top of page

SPIS TREŚCI 

pakamera.chicago   sierpień/wrzesień / 8-9'23 (12/13)

Mija rok, dobry rok...  (ac)

świat, ludzie, obyczaje

Prawie jednym zdaniem...   redakcja

Polonijny kalejdoskop

        Dni Chwały - Bocian Scena Poezji   Małgorzata Kot

        Uczniowie Akademii Muzyki PaSO na Letnich Warsztatach Muzycznych   redakcja

        Spotkanie z Romanem Duszkiem   redakcja

        Współczesny "rajski ptak" ("Ordonka" w Chicago prosto z Teatru "Bo tak")   Barbara Maksymiuk

Australijscy Aborygeni  (ludzie i obyczaje)

Ewakuacja z raju     (przyroda)    Kalolaine Fainu

Z miłości do krów     (nauka/kosmos)    Joanna Nikodemska

Warszawa 1944  (Powstanie Warszawskie w oczach szesnastoletniego chłopca - fragment ksiązki)    Andrzej Borowiec

kultura    

"Gwiaździsta noc" Van Gogha w Nowym Jorku    (sztuka)    redakcja

Siewcy śmierci, niszczyciele świata (o filmie Christophera Nolana „Oppenheimer”)    (kino)    Stanisław Błaszczyna 

Muzyka, jak my, dojrzewa... (muzyka/rozmowa z Grażyną Auguścik)    Patrycja Stępniak

Rzeczywistość jest niedoinwestowana (literatura/rozmowa z Dorotą Masłowską)   Katarzyna Kazimierowska

Irena Tuwim i Kubuś Puchatek   (literatura)    Dorota Falkowska

Krajobrazy z lotu ptaka (sztuka)   Kacper Kowalski/redakcja

 

inspiracje

Pustynia nikogo nie oszczędza (wędrówki po Ameryce)   Iza Klementowska

Delmonico (pierwsza nowojorska restauracja a'la carte)  (wokół stołu)   Anna Czerwińska

w kolejnym wydaniu pakamery...

okładka: fotografia z lotu ptaka Kacpra Kowalskiego

MIJA ROK, DOBRY ROK...

 

Przed rokiem, we wrześniu, wkroczyliśmy w wirtualną rzeczywistość. Magazyn/portal „pakamera.chicago”, efekt kilkutygodniowej pracy, pojawił się na ekranach naszych Czytelników.  Ich grono powiększa się, choć wiemy, że nie wszystkich zainteresują tematy przez nas proponowane.

W poszczególnych miesięcznikach, udostępnianych Czytelnikom nieodpłatnie (wszyscy jesteśmy wolontariuszami), prezentujemy reportaże, garstkę felietonów, mnóstwo ciekawostek ze świata kultury i nauki. Pojawiają się też kulinaria w nowej odsłonie, opatrzone historią potraw, wywiady ze świata nie tylko polonijnego, opowiadania – zamknięte w baśniolandii – dla dzieci, a wszystko to opatrzone zwykle spora ilością zdjęć.

Dzisiaj numer podwójny, który będzie jeszcze uzupełniany. Podwójny, bowiem wchodzimy w kolejny etap naszego pisma/portalu po rozmowach z Czytelnikami. „Zrezygnujcie z informacji o Polsce, mamy ich mnóstwo wokół. Za mało wiadomości o Polonii chicagowskiej, amerykańskiej czy świata” - powiedzieli niemal wszyscy. Proszę bardzo – od października zdecydowanie więcej o nas dla nas.

Pomyślcie o podcastach. Nie zawsze jest czas siedzieć przed ekranem i sporo ciekawych rzeczy nas omija”. Myślimy o tym, ale na ich realizację musimy jeszcze chwilę poczekać. Jednak tego zapotrzebowania nie odkładamy na półkę. „Zastanówcie się, kto ma być waszym odbiorcą” - radzą doświadczeni w „internetach” przyjaciele. Odpowiadamy: jesteśmy dla tych, którzy interesują się obyczajami, kulturą, osobliwościami. Jesteśmy dla tych, którzy lubią czytać, szukają inspiracji, możliwości wyrażenia opinii czy opowiedzenia swojej historii. Również dla tych, którzy szukają rzetelnych informacji, którzy chcą wiedzieć - bez przeglądania tysiąca czasopism i milionów stron internetowych. Magazyn/portal ma uaktywniać, podpowiadać, umożliwiać spotkania, uczestniczyć pośrednio w życiu Polonii.

Nasza częstotliwość nie zmieni się. Pozostajemy miesięcznikiem, ale najprawdopodobniej o innym tytule, o czym również wspominają Czytelnicy. Jesteśmy dla Was, dlatego wszystkie uwagi i rady są dokładnie przez nas analizowane.

Czego oczekujemy od Państwa? No właśnie, nie jesteśmy bezinteresowni…  

Zachęcamy do współpracy, do pisania na frapujące Was tematy, opowiadania, komentowania, dyskutowania. Interesuje nas wszystko (poza polityką, religią i ekonomią), co jest związane ze światem kolorowym, mądrym, ciekawym, twórczym, empatycznym.

Z psychologią człowieka małego, większego i całkiem dużego. Z problemami codziennymi i przypadkowymi.

Krótko ujmując – wszyscy jesteście dla nas inspiracją i chcielibyśmy być dla Was tym samym. Miłej lektury.

Anna Czerwińska 

prawie jednym zdaniem...

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Do niedawna w Stanach Zjednoczonych znajdowało się najgorętsze miejsce na całej Ziemi – w kalifornijskiej Dolinie Śmierci temperatura przekraczała nawet 56 stopni Celsjusza! Obecnie za najgorętsze miejsce na świecie uznaje się pustynię Daszt-e Lut w Iranie, które nagrzewa się do ogromnych temperatur ze względu na swoje umiejscowienie pomiędzy górami i wulkanicznymi skałami.

W 2005 roku chiński miliarder wybudował jedno

z największych na świecie centrów handlowych w Dongguan

w Chinach. Jest tak duże, że może pochwalić się krytym rollercoasterem.

Japonia jest wspaniałym miejscem do życia, o ile nie przytyjesz, ponieważ jest to niezgodne z prawem.

W Chinach żyje tyle samo ludzi, co w Australii, Nowej Zelandii, Ameryce Północnej, Ameryce Południowej i Europie Zachodniej łącznie.

Jednym z najbardziej dziwacznych faktów kulturowych

w Anglii jest to, że w rzeczywistości śmierć w Domu Parlamentym jest nielegalna.

W wenezuelskim parku narodowym Canaima jest zlokalizowany najwyższy wodospad świata. Mowa o Wodospadzie Aniołów, który mierzy aż 979 metrów!

Gdy mowa o wielkich wąwozach, wiele osób w pierwszej kolejności wymienia Stany Zjednoczone. Tymczasem dwa najgłębsze kaniony świata – Colca i Cotahuasi – są zlokalizowane w Peru.

W San Alfonso del Mar w Chile znajduje się drugi pod względem wielkości basen na świecie. Mowa o obiekcie położonym na skraju Oceanu Spokojnego. Wielki basen mieści aż 250 mln litrów wody i odpowiada rozmiarom... bagatela... 20 basenów olimpijskich! Przez długi czas figurował w Księdze rekordów Guinnessa jako największy basen świata. W 2015 roku

z najwyższego miejsca podium zepchnęła go egipska Kryształowa Laguna.

Świnia imieniem Napoleon - Z pewnością nie spotkasz jej we Francji, ponieważ nazwanie zwierzęcia tym imieniem jest prawnie zabronione. Co więcej, Francuzi ingerowali w powieść "Folwark zwierzęcy" George Orwella zastępując imię głównego bohatera Napoleona (świni przejmującej władzę nad folwarkiem) na Cezara.

Wybierając się do Newcastle w amerykańskich Wyoming musisz pamiętać, aby nie uprawiać miłości w sklepowej chłodni z mięsem. Jest to po prostu prawnie zabronione.

Są rzeczy, których nie przewieziesz w londyńskiej taksówce. Należą do nich zwłoki oraz psy ze wścieklizną. Tak tylko wspominam, gdyby ktoś miał taką potrzebę.

Skakanie z budynku w Nowym Jorku jest zakazane.

W sytuacji gdy osoba próbująca popełnić samobójstwo przeżyje, może zostać skazana nawet na karę śmierci.

Co ma wspólnego Gdańsk z japońskim miastem Imari? Budynki! To właśnie tam wzniesiono Pałac Ślubów na wzór dworca głównego w Gdańsku. Pomysł wybudowania obiektu na wzór polskiego powstał w latach 80, gdy w trakcie służbowej podróży pociągiem przedsiębiorca Shihemi Yoshida przez przypadek natrafił na gazetkę właśnie ze zdjęciem z Polski. Gdański dworzec urzekł go na tyle, że postanowił go wybudować

w Japonii.

Język japoński jest bardzo "kulturalny", nie ma w nim przekleństw. Najbrzydsze określenia to głupi lub idiota. 

Znanym na całym świecie narodowym symbolem Finlandii jest oczywiście sauna fińska. Szacuje się, że w tym kraju znajduje się ponad 2 miliony saun. Jej historia sięga nawet dwóch tysięcy lat wstecz. Jak donoszą źródła, Finowie we wnętrzu swoich mieszkań tworzyli jamy, w których lokowali paleniska ogrzewające kamienie. Był to świetny sposób na ogrzewanie pomieszczeń. Gdy zaczęto polewać kamienie wodą, tworzyła się para, która dostarczała jeszcze więcej ciepła. Z czasem, po pewnych udoskonaleniach, takie "doły" służyły również do kąpieli cieplnych, by stać sięw rezultacie oddzielnym pomieszczeniem.

Sama sauna odgrywa ogromną rolę w życiu Finów. 

Zazwyczaj przebywa się w niej w towarzystwie przyjaciół lub rodziny; zdarzają się także nieformalne spotkania, nie tylko biznesowe...

Delikatnie rzecz ujmując Portugalczycy nie należą do osób punktualnych. Wręcz przeciwnie, spóźnianie się na umówione spotkanie pół godziny bądź nawet godzinę jest rzeczą normalną. Nie wypada także przychodzić zbyt wcześnie. Gospodarz spotkania w jego domu, zazwyczaj liczy się ze spóźnieniem gości, dlatego często o umówionej godzinie sam nie jest gotowy na rozpoczęcie przyjęcia. Co kraj, to obyczaj... 

Paul MaCartney wykorzystał sztuczną Inteligencję - jak powiedział - do dokończenia ostatniego utworu The Beatles. Świat muzyki wpadł w szał! Ringo Star jednak uspokaja: "Mimo całego szaleństwa, które się wokół niej dzieje, to ciągle piękny utwór. W dodatku nasz ostatni. (...)  To nie zależy od Sztucznej Inteligencji" – twierdzi Ringo Starr. "My nic nie udajemy. To naprawdę głos Johna, głos Paula i jego gra na basie, George na gitarze rytmicznej i ja na perkusji".

/ polonijny kalejdoskop  wspominamy

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Od lewej: Monika Kulas, Adam Glinka, Andrzej Piekarski, Barbara Kożuchowska, Bogdan Łańko

Dni Chwały

Dni Chwały

Za nami Bocian Scena Poezji - "Dni Chwały" (6 sierpnia). Dziękuję za poruszający do głębi wieczór poezji, prozy i piosenki, który miałam zaszczyt dzielić z Panem Tadeuszem Gubałą „Tabaką” powstańcem warszawskim oraz Jego Małżonką Danutą. Żywa reakcja naszego Bohatera na Państwa recytacje

i interpretacje, nasze wspólne wzruszenie, dedykacje wierszowe

z sali i prawda tego wieczoru to dar!

I życzliwość, wyrozumiałość i radość! Chwała i cześć Bohaterom!

Małgorzata Kot 

Od lewej: Danuta Gubała, Bogdan Łańko, Monika Kulas, Tadeusz Gubała, Małgorzata Kot, Barbara Kożuchowska, Andrzej Piekarski

Danuta i Tadeusz Gubałowie

/ polonijny kalejdoskop  wspominamy

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Uczniowie
Akademii Muzyki PaSO
na Letnich Warsztatach Muzycznych 

ZDJĘCIA: ANNA EJSMOND

W bieżącym roku wszystkie kolonie, obozy i warsztaty już się kończą… Niebawem początek roku szkolnego… Ale o przyszłym roku warto pomyśleć już teraz, organizując dodatkowe zajęcia pozaszkolne swoim pociechom małym i większym…

Akademia Muzyki przy PaSO (Paderewski Symphony Orchestra) organizuje coroczne wspaniałe Letnie Warsztaty Muzyczne, na które zapraszani są młodzi skrzypkowie i pianiści w wieku od 8 do 15 lat.

Gdzie pojadą młodzi muzycy za rok, trudno przewidzieć, ale zobaczcie sami, z jaką frajdą łączą tegoroczny wypoczynek

z nauką i intensywnym treningiem muzycznym na ostatnim turnusie. Kończy się już w sobotę, 5 sierpnia, ale pożegnania

z lasem, jeziorem, ogniskiem i przyjaciółmi poprzedzi wspólna zabawa i koncert dla rodziców! Super pomysł. Podziw i uznanie dla organizatorów, nauczycieli, opiekunów, muzyków, chórzystów… Trzymamy kciuki za udany koncert i cały następny muzyczny rok. (ac)

PaSO 1.avif
PaSO 2.avif
PaSO 3.avif
PaSO 11.avif
PaSO 12.avif

/ polonijny kalejdoskop  wspominamy

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Spotkanie z Romanem Duszkiem

Spotkanie z legendarnym, wybitnym polskim grafikiem Romanem Duszkiem odbyło się w Art Gallery Kafe 16 lipca 2023 roku. Organizatorem spotkania, połączonego z pokazem slajdów prac wykonanych przez profesora, było chicagowskie Wydawnictwo Evergreen.  Rzadko zdarza  się możliwość wysłuchania i obejrzenia arcyciekawej prezentacji i historii Polski opowiedzianej grafiką. 
Roman Duszek jest też znanym plakacistą, a kilka z jego dzieł pokazano na mini-wystawie. Warto nadmienić, iż wszystkie prezentowane plakaty można było tego dnia zakupić, a  cały dochód ze sprzedaży swoich prac Pan Roman przeznaczył na Fundację Daru Serca. Dziękujemy!   (redakcja)

Roman Duszek 1.avif
Roman Duszek 4.avif
Roman Duszek 2.avif
Roman Duszek 3.avif
Roman Duszek 5.avif

/ polonijny kalejdoskop  wspominamy

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Współczesny "rajski ptak"

BARBARA MAKSYMIUK

 

Niemcy mają Marlenę Dietrich, Francuzi Edith Piaf a my, Polacy, mamy swoją Ordonkę - Hankę Ordonównę, którą uroda, talent

i charyzmatyczna osobowość uczyniły prawdziwą gwiazdą estrady przedwojennej Polski.

Pisano o niej, że "uwodziła publiczność", była "zjawiskowa na scenie", a Tadeusz Boy-Żeleński powiedział o Ordonce: "metaliczna, błyszcząca, świetna, gorączkowa, napięta, w ciągłym zrywie... ogromny rajski ptak".

Hanka Bielicka wspominała, że "na jej koncertach ludzie szaleli, potrafiła bisować 12 razy."

Nie tylko kariera sceniczna Ordonki, ale i całe jej życie było jakby wyjęte z awanturniczej opowieści.

Pochodziła z proletariackiego domu a rozkochała w sobie hrabiego Michała Tyszkiewicza; ich romans, potem małżeństwo było największym skandalem towarzyskim II Rzeczpospolitej, plotkowała o nich cała artystyczna Warszawa.

Oburzony ród Tyszkiewiczów zbojkotował ślub, długo nie akceptował Ordonki i uważał małżeństwo arystokraty z szansonistką za kompromitujący mezalians.

Za jej uwolnieniem z Pawiaka wstawił się osobiście u Hitlera sam włoski król Wiktor Emanuel, skoligacony z Tyszkiewiczami.

Miała za sobą próbę samobójczą z powodu nieudanej pierwszej miłości, po której została jej blizna na skroni, dlatego zaczęła nosić kapelusze nonszalancko przechylone na bakier. Wkrótce cała Warszawa uznała ten styl za en vogue i eleganckie damy zaczęły kopiować Hankę.

Śpiewała w kilku językach; była owacyjnie przyjmowana w Wiedniu, Paryżu, Berlinie, Atenach, Bejrucie, Damaszku, Kairze, a nawet za oceanem. Pisała teksty do własnych piosenek, projektowała swoje kostiumy, później napisała książkę i z pasją zajęła się malowaniem.

Do ówczesnych kanonów obyczajowych nie miała żadnych rewerencji - nosiła spodnie, głęboko wydekoltowane suknie, z łatwością uwodziła mężczyzn; porzucony przez nią słynny Juliusz Osterwa próbował popełnić samobójstwo.

Niefrasobliwie brała sobie kochanków nawet będąc żoną hrabiego Tyszkiewicza (czyli primo voto hrabiną Tyszkiewiczową), który uwielbiając żonę, a może też rozumiejąc jej żywiołową naturę patrzył na to wszystko przez palce.

Ale byli razem aż do śmierci Hanki i ona uważała Michała za swoją prawdziwą miłość.

Uff… osiągnięć, ambicji, "awantur" i miłosnych zauroczeń było w życiu Ordonki tyle, że starczyłoby na trzy pełne egzystencje...

Kiedy sowieci wkroczyli do Polski hrabiostwo Tyszkiewiczowie mieszkali w rodzinnym majątku Michała na Wileńszczyźnie.

Aresztowali go pod zarzutem szpiegostwa. Hanka odmówiwszy przyjęcia sowieckiego obywatelstwa dostała się w ręce NKWD

i została wywieziona do łagru do Uzbekistanu.

Po uwolnieniu zajęła się pomocą dla polskich sierot. W 1942 roku jako opiekunka polskich dzieci udała się z II Korpusem Polskim na Bliski Wschód. Uratowała, wywożąc z ZSRR, kilkaset polskich dzieci z deportowanych rodzin. Nie była już rozkapryszoną gwiazdą, ale heroicznie niosła pomoc potrzebującym Polakom w czasie wojny. Dawała również koncerty dla żołnierzy.  Odnowiła jej się gruźlica, na którą chorowała wcześniej.

Osiedliła się w Hajfie, przebywała przez pewien czas w Indiach, ostatnie lata życia spędziła z ukochanym Michałem w Bejrucie. Zmarła na tyfus w 1950 roku. 

Po czterdziestu latach, z inicjatywy Jerzego Waldorffa, zwłoki Hanki Ordonówny zostały sprowadzone do Polski i pochowane na Powązkach.

Mariola
Mariola 2

I właśnie z muzycznym monodramem-opowieścią o tej niezwykłej kobiecie przyleciała z Polski aktorka Teatru im. Wandy Siemaszkowej i Teatru Bo Tak (jest jego założycielką) w Rzeszowie, Mariola Łabno-Flaumenhaft.

Absolwentka Wrocławskiej Szkoły Teatralnej w przyszłym roku będzie obchodzić 30-lecie współpracy z rzeszowskim teatrem i ma

w swoim aktorskim dorobku ponad 200 ról, w tym tak znaczące jak Panna Młoda w „Weselu” Wyspiańskiego, Królowa w „Iwonie księżniczce Burgunda” Gombrowicza czy Masza w „Trzech Siostrach” Czechowa.

 

Kiedy Mariola pojawiła się na scenie, pomyślałam, że tak właśnie mogły wychodzić zza kulis gwiazdy przedwojennych kabaretów uwielbiane przez publiczność - piękne, skąpo ubrane, pewne swojej władzy nad widzami, nawet aroganckie...

Zaczęła opowiadać o życiu dziewczyny, która choć pochodziła z ubogiej rodziny, marzyła, żeby zostać gwiazdą… Wcześnie uczyła się baletu, potem bez sukcesu próbowała występować w podrzędnych teatrzykach i nie poddawała się, nawet po krytyce jej głosu, bo Hance w górnych rejestrach głos przechodził w piskliwy dyszkant... Między piosenkami opowiadała również o jej uporze, aliansach, które pomogły jej się przebić, protektorach, którzy ją wylansowali, miłości do Michała, altruistycznej, wręcz heroicznej postawie podczas wojny...

Opowiadała lekko, ze swadą tak jak się snuje opowieści o kimś, kogo się dobrze zna... Zwracała się wprost do widzów, usiadła jakiemuś onieśmielonemu panu na kolana... Wszystko to stworzyło atmosferę intymnych zwierzeń, raczej rodzinnych wspomnień niż przedstawienia za teatralną rampą. A kiedy zaczęła śpiewać, jej głos był mocny, niski, momentami, jak gdyby męski.

Ale potrafiła tym głosem opowiedzieć wszystko - zniżyć go do szeptu przy miłosnych wyznaniach czy wykrzyczeć rozpacz matki po stracie syna...

Czuło się, że aktorka kocha to, co robi, kocha swoją bohaterkę, o której opowiada i z radością dzieli się tą opowieścią z widzami.... 

Publiczność odpłaciła jej niekłamanym zachwytem. Właściwie prawie dosłownie wzięła ją w ramiona... Każdy chciał z Mariolą

Łabno- Flaumenhaft zamienić słowo czy zrobić zdjęcie.

Nikomu nie odmawiała... Nie było w jej zachowaniu nic z manieryzmu gwiazd, które wielkodusznie udostępniają się wielbicielom.

Chicago panią pokochało pani Mariolu, proszę do nas wrócić....

/ ludzie i obyczaje

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Australijscy Aborygeni

Aborygeni australijscy, czyli „ci, którzy byli tu od początku”. Rdzenni mieszkańcy Australii przybyli bowiem na ten kontynent już nawet między 50 a 65 tys. lat temu. Co więcej, badania genetyczne wykazały, że to właśnie ci ludzie są bezpośrednimi spadkobiercami społeczności, które jako pierwsze opuściły Afrykę.

Od zawsze byli koczownikami. Swoją gospodarkę uzależniali od otaczającego ich środowiska, korzystając z bogactwa naturalnych zasobów Australii. Szanowali przyrodę, bo wiedzieli, że jest źródłem życia.

Kim są Aborygeni?

Aborygeni zajmowali się głównie łowiectwem i zbieractwem. Polowali na zwierzęta, m.in. na kangury. Mięsną dietę uzupełniali wszystkim tym, co zdołali zebrać, np. dzikimi roślinami, orzechami, jagodami. W regionach nad oceanem uprawiali również rybołówstwo. 

Ponieważ garncarstwo było słabo rozwinięte, wiele potraw spożywano na surowo, a niekiedy pieczono je na otwartym ogniu. Myśliwi używali głównie włóczni z kamiennymi ostrzami, oszczepów, a także drewnianych bumerangów, które stały się znakiem rozpoznawczym Australii.

Aborygeni nie znali lądowych środków transportu i komunikacji oraz nie budowali trwałych domostw. Podstawowe przedmioty codzienne wyrabiali z drewna i kamienia. Zajmowali się również obrabianiem kości, muszli i włókien roślinnych, z których tworzyli potrzebne i praktyczne artefakty. Nie znali obróbki gliny i metali. Chodzili nago, a niekiedy nosili opaski biodrowe.

Aborygeni od zawsze wierzyli w animizm. Plemiona te uważają, że wszystkie istoty nie-ludzkie, takie jak zwierzęta, rośliny i inne przedmioty nieożywione, posiadają duszę.

Kultura Aborygenów

Jednym z ważniejszych symboli kultury Aborygenów jest didgeridoo. To instrument dęty, który uważany jest za jeden z najstarszych instrumentów muzycznych na świecie. Eksperci twierdzą, że jego tradycyjny sposób produkcji nie zmienił się od tysięcy lat. Powstaje z wyjedzonych przez termity gałęzi drzew, głównie eukaliptusa. Następnie drąży się w nich odpowiedni otwór. Instrument do dziś jest używany podczas ważnych uroczystości Aborygenów. 

Aborygeni australijscy przekazywali swoje legendy i pieśni z pokolenia na pokolenie. Uważa się, że ich kultura przetrwała dzięki corroborees, czyli specjalnym ceremoniom, które towarzyszyły zgromadzeniom plemiennym. Podczas tych wydarzeń rdzenni mieszkańcy Australii opowiadają sobie opowieści za pomocą pieśni, muzyki i tańca. W ten sposób kultywowali swoje tradycje

i pamiętali o swojej przeszłości.

Gdzie żyją Aborygeni?

Współcześnie społeczność aborygeńską szacuje się na 745 tysięcy osób. Oznacza to, że stanowią ok. 2,8% całkowitej populacji Australii, która wynosi 26,5 mln. Zamieszkują głównie słabo zaludnione i nieurodzajne obszary Australii Zachodniej, Queensland

i Terytorium Północnego. Liczna populacja rdzennych mieszkańców kontynentu zamieszkuje również uboższe przedmieścia

w wielkich australijskich miastach. 

Aborygeni, którzy żyją w północnej i środkowej części kontynentu zachowują rodzimy język, znajomość mitologii. Kultywują także niektóre tradycyjne obrzędy i elementy dawnego porządku społecznego, które są dziedzictwem ich przodków. Do połowy XX wieku wobec Aborygenów stosowano metodę przymusowej asymilacji. To drakońskie prawo powodowało jednak stany depresji

i wymieranie całych plemion.

Problemy Aborygenów w Australii 

Uważa się, że gdy James Cook dotarł do Australii w 1770 roku, istniało 500–600 plemion Aborygenów, którzy używali ponad 500 języków. Każda z grup miała swoją wyjątkowa nazwę, kulturę, wierzenia i tradycje oraz władała określonym terytorium. Niestety, wraz z pojawieniem się kolonizatorów, Aborygenów spotkał niezwykle smutny los. Bardzo często dochodziło znęcania się, bicia, prześladowania, a nawet do zabójstw i eksterminacji rdzennej ludności.

Plemiona były wypierane z żyznych obszarów. Z czasem liczba ludności drastycznie się zmniejszała, a kultura powoli odchodziła

w zapomnienie. Na szczęście dzięki odpowiednim organizacjom przetrwała do dziś.

W latach 30. ubiegłego wieku powstał ruch polityczny Aborygenów. Jego celem było odzyskanie terytoriów plemiennych. Dopiero

w 1992 Sąd Najwyższy w stolicy Australii uznał istnienie tubylczego prawa, czyli tytułu własności ziemi. Rok później potwierdzono to prawo ustawą Parlamentu Federalnego.

Eksperci wskazują, że proces odzyskiwania ziemi to nowa szansa dla Aborygenów. Dzięki temu plemiona mogą ponownie integrować rozproszone po całym kontynencie grupy. Aborygeni mają prawa wyborcze od 1984 roku. Oznacza to, że mogą brać udział w wyborach jak pozostali mieszkańcy Australii. 

