych „Little Stars” Agaty Paleczny, zespołów ludowych takich jak przykładowo Polonia Ensemble, Gaik....oraz zespołów religijnych, działających przy parafiach. To są wspaniałe spotkania i doświadczenia. Uwielbiam współpracę z dziećmi - daje mnóstwo radości i dobrej energii!
A Lady Pank ciągle jest ze mną, chociaż w zupełnie innej formie. Po kilku latach samotności życie spłatało mi figla i pojawiła się
cudowna osoba, moja Helenka, która… jest fanką zespołu... Lady Pank! właśnie. Szczególnie podziwia koncert zespołu Sopot 85.
To ona zainteresowała się moją skromną osobą i znów Lady Pank ułożyło mi życie…
Z Helenką mamy różne charaktery, ale jest też ogromny szacunek, wspólne muzyczne pasje, marzenia, które realizujemy.
Wzajemnie się wspieramy i potrzebujemy. Nigdy nie za wiele rock and roll'a!
/ sztuka murale
luty '24 (18)
Nowe dzieło NeSpoon...
KAMIL BIAŁAS








Z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet 2019 zostałam zaproszona do Delhi, aby namalować mural inspirowany tradycyjnym rzemiosłem kobiet, łączący europejskie wzory koronek z indyjskimi wzorami rangoli. Finalna praca była również efektem warsztatów z udziałem 25 kobiet z obszaru Nizamuddin, średniowiecznej dzielnicy islamskiej w Delhi. […] Inspiracją powstania muralu są kobiety z Dzielnicy Sztuki Lodhi / Lodhi Art Festival, Indie | 2019. / fot.: kolekcja prywatna

Mural projektu NeSpoon powstał w mieście Blagnac we Francji (w maju 2023 roku - przyp. red.). Jego autorka wykorzystała charakterystyczny dla siebie motyw reinterpretując symbol regionu – Krzyża Oksytanii.
NeSpoon słynie z realizacji projektów w nietypowych miejscach. Wystarczy jej skrawek chodnika, skrzynka techniczna czy stara budka, które ozdabia motywami koronek. Najnowsze dzieło to mural, który powstał we Francji.
Blagnac to idylliczne miasteczko na południu Francji,
w regionie Oksytania. To spokojne, willowe przedmieście Tuluzy, ale właśnie tutaj swoją siedzibę ma największy koncern lotniczy świata, Airbus. Huk odrzutowców startujących co chwila z miejscowego lotniska to właściwie stały element tutejszego tła dźwiękowego.
…przez pierwsze dni cały czas odruchowo patrzyłam
w niebo, czy nie idzie burza – spomina NeSpoon.
Artystka została zaproszona do Blagnac przez kuratorkę Maud Denjean. Przy okazji solowej wystawy jej obrazów
w centrum kultury Odyssud, poproszono ją także
o wykonanie dwóch murali na budynku urzędu miasta. Władze sugerowały stworzenie projektu, który będzie nawiązywać do pradawnego symbolu tego regionu – Krzyża Oksytanii, zwanego też Krzyżem Tuluzy lub (mylnie) Krzyżem Katarów. To symbol używany na tych terenach od ponad tysiąca lat, w średniowieczu był herbem rodziny
St-Gilles, hrabiów Tuluzy. Dziś odnaleźć go można wszędzie – w oficjalnych symbolach organów samorządowych, na flagach, jest wyryty na murach domów, wykuty na balustradach mostów, wydrukowany na pocztówkach. Jest nim oznaczone tutejsze metro, jest noszony jako biżuteria, sprzedawany jako pamiątki dla turystów, znaleźć go można na ścianach jako graffiti. Niektórzy uważają, że pochodzenie krzyża z Tuluzy jest przedchrześcijańskie, początkowo mogło być to koło słoneczne z dwunastoma promieniami. Liczby 3, 4 i 12 są tradycyjnie wpisane w ten symbol.
W swoim projekcie artystka przełamała ten rytm, dekonstruując symbol, dodając do niego nowe elementy, tworząc nowy podział i nowe symetrie.
Liczby, które opisują mój projekt to 4, 5, 8 i 20. Wzór muralu został zainspirowany techniką koronczarską zwaną frywolitką – tłumaczy artystka.
Prace trwały 10 dni, pogoda jak na maj i ten region, była zaskakująco chłodna i deszczowa, ale realizacja dzieła zakończyła się sukcesem i z mieszkańcami pozostanie przez długie lata. (whitemad.pl; nespoon.art)
"Art Breath": Co spowodowało Twoje zainteresowanie sztuką? I jak trafiłaś do sztuki ulicznej?
NeSpoon: Maluję odkąd pamiętam, od przedszkola,
a „prawdziwą artystką” chciałam być już w wieku pięciu lat. Jednak sztukę na ulicach zaczęłam robić dopiero
w 2009 roku, co było swego rodzaju odrodzeniem. Wcześniej malowałam smutne, abstrakcyjne obrazy olejne, co w pewnym momencie wydawało mi się ślepym zaułkiem. Zrobiłam sobie dwuletnią przerwę, po czym zaczęłam uczyć się ceramiki. To właśnie ceramiczne przedmioty z motywami koronkowymi były pierwszymi pracami, które umieściłam na ulicy.
Twoje prace ceramiczne znajdują się w otwartych przestrzeniach, jak i są przyklejane do ścian. Kiedy zaczęłaś postrzegać glinę jako materiał, z którym chciałaś pracować i z czym kojarzy Ci się ceramika?
Glina była moim naturalnym materiałem od dziecka. To element ziemi. Lubię pracować w ziemi, lubię ogrodnictwo, lubię brudzić sobie ręce. Na Akademii uczęszczałam na zajęcia z rzeźby w glinie, jednak ceramiką poważnie zainteresowałam się, gdy zaczęłam pracować z porcelaną, materiałem bardzo wymagającym. Lubię powtarzać, że glina to przedszkole, porcelana to uniwersytet. Pomimo twórczego przejścia blisko piętnastu lat pracy z ceramiką, wciąż się jej uczę
i poznaję. To podróż, która nigdy się nie kończy.
Jak doszło do malowania wzorów koronkowych na budynkach i czym dla Ciebie jest koronka?
Nigdy nie lubiłam koronek. Zawsze wolałam minimalizm
i nowoczesny design. Zanim zaczęłam pracować
z koronką, myślałam, że to coś przestarzałego. Kiedy już poważnie zajęłam się ceramiką, okazało się, że na całym świecie jednym z najpopularniejszych sposobów ozdabiania naczyń jest wypychanie koronki na świeżą glinę; w ten sposób powstaje wzór. Któregoś dnia pomyślałam, że te motywy same w sobie są interesujące. Nie potrzebują wymówki w postaci talerza czy kubka, aby istnieć. Zaczęłam robić takie bezużyteczne koronkowe przedmioty i przyklejać je gdzieś na ulicach. Potem te wzory zaczęły pojawiać się w mojej głowie jako wielkoformatowe obrazy na budynkach, więc zacząłem malować je realnie na ścianach. Dzięki podróżom poznawałam coraz więcej fascynujących historii tego rzemiosła. Nie mogę powiedzieć, że zakochałam się
w koronce; koronki właściwie mnie wybrały, przyszły do mnie i teraz z nimi pracuję.

Tworzysz sztukę na całym świecie. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim procesie twórczym, koronkach, którymi się inspirujesz i swojej pracy z lokalnymi społecznościami?
Moje prace powstają na miejscu, osadzają się w lokalnym kontekście i zawsze wykorzystuję lokalne wzory koronek, jeśli takie istnieją. Badam i przeglądam lokalne muzea. Szanuję i upamiętniam więź emocjonalną pomiędzy poszczególnymi wzorami a konkretnymi miastami. Jeśli
w okolicy, w której pracuję, nie ma tradycji koronkarstwa, proszę o koronki z domów osób mieszkających w pobliżu. Zawsze coś znajduję. Lubię też, gdy ludzie uśmiechają się, widząc moją pracę. Koronkowe motywy są im znane na całym świecie, a reakcje na to, co robię, są zazwyczaj bardzo pozytywne. Motywy koronkowe łączą starsze
i młodsze pokolenia, kojarzą się ze wspomnieniami
z domu babci, bezpieczeństwa, „starych dobrych czasów”. Lubię też, gdy starsi mieszkańcy okolicy zbierają się przy moim muralu i przyglądają się, jak pracuję. To jest bardzo częste w różnych krajach. Kiedy wysiadam z podnośnika, podchodzą do mnie uśmiechnięci, rozmawiają, czasem przynoszą słodycze i pamiątki. Często kupuję stare koronki. I zwykle zostawiam im coś miłego, co im się podoba, co lubią...

