prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com

listopad/grudzień / 6'24 (22)





Kensington Street
Śladami bezrobotnych Amerykanów
Chciwość, nieświadomość, kłamstwo
Niezwykła historia Marthy Stewart


radosnych Świąt
i szczęśliwego
Nowego Roku!

SPIS TREŚCI
pakamera.polonia / listopad/grudzień '24 (22)
świat, ludzie i obyczaje
Prawie jednym zdaniem... redakcja
Make America Rage Again (portrety) Anna Wyrwik
Niezwykła historia Marthy Stewart (portrety) Robert Chyliński
Chciwość, nieświadomość, kłamstwo... (historia) Idalia Błaszczyk
Kensington Street (reportaż) Dariusz Lachowski, Suzanne Stein
Śladami bezrobotnych Amerykanów (reportaż) Iza Klementowska
Dłuższy sen to nie tylko odpoczynek (nauka) Mateusz Łysiak
Starożytna Sahara (historia) Marcus Rosenlund "Gdy pogoda zmienia bieg historii" (fragment)
kultura
Floryda to żart (kino) Łukasz Munikowski
Marc Rothko - wyznawca kolorów? (sztuka) Sylwia Zientek
Od ciszy Missouri po krzyk sceny - Chappell Roan (muzyka) Robert Chyliński
Drugie odkrycie Ameryki (literatura) Paulina Wilk
inspiracje
Seattle. Kulinarna mekka północy USA (wokół stołu) Aleksander Szojer
Krótka historia manier według Normana Daviesa (savoir-vivre)
Od redakcji
Kiedy myślimy o Stanach Zjednoczonych, wydaje nam się, że Nowy Jork otwiera nam wrota do tej części świata. Miasto jest urokliwe, inne, ciekawe, w niczym nieprzypominające zachodniej strony tego ogromnego kraju. W Ameryce regiony i stany różnią się między sobą, mają inną historię, obyczaje i ludzi...
Na wschodzie kraju wkracza się do tętniących życiem miast pełnych drapaczy chmur, a po drugiej stronie, zachodniej – można odetchnąć w parkach narodowych, ukazujących najpiękniejsze na świecie cuda natury.
Amerykanie... też są zróżnicowani tak, jak ich ukochane miejsce na ziemi. Łączą ich: uśmiech, otwartość i bezpośredniość. Bieda tu jest kolorowa, podstawowe kulinaria przemysłowo uproszczone, bogactwo nabotoksowane i wyrafinowane, życie
w każdej bańce wydaje się łatwe i bezkonfliktowe, a jednak...
Przyjrzyjmy się bliżej różnym sytuacjom, zjawiskom, ludziom. Wnioski nasuną się same, twoje, podparte doświadczeniem, obserwacją, opowieścią, książką... W ocenach starajmy się pozostać pośrodku, bo nic nie jest ani do końca białe, ani do końca czarne. Życie, podobnie jak kolory, ma wiele odcieni i ich przyczyn. Przekonacie się o tym przemierzając tysiące amerykańskich mil obserwując bezrobotnych, poznając historię Marthy Steward czy sięgając po opowiadania amerykańskie. Naga prawda bywa smutna,,, Jak Kensington Street... Czy można zamknąć oczy i jej nie widzieć?
Zapraszamy do dyskusji, opowiedzcie nam o swoich przemyśleniach i doświadczeniach. Piszcie, proszę, w komentarzach lub tutaj: pakamera.info@gmail.com. Komentarze e-mailowe nie ukażą się na łamach pakamery.polonia bez Waszej zgody, o którą poprosimy,
Mamy nadzieję, że lektura pakamery nie przeszkodzi w przygotowaniach do świąt ważnych i noworocznych...
Z okazji (i bez okazji) listopadowego Thanksgiving Day wszystkim naszym Czytelnikom życzymy cudownej atmosfery przyjacielsko-rodzinnej i pysznego indyka podczas tradycyjnego obiadu wśród bliskich i najbliższych.
Dziękujemy Wam, że jesteście, za Wasze opinie i ciepłe słowa uznania, bardzo istotną dla nas sensowną krytykę oraz podpowiedzi tematyczne.
Wierzymy, że Nowy Rok zaowocuje nowymi rozwiązaniami nie tylko w naszym dwumiesięczniku, ale również w Waszym życiu... Niech Wam zabłyśnie gwiazdka bożonarodzeniowa, a Nowy Rok podrzuca każdego dnia nowe powody do radości...
redakcja
prawie jednym zdaniem...
listopad/grudzień 2024
ROZMAITOŚCI AMERYKAŃSKIE
Góra Rushmore, nazwana tak w 1885 roku na cześć prawnika Charlesa E. Rushmore’a, znajduje się w Black Hills w hrabstwie Pennington na zachodzie Dakoty Południowej. W pierwszej połowie XX wieku postanowiono tam umieścić niezwykłe posągi: wysokie na 18 metrów głowy prezydentów USA. Patrząc od lewej, są to: George Washington, Thomas Jefferson, Theodore Roosevelt oraz Abraham Lincoln. Ich oficjalna „zbiorcza” nazwa brzmi Mount Rushmore National Memorial.
Autorem pomysłu był historyk Doane Robinson, a głównym twórcą oryginalnych monumentów – rzeźbiarz Gutzon Borglum, który
w tamtym czasie pracował nad głową generała Konfederacji Roberta E. Lee w okolicach Atlanty. Wyboru lokalizacji dokonał w 1925 roku. Ale sam swoim dłutem niewiele by tu zdziałał. W realizację tego epokowego projektu zaangażowanych było około 400 rzeźbiarzy i robotników. Konieczne było wykorzystanie ciężkiego sprzętu oraz materiałów wybuchowych.
W 1953 roku senator George H. Bender pojawił się w amerykańskim kongresie z gotową ustawą, sugerując niezwykle uprzejmie, że może warto byłoby już oficjalnie uznać istnienie jego stanu. Wzbudził tym niemałe zaskoczenie, ale wkrótce sprawa stała się jasna – mimo że uznanie Ohio zaakceptował Thomas Jefferson już w 1803 roku, to z jakiegoś powodu przeoczono dopełnienie wszystkich formalności. Tym samym „podanie Ohio” znajdowało się w dziale oczekujących – przez skromne 150 lat. W połowie XX wieku naprawiono ten błąd, pilnując przy tym, by za faktyczną datę powstania stanu uważano 1803, nie 1953 rok.
Palma pierwszeństwa wśród najszczęśliwszych stanów Ameryki wprawdzie przysługuje Hawajom, jednak równie dobrze mogłaby należeć do Kentucky. Dlaczego? A dlatego, że w tym właśnie stanie więcej niż ludzi znajduje się… beczek z bourbonem. I to o dobre dwa miliony więcej. Ojczyzna bourbona zaspokaja aż 95% światowego zapotrzebowania na ten aromatyczny, choć nielekki trunek.
Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że Biblioteka Kongresu w Waszyngtonie jest duża, ale mało kto wie, że aż tak… W 2015 roku szacowano, że w jej zbiorach znajdują się 162 miliony dokumentów, a każdego dnia pojawia się 15 tysięcy kolejnych. Biblioteka Kongresu jest dzięki temu największą biblioteką na świecie. Może pochwalić się między innymi największym na terenie USA zbiorem polskich książek, a także… łącznie 838 milami półek na książki. To niemal 1350 kilometrów ustawionych jedna za drugą książek – odległość odpowiadająca mniej więcej dystansowi pomiędzy Houston i Chicago.
Dochodziła druga w nocy 12 października 1492 roku, gdy na pokładzie „Pinty", jednego z trzech – obok „Santa Marii" i „Niñi" – żaglowców, którymi dowodził genueński żeglarz w służbie królestwa Hiszpanii Krzysztof Kolumb, rozległ się okrzyk: „Ziemia! Ziemia!". Kiedy ląd widać było już wyraźnie, dowódca „Pinty" kazał podpłynąć do „Santa Marii", na której płynął Kolumb. Admirał zapowiedział bowiem, że nagrodzi dożywotnią rentą tego, kto pierwszy zobaczy ziemię. Ale gdy Pinzón podał mu nazwisko szczęśliwca, marynarza Juana Rodrigueza Bermejo z Triany, Kolumb oświadczył. – To ja pierwszy już wczoraj wieczorem zobaczyłem światło na horyzoncie.
12 października wyprawa Kolumba dotarła do archipelagu Bahama i ta data uważana jest za dzień odkrycia Ameryki.
16 października 1923 roku w Burbank w Kalifornii (aglomeracja Los Angeles) bracia Walt i Roy Disneyowie założyli niewielkie studio animacji pod nazwą Disney Brothers Carton Studio. Roy był biznesmenem z praktyką bankową, Walt uczył się w Kansas City Art School, ale jako 16-latek przerwał edukację artystyczną, by po przystąpieniu USA do I wojny światowej wstąpić do wojska. Firma Disneyów wyprodukowała kilkadziesiąt filmów animowanych, które stały się hitami, a ich bohaterowie, m.in. Myszka Miki, Kaczor Donald, psy Goofy i Pluto czy słonik Dumbo, bohaterami wyobraźni zbiorowej. The Walt Disney Company jest dziś największym koncernem medialnym świata. Zatrudnia około 180 tys. osób, a jego zysk netto w 2015 roku wyniósł 8,38 mld dol. Walt Disney zmarł
w roku 1966 w wieku 65 lat, starszy o osiem lat Roy - pięć lat później.
W laboratorium Thomasa Alvy Edisona w Menlo Park (dziś Edison) w stanie New Jersey kierowany przez niego zespół skonstruował pierwszą długotrwale (kilkadziesiąt godzin) świecącą żarówkę. Zaświeciła ona po raz pierwszy 21 października 1879 roku.
W szklanej bańce wypełnionej mieszaniną gazów znajdowało się grafitowe włókno, żarzące się po podłączeniu do elektryczności. Edison ulepszał wynalazek, świetne rezultaty (kilkaset godzin świecenia) uzyskując po zastosowaniu zwęglonych włókien japońskiego bambusa (dziś żarnik najczęściej jest wolframowy). Wynalazca przekonał milionerów J.P. Morgana (finanse)
i rodzinę Vanderbiltów (transport) do inwestycji w jego przedsiębiorstwo, które w 1882 roku uruchomiło sieć oświetlającą jedną
z dzielnic Nowego Jorku.
22 października 1883 roku w Nowym Jorku zainaugurowano działalność Metropolitan Opera, jednej z najsłynniejszych scen operowych świata. Do jej powstania przyczyniła się grupa bogatych przemysłowców, którzy przez lata bezskutecznie zabiegali o loże w Academy of Music, najważniejszej wtedy scenie w mieście. W tym działającym już wówczas 30 lat teatrze wszystkie ekskluzywne miejsca zajmowali przedstawiciele starej arystokracji finansowej nieżyczącej sobie oglądać przedstawienia w towarzystwie nowobogackich - traktowali ich wyniośle i blokowali wykupywanie przez nich lóż. Nuworysze wybudowali więc sobie własną operę
z bardzo wygodnymi lożami. Przedstawieniem, które było inauguracją działalności Metropolitan Opera, był „Faust" Charles’a Gounoda.
Na giełdzie w Nowym Jorku nastąpił lawinowy spadek cen akcji wyprzedawanych przez spanikowanych inwestorów i w efekcie wartość większości notowanych tam papierów spadła niemal do zera. Nagle pojawiło się tak wielu bankrutów i dłużników, że banki utraciły znaczną część wkładów ludności. Krach wywołało pęknięcie bańki spekulacyjnej, zjawiska polegającego na windowaniu na zbyt wysoki poziom cen akcji. Na dodatek banki chętnie udzielały kredytów pod zastaw przewartościowanych akcji i za pożyczone
w ten sposób kupowano kolejne akcje, windując ich ceny. I w końcu bańka pękła. Czarny czwartek,24 października 1929 roku, zapoczątkował Wielki Kryzys, który trwał cztery lata i wpędził w nędzę miliony ludzi w Ameryce i w wielu krajach świata.
24 października 1931 roku - skazanie Ala Capone.
Jedenaście lat za niepłacenie podatków - taki wyrok usłyszał jeden z najsłynniejszych gangsterów ery prohibicji. Chicagowski boss tak przemyślnie prowadził swoje bandyckie interesy, że prokuratura nie udowodniła mu morderstw, korupcji, łamania ustawy
o prohibicji. Nie krył się natomiast z fortuną i władze federalne, które zdołały ujawnić źródła jego nielegalnych dochodów, oskarżyły go też o niepłacenia z ich tytułu podatków. Gangster trafił najpierw do więzienia federalnego w Atlancie, gdzie uzyskał pewne przywileje, ale potem został przeniesiony do Alcatraz - tu nie mógł już liczyć na specjalne traktowanie. Chorujący na syfilis Capone został zwolniony jesienią 1939 r., ale był już wrakiem człowieka, a jego imperium w międzyczasie podupadło. Zmarł w 1947 roku.
W myśl Deklaracji Niepodległości z 1776 roku Stany Zjednoczone odrzucały zwierzchnictwo Wielkiej Brytanii i ustanawiały się odrębnym państwem. Jak łatwo się domyślić, sygnatariusze, którzy 4 lipca złożyli pod dokumentem swoje podpisy, byli urodzeni już
w Ameryce. Ale wcale nie wszyscy. Wśród nich znalazło się także ośmiu przybyszów urodzonych na terenie Wielkiej Brytanii – dwóch Anglików, dwóch Szkotów, dwóch Irlandczyków, dwóch Irlandczyków z Północy oraz jeden Walijczyk.
Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych przepadają za pizzą – i aby stwierdzić tę oczywistość, nie trzeba wcale uciekać się do żadnych głębszych badań. Wystarczy jeden rzut oka… i można wyciągać wnioski. Pytanie jednak, jak wielka jest amerykańska miłość do pizzy. Gdyby wyrazić ją w kategorii powierzchni, byłoby to… 40,5 hektara dziennie. Gdyby skleić wszystkie pizze z zaledwie jednego dnia zajęłyby aż tyle miejsca. Nic dziwnego – aż 93% Amerykanów przyznaje, że ostatni raz pizzę jadło nie dalej niż miesiąc temu.
Prędzej czy później wszyscy utoniemy w śmieciach. Coś, co kiedyś wydawało się ledwie grubą przesadą, stało się całkiem realną perspektywą. Gdziekolwiek pojawia się człowiek, wnosi stosy śmieci. Ale nic dziwnego, biorąc pod uwagę jak ogromne rozmiary ma generowanie odpadów. W przypadku Amerykanów – których można śmiało uznawać za przykład z negatywnego przedziału skali
– statystyki są nieubłagane. Przeciętny mieszkaniec Stanów Zjednoczonych produkuje dziennie aż 2 kilogramy odpadów!
Z ponad 7 kilometrami długości deptak w Atlantic City może śmiało z dumą nosić miano najdłuższego na świecie. Utworzony w 1870 roku, był również pierwszym tego rodzaju obiektem w Stanach Zjednoczonych. I choć dzisiaj otoczony licznymi kasynami, restauracjami i sklepami, pierwotnie pełnić miał nieco inną, bardziej praktyczną funkcję. Chodziło bowiem o to, by… plażowicze przynosili do hoteli mniej piachu. Konieczność przejścia się betonowym odcinkiem miała pomóc pozbyć się nadmiaru pyłu. Inaczej mówiąc – Amerykanie mieli brudne stopy, więc zbudowano im deptak.
Kiedy ktoś chwali się, że studiował w Cambridge, warto prawdopodobnie dopytać, co ma na myśli. W rzeczywistości bowiem może to oznaczać dwie zupełnie różne rzeczy, na dodatek przedzielone dużym oceanem. Pierwszą z nich jest Uniwersytet w Cambridge, uczelnia założona w 1209 w Wielkiej Brytanii. Druga natomiast to Uniwersytet Harvarda, założony w 1636 roku jako pierwsza uczelnia wyższa na terenie kolonii w Ameryce Północnej. Popularnie zwany Harvard ustanowiono w miejscowości Newtowne, która z czasem przemianowana została na Cambridge. Tym samym obie uczelnie leżą w Cambridge – tyle że jedna z nich w Wielkiej Brytanii, druga zaś w stanie Massachusetts.
Prohibicja nie okazała się udanym eksperymentem. Wręcz przeciwnie – sprawiła, że ludzie w dalszym ciągu sięgali po alkohol, tyle że tym razem pochodzący ze znacznie bardziej podejrzanych źródeł. Często dochodziło również do kradzieży legalnego alkoholu przemysłowego. Znikał z fabryk, by następnie pojawiać się w domach, po drodze zmieniwszy tylko przeznaczenie. Amerykański rząd umyślił więc prawo nakazujące skażanie alkoholu przemysłowego, licząc, że to odstraszy ludzi od kradzieży. Nie odstraszyło.
W konsekwencji spożycia celowo zatrutego alkoholu śmierć poniosło ponad 10 tys. osób. Jeszcze jeden sukces prohibicji.
Czyja podobizna znajduje się na banknocie jednodolarowym? Praktycznie nikt, kto na co dzień posługuje się tą walutą, nie miałby problemu z udzieleniem odpowiedzi. Oczywiście George Washington. Jednak wcale nie zawsze tak było. Pierwsze banknoty o nominale 1 dolara zostały wprowadzone do obiegu w 1862 roku. Zaprojektował je Salmon P. Chase – ówczesny sekretarz skarbu – który pokusił się przy tej okazji o sporą dawkę autopromocji. Z wszystkich dostępnych twarzy na świecie, na jednodolarówkach postanowił umieścić akurat swoją..
Najsłynniejszym centrum handlowym Stanów Zjednoczonych jest The Mall of America. Zlokalizowany w Bloomington w stanie Minnesota kolos, na którego terenie znajduje się ponad 550 odrębnych sklepów. Nic więc dziwnego, że – otwarty w 1992 roku – pozostaje także największym pod względem zajmowanej powierzchni centrum handlowym USA. Mimo swojej odwołującej się do narodowej dumy nazwy, The Mall of America wcale nie jest amerykańskie. Należy do Triple Five Group – firmy, która zaprojektowała je, zbudowała i w dalszym ciągu nim zarządza. Ale siedziba Triple Five Group znajduje się w Edmonton. W Kanadzie.
/ portrety
listopad/grudzień '24 (22)
Polska dusza,
amerykański sen.
Niezwykła historia
Marthy Stewart
– z tronu do celi i z powrotem
na szczyt sukcesu

Od niepozornych początków jako córka polskich imigrantów, przez życie w blasku fleszy jako ikona perfekcyjnego stylu życia, po głośny skandal i więzienie – historia Marthy Stewart to opowieść o niezwykłej determinacji, sile kobiet i nieustannym dążeniu do sukcesu.
Martha Stewart to prawdziwa ikona – od lat jej nazwisko jest utożsamiane z perfekcją w dziedzinie domowego stylu życia, kulinariów, designu oraz szeroko pojmowanej kreatywności. – Bez otwartego umysłu nigdy nie osiągniesz wielkiego sukcesu – brzmi jeden z jej najsłynniejszych cytatów. Królowa kokonizmu już jako młoda dziewczyna przejawiała niezwykłą ambicję, łamała schematy
i wyznaczała nowe kierunki w każdym przedsięwzięciu, którego się podejmowała. Jej historia udowadnia, że nawet po najboleśniejszych upadkach można nie tylko się podnieść, ale też ponownie pobić świat.
Życie i kariera Stewart, pełne sukcesów, kontrowersji oraz imponujących powrotów, niedawno zyskały nowe światło za sprawą głośnego dokumentu Netflixa. Przedstawiamy portret tej niezwykłej postaci – od niełatwych początków, przez spektakularne osiągnięcia, aż po zaskakujące powroty na szczyt.
Dorastanie w rodzinie imigrantów z Polski
Martha Helen Kostyra urodziła się 3 sierpnia 1941 roku w Jersey City jako drugie z sześciorga dzieci polskich imigrantów. Jej ojciec, Edward Kostyra, był farmaceutą, a matka, Martha Ruszkowski Kostyra, nauczycielką i gospodynią domową. Przodkowie Marthy przybyli do Ameryki, niosąc ze sobą bogatą tradycję kulinarną i ogromną wartość ciężkiej pracy, która miała ogromny wpływ na jej przyszłą karierę.

Matka Marthy była jej pierwszą nauczycielką gotowania, pieczenia, szycia oraz zarządzania domem – umiejętności, które Martha w dorosłym życiu udoskonaliła i przekształciła
w wielomilionowe imperium. Czas spędzany w kuchni czy ogrodzie był dla niej czymś naturalnym. Już w młodym wieku wykazywała nie tylko talent kulinarny, ale również zmysł estetyczny, co miało ogromne znaczenie dla jej późniejszego sukcesu.
W wieku 13 lat Martha rozpoczęła karierę jako modelka, zarabiając na życie poprzez udział w reklamach i pokazach mody. Była znana z klasycznej, amerykańskiej urody, co otworzyło jej drzwi do branży fashion. Choć przez lata wykorzystywała swoje wdzięki w pracy przed kamerą, jej aspiracje sięgały znacznie dalej – chciała tworzyć i zarządzać, nie tylko odgrywać role przypisane przez innych.
Lata nauki i świat Wall Street
Podjęła studia na Barnard College, prestiżowej uczelni w Nowym Jorku. Początkowo studiowała chemię, ale ostatecznie wybrała historię Europy i architekturę. Studia na Barnard były trudne. Martha pracowała jako modelka, aby opłacić czesne, co wymagało od niej determinacji i dyscypliny. Jej urok i wykształcenie sprawiały, że szybko przyciągała uwagę. Ona nie zamierzała jednak tkwić
w jednym miejscu.
W 1967 roku podjęła pracę jako maklerka na Wall Street, gdzie była jedną z nielicznych kobiet w męskim świecie finansów. Stewart wyróżniała się w tym środowisku swoją odwagą i determinacją. Jej praca na giełdzie pozwoliła jej zdobyć cenne doświadczenie
w zarządzaniu finansami, inwestycjach i podejmowaniu ryzyka. Dzięki swojej inteligencji i elastyczności radziła sobie w trudnym świecie finansów – jej były szef wspominał, że zarabiała nawet 250 tysięcy dolarów rocznie, co na tamte czasy było astronomiczną sumą.
Jednak mimo sukcesu zawodowego na Wall Street, Martha poczuła wypalenie. Zdecydowała się odejść z finansów i skoncentrować na innej pasji – tworzeniu przestrzeni do życia, gdzie estetyka łączy się z funkcjonalnością. Wspólnie z mężem, Andrew Stewartem, kupiła XIX-wieczny dom w Connecticut, który stał się miejscem, gdzie narodziła się jej wielka pasja do gotowania, projektowania wnętrz i ogrodnictwa.
Narodziny imperium Martha Stewart Living
W latach 70. Martha Stewart rozpoczęła działalność cateringową. W domowym zaciszu tworzyła wyjątkowe potrawy i dekoracje. Jej catering szybko zyskał uznanie dzięki perfekcyjnej dbałości o szczegóły oraz wyjątkowej estetyce. Niebawem Martha zdobyła uznanie elit i celebrytów, co pozwoliło jej nawiązać kontakty z wpływowymi ludźmi i zbudować markę.
W 1982 roku wydała swoją pierwszą książkę „Entertaining”, która natychmiast stała się bestsellerem. Publikacja była nie tylko książką kucharską, ale także przewodnikiem po sztuce organizacji przyjęć i dekoracji wnętrz. Jej wyjątkowy styl – elegancki, ale przystępny – zyskał rzesze fanów. W kolejnych latach Martha wydawała kolejne książki, które ugruntowały jej pozycję liderki w dziedzinie domowego stylu życia. O tym, jak poważnie podchodziła do swojej pracy, najlepiej świadczą jej własne słowa:
– Myślę, że pieczenie ciasteczek jest równe temu, jak królowa Wiktoria rządziła imperium. Nie ma żadnej różnicy w tym, jak poważnie podchodzisz do swojej pracy, jak poważnie traktujesz całe swoje życie – wyznała kiedyś Stewart.

