top of page
Child In Fun Costume
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka
Dzień
Dziecka

pakamera.polonia      czerwiec '23 (10)

SPIS TREŚCI

Od redakcji

Dzień Dziecka jest tradycją powstałą w latach 50. XX wieku. W 1954 roku święto to zostało oficjalnie ustanowione przez Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych, co miało służyć promowaniu ideałów związanych z prawami dzieci, zapisanymi

w Karcie Narodów Zjednoczonych (Dziecko też człowiek). W Polsce

i wśród nas to jedna z ważniejszych tradycji, którą nasi przodkowie zaczęli obchodzić już w 1950 roku, a więc jeszcze przed oficjalnym światowym orzeczeniem.  Obyczaj kultywowany od pokoleń, zawsze wiąże się ze składaniem życzeń. Większość rodziców doskonale wie, co sprawi radość małym pociechom. Sprawa "życzeniowa" nieco się  komplikuje, gdy nasze dzieci są już  dorosłe. Mamy ten sam problem... Czego życzyć nam wszystkim, wszak każdy z nas jest lub był dzieckiem, w każdym z nas nadal tkwi odrobina dziecięcego szaleństwa, buntu, poszukiwań... I niech tak zostanie!

Nie przestawaj marzyć, uśmiechać się do wszystkiego wokół, mimo że życie nie zawsze bywa kolorowe!   A poza tym - radości w domu, lodów co niedzielę i najlepszych na świecie przyjaciół.
Wszystkiego wspaniałego z okazji Święta Dziecka! Tego życzymy małym, dużym i całkiem dorosłym dzieciom!

redakcja

prawie jednym zdaniem...

czerwiec 2023

Japonia to obecnie jedyne cesarstwo na świecie. Tym samym Naruhito (126. cesarz Japonii) to jedyny cesarz na świecie sprawujący władzę od 1 maja 2019 roku. 

Sahara to największa gorąca pustynia na świecie. Jednak zaledwie 15 procent jej terenu pokrywa piasek.

Musisz być uważny wysyłając list na angielskiej poczcie. Jeśli zakupisz znaczek z wizerunkiem królowy Elżbiety II i przypadkowo nakleisz go do góry nogami, władze mogą Cię uznać za zdrajcę.

W Wielkiej Brytanii na świat przyszło dziecko z materiałem genetycznym pochodzącym od trzech osób. Wszystko dzięki metodzie znanej jako mitochondrialna terapia zastępcza (MDT). Technika ta jest próbą zapobieżenia narodzinom dzieci z wyniszczającymi chorobami mitochondrialnymi.

​Od kilku lat na świecie stosowana jest eksperymentalna technika,  pozwalająca  na  połączenie  DNA trzech osób w jednym zarodku. Dzięki niej nowo narodzone dzieci mogą uniknąć rzadkich chorób genetycznych. Teraz organ kontrolujący wszystkie kliniki w Wielkiej Brytanii oferujące zapłodnienie in vitro - Human Fertilization and Embryology Authority (HFEA) – potwierdził narodziny „mniej niż pięciorga dzieci”, które posiadają w sobie kod genetyczny pochodzący od trzech osób. Ze względu na ochronę tożsamości rodzin, władze nie podały większej ilości szczegółów.

Zespół lekarzy z Bostonu z powodzeniem przeprowadził nowatorską operację mózgu płodu w łonie matki. Chirurdzy zdecydowali się na interwencję w celu leczenia rzadkiej choroby znanej jako malformacja żyły Galena. To pierwsza tego typu operacja na świecie. Sukces amerykańskich lekarzy daje nową nadzieję na leczenie dzieci z ciężkimi wadami rozwojowymi.

Najdłuższa ulewa w historii naszej planety rozpoczęła się około 200 mln lat po jej uformowaniu i trwała mniej więcej 750 mln lat, dając ­początek wszystkim istniejącym ­­dziś oceanom.

W tym roku 40. urodziny obchodził Młodzieżowy Klub Sportowy „Parasol”. Jednym z założycieli Klubu Parasola Wrocław jest trener Jan Słaby, który w momencie powstania klubu miał już 54 lata, a treningi prowadził do 91. roku życia, stając się najstarszym polskim szkoleniowcem.

Wedle ludowych wierzeń ­pająk krzyżak jest doskonałym pomocnikiem w przepowiadaniu pogody. Jego ospałość zwiastuje słotę, a ruchliwość ­podczas deszczu – rozpogodzenie.

 

Niebywałą pamiątką z Jałty jest papierowy rubel z autografami trzech mężów stanu: Stalina, Roosevelta i Churchilla. Właściciel rubla - osobisty doradca Roosevelta, H.L. Hopkins zdobył te podpisy przez zaskoczenie, podczas przerwy w obradach

w Jałcie. Miała to być pamiątka dla jego dziesięcioletniego syna.  W 1981 roku banknot z autografami został wystawiony na aukcji

w Nowym Jorku, gdzie ustalono jego cenę na 1000 dolarów. Nabył go Amerykanin Ch. Faya ze stanu Minnesota.

​Krewetki mają mózgi w głowie. Podobnie jak żołądki, serca­

i wątrobotrzustki, a nawet ­gonady, czyli gruczoły płciowe.

 

Jeśli zwiedzanie miasta w weekend brzmi jak ciekawe wyzwanie, może warto spróbować przejść cały kraj w ciągu 1 dnia? Niewielki, ale niezwykle piękny Liechtenstein rozciąga się jedyne 25 km z północy na południe i zaledwie 4 km ze wschodu na zachód. Dlatego bez względu  na  wybrany  kierunek,  można  przejść cały kraj w mniej niż 1 dzień. Jest jednak mały haczyk – ponieważ kraj ten położony jest w samym sercu Alp, podczas wędrówki napotyka się dość znaczne różnice wysokości terenu. Mimo wszystko - warto!

Mieszkańcy tureckiej wioski Kuşköy korzystają z niezwykle rzadkiego gwizdanego języka zwanego „ptasim językiem”. Pomimo swojej nazwy, nie jest on używany do komunikacji z ptakami, a do porozumiewania się między sobą, ponieważ mieszkańcy wioski rozsiani są po górzystym terenie. Komunikaty mogą być naprawdę skomplikowane, zupełnie jak w ludzkim języku, a wysokie dźwięki to genialny sposób na komunikowanie się na dużych dystansach. Ta wielowiekowa tradycja znalazła się nawet na liście niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO 2017.

Botwinka - pyszna i uniwersalna - to zbiór cennych właściwości dla naszego zdrowia.  Jest doskonałym źródłem składników odżywczych, w tym witaminy A i witaminy C oraz błonnika. Zawiera również betacyjany, które mogą pomóc obniżyć ciśnienie krwi i poprawić wyniki sportowe. Jest pyszna, uniwersalna

i niskokaloryczna.

Przy północno-wschodnim wybrzeżu Australii znajduje się największa na świecie Wielka Rafa Koralowa, będąca jednocześnie największym ekosystemem na świecie. Złożona

z prawie 2500 pojedynczych raf jest widoczna z kosmosu.

W 1935 roku pisarz o imieniu Dudley Nichols odmówił przyjęcia Oscara za film The Informer, ponieważ gildia pisarzy strajkowała przeciwko studiom filmowym.

W 1970 roku George C. Scott odmówił Oscara dla najlepszego aktora. W 1972 roku Marlon Brando odmówił Oscara za rolę w The Godfather.

 

Niewidomy kameleon wciąż może dostosować się do kolorów swojego otoczenia. Sposób, w jaki zmienia barwy, wynika z jego specjalnych komórek, a nie wzroku.

Hetty Green jest uznawana za symbol skąpstwa. Odziedziczyła ona majątek w gotówce i papierach wartościowych o wartości 7,5 mln dolarów (około 115 mln USD w roku 2022). Inwestowała ona dalej pieniądze na giełdzie, w nieruchomości i w kolej. Nazywano ją „wiedźmą z Wall Street”. Myła się tylko w zimnej wodzie. miała zawsze tylko jeden komplet ubrań – noszony aż do zdarcia. odżywiała się głównie tanimi pasztecikami. W banku przygotowywała sobie posiłki podgrzewając je na kaloryferze. Kiedy jej syn Ned jako dziecko złamał nogę, zaprowadziła go do szpitala dla ubogich. Została jednak rozpoznana i odmówiono jej przyjęcia syna bez oplaty. Zażądali pieniędzy. Zabrała więc syna

i leczyła go domowymi sposobami. Skutkiem tego było zakażenie i amputacja kończyny. Pod koniec swojego życia ciężko chorowała na przepuklinę. Nie chciała się jednak poddać operacji, bo ta kosztowała 150 dolarów.

Słynny znak Hollywood w Los Angeles kiedyś był właściwie  znakiem   „Hollywoodland”,   jednak  zmieniono  go w 1949 roku.

Dzieci wśród nas...

- Kiedy dorośli śmieją się do 20 razy w ciągu dnia, tak niemowlęta i dzieci mogą to robić nawet do 300 razy dziennie.

- Pojęcie dobra i zła to dwie koncepcje, których dziecko nie rozumie w wieku poniżej jednego roku. Karanie młodego człowieka, który nie rozumie tych pojęć, jest bezcelowe.

-  „Klowni nie są powszechnie lubiani przez dzieci”, jak stwierdzono podczas badań uniwersyteckich,    przeprowadzonych w  Sheffield w 2008 roku.

- Pierwsze pięć – a zwłaszcza pierwsze trzy lata – są najważniejsze w życiu dziecka. Kształtują organizację, rozwój

i funkcjonowanie mózgu przez całe życie.

Idąc na szafot (30 czerwca 1882 roku), uśmiechał się, tańczył, a nawet uścisnął dłoń katowi. Charles Guiteau, zabójca Jamesa A. Garfielda, prezydenta USA, najprawdopodobniej był chory psychicznie. Twierdził, że Bóg kazał mu strzelać, a podczas procesu obrażał sędziego, świadków, biegłych i obrońców. Zapowiedział, że po uwolnieniu będzie się ubiegać

o prezydenturę. Jego ostatnim życzeniem przed śmiercią było odśpiewanie swojego wiersza z orkiestrą. Jego ciało zostało pochowane na terenie więzienia, a następnie wykopane, bo istniała obawa, że strażnicy sprzedadzą je jak linę, na której zawisł. Mózg, powiększona śledziona i szkielet zamachowca są nadal przetrzymywane w Narodowym Muzeum Zdrowia

i Medycyny w Maryland.

Jedna z najsłynniejszych aktorek Marilyn Monroe i wybitny dramaturg Arthur Miller zostali małżeństwem (czerwiec, 1956 rok). Skromna ceremonia cywilna odbyła się w posiadłości Millera w Roxbury w stanie Connecticut, a dwa dni później para zawarła ślub żydowski. Monroe, która specjalnie przeszła na judaizm, do chupy (baldachim, pod którym zawiera się małżeństwo) poprowadził Lee Strasberg, założyciel Actors Studio, a przemowę na cześć nowożeńców wygłosił pisarz George Axelrod. Ślub był wielką sensacją, ale małżeństwo zaczęło się sypać już po kilku dniach, gdy Marilyn znalazła otwarty notatnik męża, w którym utyskiwał na ślub z „tą żałosną, niesamodzielną, niezrównoważoną smarkulą". Rozwiedli się po niecałych pięciu latach.

 

Pierwszy bankomat zaprojektował w 1939 roku Luther G. Simjian, Amerykanin pochodzenia ormiańskiego - urządzenie

o nazwie Bankograph zostało wykonane dla City Bank of New York (Citibank) i zainstalowane w 1961 roku w Nowym Jorku. Po pół roku zdemontowano je - klientom nie podobało się, że używają go do składania depozytów chcący uniknąć identyfikacji hazardziści i prostytutki. Niezależnie od Simjiana bankomat wynalazł też Szkot John Shepherd-Barron, a jego maszyna stanęła 27 czerwca 1967 roku w londyńskim Enfield Town w banku Barclays. Wypłata pieniędzy odbywała się za pomocą papierowego czeku pokrytego radioaktywnym węglem-14 i wprowadzanego do wnętrza urządzenia. Maszyna odczytywała dane na czeku i wypłacała pieniądze.

Po wielu gorących namowach pewnej dziennikarki radiowej, Wiesław Michnikowski zgodził sie w końcu na rozmowę

o warszawskim kabarecie "Dudek". Dziennikarka zaczyna od słów: - W naszym mieście z gościnnymi występami przebywa Edward Dziewoński, założyciel kabaretu "Dudek". Chciałam pana zapytać...
I Michnikowski bez mrugnięcia okiem występował w roli Dziewońskiego, opowiadał, jak to zakładał kabaret, grał

w "Eroice" i Teatrze Syrena, a na koniec dodał, że chciałby pozdrowić słuchaczy i sprostować, że nie nazywa się Edward Dziewoński, tylko... Wiesław Gołas.

W Hospital Latinoamericano w Gwatemali, stolicy państwa o tej samej nazwie, zmarł Andrzej Bobkowski (1961 rok), autor arcydzieła polskiej eseistyki – „Szkiców piórkiem". Miał 48 lat, chorował na raka – najpierw skóry, później mózgu. II wojna światowa zastała go we Francji. Tam pozostał i od 1939 roku wiódł życie emigranta. Do Ameryki Południowej wyjechał

w roku 1948, bojąc się dojścia do władzy komunistów.

W Gwatemali prowadził sklep modelarski i założył Club Aeromodelista Guatemalteco. Był zaprzyjaźniony z Józefem Czapskim i Jerzym Giedroyciem, który nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu wydał jego okupacyjny dziennik. Do końca PRL cenzura uniemożliwiała wydanie utworów Bobkowskiego.

Z woli króla Anglii Henryka VI z rodu Lancasterów w Eton niedaleko Londynu powstał college, który miał się stać najsłynniejszą szkołą średnią dla chłopców. W zamyśle królewskim w Eton miało się kształcić nieodpłatnie 70 uczniów z niezamożnych rodzin, którzy następnie staliby się studentami ufundowanego w tym samym 1441 roku przez Henryka VI Kings College w Cambridge. Eton znane jest jednak jako szkoła dla dobrze urodzonych i bogatych. Ukończyło je wielu słynnych później ludzi, w tym 19 premierów, wśród nich szef brytyjskiego rządu David Cameron, a także inny premier, książę Wellington, znany jednak bardziej jako zwycięzca spod Waterloo. Absolwentami Eton jest wielu znakomitych pisarzy, m.in. Aldous Huxley, George Orwell czy „ojciec" agenta 007 Ian Fleming.

Według najnowszego badania, którego wyniki opublikowano na łamach magazynu „Earth’s Future”, od 1990 roku woda otaczająca Nowy Jork podniosła się o 22 centymetry,

a nowojorskie wieżowce powodują „tonięcie” miasta w tempie około 2 milimetrów na rok. Są jednak takie obszary zabudowań miejskich, gdzie zjawisko to jest dwa razy większe. 

Populacja Nowego Jorku, wynosząca ponad 8 milionów mieszkańców, jest coraz bardziej narażona na skutki zmian klimatu. Najnowsze szacunki mówią, że ekstre-malne zjawiska pogodowe, takie jak huragany i powodzie, mogą w przyszłości występować w tej metropolii cztery razy częściej niż do tej pory. Szczególnie zagro-żone w tym kontekście są rejony centralnego Manhattanu, Brooklynu i Queens.

Część drapaczy chmur w Nowym Jorku nie została zbudowana na litej skale, ale na plastycznej glebie, która jest coraz silniej ugniatana przez kolejne budynki. Naukowcy wskazują przy tym, że część wieżowców nie była projektowana z myślą o nowych, trudniejszych warunkach.

/ felieton

czerwiec '23 (10)

Miłość zmysłowa w Bibliotece

JERZY PILCH

Jak niedawno doniosła "Gazeta Stołeczna", kierownictwo Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego postanowiło radykalnie zaostrzyć regulamin, ponieważ czytający w Bibliotece książki studenci robili też tam inne rzeczy: słuchali muzyki, gadali przez komórkę, pili piwo, palili, jedli, spali, uprawiali seks itd. Słowem w BUW kwitło życie we wszystkich swych przejawach, życie - ma się rozumieć

- bywa naganne, ale dla tych, co mają Bibliotekę za najwyższą formę życia, dla prawdziwych mieszkańców Biblioteki (zwanej też rzeczywistością) problem regulaminu Biblioteki jest sprawą wolności.