Le Locle to piękne małe miasteczko w Szwajcarii, które dziś jest siedzibą światowych marek zegarków, takich jak Tissot, Zenith, Ulisse Nardin czy Mont Blanc. Jednak w XIX wieku miasto słynęło z pięknych koronek – w mieście pracowało około sześciuset koronkarek.
Z ostatnią z nich spotkałam się, by upamiętnić ich dziedzictwo / Le Locke, Szwajcaria, 2019 / fot.: kolekcja prywatna
Calais w północnej Francji słynie z tradycji koronkarstwa.
W przeszłości lokalne koronkarskie fabryki zatrudniały około 40 000 osób. Dziś w mieście istnieje wyjątkowe muzeum koronek. Mieści się ono w niedawno odrestaurowanej XIX-wiecznej fabryce. Oprócz wspaniałej kolekcji koronek mieści 200-letnie, wciąż działające maszyny koronkarskie. Nauka obsługi tej maszyny na poziomie mistrzowskim trwała aż 12 lat. Mistrz tkactwa kontrolował w fabryce
11 000 nitek w tym samym czasie. Namalowałam mural oparty na wzorze koronki maszynowej zaprojektowanej w 1894 roku, który wybrałam z jednego z katalogów znajdujących się w archiwum muzeum.. Stworzyłam także inne prace inspirowane tamtejszą koronką / Calais, Francja ,2020 / Muzeum Wzornictwa i Koronki / fot,: kolekcja prywatna
Założyłaś organizację pozarządową, której celem było zaproponowanie ustawy ograniczającej reklamy w przestrzeni publicznej,
i stworzyłaś dzieła sztuki, takie jak projekt „Jeden z 1580”, które wyrażają ta ideę. Jakie są Twoje przemyślenia na temat roli sztuki w przestrzeni publicznej i jej mocy?
Pochodzę z kraju, w którym sztuka uliczna była wykorzystywana przez młodych opozycjonistów, często wywodzących się ze środowisk punkowo-anarchistycznych, do walki z komunistyczną dyktaturą. Na przełomie lat 80. i 90. mury polskich miast dosłownie pokryły się politycznymi szablonowymi graffiti z przesłaniem wolnościowym. Tutaj dorastałam; ten wczesny okres polskiej sztuki miejskiej określił, jak widzę swoją rolę jako artysty. Koronkowa sztuka miejska to projekt, w którym poszukuję podstawowych kodów piękna; to próba szerzenia dobrej energii poprzez sztukę dekoracyjną, cokolwiek to znaczy. Ale dla mnie, jako artysty, ważne jest też niesienie przesłania, zwracanie uwagi na realne problemy, zmuszanie do myślenia.
Twoja sztuka porusza też tematy społeczno-polityczne. Odpowiedź o tych projektach, na przykład: „Świat bez wody” czy „Epitafium dla lasu”?
Uważam, że kurczące się zasoby wody pitnej to jeden z najważniejszych problemów świata. W przeszłości z tego powodu upadły wielkie cywilizacje. Wraz z postępującą zmianą klimatu brak wody powoduje masowe migracje i wojny. Możemy temu zapobiec, możemy zapewnić wodę milionom potrzebujących, technologie istnieją, ale na wojnach wodnych można zarobić więcej pieniędzy. Pieniądze są także powodem wycinania ostatnich lasów naturalnych. Wszyscy wiedzą o Amazonii, ale także w moim kraju rząd podjął decyzję o zwiększeniu wycinki chronionych starodrzewów pod pretekstem walki z kornikami. Na takie problemy staram się zwracać uwagę w swoich pracach.
Brałaś udział w wydarzeniu „Art Embraces Politics” w Parlamencie Europejskim. Swoim dziełem wystąpiłaś w obronie praw człowieka?
W lipcu 2010 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję uznającą, że prawo do bezpiecznej, czystej wody pitnej jest prawem podstawowym ze wszystkich pozostałych praw człowieka. Woda, podobnie jak powietrze, jest podstawą życia. Prawda jest taka, że ten, kto kontroluje wodę, kontroluje wolność. Zrobiłam z lodu napis „Prawa Człowieka” i sfilmowałem jego topnienie. Ten krótki film ostrzega przed erozją praw człowieka w miarę wyczerpywania się zasobów wody pitnej.
"Myśli" to Twoje chyba największe dzieło w trakcie tworzenia. Na czym ono polega i jak się rozwija?
„Myśli” to mój najważniejszy projekt. Zaczęłam przez przypadek dziesięć lat temu i będę to kontynuować do 2042 roku. Chciałam wykorzystać resztki gliny pozostałej po zrobieniu koronek chińskich, a miałam tego naprawdę sporo. Któregoś dnia zaczęłam robić
z tej gliny cienkie płatki porcelany. Kiedy pracowałam, stawałam się spokojniejsza i bardziej skupiona. To było jak medytacja. Zauważyłam, że im więcej czasu poświęcałam na ich wykonanie, tym płatki stawały się delikatniejsze i bardziej regularne. To było jak zapisanie moich uspokajających myśli na glinie. Proces ten w jakiś sposób przypomina mi stary sposób nagrywania płyt, kiedy wibrująca igła rzeźbiła rowki w matrycy woskowej, rejestrując dźwięk. Projekt łączy w sobie sztukę miejską, ceramikę i sztukę konceptualną. Jest to próba zapisania stanu medytacji w materiale stałym. Tworzę płatki siedząc bezpośrednio na ulicach odwiedzanych przeze mnie miast, obserwując życie i pozwalając swoim myślom płynąć. Postanowiłem, że każdego roku znajdę dwa, trzy miesiące na uspokojenie się i skupienie wyłącznie na tym, co robię. Co roku produkuję około 50 kg „Myśli”; gotowych jest ponad 450 kg, a docelowo na wystawie finałowej w 2042 roku będzie ich 1500 kg. (artbreath.org; opracowanie: redakcja pakamery.polonia))



NeSpoon o sobie:
Urodziłam się w 2009 roku (jako artystka pod pseudonimem, w Warszawie, Polska - przyp. redakcji). Od tego czasu moje prace pojawiły się w ponad 100 miastach, w 40 krajach na 5 kontynentach, zarówno w galeriach, jak i w przestrzeni publicznej. Moje prace prezentowane były m.in. na Expo w Dubaju oraz w zbiorach Luwru w Lens we Francji. Tworzę na pograniczu sztuki miejskiej, malarstwa i tradycyjnej ceramiki. Koronkowe wzory stały się moim charakterystycznym stylem.
Dlaczego sztuka uliczna? Bo daje wolność.
Najłatwiej potraktować to, co robię, jako sztukę dekoracyjną. Wszystkie moje prace inspirowane sztuką koronkarstwa są poszukiwaniem najprostszych kodów piękna i harmonii. Symetryczne wzory koronek mają hipnotyzujący charakter, pochodzą ze świata natury, są wszędzie wokół nas, w kielichach kwiatów, szkieletach stworzeń morskich, płatkach śniegu, we wzorach malowanych szronem na oknach. Są uniwersalne i rozpoznawalne na całym świecie, we wszystkich kulturach. Często kojarzą się z domem rodzinnym, dzieciństwem, bezpieczeństwem, starymi dobrymi czasami. Wierzę, że moje prace oparte na motywach koronek emanują dobrą energią, ludzie po prostu je lubią i uśmiechają się, gdy je widzą.
Z drugiej strony moją twórczość można postrzegać jako symbol połączenia ludzi i kultur. Przeplatanie się nici z ceramicznymi przedmiotami czy prawdziwymi koronkami to doskonała metafora relacji społecznych. Moja sztuka ma także wyraźnie kobiecy aspekt. Koronkarstwo było (i nadal jest) uprawiane niemal wyłącznie przez kobiety i utożsamiane z kobiecością. Jeszcze do niedawna koronkowe koła damskie były ważnym elementem codziennego życia. Pracujące razem kobiety rozmawiały o codziennych problemach, dzieliły się radościami i zmartwieniami, wspierały się nawzajem. Do dziś związek koronki z kobiecością jest widoczny w moich mediach społecznościowych – prawie 80% moich obserwujących identyfikuje się jako kobiety.
/ literatura teatr
luty '24 (18)
Potrzeba hazardu
JOLANTA KOWALSKA
Zdjęcia: wikimedia, wikidata / domena publiczna
Prowadzenie teatru jest w Polsce rzemiosłem wojennym. W galerii najwybitniejszych dyrektorów nie brak szarżujących jeźdźców, wytrawnych strategów, tragicznych kamikadze i męczenników, którzy zaangażowanie w teatralne boje przypłacili twórczym wypaleniem. Nic dziwnego, że dzieje najgłośniejszych dyrekcji minionego i obecnego stulecia przypominają kroniki wypadków.
Zawodowy etos zobowiązuje. Kandydaci aspirujący do tej funkcji chętniej niż cnoty menedżerskie eksponują poczucie misji i ideowe zaangażowanie. Mało kto jest gotów przyznać, że prowadzenie teatru po prostu sprawia mu przyjemność.

