top of page

MIĘDZYNARODOWY
DZIEŃ TEATRU

wystawa_plakat_
Dziady, cz.II
Dziady, cz. II
Little Stars
412985901_848388373958549_82319823414284
Little Stars
Little Stars

pismo społeczno-kulturalne 

marzec/kwiecień 2024 / 3/4 (19/20)

kolorowe jajka

pismo społeczno-kulturalne 

marzec/kwiecień 2024 / 3/4 (19/20)

kolorowe jajka

SPIS TREŚCI 

pakamera.polonia  /  marzec/kwiecień '24 (19/20)

Od redakcji

Stephen Hawking, brytyjski fizyk teoretyczny powiedział: Ludzie nie będą mieli dla Ciebie czasu, jeśli stale będziesz narzekać.

Trudno się z nim nie zgodzić. Każdy ma w swoim otoczeniu znajomych, którzy na większość życiowych okoliczności reagują

sarkazmem, a najczęściej po prostu złością czy jej łagodniejszymi formami: narzekaniem albo marudzeniem. W każdej sytuacji dostrzegają jej złe strony, a to, co inni doceniają, często w ogóle uchodzi ich uwadze. Jeśli są przy tym inteligentni, ich narzekanie może mieć specyficzny koloryt, wzbudzający zainteresowanie trafną puentą czy humorystyczną krytyką. Z czasem jednak staje się to męczące i coraz trudniejsze do akceptacji.

Empatia innych i ich pozytywne nastawienie do otaczającego świata często stają się inspiracją dla marudera do zmiany sposobu myślenia i wyrażania opinii. Taką próbę podjęła nasza Czytelniczka, co opisała w liście do Pauliny.

Międzynarodowy Dzień Teatru zachęcił nas do teatralnych rozmów z Andrzejem Krukowskim. Wielkanocnie i wiosennie zaglądamy na szwedzką farmę, gdzie dzieją się jajeczne cuda. A jeśli cuda, to i Hans Christian Andersen

Dzisiaj numer podwójny z przyczyn techniczno-organizacyjnych. I tak już pozostanie - pakamera.polonia staje się dwumiesięcznikiem... Miłej lektury i wspólnych dyskusji!  (ac)

Od redakcji

prawie jednym zdaniem...

marzec / kwiecień 2024

Bocianie spisy odbywają się co 10 lat - kolejny przypada w tym roku - i pozwalają gromadzić informacje, dzięki którym planuje się ochronę bociana, jak również innych rzadkich

i zagrożonych gatunków i siedlisk.

Spis na terenie Polski będą koordynować - i gromadzić dane

w poszczególnych województwach - naukowcy i ornitolodzy zajmujący się bocianami od wielu lat, zrzeszeni w Grupie Badawczej Bociana Białego. Obecnie rekrutują oni z całej Polski wolontariuszy, którzy ruszą w teren. Docelowo potrzeba ich ponad 2,5 tysiąca - bo tyle jest w Polsce gmin, które stanowią podstawową jednostkę powierzchniową, objęta liczeniem.

Wolontariusze zostaną zapoznani z metodą liczenia. Muszą mieć lornetkę i telefon komórkowy, aby dane przekazywać na bieżąco do ogólnopolskiej bazy (można też korzystać

z formularzy papierowych). Dobrze mieć auto, aby sprawnie poruszać się po przydzielonym terenie. „Tu nie chodzi tylko

o policzenie gniazd. Trzeba też sprawdzić, czy gniazdo jest zajęte, i jaki jest efekt lęgu. To można zweryfikować tylko będąc na miejscu” – podkreśla koordynator prac na Mazowszu, dr Ireneusz Kaługa z Grupy EkoLogicznej z Siedlec.

Liczenie potrwa od połowy czerwca do połowy lipca. Wolontariusze będą wtedy odwiedzać wszystkie gniazda

w gminach i notować efekty lęgów.

Ponad 7-metrowy model wieży Eiffla zbudowany we Francji znalazł się jednak w Księdze Rekordów Guinessa, choć wcześniej zdyskwalifikowano go ze względu na użyty rodzaj zapałek. Makietę zbudował Richard Plaud, a zużył na nią prawie 707 tysięcy zapałek.

Pan Jerzy Jakubów z Kowar ma jedną z największych kolekcji lasek w Europie. I jak przyznaje, sam nie wie, ile ich dokładnie ma. Domem dla kolekcji jest stara wieża ciśnień.

W jego kolekcji jest na przykład laska gołębiarka, wyposażona w klatkę, w której można było zamknąć ptaka. Laska emeryta

z dołączoną szachownicą. Są laski paradne, pasterskie lub wyposażone w ukryte atrybuty – na przykład broń.

– Zawsze jest to jakaś historia – opowiada kolekcjoner wskazując, że nie liczebność kolekcji nim kieruje, ale właśnie opowieści i symbolika poszczególnych przedmiotów.  

Obrzęd poświęcenia telefonów komórkowych, tabletów

i laptopów odbył się w parafii w miejscowości Nuvole na granicy włoskich regionów Umbria i Toskania. Rytuał ten towarzyszy obchodom uroczystości patrona kościoła, świętego Błażeja, który od średniowiecza jest też patronem chorych na gardło.

Zwyczaj święcenia telefonów i innych urządzeń wprowadzono w małym kościele pod wezwaniem świętego Błażeja(San Biagio) w 2015 roku – przypomniały lokalne media.

Proboszcz, ksiądz Giorgio Mariotti pobłogosławił najpierw gardła wiernych używając zgodnie ze średniowieczną tradycją skrzyżowanych świec. Następnie przypomniał, że święty Błażej jest też patronem tych, którzy korzystają z telefonów komórkowych. Poświęcił je, a także przyniesione przez wiernych tablety i laptopy oraz wręczył naklejki z wizerunkiem świętego i modlitwą do niego.

Na zakończenie uroczystości kapłan zaapelował do wiernych

o „słuszne i świadome" korzystanie z mediów społecznościowych, internetu i nowych technologii.

– Te dzisiejsze narzędzia wraz nowymi zdobyczami nauki

w dziedzinie sztucznej inteligencji, w jaką są wyposażone, mogą być dobrodziejstwem, środkami prowadzącymi do dobra, pokoju, gościnności, przebaczenia, piękna, dobroci albo wręcz przeciwnie – podkreślił ksiądz Mariotti.

"Gdyby bogowie chcieli, żeby ludzie latali, daliby wszystkim bilety lotnicze."  (Tony Pratchett)

Bruksela walczy z rosnącą liczbą gołębi i sięga po antykoncepcję. Kolejne gminy belgijskiej stolicy się na to decydują, bo ptaki są coraz bardziej uciążliwe.

Przenoszą choroby, pozostawią trudne do usunięcia odchody na budynkach, czy pomnikach, a koszt czyszczenia jest wysoki, około 30 euro na gołębia rocznie – tłumaczą radni brukselskich gmin.

Te stadne ptaki rozmnażają się 12 razy w roku, żyją średnio

5 lat. Plan antykoncepcji, by ograniczyć rosnącą populację spotkał się ze zrozumieniem. „To bardzo dobry pomysł. To może zmniejszyć liczbę gołębi”, „Może rzeczywiście antykoncepcja jest jedynym rozwiązaniem” – komentują mieszkańcy belgijskiej stolicy.

Jednym ze sposobów jest pokrycie kukurydzy środkiem przeciwpasożytniczym, którego efektem ubocznym jest antykoncepcja. Pojemniki z nasionami są umieszczane

w miejscach, gdzie gołębie gromadzą się w dużych grupach.

Władze gmin, które się na to zdecydowały zapewniły po konsultacjach z ekspertami, że nie będzie to miało negatywnego wpływu na zdrowie ani gołębi ani innych zwierząt. 

Pierwsze włoskie buty wykonane ręcznie i zaprojektowane przez sztuczną inteligencję – to rezultat współpracy producenta obuwa z północy kraju i ekspertów z Padwy, działających na polu najnowszych technologii. W podeszwie balerin zamontowano czip, który można połączyć ze smartfonem.

Parę beżowych damskich pantofelków, które powstały przy wykorzystaniu i pod kontrolą sztucznej inteligencji na każdym etapie ich projektowania, przedstawiono na stoisku regionu Wenecja Euganejska podczas światowych targów w Cannes. Poświęcone są one tematyce sztucznej inteligencji.

Dzięki czipowi w podeszwie balerin, łączącym się ze smartfonem można przeczytać ich „cyfrowy paszport” oraz zapoznać się z informacjami na temat producenta i jego historii, pochodzenia skóry oraz pozostałych materiałów

i sposobu wykonania.

Nie podano ceny butów, ale powstały one, jak się zaznacza,

w firmie specjalizującej się w produkcji luksusowego obuwia.

Titus Maccius Plautus (Plaut - ok. 250-ok. 184 p.n.e.), największy komediopisarz rzymski, w swoich utworach odzwierciedlał realia ze współczesnego życia Rzymu. Z jego twórczości zachowało się 21 sztuk. Wzorem swoich poprzedników przekładał na łacinę greckie komedie, przerabiając je i adaptując do upodobań rzymskiego społeczeństwa.

Plaut tworzył komedie charakterów, pomyłek, intryg, farsy. Do swoich utworów wprowadził komizm sytuacyjny, potoczny, dosadny język, rubaszny humor, szybkie tempo gry, sceny baletowe, partie śpiewane, a także tradycyjne postaci: zarozumiały żołnierz, lekkomyślny młodzieniec, surowy ojciec, pobłażliwa matka, sprytny niewolnik. Wszystkie te elementy nadawały sztukom Plauta charakter zbliżony do dzisiejszej operetki czy wodewilu. Dzięki temu autor zapewnił sobie powodzenie nie tylko w antycznym Rzymie, lecz także

w nowożytnej Europie, gdzie jego komedie odżyły w XV wieku.

Najbardziej znane komedie Plauta to "Żołnierz samochwał" (pierwowzór Papkina w "Zemście" Aleksandra Fredry), "Skarb" (wzór dla Skąpca Moliera), "Amfitrion", "Bracia" (komedia sobowtórów wykorzystana przez Williama. Szekspira

w "Komedii omyłek"), "Kupiec".

Facebook – najpopularniejszy obecnie portal społecznościowy ma 20 lat. Od czasu jego uruchomienia przez Marka Zuckerberga w roku 2004 zmieniał się wiele razy, ale cele jego działalności pozostają niezmienione: jednoczenie ludzi oraz zarabianie pieniędzy na reklamach.

/ polonijny kalejdoskop

        marzec/kwiecień '24 (19/20)

Na polskim trójkącie...

Pokaz filmu "Na polskim Trójkącie"
Pokaz filmu "Na polskim Trójkącie" w PaSO
Kadr z filmu "Na polskim Trójkącie"

Zamknięta, uroczysta premiera filmu "Na polskim trójkącie" odbyła się 2 marca'24 w Akademii Muzycznej PaSO.

W godzinach wieczornych zaproszeni goście

i aktorzy-pasjonaci, biorący udział w filmie, mieli okazję do wymiany opinii podczas cocktailu po projekcji.

Pokaz filmu "Na polskim Trójkącie" - cocktail

Akcja filmu „Na polskim Trójkącie”, na podstawie słuchowiska o tym samym tytule, rozgrywa się w Chicago podczas wesela Krystyny

i Johna. Na uroczystość przylecieli goście z Polski. Zderzenie Polaków z kraju i tych z emigracji jest osią opowieści i lustrem,

w którym może się przejrzeć każdy z nas, bez względu na miejsce zamieszkania. Producentem filmu jest chicagowskie Wydawnictwo Evergreen. Gratulacje dla pomysłodawców/twórców słuchowiska - Małgorzaty Błaszczuk  i Ewy Figurski oraz wszystkich pasjonatów, biorących udział w tym projekcie, nie tylko filmowym. 

Oficjalny pokaz filmu odbędzie się 14 kwietnia'24 - szczegóły tutaj. (Projekcja w kościele św. Trójcy nie odbędzie się, przepraszamy

w imieniu Wydawnictwa Evergreen).

/ polonijny kalejdoskop

        marzec/kwiecień '24 (19/20)

Andrzej Krukowski Dzień Teatru

Międzynarodowy Dzień Teatru w Art Gallery Kafe

27 marca obchodziliśmy 62. Międzynarodowy Dzień Teatru. Z tej okazji co roku Międzynarodowy Instytut Teatralny (ITI) publikuje orędzie wybitnego artysty skierowane do teatralnych profesjonalistów, amatorów i miłośników teatru. Odczytał je w całości Andrzej Krukowski, dyrektor artystyczny Teatru Nasz podczas spotkania w Art Gallery Kafe na przedmieściach Chicago. 

W tym roku autorem orędzia jest norweski dramatopisarz, laureat zeszłorocznej Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, Jon Fosse. Jego przesłanie przetłumaczyła z języka norweskiego Halina Thylwe. Oto jego początkowy fragment:

Sztuka to pokój

Każdy człowiek jest niepowtarzalny, a jednocześnie taki sam jak wszyscy inni ludzie. Niepowtarzalność jest zewnętrzna, można ją, rzecz jasna, dostrzec, ale w każdym człowieku istnieje coś wewnątrz, co należy wyłącznie do niego. Możemy to nazwać duszą albo duchem – albo nie musimy nazywać, tylko zostawić.

Ale jednocześnie, mimo różnic, jesteśmy sobie równi. Ludzie ze wszystkich części świata są fundamentalnie równi, niezależnie od języka, którym mówią, od koloru skóry i niezależnie od koloru włosów.

Może to swoisty paradoks, że jesteśmy jednocześnie równi i różni. Może człowiek jest paradoksalny w wyniku napięcia między ciałem a duchem, między tym, co najbardziej przyziemne i immanentne, a tym, co transcenduje owe materialne, przyziemne ograniczenia.

Ale sztuka, dobra sztuka, w zadziwiający sposób potrafi łączyć to, co niepowtarzalne, z tym, co uniwersalne, ba, potrafi sprawić, by niepowtarzalne, ktoś mógłby powiedzieć „obce”, stało się powszechnie, uniwersalnie zrozumiałe. Tym samym sztuka rozsadza granice między językami, częściami świata, krajami. W ten sposób łączy nie tylko to, co cechuje każdego człowieka, ale również, w nieco innym znaczeniu, to, co cechuje grupy ludzi, na przykład narody.

Sztuka nie czyni tego poprzez ujednolicanie wszystkiego, przeciwnie, pokazuje różnice, ba, obcość. W każdej dobrej sztuce właśnie to, co obce, to, czego

w pełni nie rozumiemy, a mimo to na swój sposób rozumiemy, co być może można nazwać enigmatycznym, co fascynuje, ba, co tworzy transcendencję, przekroczenie, jest tym, co wszelka sztuka musi w sobie mieć i do czego musi prowadzić. (...)

W tegorocznym spotkaniu, przy "galeryjnej" kolacyjce spotkali się aktorzy, miłośnicy teatru, dziennikarze... Mimo nielicznego grona było sympatycznie, wspomnieniowo, z planami na przyszłość...

Niebawem, bo już 28 kwietnia 2024 będziemy mieli okazję oklaskiwać Warsztaty Teatralne "Little Stars" i gratulować pomysłodawczyni

i dyrektorce  Agacie Paleczny dwudziestoletniej wytrwałości i zaangażowania, Piotrowi Kukule - wspaniałych scenariuszy przedstawień teatralnych, Maryli Pawlinie barwnych, fantastycznych kostiumów scenicznych, wszystkim rozśpiewanym i roztańczonym Gwiazdom i Gwiazdkom "Little Stars"  uroku

i zaangażowania .

/ polonijny kalejdoskop

        marzec/kwiecień '24 (19/20)

Płyta Grażyny Auguścik

Znakomity koncert Grażyny Auguścik, promujący jej najnowsza płytę

2 The Light tym razem odbył się w Studio 5 Performing Arts Center (1934 Dempster St., Evanston, Illinois).  Towarzyszący wokalistce muzycy: Ben Lewis - fortepian, Jon Deitemyer - perkusja, Ethan Philion - bas, John Kregor - gitara.

O niezwykłych talentach polskiej wokalistki jazzowej Grażyny Auguścik po raz pierwszy przekonałem się wiele lat temu, kiedy występowała w genialnych duetach po portugalsku (w języku, którego nie zna!) z brazylijskim mistrzem jazzu Paulinho Garcią. Następnie współpracowała z naszym przyjacielem, pianistą Benem Lewisem, nad wspaniałą kolekcją jazzowych interpretacji wokalnych utworów Chopina. Ta niezwykle utalentowana kobieta nie boi się artystycznych wyzwań. Wręcz przeciwnie, szuka ich, a potem po prostu je przytula

i realizuje... Jest pełna uczuć, nieustraszona i nigdy nie przestaje dostarczać czegoś pięknie prowokującego do myślenia. Grażyna właśnie wydała nową płytę 2 The Light i świętowała jej wydanie na naszej scenie w absolutnie gwiazdorskim gronie. Jestem zaszczycony. Nie mogę się doczekać kolejnego jej występu – Steve Rashid, właściciel/kurator Studio5.

/ polonijny kalejdoskop

        marzec/kwiecień '24 (19/20)

Festiwal góralski

Konkurs
Poezji
i Gawędy
Góralskiej

 “….Mowo ojców i braci,

i moja gwaro podhalańsko!

           Hej moja miyło,

           zalubiyłek sie w Tobie na śmierzć.

Wysłaś ku mnie z siklawic tynce,

ze słonecnej mgiełki i leluje kwiatu….

Przyniós mi cie sum wiatru i sum orlik skrzydeł,

       i śpiyw dziywek z polany…..

      Wzionek cie na rynce

i idem z Tobom pokozać cie światu.”

         Stanisław Nędza Kubiniec

W ostatnich dniach lutego 2024 odbył się VIII Konkurs Poezji i Gawędy Góralskiej 2024. To święto  podhalańskiej gwary, która jest jedynym

z ważnych i nieodłącznych elementów podhalańskich tradycji.