Nie jestem aż tak szalony, by ostentacyjnie popierać kopulację w cichych zakamarkach pomiędzy regałami, ale szczerze powiem: zachwyca mnie ona. Zwłaszcza jak jest dobrze napisana. Tak dobrze, jak uczyniła to opisująca swą "przygodę z biblioteki" (BUW ogłosiła taki konkurs) "studentka germanistyki ukrywająca się pod pseudonimem Rafa". "Dla mnie to miejsce (Biblioteka - J.P.) odreagowania i kochania. Dosłownie. Spotykam się ze swoim chłopakiem na którymś z poziomów, najlepszy jest poziom drugi,

i dajemy sobie miłość w tej świątyni wiedzy. Do tego trzeba znaleźć na te kilka minut spokojny zakątek między regałami. Ostatnio kochałam się mając ze swej lewej strony dzieła Marie von Ebner - Eschenbach, a z prawej kilka tomów Roberta Musila". Intensywny fragment i wart - na oko - klasycznego kontekstu.

Ulubionym - jak powszechnie wiadomo - cytatem piszących o Bibliotece jest początek "Biblioteki Babel" Borgesa. "Wszechświat (który  inni  nazywają  Biblioteką)  składa  się  z  nieokreślonej  i  być  może  nieskończonej  liczby  sześciobocznych galerii

z obszernymi studniami wentylacyjnymi w środku, ogrodzonymi bardzo niskimi balustradami itd.".

Od przytoczenia fragmentu tego właśnie tekstu rozpoczyna swój esej "O bibliotece" Umberto Eco. Finezyjna opowieść mieszkańca wielu (wszystkich?) bibliotek świata zawiera też szyderczy regulamin Biblioteki wrogiej człowiekowi. Są w nim np. takie punkty:

C - sygnatury powinny być niemożliwe do przepisania. I - prawie cały personel powinien być dotknięty ułomnościami fizycznymi.

J - dział informacji powinien być nieosiągalny.

O - niemożliwe powinno być odzyskanie czytanej książki następnego dnia. R - jeśli tylko się uda, żadnych ubikacji itd. itp. (Punkty podaję wybiórczo i w skróconej wersji).

Regulamin Biblioteki przyjaznej człowiekowi, za jaką - ma się rozumieć - opowiada się Eco, byłby - ma się rozumieć - odwrotnością

i rewersem regulaminu represyjnego. Czy w takim regulaminie byłoby przyzwolenie na uprawianie miłości w Bibliotece, autor nie mówi jasno. Niejasno i subtelnie jednak mówi, że "biblioteka na miarę człowieka, to znaczy także biblioteka radosna, zapewniająca możliwość wypicia kawy ze śmietanką, zapewniająca również to, iż para studentów usiądzie sobie po południu na kanapie i - nie mam bynajmniej na myśli nieprzystojnego obłapiania - cząstkę flirtu dopełni, biorąc z półki i odstawiając książki naukowe; a zatem biblioteka, do której chodzi się chętnie i która przeobrazi się stopniowo w wielką machinę spędzania wolnego czasu, jak Museum of Modern Art, gdzie można pójść do kina, przejść się po ogrodzie i zjeść obiad z dwóch dań". Jaśniej  i  mocniej  (choć  też  krócej)  kwestię związku życia popędowego z życiem bibliotecznym Umberto Eco oświetla, gdy wspominając biblioteki swego życia pisze

o zielonych lampach na stołach rzymskiej Biblioteki Narodowej oraz o "popołudniowych godzinach wielkiego napięcia erotycznego

w Sainte Genevieve lub w Bibliotece Sorbony". Jest to jednak problem odmienny,  problem  związku  pomiędzy  napięciem  twórczym a  napięciem  erotycznym,  to są osobne i obszerne psychologie i nie da się ich sprowadzić do wzmożonej ochoty na łóżko, jaką, dajmy na to pisarz, miewa w Bibliotece, a z kolei obecność biblioteki przy łóżku pisarza też niewiele innych skłonności zdradza, poza skłonnością do wieczornej lektury.

Wracając do studentki germanistyki Rafy, której wyznanie - jak pisze "Gazeta Stołeczna" - przepełniło czarę goryczy bibliotekarzy BUW i spowodowało radykalizację regulaminu, to sądzę, iż nie tyle jest to świadectwo zwycięstwa nieprzystojnego obyczaju, co zwycięstwo literatury. Dobrze napisana historia Rafy jest najpewniej niestety fikcją (apokryfem, falsyfikatem, fałszywką), najpewniej nie przez studentkę, a przez studenta napisaną. W każdym razie tylko facet, i to młody, może z beztroską wyznać, iżby dać sobie miłość, potrzeba "kilka minut."

Trochę też za dobre jest miejsce, w którym Rafa ostatnio się kochała, bo jeśli studentka germanistyki mości sobie łoże pomiędzy tomami akurat niemieckojęzycznej (w tym przypadku austriackiej) literatury, to jest w tym pewien - rzekłbym - nadmiar, zdradzającej wymysł, harmonii. Jakby germanistka tarzała się pośród woluminów zawierających historię sztuki meblarskiej albo ekonomii, byłoby prawdziwiej.

A nawet piękniej. Dalej. Jeśli Rafa miała - jak pisze: Ebner - Eschenbach po lewej, a Musila po prawej, to owszem, jak była obrócona przodem do regału, jest to możliwe (i tylko wtedy, alfabet zawsze leci do prawej), ale wątpię, żeby Ebner - Eschenbach była z Musilem na jednej półce, ergo na jednej wysokości. A nawet jakby, to przecież mało prawdopodobne, żeby wszystko pomiędzy Ebner

a Musilem było szerokie akurat jak Rafa. Ramiona Rafa musiałaby mieć w takim razie jak cała literatura austriacka od E do M, a to jest trochę książek. Chyba że ręce też miała rozłożone, ale przecież wtedy na pewno wspom-niałaby o Eliasie Cannetim znajdującym się akurat pod przedramieniem albo łokciem. (Ewentualność, iż akt miał miejsce pomiędzy regałami jest - z powodu nikłej dyskrecyjności - nikła).

Słowem  księgozbiór,  na  tle  którego  Rafa miała miłość, jest raczej skomponowany niż autobiograficzny - reforma regulaminu

w BUW była niepotrzebna. Tym bardziej że naoczni świadkowie nie potwierdzają. "Sama stosunku nie widziałam - komentuje na łamach »Gazety Stołecznej« Anna Gimlewicz z sekcji informacji i dydaktyki BUW - ale zaawansowaną grę wstępną owszem". Otóż obawiam się, że to, co pani Gimlewicz z sekcji informacji i dydaktyki BUW bierze za "zaawansowaną grę wstępną", było zwyczajnym macaniem. Zaawansowana gra wstępna jest zjawiskiem, które widuje się rzadko. Nawet w kinie. Cóż dopiero w bibliotece. Na wszelki jednak wypadek proponuję - celem ochrony tej rzadkości - wprowadzenie do regulaminu punktu zakazującego bibliotekarzom podglądania zaawansowanej gry wstępnej czytelników. W przyszłości można też będzie pomyśleć o jakichś przywilejach dla dzieci poczętych w BUW. Np. przyznać im prawo pożyczania jednej książki więcej - to będą w końcu bardzo przepadające za książkami dzieci.    (www.niniwa22.cba.pl)

/ polonijny kalejdoskop

czerwiec '23 (10)

NIECH ŻYJE PIPPI !

STANISŁAW BŁASZCZYNA

Wprawdzie Pippi Pończoszanka nie była bohaterką mojego dzieciństwa (coż, wtedy jeszcze nie było "filozofii" gender i chłopakom nie wypadało czytać książeczek dla dziewczynek - choć po kryjomu zaczytywałem się w "Dzieciach z Bullerbyn" Astrid Lindgren, notabene tej samej, która wyczarowała w swojej wyobraźni niesamowitą Pippi), ale z wielką przyjemnością obejrzałem (i wysłuchałem) przedstawienia, jakie w ubiegły weekend sprezentowała nam w Chicago niestrudzona krzewicielka sztuki teatralnej, Kinga Modjeski.

Wraz z Teatrem Scena Polonia i dziesiątkami (jeśli nie setkami) aktorów mniejszych i większych, wyczarowała na deskach teatru Vittum, pełen dynamiki, skrzący się humorem i niebywale kolorowy spektakl, który cieszył nie tylko rodziców młodocianych aktorów, którzy bohatersko i z wielkim wdziękiem w nim wystąpili, ale i wszystkie dzieci w każdym wieku: od lat kilku do 80-ciu.

Pod jej bacznym okiem reżysera, scenografa, choreografa, scenarzystki... i bóg wie, kogo jeszcze - rozgrywała się baśń

o super-dziewczynce o marchewkowych włosach, która tak naprawdę była dziewczynką, z jaką mogło się utożsamiać każde spragnione przygód dziecko.

Sama Kinga Modjeska z właściwym sobie wdziękiem pojawiała się na scenie, poruszając się krokiem wręcz tanecznym; Edyta Luckos i Marcin Kowalik - w rolach nieudacznych cwaniaczków - wywoływali na widowni salwy śmiechu, grając ciałem jak najlepsi pantomimiści; i wreszcie - last but not least -odtwarzająca główną bohaterkę Victoria Iwinska, która z wielką swobodą

i urwisowskim wdziękiem ukazała nam żywą i prawdziwą Pippi. Wszystkim towarzyszyli - z energią i swadą! - liczni wykonawcy, których nie sposób tutaj wymienić.

Dziękujemy!

***

,,Pippi Pończoszankę" na podstawie powieści Astrid Lindgren zaadaptowała i wyreżyserowała Kinga Modjeska. Oprócz niej wystąpili: Edyta Luckos, Marcin Kowalik, Victoria Iwinska oraz aktorzy Studio Theater Modjeska wraz z Centrum Ekspresji Artystycznej Szepty. Współpraca: Andy Dylewski, Steve Olivieri, Malgorzata Radziszewski. Nagłośnienie i oświetlenie: Oskar Lukacz. Make up: Iwona Holysz.

Zdjęcia: Stanisław Błaszczyna

https://wizjalokalna.wordpress.com/

Pippi.avif

Edyta Luckos 

Kocham grać z dzieciakami! One mają fajną energię, a poza tym widzę siebie sprzed wielu lat. To wspaniałe! Podoba mi się przygotowanie całości. Zawsze bawi mnie dopasowywanie kostiumów, poprawianie  przed wyjściem na scenę... A panikują tak, że nie pamiętają, jak się nazywają. To duże emocje dla wszystkich, ale szczególnie dla dzieci. Mówią po polsku, a urodziły się w Stanach. Godne podziwu i ogromnej pochwały! Uwielbiam te dziewczynki! Wszystkie!

Krzysztof Babiracki

Bardzo dobry spektakl! Oglądać te dzieciaki to naprawdę wielka frajda! Ale dla kogoś, kto reżyseruje, poświęca dla nich czas - to przeogromny wysiłek. Widzę, że wszyscy są zadowoleni, ty też, więc się udało! 

A dzieci - no cóż, szlifują swój kunszt sceniczny, język polski, są świetne i nie mają jeszcze skrupułów. Na to przyjdzie czas. Cudna zabawa! Teraz połykają bakcyl teatralny... To zaprocentuje w przyszłości!

Marcin Kowalik

Z dziećmi gra się cudownie... Wspaniała jest ich energia! To, co się dzieje z tyłu, to nie to samo, co z przodu. Fantastyczna zabawa, dzieci nas rozpoznają, bawią się z nami... Ale są też nerwy, poprawianie sukieneczek, kapelusików... Rodzice chyba są bardziej zdenerwowani od występujących... 

To pierwszy spektakl, gdzie praktycznie grają same dzieci. Naprawdę - głęboki ukłon!

Pytasz o playback. Mnie nie przeszkadza, że gramy z playbacku. Chodzi o małe dzieci, które potrafią się zaciąć w najmniej oczekiwanym momencie. A tak utrzymujemy tempo i jest mniej stresu zarówno na widowni jak i na scenie. 

Wspaniały czas i dla nas i dla nich... A teraz chwila oddechu przed drugim spektaklem...

(rozmawiała Anna Czerwińska)

Pippi 9.avif

/ polonijny kalejdoskop

czerwiec '23 (10)

Wielkie wydarzenie w świecie małych ludzi !

ANNA CZERWIŃSKA 

Zdjęcia: DARIUSZ LACHOWSKI

Little stars 5

Wszyscy wiemy, że teatr wzrusza, bawi, wychowuje, uczy też empatii i tolerancji. Nie wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę, jak piękna, bogata i barwna jest wyobraźnia dziecka…

Pasją Ani (Matylda Popławska), niewidomej dziewczynki, jest czytanie książek, dzięki którym, a i swojej wyobraźni, odbywa wspaniałe podróże wraz z bohaterami opowieści. Poznaje z nimi piękno świata, przyrody, zaprzyjaźnia się ze zwierzątkami…

Codzienność w szkole nie jest tak łaskawa, jak w świecie bajki. Nie wszyscy ją akceptują, niekiedy wyśmiewają też jej odmienność.

Ania nie poddaje się. Dzięki rodzicom, swojej empatii i kolorowym opowieściom o książkowych przygodach, zyskuje coraz więcej przyjaciół. Coraz chętniej dołączają oni do jej nowych podróży

w towarzystwie Ani ukochanej papugi Sary (Emilka Jakubas)

i nieocenionej małpki Zuzu (Amelia Czysz).

Radosna, optymistyczna, muzyczna opowieść „Piękno jest

w tobie” autorstwa Piotra Kukuły, wystawiona w Copernicus Center, zakończyła dziewiętnasty sezon artystyczny Warsztatów teatralnych „Little stars”. Małe i większe gwiazdki (od 3 do 16 lat) zagrały brawurowo swoje role. Energia bijąca ze sceny oplatała całą widownię, która chętnie też podśpiewywała sceniczne piosenki do słów Piotra Kukuły czy Jana Brzechwy, wplecionych umiejętnie w scenariusz. Ciekawe znane i nieznane teksty umuzycznili: Asia Pawlina-Lichota i Marek Lichota, niestrudzona założycielka i prowadząca Warsztaty teatralne „Little stars” Agata Paleczny i nieobecny wśród nas Janusz Pliwko. Aranżacją utworów zajęli się: Kamil Bundyra, Bartek Ciężobka, Andy Dylewski i Krzysztof Pabian.

Muszę przyznać, iż nie zdawałam sobie sprawy z tak dużego grona pasjonatów, mieszkających w Chicago, którzy z radością włączają się do współpracy z polonijnymi dziećmi i młodzieżą.

Mali adepci sztuki teatralnej prezentowali się na scenie fantastycznie dzięki wrażliwości i estetyce Maryli Pawliny, znanej kostiumowej czarodziejki. Scenografią zajęła się Anna Folwarska (pociąg wręcz boski), choreografią – Marzena Pol (taniec kotów ciekawy i zabawny; w roli kotów: Julia Krocin, Zuzanna Mendus, Amelia Wiski, Natasha Puczek, Aleksandra Jakubas, Justina Nosowski), a nad całością czuwała reżyserka Agata Paleczny.

 

Nie sposób wymienić wszystkich występujących na scenie – było ich dużo! Siedemdziesięcioro! Graniczy też z niemożliwością wymienienie całej obsługi technicznej i rodziców pomocnych przy prowadzeniu przedstawienia (szczególnie z urokliwymi maluszkami).

 

Dzieci zasiadające na widowni miały również zajęcia w trakcie przerwy, podczas której zajmowało się nimi Patricia Art Studio. Baloniki, „tatuaże”, malowanie rysunków, mały pokaz kostiumów scenicznych… wszystko to dodało kolorytu na zakończenie sezonu.

Nasuwa się tylko jedno pytanie/uwaga do organizatorów przedstawień dla dzieci. Mamy ich niewiele podczas roku, wszak przygotowanie takiego występu wymaga ogromnego wysiłku fizycznego, psychicznego, finansowego… Dlatego szkoda wielka, że dwa znakomite przedstawienia muzyczne dla dzieci odbywały się tego samego dnia. Z pewnością jest to temat do przedyskutowania w przyszłości ku uciesze naszych milusińskich - chętnie zaśpiewają piosenki z obu przedstawień.

Little Stars 1.avif
Little stars 14.avif

/ polonijny kalejdoskop

czerwiec '23 (10)

Boska Radzikowska

Anna Radzikowska

Art Gallery Kafe w Wood Dale (okolice Chicago) to miejsce ważne, interesujące, nasze – polonijne. To miejsce wystaw, różnych doznań artystyczno-teatralnych, niekiedy ciekawych koncertów, dobrej kawy, wyśmienitego tiramisu i… 

W Art Gallery Kafe spotyka się też grupa fotograficzna, by zdobyć informacje o nowościach albo nauczyć się oglądać świat przez oko obiektywu. Co więcej - jest przytuliskiem dla brydżystów, szachistów, moli książkowych, opowiadaczy, wspominaczy, podróżników, poetów i ich „Kwartalnicy”, organizowanej przez Annę Radzikowską. To dla niej zorganizowano 21 maja „niespodziankowe” przyjęcie urodzinowe, będące jednocześnie podziękowaniem „za już” i prośbą „o jeszcze”, za jej wolontariat, chęć działania, serdeczny uśmiech i ciepłe słowo dla każdego. Wspomina Ania Włoch…   (redakcja)

 

To był wyjątkowy wieczór. Choć maj to miesiąc obfitujący w przeróżne imprezy, do kawiarni ściągnęły tłumy, bo i okazja była szczególna, a bohaterka wieczoru wyjątkowa - Ania Radzikowska. To o niej mowa, o ślicznie natchnionej poetce, autorce tekstów i muzyki, twórczyni i współtwórczyni znakomitych spektakli i programów kabaretowych, choćby słynnych już Kwartalnic, uwielbianych przez Polonię, praktykującej buddystce i mojej niezastąpionej przyjaciółce.