.jpg)



Zrobił to Zygmunt Hübner, z pełną świadomością niezręczności tego coming outu. „Cóż począć – pisał – lubię być dyrektorem. Wiem, że to lapidarne stwierdzenie dowodzi złego smaku. Większość dyrektorów, których spotkałem w życiu, mówiła: »zmusili mnie«, »dałem się uprosić«, »byłem jedynym kandydatem, nie mogłem odmówić«, »wolałbym kamienie na szosie tłuc«”.
Hübner nie ukrywał, że kierowanie teatrem traktuje jak sposób na życie. Sposób niebanalny, gwarantujący silne emocje i regularnie aplikowany zastrzyk adrenaliny. Przyznawał także, że ma potrzebę hazardu, zaś „prowadzenie teatru to gra, w której ryzyko jest kolosalne”. Reguły teoretyczne tej gry wyłożył
w książce Teatr i polityka. Opublikowana niedawno praca Grzegorza Kozaka pt. Hübner pokazuje, w jaki sposób realizował je w swojej dyrektorskiej praktyce.
Nie jest to biografia popularna, choć dzięki lekkiej narracji, okraszonej dużą liczbą anegdot i wypowiedzi gwiazd, z pewnością ma szansę trafić do masowego czytelnika. Ambicje autora sięgają jednak głębiej. Kozak opisał wszystkie pola aktywności Hübnera w teatrze, filmie i telewizji, portretując go jako reżysera, aktora, dyrektora, pedagoga, dramaturga, a także – pisarza
i publicystę. Przeprowadził przy tym imponującą kwerendę źródłową, obejmującą zarówno teatralne archiwa, jak i dokumenty przechowywane przez rodzinę artysty. Rezultatem tej pracy jest wielowymiarowa opowieść o jednym
z najciekawszych ludzi teatru minionego stulecia.
Co ciekawe, publikacja ta nie wyszła spod pióra teatrologa. Grzegorz Kozak jest dziennikarzem, wieloletnim redaktorem telewizyjnych programów informacyjnych i publicystycznych. Z bohaterem książki wiązało go doświadczenie osobiste. Rodzice autora prowadzili bufet w Teatrze Powszechnym, toteż jako młody człowiek miał okazję poznać tę scenę od środka, obserwował próby przedstawień, w głośnych Rozmowach z katem Kazimierza Moczarskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy powierzono mu nawet malutką rólkę widza, zabierającego głos z sali.
Ślady fascynacji autora Hübnerem są widoczne w książce. Kozak nie ukrywa, że jego postawa jako człowieka i twórcy jest mu jakoś bliska. W rozmowach
z aktorami Powszechnego wyczuwa się jego zadomowienie w tamtym teatrze
– znajomość zakulisowych obyczajów, tajemnic garderób oraz bufetowej lodówki, pełniącej funkcje zakonspirowanego baru, przy którym artyści mogli rozładować napięcie podczas pracy.
Jest coś sympatycznego w tym, że nieodrobioną przez historyków teatru lekcję z biografistyki bierze na swoje barki były widz i wychowanek teatru Hübnera. Spojrzenie człowieka, który przez lata parał się dziennikarstwem politycznym, przynosi profity zwłaszcza w opisie dyrektorskich perturbacji. Kozak postrzega wybory i decyzje swego bohatera jako rezultat działania w skomplikowanym układzie uwikłań i zależności, widzi nie tylko sukcesy i porażki, ale i ukrytą za ich fasadą logikę. To może największa zaleta tej książki – autor nie sprzedaje historii „gotowej”, dokonanej, lecz potrafi pokazać jej bohatera w decyzyjnym „negliżu”, wśród wahań i niepewności – jak gracza uchwyconego w chwili namysłu nad kolejnym ruchem na szachownicy.
Brak przygotowania warsztatowego daje jednak o sobie znać w innych aspektach tej pracy. Zawiodą się zwłaszcza ci, którzy w książce Kozaka zechcą szukać charakterystyki twórczości reżyserskiej Hübnera. Autor dokonuje wprawdzie przeglądu jego spektakli, lecz opisom poszczególnych przedstawień brak konsekwencji i jasnej metodologii. Zasadniczy materiał źródłowy stanowią zazwyczaj cytaty z recenzji, czasem notatki reżysera, korespondencja z autorem bądź tłumaczem, komentarze aktorów. Ich dobór jest jednak bardziej
zorientowany na recepcję przedstawień niż odtworzenie kształtu inscenizacji. Kozak wyraźnie pomija te fragmenty omówień spektakli, które dałyby wyobrażenie o ich plastyce, kompozycji scenicznej, koncepcji interpretacyjnej. Czytelnikowi, który nigdy nie widział żadnego przedstawienia Hübnera w teatrze, trudno będzie stworzyć sobie jakiś obraz jego twórczości.
Jakość opisu zmienia się na korzyść w przypadku spektakli z Teatru Powszechnego, które autor oglądał osobiście. Tutaj kąt widzenia wyraźnie się poszerza o zapamiętane sytuacje, plastyczne detale, elementy gry aktorskiej, dzięki czemu „sucha” materia historyczna nabiera kolorów. Wiele do tego obrazu wnoszą wspomnienia aktorów, odsłaniające kulisy teatralnej „kuchni”. Do takich anegdot należy opowieść o psychodramie, w jakiej uczestniczyli członkowie zespołu podczas prób do Lotu nad kukułczym gniazdem w reżyserii Hübnera. Eksperyment, przeprowadzony pod okiem profesora Kazimierza Jankowskiego na wniosek Wojciecha Pszoniaka, grającego McMurphy’ego, miał na celu polaryzację zespołu. Zaaranżowano sytuację symulującą spotkanie aktorów po latach, na które z pewnym opóźnieniem miał przybyć Pszoniak, anonsowany jako hollywoodzka gwiazda. Gdy artysta wreszcie się pojawił, koledzy manifestowali już wspólny front niechęci przeciwko niemu. Wytworzone (bądź ujawnione) podczas seansu animozje przeniosły się zarówno na atmosferę przedstawień, jak i na życie prywatne, doprowadzając nawet do zrywania stosunków towarzyskich. Mirosława Dubrawska wyznała po latach, że psychodrama wyzwoliła w niej agresję wobec Pszoniaka, przez co omal nie doszło do pobicia (na szczęście artysta zdołał w porę uciec). Silne emocje uwiarygodniły natomiast postać granej przez aktorkę siostry Ratched, którą widzowie szczerze znienawidzili, głośno życząc jej połamania nóg.
Wyłaniająca się z książki Kozaka sylwetka Hübnera zaskakuje spójnością. To biografia, w której trudno dopatrzeć się pęknięć czy niekonsekwencji. Do wizerunku człowieka prostolinijnego, strażnika zasad, moralnej busoli środowiska, wskazującej nieprzekraczalne granice kompromisu, doskonale pasuje prawniczy rodowód, szczegółowo opisany przez autora książki. Prawnuk referendarza stanu w Księstwie Warszawskim, wnuk rejenta i syn prezesa warszawskiej Rady Notarialnej (a przez kilka miesięcy także ministra spraw wewnętrznych w rządzie Władysława Grabskiego) zapewne wyniósł z domu wartości, które umacniały go
w oporze przeciwko wielokrotnym propozycjom współpracy z SB. Niezłomność wobec presji tajnych służb znakomicie się „skleja”
z wizerunkami grywanych przez Hubnera postaci. W inwentarzu ról teatralnych i filmowych znajdziemy ikony odwagi, prawości
i honoru, takie jak major Sucharski w filmie Westerplatte Stanisława Różewicza czy Kazimierz Moczarski w Rozmowach z katem. Za wzorce uczciwości mogli uchodzić nawet kreowani przez niego milicjanci i funkcjonariusze partyjni. Na wydźwięk tych ról
z pewnością miała wpływ osobowość Hübnera – jego spokój, powściągliwość, uważne spojrzenie, myśląca twarz. Jako aktor stał się uosobieniem polskiego inteligenta epoki PRL-u, doskonale rezonującym jego niepokoje, wahania, idiosynkrazje. Z tym obrazem
z kolei harmonijnie współgrał wizerunek dyrektora, którego teatr, wierny etosowi społecznej służby, zabierał głos w sprawach pryncypialnych.
Korzystnie dla Hubnera wypada nawet bilans epoki stalinowskiej. Owszem, jako młody aktor zagrał generalissimusa w Człowieku
