top of page
jelen

Środek sezonu teatralnego, Łódź. Do miasta przyjeżdża dramaturg. Wygląda na zmęczonego podróżą. Wchodzi do budynku Domu Aktora, ma tu mieszkać przez kilka następnych dni. Otwiera drzwi pokoju gościnnego. Koc

w tygrysie pręgi wygląda tak, jakby spał już pod nim nie-jeden artysta. Dramaturg Hubert Sulima stawia walizkę

i rozgląda się po pokoju. Niewielki kąt z oknem, który mieści łóżko, szafkę i komodę, wystrojem przypomina scenografię do kiczowatego filmu klasy C. Obok łóżka stoi krzesło, obicie też tygrysie, za to na podłodze chod-nik we wzory imitujące kamienie. Lampka nocna oświetla stary plakat Cyganerii z Teatru Wielkiego w Łodzi. Hubert siada na podłodze w żółtej czapce. Cyk, strzela selfie. Ma kolejne zdjęcie pokoju teatralnego do kolekcji. Hubert: – Wystrój pokoi teatralnych od Bałtyku aż po Tatry zna każdy absolwent i każda absolwentka szkoły teatralnej, przede wszystkim znają zespoły realizatorów, czyli reżyser, dramaturg, scenograf. Miejsca, które stają się naszym domem na czas prób, czyli na dwa, trzy miesiące, są po prostu brudne, łóżka się rozpadają, łazienki są na koryta-rzu, kuchnia wspólna. Kiedy zgłaszamy, że brakuje przy-rządów kuchennych, nieraz słyszymy, że jesteśmy roszcze-niowi. Nie mamy stałego miejsca zatrudnienia, pracujemy projektowo, to tu, to tam. Gdy akurat nie ma pracy albo dyrektor w ostatniej chwili odwoła współpracę, musimy zająć się czymś innym, by przetrwać. Ja uczę cudzoziem-ców polskiego, wcześniej byłem kurierem i dowoziłem pizzę. Jak zobaczyłem, że mam pustą lodówkę, w despe-racji wysłałem opowiadanie na konkurs. Wygrałem dwa

i pół tysiąca złotych, dzięki temu mogłem przeżyć kolejny miesiąc w jako takim spokoju. W teatrze pracujemy głów-nie na umowę o dzieło, większość z nas nie ma ubezpie-czenia zdrowotnego. Od niedawna mam etat, a raczej pół etatu w AST we Wrocławiu i to moja druga w życiu umo-wa o pracę. Pierwszą otrzymałem jeszcze na studiach, gdy dorabiałem w hotelu jako recepcjonista na nocnych zmia-nach. Zarobki są podobne, w okolicach pensji minimalnej. Wszyscy jesteśmy przekonani, że będziemy pracowali do śmierci i umrzemy na scenie, nie myślimy o emeryturze. Choć teraz nie jestem w najgorszej sytuacji. Pracuję

w duecie z reżyserem Jędrzejem Piaskowskim.Obaj mają już na koncie sporo nagród teatralnych, nominacje do Paszportu „Polityki”. Dyrektorzy chętnie z nimi pracują, ich spektakle mają dobre recenzje. A to przekłada się na regularność propozycji pracy. Hubert: – Mimo to dopiero od niedawna stać mnie na wynajem mieszkania we Wroc-ławiu. Wcześniej mieszkałem w domu rodzinnym w Biela-wie, który przez większość czasu stoi pusty, bo rodzina pracuje w Niemczech. Trzydziestokilkuletni facet wrócił po studiach do małego miasteczka do rodziców. Nie ma nic swojego, nie ma ubezpieczenia, nie stać go na den-tystę. Pamiętam, jak siostra zapytała mnie z wyrzutem: „Co ty robisz ze swoim życiem?”. Dotknęło mnie to, obraziłem się. Jestem z rodziny robotniczej i jestem pierwszą w historii rodziny osobą, która skończyła studia. Mimo że po studiach miałem sporo ofert pracy, na wyna-jem nie było mnie stać. Ale moja siostra miała rację. Co ja robię ze swoim życiem? Czy naprawdę warto poświęcać swoje zdrowie, psychikę, bezpieczeństwo tylko po to, by  wykonywać ten zawód? Z zewnątrz obrazek jest piękny, mamy sukcesy, pozycję społeczną, piszą o nas, ale pod spodem jest ciągła walka o przetrwanie, a często po prostu bieda, do której ciężko się nawet przyznać. Hubert

pamięta swoje pierwsze projekty: spektakl w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu i Teatrze Nowym w Poznaniu. – Dostałem pięć tysięcy złotych brutto i sześć tysięcy złotych brutto za dramaturgię i napisanie/opracowanie tekstu, co oznaczało siedzenie na próbach prawie cały czas, czyli dwa miesiące, plus okres przygotowawczy. Ostatnio analizowałem te kwoty na konferencji poświęconej dramaturgii. Zaczęliśmy wyliczać minimalną pensję, poniżej której nie można pracować. Próbowaliśmy podliczyć, ile czasu zajmuje okres prób i przygotowa-nie, a potem wyceniliśmy to płacą minimalną za cztery tygodnie pracy. Wyszło nam, że absolutne minimum to piętnaście tysięcy złotych za spektakl. Jeśli dostajesz mniej, to pracujesz poniżej płacy minimalnej. Czy kiedyś otrzymałem takie wynagrodzenie? Tak, teraz zarabiam więcej, ale to przyszło po wielu latach pracy. Hubert wspomina czas, gdy mieszkał w domu rodzinnym w Bielawie i jeździł na próby. – Byłem odcięty od wszystkiego, ale dosyć szybko zacząłem dostawać zlecenia i bywało tak, że robiłem na przykład cztery premiery w ciągu roku. A i tak nie miałem żadnych oszczędności, swojego kąta, oszczędzałem, na czym się dało. Byłem właściwie bezdomny. Jeździłem od miasta do miasta i mieszkałem w tych poko-jach teatralnych, które są takie, jakie są. Stare meble, kołdry, grzyb w łazience. Zajeżdżałem się, bo myślałem, że tak trzeba. I że powinienem być wdzięczny, że mogę pracować w tea-trze, bo wiele innych osób chciałoby być na moim miejscu. Ciągle pracowałem, nie jestem przesadnie rozrzutny, a i tak jedyne, co miałem, to rosnące długi. Ile można nie mieć stabili-zacji, własnego miejsca? I nie dało się już tego zrzucić na to, że jestem młody, żyję po studencku. Miałem już trzydzieści dwa lata, czu-łem się wypalony. Dla nas zjawiska takie jak pre-mia świąteczna, wczasy pod gruszą, premia na jubileusz pracy w  zawodzie, wszelkie dodatki czy kredyty pracownicze po prostu nie istnieją. Jako pracownicy nieetatowi nie otrzyma-liśmy też żadnego wyrównania inflacyjnego, które dla pozostałych pracowników było gwarantowane stosownymi regulacjami prawnymi. Nasze wynagrodzenia mimo inflacji i wzrostu cen w sklepach stoją w miejscu. Paradoks polega na tym, że pracujemy w instytucjach, gdzie niemal wszyscy pracownicy mają etaty i wszelkie wynikające z tego dodatkowe bonusy,

w tym ochronę zatrudnienia – opowiada Piaskowski. I podkreśla, że w sytuacji kryzysowej ci, którzy pracują wyłącznie na umowę o dzieło, nie mogą ubiegać się o zasiłek dla bezrobot-nych, bo tam trzeba wykazać wcześniejsze stałe zatrudnienie przez pełen rok i nie zarobkować w jakiejkolwiek formie, w tym na umowach o dzieło. – Przykładowo ja zatrudniony na etacie nie byłem nawet jeden dzień w całym moim życiu – mówi. Jeśli ktoś chce być artystą albo artystką, to musi sobie, zdaniem Piaskowskiego, odpowiedzieć na pewne fundamen-talne pytania.– Musisz siebie zapytać, co jest dla ciebie ważniejsze. Stabilizacja i ubezpieczenie? Bo na przykład chcesz mieć dziecko albo chorujesz przewlekle i musisz być ubezpie-czona czy ubezpieczony. Podczas moich studiów w Akademii Teatralnej w Warszawie panowie profesorowie niejednokrotnie powtarzali, że najlepiej, jak reżyserka znajdzie sobie boga

Sunset Skies

SPIS TREŚCI 

pakamera.chicago / wrzesień/październik '25 (26)

Od redakcji albo wstępniak

​świat, ludzie, obyczaje

 

Prawie jednym zdaniem...   (kicz-rozmaitości)

Nowy kiczyzm czy stary dobry kicz? (ludzie, obyczaje)   Iwona Jędrzejewska

Kicz: nasza ochrona przed rzeczywistością  (ludzie, obyczaje)   Michał Szostak

Biomimetyka, czyli sztuka kopiowania doskonałości   (nauka)    Artur Białek

Wulkany, maskonury i nocleg pod klifem (reportaż)     Piotr Milewski, Filip Nowek

         

​​kultura 

VII Kongres Teatru Polskiego w Chicago - program wydarzeń 

​Stefan Jaracz, aktor, reżyser, twórca warszawskiego teatru Ateneum  (teatr)   Paweł Tomczyk

​Monodram "Marsara" na festiwalu Act Alone w Islandii  (teatr)     Ambasada RP w Reykjaviku

Jan Himilsbach - nieokrzesany skandalista  (portrety)     Ryszard Abraham

Pięć ciekawostek o... Igorze Mitoraju   (sztuka)   Małgorzata Bednorz

Rzecz o kiczu (kicz) (sztuka)    Anna Kiedrzyńska   

Czarnoksiężnik z krainy Ozz  (muzyka)   Maciej Bobula

​Niewidzialna praca, na której opiera się branża AI. Fragment książki "W cieniu AI"  (literatura)   Madhumita Murgia

Źli ludzie są ciekawsi. Reporterska metoda "New Yorkera"  (literatura)   Michał Choiński 

​Leonardo. Zbliżenia.   (literatura) 

Wierzę w rzeczy niewidzialne, niesłyszaną muzykę, niewypowiedziane słowa...  (poezja)   Urszula Kozioł; Biblioteka Narodowa

Jedne z najbardziej kiczowatych budynków na świecie   (architektura)  

Nadchodzi era kiczu. Ale kontrolowanego!  (architektura)     Olga Kass

inspiracje 

Laos - kraj piękny i nieznany  (podróże)   Stanisław Błaszczyna

Savoir-vivre przy stole - najważniejsze zasady dobrych manier     Nastazja Bloch

Hobby sławnych ludzi pióra     Paula Apanowicz

Gdy dzieci tracą nadzieję na szczęście, mogą szukać go w sektach...  (wychowanie)     Alina Gutek

Uczył dzieci, które trafiły na Harvard i Princeton    (wychowanie)    Robert Choiński

 

Spis treści (26)
od redakcji

Od redakcji albo wstępniak

Wstępniaki są właściwie bez sensu, chociaż nikt nie chce tego potwierdzić głośno. Bo i po co tracić miejsce – nawet

w przepastnym internecie – na opowiedzenie treści gazety, skoro Czytelnik ma już ją na ekranie i przegląda spis treści, zwykle zamieszczany na wstępie czasopisma. A poza tym generalnie wstępniaków odredakcyjnych nie czytuje się, bo

i co taki wydawca albo redaktor naczelny może napisać?  “Zapraszam do lektury. Znakomite opowiadania urozmaicą Ci czas wolny od pracy”. Brzmi górnolotnie i bezsensownie. Mogłabym tu rozwijać dalej wątpliwą moralnie i  intelektualnie myśl, tylko po co? Faktycznie, mamy dobre opowiadania, eseje, reportaże, przemyślenia, nawet miesięcznik dla dzieci (niebawem zmieni swoją formę), ale… no właśnie,  drogi Czytelniku.  Informujemy, nie konfliktujemy, choć dłużej i lepiej pamięta się

o krzywdach aniżeli o przyjemnościach. Sprawdzamy wieści i treści, szczególnie w czasie informacyjnego chaosu. Czasem zaglądamy w mało znane zakamarki społeczne, by pokazać to, czego nie widzimy patrząc...  Chcemy, byście o nas pamiętali i czekali na kolejne wydanie.

Nie lubię pisać wstępniaków, choć one właśnie zamykają periodyk po niewyobrażalnej mordędze i nieprzespanych nocach, chociaż… przez ostatnie tygodnie było inaczej. Spałam jak suseł, w ciągu dnia i w nocy, covidowo. I pochorobowo doszłam do wniosku, że wszystkim nam, wolontariuszom redakcyjnym, należy się urlop i nie będzie pakamery.polonia w wydaniu letnim (już od tego roku)...

Wyśmiałam wstępniaki, a jednak go piszę… Taka ludzka przekora? Nie, uczciwość. I jednak zaproszenie - na VII Kongres Teatru Polskiego w Chicago. To duże wydarzenie kulturalne w naszym emigracyjnym środowisku, o którym będziemy wspominać po wszelkich spotkaniach i przedstawieniach (koniec września), przypominając jednocześnie o pomysłowych letnich prezentacjach teatralnych. Powodem opóźnienia tych relacji polonijnych jest niedyspozycja letnio-chorobowa, za co przepraszamy wszyscy razem i każdy osobno. Do następnego wstępniaka? Może kiedyś… I bądźcie z nami. Warto!

Anna Czerwinska

prawie jednym zdaniem...

wrzesień/październik 2025

KICZ

Chociaż jego etymologia jest niejednoznaczna, naukowcy generalnie zgadzają się, że słowo „kicz” weszło do języka niemieckiego

w połowie XIX wieku. Często synonim „śmieci” jako termin opisowy, kicz może pochodzić od niemieckiego słowa kitschen , oznaczającego den Strassenschlamm ausammenscharren (zbierać śmieci z ulicy). Niemiecki czasownik verkitschen (robić tanio) jest innym prawdopodobnym źródłem. Podobnie, Oxford English Dictionary definiuje kicz w formie czasownikowej jako „uczynić bezwartościowym”, klasyfikując przedmioty kiczu jako „charakteryzujące się bezwartościową pretensjonalnością”. Inne potencjalne źródła obejmują również błędną wymowę angielskiego słowa „ sketch”, inwersję francuskiego słowa „chic” lub derywację rosyjskiego słowa „ keetcheetsya ” (być wyniosłym i nadętym).

Niezależnie od pochodzenia językowego, „kicz” po raz pierwszy wszedł do powszechnego użycia w żargonie monachijskich handlarzy sztuki, oznaczając „tanie artystyczne rzeczy” w latach 60. i 70. XIX wieku.  W pierwszych dekadach XX wieku termin ten przyjął się na arenie międzynarodowej. Kicz zyskał teoretyczny rozmach na początku i w połowie XX wieku, kiedy zaczęto go używać do opisu zarówno przedmiotów, jak i stylu życia, który pojawił się wraz z urbanizacją i masową produkcją rewolucji przemysłowej. Zatem kicz miał zarówno implikacje estetyczne, jak i polityczne, wpływając na debaty na temat kultury masowej i rosnącej komercjalizacji społeczeństwa.
(Wikipedia)

​(...) Kicz nie analizuje kultury, ale ją przepakowuje i stylizuje. Kicz wzmacnia ustalone konwencje, odwołując się do gustów mas

i satysfakcjonując doświadczenia wspólnotowe. „Kicz przychodzi, aby wspierać nasze podstawowe sentymenty i przekonania, a nie je zakłócać lub kwestionować.  W rezultacie kicz jest łatwy do sprzedania i łatwy do konsumpcji. Theodor Adorno wyjaśnił: Ludzie chcą się dobrze bawić. W pełni skoncentrowane i świadome doświadczenie sztuki jest możliwe tylko dla tych, których życie nie obciąża ich tak bardzo, że w wolnym czasie pragną jednocześnie uwolnić się od nudy i wysiłku. Cała sfera taniej, komercyjnej rozrywki odzwierciedla to podwójne pragnienie. Wywołuje ona relaks, ponieważ jest ustrukturyzowana i wstępnie strawiona. (...) (fragment artykułu: Media i ich teorie; The University of Chicago)

​Zdaniem krytyka Winfrieda Menninghausa stanowisko Benjamina było takie, że kicz „ oferuje natychmiastową gratyfikację emocjonalną bez wysiłku intelektualnego, bez wymogu dystansu, bez sublimacji ” (Wikipedia)

​Szymborska była wielką fanką kiczu, przez to była przez swoich gości obdarowywana przedmiotami, których inaczej nie można byłoby nazwać. Jak opisuje to w swojej książce Michał Rusinek, część przedmiotów, najbardziej nietrafionych i nieśmiesznych,

z automatu trafiała do kosza. Część trafiała na tzw. loteryjki. Był to stały rytuał spotkań w mieszkaniu noblistki, zaproszeni goście brali udział w losowaniu przedmiotów, które Szymborska sama wcześniej dostała. Zdarzało się tak, że goście wychodzili od niej

z przedmiotem, który sami jej sprezentowali. „Najładniejsze” i najciekawsze kiczowate prezenty lądowały na reprezentacyjnej półce między książkami. Był to najwyższy objaw uznania dla wartości humorystycznej otrzymanej rzeczy. (Michał Rusinek)

Australijski film „Priscilla, królowa pustyni” w reżyserii Stephana Elliota otrzymał w 1995 roku Oscara za kostiumy. Bo właśnie kostiumy, charakteryzacja i scenografia to jest coś, co z tego filmu zostaje w pamięci: wymyślne suknie, makijaż, fryzury, różowy autobus, na którego dachu stoi gigantyczny but na wysokim obcasie. Nagromadzenie różu i słodkości jest tak wielkie, że aż piękne; przesada tak oczywista, że kicz przestaje tu być czymkolwiek obciachowym, negatywnym. Widać wyraźnie, że „to tak specjalnie”. Przymrużone oko, żart. Kto nie zrozumiał, ten trąba. (jp)

W internecie aż roi się od filmów nazywanych pieszczotliwie "jedzonkiem dla trolli". Do porannej kawy wypada obejrzeć choć kilka, skomentować, rzucić prześmiewczy komentarz i podzielić się znaleziskiem ze znajomymi, którym trochę uśmiechu również się należy. Nie ma znaczenia, czy będą to śmieszne zwierzątka, urodowe wpadki, czy popisy celebrytów, którzy są znani z tego, że są znani. Aby wkraść się w łaski internautów wcale nie trzeba wykazać się ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Przeciwnie!

W cenie jest właśnie brak umiejętności. Jakichkolwiek.

film "Priscilla..."

Cudza niedoskonałość nas bawi, co aspirujacy do miana gwiazdy internauci chętnie wykorzystują. Jest niemal pewne, że większy sukces odniesie nagranie osoby niesamowicie fałszującej niż śpiewającej lepiej od niejednego artysty. Jeśli tej nędznej prezentacji będzie towarzyszył krzykliwy makijaż, a twarz będzie karykaturalnie zmieniona przez średnio udane zabiegi medycyny estetycznej, sukces jest murowany. Zresztą po co śpiewać! Wystarczy ośmieszać się w jakikolwiek sposób, aby zapaść w pamięć.

Publiczność kocha takich bohaterów i chce wiedzieć o nich wszystko. Media zatem natychmiast podchwytują temat i dają swoim odbiorcom to, czego oczekują i to w zatrważającej ilości. Wątpliwej klasy celebryci brylują na salonach, realizują się w roli eksperta

w telewizjach śniadaniowych, udzielają wywiadów i (o zgrozo)... udzielają się "artystycznie".

Kiedyś słuchanie disco polo oznaczało społeczny ostracyzm. Ludzie mieli świadomość, że to muzyka lekka i przyjemna, ale nie do końca wartościowa, więc z chwaleniem się takimi upodobaniami byli ostrożni. Czasy się jednak zmieniły. Dziś najbardziej prestiżowe kluby organizują koncerty disco polo, najpopularniejsze przeboje i ich parafrazy stanowią muzyczną ilustrację szkolnych czy przedszkolnych akademii. Nawet telewizja publiczna, z naszych podatków, finansuje tego rodzaju programy i imprezy. Część ludzi oczywiście deklaruje, że słucha takiej muzyki wyłącznie "dla beki". Prawda jest jednak taka, że obcowanie z rozrywką niskich lotów bardzo nam odpowiada.

Problemem nie jest wyłącznie disco polo, bo dewaluacja sztuki dotyka każdego gatunku i każdej dziedziny. (...)  Szkoda zatem, że aby posłuchać dobrej muzyki, musimy za to słono zapłacić [za koncerty - przyp. red.) z własnej kieszeni, bo publiczne pieniądze wydaje się na promocję kiczu [w mainstreamowych mediach - przyp.red.]. (Ewa Palińska-trojmiasto.pl)

/ ludzie i obyczaje

 wrzesień/październik '25 (26)

jelen na rykowisku

Nowy kiczyzm czy stary dobry kicz?
(Nie)krótka historia kiczu

Częstokroć słyszy się narzekania na jakość współczesnej muzyki, literatury, kina czy sztuk plastycznych. Wiele osób, zwłaszcza tych starszych, twierdzi, że w panującej teraz modzie próżno doszukiwać się elegancji cechującej dawne ubiory, a powstające obecnie osiedla i centra handlowe to architektoniczne koszmarki o zachwianych proporcjach i wątpliwej urodzie. I choć przedmiotem krytyki są różne dziedziny wytwórczości ludzkiej, to wspólny mianownik tych utyskiwań stanowi nowoczesny „kicz” przeciwstawiany dobremu gustowi, przypisywanemu minionym epokom. Tymczasem nie każdy zdaje sobie sprawę, że „kicz” rozumiany jako synonim złego gustu, tandetnego wykonania oraz niskiej wartości artystycznej to zjawisko tak stare jak sztuka, a może i sama ludzkość.

szalona swinka
ogrodowy krasnal
Figurka-Amor-Aniolek

Jeleń na rykowisku i gołe amorki

Słowo „kicz” pochodzi z języka niemieckiego (niem. Kitsch – tandeta, bubel, lichota) i jest nacechowanym pejoratywnie terminem określającym utwór bądź przedmiot odznaczający się niewielką lub żadną wartością artystyczną, którego adresatem jest zwykle odbiorca masowy, o niewyrafinowanym guście i niskiej świadomości estetycznej. Sam termin „kicz” liczy sobie zaledwie około 150 lat, gdyż zaczęto go używać w latach 70. XIX wieku w środowisku malarzy monachijskich. Stosowano go w odniesieniu do dzieł malarskich hołdujących upodobaniom niewyrobionych miłośników sztuki, w jej cukierkowym, uproszczonym wydaniu; przesłodzonych landszaftów, sentymentalnych scen rodzajowych oraz programowo „ślicznych” martwych natur uwięzionych w grubych, złoconych ramach. Mimo pogardy, jaką tego rodzaju artefakty budziły w kręgach znawców, zapotrzebowanie na obrazy, w których tematyka „lekka i łatwa” łączyła się z „przyjemnym” wykonaniem, było duże, zwłaszcza w środowisku wzbogaconego mieszczaństwa, czyli burżuazji. Następnie mianem kiczu oraz kiczowatości zaczęto obdarzać wszystko to, co sprzeczne

z dobrym smakiem, epigońskie, mierne lub „ładniusie”.

Nimfa w dezabilu

Tak rozumiany kicz, dążący do urody zbyt oczywistej, nachalnej

i rzucającej się w oczy (lub w uszy w przypadku kiczu muzycznego), nie miał nic wspólnego z artyzmem, będącym jakością zasadzającą się na prawdzie i prawdziwości, w odwołaniu do oryginalności pomysłu, rzetelności wykonania oraz biegłości twórcy. Kicz rozumiany jako sztuka niska, zaprzeczenie wysublimowanej sztuki wysokiej, można chyba uznać za jej nieodłączne, skarlałe odbicie towarzyszące bardziej wyrafinowanej siostrze od niepamiętnych czasów. Czy za kiczowate nie można bowiem uznać pozbawionych okryć wierzchnich

(a zazwyczaj także i spodnich) sylwetek nimf upiększających ściany willi należących do starogreckich i rzymskich nuworyszy?

A pulchniutkich amorków o złoconych skrzydełkach, których całe chmary możemy podziwiać we wnętrzach barokowych kościołów? Wreszcie zaś upiększonych, mało realistycznych i przesadnie przypochlebnych portretów małżonek oraz rodzin fabrykantów, patronów, a także wszelkiej maści „dobroczyńców”?

 

Krasnal w ogródku, Ludwik XVI w salonie

Wydaje się, że kicz stanowi triumf pragnienia doświadczania przyjemności nad dążeniem do prawdy. Abraham Moles, francuski inżynier, psychiatra i filozof, autor głośnej publikacji Kicz, czyli sztuka szczęścia, zwracał uwagę, iż zjawisko kiczu jest mocno związane

z cywilizacją konsumpcyjną i wyróżniał dwa okresy kiczu, z których to:

„[…] pierwszy związany jest z rozwojem społeczeństwa mieszczańskiego, oraz nabywaniem przez to pewne siebie społeczeństwo samoświadomości […], społeczeństwo, którego symbolem jest wielki magazyn, związany z manufakturą, i które stworzyło pewną sztukę życia funkcjonującą do dziś. Drugi okres rozpoczyna się obecnie, jest to neokicz konsumpcyjny, związany z przedmiotem, z wielką ilością elementów przejściowych, przejawiającą się w powstawaniu supermarketów i »prisuników«, coraz bardziej wchodzących w nasze życie (40% handlu detalicznego), który przekształca sztukę życia, tworząc po prostu jakiś rodzaj »sztuki«”.

Nie oznacza to bynajmniej, że nie możemy mówić o przejawach kiczu przed wiekiem XIX, kiedy to zostały położone podwaliny, na których uformowało się nowoczesne społeczeństwo konsumpcyjne, i po raz pierwszy użyto terminu „kicz”. Prawdopodobnie wytwory, które współcześnie określilibyśmy mianem kiczowatych, istniały niemal od zawsze. Na określenie to zasługiwałyby pewnie już ociekające ostentacyjnym przepychem budowle wznoszone przez rzymskich cesarzy, kapiące od złota mozaiki Bizancjum czy przeładowane rokokowe wnętrza. Być może niektóre z epok, stylów oraz nurtów w sztuce (np. barok, rokoko, manieryzm czy secesja) były bardziej podatne na kicz i stanowiły podłoże, na którym pojawiał się on częściej, rozwijał bujniej i trwał dłużej niż na gruncie innych, jednak nie sposób chyba wymienić momentu dziejowego całkowicie wolnego od kiczu.

Wszechwładny kicz

Andrzej Pluta w artykule Dla(czego) kicz (nie) uczy? zaznacza, że pojmowanie kiczu jako zaprzeczenia sztuki wysokiej jest zwykle kojarzone „z podziałem na to, co »niskie« (np. nieudolne, zwulgaryzowane, imitacyjne, powielane, powtarzalne, zbanalizowane, odtwórcze, reprodukowane masowo, sztampowe) i »wysokie« (np. niedoścignione, oryginalne, prawdziwe, niepowtarzalne, nieodtwarzane, autentyczne)”. Tak rozumiany kicz byłby więc synonimem utworów o małej wartości, jakie zdarzają się pośród dzieł wszystkich epok, reprezentujących rozmaite gałęzie sztuki. I choć samo pojęcie kiczu przed XIX wiekiem jeszcze nie istniało, można by w tym sensie mówić o kiczu starożytnym i współczesnym, renesansowym i barokowym, romantycznym i pozytywistycznym. Podobnie dałoby się wyróżnić kicz malarski oraz muzyczny, literacki i architektoniczny, a także kicz dotyczący przedmiotów codziennego użytku, wystroju wnętrz, ubioru, makijażu czy nawet zachowania.

 

Piękno zbyt piękne

Skąd tak wielka różnorodność i popularność kiczu? Odpowiedzi można doszukiwać się w koncepcji kiczu sformułowanej przez Hermanna Brocha, austriackiego pisarza, filozofa i estetyka pierwszej połowy XX wieku. Twierdził on, iż kicz pojawia się tam, gdzie twórca stara się stworzyć przede wszystkim dzieło piękne i piękno to staje się dla niego celem samym w sobie, słowem „istotą kiczu jest mylenie kategorii etycznej z estetyczną, kicz chce działać pięknie, a nie dobrze – zależy mu na pięknym efekcie”. Tak ujmowany kicz służy delektowaniu się, nie zaś przeżyciom emocjonalnym czy przemyśleniom intelektualnym, a jego zadaniem nie jest uczynienie człowieka lepszym, doskonalszym czy mądrzejszym, lecz jedynie bardziej zadowolonym.

Różowe stringi na Instagramie

Kicz korespondowałby z naturalnym dla człowieka pragnieniem doznawania przyjemności przy minimalnym wysiłku. Stanowiłby też substytut sztuki, która wymaga od odbiorcy przygotowania oraz zaangażowania i nie zawsze jest łatwa oraz bezproblemowa; często niepokoi, niekiedy zasmuca, czasem sprawia ból. Przystępna „ładność” kiczu to cecha, która sprawia, iż w ostatnich czasach robi on prawdziwą karierę w mediach społecznościowych, stanowiąc łatwostrawny twór, swego rodzaju „fast art” służący do szybkiej konsumpcji i jeszcze szybszego zapominania. To niewątpliwa „zaleta”, która może sprawić, że kicz przetrwa prawdopodobnie tak długo jak sama ludzkość. Na szczęście to samo możemy powiedzieć o sztuce prawdziwej.  (prestoportal.pl)

Z tych książek dowiesz się więcej:
Broch H., Kilka uwag o kiczu, w: tenże, Kilka uwag o kiczu i inne eseje, tłum. D. Borkowska, J. Garewicz, R. Turczyn, Czytelnik, Warszawa 1988.
Moles A., Kicz, czyli stuka szczęścia. Studium psychologii kiczu, przeł. A. Szczepańska i E. Wende, słow. wstęp. opatrz.
A. Osęka, PIW, Warszawa 1978.
Pluta A., Dla(czego) kicz (nie)uczy?, w: „Podstawy Edukacji. Dyskusje wokół kultury popularnej jako edukacyjnej przestrzeni”, t. 13, Częstochowa 2020.
Poprzęcka M., O złej sztuce, Wydawnictwo Artystyczne
i Filmowe, Warszawa 1998.
ogrodowe krasnale

/ ludzie i obyczaje

 wrzesień/październik '25 (26)

Kicz: nasza ochrona przed rzeczywistością

MICHAŁ SZOSTAK

Nie kwestionuje rzeczywistości społeczno-politycznej ani partykularnych interesów, nie wymaga intelektualnego wysiłku, unika konfliktów. Obiecuje szczęśliwe zakończenie, ale wzmacnia uprzedzenia. Kicz nas otacza.

Pandemia i jej konsekwencje odcisnęły piętno na naszych tożsamościach i relacjach, na organizacjach, polityce i całej kulturze. Jednak nie tylko z tego powodu rok 2020 przejdzie do historii jako czas niezwykły. Równolegle bowiem w sposób wyjątkowo widowiskowy zaczęło rozpychać się w minionych latach – a w ostatnich miesiącach osiąga ekstrema – zjawisko kiczu.

I choć swoją etymologię pojęcie kiczu wywodzi z estetyki, czyli nauki o pięknie i sztuce (Tatarkiewicz, 2015), to bez wątpienia możemy transponować je na wszelkie obszary ludzkiej aktywności, chcąc określić zjawiska „wypaczone”.

Kicz w estetyce

Mimo że istniał w sztuce od zawsze, kicz został nazwany dopiero pod koniec XIX w. w monachijskiej szkole malarskiej i od tego okresu datuje się rozwój jego teorii. Ów rozwój szedł w parze z praktyczną intensyfikacją kiczu w sztuce XIX i XX w., kiedy nacisk kładziono na zaspokojenie masowego smaku poprzez tanią i szybką produkcję (Greenberg, 1985; Calinescu, 1987). Był to sposób na zwiększenie finansowych zysków artystów, którzy – odkładając na bok kwestię wierności ideałom sztuki – skupili się na wytwarzaniu artefaktów, które znajdowały rzesze odbiorców, a tym samym umożliwiały łatwiejsze zarabianie na życie.

Kicz – jako konsekwencja utowarowienia – wyraża problemy nieodłącznie związane z kapitalizmem. Jeśli sztuka staje się przedłużeniem codziennego życia, sama się zatraca. Staje się towarem wśród towarów, kiczem (Rosenberg, 1959). Ten leży na przeciwnym w stosunku do twórczości czysto artystycznej biegunie skali. Dlatego każdy twórca, świadomie lub nieświadomie, porusza się między tymi biegunami stanów idealnych.

Kicz lubi pierwotne instynkty, które również wymagają pierwotnego spełnienia. Odpowiada na odwieczną ludzką potrzebę emocji.

Słownikowe definicje kiczu koncentrują się głównie na znaczeniu artefaktu kiczu, a nie zjawiska kiczu jako całości. Artefakt kiczu oznacza coś, co przemawia do gustu popularnego lub niskiego i często jest złej jakości (Merriam Webster, 2020), przez wielu uważane za brzydkie, pozbawione stylu lub fałszywe, ale lubiane przez innych, często dlatego, że jest zabawne (Cambridge Dictionary, 2020b). Synonimami są: bzdura, gruz, odpad, ściek, śmieć, złom, żużel. Cechami wspólnymi kiczu są: fundamentalność (rozumiana jako jednoznaczność, łopatologiczność, nieakceptowanie niuansów), wtórność, przesada i histeria. Najpopularniejsze tematy estetycznego kiczu to: patriotyzm, religia, erotyzm i polityka. 