 

Impreza była niespodzianką. Do końca udało się nam utrzymać ją w tajemnicy, z czego bardzo się cieszę, bo Ania jest niezwykle wdzięcznym okazem spontanicznej radości, co widać na przepięknych fotografiach Kasi Jarosz.

Jest ciepłem i mądrością, uśmiechem i dobrym słowem. Cudownie wrażliwa, zabawna, otwarta, jest dla wielu wzorem i inspiracją, choć może o tym nie wie.

Oddana w przyjaźni. Potrafi słuchać, a to dziś rzadkość.

Jednym słowem Boska Radzikowska.

Nie sposób nie kochać Ani.

Kto ją zna, ten dobrze wie!

Każdego dnia dziękuję losowi za ten Dar.

 

Kłaniam się każdemu, kto przyczynił się do tego, aby ten wieczór na zawsze i cudnie zapisał się w naszej pamięci.

Anna Radzikowska 8

Boska Radzikowska i kolejne życzenia Ani Włoch - cudne!

Natchniona poetka i Ewelina Zielińska

Anna Radzikowska wsłuchana  w życzenia Julitty Mroczkowskiej

Bogdan  Łańko ...

Dużo nas, dużo was... Goście Jubilatki

"Wdzięczny okaz spontanicznej radości"... wiemy kto!

Boska nasza Radzikowska z zaprzyjaźnionym Eugeniuszem Malinowskim

Nasza Boska, Iwona Szewczyk, Lili Totten...  radość!

Anusiu, dołączamy do Twoich gości z koszem najwspanialszych życzeń, które Tobie są najbliższe i dla Ciebie najważniejsze!  Spełniania wszystkich życzeń, marzeń, pragnień...

Bosko Radzikowsko - nie zmieniaj się i bądź z nami jak najdłużej!

redakcja

/ polonijny kalejdoskop

czerwiec '23 (10)

Zaczynał wcześnie i jeszcze nie skończył...
Bogdan Łańko 50 lat na scenie!

Jubileusz Bogdana  Łańki zadziwia (tak wcześnie?!) i cieszy, że to jeszcze nie koniec jego działalności artystycznej.

Lata pracy scenicznej, głównie na emigracji, nie zawsze kolorowe i łatwe, przyjmowane są przez publiczność z radością, wdzięcznością i pełną aprobatą. Szczególną estymą cieszył się chicagowski kabaret "Bocian", skupiający przez wiele lat twórców scenariuszy, kostiumologów, dekoratorów, kompozytorów, muzyków, aktorów, piosenkarzy... Wielu z nich nie ma już wśród nas. Niektórzy odeszli na zawsze, inni wyjechali, kolejni - z powodów różnych - zrezygnowali ze sceny...

Kabaret istnieje... na filmach archiwalnych, prezentowanych niekiedy w Art Gallery Kafe. Warto je obejrzeć! Pytajcie, zapraszajcie się na pokazy, a zostaną wznowione na wasze życzenie.

Sympatyczny, uśmiechnięty sceniczny jubilat w pełnej gali ze swadą i humorem odpowiadał na pytania konferansjerów - Krzysztofa Arsenowicza i Roberta Borta. Anegdoty radiowo-sceniczne przeplatane piosenkami kabaretowymi czy poezją śpiewaną radowały zebranych gości, podziwiających umiejętność "wpasowania" się występujących w niewielką, acz gościnną scenę. 

O szczegółach twórczości i działalności Bogdana niebawem, a tymczasem... powspominajmy jak to było 27 maja 2023 roku na niepowtarzalnym jubileuszu Bogdana  Łańki. Zdjęcia: Krzysztof Babiracki.   (Anna Czerwińska)

Andrzej Piekarski 2

Andrzej Piekarski w roli czerniakowskiego warszawiaka sprzed lat... absolutnie niezastąpiony!

Agata Paleczny i Bogdan  Łańko zagłębieni we wspomnieniach...  Jak to drzewiej bywało... Ewa Milde, Janusz Pliwko, Wojciech Malec... Cudni, ważni, twórczy... 

Barbara Kożuchowska - pełna wdzięku, humoru, i wiedzy o Polonii, której zazdrościmy bardzo...  

Kinga Modjeska

Dramatyczna i lityczna Kinga Modjeska - kiedyś z kabaretu Bocian, dzisiaj z teatru Scena Polonia...

...też łączył ich kiedyś kabaret. Dzisiaj łączy ich bardziej przyjaźń - Krzysztof Arsenowicz i Bogdan  Łańko

Agata Paleczny

Agata Paleczny przypomniała jedną z piosenek kabaretu "Bocian". Wyśpiewała ją po raz pierwszy w roku... 2009! 

Ania Włoch - kiedyś kabaretowa szatynka, dzisiaj sceniczna i życiowa blondynka w piosence Włodzimierza Wysockiego z akompaniamentem barda

i gitarzysty, Eugeniusza Malinowskiego... ogień! 

Sławomir Bielawiec - widać go wszędzie, ale przede wszystkim słychać! Znakomity akompaniator, skromy, na uboczu, zawsze z uśmiechem... 

Eugeniusz Malinowski - przyjaciel wszystkich, również współczesny odtwórca ballad Bułata Okudżawy czy Włodzimierza Wysockiego - brawo!

Bogdanie - nie dziękuj nam za ten wieczór; to my Tobie dziękujemy za kawał Twojego życia, które nam oddałeś ! 

Bogdanie, trwaj w swoich postanowieniach, jakie by one nie były, z jednym drobnym wyjątkiem, by wszyscy Twoi widzowie mieścili się w nich... Nie zapominaj o nas i zostań z nami tak długo, jak tylko sytuacja

(a ona zawsze ma rację, niestety) Tobie na to pozwoli... Gratulujemy!

redakcja

/ ludzie i obyczaje

czerwiec '23 (10)

Wielcy mali

AGATA KASPROLEWICZ

wielcy mali 2
wielcy mali 1

Więcej niż jedno niebo

Nkosi Johnson

Czy Nkosi nadal żyje?” – miał pytać zawsze w pierwszej kolejności Nelson Mandela, gdy wracał z zagranicznych podróży. Aż przyszedł

1 czerwca 2001 r., kiedy 12-letni Nkosi Johnson zmarł. Wtedy pytano już tylko, czy musiał umrzeć tak szybko. W czasie krótkiego życia biednego czarnego dziecka urodzonego z wirusem HIV doświadczył wykluczenia i cierpienia. Po śmierci czekał go zaś spektakularny pogrzeb, na który przybyli dziennikarze z całego świata, a wśród żałobników był ówczesny prezydent Zambii Kenneth Kaunda.

Świat po raz pierwszy usłyszał o Nkosim Johnsonie w 1997 r., kiedy szkoła podstawowa odmówiła mu miejsca w klasie z powodu wiru-sa HIV. Jego przybrana matka Gail Johnson rozpętała w mediach burzę, która doprowadziła do uchwalenia w RPA nowego antydyskryminacyjnego prawa zabraniającego wykluczania dzieci ze szkoły z powodu stanu zdrowia – 8-letni Nkosi mógł zacząć się uczyć.

Wydarzyło się to w kraju, w którym każdego dnia rodziło się 200 dzieci z HIV, a niektóre kobiety przyznające się publicznie do AIDS kamienowano. Nie było dla nich leków ani opieki. Nikt o tym głośno nie mówił, a ludzie umierali w ciszy.

Przełamali ją Nkosi Johnson i jego przybrana matka Gail, kiedy otworzyli schronisko dla matek i dzieci z HIV, zwane Nkosi Haven, niosąc pomoc i nadzieję tysiącom chorych. Na rok przed śmiercią chłopiec wypowiedział słowa, które wcześniej w RPA nie wybrzmiały z niczyich ust: „Dbajcie o nas i akceptujcie nas – jesteśmy ludźmi. Jesteśmy normalni. Mamy ręce. Mamy nogi. Możemy chodzić, możemy mówić, mamy takie same potrzeby jak inni ludzie. Nie bójcie się nas. Jesteśmy tacy sami”. Obraz wątłego chłopca, dźwigającego na swoich kościstych ramionach ciężki garnitur i patrzącego nienaturalnie dużymi oczami na gości międzynarodowej konferencji na temat AIDS w Durbanie, przeszedł do historii. Dla wielu jest symbolem niegodziwości ery AIDS w RPA – tak jak zdjęcie ciała Hectora Pietersona, 13-latka zastrzelonego przez policję podczas powstania czarnych uczniów z Soweto, walczących przeciwko dyktaturze białych, stało się symbolem okrucieństwa ery apartheidu.

Nkosi Haven niesie pomoc matkom oraz dzieciom z HIV do dziś i – co być może zalicza się do największych sukcesów Nkosiego – nie jest już jedynym takim miejscem w RPA.

Wolność dla wszystkich

Iqbal Masih

Ślub starszego brata był końcem dzieciństwa Iqbala. Tradycja hucznych wesel dotyczy w Pakistanie wszystkich, także biednych, do których należał ojciec chłopca, Saif Masih. Był zbyt ubogi, by jakikolwiek bank udzielił mu pożyczki. Zwrócił się o pomoc do właściciela fabryki dywanów, a ten chętnie się zgodził. Wierzyciel musiał jednak zabezpieczyć dług, a jedynym majątkiem, jaki posiadał Saif, były jego dzieci. Tak w wieku czterech lat Iqbal stał się niewolnikiem. Miał odpracować 600 rupii, czyli około 12 dolarów. Choć 600 rupii można też przeliczyć na sześć lat niewoli Iqbala, a w końcu jego śmierć w wieku 12 lat.

Fabryka dywanów, do której trafił Iqbal, nie różniła się od innych miejsc w Pakistanie, w których pracują miliony dzieci. Pobudka

o czwartej rano, praca do wieczora w zatęchłej izbie mieszczącej 20 krosien. Brakowało powietrza, bo wszystkie okna były szczelnie zamknięte z obawy, że dostaną się do środka groźne dla wełny owady.

Mijały lata. Mimo że Iqbal od rana do nocy pracował w pocie czoła, dług go wyprzedzał, bo narastały odsetki. Chłopiec miał 10 lat, kiedy usłyszał, jak przemawia człowiek z Frontu Wyzwolenia Pracujących Dzieci. Wtedy dowiedział się, że Sąd Najwyższy

w Pakistanie orzekł, że zmuszanie dzieci do pracy jest niezgodne z prawem. Uciekł do najbliższego komisariatu, ale policjanci odwieźli go prosto do fabryki. W drugiej ucieczce Iqbalowi pomógł Ehsan Ullah Khan, lider Frontu Wyzwolenia Pracujących Dzieci. Tym razem się udało.

Iqbal postanowił podzielić się wolnością z innymi. Jako aktywista Frontu Wyzwolenia Pracujących Dzieci przyczynił się do uwolnienia 3 tysięcy osób. Kiedy miał 11 lat, odebrał w Bostonie Reebok Human Rights Award i w czasie uroczystości powiedział: „Dla nas, dzieci niewolników, Ehsan Ullah Khan zrobił to samo, co Abraham Lincoln dla niewolników w Ameryce. Dziś jesteście wolni. I ja też jestem wolny”. Rok później został zastrzelony niedaleko swojego domu, prawdopodobnie przez „dywanową mafię”. Tak skończyło się życie Iqbala, chłopca, który wywalczył wolność dla tysięcy dzieci i dał nadzieję milionom na lepszy los.

Siła nastoletniej solidarności 

Craig Kielburger

Ponad 10 000 km od miejsca, gdzie zginął Iqbal, inny 12-latek wziął do ręki gazetę „Toronto Star”, by odszukać ulubiony komiks. Jego uwagę przykuł nagłówek na pierwszej stronie o zamordowanym pakistańskim chłopcu. Byli w tym samym wieku, choć poza tym nic ich nie łączyło. Craig wspominał wiele lat później, że w pierwszym momencie zaintrygowało go czarno-białe zdjęcie uśmiechniętego nastolatka z triumfalnie uniesioną pięścią. Kiedy przeczytał, że w wieku czterech lat trafił do niewoli, poczuł gniew.

Następnego dnia poszedł do szkoły, opowiedział kolegom z klasy o Iqbalu i zapytał: „Kto chce pomóc?”. Tak powstała grupa „Dwunastu dwunastolatków”, która rok później przy wsparciu Marca, starszego brata Crai­ga, przekształciła się w fundację Free the Children, stając się wkrótce jedną z największych organizacji pomagających wyjść dzieciom z zaklętego kręgu nędzy.

W tym roku Iqbal skończyłby 38 lat, ale już na zawsze pozostanie 12-letnim chłopcem. Craig od ponad 26 lat kontynuuje jego dzieło.

W artykule opublikowanym kilka lat temu na łamach kanadyjskiej gazety „Globe and Mail” wspominał historię swojego dziadka, który przypłynął do Kanady z Rumunii, tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Aby kupić bilet na tę podróż, też musiał się zapożyczyć. Dług za bilet do świata dobrobytu jego wnuk Craig spłaca do dziś, pomagając dzieciom z najbiedniejszych zakątków świata.

Prawo do szkoły 

Thandiwe Chama

AIDS szalało na kontynencie afrykańskim, zbierając tragiczne żniwo. Dotarło też do Zambii i spustoszyło szkołę, w której uczyła się 8-letnia Thandiwe. W jednym roku zmarło tam tak wielu nauczycieli, że szkołę trzeba było zamknąć. Dla dzieci, które dorastały

w dziel-nicach biedy, a szczególnie dla dziewczynek, oznaczało to koniec edukacji. Thandiwe nie chciała się zgodzić, by AIDS przekreśliło jej przyszłość.

Skrzyknęła grupę 60 uczniów i zaczęła dziecięcy protest przeciwko łamaniu prawa do edukacji. Dzieci pomaszerowały do innej szkoły, domagając się miejsca w klasie. Wszystkie zostały przyjęte. To był wielki sukces grupy młodych Zambijczyków, którzy pokazali, że znają swoje prawa i nie pozwolą sobie ich odebrać.

Thandiwe marzyła o przyszłości bez wirusa HIV i wierzyła, że proces uzdrawiania świata zaczyna się od dzieci, a najskuteczniejszym lekarstwem jest wiedza. Zbierała przyjaciół i organizowała rozmowy na temat AIDS w kościołach i innych publicznych miejscach. Nie ustępowała w walce o prawo do edukacji dla wszystkich. W wieku 16 lat dostała Międzynarodową Pokojową Nagrodę dla Dzieci i jej głos  zaczął  być  słyszalny  na  całym  świecie.  Przy  wsparciu funduszu organizacji KidsRights skończyła szkołę średnią. Dziś ma 29 lat i nadal walczy o uznanie prawa dzieci do edukacji za część niezbywalnych praw człowieka.

Gutenberg niewidomych

Louis Braille

Warsztat ojca był magicznym miejscem dla 3-letniego Lou­isa. Chłopiec uwielbiał patrzeć, jak powstają siodła i uprzęże. Kto wie, może poszedłby  w  ślady  ojca,  uznanego  rzemieślnika,  gdyby  feralnego  dnia  nie  bawił się szydłem, które wbił sobie prosto w oko. Zabiegi

z wody lawendowej tylko pogorszyły sytuację – zakażenie przeszło na drugie oko i chłopiec oślepł. O ironio, szydło, którym pozbawił się wzroku, wiele lat później okazało się narzędziem, za pomocą którego wynalazł alfabet dla niewidomych.

Po wypadku Louis stracił wzrok, ale nie ciekawość świata, który zaczął odkrywać za pomocą dotyku. Tak poznał alfabet, badając dłońmi kształty liter zrobionych z wbitych w deskę gwoździ tapicerskich. Był niezwykle błyskotliwym i pełnym życia chłopcem, co szybko zauważył miejscowy duszpasterz. Pomógł Lou­isowi dostać stypendium na naukę w Paryżu, w Królewskim Instytucie Młodych Niewidomych.