z karabinem Nikołaja Pogodina w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego w Teatrze Narodowym, wydał też (do spółki z Jerzym Rakowieckim) utrzymaną w socrealistycznym duchu książeczkę edukacyjną Rozmowy o teatrze, jednak już w pierwszych samodzielnych wyborach reżyserskich zdradzał skłonność do nieortodoksyjnego myślenia. Zadebiutował prapremierową realizacją sztuki nieznanego wówczas w Polsce irlandzkiego dramaturga Seána O’Caseya Cień bohatera w Teatrze Współczesnym w Warszawie, którą przełożył wraz z Bronisławem Pawlikiem (także współreżyserem spektaklu). Na literaturze zachodniej budował również repertuar swojej pierwszej placówki dyrektorskiej w Teatrze Wybrzeże. Hübner miał wówczas okazję przetestować granice liberalizmu cenzury, przygotowując prapremierę Szewców Witkacego, których kariera sceniczna zakończyła się na jednym pokazie.
Opis kolejnych dyrekcji wnosi do pomnikowego wizerunku artysty trochę światłocienia. Kozak portretuje go w relacjach z ludźmi, nierzadko w kłopotliwych sytuacjach. Pokazuje, jak przyjmuje ciosy, rozbraja konflikty bądź poskramia bunty w zespole (do takich należał sprowokowany przez żonę Hübnera, Mirosławę Dubrawską, sprzeciw aktorek Teatru Powszechnego wobec nadreprezentacji repertuaru o tematyce politycznej, w którym brakowało ciekawych ról kobiecych). Odtwarza też atmosferę gabinetów „dyrektora-lodówki”, w których żaden petent nie mógł czuć się swobodnie.
Opisy kolejnych sezonów pozwalają prześledzić ewolucję poglądów artysty na sposób funkcjonowania teatru i jego misję społeczną. Jako dyrektor zawsze szukał płaszczyzny dialogu ze współczesnością, lecz formułę tej rozmowy nieustannie modyfikował, stosownie do potrzeb publiczności, specyfiki miejsca i czasu. Wyczulenie Hübnera na aktualne problemy nie przeobrażało się jednak
w strategie „szybkiego reagowania”. Jego „Zeittheater” ponad emocje przedkładał dystans, zamiast gotowych tez, stawiał pytania, nie schlebiał widowni, lecz uczył ją wątpienia. To właśnie różniło refleksyjny, pełen przenikliwych diagnoz program gdańskiej dyrekcji Hübnera od żyjących gorączką politycznych rozliczeń sztandarowych scen Października, takich jak Teatr Nowy w Łodzi czy Ludowy w Nowej Hucie.
Do rozmowy z krakowską publicznością wybrał język klasyki. Znakami firmowymi jego dyrekcji w Starym stały się wybitne przedstawienia Konrada Swinarskiego: Woyzeck Georga Büchnera, Nie-boska komedia Zygmunta Krasińskiego, Klątwa i Sędziowie Stanisława Wyspiańskiego, a także Zmierzch Izaaka Babla w inscenizacji Jerzego Jarockiego oraz Molierowski Mizantrop w reżyserii samego Hübnera. Spektakle te celnie oddawały klimat duchowy czasów „małej stabilizacji”. O tym, jak silne było ich współczesne wybrzmienie, świadczą awantury, jakie wywołały premiery Klątwy i Sędziów. Wzburzenie części konserwatywnej publiczności, idące w parze z energiczną kontrakcją funkcjonariuszy partyjnych różnych szczebli, mocno nadwerężyło pozycję Hübnera, przyczyniając się w dalszej perspektywie do jego rezygnacji ze stanowiska.
Nieco inny profil miała dyrekcja w Teatrze Powszechnym. Sztandarowe realizacje tej sceny z lat siedemdziesiątych – Sprawa Dantona Przybyszewskiej w reżyserii Andrzeja Wajdy, Lot nad kukułczym gniazdem Dale’a Wassermana czy Spiskowcy Josepha Conrada
w reżyserii Hübnera – doskonale odzwierciedlały moralne niepokoje epoki Gierka, wyprzedzały zarazem wybuch sierpniowych protestów. Po wprowadzeniu stanu wojennego Powszechny stał się wzorem mądrego balansu pomiędzy restrykcyjną polityką władz i obroną ideowej tożsamości sceny. Strategia unikania bezpośredniej konfrontacji z decydentami politycznymi przy dobrym rozpoznaniu granicy opłacalności ryzyka pozwoliła teatrowi Hübnera uniknąć losu, jaki spotkał zniszczone zespoły stołecznego Teatru Dramatycznego czy wrocławskiego Współczesnego.
W grze z władzami starał się osiągnąć maksimum tego, co w danym momencie było możliwe do uzyskania. Potrafił rozsądnie kalkulować, czasem cofał się o krok, by zyskać szersze pole manewru. W negocjowaniu granic wolności bywał elastyczny, starając się jednak nie przekroczyć cienkiej czerwonej linii, za którą zaczyna się moralna kapitulacja.
Ale oprócz władzy politycznej był jeszcze widz, którego Hübner uważał za znacznie trudniejszego i mniej przewidywalnego partnera w dyrektorskiej grze. Zebrane przez Kozaka wypowiedzi reżysera pokazują, w jakim stopniu frapowała go publiczność. Nie miał gotowych recept na budowanie relacji z widownią, rozpoznawał ją bojem i… czekał na odpowiedź. Ta jednak nie zawsze nadchodziła. Z Wrocławia wycofał się po sezonie – nie znalazł odpowiedniego odzewu wśród publiczności. Kraków także przyjął go nieufnie, lecz po kilku latach pracy udało mu się wypracować kod porozumienia, który przejęli jego następcy.
Poszukiwanie sposobów skutecznej komunikacji z widownią nie było dla Hübnera równoznaczne z zabieganiem o aprobatę. Wręcz przeciwnie, potrafił być krytyczny wobec niej, prowokować rozdźwięki, skłaniać do rewizji nawyków myślowych. Bycie w kontrze wobec świata, również wobec odbiorcy, uważał za jedną z najistotniejszych powinności artysty. „Stara to prawda – pisał – że wszelka twórczość, szerzej – każde działanie ludzkie wymierzone jest przeciw komuś lub przeciw czemuś. […] Sztuka, która nie ma przeciwników wśród współczesnych, jest sztuką martwą”. (Magazyn "Teatr")
autor: Grzegorz Kozak
tytuł: Hübner
wydawcy: Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, Fundacja Teatru Myśli Obywatelskiej im. Zygmunta Hübnera
miejsce i rok: Warszawa 2022
/ sztuka fotografia
luty '24 (18)
Liryka w obiektywie...
ANETA ZALEWSKA
Od ponad dwudziestu lat artystka fotografii Iwona Biedermann stara się utrwalać w swoich pracach ulotne chwile z życia. Poszukiwania te zwykle wywołane są impulsami zarówno osobistymi, jak
i estetycznymi. Kierując się wyborami, ale i pod wpływem najróżniejszych emocji, tworzy nową rzeczywistość, którą można porównać do „malowania” obiektywem… Piękno jest z natury kruche i przemijające, ale zawsze istnieje.
Urodziła się w Polsce. Do Stanów Zjednoczonych przyjechała w 1981 roku. Studiowała fotografię
w Columbia College. Potem pracowała jako niezależna fotografka, uczyła fotografii podczas prywatnych sesji i w organizacjach młodzieżowych non-profit. Zajmuje się fotografią dokumentalną, dziennikarską, portretową i sztuką piękną. Jej prace, wielokrotnie nagradzane, wystawiano na licznych ekspozycjach (Individual Artist Support Initiative, Illinois Art Council 2012, Artist Fellowship, Illinois Art Council 2007, Commission from Public Art Program 2002, Illinois Humanities Council Grant 2001, City of Cultural Affairs Grant 1997, Eddie Adams Workshop 1995, Weisman Scholarship 1985/1986), zamieszczano też w prasie codziennej i magazynach prasowych, między innymi w: Australii, Brazylii, Chile, Japonii, Polsce, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Stanach Zjednoczonych.
We wrześniu 2003 roku artystka otworzyła DreamBox Foto STUDIO i Galerię DreamBox. To fantastyczne miejsce wystawiennicze dla wschodzących
i uznanych artystów, których prace prezentują też różnorodność nakładających się kultur.
The Latitude of Quiet to cykl fotografii krajobrazowych skłaniających do refleksji nad językiem piękna, poszukiwań lirycznego języka
w fotografii. Jestem obecna, otwarta i gotowa na rozpoznanie sugestywnych form, kolorów światła, faktury i cienia. Interesuje mnie percepcja, obserwacja i interpretacja. Nieprzewidywalność wyników. Praca z obiektywem czy bez niego, stosowanie cyfrowej fotografii otworkowej (pinhole) czy techniki długiego naświetlania, pozwala fotografowanej czy fotografującej osobie poprzez ruch uczestniczyć w procesie tworzenia obrazu. Do pewnego stopnia rezygnuję z kontroli procesu twórczego i znajduję bardziej poetycki sposób wyrażenia chwili.