W 1990 roku założyła magazyn „Martha Stewart Living”, który szybko stał się źródłem inspiracji dla tysięcy kobiet i mężczyzn. Magazyn nie tylko przedstawiał porady kulinarne, ale także pomysły na dekoracje, ogrodnictwo i organizację domowego życia. W 1993 roku Stewart uruchomiła program telewizyjny pod tą samą nazwą, co pozwoliło jej dotrzeć do jeszcze szerszej publiczności i zyskać status prawdziwej gwiazdy.
Założenie firmy Martha Stewart Living Omnimedia w 1997 roku było ukoronowaniem jej sukcesów. Była pionierką w łączeniu różnych mediów, by promować swoje idee i wartości. Kiedy firma weszła na giełdę w 1999 roku, Stewart stała się pierwszą kobietą miliarderką, która samodzielnie zbudowała swoje imperium od podstaw. Jej historia stała się inspiracją dla kobiet na całym świecie.
Ciemne chmury nad Marthą Stewart – skandal i więzienie
Choć wydawało się, że Martha Stewart osiągnęła szczyt kariery, w 2001 roku zaczęły się jej poważne problemy. Oskarżono ją o tzw. insider trading – sprzedaż akcji firmy ImClone Systems na podstawie poufnych informacji. Po długim procesie, w 2004 roku Stewart została uznana za winną składania fałszywych zeznań oraz utrudniania śledztwa i skazana na pięć miesięcy więzienia. Dla wielu był to koniec kariery Marthy Stewart. Ona jednak miała inne plany.
Pobyt w więzieniu federalnym w Alderson w Wirginii Zachodniej był dla Marthy doświadczeniem trudnym, ale także przełomowym. Zamiast poddać się i zamknąć w sobie, skupiła się na pomaganiu innym więźniarkom. Uczyła je ogrodnictwa i podstaw biznesu.
O swoim doświadczeniu mówi otwarcie, podkreślając, że mimo poczucia niesprawiedliwości, starała się wyciągnąć z tej sytuacji coś pozytywnego.
Powrót z nową energią
Po wyjściu z więzienia w 2005 roku Martha Stewart z impetem wróciła do pracy. Wznowiła działalność telewizyjną, publikowała nowe książki i zaangażowała się w liczne projekty medialne. Jej programy, takie jak „Martha” czy „The Apprentice: Martha Stewart”, przypomniały światu, że nie da się jej tak łatwo zepchnąć z piedestału.
Największą niespodzianką była jednak współpraca z raperem Snoop Doggiem w programie „Martha & Snoop’s Potluck Dinner Party”. Show, który początkowo wydawał się kuriozalnym połączeniem, szybko zyskał ogromną popularność dzięki poczuciu humoru, dystansowi do siebie i chemii między gospodarzami. Martha pokazała nową twarz – osobę gotową na nowe wyzwania, odważną
i umiejącą wyśmiać własne wady i błędy.
Życie prywatne pełne zawirowań
Na płaszczyźnie prywatnej Martha Stewart również zmagała się z wieloma wyzwaniami. W 1961 roku poślubiła Andrew Stewarta, a ich związek przyniósł jedno dziecko – córkę Alexis Stewart. Jednak życie w świetle reflektorów i ciągła pogoń za karierą negatywnie wpłynęły na relacje w rodzinie. Alexis wielokrotnie mówiła publicznie o trudnych relacjach z matką, podkreślając, że Martha często była surowa i niedostępna emocjonalnie. Rozwód z Andrew Stewartem w 1990 roku, po niemal 30 latach małżeństwa, był dla niej ciosem, ale nie zatrzymał jej na drodze do dalszego rozwoju.
Z biegiem lat Stewart otworzyła się na rozmowy o swojej rodzinie, mówiąc szczerze o błędach, jakie popełniła jako matka i żona. Choć Alexis przez wiele lat miała do matki żal, obie kobiety starały się zbudować lepsze relacje. W swoich późniejszych projektach Martha podkreślała wartość rodziny i starała się promować wartości, które, jak mówiła, wyniosła z własnego domu – mimo wszystkich trudności.
Po rozwodzie, Martha Stewart przez wiele lat była związana z Charlesem Simonyim, węgierskim deweloperem oprogramowania,
z którym spotykała się od 1993 do 2008 roku. Choć szczegóły ich relacji pozostają nieznane, Stewart wielokrotnie określała go mianem swojego „chłopaka”, a para często pojawiała się razem na galach i wydarzeniach charytatywnych. Ich związek napotkał jednak poważne trudności, zwłaszcza po tym, jak Martha trafiła do więzienia. Jak sama przyznała, Simonyi odwiedził ją tam tylko raz, co było dla niej sporym ciosem.
Po tym jak wyszła na wolność, choć Simonyi wysłał po nią prywatny odrzutowiec, nie udało im się odbudować wcześniejszej zażyłości. Martha przyznała, że jej życie stało się „mniej ekscytujące”, co miało wpływ na ich związek. W 2008 roku, trzy lata po jej wyjściu
z więzienia, Simonyi ożenił się z Lisą Persdotter, szwedzką milionerką. Dla Stewart było to wielkie zaskoczenie. Mówi, że dowiedziała się o jego ślubie w dość dziwnych okolicznościach, podczas wspólnej wizyty u prezydenta Islandii, kiedy Simonyi powiedział jej, że zamierza się ożenić. W dokumencie Netflixa Martha nazwała to wydarzenie swoim „drugim rozwodem”, nie kryjąc rozczarowania.
Dziedzictwo Marthy Stewart
Dziś Martha Stewart jest czymś więcej niż ikoną lifestyle'u. Stała się symbolem przedsiębiorczości, siły kobiet i dowodem na to, że niezależnie od porażek, zawsze można się odrodzić na nowo. Jej podejście do pracy – precyzyjne, pełne pasji i wciąż ewoluujące
– inspiruje nie tylko kobiety, ale także wszystkich, którzy pragną realizować swoje marzenia, bez względu na przeciwności losu.
Jednak Martha Stewart to także osoba, która uczyła się na swoich błędach i nie bała się przyznać do porażek. Jej autentyczność
i otwartość sprawiły, że wiele osób odnajduje w niej inspirację nie tylko w kontekście sukcesu zawodowego, ale także w aspekcie radzenia sobie z problemami osobistymi. (zwierciadlo.pl)
Źródła: „Martha Stewart: A Life of Reinvention, Resilience, and Success”, ceotodaymagazine.com; „Everything We Learned From Martha Stewart’s New Documentary”, thecut.com; „Martha Stewart Quotes”, brainyquote.com
/ portrety
listopad/grudzień '24 (22)

Make America Rage Again
ANNA WYRWIK
Ludzie na całym świecie marzą o Ameryce i wyobrażają sobie nie wiadomo co, że jeansy, Nike, whiskey, super samochody, wielkie domy, a wszystko to na bogato jak z „Dynastii” albo reklamy Snickersa. Tylko że american dream już dawno spłynął ściekową kratką wraz z niedopałkami Cameli bez filtra wyrzucanymi na ulice miast.
Centrum Detroit wygląda jak z obrazka, nowo otwarte restauracje greckie, włoskie, świeżo wykonane, czyste chodniki, ładnie ubrani ludzie stoją w kolejce na mecz Tigersów, a szklane biurowce starają się zasłonić straszące z kilkuset metrów dalej beżowe pustostany, wszystko wygląda jak scenografia, makieta i jest tu dziwnie, bo nie widać sklepów spożywczych, żadnego deli, a jedyny liquor store błyszczy na bogato. Brak butików z ubraniami, jedyną koszulkę, jaką można kupić, to taka z logo drużyny w sklepie klubowym. Jest prawie jak w SimCity.
Wystarczy tylko wyjść kawałek poza to centrum, parę minut, by znaleźć się na łące zarastającej drogę pomiędzy spalonymi domami, bo ubezpieczenie z takiego spalonego domu to czasem ostatnia deska ratunku. Po łące chodzą wiewiórki, szopy i oposy, a kawałek dalej stoi otoczony barierkami supermarket. Między barierkami zmieści się człowiek, ale już nie wózek, w razie gdyby człowiek chciał wózek podprowadzić. I znowu widać liquor stores, tylko że te są takie ze sprzedawcami zabarykadowanymi za ścianami z grubego szkła, w których przy ladzie jest otwór z obracającą się dokoła tacką na banknoty, karty i butelki tak, by nie było szansy się dotknąć ani włożyć lufy pistoletu.
Władze miasta ogłosiły sukces już jakiś czas temu: Detroit wraca, odbudowuje się. Tymczasem, jakiś kilometr od tych nowo otwartych restauracji, stoi grupa afroamerykańskich mieszkańców (a jest ich w mieście ponad 80%*) i nie wiem, czy czekają w jakiejś kolejce po pomoc społeczną, czy po co, a może też coś sprzedają. Stoją na tle budynków opuszczonych przez fabryki, przez Chryslera, Forda i General Motors, wysoko ogrodzonych, by nie mogli już w nich umierać bezdomni i patrzą, ale nie wiem na co.
To o takim Detroit Charlie LeDuff pisał w wydanej w 2013 roku książce Detroit. Sekcja zwłok Ameryki**. LeDuff to taki reporter z krwi
i kości, dziennikarz z jajami, co to wejdzie do każdego ścieku i zamiast stać przed sceną, wczołga się pod nią, by sprawdzić, co tam się dzieje naprawdę. Pisał o biedzie i nędzy w Detroit, o straży pożarnej, której nie stać na sprzęt, o policji jeżdżącej przeciekającymi od podwozi radiowozami i o dzieciach, które muszą do szkoły nosić własny papier toaletowy. W 2013 roku LeDuff udał się do szefa Fox News z propozycją cyklu reportaży o Ameryce. Program nazwano „The Americans with Charlie LeDuff” i w nim wraz z dwoma innymi dziennikarzami pokazywał widzom Amerykę i Amerykanów, ale nie takich, co to zwykle są w telewizji, a takich z miejsc, do których przeciętni dziennikarze się nie zapuszczają, i o których mieszkańcy bogatych przedmieść nie mają pojęcia. Osiedla robotnicze
w Dakocie Północnej, zbuntowani przeciw rządowi właściciele ziemscy w Nevadzie, imigranci koczujący pomiędzy murem a Rio Grande, mieszkańcy Flint, którzy latami pili zatrutą wodę (nie bez ofiar śmiertelnych), ale dobrą według władz (popijających mineralną z butelek) oraz oczywiście Detroit, wcale nie takie, jak z obrazka, nie świeże i nie odbudowane, a w kryzysie i z aferą goniącą aferę, milionowymi przekrętami, łapówkami, defraudacjami publicznych pieniędzy i deweloperskimi interesami życia.
„Całe miasta się rozpadały, tymczasem polityczni przywódcy brykali sobie beztrosko w brylantynie i męskich gorsetach, opychali się żarciem z grilla i przymilali do niezdecydowanych stanów***, jak Iowa. Ludność amerykańskich miast mogła równie dobrze mieszkać na innym kontynencie, biorąc pod uwagę, ile uwagi poświęcali jej wszyscy kandydaci” – pisze LeDuff w swojej kolejnej książce-reportażu (Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje***) o tym podróżowaniu po Ameryce i o Amerykanach, a ten cytat chyba najlepiej opisuje krajobraz po gospodarczej masakrze. LeDuff jedzie po politykach od lewa do prawa i z powrotem, tym bardziej że opisuje czasy, gdy startowała kampania prezydencka zakończona zwycięstwem Donalda Trumpa (pierwsza kadencja - przyp. red.). Jest dziennikarzem zaprawionym w bojach w „The New York Times”, „The Times”, a przede wszystkim w Detroit (tam zresztą się urodził i tam mieszka), dziennikarzem odważnym, chodzącym nieutartymi ścieżkami, reporterskim zmysłem sprawnie odczytującym społeczne niepokoje i nadchodzące zmiany. Wie, gdzie być i gdzie ustawić kamerę, o co spytać i co pokazać. Jest też dziennikarzem, który gdzieś ma przeciętne dziennikarstwo newsowe z programów informacyjnych, uważając je za shitshow mieszający ludziom
w głowach, czyniący sensację bez przedstawiania kontekstu problemu, bez dyskusji, a jedynie po to, by ludzie wariowali z ekscytacji, a „oglądalność szybowała”.
W jakimś motelu w Arkansas włączam telewizor i przełączam programy w poszukiwaniu czegoś do obejrzenia: filmu, serialu, sportu, choćby programu informacyjnego, ale nic z tego, reklamy, reklamy, teleturnieje, reklamy, biżuteria, diamenty, plastikowy mop the best one, biżuteria, jakaś poprawka ciała, której nawet nie rozumiem, biżuteria, jedzenie, teleturniej, biżuteria, poduszka jakaś taka specjalna podpinana do prądu, pożyczka, tabletki na coś, o czym nie miałam pojęcia, że istnieje, biżuteria, samogotujący garnek, superpatelnia, biżuteria, płyn na niełysienie, biżuteria.
Tennessee, Alabama, Mississippi, Arkansas: wszędzie w radio grają country-pop o tym, że żyją w „God's country” i że „God bless America” przeplatane reklamami kuponów do marketów Kroger, dzięki którym można kupić dziesięć zamiast pięciu, reklamami pożyczek i promocji do Popeyes Louisiana, Kitchen i Whataburger. W sklepach sprzedają płatki śniadaniowe wielkości proszków do prania, tych dużych, wody pakowane po dziesięć, piwo po sześć, precelki z solą, jakby w nie ktoś wstrzelił testosteron, a jabłka wyglądają jak wyjęte z miski w modelu pokoju Ikei. I jeszcze dziesiątki, setki ludzi z wielkimi wózkami, w których są dziesiątki, setki opakowań tekturowych, foliowych, papierowych, aluminiowych, dziesiątki, setki opakowań żarcia, setki, tysiące plastikowych butelek picia, a potem ktoś przy kasie pakuje każdy pojedynczy produkt do oddzielnej pojedynczej reklamówki, po czym do każdej oddzielnej pojedynczej reklamówki wkłada oddzielną pojedynczą albo i podwójną gazetkę reklamową z kuponami i promocjami.
Jak jesteście w Nowym Jorku albo San Francisco, to wszystko tam jest takie bardzo fit, że ludzie biegają od rana do nocy po parkach
i jeżdżą na rowerach, i jedzą liście wodorostów i hummus, a wodę piją przefiltrowaną, a piwo East albo West Coast IPA i pewnie nawet nie myślą o tym, że na Południu tłum w opiętych na brzuchach dresach zjada naraz dokładnie tyle chipsów, ile jest w paczce. A paczki są duże i tanie. Wiecie, że te same Marlboro w Nowym Jorku kosztują czternaście dolarów, a w Alabamie pięć i pół? Że w cenie jednej IPY z Brooklynu można kupić karton litrowych puszek Budweisera albo Budlighta (to takie piwo o smaku stadionowo-festynowym),
a w cenie jednej małej bułeczki z piekarni Whole Foods Marketu kupicie worek chleba na tosty?
Pustelnik Bob (grany przez Toma Waitsa) pod koniec nowego filmu Jima Jarmuscha Truposze nie umierają mówi, że zombie, które wyszły z grobów,
i spustoszyły Centerville „reprezentują nas, żyjących życiem nieograniczonym, bezmyślną konsumpcją mediów i produktów”, nas, czyli Amerykanów uzależnionych od telefonów komórkowych, oglądania telewizji, jedzenia, picia kawy, modnych ubrań, zakupów, grania, klikania, przewijania Facebooka i brania xanaxu. Zombie to Amerykanie, do takiego stanu się doprowadzili tą ciągłą bieganiną z wypchanymi wózkami, nieważne czy
w Walmarcie, czy online.
Jarmusch nakręcił chyba najbardziej społeczny film
w swojej karierze. Film bardzo aktualny – i nie chodzi tu tylko o hasło „Make America White Again” widoczne na czapeczce Farmera Millera (Steve Buscemi zawsze
w formie) – a o rozbudowaną metaforę Ameryki. Reżyser zdaje się mówić nam, że Amerykanie zżerają świat wokół siebie i że już niewiele im zostało, a oni nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Nie wierzą, że gdy za oknem pogoda

hula, jak nigdy, to coś jest nie tak. Nawet gdyby spadały na nich żaby, jak w Magnolii, nie uwierzyliby własnym oczom. Zwróćcie uwagę na rozmowę Ronniego (Driver) i Cliffa (Murray), jaką prowadzą w samochodzie. Mówią o scenariuszu i reżyser zręcznie niby nas wrabia, że ów scenariusz wymknął mu się spod kontroli. Tak samo, jak amerykański wymknął się amerykańskim ekonomistom, mędrcom i ekspertom. I Amerykanom.
Zatrzymujemy się gdzieś w Alabamie na stacji benzynowej, przy której stoi biały dom z dachem w szpic, pokryty tym amerykańskim sidingiem, to się chyba nazywa siding winylowy, z gankiem po prawej stronie, nad którym sterczy antena satelitarna, i z resztką jakiejś konstrukcji z przodu przed oknami: płot z desek i szmaty pełniące funkcję markizy. Ze stacji wychodzi wielki facet w czapeczce baseballowej z dwulitrową puchą Budlighta w dłoni, którą otwiera i stawia na podorędziu w swoim pickupie wielkości ciężarówki,
a potem odjeżdża. Inni kupują benzynę, batoniki, hot dogi i napoje gazowane w litrowych kubkach po 99 centów, w drewnianych beczkach w brązowej zalewie pływają orzeszki ziemne. Młoda kobieta za ladą z wyraźnym zainteresowaniem pyta mnie, skąd jestem – mówię, że z Polski i dodaję, nauczona doświadczeniem amerykańskiego Południa, że w Europie – a co tu robię? – podróżuję, jeżdżę po Alabamie, bardzo mi się podoba – really? No cóż, tak, really, podoba mi się nieobecność idealnie skoszonych trawników i słońce spadające na przestrzeń zielonych pagórków. Podobają mi się domki wielkości przyczep kempingowych z flagami na kilkumetrowych masztach, a także stojące obok domków samochody (zazwyczaj w zestawie pick-up plus SUV). Tak tu jest: na rzece przy każdym domu drewniany pomost, tak że te rzeki między drzewami wyglądają, jak w Tajlandii. Przy pomostach pływają dzieci i tata, i wujek motorówką, a mama przynosi wszystkim hamburgery. I wszędzie są kościoły, bo tu wszyscy się modlą, jest kościół katolików, metodystów, baptystów, pierwszy kościół baptystów i kościół nowej społeczności baptystów, kościół misjonarzy, baptystów niezależnych, chrystusowy, chrystusowy nazareński, uczniów Chrystusa, episkopalny, anglikański, luterański, gospel, ortodoksyjny, zielonoświątkowy, prezbiteriański, adwentystów dnia siódmego i kościół dla kowbojów, a każdy z nich ma jeszcze swą własną nazwę od ulicy albo lasu, przy którym się znajduje, i przed każdym z nich jest tablica oznajmiająca, że w Bogu nadzieja, Bóg nas kocha, trzeba mu zaufać, bo Syn Człowieczy zejdzie na ziemię, by odszukać i uratować zagubionych. Gdy potem, gdzieś w Mississippi, już po zmroku zatrzymujemy się na innej stacji benzynowej i prosimy pracującego na niej Hindusa o coś do umycia szyb, wyciąga z zakamarków zaplecza nieużywaną myjkę i patrzy na nas, jakby nasza prośba i nasze twarze przyleciały prosto z kosmosu albo co najmniej z Nowej Anglii. Obok podjeżdża zdezelowany pick-up, z którego zdezelowana kobieta koło sześćdziesiątki papierosowym głosem pyta, skąd jesteśmy i co u diaska robimy tu o tej porze. Z Kalifornii? – nie z Polski, Europa – wiedziała, że nie z Kalifornii, ale to nie jest bezpieczne sąsiedztwo, mamy się stąd zabierać czym prędzej. W tym czasie jej zdezelowany mąż z piwem i papierosem w dłoni, okrągłym krokiem podchodzi, by pokazać nam, jak działa spryskiwanie szyby i o mało nie wtacza się nam cały do samochodu, a na ubrudzonej słońcem twarzy z poszarpaną wiatrem brodą widać jego troskliwe oczy i serdeczny uśmiech bez jedynki, choć to nieważne, bo jemu niczego nie brakuje. I on też nam mówi, żebyśmy się stąd zabierały, bo niebezpiecznie, więc jedziemy dalej.
Nocą faktycznie cała ta zieleń umyka, brak słońca przygnębia i jest duszno. Krowy, które w ciągu dnia łażą po łąkach i drogach tak, że czasem trzeba stanąć na parę minut, kiedy byk z wielkimi rogami na obie strony zagląda ci do okna samochodu, teraz śpią niewidoczne, zlewając się z czernią krajobrazu. A ja zastanawiam się, skąd ci ludzie, którzy nie mają krów, mają na życie, bo nie ma tu wielu pól uprawnych, nie ma sadów, ktoś może pracować na stacji benzynowej, ktoś w sklepie, a ktoś inny w mieście ileś tam mil stąd – na poczcie czy w urzędzie albo supermarkecie, ktoś może jeździć po okolicy jako mechanik, hydraulik… Ale wciąż jest ich więcej niż pracy, więc co oni tu robią?
Wielu mężczyzn z amerykańskiego Południa, ale nie tylko z Południa, zewsząd, z krajobrazu pozostałego po tym, jak fabryki przeniesiono do Meksyku i jeszcze dalej, jeździ tam, gdzie jeździł za nimi Charlie LeDuff, na przykład do Dakoty Północnej, by zarobić mityczne setki tysięcy z mitycznych obietnic, pracując po 100 godzin tygodniowo, często sypiając w samochodach, bo nie ma na motel, często nie ma też na jedzenie. Jeden facet na pytanie LeDuffa „czym się żywisz?” odpowiedział, że ma „pełną zamrażarkę wiewiórek”. Ci, co zostają, na przykład w Alabamie, mogą pracować w fabryce Mercedes-Benz. Namawiani do niewstępowania do związków zawodowych, nie wstępują, tłumacząc, że po co wkurzać pracodawcę, a związki i tak nic nie zrobią, bo czy na przykład
w Detroit związki coś zrobiły?
Ci, którym w ogóle już nic się nie udaje, mogą jeszcze jechać do Los Angeles, do drugiego największego miasta w Stanach, gdzie zawsze jest ciepło i gdzie wiele dzielnic wygląda, jak pola namiotowe. Gdy jadę autobusem z zachodniej części miasta do centrum, to mijam miejsca, w których nie chciałabym, by ten autobus się zepsuł, i myślę sobie, że tam, kilka kilometrów dalej, na wzgórzach jest królestwo świata, fabryka snów, ludzie piją szampana w basenach i grzeją tyłki na leżakach, czytając scenariusze kasowych przebojów, a tu na tyłku jednego faceta są trzy pary portek, w ręce wózek, obok namiot, i to by było na tyle. Tylko kilka kilometrów różnicy między światami równoległymi. Charlie LeDuff pokazuje coś, co może cholernie wkurzać i sam też jest wkurzony, ale pozostaje reporterem. Czy bezstronnym? Myślę, że nie bawi się w bezstronność, stając po prostu po stronie ludzi. Każdą sprawę bada dokładnie, z każdej możliwej strony. Lata w Detroit nauczyły go swego rodzaju godzenia się i stawiania czoła najgorszemu
z dystansem, czasem nawet humorem, zgryźliwym – wiadomo, a do tego potrafi to wszystko świetnie opisać.
Na nowojorskim Bushwick młode małżeństwo z Portoryko ciągnie przyczepę z bramy około ósmej rano, on w dresie Nike, ona
w obcisłych jeansach i spranym podkoszulku. Przyczepiają tę przyczepę do Nissana Navary i ruszają w miasto, jadą na Manhattan, gdzie przy stacji metra robią w tej przyczepie – jeden metr na dwa – bajgle na ciepło i buchają potem w oparach tłuszczu, podczas gdy na zewnątrz 30ºC w cieniu, a wilgotność lepi ciała do taksówek. I stoją tak do wieczora, every day. Chwilę przed dziewiątą, parę ulic dalej przy metrze Myrtle–Wyckoff Avenues, starsza kobieta wyciera dokładnie mały rozkładany stolik, na który wykłada kilka ubrań
i potem tak siedzi przy nim i czeka, aż sprzeda wszystkie te ubrania albo aż ludzie przestaną już chodzić, every day. A przed dziesiątą w Chelsea otwierają się galerie sztuki, panie w stonowanych kostiumach i panowie w eleganckich garniturach sprawdzają maile na ekranach swoich Apple’ów, układają katalogi, patrzą czy Sierry, Richtery i Hirsty są na swoich miejscach i myślą o lunchu, do którego zostały jeszcze trzy godziny. A pod wieczór, we Wschodnim Harlemie stoi kobieta z dwoma wózkami, jednym takim z siatki, w którym trzyma majdan przeróżnych rzeczy na cały dzień i noc, głównie ubrań, a drugim jak wielka walizka na kółkach zamykana na kłódkę,
z którego kobieta robi stoisko z sokiem na sprzedaż, z tego stoiska wylewa się czerwona ciecz, ona ledwo jest w stanie to wszystko utrzymać, mimo że jest nawet duża. Na sobie ma getry trzy czwarte, czarny podkoszulek, na nogach niebieskie adidasy, a na szyi medalik z Matką Boską, na brązowej twarzy minę, która zniosła już wiele i zniesie jeszcze więcej, bo zawsze da radę, musi, nie wygrasz z nią, ale nie jest to mina, która się nie przejmuje, która nie cierpi, choć nie teraz, nie, tym sokiem się nie przejmuje, zdarza się, jedną ze szmat wyciera go z wózka, do którego drzwiczek przyklejona jest Pieta i Jezus z objawienia św. Faustyny, „in Jesus we trust”, prawie jak na dolarze. Wypadają jej klucze od kłódki, podnosi szybko, by nie skleiły się za bardzo tym sokiem, jedną nogą przytrzymuje jedne drzwiczki, lewą ręką drugie, a prawą drugi wózek bierze pod pachę i idzie, every day, zostawiając za sobą czerwoną kałużę. A wieczorem restauracje w West Village wypełniają tłumy ludzi, kobieta na ulicy rozdaje babeczki z kremem,
a druga proponuje darmowy makijaż rzęs. Idę Bleecker Street i widzę przez szybę kelnerów układających srebrną zastawę na stole restauracyjnym w oddzielnym pomieszczeniu na specjalne okazje, wchodzę do sklepu z ubraniami, by dla zabawy przymierzyć buty, są piękne i kosztują dziewięć tys. złotych, przy księgarni uśmiechnięta dziewczynka mówi do mamy: „I like books!”, wybiera coś, czyta na głos, dziewczynka wygląda na szczęśliwą, jej mama wygląda na szczęśliwą, kupują wiele pięknie oprawionych książek.
Ten świat musi w końcu wybuchnąć…
„Poverty hit home like a war zone / Check America's pulse, heard a death tone”**** – śpiewają Prophets of Rage. Zespół, a raczej supergrupa, jak ją wszyscy nazywają, została założona w 2016 r. przez trójkę z Rage Against The Machine (Tim Commerford, Tom Morello i Brad Wilk), dwójkę z Public Enemy (Chuck D i DJ Lord) i jednego z Cypress Hill (B-Real). Kumulują niezaprzeczalne umiejętności muzyczne i wokalne ze społeczną świadomością oraz wrażliwością, którą wszystkie wspomniane kapele niosły w świat, poruszając jego problemy i niejednokrotnie rewolucyjnie jadąc po bandzie. Panowie stworzyli więc mieszankę, która najlepiej wybucha w momencie, gdy stoją na scenie z pięściami w górze, krzycząc: „No Hatred / Fuck Racists / Blank Faces / Time’s Changin / One Nation / Unification / The Vibration / Unfuck the World!”*****. Grają covery utworów swoich poprzednich zespołów, o dziwo – albo niestety – bardziej aktualne, niż kiedy były pisane. Rapują – bo ta muzyka to jest taki rap-rock – właśnie o tym, że światem rządzi 1%, że trzeba znać swoje prawa, ale i tak każdy wie, że należy do kogoś innego, praca od 9.00 do 5.00, „They lie when they say we matter”******i że kiedy tylko oddasz kartę do głosowania, zapomną o tobie. Przede wszystkim zaś śpiewają o tym, że dość. Dowodzeni przez najbardziej socjalistycznego muzyka świata i jednego z najlepszych gitarzystów w historii – Toma Morello – Prophets of Rage odbyli w 2016 r. trasę po Ameryce, którą nazwali „Make America Rage Again Tour”. Nie trudno zgadnąć, kto jest ich wrogiem number one.
Ameryka się gniewa coraz bardziej, o czym pisze też Charlie LeDuff. Gdy obserwował zamieszki w Ferguson, Baltimore albo gadał
z chłopakami z getta w Chicago, to wiedział, że już nie chodzi tylko o kolor skóry i o to, że policja zabiła jakiegoś Afroamerykanina. Teraz już zaczyna chodzić o coś więcej, o klasy, o ogólne wkur****e klas niższych i wystarczy już naprawdę niewiele, by wszystko zaczęło płonąć. Dla mnie zombie w Truposze nie umierają znaczą coś jeszcze więcej, niż to, o czym mówi Pustelnik Bob. Dla mnie ci wszyscy ludzie z Detroit, Flint, Alabamy i Mississippi, z Ferguson, Baltimore i Dakoty Północnej, z namiotów w Los Angeles i przyczep
z bajglami w Nowym Jorku, ludzie zabici za życia utratą marzeń, pracy, pieniędzy, perspektyw i tego, co lubią – to oni są zombie. Bladzi, z wygniecionymi twarzami i pozbawieni radości, skazani na zagładę w codziennej walce o przetrwanie, wymęczeni po parunastu godzinach pracy śpiący w nowojorskim metrze, ludzie, którym coraz częściej w głowie grzmi może: „Come on / Had enough, had enough / What the fuck?”*******, jak te zombie budzą się ze snu i ruszają, by wszystko to roznieść w pył.
W Tupelo w stanie Mississippi na schodach przed białym domem siedział starszy czarnoskóry mężczyzna w białym podkoszulku, a na jego prawym kolanie siedziała mała dziewczynka, zapewne wnuczka, o pięknych czarnych warkoczykach. Siedzieli tak i patrzyli przed siebie, patrzyli i siedzieli, jak ten chłopak w okularach na ławce w Benoit, również w Mississippi, również czarnoskóry, choć jakie to ma znaczenie, w czarnych kowbojkach i bordowej czapce, ze srebrnym łańcuchem opadającym na t-shirt, trzymający w rękach granatową apaszkę, którą składał i rozkładał, przeciągał przez palce. Zastanawiałam się, o czym myślą, o czym myślą dziadek
z wnuczką albo ci ludzie stojący jakiś kilometr od nowo otwartych restauracji w centrum Detroit, o czym można tak myśleć cały dzień, siedząc czy stojąc i patrząc przed siebie, czy można tak siedzieć i patrzeć przed siebie bezmyślnie i jedynie czuć, nie myśląc o tym? Jak można siedzieć i patrzeć tak po prostu, nie zastanawiając się niepotrzebnie nad tym wszystkim? (Przekrój)
Źródła:
* http://worldpopulationreview.com/us-cities/detroit-population/
** Tytuł oryginalny: Detroit: An American Autopsy. W Polsce wydana w 2015 r. nakładem Wydawnictwa Czarne, tłum. Iga Noszczyk.
*** Tytuł oryginalny: Sh*tshow! The Country’s Collapsing and the Ratings Are Great. W Polsce wydana w 2019 r. nakładem Wydawnictwa Czarne, tłum. Kaja Gucio.
**** Prophets of Rage – „Unfuck the world”.
*****Tamże.
******Prophets of Rage – „Hail to the Chief”
*******Prophets of Rage – „Hands Up”
/ historia
listopad/grudzień '24 (22)