Nie wiadomo, jak ta historia by się skończyła, gdyby do instytutu nie zawitał były kapitan francuskiej artylerii Charles Barbier de La Serre, który wiele lat wcześniej wynalazł system korespondencji używany przez francuską armię do przekazywania rozkazów bez słów w ciemności. Wynalazek tak zainspirował 12-letniego wówczas Louisa, że kolejne cztery lata chłopiec spędził, dziurawiąc szydłem ojca kolejne kartki papieru. W wieku 16 lat stworzył alfabet Braille’a. Pierwsza książka została napisana jego systemem pięć lat później, w roku 1829.

Wszystko to wydarzyło się w czasie, kiedy ślepota była utożsamiana z upośledzeniem umysłowym. Kilkunastoletni Louis stworzył alfabet dla niewidomych, a jednocześnie wyważył dla nich drzwi do świata kultury i nauki – czytania książek, nut, skomplikowanych wzorów chemicznych, pisania, komponowania i rozwiązywania zadań matematycznych. Dziś Louis Braille nazywany jest Gutenbergiem niewidomych, a z jego alfabetu korzysta 150 mln ludzi na świecie.    ("Przekrój")

braille
Braille (1)

/ ludzie i obyczaje

czerwiec '23 (10)

DZIECKO  TEŻ  CZŁOWIEK

ANDRZEJ KRAJEWSKI

„Natura chce, żeby dzieci były dziećmi, zanim zostaną ludźmi” – pisał Jean-Jacques Rousseau w książce Emil, czyli o wychowaniu. Rousseau wprawdzie nie dostrzegał w dziecku człowieka, ale apelował do rodziców, by troszczyli się o swoje potomstwo. „Czy znajdziecie na świecie istotę słabszą, biedniejszą, więcej zdaną na łaskę otoczenia, bardziej potrzebującą litości, serca i opieki niż dziecko?” – pytał czytelników. W czasach, gdy powszechnie powierzano dzieci innym osobom na czas dorastania lub pozostawiano je w przytułku, postulaty Rousseau zdawały się rewolucyjne. Otwierały drogę ku przełomowemu odkryciu, że dziecko także jest człowiekiem, zdolnym do uczuć, mającym swoje potrzeby, a przede wszystkim odczuwającym cierpienie. Ale sam filozof nie brał sobie tych idei do serca. Ilekroć jego kochanka, a później żona Teresa Levasseur wydawała na świat potomka, Rousseau natychmiast oddawał go do sierocińca, w którym zaledwie co setny noworodek miał szansę dożyć dorosłości.

Antyczne okrucieństwo

Podwójne standardy w podejściu do dzieci nie były dawniej czymś niezwykłym. W antycznej Grecji nikt nie potępiał rodziców za to, że pozostawili niemowlę przy drodze lub na śmietniku. Zwykle ginęło ono rozszarpane przez zwierzęta. Rzadziej zabierał je jakiś przechodzień. Przy czym wcale nie musiało nim kierować miłosierdzie. Po odchowaniu znajdy znalazca mógł sprzedać dziecko na targu niewolników, odzyskując z procentem zainwestowane w jego utrzymanie pieniądze. Tego rodzaju proceder nikogo nie szokował, bo dziecko w świecie starożytnych Greków miało status rzeczy prywatnej, w związku z tym jego los był społeczeństwu

i władzom obojętny.

Wyjątek  stanowiła  Sparta,  lecz  nie  oznaczało  to  dla  małoletnich  niczego  dobrego. Gdy w innych polis dzieciobójstwo pozostawało w gestii rodziców, w Sparcie zarządzała nim rada fyli (jednostki terytorialnej). Plutarch w Żywocie Likurga pisał, jak przebiegały oględziny dziecka przez najstarszych członków fyli tworzących radę: „Jeśli było ono dobrze zbudowane i silne, kazali ojcu je wychowywać, przydzielając zarazem jedną z dziewięciu tysięcy działek ziemi. Jeśli jednak było chuderlawe i niekształtne, odsyłali je do tak zwanych apothetai, jamy w ziemi w pobliżu Tajgetu, wierząc, że zarówno dla dziecka, jak i dla polis lepiej będzie, jeśli umrze”. Chłopców, którzy pozytywnie przeszli selekcję, czekało krótkie dzieciństwo – kiedy ukończyli siódmy rok życia, zabierano ich do koszar, gdzie do pełnoletniości byli tresowani na doskonałych żołnierzy.

Greckie standardy radzenia sobie z dziećmi nieco zmodyfikowali Rzymianie. Do II w. p.n.e. obywatele Wiecznego Miasta przestrzegali zwyczaju, by tuż po porodzie położyć noworodka na ziemi. Jeśli ojciec go podniósł, matka mogła się nim zaopiekować. Jeśli nie, maluch lądował na śmietniku – ktoś mógł go sobie stamtąd zabrać lub konsumowały go bezdomne psy. Dopiero u schyłku republiki zwyczaj ten uznano za barbarzyński i stopniowo zaczęto od niego odchodzić. Nadal jednak za rzecz oczywistą traktowano tradycję nakazującą, by młody człowiek aż do pełnoletniości pozostawał pod absolutną władzą ojca. Głowa rodziny mog­ła nawet bezkarnie zabić potomka, choć miała obowiązek skonsultować wcześniej tę decyzję z resztą rodu.

Odkrywanie małej osoby

Kiedy Grecy i Rzymianie decydowali się zaopiekować potomstwem, okazywali mu miłość i poświęcali uwagę. W zamożniejszych domach szczególny nacisk kładziono na edukację i wychowanie, by potomek „zapragnął i pożądał gorąco stać się wzorowym obywatelem, umiejącym zarówno rządzić, jak i podporządkowywać się zarządzeniom zgodnie z nakazami sprawiedliwości” – wyjaś­niał w Prawach Platon. Zdaniem filozofa dzieci powinny być otaczane staranną opieką, a rodzice mają obowiązek dbać o ich rozwój fizyczny i umysłowy. Za najlepszy sposób na osiągnięcie tego celu uznawał zabawy na świeżym powietrzu, połączone z czytaniem bajek, poezji i słuchaniem muzyki. Co ciekawe, Platon nie pochwalał kar fizycznych jako środka wychowawczego.

Podobnego zdania był znakomity grecki historyk i filozof Plutarch. Chwalił rzymskiego senatora Katona Starszego za to, że po powrocie do domu pomagał żonie podczas kąpieli syna oraz nie uchylał się od jego przewijania. Gdy zaś potomek podrósł, senator spędzał z nim wiele czasu, studiował z nim dzieła literackie, uczył go historii, a także jazdy konnej i posługiwania się bronią. Katon również potępiał bicie dzieci, uznając to za niegodne Rzymianina. Rewolucyjna idea stawała się coraz popularniejsza w republice wraz ze wzrostem dobrobytu. Pedagog Marcus Fabius Quintilianus (Kwintylian) w dziele Kształcenie mówcy określał kary cielesne mianem „poniżających człowieka”.

Innym skutkiem liberalizacji obyczajów w I w. n.e. stało się dbanie o edukację dziewczynek i stopniowe zrównywanie ich w prawach

z chłopcami. Jednak porzucanie noworodków surowo potępiali jedynie chrześcijanie. Nowa religia, zdobywająca od III w. w Imperium Rzymskim coraz więcej wyznawców, nakazywała troszczyć się bezwarunkowo o każdą istotę obdarzoną nieśmiertelną duszą.

Nowy trend okazał się tak silny, że przetrwał nawet upadek imperium i podbój jego ziem przez Germanów. Niechciane dzieci zaczęły trafiać do przytułków, otwieranych chętnie przez klasztory. Presja moralna i możliwość oddania malca zakonnikom sprawiły, że dzieciobójstwo stało się zjawiskiem marginalnym. Pojawiły się też po raz pierwszy zapisy prawne zabraniające rodzicom zabijać dzieci, okaleczać je oraz sprzedawać. W Polsce zakazał tego w 1347 r. Kazimierz Wielki w Statucie wiślickim.

Jednak jak zauważa w Historii dzieciństwa. Dziecko i rodzina w dawnych czasach Philippe Ariès: „Dzieciństwo uważane było za okres przejściowy, szybko przemijający, niewart zapamiętania”. Jako że nieliczne maluchy dożywały dorosłości, zazwyczaj rodzice nie nawiązywali z nimi głębszych więzi uczuciowych. Większość języków europejskich w średniowieczu nie znało nawet słowa „dziecko”.

Piotr Bruegel Starszy; Zabawy dziecięce
fragment obrazu Gry dla dzieci

Obraz powstał w 1560 roku, kiedy tematyka dziecięca w sztuce była rzadkością. Był to etap niezbyt ważny, uważany jako pomost w drodze ku dorosłości. Dzieci byli traktowani podobnie do osób dojrzałych. Widać to także na obrazie. Postacie ukazane w różnych pozach noszą szaty zwykle noszone przez dorosłych. Dziewczynki mają na sobie fartuchy, a chłopcy spodnie i kubraki swoich ojców.

Dzieło zostało nazwane „Zabawami dziecięcymi”, młodzi nie mają jednak żadnych zabawek. Bawią się: kawałkami drewna, kośćmi, beczkami, obręczami. Przedstawione są tutaj aż 92 zabawy. Na obrazie znajduje się 250 dzieci. Trudno określić ich wiek. Malarz nie przedstawił na ich twarzach żadnych uczuć, ich miny wręcz zdają się odbiorcy głupie. Postacie nie są wyidealizowane. Mimo że dzieci zajmują się zabawą, nie widać na ich twarzach uśmiechów ani ekscytacji. Historyk Feliks Timmermans twierdził, że wynikało to z trudnego dzieciństwa malarza.

Na obrazie widzimy prawie same dzieci, ale zawiera on także co najmniej 6 dorosłych. Z lewej strony przedstawiona są kobieta, która narzuca na dzieci niebieską pelerynę oraz kobieta prowadząca grupkę dziewcząt. Z lewej strony drogi kobieta wychyla się przez okno i wylewa wodę na dwóch siłujących się chłopców, a dalej znajduje się mężczyzna z dzieckiem siedzącym mu na ramionach. Kobieta i mężczyzna huśtają dziecko na rękach.

Obraz miał być ostrzeżeniem przeciwko traktowaniu życia jako dziecięcej zabawki. Można udowodnić tę teorię brakiem dziecięcych rys twarzy przedstawionych postaci a także ubranych przez nie strojów.

Odchodzenie od przemocy

A co, gdybyśmy nigdy nie poszli do szkoły i nie czuli, że musimy coś robić, by zasłużyć na miłość, uznanie i szacunek? Historię Andrégo i Arna Sternów przedstawia Maria Hawranek.

W średniowieczu dziecko stawało się młodym człowiekiem już w wieku 8–9 lat. Zgodnie z prawem kanonicznym panna młoda musiała mieć co najmniej 12 lat, a pan młody – 14. Ten fakt mocno utrudniał życie najpotężniejszym rodom. Zaraz po przyjściu dziecka na świat jego ojciec, chcąc powiększyć zasoby i prestiż rodziny, rozpoczynał poszukiwania synowej lub zięcia. W czasie dobijania targu z drugim rodem dzieci będące przedmiotem transakcji nie miały nic do powiedzenia. Gdy król Polski i Węgier Ludwik Andegaweński swatał swoją córkę Jadwigę z Wilhelmem Habsburgiem, miała ona zaledwie cztery lata. Wybrany dla niej mąż był cztery lata starszy. Aby uniknąć konfliktów z Kościołem, kontrakt między rodami nazywano „zaręczynami na przyszłość” (łac. sponsalia de futuro). Miały one tę zaletę, że jeśli priorytety polityczne się zmieniały, łatwiej się je zrywało niż związek sakramentalny. Tak się stało z zaręczynami Jadwigi Andegaweńskiej, która dla dobra polskiej racji stanu w wieku 13 lat zamiast Habsburga poślubiła Władysława Jagiełłę.

Zainteresowanie dziećmi jako samodzielnymi bytami odrodziło się w Europie w czasach odkrywania antyku. Za sprawą pism starożytnych filozofów wróciła moda na dbałość o edukację i wychowywanie potomstwa. Początkowo głównym narzędziem

w procesie wychowania były kary cielesne. Regularne bicie podopiecznych uznawano za czynność tak konieczną, że w szkołach przyklasztornych powstał zwyczaj wiosennej wycieczki do brzozowego gaju. Tam uczniowie sami zbierali dla swojego nauczyciela zapas rózg na cały rok.

Zmiana w tym sposobie myś­le­nia przyszła wraz z założonym w 1540 r. przez Ignacego Loyolę Towarzystwem Jezusowym. Jezuici stosowali przemoc jedynie w sytuacjach nadzwyczajnych, a karę cielesną mógł wymierzyć uczniowi posługacz, nigdy nauczyciel. Zbudowana przez zakon ogólnoeuropejska sieć bezpłatnych szkół dla młodzieży cieszyła się znakomitą renomą. „Uczyli najlepiej ze wszystkich” – przyznawał z niechęcią angielski filozof Francis Bacon. Sukcesy zakonu uświadomiły miłośnikom empiryzmu, jak ważna jest edukacja nieopierająca się na przemocy. Jeden z największych filozofów XVII w. John Locke w swoich Myślach

o wychowaniu namawiał rodziców, żeby starali się stymulować dzieci do nauki i dobrego zachowania, używając przede wszystkim pochwał.

Jeszcze dalej szedł wspomniany Rousseau, który w Emilu krytykował wszystkie ówczesne wzorce traktowania dzieci. Zgodnie

z obowiązującą modą ludzie szlachetnie urodzeni i bogaci nie zajmowali się nimi, bo tak czynił plebs. Noworodka karmiła mamka,

a potem trafiał on na wychowanie do dziadków lub ubogich krewnych, którym wypłacano pensję. Dziecko wracało do domu, kiedy ukończyło co najmniej pięć lat. Maluch nagle tracił najbliższe mu osoby. Potem jego wychowanie oraz edukację nadzorowała surowa biologiczna matka. Ojca widywał sporadycznie. Zamiast miłości dostawał codzienne lekcje okazywania rodzicom szacunku

i posłuszeństwa. Rousseau wszystko to potępił. „Jego oskarżenia i wezwania wstrząsnęły opinią publiczną, ze łzami w oczach czytały je kobiety. I jak przedtem  było  modą  oddawać  dziecko  mamce,  tak  po  Emilu  stało  się w wyższych sferach modą karmienie przez matkę” – zapisał w Historii wychowania Stanisław Kot. Jednak moda oderwana od prawa i uwrażliwiania społeczeństwa na los dzieci nie mogła odmienić rzeczywistości.

Przytułek i fabryka

„W wielu wsiach i miasteczkach przetrzymywano nowo narodzone dzieci od 12 do 15 dni, czekając, aż zgromadzi się ich większa liczba. Dopiero wtedy  transportowano je,  często  w  stanie  skrajnego  wyczerpania, do przytułku” – pisze w tekście Dzieci porzucone

w społeczeństwach dawnej Europy i Polski Marian Surdacki. Gdy elity odkrywały na Starym Kontynencie człowieczeństwo dzieci, mniej zamożni mieszkańcy zaczynali na masową skalę odtwarzać zupełnie  inne  starożytne  wzorce.  Porzucanie  niechcianych dzieci

w XVIII w. znów stało się normą. Zazwyczaj trafiały one do utrzymywanych przez gminy zakładów opiekuńczych. W ówczesnym Londynie każdego roku przytułki przyjmowały około 15 tys. maluchów. Dożyć dorosłości udawało się nielicznym. W skali całej Europy liczba  porzuconych  dzieci  w  XVIII  w.  szacowana  jest  na  mniej  więcej 10 mln. Moralne potępienie ze strony Kościołów katolickiego

i protestanckiego niewiele już dawało.

Paradoksalnie skuteczniejsza okazała się… rewolucja przemysłowa, choć początkowo zapowiadało się zupełnie na odwrót.

W Wielkiej Brytanii mieszkańcy wsi, gdy musieli emigrować do miast, w pierwszej kolejności pozbywali się uciążliwego potomstwa. Londyńskie przytułki przeżywały oblężenie, a po ulicach metropolii włóczyło się około 120 tys. porzuconych dzieci. Wprawdzie większość nie przeżywała roku, jednak te, które przetrwały, wymagały jedzenia i ubrań. Finansowanie przytułków mocno obciążało więc budżety gminne. „Dla władz miejskich, obarczonych problemem mnóstwa niechcianych dzieci, nowe zakłady tekstylne

w Lancashire, Derby i Notts były prawdziwym darem niebios” – piszą Barbara i John Lawrence Hammondowie w The Town Labourer.