Szczególny zachwyt i podziw wywoływały recytacje w wykonaniu najmłodszych uczestników, urodzonych poza granicami Polski i to szczególnie do nich zwracał się prezes Związku Podhalan w Północnej Ameryce (ZPPA), Stanisław Sarna, otwierając wraz z wiceprezeską Katarzyną Chlebek, kolejny doroczny konkurs w Chicago.

Pomysłodawczynią konkursu jest Helena Studencka, była sekretarz generalna ZPPA, obecnie korespondentka i prowadząca  Radio ZPPA

w Chicago. 

/ portrety

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Wokół jego życia i  twórczości narosły mity. Że to autor baśni dla dzieci, smutnych, nierzadko niedających nadziei, bo i sam Hans Christian Andersen dorastał w  strasznych warunkach. Że charakterem zrażał do siebie ludzi, że w jego zapiskach można doszukać się dowodów na homoseksualne skłonności.

O  zupełnie innym człowieku i autorze opowiada wybitna andersenolożka, tłumaczka jego utworów

i  „Dzienników” – Bogusława Sochańska. 

andersens-fairy-tales

Hans Christian Andersen

– życie jak z baśni

ZOFIA FABJANOWSKA-MICYK

Baśnie dla dzieci. Z tym kojarzy się nazwisko Andersena.
To mit chyba najbardziej dla Andersena krzywdzący. Że pisał tylko dla dzieci. Pomijając już, że jest także autorem powieści, sztuk teatralnych, wierszy, takie podejście bardzo zubaża również odbiór jego baśni, w których zawsze są dwa poziomy opowieści. Jedna przeznaczona dla najmłodszego czytelnika. Druga dla dorosłego.

Weźmy chociażby mniej u nas znaną baśń „Motyl”. Dziecko odbiera to jako ładną historyjkę o owadzie, który lata z kwiatka na kwiatek. Natomiast dla dorosłego dość czytelne będzie, że to opowieść o starokawalerstwie i niemożności znalezienia sobie odpowiedniej partnerki. W „Motylu” są nawet elementy erotyczne, dorosły czytelnik nie powinien mieć problemu z ich odszyfrowaniem. Co prawda w wielu przekładach ich nie znajdzie. Między innymi i w tym przez długie lata u nas w Polsce najbardziej znanym, zwanym Iwaszkiewiczowskim. W tym przekładzie przebiśniegi, które motyl określa jako „wprawdzie urocze i ładne, ale jeszcze niedojrzałe, jeszcze nie dla niego”, czyli w rzeczywistości 14-letnie konfirmantki, na które mężczyzna może już spoglądać z pożądaniem, zamieniają się w małe dziewczynki w białych sukienkach idące do komunii, zupełnie niewinne. Siła zmitologizowania twórczości Andersena jest tak wielka, że wiele osób nie dopuszcza takich interpretacji.

Czy tylko my, Polacy, tak go czytamy?
Nie. Podstawą do większości polskich przekładów są niemieckie tłumaczenia. Proces przerabiania Andersena rozpoczął się, moim zdaniem, w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to literatura dla dzieci była już świadomie wykorzystywana jako narzędzie edukacji. Andersena przykrawano do takich potrzeb. Trzeba pamiętać, że on często pokpiwał z dorosłych, wyśmiewał metodycznie przemądrzalstwo profesorów, ludzi wykształconych. Inna sprawa, że te dwuznaczności są trudne do przełożenia, to humor nierzadko oparty na grze słów.

Mówisz o humorze, a ja pamiętam z dzieciństwa same smutne baśnie.
No właśnie, a dla Duńczyków najważniejszą cechą utworów Andersena jest błyskotliwy humor.

Trudno mi to zrozumieć, kiedy przypominam sobie np. historię „Dziewczynki z zapałkami”.
To prawda, że u Andersena obecna jest śmierć. Tak, główna bohaterka umiera, ale baśń nie kończy się tragicznie. Kończy się wspaniale – dziewczynkę do krainy wiecznej szczęśliwości zabiera babcia. I chociaż niektórym trudno będzie w to uwierzyć, jest w tej opowieści wiele naprawdę zabawnych momentów. Na przykład kiedy dziewczynka wyobraża sobie, że pieczona kaczka maszeruje przez stół z widelcem wbitym w grzbiet. Może się to wydawać makabryczne, ale to w rzeczywistości humor, który znamy na przykład

z kreskówek. Komizm kryje się tu także w języku, w opisie.

Podobno matka Andersena w dzieciństwie żebrała na ulicy. Ojciec był szewcem. Nie wiodło im się najlepiej.
Szewcem, ale też niespełnionym artystą. Nie lubił szycia butów, marzył, żeby uzyskać wykształcenie, ale jemu się nie udało. Był człowiekiem nowoczesnym, czytał gazety, interesował się polityką, był krytyczny wobec religii, regularnie zabierał rodzinę na spektakle. Zbudował też Hansowi Christianowi teatrzyk w domu, szył kostiumy, robił scenografię. Wiadomo, że to od niego Andersen zaraził się miłością i do teatru, i do książek. Matka pisarza była analfabetką, za to w odróżnieniu od męża była bardzo praktyczna. Ojciec Hansa Christiana, ulegając ówczesnym nastrojom, dołączył na jakiś czas do wojsk napoleońskich, zdaje się, że miał romantyczną wizję swojej wojaczki. W rezultacie zrujnował sobie całkowicie zdrowie. Po jego śmierci żona utrzymywała siebie i syna głównie z prania, robiła, co się dało, żeby mieli z czego żyć.

Bała się, że wyrasta jej pod nosem drugi fantasta, chciała, żeby miał fach, posłała go więc do fabryki na termin krótko po konfirmacji. Ale wcześniej, kiedy miał niespełna sześć lat, dopilnowała, żeby poszedł do szkoły. Mało tego, ta prosta, niepiśmienna kobieta zastrzegła sobie, że jej dziecka nie wolno w tej szkole bić, i to w czasach, w których kary cielesne uważano za coś zupełnie normalnego, a nawet pożądanego w procesie wychowania.

Dla wielu ludzi zaskoczeniem może być to, że Andersen marzył o karierze aktora.
Wizja, że może tworzyć światy na żywo przed publicznością, przez pewien czas zdominowała jego wyobraźnię. Chociaż Andersen pisał od dzieciństwa.

Jego matka ponownie wyszła za mąż, także za szewca, o którym pisze się, że był bardzo przyzwoitym ojczymem, chociaż na pewno nie był człowiekiem tego formatu co ojciec. Żadnej już inspiracji Hans Christian w domu nie znalazł. Poza tym był zachłyśnięty teatrem. Niewątpliwie miał słuch muzyczny, pobierał nawet potem lekcje u dyrektora chóru przy Teatrze Królewskim w Kopenhadze. Niestety, wkrótce przyszła mutacja i musiał się pożegnać z karierą muzyczną. Na aktora też się nie nadawał.

Na pewno nie sprzyjały mu warunki fizyczne.
Współcześni mu mężczyźni mieli średnio 160 cm, on bliżej 190. Do tego nosił jeszcze wysoki kapelusz. Miał duże stopy, mógł wydawać się niezgrabny. Ale miał interesującą twarz, szlachetny profil. Na fotografiach ma zawsze zamknięte usta, może miał nieładne zęby? Tego nie wiemy. Moim zdaniem jednak zdecydowanie nie był brzydki.

Jak to się stało, że chłopiec z biednej rodziny nie tylko wyjechał, lecz także utrzymywał się i kształcił w Kopenhadze?
Do stolicy wybrał się jako 14-latek, częściowo na gapę, częściowo z pieniędzy, które sobie zebrał. A ponieważ w bibliotekach dostępne były wtedy książki teleadresowe, od razu zlokalizował domy znanych ludzi, których postanowił prosić o pomoc. Zapukał do drzwi wspomnianego już dyrektora chóru. Otworzyła mu ochmistrzyni, której powiedział o sobie kilka słów, a że miał niezły – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – auto-PR, natychmiast podbił jej serce, tak jak będzie potem podbijał serca wielu, wielu ludzi. Można sobie wyobrazić, że ochmistrzyni poszła po prostu do właściciela domu i powiedziała mu, że oto w jego kuchni siedzi takie niezwykłe dziecko. Traf chciał, a może po prostu sprytny młody człowiek doskonale to wiedział, że akurat tego wieczoru w domu była kolacja, na którą zaproszono grono ważnych postaci. Chłopak wszedł, zaczął śpiewać, odegrał scenę z jakiejś sztuki, a panowie postanowili się zrzucić do kapelusza. Zebrała się kwota, która umożliwiła mu wynajęcie pokoju, wyznaczono opiekuna, od którego Andersen miał odbierać ją w ratach. Zadbano też o jego dalszą edukację.

W którym momencie życia odnosi międzynarodowy sukces?
Jeszcze w gimnazjum, do którego trafił dzięki pomocy wspomnianych mecenasów i przyznanemu mu stypendium królewskiemu, napisał wiersz „Umierające dziecko”. Prawdopodobnie pierwszy w historii literatury utwór napisany z perspektywy dziecka. Był tu także język absolutnie przełomowy, bo stylizowany na mówiony. W 1829 roku dwudziestoparoletni Andersen po raz kolejny zostaje zauważony dzięki debiutowi prozatorskiemu. I wreszcie wielki sukces, który umocnił jego pozycję w świecie literatury: „Improwizator”, pierwsza w historii duńskiej literatury powieść współczesna, psychologiczno-społeczna. Pisano powieści ku pokrzepieniu serc, ale nie takie; jest to notabene opowieść o baśniowej karierze biednego dziecka. Pierwsze zeszyciki z baśniami powstają dopiero po wydaniu „Improwizatora”. Z początku nie wywołały wiele zamieszania, za to bardzo wówczas znany fizyk – o tych samych co pisarz imionach – Hans Christian Ørsted, odkrywca elektromagnetyzmu, ale też filozof, jedna z osób, która wspierała Andersena, poznał się na nich od razu. Pisarz pokazał mu baśnie, zanim jeszcze oddał je do druku. Usłyszał znaczące zdanie: „»Improwizator« uczyni pana sławnym, ale baśnie uczynią pana nieśmiertelnym”. Zabawne, bo Andersen donosił o tym w liście do swojej przyjaciółki z własnym komentarzem: „Ja tak nie sądzę”.

A co z życiem uczuciowym Andersena? Podobno był homoseksualistą, dlatego nigdy nie założył rodziny.
Sama uległam kiedyś urokowi świetnie napisanej biografii, gdzie pojawia się taka teza. Ale po latach bardzo wnikliwych badań absolutnie nie mogę się z nią zgodzić. Nie twierdzę, że Andersen nie miał też pociągu do mężczyzn. Nie mam żadnych podstaw, żeby tak wyrokować. Tak jak nie mamy żadnych dowodów, że miał pociąg. Homoseksualistą nie był na pewno, za dużo w źródłach dowodów na jego fascynacje kobietami. Denerwuje mnie jednak, jak łatwo wysnuwa się bezpodstawne wnioski. „Już Kierkegaard zauważył, że Andersen jest biseksualny” – badacze chętnie cytują jeden drugiego, powielając to samo zdanie. Tymczasem gdyby rzeczywiście przeczytali tekst Kierkegaarda, w którym przyszły wybitny filozof, a wtedy jeszcze debiutujący młody chłopak, krytykuje powieść Andersena, wiedzieliby, że to bzdura.  Kierkegaard pisze o „pierwszej i drugiej potencji”, czyli o prozie i poezji. Pisze, że w tej drugiej potencji dopuszczalne – a nawet pożądane – jest, żeby miała ona w sobie dwa aspekty, tak jak 

andersen-hansc
andersen-hansc
andersen-hansc

Na zdjęciach  Hans Christian Andersen i fragment opowiadania "Dziewczynka z zapałkami" / domena publiczna

dwa pręciki na kwiatku: męski i żeński. Czytaj: poeta musi mieć w sobie pierwiastek kobiecy, żeby był dobrym poetą, natomiast w przypadku prozy potrzebny jest jednak silny mężczyzna, który napisze coś użytecznego. Zarzut Kierkegaarda jest taki, że Andersen nadaje się do pisania poezji, ale nie dobrej prozy. Wystarczy wyrwać z kontekstu fragment o potencji, pręcikach męskim i żeńskim

i powstaje „dowód” na biseksualizm Andersena. Inne „dowody” na jego skłonność do mężczyzn to także nadinterpretacje i domysły.

Z całą pewnością stwierdzić można, że kochał się w czterech kobietach. Nie miał szczęścia. W trzech pierwszych przypadkach był zwyczajnie zbyt biedny, żeby im się oświadczyć. To były kobiety o wyższej niż on pozycji społecznej. Czwarta wybranka była równie niskiego urodzenia, a Andersen był już na tyle znany i zamożny, że ten związek miałby szansę na powodzenie. Ale z kolei ona nie była zainteresowana nim erotycznie. Jest też przypuszczenie graniczące z pewnością, że Andersen nigdy nie zaznał miłości fizycznej.

zdjęcie

Kopenhaski pomnik Hansa Christiana Andersena / Wikipedia / domena publiczna

Człowiek, który tyle podróżował, spotkał na swojej drodze tylu ludzi…
Jego stosunek do seksualności był bardzo skomplikowany.

W „Dziennikach” są krzyżyki, które – jak się wydaje – oznaczać mogą akty masturbacji, z którymi prowadził nieustanną walkę. Moim zdaniem postrzegał je jako grzech. Był bardzo religijny, choć nie był blisko Kościoła. I dbał o czystość, w sensie duchowym i fizycznym. Dochodzą do tego realia XIX wieku; musimy pamiętać, że to czasy całkowitego zafałszowania sfery seksualności człowieka. Skądinąd wszyscy wiedzieli, że istniały burdele.

Z „Dzienników” pisanych bez wątpienia dla siebie – są tam bowiem tak prywatne zapiski jak ten o wysypce na penisie – dowiadujemy się, że Andersen też kilka razy wybiera się do domu publicznego. I za każdym razem kończy się to rozmową z prostytutką, nie potrafi się przemóc. Jest też takie jego wspomnienie z fabryki – tej, gdzie jako chłopiec umilał innym czas swoim śpiewaniem. A że śpiewał sopranem, znaleźli się mężczyźni, którzy zakpili z niego, pytając, czy nie jest aby dziewczyną, po czym ściągnęli mu spodnie. To mogło mieć wpływ na jego seksualność. Wiadomo również, że dorosły Hans Christian bardzo bał się choroby wenerycznej, która zrujnowałaby mu karierę. Akceptowano go, bo był czysty, poprawny, szlachetny, utalentowany.

Myślisz, że był szczęśliwym człowiekiem?
Miał swoje cierpienia, niespełnienia, ale na drugiej szali były tak poważne atuty, że absolutnie nie można powiedzieć, że był nieszczęśliwy. Nie umierał w samotności, otoczony był przyjaciółmi – do samego końca troskliwie się nim opiekowali. Uważa się, że zmarł na raka wątroby, który rozwijał się kilka lat. Upuszczano mu krew, bez przerwy robiono lewatywy.

Miał bóle, uspokoiły się dopiero, kiedy zaczęto mu podawać morfinę.

Jakiś czas nie potrafił się pogodzić z tym, że się zestarzał i że odchodzi. Ale ostatni etap to już pełne pogodzenie.

Szczęście ma bardzo wiele odcieni. Dla mnie taka nauka wypływa z jego życiorysu. W „Dziennikach” Andersen tyle razy nie dowierza swojej sławie, postrzega ją w kategoriach cudu. Pisze, że to, co mu się przydarzyło, jest jak baśń.   (zwierciadlo.pl - archiwum) 

/ reportaż

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

DAMIAN NOWICKI

Zdjęcia: Fundacja Czerwone noski

Fundacja Czerwone Noski 3

Klowni medyczni. Żadnej nadgrywki,
tylko goły człowiek 

Fundacja Czerwone Noski 4

Bycie klownem medycznym jest teatrem pozbawionym niepotrzebnego blichtru, koncentrującym się na największym sensie, czyli spotkaniu z drugim człowiekiem.

Aleks Pittner ma dziewięć lat i ksywkę „Chrupek”. Jest ciekawy świata, radosny, mówią o nim „do schrupania”. Za dnia nie zwraca uwagi na ból. Dopiero nocą odczuwa całodzienne obciążenie zdeformowanego kręgosłupa. To dysplazja diastroficzna, niezwykle rzadka choroba genetyczna, która dotyka jedną na 110 tysięcy osób. Powoduje niskorosłość, uszkodzenia stawów, chory ma krótkie ręce i nogi, bolesne przykurcze, jego kości szybciej się starzeją.

Wiosną 2018 roku Chrupek leżał na oddziale rehabilitacji w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu. Podczas intensywnych sesji rehabilitanci rozciągali jego przykurczone nogi i zwichnięte ręce. Bolało, budziło ogromny lęk i wywoływało stres. W trakcie jednego ze spotkań do Chrupka dołączyli klowni medyczni z fundacji Czerwone Noski. Ubrani

w kolorowe stroje, z czerwonym nosem założonym na maseczkę, rozciągali się razem z nim.

– Mylili ręce z nogami, przewracali się, sapali, nie mogli zrobić najprostszych ćwiczeń, ale wciąż próbowali. Chrupek nie rozumiał, co się dzieje, ale coraz większa niezdarność klownów sprawiała, że zapominał o bólu, a sesja nie tylko skończyła się znacznie szybciej, lecz także bezstresowo. Wygłupy, żarty, rozproszenie uwagi i przeniesienie jej na klownów to zupełnie inna, psychosomatyczna forma pomocy, znacznie skuteczniejsza niż działające tylko fizycznie środki przeciwbólowe. Na przykład dwa lata temu, dosłownie dzień po ciężkiej operacji w Warszawie, Chrupek nalegał na wizytę Nosków. Był wtedy cały w bandażach, przypięty do aparatury, w poważnym stanie. Gdy przyszli, tryskał energią i optymizmem – podkreśla Adrian, ojciec Chrupka.