Chciwość,
nieświadomość,
kłamstwo...
IDALIA BŁASZCZYK
zdjęcia - domena publiczna
Ten „pomniczek” powstał już w latach dwutysięcznych,
a upamiętnia młode kobiety, które tu mieszkały,
pracowały i … umierały w okresie międzywojennym.
Sto lat temu.
Istnieją różne lokalne legendy o tym, jak Starved Rock zyskało swoją nazwę. Najpopularniejszą jest opowieść
o zemście za zabójstwo Pontiaca, słynnego wodza Sauków (20 kwietnia 1792 roku). Zgodnie z XIX-wieczną opowieścią historyka Francisa Parkmana (brak dowodów) morderstwo Pontiaca dorowadziło do wojny odwetowej, a grupa Indian, oblężona w pobliskich lasach
i szukająca schronienia na skale, straciła życie z głodu.
Każdego roku mniej więcej dwa miliony ludzi odwiedzają Starved Rock Park, najpopularniejszy park stanowy w Illinois. Jeszcze w tym roku wielu z nas wybierze się tam, by podziwiać cudne barwy jesiennych, później zimowych, krajobrazów. Być może pojedziemy przez Ottawę, miasteczko nazywane „bramą” do tego sławnego parku. A jeśli ktoś przy okazji zatrzyma się w Ottawie, w centrum miasta z pewnością zauważy pomnik dwóch mężczyzn, polityków, którzy stanęli tutaj do wyborczej debaty w 1858 roku. Byli to Abraham Lincoln i Stephen A. Douglas.
Mało kto natknie się za to - gdzieś w bocznej uliczce - na skromny pomnik szczuplutkiej dziewczyny. Uwieczniono ją z pędzelkiem w jednej i zwiędniętym tulipanem w drugiej ręce. Ten „pomniczek” powstał już w latach dwutysięcznych, a upamiętnia młode kobiety, które tu mieszkały, pracowały i …umierały w okresie międzywojennym. Sto lat temu.
W 1922 roku w Ottawie, Illinois zaczęła działalność Radium Dial Company. To była jedna z trzech w USA “pracowni malarskich”, w których młode kobiety, nawet dziewczynki, malowały cyferki na tarczach zegarów, zegarków ściennych czy ręcznych, mierników do samolotów i łodzi podwodnych... Podobne pracownie były w Orange, New Jersey i w Waterbury, Connecticut. W pobliżu Ottawy mieściła się fabryka zegarów Westclox Corporation (Peru, Illinois), więc wybór miasteczka - właśnie tu w Illinois - wydawał się słuszny. Młode dziewczyny chętnie podejmowały tą pracę. Nie była ciężka, płacono dobrze, zatrudniano nawet „małolaty”, bo przecież one miały najbardziej zręczne palce, dobry wzrok, pracowały szybko i dokładnie.
Pracodawcy, szefowie uczyli je prostej organizacji, rytmu pracy: lip, dip, paint. Można to przetłumaczyć - usta, pędzelek, malowanie. Albo: usta, zanurzenie, malowanie. Chodziło o to, by pomagały sobie ustami tworzyć za każdym razem najcieńszą końcówkę pędzelka, najcieńszy czubeczek, by malować ślicznie i precyzyjnie, całkiem jak - podobno - malowało się
w starożytnych Chinach. Ale w starożytności nie używano farb zawierających promieniotwórczy rad...
Jednak dziewczyny miały świetną zabawę – dobrze zarabiały, a rad
przepięknie świecił. Po kryjomu więc czasem malowały sobie usta albo
paznokcie, przychodziły do pracy w galowych strojach, by potem
prezentować je, świecące po obsypaniu solami radu, na przyjęciach. Nie
wiedziały, że w New Jersey malarki zaczynały chorować, lekarze – dokładniej przyglądać się niezrozumiałym objawom, a chemicy - badać...
Pierwsza Nagroda Nobla z fizyki została przyznana w 1901 roku Wilhelmowi Conradowi Roentgenowi za odkrycie promieni X! Dwa lata później (rok 1903) Maria ze Skłodowskich Curie i jej mąż Piotr, razem z Henri Becquerelem odebrali tą samą doroczną, prestiżową nagrodę za badania nad promieniotwórczością. Państwo Curie rad i polon odkryli jeden po drugim - w odstępie kilku miesięcy
- w 1898 roku. W 1900 roku, w opracowaniu, przedstawionym na Zjeździe Lekarzy i Przyrodników Polskich w Krakowie Maria pisała: “Wszystkie związki baru radonośnego świecą w ciemności, świecenie to jest samoistne. Związki radu świecą z równą siłą po długim pobycie w ciemności… światło tych soli jest o tyle silne, że gram podobnej materii może być widziany w ciemności na odległość 20 metrów, można by z łatwością czytać gazetę, oświetlając ją za pomocą tej rurki
(z solami radu).”


Państwo Curie potrafili fiolkę przy łóżku trzymać, by widzieć to światło… Piotr fiolkę nosił blisko ciała, obserwował co się dzieje…. Działa na zdrową skórę, może więc i zadziała na chorą? Niektórzy dopatrywali się daru boskiego w tym świetle, w tym promieniowaniu! Błyskawicznie pojawili się “specjaliści” od leczenia radem, od radowych cukierków, kosmetyków, pastylek, tabletek, maści i smarowideł, perfum nawet! Rad miał leczyć oczy, nerwy, zmarszczki usuwać, raka likwidować, miał być dobry na wszystko! Do dziś można podziwiać pomysłowość ludzi, wystarczy pooglądać reklamy zamieszczane w gazetach z tamtych lat. Nie można się więc dziwić ottawskim nastolatkom, że podczas Halloween paradowały „na świecąco”!
“Rad w powietrzu działa na odległość metra i więcej, a płyta z ołowiu mająca kilka centymetrów grubości nie wystarcza do zatrzymania wszystkich jego promieni” - pisała Maria Skłodowska.
Tymczasem coraz więcej geologów ruszyło w teren w poszukiwaniu złóż, otwierano kolejne kopalnie w Stanach czy w Kongo Belgijskim... Jeden gram radu kosztował wówczas sto tysięcy dolarów!
Państwo Curie, którzy nie opatentowali swojego wynalazku, nie byli w stanie zakupić radu do dalszych badań. Swoją pomoc oferowały amerykańskie kobiety. Zaprosiły Marię Skłodowską-Curie do Stanów (rok 1921) i podarowały jej jeden gram radu do kontynuacji eksperymentów.
A rad nie tylko świecił, ale też emitował ciepło, więc spekulowano do czego jeszcze by go używać: do gotowania jajek? Do kółeczek do zasłon albo światełek w rowerze?
W 1917 roku dwie piętnastoletnie kuzynki rozpoczęły intratną pracę w Radium Luminous Materials Corporation w Orange, New Jersey. Już w 1922 roku jedna z dziewcząt miała problemy z zębami. W 1923 roku już nie żyła. Jako przyczynę zgonu podano zatrucie fosforem. Z czasem, gdy ofiar przybywało, wmawiano im, dziewczętom, że umierają na syfilis, czyli źle się prowadzą. Naprawdę nie wiedziano? Niektóre źródła podają, że w roku 1927 zmarł 39-letni chemik, który sześć lat wcześniej przygotowywał dla Marii Skłodowskiej-Curie gram radu w prezencie...
Maria przyjechała do Ameryki ponownie w 1929 roku i otrzymała od amerykańskich kobiet i Polek-emigrantek pieniądze na zakup kolejnego grama radu, teraz już dla polskiego Instytutu Radowego. Przyjmowali ją amerykańscy prezydenci...
Zainteresowanie radem nie słabło. Doskonalone były próby stosowania go w medycynie, zwłaszcza w onkologii, mimo rosnącej jednocześnie świadomości, że trzeba obchodzić się z nim bardzo ostrożnie. Już wiedziano chociażby to, że jest ponad milion razy bardziej promieniotwórczy niż uran. Stopniowo badacze odkrywali też mechanizm zachorowań wśród malarek zegarowych tarcz. Owszem, ich pracodawcy zatrudniali lekarzy, badano je, ale wyników nie znały. Za wszelką cenę starano się ukryć prawdę. Kobiety chorowały na anemię, białaczkę, zwyrodnienia kości, traciły zęby, a nawet kości szczęk! Oczywiście - cierpiały. Wmawiano im więc, że to syfilis, że fosfor, a ponieważ należały do najlepiej zarabiających kobiet w Ameryce, często nawet ich bliscy starali się wytłumaczyć, złagodzić przyczyny ich choroby… Ale przecież takich potwornych dolegliwości zagadać się nie da. Starały się o opinie lekarzy, sięgały po porady prawne... Sprawy ciągnęły się latami. Prasa zamieszczała zdjęcia ciężko chorych kobiet ze zdeformowanymi twarzami, gdy leżąc w łóżkach składały zeznania. Dochodziło do wielokrotnych odwołań, ponownych procesów, próbowano różnych sztuczek i wybiegów. Nawet jeśli były zasądzane odszkodowania, one często nie dożywały pierwszej wypłaty!
Dziś już wiemy, że kłamano przed sądami, że ludzie, którzy potrafili naukowo udowodnić zagrożenie dla życia, byli wyciszani, grożono im utratą pracy albo cofnięciem dotacji zatrudniającym ich uniwersytetom.
Podobno szefowie tej ‘firmy malarskiej’ w Ottawie zaczęli się skutecznie zabezpieczać, stosowano jakieś osłony ołowiowe, ale nie tam
gdzie malowały dziewczęta; im nawet nie powiedziano, że najgorsze co można zrobić to wprowadzać rad bezpośrednio do organizmu, a przecież one robiły to setki razy każdego dnia wkładając te nieszczęsne pędzelki, pełne radowej farby, do ust.
Do dziś trudno ustalić, ile dziewcząt zmarło. Są źródła, które podają, że nawet kilkaset. Niektóre żyły na tyle długo, że były w stanie wziąć udział w badaniach, jakich - po drugiej wojnie światowej - podjęło się Argonne National Laboratory w Lemont na przedmieściach Chicago. Jak podało nie tak dawno National Public Radio - do 1990 roku w Argonne przebadano ponad 2000 przypadków osób wystawionych na działanie radu. To największe jak dotąd badanie osób, które rad wprowadziły do swych organizmów, po prostu go połknęły. Celem oczywiście było ustalenie norm i dawek, innych parametrów potrzebnych ludziom, którzy
z radem mają kontakt. Wyniki przydały się też w NASA, gdy ustalano zasady przebywania w Kosmosie.
Nomen omen - los “radowych dziewcząt” pomógł w ustalaniu norm i zasad, które regulują bezpieczeństwo w miejscu pracy. Sławna OSHA powstała już po tragedii malarek zegarkowych tarcz. Trudno mi uwierzyć, że „radowe dziewczyny” były potraktowane tak okrutnie właśnie dlatego, że były dziewczynami. Gdyby trafiło na młodych mężczyzn, twierdzą niektórzy, nie doszłoby do tak haniebnej podłości. Może!
Ta historia nigdy się nie skończy. Ottawa jest mniej więcej w połowie listy najbardziej skażonych miejsc w USA. Budynek dawnej szkoły średniej, gdzie umieszczono tą bulwersującą pracownię malarską, został już dawno zburzony. Gruz rozrzucono po całym mieście, trochę trafiło na boisko szkolne, czy plac zabaw… Groby na lokalnym cmentarzu ponoć świecą. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam – byłam tam w ciągu dnia...
Niektóre ciała, jak twierdzą źródła, ekshumowano i przełożono w ołowiane trumny... Pamiątki po Marii Skłodowskiej-Curie i jej mężu są nadal promieniotwórcze... A okres półrozpadu radu to 1600 lat! To znaczy, że już za 1600 lat zachowane gdziekolwiek drobinki radu będę promieniowały o połowę słabiej. A minęło dopiero sto lat!
Źródła:
Liczne filmy i artykuły internetowe.
“The Radium Girls”; Kate Moore; Sourcebooks Explore; 2020; 432 strony.
Wycieczka z przewodnikiem po Ottawie

tekst: DARIUSZ LACHOWSKI
zdjęcia: SUZANNE STEIN
Kensington
Street
Ulica Kensington w Filadelfii to miejsce, które stało się symbolem miejskich problemów, biedy
i przede wszystkim kryzysu opioidowego. To, co tam się dzieje, ma swoje korzenie w historii, ekonomii
i społecznych realiach życia w Ameryce.
Upadek Kensington rozpoczął się w drugiej połowie XX wieku, gdy dawniej tętniące życiem centrum przemysłowe doświadczyło znaczącej utraty miejsc pracy. Fabryki, które kiedyś były sercem lokalnej gospodarki, zamknęły się lub przenosiły za granicę. To wszystko doprowadziło do masowego bezrobocia. Z dnia na dzień ludzie tracili pracę i środki do życia, a brak pracy oznaczał mniej pieniędzy. Ten gospodarczy spadek przygotował grunt pod wzrost ubóstwa i redukcję usług miejskich, pozostawiając mieszkańców
z mniejszą ilością zasobów i wsparcia.



To stworzyło idealną sytuację, aby narkotyki mogły wejść do gry. Pogłębiały się trudności ekonomiczne – wzrosło używanie i handel narkotykami. W latach 80. i 90. Kensington stało się centrum dystrybucji heroiny. Prawdziwe kłopoty zaczęły się w latach 2000 gdy pojawiły się silniejsze, syntetyczne opioidy, takie jak fentanyl. Łatwa dostępność tych narkotyków doprowadziła do kryzysu zdrowia publicznego, z gwałtownym wzrostem liczby przedawkowań i co za tym idzie, wzrostem przestępczości.
Różne grupy próbowały coś z tym zrobić, sytuacja stała się wieloaspektowa, lecz przede wszystkim bardzo trudna. Władze lokalne, organizacje społeczne i mieszkańcy starali się wprowadzać strategie redukcji szkód, takie jak programy wymiany igieł lub nadzorowanie miejsc do zażywania narkotyków, a wszystko po to, by zminimalizować bezpośrednie zagrożenia. Jednak te działania często napotykały na polityczny i społeczny opór, co utrudniało ich realizację.
Sytuacja na ulicy Kensington odzwierciedla szersze problemy dotykające wielu obszarów miejskich w Stanach Zjednoczonych, gdzie upadek gospodarczy, niewystarczające usługi społeczne i epidemia opioidowa spotykają się w jednym miejscu. Rozwiązanie tych wyzwań wymaga długoterminowych strategii skoncentrowanych na rewitalizacji gospodarczej, zdrowiu publicznym i wsparciu społeczności, a do tego potrzebne są pieniądze i polityczna zgoda. Choć nie ma szybkich rozwiązań, to aktualnym remedium na tę sytuację jest zrozumienie historycznych i systemowych korzeni kryzysu.


Miasto zlikwidowało ten budynek pod koniec 2023 roku


-
Kensington jest jednym z obszarów o najwyższym wskaźniku przestępczości w Filadelfii. Przestępstwa związane z narkotykami, napady i kradzieże są na porządku dziennym.
-
Kensington jest uważane za epicentrum kryzysu opioidowego w Filadelfii. Codziennie można zobaczyć osoby zażywające narkotyki na ulicach, a liczba przedawkowań jest alarmująco wysoka.
-
W okolicy znajduje się duża liczba osób bezdomnych, często uzależnionych od narkotyków. Wiele osób mieszka w prowizorycznych obozowiskach lub opuszczonych budynkach.
-
Ze względu na powszechne zażywanie narkotyków, w tym dożylnych, występuje wysokie ryzyko rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, takich jak HIV i wirusowe zapalenie wątroby typu C.
-
W Kensington funkcjonują programy wymiany igieł i punkty ratunkowe, gdzie można dostać nalokson (lek przeciwdziałający przedawkowaniu opioidów).
-
Mieszkańcy Kensington i okolicznych obszarów często wyrażają swoje obawy i frustracje związane z niebezpieczeństwem i degradacją ich społeczności. Wiele osób czuje się bezradnych wobec nasilającego się problemu.



Ulica Kensington w Filadelfii jest historycznie połączona z tzw. polską dzielnicą. W latach 20. i 30. XX wieku, wielu polskich imigrantów osiedliło się w tej części miasta, tworząc silnie zintegrowaną społeczność. Polacy zakładali tam swoje kościoły, sklepy, szkoły i inne instytucje społeczne, które służyły jako centra kulturalne i wsparcia dla nowo przybyłych.
Jednym z najbardziej znanych symboli polskiej obecności w Kensington jest Kościół Świętego Wojciecha (St. Adalbert), który do dziś jest ważnym punktem odniesienia dla społeczności. Pomimo zmian demograficznych i społecznych, które miały miejsce w ciągu ostatnich dekad, dziedzictwo polskie nadal jest widoczne w tej okolicy.
Podobnie jak w innych częściach Kensington, polska dzielnica nie uniknęła problemów związanych z ekonomicznym upadkiem
i kryzysem opioidowym. Mimo to, wiele polskich rodzin wciąż mieszka w tej okolicy, a polskie organizacje i instytucje starają się podtrzymywać tradycje i wspierać społeczność w obliczu współczesnych wyzwań.


Dariusz Lachowski - Chicago, Polonia, muzyka, podróże, opinie, ludzie...
https://www.transcendentphoto.com/
Suzanne Stein - Ameryka bez tajemnic...
listopad/grudzień '24 (22)
/ reportaż
Śladami bezrobotnych
Amerykanów
IZA KLEMENTOWSKA
Pokonałam ponad jedenaście tysięcy kilometrów, jeżdżąc autobusami po Stanach Zjednoczonych. Chciałam zobaczyć, dokąd podróżują bezrobotni Amerykanie, którzy swój dobytek przewożą w workach.