Z początkiem XIX w. angielskie przytułki stały się źródłem taniej siły roboczej dla nowo powstających fabryk. Sieroty, żeby otrzymać dach nad głową i wyżywienie, musiały na siebie zarabiać. Wkrótce to samo spotkało ich rówieśników z ubogich rodzin. „Utarło się

w okręgach fabrycznych, że rodzice posyłają swych siedmio- czy ośmioletnich synów i córki – zimą i latem, o szóstej rano, czasem więc po ciemku, niekiedy w mróz i śnieg – do fabryk” – próbował uwrażliwiać na los dzieci w 1813 r. Robert Owen. Ów niezwykły menedżer przędzalni w New Lanark w zbudowanym przez siebie osiedlu robotniczym zapewnił dzieciom pracowników przedszkole. Oferowało ono maluchom nie tylko opiekę, lecz także naukę czytania i pisania.

Jednak Owen pozostawał chlubnym wyjątkiem. Gdy za sprawą jego apeli w 1816 r. brytyjski parlament powołał specjalną komisję, wkrótce ustaliła ona, że aż 20% robotników w przemyśle włókienniczym miało mniej niż 13 lat. Bywały też przędzalnie, gdzie 70% siły roboczej stanowiły dzieci. Standardowo pracowały po 12 godzin dziennie, a wolne miały jedynie niedziele. Ich nadzorcy utrzymywali dyscyplinę za pomocą kijów. Taka codzienność, w połączeniu z epidemią gruźlicy, nie dawała małym robotnikom szans na zbyt długie życie. Protesty Owena i jego sympatyków jednak przez długie lata prawie niczego nie zmieniły. „Przemysł jako taki poszukuje nowych, mniej wprawnych, ale za to tańszych robotników. Najmilej widziane są małe dzieci” – zauważał dwie dekady później francuski socjalista Eugène Buret.

Budzące się sumienie

Wśród dokumentów dostępnych w Brytyjskim Archiwum Narodowym znajduje się raport rządowego inspektora fabrycznego

z sierpnia 1859 r. Lakonicznie opisuje on przypadek 13-letniej robotnicy z przędzalni w Wigan, Marthy Appleton. „Z powodu omdlenia jej lewa ręka została złapana przez maszynę, przez co straciła wszystkie palce” – zanotował inspektor. Jak przypuszczał, dziewczynka zemdlała z powodu zmęczenia. Następnego dnia właś­ciciel fabryki uznał, że tak wybrakowane dziecko do niczego już się nie przyda. Wyrzucił je więc z pracy.

„Tam, gdzie kiedyś pracował jeden mężczyzna, można znaleźć kilkoro dzieci czy kobiet, które wykonują podobną pracę za głodowe pensje” – alarmował Eugène Buret. Ów stan rzeczy zaczynał budzić sumienie u coraz większej liczby ludzi. Spory wpływ na to miała działalność niemieckiego pedagoga Friedricha Fröbela. Odwiedzał on kolejne miasta, by wygłosić odczyty. Postulował oddanie dzieciom dzieciństwa i zachęcał do zapewnienia im opieki oraz darmowej edukacji. Idee Fröbela dramatycznie kontrastowały

z doniesieniami prasy o strasznym losie dzieci w fabrykach.

Pierwszy zareagował rząd Prus, który już w 1839 r. zabronił zatrudniania małoletnich. We Francji podobny zakaz wszedł w życie dwa lata później. Natomiast w Wielkiej Brytanii premier Robert Peel musiał stoczyć walkę z parlamentem, nim ten zgodził się w 1844 roku przyjąć Factory Act. Zabraniał on dzieciom, które nie ukończyły 13 lat, pracować w fabrykach dłużej niż 6 godzin. Jednocześ­nie nakazywał pracodawcom zapewnić im edukację w przyfabrycznych szkołach. Wkrótce mocarstwa odkryły, że o ich sile zaczynają decydować obywatele zdolni wydajnie pracować i skutecznie walczyć na polach bitew. Okaleczane w pracy dzieci zupełnie nie nadawały się do służby wojskowej. Wraz z końcem XIX w. nieletni robotnicy wreszcie zniknęli z europejskich fabryk.

W obronie dziecka

„Mama ma zwyczaj biczowania mnie i bicia każdego dnia. Biła mnie skręconym batem na gołe ciało. Bat zawsze zostawiał czarne

i niebieskie ślady na moim ciele” – opowiadała przed nowojorskim sądem w kwietniu 1874 r. 10-letnia Mary Ellen Wilson. W obronie maltretowanej przez opiekunów dziewczynki (jej biologiczni rodzice nie żyli) stanęła działaczka społeczna Etty Wheeler. Gdy jej prośbom o interwencję kolejno odmawiali policja, sąd, a nawet burmistrz Nowego Jorku, kobieta zwróciła się o pomoc do Amerykańskiego Towarzystwa Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt (ASPCA). Jego prezes Henry Bergh pierwszy zgodził się

z panną Wheeler, że dziecko  nie  jest  własnością  opiekunów.  Korzystając  ze  swojego  doświadczenia  w walce o  prawa zwierząt, rozpoczął prasową i sądową batalię o małą Wilson. Opublikowane przez „New York Timesa” zeznania dziewczynki, opowiadającej sędziemu o codziennych torturach, wstrząsnęły opinią publiczną. Sąd odebrał dziecko jego opiekunom, a sadystyczną macochę skazał na rok ciężkich robót. Mary Ellen Wilson trafiła pod opiekę Etty Wheeler. Jej historia zainspirowała obrońców praw zwierząt do założenia w 1877 roku stowarzyszenia American Humane, które walczyło o to, by państwo otaczało opieką każde krzywdzone stworzenie, także dziecko.

Również na Starym Kontynencie ta idea znajdowała coraz więcej zwolenników. „W środowiskach burżuazyjnych bardziej jeszcze niż

w arystokratycznych prawie wcale nie bije się dzieci w domu. Ostaje się jeszcze gdzieniegdzie jakaś rózga lub dyscyplina, lecz spotykają się one z coraz większym potępieniem” – odnotowuje Historia życia prywatnego pod redakcją Philippe’a Arièsa i Georges’a Duby’ego. Równocześnie odchodził w niepamięć zwyczaj powierzania opieki nad potomstwem obcym osobom. „Pod koniec XIX wieku każda dobra matka zajmuje się rzeczywiście swoim niemowlęciem, które staje się ważną osobą”.

W 1900 roku ukazała się bestsellerowa książka Ellen Key Stulecie dziecka. Nauczycielka ze Szwecji namawiała w niej rodziców, by zapewnili potomstwu przede wszystkim miłość i poczucie bezpieczeństwa, a podczas wychowania ograniczali się do „cierpliwego śledzenia, jak natura sama sobie poradzi”. Jednak z idea­lizmem Szwedki zderzała się inna prekursorska praca – O wychowaniu, autorstwa Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Autorzy postulowali, by „wychowanie domowe zastąpić społecznym”. Indoktrynacją dzieci miały zajmować się szkoła oraz organizacje młodzieżowe, których celem było przygotowanie młodych ludzi do walki

z konserwatywnym pokoleniem rodziców o nowy świat.

Czy XX wiek przyniósł przełom, jeśli chodzi o sposób traktowania dzieci? W 1924 roku Liga Narodów przyjęła Deklarację praw dziecka. W otwierającej ją preambule oznajmiano, że „ludzkość powinna dać dziecku wszystko, co posiada najlepszego”. To ważny postulat, ale niestety w wielu miejscach na świecie wciąż nie jest on ­realizowany.    ("Przekrój") 

/ nauka

czerwiec '23 (10)

Kto ma AI, ten ma władzę nad światem

PATRICK BEUTH, SIMON BOOK

Szum wokół sztucznej inteligencji wywołał bezlitosną walkę o władzę. Google i Microsoft walczą o dominację w Dolinie Krzemowej, Chiny i USA – o globalne przywództwo. A Europa? Dyskutuje.

Tak zwana generatywna sztuczna inteligencja jeszcze niedawno była tylko sztuczką dla nielicznych znawców na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Teraz systemy generujące obrazy lub tekst są używane przez miliony ludzi. Program ChatGPT, który samodzielnie odpowiada na złożone pytania, podbił świat i w ciągu kilku tygodni wywołał globalną debatę na temat nowej mocy maszyn i groźby bezsilności ludzi.

OpenAI, firma software’owa, stojąca za ChatGPT i generatorem obrazów Dall-E, ponownie rozpętała wyścig o najlepszą sztuczną inteligencję. Microsoft i Google musiały zmienić swoje strategie tak szybko, że nawet inżynierowie oprogramowania, którzy są przyzwyczajeni do pośpiechu, marszczą brwi: Czy to, co tutaj promujemy, jest naprawdę gotowe do wejścia na rynek?

Gra Microsoft, Google tańczy

Zbliżająca się rozgrywka na globalnym szczeblu politycznym może być jeszcze ostrzejsza. W Chinach miliardy z kasy państwowej płyną teraz nie tylko na wspomagany przez sztuczną inteligencję nadzór nad własną ludnością, lecz także na otwartą rozgrywkę

z Zachodem. I podczas gdy Pekin pompuje coraz więcej pieniędzy w kluczową technologię, USA nakładają zakazy eksportu czipów, aby wyprzedzić rywala na ostatnich metrach.

ChatGPT, który w bardzo krótkim czasie dotarł do milionów użytkowników, wywołał poruszenie w Google. Prezes Sundar Pichai musiał usiąść do stołu z założycielami firmy Larrym Pagem i Sergeyem Brinem. Obaj zwrócili się do zarządu o opracowanie strategii, która umożliwi przeciwdziałanie atakom sztucznej inteligencji. A przecież architekturę AI opracowali inżynierowie z Google… To było historyczne spotkanie. Page i Brin odeszli z najwyższego kierownictwa w 2019 r. i prawie całkowicie zniknęli z życia publicznego. Aż tu nagle stali się znowu potrzebni.

Microsoft i Google od tamtej pory próbują prześcignąć się w nowych zapowiedziach. Po spotkaniu kryzysowym Sundar Pichai ogłosił „czerwony alarm” i poprosił każdego kompetentnego pracownika o zainwestowanie do czterech godzin tygodniowo na udoskonalenie wewnętrznego chatbota Bard. Pospiesznie skompilowana informacja prasowa o Bardzie została celowo opublikowana na kilka dni przed prezentacją Microsoftu – zawierała żenujący błąd rzeczowy, co spowodowało gwałtowny spadek akcji Alphabet, firmy macierzystej Google. Nieco później szef Microsoftu Satya Nadella kpił z kalifornijskiego rywala, zapraszając go do walca: „Sprawiliśmy, że Google tańczy”.

Trudno nadążyć za tą operetką, zwłaszcza że w potyczkę zaangażowani są teraz inni giganci technologiczni. Amazon niedawno ogłosił kooperację, której celem jest umożliwienie działania większej liczbie aplikacji AI na swojej platformie chmurowej. Meta Marka Zuckerberga zaprezentowała własny model językowy, który podobno działa jeszcze lepiej i mądrzej niż u konkurencji. Projekt pilotażowy koncernu Facebooka jest jeszcze w powijakach, ale samo ogłoszenie wystarczyło, by wprowadzić branżę w ekstazę.

Niektórzy eksperci uważają te próby na żywej materii za nieodpowiedzialne. – Zachód wchodzi we współzawodnictwo ze złoczyńcami tego świata – ostrzega Eric Schmidt, który przez dekadę był szefem Google, a teraz doradza Pentagonowi. – Nie chodzi mi o to, żeby nie rozwijać tej technologii. Ale musimy znaleźć sposoby, by ją kontrolować. Twórcy systemów rozpoznawania twarzy z pewnością nie sądzili, że Chiny wykorzystają je do polowania na Ujgurów.

Xi i AI
Minęło siedem lat, odkąd chińskie kadry partyjne zdały sobie sprawę, o co toczy się gra. W roku 2016 po raz pierwszy człowiek zagrał z maszyną w go. Program Google z łatwością wygrał z jednym
z najlepszych zawodników świata. Azja zawyła
z oburzenia, a Xi zrozumiał lekcję, zupełnie jakby chodziło o porażkę militarną.
W marcu 2017 r. termin „sztuczna inteligencja” pojawił się po raz pierwszy w sprawozdaniu premiera Li Keqianga dla Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych – wraz z obietnicą ogromnych inwestycji. A rząd dotrzymał słowa. Od tamtej pory wydatki na badania z roku na rok rosły. Chiny już wówczas przewidywały roczne obroty na poziomie 150 mln dolarów, a ich firmy miały stać się dominującymi graczami na światowym rynku AI do 2030 roku.
W komunistycznych Chinach szczególnie entuzjastycznymi użytkownikami nowej technologii są służby bezpieczeństwa. W dużych miastach na każdym skrzyżowaniu stoją wspierane przez sztuczną inteligencję kamery, a propaganda mówi

Chat GPT

o „niebiańskiej sieci”, która może nawet rozpoznawać osoby w maseczkach ochronnych. Naukowcy z Szanghaju zbudowali „prokuratora ze sztuczną inteligencją”, który ma automatycznie definiować przestępstwa i stawiać zarzuty podejrzanym. Ochrona danych, prywatność? Raczej nie w Chinach.

O kluczowej roli AI w strategii Xi można się było przekonać na początku 2018 roku. W noworocznym przemówieniu przewodniczący

w ogóle nie wspomniał o sztucznej inteligencji. Już nie musiał. Za nim, na dużej półce z książkami, między „Dziełami wybranymi” Mao Zedonga a „Kapitałem” Marksa uważni widzowie odkryli dzieło Portugalczyka Pedro Domingosa: „Naczelny algorytm”. Z dnia na dzień ten informatyk stał się rozchwytywanym partnerem do rozmów, a jego książkę przetłumaczono na wiele języków. Domingos, który wykłada na Uniwersytecie Waszyngtońskim w Seattle, uważa, że USA wciąż przodują w rywalizacji systemów sztucznej inteligencji, „ale Chiny nadrabiają zaległości z dużą prędkością”.

W przyszłości, jaką rysuje Domingos, AI stanie się największym destabilizatorem

porządku politycznego.

Nie jest tylko jasne, kto na tym skorzysta, a komu to zaszkodzi. – Gdybym był autokratą, byłbym bardzo podekscytowany potencjalnymi korzyściami – mówi naukowiec. – Ale byłbym również bardzo zaniepokojony, jak wiele pozostaje poza moją kontrolą.

Na Zachodzie prywatność to szklany sufit, który ogranicza wszystkie szersze marzenia.

W Chinach chyba jest to cenzura.

Bo co się stanie, gdy ktoś zapyta chatbota, gdzie żyje się lepiej: na wolnym Zachodzie czy w chińskiej dyktaturze?

Tymczasem w Brukseli…

Europa nie chce stać się drugimi Chinami. Reżim nadzoru ustanowiony przez rząd w Pekinie jest postrzegany w Brukseli jako odstraszający przykład. W kwietniu 2021 r. Komisja Europejska zaproponowała rozporządzenie o sztucznej inteligencji, lepiej znane pod angielskim tytułem „AI Act”. Jego rdzeniem jest piramida zagrożeń, która dzieli systemy sztucznej inteligencji na cztery poziomy: minimalnego, ograniczonego, wysokiego i niedopuszczalnego ryzyka.

Znane z Chin systemy, które oceniają ludzi według stylu życia, są uważane za „nie do zaakceptowania” i dlatego zakazane. To samo dotyczy manipulowania technologiami czy rozpoznawania twarzy w przestrzeni publicznej. „Ograniczone ryzyko” oznacza nowe zasady przejrzystości dla spółek. Każdy, kto rozmawia z chatbotem zamiast z człowiekiem, powinien zostać o tym poinformowany.

Te wahania i pełen wątpliwości stosunek do sztucznej inteligencji są niezwykle niebezpieczne dla Europy. Od 2013 do 2021 roku, według danych Uniwersytetu Stanforda, prywatni inwestorzy w USA zainwestowali w rozwój AI prawie 150 mld euro, w Chinach – około 62 miliardów, a w Wielkiej Brytanii – prawie 11 miliardów. To więcej niż w Niemczech i Francji razem wziętych. Reszta Unii Europejskiej wygląda jeszcze żałośniej. Nikt nie lubi inwestować pieniędzy w branżę, która jutro może zostać zabita toną regulacji.

(Der Spiegel, distr. by NYT Synd.; Forum)

/ nauka

czerwiec '23 (10)

Robota u bota
– niewolnicy generatorów tekstu

REDAKCJA FORUM

Sztuczna inteligencja u jednych budzi podziw, u innych grozę. Jednak cyfrowa bestia nie mogłaby przetrwać, gdyby nie ludzie, którzy ją dokarmiają.