Wychodząc z tego punktu możemy stwierdzić, że kicz lubi pierwotne instynkty, które również wymagają pierwotnego spełnienia. Odpowiada na odwieczną ludzką potrzebę emocji. Do słowa „kicz” zbliżone jest słowo „kit”, które odnosi się do wypełniania ubytków łatwo przylegającą masą. Można powiedzieć, że istotą kiczu jest szczególna jakość, która budzi emocje w sposób pewny i łatwy, widoczna w twórczości człowieka posiadająca cechy stereotypowe. Ponieważ nie jest łatwo zdefiniować, czym jest kicz, teoretycy estetyki preferują metodę przeglądu cech artefaktu kiczu (Banach, 1968).

Adorno postrzegał kicz w kategoriach „przemysłu kulturowego”, w którym sztuka jest kontrolowana i formułowana przez potrzeby rynku i przekazywana pasywnej populacji, która ją akceptuje. To, co jest sprzedawane, to nie sztuka, która jest wyzwaniem, ale treść formalnie niespójna, służąca wypełnieniu publiczności czasu wolnego i czegoś do oglądania. Sztuka ma być subiektywna, wymagająca i zorientowana na opresyjność struktur władzy. Kicz zaś jest parodią katharsis i parodią świadomości estetycznej.

 

Ważnym wkładem w proces definiowania kiczu było dodanie etyki do dyskursu: kicz chce działać w oparciu o „ładność” (celowo unikam słowa piękno), a nie – jak sztuka – na podstawie prawdy. Kicz powstaje w wyniku rezygnacji z prawdy na rzecz ładności. Kicz nie jest złą sztuką; kicz jest złem w sztuce – tworzy własny system odniesienia. Na gruncie tego podejścia nie ma możliwości zastosowania wspomnianej wcześniej skali, gdzie z jednej strony jest sztuka, a z drugiej kicz; sztuka i kicz można postrzegać jako oddzielne poziomy (Broch, 1969a).

Teoria estetyki stworzyła pojęcie kiczowatości, które oznacza zjawisko odchodzenia w twórczości od walorów artystycznych na rzecz cech należących do kiczu. Kiczowatość, jako estetyczna obrona przed rzeczywistością, „normalizuje” bolesne epizody historii, neutralizując, trywializując, komercjalizując i wykorzystując ją w takich przypadkach jak ten, w których historia nazistowska przekształciła się współcześnie dla nas w towar konsumpcyjny (Saltzman, 2001).

Owa kiczowatość polega na sentymentalizowanym, bezrefleksyjnym manipulowaniu emocjami, zniekształcaniu postrzegania, ograniczaniu racjonalności i zrozumienia oraz unikania lub tłumienia nieprzyjemnych lub przeszkadzających aspektów rzeczywistości (Kulka, 1996; Solomon, 1997).

Kicz jest zazwyczaj figuratywny, czerpiąc z konwencji XIX-wiecznego romantyzmu lub socrealizmu, a nie z abstrakcyjnych czy kubistycznych stylów. Jedną z jego najbardziej charakterystycznych cech jest użycie konwencjonalnych, standardowych

i wypróbowanych kanonów reprezentacji (Kulka, 1996), a nie ezoterycznych, idiosynkratycznych, oryginalnych lub innowacyjnych stylów. Wszystko po to, by osiągnąć niekwestionowaną i łatwą identyfikację.

Kicz jest estetycznie konserwatywny i stylistycznie reakcyjny; jest powszechnie dostępny i zrozumiały. Jest wyraźny

i jednowymiarowy, pozbawiony dwuznaczności, niepewności lub ukrytych znaczeń, a dopuszczając tylko jedną interpretację, jest fundamentalny i dogmatyczny. Jako wstępnie przetrawiona i podana widzowi „sztuka”, oszczędza jego wysiłek i zapewnia szybką przyjemność bez konieczności radzenia sobie z trudnościami interpretacyjnymi prawdziwej sztuki. Kicz jest mechaniczny i działa według formuły; jest zastępczym doświadczeniem i udawaniem doznania; zmienia się w zależności od stylu, ale zawsze pozostaje taki sam. Kicz jest uosobieniem wszystkiego, co fałszywe; udaje wartość, ale żąda od konsumentów jedynie ich pieniędzy (Greenberg, 1985).

Kicz powstaje w wyniku rezygnacji z prawdy na rzecz ładności. Kicz nie jest złą sztuką;

kicz jest złem w sztuce.

Początki kiczowatości tkwią w romantyzmie, w zdegradowanej formie, podkreślającej dramatyczne efekty, patos i sentymentalizm (Broch, 1969b), oklepaną formę romantyzmu (Calinescu, 1987). Niektórzy badacze kwestionują jego romantyczne pochodzenie

i wskazują na kiepski gust estetyczny kupców rzymskich z okresu klasycznego. Bez wątpienia jednak, powszechny dostęp do kiczu

i jego rozprzestrzenianie się były możliwe dzięki rozwojowi ekonomicznemu i masowej kulturze XIX-wiecznego industrializmu.

Pieniądz – służąc do pomiaru względnej wartości przedmiotów – sprowadza artystyczną działalność człowieka na wyalienowany margines; obiekty kulturowe w coraz większym stopniu ewoluują w stronę zamkniętego świata mającego coraz mniej punktów,

w których subiektywna dusza może rozwinąć swoją wolę i uczucia w procesie kontemplacji. W ten sposób ekonomiczne sposoby interakcji zastępują te zakorzenione społecznie, przekształcając każdy aspekt życia tak, aby pasował do logiki wymiany rynkowej poprzez utowarowienie.

Opierając się na teorii „sytuacji estetycznej” możemy przedstawić problem „doświadczenia kiczu”, ukazując jego opozycję wobec „doświadczenia estetycznego”. Aby odróżnić go od dzieła sztuki, produkt kiczu nazywamy „artefaktem kiczu”, a twórcę kiczu – „producentem kiczu”. Syntezę omawianych zjawisk przedstawia poniższa tabela.

„Doświadczenie kiczu” wobec „doświadczenia estetycznego”. 

element

doświadczenie estetyczne

nastawienie na wartości uniwersalne

twórcza niezawodność

otwarty na krytykę i dyskusję

ma przewagę nad odbiorcą

przedłuża egzystencję odbiorcy

spojność

wypełnia przyszłość w oparciu

o przeszłość

​poddanie się dziełu sztuki

ekskluzywność

chęć kontemplacji dzieła ze wszystkich stron/wymiarów

udział myśli, świadomości i woli

głębokie emocje, uczucia

kontemplacja wewnętrzna

potrzeba samotności

​dominanta: prawda

źródło twórczej inspiracji

doświadczenie kiczowate

nastawienie na uniwersalnego odbiorcę

powielanie, kopiowanie

zamknięty na krytykę i dyskusjó

jest zdominowany przez pragnienia

i potrzeby odbiorcy (patriotyczne, religijne, seksualne, polityczne)

potwierdza przyzwyczajenia odbiorcy

pretensjonalność

wypełnia teraźniejszość

​chęć interakcji z artefaktem

egalitaryzm, masowa skala

wybór elementów do rozważania spośród pragnień odbiorcy

unikanie myśli, świadomości i woli (brak rozumu, łatwowierność, irracjonalność)

​płytkie i ulotne doświadczenie, sentymentalizm

doświadczenie zewnętrzne

potrzeba wspólnoty

​dominanta: ładność i przyjemność

źródło impulsów do zaspokojenia

twórca / producent

dzieło / artefakt

odbiorca

świat wartości

świat realny

Rzetelny twórca sztuki stawia na uniwersalne wartości, jest otwarty na krytykę i dyskusję o swojej twórczości. Producent kiczu – naśladując własne lub cudze pomysły i wzorce – stawia na masowego odbiorcę, unikając krytyki. Jedną z motywacji producenta kiczu jest sprawienie, by coś wyglądało na bardziej wartościowe, niż jest w rzeczywistości. Kicz jest w swej istocie zwodniczym oszustem, zakamuflowanym pod pozorami sztuki: cała koncepcja kiczu wyraźnie koncentruje się wokół kwestii naśladowania, fałszerstwa i tego, co możemy nazwać estetyką oszustwa lub samooszukiwania się; jest to specyficzna estetyczna forma kłamstwa (Calinescu, 1987).

Bezrefleksyjny i bezkrytyczny kicz łatwo poddaje się propagandzie i grupowemu myśleniu. Jest mylony z rozrywką, atrakcyjnością lub sławą, maskuje osobiste wady i służy do przypochlebności. Jako dogmat jest używany do odwracania uwagi od spraw ważnych, leżących u podstaw rzeczywistości, szczególnie tych, które są przeciwstawne i konfliktogenne, preferując zgodność i utrzymywanie status quo.

Dzieło sztuki jest spójne, ma przewagę nad odbiorcą i – wypełniając przyszłość opartą na przeszłości – przedłuża teraźniejszość odbiorcy. Artefakt kiczu jest najczęściej zdominowany przez patriotyczne, religijne, seksualne lub polityczne pragnienia i potrzeby odbiorcy; lubi potwierdzać przyzwyczajenia odbiorcy, wypełniać teraźniejszość tylko lśniącą pretensjonalnością.

Odbiorca sztuki jest uległy wobec kontemplowanej pracy, co daje mu ekskluzywność i chęć rozważania dzieła ze wszystkich stron, we wszystkich aspektach; musi użyć myśli, własnej świadomości i woli, aby kontemplować głębokie emocje i uczucia. Artefakt kiczu pozbawiony jest podstawowych kryteriów wartości estetycznych – jedności, równowagi czy harmonii, na którą składa się wewnętrzna logika struktury i stylu, złożoność, wielowymiarowość, pełnia, kombinacja form heterogenicznych oraz opracowanie struktur i szczegółów. Artefaktowi kiczu brakuje również artystycznej wartości twórczego i nowatorskiego wkładu w historię sztuki

– czyli otwierania nowych możliwości i sugerowania rozwiązań aktualnych problemów artystycznych (Kulka, 1996), prezentując „oryginalną” koncepcję. Nie wzbogaca naszych skojarzeń związanych z przedmiotami lub tematami, ale raczej ma charakter pasożytniczy, ponieważ nie tworzy immanentnego piękna. Zasadniczo artefakty kiczowate nie mają proweniencji – są oderwane od oryginału; brakuje im uwzględnienia kontekstu społeczno-historycznego.

Konsument kiczu chce ingerować w artefakt kiczu poprzez poczucie egalitaryzmu na masową skalę; wybiera rzeczy do rozważenia spośród własnych pragnień, unikając własnych myśli, świadomości i woli, skupiając uwagę na zewnętrznych, ulotnych

i sentymentalnych doświadczeniach, najlepiej we wspólnocie ludzi będących w tej samej sytuacji. Kicz jest łatwo zrozumiały dla konsumenta, nie kwestionuje rzeczywistości społeczno-politycznej ani partykularnych interesów, nie wymaga wielkiego wysiłku intelektualnego, unika nieprzyjemnych konfliktów. Obiecuje szczęśliwe zakończenie, ale wzmacnia uprzedzenia.

Atrakcyjność kiczu dla konsumenta nie tkwi w producencie kiczu, jego pochodzeniu, wkładzie w rozwój sztuki czy nawet statusie społecznym. Kicz kupowany jest jako cel sam w sobie, ponieważ natychmiast zaspokaja pragnienie i nie zakłóca uczuć i przekonań konsumenta. Ma też na celu raczej uniwersalne niż indywidualne emocje, grając na „najbardziej wspólnym” mianowniku (Samier, 2008). Jest poruszający, ale pusty, służący przede wszystkim jako odwrócenie uwagi.

Kicz, w przeciwieństwie do sztuki, nie akceptuje natury rzeczy w świetle ich krytycznych lub odkrywczych atrybutów, ale w stopniu,

w jakim zakrywają i chronią, odciążają i pocieszają (Gregotti, 1969). Kicz nie może kwestionować podstawowych metafizycznych

i moralnych założeń ludzkiej egzystencji, sensu naszych wysiłków, przyjętego kodeksu moralnego i sensu życia jako takiego (Kulka, 1996; Broch, 1969a). (...)

Kicz intelektualny

Nie wdając się zbyt głęboko w filozofię mądrości, skupmy się na układzie cnót Arystotelesa, według którego człowiek mądry powinien posiadać adekwatny zakres wiedzy instrumentalnej, naukowej, praktycznej i inteligencji. Do tego zestawu dochodzą jeszcze pomocnicze cnoty intelektualne: pomysłowość, bystrość, rozwaga i spryt (Tarnopolski, 2017).

Należy jednak odróżnić naukowe upraszczanie w celach badawczych od upraszczania na zasadzie sprowadzania wszystkiego do wspólnego mianownika choćby ze względu na niechęć w poznaniu prawdy lub założenie o własnej wyższości. Kicz intelektualny możemy ująć na gruncie mechanizmu korzystania z wiedzy: posiadany zasób wiedzy nie gwarantuje mądrości. Do tego potrzeba jeszcze rzetelnej pracy intelektualnej, naukowej weryfikacji hipotez i zdrowego osądu. Jeżeli któregoś z tych elementów zabraknie (intelektu przy obszernej wiedzy lub wiedzy przy sprawnym intelekcie), wówczas staniemy nad przepaścią intelektualnego kiczu.

Próbując wartościować opisane sytuacje zauważymy, że pierwszy z przypadków jest groźniejszy i w minionym roku szczególnie dawał znać o sobie. Drugi przypadek jest – teoretycznie – mniej beznadziejny, ponieważ wiedzę można uzupełnić. Co jednak, jeśli brak woli poszerzania wiedzy zwycięży i intelektualny kiczysta znajdzie grono swych odbiorców, finansowych patronów i klakierów?

Kicz intelektualny, dotykający tylko najbardziej powierzchownych aspektów rzeczywistości, widoczny jest choćby we współczesnym podejściu do nauczania, którego celem jest uczynienie nauki przyjemną i bezproblemową, obiecując bezbolesną i wolną od konfliktów ścieżkę doskonalenia. Nauczanie zastępują anegdoty i opowieści prowadzące do eliminacji teorii fundamentalnej i rygorystycznej analizy badań empirycznych. Bez naukowych podstaw wykorzystanie anegdot nie rozwija dogłębnej wiedzy, zdolności wnioskowania, krytyki ani analizy (Bourdieu, 1985). Za przykład może tu posłużyć „domorosła” teologia posługująca się kliszami i banałami, żądająca naukowego szacunku, a nie oferująca niczego – poza ckliwymi historyjkami – w zamian.

Najpopularniejsze tematy estetycznego kiczu to: patriotyzm, religia, erotyzm i polityka.

Definiowanie kozłów ofiarnych, czy to w postaci poszczególnych osób czy całych grup społecznych, i obwinianie ich za całe zło świata to także kicz.

Kicz organizacyjny

Za źródło kiczu w zarządzaniu możemy uznać rosnące tempo życia i prowadzenie biznesu jako jedne z najważniejszych celów człowieka. Szybkie tempo wymaga szybkich decyzji; menedżerowie mają coraz mniej czasu na analizy, stąd poszukiwanie uniwersalnych i prostych reguł staje się naturalnym rozwiązaniem. Reguły te, często dalekie od prawdy, działają jak remedium na problemy i wypełniają cechy kiczu. 

Bzdury są nieuniknione, gdy okoliczności wymagają od kogoś mówienia bez rozumienia tematu: biznesmeni, politycy, specjaliści od PR i konsultanci, zmuszani do wypowiedzi na każdy temat, nie chcąc pokazać niekompetencji poprzez brak wypowiedzi, będą opowiadali bzdury. Koncepcje różnej maści „guru” zarządzania stanowią niewątpliwie bzdury; oferują oni kamień filozoficzny biznesu, którego częstym celem jest jedynie schlebianie ego menedżerów i zysk finansowy z dystrybucji własnych „ksiąg magicznych”. Źródłami ekspansji bullshit management są próby komentowania każdego zagadnienia, powtarzanie tych samych modnych pojęć oraz brak krytyki.

Sposobami oporu wobec menedżerskich bzdur są ich naukowa demistyfikacja i merytoryczny sprzeciw (Sułkowski, 2019). Należy tu również wspomnieć o biurokracji polegającej na bezkrytycznym wykonywaniu przepisów, bez względu na to, czy mają one sens. Zamiast zajmować się wydajną produkcją i racjonalną administracją, zarządzanie jest postrzegane jako coraz silniejsze dążenie do oczarowania konsumenta magią i fantastycznością. (...)

Kicz społeczny

Kicz odnajdujemy także w polityce społecznej. Polityka publiczna była wykorzystywana np. w Stanach Zjednoczonych przez liberałów w latach 50. i 60. XX wieku do rekrutacji sztuki w celu wspierania wolności i wyższości amerykańskiego stylu życia (Howard, 2004). Podobnie publiczna polityka artystyczna miast, owocuje „łatwo przyswajalnymi” artefaktami udającymi sztukę. „Sztuka” publiczna jest uznawana przez mieszkańców za bezproblemową, nieprowokacyjną; kicz wprowadza instalacje „przyjazne dla użytkownika”, które są niezauważalnymi elementami miejskiego środowiska, mającymi na celu osłonięcie, ochronę, odciążenie i pocieszenie (Hall, 1989). Celem takiej polityki jest raczej upiększanie i ozdobienie niż estetyczne wyzwanie do kontemplacji. Preferencja dla kiczu – przejawiająca się w reżimach totalitarnych, autorytarnych i odgórnych stylach zarządzania – polega na łatwym przyswajaniu własnych tematów i, w przeciwieństwie do sztuki, łatwemu poddawaniu się propagandzie (Greenberg, 1985).

Transponując zatem zjawisko kiczu na wymiar społeczny możemy stwierdzić, że społeczeństwo hołdujące kiczowi opiera się na czterech zasadach (Ritzer, 1996): efektywności (najszybszy sposób zaspokojenia potrzeb); obliczalności (nacisk na ilościowe aspekty produktów, a tym samym ich uproszczenie); przewidywalności (powszechna standaryzacja produktów i usług skutkująca całkowitą rutynizacją myśli i działań); kontroli. 

Kicz jest również widoczny w zjawisku globalizacji: masowe produkty przemierzają świat wypierając lokalne kultury i tworząc w to miejsce kulturę uniwersalną (Greenberg, 1985; Micklethwait i Wooldridge, 2000b). Celebryci – znani z tego, że są znani – jako eksperci od wszystkiego (gwiazda muzyki pop i absolwentka technikum ogrodniczego jako ekspert od szczepionek przeciwko koronawirusowi, bokser jako komentator sytuacji społecznej), piosenkarze z playbacku lubiani za to, że są fizycznie atrakcyjni, zakłamany marketing, sprzedający wszystko bez względu na prawdziwą wartość. Kicz w najczystszej postaci.

Las Vegas (1)

Konglomerat kiczowych atrakcji Las Vegas – po co zwiedzać świat, skoro wszystko można zobaczyć w jednym miejscu... / domena publiczna

Las Vegas

Kicz religijny

Religia, jako przejaw życia duchowego człowieka, nie jest też wolna od zjawiska kiczu. Benoit Mathot (2015), opierając się na filozoficznych i estetycznych koncepcjach Brocha, Kundery i Žižka, opisuje intersujący nas temat. Kicz wskazuje na ślepą drogę do zewnętrznych przejawów sakramentów czy rytuałów liturgicznych, które – bez zrozumienia ich sensu opartego na prawdach wiary – są zbiorem pustych gestów, które nie prowadzą do Prawdy (Pawek, 1969). Religia kiczu zapewnia duchowość bez wymogu ortodoksyjnej wiary i realnego – nie tylko werbalnego – działania zgodnego z prawdami wiary (Klinghoffer, 1996).

Możemy tu wspomnieć kampanię billboardową przeciwko Komunii św. na rękę, jako najważniejszego problemu do rozstrzygnięcia w trakcie szalejącej pandemii śmiertelnego koronawirusa, którą sami biskupi uznali za przejaw niedostatecznej katechezy dorosłych. Wykluczający i deprecjonujący wszystko, co inne, radykalizm w kwestii ochrony nienarodzonych spod znaku Kai Godek, przy jednoczesnym przemilczaniu systemowej opieki nad żyjącymi osobami ciężko chorymi. A co z tzw. narodowym katolicyzmem? Czy przypadkiem chrześcijaństwo nie zakłada równości i braterstwa? Czy pod tym sztandarem można kogokolwiek wykluczać?

Religijni hierarchowie, którzy narzucają wyznawcom nieosiągalnie standardy, gdy sami żyją w sprzeczności 

z nimi, lub wybielają swoje „grzechy” uwypuklając niedociągnięcia innych, są niczym innym jak nosicielami kiczu. Otyli „duchowni” mówiący ze swych pałaców o ubóstwie i pokucie na tle ociekających złotem lichtarzy, przy biurkach uginających się od ciężaru włoskich marmurów, drogich kamieni i własnej pychy. Hierarchowie, zamieszani w tuszowanie pedofilii, unikający odpowiedzialności przed prawem stanowionym, którego tak chętnie chcą używać do piętnowania grzeszników, wielkodusznie przebaczają tym, co ośmielają się zwracać uwagę na problem.

Religia kiczu zapewnia duchowość bez wymogu ortodoksyjnej wiary i realnego – nie tylko werbalnego – działania zgodnego z prawdami wiary.

Upychanie kwestii światopoglądowych i etycznych do systemu świeckiego prawa stanowionego, co de facto wiąże się z przyznaniem się, iż cała katecheza nie przynosi żadnych rezultatów, skoro wymaga posiłkowania się systemem kar fizycznych. Rozgłośnie „katolickie”, wspierane przez intelektualnie kiczowych „fachowców”, które zioną jawną nienawiścią do Żydów, masonów, lewaków, uchodźców (niewielu ich w naszym kraju…), okrutnego „potwora gender”, „tęczowej hydry LGBTQ+” nie umiejąc nawet zdefiniować zjawiska, o którym z pasją rozprawiają. „Wierni”, którzy opluwają innych, bo ich wizja świata jest „jedyną słuszną”, to również doskonały przykład odbiorców, ale i nosicieli religijnego kiczu.

Żyjemy w kraju, gdzie pomniki (ludzi nieżyjących) są ważniejsze niż prawa ludzi żyjących. Jako jedno z niewielu państw na świecie mamy prawne instrumenty obrony przeciw „obrazie uczuć religijnych” – parodia polega na tym, że jeżeli religię równamy z ulotnymi uczuciami i emocjami zamiast konstruktem intelektualnym, to efekt musi być czystym kiczem, którego trzeba bronić wsadzając „winnych” do więzień.

Kicz w edukacji

W społeczeństwie konsumenckim opartym na natychmiastowej gratyfikacji – oczekiwaniu na sukces bez ciężkiej pracy, bez trudności i rozwiązywania konfliktów – instytucje edukacyjne przekształcają się w administrację, która pociesza i uspokaja, jednak nie edukuje.

Te same zasady, które leżą u podstaw komercjalizacji edukacji, doprowadziły do osłabienia autonomicznego, kolegialnego zarządzania instytucjami naukowymi i oparły rozwój nauki głównie o kaprysy skomercjalizowanego rynku intelektualnego (Lugg, 1999). Artefaktami kiczu w edukacji są książki „dla opornych”, tutoriale na YouTubie, blogi i kanały na każdy, nawet najtrudniejszy temat, które dostarczają prostych wskazówek, obniżają niezbędne kwalifikacje do przeciętnego poziomu osiągalnego przez każdego, gloryfikują powierzchowne warsztaty zawodowe redukujące złożoną teorię do uproszczonych zasad.

Kicz intelektualny napędzający kicz edukacyjny, wytwarza całkowitą lub kompleksową kiczowatość. Takie zasady są obecne w wielu podejściach do nauczania, w tym w modelach „organizacji uczących się”, które obiecują prostą ścieżkę do osiągnięcia bliżej nieokreślonego kiczowego „sukcesu”. Nauczanie polityki, zastępują anegdoty i opowieści wojenne pozbawione teorii i analizy, co prowadzi do eliminacji teorii fundamentalnej i rygorystycznej analizy badań empirycznych. Bez naukowego fundamentu, wykorzystanie anegdot nie wymaga głębokiej wiedzy, wysiłku zrozumienia meritum, nie uczy krytyki ani analizy (Andreski, 2002).

Czym się zajmują nasi ostatni ministrowie edukacji? „Reformują” formalną „powierzchowną” stronę edukacji (szkoła podstawowa na gimnazjum, gimnazjum na szkołę podstawową), bez spojrzenia na prawdę treści. Zmieniają listę lektur szkolnych, szukają nieprawych zachowań nauczycieli, źródeł demoralizacji, gdy uczniowie i pedagodzy od miesięcy borykają się z brakiem wsparcia w najprostszych rozwiązaniach w edukacji zdalnej. Zamiast podjąć trud pracy naprawczej, szukają wroga (nauczyciele, lewactwo), bo wtedy wszystko wygląda prosto i łatwiej o publiczny poklask. Jakie mamy rozwiązanie problemów edukacji zdalnej? Likwidacja egzaminów rozszerzonych, likwidacja matur ustnych. Zbij termometr, a przestaniesz mieć gorączkę. Kicz, kicz, kicz…

Postludium

Co zatem zostaje człowiekowi, który widzi opisane wyżej zjawiska, ale sumienie nie pozwala mu na bierność? Gdzie szukać pocieszenia, skoro edukacja – jedyne trwałe remedium na kicz – będąc i tak w ciężkim stanie, została jeszcze przygnieciona pandemią i dodatkowo jest rozmontowywana przez wątpliwej proweniencji fachowców? Wydaje się, że jedynie jawny sprzeciw wobec tych zjawisk, głośne mówienie o nieprawidłowościach, ośmieszanie pazerności i małostkowości oraz pozytywistyczna edukacja

– swoich najbliższych, rodziny, znajomych – to jedyne, co nam pozostaje. 

Jak pisał Broch, kicz nie jest „złą sztuką”, kicz jest „złem w sztuce”, w sztuce polityki, zarządzania, duchowości, edukacji… Na szczęście nic, co ludzkie, nie trwa wiecznie. Po latach złych dla prawdziwej sztuki, zawsze przychodzą lata dobre, lata odnowy

i powrotu do wartości. Miejmy nadzieję, że doczekamy tego, że serwisy informacyjne nie będą budziły w nas obrzydzenia

i zniesmaczenia. Przecież nawet po największej burzy zawsze wschodzi słońce. 

(obszerne fragmenty artykułu, który ukazał się w 2021 roku na portalu wiez.pl; mimo upływu czasu nadal jest niezwykle aktualny)

/ nauka

 wrzesień/październik '25 (26)

Biomimetyka, czyli sztuka

kopiowania doskonałości

ARTUR BIAŁEK

Natura kształtowała się w toku trwających miliony lat procesów. Człowiek od dawna bada jej złożoność, ale mimo galopującej technologii świat przyrody wciąż skrywa przed nami wiele tajemnic. Nie ustajemy jednak w pogoni za ich poznaniem, co znajduje odzwierciedlenie w otaczającym nas świecie. Gdybyśmy nie obserwowali organizmów żywych, z całą pewnością nie powstałoby wiele przełomowych wynalazków.

Natura jest najdoskonalszym inżynierem

Postęp technologiczny, który dokonuje się na naszych oczach, jest nieprawdopodobny. Współczesne rozwiązania cechuje nieporównywalnie większa efektywność i trwałość względem tych, które były stosowane jeszcze nie tak dawno temu. Należy jednak podkreślić, że w kwestii zdolności inżynieryjnych, człowiek nie może równać się z naturą. Wszystko, co najdoskonalsze, powstało

w wyniku naturalnych procesów.

Weźmy choćby pajęczą sieć. Nici jedwabiu pajęczego wykazują wielokrotnie większą wytrzymałość na rozciąganie niż stal o tym samym przekroju. Albo plaster miodu – struktura składająca się z sześciokątnych komórek, która przy zachowaniu niskiej masy wykazuje niebywałą sztywność i wytrzymałość na ściskanie. Inny przykład? Proszę bardzo – skóra rekina, która dzięki swojej specyficznej budowie znacząco minimalizuje opór wody. Przykładów potwierdzających doskonałość natury jest cała masa.

A gdyby tak wykorzystać zaobserwowane w przyrodzie wzorce i procesy, tworząc na ich podstawie rozwiązania dla wielu dziedzin? To już się dzieje i nie ulega wątpliwości, że naśladowanie natury jest przyszłością nauki.

Biomimetyka, czyli sztuka naśladowania natury

Już sama nazwa „biomimetyka” wskazuje, z jaką dziedziną nauki mamy do czynienia. „Bios”, czyli „życie” i „mimesis”, czyli naśladowanie – biomimetyka to nic innego, jak sztuka naśladowania przyrody.

Biomimetyka (nazywana też bioniką i biomimikrą) to w praktyce nic innego, jak dziedzina nauki, która opiera się na analizowaniu, imitowaniu bądź bezpośredniemu kopiowaniu występujących w przyrodzie struktur fizycznych lub związków chemicznych

i przeniesienia ich do świata inżynierii i technologii.

Jak to się zaczęło?

Już starożytni rozumieli, że twory naturalne są doskonalsze od tych, które stworzył człowiek. Przykładem niech będzie mit o Dedalu i Ikarze, w którym ateński wynalazca i jego syn wzbili się w powietrze na skrzydłach inspirowanych ptasimi. Rozumieli, ale nie dysponowali technologią, która pozwoliłaby im odtworzyć to, co w toku trwającej miliony lat stworzyła przyroda.

 

Wynalazca wizjoner

Pierwsze praktyczne zastosowanie biomimetyki nastąpiło dopiero pod koniec XV stulecia, kiedy Leonardo da Vinci zbudował ornitopter, którego mechanizm lotu naśladował ruch skrzydeł ptaków i nietoperzy. Maszyna nie wzbiła się w powietrze, ale wraz

z innymi wynalazkami Włocha, opartymi o występujące w przyrodzie struktury, zapowiadała naukowy trend, który miał dopiero nastać. To właśnie da Vinci zainspirował kolejne pokolenia do odtwarzania zjawisk przyrodniczych.

Praktyczne zastosowanie naturalnych wzorców dzięki rozwojowi obrazowania

Prawdziwą rewolucję w tej dziedzinie przyniósł dopiero XX wiek. W 1931 roku Ernst Ruska i Max Knoll skonstruowali pierwszy mikroskop, który do obrazowania wykorzystywał wiązkę elektronów. Świat, który do tamtej pory pozostawał niewidzialny, nagle stanął przed naukowcami otworem, prezentując złożoność budowy pozornie prostych struktur.

Termin „biomimetyka” ukuł się około 1950 roku. Jego autorem był Otto Schmitt, amerykański inżynier i biofizyk, wynalazca układu elektronicznego, znanego jako przerzutnik Schmitta. Dziesięć lat później, na konferencji w Dayton, po raz pierwszy użyto terminu „bionika”.

Jakie dziedziny zrewolucjonizowała biomimetyka?

Naukowcy dowiedli, że materiały i konstrukcje, naśladujące budowę organizmów żywych w wielu przypadkach wykazują wyraźnie lepsze parametry techniczne niż tradycyjnie stosowane rozwiązania. Pozwoliło to wprowadź nowe produkty i zmodyfikować wiele istniejących.

Zastosowanie rozwiązań biomimetycznych w odlewnictwie

Podpatrywanie natury pozwoliło znacząco usprawnić niektóre procesy zachodzące w wielu gałęziach przemysłu odlewniczego, na przykład w zakresie produkcji elementów konstrukcyjnych samolotów. W celu zwiększenia odporności przy jednoczesnej redukcji masy, wielu elementom współczesnych statków powietrznych nadaje się strukturę plastra miodu.

Zastosowanie rozwiązań biomimetycznych w inżynierii materiałowej

Choć nie widać tego gołym okiem, powłoki wielu organizmów żywych są niezwykle złożone. Mimo że wydają się strukturami jednolitymi, w praktyce składają się z szeregu mniejszych struktur, których specyficzne ułożenie decyduje o ich unikatowych właściwościach.

Weźmy choćby muszle ślimaków, składające się z wielu płytek, pomiędzy którymi występują łączące je struktury białkowe. Taka budowa zapewnia niezwykle efektywne rozpraszanie energii kinetycznej. Na tej podstawie opracowano szereg kompozytów, mających zastosowanie w budownictwie, motoryzacji i lotnictwie.

Inny przykład to wspomniana wcześniej skóra rekina. Te niezwykłe drapieżniki potrafią błyskawicznie zmieniać kierunek

i przyspieszać. To zasługa między innymi niewielkiego oporu, jaki stawia woda w kontakcie ze skórą tych ryb. Ta niezwykła właściwość wynika ze specyficznego ukształtowania łusek. Skopiowanie tego naturalnego rozwiązania pozwoliło na opracowanie materiału, z którego korzystają pływacy. Dzięki swoim właściwościom, nie tylko zwiększa prędkość, ale także ogranicza zużycie energii.

Praktyczne zastosowanie rozwiązań biomimetycznych

Które technologie powstały dzięki inspiracji naturą? Przykładów jest wiele. Poniżej wymieniamy kilka z nich.

  • Sieci neuronowe – stosowany w informatyce system przetwarzania informacji, odgrywający fundamentalną rolę w dziedzinie uczenia maszynowego, jest inspirowany działaniem ludzkiego mózgu.

  • Roboty mogące poruszać się w trudnych warunkach terenowych – także robotyka podpatruje naturę. Systemy ruchu, które pozwalają robotom pokonywać trudny teren, w praktyce są kopią nóg owadów.

  • Elastyczne skrzydła – w wielu współczesnych samolotach stosuje się skrzydła zdolne do zmiany kształtu podczas lotu. Ma to na celu poprawę wydajności i właściwości aerodynamicznych. Co stanowiło inspirację dla inżynierów? W tym przypadku były to skrzydła nietoperzy.

  • Mikroigły – tradycyjnych igieł iniekcyjnych nie można określić mianem bezbolesnych. W medycynie i kosmetyce coraz częściej stosuje się jednak tzw. mikroigły, przeznaczone do wykonywania precyzyjnych zabiegów, którym nie towarzyszy uczucie bólu. Ten wynalazek był inspirowany aparatem gębowym samicy komara.