Pomnik imigrantów w nowojorskim parku Battery prowadzącym do przystani dla promów płynących między innymi na Ellis Island. Wysoki na ponad trzy metry, wykonany głównie z brązu. Na przodzie kobieta z dzieckiem na ręku, mężczyzna na klęczkach
w żebraczym geście. Drugi mężczyzna z rękami złożonymi do modlitwy. Ktoś inny z twarzą w dłoniach. Żadnego bagażu. I napis: „Imigranci. Dedykowany ludziom wszystkich narodów, którzy przybyli do Ameryki przez Castle Garden”.
Słowo „imigranci” zamazane czerwoną farbą. Obok rzeźby porzucony, już nieco nadszarpnięty, czarny foliowy worek. Dwie ławki dalej biała kobieta z czapką na głowie mimo upału oraz śniady mężczyzna w puchowej kurtce siedzą, obejmując podobne worki. Milczą
i patrzą przed siebie.
- Niech pani powie, że czeka na kogoś, to się odczepi – powiedziała starsza pani z nienagannym tapirem siwych włosów upiętych
w pękaty kok. Ubrana w dobrej jakości rzeczy, stukała w filiżankę paznokciem pomalowanym na czerwono. – Tu niestety mamy problem z bezdomnymi. Za blisko granicy.
Siedziałam w kafejce w Santa Fe w Nowym Meksyku. Byłam w połowie mojej podróży przez USA. Obserwowałam mężczyznę, który przycupnął przy moim stoliku. Na ziemię położył czarny foliowy worek, wypełniony aż do ciasno zawiązanej pętelki na czubku. Nic nie robił. Siedział i patrzył tępo w stół. Nikogo nie zaczepiał. Do nikogo nic nie mówił. Jedyne co, to czuć było od niego nielekką już woń niedomycia. Na oko mógł być około czterdziestki.
– Proszę mu powiedzieć, że nie życzy sobie pani, żeby siedział przy tym samym stoliku – kontynuowała tymczasem kobieta.
– Nie przeszkadza mi – powiedziałam zgodnie z prawdą. Bo gdzie miał iść? Na zewnątrz, gdzie było tylko jakieś 5 stopni Celsjusza? Do innych stolików, przy których i tak nie było miejsc? Miał stać?
Kobieta usłyszała mój na pewno nieamerykański akcent, zmierzyła mnie od stóp do głów, wyłapując przykurzone trampki i dziury w bluzie oraz spodniach.
Wstała, zebrała komórkę, notes i klucze jednym ruchem ręki i nie pakując ich do torebki, szybko wyszła. Mężczyzna podniósł czarny foliowy worek z podłogi i delikatnie położył go na krześle przy stoliku, przy którym siedziała starsza pani. I zamiast w podłogę, zaczął wpatrywać się w niego. Po chwili dziewczyna pracująca w kafejce postawiła przed nim papierowy kubek z kawą i małą, czekoladową babeczkę. Uśmiechnął się do niej tak, jakby dała mu czek na milion dolarów. Zjadł i dalej wpatrywał się w swój worek.
Im docierałam dalej w głąb USA, tym coraz częściej widziałam podobne worki. Czasem przybierały brunatną barwę, wyblakłą już nieco od słońca. A niekiedy były tak zakurzone, że czerń nijak nie mogła się przebić. Worek miał jeszcze jedną cechę. Przez każdego właściciela traktowany był z czułością i ostrożnością. Czekając na lotnisku LaGuardia w Nowym Jorku na lot najtańszych linii Spirit Airlines do Chicago (około 90 dolarów, autobus 120 dolarów, pociąg od 100 dolarów), obserwowałam białą kobietę, która siedziała już ponad czterdzieści minut, nie wypuszczając worka z rąk. Wtulała się w niego jak w najbardziej ukochaną maskotkę. Kiedy na pokładzie stewardesa odebrała go jej, ponieważ nie mieścił się pod siedzeniem, kobieta przez całe dwie i pół godziny lotu wpatrywała się w schowek, gdzie go umieszczono. Po wylądowaniu od razu po niego sięgnęła i, przytulając kurczowo, szybko zniknęła. Przy wyjściu z lotniska czekał na nią mocno zardzewiały truck.
Jesteście imigrantami?
Jeszcze przed Santa Fe, cztery tygodnie wcześniej. Burlington w stanie Iowa.
– Jesteście imigrantami? – spytała siwiejąca brunetka, wpatrując się w dwóch śniadych mężczyzn. Poczekalnia autobusowa
w Burlington była prawie pusta, nie licząc dziesięciu osób, z którymi jechałam z okolic Chicago. Poza najludniejszym miastem stanu Illinois widzę mało turystów. Spotkałam dotychczas dwie Niemki, podróżujące do Milwaukee do ciotki jednej z nich. Im głębiej w serce USA, tym więcej Amerykanów wszystkich ras, z bagażami składającymi się z ogromnych, wymęczonych walizek, kraciastych toreb, widywanych u nas w latach 90. XX wieku, i dużych foliowych worków. Te przeważają. Większość tych osób śpi na dworcowych bądź przystankowych ławkach, czekając na przesiadki. Z Burlington można jechać we wszystkie strony świata. Zdarza się, że na swój autobus trzeba czekać nawet do dziesięciu godzin. Na ten czas poczekalnia staje się dla każdego tymczasowym domem. Można tu się umyć, zjeść, podgrzać własne jedzenie w kuchence mikrofalowej.
Ponieważ sama od jakiegoś czasu nie mam domu, próbuję zrozumieć jego ideę oraz różne potrzeby ludzkie z nim związane, szczególnie gdy ktoś nam go odbiera.
Co roku 5 milionów Amerykanów traci swoje domy z powodów ekonomicznych: eksmisji czy niespłaconych kredytów.
Prowadzi to do poszukiwania pracy nawet bardzo daleko od miejsca zamieszkania. Przyglądam się również ruchomym domom, takim, które człowiek nosi ze sobą i zatrzymuje się w przyjaznym dla siebie miejscu. Tam, gdzie jest większy dostęp do pracy, czy tam, gdzie nie ma uprzedzeń. Domom, w których czujemy się jak u siebie, bezpieczni i swobodni.
Ponieważ przemierzyłam już trasę Nowy Jork – Chicago – Manitowoc w Wisconsin – Duluth w Minnesocie – Galesburg w Illinois – Burlington, łącznie około 3 tysięcy kilometrów, głównie autobusami, moja walizka zdążyła już stracić jedno kółko i jest odrapana tak bardzo, jakby dorwał się do niej rzeźbiący odpowiednik Jacksona Pollocka. Przykuwa spojrzenia. Mój akcent również. Wybieram autobusy, ponieważ do mniejszych miejscowości nie można inaczej dojechać. Poza tym w środkowych stanach USA, w odróżnieniu od hubów obu wybrzeży – Nowego Jorku, Los Angeles i San Francisco – są one znacznie tańsze niż samoloty i pociągi.
Nie wszędzie się też doleci – odległość między portem lotniczym w stolicy danego stanu a miejscem docelowym jest czasami tak duża, że tyle samo czasu zajmie transport lądowy, co lotniczy plus samochodowy. Infrastruktura kolejowa nie jest w środkowych stanach rozbudowana, natomiast wynajęcie samochodu przez osobę z polskim prawem jazdy nie zawsze jest możliwe, szczególnie jeśli jedzie się z jednego stanu do drugiego i tam planuje zostawić auto. Pracownik jednej z wypożyczalni aut powiedział mi, że zbyt dużo imigrantów kradnie wozy i wywozi za południową granicę.
Dopiero później przeczytam na stronie Public Religion Research Institute (PRRI, Publiczny Religijny Instytut Badań), że republikanie oraz biali ewangelicy postrzegają imigrantów jako zagrożenie. I że ci pierwsi stają się coraz bardziej antyimigranccy.
Aż 49 procent republikanów i 16 procent demokratów zgadza się z twierdzeniem, że Bóg stworzył Amerykę jako nową ziemię obiecaną dla europejskich chrześcijan, zagrożoną obecnie napływem imigrantów.
Z kolei 65 procent białych protestantów i 50 procent białych katolików oraz 27 procent wyznawców religii niechrześcijańskich również uważa, że imigranci stanowią zagrożenie dla amerykańskiego społeczeństwa. Jak podaje PRRI: „46 procent białych Amerykanów, częściej niż Amerykanie innych ras (31 procent), znacznie częściej niż Latynosi (31 procent) oraz Afroamerykanie (28 procent), uważa, że imigranci zagrażają tradycyjnym amerykańskim zwyczajom i wartościom.
Co więcej, biali Amerykanie bez dyplomu ukończenia czteroletnich studiów wyższych podzielają ten pogląd znacznie częściej (53 procent) niż ci z wyższym wykształceniem (34 procent)” [przeł. I.K.]. Im dalej i dłużej podróżuję przez USA, tym bardziej orientuję się, jak wiele osób przemieszcza się przez ten kraj w poszukiwaniu pracy. Ci ludzie są postrzegani jako imigranci przyjeżdżający do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszego życia.
– Dla niektórych są synonimem imigrantów – powie mi później w Santa Fe pewien czterdziestolatek, od urodzenia mieszkający
w niewielkim domu z gliny, pracujący w odpowiedniku miejscowej opieki społecznej. (...)
Kiedy zdarza mi się coś powiedzieć, spytać o drogę lub uzyskać jakąś informację, od razu przykuwam uwagę, mimo że staram się mówić z najbardziej amerykańskim akcentem. W poczekalni w Burlington przyglądam się siedzącym i śpiącym tu ludziom. Niektórzy
z nich dojechali tu z Nowego Jorku w drodze do Teksasu i jeszcze dalej. Czekałam już prawie dwie godziny na autokar, który po kolejnych czternastu godzinach miał dowieźć mnie do Ogallali w Nebrasce. Kilka stolików, kilkanaście krzeseł. Automat do kawy, osobno do przekąsek typu chipsy i batony oraz mikrofalówka.
Za pancerną szybą siedziała przy biurku młoda kobieta w mundurku miejscowych linii autobusowych. Lekko znudzona, ponieważ autokary przejeżdżały przez tę miejscowość zaledwie trzy razy na dobę. Pomieszczenie nie miało okien, jarzeniowe oświetlenie już uśpiło kilka osób. Tylko dwóch mężczyzn chodziło tam i z powrotem po niewielkiej przestrzeni i rozmawiało między sobą w języku hiszpańskim.
– Jesteście imigrantami? – powtórzyła nieco głośniej kobieta. Ubrana na cebulkę, z przewieszoną przez plecy plecioną, pokaźnych rozmiarów torbą. Obok stała ogromna walizka na kółkach i duży, foliowy czarny worek.
– O co pani chodzi? – spytał po angielsku jeden z mężczyzn. Obaj ubrani w ciemne bluzy z kapturem i dżinsy. Obaj tylko ze średniej wielkości plecakami.
– Mieszkamy i pracujemy w Denver. Mamy obywatelstwo amerykańskie.
– Ale jesteście imigrantami! Przyjechaliście do mojego kraju! – kobieta podniosła głos. – Przez takich jak wy muszę jej szukać gdzie indziej! Musiałam zostawić moje piękne mieszkanie w Nowym Jorku, bo nie stać mnie na nie, i zamieszkać z siostrą w Kolorado.
– To, że mówią po hiszpańsku, nie oznacza, że są imigrantami – odezwała się młoda dziewczyna z ciemnymi włosami i zielonymi oczami. Do tej pory przyglądała się całej sytuacji. – Też mówię po hiszpańsku i co? Jestem Amerykanką mówiącą również po hiszpańsku. A pani w jakich językach mówi?

– Nie z tobą rozmawiam! Tylko z tymi dwoma – wskazała palcem na mężczyzn, którzy skulili ramiona i patrzyli na starszą kobietę ze smutkiem. – Dla mnie jesteś white trash [„białym śmieciem”, dyskryminacyjne określenie dla biednych ludzi białej rasy, zamieszkujących prowincję i tereny rolnicze, zazwyczaj niewykształconych, przeważnie z południowych stanów USA – przyp. I.K.]! Widać to po tobie.
Dziewczyna wstała gwałtownie. – Bo podróżuję autobusem? Pani też nim podróżuje. Bo mam dżinsy z dziurami? – mówiła dość spokojnie, wpatrując się w kobietę, która również wstała.
– Dlaczego czepia się pani tych mężczyzn tylko dlatego, że mówią po hiszpańsku?
– Niech pani da spokój – odezwała się inna kobieta, ciemnoskóra, siedząca naprzeciwko. – Nie warto wdawać się w dyskusję. Ta pani ewidentnie ma jakiś problem.
– Z tobą, czarna suko, też nie rozmawiam – starsza kobieta już całkiem straciła panowanie nad sobą. Dziewczyna za szybą chwyciła za telefon. – Wróci Trump i zrobi z wami wszystkimi porządek!
– Bardzo proszę się uspokoić – powiedział do niej łagodnie jeden ze śniadych mężczyzn. – Wszyscy jesteśmy stąd, wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Też jestem biedny – wyciągnął do niej rękę, pokazując, żeby obniżyła swój głos.
– Nie porównuj mnie do siebie. Nie jestem taka jak ty. Ani jak ty, ani ty – wskazywała na wszystkich w poczekalni. Mężczyzna wzruszył ramionami i się wycofał. – Pewnie się czegoś boisz, dlatego chcesz, żebym się uspokoiła – zawołała za nim jeszcze głośniej. Zaraz zadzwonię po policję, to się okaże, kim naprawdę jesteś!
– Niech pani dzwoni po policję, może oni przywołają panią do porządku – młoda kobieta, nazwana „białym śmieciem”, potakiwała głową.
Nikt już nie spał.
– Proszę do mnie podejść – kobieta za szybą zawołała starszą kobietę. – Jeśli się pani nie uspokoi, zadzwonię po policję. Ochroniarz już ma na panią oko. Chce pani dalej jechać? Chce pani dojechać do siostry, to proszę uszanować innych pasażerów.
– Ty czarna… – zaczęła kobieta, ale machnęła ręką i usiadła na swoim miejscu, zaciskając mocno szczęki. Jednak wciąż patrzyła wyzywająco na wszystkich, z którymi rozmawiała.
Dziewczyna za szybą pokręciła głową i w końcu wróciła do rozmowy przez telefon. Przez następne dziewięćdziesiąt minut nikt się do siebie nie odzywał. Dwie osoby wyszły na zewnątrz zapalić.
Kenny: Byłem już chyba wszędzie
Autobus podjechał częściowo już wypełniony, ale w bagażniku prawie w ogóle nie było miejsca. Nadwątlone szmaciane walizki
i kraciaste torby, przetykane czarnymi foliowymi workami, upchanymi praktycznie, gdzie tylko się dało. Dla mojej małej walizki na kółkach nie było nawet centymetra. Próbowałam przesunąć część bagażu, lecz przychodziło mi to z trudem. Kierowca tylko patrzył.
– Fucking immigrants – powiedział, więc od razu się podniosłam.
– Przepraszam, co pan powiedział? – spytałam, patrząc mu w błękitne oczy.
– Pieprzeni imigranci – powtórzył bez zająknięcia. – Szybciej pakuj tę walizkę, bo muszę się trzymać rozkładu.
– Co pan powiedział na temat imigrantów? – spytałam jeszcze raz.
– Najlepiej, żeby was tu po prostu nie było. Masz minutę. Jeśli nie uda ci się włożyć walizki, nie jedziesz.
Włożyłam. Zapamiętałam też jego nazwisko, numer autobusu oraz numer podróży. Kilka dni później złożyłam skargę, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Usiadłam na przeznaczonym dla mnie miejscu obok ciemnoskórej kobiety, która uśmiechnęła się blado.
– W autobusie ma panować kompletna cisza. Nie ma rozmów przez telefon. Nie ma słuchania muzyki ani oglądania filmów. Jeśli chcecie to robić, to tylko przez słuchawki. Każde naruszenie tej zasady spowoduje, że zostawiam was na trasie. Tyle.
Popatrzyłam na pasażerów. Dla wszystkich ten komunikat wydawał się czymś normalnym. Nikt nie zareagował ani nie skomentował. Starsza kobieta, która wszczęła wcześniej awanturę, otuliła się kocem z dość dużymi dziurami, odwracając się plecami od ciemnoskórego mężczyzny siedzącego obok niej. Miał na sobie jedynie wymięty już mocno T-shirt, krótkie spodenki i plastikowe klapki. Na zewnątrz było około 14 stopni Celsjusza, ale w Chicago, skąd jechał autobus, było jeszcze mniej.
Wpatrywał się w jeden punkt na siedzeniu przed nim. Próbowałam dostrzec, na co patrzył, jednak kolor materiału na nim i jego struktura były jednolite. Nie miał tam ani położonej książki, ani telefonu, na którym mógłby coś oglądać. Mężczyzna przesiedział tak trzy następne godziny do kolejnego przystanku. Dopiero wtedy przyjrzałam się pozostałym pasażerom. Stali na zewnątrz autobusu, przy ścianie stacji benzynowej, na której znajdował się przystanek. Osobno, w około metrowej odległości. Nikt ze sobą nie rozmawiał. Kupiłam kanapkę i również stanęłam przy ścianie niedaleko ciemnoskórego, bardzo wysokiego mężczyzny.
Uśmiechnęłam się.
– Długa droga – powiedział. – Jadę z Chicago do Phoenix. A wcześniej byłem w Kentucky. Jeszcze wcześniej w Alabamie. Krążę tak. Dwa dni temu zadzwonił do mnie kuzyn z Phoenix, że będzie dla mnie praca.
– Też mieszkasz w Arizonie?
– Na Florydzie. Ale wiesz, tam już nie mam pracy. Dlatego krążę. Od dwóch lat tam, gdzie ta praca dla mnie jest. Z reguły na dwa, trzy miesiące. Byłem już chyba wszędzie. Cieszę się na Phoenix, bo przynajmniej nie będę musiał płacić za noclegi ani spać w namiocie. Często sypiam też w autobusach, bo to i nocleg, i przejazd w jednym, nie trzeba dodatkowo płacić za hostel. Kenny – wyciągnął szeroką dłoń pooraną dość sporymi bliznami, które poczułam na swojej dłoni. – Nie jesteś stąd, prawda?
Miał na sobie dresy, buty sportowe i przewieszoną na skos nerkę, którą trzymał trochę zbyt kurczowo. Kierowca spojrzał na nas i wskazał na otwarte już drzwi autobusu.

Pasażerowie wchodzili do środka w milczeniu, byłam jedną z sześciu białych osób. (...) Para, która usiadła po przeciwległej stronie, sprawiała wrażenie, jakby nie chciała nikomu przeszkadzać.
Kobieta wtulała się w mężczyznę. Daisy – jak się później dowiedziałam – była w trzecim miesiącu ciąży, jechali aż w okolice San Diego na południu Kalifornii, gdzie mieszkali rodzice jej męża, Petera. Źle znosiła ciążę, dlatego musiała zrezygnować
z pracy jako salowa w szpitalu. Peter – sprzedawca w małym lokalnym sklepie – właśnie ją stracił. Sklep zamknięto. Powód: taniej jest
w supermarkecie typu Dollar Tree albo Family Dollar, gdzie sporo artykułów można kupić jedynie za dolara.
– Jeśli kiedyś przyjechałabyś do Morris pod Chicago, zobaczyłabyś puste witryny. Lokale znikają tam jak deszczowe bąble. Tak szybko – powiedział mi Peter na następnym postoju. Kenny mu przytakiwał. – Najgorsze były dwa ostatnie lata. Chociaż głosowaliśmy na Trumpa, to wiemy, że to wina jego rządów. Wiele małych firm upadło, nie tylko u nas. – W porównaniu z 2020 rokiem ubyło około 34 procent małych firm w skali całego kraju. Jednym z najbardziej dotkniętych rejonów było San Francisco, w którym zamknięto aż 48 procent firm. W 2022 roku 65 procent właścicieli małych firm uważało zamknięcie swoich biznesów za bardzo prawdopodobne, aż 95 procent było wysoce zaniepokojonych postępującą recesją, zaś 38 procent małych przedsiębiorstw planowało zwolnienia pracowników. – Płaciliśmy za nasze mieszkanie niewiele ponad 1200 dolarów miesięcznie, więc stosunkowo niedużo – kontynuował Peter – ale i na nie nas nie stać. Dlatego jedziemy do moich rodziców i spróbujemy tam od nowa. (...) – Na autobus wydaliśmy prawie ostatnie pieniądze, czterysta dolców. (...)
Biedni pracujący
W filmie dokumentalnym z 2021 roku Zaprowadź mnie do domu zapytano osoby w kryzysie bezdomności o to, co może zmienić ich status. Wszyscy mówili: praca. „USA Today” podało na początku grudnia, że liczba Amerykanów w kryzysie bezdomności w 2023 roku wynosiła 653 104. Rok temu było ich 582 462. Tych, którzy się zarejestrowali. Niemal 13 procent społeczeństwa nie miało wystarczającej ilości jedzenia.
Chociaż bezrobocie rośnie stosunkowo powoli (w październiku 2023 roku wyniosło 3,7 procent, w listopadzie 3,9 procent), to i tak zarobki nie pozwalają przeżyć godnie miesiąca.
Zapłacenie za czynsz, kredyt czy nawet jedzenie staje się problemem. Wskaźnik ubóstwa, czyli stosunek liczby osób w danej grupie wiekowej o dochodzie poniżej progu ubóstwa, który Bank Światowy szacuje na 2,15 dolara na dzień, również rośnie. W 2022 roku wynosił 12,4 procent w skali kraju (w roku 2021 – 7,8 procent) – wynika z tego, że w ubóstwie żyje 41,6 miliona osób (USA liczy prawie 336 milionów mieszkańców). „The New York Times” mówi również o wzroście wskaźnika ubóstwa dzieci z 5,2 procent w 2021 roku do 12,4 procent w 2022 roku.
Iowa i Nebraska przykuwały wzrok głównie pustymi przestrzeniami, nanizanymi od czasu do czasu mobilnymi domami typu trailer. Kiedyś mogły służyć za przyczepy, teraz pozbawione kół i osadzone mocno w ziemi, zdawały się powoli w niej zatapiać. Elewacja, siding, obłaziła z farby, przybliżając wyglądem podłużne domki do nakrapianych stworzeń. Później podobne domostwa będę widzieć coraz częściej. Im bardziej w głąb Stanów Zjednoczonych, tym będzie ich więcej. To jeden z najtańszych budynków mieszkalnych
w tym kraju.
Z Ogallali zmierzałam na północ do najbiedniejszego rezerwatu rdzennych Amerykanów, Rezerwatu Pine Ridge w Dakocie Południowej, zamieszkałego przez Indian Oglala. Jadąc wynajętym samochodem na północ, przez połacie niczego, przez ponad cztery godziny nie spotkałam innego pojazdu. Jakby nikt nie chciał nawet przejechać przez stan, o którym mówi się „stan łuskaczy kukurydzy” (niecałe dziesięć osób przypada na kilometr kwadratowy obszaru o powierzchni ponad 200 tysięcy kilometrów kwadratowych).
Z Nebraski, a dokładniej z Omahy, pochodzi jeden z najbogatszych ludzi świata, Warren Buffett, inwestor giełdowy i przedsiębiorca, nazywany nie tylko w USA „wyrocznią z Omahy”. Zaś wskaźnik ubóstwa przekracza w tym stanie 14 procent (średnia dla całych Stanów to 11,2 procent).
Kiedy w końcu dojechałam do niewielkiej miejscowości Gordon, niedaleko Dakoty Południowej, za małą pizzę zapłaciłam niecałe
5 dolarów. W Nowym Jorku nie kupi się za to nawet małej kawy latte. Obok znajdowała się stacja benzynowa, w której galon benzyny kosztuje 3,5 dolara. Dla porównania w Kalifornii trzeba wysupłać ponad 6 dolarów. Po ulicach zamiast aut jeździły traktory, zaś
w jedynej restauracjo-pizzerii siedziała ze mną tylko jedna osoba. Jak się później okazało, również przyjezdna.
Jechałam dalej(...)
Tuż przed Pine Ridge zatrzymałam się w małym sklepiku w baraku rzuconym na ziemię jakby przez przypadek. Bo budynek nie stał równolegle ani do drogi, ani do żadnego punktu orientacyjnego w okolicy. Prowadziła do niego polna droga ceglanej gleby. Kupiłam wodę i małą paczkę chipsów, bo niewiele więcej w nim było. Ed, stojący za ladą, rozkładał ręce.
– Nie mam co sprowadzać więcej towaru, bo i tak nikt nic nie kupuje. Wszyscy biorą produkty na karty EBT – mówi. Chodzi
o electronic benefit transfer, karty elektronicznego transferu świadczeń do zakupów spożywczych dla najbiedniejszych w większości sklepów i supermarketów, w zależności od stanu to 300–500 dolarów na miesiąc. EBT wydaje Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych w ramach programu pomocy żywnościowej SNAP (Supplemental Nutrition Assistance Program). Wysokość zależy od dochodów i wydatków w gospodarstwie domowym.
Miesięczny dochód brutto dla trzyosobowej rodziny nie powinien przekraczać 2072 dolarów. Karty w każdym stanie są inne, dlatego podróżujący za pracą często nie mogą na nie liczyć. – Tak naprawdę tylko dokładam do tego interesu – kontynuuje Ed. – Na zimę chyba całkiem zamknę sklep, bo raz, że będę marznąć bez ogrzewania, a dwa pies z kulawą nogą tu nie zajrzy, choć to jedyny sklep
w promieniu pięciu mil. Większość korzysta z darmowej stołówki przykościelnej – Ed miał na sobie koszulkę z napisem „To jest nasza ziemia”.
Zapłacenie za czynsz, kredyt czy nawet jedzenie staje się problemem. Wskaźnik ubóstwa, czyli stosunek liczby osób w danej grupie wiekowej o dochodzie poniżej progu ubóstwa, który Bank Światowy szacuje na 2,15 dolara na dzień, również rośnie.
Wyszliśmy oboje na zewnątrz, słońce oświetlało przed nami czystą przestrzeń, którą zaburzył gęstym pyłem hamujący gwałtownie przed jedną ze ścian sklepu samochód. Wysiadł z niego mężczyzna w roboczym kombinezonie.
– Wody! – krzyknął i Ed szybko pobiegł do środka.
– George – przedstawił się mężczyzna i dopiero teraz zauważyłam, że nie jest już zbyt młody. Przyglądał mi się uważnie. – A ty skąd się tu wzięłaś? Jesteś przyjaciółką Eda?
Odpowiedziałam.
– Sama? Zwariowałaś? Życie ci niemiłe? Przez te nasze pustkowia? A gdyby coś ci się stało? Nikt cię tu nie znajdzie! Jedziesz do mnie na obiad, absolutnie! – wypił duszkiem butelkę wody. Ed wzruszył ramionami i wyszeptał bezgłośnie: „On jest okej, bezpieczny”.
I ruszyłam za niewielkim truckiem George’a.
Przejeżdżając przez miasteczko Pine Ridge, zobaczyłam to, co wcześniej w wielu innych miejscach: puste ulice, śmieci fruwające na motyli wzór i gdzieniegdzie, w zaułkach, śpiących ludzi. Plus sklep z marihuaną z wejściem opancerzonym grubą kratą. W niewielkiej osadzie położonej na ponad 7 kilometrach kwadratowych żyje ponad 3 tysiące osób należących do rdzennej społeczności Oglala.
Za miastem znowu wpadliśmy w rozległą przestrzeń, którą po chwili w oddali przecięła poruszająca się jednostajnym tempem gęsta chmura. Kiedy zbliżyła się do drogi, zobaczyłam, że były to dzikie mustangi, które nic sobie nie robiły z tego, że przebiegały tuż przed autem George’a. Gdy znów pojawiły się trailery, rozmieszczone w dość dużej od siebie odległości, dostrzegłam jedyne, niewielkie, wąziutkie, ale dość strome wzgórze. Stał na nim biały koń. – On tam często stoi i czasem się zastanawiam, czy chce z tego wzgórza skoczyć. Samobójca? Nie zdziwiłoby mnie to. Nie byłby tu pierwszy.
Tylko w samym 2020 roku odnotowano tu 177 prób samobójczych i dziewięć samobójstw osób w wieku od czternastu do trzydziestu dwóch lat na około 18 tysięcy mieszkańców rezerwatu, co zwróciło uwagę rządu na ten najbiedniejszy zakątek kraju.
George mieszkał kawałek drogi za miastem, również w trailerze, przed którym stały cztery inne trucki, prawie wszystkie pordzewiałe od spodu i ze zużytymi już oponami. – Przeniosłem się tu z innego rezerwatu, Rosebud, około 120 kilometrów na wschód, bo po dziesięciu latach straciłem tam pracę w warsztacie. Musiałem znaleźć nową i pracuję tu już trzy lata, ale samochodów do reperacji ubywa. Już naprawdę mało kto ma czym zapłacić za naprawy. Tu bezrobocie sięga 80 procent. Wegetacja tak naprawdę. Ci śpiący na ulicy to nie tylko odurzeni narkotykami, bo te są tu tanie jak nigdzie indziej, lecz także bezdomni, których jest coraz więcej. Przygarnąłem jednego chłopaka, który przez rok pomagał mi w domu przy remoncie, ale zdecydował się szukać szczęścia w Denver. Od trzech miesięcy nie mam od niego żadnych wiadomości, trochę się martwię. Nie odbiera telefonu. Albo nie ma pieniędzy nawet na kartę, albo jeszcze coś gorszego. Tu przynajmniej miał dach nad głową.
Rozglądałam się po tym dachu, który w kilku miejscach zwisał niemałym wybrzuszeniem dykty, gdzieniegdzie poprzecieranej tak, że promienie słoneczne przedostawały się wąskimi strużkami i znaczyły punkty na linoleum podłogi. Wyglądało to jak odwrotność rozgwieżdżonego nieba. Kuchnia znajdowała się między salonem z sofą o przetartej nieco powłoce, wklęsłą w miejscu, w którym siadał George, a sypialnią. Fotel z innej bajki znajdował się bliżej starej daty telewizora, który robił bardziej za doniczkę dla paprotki niż za odbiornik telewizji. Po drugiej stronie kuchni była sypialnia George’a, w której znajdowało się jedynie duże łóżko i zasuwana szafa
w ścianie. Za innymi drzwiami była łazienka: sedes, nad którym wisiała słuchawka prysznica. Za łóżkiem czarny foliowy worek
z ubraniami. Cały dom. George postawił na stole garnek z warzywną, głównie fasolową potrawką i bagietkę, którą sam upiekł
w piekarniku przypominającym rozdymanego bąka.
Wybierając talerze z szafki, pokazał cały arsenał dwóch rzędów puszek z taką właśnie fasolą w sosie pomidorowym. Na innych półkach stały puszki z zupą grzybową i wszechobecna w USA zupa krem z ziemniaków, kukurydzy, sera i cebuli podbijana boczkiem.
– Moja dieta. Ważne, że pożywne. Może kiedyś będzie lepiej. Inni mają jeszcze gorzej.
George nie pozwolił mi jechać tego samego dnia.
Noc była bardzo spokojna. Poza wiatrem, który rozwiewał kurz, ciszę przerywały czasami skowyty kojotów.
– Dobre duchy – powiedział przy śniadaniu złożonym z owsianki i piekielnie mocnej kawy George. – Dobry znak na dalszą drogę.
Dona: Mieszkam w aucie
Dwa tygodnie później.
– Mieszkam w aucie – Dona, ubrana w długą do kostek narzutkę, ukrywającą pod spodem legginsy, podkoszulek z długim rękawem oraz crocsy, rozpakowywała batonik. Nie mogła sobie dać rady. – Reumatyzm, zbyt dużo wilgoci miałam w swoim życiu.
Stałyśmy na dłuższym postoju autobusu jadącego z Denver do Albuquerque, na niewielkim wzgórzu, z którego rozpościerał się widok na zachodzące na siebie góry. Kierowca nie pozwolił nikomu pozostać w środku, musieliśmy prażyć się na słońcu albo mrozić w budynku. Klimatyzacja była ustawiona na tak niską temperaturę, jakby sprzedawca stacji benzynowej nie chciał, żeby ktokolwiek przebywał w sklepie dłużej, niż musiał. Byliśmy na granicy między Kolorado a Nowym Meksykiem.
– Tu tak robią, żeby bezdomni nie chcieli spać w środku – Dona w końcu poradziła sobie z opakowaniem.
Stacja benzynowa znajdowała się na całkowitym pustkowiu, więc zastanawiałam się, w jaki sposób ci „bezdomni” mogliby się tu dostać. W USA już dawno nikt nie podróżuje autostopem. Ludzie boją się zabierać z drogi nieznajomych. Donę raz pobito. Więcej nikogo nie wzięła. Było to tuż po tym, jak musiała opuścić swój dom pod Denver.
– Myślałam, że dam sobie radę na emeryturze. Mąż zmarł sześć lat temu na zawał. Oboje byliśmy nauczycielami, więc starczało nam na życie, ale tylko starczało. – Dona wzrusza ramionami. – Dobre życie, bo się kochaliśmy, jednak nie mogliśmy sobie pozwolić choćby na jakieś dalsze podróże po kraju. Kredyt na dom zbyt dużo nam zabierał. Gdy trójka naszych dzieci poszła na swoje, chcieliśmy zamienić go na mniejszy, ale się nie udało. Breckenridge to mała mieścina, a i do Denver stamtąd zbyt daleko, żeby codziennie dojeżdżać do pracy. Moje dzieci ani myślały wrócić, każde ma swoje życie. Rozumiem to. Zostałam więc w domu sama, aż przestało mnie być na niego stać. I bank go zlicytował.
Dona poczęstowała mnie pistacjami, które trzymała zawinięte w postrzępiony na brzegach materiał. W średniej wielkości worku
z grubej wełnianej plecionki miała jeszcze cztery koszulki, tyle samo par majtek, dwie cienkie bluzy, jeszcze jedną parę legginsów
i skarpetki stopki. Więcej nie potrzebowała. Cieplejszą kurtkę z podpinką ze sztucznego, białego misia, dżinsy i traperki zostawiła
w aucie.
Zaparkowała przed domem znajomych, którzy gościli ją zaledwie przez tydzień, bo czuła jednak, że im przeszkadza. Wolała spać
w samochodzie. Miała w nim poduszkę i dwa ciepłe koce, termos na kawę, którą kupowała zawsze na stacji benzynowej, bo za 1,25 dolara mogła wypić prawie litrowy kubek kawy i jeszcze zrobić sobie dolewkę do termosu. Na stacji benzynowej też się załatwiała
i myła zęby. Prysznic brała dwa razy w tygodniu na siłowni jednej z sieci gimnastycznych, które działały na terenie niemal całego kraju. Za niecałe 10 dolarów miesięcznie miała nieograniczony wstęp, więc jeśliby chciała, mogłaby tam chodzić codziennie.
– Tylko czy to nie wyglądałoby trochę dziwnie, że starsza pani przychodzi ćwiczyć codziennie? Może i nikt nie zwróciłby na to uwagi, ale wystarczy, że ja bym o tym wiedziała, a przyjęłam sobie, że dopóki będę miała siłę żyć w ten sposób, to niech to życie będzie przynajmniej w znośnym komforcie psychicznym.
Obserwowałyśmy, jak pasażerowie wsiadają z powrotem do autobusu. Ruszyłyśmy powoli i wtedy zauważyłam, że wsiadły dwie nowe osoby. Ciemnoskóry chłopak i biała dziewczyna. Para. Oboje mieli ze sobą małe plecaki i czarne foliowe worki. W Albuquerque Dona pożegnała się ze mną ciepło, pisząc na kartce adres parku RV (recreational vehicle, kamper), który zamierzała sprawdzić. Kolorado robiło się dla niej zbyt zimne, żeby nocować w aucie. Temperatura w nocy spadała do 3–4 stopni Celsjusza. Znajomym nie chciała więcej zawracać głowy, czuła, że z każdym pobytem u nich jej obecność staje się coraz mniej komfortowa. I coraz częściej patrzą na nią z litością, ale i niecierpliwością. W Albuquerque jest ciepło przez cały rok. (...)
Adrian
(...) – Przez pół roku pracowałem w Las Vegas, w kasynach ciągle kogoś nowego szukają do pracy, ale podobno za nerwowy byłem
i klienci skarżyli się, że ich popędzam. Krupier powinien być spokojniejszy. Adrian – wyciągnął dłoń i dopiero teraz bardziej wyczułam, niż zobaczyłam, że nie ma najmniejszego palca.
Dwa dni wcześniej zadzwonił do niego znajomy z San Francisco, że będzie miał dla niego pracę sprzątacza plaży. To pora mocnych wiatrów w tej części Kalifornii i ciągle coś nowego przynosi na piasek.
– Uspokoję się i będę próbował znowu wrócić do pracy w Las Vegas. Co prawda, to zazwyczaj dorywcza praca, ale dobrze, że i tak jest. A jak mnie tam nie zechcą, to pojadę do Arizony, do Phoenix lub Tucson. Już tam pracowałem w kasynach i na budowach.
– A gdzie jest twój dom? – spytałam.
– Tam, gdzie akurat jestem – odpowiedział, śmiejąc się głośno. – Nie stać mnie na własny. Jak pracuję, to nawet udaje mi się wynająć jakiś pokój, ale z reguły wynajmuję wspólnie z innymi. Przez te pięć ostatnich lat już się przyzwyczaiłem.
Adrian wybiera zawsze nocne autobusy, bo po pierwsze są tańsze, a po drugie, jak wiele innych osób, które poznałam po drodze, Adrian oszczędza – nocleg zazwyczaj jest znacznie droższy niż bilet autobusowy.
Naszej rozmowie przysłuchiwała się kobieta, biała, około pięćdziesiątki. (...)
– Pięć lat. Ja już tak jeżdżę osiem. Teraz jadę na Alaskę, bo idzie zima i nikt nie będzie chciał tam pracować. Mniejsza konkurencja. No, i kochają tam Donalda Trumpa. Nie mogę patrzeć, jak w Kalifornii chwalą Bidena. Za co?! Trump dba o Amerykanów i, mam nadzieję, zatrzyma murem imigrantów.(...)
W 2022 roku podróżowało autobusami w sumie prawie 6,19 miliarda mieszkańców USA. Dotyczy to pojedynczych przejazdów. Po chwilowym spadku spowodowanym pandemią COVID-19 liczba pasażerów co roku wzrasta. Dla porównania pociągami podróżowało 2,8 miliarda, a samolotem prawie 688 milionów i ich liczba sukcesywnie spada.
Długodystansowych podróży z powodu pracy podejmuje się ponad 400 milionów osób rocznie.
W skali całego kraju współczynnik bezrobotnych białych w USA wynosi 3 procent, Afroamerykanów 5,9 procent, Latynosów 4,6 procent, Amerykanów pochodzenia azjatyckiego i mieszkańców wysp Pacyfiku 3 procent. Większość podróżujących, których spotkałam, pochodziła ze stanów popierających – zarówno w poprzednich, jak i zbliżających się wyborach prezydenckich – Donalda Trumpa: Utah, Dakota Północna i Południowa, Alabama, Karolina Południowa i Północna, Ohio, Tennessee, Teksas, Wyoming, Nebraska, Montana, Iowa, Indiana, Kansas, Kentucky. Pokonałam łącznie ponad 11 400 kilometrów. (Pismo - magazyn opinii)
/ nauka
listopad/grudzień '24 (22)
MATEUSZ ŁYSIAK
Dodatkowe 46 minut snu dziennie zaskakująco wpływa na zdrowie i nastrój. To też sposób na poprawę odporności, samopoczucia
i nawet prospołecznych zachowań. Zaskakujące wyniki badania przeprowadzonego przez naukowców z Uniwersytetu Baylora (Texas) pokazują, jak niewielka zmiana w długości snu może wpłynąć na nasze życie.
Niejednokrotnie pewnie wspominano, że sen jest bardzo ważny nie tylko dla naszego ogólnego samopoczucia, ale też zdrowia czy odporności. To też jedna z najprzyjemniejszych form dbania o siebie. W końcu wymaga od nas leżenia i zapomnienia o bożym świecie. Zbawienną moc snu na nasz dobrostan potwierdzają kolejne badania.
Tak pomaga dłuższy sen
Lekarze zazwyczaj zalecają, aby przesypiać minimalnie 6 godzin w ciągu doby. Optymalna ilość snu wynosi 8 godzin, ale czy na pewno? Z badania przeprowadzonego przez zespół pod kierunkiem Alexandra Do z Uniwersytetu Baylora w USA wynika, że dodatkowa drzemka każdego dnia może mieć korzystny wpływ na kondycję psychiczną. Badacze zwrócili uwagę, że większość wcześniejszych badań koncentrowała się na negatywnych konsekwencjach niedoboru snu – takich jak zmęczenie, problemy z koncentracją czy obniżenie funkcji poznawczych. Tymczasem zespół Do postanowił zbadać, jak wydłużenie snu może pozytywnie wpływać na człowieka.
Badanie objęło 90 młodych dorosłych w wieku od 18 do 24 lat. Uczestnicy zostali podzieleni na trzy grupy. Pierwsza grupa chodziła spać o 2:00 w nocy i miała wstawać o 7:30. Te osoby miały skrócony sen średnio o 37 minut w porównaniu do osób, które spały normalnie. Grupa druga kładła się spać o 10:30 wieczorem, a wstawać miała również o 7:30. Osoby z tej grupy zyskały średnio 46 minut dodatkowego snu.
W ciągu tygodnia uczestnicy prowadzili dziennik swoich nawyków snu, a także byli monitorowani za pomocą smartwatchy. Na początku i końcu badania wypełniali kwestionariusze oceniające senność i wykonywali testy poznawcze. Dodatkowo uczestnicy przechodzili testy mierzące odporność, poczucie dobrostanu i wdzięczności.
Śpij na zdrowie
Wyniki badania były zaskakujące. Okazało się, że drobne zmiany w długości snu miały znaczący wpływ na samopoczucie. Osoby, które wydłużyły sen o 46 minut, czuły się bardziej odporne, wdzięczne, zadowolone z życia i miały większe poczucie sensu życia. Natomiast osoby, które skróciły sen o 37 minut, doświadczyły pogorszenia nastroju i spadku poczucia dobrostanu.
Co więcej, dłuższy sen wpłynął na zachowania prospołeczne, takie jak chęć wspierania organizacji charytatywnych czy angażowanie się w inicjatywy społeczne. A to ma szerszy wpływ na społeczeństwo.
– Dłuższy sen ma znacznie szerszy wpływ, niż tylko poprawa czujności w ciągu dnia – zauważył jeden z badaczy. A co najważniejsze, aby skorzystać z tych dobrodziejstw, wystarczy spać o około 46 minut dłużej każdej nocy.
Jak spać dłużej i lepiej?
I choć wiele osób z pewnością ucieszy się na tę wiadomość, będą i tacy, których może ona zafrasować. W końcu nie brakuje ludzi, którzy borykają się z zaburzeniami snu. W efekcie budzą się w nocy kilkukrotnie lub mają duże problemy z zaśnięciem w ogóle. I tu również z pomocą przychodzi nauka.
Badania naukowe potwierdzają, że to, co jemy, ma istotny wpływ na jakość snu. Z badań przeprowadzonych przez naukowców
z fińskich uczelni wynika, że spożywanie większej ilości owoców i warzyw może przyczynić się do lepszego snu. Ich składniki pomagają w obniżeniu poziomu stresu oksydacyjnego i wspierają równowagę hormonalną, co z kolei sprzyja bardziej regenerującym okresom snu.
Z kolei badanie opublikowane w czasopiśmie „BMJ Open Sport & Exercise Medicine” sugeruje, że w poprawie jakości snu może pomóc wprowadzenie minimalnych dawek aktywności fizycznej wieczorem. Autorki zalecają, by co pół godziny wieczorem wykonywać trzy minuty umiarkowanej aktywności fizycznej. Mogą być to na przykład krótkie spacery czy lekkie ćwiczenia. Okazało się, że ta drobna zmiana wystarczyła, by sen uczestników badania wydłużył się średnio o 29 minut. (The Journal of Positive Psychology)
/ przyroda
listopad/grudzień '24 (22)
Sahara kilka razy była na zmianę suchym obszarem pustynnym i wilgotnym, żyznym obszarem uprawnym. Jak doszło do tego, że stała się największą pustynią świata?
Dzieli nas 5900 lat od naszej epoki. Bond 4 przynosi jeden z najintensywniejszych okresów suszy w całym holocenie. Szczególnie dramatyczne skutki ma to dla obszaru Sahary, która obecnie jest największą pustynią świata. Trudno wręcz uwierzyć, że niegdyś kwitło tam życie i wcale nie tak dawno roiło się tam od słoni, hipopotamów, bawołów, lwów, żyraf, guźców, antylop i strusiów.
I naturalnie byli tam również czający się na tę zwierzynę łowcy z wczesnej epoki brązu.

