prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com

miesięcznik społeczno-kulturalny
listopad 2023 / 11 (15)

SPIS TREŚCI
pakamera.polonia / listopad '23 (15)
świat, ludzie, obyczaje
prawie jednym zdaniem... redakcja
Polonijny kalejdoskop
Listy na wyczerpanym papierze Anna Czerwińska
Ameryka w obiektywie Marka Wieczorka redakcja
Matthew Perry nie żyje. W serialu "Przyjaciele" rozśmieszał widzów do łez... fragment autobiografii
Nie poprawiam świata, tylko za małe marynarki Juliusz Ćwieluch
przyroda - Brązowa rzeka Konga
kultura
Być sobą = być kimś Ewa Uszpolewicz
Pięć rzeczy, których możecie nie wiedzieć o George'u Orwellu, a warto... Małgorzata I. Niemczyńska
King pisze o tym, co sam zna... Marta Górna
inspiracje
Aruba - wyspa szczęśliwa Stanislaw Błaszczyna
Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody? Ewa Nowak
Jacek Nieżychowski i jego ziemiańska kuchnia (tort cebulowy z sosem sojowym) redakcja
Z książką ciekawiej Wojtek Strózik
Od redakcji
Zaszeleściło ponownie nostalgią, zadumą I złotymi liśćmi… Listopad. Miesiąc szczególny. Wspomnieniowy z łezką w oku, ale i radością – niepodległościową.
To też czas gorących dyskusji powyborczych, poszukiwań tego, co najbardziej prawdziwe (ile mamy prawd?!), właściwe, uczciwe… A wszystko to ubarwione jesienią, która chociaż na chwilę zatrzymuje gorące niekiedy kłótnie …
Świata nie poprawimy, jak powiedział w rozmowie mistrz krawiecki, Sebastian Żukowski, parający się schyłkowym zawodem. Czyż mamy chadzać w korporacyjnych „mundurkach”, a tym samym pozbyć się wyrażania siebie?!
Być sobą to przede wszystkim być kimś. Mieć odwagę wyłamania się z narzuconych schematów, żyć własnym życiem i upodobaniami (nie mylić z anarchią i brakiem szacunku dla zasad międzyludzkich). Wprawdzie nie każdego stać na taką odwagę, ale warto próbować, o czym opowiada Voytek Glinkowski. Pozostając w kręgu osobowości, niekiedy smutnych (zaskakujące odejście Matthew Perry’ego, po walce z demonami), przyglądajmy się światu z radością, akceptacją, podglądaniem uroków przyrody, uczeniu wrażliwości siebie i nasze dzieci. (baśniolandia, pakamera dzieciom…)
Dobra lektura, film (a tych w bieżącym miesiącu obfitość wielka, bowiem to czas chicagowskiego przeglądu filmu polskiego), teatr (Teatr Polonia i „Dziady” Adama Mickiewicza), ciekawa wystawa, sport, spacery – to wiedza
i działania w obronie własnej osobowości i rozwoju empatii, rozsiewanej wokół. Mało od nas zależy,
a jednocześnie… jakże dużo. I za to winniśmy dziękować podczas rodzinnych obiadów "thanksgivingowych".
My dziękujemy wcześniej... wszystkim subskrybentom za zaufanie, przyszlym darczyńcom za wsparcie
naszego miesięcznika, autorom za trud i chęć współpracy, Czytelnikom za życzliwość, uwagę i listy, których Paulina dostała już sporo, ale nie wszystkie możemy publikować.
Happy Thanksgiving
prawie jednym zdaniem...
Listopad 2023
W październiku 1929 roku na dachu nowojorskiego drapacza chmur budowanego dla koncernu samochodowego Chrysler zamontowano 60-metrową iglicę. Dzięki niej Chrysler Building stał się najwyższym budynkiem na świecie. Wybudowany w stylu art déco na Manhattanie i mierzący 318,9 m wieżowiec został otwarty 27 maja 1930 r., ale palmą pierwszeństwa jego właściciele oraz architekt William van Alen cieszyli się krótko, bo już w 1931 roku w Nowym Jorku powstał Empire State Building mający wraz z iglicą
443,2 m (381 m do dachu). Chrysler Building od dawna nie należy do Chryslera, ale zachował swoją nazwę - w tej chwili jest trzecim najwyższym wieżowcem w Nowym Jorku,
a w rankingu światowym zajmuje miejsce 26.
Pierwszy bankomat zaprojektował w 1939 roku Luther
G. Simjian, Amerykanin pochodzenia ormiańskiego, chociaż prototyp udało mu się wybudować 21 lat później. Urządzenie o nazwie bankograph zostało wykonane dla City Bank of New York (Citibank) i zainstalowane w 1961 roku w Nowym Jorku. Już po pół roku zdemontowano je - klientom nie podobało się, że używają go do składania depozytów chcący uniknąć identyfikacji hazardziści i prostytutki. Niezależnie od Simjiana bankomat wynalazł też Szkot John Shepherd-Barron, a jego maszyna stanęła 27 czerwca 1967 roku w londyńskim Enfield Town w banku Barclays. Wypłata pieniędzy odbywała się za pomocą papierowego czeku pokrytego radioaktywnym węglem-14 i wprowadzanego do wnętrza urządzenia. Maszyna odczytywała dane na czeku i wypłacała pieniądze.
Wycieczka na Antarktydę to wyjątkowa, droga, ale - przynajmniej w teorii - dostępna dla wszystkich przyjemność. Co innego, gdyby ktoś miał życzenie zostać na Antarktydzie na dłużej i na przykład podjąć pracę. Jednym z podstawowych wymogów, które musi spełnić kandydat, jest przejście zabiegów usunięcia zębów mądrości oraz wyrostka robaczkowego. Wszystko po to, by mieć pewność, że ani jedne ani drugie nie zaczną sprawiać kłopotów na miejscu, gdzie uzyskanie należytej pomocy medycznej jest niemożliwe.
Kameleon Brookesia micra, to uroczy, a zarazem mikroskopijny stworek, bo jego długość osiąga łącznie
z ogonem zaledwie 30 mm! Zwierzątko, pochodzące
z Madagaskaru odkryte zostało między 2003 a 2007 rokiem,
a formalnie opisano go w 2012 roku. Oprócz zaskakującego rozmiaru, jaszczurka ta nie różni się zbytnio od innych kameleonów – gad potrafi poruszać swoimi oczami niezależnie od siebie, dzięki czemu nie musi obracać głową, by doskonale widzieć wszystko, co dzieje się wokół niego. Zwierzaczek odbiera również światło ultrafioletowe.
Ojmiakon to wieś w Jakucji, zwana często biegunem zimna, zlokalizowana w północno-wschodniej Rosji. Temperatury dochodzą tutaj do -70℃ – jest tu tak zimno, że zamarza nawet alkohol. Pomimo niewielu współczesnych udogodnień dostępnych we wsi, w tym, zdawałoby się, niemożliwym do zamieszkania miejscu, na stałe żyje ok. 500 Syberyjczyków. Codzienne obowiązki obejmują tutaj pasanie reniferów, polowanie i rybołówstwo. Miejsce to zaczyna powoli przyciągać także turystów, którym niestraszne są surowe warunki.
Henry Winstanley był XVII-wiecznym, angielskim inżynierem
i wynalazcą, który zbudował między innymi Matematyczny Teatr Wodny, będący atrakcją turystyczną, która łączyła
w sobie fajerwerki, fontanny, automaty i mechanizmy serwujące odwiedzającym napoje. Jednak wynalazkiem, który przyniósł mu zgubę, była zaprojektowana i wybudowana przez niego latarnia morska. Po tym, jak pięć jego statków rozbiło się w pewnym skalistym miejscu, wpadł na pomysł, by zbudować latarnię, która będzie oznaczać niebezpieczne skały i tym samym chronić żeglujących. Budowla miała wysokość 35 metrów, a w środku niej paliło się 60 świec. Wynalazek spełniał swoją funkcję aż do burzy z 26 listopada 1703 roku, która była jedną z największych nawałnic w historii Wielkiej Brytanii. Silne wiatry i fale porwały latarnię
z Winstanleyem w środku. Ani latarni, ani jej konstruktora nigdy nie odnaleziono.
Po raz pięćdziesiąty dziewiąty mieliśmy okazję zapoznania się ze światową kinematografią podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago, najdłużej działającego tego typu festiwalu w Ameryce Północnej. Dramaty, thrillery, komedie, filmy dokumentalne pokazano w różnych chicagowskich kinach i wirtualnie, opatrując je anglojęzycznymi napisami.
Poszukując tego, co najlepsze w kinie międzynarodowym, Festiwal odkrywał nowe talenty. Umożliwił też pokazy filmów z różnych powodów niedostępnych w kinach chicagowskich. Przez lata Festiwal sprowadził do Chicago między innymi nowych reżyserów kreatywnych, takich jak Martin Scorsese, Wim Wenders, Bertrand Tavernier, Margarethe von Trotta
i Krzysztof Kieślowski. Festiwal poświęcony jest także prezentacji filmów zrealizowanych przez twórców z całego stanu Illinois.
Podczas tegorocznego maratonu filmowego pokazano również produkcję w reżyserii Agnieszki Holland „Zielona granica”, która została zauważona nie tylko przez publiczność polonijną, ale również amerykańską i jury. Film Agnieszki Holland otrzymał nagrodę publiczności za najlepszy film międzynarodowy. Gratulujemy! Nie wykluczone, że reżyserka pojawi się na chicagowskim Festiwalu Filmu Polskiego; film zostanie zaprezentowany publiczności polonijnej na zakończenie Polish Film Festival, 19 listopada. Biletów (niestety) już brak! Na razie nie mamy informacji
o dodatkowych projekcjach. (redakcja)
Wielu widzów lubi podczas oglądania filmu mieć coś
w rękach, a najlepiej, jeśli są to przekąski. Być może doświadczyliście wiele razy sytuacji, kiedy ktoś urządzał sobie na sali kinowej bufet i niekoniecznie były to przysmaki oferowane przez kinowy bar. Byłem wielokrotnie świadkiem sytuacji, kiedy to pomieszczenie zmieniało się w knajpę serwującą fast foody. Zdarzało się też łupanie słonecznika, orzechów, a raz nawet widziałem mężczyznę jedzącego... bigos. Pomijam efekty dźwiękowe, które szczególnie irytują
w przypadku chipsów, ale też zapach utrudnia oglądanie filmu. Zwłaszcza jeśli sami zapomnimy przed wyjściem zjeść obiad lub kolację.
Dustin Hoffman zasłynął ze swojego sposobu aktorstwa, który polega na całkowitym zanurzaniu się w graną postać. Aktorzy „metodyczni” starają się jak najmniej udawać, a jak najwięcej przeżywać prawdziwe emocje postaci. Podobno Hoffman przed ujęciami do Małego wielkiego człowieka, w których odtwarzał stulatka, spędzał kilka godzin w przebieralni, krzycząc na cały głos i zdzierając sobie gardło. Tylko w ten sposób był w stanie oddać sposób mowy stuletniego człowieka.
Warto zwrócić uwagę na pingwiny. Te eleganckie ptaki oświadczają się swojej partnerce podobnie jak ludzie. Różnica jest taka, że my dajemy naszej wybrance pierścionek zaręczynowy, który stanowi symbol naszej miłości, natomiast pingwiny ofiarowują ukochanej… kamyk. Wybrany okaz musi być ładny, gładki, duży i błyszczący, tak, by wydawał się jak najbardziej atrakcyjny dla tej, która go przyjmie. Cóż, podobnie bywa z pierścionkami, prawda? Bo samica pingwina, podobnie jak kobieta, może też odrzucić oświadczyny, jeśli kandydat się nie postara. Gdyby natomiast podarek jej się spodobał, wyrazi swoje „tak” poprzez włożenie go do gniazda.
Można opowiadać o różnych atrakcjach w San Francisco,
a i tak najbardziej rozpoznawalnym obiektem w mieście pozostaje most przewieszony nad cieśniną o tej samej nazwie. Golden Gate miesięcznie pokonuje 3,5 miliona samochodów i już sama przejażdżka stanowi dla wielu niezapomniane przeżycie. Obowiązkowy przystanek na zdjęcie z widokiem i można ruszać dalej… Niewiele brakowało jednak, a wszystkie zdjęcia z Golden Gate wyglądałyby zupełnie inaczej.
Chodzi o to, że pierwotnie most miał być pomalowany
w żółto-czarne pasy, by łatwiej dostrzegali go kapitanowie przepływających statków. Ostatecznie okazało się jednak, że pomarańczowy kolor zapewnia lepszą widoczność we mgle… i tak już zostało.
Co jest obecnie największą atrakcją brytyjskiej stolicy? Zdania są mocno podzielone. Pewne jest natomiast co innego – że pierwszeństwo w tej kategorii mocno zmieniło się od XVIII wieku. Wówczas za jedną z „najgorętszych” atrakcji uchodził… Bethlem Royal Hospital, psychiatryk znany jako Bedlam, będący zresztą inspiracją niejednego horroru. Zanim stał się prawdziwym szpitalem, służył jako miejsce izolacji obłąkanych. A przy okazji też osobliwy cyrk. Za jednego pensa można było do woli naoglądać się szaleńców. Jak zaś przystało na szanujące się muzeum, we wtorki wejście było bezpłatne.
Po premierze filmu Disneya "Księżniczka i żaba" w Stanach Zjednoczonych 50 dzieci zatruło się salmonellą po pocałowaniu żaby. Naprawdę? A gdzie byli rodzice?
Zdarzało się, rzadko bo rzadko, że ktoś nieświadom sprawy szedł do teatru dobrowolnie i kupował bilet. Tak zdarzyło się kiedyś w warszawskim Ateneum. Na widowni siedzieli sami pracownicy teatru, nie liczą pary, która kupiła bilety. Po pierwszym akcie do dyrektora Janusza Warmińskiego podszedł nieśmiało jego zastępca, bardzo smutny.
– No i co tam? – zapytał Warmiński.
– Tych dwoje, co kupiło bilety już sobie poszło. To nie wiem, czy mamy dalej grać dla samych swoich?
– Gramy, ale powiem aktorom, żeby grali szybciej – podjął decyzję dyrektor Warmiński.
Jeśli zwiedzanie miasta w weekend brzmi jak ciekawe wyzwanie, może warto spróbować przejść cały kraj w ciągu
jednego dnia? Niewielki, ale niezwykle piękny Liechtenstein rozciąga się jedyne 25 kilometrów z północy na południe
i zaledwie 4 kilometry ze wschodu na zachód, dlatego bez względu na kierunek, przejście przez cały kraj nie zajmie więcej niż jeden dzień. Jest jednak mały haczyk – kraj ten położony jest w samym sercu Alp i podczas wędrówki można napotkać dość znaczne różnice wysokości terenu.
W filmie „Ojciec Chrzestny” ani razu nie padło słowo „mafia”.
Przedstawiciele włoskiej mniejszości w USA zabronili twórcom filmu użycia słowa „mafia” oraz innych wyrażeń opisujących gangsterów.
Obecnie około 50 tysięcy Mongołów nosi nazwisko słynnego wodza Chin, Czyngis Chana. Badacze uważają, że na świecie żyje około 17 milionów bezpośrednich potomków średniowiecznego władcy Chin, wśród których mogą być również członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej.
Koncertowy film Taylor Swift "The Eras Tour" zarobił w pierwszy weekend 130 milionów dolarów.
W samych Stanach - około 96 milionów.
Tańce między rzędami kinowych foteli, chóralne śpiewy, stroje inspirowane kolejnymi „erami" w karierze największej obecnie muzycznej światowej gwiazdy, selfie solo i grupowe. Takie widoki dominowały w amerykańskich kinach w mijający weekend.
Wszystko za sprawą premiery koncertowego filmu „Taylor Swift: The Eras Tour" zmontowanego z materiałów z trzech występów, które Swift dała w sierpniu w kalifornijskim Inglewood podczas swojej bijącej rekordy trasy koncertowej „The Eras Tour".
Film wyreżyserowany przez Sama Wrencha, specjalistę od tego typu produkcji, który ma na koncie między innymi koncertowe filmy Billie Eilish czy Blur, już mogą oglądać widzowie na całym świecie. I ci, którzy już na koncertach Amerykanki byli, i ci, którzy nie mogą się ich już doczekać. Tych pierwszych najwięcej jest w USA i to właśnie tam film Swift zarobił w weekend, według wyliczeń przedstawionych przez serwis Deadline.com, między 95 a 97 mln dolarów.
Swift, tworząc swój koncertowy film, zdecydowała się na nietypowy ruch – przy produkcji i dystrybucji całkowicie pominęła wielkie hollywoodzkie studia. Dzięki temu pierwszemu dostała zgodę wciąż strajkującego związku zawodowego aktorów SAG-AFTRA na nakręcenie filmu. Dzięki temu drugiemu wsparła amerykańskie kina, cierpiące
z powodu strajków i przesuniętych premier potencjalnych filmowych hitów, w tym drugiej części „Diuny".
Jak głoszą przecieki, bezpośrednia umowa artystki z siecią kin AMC zakłada, że kina zatrzymają 43 procent przychodów
z biletów, a ona i firma dystrybucyjna AMC podzielą się pozostałymi 57 procent (przy czym sama Swift dostanie aż połowę całkowitej kwoty).
W ślady młodszej koleżanki poszła druga wielka amerykańska gwiazda. Beyonce 1 października ogłosiła, że jej koncertowy film z trasy „Renaissance World Tour" również trafi do kin. Beyonce podpisała podobną do Swift umowę, także pomijając Hollywood. Premiera „Renaissance: A Film by Beyoncé" zaplanowana jest w USA na 1 grudnia. Zainteresowanie jest jednak zdecydowanie mniejsze niż koncertem Swift. Pierwszego dnia przedsprzedaży widzowie kupili bilety za mniej więcej 7 mln dolarów. Swift pierwszego dnia sprzedała ich za rekordowe 37 mln dolarów.
A to zapewne nie będzie jej ostatni rekord tej jesieni.
27 października ukazał się nagrany przez nią ponownie album "1989 (Taylor's Version)", jedna z najważniejszych płyt w jej karierze. I znów zapewne trafi na listy przebojów, dziewięć lat po premierze, sprawiając, że Taylor Swift stanie się w świecie rozrywki wszechobecna. (Wyborcza)
/ polonijny kalejdoskop
listopad '23 (15)
Ameryka w obiektywie Marka Wieczorka
Marek Wieczorek, wielbiciel literatury wszelkiej, szczególnie Ernesta Hemingway'a, jeżdżąc truckiem po Ameryce od trzydziestu lat fotografuje między innymi nietypowe skrzynki pocztowe (obiecał nam pokazać je niebawem) i... dynie, wystawiane w okresie jesiennym wokół domów / na festiwalach / pokazach. Zobaczcie, jak je rzeźbiono / dekorowano w tym roku!