W centrum Antananarywy uwagę przykuwa elegancka szklana fasada. Luksusowy wieżowiec kontrastuje

z podniszczonymi budynkami w tej części miasta. To siedziba francuskiej firmy Teleperformance, światowego lidera w dziedzinie usług call center. Dawniej to przedsiębiorstwo zatrudniało miejscowych wyłącznie po to, aby siedzieli na infolinii. Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji (SI) pojawiły się nowe możliwości.

SI nie jest wcale tak inteligentna, jak ją malują – podkreśla Boris Manenti, reporter francuskiego tygodnika „L’Obs”. Boty nie są kreatywne i nie łapią wszystkiego w lot. Najpierw trzeba je wyszkolić, a jest to wyjątkowo żmudne zajęcie.

Weźmy prosty przykład: aby maszyna mogła odróżnić kota od psa, musi najpierw otrzymać dziesiątki tysięcy zdjęć z dopiskiem.

sztuczna inteligencja

"Dopiero na tej podstawie zdoła się czegoś nauczyć, by móc w przyszłości samodzielnie wydedukować gatunek zwierzęcia. Jednak nawet wtedy program musi być stale sprawdzany” – przypomina dziennikarz.

Komu chciałoby się to robić? Przecież opatrywanie komentarzami tysięcy zdjęć to żmudna, monotonna i odmóżdżająca robota.

A poza tym trudno liczyć na godziwą zapłatę. Właśnie dlatego firmy rozwijające projekty SI decydują się na outsourcing. Zatrudniają podwykonawców w krajach taniej siły roboczej, takich jak Madagaskar, gdzie płaca minimalna wynosi około 175 złotych miesięcznie. Pracując dla zachodnich firm, można wyciągnąć trzykrotnie więcej. Dlatego młodzi mieszkańcy Antananarywy chętnie rozpoczynają swoją „karierę” w tej branży. 87 proc. dokarmiaczy SI ma poniżej 34 lat, a trzy czwarte z nich ukończyło studia.

Pięćset złotych miesięcznie może wydawać się majątkiem na ogromnej wyspie, gdzie 80 proc. ludności żyje w ubóstwie. A jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Malgasze pracujący dla zachodnich start-upów są ofiarami bezlitosnego wyzysku. Branża związana

z SI jest niebywale rentowana i ma osiągnąć w tym roku prawie 400 mld euro przychodu. Afrykańskim podwykonawcom rzuca się ochłapy.

Niewolnicza praca

27-letnia dziewczyna zgodziła się opisać swój dzień pracy. – Muszę klikać na zdjęcia, aby odróżnić motocykle od rowerów, przepisywać nagrania audio, poprawiać automatycznie wygenerowane karty produktów itp. Niesamowita monotonia. Przez osiem godzin jestem przyklejona do komputera, robiąc ciągle to samo.

Nie mogę popełnić błędu, nie wolno mi z nikim rozmawiać, a na koniec dnia mam zdrętwiałe

i obolałe ręce. To niewolnicza praca, ale zawsze coś…

Nie tak zaplanowała swoją karierę. Studiując anglistykę, marzyła o pracy w korporacji międzynarodowej, w dziale marketingu. Jej nadzieje zostały brutalnie rozwiane, gdy po ukończeniu studiów musiała się zaopiekować bratem – nie było mowy o wyjeździe. Madagaskar jest krajem nękanym przez stale rosnącą biedę i powszechne bezrobocie. Rozmówczyni „L’Obsa” wzięła, co się nawinęło, bo musi wyżywić rodzinę. Nie jest to tylko jej wybór.

– W okresie galopującego bezrobocia i wysokiego wzrostu cen, gdy wielu ludzi nie dojada, młodzi absolwenci przyjmują każdą propozycję zatrudnienia – potwierdza ekonomista i politolog François Giovalucchi, wykładowca na Katolickim Uniwersytecie Madagaskaru.

Nie jest to zupełnie nowe zjawisko, bo już w latach 90. afrykańska wyspa przeżywała inwazję firm świadczących usługi telefoniczne. Mówiący po francusku Malgasze, zatrudnieni w centrach telefonicznych, zapewniali obsługę posprzedażową na potrzeby zachodnich korporacji. Nowo otwarte centra przetwarzania danych powielają dobrze znane wzorce. Co więcej, oba te rodzaje działalności są nieraz powiązane. Firmy oferujące usługi telefoniczne zwietrzyły nowy sposób pomnażania zysków. Obciążenie pracą w call center zmienia się w ciągu roku (najwięcej zgłoszeń i reklamacji jest w sezonach zakupowych, a potem liczba połączeń maleje). Szkolenie SI stało się sposobem na to, aby dociążyć pracowników. Manenti podaje, że w martwym sezonie jedna piąta telefonistów musi dodatkowo zajmować się dokarmianiem SI. Jedna z jego informatorek, 31-letnia pracownica firmy Teleperformance, opisuje, jak przełącza się między zadaniami. Raz rozmawia z „wściekłymi klientami” francuskiego koncernu z branży AGD, to znów klika w obrazki, aby określić, czy to osobówka, ciężarówka czy motocykl.

Władze Madagaskaru zachęcają kolejne firmy do prowadzenia działalności na wyspie, oferując ulgi podatkowe i luzując regulacje dotyczące wynagrodzeń za pracę nocną czy za nadgodziny. Szczególne zainteresowanie przejawiają firmy znad Sekwany. Obecnie na wyspie działa 48 podmiotów zajmujących się gromadzeniem i klasyfikowaniem danych, a z tego 26 jest w rękach Francuzów. Pomijając rządowe obietnice, ogromnym atutem Madagaskaru są niskie koszty. – Wliczając wszystko, zamykamy się w trzech euro za godzinę – twierdzi menadżer z firmy Oworkers. – To o połowę mniej niż w Maroku czy w Tunezji i cztery razy taniej niż we Francji!

– Staramy się oszczędnie korzystać z danych opisowych, ale w przypadku SI, a już zwłaszcza w naszej dziedzinie, jest to konieczne, aby uzyskać możliwie najlepsze wyniki – wyjaśnia Renaud Allioux, współzałożyciel i dyrektor ds. innowacji start-upu Preligens. Ta francuska spółka oferuje oprogramowanie do detekcji satelitarnej, chętnie wykorzystywane przez armię. „Szkolenia” dla algorytmów odbywają się w Rennes, jeśli chodzi o rozwiązania objęte ścisłą tajemnicą, i na Madagaskarze w przypadku danych uznanych za mniej wrażliwe.

W Antananarywie na zlecenie francuskiego start-upu zajmuje się tym belgijska firma Ingedata. Allioux przyznaje, że zapewnia to spore oszczędności. Zarazem jednak podkreśla, że jego podwykonawca świeci przykładem na tle całej branży. – Wybraliśmy Ingedatę, bo dobrze traktują swoich pracowników. Są tańsze możliwości skorzystania z outsourcingu, ale cena nie była dla nas głównym kryterium – zapewnia.

Ingedata rzeczywiście należy do czołówki tego rodzaju firm działających na Madagaskarze. Przetwarza bowiem najbardziej skomplikowane, a przez to najdroższe dane. – Zatrudniamy np. radiologów, którzy analizują obrazy ludzkich narządów, aby wyszkolić SI do wykrywania zmian chorobowych – mówi François Dejeager, dyrektor ds. rozwoju. –  Chcemy być dostawcą kompleksowych danych i w tym celu wykorzystujemy inteligencję naszych pracowników. Zgadza się, funkcjonujemy na rynku w kraju o niskich kosztach prowadzenia działalności, ale niższa cena usługi nie oznacza gorszej jakości!

Największym wzięciem cieszą się jednak usługi lsahit, francuskiej firmy, która chwali się swoim „etycznym” podejściem do outsourcingu. „Pozwalamy kobietom na całym świecie korzystać z elastyczności technologii cyfrowej” – zapewnia przedsiębiorstwo, którego klientami są francuscy giganci, tacy jak Airbus, L’Oréal czy Sodexo. Tyle że rzeczywistość wcale nie jest różowa. – Nie mają dla nas żadnych względów. Czuję się wykorzystywana, ale potrzebuję tych euro – mówi kobieta, która pracuje dla Isahit od prawie trzech lat. Opowiada, że platforma narzuciła jej status freelancerki, nie oferując normalnej umowy o pracę, co przekłada się na brak ochrony socjalnej, zwłaszcza opieki zdrowotnej. – Kiedy urodziłam drugie dziecko, w ogóle ich to nie obeszło, byle tylko praca była wykonana. Nie miało znaczenia, że urodziłam przed komputerem… Gdy przestałam pracować, przestano mi płacić. Również

w szpitalu musiałam zapłacić wszystko z własnej kieszeni. Na szczęście nie miałam cesarki! – wspomina. Oto przykład „uberyzacji” pracy w tej branży – podkreśla autor reportażu.

Takie zajęcia są żmudne i niedoceniane. – Muszę np. zidentyfikować warzywa, mięso, jogurt i sztućce na zdjęciu przedstawiającym posiłek na tacy. Oficjalnie Isahit podaje, że to zadanie zajmuje pięć minut, ale mnie zwykle pochłania kwadrans. Nie mogę pracować

w pośpiechu. Jeśli się pomylę, mogą mnie skreślić z listy współpracowników. Najgorzej jest, gdy wysiądzie prąd, bo wtedy stracę wszystko i nie dostanę zapłaty – opowiada kolejny rozmówca „L’Obsa”.

Na Madagaskarze francuska platforma płaci swoim pracownikom półtora euro

(około siedmiu złotych) za godzinę.

Nie płacąc jednocześnie za ich narzędzia pracy (trzeba mieć własny komputer), abonament internetowy czy wynajem lokalu (wszyscy rozmówcy francuskiego tygodnika pracują na łóżku w swoim pokoju). Kiedy reporter skontaktował się z Isabelle Masholą, współzałożycielką i dyrektorką generalną Isahit, powiedziała, że jest „zaskoczona”, i zasugerowała zebranie „relacji innych osób”.

Łapówka zawsze pomoże

Manenti rozmawiał również z przedstawicielem innej francuskiej firmy, która korzysta z usług Malgaszów. – To żmudne zadania,

a gdybyśmy kazali je wykonywać swoim pracownikom, kosztowałoby nas to sporo pieniędzy… – mówi bez ogródek Laurent Assouly, dyrektor ds. marketingu w spółce Evitech. Ten start-up dostarcza oprogramowanie zdolne do wykrywania porzuconego bagażu

w pociągu lub w metrze, policzenia tłumu przechodniów na ulicy albo namierzenia papierosowych dymków w miejscach niedozwolonych. Te wszystkie funkcje mogłyby znaleźć zastosowanie podczas przyszłorocznych letnich igrzysk olimpijskich

w Paryżu. Wymaga to jednak przeszkolenia SI, aby zapewnić niezawodność. – Nie ma innego sposobu niż dostarczenie tysięcy prawdziwych obrazów, aby odtworzyć warunki terenowe. Należy to zrobić z wyprzedzeniem, aby wytrenować system, a następnie sprawdzić jego działanie i się upewnić, że nie wyprowadzi nas na manowce – wyjaśnia rozmówca „L’Obsa”. Ciągła potrzeba kontroli wróży dalszy rozwój branży. – Za pięć lat nadal będzie zapotrzebowanie na dużą liczbę osób tworzących komentarze objaśniające. Aby SI stała się bardziej niezawodna, potrzebuje coraz więcej danych – prognozuje Dejeager.

Taka wizja może zachwycać przedsiębiorców, ale nie tylko ich perspektywa się liczy. „Niskokosztowe” kraje globalnego Południa mają największy problem z przestrzeganiem prawa pracy. Pod tym względem Madagaskar nie jest żadnym wyjątkiem. Szef jednego ze start-upów opowiada francuskiemu reporterowi o „powszechnej korupcji”. – Dla niektórych graczy pozbawionych skrupułów kuszące jest łamanie wszelkich zasad dotyczących warunków pracy, a nawet korzystanie z pracy dzieci. Wystarczy tylko dobrze posmarować. Łapówka dla urzędnika to i tak dużo mniejszy wydatek niż koszty przestrzegania praw pracowniczych…

Socjolog Antonio Casilli przypomina, żeby nie patrzeć tylko na afrykańską wyspę. – Takie usługi rozwijają się szybko w Afryce, Ameryce Łacińskiej, w Indiach i na Filipinach. Ilustruje to niezrównoważone relacje między Północą a Południem – zwraca uwagę francuski ekspert. Przy czym firmy pracujące nad rozwojem SI niczego nie wymyśliły, lecz jedynie powielają wzorce wypracowane wcześniej przez sieci społecznościowe. Najwięksi gracze na tym rynku od dawna moderują treści, korzystając z pracy ludzi w krajach Trzeciego Świata. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku w olśniewającym blasku nowoczesnych technologii giną nam z oczu skromni „robole”, którzy umożliwiają ich funkcjonowanie.    (oprac. na podstawie L'Obs; Forum)

/ sztuka   malarstwo

czerwiec '23 (10)

BOGINI
GEORGIA O'KEEFFE

JULIA FIEDORCZUK

Była nazywana matką sztuki amerykańskiej. Potrafiła dostrzec piękno zarówno w kwiatach, jak

i w kościach zwierząt. Udało się jej wypracować nowy język malarski, jednocześnie zmysłowy i precyzyjny, realistyczny i abstrakcyjny.

black-iris-georgia-okeeffe-1926

Black Iris,1926, olej na płótnie / fot.: domena publiczna

Ten monumentalny obraz kwiatowy jest jednym z wczesnych arcydzieł O'Keeffe. Powiększanie płatków daleko poza proporcje naturalnej wielkości zmusza widza do obserwowania drobnych szczegółów, które w przeciwnym razie mogłyby zostać przeoczone. Kiedy w 1924 roku po raz pierwszy pokazano obrazy z tej grupy, nawet Alfred Stieglitz, jej mąż i marszand, był zszokowany ich śmiałością.

O’Keeffe, tak urodziwa, że – jak pisała Maria Poprzęcka – „koledzy z nowojorskiej szkoły artystycznej wciąż nalegali, aby im pozowała”, przez całe życie walczyła z etykietką kobiety artystki, artystki, której krea­tywność wiązała się

z jej płcią. Nie angażowała się społecznie. Odmawiała udziału w kobiecych przedsięwzięciach artystycznych,

a kiedy przywódczyni amerykańskich feministek Gloria Steinem chciała odwiedzić malarkę w jej domu w Nowym Meksyku, nie została przyjęta. O’Keeffe mówiła: „Nie pomogły mi kobiety, pomogli mi mężczyźni”. A mimo to urządzona przez Chicago uczta bez niej byłaby niekompletna. Prawdą jest, że niewiele mówiła o kobiecej niezależności, ale za to konsekwentnie ją realizowała. W latach 70., kiedy wezbrała druga fala feminizmu, O’Keeffe nie przyłączyła się do rewolucji. Nie uczestniczyła

w protestach, nie podpisywała petycji, nie walczyła

o emancypację kobiet. Ale dokonała emancypacji w swojej sztuce.

Galeria 291

Georgia O’Keeffe urodziła się w pobliżu Sun Prairie w stanie Wisconsin w 1887 roku. Jej rodzice, Ida Totto O’Keeffe

i Francis Calyxtus O’Keeffe, pracowali na farmie. Georgia otrzymała imię po dziadku – George’u Victorze Totto. Była drugim z siedmiorga dzieci i pierwszą dziewczynką

w rodzinie. Matka wspierała rozwój intelektualny

i artystyczny swoich dzieci, a kształcenie dziewczynek należało do rodzinnej tradycji. I tak, jako 12-latka, na przełomie wieków Georgia rozpoczęła naukę rysunku. Kiedy okazało się, że ma talent, posłano ją do Town Hall School

w Wisconsin, gdzie uczyła się w klasie lokalnej akwarelistki Sary Mann, następnie do Sacred Heart Academy w Madison, a potem do katolickiej szkoły z internatem w Chatham

w Wirginii. Pomimo trudności finansowych, z jakimi borykała się rodzina, w 1905 roku Georgia rozpoczęła studia w The Art Institute of Chicago, skąd w 1907 roku przeniosła się do Nowego Jorku, aby kształcić się dalej pod kierunkiem Williama Merritta Chase’a. W 1907 roku jej obraz olejny "Martwy królik z miedzianym garnkiem" otrzymał nagrodę, dzięki której mog­ła wziąć udział w plenerze nad jeziorem George. Jak później komentowała, żadna ze szkół nie nauczyła jej tego, co było jej potrzebne. Była zmęczona tradycyjnym malarstwem, pragnęła czegoś nowego, chciała zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiono, pokazać świat tak, jak nikt go dotąd nie widział. Rok później, w 1908 roku obejrzała wystawę akwarel Rodina w Galerii 291, której właścicielem był fotograf Alfred Stieglitz. Nieprzyzwoite

i jakby niedokończone prace Rodina wywołały skandal

w Nowym Jorku, niezaznajomionym jeszcze z nową sztuką

z Europy. Georgia nie zwróciła na nie wtedy szczególnej uwagi, ale wizyta w 291 – najbardziej postępowej galerii tamtych czasów – była zapowiedzią przełomu.