Starożytna Sahara
Okres rozkwitu Sahary
Sahara kilkakrotnie była na zmianę suchym obszarem pustynnym i wilgotnym, żyznym obszarem uprawnym. W czasie epoki lodowej pozostawała w większości sucha, ale do zmiany doszło mniej więcej pod koniec młodszego dryasu około 10 000 lat temu. Wtedy nadciągają obfite deszcze i pustynia zaczyna się zielenić, zmieniając w żyzną sawannę. Są na tym obszarze także bogate w ryby jeziora i rzeki, dziś od dawna już wyschnięte. Siedem tysięcy lat temu jezioro Czad w centralnej Afryce było 10 razy większe niż dzisiaj – innymi słowy, było zdecydowanie większe niż na przykład Morze Kaspijskie, największe jezioro naszych czasów.
Z tego okresu wywodzą się też pierwsze malowidła skalne na Saharze. Przedstawiają – to żadna niespodzianka – zwierzynę, na którą polowali ówcześni ludzie. A w tamtym czasie Pokarmu wystarczalo dla wszystkich, a nawet bylo go w nadmiarze. W okresie rozkwitu Sahary ludzie pasą na niej nawet krowy. Występują tam również zwierzęta takie jak olbrzymi bawół Pelorovis (wymarły w naszych czasach). Ta bestia była jednym z największych zwierząt spokrewnionych z krową, jakie kiedykolwiek istniały. Największe samce ważyły około dwóch ton i miały poroże mierzące cztery metry.
Cywilizacje zamieszkujące Saharę mniej więcej w tamtym okresie przyczyniają się do opracowania wielu pożytecznych wynalazków, które zmieniają świat, między innymi w sztuce kulinarnej. Kultury rozwijające się nad rzekami wytwarzają naczynia gliniane, wykorzystywane nie tylko do przechowywania pokarmu, lecz także do gotowania. Pierwsze znane gulasze, zupy i owsianki przyrządzano na brzegach saharyjskich rzek około 8000 lat temu.
Co ma wspólnego żyzna Sahara z piramidami?
Wcześniejszy, sawannowy krajobraz Sahary może też w sobie kryć klucz do tajemnicy piramid egipskich. Na obecnej pustyni położonej na zachód od oazy Charga w południowym Egipcie wznoszą się naturalne formacje skalne, które w zadziwiającym stopniu przypominają piramidy i wielkiego Sfinksa w Gizie. Według jednej z teorii tamtejsi nomadzi potraktowali je jako inspirację do budowy piramid, kiedy klimat stał się bardziej suchy, a oni osiedlili się nad Nilem.
Twórcą tej koncepcji jest egipsko-amerykański były naukowiec z NASA Farouk El-Baz, obecnie profesor na Boston University. Twierdzi on, że pierwotnie chłopi znad Nilu nie mieli pojęcia, jak wygląda piramida. Tę ideę – oraz ideę Sfinksa – przynoszą ze sobą nad Nil nomadzi, którzy uciekają przed suszą zmieniającą ich rodzinne strony na południu w pustynię. Włóczyli się od niepamiętnych czasów po sawannach wśród przypominających piramidy formacji skalnych i używali ich jako oznaczeń terenu – skały służyły im za punkty odniesienia przy nawigacji. Piramidy egipskie są więc – zgodnie z tą hipotezą – echem wspomnienia o zielonej i żyznej Saharze pełnej zwierzyny, zarówno na lądzie, jak i w wodach rzek i jezior.
To wspomnienie o świecie, po którym z powodu zmiany klimatu dziś nie ma już śladu, tak jak po dawnym Doggerlandzie w Europie.
„Śmierć” Sahary i narodziny cywilizacji
Bez względu na to, skąd się wzięły piramidy (nie wszyscy badacze kupują hipotezę El-Baza), blisko 6000 lat temu czuć w powietrzu ogromną zmianę. Tak zwany 5.9 Kiloyear Event, czyli zdarzenie sprzed 5900 lat, przyczynia się do daleko idących przemian, jeśli chodzi o warunki życia naszych praprzodków.
W północnej Afryce robi się coraz bardziej sucho. Kiedy zielona i wilgotna Sahara zanika zastępowana pustynią, taką, jaką znamy dzisiaj, ludzie z tych terenów ruszają na wschód. Osiadają nad Nilem i tworzą społeczeństwo, które z czasem staje się coraz bardziej złożone i hierarchiczne. Dochodzi też do istnej rewolucji kulturalnej: wynalezienia pisma. Nie trzeba tu chyba podkreślać, jakim kwantowym skokiem w naszym kulturowym rozwoju jest to, że nagle możemy spisywać swoje historie.
Z czasem prowadzi to do powstania wielkiej cywilizacji egipskiej i dynastii. W gruncie rzeczy cywilizacje zawsze są związane
z rzekami, ponieważ umożliwiają one między innymi sztuczne nawadnianie. W południowej Mezopotamii pierwsze kompleksowe miasta-państwa również rozwijają się nad rzekami – Eufratem i Tygrysem. Podobne zjawiska zachodziły w dolinie Indusu i w Chinach.
Susze i kryzysy klimatyczne mają to do siebie, że skłaniają ludzi do przemieszczania się. Suchy i chłodniejszy klimat, jak ten spowodowany wydarzeniem sprzed 5900 lat, prowadzi do tego, że protoindoeuropejczycy ze środkowoazjatyckich stepów na północny wschód od Morza Czarnego ruszają w świat i przenoszą się na Bałkany. Tak języki indoeuropejskie trafiają do Europy.
( Fragment książki Marcusa Rosenlunda „Gdy pogoda zmienia bieg historii”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, seria Historia, 2022).
przyroda
listopad/grudzień '24 (22)

Zawojował Amerykę, gdzie stał się nieodłącznym towarzyszem ludzkich siedzib, czasem zwierzęciem domowym i bohaterem filmów. Jego urok zjednał mu wielbicieli na całym świecie. A jednak w Unii Europejskiej szop pracz jest gatunkiem inwazyjnym
i uznanym prawnie za niepożądany.
Na terenie Ameryki Północnej żyje ponad 20 odrębnych podgatunków szopa pracza, między innymi w Teksasie, Luizjanie, na Florydzie i na Barbadosie.
Nazwa „pracz” pochodzi od charakterystycznego zachowania szopów, które często zanurzają jedzenie
w wodzie, sprawiając wrażenie, jakby je myły.
W rzeczywistości to zachowanie nie zawsze związane jest z higieną. W środowisku naturalnym szopy pracze często żyją w pobliżu wody i wykorzystują swoje niezwykle wrażliwe łapy do „badania” pokarmu. Zmysł dotyku jest
u nich tak rozwinięty, że szop jest w stanie rozpoznać obiekty nie patrząc na nie, tylko manipulując łapami.
Szopy są wszystkożerne i niezwykle elastyczne w swojej diecie. Żywią się zarówno owocami i innymi częściami roślin, jak i drobnymi zwierzętami – od owadów po ryby czy małe ssaki. Są gatunkiem synantropijnym, czyli przystosowały się do życia w sąsiedztwie człowieka. W pobliżu ludzkich siedzib czują się świetnie i wykorzystują wszelkie żywieniowe okazje, na przykład chętnie buszują
w śmietnikach. Są w stanie przeżyć właściwie w każdym klimacie i w zależności od potrzeb zapaść w sen zimowy.
Szopy w kulturze
Rdzenne ludy Ameryki Północnej znały i szanowały szopa pracza. Był źródłem futra i mięsa. Pojawiał się także w lokalnych mitach jako symbol sprytu i zręczności. Kiedy europejscy osadnicy zaczęli kolonizować Ameryki, szop stał się celem polowań ze względu na swoje gęste futro.
Pierwsze europejskie wzmianki o szopach można znaleźć już w dziennikach Krzysztofa Kolumba. W XVIII i XIX wieku, w czasie „futrzarskiego boomu”, futra szopów były cennym towarem handlowym. Wykorzystywano je na ten przykład do produkcji coonskin caps, czyli czapek, które stały się charakterystycznym elementem strojów myśliwych i traperów, a potem trwającą przez kilka dekad amerykańską modą.
Calvin Cooligge, prezydent USA w latach 1923–1929 posiadał szopa pracza jako zwierzę domowe. Szop Rocket to jeden z głównych bohaterów komiksów Marvela i serii filmów na ich podstawie – „Strażnicy Galaktyki”. (az)
/ kino
listopad/grudzień '24 (22)
Floryda to żart



Serial HBO Max „Człowieku, to jest Floryda” (2024) opiera się na relatywnie nowym archetypie amerykańskiego antybohatera – „Florida Mana”, czyli człowieka z Florydy lub Florydczyka (ze względu na grę słów w oryginalnym tytule serialu, w tekście używać będę pierwszego z tych nieformalnych tłumaczeń). Kim jest człowiek z Florydy i co go cechuje? Najkrócej mówiąc: głupota lub ogromny pech. Nasz antybohater może być w równej mierze ofiarą własnych wyborów, co okoliczności. Człowiek z Florydy może zarówno wyłudzić 250 tysięcy dolarów, podszywając się pod Elona Muska, jak i przeżyć starcie z pszczołami i upadek z drzewa. W kulturze popularnej wśród ludzi z Florydy mamy na przykład: Aliena (James Franco) ze „Spring Breakers” (2013), Chirona (Alex R. Hibbert, Ashton Sanders, Trevante Rhodes) z „Moonlight” (2016), Stefani (Riley Keough) z „Zoli” (2020) czy Halley (Bria Vinaite) z „The Florida Project” (2017). Choć często można odnieść takie wrażenie, nie wszyscy ludzie z Florydy są immanentnie źli. Po prostu znajdując się
w dość osobliwych okolicznościach, popełniają błędy.
W latach 2013–2019 na Twitterze istniało konto Florida Man, na którym pojawiały się nagłówki w stylu: „Człowiek z Florydy próbował zapłacić ziołem w McDonaldzie” czy „Człowiek z Florydy aresztowany za masturbację na plaży, twierdzi, że tylko wietrzył penisa” – wszystkie z linkami do prawdziwych artykułów. Historie zamieszczone na profilu były niezwykłe, a jedynym łącznikiem między nimi była Floryda jako miejsce akcji lub pochodzenia bohaterów. Choć w innych stanach nie brakuje kuriozalnych przestępstw, to Floryda, półwysep na południowym wschodzie Stanów Zjednoczonych, w memicznej i zbiorowej wyobraźni zdecydowanie wysunął się na pierwsze miejsce, jeśli chodzi o (mówiąc delikatnie) nieszablonowe zachowania i nietuzinkowe osobowości.
Trzeci największy stan w kraju słynie z pięknej pogody, która zapewnia turystyczną popularność: miliony ludzi przybywają na Florydę, żeby zwiedzać i imprezować. Najlepiej widać to zepsucie w nowszych filmach Harmony’ego Korine’a, takich jak wspomniane „Spring Breakers” czy „Plażowy haj” (2019). Ale do tego dochodzi rosnąca populacja emerytów, którzy przeprowadzają się na Florydę, by spędzić tu jesień życia, o czym opowiada dokument „Some Kind of Heaven” (2020). Odsłania to potencjał regionu dla budowania opowieści wyrastających z różnic pokoleniowych i materialnych. Według danych z 2018 roku Floryda plasowała się na czterdziestym dziewiątym miejscu wśród pięćdziesięciu amerykańskich stanów pod względem nierówności rozkładu dochodów, a najbardziej regresywny system podatkowy w kraju tylko pogłębia wyrwę między bogatymi a biednymi i klasą średnią.
W stanie panują też spore różnice etniczne. Szacuje się, że co piąty mieszkaniec Florydy jest imigrantem, a co czwarty Florydczyk jest Afroamerykaninem. To tu w 2012 roku koordynator straży sąsiedzkiej, George Zimmerman, zastrzelił czarnoskórego, nieuzbrojonego nastolatka Trayvona Martina, którego śmierć stała się jednym z zapalników ruchu Black Lives Matter. W ramach panującego na Florydzie i w trzydziestu siedmiu innych stanach prawa stand-your-ground Zimmerman został uniewinniony.
Niestabilny charakter – obok krajobrazu społecznego – współtworzą warunki klimatyczne. Nie można się dać zwieść przyciągającej turystów pięknej pogodzie: tutejsze środowisko naturalne odznacza się brutalną gwałtownością. Florydę regularnie nawiedzają huragany, tornada, burze tropikalne, pożary i powodzie.
Kulturowa istotność Florydy uwidoczniła się, kiedy prezydentem został Donald Trump, kierujący krajem w równej mierze
z Waszyngtonu, co ze swojej rezydencji Mar-a-Lago, położonej we florydzkim Palm Beach. Trump uwielbia spędzać tam czas, grając
w golfa i zajadając się burgerami w łóżku. Podobnie jak w przypadku ostatniego prezydenta elekta, pod groteskową, głupawą, ale też zabawną fasadą kryje się poważne zagrożenie. Człowieka z Florydy charakteryzują ignorancja, brak poszanowania dla własności
i wartości innych, a co za tym idzie, także prawa. Obśmiewanie go to śmianie się z nim, a zatem stawianie rozrywki ponad normami,
na których zbudowany jest porządek społeczny.
Pierwsza wzmianka o człowieku z Florydy w amerykańskiej prasie, jaką udało mi się znaleźć, pochodzi z 21 marca 1895 roku. Tym mianem określony został mężczyzna przedstawiający się jako George F. Carlisle, oskarżony o fałszerstwo. Ponieważ policja nie mogła do końca ustalić tożsamości mężczyzny, bezimienny dziennikarz nazwał go „człowiekiem z Florydy”. Trudno powiedzieć, w którym momencie ta łatka odkleiła się od przeciętnych kryminalistów urodzonych na Florydzie, a zaczęła określać osoby przypominające bohatera „Plażowego haju”. Grany przez Matthew McConaugheya poeta Moondog oscyluje między bogatymi i biednymi Florydczykami. Czuje się naprawdę w domu wśród tych drugich, ale gdy potrzebuje wytchnienia, ucieka do tych pierwszych.
„Człowieku, to jest Floryda” uwzględnia cały ten skomplikowany społeczno-kulturowy krajobraz i czyni z niego fabularna ramę. Również sprawnie, co mój tekst i inne portrety Florydy, przeskakuje od ubogich w kryzysie bezdomności do bogaczy, których największym zmartwieniem są osiedlowe króliki.
Opisane w serialu historie zostały oparte na prawdziwych wydarzeniach, a ich bohaterowie są narratorami inscenizacji z udziałem rozpoznawalnych komediowych aktorów, jak Anna Faris czy Simon Rex. Mamy tu do czynienia z formą znaną w Polsce z programów „997” i „Telewizyjne Biuro Śledcze”, opartych na rekonstrukcjach przestępstw popełnianych przez nieznanych i/lub poszukiwanych sprawców. W serialu HBO sprawcy są nie tylko dobrze znani, ale swobodnie i bez konsekwencji opowiadają o swoich wyczynach. Dzieje się tak dzięki lokalnemu prawu, pozwalającemu na powszechny dostęp do rządowych i stanowych akt. Bez tej legislacyjnej jawności człowiek z Florydy nie stałby się tak rozpoznawalnym i popularnym memem. Od 1909 roku każdy obywatel może nie tylko przeglądać rejestr publiczny Florydy, ale też kopiować z niego wszelkie materiały, w tym zdjęcia, a bardziej współcześnie także filmy. Oznacza to, że zarejestrowane przez policyjne kamery przestępstwa mogą legalnie krążyć po całym świecie, podobnie jak portrety aresztowanych, bez potrzeby zasłaniania im oczu i ukrywania tożsamości. W ten sposób dowiedzieliśmy się na przykład o próbie obrabowania restauracji z użyciem aligatora czy niedoszłym złodzieju pawi, zaatakowanym przez inne ptaki.
Można więc powiedzieć, że pomimo komediowego charakteru, serial stanowi próbę przekrojowego przedstawienia, a więc
i zrozumienia specyfiki tak ważnego dla Ameryki regionu. Szczególnie skutecznie robi to szósty odcinek, który na pojedynczym przykładzie eksploruje archetyp człowieka z Florydy. Podobnie jak w innych epizodach, bohater historii opowiada o tym, co go spotkało, ale tu także w niej występuje, jeszcze raz przeżywając wydarzenia, które uczyniły go rozpoznawalnym. Zasadność tego zabiegu można kwestionować, to w końcu gloryfikacja przestępstwa i przestępcy, ale… to Floryda, człowieku. Wszystko należy traktować z dystansem i humorem.
Bohaterowie przedstawionych w serialu opowieści wyszli na prostą, ale to jednostkowe przypadki, wybrane przez HBO, ponieważ wpasowywały się w ramy historii, które twórcy chcieli opowiedzieć. Jak wspomniałem wyżej, w swojej formie serial jest pokrewny
z innymi rekonstrukcjami przestępstw, istotną różnicę stanowi sam ich dobór, zdradzający fascynację tym, co niezwykłe i… społecznie nieszkodliwe. Nawet opowieść o straceniu ręki w pysku krokodyla podana jest na wesoło, również dlatego, że wydarzenie prowadziło do przemiany duchowej bohatera. Nie ma tu nic o realnych ofiarach przemocy fizycznej i psychicznej. Trudno tego wymagać, w końcu to serial komediowy, ale nie zależy zapominać o drugiej, brzydkiej twarzy człowieka z Florydy. Jeden z nich został niedawno ponownie wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych. I nie ma w tym nic śmiesznego. ■
/ kino
listopad/grudzień '24 (22)