/ polonijny kalejdoskop
listopad '23 (15)
"Małe zbrodnie małżeńskie"
i coraz ciekawszy Teatr przy stoliku imienia Alicji Szymankiewicz
Takie sztuki teatralne lubię – refleksyjne, mądre, pozostające na długo w pamięci.
„Małe zbrodnie małżeńskie” Erica-Emmanuela Schmitta to dramat z elementami komediowymi, ale jakże treściwy… W krótkim czasie Julitta Mroczkowska-Brecher/Lisa i Bogdan Łańko/Gilles przedstawili nam całą gamę uczuć – miłości, żalu, rozczarowania, przebaczenia, przywiązania, namiętności... Czyli emocje jakie towarzyszą w życiu każdemu.
Lisa i Giless to małżeństwo z 15- letnim stażem. Dzięki sprytnej intrydze odkrywają oni na nowo siebie i swój związek. Na wierzch wychodzą zamiatane do tej pory pod dywan urazy, pretensje, krzywdy jakie czynią sobie wzajemnie. Cały wydźwięk utworu jest głęboki, mówi on o szukaniu prawdy o sobie, o szczerości wobec współmałżonka, poświęceniu i akceptacji. Lecz dzięki zabawnym dialogom i ciętym ripostom pary bohaterów sztukę ogląda się z zainteresowaniem, często uśmiechając się nawet do własnych wspomnień…
Aktorzy dali popis swoich umiejętności i okazało się, że nawet czytając tekst (odpowiednio przygotowany) można go przedstawić
w sposób interesujący. Wprowadzony ruch i drobne elementy charakteryzacji czy scenografii znakomicie urozmaiciły przedstawienie, w którym biorą udział tylko dwie osoby, a cała historia rozgrywa się w jednym pokoju i jednego wieczoru. Można? Można! Oby tak dalej…
Treści sztuki nie zdradzę. Mam nadzieję, że Teatr przy stoliku zaprezentuje ją ponownie. Gorąco polecam! Oto kilka cytatów z tej sztuki, autorstwa Erica-Emmanuela Schmitta (ac):
„Nie jest rozsądne długo kochać, kochać bez przerwy to czyste szaleństwo. Rozum nakazuje kochać tak długo, jak to jest przyjemne.”
„Co to znaczy kochać mężczyznę? To znaczy kochać go na przekór sobie, na przekór niemu, na przekór całemu światu. To znaczy kochać go w sposób, na który nikt nie ma wpływu”.
„Pesymizm to przywilej człowieka, który myśli”.
"Małe zbrodnie małżeńskie"
22 października 2023
Art Gallery Kafe
Obsada:
Julitta Mroczkowska-Brecher / Lisa
Bogdan Łańko/ Gilles
Monika Kulas / opracowanie muzyczne
/ polonijny kalejdoskop
listopad '23 (15)
Listy na wyczerpanym papierze...
„Życie ma swoje wybryki – i to jest cały jego wdzięk” – pisała Agnieszka Osiecka już jako nastolatka w pamiętniku. Może właśnie dlatego – dzięki intensywnemu życiu – była tak dobrą poetką i wnikliwą psycholożką, wszak pisała o każdym z nas, pisząc o sobie. To dar niezwykły…
„Pamiętaj, kogo bierzesz – kundla, włóczęgę” – Agnieszka Osiecka ostrzegała Jeremiego Przyborę w 1964 roku. Miała 28 lat i była po rozwodzie z producentem Wojciechem Frykowskim. Przybora był starszy o 21 lat, tkwił w nieudanym drugim małżeństwie i miał już dwójkę dzieci. „Zakochał się od pierwszego spojrzenia. Wpadł
po uszy. Po jej uszy, które darzył uczuciem szczególnym. Nie ukrywał tego, niczego nie kombinował. Po prostu przytrafiło mu się szczęście i nieszczęście jednocześnie – zakochał się w skomplikowanej dziewczynie. Ona na początku nie bardzo wiedziała,
o co jej chodzi. Uwiodła go z przyzwyczajenia jak niejednego. Znała wszystko, co napisał, wychowała się na jego audycjach radiowych” – napisała Magda Umer we wstępie do „Listów na wyczerpanym papierze”. To zapis tamtej miłości. Jej wszystkich etapów. Od burzliwych narodzin, przez tęsknotę, odurzenie, do śmierci. Są tam listy, telegramy, kartki, zapiski… Dzięki nim możemy wejrzeć w niezwykle intymny, dwuletni romans dwojga zakochanych poetów, którego wynikiem jest jedna z piękniejszych korespondencji miłosnych w polskiej literaturze.
Propozycje pierwszych spotkań, krótkie kartki i nieśmiałe telefony początkowo wychodziły z inicjatywy Jeremiego. To on zabiegał o tę znajomość, Agnieszka traktowała ją raczej z dystansem, zaczęła romansować „na lipę”. Szybko okazało się jednak, że jej taktyka nie działa – po miesiącu wysłała mu w liście piosenkę „O Romeo”. Jeremi nie musiał długo czekać - odwzajemniła uczucie, mocniej w listach, słabiej
w rzeczywistości.
Próba prawdziwego bycia razem, wspólnego mieszkania, uwidoczniła różnice między nimi. On był typem samotnika, miał swoje rytuały, lubił porządek i święty spokój, ona kochała przebywać z ludźmi – gdy on jadł śniadanie, Agnieszka zdążyła już przemknąć przez Krakowskie Przedmieście, kogoś poznać, coś napisać. Zdawali sobie sprawę
z tych różnic, Jeremi znosił wahania nastrojów Agnieszki, ciągłe zmiany decyzji, napięcia, frustracje. Kolejny wyjazd i rozłąka pogłębiła problemy między nimi... Miłość odeszła. On chciał jej częściej i więcej. Ona przepraszała za długie nieobecności
i podróże. Ostrzegała go, że jest wolnym ptakiem, włóczęgą. W końcu wyznania, jak
i uczucia, zgasły.

ANNA CZERWIŃSKA
ZDJĘCIA: KASIA JAROSZ

Wojtek Włoch / Jeremi Przybora
Ewa Figurski / Agnieszka Osiecka
Tą historię miłości krótkiej, acz pięknej i zapisanej w listach, przedstawiła w Chicago grupa zaprzyjaźnionych osób, zafascynowana poetami, ich twórczością i wrażliwością. „Wychowani” na poezji i piosenkach do tekstów Agnieszki Osieckiej i Kabarecie Starszych Panów znakomicie wtopili się w nastroje ich obojga. Wprawdzie Wojtek Włoch/Jeremi Przybora zrezygnował z cylindra i butonierki,
z czego znany był współtwórca Kabaretu (z Jerzym Wasowskim), udało mu się jednak zachować niebanalny dowcip Przybory, przekazując nastroje listów w wyważony, nostalgiczny sposób. Piosenki Agnieszki wyśpiewała znakomita, jak zawsze, Ania Włoch, choć czasem trudno było zrozumieć, o czym śpiewa… Zagłuszał ją akompaniament, za głośny, momentami niepotrzebnie zbyt agresywny. Przyjazna Art Gallery Kafe jest niewielka, a scena – bardzo blisko widowni, o czym nie powinno się zapominać podczas koncertu, a szczególnie akompaniując wykonawcom… Zdecydowanie lepiej słyszalny był Marcin Kowalik w piosence z Kabaretu Starszych Panów.
Ciekawy scenariusz na podstawie książki „Listy na wyczerpanym papierze”, opowiadający (listami) o miłości ludzi skrywających swoje uczucia przed światem, stworzyli Ania i Wojtek Włoch. Reżyserka przedstawienia, Ewa Figurski, wcieliła się jednocześnie
w Agnieszkę Osiecką, którą znała osobiście. A my poznaliśmy podczas czarownego wieczoru Agnieszkę taką, jaką zapamiętała ją Ewa.

Ania Włoch

Marcin Kowalik

Sławomir Bielawiec, Wojtek Włoch , Ania Włoch,
Marcin Kowalik, Ewa Figurski
"Listy na wyczerpanym papierze"
16 października 2023
Art Gallery Kafe
Reżyseria: Ewa Figurski
Scenariusz: Ania i Wojtek Włoch
Obsada:
Ewa Figurski / Agnieszka Osiecka
Wojtek Włoch / Jeremi Przybora
Ania Włoch / śpiew
Marcin Kowalik / śpiew
Sławomir Bielawiec / akompaniament
/ przyroda
listopad '23 (15)
Uważa się, że latem Dolina Śmierci jest najgorętszym miejscem na Ziemi.
Występuje tam klimat subtropikalny, gorący klimat pustynny z długimi, bardzo gorącymi latami, krótkimi, ciepłymi zimami
i niewielkimi opadami.
Najwyższa temperatura powietrza, jaką kiedykolwiek zarejestrowano w Dolinie Śmierci wynosiła 56,7 °C i miała miejsce 10 lipca 1913 roku na ranczu Greenland (obecnie Furnace Creek), co od 2022 roku jest najwyższą temperaturą atmosferyczną zarejestrowaną na powierzchni Ziemi (choć niektórzy współcześni meteorolodzy kwestionują dokładność pomiaru z 1913 roku).
Najwyższa temperatura powierzchni jaką kiedykolwiek zarejestrowano w Dolinie Śmierci wynosiła 93,9 °C i miała miejsce 15 lipca 1972 roku w Furnace Creek. Jest to najwyższa temperatura powierzchni gruntu kiedykolwiek zarejestrowana na Ziemi.
Najniższa temperatura zarejestrowana 2 stycznia 1913 roku na ranczu Furnace Creek w Dolinie Śmierci wynosiła -9°C.
Na klimat Doliny Śmierci silnie wpływa głębokość i kształt doliny.
Dolina jest długim, wąskim basenem schodzącym poniżej poziomu morza, który otoczony jest wysokimi, stromymi pasmami górskimi. Najwyższym pasmem górskim jest pasmo Panamint, tworzące zachodnią ścianę Doliny Śmierci, którego najwyższym szczytem jest Telescope Peak o wysokości 3368 m n.p.m. Pasmo Panamint oddziela od zachodu Dolinę Śmierci od Doliny Palamint,
od wschodu Dolina Śmierci graniczy z pasmem Amargosa. (az)
listopad '23 (15)
/ przyroda

MAGDALENA
SALIK
Wody jednej z rzek w Kotlinie Konga są brązowe jak herbata. Zdaniem naukowców to efekt znajdującej się w nich bardzo dużej ilości rozpuszczonej materii organicznej. Powoduje ona, że Ruki została właśnie uznana za jedną z najciemniejszych rzek świata.
– Byliśmy zaskoczeni kolorem tej rzeki – mówi Travis Drake, badacz z Politechniki Federalnej w Zurychu. Tak wspomina Ruki, dopływ Konga, jedną z największych rzek w Kotlinie Konga. Wody Ruki są tak ciemne, że gdy zanurzy się w niej dłoń, przestaje się ją widzieć.
Zdaniem badaczy Ruki to jedna z najczarniejszych – a być może nawet najciemniejsza rzeka świata. Jej wody są ciemniejsze nawet od Rio Negro, największego lewego dopływu Amazonki. Czemu zawdzięczają swoje wyjątkowe zabarwienie? Według badaczy ogromnym ilościom rozpuszczonej materii organicznej, które trafiają do rzeki z tropikalnej puszczy, przez którą płynie.
Niezbadany dopływ Kongo
Ruki pozostaje słabo poznaną rzeką. Nigdy wcześniej nie była badana przez naukowców. Od lat 30. poprzedniego wieku rejestrowano jedynie zmiany poziomu jej wód. Natomiast nigdy wcześniej nie analizowano jej składu chemicznego.
Tego zdania podjął się międzynarodowy zespół naukowców dopiero w roku 2019. Badacze założyli stację pomiarową w pobliżu miasta Mbandaka. Przez następny rok mierzyli poziom rzeki oraz pobierali próbki jej wody. Analiza tych ostatnich miała wyjaśnić, ile rozpuszczonej materii organicznej znajduje się w Ruki.
Tropikalna herbata
Ruki okazała się bardzo szczególną rzeką. W pobliżu miejsca, gdzie wpływa do Kongo, ma kilometr szerokości. Jej zlewnię porastają pierwotne lasy deszczowe, natomiast wzdłuż jej brzegów ciągną się rozległe torfowiska. Rzeka ma niski stopień nachylenia i mało osadów. Zawiera natomiast ogromne ilości rozpuszczonego węgla organicznego, który zabarwia ją na ciemno.
Skąd ten węgiel bierze się w rzece? Z otaczającej ją puszczy. Jej powierzchnię pokrywa dedrytus, czyli martwe szczątki roślin
i zwierząt, a także ich odchody. Ulewne deszcze wymywają tę bogatą w węgiel, martwą materię organiczną do rzeki. Ale to nie wszystko. W porze deszczowej rzeka wylewa, a jej warstwa stojąca w lasach może mieć nawet ponad metr głębokości. Powódź utrzymuje się tygodniami, po czym woda bardzo powoli wraca do koryta rzeki, zabierając ze sobą rozdrobnione martwe rośliny
i rozkładające się szczątki zwierząt. – Ruki to zasadniczo dżunglowa herbata – mówi Travis Drake.
Rzeka ciemna jak noc
Analizy składu chemicznego wody z Ruki potwierdziły to, co naukowcy spostrzegli na pierwszy rzut oka. – Ten system rzeczny jest jednym z najbogatszych w rozpuszczony węgiel organiczny na świecie – mówi Matti Barthel, współautor pracy o Ruki opublikowanej
w czasopiśmie „Limnology and Oceanography”. W wodzie z Ruki znajduje się cztery razy więcej związków węgla organicznego niż
w Kongo i półtora raza więcej niż w Rio Negro.
I chociaż zlewnia Ruki stanowi tylko jedną dwudziestą Kotliny Konga, aż jedna piąta rozpuszczonego węgla organicznego w rzece Kongo pochodzi właśnie z tego dopływu.
Naukowcy badali też obieg węgla w całej zlewni Ruki. Szczególnie interesowały ich ciągnące się wzdłuż rzeki torfowiska. Są one wielkimi rezerwuarami nierozłożonej materii organicznej, a przez to – węgla. – Torfowiska w Kotlinie Konga zawierają aż 29 mld ton węgla – mówi Barthel.
Kluczowe jest, by nie doszło do ich wysuszenia. Mokre torfowiska są niegroźne: nie emitują dwutlenku węgla. Jednak gdy zaczynają schnąć i się degradują – na przykład w rezultacie poszukiwań zasobów naturalnych i zmiany gospodarki wodnej w okolicy – torf zasiedlają bakterie i grzyby, które bardzo szybko rozkładają składającą się na niego materię organiczną. W rezultacie dochodzi do uwolnienia do atmosfery ogromnych ilości CO2. Na szczęście w zlewni Ruki na razie nic takiego nam nie grozi – badacze ustalili, że tamtejsze torfowiska ciągle mają się dobrze. (opracowanie na podstawie: ETH Zurich, Limnology and Oceanography; National Geographic)
/ rozmowy moda
listopad '23 (15)