„Cokolwiek widzisz, cokolwiek wiesz, cokolwiek zobaczysz, wszystko, co poznasz, pozostanie tylko na chwilę!”
Mehmet Murat Ildan

Iwona Biedermann w grodzie DreamBox / kolekcja prywatna, podobnie jak pozostałe zdjęcia cyklu "The Latitude of Quiet"






/ podróże wędrówki po Ameryce
luty '24 (18)

Fallingwater
dom nad wodospadem...
Są budynki, które nigdy nie przestają zachwycać. "Fallingwater", czyli dom nad wodospadem, zaprojektowany przez Franka Lloyda Wrighta w latach 30-tych XX wieku taki właśnie jest. Jego niezwykła lokalizacja i wyjątkowa, wpasowana w naturę architektura spowodowały, że budynek ten stał się najbardziej rozpoznawalnym prywatnym domem na świecie.
Ukończony w 1937 roku "Fallingwater" (znany też jako dom nad wodospadem) uchodzi za największe dzieło Franka Lloyda Wrigtha. Nie bez powodu. Dom wpisany jest w otaczająca przyrodę, tak jakby w tym miejscu stał "od zawsze". To doskonały przykład architektury organicznej.
Dom w Mill Run w Górach Allegheny, koło Ohiopyle (w stanie Pensylwania), powstał na zlecenie Edgara J. Kaufmanna z Pittsburgha - właściciela sieci popularnych, amerykańskich domów towarowych. Na malowniczo położonym nad rwącym górskim potokiem Bear Run miał powstać dom letniskowy, w którym rodzina Kaufmannów spędzałaby wolny czas.
Co ciekawe, to jedyne dziecko Edgara i Liliane Kauffmanów - Edgar Kaufmann Jr. było "katalizatorem" zlecenia projektu Frankowi Lloydowi Wrightowi. Latem 1934 roku Junior przeczytał biografię amerykańskiego architekta. Zainspirowany jego architekturą organiczną, rozpoczął staż w szkole w Taliesin, założonej w 1932 roku przez Wrighta i jego żonę Olgivannę. W listopadzie 1934 roku Edgar i Liliane Kaufmann po raz pierwszy spotkali Franka Lloyda Wrighta.
Kilka miesięcy później Wright odwiedził Mill Run. Kaufmann chciał, aby dom znajdował się na południowym brzegu potoku Bear Run, bezpośrednio nad wodospadem. Frank Lloyd Wright stworzył projekt domu prawie zgodny z założeniem zleceniodawcy przesuwając go tak, aby zapewnić domownikom widok na kaskady wody. Początkowo nie spodobało się to Kaufmannowi, jednak ostatecznie przystał na wizję architekta.

Fallingwater, czyli dom nad wodospadem. Proj. Frank Lloyd Wrigt
Fot. David Brossard - FallingwaterUploaded by GrapedApe, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=31156732

Fallingwater, czyli dom nad wodospadem. Proj. Frank Lloyd Wrigt
Fot. Jeffrey Neal at the English Wikipedia, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=14966979


Fallingwater, czyli dom nad wodospadem. Proj. Frank Lloyd Wrigt
Fot. Daderot - Own work, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=29163821
Fallingwater, czyli dom nad wodospadem. Proj. Frank Lloyd Wrigt
Fot. lachrimae72 - https://www.needpix.com/photo/882899/house-in-nature-house-falling-water-architecture-building-historical, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=88743190
"Fallingwater" - dom nad wodospadem, który wyprzedził epokę
"Fallingwater" powstawał w latach 1936-1937 . Do jego budowy użyto kamieni z okolicznych kamieniołomów i zbrojonego betonu. Najbardziej charakterystyczny element Domu nad wodospadem - rozłożyste tarasy, umieszczono na betonowych wspornikach bezpośrednio ponad strumieniem (niektóre z tych elementów były zanurzone w wodzie). Wszystko to miało na celu stworzenie wrażenia harmonii z otoczeniem i kontaktu z surową przyrodą Zachodniej Pensylwanii. Wielkie głazy leżące w strumieniu w miejscu budowy pozostawiono nietknięte. Jeden z nich delikatnie wystaje z podłogi w salonie. Podobno na wyraźne życzenie rodziny właściciela, która chciała zachować wspomnienia z opalania się nad strumieniem właśnie na tej skale.
Budowa domu nad wodospadem to czas nieustannych konfliktów między Wrightem, Kaufmannem i wykonawcą robót budowlanych. Inżynierowie zwracali uwagę na zbyt małą liczbę podpór. Frank Lloyd Wright nie przyjmował krytyki, a Kaufmann z przerażeniem patrzył na rosnące koszty budowy. "Fallingwater" pochłonął 155 tysięcy dolarów (dla porównania, dom na przedmieściach kosztował wtedy około 5 tysięcy dolarów).
Ostatecznie powstał dom, który wyprzedził epokę. Całość budynku jest bardzo przeszklona w celu zapewnienia ciągłego kontaktu
z naturą. Nie ma jednak ram okiennych - szkło delikatnie znika w kamieniu - przypominając raz jeszcze o niesamowitej, wręcz legendarnej dbałości Franka Lloyda Wrighta o szczegóły. Większość z tak przeszklonych pomieszczeń jest niska a ich zbudowane
z kamienia ściany przenikają się. Potęguje to efekt ''otwierania się'' domu na okoliczny las. Oprócz obowiązkowego dla każdego fotografa widoku piętrzących się tarasów ponad wodospadem, najsłynniejsze są schody, które dają schodzącemu złudzenie wchodzenia wprost do strumienia płynącego pod domem.
Dom nad wodospadem stał się sławny jeszcze przed ukończeniem i sława ta rosła z każdą upływającą dekadą. Idea Franka Lloyda Wrighta, która legła u podstaw ''domu nad wodospadem'' trwa do dzisiaj. Człowiek może żyć w zgodzie z naturą. Niestety, "Fallingwater" choć imponujący okazał się problematyczny. Tuż po zdjęciu rusztowań, dom "opadł" kilka centymetrów - powstały liczne pęknięcia na ścianach. W kamiennych murach było stale chłodno. Dodajmy do tego wszechobecną wilgoć i olbrzymie koszty utrzymania nieruchomości.
W roku 1963, po śmierci rodziców Edgar Kaufmann Jr. podarował dom stanowi Pensylwania w celu utworzenia w nim muzeum. "Fallingwater" był wtedy w fatalnym stanie - beton, jak i jego stalowe zbrojenie były bliskie granic wytrzymałości. Renowacja trwała ponad 20 lat. Kosztowała 11,5 miliona dolarów.
Dom nad wodospadem Franka Lloyda Wrighta to ikona architektury XX wieku. W 2019 roku "Fallingwater" (wraz z 7 innymi pracami Wrighta) został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. ■ (bryly.pl)
https://fallingwater.org/see-preservation-in-action-dec-7-2023-march-15-2024/

Fallingwater, czyli dom nad wodospadem. Proj. Frank Lloyd Wrigt.
Fot. Aaron Barlow - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=78361600

Fallingwater, czyli dom nad wodospadem. Proj. Frank Lloyd Wrigt
Fot. Jonathan Lin from Singapore, xinjiapore - Fallingwater, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=87625811
/ wychowanie
luty '24 (18)
Czy i kiedy
dać dziecku
smartfon?
MIKOŁAJ MARCELA
Fragment książki „Jak nie zgubić dziecka
w sieci” Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli, Wydawnictwo MUZA S.A., 2021