Ogromny sukces polskich twórców – dokument „Pianoforte” otrzymał nagrodę Emmy!
ALEKSANDRA URBANIAK
Nagroda Emmy to najbardziej prestiżowa statuetka honorująca osiągnięcia przemysłu telewizyjnego. Raz do roku przyznawana jest też jej edycja międzynarodowa, w której nagradzane są produkcje spoza USA. Na tegorocznej gali, która odbyła się w Nowym Jorku, jednym ze zwycięzców okazał się polski film dokumentalny „Pianoforte” w reżyserii Jakuba Piątka.
International Emmy Awards przyznawane są przez Międzynarodową Akademię Sztuki Telewizyjnej i Nauki (IATAS) za produkcje zrealizowane poza Stanami Zjednoczonymi. W tym roku do rywalizacji stanęło 56 tytułów z całego świata – w tym nakręcony w Polsce „Pianoforte”. Dokument ukazuje dorastanie i rywalizację młodych pianistów, którzy biorą udział w legendarnym Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina. Obraz otrzymał statuetkę Emmy w kategorii „najlepszy artystyczny program dokumentalny”. Nagroda trafiła wprost do rąk Jakuba Piątka, reżysera obrazu, absolwenta Łódzkiej Szkoły Filmowej.
Polski tytuł pokonał w rywalizacji między innymi brytyjski film dokumentalny „Robbie Williams”, argentyński „Virgilio” oraz japoński „Who I Am Life”.
Podczas gali nagrodę Emmy rozdano w 14 kategoriach,wśród nich dla najlepszych: aktora, aktorki, komedii, dokumentu, serialu dramatycznego, telenoweli, filmu telewizyjnego/miniserialu oraz kilku za produkcje dla dzieci. Wśród aktorów najlepszy okazał się Timothy Spall, który uhonorowany został za rolę w brytyjskim filmie „The Sixth Commandment”. W kategorii „najlepsza aktorka” wyróżniono Aokbab-Chutimon występującą w tajlandzkim filmie Netflixa „Głodni”.
KULISY KONKURSU CHOPINOWSKIEGO NA FESTIWALU SUNDANCE
Zbigniew Banaś: Moim gościem dzisiaj jest Jakub Piątek, reżyser filmu dokumentalnego „Pianoforte”, który miał swoją premierę na dorocznym festiwalu Sundance. Film pokazuje losy kilku wybranych młodych muzyków, którzy uczestniczą w warszawskim Konkursie Chopinowskim. (...)
W tym roku najwięcej statuetek udało się zdobyć produkcjom brytyjskim, natomiast w najważniejszych kategoriach triumfowały Francja i Argentyna.
O czym jest „Pianoforte”?
Dla tych, którzy widzieli „Pianoforte”, sukces polskiego dokumentu nie jest zaskoczeniem. Produkcja została doskonale przyjęta przez krytyków i uhonorowana statuetką Orła za najlepszy film dokumentalny. Tytuł może poszczycić się też nagrodą publiczności festiwalu Millennium Docs Against Gravity, a także nominacją do Nagrody Głównej Jury prestiżowego festiwalu w Sundance.
Dokument opowiada o wchodzących w dorosłość uczestnikach i uczestniczkach legendarnego Konkursu Chopinowskiego. Bohaterami filmu są młodzi ludzie pochodzący ze wszystkich stron świata. Łączy ich jedno – od dzieciństwa poświęcili się bez reszty grze na fortepianie. Twórcy dokumentu relacjonują ich codzienną pracę, ukazują pasję, talent, ale też nie boją się pokazywać, jaką cenę uczestnicy płacą za sukces. Jako widzowie obserwujemy ich obsesyjne dążenie do doskonałości, które czasem kończy się wielką wygraną, a czasem – trudną do przełknięcia porażką.
Narracja podporządkowana jest regułom konkursu i podzielona jest na trzy etapy oraz finał. Wszyscy dzielą podobne marzenie
i zostaną bezlitośnie zweryfikowani przez konkursowy mechanizm – okaże się, że liczba miejsc na podium jest ograniczona, więc część z nich odpadnie, a tylko nieliczni trafią do finału.
Obraz „Pianoforte” swoją światową premierę miał 20 stycznia 2023 roku. Zwycięski dokument dostępny jest między innymi na platformie Player. Obecnie grany jest też w kinach sieci Multikino w kilku miastach Polski. ■ (zwierciadlo.pl)
/ sztuka malarstwo
listopad/grudzień '24 (22)

Marc Rothko
wyznawca kolorów ?
Nie interesuje mnie kolor.
To światło jest tym, za czym podążam...
SYLWIA ZIENTEK
Red; malarstwo abstrakcyjne; Solomon R. Guggenheim Museum, New York City, Nowy Jork / wikiart - domena publiczna
Kiedy w zimny poranek 25 lutego 1970 roku asystent Marka Rothki pojawia się w nowojorskiej pracowni malarza, jego oczom ukazuje się teatralna scena. Przestronne, pełne ogromnych obrazów pomieszczenie pogrążone jest w niczym niezmąconej ciszy. Ciało sześćdziesięciosześcioletniego malarza leży na podłodze w ogromnej kałuży krwi przypominającej pole koloru na jednym z kilkuset emblematycznych płócien. Jak się okaże, w jego organizmie znajduje się śmiertelna dawka leków psychotropowych, po zażyciu których przeciął sobie tętnicę na prawym nadgarstku. Nieopodal zwłok znajduje się niedokończony obraz pokryty skąpanymi
w czerwieni prostokątami.
Czerwień obecna jest na wielu obrazach Rothki. Ta pierwsza, pierwotna barwa, świadcząca o istnieniu życia, pierwszy pigment, którego użyto na rysunkach w jaskini Lascaux, stanowiła podstawowy nośnik znaczeń w malarskich wypowiedziach artysty. Nabywcy płócien Rothki często nie rozumieli jej wagi. Wedle anegdoty w latach 60. pracownię malarza odwiedziła zamożna kolekcjonerka. Proponowane płótna w ciemnych barwach nie wzbudziły jej entuzjazmu. Stwierdziła, że chce czegoś czerwonego, różowego, bardziej optymistycznego. „Proszę wybaczyć, ale czerwień, żółty, pomarańczowy? Czy to nie są kolory piekła?” – zapytał Rothko.
W dniu śmierci artysty do Tate Gallery w Londynie dotarły obrazy namalowane przez niego w 1958 roku, pierwotnie przeznaczone do sali restauracyjnej w nowo powstałym wieżowcu Seagram Building w Nowym Jorku. Zdegustowany miejscem ich ekspozycji Rothko zażądał zwrotu obrazów i podarował je angielskiemu muzeum.
Była nazywana matką sztuki amerykańskiej. Potrafiła dostrzec piękno zarówno w kwiatach, jak i w kościach zwierząt. Udało się jej wypracować nowy język malarski, jednocześnie zmysłowy i precyzyjny, realistyczny (...)
Nędza, zwątpienie i depresja
Zanim został Markiem Rothką, był Marcusem Rothkowitzem. Urodził się 25 września 1903 roku w Dwińsku (Daugavpils, obecnie Dyneburg) w ówczesnym Cesarstwie Rosyjskim, dziś na Łotwie. Był ostatnim z czworga dzieci żydowskiego aptekarza Jakowa Rothkowitza i jego żony Anne (Kate) Goldin, jako jedyny z rodzeństwa uczył się w chederze.
W obawie przed pogromami rodzina postanowiła wyemigrować do Stanów Zjednoczonych, gdzie brat Jakowa Rothkowitza mieszkał już od pewnego czasu, rozwinął nawet dobrze prosperujący interes tekstylny. Kiedy jako dziesięciolatek Markus przypłynął z matką
i siostrą statkiem do wybrzeża Ameryki, doświadczył pierwszego upokorzenia: zmuszony był nosić zawieszoną na szyi tabliczkę
z napisem I don’t speak English. Nierozumiejący otaczającej go rzeczywistości chłopiec przez kilkanaście dni podróżował pociągiem do Portland, gdzie czekał na niego nowy, bardzo odmienny od europejskiego Dwińska świat. (Zdarzenie to tak mocno zapadnie
w pamięć przyszłego artysty, że już jako dojrzały mężczyzna będzie często opowiadał o nim swoim dzieciom.
W Stanach Zjednoczonych nigdy do końca nie poczuje się u siebie. Europa pozostanie w jego ocenie kolebką kultury, światem należącym do intelektualistów, opartym na zasadach moralnych, podczas gdy Ameryka będzie miejscem, którym rządzi pieniądz). Zasadniczy problem na drodze do asymilacji stanowił antysemityzm.
Zanim nowa ojczyzna uzna go za jednego z najważniejszych amerykańskich artystów, Rothko doświadczy rozlicznych przejawów wrogości i niesprawiedliwości wobec Żydów, a także upokorzeń, nędzy, głodu, zwątpienia i depresji.
Kilka miesięcy po połączeniu się rodziny Rothkowitzów ojciec przyszłego malarza umiera na raka. Jego śmierć stanowi dla Markusa wielki wstrząs. Jak później wspominał w wywiadach, nie umie uporać się ze stratą, zaczyna obsesyjnie myśleć o śmierci. Mimo złego stanu emocjonalnego dobrze się uczy i uzyskuje stypendium na Uniwersytecie Yale. Studiuje nauki społeczne i filozofię, jednak po pierwszym roku jego stypendium nie zostaje przedłużone. Jak zauważa James E.B. Breslin, autor biografii malarza, na początku lat 20. na amerykańskich uczelniach znacznie wzrosła liczba studentów pochodzenia żydowskiego. Jednocześnie to w Ameryce okres intensyfikacji antysemityzmu. Początkowo Yale uznawano za jedną z ostatnich uczelni przyjaznych Żydom, jednak kiedy w ławach zaczęło zasiadać coraz więcej emigrantów z Europy Wschodniej, władze uniwersyteckie zmieniły politykę stypendialną.
Po utracie wsparcia finansowego Mark jeszcze przez rok pracuje dorywczo, aby utrzymać się na studiach, w końcu je porzuca. Chce zostać aktorem i przyłącza się do trupy teatralnej. Jako dwudziestolatek wyjeżdża do Nowego Jorku.
Sztukami plastycznymi zaczyna się interesować stosunkowo późno, niejako przypadkiem. Pewnego razu kolega zabiera go na lekcje rysunku, gdzie dwudziestojednoletni Rothko widzi sesję portretowania nagiej modelki. Postanawia, że właśnie to chce robić w życiu. Później będzie mówił: „Zostałem malarzem, ponieważ chciałem podnieść malarstwo do poziomu muzyki i poezji” (Mark Rothko, Writings on Art 1934–1969, Yale University Press 2006). Zawsze podkreślał, że jest samoukiem. Oprócz kilkumiesięcznych kursów rysunku nie miał do czynienia z żadną formą edukacji artystycznej.
Postanawia poświęcić się sztuce, głoduje i śpi byle gdzie. Maluje w tym czasie portrety, akty
i melancholijne figuratywne sceny wielkomiejskie. Podejmuje różne prace, ale pewną stabilizację do jego życia wprowadza dopiero małżeństwo zawarte w listopadzie 1932 roku z Edith Sachar, dziewięć lat od niego młodszą początkującą artystką, pracującą jako sprzedawczyni w sklepie z odzieżą. Młoda, atrakcyjna kobieta zakochuje się w łaknącym opieki i zrozumienia artyście, niedbającym
o wygląd neurotyku o zwalistej posturze. Oprócz pejzaży okolic Portland i Nowego Jorku Rothko tworzy akty, do których pozuje mu żona. Wyczekiwany sukces jednak nie nadchodzi. Malarstwo nie przynosi żadnych dochodów, Rothko zatrudnia się więc jako nauczyciel rysunku w żydowskiej szkółce na Brooklynie. Pracuje tam przez kolejne dwadzieścia lat.
W czasach wielkiego kryzysu lat 30. maluje głównie przesycone smutkiem sceny
z nowojorskiego metra. Postacie widniejące na płótnach z tego okresu ewokują częste dla mieszkańców wielkiej metropolii poczucie beznadziei i osamotnienia. W 1938 roku otrzymuje amerykańskie obywatelstwo
i zmienia imię i nazwisko na Mark Rothko.

Slow Swirl at the Edge of the Sea; surrealizm abstrakcyjny, 1944 / Museum of Modern Art, Nowy Jork / wikiart - domena publiczna
Wybuch drugiej wojny światowej to dla niego moment przejścia od przedstawień stricte figuratywnych i realistycznych ku malarstwu nawiązującemu do mitologii greckiej, które krytyka uznaje za surrealistyczne. Z uwagi na problemy ze wzrokiem Rothko nie zostaje powołany do wojska. Nosi okulary o bardzo grubych szkłach, jednak zaprzecza, jakoby wada wzroku miała wpływ na jego sztukę. Studiuje pisma Friedricha Nietzschego, Platona, Sørena Kierkegaarda. W 1940 roku przestaje malować
i przez co najmniej kilkanaście miesięcy (dokładnie nie wiadomo jak długo) pisze teoretyczną książkę poświęconą sztuce, The Artist’s Reality, która zostanie wydana wiele lat po jego śmierci. W publikacji nie poświęca niemal wcale uwagi własnej twórczości, lecz koncentruje się na filozoficznych analizach celów i sensu sztuki, procesu jej formowania w Europie, począwszy od starożytności po czasy nowożytne.
Jego sztuka nie znajduje uznania, tymczasem Edith rozwija dobrze prosperujący biznes w branży biżuteryjnej i naciska, aby mąż pomagał jej w wytwarzaniu pierścionków i naszyjników. Ale Rothko nie chce porzucić malarstwa. Małżeństwo rozpada się w 1944 roku. Kilka miesięcy później na przyjęciu u znajomych nowojorczyków malarz poznaje o dziewiętnaście lat od siebie młodszą, pochodzącą z Ohio Mary Alice (Mell) Beistle. Piękna dziewczyna jest absolwentką college’u dla kobiet, interesuje się sztuką i teatrem. Od dziecka wykazywała zdolności artystyczne, które rozwijała dzięki matce, Aldarilli S. Beistle, autorce książek dla dzieci. W trakcie nauki w szkole wyższej postanowiła, że przeniesie się do Nowego Jorku i wyjdzie za mąż za artystę. Zanim jej plany w pełni się ziszczą, zilustruje kilkanaście opowieści dla dzieci autorstwa swojej matki, między innymi opublikowaną w 1944 roku serię o zabawnym jamniku Mr. Heine czy książeczkę dla dziewczynek I spy.

Sacrifice of iphigenia; surrealizm figuratywny, 1942 / National Gallery of Art, Washington, DC / wikiart - domena publiczna
Po niespełna 3,5 miesiąca znajomości z Mell, 31 marca 1945 roku, Rothko ponownie zawiera małżeństwo. Jest zakochany, ale jego decyzja ma racjonalne podstawy: szuka partnerki, która zapewni mu stabilne, bezpieczne życie i stworzy dogodne warunki do pracy artystycznej. Jak zwierza się siostrze, druga żona daje mu ciepło, którego szukał, i zapewnia psychiczne i materialne wsparcie, jakiego oczekiwał. Przez pierwsze lata związku Mell zasila domowy budżet wpływami za swoje ilustracje do książek dla dzieci.
Od scen opartych na mitach Rothko przechodzi do obrazów surrealistycznych. Pobyt nad morzem w grudniu 1944 roku
w okresie euforycznego zakochania w Mell staje się inspiracją do powstania dużych rozmiarów płótna zatytułowanego Slow Swirl at the Edge of the Sea (obecnie w kolekcji nowojorskiego Museum of Modern Art). Pozbawione cech figuratywnych stworzenia, przypominające nieco surrealistyczne twory Joana Miró, wirują
w przestrzeni pomiędzy niebem a morzem. Malarz urozmaicił wizję arabeskami, spiralami i innymi dynamicznymi formami. Wszystkie elementy obrazu zdają się być w nieustającym ruchu. Obraz zaprezentowano na indywidualnej wystawie Rothki, która miała miejsce na początku 1945 roku w galerii Art of This Century, należącej do kolekcjonerki i propagatorki sztuki nowoczesnej Peggy Guggenheim. Wystawa nie odniosła sukcesu komercyjnego. Tylko trzy obrazy z piętnastu znalazły nabywców, z czego jeden
– Slow Swirl – kupiła sama Peggy.
W 1947 roku następuje radykalny zwrot ku abstrakcji. Powstają płótna określane przez krytyków sztuki jako Multiforms
– barwne, przenikające się plamy. W tym czasie malarz rezygnuje
z wszelkich elementów dodatkowych, takich jak podpis na płótnie czy rama – uważa je za zbędne ozdobniki.
Rok 1949 okazuje się przełomowy w jego artystycznej drodze. W wieku czterdziestu sześciu lat Rothko odnajduje swój unikalny język malarski, którym będzie się posługiwał do końca życia. Tworzy pierwsze obrazy z barwnymi, poziomymi prostokątami, które na trwałe wpisały się nie tylko do historii sztuki, ale i do kultury masowej. Badacze do dziś przedstawiają różne okoliczności, które mogły prowadzić do tej przemiany. Wiadomo, że malarz wielokrotnie odwiedza nowojorskie muzeum i kilka razy w tygodniu wpatruje się
w Czerwoną pracownię Henriego Matisse’a. Kontemplacja obrazu prowadzi go do przekonania, że sposobem wyrażenia własnej wizji może być sam kolor. Kolejną inspiracją jest podróż do Europy, którą odbywa wraz z żoną w 1950 roku. We Włoszech zachwycają go czerwono-czarne freski w Willi z Mistrelami i Willi Boscoreale.
Według biografa malarza, Jamesa E.B. Breslina, momentem przełomowym, który doprowadził do ukształtowania nowej wizji, była dla Rothki śmierć matki w 1948 roku. Utrata przywołała wcześniejsze uczucia wywołane utratą ojca. Konfrontacja z lękiem przed nicością doprowadziła do uwolnienia silnych emocji, wyzwoliła w artyście potrzebę skupienia się na najgłębszych ludzkich dramatach. Jak pisze Breslin: „To puste płótno jest pełne. Śmierć Kate Rothkowitz, w sensie psychologicznym cofając jej syna do przeszłości, pomogła mu zrobić ostatni krok w kierunku nowego życia”.
Przewrót, który około 1950 roku dokonał się w jego sztuce, jest radykalny: Rothko maksymalnie upraszcza przedstawienia, figurację zastępują barwne pola w formie prostokątów. Już nigdy nie namaluje żadnego innego kształtu. Powierzchnia obrazu staje się polem interakcji i przenikania dwóch sił: tła i rozedrganych barwnych płaszczyzn. Dramatyzm ścierających się emocji wyraża się wizualnie poprzez oddzielenie głębi od prostokątnych powierzchni, które wydają się być w ciągłym, ledwie dostrzegalnym ruchu.
Kluczem do odnalezienia własnego języka okazuje się rozmiar płócien – wielkie obrazy, niekiedy dochodzące nawet do rozmiarów 2 na 2,5 metra, pokrywane są barwnymi polami w rozmaitych wariantach.
Pozornie kompozycje wydają się łatwe do namalowania, wręcz trywialne, jednak osiągnięcie tego stopnia świetlistości
i intensywności Rothko poprzedził wieloma eksperymentami. Za życia nawet swoim asystentom nie chciał zdradzić receptury używanych pigmentów. Badania składu użytych farb wykazały, że mieszał kurze jaja, klej, formaldehyd (aldehyd mrówkowy, toksyczny związek chemiczny o właściwościach konserwujących) i żywice akrylowe.
W latach 50. powstają wielkie płótna w stylu określanym jako color field painting. Z tej drogi artysta już nie zboczy. Nie działa jednak
w próżni. Wkrótce zostaje zaliczony do grona najważniejszych współczesnych amerykańskich artystów, obok Jacksona Pollocka, Clyfforda Stilla, Barnetta Newmana, Adolpha Gottlieba i Willema de Kooniga. Krytyka określiła ich jako abstrakcyjnych ekspresjonistów. Był to pierwszy kierunek w sztuce, który nie został przeszczepiony na grunt amerykański z Europy, ale narodził się
i rozwinął w Stanach Zjednoczonych. Artyści ci doskonale się znali, reprezentowali pokolenie urodzone na początku wieku,
w większości przypadków byli emigrantami. Niektórzy przyjaźnili się, wzajemnie inspirowali, inni spierali się o wizję sztuki.
Chociaż krytyka wrzuciła ich do jednego worka z napisem „nowa sztuka amerykańska”, nie tworzyli grupy związanej wspólną wizją
i założeniami. Każdy z nich szedł własną drogą i w ramach szeroko pojętego abstrakcjonizmu kreował indywidualny styl. Niekiedy zwierali szyki i wypowiadali się jednym głosem, jak w przypadku manifestu z 1943 roku (po latach określanego jako Artist’s manifesto lub Brief Manifesto), kiedy to, odpowiadając na wyrażoną przez dziennikarza „New York Timesa” krytykę „nowej sztuki”, Rothko, Gottlieb i Newman przedstawili tekst, w którym zawarli swoje credo, podkreślając wagę obrazu jako nośnika prawd podstawowych. Malarze pozostali jednak odrębnymi indywidualnościami i tworzyli w różnych stylach. Największą sławę i uznanie zyskał Jackson Pollock i jego technika drippingu (wylewanie, rozchlapywanie farby na płótno, malowanie całym ciałem).
Sukces finansowy i uznanie, które przyszły w latach 50., zmieniają życie państwa Rothków. W 1950 roku rodzi się ich pierwsze dziecko, córka Kate (syn Christopher przyjdzie na świat trzynaście lat później). Artysta nie chce, aby jego żona pracowała zawodowo, Mell rezygnuje więc ze swoich aspiracji i aktywności artystycznej, co w przyszłości przyniesie katastrofalne skutki. Nuda i monotonia stylu życia nowojorskiej wyższej klasy średniej wpędzą ją w alkoholizm.
Potwierdzeniem rosnącej pozycji Rothki na rynku artystycznym jest zlecenie mu przygotowania wielkich murali, które mają zawisnąć w restauracji Four Seasons w nowo powstałym wieżowcu Seagram Building w sercu Manhattanu. Malarz przyjmuje dużą zaliczkę.
Wykonując te prace, inspiruje się architekturą zaprojektowanego przez Michała Anioła westybulu biblioteki Laurenziana we Florencji, wykorzystuje motyw atrap okien. Podobnie jak w przypadku westybulu jego nawiązujące do zamurowanych okien prostokąty budzą
w odwiedzającym poczucie osaczenia. Mający przekonania lewicowe artysta poprzez swoje murale z premedytacją (o czym opowie
w wywiadach) chce wywołać w zamożnych gościach drogiej restauracji niepokój, klaustrofobiczne wrażenie bycia schwytanym
w pułapkę.
W 1959 roku Rothko wybiera się z żoną
w kolejną podróż do Europy. Znowu największe wrażenie robią na nim Włochy: Florencja, Neapol i Pompeje. Po powrocie udaje się do restauracji w Seagram Building, aby zobaczyć, jak prezentują się tam jego obrazy. Jest wstrząśnięty i zdegustowany nowobogacką klientelą restauracji, horrendalnymi cenami potraw. Przysłuchuje się rozmowom gości i jest