  • Energooszczędne systemy wentylacji – jedną ze składowych energooszczędności w nowoczesnych budynkach jest minimalizujący zużycie energii system wentylacji. Naukowcy nie musieli „wymyślać koła na nowo”, żeby opracować takie rozwiązanie. Inspiracją dla nich były kopce termitów, w których wymiana powietrza i regulacja temperatury zachodzi niezwykle efektywnie.

  • Systemy zbierania wody – w miejscach, w których panuje suchy klimat, każda kropla wody jest na wagę złota. Nowoczesne systemy mogą skutecznie zbierać wodę z mgły, wykorzystując w tym celu specjalne siatki. Dla autorów tego patentu, inspiracją były muszki występujące na pustyni Namib.

  • Powłoki antyrefleksyjne – to jeden z tych wynalazków, które znacząco poprawiają nasz komfort życia codziennego. Minimalizują odblaski od szkieł okularów, ekranów urządzeń mobilnych i stacjonarnych czy nawet od muzealnych gablot. Mają też praktyczne zastosowanie w panelach fotowoltaicznych, zwiększając ich efektywność. Także w tej dziedzinie inspiracja naturą wprowadziła niemałą rewolucję. Okazało się bowiem, że efektywność takiej powłoki znacząco wzrasta, gdy nada się jej strukturę oka ćmy.

  • Egzoszkielety – zewnętrzne konstrukcje, wspierające ciało człowieka, pozwalają na znaczne zwiększenie siły fizycznej bez nadmiernego obciążania mięśni, stawów i kości. Już teraz mają zastosowanie nie tylko w pracy fizycznej, ale także w rehabilitacji osób z niepełnosprawnością ruchową. W przyszłości, mogą stanowić rozwiązanie dla osób z trwałym uszkodzeniem narządu ruchu. Należy wspomnieć, że te rozwiązania zostały oparte na analizie zewnętrznego pancerza stawonogów.  (national geographic)

/ reportaż 

wrzesień/październik'25 (26)

Islandia w pigulce 2

Wulkany, maskonury i nocleg pod klifem

PIOTR MILEWSKI, FILIP NOWEK

Zdjęcia: domena publiczna

Trudno o lepsze miejsce, by na własne oczy się przekonać, jak potężna i piękna potrafi być natura. Archipelag Vestmannaeyjar to Islandia w pigułce: wulkany, maskonury i… golf.

Gdy rankiem docieram na terminal w Landeyjahofn, przy nabrzeżu czeka już zacumowany prom. Na dziobie ma wymalowaną nazwę: „Herjolfur”. Mimo wczesnej pory panuje tu duży ruch. Do brzucha stalowego olbrzyma wtaczają się ciężarówki i samochody osobowe, a w budynku poczekalni podróżni z biletami czekają na zaokrętowanie. Odczytuję niebieski napis na bocznej burcie: „Vestmannaeyjar”.

Rejs na wyspę

Chwilę później komunikat portowy zaprasza pasażerów na pokład. Po schodach wdrapuję się do wnętrza statku. Wkrótce powietrze przeszywa ryk syreny i odbijamy z przystani. Prom pruje ciemną taflę oceanu, delikatnie drżąc i kołysząc się miarowo. Silnik mruczy jednostajnie, a nad naszymi głowami wrzeszczą mewy. Morze jest dziś spokojne i gładkie.

Wychodzę na pokład. Płyniemy w gęstej mlecznobiałej mgle, w której znikają kontury wyspy. Próbuję coś wypatrzeć – bez skutku. Otaczający nas obłok jest gęsty jak wata. Za to z każdą chwilą ląduje na mnie coraz więcej lodowatych kropel. Wkrótce jestem tak mokry, że trzęsę się z zimna. Chowam się w ciepłym wnętrzu statku, zamawiam kawę i poddaję się powolnemu rytmowi podroży.

Po trzech kwadransach niespodziewanie z mgieł wynurzają się ciemne pionowe klify. Wyglądają jak gigantyczne wrota. Kapitan sprawnie manewruje między nimi i po chwili wpływamy do portu. Wita nas charakterystyczny morski zapach – ciężki i oleisty. Przynosi go powiew z pobliskich przetwórni ryb. Choć szybko zniknie za sprawą silnego wiatru, na długo pozostanie na ubraniach,

a w mojej pamięci – na zawsze.

Port Vestmannaeyjar

W drodze od jednego z pasażerów, który okazał się lokalnym rybakiem, usłyszałem, że tutejszy port jest jednym z największych w Islandii. Teraz widzę, że nie była to tylko czcza przechwałka. Rzeczywiście panuje tu duży ruch, zarówno na lądzie, jak i na wodzie. Trawlery dostarczają połów do przetwórni w zachodniej części miasta, a w porcie rybacy w wysokich kaloszach szykują kutry przed wypłynięciem na połów. Po ulicach jedna za drugą krążą ciężarówki wyładowane rybackimi sieciami i pochodzącymi z morza produktami. Miejscowi armatorzy spotykają się na rozległym betonowym nabrzeżu i, paląc papierosy oraz popijając kawę ze sporych kubków, wymieniają się najświeższymi wieściami.

– Archipelag Vestmannaeyjar składa się z 15 wysp i 30 wystających nad poziom oceanu skał – tłumaczy mi pracownica punktu informacji turystycznej, który mieści się nieopodal portu. – Wszystkie bez wyjątku powstały w wyniku erupcji wulkanów. Tutaj dosłownie wszędzie chodzi się po zastygniętej lawie. – Skąd wzięła się nazwa Vestmannaeyjar? – pytam. – To bardzo ciekawa, a przy tym krwawa historia. Doskonała na nordycki kryminał – zaczyna swoją opowieść przewodniczka…

Islandia w pigulce 3

Wulkan Eldfell i dramatyczna erupcja z 1973 roku

Zabudowania kończą się nagle i przede mną wyrasta porośnięte trawą wzniesienie. Wspinam się na nie i niespodziewanie przed moimi oczyma rozciąga się księżycowy krajobraz. Pole zastygłej lawy. Na tabliczce odczytuję informację, że pół wieku temu znajdowało się w tym miejscu centrum sportowe. To świadectwo kolejnego trudnego wydarzenia w historii wyspy.

Nocą 23 stycznia 1973 roku, gdy mieszkańcy byli jeszcze pogrążeni we śnie, na powierzchni wyspy rozwarła się ziemia. Ze szczeliny liczącej 1600 metrów długości wytrysnęły fontanny wrzącej lawy… Dzięki wiatrom, które wiały w przeciwną stronę niż zwykle, lawa zatrzymała się 100 metrów od zabudowań…

Z pola lawy wdrapuję się na Eldfell. To krótki spacer, choć wymaga nieco uważności – ścieżka jest momentami wąska i stroma, łatwo pośliznąć się na wulkanicznym żużlu, szczególnie po deszczu.

Golf, maskonury i nocleg pod klifem

Wyspa Heimaey, poza portem, polem lawy i wulkanami, słynie również z… najlepszego 18-dołkowego pola golfowego w Islandii. Schodzę z Eldfella i kieruję się na wschód… Kilku golfistów toczy pojedynek. W oddali wiatr marszczy i pieni granatową taflę Atlantyku.

maskonury

Maskonur to średniej wielkości ptak wodny z rodziny alk (Alcidae). Zamieszkuje wyspy, wybrzeża i wody północnego i środkowego Atlantyku oraz przyległych rejonów Oceanu Arktycznego. Mimo licznej populacji uznawany jest za gatunek narażony na wyginięcie.

Jego sympatyczny i zabawny wygląd zewnętrzny,

o sylwetce z zaokrągloną dużą głową i krótkimi czerwonymi nogami, sprawił, że nazwa łacińska maskonura określa go jako „braciszka arktycznego”.

Maskonury są jednocześnie znakomitymi pływakami, jak również świetnymi lotnikami. W wodzie potrafią nurkować na głębokość 60 metrów, gdzie przebywać mogą przez 20–30 sekund. Z kolei w trakcie lotu mogą rozwinąć prędkość do 90 kilometrów na godzinę, machając skrzydłami nawet 400 razy na minutę. Z tego powodu ma znacznie rozwinięte mięśnie piersiowe, nadające zwierzęciu charakterystyczny kształt.

W trakcie sezonu lęgowego, ptaki gromadzą się

w licznych koloniach na północnoatlantyckich wybrzeżach i wyspach. Według szacunków z 2009 roku, na wyspach Vestmannaeyjar, będących częścią archipelagu podległego Islandii, jednocześnie przebywało około 4 milionów osobników. (przyp. red.)

Zostawiam za plecami golfistów i rozbijam namiot. Dziś spędzę tu noc. Trudno o lepsze miejsce do spania niż to tutaj, u stóp stromych klifów. Ściany wzgórz odbijają echem odgłosy ptaków, które przelatują nad moją głową… Przede mną magiczny widok: tysiące czerwonodziobych maskonurów…

W towarzystwie maskonurów obserwuję miasteczko położone między wierzchołkami zielonych wzgórz na zachodzie i dwoma wulkanami na wschodzie. W oddali sponad wód Atlantyku wystają kolejne wyspy archipelagu. W tym sielankowym obrazku tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju – chropowata, czarnordzawa blizna na wschodzie – pamiątka po erupcji sprzed pół wieku…

(nationalgeographic.pl)

VII KONGRES TEATRU POLSKIEGO W CHICAGO
19-21 WRZEŚNIA 2025
Akademia Muzyczna PaSO; Art Gallery Kafe

plakat_edited
zyczenia

/ teatr

 wrzesień/październik '25 (26)

Monodram „Masara”
na festiwalu Act Alone
w Islandii

7 sierpnia, w ramach festiwalu Act Alone w Suðureyri na Fiordach Zachodnich Islandii odbył się pokaz monodramu „Masara” w wykonaniu Julity Koper, w reżyserii Kuby Mielewczyka, na podstawie opowiadania autorstwa Szczepana Twardocha. Monodram zaprezentowano w języku polskim, z anglojęzycznymi napisami. Wstęp na spektakl, jak i wszystkie inne spektakle w ramach festiwalu, był bezpłatny. 

monodram Masara

Julita Koper / fot.: R. Skwarek / domena publiczna

W ciągu ostatniego roku Koper i Mielewczyk mieli okazję prezentować spektakl „Masara” na wielu festiwalach, zdobywając nagrody
i wyróżnienia. Wśród nich jest m.in. Grand Prix na XVI Tyskim Festiwalu Monodramu MoTyF oraz główna nagroda "Srebrny Talent" na Festiwalu Ewidentnych Talentów Aktorskich we Wrocławiu. 

Act Alone to najstarszy festiwal teatralny w Islandii. Odbywa się co roku w drugi weekend sierpnia. Festiwal jest poświęcony monodramom. Prezentowane są na nim spektakle zarówno z Islandii, jak i z zagranicy. Oprócz spektakli odbywają się w ramach festiwalu również koncerty islandzkich artystów oraz pokazy filmów dokumentalnych (kino letnie). Festiwal początkowo organizowany był w największym mieście Fiordów Zachodnich (Isafjordur), lecz został przeniesiony do Suðureyri we współpracy
z miejscowymi władzami i hotelarzem. Jak mówił w wywiadzie organizator festiwalu Elfar Logi Hannesson – uznano, że warto przenieść festiwal monodramów do miejsca, w którym „wszystko jest pojedyncze – jeden dom kultury, jedna szkoła, jedna kawiarnia, jedna restauracja, jeden hotel, jedna stacja benzynowa” (więcej: RÚV English Radio - ACT ALONE, SUÐUREYRI - RÚV.is ). Festiwal przez lata wypracował sobie bardzo dobrą markę – jest znany w całej Islandii.

Tytułowa rola w spektaklu została brawurowo zagrana przez Julitę Koper, obiecującą polską aktorkę młodego pokolenia. Hipnotyzujące wykonanie aktorskie zyskało duży aplauz i uznanie ze strony islandzkiej publiczności, w tym organizatorów festiwalu oraz mieszkańców Fiordów Zachodnich. 
(Ambasada RP w Reykjaviku)

/ teatr

 wrzesień/październik '25 (26)

Stefan Jaracz w roli Napoleona

80 lat temu zmarł

Stefan Jaracz,

aktor, reżyser,

twórca warszawskiego teatru Ateneum

Marzę o teatrze, gdzie autor, malarz, muzyk, inscenizator, reżyser i aktor porozumiewają się wspólnym językiem po to, aby w ostatecznym rezultacie porozumienia dzieło teatru zajaśniało pełnią wyrazu

Miał 61 lat. Schorowany, kilka dni przed śmiercią wystosował list do uczestników pierwszego powojennego Walnego Zjazdu Związku Artystów Scen Polskich (ZASP), w którym zarysował program odnowy teatru – domagał się, by ze „sklepu”, „przedsiębiorstwa sztuki stosowanej” i „areny tanich popisów” zmienił się on w trybunę idei.

„Nie żądam ideału, bo wiem, że ideał jest nieosiągalny, ale żądam wiary, że on istnieje, i żądam, aby robić wobec niego rachunek sumienia zawodowego” – pisał Jaracz. „Żądam od teatru każdego służby ideowej. Aby teatr choćby w skromnym zakresie wiedział czego chce i aby robił wszystkie wysiłki dla realizacji swych zamierzeń. Żądam aby ludzie teatru zaczęli uznawać pracę za rzecz niepodlegającą żartom i żądam kar dla tych, którzy pracy przeszkadzają. Żądam ukrócenia egoizmów osobistych. Żądam od młodych szacunku dla starszych – którzy coś umieją; i cierpliwości starszych dla młodzieży – która nic nie umie” - wyjaśniał. „Żądam - ach - czy nie za dużo? - Sumienia! I coraz to powiększających się szeregów tych, którzy przyjmują odpowiedzialność za sztukę w teatrze” – podkreślał.

List ten przeszedł do historii polskiego teatru jako „Testament Jaracza”. 

Stefan Jaracz urodził się 24 grudnia 1883 r. w Żukowicach Starych koło Tarnowa. Był synem nauczyciela ludowego Jana Jaracza

i Anny z Kwarcianych. „Dzieciństwo spędził w wiosce Krzyż, gdzie pracował jego ojciec. Miał sześcioro rodzeństwa, z czasem ostał się z tej gromadki sam. Był chłopakiem »charakternym«, nie unikał bójek, za co i za podarte w związku z tym ubrania dostawał od ojca częste lanie. Szkołę ludową ukończył pod bacznym okiem rodziciela. Naukę na szczeblu średnim podjął w gimnazjum

w Tarnowie, skąd w siódmej klasie został relegowany za poglądy lewicowe” – napisał historyk i regionalista Wiesław Hap na stronie „podkarpackahistoria.pl (2017). „Tylko dzięki wyrozumiałości Józefa Słowińskiego - dyrektora gimnazjum jasielskiego - rok szkolny 1901/1902 Jaracz rozpoczął w jego szkole” – dodał.

W Jaśle debiutował na scenie. „W maju 1902 r. jasielscy gimnazjaliści z teatru szkolnego pod kierunkiem profesorów Stanisława Koprowicza i Henryka Trzpisa wystawili »Wesele« Wyspiańskiego” – przypomniał Hap. „Sztuka była prezentowana w salce gimnastycznej. Jaracz zagrał role: Nosa, Dziennikarza i Kaspra. Jednym z widzów był Stanisław Pigoń – ówczesny gimnazjalista. „Jakże on grał! Nigdy później nie widziałem lepiej zagranej roli Dziennikarza. Było coś przerażająco szczerego, rozpaczliwie bolesnego w tej »spowiedzi dziecięcia wieku«, gdzie spowiadający się w chaotycznie rozwijających się obrazach: mew zagubionych na oceanach czy rąk – pochodni, zżartych przez ogień, wyrzucał z siebie podarte, skrwawione szmaty stanów duchowych, niewiary

i rozpaczy” – wspominał późniejszy historyk literatury polskiej, cytowany w przez Wiesława Hapa, w artykule pt. „Stefan Jaracz - ikona teatru z podkarpackimi korzeniami”.

Po maturze, zdanej eksternistycznie w 1903 roku w Bochni, podjął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, zarabiając na utrzymanie jako korektor w socjalistycznym dzienniku „Naprzód”. Po dwóch semestrach zrezygnował ze studiów

i zaangażował się do krakowskiego Teatru Ludowego, gdzie zadebiutował rolą Opryszka w „Karpackich góralach” Józefa Korzeniowskiego. Wkrótce przeniósł się do teatru w Poznaniu, w którym pracował do 1907 roku. „Na rok powołano go do austriackiego wojska. W latach 1908-1911 grał w teatrze łódzkim” – przypomniała Monika Mokrzycka-Pokora.

„Jaracz pochodził jakby z nędzy galicyjskiej. Nie tylko on zresztą” – powiedział w Polskim Radiu (2015) prof. Edward Krasiński autor monografii pt. „Stefan Jaracz” (1983). „I druga rzecz charakterystyczna: nigdy nie kończył szkoły dramatycznej. To jest argument dla współczesnego szkolnictwa, że właściwie jest niepotrzebne, skoro bez szkół dramatycznych wyrastają tacy wielcy artyści” – dodał.

W 1911 r. Jaracz przeniósł się do Warszawy, gdzie został aktorem Teatru Małego, a od 1913 r. pracował w utworzonym przez Arnolda Szyfmana Teatrze Polskim. W 1915 r. – przymusowo ewakuowany do Rosji – występował w polskich trupach teatralnych w Moskwie

i Kijowie. Powróciwszy w 1918 r. do Warszawy, stał się jednym z założycieli Związku Artystów Scen Polskich. Pracował w Teatrze Polskim (1918-21), Rozmaitościach(1923-24) i Narodowym (1924-27), gościnnie występował w Łodzi i Poznaniu.

W drugiej połowie lat 20. pogłębiła się jego choroba alkoholowa – wpadł w depresję, próbował popełnić samobójstwo. „Często zrywał przedstawienia, wywoływał skandale, wchodził w zatargi z dyrektorami scen i z ZASP-em. Jednak udało mu się pokonać ten stan. Aktor rozpoczął bardzo intensywne życie zawodowe, tyle że w tzw. objeździe razem z wędrownym zespołem. W latach

1927-1928 wystąpił w ponad dziewięćdziesięciu miastach Polski” – napisała Mokrzycka-Pokora.

Dzięki zgromadzonym w ten sposób środkom mógł założyć własny teatr. „Wybitny aktor, powszechnie uznawany autorytet artystyczny, najwyżej oceniany na giełdzie teatralnej, zasypywany propozycjami, w 1930 r. został dyrektorem Teatru Ateneum. Dlaczego? Od tego pytania zaczynały się wszystkie wywiady. Dziwny człowiek z Jaracza – pisano. Rezygnuje z laurów aktorskich, przywilejów, sławy, z wielkich zarobków, by wszystko utopić w niepewnej imprezie, niewdzięcznej finansowo” – napisał prof. Edward Krasiński.

„Ateneum powstało jako popularny teatr dla mas o wysokim poziomie artystycznym, który miał krzewić kulturę wśród robotniczego środowiska Powiśla. Wkrótce stał się jedną z najmodniejszych scen stolicy, a teatrem żywo zainteresowała się także warszawska inteligencja. Jaracz kilkakrotnie ruszał wraz ze swoim teatrem w objazd, pokazywał swoje spektakle w całej Polsce, m.in. w Krakowie i Łodzi” – przypomniała Mokrzycka-Pokora. „Warszawska scena słynęła z nowatorsko potraktowanych komedii Moliera, wkrótce teatr zaczęto nazywać »domem Moliera«, wystawiono tutaj m.in. Chorego z urojenia (1935), Szkołę żon (1936) i Świętoszka (1938) - wszystkie spektakle w inscenizacji Perzanowskiej – dodała.

W Ateneum owocnie współpracował ze Stanisławą Perzanowską, natomiast konflikt z Leonem Schillerem sprawił, że przez dwa lata (1933-35) zniknął z tej sceny. Do ostatecznego pojednania artystów doszło w KL Auschwitz, gdzie obydwaj trafili wskutek niemieckich represji po wykonaniu – 7 marca 1941 roku – wyroku sądu podziemnego na Igo Symie. „Działał wówczas wraz z Leonem Schillerem

w nielegalnym teatrze obozowym. Recytował w nim m.in. fragmenty »Pana Tadeusza« Mickiewicza oraz wiersze Słowackiego

i Konopnickiej. Kiedy został zwolniony z oświęcimskiego »piekła«, na pożegnanie powiedział do swoich kolegów: »Róbcie to dalej. Podnoście głowy«” – przypomniał Wiesław Hap.

Jaracz wcielił się w ok. 300 ról teatralnych i 30 filmowych. „Był obdarzony ciężką kanciastą sylwetką jakby wyciosaną z twardej bryły

i głosem chrapliwym, ale niezmiernie sugestywnym” – napisał historyk teatru Stanisław Marczak-Oborski w książce „Teatr polski

w latach 1918-1965. Teatry dramatyczne” (1985). „Zdobył sobie sławę najdoskonalszego wykonawcy ról »skrzywdzonych i poniżonych«, które traktował bez sentymentalizmu, lecz właśnie wydobywając gorycz i szorstkość oraz pokłady buntu, choćby najgłębiej ukryte”

– dodał.

„Pisano o nim, że do teatru wnosi nieco smaku plebejskiego, który zaświadcza o prawdziwości jego bohaterów” – przypomniała Monika Mokrzycka-Pokora. „Czasami grał dosadnie, z czasem w jego grze pojawiał się większy dystans do postaci niejednokrotnie podszyty drwiną. Ale przede wszystkim uchodził za aktora, który potrafił współczuć i szanować człowieka, brać w obronę kreowanego przez siebie bohatera. W jego grze często pojawiał się patos cierpienia. Nad wieloma rolami ze swojego repertuaru pracował po kilkakroć. Szlifował je, a czasami dokonywał bardziej radykalnych zmian i powtarzał w innym teatrze” – dodała.

W latach 1912-36 występował też w filmie, „dostawał propozycje ambitniejsze i zupełnie tandetne”. Jego najważniejsze filmowe kreacje to: Napoleon Bonaparte w „Bogu wojny” (1914), Wielki Książę Konstanty w „Księżnej Łowickiej” (1932) oraz Konstanty Kurczek w „Jego wielkiej miłości” (1936) – psychologicznym studium zgorzkniałego, zdeklasowanego do roli suflera aktora teatralnego. Od 1926 r. Jaracz był związany również z teatrem Polskiego Radia – wystąpił w ponad 60 słuchowiskach.

Po wybuchu II wojny światowej Jaracz znalazł się w Lublinie, gdzie grał w Teatrze Miejskim. Jednak wkrótce Niemcy zamknęli tę scenę i aktor, jeszcze w 1939 roku, wrócił do Warszawy. Występował jako recytator na wieczorach poetyckich organizowanych

w okupacyjnych kawiarniach i mieszkaniach prywatnych. Uczył gry scenicznej w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej.

Z sześciotygodniowego uwięzienia w KL Auschwitz wiosną 1941 roku, wrócił ciężko chory. „Mimo nasilającej się gruźlicy i głuchoty na jedno ucho po uderzeniu kolbą karabinu przez strażnika niemieckiego, nie zaprzestał działalności artystycznej” – napisał Wiesław Hap. „Brał udział w posiedzeniach konspiracyjnej Rady Teatralnej i sporo pisał. Po przejściu frontu próbował występować w Lublinie, ale rozwijająca się choroba uniemożliwiła mu dalszą pracę w teatrze” – dodał.

Napisane wówczas przezeń teksty ukazały się w wydanej pośmiertnie książce „O teatrze i aktorze” (1962).

Stefan Jaracz zmarł 11 sierpnia 1945 roku w Otwocku. Pochowano go w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach. Idący przez zrujnowaną Warszawę kondukt pogrzebowy można zobaczyć w filmie „Testament Jaracza” (1945) Jerzego Bossaka.

Artysta jest patronem czterech polskich teatrów – w Warszawie, Łodzi, Olsztynie i Otwocku. Pozostał również w pamięci jako bohater kilku anegdot spisanych przez Igora Śmiałowskiego.

Wedle jednej z nich, nie mając pieniędzy na opłacenie stancji, młody Jaracz uciekł zostawiając właścicielce lokalu kartkę” „Szanowna Pani, kiedy będę wielkim aktorem oddam Pani całą sumę z naddatkiem. Z poważaniem Jaracz”. Po latach występował

w Krakowie jako Napoleon w „Madame Sans Gene” – w jednej ze scen tej sztuki przychodzi doń kobieta wypominając, że kiedyś nie zapłacił jej za wypranie koszul, mówiąc „oddam, kiedy będę cesarzem!”. Podczas antraktu do garderoby aktora zapukała starsza pani, by przypomnieć o niezapłaconym niegdyś czynszu. „Kochana pani, tyle lat czekałem na tę chwilę” - oznajmił Jaracz, uściskawszy ją serdecznie.  (Paweł Tomczyk; Polska Agencja Prasowa)

/ portrety  teatr

 wrzesień/październik '25 (26)

Jan Himilsbach w 1972 roku

Jan
Himilsbach

- nieokrzesany
skandalista

Jan Himilsbach w 1972 roku / fot. Erazm Ciolek / Forum)

Fragment książki „Himilsbach” Ryszarda Abrahama, składającej się z anegdot z życia aktora.

Wydawnictwo Mando. Skróty pochodzą od redakcji.

Wiadomo, że nic nie wiadomo, w każdym razie – że niewiele. A to, co wiadomo, jest bardzo niepewne. Za życia stał się legendą i wiele robił, żeby swój mit podtrzymywać. Janowi Himilsbachowi absurd towarzyszył od początku istnienia. W metryce urodzenia urzędniczka wpisała nieistniejącą datę: 31 listopada 1931. Inni mówią, że za pomyłkę odpowiada ojciec mojego bohatera, który po intensywnym świętowaniu narodzin syna nie mógł sobie przypomnieć właściwego dnia. Tak czy owak, prawdopodobnie zawinił alkohol spożywany nieumiejętnie (bo pity z umiarem – jak często Himilsbach powtarzał, podobno za Tuwimem – nie szkodzi nawet

w dużych ilościach). Żona aktora twierdziła natomiast, że Jan świętował swoje urodziny zawsze na początku maja. Sam zainteresowany zwykł komentować to w charakterystyczny dla siebie sposób: „Jeden dzień w tą, jeden dzień w tamtą, co to za różnica!?”. I konsekwentnie pozostał wierny kreacji rzeczywistości do końca żywota – nie ustalono dokładnej daty jego śmierci. Prawdopodobnie przyszła 11 lub 12 listopada 1988 roku.

Już samo zestawienie zawodów, którymi się zajmował: kamieniarz, pracownik kopalni i piekarni, pomocnik gajowego, rębacz, poławiacz śledzi na kutrze rybackim, ślusarz, palacz, grabarz, niedzielny poeta, pisarz z awansu społecznego i aktor naturszczyk

– stanowi mieszankę wybuchową. Na pytanie, za kogo się uważa, odpowiadał: „Mogę powiedzieć, że jestem aktorem i dać telefon do wytwórni; mogę powiedzieć, że piszę zawodowo i pokazać legitymację ZLP, mogę też powołać się na zakład kamieniarski, gdzie powiedzą: «Pracował u nas i chętnie możemy go znowu przyjąć»”.

Swój życiorys, który przy różnych okazjach opowiadał, za każdym razem modyfikował i przedstawiał jego kolejną wersję. Nie przejmował się faktami, które uważał za mało istotny szczegół. Przyłapany na nieścisłościach z rozbrajającą szczerością mówił: „Ile można pier*ć to samo!”.

Ewie Berberyusz z tygodnika „Film” w chwili szczerości powiedział: „Ja właściwie składam się z setek pomysłów setek ludzi.

A głównym pomysłodawcą Jana Himilsbacha jest niejaki Jan Himilsbach”.

Jego całe życie było kreacją. Krzysztof Mętrak twierdził, że na trzeźwo Himilsbach zastanawiał się, co ma po pijaku powiedzieć. Nałożył maskę, którą z całą premedytacją obnosił i pokazywał innym, wiedząc, że się na to nabierają. A tak naprawdę był wnikliwym obserwatorem i miał niesamowitą wrażliwość. Henryk Bereza powiedział o nim: „ Himilsbach swoje prawo pisania tak, jak mu się podoba, opłacił swoim życiem nie do pozazdroszczenia. Przywileju tak swobodnego bawienia się literaturą nikt nie przyznaje. Taki przywilej można sobie uzurpować i tylko wtedy, gdy się jest gotowym jak Himilsbach znosić takie życie, jakie on znosi – i zdaje się – lubi. Tylko wtedy można pisać tak, jak się chce: źle, dobrze, mądrze, głupio, z sensem, bez sensu, prawdziwie i nieprawdziwie”.

[…]

Przyszedł na świat w 1931 roku w Mińsku Mazowieckim. Ojca nie pamiętał, matka zmarła, gdy był małym chłopcem. Przygarnęła go przyjaciółka rodzicielki, Mańka Pędzel. Wychowywał się w trudnych warunkach. Brakowało wszystkiego, nawet obuwia. Mańka zwykła mawiać: „Skoro apostołowie chodzili boso, to i ty możesz”.

Jako dziecko musiał pomagać w utrzymaniu domu. Wraz z kolegami kradł węgiel z przejeżdżających pociągów towarowych. Kilkoro jego przyjaciół przypłaciło życiem te rabunki. Bezpieczniejsze było buchnięcie z jadącego wozu buraków, które później służyły jako pożywienie dla rodziny.

Tak mi to weszło w krew, i nie tylko mnie – opowiadał po latach – że jak się skończyła wojna, to okradaliśmy Rosjan, którzy wracali obładowani łupami. Tak zaczęło mi się w życiu powodzić. Młodość przehulałem, a resztę życia zachowałem sobie na czarną godzinę.

W autobiograficznym opowiadaniu „Kombatanci” Himilsbach opisał swoją alkoholową inicjację, która podobno przypadła na dzień 12 września 1939 roku, krótko przed wkroczeniem do Mińska Mazowieckiego wojsk niemieckich. Wówczas matka Jasia urządziła kolację dla trzech naszych żołnierzy. To oni właśnie wpadli na pomysł, aby poczęstować alkoholem małego Janka. „To dziecko” – oponowała jego matka. „Dziecko, ale Polak, i pić musi” – kategorycznie orzekli żołnierze. Od tamtej pory picie stało się dla niego patriotycznym obowiązkiem.

[…]

*

Pozostawiony bez opieki, samotny, przez nikogo nieszukany wyruszył w wędrówkę po kraju, imając się różnych dorywczych zajęć, często nocując pod gołym niebem i popadając w konflikt z prawem. Skutkowało to pobytami w ośrodkach dla trudnej młodzieży, aresztach i więzieniach. Z domu poprawczego za dobre sprawowanie wysłali go do kamieniołomów. Tam nauczył się podstaw fachu kamieniarskiego. Ciężka fizyczna robota, ale bardziej przez Jana szanowana niż znienawidzona praca na roli przy wykopie buraków. Początki w kamieniarstwie wspominał w jednym z wywiadów:

– Przeważnie nam się nie chciało. Zwłaszcza że odkryliśmy niedaleko stary, zalany wodą kamieniołom na terenie dawnego obozu Gross-Rosen. Tam walało się sporo gotowych bloków, trzeba było tylko trochę z wierzchu oskrobać. Pchaliśmy nasze wózki w tamtą stronę, a z powrotem właziliśmy na kamienie. Z góry fajnie się zjeżdżało. A w niedzielę chodziliśmy nad ten zatopiony kamieniołom

i spuszczaliśmy wózki po szynach. Przyjemnie było patrzeć, jak ten ciężki wózek leci po szynach, nabiera szybkości, potem fruwa

w powietrzu i wali się do 70-metrowego dołu. Najpierw było słychać plusk wody, a potem ogromna fontanna strzelała pod niebo. To była frajda i czysty wandalizm. Ale nie mieliśmy nawet radia, a z nudów człowiek może wszystko zrobić.

*

Wszystkie drogi prowadzą do domu, więc i Jan ponownie zawitał w rodzinne okolice. W opowiadaniu „Droga kariery”, opartym na autentycznym wydarzeniu z curriculum vitae autora i aktora, czytamy, że w Mińsku Mazowieckim pracował jako grabarz na cmentarzu:

„Miałem przed sobą świetną przyszłość jako starszy grabarz, tym bardziej że z jednej strony byłem partyjny, a z drugiej należałem do kółka różańcowego. Gdybym wtedy był nie rozrabiał i siedział cicho na miejscu jak człowiek, to z czasem mogłem zostać nawet kwaterowym, mieć swój rejon na cmentarzu, gdzie nikt oprócz mnie i dyrektora zarządu cmentarza nie miał nic do gadania, ale to już tak w życiu bywa, że jak ktoś głupi ma chleb, to jeszcze szuka bułki. Tak samo było i ze mną. Miałem robotę jak się patrzy, świeży grosz w kieszeni, nikt się do mnie nie przypieprzał, co w życiu człowieka ma również niemałe znaczenie, i kiedy wydawać by się mogło, że do szczęścia brak mi tylko ptasiego mleka, właśnie wtedy odbiła mi szajba. Napisałem kilka wierszy, cholera wie po co, i to mnie zgubiło”.

*

Zanim na dobre zajął się pisaniem, nadal przeżywał niezliczone przygody. „Himilsbach twierdził – pisze Janusz Głowacki – że raz uciekał łódką przez Bałtyk, a kiedy dogonili go motorówką żołnierze z Wojsk Ochrony Pogranicza, długo bronił się wiosłem, ale ostatecznie złapali go na lasso. Ponieważ był pijany i upierał się, że zabłądził, potraktowano go łagodnie. Zaprowadzono na komisariat, gdzie mieszkało dwóch milicjantów kawalerów. Wybierali się na ślub kolegi, więc zostawili Janka samego, prosząc, żeby przyjmował telefony. Rano go z wdzięcznością wypuścili”.