Aborygeni – ciekawostki

Psychologowie z University Monash w Melbourne zaprosili do badania studentów medycyny, którzy podczas nauki muszą przyswajać ogromne ilości informacji. By temu podołać, studenci stosują różnego rodzaju mnemotechniki, czyli sposoby i sztuczki ułatwiające zapamiętywanie. 

Badacze porównali ze sobą dwie techniki pamięciowe – popularne pałace pamięci, których tradycja sięga starożytnej Grecji oraz niedawno opisane metody australijskich Aborygenów. 

Australijscy Aborygeni przez większość swojej historii prowadzili koczowniczy tryb życia. Z pokolenia na pokolenie przekazywali sobie tradycyjne legendy i pieśni. Skuteczne sposoby zapamiętywania były kluczowe dla przetrwania tego ludu. Pomagało im to w nawigacji w terenie, poszukiwaniu pożywanie czy budowaniu relacji plemiennych. 

Aborygeński sposób na szybkie zapamiętywanie – podobnie jak pałace pamięci  – opierają się na pomyśle przypisywania faktów do elementów krajobrazu. Sposoby te są jednak dodatkowo wzmocnione opowieściami i narracją, co jeszcze bardziej pozwala przywoływać fakty w pamięci. 

Niezwykłe umiejętności Aborygenów

– Jednym z głównych czynników stresogennych dla studentów medycyny jest ogromna ilość informacji, które należy wykuć na pamięć. Postanowiliśmy więc sprawdzić, czy można opanować alternatywne i lepsze sposoby zapamiętywania danych – mówi dr David Reser z Monash University School of Rural Health.

Zespół badawczy dr. Resera dał 76 studentom medycyny listę 20 nazw pospolitych motyli do zapamiętania. Po jakimś czasie badanie powtórzono z nową listą nazw motyli. Tym razem jednak studenci zostali podzieleni na 3 grupy. 

  1. Pierwsza grupa przeszła szkolenie z techniki pałacu pamięci.

  2. Druga grupa zapoznała się z aborygeńskimi technikami zapamiętywania. 

  3. Trzecia grupa, jako grupa kontrolna, oglądała telewizję. 

Po upływie 10 i 30 minut naukowcy sprawdzili, ile słów zapamiętali studenci z każdej z grup. Wyniki zaskoczyły naukowców. Badacze odkryli bowiem, że studenci używający aborygeńskiej techniki zapamiętywania, tj. narracji i lokalizacji elementów w nawiązaniu do okolic uniwersytetu, zapamiętali 3 razy więcej słów niż wcześniej. 

Studenci stosujący technikę pałacu pamięci zapamiętali 2 razy więcej słów. Grupa kontrolna poprawiła się zaś o około 50 procent

w stosunku do wyników sprzed badania. Co ważne, analiza jakościowa wykazała, że studenci stosujący technikę aborygeńską uznali ją za bardziej przyjazną. Dr David Reser przyznał, że uczelnia rozważa włączenie tych narzędzi pamięciowych do programu nauczania medycyny. (az; źródło: PLOSOne)

/ przyroda

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Tuvalu 10.avif

Tuvalu, wyspiarski kraj na Oceanie Spokojnym, należy do państw najbardziej zagrożonych przez zmiany klimatu. Jego władze starają się uratować i odzyskać jak najwięcej lądu, ale postanowiły też stworzyć cyfrową kopię archipelagu – na wypadek, gdyby oryginał zniknął pod wodą.

EWAKUACJA
Z  RAJU

KALOLAINE FAINU

Zdjęcia: kolekcja prywatna, domena publiczna

Tuvalu to państwo położone na Oceanie Spokojnym w zachodniej Polinezji (na północ od Fidżi, miedzy Hawajami i Australia) i tworzy archipelag po angielsku zwany Wyspami Lagunowymi (Ellice Islands). Wyspy Ellice zostały zasiedlone w V wieku n.e. Po raz pierwszy odkryte przez Europejczyków w XVI wieku (Hiszpanie), a od drugiej połowy XIX wieku - pod zarządem Brytyjskiej Wysokiej Komisji Zachodniego Pacyfiku. W latach 1942–1943 okupowane przez Japonię, potem zajęte przez wojska USA. W 1975 Wyspy Ellice wydzieliły się jako samodzielna kolonia (po referendum w 1974), a 3 lata później (1 października 1978) ogłosiły swą niezależność od Wielkiej Brytanii i zmieniły nazwę na Tuvalu. Od 2000 członek ONZ, w 2008 po raz pierwszy uczestniczyło w igrzyskach olimpijskich.

Gdy Lily Teafa dorastała na Tuvalu, jej wujowie codziennie wypływali na połów. Zwykle przywozili pokaźną zdobycz, którą dzielili się

z sąsiadami. Dziś na ogół wracają tylko ze słowami skargi: „sei poa” (kiepski połów). Dwudziestoośmiolatka pracująca w organizacji zajmującej się przeciwdziałaniem skutkom zmian klimatycznych (np. przywracaniem raf koralowych na atolach), mówi, że znaki pogarszającej się sytuacji widać w jej ojczyźnie na każdym kroku. – Ilekroć wybieramy się na piknik, zwłaszcza na północnym lub południowym krańcu naszej pięknej wyspy, zauważamy, że morze zabrało kolejny kawałek lądu – opowiada.

Tuvalu może być jednym z pierwszych krajów świata, które znikną całkowicie w wyniku zmian klimatu. Składające się na archipelag trzy koralowe wyspy

i sześć atoli mają łącznie powierzchnię niespełna 26 kilometrów kwadratowych. Jeśli obecne tempo podnoszenia się poziomu oceanów utrzyma się, wedle niektórych prognoz połowa dzisiejszego obszaru stołecznego Funafuti znajdzie się pod wodą w ciągu zaledwie 30 lat. Do 2100 roku aż 95 procent lądu będzie okresowo zalewane przez najpotężniejsze przypływy, co uczyni je niezdatnymi do zamieszkania.

Wszystko to może zdarzyć się za życia Teafy. Przetrwanie jest więc naprawdę palącą kwestią. Kobieta przyznaje, że strach jest powszechny, zwłaszcza wśród młodych.

– To najgorsze uczucie na świecie, gorsze niż lęk wysokości albo strach przed ciemnością – porównuje. – My boimy się własnej przyszłości.

W obliczu takich zagrożeń podejmowane są próby odzyskania suchego lądu, a także zachowania kultury

i dziejów kraju w formie wirtualnej. To bezprecedensowe przedsięwzięcie może uczynić

z archipelagu pierwsze w pełni zdigitalizowane państwo, istniejące w przestrzeni internetowej.

Życie w zagrożeniu

Zabudowania Funafuti pokrywają każdy skrawek atolu. Jedna jedyna droga prowadzi przez całą jego długość,

a ląd w pewnym miejscu zwęża się do zaledwie 20 metrów. Większość zabudowań jest skupiona jak najbliżej środka wyspy: domy, sklepy, kościoły

i świetlice stoją tuż przy szosie. Jadąc nią, można zajrzeć do prywatnych domów i zobaczyć, jak ich mieszkańcy gotują obiad albo naprawiają samochód,

a dzieci bawią się na podwórzach.

Poziom morza podnosi się tak szybko, że niemal każdemu z mieszkańców Tuvalu zdarzyło się wpaść niespodziewanie po kolana w słoną wodę, która przesącza się przez porowaty grunt w sercu wyspy. Na zewnętrznych brzegach atolu wszędzie widać zaś ślady erozji i sterty wyrzuconych przez ocean odpadów, a tu i tam straszą zniszczone, opustoszałe domy. Pacyfik zaczął nawet podmywać cmentarze, więc mieszkańcy wrócili do grzebania zmarłych we własnych obejściach.

Powodowane przez kryzys klimatyczny podnoszenie się poziomu morza stanowi też ogromne zagrożenie dla zapasów wody pitnej, bezpieczeństwa żywnościowego i dostaw energii. Kluczowe w diecie wyspiarzy rośliny, jak palma kokosowa i pulaka (jams, który daje bulwy przypominające ziemniaka), źle znoszą wysokie zasolenie gleby; uprawom zagrażają też cyklony, rekordowe upały i coraz częstsze susze. Na archipelagu nie da się już prawie zdobyć świeżej żywności, więc mieszkańcy są w dużej mierze zdani na produkty z importu – droższe i o mniejszej wartości odżywczej.

Brygadzista Uilla Poliata wspomina, jak w dzieciństwie pływał z ojcem na ryby i samodzielnie zdobywali pożywienie. – Tylko tak jesteśmy w stanie przetrwać, bazując na lokalnej żywności – twierdzi. – Ale teraz bardzo trudno jest cokolwiek uprawiać. Roślinom szkodzi słona woda, a czasem morze po prostu zabiera nasze poletka.

Zdradziłem swój naród?

Około jednej piątej spośród 12 tysięcy obywateli Tuvalu już wyjechało z archipelagu – w większości do Nowej Zelandii, z wizami typu Pacific Access Category, przyznawanymi w drodze losowania. Dzięki nim co roku do 150 mieszkańców kraju otrzymuje tam prawo stałego pobytu.

Wielu emigrantów z trudem wiąże jednak koniec

z końcem i martwi się o utratę swojej tożsamości oraz kultury. Kelesoma Saloa mieszka w Nowej Zelandii od ponad 10 lat i czuje się bardzo wyobcowany. – 

Tuvalu 9

Jest trzecim najmniej zaludnionym krajem na świecie. Tuvalu składa się z dziewięciu mas lądowych, 3 wysp i 6 atoli, które są przeważnie okrągłe i znajdują się w centralnej części Oceanu Spokojnego. Wyspy zajmują powierzchnię 1.3 mln m2 z klimatem tropikalnym. Jednak regularne opady i odpowiednie nasłonecznienie pozwalają na bujne uprawy rolne. Jako jeden z najmniejszych i najbardziej oddalonych narodów na świecie, ten dziewiczy zakątek Oceanu Spokojnego oferuje spokojne i niekomercyjne środowisko idealne do odpoczynku i relaksu. Spektakularne środowisko morskie, składające się z rozległego morza porozrzucanego atolami, wspaniałymi lagunami, rafami koralowymi i małymi wyspami, daje niepowtarzalną atmosferę.

Zawartość Oceanu, wyrzucana często na brzeg...

Tuvalu 7.avif

Samolot przylatuje tylko dwa razy w tygodniu, więc lądowisko, największe miejsce  towarzyskich spotkań  staje się tez placem dziecięcych zabaw i boiskiem piłkarskim.

Przeniesienie się ze społeczności w znacznej mierze samowystarczalnej do skomercjalizowanego społeczeństwa jest bardzo, ale to bardzo trudne – twierdzi. – Tutaj bez pieniędzy po prostu nie przeżyjesz. Na wyspach jest zupełnie inaczej. Nawet jeśli nie masz pieniędzy, zostaje ci twoja rodzina, twoje poletko i ryby.

Saloa, który na Tuvalu pracował w urzędzie do spraw rybołówstwa, obecnie jest przewodnikiem i edukatorem w Auckland War Memorial Museum (muzeum poświęconym dziejom i przyrodzie archipelagów Oceanu Spokojnego – przyp. red.). – Czasem czuję się, jakbym zdradził swój naród, jakbym porzucił własnych ziomków. Ale tu mam szansę opowiadać innym o ich tragicznym położeniu – ciągnie. Choć wyjechał, by zapewnić rodzinie pewniejszą przyszłość, nie uważa, by przesiedlenie całego narodu było rozwiązaniem.

– Moje trzecie dziecko urodziło się w Nowej Zelandii. Córka nie ma pojęcia o życiu na Tuvalu, omija ją coś niezmiernie ważnego. Bardzo mnie to smuci – wyznaje. – Utraciła nasze wyspiarskie cnoty, z którymi dorastałaby w kraju: szacunek, wzajemną pomoc, wspólną pracę. Tutaj tego nie ma. Niby naucza się o tym w szkołach, ale to coś zupełnie innego.

Australia także zaoferowała Tuvalu ziemię dla przesiedleńców, ale w zamian za prawa do wód terytorialnych i łowisk – władze archipelagu odrzuciły tę propozycję. Imigrantów zaprosiło również sąsiednie Fidżi, które samo jednak zmaga się z efektami zmian klimatu. Jako że obowiązująca obecnie Konwencja ONZ dotycząca statusu uchodźców z 1951 roku nie przewiduje wsparcia ani ochrony dla uchodźców klimatycznych, mieszkańcy tego kraju muszą radzić sobie sami.

Odzyskajmy ląd!

Na archipelagu nie ma już wyżej położonych terenów, na które można by się bezpiecznie przenieść. Mimo to wielu wyspiarzy nie zamierza opuszczać ziemi swych przodków. Podjęto więc działania na rzecz odzyskania lądu – w ramach Programu Dostosowania Wybrzeża Tuvalu. Przedsięwzięcie to rozpoczęło się w 2017 roku, ze wsparciem finansowym Globalnego Funduszu Klimatycznego

i w porozumieniu z Programem Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). Celem jest zmniejszenie zagrożenia ze strony oceanu

i stworzenie długoterminowej strategii dostosowawczej dla całego kraju, nazywanej projektem L-TAP albo Te Lafiga o Tuvalu (Schronienie dla Tuvalu).

Z analizy szczegółowych danych o wysokości gruntów oraz głębokości dna morskiego wynika, że 46 procent centralnej, zabudowanej części Fongafale – największej z wysepek, na których leży Funafuti – w praktyce już znajduje się poniżej poziomu morza. Te dane są kluczowe dla opracowania L-TAP. Jego celem jest stworzenie bezpiecznego, położonego wystarczająco wysoko lądu o powierzchni 3,6 kilometra kwadratowego, na który można by przesiedlać ludzi i przenosić infrastrukturę; zabezpieczenie dostępu do wody pitnej; zwiększenie bezpieczeństwa żywnościowego i energetycznego; zapewnienie przestrzeni dla obiektów publicznych i komercyjnych,

w tym urzędów, szkół i szpitali. Pełniący funkcje ministra finansów i rozwoju gospodarczego oraz ministra ds. zmian klimatycznych Seve Paeniu mówi, że władze chcą w ten sposób udowodnić obecnym i potencjalnym donatorom, iż inwestowanie w taki długoterminowy projekt ma sens.

Poliata, który pracował jako marynarz, a potem studiował teologię, dziś jest jednym z koordynatorów prac. – To duże wyzwanie, ale zdobywam nowe doświadczenia – mówi. – Nie wiedziałem na przykład, że można zasysać piasek z laguny i stworzyć z niego nowy ląd – wyjaśnia. Wierzy, że wydarte morzu grunty zapewnią mieszkańcom źródło utrzymania i zachęcą ich do pozostania na archipelagu. – Jako obywatele musimy tu zostać i bronić naszego kraju.​ Bo jeśli uratujemy kraj, to uratujemy cały świat.

Cyfrowy bliźniak

W 2021 roku minister sprawiedliwości, łączności i spraw zagranicznych Tuvalu, Simon Kofe, trafił na pierwsze strony gazet, gdy wygłosił swoje przemówienie na Cop26, konferencji ONZ poświęconej zmianom klimatu, stojąc po kolana w morzu. „Toniemy” – oznajmił światu.

Wobec wiszącego nad archipelagiem widma zagłady państwa powołało do życia projekt Future Now (Przyszłość teraz): pakiet trzech inicjatyw zmierzających do zachowania państwowości, instytucji i kultury kraju w razie spełnienia się najczarniejszego scenariusza. Pierwsza z nich adresowana jest do społeczności międzynarodowej, wzywanej do wspólnego wdrażania rozwiązań zapobiegających zmianom klimatu – w duchu kluczowych dla Tuvalu wartości „olaga fakafenua” (życia we wspólnocie), „kaitasi” (współodpowiedzialności) i „fale-pili” (dobrego sąsiedztwa). Druga zakłada zabezpieczenie w prawie międzynarodowym państwowości i granic morskich w wypadku zniknięcia lądowego terytorium kraju. Trzecia zaś ma na celu stworzenie cyfrowego narodu.

Jednym z elementów digitalizacji Tuvalu jest umieszczenie usług administracji publicznej i konsularnych w chmurze. Umożliwiłoby to organizowanie wyborów i zachowanie przez instytucje rządowe dotychczasowych funkcji. – Gdyby rząd musiał udać się na uchodźstwo, a ludność rozproszyła po całym świecie, mielibyśmy gotowe ramy do koordynowania naszych działań, świadczenia usług publicznych, zarządzania zasobami oceanu – wyjaśnia Kofe. Jego przemówienie na ubiegłorocznym Cop27 zostało nagrane na tle wirtualnej kopii Te Afualiku – pierwszej z wysp Tuvalu w całości przeniesionej do rzeczywistości wirtualnej. Na podstawie zdjęć satelitarnych oraz fotografii i ujęć z dronów odtworzono ją z dokładnością do ziarnka piasku, dbając nawet o zachowanie układu prądów morskich w omywających ją wodach. Te Afualiku to wstęp do zdigitalizowania całego archipelagu: wysp, atoli i raf koralowych, lagun, słonawej gleby, palm oraz nielicznych już upraw pandanów, chlebowców i jamsu – pejzażu, który wkrótce może przestać istnieć.

Singapur, także zagrożony podnoszeniem się poziomu oceanów, stworzył już swą cyfrową wersję, wykorzystywaną do planowania przestrzennego i zapobiegania katastrofom naturalnym. Tuvalu zamierza pójść o krok dalej. Wobec ryzyka utraty tożsamości kulturowej, władze sprawdzają, jak wykorzystać technologie wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, by umożliwić przyszłym pokoleniom na uchodźstwie przetrwanie jako naród podzielający wspólną kulturę, wiedzę przodków i system wartości. Jeśli ów projekt zostanie wcielony w życie, obywatele będą mogli komunikować się w przestrzeni cyfrowej, w warunkach odwzorowujących prawdziwe życie, i w ten sposób zachować język i zwyczaje. – Mamy niezwykle silne więzi z naszymi lądami i z oceanem. To tu spoczywają nasi przodkowie, więc owe relacje mają również wymiar duchowy – wyjaśnia Kofe. – Chcemy spróbować zachować naszą kulturę w postaci, w jakiej istnieje obecnie.

Jak dotąd nie ma jeszcze przykładów na to, by państwo narodowe można było z powodzeniem przenieść do świata wirtualnego. Wyzwania techniczne, społeczne i polityczne są ogromne, a Kofe zastrzega, że przedsięwzięcie jest na wstępnym etapie. Twierdzi jednak, że po jego wystąpieniu na Cop27 do władz Tuvalu zgłosiło się kilka firm z branży metaverse, a wkrótce wybiera się w podróż do Korei Południowej, gdzie ma rozmawiać o rozwoju projektu.

Kultura wirtualna

Tuvalu to kraj zdecydowanie chrześcijański, tak jak większość wyspiarskich państw Pacyfiku. Codziennie o 18.45 ruch na ulicach zamiera na kwadrans, a czas ten jest przeznaczany na uwielbienie Boga. Śpiewa się pieśni pochwalne, a parafianie gromadzą się

w świetlicach, by świętować i tańczyć tradycyjny taniec „faitele”. Niegdyś wykonywano go do rytmu wybijanego na puszce po okrętowych sucharach; dziś muzycy uderzają w wielki bęben z drewna, coraz szybciej i szybciej, aż tancerze nie są w stanie nadążyć

i wszyscy wybuchają śmiechem. W „fale kaupule”, tradycyjnych domach wspólnoty, starsze kobiety uczą młodych, jak okazywać szacunek seniorom.

Władze Tuvalu chcą ochronić i zachować wszystkie te opowieści i praktyki, wraz z ich kulturalnym i społeczno-historycznym kontekstem, a także zmianami następującymi z upływem czasu.

Taka cyfrowa wspólnota narodowa mogłaby być bezcenna zwłaszcza dla diaspory – znalazłoby się w niej wszystko, co żyjące z dala od ojczyzny pokolenia zaczynają tracić: od tradycyjnych ceremonii ślubnych po język.

Saloa bardzo chwali pomysł stworzenia cyfrowego bliźniaka Tuvalu; w jego słowach słychać, jak bardzo tęskni za domem. – Wiem, brzmi to dziwacznie, ale pomysł jest genialny – przekonuje. – Tuvalu leży na styku Polinezji, Mikronezji i Melanezji, czerpiemy z kultur tych trzech obszarów. Jesteśmy braćmi i siostrami: łączy nas to, jak osiedliliśmy się na wysepkach i przetrwaliśmy na nich dwa tysiące lat, jak nasza kultura zmieniła się po przybyciu Palangi (czyli białych), jak samoańscy pastorzy odmienili nasz język. Łączy nas też ocean. To od niego od zawsze zależało nasze przetrwanie, ale teraz stał się zagrożeniem… Co więc nam pozostało? Stwórzmy ten wirtualny świat!

Teafa zgadza się, że Tuvalu powinno eksperymentować z cyfrową przyszłością. Uważa jednak, że pewnych rzeczy trzeba doświadczać w sposób bezpośredni. – Osobiście nie chciałabym uczyć się własnej kultury za pośrednictwem technologii, w wersji wirtualnej. Chciałabym doświadczać jej namacalnie: na ziemi, gdzie dorastałam, z ludźmi, z którymi dorastałam, w języku, którym mówię na co dzień – wylicza. Inni obawiają się o bezpieczeństwo danych i o to, kto będzie miał do nich dostęp.

W obliczu nieznanego

Kofe przypomina jednak, że Future Now to plan B. Podkreśla, że podstawowym celem władz jest uczynienie wszystkiego, co w ich mocy, by archipelag przetrwał jak najdłużej.

To nas najbardziej dotykają zmiany klimatu, a przecież przyczyniamy się do nich w minimalnym stopniu. Kraje o najwyższych emisjach powinny wziąć na swe barki proporcjonalnie dużą odpowiedzialność, przedsięwziąć zdecydowane, ambitne działania – dodaje minister Paeniu.   (The Guardian News & Media / Forum)

/ nauka  

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Z miłości do krów 

JOANNA NIKODEMSKA

​Autyzm stał się dla zoolożki Temple Grandin kluczem do zrozumienia świata zwierząt. Specyficzna budowa jej mózgu sprawiła, że postrzega świat inaczej niż większość ludzi. Uważa, że myśli jak zwierzęta i swój dar wykorzystuje, projektując humanitarne rzeźnie. 

Liczba bodźców atakujących jej mózg jest tak olbrzymia, że aby się od nich odgrodzić, w dzieciństwie godzinami przesiewała piasek między palcami albo wirowała, wpadając w trans. Niektóre dźwięki bolą ją tak jak patrzenie w słońce. Najbardziej boi się suszarek

w publicznych toaletach. Kiedy ktoś wkłada ręce pod strumień powietrza, nagły spadek wysokości dźwięku doprowadza mnie do obłędu. Tak jak odgłos spłukiwanej toalety próżniowej w samolocie. Najpierw rozlega się preludium, jakby zaczynał padać deszcz, później odgłos grzmotu i ssania. Nie znoszę też alarmów. Gdy byłam dzieckiem, dzwonek lekcyjny doprowadzał mnie do szału. Czułam się jak na fotelu u dentysty – ten dźwięk wywoływał w mojej czaszce odczucie porównywalne do bólu wywołanego wiertłem. Jestem wyczulona na odgłosy. Na głośne dźwięki. Na nagłe dźwięki. A co gorsza, nagłe i głośne dźwięki, których się nie spodziewam. A co jeszcze gorsze, nagłe i głośne dźwięki, których się spodziewam, ale nie potrafię ich kontrolować.

Dziwna dziewczynka w wirówce

Temple Grandin ciężko funkcjonować w świecie zaprojektowanym dla normalnych ludzi, ale też z ludźmi. Nie zapamiętuje twarzy i nie umie odczytywać ich wyrazu (potrafi właściwie interpretować jedynie ton głosu). Ma trudności z algebrą i językiem. Dzięki pomocy mamy, niani i nauczyciela nauczyła się dobrze funkcjonować, ale niewiele brakowało, a zmarnowałaby życie.

Autyzm opisano zaledwie cztery lata przed jej narodzeniem, wielu lekarzy nie miało o nim pojęcia. Dlatego u dwuletniej Temple, która zachowywała się destrukcyjnie, fascynowała się wirującymi przedmiotami, nie mówiła i była nadwrażliwa, neurolog zdiagnozował uszkodzenie mózgu. „To dziwna dziewczynka” – orzekł i radził umieścić ją w ośrodku opiekuńczym.

Dziś wiemy, że mózg osoby autystycznej nie jest uszkodzony. Po prostu niektóre jego elementy nie wykształciły się właściwie. Prześwietlenia, którym poddawała się dorosła Temple, pomogły jej zrozumieć, kim jest. Wykazały, że jej mózg jest o 15% większy niż

u przeciętnego człowieka, ma o 22% większe ciało migdałowate i korę śródwęchową, a móżdżek o 20% mniejszy. Lewa komora boczna jest o 57% dłuższa niż statystycznie i zawiera o 15% więcej istoty białej. To wszystko wyjaśnia, dlaczego w mózgu Temple Grandin istnieje zbyt wiele połączeń, przez co odbiera za dużo bodźców, odczuwa napięcie i ma niewiarygodną pamięć wzrokową.

Na szczęście matka Temple, choć bardzo młoda (urodziła ją, mając 19 lat), nie posłuchała lekarza. Wykazała się niezwykłą intuicją

i mądrością, zakładając, że nie jest w stanie nic zrobić z przyczyną zachowania, więc musi się na nim skupić. Pod tym względem wyprzedziła swoje czasy (dogonienie jej zajęło psychiatrii dziecięcej kilka dekad). Wykonała heroiczną pracę, by nauczyć córkę mówić (w wieku czterech lat). Samodzielnie opracowała terapię, która dziś jest stosowana standardowo (praca 1:1 przez 20–40 godzin tygodniowo). Mogłam wracać do autyzmu tylko przez godzinę dziennie – po obiedzie. Przez resztę dnia musiałam żyć w świecie, który nie wirował.

Maszyna do przytulania

Zwierzęta Temple Grandin polubiła w szkole średniej. Była to placówka specjalna z internatem dla uzdolnionych dzieci z problemami emocjonalnymi (z poprzedniej ją wyrzucono za bicie kolegów, którzy jej dokuczali). W celach terapeutycznych w szkole trzymano konie. Dyrektor z oszczędności kupił jednak najtańsze wierzchowce, których wartość obniżały patologiczne zachowania. Efekt był taki, że grupa emocjonalnie niezrównoważonych nastolatków mieszkała obok grupy emocjonalnie niezrównoważonych koni. Choć jazda na zwichrowanych wierzchowcach była ryzykowna, Temple ją uwielbiała. Miała problemy z nawiązywaniem znajomości, ale wśród koni czuła się dobrze. W stajni spędzała każdą wolną chwilę, miała zajęcie i źródło radości. Oduczyła się bić, bo karą za to był zakaz jazdy. Nauczyła się płakać.