Nie poprawiam świata,
tylko za małe marynarki
Ubiór nas obnaża, jest obrazem naszej osobowości, charakteru, nastroju. Opowieścią o nas samych – mówi Sebastian Żukowski, mistrz krawiecki
w rozmowie z Juliuszem Ćwieluchem (wszystkie zdjęcia - domena publiczna)
Juliusz Ćwieluch: Czego dowiadujemy się o ludziach, szyjąc im ubrania?
Sebastian Żukowski: Że każdy ma jakąś wadę.
To znaczy?
Ty masz na przykład figurę z obniżonym ramieniem. Na dodatek chodzisz zgarbiony. Przy takiej budowie ciała marynarka ze sklepu będzie się wydawała źle dopasowana. Gdybyś był moim klientem, to tak modelowałbym formę, żeby jedną stronę marynarki uszyć nieznacznie dłuższą.
Większość ludzi ma jakąś niedoskonałość. Jedni mają krótszą nogę, inni przekrzywiony bark. Pokrzywione kręgosłupy ma
w zasadzie większość. Oczywiście w różnym stopniu. Teraz plagą są wysunięte do przodu biodra. To od telefonów komórkowych.
Co mają biodra do telefonów?
Telefony mają małe wyświetlacze i ludzie się pochylają, żeby lepiej widzieć ekran. Przy komputerze też się garbimy. Ciało, rekompensując zgarbienie w wyższej partii kręgosłupa, wypycha biodra do przodu, żeby zachować równowagę sylwetki. Ludzie mają coraz słabsze mięśnie brzucha, co też nie pomaga. Dlatego moja praca polega głównie na maskowaniu niedoskonałości.
A ja myślałem, że na ubieraniu ludzi.
Ubieranie to wisienka na torcie. Najpierw trzeba pochować brzuchy, wyprostować pogarbione barki, ukryć nieproporcjonalne ręce.
I wiele innych mankamentów. Wszystko ma znaczenie. Jeśli na co dzień chodzisz zgarbiony, to przed lustrem automatycznie się prostujesz i guzik będzie w dobrym miejscu. Ale w czasie chodzenia będzie już za nisko. Krawiectwo to sztuka wydobywania tego, co w człowieku piękne, i ukrywania tego, co niedoskonałe.
Sztuka manipulacji.
Wolę mówić: modelowania.
Modelować można społeczeństwo.
Nasze modelowano chyba zbyt intensywnie. Polak zawsze dawał sobie wejść na głowę. Jak nie zaborcy, to komunistom, jak nie komunistom, to politykom. Czasem mam takie myśli, że głupio się urodziłem. Gdybym mógł wybierać, to chciałbym być Holendrem albo Włochem.
Zawsze możesz się tam przeprowadzić.
To, co mi przeszkadza, siedzi w człowieku od urodzenia. Nie da się przed tym uciec. Jedyne, co można, to próbować to naprawiać. Ja naprawiam wygląd, bo na tym się znam. Kiedyś mi się wydawało, że Polacy wyglądają tak, jak wyglądają, bo ich nie stać na te wszystkie wełny, kaszmiry, kraty księcia Walii i subtelne prążki. Ale po prawie trzydziestu latach w krawiectwie myślę, że to nie jest bieda w portfelu, tylko w głowie. Polacy po prostu wstydzą się dobrze wyglądać, utarło się, że nie wypada, żeby nie drażnić tych gorzej ubranych. To jest jakaś pierwotna obawa, że wygłupią się wyglądem, jakaś wzajemna nieufność.
Niedawno szyłem dwa garnitury dla premiera. Powiedział, że mi zazdrości, bo mogę chodzić w kratach. A on jako polityk nie może pozwolić sobie na ekstrawagancję.
Trzeba było mu powiedzieć, że jakby nie był takim populistą, to mógłby pójść nawet w prążek.
Premier jest za szczupły na prążek.
Nie chodziło mi o prążek, tylko o jego populizm.
Krawiec nie pracuje nad postawą życiową klienta, tylko nad jego sylwetką.


Postawę ma jeszcze bardziej skomplikowaną.
Klientów się nie ocenia, to byłoby nieprofesjonalne. Szyję dla każdego, kto ceni moją pracę. Jakiś czas temu zaprojektowałem
i wykonałem dwa kostiumy do spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego – Anioły w Ameryce.
Podobała ci się sztuka?
Długa. Ponad pięć godzin to grają. Dobrze, że to ja szyłem aktorom garnitury, bo w pierwszej wersji ktoś dobrał żorżetę, przeznaczoną na kostiumy damskie. Uparłem się, żeby to był tradycyjny wełniany tenis. Stanęło na moim. Porządna wełna w Polsce jakoś nie może się przebić, a w krawiectwie to podstawa. Wełnę można wspaniale formować. Jest bardzo wdzięcznym materiałem.
Mnie się długo kojarzyła z gryzącymi sweterkami z dzieciństwa, może inni też tak mają?
Za komuny najlepsza wełna szła na eksport. Na Zachodzie są firmy, które pracują z wełną od pokoleń. O owczym włosiu wiedzą wszystko. U nas co się ktoś nauczył, to go zabili w powstaniu albo pojechał szukać szczęścia za granicą. Mieliśmy wspaniałych żydowskich krawców. I już ich nie ma. Polska nie ma ciągłości. Po wojnie znowu wszystkiego uczyliśmy się niemal od zera. Produkcji wełny pewnie też.
Jakie jest pogłowie małego bydła kopytnego w Polsce na przykładzie owiec? Odpowiedź prawidłowa: pięć milionów sztuk. Miałem to na kartkówce z geografii w 1989 roku.
Czytałem, że teraz jakieś dwieście tysięcy, czyli spadek o ponad 95 procent. Razem z tymi zwierzętami zniknęła też wiedza ludzi, którzy potrafili je hodować. Nastąpiła katastrofa, a w zasadzie nikt jej nie zauważył. Tyle już tych katastrof było, że jedna mniej lub więcej nie robi różnicy.
Nie jestem psychologiem, ale jak słucham, co ludzie opowiadają w czasie przymiarek, to myślę, że okres przełomu gospodarczego strasznie nas przeorał. Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jacy jesteśmy przez to pokrzywieni. To jakiś fenomen, że nasze społeczeństwo tak sprawnie przeskoczyło z jednej rzeczywistości do drugiej. Moja klasa krawiecka była ostatnim rocznikiem. Później edukację krawiecką zlikwidowano. Nie wiem, czy się nie opłacała, czy nie było chętnych, czy taki był trend. Po prostu do następnych klas już nie przyjmowali. Tak jakby krawcy już do niczego nie mieli być potrzebni. Teraz nawet nie ma się od kogo uczyć.
A jest po co? Ministerstwo Pracy uznało krawiectwo za „trwale deficytowe”, bo nie ma chętnych do pracy. Ministerstwo nie dodało, że stawki są na poziomie najniższej krajowej.
W szwalniach zawsze płacili źle. Dlatego ja kształciłem się na mistrza krawieckiego.
To było technikum?
Nie. Poszedłem do zawodówki, bo ja urodziłem się krawcem i tylko to mnie interesowało.
Można się urodzić krawcem?
Lubię tak o sobie myśleć. Każdy człowiek rodzi się z jakimś potencjałem estetycznym. To dlatego dzieci jedne rzeczy chcą zakładać,
a w innych nie chcą chodzić. Ale później się to w nas zabija.
W tobie nie zabili?
Bardzo byłem uparty przy swoim wyborze. W klasie było trzydzieści dziewczyn i na końcu listy ja, jeden chłopak. Szkoła już dogorywała. Nie mieli nawet głowy, żeby zrobić dla mnie oddzielną szatnię na WF. Miało to ten plus, że szybko minęła mi chłopięca nieśmiałość do dziewcząt, bo koleżanki nie były pruderyjne. Nie prosiły, żebym się odwracał przy przebieraniu. W zawodzie krawca ludzkie ciało to coś normalnego.
Puściłbyś własne dziecko do zawodówki?
Nie mam dzieci, ciężko mi gdybać. Dzisiaj już pewnie nie, bo sensem chodzenia do zawodówki były praktyki. Wiedzą ogólną za mocno nas nie obciążali. Ja jeszcze zrobiłem technikum ekonomiczne dla własnego rozwoju. Ale gdy wybierałem szkołę, chodziło mi głównie o praktyki. Krawiectwa nie da się nauczyć z książek, tylko na ludziach, jak leczenia. Ja miałem jeszcze tę szansę. Mam czterdzieści pięć lat i jestem jednym z najmłodszych krawców w Polsce.
Kiedy się zaczął upadek krawiectwa?
Właściwie cały czas go czułem na plecach. Już w trakcie praktyk warsztaty padały i kupowali je jacyś dziwni ludzie z pieniędzmi nie wiadomo skąd. Ale nie mieli pomysłu, co zrobić z tymi kupionymi firmami. Jeszcze przez chwilę toczyło się to jakoś siłą rozpędu,
a w połowie lat 90. po prostu zaczęło upadać. Warsztat, w którym miałem praktyki, kupił gość, którego nigdy nawet na oczy nie widziałem.
I ludzie nie protestowali?
W warsztacie można było dostać burę, jak się zniszczyło fastrygę. Praktyka była taka, że krawiec najpierw coś fastrygował. A później skrupulatnie wyciągał nitkę, żeby jej użyć jeszcze raz, bo wszystkiego brakowało. Tamten stary system musiał upaść. Jakikolwiek inny wydawał się lepszy. Nad upadającymi zakładami nikt nie płakał.
I w takich warunkach można było nauczyć się zawodu?
W takich warunkach można było nauczyć się pracować igłą i nitką.


To ironia?
To podstawa. Jak nie nauczysz się prawidłowo trzymać igły, nie złapiesz techniki pracy z naparstkiem, to nie nabierzesz biegłości
w szyciu. Musisz pracować równo, sztych za sztychem. Szew ręczny nie może być gorszy od maszynowego. Musi być równy jak kreska. Mocny, ale nie za sztywny, bo będzie źle układał materiał. Nauczenie się tego zajęło mi dwa lata.
I to wystarczy?
A wystarczy znać litery, żeby zostać pisarzem? Krawiectwo to sztuka. Skomplikowana, bo trzeba być jednocześnie rzemieślnikiem
i artystą. Technikiem, żeby obliczyć i zaprojektować model. I kreatorem, żeby dobrać materiał, stworzyć strój.
Jakiś czas temu postanowiłem otworzyć warsztat na ludzi spoza branży, którzy chcieli się nauczyć zawodu. Zgłosiło się parę osób. Głównie rozbitkowie po korporacjach, którzy dosyć już mieli mielenia cyferek w komputerach. Pragnęli robić coś namacalnego, pracować własnymi rękoma. Zostawić po sobie jakiś ślad. Niestety, większość od razu chciała zostać wielkimi krawcami albo projektantami. Mieli ochotę iść na skróty, a w krawiectwie tak się nie da. Dlatego teraz na rynku jest więcej projektantów i stylistów niż krawców. Każdy ma wizję, tylko nie ma komu szyć.
Skoro w zawodówce nauczyłeś się trzymać igłę, to gdzie nauczyłeś się reszty?
Miałem to szczęście, że jestem z Trójmiasta. A tam zawsze była tradycja dobrego ubierania się. Marynarze przywozili fajne ciuchy
i dobre materiały. Jak ktoś chciał się bardzo dobrze ubrać, wiedział, że trzeba iść do pracowni Wiśniewskiego przy ulicy Świętojańskiej w Gdyni. Wiśniewski przyjął mnie na staż. Tam zaczynałem podszywać podszewki, później dostawałem do robienia kieszenie. Najtrudniejsza jest kieszeń piersiowa w marynarce, bo jak ją zepsujesz, to cały materiał z przodu jest do wyrzucenia. Kieszeń piersiowa musi wyglądać jak położona listewka. Ale musi być funkcjonalna, żeby poszetka się w niej zmieściła.
U Wiśniewskiego terminowałem i po szkole zrobiłem jeszcze staż, ale mnie nie zostawił na stałe. Miał swoich starych krawców, młodego nie potrzebował. Lata 90. nie rozpieszczały przedstawicieli naszego zawodu. Nawet tych najlepszych.
I co dalej?
Później pracowałem z projektantem mody. Ale jak nabrałem pewności siebie, to zaczęliśmy podświadomie konkurować i trzeba było skończyć współpracę, żeby się nie męczyć. Akurat dostałem propozycję pracy w Warszawie, więc się spakowałem i przyjechałem.
Miałem szyć garnitury dla polityków. Jedna rzutka osoba zorientowała się, że politycy mają problem z ubiorem, ale mają też pieniądze. I że można to połączyć. Był pomysł, żeby współpracować z politykami z PSL-u.
Wyznanie, że w latach 90. ktoś ubierał polityków PSL-u, może na zawsze przekreślić karierę w świecie mody.
Ale ja żadnego z nich nie ubrałem, bo oni się nie dali ubrać. Woleli te swoje garnitury w butelkowym kolorze, workowate spodnie
i marynarki z za długimi rękawami.
Jeden z liderów starego PSL-u powiedział mi, że po tych za długich rękawach rozpoznawał, z kim w partii warto trzymać. Jak gość miał za długi rękaw, to znaczy, że był z biednego domu, gdzie ubrania kupowało się na zapas. Nawet gdy już nie rósł, to takie kupował z przyzwyczajenia.
Różne mieli przyzwyczajenia. Jak już mówiłem, nic z tego nie wyszło. W latach 90. wchodziły sieciówki. Ludzie zachłysnęli się wszystkim, co zachodnie.
Dla mnie lata 90. to czas second handów. Moja mama wynajdowała mi w nich wspaniałe angielskie płaszcze takich firm, na które do dziś mnie nie stać.
Dla krawców second handy to jeszcze nie było największe zło. Jak kogoś nie było stać na zwykły sklep, to i do krawca by nie poszedł. Najgorsi byli chyba styliści. Dokonali strasznych spustoszeń na tych wszystkich szkoleniach korporacyjnych. Garnitur – jak się mówi
– dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu. A u nas niektórzy przeskakiwali od razu z tureckiego swetra na garnitury od Hugo Bossa. Pamiętam tę markę, bo w Polsce był taki sznyt, żeby nie zdejmować metek, które w marynarkach tej marki przyszywano na rękawie, na wysokości guzików. Tak, żeby wszyscy widzieli, że gościa stać na garniak od Hugo Bossa. Totalna żenada.
A skąd mieli wiedzieć, że to metka i trzeba ją odpruć?
Oni nie musieli, ale ci szkolący już powinni. Ale tak naprawdę większość tych szkolących miała mgliste pojęcie o świecie mody, więc improwizowali. Jeden powtarzał po drugim i wyszło im, że najważniejsze, żeby było gładko. Wszystko musiało być gładkie. Gładkie marynarki, gładkie spodnie w kancik. Skarpetki też gładkie. No i koniecznie nie białe. A jak nie białe, to obowiązkowo czarne.
W żadnym wypadku czerwone. No, ogólnie litość i trwoga. Najbardziej im tej gładkości nie mogę wybaczyć. Do dziś namówić kogoś na len to męka, bo len się gniecie. Tłumaczę, że się nie gniecie, tylko faluje. Mówię, że len ma wspaniałą strukturę, że latem oddycha, że ładnie się komponuje z dobrą koszulą. Len nie, bo ma być gładko.
Gładko to chyba nie jest grzech?
To grzech pierworodny. Żeby garnitur był idealnie gładki, najczęściej podklejało się go poliestrową klejonką. Ludzie się w tym strasznie pocili. Nie dziwię się, że nienawidzili tych garniturów. Jakby mnie ktoś ubrał w plastik, też bym tego nienawidził. Co z tego, że w opisie tkaniny była wełna, kiedy pod nią kryła się sztuczna klejonka, a nie bawełniany wkład odzieżowy z końskim włosiem.
Z naturalnym wkładem trzeba umieć pracować, bo płótno w jedną stronę się łamie, a w drugą jest mocno sprężyste. I trzeba tak ustawiać skosy, żeby marynarka dobrze leżała, ale nie krępowała ruchów. Jest przy tym sporo zabawy. Klejonkę przejeżdżasz żelazkiem i gotowe.
Trudno jest uszyć marynarkę?
A trudno jest zrobić wywiad?
Zależy komu i z kim.
Mniej więcej tak samo jest z marynarką. Jak potrafisz uszyć, to uszyjesz. Jak masz klienta ze skomplikowaną sylwetką, to zajmie ci to więcej czasu i wysiłku. Niekiedy będziesz musiał się nieźle napracować, żeby to wszystko leżało, jak trzeba. Marynarka jest i trudna,
i łatwa. Z jednej strony składa się z dwóch przodów, pleców i rękawów. Z drugiej – ma mnóstwo detali i każdy jest równie ważny, bo tylko suma dobrze zrobionych elementów daje efekt. Samo wykończenie klap to sztuka. Co z tego, że są świetne maszyny do szycia, kiedy klapy najlepiej pikować ręcznie, bo inaczej będą za płasko leżały albo się odginały. Klapa musi się lekko wywijać, ale nie może odstawać. Klapy w marynarkach Donalda Trumpa odstają, bo on nosi fatalne garnitury. W ogóle Amerykanie mają swój własny krój marynarki. Dosyć okropny. Z kolei na Europejczyków w ich krótkich i dopasowanych marynarkach patrzą z niesmakiem, jakby ktoś założył coś za małego.