Aktor-kamieniarz przez wiele lat nie posiadał dowodu osobistego, a legitymował się wycinkiem z prasy informującym o zagubieniu przezeń dokumentu tożsamości. Za to z pieczołowitością przechowywał certyfikaty poświadczające jego wykształcenie:
– świadectwo ukończenia kursu kamieniarskiego, wydane przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu (nr 9014/51), świadczące o odbytych 414 godzinach praktycznych i stawieniu się w dniach 26 i 28 lutego 1949 roku na egzaminie, który zakończył się oceną dostateczną; wydane w Strzegomiu 1 marca 1949 roku;
– legitymację członka Związku Literatów Polskich (nr 1394), wydaną 22 stycznia 1980 roku i podpisaną przez prezesa Jarosława Iwaszkiewicza.

Najsłynniejszy w PRL-u naturszczyk dwa lata przed śmiercią wstąpił w szeregi zawodowych aktorów i otrzymał:
– dyplom aktora estradowego (nr TE-III-1121/ 24/86) poświadczający pozytywne zdanie egzaminu w dniu 13 października 1986 roku przed Państwową Komisją Egzaminacyjną dla artystów estrady i członkami Ministerstwa Kultury i Sztuki (departament teatru

i estrady) pod przewodnictwem Lecha Terpiłowskiego i Jerzego Bisiaka. Dyplom wydano 30 grudnia 1986 roku.

*

Himilsbach często się przechwalał, że pracował przy odbudowie Warszawy ze zgliszczy wojennych: Starówki, MDM. Udowadniał to, podając przykłady elementów ozdobnych i fragmentów rzeźb, które rzekomo wyszły spod jego dłuta. Odbył ze Zbigniewem Jerzyną rozmowę na ten temat:

– Wtedy był zapał, entuzjazm. Nigdy nie zapomnę, jak ustawialiśmy kolumnę Zygmunta na placu Zamkowym.
– To symboliczny moment…
– A wiesz, jak ją ustawialiśmy? Tak na oko.
– Czyli jak?
– W kilkunastu chłopa, grube liny i … panie Heniu, trochę w lewo, panie Jasiu, ciut w prawo… I stoi do dzisiaj – podsumował Himilsbach.

*

Jan Himilsbach powziął nieudaną próbę zostania wziętym i dobrze opłacanym tekściarzem, o czym opowiadał w jednym

z wywiadów:
– Grochowiak pisał słowa, Iredyński także, słyszałem, że to niezły pieniądz. Postanowiłem i ja. W końcu napisać jakieś tam słowa pod muzykę nie jest wielką sztuką. Na cztery dni zamknąłem się w domu. Nie wychodziłem nawet na minutę. Napisałem… sześćdziesiąt stron maszynopisu i jakoś nikt do tego muzyki nie potrafił dokomponować.

Kiedy ubiegał się o względy Barbary (później zwanej Basicą), ciemnowłosej i ciemnookiej absolwentki geografii na Uniwersytecie Warszawskim, zjawił się pod budynkiem Głównego Urzędu Statystycznego (miejsce pracy oblubienicy) wraz z orkiestrą cygańską. Kiedy ukochana kończyła zajęcia i udawała się do domu, towarzyszył jej romski zespół śpiewający „Oczy cziornyje”.

*

Himilsbach żenił się dwukrotnie. Zawsze z tą samą kobietą. Najpierw odbył się ślub cywilny, a dwadzieścia lat później kościelny. Na obu świadkiem był Roman Śliwonik:

–Pierwszy ślub był jednym z najdziwniejszych, jakie widziałem. Z Pragi goście jechali platformą towarową zaprzężoną w dwa wielkie perszerony. Wesele odbywało się na Starym Mieście w pracowni zaprzyjaźnionego malarza. Malował na szkle, i to w [tej] relacji jest ważne. Ściany były zawieszone szklistymi taflami, lśniły, odbijały kontury tańczących i twarze gości. Panna młoda była jedyną kobietą na przyjęciu i [otaczał ją] tłum pijanych mężczyzn skazanych na siebie. Pamiętam niezwykłą scenę. Po wielkiej awanturze

i przepychance, która momentalnie ucichła, prace artysty zsunęły się na podłogę. Z brzękiem. Wszystkie. A rozchwiani, obnażeni do pasa mężczyźni wili się w twiście, buchali parą, zapamiętałością taneczną i gorzałą. Nagle urwała się taśma w magnetofonie i nie było już muzyki. Nikt tego nie zauważył, tłum chłopów tańczył dalej, walił buciorami w jazgocące odłamki szkła. W ciszy bezmuzycznej szedł trzask, łomot dziesiątek nóg i słychać było oddechy opętanych mężczyzn. Tańczyli. Tańczyli pięć, dziesięć minut. A panna młoda jaśniała w głębi pokoju. Oto wesele bez kobiet – i lepiej będzie, żeby oni w ogóle nie przestali tańczyć.

*

Himilsbach w niedzielne przedpołudnie stał przed rondem w pobliżu warszawskiego hotelu Forum i pił „z gwinta”, jak się zwykło mawiać, wino marki Wino. – Janek, co ty robisz? – zapytał ktoś z przejęciem.

A Himilsbach na to, posługując się przerobionym na potrzeby chwili cytatem z mało znanej powieści Hłaski „Sowa, córka piekarza”:
– Wprowadzam w szarą rzeczywistość element baśniowy.

okladka ksiazki

Ikona PRL-u. Genialny naturszczyk. Oryginał.
Miał ochrypły głos i cięty dowcip. Powtarzał, że alkohol pity z umiarem nie szkodzi. Włóczył się po Polsce,

a potem po Nowym Świecie. Chwytał się różnych zawodów: był kamieniarzem, grabarzem, aktorem. Tym ostatnim na dłużej. Zagrał w kilkudziesięciu filmach, między innymi w absolutnie kultowych: Rejsie

i Wniebowziętych.
Jan Himilsbach. Dziś powiedzielibyśmy, że żył życiem celebryty, lubił towarzystwo, bawił się, udzielał setek wywiadów. Ile jednak z tego, co sam o sobie mówił, wydarzyło się naprawdę? Czy może jego życie było barwniejsze, niż sobie wyobrażamy?
Anegdoty o „nieokrzesanym skandaliście”, jakim był Himilsbach, zebrał znany z fanpejdżu Anegdoty teatralne, filmowe i muzyczne Ryszard Abraham (aktor znakomicie poinformowany o życiu artystów). Wśród nich są te, które zbudowały jego legendę, ale i takie, które bohater książki najchętniej zabrałby z sobą do grobu. Ile był winien Piotrowi Fronczewskiemu? O jaką przysługę poprosił Tadeusza Konwickiego? Skąd kazał wypier*ć Gustawowi Holoubkowi?
Z tej oryginalnej jak sam Himilsbach opowieści wyłania się także obraz PRL-u i ówczesnego środowiska artystycznego.

„Himilsbach”

Ryszard Abraham

Wydawnictwo Mando

/ sztuka  rzeźba

 wrzesień/październik '25 (26)

Igor Mitoraj

Pięć ciekawostek
o… Igorze Mitoraju

MAŁGORZATA BEDNORZ

Eros Bendato, rzeźba Igora Mitoraja na Rynku w Krakowie / wikipedia / domena publiczna

1. Wyjechał do Paryża, by odnaleźć swojego ojca.

Matka Igora Mitoraja – Zofia Mąkina – obdarzona klasyczną urodą i nieprzeciętnym hartem ducha – ze względu na otwarte głoszenie swoich poglądów wobec okupanta, została w 1940 roku wywieziona do Oederan w Niemczech na roboty przymusowe. W pobliżu znajdował się międzynarodowy obóz jeńców wojennych, gdzie poznała francuskiego legionistę o imieniu Georges. Owocem romansu, który nawiązał się między piękną Polką a francuskim jeńcem, był Igor Mitoraj, urodzony w 1944 roku. Po upadku III Rzeszy Zofia

z małym dzieckiem wróciła do Polski, a Georges wyjechał do Francji. Już nigdy więcej się nie spotkali. Artysta po latach wspominał: Kiedy miałem pięć czy sześć lat, ciągle wychodziłem na drogę, nawet o tym nie myśląc i czekałem… Miałem nadzieję, że kiedyś pojawi się na drodze mój ojciec… Wydawało mi się, że może nim być każdy nadchodzący mężczyzna. Że zacznie mi dawać jakieś znaki i podbiegnie, żeby mnie uścisnąć. W roku 1968 wsiadł w pociąg do Paryża, pozyskawszy wcześniej kontakt oraz adres siostrzeńca ojca, i wyruszył na poszukiwania tajemniczego francuskiego legionisty. Pragnienie poznania swojego ojca zawładnęło nim nawet bardziej niż pragnienie zostania artystą. Na miejscu otrzymał od krewnego dokładny adres w Saint-Denis. Kiedy jednak podjechał pod dom i odczytał nazwisko ojca na drzwiach, nie miał odwagi nacisnąć dzwonka i bez słowa wrócił do auta. Może podświadomie wybrałem tajemnicę, która już na zawsze okryła osobę ojca. Może dlatego, że najpiękniejsze są niespełnione marzenia. Nigdy więcej nie podjął próby poznania ojca, wykreślając go ze swojego życia. Mistrzowie psychoanalizy mieliby zapewne wiele do powiedzenia na temat całej tej sytuacji i zawieszonych w próżni nierozwiązanych problemów z przeszłości.

Igor-Mitoraj 2

Igor Mitoraj na tle swojej rzezby / Tuscanypeople / domena publiczna

2. Chciał zostać aktorem.

Mieszkając jeszcze w Polsce, Mitoraj dwukrotnie próbował zdawać na wydział aktorski łódzkiej Filmówki, jednak paraliżował go wymóg śpiewu na egzaminie wstępnym i z planów nic nie wyszło. Pozostała natomiast u niego fascynacja filmem oraz zachwyt nad pracą i wizjonerstwem ówczesnych wielkich reżyserów: Federica Felliniego, Arthura Penna, Romana Polańskiego i Andrzeja Wajdy. Film mnie pociąga i fascynuje – jak mówił artysta – od bardzo dawna. (…) W moich torsach, popiersiach czy wazach pojawiają się głębokie, prostokątne wybicia, okna. To także filmowy trop, obnażający ukrytą chęć kadrowania, przybliżenia jednego z aspektów rzeźby do formy stop-klatki. Federica Felliniego miał okazję poznać osobiście – reżyser pojawił się na jego pierwszej wystawie rzeźb w Rzymie w roku 1984 w galerii Toninelli. Pamiętam, że któregoś wieczora pojawiłem się w galerii i od razu miałem niezapomniane przeżycie: na kanapie siedział niedbale rozparty Federico Fellini, który przyszedł zobaczyć moje rzeźby. Podniósł się, objął mnie

i bardzo mi gratulował. Później spotkali się jeszcze przypadkiem, co zaowocowało zaproszeniem na plan filmu „Ginger i Fred” oraz wspólną imprezą z udziałem głównych aktorów – Giulietty Masiny i Marcella Mastroianniego, co dla Mitoraja było nie tylko wielkim przeżyciem, ale też – jak sam wspominał – wspaniałą zabawą. Urocza Giulietta Masina przychodziła później na wszystkie jego wernisaże. Krytycy dopatrywali się związków między twórczością Mitoraja a filmami Felliniego, podkreślając fascynację Rzymem, Europą oraz zderzenie historii – starożytności z nowoczesnością, która jest znakiem rozpoznawczym obu twórców. Na tym nie kończą się jego związki ze światem filmowym – Mitoraj otrzymał nagrodę im. Vittoria de Sica, którą przyznaje się głównie filmowcom, a także zaprojektował statuetkę dla 35. Festiwalu Filmowego w Cannes.

Ginger_i_Fred_plakat Igora Mitoraja

Plakat filmu „Ginger i Fred” w reżyserii Federica Felliniego

Fontanna Centaura w Milano Igora Mitoraja

Fontanna w Mediolanie / Igor Mitoraj / domena publiczna

3. Był uczniem Tadeusza Kantora i Mikołaja Kochanowskiego.

Po ukończeniu Liceum Plastycznego w Bielsku-Białej Mitoraj wstąpił na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie w roku 1966, gdzie trafił do pracowni Tadeusza Kantora – wybitnej już wówczas postaci w krakowskim środowisku. Mitoraj początkowo bardziej skłaniał się ku malarstwu, nie myślał o rzeźbie. Był zafascynowany twórczością francuskiego artysty Yvesa Kleina, powtórzył nawet

w pracowni jego eksperyment z odbijaniem ciał, uprzednio zamoczonych w niebieskiej farbie, bezpośrednio na płótnie. Kantor uczył patrzenia na dzieło sztuki, mówił o współczesnych malarzach, o artystach historycznej już awangardy, o kubistach, dadaistach, surrealistach, malarzach metafizycznych, aż po twórców pop-artu. Niewiele brakowało, a młody artysta musiałby przerwać studia po I roku z powodu rozpaczliwej sytuacji materialnej w rodzinie oraz niezaliczenia szkolenia wojskowego, co spowodowało utratę stypendium. Uratowało go wstawiennictwo wykładowcy rysunku – Mikołaja Kochanowskiego – który poparł swojego studenta: Bardzo gorąco popieram prośbę studenta I Roku, Jerzego Mitoraja, który wykazuje prawdziwe zainteresowanie i pilność w pracy. Jest studentem uzdolnionym, na przeglądzie prac I semestru był jedynym studentem, który otrzymał wyróżnienie za rysunek w mojej grupie.  (Mikołaj Kochanowski był przez wiele lat artystą niemal zapomnianym, jego twórczość została zaprezentowana w 2017 roku na wystawie monograficznej w Galerii Pryzmat, zorganizowanej przez Salon Dzieł Sztuki Connaisseur w Krakowie). Mitoraj pozostał na uczelni, jednak ostatecznie nie skończył studiów i w roku 1968 wyjechał do Paryża. Niebagatelny wpływ na decyzję artysty miały słowa jego mistrza Kantora, który miał powiedzieć: Tutaj nie ma dla Ciebie miejsca. Musisz wyjechać, musisz zaczepić się w którejś ze stolic sztuki, jeśli chcesz sobie zapewnić przyszłość. Masz szansę, przecież nie chcesz pozostać kimś anonimowym. Chyba się nie mylę?. Nawet kilka lat później Kantor utwierdzał go w tym przekonaniu, pisząc na pocztówce do Paryża: Zapomnij Igorze o krakowskiej Akademii, zapomnij o Polsce. Jakże odmiennie mogłyby potoczyć się losy Mitoraja, gdyby nie te słowa i odwaga, by ruszyć na podbój Europy. Jak wyglądałyby jego rzeźby, czy zdobyłby jakiekolwiek uznanie w świecie sztuki?

4. Osiadł na stałe w domu we włoskim Pietrasanta.

Usytuowana u podnóży Alp Apuańskich miejscowość Pietrasanta to legendarne miejsce, w którym przebywał sam Michał Anioł

i rzeźbił z miejscowego marmuru z pobliskiej Carrary – przy okazji doglądając w latach 1516-1520 wydobycia nowych złóż tego szlachetnego surowca, słynącego z doskonałej jakości. W Pietrasanta mieli swoje pracownie rzeźbiarze, tworzący także

w późniejszych wiekach – tacy jak Henry Moore i Marino Marini. Do tej mekki artystów zawitał również Igor Mitoraj, w roku 1979, zachęcony przez swoich przyjaciół. Przy pierwszej wizycie przeżył lekkie rozczarowanie – był bowiem przekonany, że Pietrasanta leży nad brzegiem morza i wyobrażał sobie fale morskie rozbijające się o wielkie ściany białego marmuru. Mimo, że okazało się oddalone od morza o kilka kilometrów, Mitoraj poddał się urokowi magicznego miasteczka i w 1983 roku kupił pracownię – dwustuletni budynek, który stopniowo odnawiał i który stał się jego prawdziwym domem. Jednak ze wszystkich miast – mówił artysta

w wywiadzie – najlepiej mi w Pietrasanta. A naprawdę na swoim miejscu czuję się tutaj, w mojej pracowni. Dom pełen był książek, obrazów kolegów po fachu oraz jego własnych rzeźb – najnowszych, ale także tych z wcześniejszych lat – za którymi tęsknił tak bardzo, że sam licytował je na aukcjach. Wkrótce Mitoraj przekonał się, że marmur jest jego ulubionym materiałem: Jak wcześniej

w Meksyku, tak potem w Grecji i we Włoszech poczułem, tak bym to nazwał, oddech kamienia. Ktoś powiedział, że kamienie oddychają, i że ten ich oddech jest jak śpiew syren, bo wabi i uwodzi, żeby potem zgubić. Z Pietrasanta był związany do końca życia,

w katalogu pośmiertnej wystawy napisano: Jego rzeźby znajdują się w muzeach i na placach wielu miast na świecie, ale jego pamięć pozostanie trwale związana ze społecznością i ziemią, którą wybrał i której „genius loci” przechowuje wiedzę o przetwarzaniu marmuru

i brązu i o magii rzeźby.

5. Oprócz rzeźby, jego pasją była motoryzacja.

Kiedy Mitoraj osiągnął już sukces jako rzeźbiarz i jego sytuacja materialna znacznie się poprawiła, zaczął kolekcjonować samochody. W jego kolekcji, w której znalazło się kilkanaście aut, były między innymi bentleye i rolls-royce, jednak nigdy artysta nie obnosił się ze swoją pasją. O kolekcji rzeźbiarza opowiada jego bratanek – Igor Mitoraj junior: Wujek lubił piękne i nietypowe samochody. Doceniał formę wykonania, dlatego jego ulubionym autem był Rolls-Royce Corniche III generacji w wersji cabrio. Z drugiej strony się z tym nie obnosił i cenił w autach także prostotę i funkcjonalność. Pewnie dlatego w jego kolekcji obok drogich aut był citroen mehari, który trafił po jego śmierci w moje ręce. Młody Mitoraj jest także kolekcjonerem skuterów vespa i lambretta. Pierwszą vespę dostał od swojego wujka-rzeźbiarza na dziesiąte urodziny. Z młodości wspomina także liczne wspólne wycieczki po Włoszech zabytkowymi pojazdami oraz opowieści wujka o włoskiej kulturze, obyczajach i miłości każdego Włocha do trzech rzeczy: piłki nożnej, jedzenia i motoryzacji. Obecnie w swojej kolekcji posiada zabytkowy samochód z 1982 roku, którego Mitoraj-rzeźbiarz był pierwszym właścicielem. Jeep Wagoneer, o którym mowa, to jedyny taki egzemplarz w Europie. Właśnie ten samochód został wypożyczony na pogrzeb Grzegorza Miecugowa – na prośbę rodziny zmarłego – by przewieźć urnę z kaplicy na cmentarz. Dziennikarz był wielkim fanem motoryzacji,

a zwłaszcza wytrzymałych samochodów terenowych.     (sztukipiekne.pl)

Źródła:

/ sztuka  przemyślenia

 wrzesień/październik '25 (26)

Rzecz o kiczu

ANNA KIEDRZYŃSKA

Choroba sztuki czy celowa kontestacja zastanego świata? Czym dzisiaj jest kicz,

a czym prawdziwa sztuka? Rzeczy kiczowate, oznaczające niegdyś tandetną kopię prawdziwych arcydzieł sztuki, dziś nie uchodzą już za partactwo, ale pełnią krytyczną funkcję wobec świata zewnętrznego. A ich piewcami stali się wielcy artyści, tacy jak Pedro Almodóvar czy Tim Burton.

Kicz – a co to takiego?

Potocznie kiczem nazywamy rzeczy trywialne, przerysowane. Często niezrozumiale połączony zlepek kultur i stylów artystycznych. Słynny przepis na komercyjny sukces: weź symbol, dopraw krztyną złota, kupą różu, a na pewno się sprzeda! Takie przedmioty od lat można spotkać w „świątyniach kiczu” – na targach, bazarach, na odpustach, przydrożnych sklepikach

z pamiątkami. Jedno jest ważne – dzieło musi być łatwo przyswajalne dla przeciętnego odbiorcy, nie obrażać jego uczuć i wzbudzać sentyment (tworzyć skojarzenie) ze znanym i lubianym motywem. Oto kicz w czystej postaci. Nie trzeba myśleć, nie trzeba się zastanawiać. Ładnie wygląda, ładnie świeci, pasuje do ścian mieszkania, a przy tym niewiele kosztuje.

W gąszczu przedmiotów, bibelotów i pseudodzieł pojawia się pytanie: co jest sztuką? Czy słynne przedstawienie „Fontanny” Duchampa (czyli w istocie sedesu) wpisuje się

kiczowaty Beethoven

Posąg Beethovena autorstwa Maxa Klingera, 1902, Museum der Bildenden Künste, Lipsk / https://commons.wikimedia.org/wiki/Max_Klinger?uselang=de#/media/File:Klinger_Beethoven.png

Max Klinger po raz pierwszy zaprojektował pomnik kompozytora Ludwiga van Beethovena około 1885-86 roku, będąc jeszcze studentem w Paryżu – a pomysł zrodził się w jego głowie „pewnego pięknego wieczoru przy fortepianie”. Pierwszy gipsowy model rzeźby pochodzi z około 1886 roku. Po powrocie do Berlina w 1887 roku pracował nad ukończeniem wersji polichromowanej, a model niewiele różni się od ostatecznej rzeźby, która została odsłonięta na wystawie Secesji Wiedeńskiej w 1902 roku.

Beethoven siedzi na imponującym brązowym tronie, uniesionym na marmurowym cokole, ozdobionym złożoną narracją figuralną. Łączy on mitologię klasyczną

z elementami świata żydowskiego i chrześcijańskiego, aby przekazać tematykę wiecznego cierpienia i nadziei na wybawienie. Cała rzeźba jest hołdem dla kompozytora i niemal boskim wyobrażeniem o nim: w późnym romantyzmie Beethoven stał się „uosobieniem pracowitego i genialnego artysty, mającego kontakt ze światem nadprzyrodzonym, a zatem skazanego na cierpienie, ale zdolnego je przezwyciężyć”.

Polichromowana rzeźba została wykonana z różnorodnych marmurów i brązu; pięć anielskich głów za figurą Beethovena wykonano z kości słoniowej. Ze względu na ich kruchy stan zachowania, Muzeum Sztuk Pięknych w Lipsku zwróciło się do Fundacji Factum o wykonanie faksymiliów głów i umieszczenie ich w oryginalnej rzeźbie.

do kanonu dzieł artystycznych? Co świadczy o tym, że sztuka istnieje? Czym jest, a czym nigdy nie będzie? Jedni twierdzą, że jest nią sam pomysł. Inni uważają, że sztuka współczesna to wyłącznie przedmioty uznane za dzieło artystyczne przez świat sztuki, tj. kuratorów, właścicieli galerii, krytyków filmowych, malarzy i rzeźbiarzy. Na pytanie: czym dzisiaj jest sztuka, trudno jest znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Zdawać by się mogło, że z kiczem pójdzie łatwiej.

Po wielkim wybuchu popularności Andiego Warhola, autorskim kopiowaniu wizerunku Marilyn Monroe i puszek słynnej zupy Campbell, trudno dzisiaj określić, co jest kiczem. Dla zwykłego odbiorcy, który nie jest częścią artystycznego światka, zrozumienie współczesnej sztuki może okazać się nie lada wyczynem. W szczególności, że nauka o sztuce w szkole publicznej kończy się na dadaizmie bądź na impresjonizmie. Jedno pozostaje pewne, trudno jednoznacznie stwierdzić, co jest dziełem artysty, a co partacza. Świat sztuki brutalnie wdarł się w życie codzienne. I na odwrót.

rzezba czerwonego psa, Sydney

Czerwony pies przed galerią Gillie and Marc autorstwa Gillie i Marca Schattner / Sydney / domena publiczna

St. Louis 2

"Dziki stół miłości" autorstwa Gillie i Marca Schattner / St. Louis / domena publiczna

To publiczne doświadczenie z rzeźbą jest zaproszeniem na najlepszy bankiet na świecie. Stół, wykonany z kunsztem z brązu, jest już nakryty pysznymi potrawami. Zwierzęta rozpoczęły ucztę, pozostało tylko, aby publiczność zajęła swoje miejsca. Królikowa Kobieta i Pies, uwielbiane na całym świecie postacie hybrydowe, które podróżowały szerząc przesłanie miłości, akceptacji i przygody, są gospodarzami przyjęcia. Siedzą przy ogromnym stole bankietowym, zaś ich gośćmi są przedstawiciele sześciu najbardziej zagrożonych gatunków zwierząt na świecie.

Stół dla zwierząt jest symbolem miłości, wsparcia i ochrony w każdy możliwy sposób tych, którzy jakiejkolwiek pomocy potrzebują.

Są puste krzesła – dołącz do nich i zaakceptuj przesłanie interaktywnej rzeźby…

Kicz: kiedyś i dziś

Dawniej kicz określano jako chorobę sztuki, komercjalizację i degradację poprzez kopiowanie wybitnych dzieł. Pod koniec XX wieku tworząca się klasa średnia zapragnęła obcować ze sztuką na co dzień, przywłaszczając ją sobie na własny użytek. Zaczęto tworzyć na zamówienie słynne obrazy-motywy, takie jak: „Jeleń na rykowisku” (obowiązkowy przykład kiczu w polskich domostwach) czy całą serię obrazów z Żydem, który liczy pieniądze.

W Internecie aż roi się od ogłoszeń typu:

Prezentujemy Państwu reprodukcję obrazu Mariana Kaszuby, Żyda liczącego pieniądze. Nasza autorka specjalizuje się w wykonywaniu reprodukcji na zamówienie. Jest niezwykle precyzyjna, za co cenią ją zleceniodawcy. (…) Polecamy osobom miłującym klasykę. Według przesądu dom, w którym znajduje się obraz Żyda liczącego pieniądze ma nie omijać dostatek i szczęście.

Czy też inny przykład ze słynnego portalu aukcyjnego:

Obrazki Żydów liczących pieniądze przynoszą szczęście. Obrazek jest to symbol dostatku, powodzenia i szczęścia. Uwaga, mega promocja – przy zakupie minimum 12 sztuk obrazków dodajemy gratis solniczkę i pieprzniczkę – Hit!

Kiczowate obrazki zagościły w naszych domach. Jak przekornie ujął to Jan Wieczorek, malarz i kulturoznawca:

–Wyobraźmy sobie przeciętny dom, w którym znajdują się rozmaite przedmioty, jedne z nich mają charakter funkcjonalny, np. krzesła, talerze, ręczniki, inne zaś upiększają nasze mieszkania, dostarczają nam rozrywki albo znalazły się w domu z powodów sentymentalnych lub przypadkowych. (…) Oto ilustracje: meble kuchenne oklejone drewnopodobną okładziną, plastikowe szyby

w drzwiach imitujące szkło, pseudopałacowe kasetony upiększające sufit, figurki rozmaitych adonisów nawiązujące do wnętrz antycznych, narzuty na łóżka bliskie stylowi „Jelenia na rykowisku”, reprodukcje lub plagiaty obrazów uznanych mistrzów wiszące w ekspozycyjnych miejscach mieszkania.

O prawdziwej sztuce czy gustach odbiorów można długo dyskutować. A obelżywe słowo „kicz” wyrzucać z siebie przy każdym paskudnym, niezrozumiałym, niegodnym miana sztuki przedmiocie. Kicz to synonim miernoty, szmiry, tandety. W sztuce zaczął samorodnie istnieć

i przeistoczył się w nową formę – kampu. Świadomie

używany stał się bronią obusieczną w rękach artystów. To stylistyka o tyle niebezpieczna, że kontestuje przyjęty porządek świata obyczajów i kultur, nie chroniąc się w tym samym czasie przed lawiną krytyki wpisującą ich filmy, seriale, plakaty, obrazy w kategorię nieświadomego kiczu.

Kino i telewizja

Stylistyka kiczu i kampu (świadomego przystrajania się w cudze piórka, pokazywania słabostek, małostek i wyśmiewania ich)

z reguły nie powinna pojawiać się w telewizji, gdyż ją wyśmiewa. Życie telenowel i świątecznych hitów jest płytkie i nastawione na dostarczanie widzom rozrywki na niskim poziomie. Świadomy kicz ma to wyśmiać i pokazać nas samych w krzywym zwierciadle. Powstaje pytanie, czy w kiczu jest coś złego? „Kicz jest na miarę człowieka w odróżnieniu od sztuki, która go przerasta” napisał Abraham Moles, francuski filozof, autor książki „Kicz, czyli sztuka szczęścia”. Gdyby pozbawić kicz negatywnych przyległości, które obrosły go przez lata, można stwierdzić, że stylistyka kiczu może otworzyć widzom oczy na trudne sprawy naszego świata.

Jak połączyć kicz ze sztuką? Czy prowokacja wzmacnia naszą percepcję sztuki? Po co nam kamp i kiczowi bohaterowie? Jeden

z najbardziej znanych reżyserów kina współczesnego, hiszpański reżyser, zdobywca dwóch Oscarów (za filmy „Wszystko o mojej matce” i „Porozmawiaj z nią”) – Pedro Almodóvar w swoich filmach posługuje się kiczem, aby zaprezentować stan religijności, moralności, przywiązania do tradycji i obyczajów wśród Hiszpanów, traktując ich niczym lustro dla zachodnich społeczeństw.

Estetyka obrazu ukazana w intensywnych barwach czerwieni, różu i w błękicie. Zmusza odbiorcę kina popularnego do refleksji nad sensem życia, jego tradycją. Zwykły widz już nie przejdzie obojętnie nad filmem Almodóvara. Został zmuszony do przemyślenia fabuły filmu i splotu wydarzeń właśnie dzięki intensywnemu kiczowi i parodii życia codziennego. Agresywne sceny przemocy zestawione z obrazami świętych wywołują dwojakie refleksje nad kondycją religijności i moralności współczesnego człowieka. Niemal każda scena łóżkowa (gorąca para kochanków, perwersyjny seks homoseksualistów, gwałt na dziewczynie, kazirodczy czyn brata na siostrze) przeplata się ze zjechaniem kamery na ołtarzyk Matki Boskiej stojący tuż przy łóżku.

W słynnym filmie „Prawo pożądania” Carmen Maura gra transseksualistę, który zajmuje się nastoletnią dziewczynką. Wspólnie modlą się do Matki Boskiej o łaskę dla przebywającego w szpitalu brata starszej kobiety. Nie jest to jednak modlitwa typowa dla kina kultury masowej, ponieważ bohaterka między jedną a drugą zdrowaśką odpala papierosa i puszcza dymki.

Nie tylko filmy

Na tle telewizyjnych seriali ciekawie prezentuje się emitowany przez HBO amerykański miniserial „Anioły w Ameryce” (reż. Mike Nicholson, scen. Tony Kushner), którego scenarzysta otrzymał literacką nagrodę Pulitzera. To idealny i jedyny wśród seriali przykład kampu, który w filmie pokazany jest pod postacią świata odmiennego, nieznanego dla odbiorcy kultury masowej. Jeden z bohaterów zostaje zarażony wirusem HIV. Odrzucając problemy dnia codziennego, ucieka w świat wyobraźni, w którym pewnego dnia spotyka nieszczęśliwą dziewczynę z heteroseksualnego związku. Dwa światy połączy stylista kampu (cyrkowe ubrania, pióra, szale boa). Świat homoseksualistów staje się równie delikatny i przejmujący, jak świat heteroseksualnych namiętności. Stylistyka kampu łączy te dwa, zdawałoby się, przeciwległe światy.

Wielcy autorzy kina balansują na granicy kiczu i sztuki, używając tej stylistyki do kontestacji codzienności, wyśmiewania wzorców zachowań, dobrych obyczajów i utartych schematów. Dzięki takim twórcom jak Pedro Almodóvar czy Tim Burton, kicz stał się narzędziem do walki z konsumpcjonizmem, dulszczyzną i konserwatyzmem myślowym. Tak jak Almodóvar w filmach „Kika” i „Prawo pożądania” posługuje się kiczem, mówiąc o kobiecości, religijności (kiczowate ołtarzyki z Matką Boską), tak zupełnie odmienny jest cel Tima Burtona. Poprzez stylistykę kiczu tworzy nowy, zupełnie odmienny świat, który zestawia z bohaterem. Świat zewnętrzny jest kiczowaty.

Przedstawia to film „Edward Nożycoręki”, w którym jedna z mieszkanek luksusowego osiedla amerykańskiej prowincji postanawia zająć się niepełnosprawnym Edwardem (Johnny Depp). Pokazany świat wścibskich i interesownych sąsiadów przeszyty został na wskroś kiczem. To świat przesycony kolorami, jaskrawymi charakterami postaci, tendencyjnością pytań zadawanych Edwardowi. Kiczowaty świat pani Peg Boggs (Dianne Wiest) razi widza, ponieważ zestawiony został ze skromnym i nieśmiałym bohaterem, który zamiast rąk został obdarzony nożycami. Dzięki tej stylistce pozornie ułożony świat wartości purytańskiej Ameryki wywraca się do góry nogami. Gospodynie domowe już nie są poczciwymi kobietami dbającymi o sąsiedztwo, a przedziwny Edward przestaje straszyć swoim niezawinionym kalectwem.