W czasie dojrzewania zaczęły ją nękać silne lęki (rozrośnięte ciało migdałowate). Wiele lat później pomogą jej antydepresanty, ale wówczas dziewczyna była wobec ataków paniki bezradna. Do czasu wakacji na ranczu w Arizonie. Bydło wprowadzano tam do kojców uciskowych, by weterynarz mógł zwierzętom zrobić zastrzyk. Temple zauważyła, że krowy w poskromie natychmiast się uspokajają – mocny ucisk działał kojąco (dlatego tak lubimy masaże). Kilka dni później, po wielkim napadzie paniki, nastolatka weszła do poskromu. Ściśnięta między ściankami boksu po raz pierwszy w życiu pozbyła się napięcia i poczuła się dobrze. Wtedy dostrzegłam związek między krowami a sobą. Zrozumiałam, że muszę mieć takie urządzenie.

Zbudowała je po powrocie do szkoły i korzystała z niego, by się uspokoić. Po dodaniu miękkich obić poczułam coś innego niż tylko odprężenie. Poczułam serdeczność w stosunku do ludzi, pojawiły się uczucia społeczne, miałam przyjemniejsze sny. Ludzki dotyk nie wchodził w grę. Temple Grandin była nadwrażliwa i na tym punkcie. Chciała mieć poczucie więzi, jednak podczas przytulania zalewał ją ocean uczuć, wywołując panikę. Dzierżąc joystick w maszynie, miała kontrolę – mogła regulować siłę uścisku i jego czas.

Dzięki koniom i maszynie do przytulania przetrwała szkołę. Obroniła licencjat z psychologii, magisterium i doktorat z zoologii. Opublikowała ponad 300 prac naukowych, wykłada na Colorado State University (jedyny na świecie profesor z autyzmem). Napisała bestsellerowe książki pomagające zrozumieć autyzm i zachowania zwierząt. Jej historia posłużyła za kanwę filmu Temple Grandin. Jest konsultantką przemysłu mięsnego, a z jej rozwiązań korzysta połowa rzeźni w USA i wiele zakładów na świecie. „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi świata.

Wyszukiwarka w głowie

Kiedy pojęła, że rozumie sposób myślenia zwierząt? Nie doznała olśnienia. Właściwie dopiero po czterdziestce dotarło do niej, że dzięki autyzmowi ma olbrzymią przewagę nad właścicielami gospodarstw, którzy ją zatrudniali. Normalni ludzie mają świetnie rozwinięte płaty czołowe, ale płacą za to wysoką cenę – jest nią tzw. ślepota pozauwagowa. Nie rejestrują szczegółów, które mózg uznaje za nieistotne. Natomiast autycy zauważają wszystko. Nasze płaty czołowe nie funkcjonują tak dobrze jak u normalnych ludzi, zatrzymujemy się więc gdzieś w połowie drogi między zwierzęciem a człowiekiem. Korzystamy z naszych zwierzęcych móz­gów w znacznie większym stopniu niż pozostali, gdyż nie mamy innego wyboru. Musimy to robić.

Na konferencji TED, ubrana jak zwykle w kowbojską koszulę i męskie spodnie, Temple Grandin wyznała, że jej umysł działa jak wyszukiwarka obrazków Google. Jeśli powiem: pomyśl o wieży kościelnej, u większości pojawi się ogólny obraz. Ja widzę tylko obrazy konkretne. Pojawiają się mi w pamięci jak w wyszukiwarce obrazków: kościół z mojego dzieciństwa. Inne kościoły w Fort Collins. Może jakieś znane. Potem myślę: można dodać śnieg albo burzę z piorunami, mogę się zatrzymać i ułożyć je w film.

Długo była przekonana, że wszyscy tak myślą. Gdy odkryła, że jest inaczej, napisała "Myślenie obrazami". We wstępie prof. Oliver Sacks napisał, że to książka nowatorska (nigdy nie mieliśmy na temat autyzmu relacji w pierwszej osobie), niemożliwa (w medycynie panował dogmat, że autycy nie mają „wnętrza”) i niezwykła (skrajnie bezpośrednia). „Dzięki Temple Grandin zobaczyliśmy – a było to doprawdy objawienie – że mogą istnieć ludzie nie mniej od nas ludzcy, którzy jednak tworzą swoje światy i przeżywają swoje życie

w sposób niewyobrażalnie inny”.

Myślenie obrazowe Temple Grandin zaczęła wykorzystywać już po studiach do projektowania urządzeń i placówek hodowli bydła. Wyobrażam sobie mój projekt we wszelkich możliwych sytuacjach, w użyciu wobec zwierząt różnych ras i wielkości, w różnych warunkach pogodowych. Pozwala mi to skorygować błędy jeszcze przed etapem konstrukcji. W kontaktach międzyludzkich kompletnie sobie nie radziła, jej projekty mówiły jednak same za siebie – były tak szczegółowe i genialne. Wiele dni spędziła na obserwacjach w rzeźni i na farmie, przyglądając się i zapamiętując wszystko dokładnie. Zauważyła na przykład, że krowy nie boją się chodzić po okręgu, gdyż są przekonane, że wrócą w to samo miejsce. Postanowiła to wykorzystać, projektując systemy naprowadzające w rzeźni, dzięki którym zwierzęta spokojnie idą na miejsce stracenia.

Myślę jak zwierzę

Karol Darwin podzielił taksonomistów, czyli naukowców starających się poukładać w systemy świat przyrody, na scalaczy

i rozdrabniaczy. Ci pierwsi tworzą duże kategorie oparte na podstawowych cechach, drudzy rozdrabniają je na wiele podkategorii, wykorzystując do tego nawet najmniejsze różnice. Zdaniem Temple Grandin jest to podstawowa różnica między normalnymi ludźmi, którzy uogólniają (scalacze), a zwierzętami i autykami, którzy uszczegóławiają (rozdrabniacze). Umysł zwierzęcy, tak samo jak mój, układa informacje zmysłowe w kategorie. Człowiek na koniu i człowiek na ziemi to dwie zupełnie różne rzeczy. Autyzm jest jakby fazą przejściową między zwierzętami a ludźmi, co pozwala mi tłumaczyć „język zwierząt” na nasz. Potrafię więc wyjaśnić ludziom, dlaczego ich zwierzęta zachowują się w określony sposób.

Hodowcy zwierząt zapewniają im pokarm, leczenie i bezpieczeństwo. Są przekonani, że w ten sposób zaspokajają ich wszystkie potrzeby. Nie wiedzą, dlaczego zwierzęta czasem panikują, nie chcą gdzieś wejść lub przejść – by je przegonić, używają więc przemocy lub prądu. Stres poszczególnych osobników udziela się stadu, wpływa na jakość mięsa i jego smak (pośrednio może też na nasze zdrowie). Rany mogą prowadzić do infekcji, a siniaki (zwłaszcza na lędźwiach, z których wykrawa się steki) sprawiają, że tkanka bliznowacieje i ten fragment mięsa będzie bezużyteczny. Brutalne, lecz prawdziwe: im szczęśliwsze zwierzęta, tym lepsze ich mięso

i większe zyski hodowców.

Rozumując tak jak zwierzęta, czyli zwracając uwagę na pozornie nieistotne szczegóły, Temple Grandin potrafi z łatwością wskazać przyczyny ich niewłaściwego zachowania.

Kontrast, ruch i nowość

Gdy właściciele firm hodowlanych proszą Grandin o pomoc, daje im listę 18 rzeczy, których boją się zwierzęta; 14 z nich dotyczy sygnałów wzrokowych, 9 – obrazów o dużym kontraście. Są to m.in.: odbicia światła w metalu lub wodzie, jaskrawe światło lub oślepiające słońce, zbyt ciemne wejście, małe przedmioty na podłodze, krata odpływowa, różnice w nawierzchni.

Dzieje się tak dlatego, że zwierzęta widzą inaczej niż my, większość postrzega obraz panoramiczny. Oczy zwierząt łownych (koni, krów czy owiec) są osadzone tak daleko od siebie, aby mogły widzieć to, co jest za nimi. Dlatego konie w zaprzęgach muszą nosić klapki na oczach, by nie rozpraszało ich coś z tyłu, ale wyścigowe już nie, by wiedziały, czy inny koń je dogania. Pierwszą rzeczą, jaką robię, kiedy staram się poczuć jak zwierzę, to patrzeć jak ono. Mają niemal 360-stopniowy zasięg widzenia. I tak to sobie staram się wyobrazić. Z tyłu i z przodu mają niewielki ślepy punkt. Trzeba uważać, by w niego nie wejść, bo wystraszone zwierzę może nas kopnąć.

Kolejna różnica polega na tym, że zwierzęta lepiej widzą nocą niż ludzie, dlatego są bardziej wyczulone na kontrast, ale gorzej postrzegają kolory. Dowiedziałam się o tej właściwości zwierząt, kiedy robiłam czarno-białe zdjęcia przejść, których bało się bydło. Na podłodze jednego z nich znajdował się cień, którego nawet ja bym nie spostrzegła, gdyby nie zdjęcie, na którym – jeśli nie ma kolorów – jest znacznie większy kontrast. Dlatego właśnie alianci w czasie wojny zatrudniali daltonistów do analizy szpiegowskich zdjęć lotniczych – nie widząc kolorów, byli wyczuleni na kontrast i potrafili dostrzec rzeczy, których inni nie widzieli. Duże zmiany

w natężeniu światła działają tak źle na zwierzęta, że nie będą chciały tamtędy przechodzić. Postrzegają je bowiem jako urwisko

i zachowują się tak, jakby ciemniejsze miejsca były głębsze niż jasne.

Na swojej stronie internetowej Temple Grandin zamieściła zdjęcia miejsc i rzeczy, których bały się zwierzęta: kurtka przewieszona przez ogrodzenie, biały plastikowy kubek leżący na ziemi, para żółtych butów stojących pod szarą ścianą, łopaty niedziałającego wentylatora.

Zwierzęta boją się też syku powietrza (bo przypomina wołanie o pomoc), wiatru, pobrzękujących łańcuchów, szczękania metalu, powiewających reklamówek i innych kawałków plastiku, leżących ubrań oraz widoku poruszających się ludzi. Rozwiązanie tych problemów jest banalne – czasem wystarczy przesunąć reflektor, zamontować kawałek sklejki, przykleić gąbkę, by jakiś dźwięk wyciszyć. Ale zauważenie tego szczegółu wymaga często geniuszu Temple Grandin.

Szybka śmierć jest dobra

Jej największym wkładem w poprawę losu zwierząt jest opracowanie systemu oceny postępowania z bydłem i trzodą chlewną

w zakładach mięsnych (HACCP) – tego certyfikatu wymaga dziś od swoich dostawców wiele korporacji. Temple Grandin wykorzystuje go podczas audytów, sprawdzając, ile zwierząt w rzeźni czy na farmie jest odpowiednio ogłuszanych lub zabijanych za pierwszym razem (powinno być 95%); ile wydaje odgłosy (nie więcej niż 3 sztuki ze 100); ile się przewraca (w ogóle nie powinny); jak często używa się elektrycznych poganiaczy (w stosunku do nie więcej niż 25% zwierząt).

Wiele osób dziwi się, że choć Temple Grandin tak bardzo kocha zwierzęta (nie założyła rodziny, więc im dedykuje swoje książki), współpracuje z przemysłem mięsnym. Dużo o tym myślałam. Pamiętam, jak wyjrzałam przez okno po tym, gdy zaprojektowałam centralny blok naprowadzający. Zobaczyłam setki krów w zagrodach. Zmartwiłam się, że mam na biurku plany naprawdę wydajnej rzeźni. A ze wszystkich zwierząt najbardziej lubię krowy. Patrząc na nie, zdałam sobie sprawę z tego, że nie byłoby ich tam, gdyby nie ludzie. A skoro my doprowadziliśmy do tego, że te zwierzęta są z nami, jesteśmy też za nie odpowiedzialni. Powinniśmy sprawić, by uniknęły stresów. Powinny przy nas dobrze żyć i mieć dobrą śmierć. Wiele osób odsunęło się od niej, a przecież każde żywe stworzenie musi umrzeć. Śmierć w przyrodzie potrafi być okrutna. Na jednej z ferm widziałam cielę, któremu kojoty wyrwały tylną nogę. Właściciel musiał je zastrzelić, by nie cierpiało. Gdybym miała wybór, wolałabym zginąć w nowoczesnej rzeźni, niż być rozerwana żywcem na strzępy.

Im bardziej przygląda się warunkom, w jakich trzymane są psy, tym częściej dochodzi do wniosku, że bydło hodowlane ma od nich lepiej. Ubolewa nad tym, że zbyt wiele psów siedzi całymi dniami samotnie i nie ma żadnych, zwierzęcych czy ludzkich, towarzyszy,

a ich największym problemem jest lęk separacyjny. Wielu osobom wydaje się, że śmierć jest najgorszą rzeczą, jaka może przytrafić się zwierzęciu. I choć biegające swobodnie psy może przejechać samochód, żyją one znacznie lepiej niż te, które zamyka się bezpiecznie w domach. Jakość życia tych drugich zależy od tego, czy ich właściciele mają wystarczająco dużo czasu, aby się z nimi bawić. Moim zdaniem to jakość życia jest najważniejsza dla zwierząt. By ją zapewnić, muszą być zdrowe, wolne od bólu i negatywnych emocji, mieć dużo okazji do szukania i zabawy. Brak stresu i dobra śmierć to za mało. Chciałabym, aby zwierzęta miały dobre życie

i zrobiły w nim coś pożytecznego. Jesteśmy im to winni.

Sporo miejsca w swoich książkach poświęca rozmaitym potrzebom zwierząt, ich lękom. Omawia znaczenie tresury, kastracji

i oswajania z ludźmi; zwraca uwagę na zagrożenia płynące z rasowych hodowli; wyjaśnia, dlaczego badanie zwierząt w laboratoriach nie ma sensu. Sądzę, że zwierzęta są mądrzejsze, niż nam się wydaje, ale zapewne mają one inny rodzaj inteligencji niż płynna ogólna inteligencja normalnych ludzi. Dlatego nie jesteśmy w stanie spostrzec ich geniuszu.

Zapytano ją kiedyś, czy pozbyłaby się swojej choroby, gdyby medycyna znalazła na nią lekarstwo. Nie, bo pozbyłabym się krystalicznie czystego, logicznego myślenia. A podoba mi się sposób, w jaki myślę. Poza tym pomiędzy samotnym, inteligentnym, stojącym

w kącie dzieckiem a dzieckiem autystycznym jest niewielka różnica z perspektywy nauki. To właśnie takie „geeki” jak ja pchają świat do przodu. Jeśli pozbylibyśmy się wszystkich autystycznych genów, okazałoby się, że świat jest wolny od naukowców! Nie byłoby specjalistów komputerowych, artystów ani muzyków. To byłaby zbyt wysoka cena.    ("Przekrój")

Cytaty pochodzą z książek Temple Grandin:

"Myślenie obrazami"

"Zrozumieć zwierzęta"

"Mózg autystyczny"

"Zwierzęta czynią nas ludźmi".

/ historia

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

"CHŁOPAK Z WARSZAWY", ANDRZEJ BOROWIEC

FRAGMENTY KSIĄŻKI (Powstanie Warszawskie w oczach szesnastoletniego chłopca)

(...) Tego dnia, kiedy Wanda Lurie urodziła swoje jedyne już dziecko, które wyrosło później na chemika, ja obserwowałem kolumnę stu piętnastu obszarpanych niemieckich jeńców, którzy dopiero co skapitulowali. Wyszli właśnie z budynku PAST-y. Po dwudziestodniowym oblężeniu załoga obsadzająca jedenastopiętrowy budynek wreszcie poddała się żołnierzom batalionu „Kiliński”, który posługiwał się między innymi produkowanymi przez nas miotaczami ognia.

Oblężenie zakończyło się, kiedy ktoś poinformował nas o rzadko wykorzystywanym małym podziemnym wejściu do piwnicy. Zastanawiał się, czy wróg jest równie nieświadomy jego istnienia. Okazało się, że tak.

Batalion „Kiliński” wkroczył w nocy i natychmiast wziął górę, otwierając ogień 

i atakując z bliska zaskoczonych strażników na parterze. Ocalali uciekli na wyższe piętra i w dół klatki schodowej potoczyli granaty. Żołnierze „Kilińskiego” odpowiedzieli, rozpalając pod nimi ogromny ogień. Najpierw użyli pompy strażackiej, by zalać to miejsce benzyną, później zaś podpalili ją miotaczami ognia. Kiedy żywioł zajął budynek, powstańcy go opuścili, obstawili wyjścia 

i czekali na dalszy rozwój wydarzeń. O godzinie trzynastej Niemcy zaczęli wychodzić z zadymionych ruin z rękami uniesionymi do góry.

Podczas ostatnich walk niemiecka załoga PAST-y straciła trzydziestu ludzi, zatem całkowita liczba ich ofiar wynosiła pięćdziesiąt sześć.

W tym samym czasie zginęło lub zostało rannych pięćdziesięciu ośmiu żołnierzy batalionu „Kiliński”, przy czym ośmiu poniosło śmierć podczas ostatniego szturmu na centralę telefoniczną.

Dołączyłem do tłumu obserwującego odprowadzanie niemieckich jeńców do jakiegoś budynku szkolnego. Nie było gwizdów ani wymachiwania pięściami. Ludzie po prostu przypatrywali się z zaciekawieniem. Więc tak wyglądają pokonani niemieccy żołnierze? Pozbawiono ich skórzanych pasów, na których zaczepione było ich wyposażenie. Bez broni, hełmów, w rozpiętych ubraniach wyglądali niemal jak cywile. Nie mieli już rąk uniesionych do góry i szli normalnie. Zauważyłem, że niektórzy z nich czuli się na tyle zrelaksowani, by uśmiechać się do młodszych kobiet z tłumu gapiów, a niektóre z nich odwzajemniały uśmiechy.

Wiadomości radiowe, które przechwycono krótko przed ich kapitulacją, ujawniły, że położenie Niemców stawało się coraz bardziej rozpaczliwe. Kończyła im się żywność, woda i amunicja. Aby uzupełnić ich zapasy, próbowano wykorzystać pojazdy pancerne. Kiedy nie udało im się przedostać przez nasze barykady, podjęto próby zrzucania amunicji na budynek PAST-y

z samolotu zwiadowczego Fieseler Storch. Jednak zwinny, mały górnopłat Luftwaffe był za wolny, by ryzykować zbyt wiele podejść. Tak czy inaczej, nigdy nie udałoby się zrzucić tyle, by miało to jakieś znaczenie.
Pod koniec oblężenia morale tej niewielkiej załogi gwałtownie spadło; później pojawiły się doniesienia o co najmniej jednym samobójstwie. Żołnierze niemieccy pewnie poddaliby się wcześniej, gdyby mieli pewność, że przyjmiemy ich kapitulację. Ale skąd mógł mieć taką pewność którykolwiek Niemiec, świadom zbrodni, jakie serwowano nam od 1939 roku? W istocie jednak wciąż byliśmy gotowi pokazać im, że jesteśmy od nich lepsi. Na dowód tego zdjęcia

z kapitulacji załogi PAST-y ukazały się w „Biuletynie Informacyjnym”, który

w jakiś sposób zawsze wpadał w ręce Niemców. Każdy mógł się przekonać, że jego żołnierzy uznano za jeńców wojennych i tak też zarejestrowano. Generał Bór nie przychylił się też do sugestii pewnej starszej kobiety, której list otwarty do niego – nakłaniający, by w ramach zapobiegania nalotom wrogich jeńców trzymać na płaskich dachach budynków – również ukazał się w „Biuletynie”. Sfotografowani mężczyźni nie wyglądali też jak ludzie obawiający się, że ktoś strzeli im w głowę na jakimś fabrycznym placu. (...)

Powastanie Warszawskie.avif

Powstanie warszawskie: Żołnierze Batalionu „Zośka”. Okolice włazu kanałowego przy ul. Wareckiej / fot.: Jerzy Tomaszewski (1979) Epizody Powstania Warszawskiego, Warszawa: KAW / domena publiczna

Powastanie Warszawskie 2.avif

Niemiecki oficer w czasie walk w Warszawie / domena publiczna

Powastanie Warszawskie 3.avif

Hetzer zdobyty przez powstańców i wkomponowany 

w barykadę na pl. Napoleona / fot.: Sylwester Braun / domena publiczna

 

(...) Niesamowity zwrot akcji, w wyniku którego oprawcy z Woli i Ochoty wrócili do swoich ofiar, by ułaskawić tych, którzy mieli tyle szczęścia, aby nie zginąć od postrzału, był w całości konsekwencją interwencji generała Ericha von dem Bacha. Jego motywy były, delikatnie mówiąc, niejednoznaczne. W Rosji kierował likwidacją tysięcy Untermenschów, zarówno pochodzenia żydowskiego, jak

i nieżydowskiego. Najwyraźniej doznał w tym czasie czegoś na kształt załamania nerwowego, choć niedługo potem wrócił do siebie

i znów zabrał się do gorliwej pracy.

Być może czuł, że Polska różni się od Rosji – w końcu Polska była ojczyzną gorliwych katolików posługujących się alfabetem łacińskim, ukochanego przez niego Chopina, a nawet części jego własnego nazwiska (którym nigdy nie posługiwał się w Polsce).

A może w mniemaniu von dem Bacha nas, Słowian zachodnich, nie można było uznać za Untermenschów? Po wojnie przeprowadził wiele działań, które nazywał swoim „historycznym uczynkiem dla ludzkości”, co zdecydowanie pomogło mu później uratować skórę. Dzięki Amerykanom i Brytyjczykom występował podczas procesów norymberskich jedynie w charakterze świadka. Rosjanie pragnęli go powiesić, ale alianci postarali się, by wszystkie prośby o ekstradycję ze strony Polski i Związku Sowieckiego odrzucono.

W ostatecznym rozrachunku skazano go jednak za zabójstwo niemieckiego obywatela, dokonane w czasach, zanim jeszcze naziści zdobyli władzę, i zmarł w więzieniu.

Przed amerykańskimi i brytyjskimi śledczymi von dem Bach starał się sprawiać wrażenie, że w głębi duszy jest tylko zawodowym żołnierzem, który lubi mieć czyste pole bitwy. „Oddziały, które plądrują i mordują, przestają walczyć”, brzmiała jedna z pereł mądrości, jakie im wygłosił. Niedługo po objęciu dowodzenia w Warszawie wyskoczył rzekomo ze swojego sztabowego kabrioletu, by powstrzymać rozstrzeliwanie ludności cywilnej. Zresztą i tak wszyscy ludzie byliby już martwi, gdyby nie trudności, jakie oprawcy mieli z ponownym rozpaleniem stosu pogrzebowego, przepełnionego po wcześniejszej rzezi. Po tym wydarzeniu von dem Bach wydał rozkaz przerwania masowych mordów na cywilach. Banditen, tacy jak ja, to jednak co innego. Wkrótce doszły nas słuchy o trzech pojmanych nastoletnich harcerzach z naszych Szarych Szeregów, którym polecono układać zwłoki w dole mogilnym. Pracę mogli skończyć dopiero wtedy, kiedy zostało w nim miejsce już tylko dla nich.

Jakkolwiek von dem Bach wydawał się wówczas zadowolony z egzekucji pojmanych polskich powstańców, wykonywanych z taką samą częstotliwością, z jaką przeprowadzano je wobec Rosjan, uznał, że mordowanie kobiet i dzieci jest nieproduktywne. Niektórych ocalałych wywieziono w kierunku zachodnim, do nowego niemieckiego obozu dla uchodźców w Pruszkowie. Inni – często byli to Żydzi podający się za gojów – unikali pojmania i docierali na nasz wyzwolony obszar, który robił się coraz mniejszy i łatwiejszy do obrony. Opowieści, które przynosili ze sobą uciekinierzy, nie tyle nas przerażały lub skłaniały do poddania się, ile raczej umacniały naszą determinację przetrwania tak długo, by nawet Stalin nie mógł nas już ignorować. (...)

Powastanie Warszawskie 4.avif

Powstanie Warszawskie:Sanitariuszki na ulicy Moniuszki

/ fot.: Eugeniusz Lokajski (zginął  we wrzesniu 1944 roku)

/ domena publiczna

Znaleziony jęczmień w magazynach z browaru Haberbuscha i Schielego przy ul. Ceglanej 4/6 (obecnie ul. Pereca) musiał zostać przewieziony do kuchni polowych. Najpierw powstańcy pakowali jęczmień do worków, które później transportowali na plecach. Tragarzy nazywano „słoniami”/ fot.: Wiesław Chrzanowski / domena publiczna

Powstanie Warszawskie:Sanitariuszki na ulicy Moniuszki

/ fot.: Eugeniusz Lokajski (zginął  we wrzesniu 1944 roku)

/ domena publiczna

Powstanie Warszawskie / fot.: autor nieznany / domena publiczna

(...) Pierwszym, który przyjechał do Warszawy, był Ziu. Został rozstawiony

w jednym z parków w zachodniej części miasta i 19 sierpnia był gotów do akcji. Ostatecznie sprowadzono trzy moździerze, choć przez większość czasu Niemcom wystarczały dwa. Trudno było je przygotować i naładować, wymagały też mnóstwo uwagi. W ciągu jednego dnia wystrzeliwały na ogół nie więcej niż trzy pociski, lecz to zdecydowanie wystarczało. Jedna bomba mogła doprowadzić do zawalenia się całego budynku, tym samym skazując nas na ciągnące się godzinami przeszukiwanie gruzów i nasłuchiwanie ocalałych uwięzionych w ruinach.
Większość z nas nie zdawała sobie jednak sprawy, że mogło być znacznie gorzej. Niemcy używali amunicji, której zadaniem było przebijanie grubych żelbetowych ścian bunkrów, wybuch następował zaś dopiero w środku.

W mieście pełnym ceglanych kamienic bomby często spadały, nie wybuchając, przebijały jedynie kolejne piętra, by ostatecznie wylądować w piwnicy. Saperzy Armii Krajowej dokładali potem starań, byśmy zwrócili wrogowi najlepszą część pocisków, wyjmując z nich materiał wybuchowy i przekazując go do jednego

z naszych zakładów produkcji broni. Ładunek z jednego pocisku wystarczył do wyprodukowania ponad trzech tysięcy granatów.

Oczywiście nie zawsze mogliśmy się spodziewać, że tak się nam poszczęści,

i liczba ofiar wśród cywilów w Śródmieściu rosła. Czasami pomagałem usuwać ciała z budynków i nie zawsze odbywało się to z taką godnością, jakiej bym sobie życzył. Pamiętam mdlący dźwięk, jaki wydawała głowa starszego mężczyzny, uderzająca schodek po schodku, kiedy ciągnąłem jego ciało na dół za nogi. Naszych zmarłych chowaliśmy na dziedzińcach, w ogrodach, a kiedy zabrakło nam miejsca – także pod chodnikami. Przed powstaniem jedynym martwym człowiekiem, którego widziałem z bliska, był mój ojciec i zdziwiło mnie, jak szybko przyzwyczaiłem się do tego widoku. Była to oczywiście konieczna praca. Musieliśmy odnaleźć ciała, zanim zrobią to szczury.
 