Czyli nie ma jednej marynarki?
Kombinacji są właściwie setki. Z samym kołnierzem i klapami można poszaleć na wiele sposobów. Można się też pobawić kieszeniami. Ja sam ciągle szukam inspiracji, podglądam. Co zresztą nie jest łatwe, bo poza targami Pitti Uomo we Florencji
i ewentualnie internetem niewiele jest miejsc do czerpania natchnienia. W Polsce ostatnia książka o krawiectwie, o której wiem, ukazała się w 2003 roku – Krój odzieży męskiej Ryszarda Kowalczyka [to siódme, uzupełnione wydanie książki napisanej w 1981 roku
– przyp. red.]. Ogólnie jej nie polecam, bo to zmarnowane pieniądze, jeśli się nie ma pojęcia o szyciu. Sam się tygodniami głowiłem, co autor miał na myśli w jakimś konkretnym fragmencie. Ale z książek i tak nie nauczysz się szyć, bo trzeba znać podstawy konstrukcji odzieży. Jak bardzo zazdroszczę komuś jakiegoś pomysłu, to kombinuję, jak to zrobił.
Kradniesz pomysły?
Jak można ukraść coś, co już dawno nie ma ojca ani matki? Ludzie masowo chodzą w marynarkach od XIX wieku. Nosili je górnicy
i właściciele kopalń. Szyły je miliony ludzi. Wszystko już kiedyś było. Teraz trendy są mocno stonowane i cyklicznie wracają w innej odsłonie.
A dlaczego marynarka, a nie na przykład sweter?
Bo jest uniwersalna. Elegancka, ale jeśli jest dobrze uszyta, to nie krępuje ruchów i można w niej wygodnie chodzić na co dzień. Osłania przed zimnem te organy, które nie lubią marznąć, ale jednocześnie jest otwarta pod szyją, więc przewiewna. W każdej chwili można ją rozpiąć, ale też zapiąć. Jeśli jest z dobrej wełny, to można ją nosić właściwie przez cały rok. W wietrzne dni można sięgnąć po szalik i postawić kołnierz. W chłodniejsze można ją połączyć z kamizelką. Dzięki brustaszy, powszechnie mylonej w Polsce
z butonierką, możemy spowodować, że poszetka pomaga stopniować formalność wyglądu. Będzie bardziej fantazyjna na randkę. Nieco bardziej stonowana na uroczystą kolację.
Słucham i właściwie nie wiem, o czym mówimy, bo ta marynarkowa nuda za oknem…
Mówię o tym, co może być. A jak mnie pytasz, co jest, to jest, jak jest. Ale się poprawia. Polakom bardzo dobrze zrobiło podróżowanie. Pojechali raz czy drugi za granicę i zobaczyli, jak biednie wyglądają na tle zwykłego przechodnia w Paryżu czy Mediolanie. I odważyli się, żeby samemu nieco lepiej wyglądać. Przyszli na przykład do mnie. Niektórzy odbili ze względu na ceny. To musi kosztować.
Dlaczego?
Bo nie jestem maszyną. Liczba garniturów, które mogę uszyć, nie jest nieskończona. Jeden zajmuje mi jakieś trzy tygodnie. Jeśli zajrzysz na zaplecze, to zobaczysz różne maszyny. Ale dobry garnitur trzeba w wielu miejscach szyć ręcznie. Tylko szwy proste przeszywamy maszyną, często po wcześniejszym ręcznym fastrygowaniu. Inaczej się nie da. Już z tego powodu nie może być tanio.
A każdy garnitur projektuje się od podstaw pod konkretnego klienta. O wadach sylwetki już mówiliśmy, dlatego musimy się spotkać co najmniej cztery razy na przymiarkę, co zabiera mnóstwo czasu. Do tego dochodzą najlepsze materiały na świecie. To wszystko kosztuje.
Na snobów musi to wspaniale działać.
Mogę długo o tym opowiadać. Pojedź do hodowcy kóz kaszmirskich, który każdą z nich musi latami pielęgnować, żeby raz na jakiś czas ją obciąć, a następnie wyczesać i z tego zrobić wełnę. Włos niektórych zwierząt jest tak cenny, że pasterze zbierają każdy puszek. Nie da się go wyprodukować. Musi urosnąć. I to w dobrych warunkach. Jeśli zwierzęciu coś dolega, włos szybko się degraduje. To, co kiedyś będzie twoim garniturem, musi przejść długą i żmudną obróbkę. Każdy wkłada w wytworzenie tego przedmiotu swoją energię, swój czas. Wierzę, że to czyni go bardziej wyjątkowym.
Pisałem kiedyś do gazety, w której reklamowali płaszcz za 50 tysięcy złotych. Próbowałem policzyć, ile lat musiałbym do nich pisać, żeby sobie taki kupić, ale okazało się, że musiałbym jeszcze sprzedać nerkę.
Pewnie był z wełny wikunii [zwierzę blisko spokrewnione z lamą – przyp. red.]. Też mam taki materiał w ofercie, ale jeszcze nikt się na niego nie zdecydował. Metr bieżący kosztuje około 5 tysięcy euro. Nawet najdroższe marki szyją zaledwie kilka takich płaszczy rocznie. Polecam szaliczek z wikunii marki Loro Piana. Wspaniały. Za jedyne 2500 euro.
Przecież to jest niemoralne.
A moralne jest płacenie szwaczce w Bangladeszu dwa dolary za cały dzień pracy? Miliony ludzi noszą ubrania szyte w tamtejszych fabrykach. Ludzie przeżywają marnowanie jedzenia, bo to jest namacalne. Wiedzą, że to źle, jak coś kupią, nie zjedzą i wyrzucą. Ale nie łączą tego, że jak kupią jakiś tani ciuch, to często założą go tylko raz czy dwa, po czym trafia on do kosza. Bo się znudził, bo był kiepsko uszyty, bo z lichych materiałów, bo się wtedy podobał, ale przestał.
A ty gdzie w tym jesteś?
Chyba gdzieś pośrodku. Staram się tworzyć rzeczy ładne, wygodne i ponadczasowe. Takie, które właściwie mógłbyś nosić do śmierci.
A kto chce dziś nosić cokolwiek do śmierci?
To pytanie do filozofa, nie do krawca.
W 1975 roku, roku twoich urodzin, na globie żyły 4 miliardy ludzi. Dziś jest ich 7,5 miliarda. Nie ma szans, żeby tych wypasionych wełenek starczyło dla wszystkich.
Można odwrócić ten tok myślenia. Na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi, a w sklepach sprzedawane są koszulki, które drą się po jednym praniu. Albo garnitury, które mają na metce znaczek, że w ogóle nie nadają się do prania, czyli są jednorazowe. Jaki to ma sens? Może jeden, ale porządny element garderoby, zamiast kilku nic niewartych, to przyszłość, a nie ślepa uliczka?
To pytanie do filozofa, nie do dziennikarza.
Lodówki psują się po dwóch latach, bo im się kończy gwarancja i ktoś wymyślił, że w ten sposób wciśnie ludziom więcej towaru. Jeśli klient będzie dbał o marynarkę, którą sobie u mnie uszyje, to będzie mu służyła latami.
Tym gorzej dla twojej marynarki, bo Zara w tym czasie wypuści jakieś dwadzieścia tysięcy modeli marynarek. Klient chce atencji, chce nowości.
Odkąd ubrania kosztują mniej, niż powinny, kupujemy ich więcej, niż potrzebujemy. To ma swoją cenę. Płaci ją klient, bo kupuje produkt ubraniopodobny. Płaci ją szwaczka, która tyra za przysłowiową miskę ryżu. Co z tego, że moje garnitury nie są tanie, skoro do dziś nie stać mnie na własne mieszkanie?
Kim są twoi klienci?
To głównie ci, którzy zarabiają wyglądem albo po prostu chcą dobrze wyglądać. Tacy, którzy nie odnajdują się w tym, co jest
w sklepach. Ja ich nazywam wysmakowanymi indywidualistami. Dziennikarzy było niewielu.
A masz zniżki dla spauperyzowanych zawodów?
W ogóle nie mam zniżek. Ale mam taką tańszą opcję, że szyje się na zamówienie, ale w fabryce. Robimy przymiarkę w moim atelier.
U mnie wybieramy materiały. Ja robię korektę pod model. A później wszystko przez internet idzie do Portugalii, gdzie pięknie szyją taki garnitur. Taniej, bo wygrywają ilością. I bardziej wspomagają się maszynami. Można mieć porządną marynarkę i nie wydać fortuny.




I polecasz to?
Dla bardziej regularnych sylwetek tak. Różnice w szyciu ręcznym i przemysłowym są znaczne. Polegają głównie na precyzji wykonania, na dopasowaniu. Jedna z marynarek, którą mam na wystawie, jest szyta w takiej fabryce. Nie ma się właściwie do czego przyczepić. Ale detale zdradzają różnicę. Fabryka kupiła maszynę, która sama szyje kieszenie. Maszyna jest wielkości sporego samochodu i wykonuje dziesiątki skomplikowanych czynności, które mnie zajmowałyby wiele godzin. A ona szyje jedną kieszeń parę minut. I można powiedzieć, że parę lat.
Nie rozumiem.
Programowanie tej maszyny kosztuje mnóstwo pieniędzy i zajmuje dużo czasu. Nie opłaca się zmieniać ustawień.
Dlatego wszystkie kieszenie są niemal takie same. Kieszeń jest ważna. Można nią jakoś zagrać dla ożywienia kroju. Można dać podwójną kieszeń. Kieszenią też się możesz wyrażać.
Brzmi jak cytat z Paula Coelho.
Nie czytałem. Chodzi o to, że ubrania nas obnażają.
O, znowu jak z Coelho.
Ubranie jest obrazem naszej osobowości, charakteru, nastroju w danym dniu. Dobór kolorów, dodatki, to, jakie buty zakładamy. To wszystko jest jakaś opowieść, którą mniej lub bardziej świadomie mówimy o sobie. Wyrażamy siebie.
To dlaczego dzieciaki chodzą ubrane, jakby były swoimi klonami?
Z własnego życia wiem, że jest taki etap w dorastaniu, kiedy jesteś niepewny siebie. Nie wiesz tak naprawdę, kim jesteś, kim chciałbyś być, i wtedy starasz się wyglądać jak inni.
Sam się kiedyś nosiłem jak metalowiec. Dziś mnie to śmieszy, ale wtedy było mi do czegoś potrzebne. Z czasem odnalazłem własny styl.
Musiałeś się wykluć?
Przejść z fazy poczwarki do motyla. A u nas – mam wrażenie – większość ludzi uznaje, że bycie poczwarką jest łatwiejsze, bezpieczniejsze. W Polsce równa się do linii.
W liceum nauczycielka od plastyki kazała nam stanąć przy oknie i obserwować robotników wychodzących z Fabryki Samochodów Ciężarowych „Star”. Naszym zadaniem było liczyć tych, którzy nie mieli szarych ubrań albo czymś się wyróżniali. Nikt się nie wyróżniał.
Piękna lekcja. Mądra kobieta. Do tej pory w Polsce nie można się wyróżniać, bo zaraz się okaże, że jesteś gejem albo coś jest z tobą nie tak.
Jesteś gejem?
A jakie to ma znaczenie? Nie jestem. Ale nieraz słyszałem, że pedał idzie, bo byłem w bordowych spodniach albo w kolorowych skarpetkach. Ładnych butach. Cała ta nagonka na LGBT psuje tylko ludziom w głowach. Ostatnio przyszedł do mnie klient i powiedział, że spisek LGBT projektuje ubrania i chce, żeby każdy wyglądał jak gej. I on już w ogóle nie może wyglądać tak, jak chce. A chce mieć szerokie spodnie i nigdzie takich nie ma.
Wyrzuciłeś go za drzwi?
Nie. Powiedziałem mu, ile u mnie kosztuje uszycie spodni, i sam sobie poszedł. Krawiec nie poprawia świata. Co najwyżej za małe marynarki.
Dużo tych za małych marynarek?
Do mnie przychodzą ludzie, których stać na to, żeby dobrze wyglądać.
Wyglądu się nie kupuje.
Jak masz dobre geny, to nie musisz kupować. Jak masz gruby portfel, to zamawiasz zbilansowaną dietę. Chodzisz na siłownię, bierzesz trenera osobistego. Stać cię na to, żeby nie pójść do pracy, tylko pobiegać. Zdrowe jedzenie kosztuje kilka razy więcej niż to, co je cała reszta. To jak z krawiectwem. Jakość kosztuje. To jest świat paradoksów. Wszystko reklamuje się jako zrobione na miarę. Ubezpieczenie jest na miarę, samochody produkują na miarę. A ubrania szyje się na wirtualny model i ludziom to nie przeszkadza.
Chyba nie wszystkim?
Przykładowo księża bardzo dbają o swój wygląd. Im wyżej w hierarchii, tym bardziej. Ci z samej góry wszystko mają szyte na miarę. Nie mają żadnych hamulców. Koronki, złote wyszywania, odważne kolory, drogie materiały. Każdy ma swojego krawca. Jeden nawet dzwonił do mnie i proponował współpracę. Podziękowałem. Nie miałem pomysłu, jak połączyć jego doświadczenia z tym, co ja robię.
A co robisz?
Wyrażam siebie.
A klient?
Jest do tego niezbędny. Mnie bardzo karmi mina klienta przed lustrem, ten moment, kiedy widzę, że mu się podoba, że patrzy na siebie inaczej, że rosną mu skrzydła w tym czymś ładnym, które jest tylko jego, niepowtarzalne. Nie jestem zbyt pewny siebie, mam różne kompleksy. Ale kiedy pracuję, staję się innym człowiekiem. Może nawet zbyt pewnym siebie.
Koronawirus tej pewności nie stępił?
Przez pierwsze dwa miesiące nie miałem ani jednej przymiarki.
Bałeś się?
To chyba nie był strach. Bardziej poczucie straty. Brakowało mi pracy, kontaktu z klientami. Ale jeśli pytasz, czy bałem się, że sobie nie poradzę, że zbankrutuję, to nie. Klienci do mnie wrócili. Polacy mają silny zmysł przetrwania. Ale w londyńskim City padają właśnie jedne pracownie krawieckie po drugich. Firmy z wieloletnią tradycją. Takie, do których nie dało się wejść z ulicy. Bankierzy, maklerzy zaczęli pracować z domu. Nie muszą już świetnie wyglądać. Nie konkurują ze sobą wyglądem.
I nie stać ich już na garnitury za 10 tysięcy funtów.
Pewnie nie.
To co będzie?
Więcej marynarek do zwężenia.
/ ludzie i obyczaje
listopad '23 (15)
Matthew Perry nie żyje.
W serialu „Przyjaciele” bawił widzów do łez,
jednak prywatne jego życie dalekie było od komedii...
Presja publiczności, lęki, depresja, problemy zdrowotne, uzależnienie od alkoholu i narkotyków – to tylko niektóre z demonów, z którymi Matthew Perry zmagał się latami.
O wszystkim tym opowiedział
w swojej autobiografii, która niedawno ukazała się w języku polskim. „Tyle o mnie napisano
w przeszłości. Pomyślałem, że nadszedł czas, by ludzie usłyszeli moje własne słowa. Wzloty były wysokie, a upadki bolesne. Ale przeżyłem, by opowiedzieć tę historię”. Zdążył. Opowiedział. Odszedł w wieku 54 lat 28 października 2023 roku...
Fragment książki "Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz". Tytuł i skróty - redakcja.
Przechodziłem detoks ponad sześćdziesiąt pięć razy w życiu – ale pierwszy raz zdarzył się, gdy miałem dwadzieścia sześć lat.
Mój vicodinowy nawyk ostro się rozkręcił. Jeśli oglądacie trzeci sezon „Przyjaciół”, mam nadzieję, że przerazicie się, widząc, jak chudy jestem pod koniec tego sezonu (opioidy rozpieprzają ci apetyt, poza tym wywołują ciągłe wymioty). W finałowym odcinku zobaczycie, że mam na sobie białą koszulę i beżowe spodnie; i jedno,
i drugie wygląda na przynajmniej o trzy rozmiary za duże. (Porównajcie to do różnicy w moim wyglądzie między ostatnim odcinkiem szóstego sezonu
a pierwszym sezonu siódmego – odcinkami poświęconymi oświadczynom Chandlera i Moniki. W tych dwóch odcinkach mam na sobie ten sam zestaw ubrań – z założenia to ten sam wieczór – ale w przerwie między nagraniami straciłem ze dwadzieścia trzy kilogramy. Moja waga w czasie kręcenia „Przyjaciół” wahała się pomiędzy pięćdziesięcioma ośmioma a stu dwoma kilogramami).
Możecie prześledzić przebieg mojego uzależnienia na podstawie zmian mojej wagi z sezonu na sezon – jeśli przybrałem na wadze, chodziło o alkohol, gdy byłem chudy, o prochy. Jeśli mam bródkę, to łykałem m n ó s t w o prochów.
Pod koniec trzeciego sezonu przez większość czasu obmyślałem, jak zdobyć pięćdziesiąt pięć tabletek vicodinu dziennie – musiałem mieć tyle albo strasznie chorowałem. To była praca na pełen etat: dzwonienie, chodzenie po lekarzach, udawanie migren, wyszukiwanie nieuczciwych pielęgniarek, które dadzą mi to, czego potrzebowałem.
Zajęło mi chwilę zorientowanie się, co się dzieje. Na początku brałem jakieś dwanaście tabletek dziennie, potem pewnego dnia rzuciłem kompletnie
i czułem się absolutnie okropnie. „Dzieje się ze mną coś bardzo złego”, myślałem, ale nie przerywałem. „Dokończę ten sezon »Przyjaciół«, a potem zgłoszę się na jakąś terapię”.
O mało się wtedy nie wykończyłem. Gdyby sezon trwał jeszcze kolejny miesiąc, już by mnie tu nie było.
Podczas pracy nigdy nie byłem na haju. Uwielbiałem tych ludzi – zawsze chciałem się dla nich starać i byłem drugim bazowym New York Yankees. Ale uzależnienie budzi się, zanim sam się obudzisz, i chce cię mieć tylko dla siebie. Alkoholizm zwycięży za każdym razem. Gdy tylko podniesiesz rękę i powiesz: „Mam problem”, alkohol szydzi: „Chcesz coś powiedzieć? W porządku, zniknę na jakiś czas. Ale wrócę”.
Nigdy nie znika na dobre.
Szybko zaklepałem kolejny film, „Bohaterowie z przypadku”, komedię,
w której występował Chris Farley,
a reżyserem był Christopher Guest.