W dzisiejszym świecie sztuki audiowizualnej kicz przestał być synonimem czegoś pejoratywnego i obraźliwego. Jak widać, z kiczem łatwo się obcuje, bo jest bardzo przyziemny. Stylistyka kiczu bądź coraz częściej Kampu zostaje wykorzystana, aby obudzić zaspanego widza

z letargu konsumpcyjnej gonitwy. Może warto zastanowić się, czym dzisiaj jest sztuka wysoka, a czym niska i na straży jakich wartości powinien stanąć artysta? (beslow.pl)

edward-nozycoreki

/ muzyka

 wrzesień/październik '25 (26)

Czarnoksiężnik z krainy Ozz

MACIEJ BOBULA

Najwspanialszym trikiem Osbourne’a był ten, że udało mu się przekonać cały świat, że jest księciem ciemności, wcieleniem zła. Kim był naprawdę? Wszystkim po trochu: biedakiem i bogaczem, wrażliwcem i bezwzględnym gościem, czarnoksiężnikiem i klaunem. Ozzy był Ozzym. Najlepszym, jakiego mieliśmy.

„4 kids from Aston – who’d have thought, eh?” – napisał w zamieszczonym na swoich mediach społecznościowych epitafium dla Ozzy’ego Osbourne’a basista grupy Black Sabbath, Geezer Butler. No właśnie, kto by pomyślał, że czwórka dzieciaków z robotniczej dzielnicy Birmingham pięćdziesiąt siedem lat po założeniu zespołu żegnana będzie przez największe gwiazdy rocka i metalu, przez dziesiątki tysięcy ludzi zebranych na stadionie w Aston na pożegnalnym koncercie, setki tysięcy oglądające transmisję z koncertu

i – później już, po śmierci Ozzy’ego – milionowe rzesze fanów wypełniające każdy możliwy zakątek internetu.

W dobie streamingów, muzyki służącej za tło do życia, uśredniania gustów i szeroko zakrojonych strategii marketingowo-promocyjnych, które byle gnioty wynoszą na sprzedażowe olimpy, sukces Black Sabbath wydaje się jedną z tych rzeczy, które wydarzyły się w jakimś innym świecie.

Wbrew pozorom podobnie było te niespełna sześćdziesiąt lat temu, kiedy historia mogła potoczyć się zupełnie inaczej – Tony Iommi mógł zostać gitarzystą w dość już popularnym Jethro Tull, sam zespół za bardzo nie przyciągał uwagi wydawców, proponowano im złagodzenie brzmienia, nagranie przeboju, wpasowanie się w obowiązujące trendy. Nigdy jednak na to nie przystali. Ozzy Osbourne przyznawał w wywiadach, że jedną z najwspanialszych rzeczy, jaka mu się w życiu przytrafiła, było to, że Black Sabbath nie był tworem wykreowanym przez jakiegoś londyńskiego magnata biznesowego, ale zespołem z krwi i kości, który grał to, co chciał, czyli szybką i ciężką, nieznaną wówczas muzykę, która – jak się miało okazać – zupełnie zmieniła bieg historii. W jakimś niezwykłym przejawie sprawiedliwości dziejowej ten zespół po latach przebił się przez szklany sufit i zyskał należne mu uznanie ze wspomnianym la grande finale 5 lipca tego roku, kiedy to w ramach koncertu pożegnalnego pod nazwą ⁠„Back to the Beginning” Black Sabbath i Ozzy Osbourne ze swoim solowym zespołem wystąpili na scenie po raz ostatni.

I jeśli w tej ludzkiej zgoła opowieści, jaką jest historia zespołu, jest jakiś pierwiastek arcyludzki, odsłonił się on w osobie frontmana Black Sabbath, właśnie kiedy schorowany, przygwożdżony do czarciego tronu (i, mam wrażenie, nie raz próbujący z niego wstać),

z wyraźnym trudem śpiewający Ozzy wzywał fanów do dawania znaków życia, włącznie z typowym dlań: „Let me hear you, I can’t hear you”, klaskania, machania rękami, śpiewania tekstów. Jakby w tym odzewie od zgromadzonych szukał potwierdzenia, że wciąż jeszcze żyje, że po latach zmagań z chorobą („Byłem przygwożdżony do łóżka przez sześć lat, nawet nie macie pojęcia, jak się czuję”) wrócił do żywych.

Albo może inaczej: jakby po raz ostatni poprosił o potwierdzenie, że będzie żył wiecznie.

Trochę czort, trochę klaun

I mam też wrażenie, że dla tych tłumnie zgromadzonych na stadionie Villa Park w dzielnicy Aston i dla tych oglądających transmisję online ta ludzka, arcyludzka historia w pewien sposób zatoczyła koło. Każdy miał w trakcie tego koncertu jakiś swój back to the beginning, bo siłą rzeczy każdy miał jakiś swój, mniej lub bardziej pamiętny, start z muzyką Ozzy’ego i Black Sabbath. Dla mnie najbardziej poruszającym momentem było ckliwe, bo ckliwe, ale zawsze niezawodnie chwytające za serce „Mama, I’m Coming Home”, przywołujące rok 1996 i teledysk obejrzany na Vivie Zwei. Dla zaledwie kilkuletniego mnie był to pierwszy utwór, który muzycznie

(o niemuzycznej inicjacji trochę niżej) otworzył przede mną tę puszkę przeklętego, jak się później okaże, uniwersum spod znaku czarownic, diabłów, grobów, słodkich liści i przede wszystkim tego przechery – trochę czorta, a trochę klauna, kogoś przez lata bardzo mi, jak się miało okazać, bliskiego.

Każdy miał w trakcie tego koncertu jakiś swój back to the beginning, bo siłą rzeczy każdy miał jakiś swój, mniej lub bardziej pamiętny, start z muzyką Ozzy’ego i Black Sabbath

Dwa lata później, kiedy już bardziej świadomie dobierałem sobie repertuar, tato przyniósł mi z pracy pożyczoną od kolegi płytę „Ozzmosis”, którą – na podstawie wyczytanych w archiwalnych „Metal Hammerach” recenzji – polubiłem, jeszcze zanim ją usłyszałem, a później katowałem ile wlezie, marząc jednocześnie o wcześniejszych płytach Ozzy’ego. W tychże pismach wyczytałem, że są jeszcze lepsze. Im bardziej gorączkowo marzyłem o „Blizzard of Ozz” i „Diary of a Madman”, tym uporczywiej los zsyłał mi niespodzianki w postaci tych późniejszych (był to rok 2002) płyt Osbourne’a. A to na wakacjach w Ustroniu Morskim trafiłem na ulicznego sprzedawcę, który obok „Iowy” Slipknota wcisnął mi jeszcze „Down to Earth”, o którym albumie nie sposób było nie słyszeć za sprawą „Dreamer”, singla, który zdawał się lecieć nawet na ustrońskich dansingach. A to jakimś cudem wygrzebałem z ukrytego

w szopce stosu pirackich kaset ojca jakąś trefną wersję „No More Tears” wydaną przez niejaki Poker Sound.

Ozzy, o czym zaświadczy sam Krzysztof Cugowski, był wtedy w peaku swojej popularności i co druga metalowa koszulka była koszulką z księciem ciemności właśnie. Sam kupiłem sobie T-shirt z okładką „Down to Earth”, bo tylko taki mieli w jednym z tych kurortowych pawilonów, w których handlowano tekstyliami. W MTV puszczano w najlepsze „Rodzinę Osbourne’ów”, która utrwalała wizerunek Ozzy’ego nie jako mrocznego szaleńca, jakim wtedy pragnąłem go widzieć, ale pociesznego staruszka w cynglach, wisiorkach, sygnetach i dresiku, szurającego kapciami po swojej przytulnej posiadłości i rzucającego bon motami przy akompaniamencie jowialnej muzyczki dodanej w postprodukcji.

Kiedy dziś patrzę na tamtego lekko bełkoczącego i zesztywniałego w kościach, a przecież wtedy zaledwie 53-letniego staruszka, dochodzi do mnie, jak czas miarowo i bezwzględnie korodował jego zdrowie, w czym sam zainteresowany aktywnie partycypował, biorąc pod uwagę mnogość substancji, jakie wrzucał w siebie w trakcie kariery. I jakkolwiek przaśny Osbourne by nie był w tym reality show, nie sposób było nie mieć do niego sympatii, bo nawet popularny telewizyjny format nie był w stanie go okiełznać. Klął jak szewc, był trochę śmieszny, trochę nieporadny – był sobą.

Jakkolwiek przaśny Osbourne by nie był w tym reality show, nie sposób było nie mieć do niego sympatii, bo nawet popularny telewizyjny format nie był w stanie go okiełznać.

I to jest moim zdaniem jedna z kluczowych cech, które może nie tyle wyniosły go na piedestał, ile zaskarbiły mu przychylność mas – dezynwoltura wyniesiona z trudnych warunków robotniczego Birmingham, tamtejszych fabryk i więzienia, w którym przesiedział kilka tygodni za kradzież. Fakt, że za całym tym misternie budowanym i naturalnie burzonym wizerunkiem Szatana wcielonego zawsze kryła się prawdziwa osoba z krwi i kości, ten sam niepokorny duch, który nawet zapadnięty w zdegradowanym, steranym chorobą ciele za wszelką cenę próbuje się z niego wydostać.

Chodź na sabat

Kiedy w końcu doczekałem tych upragnionych wczesnych płyt Ozzy’ego, nie doceniłem ich należycie. Orbitowałem już wtedy na planecie Black Sabbath, której – w przeciwieństwie do solowych płyt wokalisty – już nigdy na dobre nie opuściłem. O istnieniu tego zespołu usłyszałem wtedy mniej więcej, kiedy usłyszałem, że istnieje sam Ozzy. Było to w książce, którą ku przestrodze pokazywała mi moja babcia, zatytułowana była „Szatan istnieje naprawdę”, autorem był niejaki Bonifacius Gunther, miała nęcącą bladoróżową okładkę z diabłem i rozdział poświęcony złowieszczemu wpływowi muzyki rockowej na umysły młodych ludzi, w tym zespołu Czarny Szabat i jego odgryzającego głowy gołębiom i nietoperzom wokalisty. Z perspektywy czasu widzę wyraźnie, że gdyby nie ta książka, prawdopodobnie zostałbym w życiu kimś innym.

Czas pozwolił mi też lepiej zrozumieć, dlaczego muzyka z tej konkretnej szuflady achronologicznie przyszła do mnie najpierw za sprawą solowych płyt Osbourne’a, a dopiero później Black Sabbath, który wciąż przecież istniał, nagrywał i wydawał płyty. Podyktowane to było zwykłą rynkową zależnością, która wtedy stawiała Ozzy’ego nad jego macierzysty zespół. To on był w telewizji, on przewodził największemu ówcześnie obwoźnemu festiwalowi metalowemu znanemu pod nazwą Ozzfest (z którym w 2002 roku razem ze Slayerem i Toolem zawitał do Polski), sprzedawał masę płyt i merchu. Black Sabbath, mimo szeregu wcale udanych płyt („Headless Cross”, „Dehumanizer”), został wówczas zdegradowany do roli karłowatego, jak na swój faktyczny format, zespołu.

I dopiero powrót Ozzy’ego na macierzyste łono ponownie wystrzelił zespół tam, gdzie zawsze powinien być, czyli w ścisłym panteonie.

Symboliczny pokaz siły, jaki stanowił koncert ⁠„Back to the Beginning”, był jedynie przypieczętowaniem faktu, że wpływ macierzystego zespołu Osbourne’a na muzykę jest nie do przecenienia, że gdyby nie Black Sabbath, nie byłoby muzyki metalowej

i okołometalowej w znanym nam kształcie. Heavy metal, thrash metal, doom metal, stoner rock, hardcore punk, sludge, grunge – wszystkie te gatunki wyrastają z tego konkretnego sabbathowego korzenia, co niewątpliwie czyni zespół z Birmingham najbardziej wpływowym w historii metalu i hard rocka.

 

Heavy metal, thrash metal, doom metal, stoner rock, sludge, grunge – wszystkie te gatunki wyrastają z tego konkretnego sabbathowego korzenia.

O tym, że z siłą tej muzyki trudno dyskutować, uświadomił mi pierwszy, spóźniony kontakt z „Paranoid”. Nie da się o tym pierwszym wrażeniu pisać, nie osuwając się w ostępy banału, słowa patetyczne i poetyczne, ale jak inaczej odnieść się do tego zmieniającego percepcję dzieciaka momentu – do chwili pierwszego kontaktu z obcą, wydawałoby się, formą życia? Bo kontakt ten ma w sobie znamiona jakiegoś bliskiego spotkania trzeciego stopnia, obcowania z wizją na tyle potężną i pochłaniającą; aż trudno się dziwić, że przestrzegają przed nią w tych paranoicznych nomen omen broszurach. Riffy Iommiego, głos młodego Osbourne’a, teksty, mrok, jak lawa sączący się ciężar, przyspieszenia, które później będą napędzać setki zespołów do grania coraz szybciej, coraz ciężej. Do tego ten repertuar, strzał za strzałem, następujące po sobie „War Pigs”, „Paranoid”, „Planet Caravan”, „Iron Man”, „Electric Funeral”. Wszystko 10/10. Name more iconic quintet. Nie ma takiego. A przecież na (prawie) każdej płycie Black Sabbath z Ozzym mamy po kilka takich nokautujących combosów, jeden po drugim absolutnie wybitnych numerów.

Najlepszy Ozzy świata

Wbrew temu, co niektórzy zdają się sugerować po jego śmierci, Black Sabbath nie mogliby się obejść bez Ozzy’ego. Nie zliczę, ile już razy trafiłem na tzw. niepopularne opinie, że Osbourne nie potrafił śpiewać, że Ronnie James Dio był lepszym wokalistą; że nic nie znaczył dla Black Sabbath, bo to Tony Iommi przez lata ciągnął ten zespół, Geezer Butler pisał teksty, a Bill Ward wymyślił sataniczną otoczkę. Zgoda, ale nawet wziąwszy to wszystko pod uwagę, i tak nie sposób wyobrazić sobie żelaznego kanonu grupy bez Ozzy’ego.

Tym bardziej że, przypomnijmy, stan rzeczy po opuszczeniu zespołu był taki, że Ozzy radził sobie lepiej, nie tylko komercyjnie. A czy faktycznie nie potrafił śpiewać? Być może, ale to była integralna część jego szarmu. Z pełnym przekonaniem można rzec, że nikt

w historii tak wspaniale nie naśladował wokalem melodii wygrywanych przez gitarzystę. Poza tym robił to tak przekonująco, że trudno było mu nie uwierzyć. Doskonale rzecz ujął Alexis Petridis w ⁠„The Guardian”, kiedy opisywał sugestywność jego wokalu: „Kiedy Osbourne otwierał usta, by zaśpiewać, nie trzeba było znać jego pożałowania godnego CV, by zdać sobie sprawę, że życie go zbytnio nie rozpieszczało. Jego głos był żałosnym, niewyćwiczonym zawodzeniem, najlepiej nadającym się do wykonywania utworów, które wpisywały się w definicję rock’n’rolla, którą niegdyś przedstawił nieżyjący już frontman zespołu Dr Feelgood, Lee Brilleaux: «Music about sod’s law and bad luck» (Muzyka o pechu i złośliwości losu)”. A jeśli ktoś wciąż ma wątpliwości, wystarczy posłuchać „Changes” albo „Solitude”, żeby pojąć, kto był najlepszym bluesmanem w świecie metalu.

Że nie potrafił pisać muzyki? Nie zmienia to faktu, że miał szczęście trafiać na wybitnych gitarzystów. Tony Iommi, nieodżałowany Randy Rhoads czy Zakk Wylde to sam szczyt szczytów sześciu strun, chyba tylko The Yardbirds mieli w swojej historii lepszych gitarowych. Nikomu też w świecie metalu nie udało się wykreować bardziej charakterystycznej persony niż Ozzy’emu i nie zapraszam do dyskusji. Tak jak w tym słynnym bon mocie o diable, który przekonał świat, że nie istnieje, najwspanialszym trickiem Osbourne’a był ten, że udało mu się przekonać cały świat, że jest ojcem chrzestnym heavy metalu, księciem ciemności, wcieleniem zła. Kim był naprawdę? Wszystkim po trochu, biedakiem i bogaczem, wrażliwcem i bezwzględnym gościem, człowiekiem skrajnie nieodpowiedzialnym, który w końcu wziął się w garść, czarnoksiężnikiem i klaunem zarazem, tricksterem z piekła rodem. Ozzy był Ozzym. Najlepszym, jakiego mieliśmy.

Dzieciaki z grobu

W swojej autobiografii, ⁠„Ja, Ozzy”, po ciężko przeżytej śmierci ojca muzyk zastanawia się nad tym, dlaczego w szkołach nie uczy się tego, jak mierzyć się z ostatecznością: „Uczą cię, jak radzić sobie z życiem w Anglii, ale nie uczą cię niczego o śmierci. Nie ma książki, która powie ci, co robić, kiedy umrze twoja mama lub tata. Coś jakby: od teraz jesteś sam, słonko”. Ale czy można się przygotowywać na czyjąś śmierć? Reakcje na odejście Ozzy’ego zdają się temu przeczyć.

Wiedzieliśmy, że jest poważnie chory, że ten dzień nadejdzie, ale nie teraz, zaraz. Są niby starsi w kolejce, ale „śmierć, ten srogi kapral”, nie sugeruje się metryką. ⁠„Od teraz jesteśmy sami, słonko”. I jakkolwiek ponuro by to nie zabrzmiało, pocieszające jest to, że timing zejścia księcia ciemności z tego podłego świata był idealny. Zaraz po tym wydarzeniu, które dobitnie dało mu do zrozumienia, że jest kochany, że pamięć o nim i jego dziedzictwie przetrwa długo.

Niemniej ból pozostaje i ćmi tym bardziej, że śmierć Osbourne’a jest śmiercią niejako podwójną, razem z nim do Hadesu idzie przecież jego zespół, jego pierworodne dziecko. Brzmi to cokolwiek abstrakcyjnie, ale Black Sabbath – po pożegnalnym albumie, ostatniej trasie, finałowym koncercie – już definitywnie nie istnieje. Kiedy przy okazji odejścia zasłużonego muzyka pojawiają się słowa, że odeszła legenda, że kończy się pewna generacja, nadużywa się często ważkich słów, zazwyczaj niewspółmiernych do kalibru danej persony. W przypadku Ozzy’ego trudno jednak o słowa trafniejsze.

Nie ukrywam też, że bardzo w tym wszystkim porusza mnie fakt, że faktycznie powoli żegnamy ludzi, którzy tworzyli historię, jaka już praktycznie się nie zdarza. Te dzieciaki sprzed lat, które weszły na firmament w silnie klasowym świecie powojennej Wielkiej Brytanii, gdzie muzyka stanowiła jedną z nielicznych dźwigni awansu społecznego, i które dziwnym zrządzeniem losu, przy odpowiedniej konstelacji gwiazd, spotkały się w odpowiednim czasie, żeby stworzyć muzykę, jakiej świat nie słyszał, i wpłynąć na kolejne pokolenia.

A wszystko to w miejscu zwanym warsztatem świata, mocno zindustrializowanym, słynącym z przemysłu metalurgicznego Birmingham, które musi mieć w sobie jakieś podziemne fluidy, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób nasycające siły twórcze młodych adeptów czarciej sztuki (Iommi wymyślił brzmienie Black Sabbath, bo stracił opuszki palców w wypadku w fabryce blachy

i musiał grać w specjalnych nakładkach). Miasto metalurgii, miasto metalu. Miasto, z którego wyszli wszyscy diabli, a później rozpętało się piekło. Czwórka dzieciaków z Aston, kto by pomyślał, co?     (dwutygodnik.pl)

/ literatura

 wrzesień/październik '25 (26)

Brytyjska poetka, dostawca jedzenia z Pittsburgha, indyjski lekarz i chiński aktywista na wygnaniu pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Łączy ich jedno – brutalna ingerencja sztucznej inteligencji w ich życia.

W cieniu AI pokazuje, jak systemy oparte na algorytmach zmieniają nasze życie. Od technologii wskazującej dzieci jako potencjalnych przestępców, przez wszechobecną inwigilację na ulicach, aż po aplikacje umożliwiające diagnozowanie chorób na odległość. AI już teraz odgrywa znaczącą rolę

w naszej rzeczywistości – jest wszechobecna w internecie,

w chatbotach lub mediach społecznościowych. Ale wpływa też na relacje międzyludzkie, edukację naszych dzieci, pracę, finanse, usługi publiczne, aż po prawa człowieka. Sztuczna inteligencja ingeruje w nasze życia, czy tego chcemy, czy nie.

Oddając głos zwykłym ludziom, daleko od wygodnego świata Doliny Krzemowej, Madhumita Murgia bada wpływ nowoczesnych technologii na jednostki i całe społeczeństwa. Pisze również o tym, że jako ludzie powinniśmy wspólnie uzgodnić jakie wartości i zasady chcemy zakodować w tych systemach oraz jakie ograniczenia na nie nałożyć.

Porywająca opowieść o tym, co to znaczy być człowiekiem

w świecie zmienionym przez sztuczną inteligencję.

Jest upalny wrześniowy poranek. W ciężkim równikowym powietrzu wisi groźba deszczu, a ubrania zaczynają kleić się do skóry już

o dziewiątej. Ian Koli czeka na mnie przed zatłoczoną kawiarnią Connie’s Coffee Corner, zlokalizowaną w Kibera Town Centre — ośrodku społecznościowym w Kiberze, dzielnicy Nairobi. Kiedy się przedstawiam, sprężystym krokiem i z ręką wyciągniętą na powitanie podchodzi do nas także przyjaciel i były współpracownik Iana, Benjamin Ngito.

Ian i Benja znają się z czasów wspólnej pracy w amerykańskiej organizacji non profit Sama, która zleca prace cyfrowe w Afryce Wschodniej. Ubrany w wyblakły T-shirt marki Superdry i prezentujący dwudniowy zarost, Benja opowiada, że jego przygoda z nią zaczęła się właśnie tu, gdzie stoimy, obok kawiarni Connie’s. W 2008 roku lokalny zespół rekrutacyjny Samy zaproponował mu honorarium za zwerbowanie 20 młodych mieszkańców Kibery na szkolenie informatyczne w sąsiedniej kafejce internetowej. Udało mu się znaleźć tylko 19 ochotników, więc sam zapisał się jako dwudziesty.

— Nie miałem wyboru — mówi. — Potrzebowałem tej kasy.

Ostatecznie przepracował w Samie pięć lat.

W 2018 roku również Ian dostał propozycję stałego zatrudnienia w tej organizacji. Z początku myślał o prostych pracach administracyjnych czy porządkowych, był więc zaskoczony, kiedy przyjaciel powiedział mu, że chodzi o sztuczną inteligencję. Jak sam mówi, nie miał pojęcia, czym ona jest. Nigdy wcześniej nie pracował w biurze, a już na pewno nie w sektorze nowoczesnych technologii. W okresie dorastania imał się różnych doraźnych zajęć — sprzątał, pracował na budowach, organizował oddolne akcje społeczne. Gdy nie mógł znaleźć innego zatrudnienia, brał pieniądze od lokalnych polityków za sianie zamętu w dzielnicy podczas wyborów. Inicjował wznoszenie barykad na ulicach, palenie opon czy rozróby z policją.

— Tutaj, w getcie, żyje się z dnia na dzień. Kiedy komuś udaje się zdobyć odrobinę gotówki, od razu wydaje ją na jedzenie — tłumaczy.

Z rozmów z Benją i innymi przyjaciółmi wiedział, że praca w Samie zmieniła ich życie. On też poczuł więc nadzieję na odmianę własnego losu i wyprowadzkę z ciasnego lokum, które zajmował wraz z sześcioma innymi młodzieńcami. Może nawet zdołałby zaoszczędzić trochę pieniędzy? Przyjął więc propozycję zatrudnienia i pracuje w Samie do dziś.

Kiedy dwa lata temu kontaktowaliśmy się wirtualnie podczas pandemii covidu, by porozmawiać o tej organizacji i jego pracy, Ian był przeraźliwie chudym chłopakiem z nieśmiałym uśmiechem pod rzadkim wąsem. Dziś prowadzi nas do swojego nowego domu

w centrum Kibery. Mieszka w nim z żoną i czteromiesięcznym dzieckiem.

— Wiele się zmieniło — mówi.

Kibera. Czego nie widać z Doliny Krzemowej

Położona niedaleko centrum Nairobi Kibera jest jednym z największych slumsów w Afryce. Mieszkają tu najbiedniejsze warstwy społeczeństwa. Milion obywateli tego miasta nędzy znajduje się w ciągłym ruchu, zanurzony w magmie skomplikowanych relacji sąsiedzkich, ożywionych targów i zwykłych ludzkich spraw. Jesteśmy jak papierowe łódeczki niesione nurtem codzienności. Nikt nie unika rowów i rynsztoków — są tu normalnymi szlakami komunikacyjnymi. Na tych wąskich ścieżkach piesi muszą nieustannie uskakiwać przed taksówkami motocyklowymi (zwanymi boda-boda), trąbiącymi natarczywie dostawczakami i dziećmi biegającymi za piłką. Sklepy mięsne i przybytki fryzjerów konkurują o miejsce z salonami piękności i barami ze smażonym kurczakiem. Wszędzie widać reklamy wszechobecnej w Kenii firmy M-PESA, świadczącej usługi finansowe za pośrednictwem telefonów komórkowych.

W nieruchomym powietrzu unosi się ostra woń psujących się odpadków, upału i ludzkich ciał.

Kibera to złożony, amorficzny organizm składający się z odrębnych osiedli, plemion i klas społecznych. Obowiązuje tu niepisana hierarchia. W miejscu zwanym Laini Saba, położonym na pagórku, u którego podnóża się znajdujemy, szerzy się przestępczość,

a nędzne chatynki są zbudowane z gliny i płótna. W każdej z nich gnieździ się sześć–siedem osób. Tu, gdzie jesteśmy, w osadzie

o nazwie Gatwikira, domostwa są kryte blachą, a czasem nawet mają murowane ściany. Można mieć taki dom na własność i dzielić go z jedną, góra dwiema osobami. Przede wszystkim jednak da się bez strachu wyjść za dnia na ulicę.

Jak mówi Ian, sensem życia kiberyjczyków jest przetrwanie. Muszą rywalizować o skąpe zasoby wody, radzić sobie z niedostatkiem energii elektrycznej i walczyć o nieliczne miejsca pracy. Jednoczy ich jednak fanatyczna wręcz lojalność wobec lokalnej społeczności i zbiorowa nieufność w stosunku do państwa. Spory rozstrzyga miejscowa starszyzna. Polityk, który rządzi dzielnicą od 20 lat, ma przydomek Baba, czyli Ojciec.

Nigdy wcześniej nie byłam w Nairobi, ale wychowałam się w Mumbaju. Stolica Kenii, z niespożytą przedsiębiorczością jej mieszkańców, ich codziennymi smutkami i żywiołowo okazywaną radością, trochę mi przypomina miejsce, z którego pochodzę.

Kiedy docieramy do jego domu, Ian wyciągniętym w górę kciukiem wskazuje drewniane schody.

— Pięterko — mówi z uśmiechem.

W tych stronach druga kondygnacja to rzadkość. Wchodzimy na górę i pokonujemy wąski korytarz obramowany ukośnymi dachami

z blachy. Pachnie mydłem i świeżością. Kobiety rozwieszają pod gołym niebem dopiero co uprane, ociekające wodą ubrania. Niektóre z nich mają na plecach chusty z dziećmi. Pozdrawiają nas skinieniem głowy.

Ian prowadzi mnie do ostatniego pomieszczenia po lewej stronie. Schludne wnętrze jest oświetlone gołą żarówką. Wszechobecny

w Kiberze dźwięk rapu dociera tu przytłumiony, jakby z oddali. Warkot wentylatora biurkowego wdziera się w panującą we wnętrzu ciszę.

— Oto mój dom — mówi Ian. — Karibu sana*.

Wnętrze zostało starannie zagospodarowane, do ostatniego centymetra kwadratowego. W pomieszczeniu znajdują się kanapa, dwa krzesła, odwrócona do góry dnem drewniana skrzynia, która pełni funkcję stołu, a także duże łóżko, ustawione w rogu i oddzielone wzorzystą zasłoną, zapewniającą odrobinę prywatności. Na jednej ze ścian powieszono otwartą szafkę na buty, w której widać kilkanaście par tenisówek Iana, a pod nią wiszą w rządku jego czapki z daszkiem. Przy łóżku, w nogach, ukryta przed wzrokiem gości, stoi kuchenka.

Na podwyższonej półce widzę laptopa, a obok niego ogromny telewizor, traktowany niemal jak bóstwo. Na stronie głównej Netflixa wyświetlają się bez dźwięku zwiastuny hollywoodzkich i bollywoodzkich filmów i seriali. Pod koniec 2020 roku Sama nawiązała współpracę z miejscowymi operatorami telekomunikacyjnymi, by rozprowadzić internetową sieć światłowodową w dużej części Kibery oraz w innych rejonach miasta. Dzięki temu podczas pandemii osoby związane z organizacją mogły pracować w domach. Ian znalazł się wśród tych, których mieszkania zostały podłączone do internetu, dzięki czemu stał się nagle bardzo lubiany wśród sąsiadów.

— To moje domowe biuro — mówi. — Tutaj się budzę, pracuję przez cały dzień, a po zakończeniu pracy mam czas, żeby wziąć udział

w zajęciach edukacyjnych. Uczę się programowania.

W zeszłym roku Sama przyznała mu stypendium na naukę w college’u, dzięki czemu Ian mógł podjąć studia licencjackie z informatyki.

Jego praca w Samie polega na opisywaniu danych. Ian pomaga szkolić tworzone przez globalne korporacje algorytmy sztucznej inteligencji poprzez formułowanie szczegółowych objaśnień zbiorów danych używanych do ich trenowania.

Zajmuje się przede wszystkim opisywaniem obrazów na potrzeby pojazdów autonomicznych. Komputery w takich samochodach, produkowanych między innymi przez Volkswagena, BMW, Teslę, Google’a czy Ubera, muszą umieć rozpoznawać poszczególne elementy otoczenia — znaki drogowe, pieszych, drzewa, znaki poziome i sygnalizatory świetlne — aby poprawnie prowadzić pojazd. Ian zwykle otrzymuje fragment filmu nagranego z punktu widzenia kierowcy. Przedstawia on przejazd przypadkowym odcinkiem drogi i przypomina materiał do nauki oceny ryzyka przez kursantów starających się o prawo jazdy. Zgodnie z instrukcją Ian powinien oznaczyć etykietami wszystkie obiekty widoczne na nagraniu — pojazdy, ludzi, zwierzęta, drzewa, sygnalizatory świetlne, przejścia dla pieszych, kubły na śmieci, domy, a nawet niebo i chmury — uprzednio narysowawszy dookoła nich małe prostokąty.

To zadanie kojarzy mi się z trwającą w nieskończoność zabawą z moimi dziećmi podczas podróży samochodem albo spaceru, gdy triumfalnie wykrzykują swoimi cienkimi głosikami nazwy rzeczy, które mijamy: „płot”, „brama”, „dziewczynka”, „piesek”, „ciężarówka”… Oznaczenie etykietami godzinnego nagrania wideo zajmuje Ianowi nawet osiem godzin.

Choć może się wydawać, że to bardzo powtarzalna, a nawet ogłupiająca praca, jemu to nie przeszkadza.

— Wydaje mi się interesująca, ponieważ dużo się dowiaduję o zasadach ruchu drogowego i znakach — mówi.

Gromadzi tę wiedzę na czas, gdy sam będzie mógł jeździć samochodem. Opisywał również wnętrza domów, a także stawy w ciele człowieka. Nie musiał znać ich nazw, jedynie oznaczał je na zdjęciach.

W dzieciństwie Ian uwielbiał bawić się kabelkami i częściami elektronicznymi. Chciał zostać inżynierem elektrykiem. Po ukończeniu szkoły musiał jednak wziąć na siebie utrzymanie matki i sióstr, nie miał więc pieniędzy na studia.

— Teraz chcę tworzyć oprogramowanie. Kiedy zaczynałem pracę w Samie, wyobrażałem sobie, że będzie ona dla mnie trampoliną do pracy w Tesli albo przynajmniej do pracy z jej technologią.

Na wzmiankę o Tesli Benja się ożywia:

— Widziałem w telewizji tego gościa, Elona Muska. Mówił, że chce kupić Twittera. A ja biorę udział w produkcji jego samochodów!

Przeczytaj też: Elon Musk chce jeszcze więcej

Ian chce prędzej czy później założyć własną firmę. O tym samym marzy wielu mieszkańców Nairobi, których spotkałam w Kiberze

i innych rejonach miasta.

— No wiesz, organizowanie rozrób na ulicach to było chwilowe zajęcie. Robiłem to, co moi rówieśnicy — tłumaczy. — Ale kiedy masz stałą pracę, zaczynasz inaczej myśleć o życiu, przestajesz kombinować jak zwykły chłopak z getta, przeciętny kiberyjczyk. Zaczynasz myśleć nieszablonowo.

Benja też był chuliganem do wynajęcia i brał od lokalnych polityków pieniądze za obrzucanie policjantów kamieniami. Niedawno jednak założył własną działalność jako przewodnik. Jednocześnie prowadzi stoisko ze smażonym kurczakiem, kieruje młodzieżową organizacją politycznych aktywistów i zamierza otworzyć bar. Próbował też swoich sił w handlu wodą i energią elektryczną — to lukratywny biznes opanowany przez potężne kartele z Kibery. W wolnym czasie organizuje zajęcia dla młodzieży w Lindi, jednym

z kiberyjskich osiedli, i pomaga młodym ludziom przygotować się do stałej pracy biurowej.

— Udało mi się natchnąć dzieciaki z mojej okolicy duchem i kulturą Samy. Teraz to się samo rozprzestrzenia — mówi.

Ian dodaje, że on również namawia znajomych na podjęcie oficjalnego zatrudnienia.

— Jeden mój kolega ze szkoły był kieszonkowcem, popełniał drobne przestępstwa każdego dnia. Kiedy dostał ode mnie link i zgłosił się do pracy w Samie, zupełnie się zmienił. Gdybym dzisiaj pokazał ci tego człowieka, nie uwierzyłabyś, powiedziałabyś, że cię wkręcam.