Jakiś czas później, tuż przed operacją w Wiedniu, Chrupek ponownie spotkał klownów. Dowiedział się wtedy, że to nie jest jednorazowa atrakcja, ale zorganizowana inicjatywa. Od tamtego czasu, przy każdej kolejnej wizycie, dopytuje się, czy na pewno Noski będą podczas jego rehabilitacji.

– Chrupek traktuje klownów jak swoich kolegów. Między nimi nie ma dystansu czy bariery i już od pierwszych piosenek czy zabaw natychmiast nadają na tych samych falach. Co więcej, mimo swoich dziewięciu lat, Chrupek już teraz ma takie pythonowskie, czytaj absurdalne i surrealistyczne poczucie humoru, które idealnie rezonuje z występami Nosków – twierdzi Adrian.

– Najbardziej lubię, jak śpiewamy piosenki, które razem układamy. Ostatnio nawet była piosenka o mnie, a Noski przyszły z pierdzącą świnką! – chwali się Chrupek.

Magicy, aktorzy, instrumentaliści

Fundacja Czerwone Noski Klown w Szpitalu z Warszawy jest częścią międzynarodowej organizacji Red Noses International, która zajmuje się klownadą medyczną, czyli krótkimi formami improwizacji teatralnej dokonywanej z pacjentami, aby poprzez śmiech odetchnęli od szpitalnej rzeczywistości wypełnionej bólem, chorobami i stresem. Inicjatywa narodziła się w 1994 roku za sprawą dwojga Austriaków: Moniki Culen, adwokatki specjalizującej się w sprawach humanitarnych, oraz Giory Seeligera, aktora i reżysera teatralnego. Poza swoją siedzbą w Wiedniu Red Noses International leczy śmiechem w kilkudziesięciu miastach Europy, Afryki oraz Azji Środkowej.

W Polsce, nie licząc stolicy, Noski odwiedzają jedenaście szpitali w siedmiu miastach nawet trzy razy w tygodniu. W Warszawie można ich spotkać między innymi w Instytucie „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” (zwyczajowo zwanym Centrum Zdrowia Dziecka) oraz w klinice Budzik, gdzie przychodzą improwizować już od ponad dekady. Odwiedzają też dorosłych mieszkańców domów pomocy społecznej. Fundacja utrzymuje się z wpłat darczyńców.

Obecnie w zespole Nosków pracują dwadzieścia trzy kobiety

i dwudziestu jeden mężczyzn. Aby grupa była zróżnicowana, fundacja co jakiś czas ogłasza kolejne castingi. Oprócz pełnoletności wymagane jest konkretne doświadczenie: poszukiwani są przede wszystkim aktorzy, muzycy, komicy

i mimowie z udokumentowanym dorobkiem artystycznym (zdjęcia, referencje, dyplomy, nieważne, czy to deski teatru, reklama, czy występy w przejściu podziemnym). Nawet praktyka bycia klownem nie gwarantuje powodzenia, bo wymagane są wszechstronne umiejętności sceniczne. Trzeba umieć nie tylko grać, ale też śpiewać i używać drobnych instrumentów muzycznych, jak ukulele, kalimba czy dzwonki. Nosek musi też znać magiczne sztuczki.

Aktorskie ego a bycie głuptasem

Hubert Kożuchowski ma czterdzieści sześć lat. W przerwach od grania, między innymi inspektora Wawerskiego w serialu Sprawiedliwi – Wydział Kryminalny i reklamach, często występował dla młodszej widowni, sprawiało mu to największą frajdę. O istnieniu fundacji usłyszał siedem lat temu, podczas występów z amatorskimi i alternatywnymi grupami teatralnymi w Poznaniu. Noski są znane w środowisku aktorskim z bardzo wysokiego poziomu artystycznego. Początkowo Hubert myślał o klownadzie w kategoriach przygody i liczył głównie na rozwój warsztatowy.

Fundacja Czerwone Noski
Czerwone_Noski_na_bloku_operacyjnym_USD_w_Krakowie_2

Dziś twierdzi, że dostał się dopiero za drugim podejściem, ponieważ potrzebował czasu, aby dorosnąć do tej roli.

– Aby zrobić z siebie głuptasa, a także wywołać pozytywne emocje, trzeba głębi charakterologicznej. Zrozumiałem to dopiero po ponad roku od pierwszego castingu. Wcześniej włączało mi się aktorskie ego, koniecznie chciałem pokazać coś fajnego i wypaść jak najlepiej. Przy drugim podejściu zrozumiałem, że klownada jest przeciwieństwem „poważnego” aktorstwa, w którym celem jest pokazanie się

z najkorzystniejszej strony. Aktorzy budują, robią efekt, błyszczą, a tu chodzi o coś odwrotnego – wyjaśnia Hubert.

Wcieleniem Huberta jest doktor Kalafior – w białym kitlu, koszuli w kratę i drucianych okularach gra na ukulele i zawsze ma przy sobie różową świnkę chrumkająco-pierdzącą. Najczęściej pracuje około trzech godzin. W zależności od potrzeb chodzi z sali do sali, jest na jednym oddziale albo krąży między kilkoma. 

Sekundę po założeniu czerwonego noska jego życie staje się improwizacją. Oficjalnie przychodzi zrobić obchód i porozmawiać

z podopiecznymi, ale zamiast na chorobie i cierpieniu skupia uwagę pacjentów na jakiejś abstrakcyjnej sytuacji. Przewraca się, jest straszną niezdarą, myli drzwi z oknem.

– Na przykład opieramy się o framugę i udajemy, że to nasza scena, na której przygotowujemy piosenkę do konkursu zgniłych jajek,

i prosimy dzieci, aby powiedziały, czy im się podoba. Klownów medycznych, podobnie jak lekarzy, obowiązuje zasada primum non nocere (z łac. „po pierwsze nie szkodzić”), a nasza niekonwencjonalna forma pomocy jest stronnicza i jednej osobie może ulżyć,

a drugą – przytłoczyć. Kiedy widzimy niechęć czy płacz, bo tak też się zdarza, wtedy improwizujemy śpiewno-taneczne pożegnanie,

a cała interakcja opiera się na wychodzeniu. W tej pracy śmiech jest wisienką na torcie. Chodzi o odwrócenie uwagi dzieci od tych strasznych rzeczy, które je otaczają – podkreśla Hubert.

Najważniejsze: podmiotowość dziecka

W przeciwieństwie do scenicznego pierwowzoru klownada medyczna łączy w sobie zarówno elementy artystyczne, jak

i terapeutyczne. Praktykuje się ją zazwyczaj w szpitalach i ośrodkach, gdzie pacjenci narażeni są na lęk i ból. Ponieważ dzieci są głównymi odbiorcami improwizacji, klowni najczęściej rezydują w szpitalach pediatrycznych. Obowiązuje w nich pewna hierarchia. Do lżejszych oddziałów należy na przykład diabetologia. Tam dzieci funkcjonują w miarę samodzielnie, a reakcja na działania klownów jest natychmiastowa. Najcięższe są oddziały onkologii dziecięcej, gdzie klowni mierzą się z wymagającymi fizycznymi objawami chorób i śmiercią pacjentów. Wyzwaniem są wizyty w warszawskiej klinice Budzik, w której przebywają dzieci w śpiączce lub

w minimalnym stanie świadomości, i nie ma pewności, czy docierają do nich bodźce. (...)

Najbardziej zapadła mu w pamięć historia z kliniki Budzik. Pewnego dnia zobaczyli dużą planszę z naklejonymi kartkami A4. Każda

z dwoma lub trzema słowami. Układały się w wypowiedź: „Jestem, czuję, widzę, słyszę, kiedy wchodzisz do mojego pokoju, powiedz mi «Cześć, jak się masz?» i zapytaj, co u mnie słychać”. Okazało się, że napisała to dziewczynka, do której Noski przychodziły już jakiś czas, ale kontakt z nią był bliski zeru. Litery były strasznie koślawe, ale z pomocą terapeutki napisała to sama.

– To było tak przejmujące, że poszedłem do dyrektora szpitala i zapytałem, czy możemy ten wzruszający przekaz sfotografować

i umieścić na stronie internetowej. Powiedział, że oczywiście, ale powinienem zapytać autorkę. Poczułem się wtedy jak skończony idiota. Przecież ona właśnie o tym pisała! Na szczęście sama dziewczynka się o tym nie dowiedziała, ale dostałem wtedy lekcję, że

w parze z wygłupami nie możemy zapominać o najważniejszej rzeczy, czyli o podmiotowości dzieci i ich świadomości – podkreśla.

Dobro ponad ambicjami

Klownada medyczna jest nierzadko pracą jeden na jeden z ludźmi w różnym wieku (Noski stosują też terapię śmiechem podczas spotkań z seniorami w domach pomocy społecznej) i dysfunkcjami psychofizycznymi. Dlatego empatia, otwartość, umiejętność współodczuwania, a także poczucie humoru i dystans do siebie są bardzo ważne. Oprócz wymogów warsztatowych ważna jest umiejętność obchodzenia się z bodaj największą niesprawiedliwością: śmiercią dzieci. Mimo procedur i zasad, spośród których podstawowa mówi, że klownada zaczyna się i kończy na czerwonym nosie, po jego zdjęciu każdy klown musi wypracować swój system granic oraz mechanizmów powrotu do zwykłego funkcjonowania. (...)

Jako doświadczona klownka Agnieszka (jedna z partnerek Huberta - red.) podkreśla, że na początku przygody z Noskami najbardziej pociągała ją możliwość kontaktu z ludźmi w okolicznościach, do których bez tej pracy nie miałaby dostępu w codzienności.

W przeciwieństwie do części aktorów i performerów nigdy nie myślała o klownadzie w kategoriach misji czy wyzwania, ale raczej zaproszenia do innego świata, do przebywania w przestrzeni granicznej, w której nie istnieją gotowe odpowiedzi, a same znaki zapytania. Dzięki temu mogła zobaczyć i zrozumieć, jak trudna jest praca w szpitalu, szczególnie z psychiczno-emocjonalnej perspektywy.

– Dla mnie klownada polega na tym, że za pomocą patrzenia, słuchania, otwartości na wszystko, co się może wydarzyć, i reagowania

z poziomu serca totalnie zmienia się atmosferę przestrzeni. Żadnej nadgrywki, tylko goły człowiek, czerpiący z emocji, które go otaczają tu i teraz. Mimo że po trzech godzinach takiego grania jestem wykończona i tego dnia nie zrobię nic poważniejszego niż obiad czy spacer, staram się skupiać na tych magicznych momentach – podsumowuje Agnieszka.      (fragmenty reportażu o tym samym tytule; Pismo - Magazyn opinii)

/ nauka

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Linie papilarne

JAKUB RYBSKI

...zwane również dermatoglifami, to unikalne ślady skórne, które znajdują się na palcach dłoni i stóp ssaków naczelnych oraz ludzi. Pełnią dwie podstawowe funkcje. Zwiększają przyczepność kończyn chwytnych oraz są aparatem percepcyjnym. Tuż pod powierzchnią naskórka znajdują się bowiem nerwy.

Dotychczas uważano, że każdy układ linii papilarnych jest wyjątkowy dla każdego człowieka. Właśnie dlatego cecha ta stosowana była w dziedzinach, które wymagały identyfikacji tożsamości. Od weryfikacji użytkownika, który chce odblokować swój telefon, po wykrywanie przestępców. Najnowsze badania naukowców z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku wykazały jednak, że nie wszystkie ślady są unikatowe. W rozwiązaniu tego problemu pomogła sztuczna inteligencja.

Zespół Columbia Engineering Undergraduate stworzył model AI, który miał za zadanie przeanalizowanie olbrzymiej bazy danych odcisków palców. W sumie sztuczna inteligencja miała do zbadania ok. 60 tys. linii papilarnych. Okazało się, że były przypadki, gdy para linii należała do tej samej osoby, ale do różnych palców, a niekiedy do dwóch zupełnie innych osób. 

Jednak, gdy naukowcy chcieli opublikować artykuł w jednym z prestiżowych czasopism naukowych, spotkali się z odrzuceniem. Recenzenci uznali, że baza danych jest zbyt mała, żeby podważyć tezę o unikalności linii papilarnych. Zespół nie poddał się i zebrał więcej danych oraz usprawnił model sztucznej inteligencji, aby otrzymane wyniki były jeszcze dokładniejsze.

W końcu udało się i praca inżynierów z Columbii doczekała się publikacji w najnowszym wydaniu „Science Advances”. – To odkrycie było zbyt ważne, aby je zignorować – mówił Hod Lipson, jeden z autorów pracy. – Odkrycie może sprawić, że nawet niewinni ludzie mogą zostać uniewinnieni w wyniku błędnego porównywania linii papilarnych – powiedział Lipson.

W badaniu czytamy, że AI wykorzystała zupełnie nowe podejście do analizy linii papilarnych, a dokładność wynosi ok. 77%. – Sztuczna inteligencja skupiała się głównie na kwestiach związanych z kątami i krzywiznami wir i pętli na środku odcisku palca – napisali badacze.

Autorzy przyznają jednak, że zdają sobie sprawę, że nie jest to wynik idealny, który prowadzi do ostatecznego rozstrzygnięcia problemu. Może być jednak początkiem nowej drogi w dziedzinie kryminalistyki.

– Wyobraźmy sobie, co jednak się stanie, gdy maszyna będzie miała do dyspozycji miliony, zamiast tysięcy odcisków palców. Nasze badania to dopiero początek – powiedział Judah Goldfeder, współautor i inżynier z Uniwersytetu Columbia.

Autorzy przyznają również, że problemem mogą być potencjalne uprzedzenia modelu sztucznej inteligencji. Chodzi m.in. o płeć i rasę. Żeby uniknąć tych komplikacji, AI musi mieć do dyspozycji dużo mniej ograniczoną bazę danych. Obecna – choć duża – jest i tak niewystarczająca. Badacze przyznają jednak, że ich odkrycie jest kolejnym dowodem na to, jak dużo możemy zawdzięczać sztucznej inteligencji.

– Wiele osób uważa, że AI tak naprawdę nie może dokonywać nowych odkryć. Ale te badania są przykładem tego, w jaki sposób nawet dość prosty model sztucznej inteligencji może dostarczać wskazówek i spostrzeżeń, których eksperci nie dostrzegali od dziesięcioleci – powiedział Goldfeder.     (Uniwersytet Columbia)

/ nauka

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Infekujące wirusy

MAGDALENA SALIK

Wieloletnia zmarzlina pokrywa jedną piątą lądu na półkuli północnej. Choć kojarzy się z lodem, jest to w istocie część skorupy ziemskiej, która stale znajduje się w ujemnej temperaturze. Kiedyś nazywało się ją wieczną zmarzliną. Jednak ostatnio to określenie straciło rację bytu. Z powodu podnoszenia się średniej temperatury globu, permafrost zaczął rozmarzać.

Niektóre jego warstwy pozostawały zamrożone przez setki tysięcy lat. Tak więc mamy do czynienia z czymś podobnym do prehistorycznej lodówki, która właśnie straciła zasilanie. Wszystko, co się w niej znajdowało, roztapia się wraz z lodem i ogrzewającą się ziemią. I – czasami – wraca do życia.

– Najważniejsze cechy wieloletniej zmarzliny: jest zimna oraz pozbawiona tlenu i światła – mówi Jean-Michel Claverie z Uniwersytetu Aix-Marseille cytowany przez „Guardiana”. – To idealne warunki do przechowywania materiału biologicznego. Gdyby umieścić

w wieloletniej zmarzlinie jogurt, po 50 tys. lat nadal mógłby być jadalny.

Następna pandemia z północy?

A co z prehistorycznymi mikroorganizmami? Scenariusz opowiadający o patogenie z Arktyki, który pochodzi z wieloletniej zmarzliny

i może zaatakować ludzkość, dotychczas był wykorzystywany przede wszystkim przez popkulturę. Jednak powstawanie seriali typu „Fortitude” nie oznacza, że nie należy traktować go serio.

– Obecnie analizy zagrożeń pandemicznych skupiają się na chorobach, które mogą pojawić się na południu globu i stamtąd rozprzestrzenić na północ – zauważa Jean-Michel Clavierie. – Natomiast bardzo mało uwagi poświęca się wybuchowi pandemii, do którego może dojść w północnych rejonach Ziemi. Moim zdaniem to niedopatrzenie. Są tam wirusy, które mogą zaatakować ludzi

i spowodować nową epidemię – uważa badacz.

Wielkie wirusy z Syberii

Ostrzeżenia Claveriego należy potraktować poważnie. To właśnie jego zespół w 2014 roku jako pierwszy wyizolował żywe wirusy

w syberyjskiej wieloletniej zmarzlinie. Patogen nazwany Pithovirus sibericum pochodził sprzed 30 tys. lat. Nie przeszkodziło mu to zaatakować współczesnych ameb.

W zeszłym roku Jean-Michel Claverie opublikował kolejne badania. Tym razem naukowcy donosili w nich o odkryciu kilku różnych szczepów wirusów, znalezionych w różnych miejscach na Syberii. Jeden z patogenów miał 48 tys. lat. Mimo to wszystkie potrafiły infekować żywe kultury komórkowe.

– Wirusy, które wyizolowaliśmy, mogły infekować jedynie ameby i nie stanowiły zagrożenia dla ludzi – stwierdza Claverie. − Nie oznacza to jednak, że inne wirusy – obecnie zamrożone w wieloletniej zmarzlinie – mogą nie być w stanie wywoływać chorób u ludzi. Zidentyfikowaliśmy na przykład ślady wirusów ospy i herpeswirusów, które są dobrze znanymi patogenami ludzkimi.