Zapłacili mi za to dwa miliony dolarów. Kręciliśmy w gównianej części północnej Kalifornii, niedaleko Eureki. Farley był dokładnie tak zabawny, jak możecie sobie wyobrazić, chociaż jego uzależnienia
w połączeniu z moimi oznaczały, że
z trudem daliśmy radę dokończyć tę cholerną rzecz. Kręciłem w tym samym czasie „Przyjaciół” i „Bohaterów z przypadku” i byłem zmęczony. Tabletki nie działały tak jak dawniej. Musiałem wziąć garść tylko po to, żeby nie mdliło mnie przez cały czas.
Jedzenie kłóciło się z ćpaniem, więc nic nie jadłem. Poza tym i tak zawsze miałem takie nudności, że nie chciało mi się jeść. Ciągle wymiotowałem. Nie był to wielki problem na osobności, ale nie jest już tak prosto, kiedy jesteś w środku lasu
i rozmawiasz z Christopherem Guestem. „Za trzydzieści sekund się porzygasz. Lepiej wymyśl jakąś wymówkę, żeby przeprosić i odejść”. Wymiotowałem za drzewami, za głazami, w damskich toaletach. Słyszałem opowieści o ludziach przeglądających własne wymiociny
w poszukiwaniu kawałków tabletek, które mogliby ponownie zażyć, ale nie mogłem się do tego zmusić. Miałem już w kieszeni tylu lekarzy, że rzadko czułem potrzebę tego typu. Ale w toalecie trzymałem dwa ręczniki – jeden do wycierania wymiocin, a drugi do ocierania łez. Umierałem, lecz nie mogłem nikomu o tym powiedzieć.
Potem zmarł Chris Farley. Jego choroba postąpiła szybciej niż moja. (Poza tym czułem zdrowy lęk przed słowem „heroina”; był to lęk, którego nie podzielaliśmy). Gdy się o tym dowiedziałem, wybiłem pięścią dziurę
w ścianie garderoby Jennifer Aniston.
A Keanu Reeves nadal kroczy pośród nas. Musiałem promować „Bohaterów
z przypadku” dwa tygodnie po jego śmierci; publicznie omawiałem jego śmierć spowodowaną przez narkotyki
i alkohol.
Przez cały ten czas byłem naćpany.
Nikt o tym nie wiedział – ani moja rodzina, ani znajomi, nikt. Nieustannie niemożliwie mnie mdliło. Co jakiś czas próbowałem rzucić prochy – trzy dni tu, cztery dni tam – ale to tylko sprawiało, że czułem się tak chory i tak zbierało mi się na wymioty, że nie dało się tego utrzymać.
Pewnego wieczoru siedziałem w domu
i próbowałem znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, gdy zadzwoniła moja była dziewczyna.
– Wiem, że dzieje się z tobą coś złego – powiedziała. – Zabieram cię do lekarza.
Poddałem się. Wszystko jej opowiedziałem. Nigdy tyle nie płakałem
w życiu. Tajemnica się wydała. Ktoś jeszcze wiedział.
Następnego dnia poszedłem do lekarza.
Kazał mi udać się do Hazelden.
– Mają tam duże jezioro – powiedział lekarz, a ja pomyślałem: „To Minnesota, dość blisko do Kanady. Przynajmniej będę się czuł jak w domu przy tej gównianej pogodzie…”.
Ale byłem tak przerażony, że odchodziłem
od zmysłów. To było realne. Jechałem na odwyk. Miałem dwadzieścia sześć lat.
Udałem się do Hazelden, żeby odstawić prochy, i udało mi się nie nauczyć absolutnie niczego.
Plan był taki, że przed wyprawą do Minnesoty przejdę błyskawiczny detoks. W ramach błyskawicznego detoksu wprowadzają cię w śpiączkę na dwa lub trzy dni i wypełniają antagonistami opiatów. Na końcu powinieneś być
trzeźwy. (Tak przy okazji, teraz wiem, że to nie działa, choć nadal stosuje się to jako terapię).
I tak oto poddałem się błyskawicznemu detoksowi, a potem udałem do Hazelden, ale po przyjeździe czułem się jak trup.
O detoksach od opioidów mawiają, że nie mogą cię zabić, ale mogą sprawić, iż pożałujesz, że nie umarłeś. (Detoksy, które mogą cię zabić, to te od alkoholu
i benzo). Leżałem w swoim pokoju
w Hazelden i byłem niewiarygodnie chory – kopałem jak pieprzony pies. Wierzgałem rękoma i nogami w czystym przerażeniu. Nieustannie błagałem o odrobinę ulgi, ale odpowiadano mi tylko: „Jesteś po detoksie, po prostu się rozluźnij”. Ale nie
byłem czysty – jedynie zszedłem
z pięćdziesięciu pięciu tabletek vicodinu dziennie do zera, w sumie nagle odstawiłem go całkowicie. Zacząłem, jak mawiają, „tulić się do ścian” – aby zrobić choćby kilka kroków, musiałem przytrzymać się najbliższej ściany.
Teraz wiem, że gdybym nie przeszedł błyskawicznego detoksu, daliby mi coś na złagodzenie tej agonii, ale uznali, że jestem po detoksie, więc zostawili mnie
w spokoju. Zejście z pięćdziesięciu pięciu do zera pokazuje, że chyba byłem cholernie silną osobą, była to jednak najczystsza forma piekła.
Mniej więcej w dziesiątym dniu mojego pobytu uczestniczyłem w sesji grupowej, gdy wszystko trochę się zamgliło. Podobno powtarzałem: „Wszystko
w porządku, totalnie w porządku”, ale nie było w porządku. Nauka wpojona mi
w dzieciństwie – że nigdy nie mogę być niegrzecznym chłopcem – była tak ugruntowana, że chyba nawet podczas silnego ataku padaczki musiałem się upewnić, że nie robię zamieszania.
Gdy ocknąłem się po ataku, byłem znów we własnym pokoju, gdzie zebrał się cały przerażony zespół. Nie wiedząc, co się stało, i wyraźnie nadal zdezorientowany, powiedziałem:
– O mój Boże, nie wierzę, że przyjechaliście do Kalifornii, żeby się ze mną zobaczyć. To takie miłe!
– Nie jesteś w Kalifornii – sprostował ktoś – tylko w Minnesocie. Miałeś atak padaczki.
Zostałem tam przez kolejne dwa tygodnie, a pod koniec pobytu czułem się, jakbym zarządzał tym miejscem; byłem tam królem. Mój sposób zarządzania opierał się na naśladowaniu Michaela Keatona
w filmie „Czysty i trzeźwy”. Byłem na tyle młody, że przybrałem na wadze, pograłem trochę w tenisa i przestałem łykać prochy. W duchu jednak wiedziałem, że znów zacznę pić. Gdy poczułem się lepiej, wróciłem do Kalifornii – nie wróciłem do normalności, ale czułem się dobrze. Ale jak już powiedziałem, nie dowiedziałem się niczego o tym, co się ze mną dzieje. Nie dowiedziałem się o AA ani o tym, jak wieść trzeźwe życie; po prostu odstawiłem vicodin, i tyle. Dla tych z was, którzy oglądali serial, był to początek czwartego sezonu – wtedy wyglądałem najlepiej. Nadal nie dość dobrze dla Jennifer Aniston, ale całkiem nieźle.
Po powrocie do Kalifornii wytrwałem sześćdziesiąt osiem dni, a potem wypiłem pierwszego drinka, hołdując teorii, że przecież to nie picie o mało mnie nie zabiło, tylko opiaty. Wódka tylko wypełniała pustkę, a ponieważ ta pustka nadal istniała, coś musiało ją zapełnić. (...)
/ sztuka malarstwo
listopad '23 (15)
Grota w Lascaux. Jakiś człowiek maluje bizony, a drugi przyglądając się temu procesowi ciężko wzdycha: – Ech, artyści, wszędzie artyści, a nam przecież inżynierów trzeba! To ulubiony rysunek Voytka Glinkowskiego. Artysty malarza. On także oddaje rys jego charakteru – wrażliwego, ale zaprawionego kpiną.

Być sobą = być kimś
EWA USZPOLEWICZ
– Są w życiu rzeczy stokrotnie ważniejsze niż sztuka. Możemy bez niej żyć. Świat bez artystów spokojnie może się obyć. Jeśli mamy już wszystko inne, wtedy przydałaby się sztuka. I – żeby jasność była – sztuką nie jest to, co się komu podoba! Piękne nie
jest to, co się komu podoba! Stanowczo protestuję przeciwko takiemu podejściu!
Można przez chwilę nabrać wszystkich, można zawsze nabierać niektórych, ale zawsze i wszystkich nigdy się nie nabierze!
Swego czasu kilkoro fachowców rozjechało się w różne części świata i co za tym idzie różne kultury, w poszukiwaniu i chęci określenia synonimu piękna. I cóż się okazało? W każdym badanym rejonie świata kanon piękna był i jest ten sam, i zawiera się
w jednym – s y m e t r i a. W sztuce oznacza to balans, równowagę. A w malarstwie – żeby jeszcze bardziej ukonkretnić – na przykład poszukiwanie ilości i jakości czerwieni, która w prawym rogu musi zrównoważyć występującą w lewym rogu plamę fioletu.
A wszystko to musi być zawarte w czterech narożnikach płótna, czyli nowego wszechświata tworzonego przez artystę.
Poza narożnikami płótna nie ma już nic.
Kiedy był uczniem sportowej szkoły podstawowej postanowił zostać mistrzem świata w kolarstwie. Kiedy to marzenie odeszło w siną dal wraz z pobytem w szpitalu i założeniem ponad trzydziestu szwów, odszedł też w siną dal pomysł na siebie. Poszedł więc do wybranej przez mamę szkoły średniej – łódzkiego Technikum Łączności, kierunek elektronika.
– Jestem przekonany – śmieje się Voytek – że byłem najgorszym uczniem w historii tej szkoły. Interesował mnie język polski
i historia, natomiast reszta była koszmarem. Nie wiedzieć czemu w III klasie wziąłem się za historię sztuki, której w tej szkole przecież nie było. Czytałem co się tylko dało.

Schowany za cudzą twarz.
Mogę być nawet
piękny,
okrutny,
uniesiony.
Bez skrupułów.
I z żadnej niezwykłości
nie muszę się tłumaczyć.
VOYTEK GLINKOWSKI
"Maski - schowany za Czas"; 48" x 48"; olej na płótnie / fot.: kolekcja prywatna
Skutecznie czytał – wygrał wojewódzką olimpiadę historii sztuki, na ogólnopolskim finale dostał wyróżnienie. Nikomu się ani z tych
zainteresowań ani z wygranych nie zwierzył, a żeby pojechać na finały do Warszawy zwiał ze szkoły. Na wieńczącym zakończenie roku szkolnego apelu, dyrektor przeczytał list z Ministerstwa Edukacji Narodowej, gratulujący rodzicom syna, a dyrekcji technikum tak wybitnego i zdolnego ucznia.
– Moi szkolni koledzy w przekonaniu, że to żart, gruchnęli śmiechem, mama szturchnęła mnie i przerażonym szeptem zapytała, co znowu wymyśliłem. A dyrektorowi nie pozostało nic innego jak uznanie, że minister ma zawsze rację. I zostałem tak zwaną „świętą krową”, co było bardzo wygodne.
Pełen niewiary w siebie złożył wymagane dokumenty do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi (dzisiaj ASP). I dostał się. Pierwsze dwa i pół roku miał ciągłe poczucie niepewności, następne lata to stąpanie po coraz twardszym gruncie. Zawdzięcza to kilku swoim profesorom: Stanisławowi Łabęckiemu, Jackowi Bigoszewskiemu, Stanisławowi Łobodzińskiemu i Norbertowi Zawiszy.
Jest jedynym z czternastoosobowego roku, bo tyle osób wyszło wówczas z Wydziału Malarstwa i Grafiki łódzkiej szkoły, który
z malarstwa żyje.
Nieśmiało obnażam
fragmenty jestestwa.
Niegłodny aprobaty
pochlebstwa brzydliwy
wstrząśnięty pospolitością
ucieszony życiem.
...Mimo wszystko...
VOYTEK GLINKOWSKI
Podglądam życie
Kimś innym
Czasami odważę się
nawet zaklaskać...
I tak będę nieobecny
jak Odys we łbie Cyklopa.
Nietykalny sztuką...
VOYTEK GLINKOWSKI

"Strażnicy Czasu"; 38" x 52"; olej/grafit na płótnie / fot.: kolekcja prywatna
– W tamtych czasach mieliśmy w Polsce wielkie szczęście, że naszymi profesorami byli prawdziwi artyści. I nieważne, że niektórzy z nich mieli legitymacje partyjne i zostawali rektorami, bo za tą dość wstydliwą legitymacją ciągle stał artysta. W Ameryce etatowym nauczycielem zostaje człowiek, który nie radzi sobie na rynku, bo ten, który sobie radzi nie ma czasu na szkolną codzienność.
Ja sam – kiedy już złapałem mojego Pana Boga za nogawkę i zacząłem tutaj z malarstwa żyć – malowałem po osiemnaście godzin dziennie. Siedem dużych galerii wołało o obrazy. Zacząłem szukać pretekstu, który pozwoli mi choć na trochę odejść od tego szaleństwa. I pojawiła się szkoła. Na jeden dzień w tygodniu musiałem opuścić pracownię. Moi studenci czasami wyskakują z zajęć płacząc, bo nie rozumieją co mówię i co pokazuję. A ja nie mówię nic innego niż to, czego sam się nauczyłem i co dostałem od moich profesorów. Pamiętam zajęcia z profesorem Łobodzińskim od kompozycji, cudowny człowiek, lata temu mówił rzeczy proste, a my siedzieliśmy z wytrzeszczem oczu, bo nie rozumieliśmy, o czym on do nas...
Historia zatacza koło.
Nie można nauczyć człowieka malować. Można tylko nauczyć go patrzeć i widzieć, bo sztuka to umiejętność obserwacji. Jest
w głowie a nie w rękach! Ludzie myślą, że mają przed sobą białą ścianę, a przecież tam jest tyle kolorów! Pokazuję paluchem, a oni ciągle odpychają od siebie informację, która tam jest! Patrzeć, to skierować wzrok w poszukiwaniu tego co jest.
A widzieć, to to coś zobaczyć. I przyjąć.
Przed laty wziął udział w Operacji Żagiel. Przypłynął do Nowego Jorku, zszedł z jachtu, żeby przyjrzeć się miastu. I został.
Postanowił żyć z malarstwa. Albo wracać.
– Trzeba być upartym. Kiedy człowiek młody, obok albo zamiast uporu pojawia się arogancja – teraz ja! Może to i dobrze.
Nie było łatwo, manna nie spadała z nieba, a drzwi galerii nie stały otworem przed artystą z Polski. Ale artysta z Polski postawił wszystko na jedną kartę.
Czasem
Schowany za czas
Przeszły
Mi przez głowę
Myśli otulone mgłą...
Niepokojony przez czas
Przyszły
Pod mój próg
Zagmatwane marzenia...
Zatrzymany przez czas
Teraźniejszy
Wizerunek w lustrze
To wszystko co mam...
VOYTEK GLINKOWSKI

"Zaklinacz Czasu"; 36" x 48"; olej na płótnie / fot.: kolekcja prywatna
– Malowałem, malowałem i malowałem. Chodziłem od galerii do galerii. Miesiącami. Dzień w dzień. Bez skutku. Wreszcie zabrakło mi środków do życia. Ponad pół roku byłem bezdomny z wszystkimi tego stanu konsekwencjami. I przecież nie było tak, że nie mogłem znaleźć pracy. Mogłem. Ale bałem się, jakże ja się bałem, że jeżeli odejdę od zawodu, znajdę sobie jakąkolwiek pracę, która da mi dach nad głową i codzienne jedzenie, to utonę w tym drobnym poczuciu bezpieczeństwa i będę się jeszcze bardziej bał stracić je, więc do malarstwa już nigdy nie wrócę.
Aż któregoś dnia jedna z galerii – po kolejnej w niej bytności – przyjęła dwie prace. Kilka tygodni później odbywały się Międzynarodowe Targi Sztuki Art Expo w Javits Center w Nowym Jorku, na których ta sama galeria wystawiła już pięć jego prac, a w trakcie trwania targów przyjęła zamówienia na... trzydzieści obrazów autorstwa Voytka Glinkowskiego. Zamówienia popłynęły z kilku miejsc
w Kalifornii, z Waszyngtonu, Bostonu.
Nagle pojawiły się pieniądze i mnóstwo pracy.
– Zaakceptowano moje malarstwo takie, jakie było, bez żądań. Sztuka, galerie, to nie tylko duchowe i estetyczne przeżycia, to twardy interes. Galerie muszą płacić rachunki, często bardzo wysokie, więc wymagają tego, czego wymagają ich klienci. Jestem
w tej szczęśliwej sytuacji, że nie muszę naginać się, podporządkowywać, że biorą to, co ja wymyślę. Wiele razy brałem od życia
w skórę, ale też mogę spokojnie powiedzieć, że jestem szczęściarzem. Dzisiaj mam dokładnie tyle, ile mieć potrzebuję, wystarczająco. Nie mam na co narzekać. Modlę się do Najwyższego, żeby to się nie zmieniło.