Wzmianka o przestępczości porusza Benję, który spogląda na Iana i rzuca:

— W przyszłym roku chcę się wyprowadzić z Kibery. Chciałbym, żebyś też to zrobił.

— Zamierzam. W ciągu trzech lat powinienem ją opuścić.

— Musisz przyspieszyć — poucza Benja. — Masz obowiązek się stąd wydostać. Zawsze ci powtarzałem, że nie musisz czekać, aż zostaniesz liderem zespołu w Samie. Możesz być, kim zechcesz. Jestem pewien, że trafisz w lepsze miejsce.

Pracownicy czy wyrobnicy? Kto szkoli AI

Mombasa Road w stolicy Kenii wije się wzdłuż granic Parku Narodowego Nairobi, oazy dzikiego życia w sercu miasta. To chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie jadąc drogą szybkiego ruchu, można oglądać żyrafy przechadzające się na tle wieżowców. Główna siedziba Samy zajmuje cztery piętra dużego biurowca i mieści 2800 pracowników. Widoczny na zewnątrz szyld prezentuje nazwę organizacji

i jej slogan: „The Soul of AI” (Dusza AI).

Budynek ma podłogi i ściany z gładkiego betonu, uzupełnione elementami z blachy falistej. Wystroju dopełniają detale ze lśniącego metalu oraz drewna z odzysku, kolorowe obrazy lokalnych artystów i rośliny doniczkowe. Wnętrze ma się kojarzyć pracownikom z ich domami w dzielnicach biedy, z których pochodzą. Projektant konsultował się z pierwszą grupą zatrudnionych, ponieważ zależało mu na użyciu znanych im materiałów, by odbierali tę przestrzeń jako ładną i swojską.

Pomieszczenia Samy są estetyczne, ale koniec końców to tylko biura. Agenci — bo tak organizacja nazywa swoich pracowników — siedzą przy ustawionych w rzędy biurkach, klikając i otaczając wielokątami różnorodne obiekty na zdjęciach. Wszędzie widać dwudziestokilkuletnich mężczyzn i kobiety, pochłoniętych tym zajęciem. Praca wymaga precyzji i koncentracji, ale jest bardzo powtarzalna. Sprowadza się do sortowania kształtów, nadawania nazw i klikania. Dla ludzi jest na ogół łatwa, nawet trywialna, ale

z punktu widzenia systemów AI to bardzo złożone, nowatorskie zajęcie. Agenci zamieniają czasem ze sobą kilka słów, ale głównie skupiają się na ekranach. Mają kilka sekund na każdy obraz, a potem przechodzą do następnego. Z narożnika pomieszczenia dobiegają dźwięki rapu. Rytm kliknięć zgrywa się z rytmem muzyki. Jeden zespół agentów oznacza na zdjęciach z Chin i Japonii samochody poruszające się po ulicach. Inne opisują zbliżenia roślin kukurydzy, zdjęcia satelitarne europejskich miast, ciężarówki przewożące drewno oraz damskie ubrania. Kliknij, przeciągnij, zatwierdź.

Praca zaczyna się zwykle około siódmej rano i trwa osiem godzin. Większość zatrudnionych pracowała wcześniej na czarno, na przykład sprzątała domy albo sprzedawała jedzenie na ulicy. Zadania w branży sztucznej inteligencji są podzielone na tak niewielkie porcje, że większość osób ma jedynie mgliste albo zgoła żadne wyobrażenie o komercyjnym zastosowaniu lub wartości produktu końcowego, w którego tworzeniu uczestniczy. Powiedziano im jedynie, że biorą udział w szkoleniu oprogramowania do zaawansowanych zastosowań w nawigacji, mediach społecznościowych, handlu elektronicznym i rzeczywistości rozszerzonej.

Na zlecenie firmy OpenAI, producenta oprogramowania ChatGPT, pracownicy Samy sklasyfikowali i opisali między innymi dziesiątki tysięcy fragmentów tekstu zawierających drastyczne opisy toksycznych zachowań, w tym wykorzystywania seksualnego dzieci, morderstw, samobójstw i kazirodztwa. Dzięki ich pracy ChatGPT może rozpoznawać, blokować i odsiewać zapytania o takim charakterze.

Agenci pracują w mniej więcej dwudziestoosobowych zespołach, opisując dane niemal bez wytchnienia przez cały dzień, nie licząc dwóch planowych przerw na posiłki. Ponadto wolno im korzystać z toalety w miarę potrzeb, jednak ogólnie rzecz biorąc, wymaga się od nich przebywania na stanowisku pracy. Liderzy zespołów mają więcej swobody, kręcą się między rzędami biurek i zaglądają ludziom przez ramię. Na końcu każdej linii siedzi analityk, który na bieżąco sprawdza wyrywkowo jakość pracy wykonanej przez agentów.

Kiedy nadchodzi przerwa obiadowa, gwarny tłum ludzi schodzi do stołówki, mijając tabliczki z napisem „Proszę o ciszę!”, i ustawia się w długiej i krętej kolejce po jedzenie. Dziś na obiad jest gulasz wołowy, ryż z kolendrą, surówka ze świeżej kapusty z sosem sojowym oraz typowo kenijskie danie o nazwie mukimo — tłuczone ziemniaki zmieszane z zielonymi warzywami. W papierowych miseczkach leżą ociekające sokiem kawałki arbuza na deser. Wszyscy jedzą razem.

Siadam przy długim stole w towarzystwie rozgadanych pracowników: agentów, liderów zespołu i menedżerów. Liliosa, menedżerka pod czterdziestkę, której zadaniem jest ocenianie wpływu firmy na życie zatrudnianych przez nią osób, mówi o kolonializmie, brytyjskiej rodzinie królewskiej i wyborach w Kenii. W wolnych chwilach pisze hip-hopowy musical o kenijskim działaczu niepodległościowym, który wzniecił rebelię przeciwko Brytyjczykom.

​​

Zadania w branży sztucznej inteligencji są podzielone na tak niewielkie porcje, że większość osób ma jedynie mgliste albo zgoła żadne wyobrażenie o komercyjnym zastosowaniu lub wartości produktu końcowego, w którego tworzeniu uczestniczy.

— Polityka jest sednem naszej kultury. Jest przy tym bardzo plemienna, każdy szczep chce, żeby to jego przedstawiciele sprawowali władzę — tłumaczy mi. — Ale młodzi już się tym nie przejmują, chcą tylko internetu, pracy i pieniędzy. Po obiedzie stołówka szybko pustoszeje i ja także wracam do biur, w których trwa opisywanie danych. Młody mężczyzna przeklikuje się przez dziesiątki zdjęć budynków z całego świata — chińskich pagód i wytwornych apartamentowców — zaznaczając, które są zabytkowe, a które nowoczesne. Przy każdym zdjęciu musi też zaznaczyć właściwe opcje dotyczące samego obrazu: czy jest nastrojowy, ma nasycone barwy, czy jest ostry, a może utrzymany w tonacji sepii. Klik, klik, klik. Kiedy zaglądam mu przez ramię, patrzy na zdjęcie starożytnej buddyjskiej świątyni w Tokio, przed którą stoi współczesna wieża przekaźnikowa. Uznaje, że obraz przedstawia jednocześnie dwa style architektoniczne, skoro historia zlewa się na nim z nowoczesnością.

Jak się później dowiaduję, każde kliknięcie służy szkoleniu algorytmów do klasyfikowania obrazów na platformie o nazwie Material Bank, umożliwiającej wyszukiwanie i zamawianie próbek materiałów wykończeniowych i dekoracyjnych. Chodzi o stworzenie obiektywnego narzędzia do pozyskiwania najadekwatniejszych informacji. Kiedy ktoś będzie szukał konkretnego materiału budowlanego albo stylu architektonicznego, algorytm wybierze dla niego idealne przykłady.

Skąd wiadomo, czy zdjęcie zostało prawidłowo zaklasyfikowane?

— Czasem to nie jest jasne — mówi mi agent. — Wtedy trzeba kierować się intuicją.

Ludzie, na których opiera się rewolucja cyfrowa

Dążenie do zbudowania inteligentnej, nadludzkiej maszyny nie jest niczym nowym. Żydowska legenda sprzed wieków mówi

o stworzeniu Golema, humanoida ulepionego z gliny i ożywionego przez rabina Loewa z Pragi. Zadaniem tej istoty była obrona praskich Żydow przed antysemickimi atakami.

Zakończenie tej historii nie zaskakuje: Golem wpadł w szał i ostatecznie został unicestwiony przez swojego stwórcę. Nietrudno

o skojarzenia z Frankensteinem Mary Shelley, który dał początek wspołczesnej literaturze science fiction, a także z toczącymi się obecnie w mediach dyskusjami o zagrożeniu, jakim może być sztuczna inteligencja, jeśli wymknie się spod kontroli człowieka.

Używana dzisiaj w realnym świecie sztuczna inteligencja nie jest w pełni autonomiczna i raczej nam asystuje, niż nas w czymkolwiek wyręcza. Mniej więcej od 2009 roku tempo postępu technicznego rośnie dzięki dostępności ogromnych zasobów danych generowanych przez urządzenia podłączone do sieci oraz przez ludzi korzystających z internetu, a także dzięki rosnącej mocy obliczeniowej układów scalonych. Doprowadziło to do powstania pewnego podtypu sztucznej inteligencji, jakim są samouczące się algorytmy, a następnie do wyodrębnienia w jego ramach mechanizmów głębokiego uczenia się. W obu przypadkach chodzi

o przyuczanie oprogramowania komputerowego do wykrywania korelacji statystycznych w gigantycznych zbiorach danych — słów, obrazów, liczb albo kodu komputerowego.

Jednym ze sposobów szkolenia sztucznej inteligencji do wykrywania wzorców jest pokazywanie jej milionów przykładów z opisami. W tym celu ludzie muszą wykonywać żmudną pracę polegającą na opisywaniu danych w sposób zrozumiały dla komputera. Bez tego algorytmy stosowane w pojazdach autonomicznych albo systemach rozpoznawania twarzy są ślepe, same w sobie bowiem nie potrafią wykrywać schematów.

Tworzone w ten sposób algorytmy wspomagają ludzkie rozumowanie w takich dziedzinach jak medycyna, kryminalistyka, opieka społeczna czy ocena zdolności kredytowej. Generatywna sztuczna inteligencja, będąca najnowszą odsłoną oprogramowania tego typu, potrafi tworzyć teksty, kod programistyczny i obrazy. Stała się naszą kreatywną asystentką — pomaga nauczycielom, doradcom finansowym, prawnikom, artystom i programistom w tworzeniu oryginalnych dzieł ludzkiego umysłu.

Aby rozwijać sztuczną inteligencję, najznakomitsze firmy z Doliny Krzemowej walczą na własnym podwórku o ograniczoną pulę utalentowanych informatyków, gotowe płacić setki tysięcy dolarów świeżo upieczonym posiadaczom doktoratów. Zadanie szkolenia i wdrażania tych algorytmów przy użyciu rzeczywistych danych powierzają jednak firmom takim jak Sama i werbowanym przez nie armiom nisko opłacanych pracowników, dysponujących podstawowymi umiejętnościami cyfrowymi, ale nieposiadających stabilnego zatrudnienia.

Sama nie jest jedynym usługodawcą tego typu na świecie. Na tym szybko rozwijającym się rynku, który zgodnie z prognozami w 2030 roku ma osiągnąć wartość 17 mld dolarów, działają zarówno start-upy, takie jak Scale AI, Appen, Hive Micro, iMerit czy Mighty AI (przejęty niedawno przez Ubera), jak i przedsiębiorstwa o ugruntowanej pozycji, na przykład Accenture i Wipro.

Ze względu na ogromną ilość informacji, jakie trzeba sklasyfikować i oznaczyć etykietami, większość start-upów podzleca tego typu prace firmom działającym w biedniejszych krajach, gdzie całe rzesze ludzi takich jak Ian i Benja otrzymują skromne wynagrodzenie za przesiewanie i interpretowanie danych, używanych następnie do szkolenia algorytmów.

Przesiedleni syryjscy lekarze szkolą oprogramowanie medyczne, które pomaga diagnozować raka prostaty w Wielkiej Brytanii. Bezrobotne absolwentki studiów wyższych w dotkniętej recesją Wenezueli klasyfikują produkty modowe dla sklepów internetowych. Zubożałe mieszkanki Metiabruz, biednej dzielnicy muzułmańskiej w Kalkucie, etykietują klipy głosowe na potrzeby oprogramowania sterującego głośnikiem Echo firmy Amazon.

 

Praca tych ludzi jest słabo ukrywanym sekretem dotyczącym tak zwanych systemów sztucznej inteligencji — technologia ta nie „uczy się” samodzielnie, lecz potrzebuje ludzi, milionów ludzi, by pobierać wiedzę. Pracownicy danych są nieocenionym ludzkim ogniwem

w globalnym łańcuchu dostaw sztucznej inteligencji.

Ta grupa zawodowa jest w dużym stopniu rozdrobniona i składa się z najsłabszych członków społeczeństwa: wykluczonej młodzieży, samotnych matek, ludzi należących do mniejszości, imigrantów i uchodźców. Firmy zajmujące się rozwojem sztucznej inteligencji

i ich zleceniobiorcy z dumą ogłaszają, że umożliwiają tym wszystkim grupom udział w rewolucji cyfrowej, dając im stabilne i godne zatrudnienie mimo ich niskiej pozycji społecznej. Na własne oczy przekonałam się jednak, że sytuacja pracowników danych jest tak samo niepewna jak sytuacja robotników fabrycznych, a ich praca — w dużym stopniu niewidzialna, choć tworzą fundament, na którym opiera się cała branża AI.

W miarę jak ta niewidoczna dotąd armia wyrobników rozsianych po całym świecie powoli wyłania się z cienia, dziennikarze

i naukowcy zaczynają rozumieć jej wpływ na nasze codzienne życie. Cieszące się ogromnym zainteresowaniem treści generowane przez ChatGPT, zawartość TikToka, Instagrama i YouTube’a, którą skrolujemy z takim zapamiętaniem, kalejdoskop towarów dostępnych w sklepach internetowych, pojazdy, którymi jeździmy, a nawet nasze codzienne pożywienie — wszystko to jest sortowane, opisywane i dzielone na kategorie przez pracowników danych.

Milagros Miceli, pracująca w Berlinie naukowczyni z Argentyny, zajmuje się badaniem warunków zatrudnienia pracowników danych

w krajach rozwijających się. Kiedy zaczynała, nie mogła znaleźć żadnych informacji o doświadczeniach życiowych tych ludzi, ich tożsamości i charakterze ich pracy.

— Jako socjolożka miałam poczucie, że trafiłam na białą plamę — mówi. — Tylko nieliczni próbują dać twarz tej grupie i określić, kim są ci ludzie, w jaki sposób wykonują swoją pracę, jakie mają doświadczenia z tym związane. Niewiele wiadomo o warunkach ich zatrudnienia.

Miceli ma rację. Długo nie mogłam znaleźć firmy gotowej dać mi dostęp do swoich pracowników, choć deklarowałam, że mój kontakt z nimi będzie bardzo ograniczony. Kontrakty, na podstawie których świadczą swoje usługi, zawierają bowiem klauzule tajności, uniemożliwiające bezpośredni kontakt pracowników ze zleceniodawcami oraz zabraniające ujawniania nazw klientów. Rozwiązania tego typu narzucone są zwykle przez firmy, które zlecają prace, nie przez samych zleceniobiorców. Na przykład korzystająca z usług Samy firma Meta, do której należy Facebook, wymaga od pracowników zobowiązania się do nieujawniania żadnych informacji związanych z pracą. Pracownicy często w ogóle nie wiedzą, kim jest klient, nad jakim systemem algorytmicznym pracują albo ile pieniędzy za tę samą pracę dostają ludzie w innych krajach.

Zasady działalności takich firm jak Sama — niskie płace, obowiązek dochowania tajemnicy, korzystanie z pracy poszkodowanych grup społecznych — bardzo sprzyjają utrwalaniu nierówności. W końcu jest to praca w bardzo przystępnej cenie. Członkowie mniejszości

i młodzież ze slumsów na pewno odbierają możliwość takiego zatrudnienia jako wsparcie i szansę na wyrwanie się z biedy, ale trzeba pamiętać, że jednak zarabiają stosunkowo mało i nie mają prawie żadnej siły przetargowej, możliwości nacisku ani narzędzi protestu.

 

Pracownicy często w ogóle nie wiedzą, kim jest klient, nad jakim systemem algorytmicznym pracują albo ile pieniędzy za tę samą pracę dostają ludzie w innych krajach.

Można nawet odnieść wrażenie, że sama praca ma rabunkowy charakter, polega bowiem na szkoleniu systemów sztucznej inteligencji, które w przyszłości zastąpią ludzi wykonujących dzisiaj te obowiązki. Spośród kilkudziesięciu osób, z którymi rozmawiałam w ciągu dwóch lat pracy nad książką, ani jedna nie zdawała sobie jednak sprawy ze skutków szkolenia systemu, który je zastąpi — z tego, że dostają wynagrodzenie za przyspieszanie likwidacji własnych miejsc pracy.

— Ci ludzie tak bardzo potrzebują zatrudnienia, że zgadzają się na wszystko, co narzucą im klienci. Są gotowi nie myśleć o tym, czy ta praca ma sens albo czy jest etyczna. Nauczono ich brać pod uwagę tylko żądania klientów — mówi Miceli.

Rozwój sztucznej inteligencji to bardzo prężna dziedzina, a firmy zajmujące się etykietowaniem danych starają się oferować swoje usługi jak najtaniej. Zarówno potężne korporacje, jak i raczkujące start-upy mogą z nich korzystać za śmieszne pieniądze.

— Trzeba to głośno powiedzieć: sektor nowoczesnych technologii rozwija się i zarabia właśnie dzięki tej taniej pracy — dodaje Miceli.

* Witam serdecznie (przyp. tłum.).

W cieniu AI. Jak sztuczna inteligencja ingeruje w nasze życie? (reportaż)

tytuł oryginału: Code Dependent: Living in the Shadow of AI

autor: Madhumita Murgia
tłumaczenie: Michał Lipa

Wydawnictwo Port

rok wydania: kwiecień 2025

 Książkę można zamówić na stronie wydawnictwa.

​MADHUMITA MURGIA – pierwsza w historii redaktorka ds. sztucznej inteligencji w dzienniku „Financial Times”.

Od ponad dekady pisze o tej technologii na łamach „Wired” i „FT”. Urodziła się i wychowała w Indiach, ukończyła

immunologię w Wielkiej Brytanii. Mieszka w Londynie.

/ literatura

 wrzesień/październik '25 (26)

Źli ludzie są ciekawsi.
Reporterska metoda "New Yorkera"

MICHAŁ CHOIŃSKI

Jakby ktoś połączył scenariusze "Ojca chrzestnego" i "Chinatown", dodając nieco talentu Johna le Carre - pisały o tej książce "Time" czy "Washington Post".

Glowa-weza--Przemytnicy-z-Chinatown-i-amerykanski

W nocy, 3 czerwca 1993, olbrzymi statek handlowy „Golden Venture" osiadł na mieliźnie nieopodal nowojorskiej plaży Rockaway. Na jego pokładzie, w lukach handlowych tłoczyło się prawie trzystu nielegalnych migrantów z Chin.

Byli skrajnie wyczerpani, ale nie porzucili nadziei, że przyjazd do Stanów da im szansę na lepsze życie. Gdy zrozumieli, że okręt jest unieruchomiony, na oczach policji w desperacji zaczęli skakać za burtę, do lodowatej wody. Dziesięć osób utonęło, próbując w mroku dotrzeć wpław do brzegu Coney Island.

Za organizację tej, jak i dziesiątków innych akcji nielegalnego przerzutu migrantów do USA odpowiedzialna była grupa przestępcza kierowana przez mieszkankę nowojorskiego Chinatown znaną jako „Siostra Ping".

Nie wyglądała na szefową mafii. Niepozorna kobieta w średnim wieku mimo dużego majątku – była właścicielką kilku firm

i nieruchomości w Chinatown, w Hong Kongu i w południowej Afryce – nosiła się skromnie. Często obsługiwała klientów we własnym sklepie, a gdy podjeżdżała pod niego ciężarówka z zaopatrzeniem, sama zakasywała rękawy i taszczyła towary do magazynu. Zarazem jednak stała na czele imperium przemytniczego, które działało od Nowego Jorku po Daleki Wschód i które obracało 40 mln dolarów rocznie.

Szacuje się, że kierowany przez nią gang przeszmuglował do Stanów około trzech tysięcy osób. Od nielegalnych migrantów pobierano opłaty, wobec dłużników stosowano przemoc, a nawet tortury, zmuszając ich rodziny do uregulowania należności. Gdy Siostra Ping w końcu stanęła przed sądem, amerykańska prasa opisywała ją jako wcielenie zła – bezwzględną przestępczynię wykorzystującą rodaków.

Szacuje się, że kierowany przez nią gang przeszmuglował do Stanów około trzech tysięcy osób. Od nielegalnych migrantów pobierano opłaty, wobec dłużników stosowano przemoc, a nawet tortury, zmuszając ich rodziny do uregulowania należności. Gdy Siostra Ping w końcu stanęła przed sądem, amerykańska prasa opisywała ją jako wcielenie zła – bezwzględną przestępczynię wykorzystującą rodaków.

Kim tak naprawdę była więc Siostra Ping? To pytanie zaciekawiło młodego absolwenta prawa Patricka Raddena Keefe’a, który w trakcie jej głośnego procesu szykował się do egzaminu adwokackiego.

W paradoksalnej historii chińskiej przemytniczki opisywanej szeroko przez media zobaczył on potencjał na wielowymiarową opowieść o relatywizmie moralnym i niejednoznaczności prawa.

Keefe wychowywał się w Massachusetts, studiował na prestiżowych uczelniach – na Yale oraz w Cambridge – ale od zawsze wiedział, że chce pisać. Próbował publikować na łamach „New Yorkera" już w 1998 r., w wieku 22 lat. Do dziś na ścianie w jego domu wisi oprawiony list z redakcji odrzucający tamtą pierwszą propozycję artykułu.

To właśnie historia Siostry Ping sprawiła, że debiut na łamach „New Yorkera" doszedł do skutku. Trzy lata po publikacji reportażu światło dzienne ujrzała jego pierwsza książka: „Głowa węża" – rozszerzona i rozbudowana wersja prasowego artykułu, w której Keefe pokazał, że jego warsztat dziennikarski opiera się na umiejętności opowiadania złożonych, niejednoznacznych historii.

Co to znaczy wyobraźnia socjologiczna

Tytuł debiutanckiej książki Keefe’a nawiązuje do nazwy drapieżnych „żmijogłowych" ryb słodkowodnych występujących w Azji, które w chińskiej tradycji kojarzone są z handlarzami ludźmi. Prześledził on historię Siostry Ping od dorastającej w czasach „rewolucji kulturalnej" dziewczynki, która przyjechała do USA w latach 80., by pracować jako niania, do momentu, w którym została – jak określił ją w trakcie procesu prokurator – „matką wszystkich żmijogłowych".

Na kilkuset stronach opisał szczegółowo, jak Chinka wykorzystywała swój zmysł biznesowy i zaradność, by konsekwentnie rozbudowywać imperium przestępcze w nowojorskim Chinatown, trwając cały czas w głębokim przekonaniu, że moralna racja była po jej stronie.

Każdy akapit „Głowy węża" wynika ze śledztwa dziennikarskiego. Keefe przeprowadził ponad trzysta wywiadów z agentami FBI, policjantami, pracownikami Białego Domu, prawnikami zaangażowanymi proces Siostry Ping oraz osobami, które z jej pomocą znalazły się w USA. Keefe od razu zaadoptował charakterystyczne dla dziennikarzy „New Yorkera" i legendarne wręcz przywiązanie do poprawności faktograficznej. Sam przyznawał w wywiadach, że przy książkach używa tych samych wieloetapowych metod weryfikacji faktów. Dodajmy, że każdy piszący dla „New Yorkera" oddając maszynopis do redakcji, musi przekazać też komplet notatek, nagrań rozmów i dokumentów. Następnie każda nazwa własna, liczba czy cytat użyty w tekście są sprawdzane przez zespół weryfikacyjny fact-checkerów.

Ale „Głowa węża" wykracza daleko poza opis metod działania świata przestępczego. To książka w równym stopniu o wierze w mit amerykańskiego snu - i o jego społecznym bankructwie. Historia Siostry Ping to opowieść o tragicznych losach jednostek, na które wpływa globalizacja i jej procesy, i o słabościach amerykańskiego systemu ekonomiczno-politycznego.

Rozwój imperium Siostry Ping możliwy był ze względu na desperację jej rodaków i przepaść ekonomiczną między rzeczywistością chińskiej prowincji a nowojorskim Chinatown – co szczegółowo opisał niedawno redakcyjny kolega Keefe’a Michael Luo w książce „Strangers in the Land", analizie historii migracji z Chin do USA. Keefe z kolei opisuje migrantów jako ludzi ambitnych

i zdeterminowanych: wiele osób deportowanych z powrotem do Chin po zajęciu statku przez policję podjęło kolejne, tym razem już udane, próby przyjazdu do USA.

Keefe pisze kroniki indywidualnych strachów i marzeń, ale zawsze umieszcza je na szerszym tle dominujących procesów społeczno

-ekonomicznych. Tłumacz jego książek na język polski Jan Dzierzgowski dostrzega w tekstach Keefe’a głęboki poziom specyficznej wrażliwości, dla którego socjolog C. Wright Mills ukuł termin „wyobraźni socjologicznej". - Keefe „tworzy niezwykłe portrety swoich bohaterów, niemal zagląda im do głów niczym powieściopisarz, opowiada, czego pragną, o czym marzą, czego się boją, przedstawia ich wady, zalety, wzloty, upadki – zarazem zaś ani na moment nie traci z oczu tego, że żyją oni w określonym społeczeństwie, określonej kulturze, w określonych czasach, które na różne sposoby wpływają na ich zachowanie, postępowanie i wybory – mówi tłumacz.

Polski przekład „Głowy węża" ukazał się ponad dwie dekady od amerykańskiej premiery. I choć kontekst ruchów migracyjnych z Chin do USA jest już inny, to w obliczu działań antyimigracyjnych podejmowanych przez administrację Donalda Trumpa historia opowiedziana w tym reportażu wydaje się niepokojąco aktualna. Gdy wprowadzany jest plan uszczelnienia południowej granicy USA, a działania funkcjonariuszy Immigration and Customs Enforncement (ICE) wobec nie tylko nielegalnych migrantów, ale też studentów obecnych w USA na podstawie legalnych wiz budzą coraz większe kontrowersje, lektura „Głowy węża", zmusza do zastanowienia się, jak bardzo i szybko zmienia się Ameryka, kraj, który historycznie w swoje DNA wpisane ma przyjmowanie migrantów i którego kulturowa siła zasadza się na różnorodności.

Reportaż śledczy jest jak pociąg: wsiadasz, albo nie

 „Gdy szukam nowego tematu, nie zaczynam od problemu społecznego, ale od czyjejś konkretnej opowieści" – mówi Keefe. Najciekawszy jest dla niego moment, gdy prawdziwe historie stają się iluzjami, wewnętrznymi mitologiami wypaczającymi obraz świata. Lub gdy ukazują jego wielowymiarowość.

W 2015 r. obszerny tekst poświęcił Judy Clarke, prawniczce, która zasłynęła tym, że podejmowała się obrony osób, które amerykańska opinia publiczna odsądzała od czci i wiary. Keefe obserwował ją w sądzie, gdy reprezentowała sprawców zamachu bombowego na maraton bostoński w kwietniu 2013 r. Większość mieszkańców miasta uważała, że nie powinni oni w ogóle liczyć na obronę, ale Clarke robiła, co w jej mocy, by uchronić terrorystów przed karą śmierci. Keefe: „Czyniła to, nie oceniając.

Z przekonaniem, że zasługują na najlepszą opiekę prawną". Paradoks prawniczki nieustępliwe broniącej „najgorszych spośród złych" w imię etyki zawodowej, na przekór społecznemu poczuciu sprawiedliwości, zafascynował Keefe’a. „To świetna prawniczka. Ktoś mógłby powiedzieć: czy nie powinna używać swojego talentu, żeby bronić niewinnych ludzi?" – pyta Keefe. Ale  Clarke motywowała ambicja, by zrozumieć genezę ludzkiego zachowania, odkryć ten klucz do zamka umysłu, który powoduje, że ktoś dopuszcza się brutalnego przestępstwa.

Reportaż o Clarke ukazał się w „New Yorkerze", chociaż jego bohaterka odmówiła udzielenia mu wywiadu. Dzieje się tak często, gdy Keefe podejmuje temat wpływowych osób, które wolałyby uniknąć uwagi prasy i nie stawać się obiektem dziennikarskiego śledztwa. W takich przypadkach stosuje strategię zwaną write-around, pisząc niejako na przekór negatywnym odpowiedziom na prośby

o udzielenie wywiadu czy przedprocesowym listom wysyłanym przez prawników nakazującym wstrzymanie pracy nad tekstem. Studiuje wszystkie dostępne dokumenty, rozmawia ze wszystkimi osobami choćby pobieżnie powiązanymi ze sprawą.

Swoim niedoszłym rozmówcom wyjaśnia, że ich odmowa współpracy nie odwiedzie go od napisania tekstu. Przyznaje, że często ludzie, widząc jego determinację i drobiazgowość, decydują się ostatecznie z nim porozmawiać. „Rozumieją, że ich historia tak czy siak zostanie opisana. I lepiej, żeby ich głos został uwzględniony w jej ostatecznym kształcie" – mówi Keefe.

„Reportaż śledczy jest jak pociąg, do którego potencjalni rozmówcy mogą wsiąść lub nie, a pociąg – z nimi lub bez nich – i tak odjedzie".

Żona Keefe’a, Justyna Gudzowska, polska prawniczka specjalizująca się w międzynarodowych przestępstwach finansowych, żartowała w rozmowie z gazetą „Intelligencer": „Za każdym razem, gdy Patrick mówi mi, że ma pomysł na nowy artykuł, mam mały zawał serca. Czy to będzie kolejna pokręcona sprawa sądowa czy morderstwo? Czy nie mógłby po prostu napisać jakiejś sylwetki celebryty? Jego ciekawią tylko źli ludzie".

W 2014 r. Keefe opisał w „New Yorkerze" historię meksykańskiego przywódcy kartelu, Joaquina „El Chapo" Guzmana. Uznany przez Departament Skarbu za „najpotężniejszego handlarza narkotyków na świecie", El Chapo rozwinął na ogromną skalę przemyt kokainy, metamfetaminy i heroiny drogą lotniczą. Zyskał też zasłużoną reputację wyjątkowo brutalnego mafiosa. Przez lata pozostawał nieuchwytny, potem media rozpisywały się o jego spektakularnych ucieczkach z więzień, gdy w 2001 r., z pomocą przekupionych strażników ukrył się w wózku z brudnymi ubraniami przewożonymi do pralni, a w 2015 r. wydostał się z celi objętej nadzorem kamer przez półtorakilometrowy tunel.

Keefe opisał drogę El Chapo na szczyt hierarchii przestępczej, jego bezwzględność, ale też spryt i ambicję.

Po publikacji skontaktował się z nim adwokat El Chapo i zapytał, czy Keefe nie byłby zainteresowany ghostwritingiem biografii mafiosa. Tę propozycję dziennikarz odrzucił, choć – jak przyznał – „bawił się tą myślą kilka minut".

Daniel Zalewski, redaktor „New Yorkera", podkreśla jedną cechę Keefe’a: nieustępliwość. „Mógłby zostać siejącym popłoch prokuratorem. Wiele razy udało mu się rozwikłać sprawy, z którymi nie poradził sobie wymiar sprawiedliwości". Tak miało miejsce

w przypadku kolejnego śledztwa, które Keefe przeprowadził w związku historią Jean McConville, która w grudniu 1972, na oczach dziesięciorga dzieci została uprowadzona ze swojego domu w Belfaście przez zamaskowanych napastników. Podejrzewano, że jej porwanie mogło mieć związek z działalnością Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA), dążącej do przyłączenia Ulsteru do Republiki Irlandzkiej. W latach 70. Belfast był miastem, gdzie krwawe zamachy i bomby pułapki podkładane w samochodach były na porządku dziennym.

Wydane w 2018 r. książka Keefe'a „Cokolwiek powiesz, nie mów nic" przedstawia historię dwóch sióstr, Dolours i Marian Price, członkiń IRA, które uczestniczyły w zamachu bombowym w Londynie w 1973 r. Keefe odwiedził Irlandię siedem razy, przeprowadził setki wywiadów i poznał los sióstr, aby zrozumieć, co motywowało dwie nastolatki, by dołączyć do IRA. Konstruuje wielopoziomową historię, uwzględniając społeczne i polityczne tło konfliktu i to, jakie procesy emocjonalne prowadzą do świadomej decyzji

o stosowaniu brutalnej przemocy dla politycznej sprawy, w którą się głęboko wierzy, i w jaki sposób decyzje te znajdują usprawiedliwienie w psychice sprawców. Keefe dotarł także do dowodów, które nie zostały uwzględnione w oficjalnym śledztwie,

a które wskazywały, że w sprawie uprowadzenia Jean McConville to siostry Price odgrywały kluczową rolę i przyczyniły się do jej śmierci.

Siostry Price to dla jednych patriotki, a dla innych terrorystki. Keefe jednak starannie unika oceny, za to śledzi, w jaki sposób te różne perspektywy przeplatają się w życiu kobiet i jak wpływają na losy ich bliskich. Poza jego reporterską metodą to trudno osiągalne. Nakręcony w 2024 r. na motywach jego książki miniserial „Nic nie mów" spotkał się z krytyką za romantyzowanie działań IRA.