Duży ruch na Syberii

Niestety Alaska, Syberia i Arktyka ocieplają się szybciej niż reszta globu. Po pierwsze, powoduje to rozmarzanie wieloletniej zmarzliny. Jednak prawdziwe zagrożenie kryje się w czymś innym.

− Niebezpieczeństwo stanowi inny skutek globalnego ocieplenia: zanik lodu morskiego w Arktyce – opowiada Claverie. – Spowoduje to wzrost żeglugi i rozwój przemysłu na Syberii. Planowane są ogromne prace wydobywcze, które będą obejmowały wybicie ogromnych dziur w głębokiej wieloletniej zmarzlinie w celu wydobycia ropy i rud. Te operacje uwolnią ogromne ilości patogenów. Co gorsza, może się to stać w sąsiedztwie pracujących tam górników. Skutki mogą być katastrofalne – ostrzega badacz.

W wieloletniej zmarzlinie mogą kryć się patogeny nawet sprzed miliona lat. Czyli starsze niż ludzki gatunek. Nasz system odpornościowy może zupełnie nie być przygotowany do ich zwalczania.

Jak sobie z tym poradzić? Dzięki uważnemu monitorowaniu chorób pojawiających się na północy. Naukowcy tworzą sieć północnych ośrodków, których zadaniem byłoby śledzenie patogenów pojawiających się w tamtych rejonach globu. A także zapewnienie opieki medycznej dla chorych i miejsc do kwarantanny.   (National Geographic,  GuardianNew Scientist)

/ teatr

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Polski Kalejdoskop - Andrzej Krukowski 2

Andrzej Krukowski – złożony z przeciwieństw (?)

“Marzenia się spełnia, a nie czeka na ich samorealizację. To moja teza

i staram się od niej nie odstępować”

ANNA CZERWIŃSKA

Zdjęcia: Roman Sakowicz  

Andrzej Krukowski - Kadr z filmu Rh+

Kadr z filmu "(Rh+)"; rok 2005 / Česko-Slovenská filmová databáze

Wczesne śniadanie bez kulinarnych wizji obyć się nie może. Andrzej z głodu nie umrze – potrafi przyrządzić „conieco”, chociaż prowadzenie domu pozostawił Jagodzie, która wspiera go nawet

w najbardziej szalonych pomysłach. Dba o wszystko i wszystkich. W sprawach domowych jej opinia jest ostateczna.

W teatrze i wokół niego ster przejmuje Andrzej, aktor, reżyser, scenarzysta, jeden z kreatorów kultury polonijnej, mąż, ojciec, dziadek, taksówkarz…

Zamówiliśmy małe śniadanie w hotelowej restauracji przy lotnisku. Czasu mamy niewiele, tematów - mnóstwo… Pierwsza rozmowa skończy się, jak zwykle, niedosytem i... zaskoczeniem. Andrzej Krukowski zdumiewa zmianą nastrojów i opinii, Bywa śmieszny i żałosny. Skupiony albo cynicznie rozbawiony. Bywa też godny podziwu albo zdumiewa arogancją, bezdyskusyjnym sprzeciwem.

Anna Czerwińska: Czy możesz zatrzymać ten potok słów, z których nic nie wynika?

Andrzej Krukowski: To nie pytaj mnie o sukces, uprzedzam.

A kiedykolwiek pytałam o to?

Nie, ale inni ciągle o tym mówią… To jest takie frustrujące…

Nie kokietuj – każdy oczekuje akceptacji, zauważenia, zrozumienia toku myślenia…

No tak, ale nie sukcesu… A tak w ogóle - czym jest sukces?

Dla każdego jest czymś innym... Osiągnięciem zamierzonego celu…

Jednego? Ależ ja mam jeszcze mnóstwo celów przed sobą, sporo do zrobienia…

Sukcesem może być też zdobycie majątku…

Jakiego? Duchowego? Ciągle zdobywam. Materialnego? Nie mam… Gdybym miał, byłby teatr polski w Chicago. Ale go naprawdę nie mam…

Rodzina, niebawem zostaniesz dziadkiem…

I tu mnie masz! Moim sukcesem jest moja rodzina: ta sama kochająca i kochana żona, wspaniałe córki, przyszły wnuk, na którego nie mogę się już doczekać. To moja, przepraszam – nasza, wraz z Jagódką - niepodważalna zdobycz. To mogę nazwać sukcesem.

Andrzej Krukowski

Andrzej Krukowski; rok 1988; / fot.: Ewa Rubinstein / kolekcja prywatna

Uwielbiam ten zawód…

Który?

Taksówkarza! Uwielbiam obserwować ludzi, rozmawiać, dyskutować … To świetny sposób na naukę języka. Moi stali klienci – innych już nie miewam – wiedzą, że jestem Polakiem, ale nigdy ich nie zawiodłem, więc lubią emigrantów. A jak nie lubią, to polubią (śmiech). To wspaniała, niedoceniona szkoła życia, chociaż nie wszyscy mogą przejść przez jej klasy.

Twoje życie znowu jest bardzo intensywne, wypełnione po brzegi, czasem aż poza nimi. Już doznałeś walki z organizmem…

Ale wyszedłem z tego. Oby na długo. Czekam na wnuka i mam już rolę dla niego.

A poważniej – lubię, gdy coś się dzieje. Mam tyle marzeń, ciągle nowych celów, a – jak wiesz

– zachowanie równowagi między wszystkimi życiowymi zobowiązaniami jest niezwykle trudne. Staram się bagatelizować trudności, jakoś je pokonywać. Aktorstwo pomaga mi w tym, choć czasem, przyznaję, denerwuję ludzi pędem życia, ale innych zarażam właśnie takim sposobem bycia. Nie cierpię nudy (patrzy na zegarek). Mam jeszcze dziesięć minut do wylądowania samolotu mojego klienta i potem będę miał około dwóch godzin na odpoczynek, może krótki sen, bo od

4 rano jestem już w akcji.

Blyskawicznie przeglądamy plan zajęć i obowiązków. Wybieramy luźniejszy dzień, by wspólnie wypić poranną kawę - tym razem na północnych przedmieściach Chicago - i ponowić naszą rozmowę (skąd ja to znam?), umawiając się na dłużej i spokojniej.

film Przybysz - rez

Kadr z filmu "Przybysz" w reżyserii  Wojciecha Szumowskiego; rok 1986 / kolekcja prywatna

Andrzej Krukowski

Kadr z filmu "Ludożerca" w reżyserii  Łukasza Wylężałka; rok 1987 / kolekcja prywatna

Andrzej Krukowski 2

"Zabójcy" L. Schillera w reżyserii  Gerharda Wolfa; rok 1988 / kolekcja prywatna

Pasja i temperament nie opuszczają ciebie, co jest godne podziwu, uznania i naśladowania, ale nie każdy jest do tego predystynowany. Ciekawi mnie, co było dla ciebie inspiracją, by w ogóle zostać w przyszłości aktorem?

Trudno określić to w czasie. Początki były prozaiczne bez konkretnej wiedzy. Oknem na świat stało się „gadające” pudełko z czarno-białym obrazem, czyli pierwszy telewizor Tosca. Pierwszy film „Krzyżacy” Aleksandra Forda, zgaszone światło w pokoju i wszyscy sąsiedzi wpatrzeni w ekranik…

Myślę, że powoli zmieniał się mój świat, powstawały fascynacje, budziła się wyobraźnia, jak u każdego dziecka. Rower był koniem wodza Winnetou, patyk – szablą, czyli kreatywność. Potem szkoła i nauczyciele, ich osobowości i ciężka praca z dzieciakami – nie doceniało się tego – to wszystko pozwoliło mi zostać później studentem Łódzkiej Filmówki (Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. L. Schillera w Łodzi – red.), a przecież pochodzę z małego miasteczka, z Augustowa… 

Z perspektywy czasu, czym było i jest dla ciebie aktorstwo?

W zasadzie nic się nie zmieniło. To możliwość swobodnego przechodzenia w wielowymiarowość naszej egzystencji. To wyzwanie, próba zmobilizowania na chwilę siebie - umysłu, ciała, wiedzy, a potem otrząśnięcie się z tego i powiedzenie sobie – ja tylko grałem. Nie ma innej profesji na świecie, która by na to pozwalała.

Nie ponosisz odpowiedzialności za to, co wystawiasz, za treść albo jego interpretację? Największym orężem człowieka jest właśnie słowo…

Nie. Absolutnie nie. Zawsze mogę użyć parawanu – ja tylko grałem. Wszystko, co temu służy – wcielanie się w inna naturę, innego człowieka – służy tylko przez chwilę. Potem z tego wychodzę i zaczynam wszystko od początku. Dlatego jest to bardzo niewdzięczny, irytujący zawód. Tu nic nie jest na stale. Świetna rola sprzed roku nic nie znaczy. Jest inne wyzwanie. Całą „skórę” poprzedniej postaci trzeba zrzucić z siebie i zacząć budować „nowego” człowieka, nową postać, która może być absolutnym przeciwieństwem poprzedniej. A przecież ludzką naturą jest dążenie do sukcesu. A aktor? Jego osiągnięcia są ulotne, a mimo to mnóstwo ludzi chce uprawiać ten zawód, nie rozumiejąc na czym on polega. Aktorski sukces – nie lubię tego określenia – weryfikuje przede wszystkim czas i doświadczenie. Jeśli aktorzy twierdzą, że nie interesuje ich cała otoczka medialna i poklask – kłamią.  Mimo gry zespołowej, każdy gra na siebie, zawsze… Ja też… Najtrudniejszy jest monodram, on obnaża aktora całkowicie. Nie ma za czym albo za kim schować się… Musi wybrzmieć jego zrozumienie, autentyczność, umiejętność, i ciężka praca psychiczno-fizyczna. Celebryctwo nie pomoże… Tylko czas. I powtarzanie procesu tworzenia, kreowanie, by zdobyć doskonałość aktorską u schyłku życia.

Aktorstwo wiąże się z ogromną odpornością psychiczną, a jednocześnie nadwrażliwością – dwiema cechami wzajemnie wykluczającymi się. W jaki sposób je pogodzić?

Poprzez doświadczenie, podglądanie i zrozumienie siebie. To zawód narcystyczny, egoistyczny, „wszystkowiedzący”… Jeśli osoba występująca, profesjonalista czy amator, twierdzi że szkoła niczego więcej nie jest w stanie nauczyć i na przykład po trzecim roku chce z niej odejść, a rady bardziej doświadczonych zostały wyczerpane, to w zasadzie jest koniec jego aktorstwa. Palec boży, czyli talent lub pewna jego doza nie wystarcza. Talent pomoże, ale nie zastąpi wiedzy i doświadczenia. Powielane błędy „zduszą” zamierzenia. Scena i poklask przyciągają, ale i wymagają. Cena aktorskiego narcyzmu może być wysoka…

Andrzej Krukowski

"Bal manekinów" B. Jasieńskiego w reżyserii  Bogdana Michalika; rok 1983 / kolekcja prywatna

Andrzej Krukowski 3

"Kordian" J. Słowackiego w reżyserii  Zbigniewa Micha; rok 1984 / kolekcja prywatna

Andrzej Krukowski - fot Ewa Rubinstein

Andrzej Krukowski; rok 1988; / fot.: Ewa Rubinstein / kolekcja prywatna

Czy to jest ta drobna różnica między amatorstwem a profesjonalizmem teatralnym?

Dokładnie tak. Jeśli aktor-amator uzna, że podpowiedzi i korekta głosu, ruchu, postawy nie są potrzebne, bo on wie – nie pójdzie dalej, błędy zostaną i będą coraz bardziej drażniły oko i ucho, bo to dotyczy również radiowców. Tam się nie „dowygląda”. Głosem trzeba wszystko wygrać, a mikrofon blokuje, ale i „dodaje skrzydeł”, traci się autentyczność i słuchacza. Sama bierzesz udział

w słuchowisku…

 

Wywołałeś mnie do tablicy… Przekonałam się, jak trudne jest aktorstwo, wejście w rolę/postać, zrozumienie, że siebie słyszymy inaczej aniżeli odbiorca. Korekta reżysera i reżysera dźwięku jest niezbędna. Nawet dla profesjonalistów…

Wracamy do teatru… czy jest dla ciebie inspiracją?

Nie, świat poza teatralny jest inspiracją, która przekłada się na język gry.

 

Doprecyzuję… Umiejętność bezkonfliktowego życia polega na znalezieniu balansu między braniem i dawaniem. Podobnie – mam wrażenie – jest w teatrze – fala zwrotna, balans, impuls… Czy publiczność – część teatru -jest dla ciebie inspiracją? 

To podstawowy wykładnik definicji relacji aktora z widzem. Bardzo dobrze to ujęłaś. Porażki aktorów, nie tylko młodych, polegają właśnie – jak powiedziałaś – na braku balansu. Ktoś może dawać ze sceny wszystko, co ma najlepszego, wpadając jednocześnie

w samozachwyt, ale nie słucha widza. Nie zna jego opinii. Nic od niego nie dostaje w zamian…

Tak, masz rację, teatr może być inspiracją nawet w znaczeniu, którego jako aktorzy nie dostrzegamy.

Bardziej uzmysłowiłaś mi teraz rolę Kantora na scenie. Stwarzając pozory braku zainteresowania widzem doskonale wiedział, co się dzieje wokół, był łącznikiem między sceną a widownią.

Musimy jednak pamiętać, że podobnego balansu nie uzyskamy na przykład w teatrze muzycznym, gdzie pojawił się widz teatru dramatycznego…

 

Nie kombinuj.  Mówimy o teatrze ogólnie.

Czy sztuka teatralna – twoim zdaniem – może łączyć się z sukcesem?

Nie. Ja w ogóle w coś takiego nie wierzę…

 

Dlaczego?

Słowo „sukces” może paść w recenzji, ale nie od widowni. Widz może przyjść i powiedzieć „fajnie było”. Sukces to źle dobrane słowo do teatru. To jest jakaś bzdura. Zmieńmy to słowo na „spełnienie” i wówczas będzie to zrozumiałe dla nas obojga.

 

To słowa równoznaczne, ale różniące się odcieniami znaczeniowymi, dlatego ich nie zamienię.

Nie interesuje mnie sukces medialny, zachwyt dziennikarzy, którzy chwalą wszystko w imię jakiejś nieznanej mi zasady. Nie interesuje mnie też sukces owacyjny na stojąco po każdym przedstawieniu, bo jest to nieprawdziwe, często stawiające bylejakość na piedestale.

Sukces, nawet nie nazwany, jest wówczas, gdy publiczność zaczyna utożsamiać się z tematem, wychodzi z teatru i analizuje, mówi o roli lub rolach, sile i prawdzie przekazu. Odpowiedzialności za słowo, przed którą bronisz się. Sukcesem może być też cisza na widowni po opuszczeniu kurtyny przed burzą oklasków i owacją na stojąco, trwającą kilka minut.

Dla widzów jest to forma sukcesu, dla aktorów może to być spełnieniem, zrealizowaniem zamierzenia.

Bardzo nie lubię tego określenia, nie uznaję sukcesów, nagród, odznaczeń… Wszystko to ma w sobie ogromną siłę niszczycielską. Powodują konsternacje, samozachwyt, mogą szkodzić. Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, to tylko dodam, że nie znam ani jednego aktora, któremu Oscar pomógł w karierze.

Andrzej Krukowski 4

"Ambasador" w reżyserii J. Machulskiego; rok 1983; / kolekcja prywatna

Bal manekinow - A. Krukowski, B. Lanko

Andrzej Krukowski, Bogdan Łańko; "Bal manekinów"

B. Jasieńskiego w reżyserii  Bogdana Michalika; rok 1983 / kolekcja prywatna

Andrzej Krukowski 5

"Kalafar" na podstawie Witkacego,

w reżyserii Zbigniewa Micha; rok 1985; / kolekcja prywatna

Liliana Totten; Teatr Nasz

Teatr jest przede wszystkim moją pasją, kolejną... Kiedyś bardzo interesowała mnie fotografia i architektura... Dzisiaj,

a w zasadzie od lat, spełniam swoje marzenia w kreowaniu nowych, innych postaci. To jest coś, czego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć...

a najlepiej wspólnie z widzami!

Iwona Szewczyk; Teatr Nasz

Zaczęło się niewinnie, od "Balu

w operze"...  Teraz mija sześć lat, a ja ciągle nie mam dość!  Teatr jest moim drugim życiem i jestem wdzięczna za to mojej Rodzinie, która pozwala mi się realizować w nowych rolach... Wszystkim polecam znalezienie swojej pasji, zainteresowań... Wzbogacają nasze życie i je wspaniale urozmaicają...

To jest niesamowite, że mam czas na pieczenie chleba i uczenie się nowej roli

i zrozumienie postaci, którą mam odegrać...

Pytałam o sztukę teatralną, nie o sukces aktorski z nagrodami…

Co jest łatwiejsze – wchodzenie w rolę czy wychodzenie z niej?

Wchodzenie w rolę i ten proces jest relatywnie krótszy od wychodzenia z roli. To ważne pytanie, bo o tym rzadko się mówi. Każda rola zostawia w nas ślad mniejszy lub większy. Wychodzenie z roli trwa długo i boleśnie. I zmienia nas, stopniowo, powoli, ale nieodwracalnie. Dlatego mówię, że zawód aktora działa jak narkotyk. Wychodzenie z roli jest porównywalne do wychodzenia z narkomanii.

W Teatrze Nasz po spektaklu „Gąska” w styczniu powiedziałem zespołowi, że wiele osób już do teatru nie będzie chciało wrócić. I tak się stało. Role, w które weszli, pozostały w nich, przynajmniej częściowo albo zraziły do teatru. Ich wrażliwość nie wytrzymała próby,

a i sytuacja środowiskowa miała znaczenie. Powtarzam po raz kolejny – to trudny kawałek chleba, a krytykę przyjmujemy bardzo niechętnie. Wolimy słowa uznania i podziwu.