W miarę jak zwiększała się częstotliwość ataków artylerii i nalotów, rozwijał się labirynt podziemnych przejść. Zaczęło się od przebijania piwnic przez mieszkańców sąsiadujących budynków, którzy pragnęli uniknąć poruszania się po coraz bardziej niebezpiecznych ulicach na powierzchni. Wkrótce jednak to, co zaczęło się od dziur w ścianach piwnic, przerodziło się w oznaczone trasy

z wypisanymi białą farbą nazwami ulic i strzałkami wskazującymi kierunki.

Miało to jednak także wady. Niektórzy ludzie, zwłaszcza rodzice z małymi dziećmi, zaczęli uparcie wieść życie jaskiniowców, wzbraniając się przed opuszczeniem piwnic i łączących je przejść. Zaczęto nazywać tę przypadłość „chorobą piwniczną”. Próby przekonania ich do wyjścia na ziemię, by zrobili coś pożytecznego – na przykład wygrzebali kawałki złomu do naszych szrapneli – spełzały na ogół na niczym. Byli to ludzie, dla których wojna toczyła się już długo, począwszy od oblężenia stolicy w 1939 roku, przez niepewne czasy okupacji, po najciemniejszy okres, jakim była rzeź Woli, i teraz mieli już dość. Pragnęli po prostu pozorów normalnego życia. Gdy powstanie się rozpoczęło, nie tylko oni wierzyli w rychłe zwycięstwo i zaprowadzenie pokoju. Gołym okiem widać było, że tak się nie stało. W przeciwieństwie do mieszkańców Starego Miasta, odwróconego plecami do rzeki i z Rosjanami w pobliżu, uważali wyzwolenie za znacznie mniej osiągalne.

Od czasu do czasu słyszeliśmy: „To wy zaczęliście walki. Wy je skończcie”. Lekceważyliśmy to. Szkoda nam było tych ludzi, lecz wiedzieliśmy, że zwyciężymy. Kiedy nie pracowaliśmy, odbywaliśmy ćwiczenia i śpiewaliśmy pieśni patriotyczne. Gdziekolwiek trzeba było ugasić ogień, my często stawaliśmy w łańcuchu ludzi z wiadrami. Pod koniec sierpnia wiadra zawierały jednak częściej piach aniżeli wodę; główna pompownia pozostawała w rękach niemieckich, przestały też działać główne kanały, niektóre zapchane ciałami. Warszawa stała już przed takim problemem podczas oblężenia w 1939 roku. Na nowo otworzono wykopane wówczas studnie – niektóre z nich były dziełem pracy niemieckich jeńców wojennych. Armia Krajowa wydała ponadto rozporządzenie, w którym nakazała wszystkim dozorcom odszukanie starych studni w ogrodach kamienic zbudowanych na ziemiach zamieszkiwanych przez ludzi od wieków. Mimo wszystko wody zawsze brakowało. Liczne kąpiele

i prysznice, jakie w normalnych warunkach bierze się przy gorącej letniej pogodzie, były już teraz niewątpliwie wspomnieniem z przeszłości. Nie zanotowano jednak również żadnych zgonów wywołanych odwodnieniem.

Kiedy istniała taka potrzeba, Armia Krajowa wcielała się w rolę organu administracji cywilnej, a my dla własnego bezpieczeństwa patrolowaliśmy miasto przed intruzami z zewnątrz. Wszyscy, zarówno cywile, jak i wojskowi, potrzebowali przepustek, aby poruszać się pomiędzy obwodami, a od zmierzchu do świtu obowiązywała godzina policyjna. Barykady wewnętrzne obsadzone były przez całą dobę. (...)

/ sztuka

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

„Gwiaździsta noc” Van Gogha
w Nowym Jorku

gwiazdzista noc - Vincent Van Gogh.avif

„Gwiaździsta noc, Vincent Van Gogh, 1889,

The Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork / domena publiczna

Rozmowę o obrazie Vincenta Van Gogha „Gwiaździsta noc” wypada rozpocząć od pytania, czy rzeczywiście przed nami jest noc,

o której mowa w tytule obrazu? Łatwo w to wątpić, biorąc pod uwagę niezwykłą jasność kolorów i dynamikę pociągnięć pędzla jak na nocny pejzaż. Gdy rozbrzmiewa „gwiaździsta noc”, nasza wyobraźnia kreśli obraz ciszy i spokoju nieba i ziemi, gdy jasne światło gwiazd na niebie przenika ciemność, ale jej nie rozprasza. Nie rozświetla też wszystkiego dookoła, jak światło słoneczne, tylko delikatnie dotyka samej powierzchni rzeczy, dzięki czemu powstaje wrażenie tajemniczości, iluzji i zanurzenia pejzażu w jego głębię. Obraz Van Gogha całym sobą zaprzecza znanemu nam wyobrażeniu gwiaździstej nocy. Nie ma w nim nawet śladu oczekiwanego spokoju. Wszystko, co istnieje, wydaje się być uchwycone jednym wichrem i pędzi w niezrozumiałym ruchu, splatając się ze sobą. Nie ma wyraźnych granic między rzeczami, spływają one na siebie i rozpływają się w burzliwym strumieniu. Domy małej wioski znajdujące się w dolnej części obrazu wydają się mieć większą gęstość niż ciała niebieskie; niektóre z nich mają zarysowane kontury. Nie uległy jednak swojej geometrii i stabilności, które mogą zaniknąć przy kolejnym podmuch wiatru. A jeśli spojrzymy nieco wyżej, tam, gdzie znajdują się wzgórza i drzewa, to nieznaczne zagęszczenie, zauważalne w domach, zniknie z pola widzenia. Nad nimi ciągnie się biały pas jak chmura albo pasmo górskie, w każdym razie trudno jednoznacznie przypisać go niebu lub ziemi. A powyżej zaczyna się największy wir: ogromny lok w centrum wiruje i niesie ze sobą wszystko, co ma z nim kontakt, z wyjątkiem księżyca

i gwiazd, które nie nadają się do ogólnego przepływu, ale tworzą własne. Odnosi się wrażenie, że światło nocne wcale nie pochodzi od gwiazd,

a przeciwnie - wirując w przestrzeni, tworzy je. Nieco na lewo, jak język ognia, wznosi się cyprys. Przez usytułowanie bezpośrednio na pierwszym planie przyciąga wzrok zmęczony niekończącym się kręceniem. Ale rytm oscylacji cyprysu-płomienia okazuje się być podobny do rytmu wszystkiego innego. Stąd ta fascynacja Van Gogha zawsze zielonymi drzewami, o czym pisał do brata:

„Cyprysy pociągają mnie nieodparcie. Będę próbował wykorzystać je jako motyw malując je tak, jak przedtem moje słoneczniki, bo zadziwia mnie, że nikt przedtem nie malował ich tak, jak je widzę. W swoich liniach i proporcjach są tak piękne, jak egipskie obeliski”

 

Wirujące niebo pośrodku obrazu może wydawać się epicentrum szalejącego huraganu lub spiralą Drogi Mlecznej (są też takie interpretacje). Zbliżając się jednak do istoty nie tylko tego obrazu trzeba mieć na uwadze, że w obrębie kultury z którą jest najściślej związany, powstanie dzieła podobnego do malowania Van Gogha jest po prostu niemożliwe.

krajobraz z droga i cyprem - Vincent Van Gogh.avif

„Krajobraz z drogą i cyprysem", Vincent Van Gogh, 1889,

The Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork / domena publiczna

Połączenie dnia i nocy widać wyraźniej

w obrazie Van Gogha „Krajobraz z drogą

i cyprysem”. Na pierwszy rzut oka wydaje się oczywiste, że mamy przed sobą dzień. Do tego południowe upały. Jednak, jeśli skupimy się na dwóch światłach w górnej części obrazu, dostrzeżemy przeciwieństwo pierwotnego wrażenia: odrętwienie środka upalnego dnia nagle zbiega się z głęboką nocą. Jeśli przeniesiemy to, co zauważyliśmy na tym obrazie, na „Gwiaździstą noc”, otworzy się kolejne dodatkowe znaczenie. Wychodząc 

z tego, że noc i dzień u Van Gogha są takie same, możemy wywnioskować, że przedstawiona noc jest w rzeczywistości jednocześnie dniem o tej samej porze, głębią widzianą przez artystę, uwikłanie prymitywnego zjawiska w chaos tworzący nieustanną autonegację.

 

Te słynne obrazy Van Gogha ukazują ogromną siłę artysty i jego niepowtarzalny indywidualny styl malowania, jego szczególną wizję otaczającego go świata. Zostały namalowane w szpitalu Saint-Rémy w czerwcu 1889 roku.

W tym czasie Van Gogh odszedł od ogólnie przyjętej wiary chrześcijańskiej, jednak napisał: „Nadal rozpaczliwie potrzebuję - pozwolę sobie na to słowo w religii. Dlatego wyszedłem z domu w nocy i zacząłem malować gwiazdy.”   

Sceny w świetle księżyca mają długą tradycję w malarstwie holenderskim, ale przed Van Goghem żaden artysta nie malował nocnego nieba z takim podziwem dla wielkości i niezrozumiałości wszechświata. Niebo, gwiazdy i sierp księżyca poruszają się w jednym ekstatycznym, falującym rytmie. Wprawdzie dzieło „Gwiaździsta noc” oddaje uczucia artysty, nie został namalowany spontanicznie, ale starannie przemyślany i skomponowany, a przedstawione na nim drzewa otaczają gwiaździste niebo i równoważą kompozycję.

Zagłębienie się we wspaniałe malarstwo Vincenta Van Gogha to przedsmak pierwszej wystawy skupiającej się na drzewach – jednych z najsłynniejszych w historii sztuki – uwiecznionych na charakterystycznych obrazach Vincenta Van Gogha (1853-1890).

Około czterdziestu prac ilustruje skalę fascynacji artysty charakterystycznymi wiecznie zielonymi, podobnymi do płomieni drzewami. Sukcesywnie rozpalały one, napędzały i podsycały jego wyobraźnię w ciągu dwóch lat spędzonych na południu Francji: od pierwszych obserwacji „wysokich i ciemnych” drzew w Arles do zrealizowania ich pełnego, sugestywnego potencjału („tak, jak ja to widzę”)

w szpitalu psychiatrycznym w Saint-Rémy.

 

Centralnym punktem prezentacji są tak kultowe obrazy, jak „Pole pszenicy z cyprysami”, „Gwiaździsta noc” czy „Krajobraz z drogą

i cyprysem”. Zestawione są z cennymi rysunkami i ilustrowanymi listami artysty. Wiele z nich rzadko - jeśli w ogóle - jest wypożyczanych lub wystawianych razem. Ta ściśle przemyślana wystawa tematyczna jest jedną z nielicznych okazji do ponownego docenienia niektórych z najbardziej znanych dzieł Van Gogha.

 

Nie wszyscy mamy możliwość obejrzenia ekspozycji w The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku do 24 sierpnia 2023 roku. Poniżej ekspozycja wirtualna, przygotowana przez nowojorskie muzeum i kuratorkę Susan Alyson Stein  (redakcja)

/ kino

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

SIEWCY ŚMIERCI, NISZCZYCIELE ŚWIATA – o filmie Christophera Nolana „Oppenheimer”

STANISŁAW BŁASZCZYNA

        Zawsze jestem gotów, by dać się uwieźć filmowym spektaklom. Nolanowi, reżyserowi „Oppenheimera” prawie to się udało, choć pojawiające się raz po raz zderzenia z takim „drobiazgiem”, jak dźwięk, coraz mocniej uświadamiały mi podczas projekcji, że coś z tym filmem jest nie tak.
Ale to tylko aspekt techniczny, który można by przeboleć.

       Tym, czego ostatecznie nie mogłem przełknąć, jest instrumentalne – i wbrew pozorom (vide: robiąca wrażenie kreacja Cilliana Murphy’ego) powierzchowne – potraktowanie głównego bohatera, jak również kiczowato-symplicystyczny unik, by niemal zupełnie pominąć niszczycielski i ludobójczy efekt zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki oraz wynikające stąd moralne implikacje tego (bardziej politycznego, niż militarnego) aktu agresji wobec ludności cywilnej.

       Właściwie to nigdy nie przyjąłem oficjalnej narracji amerykańskiej, według której użycie w tamtym momencie wojny (przypominam, że wtedy Hitler już nie żył, a III Rzesza upadła) bomby atomowej było konieczne, gdyż uratowało to przed śmiercią setki tysięcy amerykańskich żołnierzy (inni z rozpędu mówili o milionach), którzy w przeciwnym wypadku zmuszeni byliby do inwazji na Japonię. (Sam generał Eisenhower stwierdził, że użycie bomb atomowych nie było konieczne, gdyż Japonia i tak bliska była kapitulacji.) Otóż, podczas gdy detonację pierwszej bomby, można by jeszcze usprawiedliwić jakąś racją strategiczną, to decyzja o zrzuceniu drugiej bomby na Nagasaki była już według mnie zbrodnią wojenną, bo służyła jedynie demonstracji siły, a jej celem było zabicie jak największej liczby Japończyków wśród ludności cywilnej. (O tym, że było to również testowanie nowego rodzaju „broni”, na którą wydano miliardy dolarów, nawet nie wspominam: okazało się, że było to ważniejsze, niż życie ponad 100 tysięcy ludzi, którzy zginęli w straszny sposób.) Nie czekano więc nawet na to, jak zareagują Japończycy na Hiroszimę, wręcz przeciwnie – jak najszybciej zrzucono drugą bombę, jakby obawiając się tego, że wcześniej Japonia skapituluje.

       Chciałoby się napisać, że cynizm tych, którzy podjęli decyzję o zrzuceniu bomb, jest nieludzki, ale to nieprawda: według sondażu przeprowadzonego przez Instytut Gallupa zaraz po zniszczeniu Hiroszimy i Nagasaki, aż 85% Amerykanów zaaprobowało ówczesne użycie „broni” jądrowej. Niemal wszyscy łyknęli wojenną propagandę, jak młody pelikan rybę. Tak więc, to zupełny brak empatii wobec wojennych ofiar wśród ludności cywilnej „wroga” okazuje się ludzki, nieludzka zaś jest empatia wobec cierpienia tych ludzi – występująca właściwie w ilości śladowej. Nadal siedzą w nas szympansy.

       Charakterystyczna – i do zapamiętania – jest scena, kiedy Oppenheimer,

w gabinecie Trumana ubolewa, że „ma krew na rękach”, a prezydent obrusza się, że to przecież on zadecydował o zrzuceniu bomby – i uznając Oppenheimera za „beksę”, podaje mu chusteczkę. Później, jak twierdzą świadkowie, zastrzega się, że nigdy nie chce już widzieć tego „sukinsyna”.
Sama prezydencka mądrość!
Zresztą, wyznanie Oppenheimera też jest cokolwiek pretensjonalne. Chociaż jego późniejsza działalność dowodziła, iż rzeczywiście sprawa kumulowania

i ewentualnego użycia arsenału jądrowego, leżała w centrum jego uwagi. Dostrzegał on wszelkie zagrożenia z tym związane, domagając się międzynarodowej kontroli broni atomowej. Niestety, to jakby nie interesowało Nolana (a jest on nie tylko reżyserem filmu, ale i jego scenarzystą), który zamiast tego poświęca nieproporcjonalną ilość filmowego czasu przesłuchaniom Oppenheimera przed Komisją Energii Atomowej w 1954 roku, które jako żywo przypominały sąd nad naukowcem obracającym się przed wojną w środowisku amerykańskich organizacji lewicowych (zwanych cokolwiek na wyrost – i jak przystało na czasy McCarthy’owskiej histerii w Stanach lat 50. – komunistycznymi) czy wręcz podejrzanym o szpiegostwo na rzecz Sowietów.

J

Julius Robert Oppenheimer / fot.: domena publiczna

Grzyb dymu powstaly w wyniku wybuchu bomby atomowej nad Nagasaki 9 sierpnia 1945 roku

Grzyb dymu powstały  w wyniku wybuchu bomby

atomowej nad Nagasaki 9 sierpnia 1945 roku

/ fot.: domena publiczna

Hiroszima po atakach

Hiroszima po atakach 6 sierpnia 1945 roku

/ fot.: domena publiczna

       „Oppenheimer” Nolana sprawia wrażenie filmowego majstersztyku – bo rzeczywiście jest w nim cała masa rzeczy po mistrzowsku wyegzekwowanych – ale może właśnie dlatego gubi się w nim prawda o człowieku, jakim był Robert Oppenheimer. To bogactwo elementów świetnych (ot, choćby rewelacyjne wystąpienie Roberta Downey’a Jr.) pada jednak ofiarą czegoś, co można nazwać „over-editing„, a wyrażając się po polsku: montażowego przekombinowania. I chodzi mi nie tylko o przeskoki czasowe, zamulone

a sztuczne dialogi, poszarpaną ścieżkę dźwiękową (jej jakość jest miejscami skandalicznie zła), mozaikę obrazów sklejoną jakby na sterydach… ale przede wszystkim o wytrącanie z rytmu filmowej narracji i gubienie suspensu.

       Znane jest – mające coś z gigantomanii – zamiłowanie reżysera do extra-wielkiego ekranu, ale – tak, jak uwielbiam oglądanie filmów na dużym ekranie, tak ten IMAX w „Oppenheimerze” wydawał mi się cokolwiek na wyrost – choćby dlatego, że gross filmu stanowiły gadające głowy, a ukazanie nuklearnej eksplozji to jednak za mało, by usprawiedliwić taki ogromny format. Zresztą, te prawdziwe, zarejestrowane na filmach dokumentalnych wybuchy jądrowe, i tak robią na mnie większe wrażenie, niż te wygenerowane komputerowo w filmowych studiach. Podobnie pulsujące kosmiczno-jądrowe wizje, jakie nękają Oppenheimera – ginęły, jak dla mnie, w ogłuszającym zamęcie.

       W sumie: za dużo w tym filmie Nolana samego Nolana. Rękę reżysera czuć w każdym momencie filmu – zamiast o tej ręce zapomnieć. Kto chce patrzeć na „Oppenheimera” jak na nolanowskie dzieło – ten będzie zachwycony. Kto jednak chciałby dotrzeć do prawdy o Oppenheimerze-człowieku, to będzie moim zdaniem omamiony. Przede wszystkim warsztatowymi sztuczkami – a reżyser jest prestidigitatorem przednim.

       Mnie jednak dziwi to sztuczne i wykalkulowane podejście do tak charyzmatycznej i niezwykłej postaci, jaką był Oppenheimer. Tym bardziej, że Nolan doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo ambiwalentnym i paradoksalnym człowiekiem był „ojciec” atomowej bomby (swoją drogą: tylko w płyciźnie środków masowego przekazu można było ulepić tak infantylny przydomek). A jednak wolał się popisać swoim kunsztem, niż ukazać nam człowieka z krwi i kości – zwłaszcza, że tym człowiekiem był geniusz.

/ muzyka  rozmowy

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

MUZYKA, JAK MY, DOJRZEWA...

PATRYCJA STĘPNIAK 

W ROZMOWIE Z GRAŻYNĄ AUGUCIK

Zdjęcia: Kasia Jarosz

              kolekcja prywatna

Nawet określenie "człowiek orkiestra" nie oddałoby sprawiedliwości licznym talentom mojej rozmówczyni. Jest autorką tekstów, muzyki, aranżacji, założycielką własnej wytwórni  GMA records, ale przede wszystkim wokalistką, której łagodny, aksamitny głos zachwyca zarówno krytyków jak i entuzjastów jazzu. 

I choć  Grażyna Auguścik (bo to z nią będziemy rozmawiać) jest na jazzowej scenie prawdziwą gwiazdą, prywatnie jest osobą skromną i ciepłą.

Grazyna Auguscik

Patrycja Stępniak: Witaj, bardzo cieszę się, że zechciałaś przyjąć moje zaproszenie!
Grażyna Auguścik: Witam, dziękuję bardzo!


P.S.: Grażynko, od lat zachwycasz głosem, po obu stronach oceanu piszą o Twojej niekończącej się inwencji, unikalnym stylu, brzmieniu, precyzji, swobodzie, z jaką poruszasz się po świecie muzyki. Masz na swoim koncie niewyobrażalny wręcz dorobek artystyczny – „2 the Light” to Twoja dwudziesta trzecia płyta, czy tak?
G.A. (śmiech) Tak! Załóżmy, że tak! To dwudziesta trzecia płyta…


P.S.: To w moim odczuciu wyjątkowa, specyficzna i wyraźnie różna płyta. Na wprowadzeniu sama napisałaś: "Ta płyta wypełniona jest piosenkami, które były w ukryciu przez długi".  Myślę, że jest to bardzo bliski Tobie projekt…
G.A.: Po pierwsze - to moja całkowicie autorska płyta. Faktycznie bardzo długo, z różnych przyczyn, czekałam by pokazać ją światu… Myślę, że jest mi również bliska dlatego, że dojrzewała, ewoluowała na przestrzeni czasu. We wszystkie autorskie projekty zawsze wkładamy duży ładunek emocjonalny, to również jeden z czynników dodających tej płycie znaczenia. Przez lata wydarzyło się bardzo dużo rzeczy, nazbierało się tego sporo - zawodowo oraz prywatnie. W moich kolejnych projektach pojawiały się nowe brzmienia. To poniekąd naturalne, że muzyka się zmienia.  To naturalna część naszego życia artystycznego, procesu. Muzyka, jak my, dojrzewa.

Grazyna Auguscik 7
Grazyna Auguscik 6

P.S.: Wszystkie utwory na płycie to Twoje kompozycje, słychać jest jednak wyraźny wpływ różnych stylów, artystów. Słyszalne jest

charakterystyczne dla Ciebie brzmienie jazzowe, są elementy muzyki brazylijskiej, folklorystycznej czy nawet muzyki klezmerskiej, kościelnej.

Z wdziękiem żonglujesz tym wszystkim co najpiękniejsze w muzyce w swoich kompozycjach. Powiedz proszę coś więcej o artystach, którzy wywarli na Ciebie wpływ na tyle mocny, że właśnie inspirowane ich muzyka, pracą melodie, znalazły się na Twojej płycie. Wiem, że w tym temacie nie ma u Ciebie przypadkowych wyborów... 
G.A.: Producentem płyty jest Stefan Pettersson, z którym współpracuję od ponad dwudziestu lat. To basista, ale nade wszystko wspaniały aranżer, producent, również multiinstrumentalista. Według mnie to wizjoner, osoba

o niezwykłej wyobraźni oraz talencie. Jeśli chodzi o dobór muzyków to właściwie nie ma niespodzianek, zaprosiłam muzyków, z którymi pracuję

w ostatnich latach w wielu innych projektach. I na tej płycie znalazł się właśnie Paulinho Garcia, jest krótkie solo Jarka Bestera, zagrał również John Kregor

- gitarzysta, z którym współpracuje od lat. Jest słyszalny również fenomenalny skrzypek - Mateusz Smoczyński, jest też Rob Clearfield, są to muzycy z którymi znam się i przyjaźnię od lat. Pracujemy razem i na pewno wszystkie te osobowości mają bardzo duże znaczenie dla mojego brzmienia. Dlatego zaprosiłam ich do współpracy. Wiem, czego mogę oczekiwać od danego instrumentalisty, wiem, że właśnie ich brzmienie jest ważne w pisaniu aranży. Mózgiem całego przedsięwzięcia jest zdecydowanie Stefan
Pettersson, z którym pracę nad tym projektem rozpoczęliśmy kilka lat temu.

W międzyczasie Stefan bardzo się pochorował, więc musieliśmy odłożyć pracę na bok. Po kilku latach pokonał chorobę i mogliśmy projekt dokończyć. 


P.S.: Odbieram płytę "2 The Light" jako  przekrojową, bardzo osobistą. Czy któryś z utworów jest Ci szczególnie bliski, ma większy ładunek emocjonalny?
G.A.: Pierwszy. To zdecydowanie bardzo ważny dla mnie utwór (Thankful). Natomiast miałam kilka rozmów, wywiadów do mediów i spotykam się z bardzo

fajną reakcją. Niektórzy słuchali płytę kilkakrotnie, typują swoje utwory, wybierając za każdym razem inne. Każdy ma swoje typy. Bardzo mnie to cieszy, bo utwory są bardzo różne. Myślę, że słucha się ciekawie, bo nie daje się łatwo przewidzieć co wydarzy się dalej, jaki będzie następny utwór. To cała ciekawość tej płyty. Cieszę się, że każdy wybiera inaczej, że każdy utwór będąc w innej nieco estetyce dociera do kogoś innego. To sprawia dużo radości. 


P.S.: Zgadzam się z Tobą, dla mnie ta płyta jest jak magiczne pudełko, które ma plaster na każdy nastrój - jest w tym samym czasie czuła, nostalgiczna, radosna, głęboka. Dodatkowo rozbraja różnorodnością stylów…
G.A. Prawda? Są elementy muzyki pop, jak Around and Around czy Happy Sunday to utwory bardzo bliskie muzyce popularnej. Nie da się jej ominąć, ale nie można też stricte zakwalifikować do jakiegoś gatunku jazzu, bo to nie jest typowa muzyka jazzowa. To są piosenki i myślę, że każda znajdzie swojego słuchacza. To krótka płyta, ma długość taką jak dawne płyty długogrające, modne dziś winyle, o to też mi chodziło.
Nasza dzisiejsza uwaga jest bardzo krótka, potrafimy skupić się na pewien, niedługi czas i szukamy dalszych bodźców, nie potrafimy
wytrwać na dłużej nawet na czymś co początkowo nam się podoba…


P.S.: Mam wrażenie, że jest jeszcze inny, ważny powód, dlaczego płyta jest nietypowa - chodzi mi o warunki, okoliczności w jakich powstała. Pamiętam dobrze ten czas i Ciebie pracującą nad tym projektem. Jak to wyglądało, zdradź coś więcej na temat samego
procesu tworzenia, proszę.

G.A.: Płyta powstała w czasie pandemii, nie lubię tego słowa… w czasie zamknięcia, izolacji, czyli nie mieliśmy możliwości podróżować, spotkać się. Każdy z nas nagrywał w swoim domowym studio. Jedni mieli lepsze inni słabsze, mniej może przystosowane do nagrywania dużych projektów. Wygląda to tak, że prawie każdy z nas wydziela sobie w domu kawałek pokoju, ustawiamy tam kilka niezbędnych do nagrywania sprzętów i działamy. Szczęśliwie dzisiejsza technologia jest lepiej rozwinięta niż kiedyś i tych urządzeń nie potrzeba aż tak dużo.
Każdy z nas zatem nagrywał w domu a strategiczna baza była w Szwecji, 
w domu u Stefana. Wszystkie nagrania, files, wysyłaliśmy do niego a on jakby zlepiał je w całość. Składał razem. Taki typ produkcji jest charakterystyczny bardziej dla muzyki popularnej, pop, nie jazzowej.