Myślę, że większość z nas piastuje w swojej pamięci podobne wspomnienie: wspomnienie ukochanej maskotki – najczęściej był to miś – która we wczesnym dziecięctwie towarzyszyła nam na co dzień
i pomagała zasnąć wieczorem. Ja miałem swojego misia. Mogliśmy z tą zabawką porozmawiać, zwierzyć się jej z problemów, ale najważniejsze było to, że po prostu zawsze była przy nas. Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi w pierwszej chwili, dziś rolę misia dla waszych dzieci może odgrywać – albo już odgrywa – smartfon.
By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, powinniśmy przywołać teorię „obiektu przejściowego”, która w połowie XX wieku została przedstawiona przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Woodsa Winnicotta. Obiekt przejściowy pełni funkcję pomostu pomiędzy dzieckiem a rodzicem, pomagając małemu człowiekowi postrzegać siebie samego jako odrębną jednostkę. Ponieważ, jak zauważa Winnicott, „żadna istota ludzka nie jest w stanie uwolnić się od trudów łączenia rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej”, nasze mechanizmy radzenia sobie z tym rozdźwiękiem w dużej mierze zależą od naszych doświadczeń z dzieciństwa i relacji z obiektem przejściowym. Jednak o ile dziś całkiem normalne wydaje się, że takim przedmiotem jest pluszowy miś (głównie dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat oswajaliśmy się z tą ideą – pamiętajcie, że pluszaki to wynalazek XX wieku), rodzice są przerażeni, gdy ich dzieci przywiązują się do swoich urządzeń elektronicznych. Bo w tym, że sami nie mogą żyć bez swoich najnowszych modeli iPhone’a – już nie widzą niczego niepokojącego…
Tak, wiem, smartfon to coś więcej niż pluszowy miś – zapewnia łączność z całym światem, daje dostęp do internetu i gier. Ale tu właśnie do akcji wkraczacie wy! Większość specjalistów radzi, by jak najdłużej chronić dzieci przed smartfonami i tabletami. Pozostali słusznie zauważają, że i tak nie dacie rady strzec ich przed nimi zbyt długo, bo prędzej czy później – w szkole lub
u znajomych – zostaną wystawione na ich działanie. Równie kłopotliwa jest kwestia, w jakim wieku dziecka wręczyć mu pierwszy smartfon. Wspomniana Shimi Kang radzi, by wprowadzać nowe technologie dopiero wtedy, gdy dziecko: a) jest w stanie regulować własne emocje; b) komunikuje się twarzą w twarz z innymi ludźmi z pewnością siebie i nastawieniem na współpracę; c) potrafi przerwać zabawę na rzecz zaspokojenia swoich potrzeb albo wypełnienia obowiązków (snu, ruchu, jedzenia, nauki).
Jeszcze więcej pytań przed sprezentowaniem dziecku smartfona radzi zadać Diana Graber w Raising Humans in a Digital World:
-
Czy dziecko rozwinęło społeczne i emocjonalne zdolności niezbędne do tego, by mądrze używać technologicznych gadżetów?
-
Czy dziecko wie, w jaki sposób zarządzać swoją reputacją online?
-
Czy dziecko wie, jak się „wyłączyć” z internetu?
-
Czy dziecko wie, jak zawierać i utrzymywać zdrowe relacje?
-
Czy dziecko wie, jak chronić swoją prywatność i osobiste dane?
-
Czy dziecko wie, jak w krytyczny sposób podchodzić do informacji w sieci?
Amerykańska autorka zauważa, że jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście przecząco, to wasza pociecha nie jest gotowa na posiadanie smartfona z dostępem do sieci. A ja, nieco złośliwie, powiedziałbym, że większość dorosłych osób, które znam
i które mają smartfon, na wiele z tych pytań musiałaby odpowiedzieć „nie”. Wszystko to świetnie brzmi w teorii, jednak w praktyce wszyscy – zarówno dorośli, jak i młodzi ludzie – uczymy się tego przez całe życie. Jasne, nie sposób nie zgodzić się z Shimi Kang, że przekazanie dziecku smartfona jest jak wręczenie mu kluczyków do samochodu, i jest to oczywiście prawda.
Pamiętajcie jednak, że nie można wszystkiego sprowadzać do wieku: tak, najwięcej wypadków drogowych powodują najmłodsi kierowcy, ale to nie znaczy, że część młodych ludzi przed 18. rokiem życia nie jest bardziej gotowa na odpowiedzialną jazdę samochodem niż wielu dorosłych, którzy już od lat mają prawo jazdy, ale bynajmniej nie jeżdżą bezpiecznie. Oni przecież też powodują wypadki – najczęściej z własnej winy i przez swoją nieodpowiedzialność. Kilka lat temu rodzice wręczali smartfony swoim dzieciom, gdy te miały przeciętnie 12 lat, a 56% dzieci w wieku od 8 do 12 lat miało już takie urządzenie. Dziś coraz młodsze dzieci korzystają ze smartfonów i tego raczej nie zmienimy. Dlatego jeśli chodzi o to, kiedy dać dziecku telefon, zdajcie się na swoją intuicję – to wy znacie je najlepiej. Zasadnicze i tak będzie wasze podejście…
Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci (wy go kupujecie i płacicie rachunki, więc oczywiście możecie określić warunki jego użytkowania). A wam wszystkim polecam po prostu być z dziećmi i pomagać im korzystać ze smartfonów poprzez:
-
wspólną naukę obsługi smartfona;
-
zachęcanie dzieciaków do tego, by na początku telefon służył przede wszystkim do komunikacji;
-
rozmowy o grach, aplikacjach i treściach, z którymi obcują wasze dzieci;
-
pomaganie im rozpoznawania wszechobecnych w wirtualu stereotypów i treści reklamowych, pytanie dzieci o ich opinię na ten temat;
-
po pewnym czasie – zezwolenie im na uczenie innych, na przykład młodszego rodzeństwa, dzięki czemu ugruntują wiedzę i swoje zdolności;
-
akceptację ich potknięć i błędów – w końcu dopiero się uczą! (...)
/ wokół stołu
luty '24 (18)
Talerz fioletowych dobroci
ANNA CZERWIŃSKA
Pochodzą z Ameryki Południowej (Boliwia i Peru, uprawiane są do dzisiaj), skąd trafiły do Europy już w XVI wieku dzięki przedsiębiorczości ówczesnych hiszpańskich żeglarzy. Fioletowe ziemniaki
– wszak o nich słów kilka – okazały się zbawienne
w leczeniu szkorbutu (duża zawartość witamin).
Po wiekach zaczęto zauważać je we Francji jako Vitelotte. Później w Niemczech – jako truflowe ziemniaki. Sam Aleksander Dumas (senior), wyrafinowany smakosz i znawca kuchni, wspominał o fioletowych ziemniakach w swoim słowniku kulinarnym, uważając je za najsmaczniejszą odmianę ze wszystkich mu znanych.

W Ameryce pojawiły się późno. Fioletowym ziemniakiem zainteresowali się szefowie kuchni, wciąż poszukujący nowych inspiracji. Trafił więc najpierw na talerze restauracji pięciogwiazdkowych hoteli, a stamtąd - na nasze stoły bardziej świąteczne aniżeli powszednie. A szkoda…
Ziemniaki o pięknym fioletowym kolorze, niewiele różnią się smakiem od powszechnie znanych białych lub żółtych odmian, choć zawierają mniej skrobi i więcej cennych dla naszego zdrowia składników. Co ważne, po ugotowaniu ziemniaki nie tracą swoich właściwości. Wszystko co w nich najcenniejsze pozostaje w ich wnętrzu!
Bulwy tej odmiany dorastają później i nie są bardzo urodzajne, dlatego ich cena nie należy do najniższych. Mogą różnić się kształtem
i intensywnością zabarwienia – ich miąższ bywa cały fioletowy, inne są wybarwione nierównomiernie albo tylko koncentrycznie
z białą otoczką. Każde z nich są pyszne i wartościowe, a można je gotować, grillować, piec (co robię najczęściej) i serwować samodzielnie lub jako dodatek do sałatek w najróżniejszych kombinacjach.
FIOLETOWA MOC ZIEMNIAKÓW
Mądre głowy i ich badania naukowe wykazały, iż swoje dobroczynne właściwości zawdzięczają antocyjanom, naturalnym barwnikom, nadającym im charakterystyczny kolor. Antocyjany to silne przeciwutleniacze, chroniące nasz organizm przed chorobami cywilizacyjnymi. Substancja ta o działaniu przeciwzapalnym usuwa z naszego organizmu wolne rodniki (niszczą zdrowe komórki), wpływa korzystnie na układ krążenia, spowalnia stężenie glukozy we krwi (mimo sporej ilości skrobi). Dlatego „atramentowe” bulwy polecane są osobom odchudzającym się (ich błonnik powoduje zdecydowanie dłuższe uczucie sytości) i chorującym na cukrzycę. Swoje miejsce powinny też znaleźć w zdrowej diecie osób z problemami reumatologicznymi, z nadciśnieniem, chorobami układu krążenia lub chorobą nowotworową.
Fioletowe ziemniaki to również dobre źródło potasu (lepsze od powszechnie uznanych bananów), pierwiastka niezbędnego dla utrzymania prawidłowego ciśnienia krwi i odpowiedzialnego za pracę mięśni.
Fioletowa bulwa bogata jest też w witaminy (głównie B6 i C) i minerały (przede wszystkim wspomniany potas, żelazo, miedź). Zawarta w nich luteina poprawia nasz wzrok, pamięć i stan naszej skóry.
Barwnie, pysznie, a jak zdrowo!
Zapraszam na fantastyczną sałatkę ziemniaczaną Aleksandra Dumas. Taką opisał w swoim słowniku kulinarnym. Wprawdzie nie jest ona amerykańska, ale stać się może, tym bardziej, że w Stanach sałatki wszelkiego rodzaju są bardzo popularne.
Sałatka Aleksandra Dumas
Składniki:
1/4 szklanki octu z białego wina (opcjonalnie)
1 łyżka soli
1 1/2 łyżeczki cukru
1 duży pęczek (2-3 małe) zielonego szczypioru, posiekać oddzielnie część białą i zieloną
1 kilogram fioletowych ziemniaków
1/2 szklanki podpieczonych orzeszków pine
1/2 szklanki tartego Parmezanu
3 ząbki obranego czosnku
1/4 szklanki oliwy z oliwek
1 szklanka posiekanej pietruszki
Sok z jednej cytryny
1/4 łyżeczki świeżo tartej gałki muszkatołowej
Sól i pieprz do smaku