Underground Fantasy; ekspresjonizm, 1940 / National Gallery of Art, Washington, DC / wikiart - domena publiczna
zniesmaczony trywialnością ich uwag i brakiem poszanowania dla sztuki. Skłania go to do gwałtownej zmiany decyzji. Oświadcza zleceniodawcom, że chce zwrócić wynagrodzenie i odzyskać obrazy. (...)
Przekleństwo bycia bogatym
W 1961 roku Rothko jako pierwszy żyjący artysta prezentuje swoje obrazy na indywidualnej wystawie w nowojorskim Museum of Modern Art. Ekspozycja pokazywana jest też w różnych miastach w Europie. Rothko staje się najsłynniejszym żyjącym amerykańskim abstrakcyjnym ekspresjonistą. Koniunktura na sztukę tego nurtu sprawia, że w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat jest też bogaty. Pod naciskiem księgowego kupuje szacowny, czteropoziomowy townhouse w centrum Manhattanu, na Upper East Side. Nie umie jednak odnaleźć się w nowej rzeczywistości bogatej dzielnicy, źle się czuje w nowym sąsiedztwie w okolicy Park Avenue. Stan konta budzi
w nim wyrzuty sumienia. Przez większość życia walczył o przetrwanie, nigdy nie miał pieniędzy, teraz stać go na bardziej niż dostatnie życie, jednak nadal czuje się źle, gdy płaci za posiłek więcej niż 5 dolarów. Bycie bogatym mu nie służy.
Wciąż ubiera się niechlujnie, nosi dziurawy kapelusz i zbyt długi prochowiec. Miejsce na swoją pracownię znajduje w dużo gorszej okolicy, w owianym dziś legendą budynku przy Bowery 222, gdzie mieszczą się studia licznych artystów. Tam czuje się swobodniej. Odwiedza lokalne bary i zapija rozgoryczenie. Jego więzi z rodziną rozluźniają się. Córka Kate (która od lat występuje publicznie
i opowiada o ojcu) twierdzi, że miała z nim niewielki kontakt, czego dziś, jako dorosła osoba, żałuje. Wspomina, że bywał w domu jedynie w niedzielne poranki, czasami zabierał ją do muzeum. Przywiązywał ogromną wagę do jej edukacji i naciskał, by wybrała określony college, co stało się przyczyną konfliktów. Priorytetem była dla niego sztuka, wszystko podporządkował kolejnym projektom malarskim.
Pani Rothko coraz ostrzej pije. Oboje z Markiem już na początku małżeństwa nadużywali alkoholu. Teraz Mell jest znudzoną, osamotnioną panią domu, drażni ją środowisko artystyczne i znajomi męża. Artysta już nie potrzebuje jej wsparcia, wyrozumiałości, uwagi i pocieszenia. Kłótnie między małżonkami przybierają coraz brutalniejszy obrót. Dochodzi do rękoczynów i wymiany wulgarnych wyzwisk.
Lata walki o uznanie dla swojej twórczości wykształciły w artyście negatywne podejście do krytyków i historyków sztuki. Wielokrotnie mówił znajomym i przyjaciołom, że nienawidzi wszelkich specjalistów, że nie tylko przeszkadzają, ale wręcz szkodzą. Nie miał szczęścia do prasy. Nawet w czasach, kiedy jego obrazy pokazywane były na całym świecie, a on sam został uznany za artystę emblematycznego dla amerykańskiej kultury drugiej połowy XX wieku, Rothko czuł się nierozumiany, co w połączeniu
z komercjalizacją i zmianami zachodzącymi na amerykańskim rynku sztuki z roku na rok pogłębiało jego frustrację. Krytycy nie interpretowali jego dzieł tak, jak by sobie tego życzył. Jego wizja była emocjonalna, ale mocno podbudowana intelektualnie. Ani wielbiciele jego twórczości, ani piszący o niej znawcy nie dostrzegali związków prac Rothki ze sztuką europejską, nawiązań do dzieł
z Pompejów czy klasyków włoskiego renesansu.

Dodatkowym czynnikiem, który pogłębiał przygnębienie
i pesymizm artysty, była sytuacja na amerykańskim rynku sztuki przełomu lat 60. i 70. Przez ostatnie dwadzieścia lat wysokie i wciąż rosnące ceny prac malarzy tworzących
w nurcie ekspresjonizmu abstrakcyjnego sprawiły, że galerie sztuki powstawały w Nowym Jorku jak grzyby po deszczu. Popularność dzieł wśród kolekcjonerów na całym świecie, koniunktura na rynku lokalnym, wreszcie rozwój pop-artu
– wszystko to podsycało pogoń za zyskiem. Rothko chciał, aby marszandzi kierowali się nie chęcią zysku, ale ideą rozwoju
i popularyzacji sztuki. Brak poczucia misji i często niemoralne działania galerzystów (nadmierna sprzedaż prac, brak strategii wystawienniczych, koncentracja na pomnażaniu kapitału) budziły jego pogardę.
Rothko negował pop-art i uznawał ten kierunek za zaprzeczenie wszystkiego, co ważne w sztuce. Na znak protestu zerwał umowę z reprezentującą go Sidney Janis Gallery, gdy w jej portfolio znaleźli się twórcy związani z pop
-artem. Ta nowojorska galeria została założona w 1948 roku przez kolekcjonera i przedsiębiorcę Sidneya Janisa i jego żonę Harriet Grossman. Szybko stała się kolebką awangardy
i abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Pokazywano tam prace Fernanda Légera i Pieta Mondriana. To tutaj odbyły się pierwsze indywidulne wystawy Jacksona Pollocka
i promowano nowoczesną sztukę amerykańską.
Rothko nie dbał o zysk. Starał się kontrolować obieg własnych płócien. Testował potencjalnych kupców w swojej pracowni, zadawał skomplikowane pytania o to, co gość jest w stanie wyczytać z obrazów, obserwował reakcje i jeśli były rozbieżne z jego wizją, odmawiał sprzedaży.
Zależało mu na tym, aby jego płótna były eksponowane w miejscach dostępnych publicznie, w grupach po kilka sztuk, zawieszane nisko nad podłogą, na ścianach w kolorze białym z niewielką domieszką czerwieni, aby tło nie było zbyt jasne, oświetlone najlepiej światłem dziennym albo do takiego zbliżonym. Skrupulatnie rozsyłał muzeom i galeriom zalecenia dotyczące ekspozycji obrazów. Niektóre placówki realizowały te wytyczne, inne nie miały odpowiednich warunków albo ignorowały pisma Rothki, co budziło w artyście frustrację i prowadziło do konfliktów.
W połowie lat 60. Rothko porzuca intensywne, jasne barwy. Jego paleta zdecydowanie ciemnieje. Wartość jego obrazów intensywnie rośnie, osiągają niekiedy ceny 30–40 tysięcy dolarów. Dla porównania nowy, luksusowy cadillac DeVille II w 1964 roku wart był około
5 i pół tysiąca dolarów. Ale dla Rothki wzrost cen nie świadczy o właściwej wartości dzieł. Według niego sztuka w Ameryce w latach 60. nie jest nośnikiem idei, ale przedmiotem ordynarnego handlu i spekulacji. A on nie chce ulec komercjalizacji. Wciąż pragnie wierzyć w wartości, którym był wierny przez całe życie.
W 1964 roku okazją do zamanifestowania duchowego wymiaru jego sztuki staje się propozycja namalowania osiemnastu gigantycznych płócien do bezwyznaniowej kaplicy powstającej właśnie przy katolickim Uniwersytecie Świętego Tomasza w Houston. Pomysłodawcy projektu to para kolekcjonerów – Dominique i John Menil. Chcą stworzyć miejsce medytacji i modlitwy dla wszystkich wyznań.
To zlecenie pozwala wreszcie Rothce wprowadzić w życie bliską mu ideę jedności – sztuka i architektura tworzą tu nową jakość
i nierozerwalną całość, zgodnie z założeniami site specific, czyli zintegrowania obiektu architektonicznego i dzieł sztuki z konkretnym miejscem, jego uwarunkowaniami geograficznymi i estetycznymi.
Artysta przez trzy lata maluje monochromatyczne płótna. Pokrywa setki metrów materii czernią i gamą fioletów z domieszką brązów. Ci, którzy odwiedzili kaplicę, mówią o niezwykłej sile oddziaływania tych obrazów i doświadczeniu transcendencji. Na początku 2021 roku w Houston obchodzono pięćdziesiątą rocznicę otwarcia obiektu dla zwiedzających. Z tej okazji kaplica została poddana rewitalizacji, obecnie do pomieszczenia wpada więcej światła dziennego, nie niszcząc przy tym obrazów. Dzięki temu zwiedzający mogą dostrzec więcej niuansów, a także ślady pędzla na płaszczyznach obrazów. Ostre teksańskie światło sprawia, iż po wejściu do środka trzeba poczekać 10–15 minut, zanim oczy przyzwyczają się do półmroku i zarejestrują dzieła Rothki. Jak opowiada dyrektor placówki David Leslie, reakcje zwiedzających są różne, od płaczu z przytłoczenia emocjami wywołanymi widokiem monochromatycznych płaszczyzn po pytanie „Gdzie są obrazy?”.
Sam artysta nie zdąży zobaczyć udostępnionej publiczności kaplicy. Kaplica Rothki zostanie otwarta w rok po jego śmierci i przez niektórych krytyków sztuki będzie uznawana za szczytowe osiągnięcie w twórczości artysty.
Pod koniec lat 60. w wyniku wyczerpującej pracy pogarsza się stan zdrowia malarza, który od dawna pociesza się papierosami, alkoholem i jedzeniem. Malowanie obrazów dla kaplicy w Houston sprawia, że Rothko czuje się wypalony. Zwierza się przyjaciołom, że po zrealizowaniu tak ambitnego projektu czuje, że niczego większego już nie dokona. Coraz gorzej reaguje na działania galerii
i kolekcjonerów. Pomimo tego podpisuje niekorzystny dla siebie, a także – jak się ma wkrótce okazać – dla rodziny, kontrakt na wyłączność z nowojorską Marlborough Gallery. Czuje się zrezygnowany, nie widzi, w jakim kierunku mógłby się rozwijać. Do błędnej decyzji przyczyniła się też zapewne głęboka depresja, z którą walczył.
Maluje serię obrazów określanych jako black on grey, w których koncentruje się na czerni (nigdy nie jednolitej) i zderzonej z nią szarości w odcieniach brązu. Powierzchnia płótna podzielona jest na pół, a monochromatyczne płaszczyzny bezpośrednio się ze sobą stykają, wywołując dramatyczne napięcie. Płótna te interpretowane są często jako próba wyrażenia tragicznej kondycji ludzkiej.
Twórcy często nie mogą pogodzić się z faktem, że ich dzieło w momencie wypuszczenia go w świat staje się osobnym bytem, podlega interpretacji często sprzecznej z zamysłem autora. Sztuka, jak uważają, nie powinna potrzebować wyjaśnienia. Rothko zgodziłby się
z tym stwierdzeniem, o ile oglądający (podobnie jak krytycy sztuki) rozumieliby jego wizję we właściwy sposób, dostrzegając
w barwnych płaszczyznach więcej niż kolorystyczną ekspresję i abstrakcyjne emocje. Jak mówił w trakcie odczytu w Pratt Insitute
w 1958 roku, chciał, aby na jego płótnach widziano ludzki dramat. Tak jednak nie było. Malarz reagował emocjonalnie, gdy jego obrazy opisywano, koncentrując się na kolorach czy walorach dekoracyjnych. Czuł się wręcz zdruzgotany, gdy kolorowe magazyny zaczęły polecać jego dzieła jako uzupełnienie wystroju nowoczesnych wnętrz.
Obraz według Rothki nie jest przedstawieniem doświadczenia, ale doświadczeniem samym w sobie. To emocjonalna praca do wykonania. Chciał, aby obcowanie z jego płótnem było intensywnym przeżyciem duchowym.
Stanowczo oponował, gdy w jego obrazach widziano pejzaże. „Absolutnie nie. Nie ma pejzażu w mojej pracy” stwierdził. Nie zgadzał się jednak z opinią, że tworzy sztukę abstrakcyjną. Nie podobały mu się również stwierdzenia, jakoby jego sztuka sprzyjała kontemplacji, była idealnym medium dla medytacji, wyciszenia czy szukania równowagi wewnętrznej. Nie rozumiał, jak w jego płótnach można odnajdywać spokój i harmonię. Dziwiło go, gdy ktoś dostrzegał w nich pierwiastek zen. Według Jamesa E.B. Breslina Rothko nigdy nie zamierzał nawiązywać do buddyzmu czy filozofii Wschodu. Podkreślał, że źródłem jego obrazów jest przemoc.
W 1959 roku w rozmowie z Brianem Corneyem powiedział: „Popatrzcie jeszcze raz. Jestem najokrutniejszym artystą spośród nowych Amerykanów. Za kolorem znajduje się kataklizm”. Wielokrotnie podkreślał, że kolor nie jest dla niego ważny. Traktował go jedynie jako nośnik podstawowych ludzkich emocji, dzięki któremu kreował doświadczenie „nieznanego”.
Obraz według Rothki nie jest przedstawieniem doświadczenia, ale doświadczeniem samym
w sobie. To emocjonalna praca do wykonania. Chciał, aby obcowanie z jego płótnem było intensywnym przeżyciem duchowym.
Sam nie był osobą religijną czy w jakikolwiek sposób praktykującą, ale jak powiedział Ethel Schwabacher w 1954 roku, marzył
o wystawieniu kapliczek na poboczu drogi. W każdej z nich umieszczone byłoby tylko jedno jego dzieło, a podróżny mógłby przed nim „nakarmić swoją duszę”. Zgodnie z intencją artysty osoba oglądająca wyrusza wraz z nim w podróż, prowadzona przez niego, poddana jego wizji. Staje się współuczestnikiem doznania.
Obrazów Rothki trzeba doświadczyć osobiście. Oglądane nawet w najlepszej jakości publikacjach książkowych nie są tym, czym według artysty powinny być. Patrząc pobieżnie na zdjęcia płócien, nie obcujemy z ich wielką powierzchnią, widzimy zaledwie kompozycje kolorystyczne, niekiedy zaskakujące zestawienia wyłaniających się z przygaszonego tła prostokątów o intensywnych kolorach.
Kiedy staje się przed obrazem Rothki, w pierwszym momencie mózg reaguje na barwę. Jak dzisiaj wiadomo, kolor w określony sposób pobudza neurony. Rozwijająca się od kilkudziesięciu lat gałąź neuronauki – neuroestetyka – zajmuje się badaniem tych reakcji. Rothko niczym alchemik miesza składniki, aby pokryć płótno nasyconymi światłem płaszczyznami, które wydają się być
w ciągłym ruchu.
Rothkę interesowało światło. Jest ono obecnością wyczuwaną w jego obrazach. Kiedy czyta się powieść Drugie imię z cyklu Septologia zeszłorocznego noblisty Jona Fossego, można odnieść wrażenie, że jej bohater, malarz, jest postacią wzorowaną na Marku Rothce. „[Ż]eby obrazy jaśniały, muszą być jak najciemniejsze” – stwierdza narrator powieści (przeł. Iwona Zimnicka). Niektóre płótna Rothki – te ciemne – emitują świetlistość, która jest najlepiej widoczna w pogrążonych w półmroku pomieszczeniach. I dalej: „[J]eśli chcę, żeby w obrazie było światło, żeby biło z obrazu, to właśnie tak muszę robić, muszę wchodzić w siebie tak głęboko, jak tylko się da, po to, żeby wyjść i wejść w obraz”.
Ale tę światłość trzeba zobaczyć.
Sztuka, która zdradziła
W 1968 roku sześćdziesięciopięcioletni Rothko niespodziewanie trafia do szpitala. Diagnoza jest bardzo poważna – tętniak. Cudem udaje mu się przeżyć. Choroba wpływa na jego życie osobiste i artystyczne. Lekarze zakazują mu malowania wielkoformatowych płócien, bo wymaga to zbyt wielkiego wysiłku fizycznego. Musi trzymać dietę, obniżyć cholesterol, rzucić nikotynę, alkohol. Konsekwencją problemów ze zdrowiem jest impotencja. W każdej chwili tętniak może doprowadzić do śmierci. Malarz zmaga się
z głęboką depresją, zaczyna zażywać rozmaite leki psychotropowe.
Praktycznie zrywa kontakt z rodziną, radykalnie odsuwa się od żony, którą oskarża o alkoholizm i zaniedbywanie pięcioletniego Christophera. Sam po kilku miesiącach wstrzemięźliwości wraca do ostrego picia. Gwałtowne kłótnie z Mell sprawiają, że ich niemal dorosła córka chce przedwcześnie rozpocząć studia, aby wyprowadzić się od rodziców.
Pierwszego stycznia 1969 roku Rothko opuszcza dom. Nie zabiera żadnych swoich rzeczy, zamieszkuje w pracowni. Jak pisze Breslin, swoim przyjaciołom artysta opowiada, że został „wykopany” przez żonę albo że musiał ratować życie przed agresywnymi atakami Mell.
Próbuje malować. Sięga po papier i na nim tworzy kompozycje farbami akrylowymi. Marlborough Gallery chce zorganizować aukcję jego prac, chociaż on nie jest zainteresowany sprzedażą. Z odrazą śledzi zachłanne działania galerii, która bogaci się jego kosztem.
Czuje, że sztuka go zdradziła. Była sensem jego życia, teraz wydaje się prowadzić donikąd. Jedną z niewielu rzeczy, nad którymi malarz ma kontrolę, jest śmierć. Zmienia testament, aby zabezpieczyć finansowo dzieci. W swojej ostatniej woli przekazuje im część obrazów w ramach darowizny, reszta – kilkaset płócien – ma trafić do nowo utworzonej z jego inicjatywy Mark Rothko Foundation.
Przez kolejne miesiące nie decyduje się na powrót do domu. Spotyka się z dużo od siebie młodszą wdową Ritą Reinhardt, chodzą razem na koncerty i kolacje. Wieczór 24 lutego 1970 roku spędza z nią w restauracji, nazajutrz ma wraz z pracownikiem galerii jechać do magazynu i wytypować płótna na sprzedaż.
Nad ranem 25 lutego popełnia samobójstwo. (...)
/ literatura
listopad/grudzień '24 (22)
Drugie odkrycie Ameryki
PAULINA WILK
Za życia opublikowała 77 opowiadań. A żyła nie raz, nie dwa. Wielokrotne przeprowadzki od Alaski, przez Montanę i Kalifornię po Chile
i Meksyk, nowe prace – w szkole, szpitalu, centrali telefonicznej i przy sprzątaniu, kolejni mężowie i synowie dali jest wiele wcieleń. Te zaś rozpalały prozę przejmująco realistyczną, melancholijnie dowcipną, pozbawioną złudzeń, ale przesyconą nadzieją i determinacją. Lucia Berlin żyła i pisała do bólu, w obu tych wymiarach triumfowała.
Zmarła przedwcześnie jako autorka o wąskim, choć wiernym gronie wielbicieli jej nietuzinkowego talentu. Dopiero kilka lat później Ameryka oszalała z zachwytu, wybuchły pochlebstwa, a pośmiertnie wydane opowiadania trafiły do zestawień najważniejszych premier 2015 roku. Dwa lata po amerykańskiej premierze Instrukcji dla pań sprzątających dociera do nas zbiór utworów pisarki, o której dziś za oceanem nikt nie mówi inaczej niż „genialna“. Wspaniałe opowiadania, których akcja dzieje się przeważnie na amerykańskim zapleczu, na polski przełożyła Dobromiła Jankowska.
Każda z opowieści to osobne uniwersum, w które wpada się już w pierwszym zdaniu. Różne są języki, różne scenografie. Podmiejski autobus, publiczna pralnia, nocny dyżur na oddziale szpitalnym, apartament pod niebem. Przed oczami natychmiast stają bohaterowie Ameryki – tej innej, nie ze snu, tylko przydrożnej, zadłużonej, osamotnionej, nieubezpieczonej, obcesowo i bez polotu bogatej. Ludzie na krawędzi, przywykli do życia bez pewności, leczą śmiechem swoje frustracje, wybuchają złością w bezradności, ale są i niezdolni do agresji – zbyt zmęczeni, zbyt dobrze rozumiejący reguły swojej egzystencji. Albo tylko wściekli, skupieni na przetrwaniu, zjeżeni. Tytułowe panie sprzątające (Berlin była jedną z nich, utrzymywała synów wykonując różne, zwykle niestałe zajęcia, największe sukcesy odnosiła jako nauczycielka) wracają z pracy biorąc nieszkodliwy odwet na swych pracodawczyniach. Obmawiają je, plotkują, chichoczą. Berlin spisuje porady dla domowych sprzątaczek jak manual obsługi klas wyższych, wraz z ich kompleksami, tkliwym ego
i czającą się pod makijażem rozpaczą.
W scenach z miejsc publicznych, tak w Ameryce nielicznych i przypisanych uboższym, Berlin uchwyciła pogranicze smutku
i niespełnienia, ale także coś istotniejszego: niedostrzeganą przez wielkie narracje i główny nurt życia sferę, w której codzienni ludzie odnajdują swoje radości, odnoszą zwycięstwa nad przeciwnościami. Jedno gorące spojrzenie wymienione między starzejącą się pielęgniarką i unieruchomionym pacjentem, dwa serdeczne zdania w kolejce do wiecznie zacinającej się pralki. Życie opowiedziane
w opiłkach, które nikogo innego nie obchodzą, przy których nikt się nie zatrzymuje.
Lucia Berlin w jednym z opowiadań odsłania, komu zawdzięcza dar dostrzegania. Pisze o mamie, która nie przeoczała, uczyła ją patrzeć. Z krótkich form osadzonych w prozaicznych okolicznościach wyłania się istnienie, którego wagę, autentyczność prawdopodobnie mogła dostrzec tylko zmęczona, pracująca matka, zmagająca się z lękiem i z własnym alkoholizmem. Tak pisze ktoś, komu zdarzało się upadać i podnosić. I komu udało się pokonać trudności.
Ten zbiór ma swój odpowiednik w fotografii. Jest skarbem odnalezionym poniewczasie, dziełem surowego talentu, którego nikt nie kształtował. Tak świat pokazywała Viviane Maier, nikomu nieznana i niezamężna opiekunka do dzieci, która pozostawiła po sobie archiwum olśniewających zdjęć amerykańskich ulic i ich mieszkańców. Ona – tak jak Lucia Berlin – patrzyła, gdy inni odwracali wzrok.
Każde z opowiadań tego tomu to klejnot. Przeczytajcie choć jedno. (Przekrój - archiwum)
Instrukcja dla pań sprzątających
Lucia Berlin
Redakcja i wstęp: Stephen Emerson
Przedmowa: Lidia Davis
Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Czarne
Wydanie III, grudzień 2023
496 stron
Książka nagrodzona The Kirkus Prize (I nagroda, rok 2015), dostępna w Stanach Zjednoczonych w językach: angielskim i hiszpańskim (lista bestsellerów).
/ muzyka
listopad/grudzień '24 (22)
Chappell Roan, wywodząca się z konserwatywnego regionu USA, szturmem zdobyła szczyty list przebojów, przekształcając swoje osobiste zmagania w artystyczną rewolucję. Z pozoru delikatna, lecz w rzeczywistości pełna dzikiej energii i odwagi, zyskała uwagę dzięki szczerości, która przenika każdy jej utwór. Roan nie tylko śpiewa – celebruje wolność i różnorodność, stając się głosem tych, którzy czują się wykluczeni. Jej muzyczna podróż to opowieść o odkrywaniu siebie wbrew narzuconym normom, o walce o prawo do bycia sobą i nieustannym przełamywaniu granic, które kiedyś zdawały się nie do pokonania.
Chappell Roan to artystka, której historia splata się z intensywnym poszukiwaniem własnej tożsamości w świecie pełnym ograniczeń. Dorastając w maleńkim, konserwatywnym miasteczku, w rodzinie, gdzie modlitwa miała leczyć każde zło, szybko poczuła, że jej wewnętrzny świat nie pasuje do ram, które jej narzucono. Bunt, który
w niej kiełkował, nie był gwałtowny – był cichą, wewnętrzną walką o akceptację siebie. Wyruszyła więc w muzyczną podróż, by odnaleźć swój głos i przestrzeń, w której mogła być sobą – odważną, queerową, nieokiełznaną. Każda piosenka stała się dla niej krokiem ku wolności,
a sztuka drag, która ją zafascynowała, dodała odwagi, by w pełni wyrazić to, co czuła przez lata.
Stworzyła swoją własną przestrzeń w popkulturze, zachwycając ekscentrycznymi występami i bezkompromisową autentycznością. Jej kariera nabrała spektakularnego tempa, a album „The Rise and Fall of a Midwest Princess” wyniósł ją na szczyty, przyciągając tłumy na festiwalach i zdobywając miliony fanów na całym świecie.
Chappell Roan – relacje z rodziną i zmagania z tożsamością
Chappell Roan, urodzona jako Kayleigh Rose Amstutz, dorastała w małym mieście Willard w stanie Missouri, w konserwatywnej, chrześcijańskiej rodzinie. Jej najbliżsi mieli ogromny wpływ na jej wczesne życie, zarówno pod względem religijnym, jak i wartości kulturowych. Jednak Roan od najmłodszych lat czuła, że nie pasuje do narzucanych norm społecznych, co prowadziło ją do wewnętrznej walki z własną tożsamością.
Relacja z rodziną była skomplikowana, zwłaszcza w kontekście jej seksualności. Jak wspominała w wywiadzie dla „The Guardian”, zmagała się z problemami związanymi z akceptacją samej siebie, szczególnie w otoczeniu, gdzie o zdrowiu psychicznym mówiło się bardzo niewiele.
„Dorastając, byłam bardzo samotna” – mówiła, podkreślając, że w jej środowisku raczej modlono się o rozwiązanie problemów, zamiast szukać pomocy u specjalistów.
Jednak mimo tych wyzwań, rodzina Chappell ostatecznie wsparła jej karierę muzyczną. W innym wywiadzie, dla „Rolling Stone”, Roan opowiadała, że jej rodzice zaczęli wspierać jej twórczość, gdy zrozumieli, że muzyka to dla niej coś więcej niż tylko hobby. Ostatecznie, pomimo konserwatywnych korzeni, rodzina Roan zaakceptowała jej drogę, a ich relacja przekształciła się w bardziej otwartą i wspierającą.
Chappell Roan – muzyczne początki i debiut
Pseudonim artystyczny „Chappell Roan” powstał w 2016 roku i ma głębokie, osobiste znaczenie. Autorka przeboju „Good Luck, Babe!” postanowiła przyjąć to imię na cześć swojego zmarłego dziadka, Dennisa K. Chappella, który zmarł na raka mózgu w tym samym roku. Pseudonim jest kombinacją nazwiska dziadka oraz fragmentu tytułu jego ulubionej piosenki „The Strawberry Roan” autorstwa Curley’a Fletchera. Dla młodej artystki było to nie tylko wyrazem miłości i szacunku do dziadka, ale również sposobem na uhonorowanie jego pamięci, która była dla niej ogromnym wsparciem emocjonalnym w trudnych chwilach życia i kariery.
Chappell Roan rozpoczęła swoją muzyczną podróż w wieku 17 lat, kiedy nagrała pierwszy singiel „Good Hurt”, który przyciągnął uwagę branży muzycznej. Zainspirowana artystami takimi jak Lana Del Rey czy Lorde, Roan tworzyła muzykę o melancholijnym, głęboko emocjonalnym brzmieniu. Już wtedy wyróżniała się unikalnym wokalem i niezwykłą wrażliwością w swoich tekstach.
W 2017 roku, mając zaledwie 19 lat, podpisała kontrakt z wytwórnią Atlantic Records i wydała swoją pierwszą EPkę pt. „School Nights”. Pomimo tego, że materiał spotkał się z pozytywnymi opiniami, artystka szybko przekonała się, że życie pod skrzydłami dużej wytwórni nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty. „Czułam, że próbują mnie włożyć w pudełko, w którym nie chciałam być. Wytwórnia miała swoje wizje na mój temat, a ja czułam, że tracę kontrolę nad tym, kim naprawdę jestem” – opowiadała w jednym
z wywiadów.
Wyzwania i rozstanie z wytwórnią
Pomimo początkowych sukcesów, wytwórnia oczekiwała od niej bardziej stonowanego, smutnego stylu, co ograniczało jej artystyczne aspiracje.
„Czułam się uwięziona w tym smutnym, melancholijnym obrazie, który nie odzwierciedlał mojego prawdziwego ja” – mówiła Roan w jednym
z wywiadów.
Piosenka „Pink Pony Club”, opowiadająca o jej doświadczeniach
w jednym z barów drag w Los Angeles, była punktem zwrotnym w jej twórczości. To właśnie wtedy artystka poczuła, że znalazła swoje miejsce w muzycznym świecie.
Jednak mimo tej przemiany, wytwórnia Atlantic nie była zainteresowana promowaniem jej nowego brzmienia i ostatecznie zakończyła współpracę z Roan w 2020 roku. Rozstanie z wytwórnią było krokiem w nieznane, ale jednocześnie momentem przełomowym. „To było jak nowe otwarcie. Czułam, że w końcu mam przestrzeń, aby tworzyć to, co chcę, bez ograniczeń” – wspomina.
Powrót do rodzinnego domu i nowy początek
Po zakończeniu współpracy z Atlantic, Roan wróciła do rodzinnego domu, co było dla niej trudnym okresem. „Miałam poczucie, że już nigdy nie uda mi się odnieść sukcesu. Ale coś we mnie mówiło, że muszę spróbować jeszcze raz” – wyjawiła w rozmowie z „Rolling Stone”.
Wróciła do Los Angeles z determinacją, by dać sobie jeszcze jeden rok na realizację marzeń. Pracując w sklepie z pączkami, równocześnie tworzyła muzykę z Danielem Nigro, producentem odpowiedzialnym za sukcesy Olivii Rodrigo. Ich współpraca zaowocowała nowymi, dynamicznymi utworami, które oddawały jej pełną energii osobowość. Roan zaczęła występować
w „lumpeksowym” dragu, tworząc teledyski z przyjaciółmi, co pozwoliło jej na swobodne eksperymentowanie z wizerunkiem
i dźwiękiem. W tym czasie zaczęła romansować z różnymi gatunkami muzycznymi i inspirować się m.in. kulturą queer.
Po rozstaniu z Atlantic Records, Chappell Roan zaczęła budować swoją karierę na nowo, tym razem na własnych warunkach. Jej single stały się hitami wśród społeczności queer i nie tylko. Pełne energii utwory zyskały ogromną popularność w mediach społecznościowych, a Roan stała się gwiazdą na TikToku.
Sukces „The Rise and Fall of a Midwest Princess”
W 2023 roku nakładem Amusement Records, wytwórni należącej do Island Records, ukazał się jej debiutancki album „The Rise and Fall of a Midwest Princess”, który natychmiast zyskał uznanie fanów. Z piosenkami takimi jak „Red Wine Supernova” i „Hot to Go!”,
a także wsparciem wytwórni-matki w postaci Universal Music Group, Roan zaczęła zdobywać coraz większą popularność, a jej ekscentryczny styl i niesamowite występy na żywo przyciągały na festiwalach niewiarygodne tłumy. W sierpniu 2024 roku, na festiwalu Lollapalooza w Chicago, z widownią liczącą blisko 80 tysięcy osób pobiła rekord frekwencji, a jej liczba miesięcznych słuchaczy na Spotify wzrosła z 1 miliona do 45 milionów. (...)
Sztuka drag i jej wpływ na karierę
Jednym z kluczowych elementów obecnej twórczości Chappell Roan jest jej fascynacja sztuką drag. W swoich teledyskach i na koncertach artystka często współpracuje z performerami drag,
a sama również eksperymentuje z teatralnymi i ekstrawaganckimi stylizacjami. „Drag nauczyło mnie odwagi, by być kimkolwiek chcę, niezależnie od tego, co myślą inni” — podkreśla artystka.
Sztuka drag stała się dla niej nie tylko źródłem inspiracji, ale
i duchową odskocznią. „Drag to jak spa dla mojej duszy” – przyznała w wywiadzie dla „Rolling Stone”. Fascynacja światem drag pojawiła się w Los Angeles, gdzie po raz pierwszy odwiedziła bar drag i poczuła, że znalazła swoje miejsce w świecie. Jej show, pełne kolorów, humoru i campowego klimatu, jest hołdem dla tej sceny, a także miejscem, gdzie społeczność LGBTQ+ może czuć się bezpiecznie i akceptowana.
„Zawsze czułam się outsiderem, a kiedy zobaczyłam świat drag, poczułam, że wreszcie znalazłam swoje miejsce” – mówi Roan. Jej nowy styl artystyczny i muzyczny, inspirowany kulturą queer, to mieszanka popu, elektroniki i elementów teatralnych, co nadaje jej występom charakter performatywny, pełen emocji i energii. (...)
Chappell Roan to artystka, która udowodniła, że warto walczyć o swoją autentyczność, nawet jeśli droga do tego celu bywa trudna
i pełna wyzwań. Jej muzyka to nie tylko dźwięki, ale też manifest wolności i wyraz osobistych przeżyć, które poruszają serca słuchaczy. Chociaż jej kariera napotkała liczne przeszkody, Roan wyszła z nich silniejsza i bardziej świadoma siebie. Jej przyszłość na scenie muzycznej zapowiada się bardziej niż obiecująco.