Mówi się, że Stieglitz – fotografik, marszand, żarliwy propagator nowej, eksperymentalnej sztuki – otworzył oczy Ameryki na XX wiek. Fotografował zmieniający się Nowy Jork, walczył, żeby fotografię uznano za prawdziwą sztukę. Założył legendarne dziś pismo „Camera Work” prezentujące prace fotografików, a z czasem także artystów malarzy

i pisarzy. Gertrude Stein, królowa eksperymentalnej prozy modernistycznej, zadebiutowała właśnie w „Camera Work” po tym, jak wszędzie indziej spotkała się z odmową. Sprowadzał dzieła artystów z Paryża. Na długo przed przełomową wystawą sztuki nowoczes­nej, znaną jako Armory Show (1913), pokazywał w swojej galerii prace Picassa; chciał, żeby zakupiło je Metropolitan Museum, lecz nie było nimi zainteresowane. Galeria 291 – nazwana tak od numeru budynku przy Piątej Alei, w którym miała swoją siedzibę – była miejscem spotkań, gdzie artyści mogli 

Ostatnie, 39. nakrycie przy trójkątnym stole "The Dinner Party" (Wieczerzy) Judy Chicago należy do Geor­gii O’Keeffe. Ukończona

w 1979 roku monumentalna instalacja, zaliczana w tej chwili do klasyki sztuki feministycznej, celebruje różnorodną twórczość kobiet

i symbolicznie przywraca im miejsce w historii zachodniej kultury. Każde nakrycie składa się z porcelanowego talerza, zdobionego bieżnika, kielicha z pozłacanym wnętrzem, sztućców i serwetki, a na podłodze, wewnątrz trójkąta, na którym umieszczono nakrycia, znajduje się 999 porcelanowych płytek z imionami i nazwiskami kolejnych gościń uczty: poetek, artystek, mistyczek, wojowniczek, postaci historycznych i mitologicznych, o których nasza cywilizacja, na złość samej sobie, woli nie pamiętać.

Pierwsze nakrycie reprezentuje Wielką Boginię. Malunek na jej talerzu przedstawia motyla, którego skrzydła nie są jeszcze w pełni rozpostarte, a tułów – jak wyjaśnia Chicago – jest jednocześnie gorącym wnętrzem Ziemi i ludzkiej duszy, choć oglądającym całość musi kojarzyć się z intymną anatomią kobiecego ciała. Talerz stoi na bieżniku ozdobionym zwierzęcymi skórami i muszelkami porcelanek. O’Keeffe, ponieważ zasiada jako ostatnia, sąsiaduje z Wielką Boginią, a motywy zdobiące jej talerz nawiązują kształtem do talerza Bogini, jednocześnie przywodząc na myśl jeden z najbardziej znanych obrazów samej O’Keeffe – czarnego irysa z mrocznym wnętrzem

i fioletowo-różowymi płatkami. Matka sztuki amerykańskiej, jak nazywano O’Keeffe, tworząca ostentacyjnie piękne portrety kwiatów widzianych z bardzo bliska, jakby z perspektywy pszczoły czy motyla, ucieleśniała w swoim życiu i twórczości niezłomną kobiecą siłę. Odważna, uparta, niepokorna, przywiązana do artystycznej i osobistej wolności, obdarzona potężnym talentem i bezgranicznie oddana sztuce bez wątpienia zasłużyła, żeby zasiąść do uczty u boku Bogini. Ale czy sama wybrałaby dla siebie to miejsce? To nie jest już tak oczywiste.                

Georgia O'Keeffe - szara linia z czarnym, niebieskim i zoltym 1923

"Szara linia z czarnym, niebieskim i żółtym”, 1923, olej na płótnie, / fot.: domena publiczna

Georgia O'Keeffe - pink-sweet-peas.avif

„Kolorowy słodki groszek”, 1926, Georgia O'Keeffe / Museum Georgii O'Keeffe,

Santa Fe, New Mexico / fot.: domena publiczna

wspierać się wzajemnie albo prowadzić spory, gdzie oglądało się nową sztukę oraz przekraczało własne nawyki i ograniczenia. Jak mówiła po latach O’Keeffe, 291 była miejscem, gdzie każdy miał szansę odnaleźć własną drogę – stać się sobą.

Zanim O’Keeffe namalowała kwiaty, które przyniosły jej sławę i w których – zgodnie z panującą w pierwszej dekadzie XX wieku modą na powierzchownie rozumianą psychoanalizę – pomimo protestów malarki dopatrywano się skojarzeń z kobiecymi genitaliami, próbowała różnych dróg, wędrując po Ameryce i studiując z różnymi nauczycielami. Tworzyła międzyinnymi akwarele i rysunki węglem. I to właśnie cykl węglowych szkiców przedstawiających abstrakcyjne, ale nawiązujące do natury formy miał doprowadzić do spotkania O’Keeffe i Stieglitza. Przyjaciółka Georgii, fotografka i sufrażystka Anita Pollitzer, pokazała te prace Stieglitzowi. Podobno wykrzyknął wtedy: „Nareszcie, kobieta na papierze!”. Szkice uznał za „najczystsze, najsubtelniejsze, najszczersze prace”, jakie widział od długiego czasu. Postanowił wystawić je w swojej galerii. Zrobił to bez pozwolenia, więc po jakimś czasie O’Keeffe pojawiła się z pretensjami. Poszli razem na lunch. Potem ona wyjechała do Teksasu, żeby objąć tam posadę nauczycielki rysunku, ale przyjaźń ze Stieglitzem była już zadzierzgnięta.

Portret 2

Patrzenie wymaga czasu

W korespondencji, którą mieli prowadzić przez całe życie i której miało się uzbierać 25 tysięcy stron, wymieniali się uwagami

o sztuce, ale też o życiu i codzienności. „Nie bardzo przyjaźnię się ze słowami” – pisała O’Keeffe kokieteryjnie, bo w istocie była bardzo świadoma języka. „Cóż mam powiedzieć? – pisał Stieglitz – Nie da się wyrazić słowami tego, co zobaczyłem i poczułem w Pani pracach”. Potem jednak spróbował: „Jest Pani bardzo, bardzo wspaniałą Kobietą. Dała mi Pani – nie umiem powiedzieć, co to takiego, ale jest to coś ogromnego – coś tak przemożnego, że mam wrażenie, jakbym nagle wystrzelił ku niebu i dotknął gwiazd”.

A ona komentowała tak: „Znalazłam się bliżej Pana niż kogokolwiek w moim życiu – tak blisko, że prawie dotknęłam w Panu tej rzeczy, która jest prawdziwym życiem – można to nazwać duszą, choć to cholernie słabe słowo”. Wszystkie przytoczone cytaty pochodzą

z roku 1916. W międzyczasie O’Keeffe zakochała się w pobliskim kanionie Palo Duro, o którym miała potem napisać, że jest „wzburzonym, kipiącym kotłem, wypełnionym dramatycznym światłem i kolorem”. Stieglitz wystawił akwarele z Palo Duro w 1917 roku; była to pierwsza solowa wystawa prac Georgii O’Keeffe, której ogromny sukces Stieglitz nie tyle przewidział, ile wyreżyserował. Latem roku 1918 artystka wróciła do Nowego Jorku, bo obiecał jej studio, gdzie będzie mogła spokojnie pracować. Nie minął miesiąc, a mieszkali razem.

Stieglitz zakończył dla O’Keeffe nieudane małżeństwo z Emmeline Obermeyer. Bolesny rozwód ciągnął się do 1924 roku. Odzyskawszy wolność, natychmiast wziął ślub z O’Keeffe. W szalonych latach 20. Stieglitz i O’Keeffe spędzali zimy i wiosny na Manhattanie, a lata

i jesienie – w rodzinnej posiadłości Stieglitza nad jeziorem George. Był to czas intensywnego szczęścia, erotycznego i twórczego spełnienia bez precedensu w życiu obojga artystów. Ich miłość wiązała się z pracą, z wzajemną fascynacją tym, czego każde z nich dokonywało w sztuce. Zapytana po latach o sekret ich długiego związku odpowiedziała: „Naprawdę interesowaliśmy się sobą nawzajem”. Stieglitz wielbił O’Keeffe jak boginię. Fotografował ją – na różne sposoby. Ubraną i nagą. W pierwszych latach ich związku robił to niemal obsesyjnie. Kadrował całą sylwetkę albo tylko fragment ciała: dłonie, piersi, twarz. Zdjęcia O’Keeffe należą do jego najbardziej udanych i najsłynniejszych prac – są zmysłowe, czułe, odważne, energetyczne. W ciągu blisko 30-letniego związku miał ich zrobić ponad 300.

pelvis-series-red-with-yellow

„Kolorowy słodki groszek”, 1926, Georgia O'Keeffe / Museum Georgii O'Keeffe,  Santa Fe, New Mexico / fot.: domena publiczna

W tym samym czasie O’Keeffe zaczęła malować kwiaty. Okres otwiera cykl petunii, wystawiony w 1925 r. Są jednocześnie realistyczne i ekspresjonistyczne, nasycone kolorem, energią, życiem – hipnotyzujące. Malowała kwiaty z bliska, jakby przez lupę. Tak to tłumaczyła: „Pomyślałam, że jeśli namaluję kwiat w ogromnej skali, nie będzie się dało zignorować jego piękna”. W 1926 r. powstał Czarny Irys III. Właśnie tę pracę wybrała Judy Chicago jako inspirację dla nakrycia O’Keeffe przy swoim trójkątnym stole. Skojarzenie

z kobiecą anatomią jest w przypadku tego obrazu szczególnie oczywiste. O’Keeffe mówi jednak co innego: „Kiedy weźmiesz do ręki kwiat i naprawdę mu się przyjrzysz, na moment stanie się twoim światem. Chcę dać ten świat drugiej osobie. Większość ludzi

w mieście spieszy się tak bardzo, że nie mają czasu patrzeć na kwiaty. Pragnę, żeby je zobaczyli, czy tego chcą, czy nie”. Może więc seksualne interpretacje obrazów O’Keeffe to jeszcze jeden sposób na to, żeby nie zobaczyć kwiatu? A może zagadka twórczości O’Keeffe polega na tym, że wypracowuje ona całkiem nowy język malarski, jednocześnie zmysłowy i precyzyjny, realistyczny

i abstrakcyjny? „Nie mamy dość czasu na patrzenie – mówiła malarka – a patrzenie wymaga czasu, podobnie jak budowanie przyjaźni”. Jej twórczość to głęboka, cierpliwa lekcja patrzenia.

Miasto, kwiaty i kości

W tych samych latach powstały obrazy przedstawiające Manhattan: Miasto nocą i Nowy Jork nocą. Namalowany w 1927 r. Radiator Building to wyznanie miłosne dla Stieglitza – obok wieżowca na czerwono świeci neon: „ALFRED STIEGLITZ”. A jego plan dla niej właśnie zaczął się spełniać: obrazy O’Keeffe zyskały ogromną popularność. W 1928 r. cykl sześciu płócien przedstawiających kalie sprzedał się za astronomiczną cenę 25 tys. dolarów. Była to największa kwota, jaką kiedykolwiek zapłacono za obrazy żyjącego amerykańskiego artysty. W tym samym roku pisała do Stieglitza z wycieczki do York ­Beach w stanie Maine: „Wiosna – Liście duże

i czułe – tylko chłodna zieleń, bo nie ma słońca – Chciałabym być jednym z tych dużych – miękkich – czułych liści – i owinąć się wokół ciebie i tulić cię, kiedy śpisz”.

Stieglitz bez wątpienia odegrał kluczową rolę w budowaniu kariery O’Keeffe. Był architektem jej sukcesu, od początku ich znajomości aż do swojej śmierci w 1946 r. wspierał ją na różne sposoby, głęboko kochał i szanował jako kobietę oraz artystkę. W parze ze wsparciem szło jednak zawłaszczenie. To Stieglitz podkreślał cielesny i „spontaniczny” charakter twórczości O’Keeffe, nie mając wątpliwości, że płeć i seksualność staną się kluczem do jej spektakularnego sukcesu, i umniejszając jej artystyczną samoświadomość. Przesiąknięty teoriami na temat kobiecości zaczerpniętymi od Freuda, Stieglitz wielbił kobiety, ale jednocześnie powtarzał typowe dla swoich czasów stereotypy. Twórczość kobiet i tzw. ludów prymitywnych, podobnie jak wyobraźnia dziecka, miała płynąć z instynktu i stanowić przeciwwagę dla nowoczesności. Choć taka prezentacja sprawdzała się marketingowo, O’Keeffe musiała się przed nią bronić.

Georgia O'Keeffe - czaszka wołu.avif

„Krowia czaszka: biała, czerwona i niebieska”, 1931, olej na płótnie, 

/ fot.: domena publiczna

Pod koniec lat 20. w życiu obojga nastąpił kolejny przełom. Stieglitz czuł, że zaczyna się starzeć. O’Keeffe, pchana niewyczerpanym głodem ży­cia, zaczęła wyjeżdżać na zachód. Kiedy dotarła do Ghost Ranch w Nowym Meksyku – miejsca o hipnotyzującej urodzie, gdzie wśród czerwonych skał o fantastycznych kształtach wił się strumień Rito del Yeso i gdzie Indianie Pueblo urządzali ceremonię zwaną tańcem kukurydzy – wiedziała, że odnalazła swoją Amerykę. Podczas pierwszych pobytów w Nowym Meksyku odbywała samotne konne wyprawy w góry i na pustynię, podziwiając kolory ziemi, światło, krzyże przydrożne, wąwozy zwane arroyos, ciszę, pustkę. Z czasem nauczyła się prowadzić, potem często malowała z samochodu. Przez następne 20 lat znaczną część każdego roku spędzała na zachodzie. Zaczęła zbierać i malować kości zwierząt. Ale jesienią wracała do Nowego Jorku i Stieglitza. „Chciałabym zrobić coś, co znowu ludzi zaskoczy” – tłumaczyła mu.

Słynny obraz z 1936 roku "Summer Days", przedstawiający czaszkę wołu i dzikie kwiaty, stanowi kwintesencję twórczości O’Keeffe z tego okresu. O kościach mówiła podobnie jak o kwiatach: że mają piękne kształty, że lubi się im przyglądać. „Podobają mi się w zestawieniu

z niebem” – tłumaczyła. Według niej były pełne życia. O’Keeffe zawsze podkreślała, że maluje to, co widzi, a kości były tym, co znajdowała na pustyni, która w coraz większym stopniu stawała się jej domem. „Poluję tu na jakąś część samej siebie” – pisała do Stieg­litza. Im większy odnosiła sukces, tym bardziej potrzebowała ucieczki

z miasta. W 1940 roku kupiła dom w Ghost Ranch. Nadal bardzo się kochali, jednak w ich związku pojawił się dystans, co odzwierciedlają listy. Pisała: „Zawsze chciałam być tylko dobra dla ciebie – ale nie ma tej, która mogłaby być dobra, dopóki nie mogę być sobą”.

Niebo nad chmurami

Lata 40. przyniosły potwierdzenie jej sukcesu. Retrospektywę jej prac pokazano najpierw w Art Institute of Chicago, a potem

w Museum of Modern Art na Manhattanie. Była pierwszą kobietą, której urządzono wystawę retrospektywną w MOMA. W 1946 roku kupiła drugi dom, porzuconą hacjendę w Abiguiu, 26 km na południe od Ghost Ranch. W 1946 r. Stieglitz miał udar mózgu. Georgia natychmiast poleciała do Nowego Jorku. Po jego śmierci zabrała prochy i pochowała je pod wysoką sosną obok jeziora George, gdzie przeżyli pierwsze szczęśliwe lata swojego związku. Po uporządkowaniu spraw męża zamieszkała w Nowym Meksyku na stałe. Aby się upewnić, że to najlepsze miejsce na świecie, zaczęła podróżować. Objechała cały świat, lecz nigdzie nie było tak pięknie jak w Ghost Ranch. Z okresu podróży pochodzi cykl obrazów Niebo nad chmurami. Być może najbardziej przejmujący obraz z lat 50. przedstawia „drabinę do księżyca” – zawieszoną na turkusowym niebie, nad czarnym, poszarpanym horyzontem. Blada połówka księżyca jest jednocześnie daleka i bliska. Obraz ten bywa interpretowany jako symboliczny wyraz przechodzenia do nowego etapu w życiu, ale też intui­cji, zawsze obecnej w malarstwie O’Keeffe, o jedności świata materialnego i duchowego.