Dotychczasowe projekty jazzowe, do tej pory, nagrywałam całościowo w ciągu 2-3dni. Miałam do dyspozycji studio, spotykaliśmy się razem i wspólnie nagrywaliśmy wszystkie utwory, ewentualnie poprawialiśmy później jakieś drobiazgi. To zawsze była interakcja podczas nagrania, współuczestniczyliśmy w nagraniu. Myślę, że mimo tego projekt się udał i nie słychać w muzyce tej izolacji. Każdy znalazł swój komfort w domowych warunkach. Nikt nas nie gonił, nie musieliśmy się spieszyć, czas był względny i praktycznie nieograniczony, czyli mieliśmy spokojną głowę, mogliśmy powtarzać nasze sekwencje do uzyskania satysfakcjonującego efektu. Dyskomfort przyniósł swoisty komfort, polegający na tym, że mogliśmy poświęcić pracy więcej uwagi. A całość, ostatnie słyszalne brzmienie na płycie to praca aranżera i producenta - Stefana Petterssona.


P.S.: Dużo koncertujesz, a Twojej płyty można słuchać już na wszystkich niemal platformach streamingowych. Gdzie można spotkać śpiewającą Grażynę Auguścik, kupić Twoja płytę? Jakie masz plany koncertowe na najbliższe miesiące, zarówno w Polsce jak i Stanach Zjednoczonych?
G.A.: Teraz jestem w Polsce do połowy września. Mam w tym czasie kilka koncertów z bardzo różnymi projektami. Z muzyką z "2 The Light" mam w planie jeden koncert na festiwalu w Białej Podlaskiej - Podlasie Jazz Festival, 3 września.  A wcześniej koncertuję

z Jarkiem Besterem - jeden koncert mam 11 sierpnia w Słupsku, tutaj gdzie mieszkam, kolejny 31 sierpnia w Krakowie, w ramach Krakowskiego Festiwalu Letniego, później w Żorach, w duecie z Jarkiem.
Następnie kompletnie inny projekt, gdzie jestem gościem wspólnie z innymi wokalistami, zaśpiewa: Jorgos Skolias,Wojciech Nerczak. To bardzo ciekawy projekt młodego człowieka - Roberta Świstelnickiego, który nagrywaliśmy w grudniu ubiegłego roku.

A później, 15 września, w ramach Fiesta Festival śpiewam z orkiestra symfoniczną oraz zespołem Marka Napiórkowskiego, bossa novy w Filharmonii Gdańskiej. Oprócz mnie wystąpią: Mietek Szcześniak, Kuba Badach i Julka Pietrucha, tak że będzie to bardzo ciekawy koncert, ale to wyłącznie bossa novy.
Tyle we wrześniu w Polsce, wracam do Chicago i tutaj na pewno spotkamy się tradycyjnie w Art Gallery Cafe, to moje stałe miejsce,
gdzie raz na 2-3 miesiące mam autorski koncert i  pewnie w jednym z klubów jazzowych. Zapraszam na wszystkie koncerty

i koniecznie odwiedzajcie moja stronę internetową, tam wszystkie aktualności. Na stronie też można zakupić płytę. Fizycznie płyta będzie dostępna na wszystkich koncertach. Mam też niespodziankę - jesienią "2 The Light" pojawi się na winylu!
W listopadzie wracam do kraju i właściwie cały miesiąc wędruje po kraju. Mam wówczas kilka koncertów z "Andrzej Jagodziński Trio",
Kwartetem Jarka Bestera oraz moje autorskie, właśnie z płytą "2 The Light", w kilku polskich miastach. Mam nadzieję, do zobaczenia na koncertach.
Dziękuję za dzisiejsze spotkanie.

P.S.: Winyl brzmi wspaniale! Mam mój egzemplarz

"2 The Light", ale winyl na pewno znajdzie się również w mojej kolekcji! Jestem przekonana,  że najnowsza Twoja płyta oczaruje wszystkich, podobnie jak mnie, pięknymi melodiami, niebanalnymi tekstami, siłą

i piękną barwą głosu. Po raz kolejny rzuciłaś wyzwanie tradycyjnym definicjom i zaprosiłaś nas do swojego niekonwencjonalnego, pełnego ciekawości

i eksperymentów muzycznego świata. Grażynko, życzę Ci pięknych podróży i cieszę się bardzo na nasze spotkanie w Chicago! Dziękuję za Twój czas oraz rozmowę.

/ literatura  rozmowy

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Rzeczywistość jest niedoinwestowana

Rynek dostarcza ci wszelkich narzędzi, żebyś mogła żyć poza jakąkolwiek wspólnotową interakcją. Nie jesteśmy przez to dla siebie realni, możemy się swobodnie, do woli nienawidzić.

Katarzyna Kazimierowska rozmawia z Dorotą Masłowską.

Gdybyś nie musiała rozmawiać o swoich książkach, to o czym chciałabyś rozmawiać?

Nie wiem, czy w ogóle bym chciała. Konieczność rozmawiania z dziennikarzami jest dla mnie efektem ubocznym twórczości. Wiem, że to jest niezbędne jako pewna mediacja między mną a odbiorcą, ale powiem wprost: nie chce mi się.

To aż takie niepotrzebne?

To pisanie daje mi spełnienie i wyraz tego, co czuję i myślę. Nie mam potrzeby wyrażać więcej. Pisząc, mogę sobie szukać, pytać, mieć wątpliwości, wnikać w wielowymiarowość rzeczy. A media potrzebują gotowych diagnoz, zdań twierdzących, najlepiej „mocnych”, „efektownych”, które nadają się na klikalne leady. Niestety, jak się jest pisarzem, to łatwo się takie rzeczy generuje,

a świat chętniej to kupuje niż sprawy niejasne, niezamknięte, niepewne. Nie ma w tym dla mnie spełnienia.

W dodatku media pracują w coraz większym pośpiechu. Mało kto ma własne przemyślenia, ludzie notorycznie szukają rzeczy do powiedzenia w Google’u. A internet to rzeczywistość bez śmietnika, nigdy nic się tam nie dezaktualizuje, nie unieważnia, złoto

i śmieci są na tych samych prawach.

Piszę od prawie dwudziestu lat, od mojego debiutu zmieniała się rzeczywistość, kontekst polityczny i społeczny, ja sama bardzo się zmieniłam. Rozumiem, że tak zwany wizerunek, postać medialna ma swoją historię, ale moi rozmówcy bezustannie konfrontują mnie z tym, co powiedziałam w 2005 roku i proszą o komentarz.

Często mam poczucie, że to obustronna marnacja czasu i słów, że świat by się bez tego doskonale obył…

W pierwszym felietonie twojego nowego zbioru "Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu" czytam: „Napiszecie książkę o lisach, będą lisy, lisy, lisy. Napiszecie książkę o lasach, to będą lasy. Będziecie zapraszani do lasów, będą was wszyscy pytali o lasy, będą wam na spotkania przynoszone lasy”. Wracanie do zakończonego tematu jest jak rozdrapywanie starego wspomnienia?

Zwłaszcza że książka zawsze ukazuje się z poślizgiem, a emocje, jakie towarzyszyły jej pisaniu, dawno przeminęły. Mnie to się bardziej kojarzy z przykrością osobistej niespójności. To znaczy, że musisz rozbudzić w sobie coś, czego już w tobie nie ma, albo odegrać siebie sprzed iluś miesięcy, czasem lat. Jako osoba publiczna funkcjonuję w takim rodzaju bezczasu, wszystko jest teraz. Jednocześnie na przykład promuję książkę w Polsce, w Stanach i Hiszpanii wychodzą moje dramaty, a w Niemczech Inni ludzie.

W każdym z tych miejsc jestem zmuszona od nowa wzbudzić w sobie te emocje, których już nie mam, rozdrapać jakąś sprawę, która już mnie nie interesuje. I chcę być w tym szczera i gorąca, ale coraz częściej myślę, że przydałby mi się dobry Doppelgänger. Nie jestem w stanie być sobą we wszystkich tych odsłonach. Tych ról do odegrania jest coraz więcej i mnie to zupełnie nie odpowiada,

a z drugiej strony nie wiem, jaka jest alternatywa. Zwłaszcza że jeszcze chciałabym być sobą samą, żyć. Potrzebuję chyba żony-asystentki, inaczej to jest to niewykonalne.

Żony?

Takiej archetypicznej żony-asystentki jak w filmie Żona, która organizuje pisarzowi całe życie, jest sekretarką, menedżerką, psychoterapeutką, researcherką, parzy kawę i autoryzuje wywiady. Częściej kobiety godzą się na takie wchłonięcie przez czyjąś karierę, ale bywa przecież odwrotnie. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w momencie, kiedy kariera pisarska nabiera tempa, to pochłania bliskich. Nie obsłuży jej jedna osoba, która jeszcze równolegle chce tworzyć, a nie tylko bywać, pozować do zdjęć

i odbierać nagrody.

Kiedy musisz żonglować swoimi maskami, wychodzić do ludzi i bezustannie stwarzać się względem nich na nowo, nie ma miejsca na twórczość.

Stowarzyszenie Unia Literacka, zrzeszające pisarki i pisarzy, proponuje zwolnić machinę produkcji, wydawać mniej książek, by dać czytelnikom szansę na ich przeczytanie i by każdy autor miał szansę zaistnieć. Może to pomoże?

Nie wiem, czy to jest kwestia systemowa, widzę to raczej jako osobistą decyzję, którą każdy musi podjąć samodzielnie. Można być pisarką lub pisarzem niszowym, niezależnym od wymagań rynku, można – jeśli ma się zakusy mainstreamowe – poddać się tej machinie ze wszystkimi jej pułapkami, ale za to zarabiać pieniądze i udzielać efektownych wywiadów z fajnymi leadami. To jest do pewnego stopnia twoja negocjacja ze sobą, ile możesz z siebie dać, jak się czujesz w masce, która prędzej czy później musi się pojawić. Co jest spójne z tobą, a co już nie.

Czy wydaje ci się, że pisarz ma obowiązek wobec społeczeństwa?

Trzeba by zacząć od definicji pisarki czy pisarza, która w tych przedziwnych czasach strasznie się rozszczelniła. Mówimy o bardzo wielu jakościach, funkcjach, bo ludzie pod hasłem „literatura” tworzą rzeczy od wysokoartystycznych po stricte użytkowe, różnie siebie kreują, różnie ustawiają się względem czytelników, i to wszystko jest ciągle pisarstwo.

Są tacy, którzy czują rodzaj publicznego ognia, gotowości do zabierania głosu, budowania swojej persony medialnej. A u innych ta potrzeba wyjścia na zewnątrz, upublicznienia się, wyczerpuje się już w momencie, kiedy napiszą książkę. Każdy ma taki obowiązek wobec społeczeństwa, jaki czuje. Myślę, że żyjemy w czasach niesamowitego bankructwa, ale też redefinicji autorytetu. I że realnie dziś liczy się głos tych, którzy mają w sobie smykałkę populistyczną. Wracamy tu do tego zapotrzebowania na efektowne zdania, skróty myślowe, które dobrze się klikają, które można przeklejać, inkorporować jako swoje.

Wydaje mi się, że pisarze mają szczególną łatwość strzelania takimi rzeczami – to jest przecież ich talent.

To bardzo ryzykowne, bo budzi szybki, intensywny poklask. Boję się tego. Z drugiej strony wiele razy spotkałam się z brakiem kontroli nad tym, co powiem.

Bo wydaje mi się, że na przykład mówię w wywiadzie o swojej książce, a potem w gazecie idzie to z leadem: „Zabrano mi ojczyznę. PiS to potwory”. Bo to się klika.

Dorota Masłowska
(urodzona w roku 1983), autorka głośnej "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną", za którą otrzymała Paszport „Polityki” i nagrodzonego Nagrodą Nike "Pawia Królowej". Autorka wystawianych na całym świecie dramatów "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" i "Między nami dobrze jest". W 2018 roku ukazała się jej powieść "Inni ludzie". Laureatka Samuel-Bogumił Linde Preis 2020. Felietonistka Dwutygodnika.

Chicagowski Trap Door Theater wystawił w jezyku angielskim dwie sztuki Doroty Masłowskiej, która gościła w Chicago: "Dwoje Rumunów mówiących po polsku" (2021)

i "Bowie w Warszawie" (2023). 

Ale masz w sobie odwagę, aby zabierać głos w inny sposób, choćby nagrywając płytę "Społeczeństwo jest niemiłe", i występować publicznie, co spotkało się

z różnymi reakcjami, także z krytyką. Dlaczego właśnie na takie wystąpienie,

w takiej formie się decydujesz?

Tak jak mówiłam na początku: w przeciwieństwie do publicystyki sztuka to dla mnie spełnione pole ekspresji, na którym to ja narzucam warunki, mogę być głupia, niepewna, mogę się wahać. To jest dla mnie przestrzeń, gdzie mogę być szczera i jestem gotowa za to zapłacić.

Wiem, że to zagmatwane: z jednej strony deklaruję kameralność i prywatność,

a z drugiej wciąż ładuję się na scenę w takiej czy innej formie. I tu nie chodzi o to, że ja się nie boję czy nie wstydzę, bo bardzo się boję i wstydzę. Ale wydaje mi się, że jeśli robię coś, o czym wiem, że jest dobre – a uważam, że moja płyta jako akt sztuki jest zajebista, choć oczywiście w sensie technicznym, wokalnym, muzycznym jest bardzo zła – to mi to daje odwagę. Chociaż jestem nieśmiała i nie lubię bycia publicznego, a przez pierwsze piętnaście lat to było dla mnie niemalże niewykonalne. Wszystko musiałam robić na zgrzytających zębach.

A co się zmieniło – w Tobie czy otoczeniu – że po piętnastu latach stało się wykonalne?

Nie wiem, zobojętniałam czy się przyzwyczaiłam. Kiedy po raz pięćsetny wychodzisz na scenę, to po prostu nie sposób ciągle popadać w histerię.

To chyba odetchnęłaś z ulgą, kiedy uderzyła w nas pandemia?

Tak napisałam w jednym z felietonów. Rzeczywiście, moje życie przed pandemią było dość gęste, intensywne, powiedziałabym: pazerne, więcej, więcej, więcej. Nie w sensie materialnym, ale sensacyjnym. Ja sama mnożyłam sensacje. Bezustannie jeździłam na spotkania autorskie i premiery, przerzucałam się między państwami i kontynentami, budząc się, często nie wiedziałam, gdzie

w ogóle jestem. Gdy dzisiaj myślę, dlaczego tak żyłam, to niestety: dlatego, że mogłam.

Dotarłam do jakiejś granicy wydolności i gdy odwołano mi pierwsze spotkanie, byłam w euforii, że będę miała wolny dzień, że będę mogła sobie zjeść kolację z chłopakiem, zrobić pranie. A jak się okazało, że jest jeszcze jeden wolny dzień, jeszcze tydzień, jeszcze dwa tygodnie, to byłam w niebie! Ale ten okres zbiorczo nazywany pandemią miał bardzo różne oblicza, i moje odczucia ewoluowały od początkowej euforii przez narastającą stagnację, po zupełną nudę…

A teraz?

Teraz zaczęłam się robić nerwowa.

Do czego nie chciałabyś wracać, na co nie czekasz?

Okres pandemii jasno mi pokazał, że moja praca mnie nie cieszy, że to jest puste, że kocham tworzyć, a zamiast to robić, jeżdżę

i opowiadam, jak tworzę. A teraz, gdy życie powoli zaczyna wracać, nadchodzi chwila konfrontacji. Czy mam odwagę do rezygnacji? Samoograniczenia? Życia tak, jak chcę, a nie tak, jak mi się żyje?

Pandemia, której skutkiem, przynajmniej przez pewien czas, był brak spotkań, kontaktów, tak zwanego wychodzenia do ludzi

i świata, stała się odpowiedzią na naszą potrzebę więcej, więcej, więcej?

Wydaje mi się, że to jest szansa ogólnospołecznej reedukacji. Oczywiście każdy sobie odrobi tę lekcję, na ile będzie chciał i mógł. Ale ja w tym widzę możliwość zrewidowania straszliwego stylu życia, który bezwiednie i bezrefleksyjnie przyjęliśmy. Daliśmy sobie wmówić, że jakość życia jest w konsumpcji: tej materialnej i tej wrażeniowej, równie intensywnej. W ciuchach i gadżetach, ale

i podróżach, ludziach, których też potrafimy pożerać, zaliczać, odhaczać. To jest pewna optyka, w ramach której wydaje nam się, że jakość życia sprowadza się do tego, jak to wszystko będzie wyglądało na Instagramie. Tymczasem to jest pewna subtelna umiejętność, na którą składa się wiele różnych rzeczy: wrażliwość, skupienie, świadomość, jak bardzo wszystko jest ulotne. Dla mnie to było niesamowite, choć nieodkrywcze odkrycie. Że naprawdę nie jesteśmy w stanie sobie tego kupić, zamówić, wypodróżować, wykreować na Instagramie, że to jest kompetencja, umiejętność, praca do wykonania. Myślę, że to właśnie był wielki dar, móc tego tak przymusowo, fizycznie doświadczyć, dotknąć i zobaczyć.

Wcześniej to było niemożliwe?

Nie jesteś w stanie tego pojąć na trzydniowych warsztatach medytacji, bo nawet jeśli zamkniesz się na trzy dni w chacie bez prądu

i wody, to po powrocie i tak świat naprze na ciebie swoimi fikcyjnymi wartościami i cię nimi zdominuje. W normalnym trybie rzeczy możemy najwyżej od tego wszystkiego na chwilę odpocząć, ale to i tak wróci. Natomiast tutaj rzeczywiście, w tym oderwaniu, dotknęliśmy tego fizycznie. Widzę szansę w cielesności tego doświadczenia, to może nas zmienić.

Kim się możemy stać?

Nie wiem, to tylko szansa, ale moglibyśmy żyć głębiej, prawdziwiej, realniej.

A czy to nie jest myślenie magiczne, że to już za nami? Świat tylko czeka, żeby nadrobić ten czas?

Możliwe. Bo jesteśmy bardzo bezbronni wobec tego, co na zewnątrz. Kiedy używasz komputera i smartfona, to wszystko po prostu wlewa się do twojej głowy. To nie jest dobrowolny akt uwagi, tylko właśnie taka powódź bzdur, reklam, niepotrzebnych danych, która cię zalewa. Bardzo trudno się temu świadomie oprzeć, zrezygnować.

Myślę, że okres pandemii był tu inspirujący dlatego, że dotknął całego świata, wszystkich. Można było zobaczyć życie poza przebodźcowaniem, mnożeniem przedmiotów i atrakcji, bez poczucia, że coś cię omija.

To był pewien ogólny przymus, więc było łatwo, świadoma jednostkowa rezygnacja jest dużo trudniejsza, bo skazuje cię na bycie obok, pewną banicję, samotność. Nie każdy może sobie na to pozwolić. Nie wiem, czy na przykład ja, jako pisarka, mogę sobie pozwolić na życie w takiej abstrakcji?

Czy można skazać się na banicję, jeśli mamy już zakodowane w sobie FOMO [fear of missing out, lęk przed pominięciem – przyp. red.]? Urodzeni po 1990 roku pewnie wyssali to z mlekiem matki. Dziś banicja oznacza wykluczenie.

No tak, nie będąc w ciągłym updacie, nie wiesz, co się dzieje, co jest ważne, jak podsumować mnożące się newsy, wizerunki, fakty, co myśleć o najnowszych serialach. Wszystkich nie obejrzysz, ale chociaż kontrolujesz przepływ opinii, skrótów, instant-myśli. Gdy myślę o osobach, które w moim otoczeniu są najlepiej zorientowane i znają zawsze wszystko, to sądzę, że chodzi o rodzaj dominacji, kontroli nad innymi; przyjemność gaszenia, mówienia: „Aaa, znam, słyszałem, wiem”. To jakaś straszna inwestycja czasu i energii, żeby nadążać za wszystkim, nie wiem, jak ci ludzie to robią, muszą mieć silną motywację. Ostatecznie myślę, że FOMO jest antytwórcze, bo kontrolując ciągły napływ treści, nie da się tworzyć własnych.

Dla mnie to też kwestia adaptacji. Ja na przykład nie mam smartfona. Na początku to była forma protestu, teraz – raczej eksperyment, ile jeszcze wytrzymam. Trochę jakbym się nie zaadaptowała.

Wracamy tutaj do tego „napierania” świata na ciebie; wymusza na tobie zmiany i aktualizacje, czy ich chcesz, czy nie. To nie jest świat dla analogowych ludzi.

Też bardzo długo miałam zwyczajny telefon do dzwonienia, ugięłam się kilka lat temu i to bardzo ułatwiło mi życie, bo zaczęłam korzystać z tych wszystkich udogodnień typu szukanie drogi, lokalizacja, Uber. Z dnia na dzień poczułam się omnipotentna, jakbym miała zewnętrzny mózg. A z drugiej strony zaczęłam bezustannie sprawdzać pocztę, wiadomości; ten ciągły dostęp do świata

i świata do ciebie powoduje, że gdzie nie pójdziesz, tam jesteś wszędzie. To niemal fizycznie męczy, nuży.

Mój chłopak nie ma smartfona i myślę, że dzięki temu jest dużo bardziej wypoczęty i spokojny.

Bardzo długo opierałam się też przed założeniem fanpage’a na Facebooku. Wydawało mi się to głupie jak but: miałam dość w życiu upubliczniania się, nie potrzebowałam więcej. Ale to medium tak bardzo się rozrosło, że jakieś braki, dziury, niedoinformowania szybko zarastają przypadkową treścią. Mój bojkot znaczy tu tylko tyle, że ktoś inny zawiaduje moją narracją, ktoś inny mówi, co

u mnie słychać. Ciekawa jestem, kiedy będę musiała się poddać i założyć konto na Instagramie. Uważam za kompletną porażkę fakt, że ludzie, żeby cię czytać i kupować twoje książki, muszą cię doświadczać jako obrazków. Ciągle spotyka mnie coś takiego, że czytelnicy przychodzą na moje spotkania po to, żeby sobie zrobić ze mną selfie. I gdy nie chcę się na nie zgodzić, bo tego nie cierpię, są szczerze zaskoczeni i urażeni. Zawiedzeni, że tyle się nasiedzieli, nasłuchali czczej gadaniny, i nawet nie ma z tego zdjęcia.

Tak jakby to się nie wydarzyło.

Tak. Mam jeszcze wrażenie, że ludzie chcą konsumować autora, chcą go w jakiś sposób mieć. Nie do wiary, że literatura, która wydaje się takim introwertycznym, neurotycznym zajęciem w zapajęczynionym kąciku, stawia nagle przed pisarzami takie nieliterackie wymagania. PR, wizerunek, social media.

Nasza rzeczywistość staje się mniej realna od internetowej?

Ona jest totalnie niedoinwestowana, zaniechana. Ludzie po prostu nie dbają o jej jakość, bo internetowe fikcje są niepomiernie łatwiejsze i ładniejsze, zwłaszcza te przefiltrowane. W dodatku mamy nad nimi kontrolę, możemy się autokreować, cenzurować

i rzeźbić, dużo sprawniej niż w rzeczywistości.

Daliśmy sobie wmówić, że jakość życia jest w konsumpcji: tej materialnej i tej wrażeniowej. W ciuchach i gadżetach, ale i podróżach, ludziach, których też potrafimy pożerać, zaliczać, odhaczać.

Ostatnio poznałam pojęcie instagramowej twarzy. To jest twarz idealna, która zawiera elementy różnych ras, ale jest arasowa jednocześnie. To twarz Kim Kardashian.

Piękna twarz wszystkich.

I każdy chce taką mieć, wystarczy dobry makijaż albo filtr w smartfonie. To tak jakz klawiszem delete. Zawsze możesz go użyć i skasować to, co nie pasuje. Kontrolować.

Interesuje mnie, że te fałszywe wizerunki i autokreacje wypierają prawdę, że są tak niepomiernie atrakcyjniejsze dla publiczności! Że ludzie pożądają tych fikcji, kochają się w nich, dyskutują z nimi.

Bardzo interesuje mnie to zjawisko ludzi, ba, całych rodzin żyjących na Instagramie i z Instagrama.

Serio, przejmuje mnie to dreszczem, że twoje życie może być sesją zdjęciową, z wykreowaną scenografią, kostiumami, pozami. Że twoją pracą jest sprawne lokowanie w nich produktów: noszenie butów, popijanie z kubków, jedzenie batonów. Jakbyś żyła na deskach teatru, grając siebie używającą rzeczy.

No i że ci ludzie często tak bardzo wierzą w te swoje twarze z filtrem, że zaczynają je urzeczywistniać: silikonować, pompować

i ostrzykiwać tak, żeby były podobne do tych ze zdjęć. Tu widać tego moc, realną siłę sprawczą, te wizerunki i fikcje zmieniają nas nawet fizycznie. To jest ostatni wymiar zmian, w których uczestniczymy, a ich tempo jest tak duże, że nie sposób gołym okiem do końca zobaczyć rozmiar tej katastrofy. Nie wiem dokąd to zmierza, ale na pewno jest to krach rzeczywistości.

No właśnie, co dalej?

To, co się wydarzyło w ciągu ostatnich miesięcy, pokazało, że nasz wpływ na rzeczywistość jest tak znikomy, że dzieją się rzeczy, które wywracają kompletnie porządek całego świata. I bardzo dobitnie udowadniają, że naprawdę nad niczym nie panujesz, nad niczym nie masz kontroli, a wszystkie twoje mrówcze starania typu nieużywanie siatek plastikowych są o tyle piękne, co zabawne.

Może to nie wybrzmi po ostatnich wyborach, ale czy naprawdę masz poczucie, że nie mamy nad niczym kontroli, a jedynie chęć, by ją mieć? Napisałaś w poście na Facebooku: „Chciałabym, by w poniedziałek Andrzej Duda, jego samozakneblowana żona i jego śmierdząca wódą i kiełbasą karta rodziny, kwestionowanie katastrofy klimatycznej i desperacki przedwyborczy buziaczek posłany antyszczepionkowcom były już tylko nieostrym cieniem mgły, naszym wspólnym złym snem. Jeśli ktokolwiek się waha, jeśli komukolwiek się nie chce, to nie w tę niedzielę. To są wybory cywilizacyjne, WYBORY TOTALNE. Wciąż mamy szansę wymanewrować, być wystarczająco dobrym krajem, w którym chce się żyć i pracować, a nie kseno- i homofobicznym, błędnym, samozatapiającym się lądem! Rafał Trzaskowski MUSI wygrać. Nie tylko dlatego że jest mądrzejszy i ładniejszy. Głosujcie”. Ludzie zagłosowali, wielu poczuło w sobie moc sprawczą.