Przygotowanie:
- wymieszać ocet, sól, cukier i ¼ szklanki wody; odstawić…
- ziemniaki umyć, ugotować (nie obierać) do miękkości…
- posiekaną zieloną część szczypioru wrzucić do blendera, dodać orzeszki, Parmezan i czosnek; całość zmiksować do otrzymania konsystencji pasty…
- wystudzone ziemniaki umieścić w dużej misce, dodać wszystkie składniki i wymieszać, dosolić i popieprzyć do smaku.
Inna sałatka już opisowa, łatwa, przyjemna, smaczna i kolorowa. Wiosenna. Ilość składników dowolna, a wśród nich: upieczone
i wystudzone fioletowe ziemniaki, rzodkiewka, groszek zielony (może być mrożony do rozmrożenia, ale nie z puszki), posiekany koperek i/lub pietruszka, posiekany zielony szczypior. Do tego ulubiony sos vinegret. A jajka ugotowane na twardo i dołożone
w połówkach urozmaici sałatkę kolorystycznie i smakowo! Polecam!
To był przypadek ...
Czasem o trudnych sprawach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko... To trochę tak, jakby rozmawiać
z inną planetą. Napisz do mnie, a może uda nam się przeżyć moment prawdziwej rozmowy. Nawet wtedy, gdy nie będę w stanie poradzić. Ale może mam podobny problem; wtedy poczujemy się mniej samotni.
Napisz do mnie... pakamera.info@gmail.com
(z dopiskiem - dla Pauliny)