Pewnego dnia na początku lat 70., kiedy Judy Chicago pracowała już nad The Dinner Party, do drzwi starzejącej się O’Keeffe zapukał Juan Hamilton, 27-latek bez grosza przy duszy, po bolesnym rozwodzie, bez skonkretyzowanych planów na przyszłość. Według jego relacji 85-letnia wówczas O’Keeffe nadal była uderzająco piękna, zaczynała jednak tracić wzrok. Hamilton zapamiętał wrażenie, jakie na nim wywarła, a także pęknięty gliniany garnek z ludzką czaszką w środku, na który padł jego wzrok. O’Keeffe potrzebowała pomocnika. Poddała Hamiltona serii prób (jedną z nich było wyprostowanie ogromnej sterty pokrzywionych gwoździ), a kiedy je przeszedł, przyjęła go do pracy. Został jej szoferem, ogrodnikiem, sekretarzem. I przyjacielem. Zabrała go ze sobą w podróż do Maroka, wywołując oburzenie nawet wśród bliskich znajomych. Po latach wspominał: „Krążyły plotki, że w tajemnicy przed wszystkimi wzięliśmy ślub, a Georgia uważała, że to strasznie śmieszne – podobało jej się to”. Na tym etapie życia O’Keeffe była

w pełni wolna – nie przejmowała się tym, co ludzie myślą czy mówią. Pomimo słabnącego wzroku tworzyła do końca życia, używając głównie ołówka, węgla i akwarel. Zajęła się też garncarstwem, w czym pomagał jej Hamilton.

Kiedy umarła w swoim domu w Santa Fe, gdzie spędziła ostatnie lata życia, zgodnie z jej wolą ciało zostało od razu spalone. Juan Hamilton rozsypał jej prochy na płaskim szczycie ukochanej góry Cerro Pedernal, którą dobrze znamy z jej obrazów. Pierwsza dama amerykańskiej awangardy, matka malarstwa amerykańskiego, bogini O’Keeffe jest teraz częścią pejzażu, który zobaczyła tak, jak nikt go wcześniej nie zobaczył, a który my oglądamy teraz jej oczami.    (przekroj.pl)

literatura  

czerwiec '23 (10)

jan-sztaudynger

Jan Sztaudynger
– poeta, który uczył radości życia

ANNA BUGAJSKA

Wisława Szymborska w przemówieniu z okazji uhonorowania jej Literacką Nagrodą Nobla twierdziła, że praca poetów jest „beznadziejnie niefotogeniczna”: – Człowiek siedzi przy stole albo leży na kanapie, wpatruje się nieruchomym wzrokiem w ścianę albo w sufit, od czasu do czasu napisze siedem wersów, z czego jeden po kwadransie skreśli, i znów upływa godzina… Tylko że Jan Sztaudynger nie pasował do tego opisu. Poeta wyczynowiec, z niewiarygodnym wprost twórczym zapałem.

Jan Sztaudynger / fot.: okruchy.pl

W historii zapisał się przede wszystkim jako fraszkopisarz. Zapytany podczas jednego z wieczorów autorskich na Śląsku, kogo uważa za swojego najgroźniejszego konkurenta, zażartował: – Kochanowskiego! Na te słowa publiczność wybuchła śmiechem, ale w historii polskiej poezji Sztaudynger faktycznie nie miał wielu znaczących konkurentów.

Na jego złośliwych, a jednocześnie ciepłych fraszkach wychowały się pokolenia. I to nie tylko Polaków, bo dzięki bardowi Jaromirovi Nohavicy, który w latach 80. przetłumaczył jego – wydawałoby się niemożliwe do przełożenia – „Piórka”, cięty dowcip Sztaudyngera poznali także Czesi.

No dobrze, a co z opisywaną przez Szymborską figurą pracującego wolno i z namysłem poety? Dopóki Sztaudyngerowskie fraszki wydawane były w wielu mniejszych zbiorach, jego niesłychana wprost produktywność nie rzucała się tak w oczy. Dopiero w 2007 roku, kiedy na rynek trafił zbiór „Piórka prawie wszystkie”, cała prawda wyszła na jaw. Ten opasły tom mieści ponad dwa tysiące utworów. Wpadały mu do głowy, jak mówił, tak szybko, jakby strzelał z karabinu maszynowego. Choćby taka, która do potocznego języka wkradła się na dobre:

Myjcie się, dziewczyny,
Nie znacie dnia ani godziny.

Opowiadał: „Pisząc od godziny wpół do piątej rano do godziny dwunastej w południe – to jest mój rekord życiowy – napisałem ich sto sześćdziesiąt trzy. Kiedy indziej – stwierdziłem to z zegarkiem w ręku – pisałem przez pełną godzinę i fraszek powstało siedemdziesiąt”.

Grzyby i włoskie słówka

Ten sam zapał, z jakim wyrzucał z siebie kolejne strofki, wykazywał też w innych dziedzinach życia. Wiecznie ciekawy świata wciąż wynajdował sobie nowe zajęcia. Nie wystarczyło, że zbierał grzyby. Kolekcjonował na ich temat fachowe książki, poznawał nowe gatunki, uczył się nazw łacińskich i ludowych. I ku zgrozie całej rodziny przyrządzał i zjadał kolejne grzybowe znaleziska. Bliskich uspokajał, że zabiera na noc do sypialni garnek słodkiego mleka, które miało zniwelować skutki ewentualnej trucizny. Z równą zachłannością uczył się języków. Wykształcony na Uniwersytecie Jagiellońskim polonista i germanista dobrze znał też francuski i czeski, a pod koniec życia zaczął się uczyć włoskiego. Żeby łatwiej zapamiętywać słówka, pisał – a jakże – fraszki. Jak wbić do głowy, że „pollo” to „kogut”? Na przykład tak:

Piejąc, każdy pollo
Piękny jak Apollo.

Każdy wie jak, żaden nie potrafi

Czy byłby zaskoczony, wiedząc, co po latach wyprawia się z jego poetyckimi miniaturami? Weźmy taką sytuację. Jest rok 2008. Na Akademii Górniczo-Hutniczej wykład o niekompetencji specjalistów od energetyki wygłasza Waldemar Pawlak. W pewnym momencie wplata Sztaudyngerowską fraszkę:

Krytyk i  eunuch z jednej są parafii,
Każdy wie jak, żaden nie potrafi.

Albo rok 1995. Kampania przed wyborami prezydenckimi. To właśnie wtedy jeden z dwuwierszy wykorzystał – bez tytułu i z błędami w interpunkcji – komitet Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby żartobliwie usprawiedliwić nieścisłości w podanych publicznie informacjach o wyższym wykształceniu kandydata.

Uwaga, profesorzy,
Geniusze często uczą się najgorzej.
(„Studencka przestroga”)

Oburzeni nadużyciem córka poety Anna Sztaudynger-Kaliszewiczowa i jej brat Jan Jacek Sztaudynger wytoczyli komitetowi sprawę sądową, uzasadniając, że ojciec krytykował PRL i nie zgodziłby się na wykorzystanie jego utworu przez szefa SLD, a sąd uznał, że spadkobiercom poety należą się przeprosiny. Rodzinie trudno było zapomnieć choćby historię z pismem „Teatr Lalek”, stworzonym przez Jana Sztaudyngera w 1950 roku. Po kilku numerach urzędnicy z Ministerstwa Kultury i Sztuki odebrali mu redakcję kwartalnika, by powierzyć ją „właściwszej” osobie. Poeta z rodziną znaleźli się prawie bez środków do życia. Dopiero dzięki pomocy przyjaciela Wojciecha Natansona Jan dostał pracę w piśmie „Teatr”. Żalił się potem:

Wilki udające owce zagryzły ideowce. („Ja i lalkarze”)

Skandal na plaży

Erotyczne fraszki (które przyniosły mu największą sławę) nazwał „Szumowinami”. Skojarzenie jeszcze z dzieciństwa – matka i babka przyrządzały znakomite konfitury, a podczas smażenia zbierały z nich mętną pianę gromadzącą się na powierzchni. Małemu Jankowi udało się czasem wyprosić, żeby nalały mu kubek tej dziwacznej mazi – deseru niby-gorszego gatunku, ale jakże smacznego. Sztaudynger, rocznik 1904, pochodził z rodziny o polsko-niemiecko-francuskich korzeniach. Wśród jego przodków byli Franciszek Gautier – mąż zaufania Tadeusza Kościuszki, i Jan Gautier – chrześniak Naczelnika. Kuzynem Sztaudyngera był Albert Chmielowski, czyli święty Brat Albert. Z kolei ojciec poety Izydor pracował w Towarzystwie Ubezpieczeniowym im. św. Floriana w Krakowie. Sztaudyngerowie mieszkali w kamienicy przy ul. Długiej 64. Bywali u nich notable i przedstawiciele krakowskiej bohemy, m.in. krytyk i kolekcjoner Feliks „Manggha” Jasieński, posiadacz wielkiego zbioru sztuki japońskiej. W rodzinnym archiwum zachowało się kilka zdjęć z balu kostiumowego, na którym Izydor, Anna i Feliks oraz kilkoro innych gości dumnie pozują w japońskich strojach z kolekcji Jasieńskiego. Z kolei podczas pewnych wakacji u wuja młody Jan poznał późniejszego prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Pożyczył mu nawet swój kostium kąpielowy, a że przewyższał polityka o dwie głowy i tkanina nie przylegała ściśle do ciała Starzyńskiego, na plaży nieomal doszło do skandalu.

Wzdycham do własnej żony,
Taki już jestem zboczony.

– deklarował Jan po latach małżeństwa z Zofią, z którą poznali się w 1929 roku w Wydawnictwie Świętego Wojciecha w Poznaniu, gdzie pracowała. To ona naciskała na publikację jego wierszy w czasopiśmie „Tęcza”. Postawiła na swoim, a po roku i on dopiął swego – ożenił się ze śliczną redaktorką. I chociaż nigdy nie krył, że lubi flirtować (najładniejszym znajomym i nieznajomym dedykował frywolne wierszyki), bliski przyjaciel, pisarz i tłumacz, Tadeusz Chróścielewski nazywał go jedynie „teoretykiem niewiastologii”. Po latach córka przekonywała Sztaudyngera, że jako stateczny, dojrzały mężczyzna powinien spuścić już nieco z tonu i spoważnieć.

Postanowiłem pisywać tylko fraszki albo treści religijnej, albo biblijnej – zgodził się poeta. – Chciałbym ci dać przykład, jak taka ostudzona twórczość będzie wyglądać. A więc wierszyk religijny:

Aniele stróżu mój,
Ty zawsze przy mnie stój,
Anioł spojrzał na Jadzię
I zamiast stanąć się kładzie.

Razwmordeczki

Kiedyś zwrócił się do mnie dziennikarz z łódzkiego „Expressu Ilustrowanego” z zapytaniem, czy popieram inicjatywę desygnowania jakiegoś dnia na Święto Ojca. Przyparty do muru przez redaktora odpowiedziałem: „Popieram z całego serca i proponuję dzień 23 czerwca. Jest to plus minus najkrótsza noc roku, ojciec ma labę, więc największe święto”.

Nie bez znaczenia był tu pewnie fakt, że dzień później Sztaudynger świętował imieniny. Faktycznie laba. Tak czy inaczej data została, do dziś Dzień Ojca obchodzi się właśnie 23 czerwca. Sam poeta był tatą pogodnym i serdecznym, ale niezbyt cierpliwym.

Nigdy nas nie karcił – wspomina w jednym z wywiadów córka – […] za to… totalnie się wściekał. Na szczęście tak samo szybko jak popadał w furię, nerwy go opuszczały. Po prostu choleryk.

Znacznie więcej wyrozumiałości będzie miał później dla wnuczki Dorotki. Kiedy nie chciała jeść, przygotowywał jej miniaturowe kanapki, które nazwał razwmordeczkami. Dziewczynce tak się spodobały, że od razu pochłaniała cały ich talerz. Jest też wspomnienie, kiedy to Sztaudynger na kilkanaście dni wynajął z wnuczką pokój w domu Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek w górach. Dorotka, znudzona towarzystwem dorosłych, układała na stole domki z kart. Któregoś dnia jedna z sióstr, zwana przez poetę Osą, chciała nakryć do obiadu i chociaż dziewczynka błagała, by nie psuć jej misternej konstrukcji, ta ją zniszczyła. Poeta był tym naprawdę wzburzony. Zażądał, by krewka zakonnica nigdy się już w jego pokoju nie pojawiała. Równie serio traktował nie tylko własną wnuczkę. Miał świetny kontakt z dziećmi. Jeszcze jako młody chłopak, po skończeniu polonistyki i germanistyki, wybrał się na roczne studia pedagogiczne, a jakiś czas potem na dobre wciągnął go temat teatru lalkowego. – Świat dorosłych przygniata sobą świat dzieci – pisał w wydanych w 1938 r. „Marionetkach”, pierwszej polskiej monografii teatru lalek, z której do dziś uczą się studenci. – Teatr lalek przez sam fakt swego istnienia, jeśli tylko stosuje się do poziomu dzieci, staje się elementem prostującym psychikę dziecka, staje się drożdżami jego osobowości.

To inny ważny nurt jego twórczości. Skrajnie różny od rubasznych „Szumowin” i  beztroskich „Piórek”. A może po prostu kolejny przejaw nieposkromionej energii, dzięki której był w stanie poświęcić się tak wielu pasjom z równym zaangażowaniem?

Jan_Sztaudynger 2
książka
książka
książka

Mam was wszystkich…

Energii, która sprawiała, że potrafił cieszyć się jak dziecko, ale i złościć z tą samą siłą rażenia. Pewnego razu, kiedy odpoczywał

w Zakopanem (wyprowadzi się tam w końcu na stałe po latach mieszkania w Łodzi) nastolatka na jego oczach cisnęła papierową torebkę na chodnik.

Proszę pani, czy to ładnie zaśmiecać Zakopane? – napomniał ją poeta.

Dziewczyna ironicznie odpowiedziała: – Zakopane, perła naszych uzdrowisk!

Dla kąpanego w gorącej wodzie Sztaudyngera tego było już za wiele: złapał arogantkę za kołnierz i potrząsnął. Szybko się jednak zreflektował, puścił dziewczynę i przeprosił.

Będę krzyczał za każdym,
co mi Łódź zaśmieca:
„Fe, brudasie, do kąta, a papier do pieca!

Kolegom i klasykom też się zresztą obrywało, zwłaszcza tym, których cenił najbardziej. Jego największym współczesnym rywalem w dziedzinie fraszkopisarstwa był Stanisław Jerzy Lec.

Lec zezem patrzy w moją stronę,
Bo on fraszki ma z-Lecone.

Dowcipkował – czasem beztrosko, czasem z nutą goryczy – niemal ze wszystkiego: z relacji męsko-damskich, bliskich, z siebie samego. Człowiek, któremu los nie szczędził ciężkich doświadczeń, przedstawiciel pokolenia skazanego na wojenną traumę.

Także ostatnia dekada życia przetykana była pasmem nieustannych kłopotów. Sztaudynger choruje, trafia w sumie do 20 różnych szpitali. I nawet wtedy nie traci ochoty na żarty. Kiedy lekarka prosi o podpisanie zgody na operację kręgosłupa, odpowiada:

Mam was wszystkich w dupie,
Róbcie, co chcecie, na kręgosłupie!

W czasie ostatniego rzutu choroby córka zaczęła zapisywać ich rozmowy – tak powstała książka „Chwalipięta, czyli rozmowy z Tatą”. Pracę nad nią zaczęli w domu Anny, a potem kontynuowali w kolejnych szpitalach. Chociaż słabł w oczach, rozmowy i ich późniejsze opracowywanie okazały się dla niego nie tylko przyjemnością, ale wręcz lekarstwem na cierpienie. Leżał w separatce, a życzliwi lekarze pozwalali mu w niej organizować nawet niewielkie spotkania autorskie.

Któregoś dnia znękany bólem i chorobą napisał:

A kiedy do mnie przyjdzie ta z kosą,
Niech będzie ładną, młodą i bosą,
Abym nie słyszał zawczasu
Stukania jej obcasów.

Umiera w roku 1970. Na jego grobie na cmentarzu Salwatorskim w Krakowie znalazł się tekst: „Zmarł po długim i szczęśliwym życiu”.

Ale chciał innego napisu. Córce powiedział, że ten najlepiej się chyba nadaje na jego grobowiec:

Żyłem z  wami, kochałem i cierpiałem z  wami,
Teraz żyjcie, kochajcie, cierpcie sobie sami.

Korzystałam z książek, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego, m.in. z: „Szczęście z datą wczorajszą” (2014) i „Piórka” (2014), a także „Chwalipięta, czyli rozmowy z Tatą” (2009).

Współpraca Zofia Fabjanowska-Micyk.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page