Z przyczyn, o których mówiłam wcześniej, czyli nadmiernej łatwości formułowania efektownych sądów, unikam tego. Ale w tych wyborach miałam poczucie, że walczymy o wszystko, że jeśli choć jedna osoba więcej pójdzie dzięki moim słowom na wybory, to warto. Na moim koncie momentalnie zaroiło się od trolli: takich szczerych trolli, co po prostu nieortograficznie się pieklą na tematy polityczne, ale też takich trolli przemysłowych, ściekowych, fekalno-analnych, co na oślep mieszają cię z gównem w obronie niepokalanej czci pana Andrzeja Dudy.

To było dość ciekawe, ale też bardzo nieciekawe.

Masz poczucie, że tworzy się wielka historia, porównywalna do tej, jakiej doświadczyło pokolenie naszych dziadków?

Może nawet większa? Na naszych oczach trwa realna, bezprecedensowa katastrofa ekologiczna, biologiczna, ale jakoś potrafimy tego nie widzieć, nie wierzyć w to.

Ciekawa jest już sama emocja związana z kompletnym nieogarnianiem technologii, z której na co dzień korzystamy. To znaczy, że my tak bardzo nie rozumiemy już tych urządzeń, które dyktują rytm naszej codzienności, kompletnie nie wiemy, jak one działają, nie zdajemy sobie sprawy z niebezpieczeństw zaklętych w najbardziej oczywistych przedmiotach, które trzymamy w rękach.

Dostęp do tej wiedzy mają wysoce wykwalifikowani specjaliści, ogarnianie przeciętnego człowieka nawet tego nie muska. Nie wiadomo, na czym się oprzeć. Nie ma jakiegoś uniwersalnego porządku, na przykład przyrody, do którego kiedyś się odwoływano

w ramach tak zwanego zdrowego rozsądku, chłopskiego rozumu, nie ma już pór roku, znikają owady. Zniszczenie, jakie swoją działalnością zafundowaliśmy naturze, wywróciło go na nice.

A czego ty się chwytasz?

Właściwie niczego. Tego, że z jakiegoś powodu żyję właśnie teraz, uczestniczę w tym momencie historii świata, doświadczam tej bezradności, tego braku wpływu.

To wszystko brzmi, jakby nam bardzo brakowało poczucia bezpieczeństwa.

To mi się wydaje superinteresujące, że funkcjonujemy w takiej kompletnej ciemności. Interesuje mnie to nasze, często nieuświadomione, zagubienie, indolencja, bezradność, to tu się zaczyna jakaś totalna mizeria naszej kondycji.

Mówisz o tym „wielka historia”, dla mnie to jest koniec i początek nowego świata, olbrzymie przekształcenie, w którego epicentrum jesteśmy. Na pewno tempo tych zmian jest bezprecedensowe. Tylko jak do tego się ma literatura? Taka jak moja, która na przykład tropi język? Nie mam pojęcia czy nasz język – który ma bardzo ślimacze tempo zmian względem rzeczywistości i musi nadrabiać absurdalną ilością komputeryzmów, anglojęzycznych wtrętów, bo nie jest w stanie sam wytworzyć mechanizmów, które by obsłużyły mnogość nowych zjawisk  – za tym po prostu nadąża.

Język nie nadąża, a technologia nas prześciga. W rzeczywistości internetowej nie trzeba mówić, wystarczy klikać: tak, nie, lajk, kupuję.

To daje możliwość funkcjonowania bez myślenia i czucia. Jest nas za dużo, ale ciągle przydajemy się jako konsumenci przedmiotów

i treści. Poza tym możemy nie istnieć.

Dziś łatwo nie być, zwłaszcza w naszym kraju, bo może się za niego wstydzimy, może wstydzimy się za innych. Tak jak w twoich książkach – bohaterowie wstydzą się siebie, swoich najbliższych, albo tego, co ich kraj z nimi robi. I ten wstyd jest ich siłą napędową.

Autokreacje wypierają prawdę, a ludzie pożądają tych fikcji, kochają się w nich, dyskutują z nimi. Bardzo interesuje mnie to zjawisko całych rodzin żyjących na Instagramie i z Instagrama.

To jest temat rzeka, wiele lat przerabiałam w swojej twórczości to transgeneracyjne poczucie wstydu i ciągle, mimo 2020 roku, uwikłanie

w historię. Jakbyśmy odziedziczyli gen gorszości. Do tego dochodzi ten nasz niedorozwinięty kapitalizm, naklejony na przetrąconą historią mentalność, która z nim wchodzi w bardzo dziwny dysonans. Scheda po wojnie, po komunizmie; podświadome marzenie o tym, żeby wszyscy mieli po równo, żeby nie było lepszych i gorszych, a jednocześnie żeby mieć więcej, żeby być lepszym, a inni żeby byli gorsi.

To jest mnóstwo paradoksów: nienawiść do bogatych i kult bogatych. Także kult ludzi sprytnych, którzy potrafią sobie wszystko załatwić, i nienawiść do nich, bo sobie załatwili.

Do tego dochodzi katolicyzm. W sensie kulturowym, bo nawet jeśli nie jesteś katoliczką, to jest to zestaw wyobrażeń, który przynależy do naszej mentalności i rodząc się tu, dostajesz go w pakiecie.

„Jebać biedę”, ale też kult biednych, jako tych jedynych dobrych, którzy wejdą do królestwa niebieskiego. Wyciąga się ich frustrację jako polityczny potencjał i w końcu wyrzuca do śmieci i zapomina. To wszystko jest w języku, którym mówimy, a raczej, który mówi nami.

No tak, nie ulepszymy się jako społeczeństwo, nie nałożymy Polsce instagramowej twarzy.

Myślę, że naprawdę w tych ostatnich kilku dekadach, czasie największych ekonomicznych przekształceń, nie zadbano o wspólnotę. Tego teraz strasznie brakuje, nawet na poziomie „Pożycz szklankę cukru”, ludzie za tym strasznie tęsknią, potrzebują tego niemal biologicznie, ale w tych warunkach to już nie do odtworzenia. Jesteśmy coraz bardziej od siebie niezależni, a rynek to chętnie obsługuje. Dostarcza ci wszelkich narzędzi, żebyś mogła żyć poza jakąkolwiek wspólnotową interakcją. Przez to nie jesteśmy dla siebie realni, możemy się swobodnie, do woli nienawidzić.

Coś zostało zaniedbane i chyba jest niemożliwe do reanimowania w momencie, kiedy ogólnospołeczny konflikt jest już w tak zaawansowanym stadium.

Żal ci?

Myślę, że to poczucie bycia częścią wspólnoty jest bardzo pierwotną potrzebą, a media społecznościowe dają tego ułudę, ale to wszystko bańki: w sensie swojej endemiczności i również w sensie nietrwałości, złudności. Bardzo to było widać w pierwszym okresie pandemii, kiedy wszyscy upajali się różnymi działaniami wspólnotowymi, które potem oczywiście rozeszły się po kościach. To nie jest takie proste do zrobienia. Nie wystarczy po prostu chwilowy kryzys, żeby to się jakoś reanimowało.

Powiedziałaś kiedyś, że chciałabyś mieć ojczyznę, że to jest elementarne prawo. Nadal tak myślisz? Czy może faktycznie uznałaś, że można zagrzebać się w języku, że to on może być ojczyzną?

Ale ja nie wiem, czy to też nie jest złudzenie zrodzone jeszcze w tamtym świecie, w którym wakacje spędzasz w Toskanii, wrzesień

w Grecji i tak dalej. W moim zawodzie ludzie często prowadzą taki tryb życia, że mieszkają po prostu wszędzie, i wtedy powiedzenie, że mieszkasz w języku, bo to on jest twoją tożsamością, jest jak najbardziej uzasadnione. Ja też tak trochę żyłam. Nie cierpię mówić

o ojczyźnie, ale chciałabym mieć ojczyznę, bo tu się urodziłam, stąd wynika moje ciało, z jakiegoś powodu tutaj jestem. I nie wiem dlaczego miałabym szukać sobie innego miejsca na Ziemi. Dlaczego nie mogę tutaj żyć? Z drugiej strony sytuacja polityczna sprzyja takiej mentalnej emigracji; po prostu Polska pod rządami PiS to nie jest mój kraj.

To mocne słowa.

To nie są wartości, w jakich chcę żyć ani w jakich chcę, by żyło moje dziecko. Nie jestem wierząca, więc nie chcę, by w 2020 roku używano argumentów i wyobrażeń religijnych do dyskutowania o takich sprawach jak aborcja. Wielu moich przyjaciół jest gejami – chcę, by mieli pełne prawa obywatelskie, na przykład do formalizowania swoich związków, a nie żeby bali się chodzić po ulicy. Chcę, by za pieniądze na kulturę tworzono kulturę, a nie badziewną propagandę historyczną. I by pieniądze na telewizję szły na telewizję,

a nie na kreowanie alternatywnej rzeczywistości dla tych, którzy nie zauważają fotomontaży i manipulacji.

To absurdy, których ogrom przytłacza, frustruje i powoduje mentalną emigrację wielu ludzi.

Stopniowo się do tego przyzwyczajamy, okopujemy w jakichś enklawach i próbujemy przetrwać. I to mnie przeraża.

Rozmowa ukazała się w sierpniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (08/2020)

Przytaczamy ją w całości.  Naszym zdaniem jest ważna, interesująca, choć  kontrowersyjna.

/ literatura  portrety

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Irena Tuwim

DOROTA FALKOWSKA

pierwszy mąż był gejem, drugi alkoholikiem. Najbardziej kochała swojego brata,

w którego cieniu spędziła życie

Siostra sławnego brata i tłumaczka jeszcze słynniejszego Kubusia Puchatka. Irena Tuwim mimo ogromnego talentu pisarskiego do końca swoich dni była kojarzona jako osoba poboczna do nie swojej historii. Było to o tyle krzywdzące, że pisać i kreować swoje światy potrafiła nie gorzej niż jej utalentowany brat. Julian Tuwim sam zresztą twierdził, że jego siostra jest od niego zdolniejsza. Mimo ciągłego porównywania jej do brata nigdy nie było pomiędzy nimi rywalizacji. Do końca swoich dni siostra Tuwima kochała go miłością bezwarunkową i kibicowała na każdym kroku.

Z okazji 124. rocznicy urodzin pisarki przypominamy jej historię. 

Irena Tuwim 1.avif

Irena Tuwim / fot.: Fundacja Ireny Tuwim i Juliana Tuwima / domena publiczna

Łódź, dorastanie, rodzice i brat 

Irena Tuwim przyszła na świat 22 sierpnia 1898 roku w rodzinie zasymilowanych Żydów, jako córka Adeli i Izydora, a także młodsza siostra Juliana. Urodziła się w Łodzi, którą po latach będzie wspominać jako szare i ponure miejsce, bez szczególnie wyróżniających się pór roku i miejsc, które można by w dorosłości chociaż trochę wyidealizować. "Łódź najdawniejszą, Łódź ponurego dzieciństwa widzę zawsze w łunie pożarów", napisze później o swoim rodzinnym mieście w "Łódzkich porach roku". 

W przeciwieństwie do niej, jej starszy brat pokusił się o nazwanie swojego dzieciństwa "sielskim i anielskim". Kiedy wracał wspomnieniami do pierwszych lat życia, Julian Tuwim wspominał smaki, zapachy, zabawy i pisał o nich, jak o pięknym śnie, do którego z chęcią by wrócił. Po latach poeta zda sobie jednak sprawę, że ta dziecięca idylla była wynikiem jego bogatej wyobraźni. Wybiórczo zapamiętał tylko te rzeczy, które sprawiały mu w owych latach radość, a wyparł z głowy wspomnienia dotyczące cichej wojny pomiędzy rodzicami i nieustannego braku pieniędzy. 

Cała czwórka mieszkała w łódzkiej kamienicy przy św. Andrzeja 40. Rodzice Juliana i Ireny byli delikatnie mówiąc, niedobrani pod względem charakterów. Adela była postacią bardzo neurotyczną, wiecznie zamartwiającą się o przyszłość i przelewającą swoje obawy na dzieci. Najbardziej uległa im Irka, której matka powtarzała, że zostanie starą panną, ale właściwie nie wiadomo z jakiego powodu. Nie była brzydkim dzieckiem, wręcz przeciwnie, z biegiem lat wyrastała na coraz ładniejszą i bardzo mądrą kobietę. "Irka na zgrabnisię i galantą pannę wyrosła”, będzie mówić o niej później jedna z opiekunek. O starsze dziecko Adela Tuwim potrafiła zamartwiać się jeszcze bardziej. Znamię na twarzy, z którym urodził się Julian, spędzało jego matce sen z powiek. Brała to za zły omen.

"Matka była neurotyczką. Całe życie o coś się martwiła, czegoś obawiała, wierzyła w strachy rzeczywiste i nie z tego świata.

W dzieciństwie Ireny strachy czaiły się nieustannie. Przed nią na świat przyszedł chłopiec z oszpecającą plamą na twarzy. Dla matki dramat urodzenia syna z myszką na policzku był zapowiedzią przyszłej utraty zmysłów. Mówiło się w domu – ta plama. Ta plama

z małego Julka, chłopca niby to takiego jak wszyscy inni chłopcy, czyniła upośledzonego odmieńca, napiętnowanego przez naturę, wytykanego na ulicach palcami, przedmiot drwin i dokuczań w szkole" (cytat z książki "Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości". Augustyniak Anna). 

W przeciwieństwie do zamartwiającej się o wszystko matki, ojciec rodzeństwa, Izydor, trzymał swoje życie od życia swoich dzieci na dystans. Skupiał się głównie na roztrząsaniu wspomnień z lat młodości, cofał się myślami do podróży sprzed lat i uciekał od rzeczywistości, czytając książki. 

W domu Tuwimów stałymi bywalczyniami były jeszcze dwie piastunki, które odegrały dużą rolę w życiu Ireny. Pierwsza z nich, Maria Bednarek, wytyczona przez rodziców do opiekowania się dziećmi, była ostatnią, odpowiednią do tego osobą. Okrutna, bezwzględna

i skora do bicia, pozostawiła po sobie same najgorsze wspomnienia. „System wychowawczy Mani Bednarek miał wiele wspólnego z metodami gestapo” – napisze o niej po latach Irena. Zastraszanie, krzyki i ogólne uprzykrzanie życia dotyczyło w tym wypadku tylko młodszej siostry Juliana, jego zaś w ogóle. "Mania" nie była zainteresowana gnębieniem starszego brata. 

Osobą, która potrafiła odczarować okrutną rzeczywistość i otulić dwójkę rodzeństwa opieką i czułością, była Antosia Rokosik. Była dla nich jak druga matka, albo może po prostu — matka, której nigdy nie mieli. Antosia czuwała w domu nad wszystkim — porządkiem, zakupami, posiłkami i opieką nad Julkiem i Ireną. Ukochana piastunka nie potrafiła czytać, ani pisać, ale lubiła, kiedy jej podopieczni czytali jej wieczorami ulubione opowieści. Kochała też chodzić do teatru. 

Irena Tuwim 2.avif

Wiekowe wydanie Naszej Księgarni  "Kubusia Puchatka"

w tłumaczeniu Ireny Tuwim jest dostępne na portalu Amazon / domena publiczna

„Stwarzała inną rzeczywistość, bo ta, która była jej dana, nie wystarczała jej. Jak skrzętna gospodyni z każdego nieużytku czyniąca jakieś przeznaczenie, tak i ona z każdego najbłahszego zdarzenia jej ubogiego i naszego młodziutkiego życia czyniła jakiś użytek”. O Antosi powstanie w przyszłości kilka dzieł, Julian zawrze ją w swoich wierszach, a Irena napisze o niej opowiadanie pt. „Antosia i my”, które opublikują w 1934 roku w "Wiadomościach Literackich".

Droga do kariery pisarki. Pierwszy mąż

Irenę już od małego ciągnęło w stronę literatury, poezji i tworzenia swoich pierwszych wierszy. Julian pewnego razu wykradł swojej trzynastoletniej wtedy siostrze jej zeszyt i przepisał z niego kilka utworów. Lata później bez jej wiedzy zawarł je w swoim debiutanckim tomie "Czyhanie na Boga". Na Julianie twórczość siostry zrobiła niemałe wrażenie. Uważał, że Irena ma niesłychany talent i nigdy nie czuł, że jest od niej lepszy.

W 1916 roku, w wieku osiemnastu lat, Irena debiutuje na łamach łódzkiej "Godziny Polski" z utworem "Panienka", a pięć lat później wydaje swój  pierwszy tomik "24 wiersze". Nie była to może jej przepustka do kariery poetki, ale na pewno do pierwszego małżeństwa.

Wierszami Ireny, a co za tym idzie osobą młodej poetki, zafascynował się Stefan Napierski (a właściwie Stefan Marek Eiger), eseista i krytyk literacki.

Pewnego dnia przyjechał z Warszawy do Łodzi z koszem kwiatów i ogromną chęcią poznania pisarki. Dziś można spekulować, jakie naprawdę były jego zamiary i czy może bardziej niż na Irenie, nie zależało mu na wżenieniu się

w rodzinę "tych Tuwimów". 

Trzy miesiące po pierwszym spotkaniu Stefan Napierski oświadcza się Irenie, pobierają się w kościele św. Józefa w Łodzi i przez kolejne osiem lat żyje im się dostatnio i szczęśliwie. Mąż pisarki jest synem majętnego żydowskiego przedsiębiorcy, więc na brak pieniędzy nie narzekają. W podróż poślubną jadą do Berlina, a później na Wyspy Fryzyjskie na Morzu Północnym. Irena w końcu nie musi troszczyć się o budżet, a do tego ma możliwość zwiedzić kawałek świata. Jest szczęśliwa. Przez rok mieszka z ukochanym

w Paryżu, głównie jednak stacjonują w Warszawie, w dużym mieszkaniu, gdzie każde z nich ma własny kąt i swobodę do pisania. 

Ich sielanka nie mogła jednak trwać, tak jak przyrzekali, póki śmierć ich nie rozłączy. Stefan Napierski był bowiem homoseksualistą

i wiedział to już na długo przed ślubem z Ireną. Nie wiadomo natomiast, czy ona to wiedziała, czy może coś przeczuwała. Ich relacja oparta była na głębokiej przyjaźni i wzajemnym szacunku, ale to nie wystarczyło, aby utrzymać związek małżeński. W wierszu

z tomiku poezji, który Irena wydała w 1930 roku o ironicznym w związku z jej relacją tytule "Miłość szczęśliwa", napisała: "Nie patrzysz mi prosto w oczy. Taisz coś? Powiedz. Nie mów".

Historia relacji z Julianem Stawińskim

Pierwsza odeszła od męża. Jeszcze będąc jego żoną, zakochała się w dyplomacie i tłumaczu Julianie Stawińskim poznanym na jednym

z organizowanych przez Napierskiego wieczorów brydżowych. W porozumieniu

z mężem wyprowadziła się do kochanka na rok. Powiedział jej, że zawsze może do niego wrócić... Nigdy już do tego nie doszło, ale Tuwim zawsze będzie wspominać swojego pierwszego męża z wielką nostalgią w sercu. Był dla niej ważną osobą.

"Gdy przechodzę obok domu, gdzieśmy mieszkali,/ co rano/ tyle wspomnień ożywa we mnie./ Wspominam mile deszcze wiosenne,/ otwarty balkon,/ twoje anginy,/ hiacyntową Wielkanoc ( )/ I chcę ci powiedzieć,/ że bardziej od samych rzeczy/ kocham ich cienie,/ więc ciebie kocham,/ rozumiem to dziś dopiero,/ kiedy przechodzę obok naszego domu", pisała w jednym z wierszy (cytat za natemat.pl). 

Irena Tuwim 3.avif

Od lewej: Irena Tuwim, Julian Tuwim z żoną Stefą i Julian Stawiński, mąż Ireny. Toronto, 1945

/ fot.: Muzeum Literatury / domena publiczna

Gdyby nie to, że miłość do Juliana Stawińskiego była dla niej jak rażenie piorunem, które po latach nazywała też opętaniem, może nigdy nie odeszłaby od pierwszego męża. W pewnym momencie Irena Tuwim przeżywała tak wielkie rozterki miłosne, że postanowiła uciec przed obydwoma mężczyznami do Paryża. Po tej decyzji nastąpił szereg sytuacji, które były niczym z filmu o tragicznej miłości. Kochanek wyruszył za poetką do Francji, odnalazł ją i na miejscu usłyszał, że chce ona zakończyć ich związek. Stawiński

w desperacji strzelił do siebie, spudłował i trafił w płuco, zamiast w serce. Nie wiadomo, czy ta sytuacja bardziej Irenę wystraszyła, niż poruszyła jej romantyczną naturę, niemniej zdecydowała się ostatecznie rozwieść z mężem i związać z Julianem Stawińskim. Para wzięła ślub w 1935 roku w Wilnie. Kiedy zaczynają wspólne życie razem, już oficjalnie jako małżeństwo, skupiają się na swoich karierach. Mąż Ireny realizuje się w zawodzie adwokata, a ona zajmuje się kolejnymi tłumaczeniami książek. Podobnie jak jej brat, skupia się na literaturze dziecięcej. 

Okrzyknięto ją mamą Kubusia Puchatka

W ciągu 50 lat Irena Tuwim przetłumaczyła ponad 50 książek. Młodszej siostrze Juliana Tuwima zawdzięczamy m.in. polską wersję „Mary Poppins” Pameli L. Travers, „Byczka Fernando” Munro Leafa, „Pięcioro dzieci i coś” Edith Nesbit, a przede wszystkim „Winnie the Pooh” A.A. Milne, czyli słynnego "Kubusia Puchatka". Dla niewtajemniczonych w oryginalną wersję, według zamysłu Milne tytułowa postać była... dziewczynką. Kubusia Puchatka, jako "misia o małym rozumku" podarowała polskim czytelnikom Irena Tuwim, właściwie tworząc tę postać, jak i wiele elementów fabuły na nowo. Kubuś wzięło się od imienia psa poetki, którego nazywała też chwilami Puchatkiem, bo miał bardzo puszyste futerko. Stanisław Lem był zdania, że to, co Irena Tuwim zrobiła z "Winnie the Pooh" było lepsze od oryginału, a w Wielkiej Brytanii, czyli rodzimym kraju Puchatka, okrzyknięto ją "The Pooh Lady". 

Co sama tłumaczka mówiła o swoich swobodnych zasadach tworzenia przekładów? „Aby tłumacz mógł dać utwory językowe najwyższej klasy, konieczna jest znaczna swoboda we wszystkich przekładach, a w wielu wypadkach [...] choć będą to z reguły utwory dla najmłodszych, przyjąć należy za zasadę adaptację, nie zaś tłumaczenie” (cytat za zwierciadlo.pl). 

Irena Tuwim 4.avif

Relacja z bratem 

Okres wojny nie oszczędził rodziny Tuwimów. W 1939 roku Irena wraz z mężem emigrują do Anglii, jej brat z kolei  z Francji przedostaje się do Brazylii, a w 1942 roku do Stanów Zjednoczonych. Tułaczka i obcy kraj mu nie służą. Jedynym pocieszeniem dla poety jest korespondencja z siostrą, która od dziecka jest jego największą powierniczką. To jej zdradza więcej, niż żonie, nazywa ją "swoją zewnętrzną duszą". Ich przywiązanie i zażyłość były obopólne; Irena już w dzieciństwie nie potrafiła znieść rozłąki z bratem. Pierwsza trwała dziesięć dni, kiedy wyjechał do wujostwa na ferie, a ona płakała intensywnie i wyrywała kartki z kalendarza. Późniejsze rozstania znosiła z podobnym do tego pierwszego bólem serca. Kiedy nie musieli, nie rozdzielali się i widywali tak często, jak mogli. Cieszyli się ze swoich sukcesów i kibicowali sobie wzajemnie. Po kilkuletniej rozłące na skutek wojny spotykają się dopiero w 1945 roku w Kanadzie, wtedy to Julian zaprasza do siebie Irenę z mężem. 

Zanim jednak do tego dojdzie, po drodze wydarzają się dwie dramatyczne sytuacje, które na wskroś dotykają Irenę. W 1940 roku poetka usłyszała o śmierci swojego pierwszego męża, Stefan Eiger został rozstrzelany w Palmirach. Irena przyjmuje tę wiadomość ze złamanym sercem. Trzy lata później dowiaduje się, że podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym w Otwocku gestapowcy rozstrzelali jej matkę, a jej ciało wyrzucili przez balkon. W tym samym czasie jej mąż pod wpływem choroby alkoholowej zmienia się

w tyrana. Emigracyjne smutki topi w wódce i lekach, czyniąc Irenę współuzależnioną. Poetka bierze na siebie winę za cierpienia Juliana.

Śmierć Juliana Tuwima

1945-1947, to okres dwóch spokojnych lat, które pozwalają rodzeństwu spotkać się po długim rozstaniu, a mężowi Ireny skupić na pracy — w  Waszyngtonie został attaché w ambasadzie. Irena i Julian Tuwimowie ostatni raz widzą się w grudniu 1953 roku, tuż przed jego wyjazdem do Zakopanego. Poeta z trudem odnajduje się w powojennej rzeczywistości w ojczystym kraju, do którego tak tęsknił przez ostatnie lata. Na swój zimowy wypoczynek wyjeżdża znerwicowany, zapijający stres alkoholem i pogrążony w depresji. Umiera na atak serca 27 grudnia 1953 roku w jednym z pensjonatów. 

„Gdy żegnałam się z Julkiem 17 grudnia 1953 r. przed Jego wyjazdem do Zakopanego, ćwierć żartem, a trzy ćwierci serio powiedziałam Mu w przypływie powrotnej fali dawnej, dziecinnej miłości, że to rozstanie skończy się dla mnie tym razem za szafą. Mówiąc to, nie pomyślałam ani przez chwilę o rozstaniu na zawsze. Po prostu tak jak wtedy dom, tak teraz Warszawa, opuszczona przez Julka, wydawała mi się nagle pozbawiona sensu. A myśl, że tak mogłoby zostać już na zawsze – nie do zniesienia”, pisała później Irena Tuwim. 