/ listy do pakamery
luty '24 (18)
Od pewnego czasu moja Dorotka zastanawiała się nad tym, jak świętować swój niedawno zdobyty dyplom doktora z ornitologii. Na uniwersytecie zorganizowała spotkanie dla wykładowców z kawą, ciastem i lodami, ale chciała również uczcić ten moment razem ze mną.
– Zrobię szarlotkę, wypijemy trochę wina, a potem wyjdziemy na długi spacer z Frankiem – zaproponowałam.
Nie była usatysfakcjonowana tym pomysłem. Kiedy patrzyła na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami, zawsze odczuwałem dreszcze. Jak wtedy... Nawet Franek - nasz pies - gotowy w każdej chwili do wyjścia nie zmienił sytuacji... Błądziła gdzieś myślami, a ja... Minęło
tyle czasu...
Byłam tuż po maturze, składałam dokumenty do Krakowa na geografię, ale się nie dostałam. A tak bardzo chciałam odkrywać świat, nawet jeśli tylko przez książki.
Moi rodzice przekonali mnie do tego, abym z nimi pracowała. Wówczas zasugerowali mi, że powinnam im pomagać w zarządzaniu naszym górskim pensjonatem. Wciąż powtarzali, że jestem młoda, sympatyczna, atrakcyjna, i że biegle mówię po niemiecku. Rzeczywiście, mogłam pochwalić się kilkoma zwycięstwami w olimpiadach językowych i nagrodzeniem w postaci wyjazdów do Niemiec. To były czasy, gdy turyści z Niemiec zaczęli przyjeżdżać do Nowego Targu. Czy to po kożuchy, czy po swetry z wełny owczej, czy po prostu, aby cieszyć się świeżym, górskim powietrzem. Za to wszystko sporo u nas płacili. Wśród naszych gości byli także Polacy, którzy z radością odwiedzali nasz pensjonat.
Wśród nich była rodzina z okolic Ełku. Zatrzymywała się u nas na dwa miesiące. Oboje byli nauczycielami na uniwersytecie, dlatego od połowy lipca do połowy września przyjeżdżali odpocząć i chodzić na spacery po pobliskich polach.
Przez chwilę towarzyszył im ich syn Bogdan, który studiował w szkole lotniczej. Później, ze względu na obowiązki związane z pracą, zjawiał się tylko w weekendy. Był młody, atrakcyjny, zabawny i zainteresowany ludźmi oraz światem. Robił na mnie wrażenie
i zauważyłam, że również ja budzę w nim zainteresowanie... Nazywał mnie dziewczyną z warkoczem jak księżyc.
Bogdan natychmiast przyciągnął moją uwagę
Spędzaliśmy czas na wspólnych wędrówkach po lesie i tańcach przy ognisku do białego rana. Nasz pierwszy pocałunek był w świetle księżyca. Właśnie tam, w lesie, na polanie, po raz pierwszy wyznaliśmy sobie miłość.
– Irenko, pamiętaj, lotnik to lotnik, wzbija się w powietrze i znika – ciągle mi to mówiła babcia Hela. – Lepiej zwróć uwagę na chłopaków z twojego miasta, a nie na tych z daleka. Takiego, co lata po niebie, tu nie potrzebujesz. Tylko namiesza w twoim życiu...
Kiedy liście na drzewach zaczęły żółknąć, a mgła unosiła się nad polami, przyszła wiadomość z Chicago, że ciotka Jadzia niespodziewanie zmarła, a wujek Kazik nie jest w stanie sam prowadzić polskiego sklepu ze swoimi synami. Ktoś z rodziny musi mu pomóc. Padło na mnie. Wszyscy powtarzali:
– Jest młoda, zaradna, poradzi sobie, a do tego twarda góralska dziewczyna.
Bez względu na to, jak bardzo płakałam i twierdziłam, że znam tylko kilka słów po angielsku, nie przekonało to mojej rodziny. Również moje bóle brzucha i niepokojące samopoczucie nie miały dla nich znaczenia. Trzeba to zrobić, to trzeba, a rodzina w górach to świętość. Nie miałam żadnej możliwości wpłynięcia na ich decyzję.
Okres ten był pełen smutku. W różnych częściach Polski dochodziło do strajków, wprowadzono kartki na żywność i czuć było
w powietrzu jakiś niepokój. Bardzo pragnęłam zobaczyć się z Bogdanem. Chciałam mu dużo opowiedzieć, ale nie miałam takiej możliwości. Ludzie z Mazur spędzający wakacje w górach powrócili do domów, a ja nie mogłam się skontaktować z ich synem.
W każdym razie to co chciałam mu powiedzieć nie nadawało się na rozmowę telefoniczną...
Kiedy przyleciałam do Chicago, ludzie przyjęli mnie bardzo serdecznie i od razu zabrałam się za pracę. Ale oczywiście, tyle ile mogła pracować kobieta w ciąży. Moją córkę, Dorotkę, urodziłam na początku grudnia, właśnie wtedy, gdy w Polsce wprowadzano stan wojenny. Dlatego mój wujek nie pozwolił mi wrócić do domu.
Jej tata nawet nie wiedział, że się urodziła
- Mamusiu, planuję w ciągu dwóch tygodni zabrać cię nad Morze Egejskie. Wreszcie się porządnie wygrzejemy.
– Doreńko, co to za gadanie? O co chodzi z tym Morzem Egejskim i wyjazdem?
– Ach, mamusiu, mamusiu, po prostu zabieram cię do słonecznej Turcji, żeby uczcić zdobycie mojego doktoratu. W pełni na to zasługujesz. Skończyłam już lekcje ze studentami, a dziekan zwolnił mnie z obowiązku przeprowadzania egzaminów wstępnych, więc nie ma już odwrotu, lecimy!!!
– Co z Frankiem?
– Już wszystko jest ustalone. Franek zostaje u cioci Ani, a my lecimy na 10–dniowe wakacje do Turcji. Będziemy tylko my, słońce, błękitna woda i absolutne lenistwo. Mamisiu, to będzie nasze święto i mój sposób podziękowania ci – mówiła z uśmiechem.
Spojrzałam zdumiona na swoją córeczkę, czując, jak ogarnia mnie wzruszenia. Moja kochana Dorotka, nadal mówi "mamisia" – trochę jak angielskie "mummy" i polskie "mamusia".
Pamiątka z przeszłości i miłości z czasów młodości
Proszę zapiąć pasy. Wylądujemy za pięć minut. W Dalamanie jest 25 stopni, a powietrze jest wilgotne...
Marzyło mi się, żeby wrócić do Polski. Nie raz słuchałam tej typowej angielskiej zapowiedzi lądowania. W Stanach często podróżowałyśmy, odkrywając ten wielki kraj. Kaniony, czerwone formacje skalne, plaże z palmami... To wszystko było niesamowite, ale nie mogło zastąpić Polski. Miałam nadzieję, że w końcu wrócę do domu. I ostatecznie mi się to udało.
Gdy Dorota miała 9 lat, miała szansę kontynuować edukację w prestiżowych szkołach w USA i odkrywać cały świat. Jednak wróciłyśmy do obcego kraju. Polska się zmieniała, powstał nowy rząd, a ludzie zaczęli patrzeć na wszystko inaczej. Zastanawiałam się co nas spotka? Jaką przyszłość mogę zapewnić swojej córce w kraju, którego nie zna?
Nie było nam łatwo. Dla Dorotki dostosowanie się do zupełnie nowej rzeczywistości było ogromnym zaskoczeniem. Miała trudności
z komunikacją z rówieśnikami - jej znajomość języka polskiego nie była na tyle dobra, aby sprostać językowi, którym mówili w szkole.
Gwara góralska była dla nas obca. Przez to często płakałyśmy, ale jak przystało na prawdziwe góralki, nie dałyśmy za wygraną. Musiałyśmy sobie radzić, bo po śmierci rodziców przeprowadziłyśmy się do Polski.
Moi rodzice bardzo chcieli pokazać swojej kochanej wnuczce z USA piękno polskich gór i hal, nauczyć ją góralskich piosenek, które śpiewa się przy ognisku. Niestety, nie udało im się tego zrealizować.
Tak, musiałyśmy zaczynać naukę od zera. Ale poradziłyśmy sobie doskonale. Otrzymuję dość hojną amerykańską rentę, wspieram siostrzenicę w prowadzeniu nowatorskiego pensjonatu, a Dorota, po zdaniu wielu różnych egzaminów, jest doktorem ornitologii, czyli ekspertem od ptaków. Od najmłodszych lat pociągało ją wszystko, co ma skrzydła i potrafi latać. Cieszę się, że ma dobrą pracę
i wykształcenie.
Okna ekskluzywnego hotelu miały bezpośredni widok na błękitne morze, a tuż za budynkiem rozpościerały się góry pokryte zielenią. Miałam odczucie, że woda łączy się z górskimi szczytami na zawsze pod tym słonecznym niebem.
W te wakacje nasze życie się zmieniło...
Podczas śniadania Dorota zauważyła obok recepcji kartkę z napisem w języku polskim wśród innych wielojęzycznych wiadomości: „Dzisiaj o godzinie 10 spotkanie z polskim rezydentem”.
– Co oni od nas chcą? Dlaczego przeszkadzają nam w tak cudownym dniu? Kim jest ten rezydent?
– Mamusiu, rezydent to taki człowiek, do którego można się zgłosić, gdy czegoś się potrzebuje – wyjaśniała mi Dorotka. – Znajduje się na miejscu i mówi po polsku.
– Jeżeli masz na to ochotę, to idź na to spotkanie – powiedziałam. – Ja dzisiaj zamierzam spędzić dzień na plaży, leniuchując
i opalając się plackiem, a później moglibyśmy znów pospacerować po górach.
– W porządku, to ja idę i dowiem się wszystkiego – oznajmiła.
Na plaży nie było jeszcze dużo osób, tak jak to bywa przed południem. Zajęłam moje ulubione miejsce pod wielkim żółtym parasolem
i zaczęłam marzycielsko patrzeć na morze. Obok mnie, brunet z Turcji siedział z młodą turystką, rozmawiali beztrosko po angielsku,
a on kusił ją swoimi ciemnymi oczami.
"O te czarne oczy" – nagle pomyślałam i zaczęłam podśpiewywać piosenkę z mojej młodości.
Dorota zgromadziła wszystkie dane o dodatkowych wycieczkach od rezydenta i zapisaliśmy się na kilka z nich. Pierwsza wycieczka miała nas zaprowadzić do Pamukkale, potem planowaliśmy wycieczkę promem na grecką wyspę Rodos, a po kilku dniach mieliśmy wrócić ze słonecznej Turcji do zimnej Polski.
– Mamo, ruszaj się, bo już niedługo odjeżdża autobus do tego niesamowitego białego miejsca – przynaglała mnie Dorotka. – O, i nie zapomnij zabrać ze sobą stroju do pływania, bo tam są wody lecznicze. Naprawdę pomagają na problemy z bolącymi stawami. Słyszysz, kierowca już dudni klaksonem i staje się niecierpliwy.
– Pani Kolo... Kolo... – turecki kierowca miał ewidentne problemy z poprawnym przeczytaniem naszego nazwiska.
Gdy wchodziłyśmy do autobusu, starsza para, która siedziała zaraz za kierowcą, zaczęła nas obserwować z ciekawością. Mimo że starałam się skupić na podziwianiu krajobrazów, które mijałyśmy, nieustannie czułam spojrzenia tych ludzi. To nie było miłe...
Na parkingu, usytuowanym tuż obok bajecznych, białych formacji skalnych, do autokaru wszedł przystojny mężczyzna o szpakowatych włosach. Na głowie miał zabawny, duży kapelusz, a na oczach ogromne okulary przeciwsłoneczne. Uśmiechając się, wymienił kilka słów po turecku z kierowcą, a następnie powiedział do nas po polsku:
– Witam was serdecznie. Od tej chwili jestem waszym przewodnikiem. Przez najbliższe cztery godziny będziemy zwiedzać te skalne formacje i okoliczne wody. Jestem cały czas do waszej dyspozycji – powiedział z uśmiechem.
– To jest nasz przewodnik, mamisiu – szepnęła Dorota, wpatrując się w mówiącego jak w obraz.
I nagle coś mnie uderzyło. Zdawało mi się, że znam ten uśmiech, te ciemne oczy, to poruszenie głową... "Nie, to nie może być prawda" – mówiłam do siebie w duchu.
Ale jednak to było fakt. Najpiękniejszy fakt. Przy białych, wapiennych klifach, wśród gorących źródeł, Dorota znalazła swojego tatę
i dziadków z Mazur, którzy przylecieli do Turcji na wakacje ze swoim synem rezydentem. To właśnie oni tak na nas patrzyli, słysząc moje nazwisko.
Kiedyś Cyganka przewidziała, że w morzu białych łez odkryję swoje prawdziwe szczęście, swoją największą miłość, której tak bardzo szukałam przez wiele lat. Zamiast korzystać z właściwości leczniczych wód, razem płakaliśmy, przytulaliśmy się i dzieliliśmy historiami z naszych życiowych dróg. Mieliśmy wiele do opowiedzenia...
Mój ukochany Bogdan zakończył studia lotnicze z wyróżnieniem. Gdy dowiedział się, że wyjechałam z kraju, poślubił stewardessę. Niestety, ona szybko porzuciła go dla bogatego biznesmena. Paweł miał problemy z sercem, więc zdecydował się odłożyć mundur pilota do szafy. Jednak zawsze tęsknił za podróżami, więc zdał egzaminy językowe, zdobył wszystkie niezbędne certyfikaty turystyczne i zaczął pracować jako rezydent turystyczny w różnych częściach globu...
Radości i opowieściom nie było końca ... Po 27 latach stał się cud, na który oboje czekaliśmy, wiedząc, że się nie spełni... A jednak!
Opowiadam moją historię, bo chcę dodać innym chociaż odrobinę nadziei i wiary w cuda, które mogą się zdarzyć w najmniej oczekiwanym momencie... Irena, lat 52 (okolice Nowego Targu)
Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, jeśli nie masz nic przeciwko temu, żeby Twój list został opublikowany w kolejnych odsłonach "listy do pakamery", a skierowane do Pauliny, prosimy o dodanie w treści e-maila formułki o następującej treści: Wyrażam zgodę na publikację mojego listu w miesięczniku „pakamera.polonia” w całości lub we fragmentach wybranych przez redakcję, ze wskazaniem mojego imienia, a także na dokonywanie przez redakcję korekty tekstu na potrzeby takiej publikacji". Dziękujemy!