Największa epidemia Ameryki

Kryzys opioidowy w USA od początku lat 90. pochłonął ponad pół miliona ofiar. Miliony Amerykanów jest obecnie uzależnionych od jakiejś formy opioidów. Kryzys dotyka w szczególności biedniejszych obszarów USA, jak Pas Rdzy, głębokie Południe czy zachodnie części gór Appalachów, gdzie dostęp do opieki medycznej jest utrudniony. Tam lek przeciwbólowy OxyContin wprowadzony w latach 90. przez firmę Purdue okazał się dla wielu osób chorych lub poszkodowanych w wypadkach jednokierunkową drogą wprost do uzależnienia od heroiny.

Reklamowany jako tabletka, „od której zaczynasz i której się trzymasz", OxyContin miał zrewolucjonizować rynek farmaceutyczny. Jednak, jak podkreśla Barry Meier, dziennikarz długo związany z „New York Timesem" i autor książki „Zabić ból", stworzony na bazie substancji chemicznie spokrewnionych z morfiną lek co prawda przynosił błyskawiczną ulgę, ale równie szybko uzależniał, i to totalnie. Meier porównuje jego siłę oddziaływania na organizm do broni jądrowej.

Keefe zainteresował się tematem kryzysu opioidowego, gdy analizował zwiększanie się ilości heroiny przechwytywanej przez policję na południowej granicy. Mówi, że starał się przygotować analizę planu finansowego działania karteli niczym z „Harvard Business Review". I stało się dla niego jasne, że to rosnące zapotrzebowanie na heroinę było wynikiem zwiększającej się liczby osób sięgających po narkotyki, gdy zapisane im przez lekarzy pigułki przestawały już wystarczać.

W ten sposób zrozumiał, jaką rolę w eskalacji kryzysu odegrała firma Purdue, producent OxyContinu. Choć firma zbiła na jego sprzedaży olbrzymią fortunę, jej właściciele, majętna rodzina Sacklerów, dystansowali się od źródła swojej fortuny. Przez lata ich nazwisko kojarzyło się głównie z filantropią i mecenatem sztuki. Chętnie sponsorowali galerie i sale uniwersyteckie po obu stronach Atlantyku, od paryskiego Luwru, przez londyńską Tate, po nowojorskie Metropolitan Art Museum. Keefe’a zaciekawił ten potężny rozdźwięk między publicznym wizerunkiem Sacklerów a ciążącą na nich odpowiedzialnością za eskalację kryzysu.  

Taka jest geneza „Imperium bólu" – najgłośniejszej książki Keefe’a, w której pokazuje on historię znanej rodziny: od trzech braci, synów migrantów, którzy na początku XX w. przypłynęli do USA z polskiej Galicji, zdobyli wykształcenie medyczne i zbudowali nowe, lepsze życie, po kolejne pokolenia, które rozwijały fortunę. To kierowana przez Sacklerów firma zdecydowała o wprowadzeniu na rynek OxyContinu, a wyjątkowo agresywna kampania reklamowa i rozbudowany system finansowych bonifikat dla lekarzy, którzy go przepisywali najczęściej, sprawiły, że przez lata lek szedł jak woda. Liczba stosujących OxyContin osób rosła, ale odpowiedzialność związaną z negatywnymi skutkami jego działania prawnicy Purdue przerzucali na osoby uzależnione.

Keefe porównywał linię obrony Sacklerów do argumentów wykorzystywanych przez producentów broni, którzy podkreślają, że notoryczne strzelaniny w amerykańskich szkołach nie powinny być z nimi wiązane, nie ponoszą bowiem odpowiedzialności za to, jak wykorzystywany jest ich produkt.

Sacklerowie posłużyli Keefe’owi do odsłonienia mrocznej stronę amerykańskiej kultury kapitalizmu. To historia pazerności

i bezrefleksyjności klasy, którą stworzył – wpływowych milionerów, którzy mają zasoby, by unikać moralnej i prawnej odpowiedzialności za społeczne konsekwencje powstawania ich fortun.

 „Imperium bólu" była jednym z kamyczków, które spowodowały lawinę. W marcu 2018 w nowojorskim Metropolitan Museum of Art

w skrzydle nazwanym od nazwiska Sacklerów zorganizowano pikietę. Protestujący z transparentami wrzucali do muzealnej sadzawki buteleczki po lekach przeciwbólowych. To jeden z wielu protestów, które przetoczyły się przez galerie i uniwersytety, gdzie są sale ufundowane przez farmakologicznych magnatów. Te protesty aktywistów i liczne publikacje opisujące genezę kryzysu opioidowego

i jego tragiczne konsekwencje społeczne zaczęły przekładać się na konkretne działania prawne przeciw Sacklerom – choć na ich rezultaty trzeba będzie jeszcze poczekać.

Z tym że Sacklerowie to - podobnie jak inne postacie, którym Keefe poświęcił reportaże i książki – postacie fundamentalnie niejednoznaczne, przekraczające przyjęte konwencje społeczne czy normy prawne. I dlatego opowiadanie ich prawdziwych, pełnych historii, często w kontrze do tego, jak chcą być postrzegane czy jaki obrazy zbudowały w opinii społecznej, ma znaczenie dla dyskursu społecznego i polityki pamięci.

„Często tak postępują wpływowi ludzie: poprzez narzucenie własnej narracji zmieniają  powszechne postrzeganie rzeczywistości"

– mówi Keefe.  – „Ale na mniejszą skalę robimy tak wszyscy. Gdy wstajemy rano, patrzymy w lustro, opowiadamy sobie jakąś historię

o tym, kim jesteśmy, o wyborach, jakich dokonujemy – tak funkcjonujemy w świecie. Opowiadając sobie historie. To arcyludzka właściwość". (magazynksiazki.pl)

Głowa węża. Przemytnicy z Chinatown i amerykański sen

tytuł oryginału: The Snakehead. The Epic Tale of the Chinatown Underworld and the American Dream

autor: Patrick Radden Keefe
tłumaczenie: Jan Dzierzgowski

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec

rok wydania: czerwiec 2025

Michał Choiński – amerykanista z Uniwersytetu Jagiellońskiego

autor książki The New Yorker. Historia pisma, które zmieniło Amerykę

Wydawnictwo Znak

/ literatura

 wrzesień/październik '25 (26)

Leonardo

Leonardo da Vinci to najbardziej znany artysta w historii. Ten wszechstronnie utalentowany geniusz miał ogromny wpływ na wszystkie dziedziny sztuki

i wiedzy, którymi się zajmował. Były wśród nich: malarstwo, rysunek, architektura, nauki przyrodnicze, anatomia, matematyka, inżynieria

i astronomia. Jako artysta wykazywał się nie tylko doskonałym kunsztem, ale także analitycznym podejściem do ludzkiego ciała, natury i praw fizyki.

Z jego dorobku zachowało się niewiele prac – szacuje się, że jest ich około trzydziestu. Są to dzieła bezcenne, które wymagają wyjątkowej ochrony, dlatego dostęp do nich – nawet jeśli możliwy – jest bardzo ograniczony. Eksponowana

w paryskim Luwrze Mona Lisa zabezpieczona jest pancerną szybą i stale otoczona tłumami chcącymi obejrzeć najsłynniejszy na świecie obraz. W takich warunkach trudno dokładnie przyjrzeć się dziełu i jego znaczącym detalom.

Książka Leonardo. Zbliżenia (od czerwca 2025 na półkach księgarskich - przyp. red.), której autorem jest Stefano Zuffi, daje możliwość bliższego oglądu arcydzieł mistrza włoskiego renesansu. Pracom, reprodukowanym także we fragmentach pozwalających dostrzec nawet najdrobniejsze elementy, towarzyszą zwięzłe komentarze, dzięki którym możemy lepiej zrozumieć treści dzieł i ich aspekty formalne. Przejrzysty układ tematyczny i świetnej jakości reprodukcje zapraszają czytelnika w intersującą podróż przez najważniejsze wątki twórczości Leonarda da Vinci.

Stefano Zuffi jest włoskim historykiem sztuki specjalizującym się w malarstwie renesansu i baroku. Na swoim koncie ma ponad sześćdziesiąt publikacji, w tym książki na temat Dürera, Michała Anioła, Rembrandta, Vermeera, Tycjana i Caravaggia. (muzeon.pl)

Leonardo. Zbliżenia
tytuł oryginału: Leonardo in Details

autor: Stefano Zuffi
tłumaczenie: Hanna Kostołowska

Wydawnictwo Arkady

/ literatura  poezja

 wrzesień/październik '25 (26)

Każdy jest poetą... (Edward Stachura)

Na prośbę naszych Czytelników otwieramy kącik poetycki……

Część z państwa pisze - czy to wiersze okolicznościowe czy z potrzeby tworzenia i potem chowa je do szuflady, czy też „terapeutycznie”, żeby podzielić się swoim widzeniem świata…

Jesteśmy całym sercem „za”… Pisanie, jak każde działanie twórcze, przynosi radość, rozwija język, wrażliwość, percepcję, a nawet leczy „duszę”.

Ale nie będziemy tych wierszy oceniać, bo nie jesteśmy pismem literackim. Będziemy państwu udostępniać nasze gościnne łamy i zachęcać do odkrywania radości z pisania…

Wszyscy jesteśmy homo narrans i wszyscy, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi, mamy potrzebę opowiedzenia swoich historii. Inaczej nie powstałaby literatura.

Urszula Koziol

Wierzę w rzeczy
niewidzialne,
niesłyszaną muzykę,
niewypowiedziane słowa...

Memorial Red Rose

„Wierzę w rzeczy niewidzialne, niesłyszaną muzykę, niewypowiedziane słowa pozostające w domyśle i te nie do pomyślenia” – pisała w jednym z wierszy. A na zakończenie dodała: „Wierzę, że nieistniejące przemieni mnie i oświeci, żeby mi się lepiej znikało z tego świata”.

20 lipca w wieku 94 lat zmarła Urszula Kozioł – poetka, prozaiczka, felietonistka, autorka form dramatycznych, w tym inscenizacji dla dzieci oraz monodramów. Laureatka Nagrody Literackiej Nike 2024 za tom poezji Raptularz.

Należała do ścisłego grona najwybitniejszych polskich poetek (i poetów) przełomu XX i XXI wieku. Swoim piórem towarzyszyła kilku pokoleniom Polek i Polaków. Znaczenia jej ogromnego i różnorodnego dorobku literackiego dla polskiej kultury nie sposób przecenić. Zapisała się w pamięci czytelników niezwykle oryginalną wyobraźnią poetycką, niepowtarzalną metaforyką i swoistą dykcją, świadczącą o wyrafinowanym i unikalnym stylu.

O jej niezrównanym talencie lirycznym świadczą wszystkie bez wyjątku zbiory wierszy – począwszy od W rytmie korzeniW rytmie słońca, przez Żalnik oraz Wielką pauzę, aż po tomy ostatnie.

Niektóre utwory podpisywała pseudonimami. A było ich wiele: Mirka Kargol (od nazwiska matki), ale też Antoni Migacz, Faun, UK, czyli Uka. Początkowo miała nadzieję kontynuować tradycje rodzinne, decydując się na pracę nauczycielki. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim i z tym miastem związana była do końca życia. Kierowała Wrocławskim Ośrodkiem Kultury, przewodniczyła miejscowemu oddziałowi Związku Literatów Polskich, była wrocławską radną, współpracowała ze słynnym Kalamburem.

Jej nazwisko łączono z tzw. pokoleniem „Współczesności”, ponieważ zadebiutowała w 1957 roku. Przez pół wieku związana była

z miesięcznikiem „Odra”, gdzie – oprócz wierszy – niemal „obowiązkową lekturą” były jej felietony Z poczekalni. Zasłynęła jako poetka, ale zwróciła też uwagę m.in. prozą autobiograficzną, zwłaszcza Postojami pamięci, w której opisywała swoje przedwojenne dzieciństwo. Urodziła się w 1931 roku w Rakówce pod Biłgorajem. Ten pejzaż dzieciństwa wielokrotnie powracał w jej utworach, co docenili mieszkańcy i władze Biłgoraja, nadając jej w 2010 roku tytuł Honorowej Obywatelki.

Kiedy w 2011 roku odbierała nagrodę Silesiusa za całokształt twórczości, przewodniczący jury, prof. Jacek Łukasiewicz zauważył:
„Jej twórczość zwraca uwagę swoistym językiem, stylem i związkami z tradycją. Charakteryzuje się również pewnymi pytaniami natury filozoficznej: kim jestem? czym jest świat?, oraz pytaniami o realność świata i czasu”.

Publikowała wiersze, dramaty, felietony, słuchowiska i sztuki dla dzieci. Jej styl ewoluował, ale zawsze pozostawała wierna głębokiemu namysłowi nad kondycją człowieka i światem, który go otacza.

Stanisław Barańczak po lekturze jednego z tomików, wspominał o pewnej brutalności, stanowiącej konieczny składnik jej poezji:

„Nawet poezja osobista Kozioł odwoływała się do przemocy.
Świat człowieka i świat natury są przedstawione w wierszach Urszuli Kozioł jako światy niebezpiecznie odizolowane i wrogie: jeśli coś je łączy, to stosunek wzajemnej, nieustępliwej walki, wskutek której człowiek współegzystuje z przyrodą w stanie chwiejnej równowagi, w każdej chwili mogącej się przeważyć ku jego zgubie”.

W jej twórczości nie brakowało refleksji nad historią, naturą, duchowością i przemijaniem, ale można też odnaleźć sporo ironii

i subtelnego humoru. Urszula Kozioł potrafiła dostrzegać dramaty codzienności, zachowując przy tym czułość wobec człowieka

i słowa.

Tytułów, nagród i odznaczeń w ciągu swego długiego życia zdobyła bardzo wiele. Wśród literackich laurów znalazły się m.in. Nagroda im. S. Piętaka, Nagroda Fundacji Kościelskich, Nagroda Główna Śląska Dolnej Saksonii, Śląski Wawrzyn Literacki. Zanim w 2024 roku otrzymała Nagrodę Literacką Nike za tom Raptularz, była do niej wielokrotnie nominowana – za Supliki (2006), Przelot (2008), Klangor (2015) i Ucieczki (2017).

Wydany w 2013 roku tom wierszy zebranych Fuga utrzymany był – jak pisali krytycy – w stylu „bujnym, ekstatycznym, zuchwałym”.

W kolejnym roku ukazał się tomik Klangor, w którym – jak zauważono – autorka staje samotnie oko w oko z końcem i nicością. Następnie ukazały się Ucieczki – o samotności starości, ale też traumach wojennych wygnań. Dopełnieniem twórczości

i pożegnaniem z czytelnikami okazał się Raptularz. W kończącym tom Ostatnim liście autorka pisała:

Każdy mój wiersz

jest listem

do imaginacyjnego kochanka 

Zdziwisz się, gdy coś

zadzwoni ci w uchu
to mój list ostatni list 

więcej listów nie będzie 
ostatni raz

naciska dzwonek

u twoich drzwi 
że już czas

tak

już czas

odchodzę

odchodzę stąd na zawsze 
rozchodzę się nawet

ze samą sobą 
i już nie zdążę przeczytać

tych wierszy

które noszę w głowie

 

Biblioteka Narodowa (w Polsce - przyp. red.) może poszczycić się archiwum poetki, przekazanym jeszcze za jej życia. Urszula Kozioł ofiarowała rękopisy swoich wierszy i felietonów. (...) 

Szczególną pamiątką jest kopia listu Czesława Miłosza z 17 lipca 1967 roku, wysłanego z Berkeley do Jerzego Hordyńskiego. Miłosz już wcześniej tłumaczył utwory Urszuli Kozioł na angielski – jeden z jej poematów umieścił w antologii Postwar Polish Poetry z 1965 roku, a o jej książce Postoje pamięci pisał z uznaniem na łamach paryskiej „Kultury” w roku 1966.     (Biblioteka Narodowa)

/ architektura

 wrzesień/październik '25 (26)

Jedne z najbardziej kiczowatych
budynków na świecie...

Chociaż mogłoby się wydawać, że najbardziej satysfakcjonujące przykłady architektonicznej brzydoty można znaleźć w Polsce (chociażby Bazylika licheńska), w innych państwach świata także roi się od makabrył. Oto kilka najbardziej kiczowatych budynków na świecie, które często zdążyły się zestarzeć zanim jeszcze zostały ukończone.

Caesars Palace w Las Vegas

(Nevada, Stany Zjednoczone)

Ultraluksusowy kompleks położony przy słynnej ulicy Las Vegas Strip to już symbol nocnego życia w Mieście Grzechu. Oprócz kasyna znajduje się tutaj ogromny hotel i sala koncertowa, w której występowała między innymi Cher i Céline Dion. Monumentalny obiekt, ubrany w kostium antycznej architektury stał się także synonimem złego gustu. Przeładowanie detalami

i pretensjonalny wystrój i amerykańska megalomania - to tylko niektóre z grzechów tego obiektu.

Caesar Palace - Las Vegas USA

wikipedia.org

Hotel Atlantis, Dubaj

dubainight.com

Hotel Atlantis The Palm w Dubaju

(Zjednoczone Emiraty Arabskie)

Gigantyczny hotel Atlantis to wisienka na torcie sztucznego archipelagu Wysp Palmowych

w Dubaju. Pięciogwiazdkowy gmach przytłacza swoją skalą - w dwóch wieżach, które połączono mostem uformowanym w tradycyjny arabski łuk znajduje się aż 1539 pokojów. Wszechobecne bogactwo wylewające się w każdym pomieszczeniu hotelu miało być urzeczywistnieniem marzeń o dobrobycie Atlantydy.

Spalarnia śmieci Spittelau w Wiedniu (Austria)

Nowoczesne technologie utylizacji odpadów ukryto w kontrowersyjnym gmachu autorstwa Friedensreicha Hundertwassera. Przemysłową halę przemieniono w bajkową budowlę przypominającą meczet. „Minaret”, czyli komin

w przebraniu i kolumna została przemalowana na kolor błękitny i ozdobiona kopułą przypominającą cebulę.

Spalarnia-smieci-Spittelau-w-Wiedniu

wienenergie.at

kicz kontrolowany (7)

wikipedia.org

Aoyama Technical College w Tokio (Japonia)

Budynek uniwersytetu Aoyama w stolicy Japonii przypomina jakby gigantycznego bohatera z filmu „Transformers” albo nienaturalnie powiększonego zabawkowego robota. Budynek ukończony w 1990 roku to nietypowy projekt - poszczególne części zamontowane na fasadzie architekt dopasowywał… losowo.

unnamed

wikipedia.org

Biblioteka w Kansas City (Missouri, Stany Zjednoczone)

Ściany biblioteki obłożono gigantycznymi panelami, które przestawiają grzbiety książek. „Tytuły” na największej na świecie półce na książki mają po 7 metrów wysokości i 2,5 metra szerokości. 22 pozycje obecne na fasadzie gmachu zostały wybrane podczas konsultacji społecznych z mieszkańcami miasta.

(czterykaty.pl)

Biblioteka-w-Kansas-CityStany

wikipedia.org

/ architektura

 wrzesień/październik '25 (26)

Już nie eleganckie marmury i wyrafinowane beże.
Nadchodzi era kiczu. Ale kontrolowanego!

OLGA KASS

Ten trend nie jest dla zachowawczych wielbicieli minimalizmu. Kontrolowany kicz to szaleństwo i humor, ważne, by pozostać w granicach dobrego smaku. Projektanci długo bronili się przed tym trendem, kojarzył się z tandetą, brakiem smaku i nadmiarem. Jednak w ostatnich latach kicz przeszedł fascynującą metamorfozę i zyskał uznanie pod warunkiem, że jest kiczem kontrolowanym.

kicz kontrolowany (1)
kicz kontrolowany (2)

Czym jest kontrolowany kicz?

Kicz kontrolowany jest przemyślany i celowy. To sztuka balansowania na granicy dobrego smaku i przesady, gdzie kluczową rolę odgrywa umiejętność łączenia różnych stylów, kolorów i wzorów w spójny i atrakcyjny sposób. Takie podejście pozwala na stworzenie oryginalnych wnętrz, które zaskakują, bawią i intrygują. Znacie to uczucie, kiedy niektóre rzeczy są tak brzydkie, że aż zachwycające?

Kicz we wnętrzach

Kolorystyka i wzory. We wnętrzach urządzonych w stylistyce kiczu dominują odważne kolory i wyraziste wzory. Fuksja, neonowa zieleń, turkus – to barwy, które dodają energii i życia każdemu wnętrzu. Wzory takie jak leopardzie cętki, zebrze paski czy kwiatowe motywy, stosowane z umiarem, wprowadzają element zaskoczenia i zabawy. Kluczem jest jednak umiejętne ich dozowanie, aby uniknąć efektu przytłoczenia.

Meble i dodatki. Meble w stylu kontrolowanego kiczu często mają niekonwencjonalne kształty i wykończenia. Plastikowe krzesła

w intensywnych kolorach, retro sofy z weluru czy błyszczące, lakierowane powierzchnie dodają wnętrzom charakteru. Dodatki, takie jak lampy w kształcie flamingów, lustra w złotych ramach czy porcelanowe figurki zwierząt, wprowadzają nutę nostalgii i humoru.

kicz kontrolowany (3)
kicz kontrolowany (9)
kicz-kontrolowany (8)
kicz kontrolowany (4)
kicz kontrolowany (5)
kicz kontrolowany (10)
kicz kontrolowany (6)

Kontrast i balans. Jednym z kluczowych elementów kontrolowanego kiczu jest umiejętność tworzenia kontrastów. Elegancka, klasyczna sofa może świetnie współgrać

z jaskrawymi poduszkami w stylu pop-art. Złote, barokowe lustro może stanowić ciekawy akcent w minimalistycznym, nowoczesnym wnętrzu. Balansowanie między różnymi stylami

i epokami pozwala na stworzenie unikalnej, eklektycznej przestrzeni.

Dlaczego kontrolowany kicz staje się popularny?

Kicz oznacza wyrazistość. W czasach, gdy wiele wnętrz wygląda podobnie, jesteśmy zmęczeni mieszkaniami urządzonymi według jednego szablonu, kontrolowany kicz pozwala na stworzenie przestrzeni, która jest jedyna w swoim rodzaju i odzwierciedla osobowość właściciela. Elementy kiczu wprowadzają do wnętrz element humoru i lekkości. Po latach dominacji stylu skandynawskiego i minimalizmu kontrolowany kicz oferuje coś zupełnie innego – bogactwo form, kolorów i dekoracji.

Jak wprowadzić kontrolowany kicz do własnego M?

Zacznij od małych kroków. Nie musisz od razu przemeblowywać całego mieszkania. Dodaj kilka kolorowych poduszek, nietypową lampę czy dekoracyjne figurki. Baw sie kolorem - na początek pomaluj jedną ścianę na intensywny kolor lub wprowadź mebel, wyróżniający się na tle innych. Spróbuj mieszać style. Elementy nowoczesne zestawiaj z dodatkami retro. Nie bój się eksperymentować. Jeżeli uznasz, że kontrolowany kicz nie jest dla ciebie, poduszki możesz sprzedać, a szafkę przemalować.

I najważniejsze: kluczem do sukcesu jest balans, unikaj przesady i staraj się, aby każdy przedmiot miał swoje miejsce.

​(urzadzamy.pl)

/ podróże

 wrzesień/październik '25 (26)

Laos
- kraj piękny i nieznany

STANISŁAW BŁASZCZYNA

TEKST I ZDJĘCIA 

laos-fot.-stanislaw-blaszczyna-7-1

       Kiedy słyszę, że Laos uznaje się w ostatnich latach za „najlepszą turystyczną destynację”, albo że ten kraj jest pod względem turystycznym „niedoceniony” to… zaczynam się obawiać, że kiedy zacznie on być „doceniony”, to skończy się to zalewem masowej turystyki, tak jak stało się to z sąsiadami Laosu – Tajlandią, Wietnamem i Kambodżą (graniczącą również z Laosem Birmę odwiedza teraz mniej ludzi ze względu na przejęcie w tym kraju władzy przez juntę – ale dyktatura wojskowa nie jest raczej dobrym sposobem na ukrócenie turystycznej „masówki”, więc akurat w tym przypadku nie ma

z czego się cieszyć). Mnie udało się odwiedzić Laos jeszcze

w czasie, kiedy nie był on tak popularnym kierunkiem podróży, dzięki czemu dość łatwo było mi uniknąć turystycznych pułapek – w wielu miejscach byliśmy z żoną otoczeni jedynie lokalną ludnością, bez większych turystycznych naleciałości. Tak było np. na odbywającym się pod Luang Prabang

– a związanym z Nowym Rokiem – święcie, na które

z okolicznych wiosek przybyli członkowie plemienia Hmong. Wśród tysięcy jego uczestników byliśmy jedynymi, którzy mieli jaśniejszą skórę i – co ważne – czuliśmy się z tym dobrze

i bezpiecznie.

       W samym Luang Prabang – dawnej stolicy kraju i obecnym centrum życia religijnego Laotańczyków – spędziliśmy najwięcej czasu, nie tylko dlatego, że samo miasto okazało się fascynującym miejscem, posiadającym – oprócz interesujących zabytków i wspaniałych świątyń – niesamowitą atmosferę, ale również dlatego, że stanowiło ono dla nas doskonałą bazę wypadową do zwiedzania okolicy, wliczając w to rejs po Mekongu – rzece, która (wraz z monsunem) do dzisiaj wyznacza rytm życia Laosu. W Luang Prabang przeżyłem również z jeden z najbardziej niezwykłych poranków w moim życiu (tak po prawdzie ta moja przygoda zaczęła się jeszcze przed wschodem słońca – opisałem ją zresztą w jednym z rozdziałów mojej książki, więc jeśli ktoś z tym tekstem chce się zapoznać, to można to zrobić TUTAJ).

       Spośród 8 mln. mieszkańców Laosu niemal 3/4 stanowią buddyści, nic więc dziwnego, że religia ta ma przemożny wpływ na charakter tego kraju – zarówno jeśli chodzi o jego mieszkańców, jak i architekturę. (W żadnym innym zakątku Indochin nie widziałem tyle posągów Buddy, co właśnie

w Laosie.) Żeby było ciekawiej w tym kontekście, to nadal – przynajmniej oficjalnie – ustrój Laosu ma podstawy marksistowsko-leninowskie (monopol na władzę ma tutaj partia komunistyczna, która niejako „zaadoptowała buddyzm dla swoich potrzeb), ale na szczęście nie przekłada się to na rządy terroru, a kraj charakteryzuje się chyba największym tempem rozwoju gospodarczego w tym rejonie Azji.
Daleko mi do tego, abym skłaniał się do jakichkolwiek idei komunistycznych, ale kiedy zapoznawałem się z historią Laosu – zwłaszcza ze sposobem, w jaki traktowali ten kraj europejscy kolonialiści (był on przez szereg lat pod „protektoratem” Francji) oraz Amerykanie, (którzy bombardowali niemiłosiernie Laos, zrzucając na niego miliony ton bomb), to wcale się nie dziwię, że ostatecznie tubylcy zorganizowali sobie taki, a nie inny rząd (nawet jeśli było to wspomagane i traktowane przychylnie przez Sowietów).

       Prawdziwy skarb Laosu – a w szerszej perspektywie: świata – to jego fauna i flora. Śródlądowe położenie kraju (jako jedyne państwo Indochin Laos nie ma dostępu do morza) oraz naturalne bariery w postaci rzek i łańcuchów górskich sprawiają, że istnieją tam tereny odcięte od bardziej „ucywilizowanego” świata zewnętrznego, na których środowisko naturalne przetrwało w stanie w zasadzie nienaruszonym. Dzięki temu żyją na nich liczne gatunki roślin

i zwierząt, które są endemiczne (czyli niewystępujące nigdzie indziej na świecie). Górzysta północ kraju pokryta jest lasem tropikalnym, (na szczęście) niezwykle trudno dostępnym, gdzie schronienie znalazły tygrysy, leopardy, niedźwiedzie i słonie. Występuje tam również siedem gatunków gibbona, bardzo rzadkie gatunki jeleniowatych, ponad 700 gatunków ptaków

i inne zwierzęta, coraz bardziej zagrożone wyginięciem. Notabene kilka gatunków odkryto dopiero w ostatnich dziesięcioleciach. Wprawdzie rząd laotański podpisał międzynarodowe porozumienia dotyczące ochrony tych zwierząt, to kłusownicy nadal uprawiają swój proceder i handel zwierzęcymi częściami (wliczając w to tygrysy i niedźwiedzie) ma dość często miejsce, zwłaszcza na obszarach przygranicznych, które trudno kontrolować. Niestety przymyka się na to oko, bo zwierzętami oraz sporządzonymi z nich „lekarstwami” i „cudownymi” miksturami handluje się otwarcie na lokalnych targowiskach.
Całe szczęście jest to mało chwalebny margines, bo Laos – mimo niewielkiej powierzchni – jest niezmiernie ciekawym krajem, który warto poznać. Trzeba jednak robić to w mądry

i bardziej uważny sposób – z całym szacunkiem dla jego bogactwa i zamieszkującej go mozaiki ludów.  ■  

(https://wizjalokalna.wordpress.com/)

Laos, fot. Stanislaw Blaszczyna 1

Chłopcy i Śpiący Budda w stolicy Laosu Vientiane – jeszcze przed pomalowaniem

Laos, fot. Stanislaw Blaszczyna 3

Codzienna poranna procesja po miskę ryżu w Luang Prabang, czyli jałmużna jako rytuał

laos-fot.-stanislaw-blaszczyna-3-1

Posągi Buddy w jednej z 30 świątyń miasteczka Luang Prabang

laos-fot.-stanislaw-blaszczyna-5-1

Nie ma to jak nauka na świeżym powietrzu – i po praniu

laos-fot.-stanislaw-blaszczyna-9-1

Chwila spoczynku na drodze do Wodospadu Kuang Si, bodajże najpiękniejszego w Laosie

laos-fot.-stanislaw-blaszczyna-13

Wystrojone świątecznie dziewczęta rzucają piłeczkę kawalerom, czyli sposób na podryw

Laos, fot. Stanislaw Blaszczyna 2

Ania, żona autora, na malowniczej uliczce w Vientiane

/ savoir-vivre  przy stole

 wrzesień/październik '25 (26)

Savoir-vivre

przy stole

Eleganckie-nakrycie-stolu

najważniejsze zasady dobrych manier

NASTAZJA BLOCH

 

Savoir-vivre od podstaw

Savoir-vivre – ten splot francuskich słów – można rozumieć jako znajomość obyczajów i form towarzyskich oraz jako umiejętność postępowania w życiu i radzenia sobie w różnych trudnych sytuacjach. Choć brzmi bardzo skomplikowanie, zasady są proste. Wystarczy raz nauczyć się dobrych manier, a zostaną one z nami na całe życie. Szczerze do tego wszystkich zachęcamy. W końcu sytuacje wymagające znajomości etykiety zdarzają się każdemu, niezależnie od pochodzenia i miejsca na drabinie społecznej. Jak zatem prawidłowo zachowywać się przy stole? 

- Zwracanie uwagi to nie jest zbyt grzeczne zachowanie. Najlepiej dawać dobry przykład. Siedząc przy stole, nie zakładamy nogi na nogę. Łokcie nie są na stole, gdy jemy. Siedzimy w miarę prosto. Jeśli mamy torebkę, kładziemy ją na kolanach lub między plecami a oparciem. Serwetkę na kolanach kładziemy zaś w taki sposób, by złożona była na pół. Ta strona, która się otwiera, jest skierowana w stronę naszego ciała. Gdy siadamy do stołu, to serwetka powinna być po lewej stronie, albo po środku. Gdy odchodzimy, ale jeszcze inni przy nim siedzą, to serwetkę kładziemy na krześle. Jeżeli wychodzimy, serwetkę kładziemy po prawej stronie – powiedziała ekspertka.

Dania najpierw serwuje się gościom, a dokładniej - pierwsze swoje dania otrzymują kobiety. Gdy już panie dostaną swoje potrawy, serwowane są one mężczyznom. Gospodarz i gospodyni otrzymują swoje dania na końcu. Jeśli w przyjęciu bierze udział gość honorowy, wówczas to on jako pierwszy otrzymuje swoje danie. Jeśli na stole znajdują się już potrawy, które goście dzielą między siebie, gospodyni lub gospodarz częstuje gości, zachęcając do jedzenia, przekazując na siedząco półmisek lub wazę z rąk do rąk.

W takiej sytuacji najlepiej, gdy goście nakładają sobie dania po kolei, bez względu na płeć, by nie opóźniać jedzenia.  W dalszej części spotkania goście mogą samodzielnie częstować się potrawami, które znalazły się na stole. 

Savoir-vivre - używanie sztućców

Intuicyjnie wiemy, jak prawidłowo trzymać sztućce. Gdy sięgamy po nóż i widelec, nóż powinien znaleźć się w naszej prawej ręce,

a widelec w lewej. Osoby leworęczne mogą trzymać sztućce odwrotnie. Nie jest ważne, której strony widelca używamy, wkładając pokarm do ust. Może być to zarówno strona wypukła, jak i wklęsła. Wszystko zależy od tego, co akurat jest jedzone i jak będzie wygodniej unieść konkretny kawałek. O ile kawałek mięsa raczej podniesiemy do ust, kierując wypukłą stronę widelca do góry, o tyle jedząc danie z kapustą, już raczej nałożymy ją tak, by podnieść widelec wklęsłą stroną do góry. Jeśli jemy, używając samego widelca lub samej łyżki, powinno trzymać je w prawej dłoni (lub lewej - dla leworęcznych). 