Ostatnie chwile

Niestety, nie myliła się. Jej rzeczywistość bez brata stała się trudna i okrutna. Irena czuła pustkę i samotność. Gorzej radziła sobie zawodowo. Z mężem Julianem była do końca jego dni, ale ta relacja tylko przyczyniła się do jej słabego stanu psychicznego. Mąż migrował pomiędzy odwykiem a kolejną zapaścią alkoholową. Irena Tuwim przeżyła męża o kilkanaście lat. Nie mieli dzieci, więc ostatnie lata życia spędziła samotnie. Były chwile, w których myślała o odebraniu sobie życia, ale ostatecznie coś ją przed tym powstrzymywało. Do końca swoich dni mieszkała nieopodal Parku Łazienkowskiego w Warszawie, gdzie było zawsze zielono

i zacisznie, w przeciwieństwie do jej znienawidzonej Łodzi, ale tam też nie lubiła przebywać. Może jedyne miejsce, w którym czuła się dobrze, było przy ukochanym bracie Julku.    (viva.pl)

Źródła: zwierciadlo.plnatemat.plculture.pl

/ fotografia

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Krajobrazy z lotu ptaka Kacpra Kowalskiego

zdjęcia: GALERIA BILDHALLE - Amsterdam

Kacper Kowalski 2a
kacper kowalski 8

Kacper Kowalski od ponad 25 lat obserwuje i fotografuje krajobrazy z lotu ptaka. Po tym, jak został architektem i pracował w zawodzie przez cztery lata, w końcu zdecydował się poświęcić lataniu i fotografii – swoim prawdziwym pasjom. Jako paralotniarz, pilot małego samolotu i wiatrakowca Kacper wzbijał się w powietrze z silnikiem przyczepionym do pleców, by podczas samotnych lotów odkrywać świat form, kształtów i wzorów. W sumie spędził w powietrzu ponad 5000 godzin. Nieustannie walcząc z siłami natury: wiatrem

i prądami powietrza, kiedy fotografuje z wysokości 150 metrów nad ziemią, znajduje się w stanie niemal medytacji, kiedy przyroda

i otoczenie odsłaniają przed nim nie tylko abstrakcyjne formy, ale także zdają się komunikować z nim językiem symboli pojawiających się na jego fotografiach. Lot jest dla Kowalskiego nie tylko sposobem na uchwycenie świata nad ziemią, ale staje się duchową podróżą, która ujawnia uniwersalne prawdy o relacji między człowiekiem a naturą, o przeszłości

i teraźniejszości, o własnej osobistej prawdzie i drodze do niej.

Otrzymał wiele nagród, w tym nagrodę World Press Photo (trzykrotnie), nagrodę Picture of the Year International POYi (sześć razy)

i dziesiątki innych. Jego pierwszą książkę „Skutki uboczne” wydano w 2014 roku, w 2017 roku ukazało się wydawnictwo "OVER",

a w roku 2021 "Arché". Jego prace były wystawiane kilkaset razy na wystawach zbiorowych i indywidualnych na całym świecie,

a książki zdobywały i były nominowane do najbardziej prestiżowych nagród, między innymi Les Prix du Livre w Rencontres d’Arles.

Reprezentują go Panos Pictures, agencja REZO oraz galerie: Bildhalle w Amsterdamie i Zurychu oraz Atlas Gallery w Londynie.

kacper kowalski 2
kacper kowalski 7
kacper kowalski 3
kacper kowalski 4
kacper kowalski
kacper kowalski 6

/ podróże  wędrówki po Ameryce

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

Pustynia nikogo nie oszczędza 

IZA KLEMENTOWSKA

Zdjęcia: domena publiczna

Okolice Twentynine Palms, Kalifornia 

Twentynine Palms, Kalifornia

Ciemnobeżowy budynek łatwo przeoczyć. Z daleka, gdy schodzi się z zasypanych piaskiem skalistych gór, wygląda na plamę cienia. Jakby nad kawałkiem pustyni w okolicy Twentynine Palms w Kalifornii zawisł kwadratowy statek kosmiczny. Wydaje się, że go nie ma. Ukryty między jeszcze mniej widocznymi, bo w kolorze piasku, niewielkimi, pustymi domami, staje przed oczami dopiero, gdy podchodzi się bliżej. Wygląda trochę jak bunkier.

Wiatr tego dnia wiał lżej, jakby chciał dać odpocząć sobie i ziemi przeczesanej piachem w każdym możliwym kierunku. Przez ponad dwa tygodnie nieustającej pustynnej burzy nie ruszyłam się z domu nawet na krok. Telewizor przestał działać, radio wychwytywało tylko zawiłe fale dźwiękowe, których nijak nie mogłam odczytać, jakby nadawali je kosmici. Do najbliższych sąsiadów było jakieś dziesięć minut jazdy samochodem. Jednak ruszać gdziekolwiek było nie do pomyślenia i zupełnie bez sensu. Świat na zewnątrz zamienił się w wirującą kulę piasku, której nie sposób umknąć. Dom lekko trzeszczał przy silniejszych podmuchach wiatru, dach łopotał jak żagiel, a szyby drżały, wibrując cichutko w tonacji C-dur. Telefony komórkowe na próbę połączenia reagowały pustym, pojedynczym sygnałem, który zanikał w sekundę. Stacjonarny szumiał na wzór radia, aż w końcu ucichł zupełnie na tyle, że można było usłyszeć własne krążenie krwi w uszach. Wyglądałam przez okno w poszukiwaniu jakiegokolwiek kształtu, który nie przypominałby ziarenka piasku. Ale im mocniej wpatrywałam się w widok za szybami, tym bardziej wzmagała się szarobeżowość przestrzeni i nieba. Ziemia stała się królestwem piasku.

Już po trzech dniach powietrze w domu zaczęło drapać gardło, na którym osadzała się cieniutka warstwa pyłu. Płukałam je co godzinę, aż w końcu dotarło do mnie, że woda pochodzi z ogromnego zbiornika stojącego na dachu i nie wiadomo tak naprawdę, ile jej jeszcze zostało i na jak długo piasek objął świat we władanie. Przecierałam oczy chusteczką higieniczną, którą strzepywałam później na podłogę, aż zrobiła mi się w pokoju niewielka plaża. To samo robiłam z pościelą. Próbowałam spać pod nią, żeby nie wdychać pyłu przedzierającego się przez szczeliny we framugach okien, ale i tak rano budziłam się z zapchanym nosem.

Piasek w powietrzu zagarnął całe światło, które dochodziło z zewnątrz. Prześwity słoneczne były tak rzadkie i migawkowe, że nie nadążałam cieszyć się ich kilkusekundowym trwaniem. Po tygodniu przyzwyczaiłam się do ciemności, a kiedy w końcu padła elektryczność, brak światła nie przeszkadzał mi zupełnie. Kładłam się spać i wstawałam na wyczucie. Zegary stanęły.

Coś uparcie starało się mnie obudzić. W końcu dotarło do mnie, że nie słyszę ani wiatru, ani piasku rysującego ściany domu, a smużka słońca pada na moje łóżko przez drewniane żaluzje.

Tamtego poranka coś uparcie starało się mnie obudzić. Mrużyłam oczy przez dłuższą chwilę, jeszcze nie do końca przytomnie,

i w końcu dotarło do mnie, że nie słyszę ani wiatru, ani piasku rysującego ściany domu, a smużka słońca pada na moje łóżko przez drewniane żaluzje. Podciągnęłam je do góry. W powietrzu wirowały jeszcze pojedyncze ziarenka, migocząc w świetle jak cekiny, ale znowu można było zobaczyć pustynię na przestrzał dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu kilometrów. Nie wiem, jak długo stałam w oknie, wsłuchując się w ciszę. Była to cisza z rodzaju tych pustych, nawet niebrzęczących w uchu. Nie wiedziałam, która jest godzina, ale domyśliłam się po słońcu, które jeszcze nie zdążyło zawędrować do połowy znowu – znowu! – błękitnego nieba. Wyszłam z pokoju

i usiadłam, zwracając twarz w stronę rozsuwanych drzwi, wychodzących najpierw na podwórko, później na pustynię, i zaczęłam wpatrywać się w jeden punkt. Zazwyczaj była nim jedyna palma w okolicy, rosnąca strzeliście i prosto, jakby ktoś włożył jej w pień żelazny drut. Teraz, pochylona w lewo, zwisała swoim liścianym pióropuszem tuż nad drewnianą komórką z narzędziami, jakby chciała do niej zajrzeć. Brak dachu, który zatrzymał się na bambusowym ogrodzeniu kilkanaście metrów dalej, tylko temu sprzyjał.

Wyszłam na zewnątrz. Ratanowe krzesła i stolik zniknęły sprzed domu, musiały przefrunąć przez ogrodzenie. Próbowałam ruszyć przesuwną bramę, ale ani drgnęła. Najpierw musiałam odgarnąć zwały piachu, ale im bardziej go wymiatałam, tym więcej przybywało go z drugiej strony. Wspięłam się w końcu na bramę i skoczyłam prosto w wydmę. Utwardzonej drogi nie było widać, dookoła istniał tylko piasek. Nawet nieliczne uschnięte rośliny wywiało nie wiadomo dokąd. Krajobraz był jednolity, uczesany piachem.

Wiał lekki wiatr, który w pierwszym odruchu wzbudził we mnie lęk, że to jeszcze nie koniec burzy, jednak postanowiłam pójść na spacer. Szkielety paru domów, które wcześniej mijałam od czasu do czasu, teraz leżały złożone jak kartony po rozpakowaniu. Inne budynki trwały, pozbawione tej czy innej zwisającej wcześniej części – okna, drzwi, okiennic. Poszłam w stronę gór na horyzoncie, bo był to jedyny punkt, do którego mogłam się teraz odnieść. Pustynia stała się miękka, pęknięcia w ziemi zasypał piach i szłam jak po plaży, zapadając się lekko. Dotarłam w końcu pod wzgórza, które zazwyczaj były w kolorze szarosinym, a teraz – obsypane łachami piachu jak orkiszowe ciasto cieniutką kruszonką. Odwróciłam się i spojrzałam na dolinę. Przejrzystość powietrza aż mnie zdumiała.

I wtedy w oddali zobaczyłam ciemniejszą, kwadratową plamę na horyzoncie. Słońce było mniej więcej w zenicie, ale nie czułam gorąca. Przeciwnie, pozwalałam promieniom wnikać w skórę, która wyraźnie stęskniła się za naturalnym światłem.

Okolice Twentynine Palms, Kalifornia 

Twentynine Palms, Kalifornia 2

Ktoś ty?

Kilka dni później chwyciłam za klamkę ciężkich, żelaznych drzwi, przy których na ścianie wisiała ledwo widoczna tabliczka z prawie nieczytelnym napisem „Centrum Pomocy/Centrum Seniora”. Zdziwił mnie brak zwałów piachu, który parkował przy każdej przeszkodzie, jaką napotykał na swojej drodze. Miasto wciąż było zasypane po burzy, a ten budynek wyglądał, jakby pojawił się tuż po niej lub włączył specjalną przeciwpiaskową barierę ochronną. Drzwi ustąpiły z cichym dźwiękiem zassania, jakbym otwierała długo zamkniętą kapsułę ratunkową. Na ścianie z ogłoszeniami tuż przy wejściu przeczytałam:

„Stan Kalifornia zabrania:

– świń każdego rodzaju: dużych, małych, wietnamskich;

– węży powyżej sześciu stóp długości;

– zwierząt jadowitych;

– koni, chyba że uzyska się specjalne pozwolenie”.

Oraz:

„Procedury w przypadku trzęsienia ziemi:

1. Nie panikuj. Najlepiej schroń się pod stołem i zostań tam, dopóki nie ustanie trzęsienie. Połóż się co najmniej piętnaście stóp [około 4,5 metra – przyp. red.] od okna.

2. Po ustaniu trzęsienia sprawdź swoje obrażenia. Udziel pierwszej pomocy, jeśli w twoim otoczeniu są ranni. (…)

4. Zadzwoń na 911 tylko w przypadku pożaru lub konieczności wezwania pomocy medycznej.

5. Opuść budynek. Udaj się w bezpieczne miejsce i sprawdź linie energetyczne oraz czy ściany nie są popękane. (…)

7. Uprzątnij zniszczone przedmioty w pobliżu głównego źródła zasilania. W większości budynków znajduje się na wschodniej ścianie, w holu pomiędzy pokojami.

8. Woda – usuń ją z przejścia przed domem. Gaz – wyłącz główny zawór.

9. Ponowne wejście do domu nie jest wskazane, dopóki straż pożarna nie udzieli pozwolenia”.

Procedur w przypadku burzy piaskowej nie było.

– Ktoś ty? – spojrzały na mnie bladoniebieskie oczy mężczyzny, zarośniętego, jak to tylko możliwe. Jego broda i włosy zostawiały niewiele miejsca dla skóry twarzy. Nie byłam w stanie zobaczyć jego ust. Przekrzywiona głowa leżała mu na prawym ramieniu, jakby odpoczywając. Miałam wrażenie, że cały jest beżowy – od zakurzonych butów traperów, przez koszulkę i spodnie w jasnobrązowym odcieniu, aż po czubek głowy. Szyja gubiła się pod gęstym zarostem.

– Ktoś ty? – spytała kobieta z węzłem na głowie przypominającym ptasie gniazdo. Gęste, niegdyś zapewne rude, a teraz niemal zupełnie siwe włosy nie dawały rady utrzymać się same w koku. Błękitne oczy świdrowały mnie, a bezzębny uśmiech, którym mnie obdarzyła, wyglądał na nieco przymuszony, jakby domalowany.

– Ktoś ty? – kolejne błękitne oczy patrzyły na mnie zza okularów w rogowej oprawce. – Bum, bum, bum – powtarzał mężczyzna ze sporym brzuszkiem rozciągającym koszulkę z literą „S” Supermana. Miał na głowie aztecką czapkę, a na nogach – kalosze. Kolebał się z jednej stopy na drugą, jakby był wahadłem zegara.

– Ktoś ty? – czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Spod kapelusza przypominającego konfederacki spoglądały na mnie znowu błękitne oczy, zaciągnięte lekką mgiełką. Mężczyzna ubrany był w płaszcz o kroju surduta i kowbojki.

– Ktoś ty? – kruczowłosa kobieta sięgająca mi niewiele ponad ramię miała na sobie rajstopy kabaretki, skórzaną minispódniczkę oraz sandałki na obcasie. Palce stóp wyzierały przez oczka rajstop. Bardzo ciemny makijaż oczu jeszcze mocniej wydobywał niebieski kolor tęczówek. Uśmiechała się na krwistoczerwono, szminka odznaczała się jej na zębach.

– Ktoś ty?

– Ktoś ty?

– Ktoś ty? – rozlegało się wokół mnie coraz gęściej i zanim się spostrzegłam, byłam otoczona przez kilkanaście osób. Poczułam nagły lęk. Odwykłam od tłumów, a ten napierał na mnie swoją ciekawością. Z jednej strony cieszyłam się, że widzę innych. Z drugiej – nie wiedziałam, kim są. Tym bardziej, że wszyscy, ale to wszyscy mieli tu błękitne oczy. Wzbudzało to niepokój.

– Lunch! – usłyszałam głośny krzyk. Na drugim końcu sali potężna kobieta o długich, siwych włosach podpierała się pod boki. – Lunch, kochani, zostawcie ją. Jedzenie wystygnie. – I zniknęła w pokoju znajdującym się za największą salą, w której stało ze trzydzieści stolików.

Otaczający mnie ludzie powoli się rozstąpili i zasiedli na swoich miejscach, zostawiając mnie samą. Mogłam odetchnąć.

Okolice Twentynine Palms, Kalifornia

Twentynine Palms, Kalifornia 3

Chick

Skąd masz taką jasną skórę? – ktoś dotknął mojego ramienia, pociągając lekko za włoski na przedramionach. Szyja mężczyzny była zgięta mocno w prawo, jakby któregoś dnia przechylił głowę i świat bardziej spodobał mu się z tej perspektywy. Ogromne błękitne oczy chowały się pod powiekami, których skóra zdawała się być podwójna, jakby jedna warstwa nie wystarczała, by ochronić je przed słońcem i pustynnym kurzem. Powoli zaczynałam podejrzewać, że jedynym wyznacznikiem, który pozwalał przebywać w Centrum, był kolor oczu.

– Jestem Chick, ale czasem wołają na mnie chicken [ang. „kurczak”, ale też „tchórz” – przyp. red.] – wzniósł oba ramiona do góry

i zatrzepotał nimi jak kurczak. – Ko-ko-dak! Ko-ko-dak! – Chick wziął mnie za rękę i zaprowadził do stolika. Wyjął z mojej dłoni maskę przeciwgazową, którą wcześniej bezwiednie podniosłam ze stołu obok. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ktoś przyszedł tu z nią na twarzy, chroniąc się przed wszędobylskim piaskiem. Chick położył ją na stoliku, kręcąc głową i cmokając. Krótkowłosa kobieta

z niebieskimi oczami od razu wstała i, rzucając mi niechętne spojrzenie, odsunęła krzesło gwałtownym gestem. – Mówili na mnie chicken już w szkole, chociaż nigdy niczego się nie bałem. Byłem po prostu słaby, chucherko. Byle podmuch i się przewracałem. Mówili też na mnie chickenshit [ang. „kurze gówno”, ale i „tchórz” – przyp. red.] i że nie jestem zbyt mądry. Nie rozumiałem, dlaczego tak o mnie mówili. Byłem, jaki byłem. Ale moja młodsza o dwa lata siostra Lolly broniła mnie przed kolegami. „Dlaczego mu dokuczacie? Mój brat jest najmądrzejszy na świecie. Kocham go!” – tak na nich krzyczała. A nawet nieraz się za mnie biła

z chłopakami. Bo mnie wyzywali. Och, jak ja ją kochałem! Ciągle ją kocham, chociaż od jej śmierci minęło już chyba sześćdziesiąt lat. Miałem też starszą siostrę, Alice, i też ją kochałem, ale to Lolly była moim aniołem.

– Codziennie chodziliśmy razem do szkoły i wygłupialiśmy się – dodał. – Nie ma to jak ponad cztery mile [prawie 6,5 kilometra – przyp. red.] porannych wygłupów na pustyni przed lekcjami. Często się przez to spóźnialiśmy i musieliśmy siedzieć później za karę po zajęciach. Bywały dni, że wracaliśmy do domu już po ciemku. Nie było latarek, nie wolno nam było mieć zapałek, ale mieliśmy siebie. Wiedziałem, że gdy jestem z Lolly, żaden kojot się do nas nie zbliży. I tak było. Widzieliśmy ich oczy jak świecące punkty w ciemności, ale żaden nigdy nie podszedł.

– Kiedy nie było szkoły, chodziliśmy ukryć się przed całym światem i pustką pustyni do oazy Fortynine Palms – kontynuował Chick.

– Byłaś tam już? Musisz pójść! To tam jest życie! Dla nas to było czyste szczęście. Mogliśmy być tylko ze sobą i tym życiem dookoła,

i nikt nas nie wyzywał. Mogliśmy oddychać tam czystym, niezakurzonym powietrzem i krzyczeć do woli, aż do zakrztuszenia się ze śmiechu. W domu, szkole i miasteczku zawsze mieliśmy być cicho, jakby była to zbrodnia, że jest się dzieckiem, które chce się bawić. Bo zamiast zabawy powinniśmy raczej pracować w ogrodzie, a przynajmniej próbować cokolwiek wyhodować. „Macie dbać o każdą roślinkę, każdego ziemniaka, każdą marchewkę i cebulkę, jakby to były wasze własne ręce” – mawiała nasza mama, a ojciec świstał nam nad głową batem dla koni, kiedy nie chcieliśmy kopać w spękanej ziemi ogródka. Wtedy tego nie rozumieliśmy, chcieliśmy tylko się bawić i wygłupiać. I chronić siebie nawzajem.

Cieszyło mnie, że ludzie będą jedli potrawy na talerzach, które dla nich wyczyściłem. Czułem się przez to potrzebny.

– Mieć siostrę taką jak Lolly było dla mnie błogosławieństwem – podkreślił. – I pewnie dlatego, że była takim dobrym aniołem, Pan Bóg zabrał ją do siebie szybko. Miała osiem lat, kiedy zmarła na zapalenie płuc. Chorowała też na cukrzycę, co pewnie tylko przyśpieszyło jej odejście. Jak ja płakałem! Co noc ją do siebie wołałem, żeby mnie zabrała do nieba. Ale najwidoczniej jeszcze tam nie jestem jej ani Bogu potrzebny. Po jej śmierci chodziłem do szkoły tą samą ścieżką i udawałem, że ona idzie obok i śmieje się, jak zwykła się śmiać. Wyobrażałem ją sobie tak często, że zacząłem ją widzieć. I tak już zostało. Ona ciągle jest przy mnie. Nawet teraz. Siedzi tu obok, widzisz? – wskazał na puste krzesło po lewej stronie. – Jeśli jeszcze nie widzisz, to niedługo ją zobaczysz. Tu wszyscy wszystko widzą, nawet to, zdawałoby się, co niewidzialne. Pustynia zmieni ci mózg, zmieni postrzeganie, poczekaj jeszcze trochę, to zobaczysz.

– Zachciało mi się innego życia niż to tutaj, wyobrażasz sobie? – opowiadał Chick. – Wyjechałem do kuzyna w Santa Fe i układałem towar w sklepie z alkoholem. Zamieniłem zmywanie naczyń w restauracji na sklep z whisky, ginem i wódką. Brakowało mi Lolly, pustyni, zmywania naczyń. Nawet tego kurzu, który osiada wszędzie. Możesz powiedzieć, że układanie towaru na półkach i zmywanie to takie nudne zajęcie. Nietwórcze. Bez przyszłości. Ale byłem szczęśliwy, patrząc, jak brudne talerze dzięki mnie stają się znów czyste i błyszczące. Cieszyło mnie, że ludzie będą jedli potrawy na talerzach, które dla nich wyczyściłem. Czułem się przez to potrzebny.

– Ludzie mówią, że jestem głupi, niedorozwinięty, że coś mam w głowie nie tak i nie po kolei – wyznał. – Może tak jest, ale ja widzę szczęście i wartość we wszystkim, co robię. Nie było w moim życiu ani jednego dnia, w którym nie byłbym szczęśliwy. Po śmierci Lolly płakałem, ale odkąd ją na nowo odzyskałem, każdy dzień to czysta radość. Rano wstawałem, szedłem przez pustynię kilka mil do restauracji tutaj, widzisz, naprzeciwko. Wtedy nazywała się inaczej, mój Boże, teraz nawet nie pamiętam, jak się nazywała. Zmywałem naczynia aż do zamknięcia, z przerwą na posiłki i śmiech z kolegami w kuchni, i po zmroku, jako ostatni, zamykałem knajpę i tą samą drogą wracałem do domu. Już z latarką. I tak przez czterdzieści lat na okrągło. Z Lolly przy moim boku.

Chick wstał nagle z krzesła, zabrał maskę i poszedł do innego stolika, nie zwracając na mnie żadnej uwagi. Po chwili zobaczyłam, że założył maskę na twarz. Ludzie wciąż jakby się gdzieś spieszyli, chociaż nie wychodzili z Centrum. Dwadzieścia osób przechodziło szybko od stolika do stolika, niespodziewanie zawracając z obranej drogi i potrącając jedna drugą. Niektórzy docierali do drzwi wyjściowych, by jeszcze szybciej spod nich zawrócić i usiąść na krześle jedynie na kilka sekund. A potem znowu w ruch, znowu dookoła stołu, całego rzędu stołów, od człowieka do człowieka. Mówili teraz jeden przez drugiego, harmider panował jak na dworcu. Przesuwali swoje walizki i plecaki z miejsca na miejsce, jakby istniała jakaś niewidoczna dla mnie kolejka do czegoś, do jakiegoś pojazdu, który miałby ich zabrać gdzie indziej. (...)

Okolice Twentynine Palms, Kalifornia

Twentynine Palms, Kalifornia 4

Steven

Ktoś od razu przycupnął z ciężkim westchnieniem przy moim stoliku. Mężczyzna w brudnogranatowych dżinsach i bordowym golfie patrzył przed siebie w ścianę naprzeciwko, a jego usta mówiły coś niemo. Położył duży, à la wojskowy worek na podłodze, obok niego mały plecak. Nie zdjął tylko niewielkiej torebki nerki, przepasanej nie w pasie, lecz w poprzek ciała. Biodra miał przewiązane granatową bluzą z kapturem.

Mimo całego harmidru i chodzących wkoło ludzi bingo trwało w najlepsze. Przy stoliku obok siedział mężczyzna ze znakiem Supermana i co chwila krzyczał: „Bum!”. Ten, który się do mnie dosiadł, nie reagował. Ani na „bum”, ani na kolejne liczby odczytywane przez prowadzącego grę. Jego tablica do bingo była niewzruszona jak on. Przed nim wciąż leżał lunch: na plastikowej tacce w osobnych przegródkach spoczywały kawałki kurczaka w sosie, ryż, brokuły i fasolka szparagowa. Jedynym elementem, który się ruszał, była galaretka, czerwona, mała górka na skraju tacki. Mężczyzna w końcu się przeżegnał, odmówił niemo modlitwę, wysypał sól za siebie i zaczął jeść. Drobne kąski dzielił na jeszcze mniejsze, powoli je przeżuwał i za każdym razem zamykał błękitne oczy. Kiedy skończył jeść, uśmiechnął się.

– Dziękuję, jestem Steven – wyciągnął do mnie drobną dłoń, nieproporcjonalną do całego ciała. Obie z krótkimi, obgryzionymi paznokciami wyglądały jak dłonie dorastającego chłopca. – Nie wiem, jak długo zniosę to czekanie. – Czekanie? – spytałam, a on przewrócił oczami i cmoknął zniecierpliwiony. – Na wyrok czekam, na decyzję sądu. Dom mi zabrali. Rozumiesz? Mówili: „Nie zapłacisz, to nie masz domu”. Ale jak miałem płacić, gdy mnie zwolnili z roboty? Niemal cały kredyt na dom spłaciłem. Nie chciałem wiele. Ot, zwykły, mały, parterowy domek dla mojej dziewczyny i mnie, trzy pokoje, z ogródkiem od strony kuchni. Kocham jeść – trącił palcem niezjedzoną jeszcze galaretkę. – Było dobrze, dopóki nie uszkodziłem ręki, widzisz? – Długa szrama szła od łokcia po nadgarstek prawej ręki. – Pręt z sufitu, który skrobałem, wszedł mi pod skórę, jak ramię w rękaw. A potem ponad dwa miesiące nic nie mogłem robić. Dla fachowca jak ja to tragedia. Zlecenia odleciały, zniecierpliwieni klienci znaleźli kogoś innego. A żyć trzeba było. Nie jest łatwo żyć pół-Meksykaninowi w Los Angeles. Że niebieskie oczy mam, się dziwisz? – Steven wzruszył ramionami. – Tu każdy tak wymieszany, że czasem trudno się dowiedzieć, jakiej krwi mamy najwięcej. Najpierw zabrali mi dom, potem odeszła dziewczyna,

a później zmarł mój pies. Zapakowałem swój dobytek w worek, najważniejsze rzeczy oraz lekarstwo na nadciśnienie, i ruszyłem

w drogę. Na początku spałem po przyjaciołach. Szybko się zorientowałem, jacy to przyjaciele. Po tygodniu, dwóch pytali, kiedy się wyniosę. Pakowałem się wtedy od razu i znikałem. „Jedź na pustynię, tam coś znajdziesz” – doradził mi jeden z nich.