Seattle. Kulinarna mekka północy USA
tekst i zdjęcia: ALEKSANDER SZOJER
/ wokół stołu
Otwieram drzwi, zza których sączy się łagodny jazz. Kelner w czarnym garniturze kieruje mnie do stolika z widokiem na rozświetloną wieczornymi światłami zatokę. Modnie ubrani goście prowadzą ożywione rozmowy unosząc lampki szampana i zerkając na platery owoców morza. Do pełni szczęścia brakuje jedynie Louisa Armstronga z saksofonem. Bacząc na budżet, zamawiam małą porcję kraba z Alaski podawanego z kaszą pęczak. O spróbowaniu tych skorupiaków myślałem od chwili, gdy kilka dni wcześniej zobaczyłem je na stoiskach na miejskim targu.
Do Seattle przyjechałem skuszony kulinarną sławą tego miasta.
Wśród Amerykanów uchodzi one za kultowe – przede wszystkim ze względu na legendę grunge’u, który się tu narodził, ale też
z powodu wyjątkowo malowniczej scenerii. Mimo to zagraniczni turyści trafiają tu nieczęsto. Seattle, leżące gdzieś na skraju mapy, przegrywa bitwę o uwagę przyjezdnych z takimi metropoliami jak Nowy Jork, Chicago czy San Francisco.
Pierwsze kroki skierowałem do niepozornej hali Spike Place Market. To właśnie w takich miejscach bije najmocniej gastronomiczne serce miast. Budynek bardziej przypomina wiktoriańską zabudowę Wielkiej Brytanii niż bezosobową, współczesną architekturę Seattle. Podejrzenie słuszne, gdyż właśnie z tej epoki pochodzi ten jeden z najdłużej działających (od 116 lat) targów z żywnością
w Stanach Zjednoczonych.
Grunge (czasem określany też mianem Seattle Sound) – podgatunek rocka alternatywnego, który pojawił się w połowie lat 80. w amerykańskim stanie Waszyngton, w szczególności w okolicach, jak i samym Seattle.
Czerpiący inspiracje z hardcore punka, heavy metalu oraz indie rocka, grunge z reguły charakteryzuje się mocno zniekształconym brzmieniem gitar elektrycznych, kontrastującym z dynamicznymi utworami, oraz większym zwróceniem uwagi na przekaz, jaki niesie tekst. W porównaniu do innych odmian rocka, grunge prezentuje okrojoną, zaniedbaną formę, oraz odrzucenie teatralności.
Narastająca popularność przyczyniła się do powstania niezależnej wytwórni fonograficznej Sub Pop w latach 80. Szczyt popularności przypadł na pierwszą połowę lat 90., za sprawą takich albumów jak "Nevermind" grupy Nirvana, "Dirt" Alice in Chains, "Superunknown" Soundgarden czy "Ten" Pearl Jam. Sukces tych zespołów zwiększył popularność rocka alternatywnego. Mimo że większość zespołów wywodzących się z nurtu grunge rozpadło się lub zawiesiło swoją działalność pod koniec lat 90., to nadal istnieją zespoły kontynuujące ten gatunek, a twórczość jego wykonawców ma wciąż wpływ na nowoczesne odmiany muzyki rockowej.
Do tak zwanej „Wielkiej Czwórki z Seattle” zalicza się zespoły Nirvana, Pearl Jam, Alice in Chains oraz Soundgarden. (prz.red.)
Sprzedawca mango poczęstował mnie owocem soczystym i słodkim jak w Indiach, dodając – kiedy tylko dowiedział się o kraju mojego pochodzenia – że chętnie kupują je stewardesy LOT-u. Tuż obok elokwentna pani doradziła, jakie przyprawy najlepiej używać w kuchni o tej porze roku. Łakomczuchy znajdą tu uwielbiane w tym kraju orzechy z różnorodnymi dodatkami oraz rzemieślnicze czekolady, dżemy i powidła. Smakosze nabędą przetwory truflowe i farmerskie sery.
W niedzielny poranek na targowych stołach swoje dobra rozłożyli wytwórcy świec, biżuterii, mydeł, dzianin, ozdób świątecznych. Klasyczny mix znany z bazarów całego świata, choć wiele tu perełek własnej roboty. A ceny wyjątkowo jak na Amerykę przystępne. Nieśpiesznemu przeglądaniu oferty sprzyja rozmowność sprzedawców. Do każdego produktu tworzą w okamgnieniu jakąś legendę. Jeden jest eko, drugi według przepisu pradziadka, a kolejny najbardziej lokalny.
W końcu jednak dotarłem do stoisk z rybami
i owocami morza.
Z długich lad wypełnionych lodem spoglądały na mnie halibuty, dorsze, łososie, ale przede wszystkim okazałe homary oraz kraby z Dungeness i dalekiej Alaski. Kiedy nieśmiało spytałem, czy mogę spróbować dzikiego łososia po sto dolarów za kilogram, sprzedawca podsunął szczodrze ucięty kawałek wędzonego, delikatnie różowego mięsa. „To tak smakuje łosoś!” – pomyślałem
w zachwycie, wracając później do innych stoisk po kolejne porcje darmowej uczty bogów. Kątem oka dostrzegłem rybny spektakl. Rozbawieni sprzedawcy rzucali nad stołem tuszkę łososia. Spektakl, który jak się później okazuje, stanowi uświęconą tradycją targu.
Rozochocony rybnymi smakami, zszedłem na niższe piętro, gdzie mieszczą się jadłodajnie
z kuchniami wszelkich stron świata. Wybrałem „The Athenian Seafood Restaurant & Bar”. Kelnerka poprowadziła mnie do stolika z widokiem na ocean, diabelski młyn i zasłonięte chmurami Góry Olimpijskie.


Zamówiłem małżowy chowder oraz benedyktyńskie jajka z mięsem kraba. Ku mojemu zaskoczeniu rybna nalewka podana została niczym żurek,
w chlebie. Gęsta od śmietany, hojnie okraszona małżami, w zimowy poranek otuliła mnie niczym kaszmirowy szal. Kropką nad „i” w porannym błogostanie gastronomicznym stały się ukryte pod delikatnym sosem idealnie ścięte jajka, spod których zaczepnie wystawały kawałki mięsa homara. Maczając grzanki w sosie i rozpływającym się żółtku, kąsając skrawki wykwintnego skorupiaka spoglądałem to na ocean, to na klientelę zapełniającej się powoli restauracji.
Po przeciwległej stronie zabudowań targowych, moją uwagę przykuła kolejka do lokalu przyozdobionego logo najbardziej znanej sieci kawiarni na świecie.
Jak na Starbucksa, to miejsce miało zadziwiający, nieprzystający do współczesności wystrój. Szybkie przejrzenie zasobów internetu uświadomiło mi, że to właśnie w Seattle, w 1971 roku zrodziła się marka, która na dobre i na złe zawojowała świat. Do lokalu, od którego zaczęła się cała historia, mającego wciąż niemal niezmienione wnętrze, ściągają tłumy miłośników mocno palonego espresso.
Skuszony czekoladowym zapachem, wszedłem jednak do mieszczącej się tuż obok ciastkarni. Dziewczyny wypiekały w niej olbrzymie cookies z równie wielkimi kawałkami czekolady. Wypracowana odporność na uroki tych zdradliwych ciastek, a zarazem ikonę amerykańskiego cukiernictwa, rozpłynęła się, gdy tylko zatopiłem zęby w ciepłym jeszcze czekoladowym cieście.
W przerwie od kulinarnych doznań przespacerowałem się w chłodnym zimowym powietrzu wzdłuż pustych ulic miasta do
Bayview-Kinnear Park, by nacieszyć wzrok widokiem na zatokę, sięgające nieba wieżowce i wyrastające na horyzoncie Góry Olimpijskie. Panorama miasta faktycznie imponuje, zaś upstrzony zielonymi wysepkami ocean zachęca do eksploracji od strony wody. Gdzieś w oddali statki odpływały w stronę Azji i Alaski. Seattle jawi się jako gigantyczna brama tego przepastnego kraju.
Podziwiając świąteczne dekoracje domów, skierowałem się w stronę nadbrzeża. Zachęcony relacją młodego żołnierza, którego spotkałem dzień wcześniej w ukraińskiej restauracji u podnóża góry Rainier, zaszedłem jeszcze do winnego baru na moim ulubionym już targu.
Zamówiłem degustacyjny zestaw lokalnych win za 15 dolarów, co stało się okazją do spróbowania najgorszych bodaj trunków
w moim życiu.
Ale jak mawiają Amerykanie – „just for the experience!”. Wypijając niemal duszkiem sześć szklanek winnego octu, zachwyciłem się atmosferą miejsca uosabiającego to, co w Stanach najlepsze. Luz, bezpośredniość i brak nadęcia. Na odchodne poprosiłem jedynie
o rekomendację restauracji z owocami morza. Kraby zobaczone wcześniej na targu nie dawały mi wciąż spokoju.
I tak maczam teraz w ciepłym maśle jędrne kawałki białego mięsa, które zadziwiająco dobrze komponują się z łagodnie doprawioną kaszą. Żal mi, że danie znika tak szybko. Dopiero opłacając rachunek orientuję się, że przez nieporozumienie, zamówiłem całą, a nie pół porcji. Przez tę pomyłkę danie stało się najdroższą ucztą morską mojego życia. Dylemat nad niespodziewanym wydatkiem szybko jednak przemija w hotelowym barze, nad szklaneczką bourbonu z lokalnej wytwórni Oola. Głęboki smak trunku tuli mnie do snu
i sennych marzeń o powrocie do Seattle.
Seattle. Tego nie przegap
Space Needle – emblematyczna wieża miasta o kosmicznym kształcie. Za niebotyczną kwotę oferuje również kolację z widokiem. Zdaniem wielu to jednak „a tourist trap”.
Pike Place Market – targ z żywnością, rękodziełem oraz jadłodajniami.
Restauracje
The Athenian Seafood Restaurant & Bar w Pike Place Market.
Cutters Crabhouse – ekskluzywna wybór doskonałych owoców morza.
Oola Distillery – lokalna wytwórnia ginów, whisky oraz bourbonu. Warto zainteresować się również innymi bourbonami ze stanu Waszyngton. Z powodzeniem konkurują one z najlepszymi szkockimi whisky.
Poza Seattle
Góry Olimpijskie – górskie spacery z widokami na ocean i panoramę Seattle.
Vancouver – obiekt westchnień Kanadyjczyków oddalony o 3h drogi od Seattle.
Mount Rainier – wulkaniczny stożek z lasami pełnymi łosi. 170 km na południe od Seattle. Wejście na szczyt wyłącznie dla doświadczonych alpinistów.
Cannon Beach – jedna z piękniejszych plaż Pacyfiku otoczona sekwojowymi lasami. Ok. 350km na południe od Seattle.
Multnomah Falls – wyjątkowo urodziwa dolina wodospadów w pobliżu Portland.
Silver Falls – kolejna dolina przepięknych wodospadów w pobliżu Salem.
(Travel Magazine)
/ savoir-vivre
listopad/grudzień '24 (22)
Krótka historia manier według Normana Daviesa

Kiedy na Starym Kontynencie zaczęto używać widelca? Czy średniowieczni ludzie akceptowali smarkanie
w palce? Norman Davies udowadnia, że historyczny savoir-vivre to o wiele więcej, niż sztuka używania „spluwaczki, zwieracza i sreber”.
Kiedy pod koniec XI wieku bizantyjska księżniczka przyjechała do Wenecji na swój ślub z dożą, okazało się, że je złotym widelcem. Biskup skarcił ją za niespołeczne zachowanie. Na średniowiecznym Zachodzie jadło się mięso, biorąc je palcami ze wspólnej misy. Widelec wszedł w powszechne użycie dopiero w okresie odrodzenia, a i wtedy służył tylko do przenoszenia jedzenia na własny talerz. Komplet sztućców – nóż, widelec i łyżka - jest wynalazkiem z XVIII wieku.
Podręczniki dobrego zachowania
Dzieje europejskich manier można szczegółowo poznać z masy podręczników pisanych, żeby nauczyć ludzi dobrego zachowania. Najwcześniejsze z takich podręczników – na przykład De institutione novitarum Hugona ze Św. Wiktora (zm. 1141) – były adresowane do kleryków. Czytelnikami pochodzącego z XIII wieku bawarskiego poradnika Hofzucht („Maniery dworskie”), którego autorstwo przypisywano Tannhäuserowi, mieli być nieokrzesani dworzanie, podobnie jak w przypadku Book of Courłesye Johna Russella z XV wieku.
Najbardziej poczytną z książek reprezentujących ten genre okazała się książka De civilitate morum puerillum (1530) Erazma
z Rotterdamu, która doczekała się 130 wydań. Przedruk ukazał się w Rosji dwieście lat później, kiedy Piotr Wielki postanowił „ucywilizować” swój dwór. Il Cortegiano („Dworzanin”, 1528) Baldassara Castiglione oraz jego polska parafraza stworzona przez Łukasza Górnickiego długo cieszyły się międzynarodową sławą. Od tego czasu licznych przewodników po kanonach zachowania „wyższych sfer” – zwłaszcza na modłę francuską – używano w celu kultywowania dobrych manier w coraz szerszych kręgach społecznych.
Był czas, kiedy historycy traktowali dobre maniery jako kwestię przemijającej mody. Ale poważni badacze utrzymują, że są one zewnętrznym wyrazem głębokich przemian psychologicznych i społecznych. Stosunek ludzi do wszelkich spraw można rozpatrywać na tle mijającego czasu, w powiązaniu z długotrwałymi tendencjami. Na przykład instrukcje w sprawie plucia pozwalają dostrzec szereg zasadniczych zmian stanowiska:
Nie pluj nad stołem ani na stół (Anglia, ok. 1463).
Nie pluj przez stół, jak to czynią myśliwi (Niemcy, XV w.).
Odwróć głowę, gdy plujesz, aby ślina nie padła na kogo. Jeśli zaś co zropiałego na ziemię padnie, trzeba to nogą przydeptać (Erazm
z Rotterdamu, 1530).
Należy się powstrzymać od plucia przy stole, jeśli to tylko możliwe (Włochy, 1558).
Dawniej dozwalało się pluć na ziemię pod nogi ludzi wysokiej rangi (…) Dziś uchodzi to za nieprzyzwoitość (Francja, 1572).
Częste spluwanie jest rzeczą nieprzyjemną. W domach osób poważanych spluwać należy w chusteczkę (…) Nie pluj tak daleko, żebyś musiał szukać swojej śliny na ziemi, nim ją przydepniesz (Liege, 1714).
Bardzo to niestosowne połykać to, co winno zostać wyplute (…) Splunąwszy w chusteczkę, złóż ją we dwoje, nie patrząc na nią, a potem schowaj do kieszeni (La Salle, 1729).
Jest rzeczą niewybaczalnie grubiańską, jeśli dziecko przy zabawie pluje w twarz swoim towarzyszom (La Salle, 1774).
Plucie to we wszelkich okolicznościach zwyczaj wielce naganny. Nie tylko nieokrzesany i obrzydliwy, ale także bardzo niezdrowy (Anglia, 1859).
Czy zauważyliście, że dziś [ukrywamy] to, czego nasi ojcowie nie wahali się publicznie manifestować? (…) Spluwaczka jest sprzętem, którego już nie uświadczysz w nowoczesnych domach (Cabanas, 1910).
Kiedy zakazano spluwania?
Okazuje się, że potrzeby spluwania nie kwestionowano aż do XVIII wieku, chociaż stopniowo rosła lista ograniczeń co do tego, gdzie, kiedy i jak należy to robić. W XIX wieku plucie popadło w niełaskę, być może z lęku przed zarażeniem się gruźlicą. Między dobre maniery a praktykę powszechnego używania spluwaczek – które stały się niezbędne wobec panującego zwyczaju żucia tytoniu
– wkradła się jednak pewna hipokryzja.
Dopiero w wieku XX całkowity zakaz okazał się skuteczny. W londyńskich autobusach tabliczki z napisem „Zakaz plucia” zachowały się aż do lat sześćdziesiątych. Ale w tym czasie niektóre grupy rockowe zachęcały już swoich fanów do plucia jako formy wyrażania buntu przeciwko społecznym konwenansom.
Niewykluczone, że znów stanie się ono szacownym zwyczajem. Dokładnie w taki sam sposób, w jaki proces „cywilizowania” prowadzi stopniowo do wytworzenia się pewnych samoograniczeń w obrębie całego społeczeństwa, proces wychowania dziecka wytwarza system samoograniczenia u dorosłego:
Tak więc trwający całe stulecia proces socjohistoryczny, w wyniku którego powoli podnosi się poziom norm dotyczących tego, co niestosowne i obraźliwe, powtarza się w skróconej formie w rozwoju ludzkiej jednostki (…) Można więc mówić o paralelizmie podstawowego prawa socjo- i psychogoenezy oraz biogenezy.
Przeciwnicy takiej teorii „cywilizowania” mogą oponować przeciwko tak wąskiej definicji cywilizacji. Niektórzy mogliby ją też uznać za teorię szczególnie niemiecką: same schludne obyczaje i puste głowy. Wielu byłoby skłonnych upierać się, że sztuka savoir vivre’u wymaga czegoś więcej niż tylko umiejętności używania spluwaczki, zwieracza i sreber. Nie wszystkich przekonają „krzywe cywilizacji” Norberta Eliasa i jego teoria postępu nieliniowego.
„Jedząc, wspomnij na ubogich…”
Wszyscy jednak zgodzą się co do istnienia przepaści dzielącej tak zwanego „cywilizowanego człowieka Zachodu” od średniowiecznych wzorców zachowania, którym całkowicie obce było dzisiejsze pojęcie higieny, poszanowania jednostki, intymności czy „prywatnej przestrzeni”. Pozostaje tylko podumać nad jeszcze kilkoma średniowiecznymi zakazami:
Bardzo niegrzecznie jest (…) trzymać hełm na głowie, usługując damie.
Nie wysmarkuj nosa w palce, którymi sięgasz po mięso.
Jeśli musisz poskrobać się w [kark], zrób to grzecznie, używszy do tego kołnierza płaszcza.
Odgłos wypuszczanych wiatrów można zagłuszyć kaszleniem.
Nim siądziesz, sprawdź, czy siedzenie nie jest zapaskudzone.
Niegrzecznie jest pozdrawiać kogoś, kto akurat oddaje mocz lub stolec.
Jedząc, wspomnij na ubogich. Bóg ci to wynagrodzi.
Fragment monumentalnej pracy profesora Normana Daviesa: Europa. Rozprawa historyka z historią (w przekładzie Elżbiety Tabakowskiej, Znak 2010).