Bardzo ważna jest jedna zasada – sztućce raz oderwane od stołu nigdy nie dotykają go ponownie. Raz na zawsze zapomnijmy więc

o opieraniu używanych sztućców o talerz, miskę lub spodek w taki sposób, że jedna część dotyka naczynia, a druga stołu. Są dwie ważne zasady dotyczące prawidłowego odkładania sztućców. Gdy kończymy posiłek, odkładamy sztućce tak, by wskazywały godzinę 4:20. Gdy robimy przerwę w posiłku, ale zamierzamy go kontynuować, odkładamy sztućce tak, by wskazywały godzinę 4:40.

Wykałaczki nigdy nie powinny znaleźć się na stole. Po pierwsze, nigdy, pod żadnym pozorem nie czyścimy zębów i nie wyciągamy

z ust resztek, siedząc przy stole. To bardzo nieeleganckie. Po drugie, do oczyszczania przestrzeni międzyzębowych służy nić dentystyczna, a nie kawałek drewna. Majstrowanie wykałaczką przy zębach jest niebezpieczne. To normalne, że podczas posiłku coś może utknąć między zębami. Jeśli tak się stanie, wyjdźmy do łazienki i tam użyjmy nici dentystycznej lub szczoteczki do zębów. Te akcesoria warto mieć zawsze ze sobą. (dziendobry.tvn.pl)

/ pasje  ludzi znanych i nieznanych

 wrzesień/październik '25 (26)

cat
moje pasje

sławnych ludzi pióra

PAULA APANOWICZ

moje pasje - wypieki

Hobby 

Wykazujemy powszechną skłonność do interesowania się kulisami sławy i życiem osobistym uznanych twórców. Odkrywanie ich zwyczajów, pasji i codzienności sprawia, że stają się oni niejako bliżsi zwykłym ludziom. Dziś zapraszamy Was właśnie w taką podróż – po często nietuzinkowych fascynacjach legend władających piórem i maszyną do pisania, zmieniających dzieje światowej literatury.

Wisława Szymborska – świat książek,

drobiazgów i wyklejanek

Polska noblistka, poetka i eseistka prywatnie była osobą ceniącą spokój i unikającą bycia na świeczniku. Autorka wiersza „Kot

w pustym mieszkaniu” zaciekle chroniła własną prywatność, unikając pytań związanych z jej życiem osobistym. Wywiady stresowały

i wprawiały w zakłopotanie Szymborską, która uznawała, że wszystko, co miała do przekazania światu, przelała już na papier.

W związku z powszechnym rozgłosem i zainteresowaniem osobą artystki po otrzymaniu literackiej Nagrody Nobla sytuacja przytłoczyła ją na tyle, że zamknęła się w sobie na długie miesiące

i nie mogła tworzyć. Wisława Szymborska mimo 350 wierszy na koncie była osobą niezwykle skromną, a przy tym słynącą

z błyskotliwego humoru. Jej największą pasją pozostawała literatura, którą nie tylko tworzyła, ale też pochłaniała w mgnieniu oka jako zapalona czytelniczka. Już jako nastolatka czytała „Trylogię” Sienkiewicza czy „Nędzników” Victora Hugo.

Książki i posługiwanie się językiem poezji do opisu otaczającego świata nie były jedynymi zainteresowaniami polskiej noblistki. Szymborską fascynował… kicz. Jak sama mówiła, w kiczu dostrzegała pewną mądrość o świecie. Gromadziła bibeloty, gadżety, pamiątki z podróży, a dla odwiedzających ją gości organizowała „loteryjki”, w których mogli wygrać jeden z drobiazgów zasilających jej bogatą kolekcję. Wisława Szymborska tworzyła też tzw. wyklejanki, które w formie pocztówek wysyłała bliskim osobom. Ponadto interesował ją rysunek. Stworzyła ilustracje do podręcznika służącego nauce języka angielskiego. W wolnych chwilach niemal maniakalnie oglądała seriale telewizyjne. Jej ulubionym pozostawała „Niewolnica Isaura”.

moje pasje - wycinanki
motyl 1

Efekt motyla: Vladimir Nabokov

Był jednym z najważniejszych przedstawicieli rosyjskiej i angielskiej literatury, tworzącym do około 1938 roku w rodzimym języku,

a następnie głównie po angielsku z wyjątkiem kilku tekstów w języku francuskim. Stworzył skandalizującą powieść „Lolita” i wiele utworów odsłaniających jego oryginalny system filozoficzny, podejmujących tematykę przemijalności, estetyki czy istoty samej literatury, na którą spoglądał z dystansem.

 

Vladimir Nabokov był z wykształcenia filologiem, ale nie każdy wie, że przez krótki czas studiował także zoologię. Fascynacja światem zwierząt towarzyszyła mu przez resztę życia. Zajmował się lepidopterologią, czyli badaniem motyli. Niesztampowe zainteresowanie odziedziczył po swoim ojcu, który podczas pobytu

w rosyjskim więzieniu otrzymywał od syna w prezencie właśnie motyle, co stało się przyczyną pokoleniowej pasji.

 

Nabokov nie tylko interesował się motylami, ale również miał na swoim koncie kilka naukowych odkryć. Pracował w harvardzkim muzeum, był ponadto autorem specjalistycznych artykułów dotyczących modraszków. W wolnym czasie lubił także układać zadania szachowe.

Emily Dickinson – najbardziej tajemnicza poetka świata

Życie Emily Dickinson owiewa aura tajemnicy. Amerykańską poetkę nazywa się nawet „pustelnicą z Amherst”. Artystka izolowała się bowiem od świata zewnętrznego, stopniowo wycofując z życia społecznego. Prawie nie wychodziła z domu i nie opuszczała rodzinnego miasteczka Amherst, w ostatnim okresie życia zamykając się w swoim pokoju i kontaktując z siostrą poprzez listy wsuwane przez szparę pod drzwiami.

 

Dickinson była twórczynią przełamującą konwenanse. Jej utwory pozostawały rewolucyjne, często podejmowały kontrowersyjną jak na czasy, w których żyła poetka, tematykę śmierci, samobójstwa, wewnętrznego cierpienia. Autorka niejednokrotnie opisywała w nich własne stany emocjonalne lub zmaganie się z widmem depresji. Co niezwykłe, jako codzienna introwertyczka dawała upust swej uczuciowości i przemyśleniom jedynie na papierze. W listach z bliskimi

i zaprzyjaźnionym krytykiem Thomasem Wentworthem Higginsonem odsłaniała swoją prawdziwą twarz.

 

Mimo skomplikowanej natury i problemów na gruncie relacji społecznych poetka miała pewną interesującą pasję. W rodzinnym domu, z którego niemal nie wychylała nosa, lubiła… piec. Słynęła

z wyrobów cukierniczych, jak aromatyczne bułeczki czy ciastka, które czasami spuszczała w koszu przez okno, aby poczęstować przechodzące pod domem dzieci.

moje pasje - wypieki
moje pasje - ogrody

Matka „Ani z Zielonego Wzgórza” i jej ogród

Podobnie losy kanadyjskiej pisarki Lucy Maud Montgomery nie należały do bajkowych. Mimo literackiego sukcesu za sprawą serii książek opowiadających o przygodach rudowłosej sierotki Ani Shirley autorka przez całe życie była nieszczęśliwa i bardzo samotna. Na chwilę przed śmiercią wyznała: „Moje życie było piekłem, piekłem, piekłem”.

 

Wielu z nas mogłoby pomyśleć: „miała wszystko”. Przecież zrobiła karierę jako pisarka w czasach, kiedy branżę zdominowali mężczyźni reagujący agresją na przejawy kobiecej niezależności… Ale Lucy Maud Montgomery od początku mierzyła wysoko, natomiast seria powieści

o losach Ani zaszufladkowała ją jako twórczynię książek dla młodzieży

i kobiet. W pewnym momencie znienawidziła stworzoną przez siebie bohaterkę. Do tego dochodziła nieczułość i choroba psychiczna męża-pastora, który nie wspierał żony w karierze literackiej. Wymagał, aby

w pierwszej kolejności wypełniała obowiązki pani domu, łaskawie pozwalając, aby dopiero po wszystkim zajęła się snuciem historii na papierze.

Trudne momenty umilały Lucy listy wymieniane z małym gronem korespondencyjnych przyjaciół. Były to jedne z nielicznych chwil,

w których zagłuszała własną samotność i mogła pozwolić na wylanie się emocji. Jej pasją pozostawało również ogrodnictwo. W cieniu zielonych drzew, pośród róż kwitnących w domowym ogrodzie zapominała o codziennych bolączkach, jednocząc się z naturą. Pełne zachwytu opisy przyrody stały się zresztą jednym z wyznaczników jej stylu.

Witold Gombrowicz

i jego „Kurs filozofii w sześć godzin i kwadrans”

Demaskator, specjalista od „masek”, wnikliwy obserwator społecznych mechanizmów piszący o absurdach egzystencji – Witold Gombrowicz to jeden z najwybitniejszych twórców w dziejach polskiej literatury, który począwszy od debiutu „Pamiętnik z okresu dojrzewania”, odsłonił własny geniusz oraz zabawę językiem. Prowadząc nas przez meandry neologizmów, jak „synczyzna”, „upupienie” czy legendarne „robienie gęby”, rozebrał świat i ludzkość na czynniki pierwsze. Bez „Ferdydurke”, „Kosmosu”, „Trans-Atlantyku” czy jego dramatów świat literatury nie byłby taki sam.

 

Gombrowicz nie tylko tworzył, ale też chłonął ze świata znaków i słów. Zaczytywał się w Szekspirze i dziełach Thomasa Manna. Jego wielką pasją była filozofia. Zastanawiał się: „Ale czym jest filozofia? Żaden system filozoficzny nie trwa długo. Dla mnie jednak filozofia ma tę oto najwyższą wartość, że porządkuje świat w ramach pewnej wizji”.

I dodawał: „Zawsze uważałem, że filozofia nie powinna być dyscypliną czysto intelektualną, lecz czymś, co wychodzi od naszej wrażliwości”.

 

Mistrzami Witolda Gombrowicza byli Michel de Montaigne, Arthur Schopenhauer, Friedrich Nietzsche (z wyłączeniem jego koncepcji nadczłowieka, której pisarz wprost nie znosił). Cenił też Jeana-Paula Sartre’a. Gombrowiczowskiej wizji świata najbliżej było do egzystencjalizmu. Podkreślał jednak, że utożsamia się z systemami odrzucającymi abstrakcję, wchodzącymi w bezpośredni kontakt

z życiem. U progu życia mistrz wygłosił trzynaście wykładów z filozofii dla partnerki Rity Gombrowicz, Dominika de Roux i ukochanego czworonoga Psiny, które po latach zebrano w zbiór „Kurs filozofii

w sześć godzin i kwadrans”.

-witold-gombrowicz-ja
image

Jane Austen – od fascynacji światem elity do piwowarstwa

XVIII-wieczna pisarka w swoich pełnych ironii oraz dowcipu powieściach doskonale odzwierciedlała realia epoki. Choć większość życia spędziła w wiejskim domku, z wielkim realizmem opisywała codzienność „wyższych sfer” wraz z rządzącymi elitą konwenansami. Było to owocem jej wnikliwej obserwacji podczas wizyt u krewnych

w Londynie czy Paryżu. Przy każdej sposobności autorka „Rozważnej

i romantycznej” z wielkim zainteresowaniem i fascynacją odwiedzała salony.

 

W wolnym czasie chłonęła także świat sztuki. Uwielbiała wizyty

w teatrach, zresztą w aktorstwo bawiła się od najmłodszych lat, przemieniając wraz z rodzeństwem gospodę rodziców w amatorski teatr do dziecięcych zabaw.

 

Co ciekawe, Jane Austen była też wielką fanką piwa świerkowego

i prawdziwą specjalistką od warzenia tego trunku. Było to niskoalkoholowe piwo, w wielu domach rutynowo podawane do posiłków, stanowiące w zasadzie odpowiednik dzisiejszej wody mineralnej. Taki napój był zwyczajnie bezpieczniejszy od często skażonej wody sprzyjającej groźnym infekcjom. Piwo świerkowe znalazło swoje stałe miejsce nie tylko w domu Jane, ale również jej powieści „Emma”, na której kartach zostaje wspomniane.

Ernest Hemingway

– kociarz, obieżyświat, pięściarz i… cukiernik

O tym, że autor „Komu bije dzwon” oraz „Stary człowiek i morze” był zapalonym wędkarzem, wiedzą chyba wszyscy. Ale być może mniej znaną ciekawostką jest fakt, że pozostawał też… wielkim miłośnikiem kotów! Pierwszego kota podarował amerykańskiemu nobliście kapitan Stanley Dexter, kompan od trunków Hemingwaya z tawerny Sloppy Joe. O kotach mówił, że są „zupełnie szczere emocjonalnie”. Mruczki towarzyszyły mu niemal na każdym kroku, wspierając przy pracy. To tylko potwierdza niezwykle bliską więź pisarza z tymi czworonogami.

 

Niestety Hemingway nie miał już w sobie tyle miłości do innych zwierząt. Jego wielką pasją było bowiem polowanie, przy czym na ofiary wybierał nawet… niedźwiedzie grizzly! Bardzo lubił też podróżować, dzięki czemu powstały obszerne reportaże, odwiedził Europę, Zatokę Meksykańską, Chiny i Afrykę. Wiele radości sprawiało mu pływanie po Karaibach własną łodzią „Pilar”.

 

Niewielu twórców wiodło tak barwne losy i żyło z pasją jak Ernest Hemingway. Jako pisarz, dziennikarz, zapalony podróżnik i weteran wojenny nieustannie znajdował czas na kolejne hobby. W wolnym czasie uprawiał boks. Ale poza stereotypowo męską pasją z zamiłowaniem zaglądał również do kuchni. Uwielbiał piec ciasta – stworzył nawet autorski przepis na szarlotkę.      (presto.pl)

cat

/ psychologia

wrzesień/październik '25 (26)
stres

Gdy dzieci tracą nadzieję na szczęście, mogą szukać go

w sektach... 

ALINA GUTEK

Nastolatki pozbawione akceptacji mogą szukać jej w sektach i subkulturach. O tym, jak rozpoznać symptomy uwikłania w zagrażające środowiska, ale przede wszystkim, jak temu zapobiegać, mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Alina Gutek: Co jakiś czas słyszymy o kolejnej sekcie, która pod pozorem ruchu religijnego, sportowego, a nawet terapeutycznego uwodzi nie tylko dorosłych. Co atrakcyjnego jest w tych grupach, że przyciągają nastolatków?
Wojciech Eichelberger: Jak wiadomo, nastolatki przechodzą przez fazę buntu skierowanego przeciwko rodzicom. Jest on najczęściej związany z nadmiarem kontroli ze strony opiekunów i z właściwą dla dojrzewania potrzebą oddzielenia się od rodzicielskich wzorców i narzucanych przez nich projektów dotyczących przyszłości dorastających dzieci. Ale krytyczne nastawienie nastolatków z reguły rozlewa się także poza granice sytemu rodzinnego, kierując się przeciwko obowiązującej w danej społeczności obyczajowości i wartościom, których produktem i wyrazicielami są rodzice. Stąd atrakcyjność wszelkich propozycji kwestionujących wartości i obyczaje głównego nurtu świata dorosłych. A przecież to właśnie robią subkultury i sekty manifestujące swoją odrębność także poprzez hermetyczny język, estetykę, modę i buntowniczą obyczajowość. Jest ich tym więcej, im gorzej – z punktu widzenia młodych – dzieje się w społeczności dorosłych.

Jedną z cech sekt i zarazem magnesem przyciągającym do nich młodych jest silny, charyzmatyczny przywódca, ktoś, kto budzi podziw, ale kto umie też manipulować. Jak tłumaczyć fakt, że nastolatek ucieka od opresyjnych dorosłych do innych opresyjnych ludzi?
Niewątpliwie żyjemy w czasach chaosu i upadku tradycyjnych zasad, wartości, obyczajów i instytucji, w klimacie postprawdy, postprzyzwoitości i postodpowiedzialności. W świecie informacyjnych baniek, fejków, podziałów, bezwzględnej konkurencji, nienawiści, polaryzacji, kryzysu tradycyjnej rodziny i osamotnienia. A młodzi, dorastający ludzie mają genetyczną potrzebę wiarygodnych autorytetów i silnych, pozytywnych przywódców, jasnego i spójnego systemu wartości i obyczajowości. To daje im elementarne poczucie sensu i bezpieczeństwa.

To paradoks, że młodzi, burząc porządki, szukają porządku.
Z ich punktu widzenia już nie muszą niczego burzyć. Urodzili się bowiem w świecie, który jest w totalnym kryzysie. A to jedynie nasila ich wrodzoną potrzebę życia w społeczności, która się integruje i solidarnie współpracuje w imię nadrzędnych wartości i celów. Dlatego alternatywne subkultury są dla nich azylem, upragnioną grupą odniesienia – wręcz zastępczą rodziną uwalniającą ich, przynajmniej czasowo, od bólu osamotnienia, bycia niezrozumianymi i nieadekwatnymi.

Wydawało się, że potrzebę kontaktów zaspokoją w jakimś stopniu media społecznościowe.
W założeniu tak zapewne miało być. Media społecznościowe miały ułatwiać ludziom odnalezienie właściwej dla nich grupy odniesienia. Niestety, kompletnie w tej sprawie zawiodły. Nieuchronnie stały się bowiem krzywym zwierciadłem dominujących trendów naszej zachodniej kultury, czyli narzędziem propagowania chaosu wartości i norm obyczajowych, zaniku więzi międzyludzkich, hejtu, lansu, rywalizacji i nadkonsumpcji. Dlatego młodzi zbuntowani ludzie albo tworzą realne, bezpośrednio kontaktujące się alternatywne grupy i środowiska, oparte na szacunku, porozumieniu, wspólnocie celów i wartości, albo często na ślepo wciągają się w już istniejące o niepewnej i niesprawdzonej proweniencji.

Sekty i subkultury odwołują się często do samodoskonalenia, pracy nad sobą, propagują pozornie szlachetne idee. Ten mechanizm został pokazany w wielu filmach, między innymi w filmie „Club Zero”. Widzimy w nim, że nawet dobrą ideę, jak zdrowe żywienie, można wypaczyć miękkim wymuszaniem posłuszeństwa przez charyzmatyczną nauczycielkę. Skąd się bierze u młodych potrzeba, żeby w to wchodzić?
Z deficytów rodzicielskich. Bo rodzice nie są już dla młodych autorytetami. Dotyczy to w szczególności ojców. Zapewne większość zapracowanych i (lub) niedojrzałych ojców nie zna swoich dzieci, a dzieci nie znają swoich ojców. Bo niestety dla większości ludzi na świecie najważniejsze stało się posiadanie dużej liczby dóbr i rzeczy, a także popularności. Atrakcyjność sekt i subkultur bierze się

w tej sytuacji stąd, że oferują młodym kulturową alternatywę, jaką jest obietnica wewnętrznego doskonalenia, misję ulepszania świata, bliskich i prawdziwych związków z ludźmi, a także życia we wspólnocie.

Pytanie: „Co atrakcyjnego jest w sektach, że nastolatki do nich uciekają?” można odwrócić: „Co nieatrakcyjnego jest w rodzinie, szkole?”.
Zjawisko ucieczki w sekty i subkultury diagnozuje wiele złych stron świata dorosłych. My, dorośli, nie chcemy zobaczyć oczywistości, że zachowanie dzieci jest adekwatną reakcją nie tylko na to, co się dzieje w systemie rodzinnym, lecz także w szkole,

w mediach, w Internecie, w życiu politycznym i społecznym. Dzieci na to wszystko patrzą i stopniowo tracą nadzieję na szczęście,

a w konsekwencji odechciewa im się w takim świecie żyć. Powszechnie „ratują się” używkami, część wpada w depresję, inni wstępują do sekt, jeszcze inni organizują się w buntownicze grupy, a najbardziej zdesperowani – niestety coraz liczniejsi – nawet próbują odebrać sobie życie.

Dzieciom często brakuje poczucia, że są ważne dla rodziców, same z siebie, nie z powodu ocen, zachowania. A w subkulturach ktoś je akceptuje już na wstępie.
Żeby dzieci czuły się ważne, rodzice muszą mieć dla nich czas, uwagę i radosną ochotę na częste przebywanie z nimi. To coś więcej niż akceptacja. Jeśli dzieci zdradzają objawy jakiejś patologii, to znaczy, że system rodzinny i społeczny jest w pewnej mierze patologiczny. Więc jako rodzice nie zachowujmy się tak, jak wielu politycznych decydentów, którzy w obliczu epidemii depresji wśród dzieci koncentrują się na budowaniu dziecięcych szpitali psychiatrycznych. Podczas gdy rozwiązanie problemu depresji wymaga zmian systemowych, edukacyjnych, zmiany wartości propagowanych przez popularne media. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy

i zabrać się do tego, bo inaczej nie nadążymy z budowaniem szpitali.

To jednak długotrwały proces, a reagować trzeba natychmiast.
Ale jeżeli nie wprowadzimy tych zmian, to patologiczne zjawiska będą się nasilać. Opuszczone dziecko będzie sobie radzić tak, jak potrafi, i coraz częściej szukać dla siebie „zastępczej rodziny”.

Jakie są pierwsze tego symptomy?
Pierwszy symptom to izolowanie się. Dziecko stopniowo znika z pola widzenia rodziców, staje się dziwnie spokojne i grzeczne. To objawy rezygnacji, utraty nadziei na to, że w środowisku rodzinnym, szkolnym dostanie to, czego potrzebuje. Przestaje się już upominać, by razem z rodzicami spędzić fajny czas i zamyka się w swoim pokoju. Rodzice są wtedy często zadowoleni, że dziecko nie zawraca im głowy. A ono odpływa. Czasem dosłownie – szuka okruchów ukojenia w narkotykach, używkach. Co robi wtedy system? Ściga dzieci za to, że posiadają więcej niż parę gramów marihuany. A w takiej sytuacji trzeba przede wszystkim zastanowić się nad tym, dlaczego do tego ciągną, czego im brakuje, jakie sfrustrowane potrzeby w ten sposób zaspokajają. I wtedy łatwo dojść do bardzo przykrego, ale cennego wniosku, że system, w którym żyjemy, staje się coraz mniej ludzki, bo coraz gorzej odpowiada na ważne i naturalne potrzeby naszych dzieci.

Jak rodzice odpuszczą dociekanie, dlaczego dziecko się wycofuje, to potem może okazać się za późno na pomoc?
To możliwe. Ale z drugiej strony rodzice muszą bardzo uważać, by za wcześnie nie uznać, że jest za późno. To może być niebezpieczna pokusa służąca uspokojeniu rodzicielskich sumień i zwolnieniu się z konieczności pracy nad poprawianiem relacji z dzieckiem. Łatwiej wysłać je pod opiekę specjalistów, poddać psychoterapii lub ograniczyć naszą rodzicielską troskliwą obecność do troski

o regularne podawanie leków. Nader często są to decyzje przedwczesne.

Psychoterapia może być przedwczesna?
Tak – jeśli służy ucieczce od odpowiedzialności za reformę własnego sposobu postępowania wobec dziecka. Ale jeśli już psychoterapia, to rodzinna: mamy i taty też, a nie wysyłanie „popsutego” dziecka do naprawy przez specjalistów. Gdy samo dziecko jest wysyłane na terapię, to w istocie zostaje przez dorosłych wrobione w rolę kozła ofiarnego niewydolnej rodziny, dźwigającego ogromny ciężar nie swoich grzechów. W mojej pracy z dorosłymi pomagam ich dzieciom znacznie skuteczniej, niż gdybym zajmował się bezpośrednio dziećmi.

A co robić, jak już mleko się rozlało, czyli gdy wiemy na pewno, że dziecko uwikłało się w sektę? Jak je stamtąd wyciągnąć, radykalnie odciąć od tego środowiska?
Jeśli nastoletnie dziecko, zaangażowane w jakąś hermetyczną młodzieżową alternatywę lub prowadzoną przez dorosłych zamkniętą społeczność, całkowicie odcięło kontakty z rodziną, to może być zagrożone jakąś formą psychomanipulacji lub nawet przemocy. Wtedy oczywiście, używając rodzicielskich uprawnień, trzeba interweniować: na przykład dotrzeć do tych, którzy pełnią jakieś ważne funkcje w tych środowiskach, i odzyskać kontakt z dzieckiem. A potem zdobyć się na szczerą rozmowę o tym, czego mu zabrakło w rodzinie, co skłoniło do zerwania kontaktu – pamiętając, że radykalne dewaluowanie jego wyboru, zakaz dalszych kontaktów z tym środowiskiem, kary itp. mogą być w oczach dziecka potwierdzeniem słuszności jego decyzji.

Wyrwanie go z takiej grupy to jeszcze nie sukces?
To tylko początek drogi do odzyskania dziecka, to działanie doraźne i objawowe. Jeśli wcześniej nie mieliśmy czasu na budowanie poczucia wartości dziecka poprzez poświęcanie mu czasu i uwagi, a w sytuacji awaryjnej ograniczymy się do ataku, dewaluacji

i zakazów, to dodatkowo będziemy je krzywdzić.

Najlepiej oczywiście zapobiegać takim sytuacjom. Co mogą robić rodzice, żeby dla dzieci takie środowiska nie były atrakcyjne?
Nie powiem nic nowego ani oryginalnego: rozmawiać, spędzać czas z dzieckiem, akceptować takim, jakie jest, kochać bezwarunkowo. Jeśli już wylądowało w sekcie, to pytać, dlaczego. I bić się we własne piersi: „Domyślam się, że poświęcasz dużo czasu tej grupie, bo brakuje ci naszej uwagi i spędzania razem czasu. Porozmawiajmy o tym, co możemy poprawić, zmienić”. W życiu społecznym winni wykroczeń nie są zarazem prokuratorami i sędziami we własnej sprawie. Trzeba nam, rodzicom, więcej pokory

i zdolności do przyznawania się do błędów.

Wydaje mi się, że jedną z przyczyn ucieczek z domu jest to, że rodzice śrubują wymagania i nie akceptują dzieci takimi, jakie są. Więc one w odruchu samoocalenia szukają środowisk, gdzie czują się akceptowane i chciane.
Właśnie tak. Do sekt religijnych i parareligijnych trafiają najczęściej dzieci odrzucone przez rodziców, często te z domów dziecka. Sekty wykorzystują ich trudną sytuację emocjonalną, otaczając je opieką i troską. To na krótką metę może je ratować przed depresją lub zejściem na złą drogę. Z czasem jednak może je też całkowicie emocjonalnie uzależnić, co sprawia, że mogą stać się łatwą ofiarą manipulacji i (lub) przemocy, co z kolei odcina im drogę do niezależności i zaufania we własne możliwości, czyli tego, co najważniejsze w samodzielnym dorosłym życiu.

Trzeba być czujnym, gdy dziecko zbyt mocno się w coś angażuje, zbyt chętnie i często znika nam z horyzontu?
Na początku spokojnie się temu przyglądać i rozmawiać. Bo może się okazać, że warto z takiego zaangażowania się ucieszyć jako

z okazji do usamodzielniania się dziecka. Nie reagować nadmiarowo, nie siać paniki, nie wprowadzać aresztu domowego i kontroli na każdym kroku, bo wtedy nastolatek na pewno znajdzie sposób na bardziej skuteczną konspirację. Lepiej na początku postawić na negocjacje, na szukanie kompromisu, żeby niechcący całkowicie nie zniechęcić go do stawiania pierwszych kroków w kierunku samostanowienia.

Na pewno jednak powinniśmy zaciekawiać się tym, co dziecko robi, czym się fascynuje.
To prawda. Ale poza tym trzeba budować z dzieckiem więź, przedstawiać mu propozycje wspólnych działań, rozmawiać z nim. Bunt nastolatka nie jest niczym złym, wręcz przeciwnie – jest w istocie potrzebny do rozwoju, choć z reguły jest przykry i trudny dla rodziców. Zbuntowane dorastające dziecko domaga się od nas szacunku dla jego indywidualności i odrębności. To ważne potrzeby, które także w interesie przyszłej relacji z dorosłym już dzieckiem trzeba respektować.

Dzieci uciekają w subkultury nie tylko z domów, gdzie się je trzyma krótko, ale i z takich, gdzie im wszystko wolno, gdzie nie mają żadnych granic.
Wychowanie w stylu „wszystko wolno” tylko z pozoru jest rajem. Dzieci potrzebują rodziców wyrazistych i spójnych. Wtedy czują się bardziej bezpieczne, bo nie są przedwcześnie skazane na egzystencjalne wybory i dostają coś, od czego w okresie buntu mogą się odbić.

Uznajemy za porażkę, że dziecko wybiera innych ludzi, nie nas.
Niebezpiecznym złudzeniem wielu rodziców jest uznawanie siebie za najlepsze towarzystwo i środowisko dla ich dzieci. Dorastające dziecko potrzebuje różnorodności doświadczeń, wielu źródeł inspiracji, bo chce żyć po swojemu, a nie być jedynie kopią swoich rodziców.   
 (zwierciadlo.pl)

/ psychologia

wrzesień/październik '25 (26)
zorganizowany plecak szkolny

Uczył dzieci, które trafiły na Harvard

i Princeton. 

Marzenia o Harvardzie, Princeton czy Stanfordzie wymagają nie tylko talentu i wysiłku nastolatków, ale też świadomych decyzji rodziców. Theo Wolf, mentor młodych talentów, zauważa, że nawet przy najlepszych intencjach łatwo popełnić trzy powtarzające się błędy, które mogą wiele kosztować całą rodzinę.

Jakiś czas temu przyglądaliśmy się nietypowym decyzjom rodziców dzieci, które dostały się na Harvard, Princeton czy Stanford. Teraz idziemy o krok dalej. Theo Wolf, edukator i mentor młodych talentów, który przez ponad dekadę pracował z setkami ambitnych nastolatków marzących o studiach na najbardziej prestiżowych uczelniach, pokazuje, które działania, choć początkowo wydawały się słuszne, najczęściej okazują się błędami i odbijają się na całej rodzinie.

W rozmowach z rodzicami swoich podopiecznych ekspert zauważył, że obok dumy często pojawia się... żal. Choć wielu rodziców zrobiło wszystko, by zapewnić dzieciom najlepszy start, dziś – patrząc wstecz – przyznają, że pewne decyzje podjęliby inaczej. Oto trzy najczęstsze błędy, których, jak przyznają, woleliby uniknąć.

1. Namawianie dzieci do zbyt wymagającego planu zajęć

Ambicja potrafi być zdradliwa. W środowisku, w którym „więcej” często znaczy „lepiej”, łatwo wpaść w pułapkę przeładowanego planu lekcji. Jak zauważa specjalista, wielu rodziców naciska na to, by ich dzieci brały dodatkowe kursy, wierząc, że to klucz do wymarzonych studiów. Dopiero później dostrzegają, że nadmiar obowiązków był źródłem niepotrzebnego stresu. W praktyce wielu nastolatków po zakończeniu roku szkolnego przyznawało się Wolfowi do tego, że robili to nie z pasji, lecz ze strachu przed odrzuceniem przez najlepsze uczelnie.

Konsekwencje? Przewlekły stres, niedobór snu i problemy ze zdrowiem psychicznym. „Mając wybór między kilkoma dodatkowymi zajęciami a kilkoma dodatkowymi godzinami snu, wybierz to drugie” – podkreśla Wolf.

2. Ciągłe kłótnie o odrabianie lekcji

Wolf zwraca uwagę, że do momentu ukończenia szkoły średniej rodzic spędza z dzieckiem około 95% całego wspólnego życia. „Życie jest zbyt krótkie, by tracić je na kłótnie o pracę domową” – pisze.

Rodzice, którzy wyręczają dzieci w pilnowaniu obowiązków, hamują ich rozwój samodzielności i umiejętności organizacyjnych. Co więcej, napięcia związane z nauką potrafią nadwyrężyć relacje rodzinne. „Dom powinien być oazą, miejscem, w którym uczeń może się odprężyć i poczuć bezpiecznie” – podkreśla ekspert.

3. Nadmierne skupienie się na jednej uczelni

Dla wielu rodzin droga do Harvardu czy Princeton staje się celem absolutnym. Problem w tym, że przesadne skupienie się na dostaniu się do jednej wymarzonej szkoły, według Wolfa, to „przepis na porażkę”. Nawet jeśli dziecko zostanie przyjęte, szybko może się okazać, że prestiż nie jest wart poniesionych kosztów – zarówno finansowych, jak i emocjonalnych. „Zbyt duże zaangażowanie

w wynik, na który mamy jedynie marginalny wpływ, może prowadzić do stresu i rozczarowania” – ostrzega edukator.

Co więcej, absolwenci często dochodzą do wniosku, że wybór „topowej uczelni” wcale nie był najlepszy. Jedna z jego byłych podopiecznych, która dostała się na swój wymarzony uniwersytet, przyznała później, że powinna była wybrać lokalny koledż, gdzie program biznesowy był w zasadzie na tym samym poziomie – za ułamek ceny. „Wszyscy jej znajomi zdobywali tam te same umiejętności, a ich rodzice płacili za czesne dziesiątki tysięcy dolarów mniej” – wspomina Wolf.

Zdaniem eksperta, warto od początku zastanowić się, czy nie nakładamy na dziecko zbyt dużej presji w i tak wymagającym czasie jego życia. „Szkoła potrafi być trudna sama w sobie, a dodatkowe obciążenia mogą odbić się nie tylko na jego zdrowiu psychicznym, ale też na waszej relacji” – zaznacza edukator. Jak podkreśla, często rodzice później żałują, że robili zbyt wielki problem z drobnych spraw. Lepiej więc pomyśleć o tym wcześniej, zanim będzie za późno. Czasem to, co dziś wydaje się pilne, w ostatecznym rozrachunku wcale nie ma aż takiego wielkiego znaczenia.     (Artykuł opracowany na podstawie: T. Wolff, „I’ve coached kids who got into Harvard, Stanford and Princeton—3 things their parents regret the most”, cnbc.com) (zwierciadlo.pl)

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page