Reżyser obsadzający ludzi w rolach musi ich znać, czuć ich wrażliwość i możliwości, by wspólnie do czegoś dojść. Aktor, godzący się z kolei na przyjęcie roli musi być świadomy podjętego obowiązku.

 

Wolisz być aktorem czy reżyserem?

Ani jednym, ani drugim. Manipulatorem – to jest to, co najbardziej mi w teatrze odpowiada.

I zapewniam wszystkich przyszłych widzów – będziecie manipulowani.

Zaczynałeś jednak jako aktor, poczynając od przedstawienia dyplomowego w Łodzi.

Dokładniej – sześciu dyplomów: w „Ambasadorze” Mrożka w reżyserii Machulskiego,

w „Balu manekinów” Jasińskiego pod okiem Michalika, potem w „Ich zachowanie było bez zarzutu”, Gerta Loshütza, w reżyserii Wardejna, który wykładał wówczas i reżyserował też w Holandii.

Kiedy Teatr Studyjny przejęła Filmówka, a dyrektorem został Paweł Nowicki, zaproszono mnie do współpracy z zespołem. Rektor

i dziekan wyrazili zgodę i w czasie, kiedy moje koleżanki i koledzy – Ada Biedrzyńska, Bogdan Łańko, Marek Probosz, Jacek Kawalec, Maciek Kozłowski, Grażyna Błęcka-Kolska, Sylwia Wysocka – rozjeżdżali się do dużych teatrów, ja zostałem zaangażowany „na pniu”

w Łodzi. Graliśmy „Kordiana” Słowackiego, „Biesy” Dostojewskiego, „Szachy” Grochowiaka. Tym sposobem zagrałem w sześciu spektaklach/dyplomach teatralnych. Pracowałem, jak szalony. W zasadzie nie wychodziłem z teatru. Jagoda z dziećmi mieszkała

w Augustowie, a ja chodziłem z próby na próbę, ze spektaklu na spektakl, momentami nie wiedziałem, jaka jest pora roku. O 8 rano mieliśmy ćwiczenia ruchowe, o 9 – wokalne, od 10 do 2 – próba, potem obiad w SPATiF-ie i setka wódki, bo inaczej się nie dało.

O 6 wieczorem w teatrze i albo spektakl o 7, albo próba do 10. Wychodziło się z teatru rozdygotanym, zmęczonym, ale szło się na kwaterę do chłopaków i dyskutowało o teatrze. Wtedy poznałem Andrzeja Seweryna, który przyjechał na premierę „Biesów” od Peter’a Brooka. Powiedział mi wówczas, na czym polega istota teatru…

Opowiesz?
Podczas kolejnej naszej rozmowy, bo już ją zapowiedziałaś przed Kongresem…

Wydało się - Kongres to oddzielny, interesujący mnie temat…
Co spowodowało, że przyjechaliście do Stanów? Byłeś ustawiony zawodowo, grałeś…
W 1984 roku skończyłem Filmówkę. W tym czasie w Łodzi była bardzo aktywna i silna opozycja: Jacek Bierezin, Witek Sułkowski, Ewa Sułkowska-Bierezin, Marek Edelman, Ewa Rubinstein… Często spotykaliśmy się. Grywałem wówczas spektakle o podwójnym, nawet potrójnym podtekście i zaczęła interesować się mną SB-cja teatralna. Znalazłem się w sytuacji bez wyjścia - zrezygnować albo wyjechać. Sekretarka uprzedziła, że będą u mnie następnego dnia rano. Paszport miałem w domu, bo chciałem jechać do Niemiec na zbiór chmielu. Wyjazd przyspieszyłem… Po spektaklu, w nocy uciekałem przez granicę do Niemiec. Był rok 1988. W Niemczech było sporo Polaków, grałem w teatrze niemieckim, gdzie robiłem między innymi „Szaloną lokomotywę” Witkacego. Po roku wróciłem, tuż przed Okrągłym Stołem, poszedłem do Ambasady Amerykańskiej i dostałem wizy dla całej rodziny. W 1989 roku przylecieliśmy do Stanów. 
Oczywiście interesował mnie tylko Nowy Jork albo Los Angeles. Myślałem, że w Chicago będziemy tylko parę dni, które zamieniły się w rok, a potem w trzydzieści pięć lat. Pracowałem przez chwilę w Nowym Jorku i to jest fajne miejsce… Natomiast jak pojechałem do Los Angeles, do mojej córki Klary, która tam zamieszkała ze swoim mężem, zrozumiałem, przed czym uchronił mnie los…

Kokietujesz znowu, przecież byłeś zafascynowany filmem, a Kalifornia przyciągała jak magnes.  Przyglądałam się temu

z zadziwieniem… 
To było marzenie jeszcze z Polski – każdy śnił wtedy o karierze w Ameryce, nawet jak się do tego nie przyznawał. Moje marzenie przybliżyło się, bo byłem już w Stanach. Ale główną przeszkodą była bariera językowa. Akcent nie do przeskoczenia, przynajmniej dla mnie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, wyobrażałem sobie, że Hollywood „wchłonie” wszystkich chętnych, że czekają na nas… Jednak dla Hollywood Europa Wschodnia to językowo jeden kraj. Trudno im odróżnić czeski, rumuński, rosyjski od polskiego. Ich ucho nie odbiera niuansów i intonacji. Cóż, nie czekali przedtem i nie czekają teraz…  
Ale… masz rację, zachłysnąłem się aktorstwem filmowym. Czytałem, oglądałem, porównywałem, uczyłem się, chciałem spróbować podwójnego życia, swojego i filmowego. W końcu zagrałem u boku Johna Deepa krótki epizod, zaistniałem z moją córką Sarą

w ostatniej części „Samych swoich”, jakieś drobiazgi w kinie polskim… A teraz zupełnie od tego odszedłem. Film rozczarowuje mnie coraz bardziej, nie rozumiem go… Może nigdy nie rozumiałem, a fascynacja filmowa była złudzeniem… Nie wiem… 
Tak naprawdę teatralnie udało się kiedyś Helenie Modrzejewskiej w Stanach i Andrzejowi Sewerynowi we Francji filmowo i teatralnie. Jego język francuski jest doskonały, prawie bez akcentu polskiego, dlatego widz paryski go zaakceptował.  
Jak pamiętasz, mimo filmowego zauroczenia, angażowałem się też w różne projekty teatralne. „Spotkania z poezją i muzyką”, „Romanca” z Chmielnikiem w dwóch wersjach językowych, w Trap Door Theater reżyserowałem anglojęzyczną „Szaloną lokomotywę” Witkacego. Z Elżbietą Kochanowską i Ryszardem Gajewskim przygotowaliśmy świetny spektakl w Teatrze Chopina „Za rok o tej samej porze”. Nawet wcieliłem się w rolę Chopina i grałem z Ewa Milde i moim kolegą ze studiów, Bogdanem Ła
ńko. Działo się… a ekscytacja ekranem powolutku zanikała, by odciąć się ode mnie zupełnie… Wiele czynników złożyło się na to, o czym nie warto wspominać… Życie...   

Andrzej Krukowski 6

"Zadig" w reżyserii W. Mariańskiego; rok 1985 / kolekcja prywatna

Andrzej Krukowski 6 - Czarownice...

Andrzej Krukowski, Sara Krukowski; "Czarownice są wśród nas" Piotra Kukuły w reżyserii Agaty Paleczny / kolekcja prywatna  

Kwartet dla czterech aktorów

Ryszard Gajewski, Andrzej Krukowski, Marek Luckos, Bartosz Kasza; "Kwartet na czterech aktorów" B. Schaeffera w reżyserii  Andrzeja Krukowskiego; rok 2020 / kolekcja prywatna

W tym czasie podejmowałeś różne prace, które pozwalały ci utrzymać rodzinę, wykształcić świetne dziewczyny… Czy podpowiedziałeś Sarze, swojej starszej córce, szkołę aktorską?

Skąd, ona sama to wymyśliła. Tłumaczyłem jej, że to zawód pazerny, narcystyczny, pozbawiający prywatności. Nie udało się wybić jej tego z głowy. Może i dobrze, bo jest niezła. Skończyła studia aktorskie, była przez rok w Polsce na praktyce… W każdej chwili można zweryfikować jej umiejętności, bo to jest akurat czyste w naszym zawodzie, jeśli w ogóle aktorstwo zawodem można nazwać.

 

Można…

W moim przypadku i większości aktorów na emigracji nie można tak powiedzieć. To jest nasza pasja podparta bądź nie podparta szkołą teatralną.

Ale wiesz co, nawet etatowi aktorzy… czy wykonują tylko swój zawód? To trochę za mało. To deprecjonowanie ich pracy. Poświęcają temu życie, siebie, swój system nerwowy, „obnażają” się w różny sposób, bo przecież stają się osobami publicznymi… U nich jest to połączenie zawodu z pasją, egocentryzmem, którego nabiera się z czasem albo istnieje od razu. Właśnie poprzez podświadomą dawkę egocentryzmu wybiera się to piekielnie trudne zajęcie wymagające kondycji fizycznej i psychicznej, podpartej nadwrażliwością i rozdrażnieniem… Bez miłości do aktorstwa zawód ten nie istnieje.

 

I nie zdobywa się popularności, kariery, która jest formą nagrody.

Masz rację, ale co to jest kariera? Andrzej Wajda mawiał: „ To trwanie w aktorstwie na swoich warunkach”. To jest bardzo trudne, ale nie niemozliwe.

Jesteś tego przykładem, realizujesz się na własnych warunkach, aktorsko i organizacyjnie.

Ale nie nazywam tego karierą. Robię swoje. Jedne próby zawodowe udają się, inne nie, ale doświadczenie zostaje. Zawodów wykonywanych mam mnóstwo z rożnymi efektami, również zdrowotnymi. Ale idziemy do przodu, nie można stać w miejscu.

 

Od sześciu lat współpracujesz z chicagowskim Teatrem „Nasz”.  Teraz pełnisz tam rolę dyrektora artystycznego.

To są pasjonatki, zachłyśnięte teatrem, życiem, rodzinami, kreowaniem innego świata i „nowego” człowieka, chociaż przez chwilę. Zaczynały realizację swojej pasji z Agatą Paleczny. Potem założyły teatr i zaprosiły mnie do współpracy. W efekcie wspólnego działania, w ciągu sześciu lat przygotowaliśmy dziesięć nowych projektów, byliśmy ze spektaklami we Włoszech i Wilnie, grywamy też wyjazdowo w Stanach Zjednoczonych. To grupa aktorek-amatorek, zdobywająca wiedzę z obserwacji, lektury, nauki i praktyki.

 

Co sądzisz o aktorstwie niezawodowym? Można być dobrym aktorem bez szkoły aktorskiej?

Jasne, że można. Tylko nie w ciągu roku czy dwóch... Szkoła może w wielu przypadkach bardziej ludziom szkodzić niż pomagać. To jest bardzo indywidualna kwestia. Dostajesz tak zwany warsztat, który na dobrą sprawę jest labiryntem umiejętności i to czy się

w tym nie pogubisz zależy tylko od ciebie. Często do szkoły teatralnej dostają się ciekawi ludzie, którzy po skończeniu studiów przypominają już tylko kopię aktora. Są aktorami a nie ludźmi. Są rzemieślnikami. Mówią wyraźnie, impostowanym głosem, stoją prosto, umieją powiedzieć: „proszę bardzo, przepraszam najmocniej, dziękuję pięknie”, wodę po sobie spuszczają w toalecie i są tak idealni, że przestają być ciekawi. No, ale to tylko moje subiektywne zdanie.

Wielu aktorów, którzy nie poszli do szkoły, z różnych powodów, spełniają się w tym zawodzie albo pasji. Mają natomiast pod górkę. Łatwiej dostać pracę, jeżeli się jest po studiach. W wypadku amatorów, czyli pasjonatów, trzeba jeszcze więcej szczęścia, którego

w tym zawodzie w ogóle potrzeba sporo. No i czas i ciężka praca, o czym wspominałem. Ale to dotyczy wszystkich – z wykształceniem i bez niego.

Andrzej Krukowski 6 - Bal w operze, Wilno 2023
Andrzej Krukowski

Andrzej Krukowski; Copernicus Center; poezja Zbigniewa Herberta; rok 2017 / kolekcja prywatna

Scena  z "Balu w operze" J. Tuwima; Teatr Nasz - reżyseria Andrzeja Krukowskiego; Teatr Pohulanka, Wilno, rok 2023 / fot.: Grzegorz Grzywacz / kolekcja prywatna

Andrzej Krukowski

Scena z przedstawienia dla dzieci "Pchła  Szachrajka" J. Tuwima 

w reżyserii Andrzeja Krukowskiego

/  kolekcja prywatna

Teatr Nasz staje się naprawdę dobrym teatrem, żadnego wyzwania scenicznego się nie boi… Obserwuję zespół od początku, podobnie ciebie… Zmieniacie się. Panie nabierają coraz większej swobody i odwagi scenicznej, a ty… coraz większej pewności siebie. Manipulujesz, jak powiedziałeś na początku naszej rozmowy, sceną i widownią.

Mam nadzieję, że w pozytywnym tego słowa znaczeniu…

 

Niestety, nie zawsze… Czasem wprowadzasz w błąd, zaskakujesz zachowaniem, grą poza sceną …  Nie lubisz krytyki, a nie wszystko jest godne pochwały, o czym niejednokrotnie rozmawialiśmy…

To prawda, nie lubię krytyki niekonstruktywnej… Jestem aktorem i mój styl grania na scenie nie musi wszystkim pasować, ponieważ wiąże się to z moją osobowością i widzeniem jako reżysera. Wśród publiczności są ludzie o różnej wrażliwości, dlatego nie da się zadowolić wszystkich.

A próbujesz?

Nie.  Wprawdzie jesteśmy dla widzów, ale w naszej przestrzeni rozumienia teatru. I do takiego teatru zapraszamy.  

/ sztuka  grafika

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Wrota wyobraźni 

Piotra Kirkiłło

W swoim twórczym surrealizmie wprawdzie nie unika zdefiniowania przekazu, burzy jednak logiczny porządek, porywa do świata fantazji, prowokuje do podjęcia gry skojarzeń.

Piotr Kirkiłło, tworząc swoje minigrafiki, kwestionuje narzucone wartości i normy, poszukuje wolności

w wyrażaniu swoich odczuć, zagłębia się w świat odwróconego ludzkiego doświadczenia rzeczywistości.

Emil Zola, wytykając swojemu ilustratorowi książek ucieczki od realizmu, pisał: „(…) kiedy bierze ołówek do ręki, muza nie każe się prosić; jest zawsze gotowa u boku poety, z rękoma pełnymi świateł i cieni, hojnie szafująca łagodnymi i straszliwymi wizjami, które jego ręka notuje szybko i gorączkowo (…) rysuje senne marzenia tak, jak inni rzeźbią rzeczy konkretne. [...] Żaden artysta nie troszczył się mniej od niego o rzeczywistość (…)”. Czy bardzo odbiega dzisiejszy surrealizm od XIX-wiecznego? Nie sadzę, wszak wrota wyobraźni artysty tworzą granice lub wolne przestrzenie…

Piotr Kirgillo

„Inspiracje czerpię z otaczającego mnie świata, z moich snów i pełnego wydarzeń życia. Każdy dzień obfituje w nowe wrażenia

i zachęty.

Główną techniką mojej twórczości jest akwaforta, czasami posługuję się suchą igłą. Nigdy nie robię szkiców do moich grafik. Kiedy nałożę pierwszą kropkę na płytę, wiem, jaki będzie efekt końcowy. Zwykle wykonuję jedną akwafortę do jednej pracy, ale czasami robię ich więcej, aby uzyskać specjalny efekt. Do druku używam papieru o dużej gęstości lub papieru czerpanego

i najczęściej tuszu drukarskiego w jednym kolorze.”

 Urodził się w Lubartowie, niedaleko Lublina (rok 1965).  Jest artystą autodydaktą, czyli samoukiem. Tworzy rysunki tuszem, ołówkiem, węglem, techniką akwaforty czy suchej igły. Specjalizuje się w małych formach graficznych i ekslibrisach. Jego prace znajdują się w kolekcjach muzealnych, bibliotecznych i prywatnych na całym świecie. W 2004 roku wyjechał z rodziną do Londynu na stałe. Został członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków w Wielkiej Brytanii (APA). Od 2006 jest członkiem szacownego Królewskiego Towarzystwa Malarzy i Grafików z siedzibą w Bankside Gallery. Od 2021 mieszka w Bathgate,

w Szkocji. (ac)

exlibris Piotra Kirgillo
Piotr Kirgillo
Piotr Kirgillo
Piotr Kirgillo
gorset; Piotr Kirgillo
Piotr Kirgillo
Marble Surface

ARKUSZ LONDYŃSKI (1)

marzec/kwiecień 2024

      Regina Wasiak-Taylor, prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, pisała w „Arkuszu Londyńskim” przed dwoma laty:

Joanna Miłosz-Piekarska przypomniała ostatnio, że kiedy wybierała się na studia, jej znakomity Stryj (Czesław Miłosz – przyp. red.) napisał tak: „Droga Joanno, radzę ci nie zajmować się literaturą, bo wkrótce nie będzie już czytających, będą sami piszący”.

A w „Polityce” znalazłam niedawno żartobliwe stwierdzenie, że w Polsce kilka milionów ludzi pisze wiersze. Można zaobserwować to zjawisko również wśród rodaków rozrzuconych po świecie. Do niedawna muzy liryki, poezji śpiewanej, epickiej, miłosnej miały tu tylko garstkę twórców i wyznawców, dzisiaj szał wierszowania opanował Polaków wielu pokoleń. Wspominam o tym, ponieważ chciałabym wyjaśnić skąd wziął się w Londynie pomysł wydania Arkusza Poetyckiego. Róg obfitości poetów to sprawił, jak też chęć spojrzenia na tę obfitość.  Nie mogąc zebrać utworów wszystkich poetów, o których wiemy, że tworzą poza Krajem, przedstawiamy tych należących do Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie – najpierw piętnastu, a w kolejnych edycjach Arkusza pojawią się następni.