"Pożegnanie - Franz Josef Haydn"; 68" x 38"; olej na płótnie / fot.: kolekcja prywatna
Powodem powstawania obrazów Voytka (tak pisanym imieniem podpisuje swoje prace) jest światło, czyli kolor. Do przedstawienia koloru używa różnych form – pejzaże, kwiaty, drzewa, figury, martwa natura.
– Gdyby chcieć wesprzeć się teatralną nomenklaturą – scena to płótno zawarte w ramach, forma to scenografia, aktorzy zaś to światło, kolor. Lwia część obrazów, które namalowałem wzięła się z chęci sprawdzenia i pokazania pewnych układów kolorystycznych. W naszej historii są sprawy, które mną wstrząsają. Ludzie żyją tak długo, jak długo zachowujemy o nich pamięć. Chcę pamiętać o ofiarach rzezi katyńskiej. To jeden z niewielu obrazów, których pierwotnym podłożem jest temat a nie kolor
i kompozycja. Zastanawiałem się jak zachować na płótnie pamięć o tamtych ludziach, żeby nie stawiać pomnika, nie przesadzić, nie „przegadać” tak ważnej i bolesnej sprawy. Wiedziałem jedno – im mniej tym więcej.
W poczuciu obowiązku zachowania prawdy historycznej przejrzał kilkadziesiąt zdjęć okolic Katynia. Namalował dorzecze Dniepru – pół kilometra od jednego z tamtejszych dawnych obozów i około kilometr od katyńskich grobów.
– Zastanawiałem się, jak zagospodarować, jak zakomponować ponad dwa i pół metra kwadratowego płótna, żeby kompozycja miała swoją dynamikę i dramaturgię. Żeby nie stworzyć kompozycji statycznej uciekamy od geometrycznego środka powierzchni, na której pracujemy. Ale w tym przypadku postanowiłem jednak wyjść od centrum krzyżem, balansując jego agresywność żółtą plamą, która ściąga nasze widzenie na lewą stronę obrazu.

"Zatańczymy..."; 30" x 24"; grafika, aquaforta / aquatinta z miedzianej płyty / fot.: kolekcja prywatna
Obraz Voytka Glinkowskiego zatytułowany „Ofiarom Katynia” został zaprezentowany, wśród innych jego prac malarskich i rysunków, na wystawie „Figury i Kwiaty” w Glencoe.
Przed laty, na aukcji prac ofiarowanych przez chicagowskich artystów na rzecz Joanny Dajnowiec (dzisiaj już ś.p.), która odbywała się w Sali Głównej Muzeum Polskiego w Ameryce, zwróciło moją uwagę duże płótno obleczone w kolory jak ze snu. Zapytałam, czyja to praca. Odpowiedziano, że Voytka. Niedługo później zobaczyłam człowieka z włosami niczym przemieszana sól z pieprzem i wielkimi błękitnymi oczami, w długim czarnym płaszczu, przyglądającego się pracom innych. Kiedy chciałam zagadać, jego już nie było. Minął jakiś czas. Art Gallery Kafe, nie pamiętam już czyja wystawa, pod ścianą obrazów czy zdjęć czarny płaszcz, na którego szczycie... sól
z pieprzem.
– Marzy mi się Salon Sztuki Polskiej. Jestem gotów walczyć wszystkimi dostępnymi środkami z bylejakością. Publiczność trzeba kształcić a nie mamić.
W sprawach sztuki jest bezwzględny. Potrafi zwrócić studentowi pieniądze i podziękować za udział w następnych zajęciach, jeżeli czuje, że „z tej mąki chleba nie będzie”.
Zbliżała się aukcja na rzecz Anny Wuszter. Zadzwoniłam z pytaniem, czy włączy się. – Przyjedź – powiedział, bo nie mogę odejść od sztalugi – światło jeszcze dobre (maluje tylko przy dziennym świetle).
Przyjechałam po jeden obraz. Wyszłam z... trzema. – Co ci po jednym, skoro dziewczyna musi mnóstwo pieniędzy na operację zebrać?
Sól z pieprzem.
Po ponad dwudziestu latach wrócił do marzeń związanych z kolarstwem. Także z nartami, tenisem. Trenuje jak zawodowiec. Nagrywa działania mistrzów, by później odtwarzać je wielokrotnie w zwolnionym tempie i podpatrywać, jak działają najlepsi.
I został wicemistrzem stanu Illinois (cat.4), zajął II miejsce w Mistrzostwach Ameryki w kryterium Downers Grove (cat.30+), brązowy medal w Drużynowych Mistrzostwach Świata ABR w kolarstwie (cat.open).
Voytek też pisze – opowiadania, fraszki, ma także na swoim koncie scenariusz.
– Moja babcia mawiała, że w życiu najlepiej jest być sobą. I dodawała –ale, kochaniutki, jeśli chcesz być sobą, to lepiej bądź kimś.

O wilku
Powiadają o wilku,
że niósł razy kilka
i teraz jest pora,
by inny niósł wilka.
Wilk na to ze śmiechem
tę poprawkę wnosi,
że wszystkich już zaniósł
nie ma kto go nosić.
VOYTEK GLINKOWSKI
"Zdobywca"; 48" x 48"; olej na płótnie / fot.: kolekcja prywatna
/ kino
listopad '23 (15)
Chłopi
JAN BRZOZOWSKI
To w pewnym sensie idealny polski towar eksportowy. Film łączący lokalny koloryt
z uniwersalną wymową, wyrafinowaną formę
z prostą, tragiczną opowieścią o krępujących więzach tradycji, patriarchalnej władzy oraz jednostce, która musi zostać zniszczona, jeżeli społeczność dostrzeże w niej zagrożenie dla własnej integralności.

Kadr z filmu "Chłopi". Robert Gulaczyk, Sonia Mietielica / materiały prasowe
Twórcy przesuwają akcenty względem powieści, protagonistką „Chłopów” czyniąc Jagnę (Kamila Urzędowska). Choć wielowątkowość literackiego oryginału zostaje zarysowana, to właśnie perspektywa Jagny jest w filmie dominująca – bohaterka rzadko znika z ekranu, a pierwsze i ostatnie ujęcia należą wyłącznie do niej. Jej oczami spoglądamy również na zamieszkujących Lipce mężczyzn: przede wszystkim na Antka (Robert Gulaczyk) i Macieja Borynę (Mirosław Baka). Opędzając się od zalotników, którzy widzą jedynie jej fizyczne walory, bohaterka skrycie marzy o innym życiu – spogląda z rozmarzeniem w chmury, opatruje ranne zwierzęta, robi papierowe wycinanki.
Pod względem duchowym jest najbardziej rozwiniętą i skomplikowaną postacią filmu – wybija się ponad materialistycznie zorientowaną społeczność wsi. Gdy zostaje wtłoczona w ciasne ramy społeczne i wydana, a właściwie sprzedana za mąż – zaczyna niknąć w oczach. Bolesny i niesprawiedliwy okazuje się los, który ją spotyka, a który wszyscy doskonale znamy ze szkolnej lektury powieści Reymonta (albo z jej streszczenia).
Oczywiście, trudno pisać o „Chłopach”, nie odnosząc się do oryginalnej – na skalę międzynarodową – formy filmowej. Przepis poznaliśmy dzięki poprzedniemu dziełu Welchmanów, nominowanemu do Oscara „Twojemu Vincentowi” . W dużym uproszczeniu: najpierw powstają ujęcia z aktorami, które następnie przenoszone są klatka po klatce na płachty malarskie, a na koniec cyfrowo dopieszczane za pomocą efektów komputerowych i animacji rotoskopowej. O liczbie utalentowanych jednostek, które zostały zaangażowane w cały proces, świadczą długie napisy końcowe, podzielone według kolejnych etapów pracy, oraz informacja, że powstało ponad 40 000 namalowanych obrazów. Część malowideł można zresztą kupić – funkcjonują zatem jako osobne dzieła sztuki – w internetowym sklepie filmu. Ceny wahają się od, bagatela, 250 do 2 tysięcy euro.
Zastosowana forma w naturalny sposób uwypukla oniryczne oblicze realistycznej prozy Reymonta. Najbardziej efektowne są sceny rozgrywające się na pograniczu snu i jawy, metafory i dosłowności: ekstatyczny taniec Antka i Jagny, wizyta kolędników (zmontowana równolegle z aktem seksualnym) czy śmierć starego Boryny, zainscenizowana na modłę mrocznego koszmaru. Przypominają się w tych momentach dokonania Piotra Dumały i Aleksandra Petrova.
„Chłopi”, podobnie jak krótkie animacje tych twórców, wprowadzają widza w audiowizualny trans – odbiera się ich najpierw zmysłowo, a dopiero potem intelektualnie. I tak, liczą się tu przede wszystkim obrazy (po części inspirowane dokonaniami malarzy młodopolskich), ale nie do przecenienia jest również rola fantasmagorycznej ścieżki dźwiękowej, stworzonej przez polskiego producenta muzycznego i rapera Łukasza L.U.C. Rostowskiego. Nadał on swojskim, ludowym utworom nowoczesne, z lekka halucynacyjne brzmienie.
Co istotne, malarskie warstwy nie przykrywają aktorskiej ekspresji – w pewnym sensie ją uwydatniają, sprowadzając każdy grymas (dosłownie!) do rangi dzieła sztuki. W tej specyficznej konwencji najlepiej odnajdują się Kamila Urzędowska, Robert Gulaczyk
i Mirosław Baka. Stworzony przez nich trójkąt miłosny tętni życiem – targające bohaterami emocje przebijają spod olejnej farby
i komputerowych filtrów. Dla Urzędowskiej i Gulaczyka występ w „Chłopach” może być przepustką do wielkiej kariery. Dla Baki
– szansą na powrót do ról pierwszoplanowych. Kto pamięta „Krótki film o zabijaniu” i „Nad rzeką, której nie ma” ten doskonale zna skalę jego talentu. Na drugim planie nie jest jednak aż tak kolorowo – jak pięść do nosa pasują tutaj Małgorzata Kożuchowska oraz Sonia Bohosiewicz, czyli wielkomiejskie panny z komedii romantycznych w rolach wiejskich strażniczek moralności. Tym razem casting wbrew emploi nie przyniósł interesujących efektów. A można było sięgnąć po jeszcze więcej świeżych, nieopatrzonych twarzy. Zwłaszcza, że te, które na ekranie się pojawiają (Sonia Mietielica, Mateusz Rusin, Matt Małecki), pozostawiają po sobie bardzo dobre wrażenie.
„Chłopi” rodzili się w bólach. Na przeszkodzie stanęła – tak jak w przypadku wielu innych produkcji – pandemia, która uniemożliwiła skompletowanie wymaganej liczby artystów i opóźniła premierę filmu. Jeden problem pociągnął za sobą kolejny: w związku
z opóźnieniami zdecydowano się na znacznie większą ingerencję efektów komputerowych niż w przypadku „Twojego Vincenta”. Na jakości filmu znacząco się to jednak nie odbiło.
Dowodzony przez Welchmanów zespół skutecznie ożywił „Chłopów” Reymonta – nie tylko pod względem formalnym. Twórczo zaadaptował ponad stuletnią opowieść, wydobywając z niej akcenty ponadczasowe i ponadnarodowe. Miarą dotychczasowego sukcesu niech będą entuzjastyczne recenzje z festiwalu w Toronto. Amerykańscy krytycy (nawet jeżeli Jagnę nazywają „Jamilą”,
a słowo „Boryna” traktują jako imię) jednym głosem zachwycają się zarówno formą, jak i treścią „Chłopów”. Tak, to idealny towar eksportowy, ale też zwyczajnie świetny film – i bardzo poważny kandydat na kandydata do Oscara. (Kino)
/ literatura
listopad '23 (15)
Pięć rzeczy, których możecie nie wiedzieć o George'u Orwellu,
a warto...
MAŁGORZATA I. NIEMCZYŃSKA

Eric Arthur Blair, bardziej znany jako George Orwell. Rok 1940. Autor fotografii nieznany - własność BBC / domena publiczna
1
W młodości był antysemitą. Szokujące? Owszem. Eric Arthur Blair, bardziej znany jako George Orwell, od dawna jest – słusznie – uważany za pisarskie sumienie XX wieku.
Zagorzały krytyk systemów totalitarnych, który rozpoznał i nazwał wiele groźnych zjawisk życia społeczno-politycznego, jak nowomowa czy dwójmyślenie, i którego „Folwark zwierzęcy" i „Rok 1984" stały się absolutnym kanonem opowieści o dławieniu wolności, pisał np. w „Dzienniku z chmielobrania" o pewnym „Żydku z Liverpoolu", żonglując zwrotami w stylu: „wzbudzał we mnie obrzydzenie", „aż człowiekowi zbierało się na wymioty" itd.
Po co to przypominać? Bo jeśli komuś, kto pisze takie rzeczy, udało się zrozumieć, jak wielkie zło popełniał, i okazać skruchę, jest nadzieja dla każdego.
2
Na świat przyszedł w Indiach, dokładnie w Motihari, w parterowym domku z pobielonej cegły. Był 25 czerwca 1903 roku. Biograf Richard Bradford twierdzi: „Fakt, że Orwell wyrósł na dziwaka, nie jest wcale zaskakujący, gdy weźmiemy pod uwagę pierwszych dziesięć lat jego życia".
Ojciec przyszłego pisarza pracował w Indiach jako brytyjski urzędnik czy też – jak kto woli – „agent opiumowy". Tam poznał i poślubił o 18 lat młodszą kobietę, która postanowiła jechać z dwójką ich dzieci do Anglii, gdy młodsze z nich było niemowlęciem. To właśnie Eric, czyli George O.
Mąż po kilku latach ją odwiedził i spłodził trzecie dziecko, ale na dobre wrócił dopiero, gdy Orwell (nazywajmy go tak dla ułatwienia) miał dziewięć lat. Po 37 latach służby kolonialnej ojciec się upierał, by palić w kominku nawet latem, i pilnował szczelnego zamykania okien oraz drzwi.
Był oschły i miał kij dokładnie tam, gdzie się go spodziewacie. Nie chciał, by syn bawił się z dziećmi hydraulika (a to byli jego najlepsi przyjaciele!) ani z kimkolwiek z klasy niższej. Choć sam przecież nie był żadnym lordem.
3
Mało prawdopodobne, by Orwell wstąpił do Królewskiej Policji Imperialnej w Birmie, chcąc wziąć przykład z protoplasty. Jako 19-latek, który właśnie rzucił szkołę, mógł nie mieć na siebie lepszego pomysłu.
Tam zobaczył na własne oczy, jak biali Brytyjczycy potrafią brutalnie skopać rdzennego mieszkańca za to, że upuścił ich bagaże.
I wiele innych podobnych sytuacji. Zaczęło w nim rosnąć poczucie winy.
Walczył w Hiszpanii przeciw falangistom. Mówi się, że bohatersko. Został postrzelony w gardło. Stalinowcy oskarżyli go o zdradę. Musiał się ukrywać.
Zbrodnie, których dopuściły się w Hiszpanii NKWD i GRU, a także ogólne prawidła realnego stalinizmu zdemaskował
w autobiograficznej książce „W hołdzie Katalonii".
4
Zdarzały się okresy, gdy żył w tak straszliwej nędzy, że zmuszony był żebrać. Matka z siostrą załatwiały mu czasem jakieś posady, na ogół nauczyciela, ale był też m.in. pomywaczem, uprawiał warzywa, hodował drób i zbierał chmiel. W 1945 roku był korespondentem wojennym we Francji, pracował w BBC.
„Raz się skurwisz – kurwą zostaniesz" – napisał, protestując przeciwko „tchórzliwemu nastawieniu brytyjskiej prasy do Powstania Warszawskiego". W PRL jego książki znalazły się na cenzurowanym, podobnie w innych krajach komunistycznych. Sam swoje poglądy określał jako „demokratyczny socjalizm".
5
Był bardzo chudy i nosił wąsy, uwielbiał jeździć na motorze. Jeszcze w latach 30. ożenił się z Eileen O’Shaughnessy, Irlandką, która zmarła w ostatnim roku wojny. Mieli adoptowanego syna. Jego drugą żoną była Sonia Mary Brownell, pobrali się tuż przed jego śmiercią.
Pogardzał stylem życia klasy średniej i często zachowywał się ekscentrycznie. Już w dzieciństwie miał się przedstawić nowym sąsiadom, stając na głowie, bo przecież przedstawianie się na dwóch nogach jest tak pospolite, że zaraz o nim zapomną. Wyniszczające doświadczenia i lata biedy zrujnowały mu zdrowie, pod koniec życia ogromnie cierpiał. Zmarł na gruźlicę w wieku zaledwie 47 lat.
A właściwie dlaczego George Orwell? Pierwszą książką, którą tak podpisał, było „Na dnie w Paryżu i w Londynie". Przybrał pseudonim, bo uważał, że jest słaba. Nie chciał też, by rodzina musiała się za niego wstydzić z powodu opisanych w niej upokorzeń, których doświadczył na własnej skórze.
Poza tym po prostu nie lubił imienia Eric.
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika "Książki. Magazyn do Czytania" (5/2023)
/ literatura
listopad '23 (15)
King pisze o tym, co sam zna.
I robi to z maestrią godną swego nazwiska
MARTA GÓRNA
Dobro zostanie nagrodzone, choćby wcześniej pisarz przeczołgał je przez wszystkie kręgi piekielne.
W "Holly", najnowszej powieści Stephena Kinga, tytułowa, dobrze znana fanom Króla bohaterka odżywa po śmierci toksycznej, nadopiekuńczej matki (ta umiera na koronawirusa, którym zaraziła się na proteście antymaseczkowców) i opłakuje śmierć starszego mentora: znanego m.in. z "Pana Mercedesa", "Znalezione niekradzione" i "Końca warty" detektywa Billa Hodgesa. Prowadzi też śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć, za którymi stoi pierwotne zło
w przebraniu pozornie nieszkodliwych staruszków, snobów z akademickim wykształceniem.
Między wierszami King, jak to King, przemyca swoje osobiste poglądy. Nie tylko na temat pandemii czy polityki Trumpa, ale Ameryki w ogóle: tej nietolerancyjnej, wciąż rasistowskiej
i nieprzyjaznej kobietom. Pisze też o tym, że starość jest okropna. I wie, co mówi.
W końcu sam zbliża się do osiemdziesiątki.
Przyznajcie: to pytanie czasami przychodzi wam do głowy. Przynajmniej raz do roku. A nawet częściej, bo King pisze z prędkością karabinu maszynowego. A brzmi tak: czy ten facet opowiada wciąż tę samą historię? Czy jako czytelnicy nie daliśmy się wpuścić
w maliny?
Jeśli przeanalizujemy treść jego blisko
70 powieści i ponad 200 opowiadań, to cóż… na to wygląda. Pod tym względem nie różni się więc wiele od Danielle Steele: królowej nakładów, której uciemiężone przez życie i mężczyzn bohaterki przeżywają w kółko te same przygody, choć dla niepoznaki w nieco innym anturażu.
Jak więc King, współczesny król powieściowej grozy, w ojczyźnie stawiany w jednym szeregu z H.P. Lovecraftem czy Edgarem Allanem Poem, zrealizował ten mistrzowski szwindel? Taki, który przyniósł mu miliardy dolarów
i tytuł jednego z najpopularniejszych autorów w historii ludzkości?
Odpowiedź jest prosta: King gorąco wierzy w to, co pisze. A wierzy, bo odwołuje się do swoich własnych doświadczeń. Od czasów "Carrie", wydanego w 1974 roku powieściowego
debiutu, serwuje swoim czytelnikom te same motywy, choć polane nieco innym sosem, a czasami sprytnie zmiksowane.
Nigdy jednak swojej recepty na sukces nie ukrywa. Tworzy tak, jak zaleca młodym autorom: pisze o tym, co sam zna. I robi to z maestrią godną swego nazwiska.
Pisarz, alkoholik, stalker
Weźmy najprostszy przykład. Pisarz (najczęściej z problemem alkoholowym)
w centrum wydarzeń. Ben Mears
w "Miasteczku Salem" ucieka przed
brakiem weny do mieściny, którą terroryzują wampiry, Jack Torrance (alkoholik o słabym charakterze)
w "Lśnieniu" szuka natchnienia
w nawiedzonych korytarzach Overlook Hotel i tam popada w obłęd. Bill Denbrough, bohater "To", tak jak King pisze opowiadania już jako nastolatek,
a starcie z morderczym klaunem
z kosmosu robi z niego pisarza z krwi
i kości. Gordie LaChance, uznany pisarz, opowiada w "Ciele" o tym, jak z kolegami pewnego lata szukał ciała potrąconego przez pociąg nastolatka i gwałtownie dorósł.
Pozwala też czytelnikowi przeczytać jedno ze swoich pierwszych opowiadań: o konkursie jedzenia ciast, który zamienił się w festiwal wymiotów.
Idźmy dalej. Paul Sheldon, autor wiktoriańskich romansideł o wiecznie