Bywały dni, że nie spotkałem nawet jednej osoby, jednego zwierzęcia, jakby wszystko wymarło. Mój azyl stał się moim więzieniem.

– Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to pustynia, wtedy jeszcze nie było, jak teraz jest. Poszedłem więc w jej kierunku, nie mając pojęcia, co mnie czeka. Ale było mi wszystko jedno. Wszędzie już spałem: w jaskiniach, pod drzewem, w namiocie z koca. I każdego dnia szukałem pracy. Czasem ją miałem, czasem nie. Nie każdą pracę mogłem wziąć. Po wypadku wiele się zmieniło – Steven poruszył małym palcem u prawej dłoni i dopiero wtedy do mnie dotarło, że musi mieć uszkodzone nerwy. – Nie zrosła się dobrze. Wiesz już, jak wygląda noc na pustyni? Najpierw nie słyszysz nic poza ciszą, potem słyszysz wiatr, a później dociera do ciebie nawet szmer poruszającego się muszego skrzydełka czy ździebeł suchej trawy. Uszy wychwytują, jak się ze sobą stykają, jak szeleszczą między sobą, jak podgryza je żuczek pustynny. Nagle dochodzi do ciebie, że pustynia nie jest pusta, że jest na niej życie. Że to prawdziwa metropolia stworzeń, o których nie miałaś pojęcia. A potem te stworzenia zaczynają cię kąsać i rano budzisz się cała w bąblach,

i modlisz się o to, żeby ugryzienie nie pochodziło od jadowitego węża. Wytrzymałem na pustyni tydzień. Codziennie chodziłem na stację benzynową się myć i dezynfekować rany. Teraz mam pytanie do ciebie. Czy jest kradzieżą, kiedy używasz na miejscu spreju dostępnego w sklepie? Bo wziąłem z półki sprej i schowałem go za jedną z muszli klozetowych w toalecie. Ulga jest po nim tylko na chwilę. Potem wszystko, całe swędzenie wraca i drapie się człowiek przez cały dzień.

– Któregoś dnia, to było lato, uznałem, że nie dam rady tak dłużej żyć – opowiadał. – Że prędzej robaki zjedzą mnie żywcem, niż doczekam się decyzji sądu. Nie chciałem wracać do Los Angeles i zostać kolejnym bezdomnym, którym każdy gardzi. Ruszyłem przed siebie jeszcze dalej w pustynię i odkryłem, że są na niej opuszczone domy. To był raj. Nie zastanawiałem się, dlaczego domy są puste, dlaczego mieszkańcy z nich zrezygnowali: zmarli, czy po prostu je opuścili. Często znajdowałem jeszcze w szafkach puszki z zupami,

z fasolą lub kiełbaskami w przeróżnych sosach. Ten mój znaleziony domek był w kolorze białym. Cementowy. Z kominkiem, który robił za kuchnię. Najpierw zapukałem do drzwi, bo wyglądał, jakby ktoś w nim mieszkał. Czyste ściany na zewnątrz, czysto w obejściu. Tylko ten dziecięcy rowerek bez koła nie dawał mi spokoju. Rzucony kilka metrów od wejścia, z oponami, z których już dawno zeszło powietrze. Zapukałem. Nikt mi nie otworzył, więc naparłem na drzwi, myśląc, że są zamknięte na amen. Ale poszło gładko jak masło, klucz był wepchnięty w dziurkę od środka. Postanowiłem poczekać na właściciela, bo słońce topiło opony roweru i niemal słyszałem skwierczenie. Taki był upał. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak zaczyna się koniec. Siedziałem na krześle przy stole i niczego nie ruszałem. Dopiero gdy słońce zaczerwieniło się nad horyzontem, dostrzegłem na wszystkim kurz. Warstwa pyłu, który w opadającym świetle wyglądał jak wata lub otulina. Otworzyłem szafkę, wziąłem puszkę z fasolą w sosie pomidorowym, zapaliłem drewienka

w kominku i po godzinie, już syty, położyłem się spać. Nikt mnie nie niepokoił. Postanowiłem zostać. Bez prądu, bez bieżącej wody, bez sąsiada. Tylko sam ze swoimi myślami. Wiedziałem, że w sądzie decyzja będzie dopiero za miesiąc, więc spacerowałem po Wonder Valley [wyludniona osada, położona kilkanaście kilometrów od Twentynine Palms – przyp. red.] przez ten czas.

– Bywały dni, że nie spotkałem nawet jednej osoby, jednego zwierzęcia, jakby wszystko wymarło – kontynuował. – Mój azyl stał się też moim więzieniem. Wiedziałem, że nie mogę się ruszyć zbyt daleko. Wody miałem tylko tyle, co w zbiorniku stojącym na tyłach domu. Studnia pachniała jedynie piaskiem, myłem się co trzeci dzień, bo i tak nikogo nie było. Śmierdziałem więc sobie, jak chciałem. A lato tego roku było wybitnie upalne. Czułem, że coś się zmienia, tylko nie potrafiłem wychwycić co. Iść gdziekolwiek w ten skwar nie było sensu. Siedziałem w domu i z nudów zacząłem widzieć innych ludzi, a potem słyszałem głosy. Rozmawiałem więc z nimi, dotykałem własnego cienia i patrzyłem, jak rządki puszek znikały z każdym dniem. Zacząłem kłócić się o jedzenie z własnym cieniem. „Jesz więcej niż ja, a powinniśmy dzielić wszystko na dwóch” – mówiłem. Kiedy zjadłem ostatnią puszkę, długo patrzyłem w dno. Zrozumiałem, czemu chata stoi pusta. Spakowałem się, zamknąłem domek na klucz, schowałem go do kieszeni i ruszyłem przed siebie. Nie zdawałem sobie sprawy, jak blisko jestem Twentynine Palms, na spacerach nigdy wcześniej nie dotarłem do miasteczka, musiałem wybierać nie te kierunki, co trzeba.

Mężczyzna wstał, poprawił przepasaną nerkę, zabrał worek i mały plecak, zasalutował mi i zniknął w toalecie. (...)

Okolice Twentynine Palms, Kalifornia 

Twentynine Palms, Kalifornia 5

Robin

Zaczęłam się zastanawiać, czy cały ten budynek nie istnieje jedynie w mojej głowie. Czy to nie aż tak mocno namacalna fatamorgana, która chce przypominać świat? Pewnego rodzaju wspomnienie, nawet nie moje własne? Bo widok tak wielu osób naraz na jednej przestrzeni, po tak długim czasie, w dodatku w miejscu, w którym graniczy z cudem spotkać drugiego człowieka, wydawał się snem. Zastanawiałam się, skąd się wzięli wszyscy ci ludzie. I gdzie byli wcześniej, że ich nie widziałam?

– Pustynia robi ci z głową, co chce – powiedziała Robin, kobieta, która wcześniej wołała wszystkich na lunch. Miała długie do pasa włosy, talię szerszą niż biodra i obwód biustu, a biceps tęższy od mojego uda. Na jej koszulce widniała plakietka z imieniem wypisanym bardzo dużymi literami. – Jakby piasek zasypywał miejsca w mózgu odpowiedzialne za racjonalne myślenie. Do tego brak wody, odpowiedniej żywności i witamin wywołuje halucynacje, a upał gotuje ci mózg. Jak myślisz, dlaczego tyle tutaj kościołów? Jest ich aż dwadzieścia trzy, a ludzi jak kot napłakał. Ludzie boją się, że to koniec świata, i szykują na ostateczne rozliczenie z Bogiem. Moim zadaniem jest uczynić te ich ostatnie dni najprzyjemniejszymi, jak tylko można. – Robin do każdego mówiła per honey lub sweetheart [ang. „skarbie”, „złotko” – przyp. red.]. – Dlatego miło mi, sweetheart, że zajrzałaś do naszego Centrum. Jeśli możesz, sweetheart, to staraj się być niewidzialna. Ci ludzie chcą tu mieć przede wszystkim spokój.

Z klatki piersiowej Robin patrzyła na mnie czaszka, taka, jaką można zobaczyć na okładce płyty niejednej grupy heavymetalowej. Na nadgarstkach nosiła skórzane bransolety, nie przykrywające jednak grubych, jasnych blizn po cięciach, przypominających wrośnięte rzemyki.

Chcę tu pomagać takim ofiarom przemocy, jak ja sama, i sprawcom, jak mój brat. Chcę pomagać każdemu, kto tego potrzebuje.

Trzydzieści cztery lata temu Robin opuściła więzienie w Santa Cruz i nikt na nią nie czekał. Trzy lata za kratkami sprawiły, że zapomnieli o niej przyjaciele, a jedyny brat był przyczyną jej przymusowego odosobnienia. Ślady na szyi zniknęły po kilku dniach, ale sińce w psychice pozostały do dziś. Dłonie brat miał silne, podobnie jak całe ciało, którym przydusił ją do podłogi jej własnego mieszkania. „Daj pieniądze, suko”. I kiedy nie chciała, rzucił nią o ścianę. Wtedy była mniejsza, drobniejsza. To w więzieniu budowała masę, żeby już nikt nie zdołał jej skrzywdzić i żeby dała radę wszystkiemu, co może ją jeszcze w życiu spotkać. Niemal ją udusił, ale to ona poniosła karę, bo dźgnęła go nożem. Brat wyniósł się z malutkiej rodzinnej miejscowości Ben Lomond z hrabstwa Santa Cruz

w Kalifornii, gdy tylko zapadł wyrok. Przed wyjazdem zdążył jeszcze sprzedać sprzęty z jej mieszkania. Kiedy wróciła po odsiadce, nie miała już pamiątek rodzinnych, telewizora, sprzętu grającego. Ale miała chęć, by pomagać innym.

W więzieniu spotkała wielu, którzy wiedzieli, że dotychczas błądzili. Zapisała się na zajęcia z resocjalizacji, a potem sprzedała mieszkanie, z którym wiązały się niezbyt przyjemne wspomnienia. Szczególnie ściana ze śladami jej własnej krwi oraz podłoga. Na początku była wolontariuszką w Valley Churches United w Ben Lomond. Wyszła za mąż, urodziła syna. Odkąd w 1994 roku przeprowadziła się do Twentynine Palms, opuściła miasto tylko raz, by przez pięć lat pracować w ośrodku leczenia uzależnień St. John of God Health Care Services w Victorville [miasto odległe o 140 kilometrów – przyp. red.]. Wróciła w 2011 roku. O mężu nie chce dziś mówić. Mały domek w Wonder Valley w zupełności jej wystarcza. Podobnie jak samotność i ciemność, kiedy światło gaśnie wraz ze słońcem. Nauczyła się, że dbanie o siebie oznacza też dbanie o innych. – Chcę tu pomagać takim ofiarom przemocy, jak ja sama,

i sprawcom, jak mój brat. Chcę pomagać każdemu, kto tego potrzebuje, kogo pustynia nie oszczędza swoim płomieniem.

Większość jej podopiecznych jest powyżej siedemdziesiątego roku życia, dlatego Centrum Pomocy nazywane jest tu Centrum Seniora, jakby w Twentynine Palms nie było w ogóle młodych. Jakby natura zabierała najpierw ich, odwrotnie, niż zwykła to robić. Jakby czas się cofał.

Zadzwonił telefon i jego dźwięk mnie zdziwił, bo zdążyłam się już odzwyczaić od wytworów nowoczesności. Robin podniosła słuchawkę, wymawiając niemo słowo sorry. Zostawiłam ją w gabinecie, w którym rozmawiałyśmy, z niezadanym jeszcze pytaniem, skąd wzięli się tu ci wszyscy ludzie. Stałam przez chwilę i tylko patrzyłam. (...)

Centrum Seniora w Twentynine Palms zostało utworzone przez władze stanu Kalifornia. Pierwszym powodem jego powstania było skrajne ubóstwo mieszkańców, z których wielu ocierało się o bezdomność. Drugim – ich problemy psychiczne, pojawiające się często po dłuższym pobycie w odosobnieniu, szczególnie na pustyni. Od poniedziałku do piątku każdy może zjeść w Centrum drugie śniadanie oraz pełnowartościowy lunch za skromnych kilka dolarów.

Robin jako jedyna ze spotkanych przeze mnie osób nie miała błękitnych oczu. Jej były piwnozielone.

Obszerne fragmenty artykulu "Kapsuła", który ukazał się w 2022 roku w miesięczniku"Pismo. Magazyn opinii".

/ wokół stołu

 sierpień/wrzesień '23 (12/13)

DELMONICO

ANNA CZERWIŃSKA

"Delmonico" działa niemal jak zaklęcie... chociaż dla przeciętnego zjadacza chleba nie ma ono żadnego znaczenia.  Słowo. Jednak wielbiciele wołowiny znakomicie orientują się w temacie, szczególnie w Nowym Jorku, i natychmiast kojarzą to ze starą restauracją, jednym z najlepszych steków i specjalnym sosem z recepturą z roku 1837. 

delmonico 4
delmonicos 5

Historia nowojorskiej restauracji zaczęła się od braci Delmonico. John (Giovanni) jako pierwszy przybył do Ameryki ze swojego rodzinnego Mairengo, usytułowanego na najbardziej wysuniętym na południe obszarze Szwajcarii. Założył biznes winiarski w Nowym Jorku. W 1826 roku dołączył do biznesu jego brat Peter (Pietro), cukiernik. Dwaj bracia wykorzystali zaoszczędzone 20 000 dolarów

w złotych monetach, i założyli kawiarnię i cukiernię przy 23 Williams Street. W małym sklepie sprzedawano klasycznie przygotowane wypieki, wyśmienitą kawę i czekoladę, cukierki, wina i likiery oraz kubańskie cygara. Takich miejsc jak nowojorska kawiarnia Delmonico było wówczas bardzo mało. Istniały tawerny, zajazdy, hotelowe jadłodajnie, gdzie serwowano danie dnia za ustaloną cenę

i w ustalonym czasie serwowania posiłków. NIE BYŁO RESTAURACJI, a liczba europejskich gości rosła szybko...

Bracia (dołączył trzeci - Lorenzo) Delmonico postanowili otworzyć pierwszą nowojorską restaurację a'la carte przy 25 South William Street. Zaczęto od małego pokoju obok ich kawiarni, by rok później (1830 rok) wynająć piętrowy budynek z ozdobnymi żelaznymi balkonami i marmurowym portykiem wejściowym z czterema kolumnami, rzekomo pochodzącymi z drzwi pompejańskiej willi. Preferowano kuchnię francuską, nakryto obrusami stoły i wydrukowano menu w języku francuskim z angielskim tłumaczeniem, zaprojektowane przez pierwszego szefa kuchni, Charlesa Ranhofer'a. Mieli też pierwsze osobne menu z listą win! Trzy lata później kupili farmę o powierzchni 220 akrów w dzisiejszym Williamsburg na Brooklynie, aby uprawiać produkty dla restauracji. Hodowali wiele warzyw (na przykład karczochy), które nie były dostępne w Ameryce, i serwowali je swoim gościom, prokurując nowe, nieznane wówczas dania. Tam powstał stek Delmonico, znany do dzisiaj, Lobster Newberg, ziemniaki Delmonico, jajka po benedyktyńsku, Manhattan Clam Chowder, czy deser "pieczona Alaska" (lody zapiekane w cieście). 

Lobster Newberg pojawił się w menu w 1876 roku po tym, jak szef kuchni Charles Ranhofer „przejął” danie Lobster a la Wenberg, pierwotnie stworzone przez kapitana morskiego i bywalca Delmonico, Bena Wenberga.

Na przestrzeni lat zmieniali się właściciele, dochodziły lokalizacje i obecna restauracja Delmonico's nie ma żadnego związku

z oryginałem poza nazwą i luksusową lokalizacją, która wiernie oddaje stonowaną wielkość minionej epoki.

Obecni właściciele, firma Ocinomled Ltd., od 2012 roku rozszerzali działalność o kolejne lokalizacje (również w innych stanach), ale stary lokal przy William Street (nowy adres 56 Beaver Street, ale to samo miejsce) nadal serwuje niektóre z kultowych dań, światowy debiut w tej piętrowej instytucji sprzed blisko 200 lat.

Współcześni szefowie kuchni twierdzą, iż: „Delmonico's Steak, to nasze popisowe ribeye. Stek nigdy nie wyjdzie z mody. Jest to potrawa, z którą ludzie są bardzo dobrze zaznajomieni i z którą czują się komfortowo”. Faktycznie, starają się utrzymać recepturę braci Delmonico, łącznie z sosem do steku. Dodają: Ludzie nie jedzą tak, jak kiedyś. Są bardziej świadomi zdrowia i lepiej wykształceni

w kwestii tego, skąd pochodzi ich żywność. Delmonico's była pierwszą restauracją oferującą posiłki „z pola na stół”. To był ich pomysł. Dzisiaj kontynuujemy te standardy i mamy lokalnych dostawców. Znamy naszych rolników, naszych rybaków (...)"

Delmonico's była pierwszą restauracją, która została zrecenzowana przez New York Times w 1859 roku. „Żaden gość z Anglii (...) nie był nigdy lepiej obsłużony, i w tak dobrym stylu, jak w prywatnym pokoju w Delmonico's. Polecamy. Będzie genialnie, kelnerzy będą zwinni, pachnący i w białych rękawiczkach, naczynia będą ściśle według reguł, a wina będą podawane z precyzją zegarka, który został należycie nakręcony.”

Podobno pierwsze menu restauracji zawierało takie rzeczy jak wątróbka z bekonem, wołowy lub barani gulasz, jajka po benedyktyńsku na szynce oraz corned beef z kapustą. „Regularny obiad” kosztował 12 centów.

Jakość i elegancja przyciągała tłumy gości, wśród których można było spotkać wiele osobistości czy literackich bądź aktorskich sław (Abraham Lincoln, Franklin D. Roosevelt). 

Mark Twain świętował swoje 70. urodziny w Delmonico's, jedząc kolację z panią Woodrow Wilson, Dorothy Canfield i swoim siostrzeńcem Samuelem E. Moffettem. W dawnych czasach kobiety mogły jadać w Delmonico's, ale - jak w wielu ówczesnych restauracjach - tylko wówczas, gdy towarzyszyli im mężczyźni. Specjalne jadalnie tylko dla kobiet były jedynymi miejscami, w których kobiety mogły wspólnie spożywać posiłki bez męskiej „przyzwoitki”.

"Delmonico's" była i jest synonimem jakości i wyśmienitego wyczucia smaków. Wiele z tych dań z pewnością można przygotować

w domowej kuchni i zyskać uznanie biesiadników. Jednak wizyta w nowojorskiej restauracji z TAKĄ tradycją robi ogromne wrażenie. Przywrócono jej dawną świetność, oferując wystawne, okazałe pokoje, wyłożone ciemnym drewnem, kuszące bogatym obiciem, dostojnymi żyrandolami i udrapowanymi stołami w przepych z białego płótna.

Bracia Delmonico stworzyli:

  • pierwszą "jadłodajnię" noszącą francuską nazwę „Restauracja”.

  • pierwszą restaurację z drukowanym menu

  • pierwszą restaurację z oddzielną kartą win

  • pierwszą restaurację z białymi obrusami

  • pierwszą restaurację oferującą prywatne sale restauracyjne

  • pierwszą restaurację na bal lub galę poza prywatną rezydencją

  • pierwszą restaurację z przestrzenią do gromadzenia się w grupie 

  • pierwszą restaurację z renomowanym szefem kuchni

  • pierwszą restaurację, która zatrudniła kobietę-kasjerkę

  • pierwszy stek i ziemniaki Delmonico

  • pierwsze danie, znane obecnie w światowych kulinariach - jajka po benedyktyńsku 

STEK DELMONICO

DELMONICO STEAK

Ostatecznie stek Delmonico jest tyleż mitem, co specyficznym kawałkiem steku. Jeśli jest to gruby, dobrej jakości stek z żeberka lub krótki schab, można nazwać go Delmonico. W menu restauracji Delmonico's stek to ribeye bez kości.

SOS DO STEKÓW DELMONICO

STEAK SAUCE DELMONICO

(od roku 2004 - patent Delmonico's, stąd drobne zmiany w przepisie)

SKŁADNIKI

1 1/2 łyżeczki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia

2 ząbki czosnku, posiekać

1 mała biała cebula, posiekać i sparzyć (przelać na sitku gorącą wodą)

1/4 szklanki wytrawnej sherry do gotowania

1 szklanka sosu pomidorowego w puszce

1 łyżka sosu Worcestershire

Czarny pieprz


PRZYGOTOWANIE
W rondelku rozgrzać oliwę, dodać czosnek i cebulę, smażyć około 5 minut (cebula powinna być miękka). W cebulę wmieszać sherry, dodać sosy, doprawić pieprzem, wymieszać, podgrzać (nie gotować). Podawać ze stekiem, mocno ciepły.  

ZIEMNIAKI W STYLU DELMONICO

POTATOES IN DELMONICO STYLE

Ten dodatek do steków (do tak zacnego mięsa nie podaje się ziemniaków pieczonych w całości !) przygotowywany jest z tłuczonych ziemniaków, sera, masła, bułki tartej.

Ziemniaki ugotować, potłuc specjalną łopatką lub przecisnąć przez praskę, wymieszać

z 1 łyżką masła, wyłożyć do żaroodpornego naczynia. Całość posypać ulubionym tartym serem, polać bułką tartą wymieszaną z roztopionym masłem i zapiec na złoty kolor. Podawać na parze, by utrzymały odpowiednią temperaturę.

ZIEMNIAKI DELMONICO 

DELMONICO POTATOES

SKŁADNIKI:

750 gram ulubionych ziemniaków 
1/2 szklanki 1% mleka 
1/2 szklanki śmietanki 36% (whipping cream)
1 płaska łyżeczka soli 
1 płaska łyżeczka gorczycy w proszku
po dużej szczypcie pieprzu i gałki muszkatołowej
1 szklanka posiekanego ostrego sera cheddar
3 łyżki masła (podzielone na 6 plastrów)
Czerwona papryka w proszku

delmonico stek
delmonico stek 1
chicken ala king
delmonico potatoes

PRZYGOTOWANIE:

- Naczynie żaroodporne obficie posmarować masłem.
- Ziemniaki obrać, umyć, zetrzeć na tarce o dużych oczkach, lekko odcisnąć z soku, wyłożyć do wcześniej przygotowanego naczynia, przykryć ściereczką i odstawić na bok.
- W małym rondelku wymieszać: mleko, śmietanę, sól, gorczycę, pieprz, gałkę muszkatołową. Mieszając, podgrzewać do wrzenia, ale nie gotować. Dodać ser cheddar; ponownie podgrzewać do rozpuszczenia sera. Często mieszać (nie przypalić!)
- Gorącą mieszanką serową zalać ziemniaki, ostudzić. Na wierzch wyłożyć masło w plastrach, posypać papryką (ilość i moc papryki zależnie od preferencji smakowych). Można też masło rozpuścić i wymieszać z bułką tartą, po czym wylać całość równomiernie na ziemniaki i posypać papryką. Każdy sposób jest smaczny.
- Naczynie z ziemniakami szczelnie przykryć folią i wstawić do lodówki na dwanaście godzin lub całą noc.
- Wyjąć z lodówki pół godziny przed pieczeniem, by danie nabrało temperatury pokojowej, rozgrzać piekarnik do 350°F (180°C). Piec bez przykrycia 45 minut, do zazłocenia się powierzchni.

 

KURCZAK PO KRÓLEWSKU

CHICKEN A'LA KEENE/CHICKEN A'LA KING

Powstał w lata 80. XIX wieku, honorując sen na jawie (!) dobrze sytuowanego Foxhall P. Keene, syna hodowcy koni i maklera z Wall Street, Jamesa R. Keene'a (znany jako "Srebrny lis z Wall Street"). Foxhall śnił o sosie śmietanowym z dodatkiem pimento (odmiana papryczki chili). 

Szef kuchni przygotował danie i nazwał je Chicken a’ la Keene, które później przekształciło się w bardziej królewsko brzmiące Chicken a’la King. To łatwy do przygotowania posiłek, znakomicie łączący się z wieloma dodatkami: tostami, ryżem czy makaronem,

a wykorzystać w nim można ugotowane piersi kurczaka, indyka, czy grillowane mięso z kurczaka. 

SKŁADNIKI
5 łyżek masła
4 do 8 uncji pokrojonych w plasterki świeżych grzybów (pieczarki lub portobello)
1/4 szklanki posiekanej zielonej papryki
1/4 szklanki posiekanego szczypioru / słodkiej cebuli
1/3 szklanki mąki 
3/4 łyżeczki soli
1/8 łyżeczki pieprzu
1 1/2 szklanki śmietany, mleka lub half and half
1 do 1 1/2 szklanki bulionu z kurczaka
3 szklanki ugotowanego kurczaka pokrojonego w kostkę
1/4 szklanki posiekanego pimento

1/4 szklanki zielonego groszku z puszki lub gotowanego na parze (opcjonalnie)

1/4 szklanki drobno pokrojonej marchewki gotowanej na parze (opcjonalnie)
posiekana świeża pietruszka (opcjonalnie)

 

PRZYGOTOWANIE
- W dużym rondlu roztopić masło, dodać pokrojone grzyby, zieloną paprykę i zieloną cebulę,smażyć przez około 5 minut lub do momentu, aż warzywa zmiękną i większość płynu 
z grzybów wyparuje.

- Do mieszanki dodać mąkę, sól i pieprz, gotować - mieszając, przez 2 minuty. Stopniowo dodawać mleko, śmietanę lub half and half wraz z 1 szklanką bulionu z kurczaka, cały czas mieszając.

- Kontynuuować gotowanie na małym  ogniu, mieszając, aż mieszanina będzie gorąca i zgęstnieje.

W razie potrzeby dodać więcej bulionu z kurczaka.

- Dodać pokrojonego w kostkę kurczaka, pimento i podgrzać przed serwowaniem. W razie potrzeby posypać każdą porcję posiekaną natką pietruszki.

- Podawać na tostowanym chlebie, ryżu, makaronie lub kaszy.

/ w kolejnym wydaniu pakamery.polonia:

 październik '23 (14)

Dziękujemy i zapraszamy ponownie...

W wydaniu październikowym:

- V Kongres Teatru Polskiego w Chicago

- teatralne wspomnienia Bogdana Łańko

- znakomity portret kompozytorki Marty Ptaszyńskiej

- polonijny kalejdoskop

- historia bułek z dziurką, czyli popularnych amerykańskich bagels

i wiele więcej...

Miłej lektury!

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page