     Antologia wierszy poetów polonijnych jest czymś zupełnie nowym w historii wydawniczej Związku Pisarzy. Już od jego początków wydawano – ale nie było to jednak nigdy główne zadanie stowarzyszenia – utwory żyjących pisarzy, publikacje jubileuszowe

i wspomnieniowe, zdarzały się przedruki klasyków literatury polskiej, w latach 50. i 60. XX wieku wychodziła seria „żywych”, wreszcie od 1976 ukazuje się „Pamiętnik Literacki” drukujący również poezję i krótkie formy prozą. Wszystko to jednak za mało na szerszą prezentację współczesnej poezji polonijnej. Życie polskich poetów mieszkających w tylu różnych miejscach i krajach, nazywanych często „drugimi ojczyznami” wpływa na ich wrażliwość, poszerza ich wyobraźnię i pojmowanie otaczającej rzeczywistości. Warto też przyjrzeć się warsztatowi poetów-emigrantôw. Mamy nadzieję, że przegląd piętnastu autorów i lektura ich prawie stu wierszy otworzy okno na panoramę rozwijającej się obecnie w takim nasileniu poezji polonijnej.

     Do pierwszego londyńskiego Arkusza poetów zaprosiliśmy również artystów plastyków działających w diasporze. Związek Pisarzy od lat przyciąga do tworzonego przez siebie środowiska literackiego artystów uznających wspólnotę wszystkich sztuk. Słynne córy Zeusa

i Mnemosyne, dziewięć muz poezji, muzyki, tańca i nauki, tworzyły jedna rodzinę z utrwalonymi w kulturze antycznej atrybutami. Pióro

i pędzel pojawiły się w nowożytnych czasach, ale starożytny Simonides z Keos pozostawił wnikliwą i ciągle żywą myśl: „Malarstwo jest milczącą poezją, a poezja mówiącym malarstwem”.

     Ze względu na bardzo niski nakład „Arkusza” i minimalną jego dostępność, postanowiliśmy zaprezentować na łamach pakamery.polonia prezentowanych tam poetów polonijnych.

*** [PRZEMYKAM PRZEZ CMENTARZ]

przemykam przez cmentarz

kołami łamiąc przepisy

obowiązuje ograniczenie prędkości

do dziesięciu kilometrów na godzinę

 

przemykam przez cmentarz

tratując myślami tysiące

                                     różnych krzewów

 

zmarli siedzą na moich ramionach

znam ich życiorysy

z których każdy kończy się

dokładną datą odejścia

nie mogą trzymać mnie za gardło

to wyobraźnia tak dusi

spopielone sukienki

zgnile garnitury i koszule

zmurszałe gotowe wyruszyć

w powrotna drogę buty

 

przemykam przez cmentarz

                                    I tylko przemykam

 

na miejsce spoczynku

w y b r a ł a m   p o w i e t r z e

*** [NIKOMU NIE UFAŁA]

nikomu nie ufała 
chciała majątek zabrać do nieba
zostawiła nieporządek w papierach

z drobin pyłu złożona 
leżakuje w krematorium
z biurokracją jeszcze nikt nie wygrał 
choć czas to pieniądz

 

zanim rozdadzą potrącą 

za dwanaście kilogramów 

                    oleju opałowego 

rozdrabnianie opornych kości 

i przesyłkę urny z zawartością 

z miasta słońca do miasta umarlych

w pogrzeb weźmie udział 

s a m   b ó g   m i ł o s i e r n y 

REWIA MODY

piżamy w kropki

szlafroki w kratkę 

koszulki zgrzebne

pończochy dopasowane do łydki 

na boso lub w bamboszach

na kółkach lub o własnych siłach 

chorzy in

zdrowi out

na wbiegu - wybiegu

podmiejskiego szpitala w b

ŚPIESZNO MI 

coraz spieszniej
ogarnąć czas

przeszły 

zwołać 

rozbiegłych
po świecie 
współtwórców
mojego życia 

a była ich

od położnej 

przez nauczycieli

po czytelników 

spora gromada

śpieszno mi

podziękować 

że byli są i będą 

OSIEDLE DOMKÓW NIECHCIANYCH

granit

alabaster

marmur

piaskowiec

i dużo gliny pod nogami

w której grzęzną

wyelegancone buciska

rzadkich tu gości 

przejezdne aleje

zarośnięte dojścia 

to osiedle domków niechcianych

przeważnie jednoosobowych

gdzie piętrowce na trzy trumny

schodzą w głąb gruntu

na dwa metry dziewięćdziesiąt 

a domek wielournowy

nie przekracza wymiarów 

pojedynczego grobu murowanego

chcę być jedynie

ptakiem przelotnym tego miejsca

BOGUMIŁA ŻONGOŁŁOWICZ (Melbourne, Australia) 

Dziennikarka, poetka, pisarka, biografka, dokumentalistka. Urodzona w 1955 roku w Słupsku. Studiowała filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Słupsku,  następnie dziennikarstwo, edytorstwo, nauki polityczne i kilka innych kierunków. W 2003 roku obroniła doktorat z zakresu slawistyki na Macquarie University w Sydney. Debiutowała poezją na łamach „Głosu Pomorza” w 1983 roku. Jest autorką kilkuset artykułów prasowych, które ukazały się w dziennikach i czasopismach krajowych i polonijnych. Wydała książki (między innymi): Lato w Surrey (1984), Andrzej Chciuk. Pisarz z antypodów (1999), Śmierci nie moje (2002), Kabaret Literacko-Satyryczny „Wesoła Kookaburra” (2004), O pół globu do domu. Obraz Polonii australijskiej w twórczości Andrzeja Chciuka (2007), Śmierci mi bliskie (2008), Jego były „Czerwone maki…”. Życie i kariera Gwidona Boruckiego – Guido Lorraine’a (2010). Artykuly, wiersze, szkice literackie publikuje w ważniejszych pracach zbiorowych i antologiach. Jej zainteresowania naukowe koncentrują się wokół losów Polaków

w Australii po II wojnie światowej, ich wkładu w rozwój kultury i nauki Polski i kraju osiedlenia.  W 2018 roku laureatka wyróżnienia w Konkursie Historycznym MSZ, a w 2020 roku uhonorowana odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.

/ literatura

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci i Młodzieży 

Poster__Japan_Final_low_res

 Międzynarodowy Dzień Książki Dla Dzieci i Młodzieży celebrowany jest - jak każdego roku - 2 kwietnia.

Owa data nie jest przypadkowa - tego dnia,  w 1805 roku urodził się słynny duński baśniopisarz Hans Christian Andersen, autor takich klasyków jak „Brzydkie kaczątko”, „Calineczka” czy „Królowa Śniegu”.

Święto zostało uchwalone w 1967 roku przez Międzynarodową Izbę ds. Książek dla Młodych Ludzi (IBBY, Polska sekcja tej organizacji istnieje od 1973 roku). Każdego roku gospodarzem święta jest inne państwo – impreza odbywała się już w takich krajach jak Japonia, Belgia, Brazylia, Rosja, Hiszpania, Indie, Nowa Zelandia, Egipt, Stany Zjednoczone. Polska także była gospodarzem Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci - w 1979 roku. W tym roku patronat nad tym dniem objęła Japonia.  Autorzy i ilustratorzy japońscy przygotowali plakat, napisali tez "male orędzie" do dzieci w każdym wieku, które zostanie przesłane do wszystkich krajów, skupionych w IBBY, i odczytane 2 kwietnia. 

Z okazji święta, biblioteki, domy kultury czy księgarnie organizują imprezy promujące literaturę dla dzieci – warsztaty, dyskusje, wystawy, itp. Pakamera dzieciom również przygotuje niespodziankę - zajrzyjcie 2 kwietnia!!!

Przy okazji Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci warto wspomnieć o akcji społecznej „Cała Polska czyta dzieciom”, która odbywa się od 2001 roku i ma na celu zachęcenie rodziców do czytania książek swoim pociechom.

Dlaczego warto czytać dzieciom? Zalet jest bardzo wiele. Książki dostarczają wiedzy, rozwijają wyobraźnię, pamięć, uczą logicznego myślenia, kojarzenia faktów. Książki mają także w sobie duży ładunek emocjonalny. Zaszczepiając młodym chęć czytania, jest nadzieja, że w przyszłości częściej będą siedzieć z nosem w książce niż w smartfonie.   (ac)

/ literatura

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Nagroda
imienia
Hansa Christiana
Andersena

Nagroda-Andersena-Ibby

Iwona Chmielewska - polska ilustratorka i pisarka ceniona na całym świecie, twórczyni nagradzanych autorskich książek obrazkowych została nominowana do najbardziej prestiżowej międzynarodowej nagrody dla książki dziecięcej Nagrody im. Hansa Christiana Andersena w kategorii ilustratorów. Na ogłoszonej przez IBBY (International Board on Books for Young People) - międzynarodowej organizacji non-profit, zajmującej się promocją literatury dziecięcej i młodzieżowej - krótkiej liście finalistów znalazło się sześcioro autorów i sześcioro ilustratorów. Zwycięzcę poznamy 8 kwietnia 2024 podczas Targów Książki w Bolonii, Włochy.

obrazkowe-ksiazki-chmielewskiej-

W Polsce nikt jej nie chciał. Choć od czasów studiów mieszka

w Toruniu, jej kariera zaczęła się w… Korei – tamten rynek wydawniczy stawia na wyrafinowaną estetykę dla dzieci. Ponad 20 lat temu, gdy żaden polski wydawca nie był zainteresowany jej książkami, rysowniczka zabrała ich makiety do Bolonii. Tam poznała Jiwone Lee, koreańską historyczkę sztuki

i literaturoznawczynię mówiącą po polsku. Lee przedstawiła jej prace w swojej ojczyźnie. To, jak Polka widzi świat bardzo spodobało się w Azji. Mówią, że jej kreska jest niezwykle europejska. W ciągu niecałego roku od poznania obu pań dwie książki Chmielewskiej ukazały się w Korei. Do dziś opublikowała ich tam ponad 20, a każda sprzedaje się w 100 tysiącach egzemplarzy.

Gdy w Korei osiągnęła status „gwiazdy”, powstał jej fanklub (jest jedyną polską autorką, która ma w Korei swój fanklub), witały ją

czerwone dywany, miłośnicy jej książek czekali w długich kolejkach po autografy… Gdy podpisywała książki w Korei, w Polsce nikt

o niej nie słyszał. Kiedy zdobyła niemal wszystkie nagrody światowe za swoje książki, została zauważona w kraju.

Bez Korei nie byłabym w tym miejscu, z którym jestem. Gdyby nie ta ich wiara, pewnie zniechęciłabym się kolejnymi próbami, jakie podejmowałam tutaj. Nic z nich nie wychodziło, a przynajmniej niewiele. Pewnie już dawno robiłabym co innego – mówi dzisiaj ilustratorka. Jej książki wydawane są w Ameryce Łacińskiej, Chinach, na Tajwanie, w Japonii, Francji, Hiszpanii i Niemczech. Jest potrójną laureatką Bologna Ragazzi Award, nagrody przyznawanej na najważniejszych targach książek dla dzieci i młodzieży.

W Polsce wspolpracuje już z wieloma wydawnictwami, a za „Pamiętnik Blumki” (wydawnictwa Media Rodzina) otrzymała w 2011 roku tytuł Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY.

U nas gatunek picture booków nadal nie jest jeszcze oswojony. Może o tym już świadczyć, że używamy angielskiej nazwy. Określenie „książka obrazkowa” nie do końca przyjęła się. Sama posługuję się tą nazwą, ponieważ nie godzę się na kategorię „obrazek”, która przypisana jest przede wszystkim do literatury dziecięcej.  W ten sposób odbiera się dorosłym możliwość zainteresowania taką książką i jej przeżycia razem z dzieckiem, ale też samodzielnego – tłumaczyła Chmielewska kiedyś podczas wywiadu dla „Gazety Wyborczej”. I dodala – Picture book to forma książki, w której i tekst, i obraz mogą właściwie funkcjonować osobno, ale dopiero gdy się je zestawi, następuje wybuch supernowej.  W momencie spotkania dzieje się coś tak fascynującego. Mówię tu także o spotkaniu

z odbiorcą, bo on jest najważniejszy. Dobre picture booki nie epatują popisem talentu autora, ale gościnnością, zaproszeniem do współtworzenia historii przez odbiorcę.

O nagrodzie

Nagroda imienia Hansa Christiana Andersena, często nazywana „Małym Noblem”, to najważniejsze międzynarodowe odznaczenie, przyznawane za twórczość dla dzieci. Patronem nagrody jest Jej Wysokość Małgorzata II, Królowa Danii. Nominacje zgłaszane są przez narodowe sekcje, a wyboru laureatów dokonuje międzynarodowe jury, w którego skład wchodzą badacze i znawcy literatury dziecięcej.

Nagrodę im. H. Ch. Andersena zaczęto przyznawać w 1956 roku w kategorii Autor, a pierwszy ilustrator otrzymał ją dziesięć lat później. Na nagrodę składają się: złoty medal i dyplom wręczane na uroczystej ceremonii podczas Kongresu IBBY. Z okazji przyznania nagrody ukazuje się zawsze specjalny numer czasopisma „Bookbird”, w którym zamieszczane są nazwiska nominowanych, a także sprawozdanie z obrad Jury.

W 1982 roku laureatem Nagrody był Zbigniew Rychlicki – wybitny polski grafik i ilustrator.   (pz)

/ podróże

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

pelnia smakow i slonca

Andaluzja:
wyprawa do krainy sherry

TOMASZ PRANGE-BARCZYŃSKI (tekst i zdjęcia) 

Dla jednych Andaluzja to Costa del Sol i Costa del Luz, setki kilometrów plaż, Marbella, gdzie aleja Julio Iglesiasa dociera do placu Antonio Banderasa. Dla innych flamenco, corrida czy mauretańskie alkazary. Sybaryci znajdą tu najlepszą w Hiszpanii oliwę, doskonałe szynki i ryby oraz najbardziej niedocenione i tajemnicze wino świata – sherry.

Fracht do Nowego Świata

W początkach XVI wieku Hernando Fernandez Colón, młodszy syn Krzysztofa Kolumba, wysłał do Ameryki Południowej fracht oliwy pochodzącej z farmy na przedmieściach Sewilli. W tamtym czasie to gospodarstwo było największym producentem oliwy na świecie. Mimo że dziś zmieniły się realia, Hacienda Guzmán nadal robi wrażenie rozmiarem plantacji. Otaczający posiadłość gaj liczy sobie

3 km długości i ponad 2 szerokości. W zbiorach bierze udział każdego roku 200 osób. Nie powinno to dziwić, ponieważ Hiszpania jest największym producentem oliwy na świecie, a Andaluzja największym oliwnym regionem w kraju. Z oliwy żyje tu 250 tys. rodzin. I choć hiszpańska oliwa potrafi mieć różną reputację, w Hacienda Guzmán dbają o jej dobre imię i jakość.

Farma zawdzięcza swą nazwę potężnej rodzinie, która w XVII wieku przejęła gospodarstwo od kościoła. Witające gości armaty przy głównej bramie pałacu miały w przeszłości świadczyć o prestiżu Guzmánów, gdyż to tutaj stanowiono prawo.

Dziś właścicielem hacjendy jest Juan Ramón Guillén. Urodzony olejarz prowadzi także fundację wspierającą sektor oliwy. Jednym

z jej celów jest wpisanie andaluzyjskiego krajobrazu gajów oliwnych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W Hacienda Guzmán utrzymywane jest arboretum (olivoteca) ze 150 różnymi odmianami drzew oliwnych z wielu kontynentów. Firma, oczywiście, produkuje też oliwy: trzy jednoodmianowe (manzanilla, arbequina i hojiblanca) oraz jedną mieszaną. Przed degustacją wsiadam do zaprzęgniętego w konie powozu i odbywam obowiązkowy tour po plantacji. To część programu oleoturystycznego, jaki oferuje hacienda.

Solera sherry fino w Bodegas Lustau

Solera sherry fino w Bodegas Lustau

gaj oliwny w Hacienda Guzman

Gaj oliwny w Hacienda Guzmán

Szynka to nie tylko produkt

W barze Xauco przy Carretera San Juan del Puerto, głównej ulicy Jabugo, można się napić w upalne popołudnie zimnego piwa. Nie to jest jednak głównym celem podróżnych przybywających do górskiego miasteczka w północno-zachodnim zakątku Andaluzji, niedaleko granic Estremadury i Portugalii. Tuż obok Xauco, w sporym jak na rozmiary Jabugo sklepie, sprzedawane są lokalne, długosezonowane szynki i łopatki oraz wiele innych produktów wędliniarskich. Takich punktów w liczącej mniej niż dwa i pół tysiąca dusz mieścinie jest więcej – barów, butików, wędliniarni, restauracji. Nawet barierki z czarnej blachy oddzielające chodnik od jezdni zawierają motyw świni. Trudno się dziwić – zagubione pośród pasma Sierra de Aracena Jabugo jest stolicą renomowanej apelacji (PDO) jamón ibérico.

– Szynka dla Hiszpana to nie tylko produkt – przekonuje mnie przewodniczka po dojrzewalni jamón należącej do producenta Montesierra. – Jest wpisana w nasze DNA; to rzemiosło, kultura, nasza historia i dziedzictwo. Krojenie i degustowanie wysokiej jakości jamón należy do rytuału, zwłaszcza w czasie tak ważnych rodzinnych imprez jak śluby, chrzciny czy święta – dodaje.

Rodzina Martín, właściciele Montesierra, weszła w rzeźniczy fach cztery pokolenia temu. Jest jedną z trzydziestu, które produkują szynki oznaczone certyfikatem PDO Jabugo. Prace nad przepisami chroniącymi nazwę pochodzenia i tradycyjny sposób przygotowywania lokalnego jamón rozpoczęły się już w 1974 roku. Jednak ówczesny projekt nie znalazł umocowania prawnego. Dopiero 21 lat później hiszpański rząd, a wkrótce potem Komisja Europejska zarejestrowały D.O. Jamón de Huelva, która w 2017 roku zmieniła nazwę na Jabugo.