popadającej w tarapaty pięknej Misery, wpada w ręce psychopatycznej fanki swoich książek, a Mort Rainey
z opowiadania "Tajemnicze okno, tajemniczy ogród" jest prześladowany przez stalkera, który twierdzi, że Rainey splagiatował jego dzieło.
Jest wreszcie Holly, która - jak przypomina Ben Vincent w wydanym właśnie u nas „Stephenie Kingu. Kompletnym przewodniku po życiu, twórczości i inspiracjach" - pisze przecież wiersze. Jej śledztwo w "Holly" skupia się zresztą na środowisku ludzi, którzy też piszą i marzą o uznaniu.
Kinga z jego bohaterami łączy coś więcej niż tylko profesja. W latach 80. był uzależniony od alkoholu, marihuany
i kokainy. Wciągał tyle, że - jak przyznał
w autobiograficznym "Jak pisać. Poradnik dla pisarzy" - gdy pracował, musiał wpychać sobie do nosa kłęby waty, by zatamować krwawienie.
Jego problemy z używkami zaczęły się jednak wcześniej, a nasiliły się po śmierci matki, która po premierze "Carrie" zmarła na raka. Pijany King wygłosił nieskładną mowę na jej pogrzebie, twierdzi też, że nie pamięta procesu pisania "Cujo"
(o morderczym bernardynie), bo w latach 80. jego pociąg do używek całkiem wypadł z torów.
Po interwencji rodziny King pod koniec dekady Ronalda Reagana zerwał
z nałogami i od tamtej pory jest czysty. Temat stalkerów też zna od podszewki. Dlatego tak świetnie oddaje narastające przerażenie, które wnieśli do jego życia obsesyjni fani. W pół wieku dorobił się kilkudziesięciu prześladowców. Jak donosiła w 2003 r. agencja Associated Press, jeden z nich – niespełna czterdziestoletni Czech Bretislav Bures - nachodził Kinga w jego domu w Bangor
w Maine. Żonie pisarza, Tabicie, powiedział, że musi z Kingiem porozmawiać "w sprawie bezpieczeństwa narodowego". Wezwała policję.
W 1991 r. do domu Kingów wdarł się z kolei mężczyzna, który twierdził, że ma przy sobie bombę i zamierza ją zdetonować.
Porozmawiajmy o matce
Matka. U Kinga zazwyczaj chora czy nieobecna lub – przeciwnie, jak w "Holly" - po prostu kontrolująca. W "Carrie"
sadystyczna dewotka religijna, w "To" ewidentnie cierpiąca na przeniesiony zespół Münchhausena.
Matka Kinga wychowywała przyszłego autora i jego brata samotnie, z trudem wiążąc koniec z końcem. Pracowała jako opiekunka ludzi ciężko chorych i sędziwych, a także intelektualnie niepełnosprawnych. Tak jak tytułowa "Dolores Claiborne", która zawiera pakt ze swoją schorowaną, wredną i złośliwą starszą podopieczną.
Ojcowie zwykle są u Kinga nieobecni, tak jak nieobecny był jego ojciec, który porzucił rodzinę, kiedy synek miał trzy lata, po czym słuch po nim zaginął. Być może dlatego wielu nastoletnich bohaterów Kinga na początku opowieści poznaje starszego mentora, kogoś, kto
odgrywa w ich życiu rolę ojcowską. Tak
było np. w niedawnej "Baśniowej opowieści" czy noweli "Telefon pana Harrigana", w trylogii o Billu Hodgesie pod skrzydła mrukliwego detektywa trafiła oczywiście Holly. Bywają u Kinga też mentorzy potworni - jak były nazista
w "Uczniu szatana".
Tanie dreszcze i klasyka
W twórczości Kinga widać oczywiste wpływy innych mistrzów grozy: wspomnianych już Poego i Lovecrafta, ale też autorów pulpowych westernów, powieści SF i horrorów z lat 40. (na strychu ciotki znalazł jako nastolatek cały ich karton). A także klasyków: Charlesa Dickensa, Brama Stokera, ale też wiktoriańskiego dramaturga Roberta Browninga, którego wiersz "Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął" stał się inspiracją dla opowiadań i całej serii powieści Kinga o rewolwerowcu Rolandzie "Mroczna wieża".
Sam King jest bardziej znany jako autor powieści grozy niż wierszy, choć ma ich na koncie całkiem sporo.
Imponująca wiedza Kinga o literaturze to nie tylko zasługa wieloletniego pochłaniania książek. King ukończył
w latach 60. stanowy Uniwersytet
w Maine, na którym studiował anglistykę. Północne, śnieżne Maine to stan,
w którym toczy się akcja większości jego utworów. Poszczególne historie są ze sobą powiązane, także bohaterami. Miejscowy oprych z miasteczka Castle Rock, Ace Merrill, jako nastolatek prześladuje bohaterów noweli "Ciało",
a jako dorosły facet z kokainowym nałogiem i bez specjalnych perspektyw występuje w "Sklepiku z marzeniami".
Nad miejscem akcji wielu opowieści Kinga góruje też znany z "Lśnienia" Overlook Hotel. Uniwersum Kinga po pół wieku rozrosło się na podobieństwo tego marvelowskiego. Doskonałym dowodem na to jest świetny serial "Castle Rock", który splata ze sobą wiele wątków z jego twórczości.
Supermoc Stephena Kinga
W twórczości Kinga powtarzają się nie tylko motywy autobiograficzne. Bohaterowie tacy jak Ace - bezinteresownie źli i zdegenerowani - nie zasługują na odkupienie. Dobro zawsze zostanie nagrodzone, choćby wcześniej pisarz przeczołgał je przez wszystkie kręgi piekielne.
U Kinga istnieje małe zło, które bierze się z nieszczęśliwego dzieciństwa i traumy, lecz to wcale go nie umniejsza. I jest też zło potworne, trudne do zdefiniowania.
To potężna siła, którą pokonać może jedynie ktoś o czystym sercu i intencjach.
King często wyposaża swoich bohaterów w paranormalne talenty: zdolność telekinezy ("Carrie"), pyrokinezy ("Podpalaczka") czy słynnego "lśnienia"
u Danny’ego Torrance’a, które polega między innymi na czytaniu myśli innych, telepatii i przerażających wizjach.
Największą mocą, jaką King obdarza bohaterów, jest jednak zdolność do samopoświęcenia. I stawania naprzeciw teoretycznie niepokonanemu złu.
Naiwność czy idealizm? Pozostać idealistą w tym świecie przez ponad pół wieku to wyczyn bardziej imponujący niż sprzedaż 400 mln egzemplarzy książek. Czy to, że niemal każdy twój utwór został już przez Hollywood przerobiony na film czy serial.
Ten niezachwiany idealizm to osobista supermoc Kinga. I powód, dla którego jego odgrzewane dania za każdym razem mają nieco inny smak. (Książka. magazyn do czytania)
/ podróże
listopad '23 (15)

ARUBA – wyspa szczęśliwa
OPIS I ZDJECIA:: STANISŁAW BŁASZCZYNA
„One Happy Island” – lubią o swoim miejscu zamieszkania mówić Arubańczycy. Ale jak z tym szczęściem jest w rzeczywistości? Pewnie tak jak w życiu – czyli różnie. Jednak to prawda, że na tej karaibskiej wyspie dużo ludzi się śmieje, tańczy i śpiewa. I nie są to tylko turyści ze statków wycieczkowych, czy plażowicze, a przede wszystkim rdzenni mieszkańcy.
A jest ich na wyspie ponad 100 tysięcy. Głównie są to Kreole i Latynosi, którzy stanowią miks różnych ras – w tym Europejczyków, Indian i potomków czarnych niewolników. Jest też kilka tysięcy Holendrów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że każdy obywatel Aruby jest jednocześnie obywatelem holenderskim. Wyspa stanowi terytorium autonomiczne, ale wchodzi – wraz z innymi wyspami Antyli Holenderskich – w skład Królestwa Niderlandów, więc jej mieszkańcy są formalnie poddanymi królowej holenderskiej.
Językiem urzędowym na Arubie jest (używany w sprawach formalnych) język niderlandzki, ale jest nim także (używany powszechnie na co dzień) kreolski język papiamento, będący przedziwną mieszanką wielu języków (głównie hiszpańskiego i portugalskiego). Ze zdecydowaną większością mieszkańców można się wszak dogadać po angielsku, gdyż na wyspę przylatują (i przypływają) przede wszystkim Amerykanie (stanowiąc ok. 80% wszystkich turystów odwiedzających Arubę). Obecnie – od czasu, kiedy przestały tu działać rafinerie i podupadł eksport aloesu – turystyka przynosi wyspie największy dochód.
Aruba jest jedną z trzech wysp Małych Antyli, które czasami nazywa się Wyspami Podwietrznymi ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) i jest położona zaledwie 24 km od wybrzeży Wenezueli. A jest to dystans krótszy niż długość wyspy, która wynosi niecałe 30 km. (Jej szerokość to niewiele ponad 8 km.)
Każda z karaibskich wysp jest inna, ale Aruba wyróżnia się wśród nich szczególnie. Choćby tylko tym, że rośnie tu zdecydowanie więcej kaktusów, niż palm, a to z powodu klimatu, który co prawda jest tropikalny i gorący, ale jest jeszcze przy tym półpustynny. Istnieje też różnica bardziej konkretna: Arubę omijają huragany. Za to wieje tu niemal zawsze wiatr (pasat) – bardziej wszak dla ochłody, bo porywisty to on nie jest (chyba, że jesteśmy na wschodnim wybrzeżu wyspy). Pogoda niezbyt zmienia się w ciągu roku, średnia temperatura dnia to 28 °C, zaś ilość dni słonecznych w roku jest tu większa niż na jakiejkolwiek innej karaibskiej wyspie (poza archipelagiem ABC).