Szczęśliwe świnie w Jabugo

O szczególnym charakterze szynek wytwarzanych w górach Sierra de Aracena wspominał już w drugiej połowie XVI wieku legendarny hiszpański dramatopisarz Lope de Vega. W 1772 roku, w pobliskim Cumbres Mayor zawiązano stowarzyszenie rzeźników pod wezwaniem Świętego Antoniego. Potem, w połowie XIX wieku, w Jabugo i okolicy zaczęły powstawać pierwsze firmy produkujące jamón. Na rok 1912 przypadło otwarcie linii kolejowej łączącej prowincję Huelva z Sewillą i Kadyksem przyczyniło się do ich rozwoju.

Wszystko zaczyna się od zwierząt i miejsca. Świnie rasy ibérico (wyłącznie!) spędzają życie – szczęśliwe, jak twierdzą hodowcy

i producenci jamón – na naturalnych pastwiskach pośród dębów ostrolistnych, portugalskich i korkowych. To olbrzymie tereny zwane po hiszpańsku deheza. Każde zwierzę musi mieć do dyspozycji (średnio) 2 hektary. Hodowcy szacują, że ibérico pokonują tam około 14 kilometrów dziennie. Żywią się świeżymi żołędziami i ziołami. Wybieganie przekłada się na jędrność mięsa, dieta na jego smak. Dehezy leżą w prowincjach Badajoz i Cáceres w Extremadurze oraz Kadyks, Kordoba, Huelva, Malaga i Sewilla w Andaluzji. Większość rzeźni znajduje się w Jerez. Ubój odbywa się zimą, po tym, jak w ostatnim okresie życia świnie mają pod dostatkiem świeżych żołędzi.

Chroniona Nazwa Pochodzenia

Status PDO otrzymują tylko szynki i łopatki. Proces przygotowywania i sezonowania mięsa musi odbywać się już w bodegach leżących w granicach obszarów chronionego krajobrazu Sierra de Aracena oraz Picos de Aroche. Duża różnica temperatur między dniem i nocą w sezonie letnim oraz wysoka wilgotność panująca od jesieni do wiosny sprzyjają procesowi suszenia ibérico.

Bodegi to zazwyczaj kilkupiętrowe budynki. Mięso zostaje natarte solą morską i zaczyna swą podróż w górę po kolejnych poziomach. Wraz z naturalnym cyklem pogodowym, gdy robi się ciepło i sucho, trafia na najwyższe piętro. W bodegach nie ma mowy o sztucznej regulacji temperatury czy wilgotności. Wszystko odbywa się przez otwieranie i zamykanie okien, dlatego tak istotna jest rola klimatu Jabugo i okolic. W trakcie całego procesu jamón traci ok. 20‒30 proc. wody. Sprawia to, że ostatecznie waży ok. 7 kilogramów. 60 proc. z tego stanowi mięso. Cena za sztukę to ok. 500‒600 euro.

O każdą nogę dba się tu osobno. Nic więc dziwnego, że za największą zbrodnię uznawane jest złe krojenie jamón. Potrzebny będzie stojak, w którym można umieścić stabilnie szynkę, oraz trzy noże. Kuchenny służy do nacięcia skóry, trybownik do jej zdjęcia oraz długi, wąski i giętki do wycinania cienkich, niemal przeźroczystych plastrów. Tylko takie, pachnące żołędziami, oleiste, rozpływające się w ustach oddadzą prawdziwy urok jamón ibérico z Jabugo. Mistrz ceremonii przygotowuje szynkę i dokonuje pierwszych cięć. Potem pozwala mi podejść i chwycić nóż. Kontroluje kąt, pod jakim trzymam narzędzie. Odcinam swój pierwszy plaster jamón. Wygląda nawet nieźle, choć daleko mu do idealnej grubości, jaką potrafi wykroić maestro.

wedzenie na wietrze

Dojrzewalnia szynki w Jabugo

Labraks z estero

Widziane z lotu ptaka ujście Barbate do Atlantyku przypomina geoglify z Nazca, pod warunkiem że ich twórca byłby abstrakcjonistą. W meandry rzeki i kręte koryta odprowadzonych od niej kanałów wciskają się regularne formy wąskich i długich, leżących jeden obok drugiego basenów. To dawna salina zamieniona w hodowlę ryb. Inicjatorem Pesquerías Lubimar był ponad 30 lat temu Don Antonio Hernández Barrera. Przekształcił dawne zbiorniki do pozyskiwania morskiej soli w baseny hodowlane. Dziś firmą zarządzają jego synowie.

System zwany esteros (z hiszp. ujście) zasilany jest wodą morską, która dostaje się do dolnego biegu rzeki, kanałów i zamkniętych akwenów w czasie przypływów oceanu. Rozlewisko rzeki stanowi biologiczny filtr. Dzięki zaporom do esteros nie może dostać się słodka woda. Warunki, w których dorastają ryby, przypominają naturalne. Tutejsze labraksy i dorady żywią się tym, co znajdą

w morskiej wodzie, oraz przygotowanymi dla nich warzywami, planktonem i hodowanymi w osobnych basenach krewetkami. Nie stosuje się żadnej karmy pochodzenia zwierzęcego ani antybiotyków. Hodowla jest ekstensywna, dzięki temu mięso ryb ma dużo lepszy smak. Bliskość parku krajobrazowego La Breña y Marismas de Barbate sprawia, że wszystkie kwestie dotyczące ochrony środowiska są w Lubimar traktowane poważnie. Okazało się to korzystne także dla ptaków. Rozległe tereny farmy są dziś naturalną ostoją wielu gatunków.

Ryby na ognisku

Do Lubimar docieram rano. Po drodze do łowiska mijamy spore stado różowych jak sukienka Barbie flamingów europejskich.

W jednym z basenów trwa odłów. Groblami, po obu brzegach jednego ze zbiorników, poruszają się wolno mężczyźni ciągnący

z mozołem długie, napięte, zanurzone w wodzie liny. Przypominają XIX-wiecznych burłaków. Im bliżej są końca zbiornika, tym bardziej w okolicy sznurów burzy się woda. Wreszcie z basenu wyłania się górna krawędź przytroczonej do lin sieci. Stłoczone morskie okonie błyszczą w słońcu srebrnymi łuskami. Dźwig zamontowany na ciężarówce unosi w górę pełną ryb sieć, zwalnia ją, a na pakę trafia kilkaset dorodnych labraksów.

Te ryby są już sprzedane. W Lubimar odławia się ich tylko tyle, ile zamówili kupcy. Po trwającej kilkanaście minut selekcji i pakowaniu zostaną wysłane w świat. Jeśli zamówienie przyszło z Hiszpanii, ryba znajdzie się w restauracji, nawet na drugim końcu kraju, w ciągu najwyżej doby. Na szczęście kilka okoni zostaje. Oczyszczone trafiają na długie płaskie szpady wbite na sztorc w piasek wokół ogniska rozpalonego w starej zdezelowanej krypie, tuż obok budynku, w którym ryby są selekcjonowane i pakowane. Kilkanaście minut

z jednej, kilkanaście z drugiej strony. Po chwili białe jędrne mięso trafia na papierowe tacki. Piwo, warzywa, chleb – najlepszy rybny posiłek od wielu miesięcy. 

Świątynia tuńczyka

25 kilometrów na północ od Barbate leży Conil de la Frontera. Nieduże nadmorskie miasteczko pełne jest dwupiętrowych bielonych domów typowych dla krajobrazu Andaluzji. Nie byłoby w nim nic szczególnego, gdyby nie Cooking Almadraba. Nowoczesnego bistro

o minimalistycznym wystroju nie powstydziłaby się Sewilla czy Madryt. Bohaterem lokalu jest tuńczyk – zarówno w menu, jak

i elementach wystroju czy na muralach. Na stole lądują kolejne fragmenty ryby, surowej i poddanej obróbce termicznej. W formie sashimi, z ostrą papryką, na brioszce z papryką duszoną i domowym majonezem, z krokietem z bakłażana, z jajkiem sadzonym

i kawiorem…

Każdy smakuje inaczej. Jest to dla mnie o tyle zrozumiałe, że po południu odwiedziliśmy Petaca Chico. Ta firma z Conil od 30 lat specjalizuje się w pradawnej metodzie połowu tuńczyka błękitnopłetwego zwanej tak jak bistro – almadraba. Rybacy stosują ją na przybrzeżnych wodach Atlantyku, opodal portów w Conil, Barbate, Zaharze i Tarifie. To szlak,którym wielk ie ryby podążają wiosną ku Cieśninie Gibraltarskiej i Morzu Śródziemnemu.

Łowczy budują z sieci rodzaj podwodnych korytarzy, którymi tuńczyki wpływają do otoczonego przez kutry niewielkiego akwenu. Jego „dno” stanowi osobna sieć. Gdy ryby są już w almadrabie (z arabskiego: miejsce, w którym się uderza), sieć wędruje w górę. Rybacy wskakują do niej i wiążą liny wokół wyselekcjonowanych tuńczyków. Dzięki takiej procedurze można kontrolować kwoty połowów i zostawiać w morzu młodsze ryby zdolne do dalszej reprodukcji.

Nic się nie marnuje

Razem ze mną do Petaca Chico trafia z portu świeżo złowiony tuńczyk o wadze ok. 170 kilogramów. Doświadczony pracownik

z asystentem sprawia go w pół godziny. Tradycyjny sposób cięcia ryby nazywa się ronqueo. Zwierzę zostaje podzielone na kilkadziesiąt części, m.in. marmurkową barriga z brzucha, cola blanca spod płetwy, corazón – serce, descargamento – fragment czystego mięsa przylegającego do polędwicy, traktowanego jako delikates, galaretowatą część spod oczu facera. Każda ma inny smak i przeznaczenie. Nie marnuje się nic. Część trafia od razu do restauracji, część do głębokiego mrożenia (-60˚C), część jest konfekcjonowana i sprzedawana jako delikates w puszkach.

Pracujący w otwartej kuchni Cooking Almadraba szefowie nie zwalniają tempa, nadając wieczorowi rytm kolejnymi daniami

z tuńczyka. Szkoda, że do tej na wskroś lokalnej kolacji pijemy wina z apelacji odległych o setki kilometrów. Na stół trafiają butelki

z Kastylii, La Rioja, Katalonii. Na szczęście, za sprawą gospodarzy z Petaca Chico, spod stołu wyłania się La Goya. Manzanilla z Bodegi Delgado Zuleta jest drożdżowa, rumiankowo-jabłeczna, oleista i bardzo intensywna . A więc w Andaluzji wciąż jeszcze pamiętają

o sherry!

Spadek almacenisty

Pamiętają, choć nie wszędzie. Kilka lat temu zawitałem na jeden raptem wieczór do Grenady. Postawiłem wtedy przed sobą proste, zdawałoby się zadanie: rozkochać w sherry mojego kompana. Pełni entuzjazmu ruszyliśmy centralną Carrera de la Virgen. Już

w pierwszym barze zawołałem z radością: dos copitas de montilla fino, por favor! Potężnych rozmiarów barman spojrzał na mnie wzrokiem człowieka, który trzecią dobę zmaga się z palącym bólem dolnej siódemki. Osunął się na kolana i z wysiłkiem zaczął grzebać w czeluściach najniżej położonej chłodni. Udało się, znalazł flaszkę i nalał coś, co być może kilka lat temu mogło uchodzić za fino. W otwartej przed wiekami butelce zmieniło się jednak w zwietrzałe quasi-oloroso. Dalsze poszukiwania skazane były na klęskę. W barach królowało verdejo z Ruedy.

Ryby Barbate

Pieczone labraksy

Tunczyk

Sprawienie tuńczyka o wadze około 170 kg zajmuje specjaliście pół godziny

Sherry w Jerez de la Frontera

Na szczęście, wciąż bez większych problemów można się napić sherry w Jerez de la Frontera. No, ale to w końcu stolica apelacji. Czołowe firmy produkujące to szczególne wino mają tu swoje nie tyle winiarnie, co dzielnice. Gonzales-Byass ze słynną bodegą Tio Pepe ociera się o miejską katedrę i Alcázar. W ścisłym centrum ma swe magazyny tuzin winiarni. Jedna z największych, Bodega Lustau, mieści się przy Calle Arcos, zaledwie 500 metrów od miejskiego targu. Trudno uwierzyć, że zabytkowe, wypełnione rzędami criader hale stały się własnością firmy dopiero w 2000 roku.

Wszystko zaczęło się od niewinnego hobby niejakiego José Ruiza-Berdejo, sekretarza w Trybunale Sprawiedliwości. W wolnych chwilach, od 1896 roku zaczął on uprawiać winorośl w rodzinnej posiadłości Nuestra Señora de la Esperanza. Był klasycznym almacenistą – producentem wina, które sprzedawał luzem dużym hurtownikom. Na początku lat 40. XX wieku Emilio Lustau Ortega, mąż Marii, córki José, wciąż jako almacenista przeniósł bodegę do Jerez. W 1945 roku zdecydował się na samodzielne butelkowanie

i sprzedaż win. Wtedy powstały legendarne marki: Papirusa, Jarana, Escuadrilla, Emperatriz Eugenia, czy Cinta de Oro. Prawdziwy rozwój firmy nastąpił w latach 80. pod rządami Rafaela Balao. Wówczas zrodził się koncept będący hołdem złożonym założycielom winiarni. Lustau zaczęła wypuszczać krótkie serie win od pojedynczych winiarzy. W kolekcji „Almacenista” jest osiem sherry – od manzanilli, przez palo cortado, aż po oloroso. Na każdej widnieje nazwisko winiarza.

Gdzie dojrzewa sherry

W ostatnim roku XX wieku Lustau nabyła stare magazyny, w których dziś dojrzewa ich sherry. Hale zostały wybudowane między 1830

a 1860 rokiem. Stoją na gołej ziemi. Tak jak w przypadku winnic w regionie, tak i tutaj jest to albariza, wapień, który łatwo chłonie wilgoć. Wysokość budynków ma olbrzymie znaczenie – różnice temperatury między sufitem a podłogą sięgają nawet 5°C.

W wyższych, chłodniejszych magazynach dojrzewa sherry fino i amontillado.

Beczki oloroso składowane są w mniej strzelistych cieplejszych budynkach. Skomplikowane nowoczesne systemy klimatyzacyjne zastępuje tu natura. Warto zauważyć, że rozległa pergola w patio stanowiącym recepcję winiarni obniża temperaturę aż o 10°C wobec tej panującej za bramą bodegi. Magazyny budowane są jeden obok drugiego, by wzajemnie rzucały na siebie cień. W wąskich przestrzeniach między halami bujnie rosną bugenwille, które – znów – potrafią obniżyć temperaturę otoczenia o 5°C. W takich warunkach nie może powstać złe wino. Zwłaszcza przy wielkiej trosce, jaką mistrzowie piwniczni otaczają każdą z kilku tysięcy beczek ustawionych w długie piramidy criader. Odwiedzając miejsca takie jak Bodega Lustau, trudno wyobrazić sobie, by świat miał kiedykolwiek zapomnieć o sherry.

Niedziela w Kordobie. Dzień dobiega końca. Spędzam samotnie wieczór w barze na obrzeżach Mezquity, przy klasycznym zestawie tapasów. Oliwki, jamón, kawałek tortilli, morcilla, czyli andaluzyjska wersja kaszanki. Do tego kolejne copity (nieduże smukłe kieliszki na krótkiej nóżce) fino. Są zimne jak lód, nalewane nie z butelki, ale z wyposażonego w system chłodniczy dystrybutora. Euro za kieliszek. Ruch umiarkowany. W podwieszonym pod sufitem telewizorze leci podsumowanie ostatniej kolejki La Liga. Przez te dwie godziny mam wrażenie, że mógłbym tu spędzić resztę życia.     (fermentmag.pl)

Sherry

/ wokół stołu  

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Najdroższe
jajka
w Szwecji

MONIKA BRZYWCZY

Zdjęcia: KRZYSZTOF KOZANOWSKI

Karolina Wilczynska
kozanowski_szwecja
szwedzkie jajka
szwedzkie jajka
kozanowski_szwecja
kozanowski_szwecja

Co poniedziałek w jej kuchni kawę̨ piją Jacob Holmström i Anton Bjuhr, szefowie kuchni w restauracji Gastrologik w Sztokholmie (jedna gwiazdka Michelina). Przyjeżdżają̨ tu, do małego drewnianego domu położonego 40 kilometrów od miasta, by odebrać jajka, przepiórki czy miód, które specjalnie dla nich przygotowuje Karolina. – Wydaje się, że ważne jest dla nich to, by na chwilę wyrwać się z miasta, odetchnąć, ale też spojrzeć mi w oczy. Zobaczyć, w jakich warunkach chowa się ptactwo, porozmawiać o tym, co nowego szykujemy

w sezonie, być blisko swojego dostawcy. Zresztą sami sadzą też warzywa

w Rosendals Trädgård (królewskich ogrodach w Sztokholmie oddanych do publicznego użytkowania – red.), tam też często zaglądają̨.

Prawda o produkcie, jego pochodzeniu, przywiązywanie wagi do tego, jakie życie mają kury znoszące jajka, które zjadamy, stają się dla szefów i konsumentów coraz ważniejsze. Jeśli restauracja podaje mięso, to pochodzące z dobrych hodowli, sprawdzone. Do tego stopnia, że szwedzcy szefowie nie wahają się, by przepiórki na talerzu serwować z nóżkami – opowiada Karolina, która zresztą ma coraz więcej takich zapytań, a niektórzy szefowie nawet zamawiają kurczaki

z głowami! – Chcą przypominać konsumentom, skąd się jedzenie bierze, że nie ze sklepu i nie z lodówki – tłumaczy to nieco ekscentryczne dla nas zjawisko. – Oni szukają zwierząt, które dobrze się czują, które mają dobre życie. Wtedy ich jajka czy mięso są lepsze, lepiej nam służą.
 