Aruba słynie z klimatu, słońca, plaż i nurkowania – i jest to sława zasłużona. Tutejsze plaże są piękne. Największą popularnością cieszą się zwłaszcza dwie, położone w zachodniej części wyspy: Eagle Beach i Palm Beach – szerokie, długie na parę kilometrów spłachetki lądu z pisakiem białym jak cukier, obmywane turkusową wodą Morza Karaibskiego. Jeśli są „popularne” to można się na nich spodziewać sporego tłumu plażowiczów. Przy czym więcej ludzi można spotkać na leżącej bardziej na północ Palm Beach (w rejonie tzw. high-rise, czyli „wysokopiennych” luksusowych resortów w rodzaju Ritz, Marriot, Riu, Hilton…), niż na Eagle Beach (rejon slow-rise, zdominowany przez mniejsze resorty „niskopienne”).
Ta ostatnia była naszą ulubioną plażą. Jakichś szczególnie wielkich tłumów na niej nie było (zwłaszcza spacerując rankiem dzieliliśmy ją z kilkoma zaledwie takimi jak my rannymi ptaszkami). Tutaj też najczęściej kąpaliśmy się i pływaliśmy. Skąd się wzięła nazwa Eagle Beach, to doprawdy nie mam pojęcia, bo orłów tu się raczej się uświadczy. Są za to osobliwe – ale dzięki temu bardzo fotogeniczne
– drzewka divi divi: niewiarygodnie powykręcane, chylące się w stronę morza i aż dziw, że do tej pory żywe, bo każdego dnia dotykane i ściskane przez setki ludzi. Drzewka są dwa, ale oblegane jest zwłaszcza jedno z nich, bo każdy chcą zrobić sobie przy nim zdjęcie. (Podejrzewam, że jest to najbardziej obfotografowywane drzewo na Karaibach.)
Są jeszcze inne plaże, wśród których najbardziej znana jest położona na południu wyspy Baby Beach. Jadąc tam można jednak przeżyć szok na widok monstrualnej (opuszczonej i niszczejącej) rafinerii naftowej (ongiś jednej z największych na świecie, przerabiającej ropę naftową przewożoną tu z pobliskiej Wenezueli). Baby Beach znajduje się w sąsiedztwie rafinerii, ale na szczęście nie jest ona z tej plaży widoczna tak bardzo, by komukolwiek zepsuć uciechę z plażowania, opalania się, pływania i kąpieli.
Można powiedzieć, że Aruba to istota o dwóch twarzach. Jedna z nich – ta skierowana na zachód – znaczona jest pięknymi, stworzonymi do wypoczynku piaszczystymi plażami, gdzie morze jest zwykle łagodne i spokojne, a jego woda szafirowa; druga zaś – ta zwrócona ku wschodowi – jest dla tej pierwszej niczym Mr. Hyde dla Dr. Jeckylla: ostre i poszarpane skalne urwiska, smagane szaleńczo przez potężne spienione fale i prawie że sztormowy wiatr (to widok, który robi wrażenie, zwłaszcza jeśli ktoś przyzwyczaił się już do łagodności pierwszego oblicza/osobowości wyspy).
Cóż, być może dlatego ta wschodnia część wyspy wydaje się niektórym z jej gości ciekawsza? Na pewno warto się tam wybrać – nie tylko po to by zobaczyć ten fantastyczny krajobraz i poczuć potęgę morskiego żywiołu, ale również dlatego, że znajduje się tam jeszcze kilka interesujących miejsc.
Najważniejsze z nich to Park Narodowy Arikok – ciągnące się jak okiem sięgnąć wzgórza wulkaniczne pokryte nieprzebytym gąszczem kaktusów (wśród nich wyróżniają się zwłaszcza organowe) i suchokrzewów (typu wilczomlecz mleczny). Są tam nawet jaskinie, wyżłobione przez wodę w skałach wapiennych, powstałych ze spetryfikowanych koralowców (największą i najciekawszą nich Fontein Cave warto zwiedzić). W strefie brzegowej parku znajduje się naturalny basen (Natural Pool), w którym można się kąpać, gdyż jest on od morza – i jego wściekłych fal – oddzielony skalną ścianą. Wielką atrakcją parku był kiedyś most naturalny (Natural Bridge) lecz niestety, runął niedawno pod własnym ciężarem i na jego miejscu zostało tylko skalne rumowisko.
Jest jeszcze kilka innych miejsc, które ewentualnie można na Arubie zwiedzić: latarnia morska California, wulkan Hooiberg, formacja skalna Casibari (z której najlepiej chyba widać prawdziwą, nieturystyczną Arubę), ruiny kopalni złota Bushiribana, farma motyli, plaża flamingów (tam, niestety, bardzo trudno się dostać, a jeżeli już się to uda, to kosztuje to krocie). Ci, którzy nurkują, mają tutaj wiele możliwości – a kto robi to nie tylko z rurką, ale i z akwalungiem, to może u wybrzeży wyspy przeżyć prawdziwą podwodną przygodę, mając do dyspozycji aż siedem wraków (w tym dwa samoloty i robiący największe wrażenie niemiecki okręt SS Antilla, zniszczony
w 1940 roku przez samych Niemców, którzy nie chcieli go oddać w ręce Holendrów). Nie sposób przegapić największego miasta
– a jednocześni stolicy Aruby – Orenjestad (jak dla mnie zbyt upiększonego, z dziwną architekturą przypominającą jakiś pseudo
-kolonialny cukierkowy Disneyland). Trzeba tylko uważać, żeby nie wybierać się do śródmieścia w tym samym czasie, kiedy ze statków wycieczkowych spływają i zalewają miasto tysięczne hordy turystów.
Z tego, co napisałem o rozsianych po wyspie atrakcjach, można chyba wywnioskować, że przebywając na Arubie warto choć na parę dni wypożyczyć samochód (przy czym jazda po terenowych, żwirowo-piaszczystych drogach wschodniej części wyspy, wymaga samochodu z wyższym zawieszeniem – SUV’a, a jeszcze lepiej jeepa z napędem na cztery koła). Jeśli chodzi o nas, to przez cały pobytu na Arubie dysponowaliśmy samochodem, dzięki czemu poznaliśmy wyspę dość dobrze. I muszę powiedzieć, że jej różnorodność bardzo mnie zaskoczyła – pozytywnie, rzecz jasna. Polecam więc przekonać się o tym samemu, ale jeśli ktoś chce spędzić swoje wakacje tylko na plaży, to… voilà!
Jeżeli nie chce się wydawać fortuny na pobyt w hotelu czy resorcie przy plaży, (ceny za noclegi bywają w nich rzeczywiście astronomiczne), to można wynająć jakieś lokum w interiorze wyspy i stamtąd wybierać się na plażę samochodem (wypożyczenie małego samochodu nie jest tu wcale takie drogie). O Arubie mówi się, że wyjazd na nią to kosztowna impreza, ale (z własnego doświadczenia) wiem, że jeżeli zastosuje się ten drugi wariant pobytu na wyspie, to nie wypada to drożej, niż np. wakacje na Florydzie.
Powinienem jeszcze wspomnieć o jedzeniu, które na Arubie jest naprawdę znakomite (całe mnóstwo restauracji serwującej najczęściej owoce morza) ale to trzeba sprawdzić samemu. Dlatego życzę wszystkim Czytelnikom aby mogli się na tej „szczęśliwej wyspie” choć raz w życiu znaleźć, doświadczając jej uroków, piękna i smaków własnymi zmysłami – i na własnej skórze.






/ psychologia wychowanie
listopad '23 (15)

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?
Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci…
Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?
W poszukiwaniu witaminy N
Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.
Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.
Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce
w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym…
W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy
z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.
Czuły ogrodnik
Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.
Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy…
Przyrodnicze IQ
Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:
-
Mają wyczulone zmysły.
-
Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
-
Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
-
Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
-
Opiekują się zwierzętami i roślinami.
-
Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
-
Lubią książki i programy o zwierzętach.
-
Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
-
Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.
Zielono w głowie
-
Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
-
Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
-
Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
-
Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
-
Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc
-
w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.




-
Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.
Rodzicu, sprawdź się:
-
Czy twoje dziecko lubi las?
-
Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
-
Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
-
Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
-
Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
-
Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci. (Zwierciadło)
/ wokół stołu
listopad '23 (15)
Wspomnień czar...
Jacek Nieżychowski
i jego ziemiańska kuchnia
Dlaczego kuchnia ziemiańska? Powody są proste. W Polsce nie istniała kuchnia pałacowa, związana z zamkiem królewskim. Na polskim królewskim dworze w różnych okresach dominowały wpływy włoskie – za królowej Bony, czy francuskie – począwszy od Henryka Walezego, aż do panowania Jana III Sobieskiego i francuskiej królowej Marysieńki. Później na dworze Augustów i Stanisława Poniatowskiego nowinki przychodziły z całej Europy. W domach możniejszych ziemian, do których trafiały modne przepisy kuchni dworskiej, tendencje światowe połączyły się z wpływami rodzinnymi, wschodnimi i, pomieszane, stworzyły swoisty styl. Dość sławne zrazy króla Jana Sobieskiego weszły do królewskiego jadłospisu z tradycji ojców i dziadów królewskich, Daniłowiczów i Sobieskich, rasowych przedstawicieli bogatych ziemian, a nie wielkiej magnaterii. Różne znakomite dania polskie noszące w nazwie: „Ala Radziwiłł” – wywodziły się z domów możnej szlachty litewskiej Radziwiłłowskich przodków i powstały, zanim Radziwiłłowie zostali książętami Rzeszy Niemieckiej. W dużych dworach ziemiańskich często prowadzono dwie kuchnie, które nazywano kuchnią czeladną i kuchnią dworską, a przez służbę określane jako kuchnia dla państwa i kuchnia dla ludzi. I pomyśleć, że takie śmieszne określenia istniały
w Polsce do polowy dwudziestego wieku. Ale była jeszcze kuchnia pośrednia. W domu moich rodziców korzystał z niej kierownik gorzelni, kawaler, rządca, przez jakiś czas też kawaler, ogrodnik i któryś z majątkowych rzemieślników – chyba kołodziej stelmach.
Ja często wybierałem kuchnią dla ludzi. Ogromną pachnącą pajdę razowego chleba z plastrem dojrzałego domowego świńskiego sadła na śniadanie, kubek świeżo upalonej gorącej zbożowej kawy – jak mówiono: z południowych stoków zza stodoły, dobrze ocukrzonej
i z dodatkiem nieodcedzonego, czteroprocentowego tłustego mleka. Bogaty krupnik na kościach z kaszą i kawałkiem mięsa, duszone
w kminku żeberka na obiad, a w dni postne potężną porcję kluch czy pyz na parze z sosem rumianym.
Trzy podstawowe warunki stanowiły o wartości kuchni ziemiańskiej.
-
Punktualność wspólnego zasiadania do stołu, gdyż punktualność stanowi o świeżości i jakości podawanych potraw. W domu dziadków i rodziców na wsi obiad był zawsze o 12.30, co wynikało z rytmu prac polowych. Przerwa obiadowa od wiosny do jesieni trwała od 12 do 2.
-
Ogromny szacunek dla starych klucznic, gospodyń, szafarek, zielarek i przeróżnych domowych rezydentek. Ich wiedza i pracowitość decydowały o jakości nieprzebranych zapasów, zapraw na zimę, począwszy od kompotów, konfitur, dżemów, powideł, marynat, przeróżnych kiszonek, wreszcie grzybów, dzikiego ptactwa i innych serwowanych doskonałości, konserwowanych rożnymi sposobami, bez chemicznych środków – by zawsze smakowały jak świeże. A zawartość domowych apteczek owych dam stanowiła podstawę finezyjnego dosmaczania potraw.
-
Bezwzględne przestrzeganie pór roku i spożywanie związanych z tymi porami darów bożych najlepszych i najświeższych, naturalnie dojrzałych.
Zachowanie wspomnianych zasad stanowiło o jakości kuchni, którą właśnie nazywano „kuchnią ziemiańską”. (…) Zajadajcie więc, mili, co ziemia daje w odpowiednim miejscu i właściwej porze. Byście i wy o tych potrawach powiedzieli, że z całą pewnością „cieszą oko i gładzą jelito”. (…)
Lubię jesień – a szczególnie tę część jesieni do Święta Zmarłych – gdy jeszcze słońce wygrzewa kości, pomaga zieleni w oziminach i cudownie maluje drzewa, Cóż to za feeria barw – nie do opisania.
O tej porze roku, wbrew pozorom, nie oddaje korony król ziemniak – teraz już całkiem dojrzały – gotowy do zimowania. . Ma u boku dwie damy dworu: „księżnę” kapustę i „markizę” cebulę. Ich to panowaniu będzie poddana reszta jesieni i zima.
Kapusta, wiadomo, to jarzyna do wszystkiego – surowa, gotowana, kiszona. A więc z niej bardzo polskie gołąbki, bigosy, surówki niezbędne na co dzień na stołach biednych i bogatych. A cebula najczęściej służy jako dodatek do przyrządzania wielu potraw, ale potrafi robić niespodzianki w najwyższym stylu.

Na dawnej trasie Warszawa-Kraków, przez Radom i Kielce, leży miasteczko Jędrzejów – sławne nie tylko z pięknego opactwa cystersów czy wielkich hodowli gęsi, ale przede wszystkim z Muzeum Zegarów na jędrzejowskim rynku i twórcy tego muzeum, wspaniałego, barwnego człowieka – profesora Tadeusza Przypkowskiego. Przy całej wiedzy historycznej i muzealniczej – także znakomitego znawcy jadła i napoju (niestety, już nieżyjący, podobnie jak autor tych opowieści – przyp. redakcji). Któregoś jesiennego dnia wpadłem do Jędrzejowa, a tu Tadeusz już od drzwi woła: „Dobrze, że przyjechałeś, będziemy próbować tort cebulowy, akurat żona przegotowuje i coś się tam już mrozi”.
Pani Tadeuszowa Przypkowska, znakomita gospodyni, wykombinowała danie, którego świetny smak i właściwości odżywcze były równe niebezpieczeństwu uszkodzenia wątroby i bez przepijania nie można było ryzykować spożywania owego specjału… Żart żartem - była to prawdziwa rozkosz dla podniebienia! (fragment książki "Kuchnia ziemiańska"}
Oto przepis na tort pani Tadeuszowej Przypkowskiej z sosem sojowym. Z pewnością stanie się kulinarnym przebojem na rodzinnym stole podczas Thanksgiving. Zamiast tortu polecamy też wariacje cebulowe: placek cebulowy na kruchym cieście, tarta cebulowa
z sosem lub bez sosu, za to z dodatkiem pietruszki siekanej, nawet placek drożdżowy lub kukurydziany wytrawny okraszony mieszanką cebulową, Składniki podobne, tylko mniejsza ilość.
TORT CEBULOWY Z SOSEM SOJOWYM
Składniki:
2 funty / 1 kilogram białej cebuli
100 gramów masła
2 funty / 1 kilogram tartego żółtego sera (najlepiej edamskiego)
1 litr gęstej kwaśnej śmietany
6 żółtek
9 białek
150 gramów tartej bułki
sól i pieprz do smaku
Sos
2 łyżki masła
2 łyżki mąki
400 mililitrów śmietanki
6 łyżek sosu sojowego

Przygotowanie:
- Tortownicę posmarować masłem i oprószyć bułką tartą. Piekarnik
nagrzać do temperatury 390 st. F / 200 st. C.
- Cebulę pokroić w drobną kostkę. Na patelni rozgrzać pozostałe masło, włożyć cebulę i mieszając, smażyć przez 5-7 minut, aż się zrumieni. Przełożyć do miski, dodać śmietanę, ser, żółtka i pozostałą tartą bułkę. Dokladnie wymieszać, doprawić do smaku solą
i pieprzem.
- Białka ubić na sztywną pianę, dodać do masy i delikatnie wymieszać. Przełożyć do tortownicy i wyrównać powierzchnię. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec 40-50 minut, aż tort wyrośnie i zrumieni się (uwaga: czas pieczenia zależny od piekarnika).
- W tym czasie przygotować sos: na patelni rozgrzać masło, posypać je mąką i mieszając, smażyć przez 1 minutę. Rozprowadzić śmietanką i gdy zawrze, zestawić z ognia / grzania. Dodać sos sojowy, dokładnie wymieszać i przelać do sosjerki.
/ pasje
listopad '23 (15)

... z ksiĄżkĄ ciekawiej
WOJTEK STRÓZIK
Czytam coraz więcej...
Przez bardzo długi czas znajdowałem wymówki na nieczytanie książek.
W sumie od dziecka czytanie szło mi nie najlepiej. Nie to, że nie umiałem czytać. Nie! Ale nie lubiłem tego robić. Pamięta ktoś taką serię „poczytaj mi mamo”? To był dla mnie wyczyn!
Dopiero kiedy jako nastolatkowi wpadły mi w ręce książki Roberta Ludluma – autora między innymi przygód Jason’a Bourne’a zacząłem „czytać”. Jednak pierwszą „większą” książką – nie licząc lektur, które i tak czytałem z niesmakiem i wybiórczo – była książka „Bartek, Tatarzy i motorynka”. Książka zaciekawiła mnie, czyli musiała mieć to coś, co spowodowało, że chłopak nie lubiący czytać dał jej radę.
Znowu nastał czas nieczytania. Szkoła średnia i studia to głównie czytanie przymusowe, co w moim przypadku podświadomie odpychało od nazwijmy to „normalnych książek”.
W pierwszych latach pracy zawodowej tak bardzo skupiałem się na niej, że faktycznie czas dla książki był nieosiągalny. Nie było mowy nawet o pozycjach obowiązkowych na drodze kariery każdego młodego managera. Żenujące!
Jednak z czasem człowiek dojrzewa do książek. Zaczyna wreszcie rozumieć wartości i mądrość płynącą praktycznie z każdej książki. Umówmy się! Tych naprawdę GŁUPICH książek jest całkiem niewiele.
O dziwo chętniej wpadały mi w ręce te pozycje, które niosły w sobie doświadczenia zawodowe autorów lub bohaterów. Zawierały określone wzorce zachowań. Przykładowe recepty na sukces, czy powodzenie. Mnie głównie zainteresowała literatura tak zwanego samodoskonalenia. Takie pozycje czytam zdecydowanie chętniej, licząc podświadomie na utrwalanie wartościowych treści
i potencjalną możliwość ich wykorzystania w przyszłości.
Jak zacząć czytać?
Nie znam najlepszej drogi. Nie wspomagam się innymi pomysłami, które z pewnością są do odnalezienia w internecie. Moja droga do czytania była długa z uwagi na pewne cechy mojego charakteru, ale także i zwyczaju czytania w domu rodzinnym. Czytała wyłącznie moja mama i to także od czasu do czasu. Tato, zwany także Padre – nie był na tym przyłapany.
Zatem jedyną drogą do czytania są liczne próby podejmowania takiego wysiłku. To wybieranie rozlicznych pozycji i testowanie czy zawartość przypadnie do gustu, czy się spodoba, czy zaciekawi.
Idź do księgarni i poczuj zapach książek. Weź kilka do ręki, przeczytaj recenzje na okładce. Przeczytaj dowolny jej fragment i sprawdź czy może Cię to zainteresować. Pożyczaj książki z biblioteki lub od znajomych – pamiętaj tylko żeby oddać. Nikt nie lubi, kiedy pożyczona książka nie wraca na swoje miejsce w regale.
Próbuj polecanych pozycji. Testuj bestsellery.
I co ważne! Wybieraj mniejsze, cieńsze pozycje. Jeśli uda Ci się skończyć kilkudziesięciostronicową pozycję – ciesz się tym faktem. Bądź z siebie dumny jakbyś przeczytał „Potop”. I wybieraj dalej. Kolejna pozycja, tak samo krótka. Tak samo łatwa w czytaniu. Daj sobie czas na radość skończenia wybranej pozycji zanim wskoczysz w serię „Metro 2033”, czy zamin porwiesz się na trylogię J.R.R. Tolkiena.
Znajdź każdego dnia małą chwilkę na czytanie książki.
Czytaj codziennie choćby kilka stron, kilka kartek. Tak, aby tylko zachować wątek lektury. Zabieraj książkę ze sobą i czytaj w kolejce na poczcie – tam w dzisiejszych czasach potrafią być naprawdę długie kolejki. Czytaj w poczekalni u lekarza, czy czekając na badania. Czytaj w tramwaju i autobusie. Po prostu staraj się wyrabiać w sobie nawyk czytania. Przyzwyczajaj się do obecności książek
w Twoim życiu i tego, jak wiele radości możesz z tego czerpać. Tak powstaje pasja czytania! rozwojosobistydlakazdego.pl