Urodzinowa kura
Skąd się wzięła ta Polka od jajek na wsi pod Sztokholmem? Karolina przyjechała do Szwecji jeszcze w trakcie studiów lingwistycznych na Uniwersytecie Warszawskim, aby jako opiekunka do dzieci podszkolić swój szwedzki. Poznała myśliwego, Victora, który został jej mężem. Dziś razem z dwójką dzieci mieszkają w gospodarstwie, specjalizującym się w polowaniach. Victor pracuje na etacie,

a Karolina postanowiła porzucić pracę tłumacza w mieście i założyć swoją firmę. – Kiedy jeszcze pracowałam w Sztokholmie, dzwoniłam do domu i pytałam, co słychać. Victor opowiadał mi, że kaczuszki się wylęgły, wiśnia zakwitła, a ja żałowałam, że nie mogłam tego oglądać – wspomina.
Zawsze lubiła wieś. Może dlatego, że jej babcia mieszkała pod Kielcami, miała kury, sprawy gospodarstwa nigdy nie były jej obce. Całe lato biegała z kurami

i gotowała dla nich zupy z pokrzyw. – Wszystko zaczęło się od dwóch kur i jednego koguta, które dostałam na urodziny od przyjaciela Victora – Karolina opowiada

o początkach własnej hodowli. – Miał kury i wiedział, że też mam ochotę na własne jajka. Victor zbudował mi kurnik. Rok później doszły przepiórki i zaczęłam przypuszczać, że będę się tym zajmować́ na pełen etat. W podjęciu decyzji pomogła mi koleżanka, która któregoś razu była w Gastrologik i namawiała mnie, bym się do nich odezwała, zaproponowała dostarczanie jajek. Zajrzałam do nich na Facebooka, zobaczyłam ładne kolorowe jajka. Pomyślałam: oj, nie, już mają dostawcę… Ale ona mi truła: napisz, napisz. Więc w końcu napisałam, że mam przepiórki i kury. Od razu odpisali, że chętnie spróbują! Nie upłynęła nawet minuta! Tydzień później zawieźliśmy im pierwszą partię i od tamtej pory współpracujemy. To już ponad cztery lata.

Sześć koron za sztukę
Karolina hoduje kury kilku ras, między innymi potężne czarnopióre jersey giant, maran, które znoszą jajka o czekoladowobrązowych skorupkach, czy białe puchate araucany słynące z jajek o niebieskozielonej barwie. Są też holenderskie kurki miniaturowe i stara szwedzka rasa blommehöns. –
Restauratorzy biorą wszystko, co mam – opowiada Karolina. – Jaja perlicze, kacze, indycze też. Przyjeżdżają̨, patrzą, co jest, głaszczą kury i nieraz nawet sami zbierają jajka

w kurniku.

Finansowo nie jest lekko, bo w ostatnim roku Karolina zainwestowała w ule (jej firma – Rosa Skattlådan AB, czyli różowa skrzynia skarbów – produkuje też miody). – Miodu w ubiegłym roku było wyjątkowo mało – mówi. – Myślałam, że nie przetrwam, że trzeba będzie zrezygnować́ przynajmniej z hodowli kur, która

w ogóle nie przynosiła zysków. Ale Anton i Jacob zapytali: ile musisz dostać́ za jajko, żeby ci się nadal opłacało prowadzić́ gospodarstwo? Dotąd płacili mi

3 korony za jedno. Powiedziałam, że dwa razy więcej. Zgodzili się od razu. Sprzedaję jajka, każde, małe i duże, po 6 koron plus moms (VAT). Teraz mamy jedne z najdroższych jajek w Szwecji – śmieje się Karolina – i mimo wszystko sprzedają̨ się na pniu.
To nie jest masowa produkcja, wszystkich kur ma może 40, przepiórek 150–200.

I chcę, żeby tak zostało, od pewnego momentu przechodzi się na skalę masową, wtedy już trzeba stemplować́ jajka. A restauratorom chodzi właśnie o to, by jajka były bez stempli – podkreśla.


Muszelki, ślimaki i królowa pszczół
Mamy alergię na klatki. Jeśli kura nie widzi słońca, nie może sobie pobiegać́, podziobać́ trawy, to co to za życie? A ludzie mają tendencję, by zwłaszcza przepiórki wciskać do najmniejszych z możliwych klatek, nawet tu, w Szwecji… Walczymy, aby tak nie było, choćby przez to, że jestem w towarzystwie hodowców przepiórek. Nasze są karmione paszą ze szwedzkich zbóż, pokruszonymi muszelkami, żeby miały wystarczająco wapnia, a także owocami, warzywami, pszenicą i rzepakiem z gospodarstwa obok. Kury dziobią marchewkę̨, która jest dla nich źródłem witamin, daje zajęcie w zimowe dni i jeszcze nadaje żółtkom ładny kolor. Biegają też po podwórzu, mogą sobie zjeść robaki, ślimaki, co tam chcą, czasem jabłka, czasem gruszki, to, co same znajdą na działce. Kurzym przysmakiem są pestki słonecznika – wymienia Karolina. – To jest deser, tym karmię z ręki moje ulubione okazy.
Jako gospodyni musi pilnować nie tylko ptasiej diety. Gdy kury wolno biegają po podwórzu, trzeba uważać na jastrzębie. Bardzo często polują one na domowe ptactwo. Trzeba te jastrzębie chwytać i odwozić do Sztokholmu do ornitologa, który je obrączkuje i wypuszcza w rejonach, gdzie są problemy ze zbyt dużą populacją gołębi.
Ostatnio jestem też zafascynowana pszczołami, studiuję pszczelarstwo zawodowe – wyznaje właścicielka Rosa Skattlådan. – Pszczoły są niesamowite – stwierdza, pokazując nam na komórce lm z wnętrza ula. Oglądamy, jak królowa znosi jajka albo jak rój siedzący na gałęzi jabłoni zbiera się do przemieszczenia, potrącając się nawzajem. Ule Karoliny są różowe – trochę z przekory czy dla odróżnienia, bo większość pszczelarzy to mężczyźni. Ich ule są zazwyczaj niebieskie albo zielone.
 

Te, co gdaczą̨ i biegają̨
Zaglądamy do kurników, w których nagle wznosi się kurzy raban, wszystkie ptaki gdaczą równocześnie. Karolina uspokaja je dziarskim „cicho”. Dla nas, mieszczuchów, wszystko jest tu nowe. – Dlaczego kury siedzą̨ na żerdziach? – pytam. –
Bo lubią – śmieje się Karolina. A gdy znoszą jajko, muszą najpierw usiąść na sianku, wymościć się i wtedy dopiero niosą. Kiedy się zdenerwują, ktoś je gdzieś przemieszcza, niosą za wcześnie – jajka mają wtedy kruche skorupki albo są niedobarwione. W gnieździe układa się sztuczne, drewniane jajka, bo kury chętnie niosą tam, gdzie już są jakieś jaja. Standardowo znoszą jedno dziennie, do kurnika wchodzi się raz dziennie zimą i dwa razy dziennie latem, by je zebrać.

Czasem pozwalamy im wysiedzieć. Lubimy, jak biegają po podwórzu pisklęta – mówi Karolina. – Koguty nie walczą ze sobą, nie łapią się za pióra? – pytamy. – Raczej nie, chyba że zginie kogut, który jest wysoko w hierarchii, wtedy pozostałe muszą zawalczyć́ o jego miejsce. Mamy dwa kurniki i kury same mogą̨ sobie zmieniać́ miejsce, zostać́ tu albo tam. – A rozumiesz kurzy język? – dopytujemy. – Słyszę̨, gdy zniosą̨ jajko, ten specyficzny dźwięk satysfakcji. Albo gdy się czymś denerwują̨, ostrzegają̨, na przykład, że jastrząb leci. O, patrzcie, ta właśnie zniosła jajko, dotknijcie, jakie ciepłe…
 
Gdy nie ma kur w kurniku
Kiedy restauratorzy zamawiają̨ przepiórki, Karolina wkłada jajka do inkubatorów. Po 18 dniach wykluwają̨ się pisklaki. Potrzebują̨ sześciu tygodni, aby zacząć znosić́ jajka, i 8–14, by nabrać odpowiedniej masy, tak by nadawały się do zjedzenia. Przepiórki żyją maksymalnie dwa, trzy lata. Co rano Karolina wstaje wcześnie, by sprawdzić, co słychać́ w kurniku: dolewa wodę, daje jeść́, sprząta. Sprawdza, czy ptactwu nie jest za gorąco, nie za zimno, jak się ma. Potem następuje mycie jajek lęgowych, żeby nie było żadnych bakterii, i prześwietlanie ich, żeby sprawdzić czy nie są pęknięte. Tylko jajka do konsumpcji są prześwietlane. Czasem od pracy opuszki palców Karoliny ścierają się tak bardzo, że telefon komórkowy nie potrafi odczytać odcisku jej palca.

W gospodarstwie bywa ciężko. – Dziś muszę zabić́ przepiórki – wyznaje nam. – Oj, nie lubię tego. Ale to może dobrze – dopowiada. – Gdybym lubiła lub nie czuła żadnych emocji, znaczyłoby to, że coś jest ze mną̨ nie tak, że brak mi piątej klepki lub – jak mówi się tu, w Szwecji – że nie mam wszystkich kur w kurniku.   

(Usta magazyn)

Najstarsze i najważniejsze święto obchodzone przez chrześcijan, upamiętniające mękę, śmierć

i zmartwychwstanie Chrystusa. Wielkanoc wieńczy okres Wielkiego Postu i poprzedzający ją Wielki Tydzień.  Jest to czas zadumy i radości, w Polsce tradycyjnie spędzany w gronie rodzinnym. 

Wielkanoc to święto ruchome. Obchodzi się ją w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca.

Oznacza to, ze Wielkanoc może wypaść między: 21 marca - 25 kwietnia. 

WIELKANOCNY KOSZYK

Wielka Sobota to czas radosnego oczekiwania. Tego dnia przygotowuje się święconkę - ozdobny koszyczek

z jedzeniem, które świeci się w kościele, a zjada następnego dnia (w niedzielę), podczas uroczystego śniadania wielkanocnego.

A co w koszyku:

Baranek - wykonany z cukru lub czekolady, symbol zmartwychwstania Chrystusa.

Jajka - w postaci pisanek, kraszanek, symbol nowego życia.

Chleb - znak przemiany, jaka dokonała się podczas Wielkiego Czwartku, gdy Chrystus przemienił swoje Ciało

w chleb podczas Ostatniej Wieczerzy; symbol pomyślności.

Wędliny - oznaka zakończenia postu; ma zapewnić zdrowie, płodność i dostatek całej rodzinie.

Ciasto - najczęściej w postaci małej babki, powinno być przygotowane samodzielnie jako symbol naszych umiejętności.

Chrzan - to symbol ludzkiej siły.

Sól - ma chronić przed zepsuciem.

Masło - symbolizuje dobrobyt.

CO KRYJE JAJKO?

Przeciętne jajko kurze

wartość energetyczna: 147-155 kcal/100g

waga: około 50 g (w tym skorupka i błony: 5g)

Białko 

około 50 kcal/100g

nie zawiera tłuszczu, składa się w prawie 90% z wody, zawiera cenne dla zdrowia aminokwasy

Żółtko 

około 350 kcal/100g

zawiera prawie 32g tłuszczu w 100g, ponadto witaminy: A, D, E i K, lecytynę i luteinę

Skorupka

w około 95% składa  się  z węglanu wapnia, chroni rozwijający się zarodek i dostarcza niezbędnych wartości odżywczych. Zawiera 25 minerałów: głównie sole wapnia, selen, miedź, cynk, siarkę, krzem. 

Jej skład jest zbliżony do składu ludzkich kości. 

Najlepiej  spożywać do 10 jajek tygodniowo (zalecenie WHO).

WIELKANOC

/ listy do pakamery 

    marzec/kwiecień '24 / (19/20)

Starzy ludzie

ciągle narzekają...

Czasem o trudnych sprawach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko... To trochę tak, jakby rozmawiać z inną planetą. Napisz do mnie, a może uda nam się przeżyć moment prawdziwej rozmowy. Nawet wtedy, gdy nie będę w stanie poradzić. Ale może mam podobny problem; wtedy poczujemy się mniej samotni.

Napisz do mnie...     pakamera.info@gmail.com

(z dopiskiem - dla Pauliny)

Dog with a Flower

Od kiedy zmarł mój mąż, mieszkam samotnie. Nie przepadam za sąsiadami z mojego budynku apartamentowego, bo okropnie się zestarzeli. Za każdym razem, kiedy kogoś spotykam, muszę wysłuchiwać biadolenia na zdrowie, wysokie ceny i niskie emerytury. Moja sytuacja jest podobna, też mogłabym narzekać. Jednak ja z natury jestem optymistyczna i staram się być pogodna. Dlatego nie lubię słuchać nieustannego narzekania sąsiadów. Nikomu się jeszcze w życiu nie polepszyło od ciągłego zrzędzenia.

Pewnego razu, gdy wracałam ze spaceru, minął mnie na klatce schodowej jakiś młody człowiek. Potem usłyszałam, jak piętro wyżej otwiera drzwi kluczem. „Mieszka tutaj?” – zdziwiłam się. „Całe szczęście, że wprowadził się ktoś młody do tego domu starców. Może doda trochę życia temu ponuremu towarzystwu” – pomyślałam zadowolona.

Po około trzech tygodniach usłyszałam wieczorem głośną muzykę. Dobiegała z piętra, gdzie od niedawna mieszkał młodzieniec. Najwyraźniej zrobił imprezę. Trudno mi było zasnąć, ale nie interweniowałam. „W końcu młodość ma swoje prawa. A jedna noc to nie dramat ” – pomyślałam.

Jednak moi sąsiedzi, widać, ciężko to przeżyli, bo nazajutrz wybuchła afera. Co chwilę przychodził do mnie ktoś, skarżąc się na hałasy i szukając u mnie poparcia.
– Przecież to tylko jeden raz. Chłopak mieszka tu od trzech tygodni. Wcześniej nie przeszkadzał – tłumaczyłam.
Jak grochem o ścianę.
– Starsi ludzie mają to do siebie, że ciągle na coś narzekają – powiedziałam w końcu Kowalskiej. – Więcej marudzenia niż cała historia jest warta.
– Ale on jest tak bezczelny, że nawet nie otwiera mi drzwi, kiedy do niego dzwonię – gorączkowała się sąsiadka.
– Może pracuje? Nie jest przecież emerytem jak my – broniłam chłopaka.
– Po takiej bibie nikt normalny nie miałby siły iść do pracy. Raczej leży pijany i ma nas w nosie.
– Może powinnaś zostać detektywem, skoro tak bardzo lubisz snuć domysły – zdenerwowałam się.

– Ciebie nigdy nic nie obchodzi i nic ci nie przeszkadza – syknęła Kowalska.
– To zupełnie odwrotnie niż u ciebie – odcięłam się.

Kilka dni później wybuchła kolejna afera związana z młodym człowiekiem. Z jego mieszkania zaczęło bowiem dobiegać szczekanie. Lubiłam zwierzęta. Sama chętnie wzięłabym psa, ale zdrowie mi nie dopisywało. Poza tym, kto by się nim zajął w razie mojej śmierci. Czworonóg młodzieńca ujadał jednak przez cały dzień – najwyraźniej z tęsknoty. To był powód do kolejnej serii skarg. W końcu zwołano zebranie lokatorów. Pomyślałam, że pójdę na nie, aby stanąć w obronie młodzieńca. Najwięcej do powiedzenia miała Kowalska:
– Ten pies jest nie do zniesienia. A gówniarz, który się do nas wprowadził udaje, że nie słyszy dzwonka. Na pewno jest w domu.
– Pies nie szczeka w nocy, chyba dlatego, że nie jest sam – zabrałam głos.
– Może w takim razie ktoś z nas weźmie go do siebie w ciągu dnia – zaproponowałam. – I tak nie mamy nic roboty.

– Ja mam dużo różnych zajęć – oburzyła się Kowalska. –  Zażądajmy od właściciela kamienicy, aby wyrzucił psa. Jedna osoba nie może zatruwać życia pozostałym.
– Życia?! Chyba siedzenia na kanapie – wkurzyłam się. – A psa mogę wziąć ja.

Wieczorem, gdy ucichło szczekanie, poszłam w odwiedziny do nowego lokatora. Otworzył wyraźnie zmęczony.
– Pana pies wyje z tęsknoty przez cały dzień. Może go pan zostawiać u mnie. Będę miała towarzystwo.
– Dziękuje bardzo. Znalazłem go błąkającego się po ulicy i nie miałem serca oddać do schroniska. Dużo pracuję i trudno mi się nim opiekować. Jestem Marcin. Proszę, niech pani wejdzie.

W ten sposób mam w domu towarzystwo psa w tygodniu. A w weekendy goszczę na obiedzie Marcina, który okazał się bardzo miły. Wystarczyła odrobina dobrej woli, by rozwiązać problem. Ale moi sąsiedzi zapewne znajdą sobie zaraz jakiś inny powód do narzekania.

Jadwiga, 74 lata

 

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, jeśli nie masz nic przeciwko temu, żeby Twój list został opublikowany w kolejnych odsłonach "listy do pakamery", a skierowane do Pauliny, prosimy o dodanie w treści e-maila formułki o następującej treści: Wyrażam zgodę na publikację mojego listu w miesięczniku „pakamera.polonia” w całości lub we fragmentach wybranych przez redakcję, ze wskazaniem mojego imienia, a także na dokonywanie przez redakcję korekty tekstu na potrzeby takiej publikacji". Dziękujemy!

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page