prywatne, niezależne pismo społeczno-kulturalne
pakamera.polonia
czasopismo pakamera.chicago, numery 1-10 pod adresem internetowym: www.pakamerachicago.com

styczeń/luty / 1'25 (23)


SPIS TREŚCI
pakamera.polonia / styczeń/luty '25 (23)
świat, ludzie, obyczaje
Prawie jednym zdaniem (rozmaitości muzyczne) redakcja
Millenium koronacji dwóch królów polskich (AZ); Kamil Janicki
9th Chopin In The City Festival redakcja
The Trap Door Theatre "Bal manekina" redakcja
Contemporary studio got?art redakcja
Agnieszka Podczaszy - sztuka i moda Dwell Studio
Wieczór z utworami Jonasza Kofty Dariusz Lachowski
Utrwalić opowieści emigracyjne. Jeśli nie my, to kto? (rozmowy) Eliza Sarnacka-Mahoney
Językowa Wieża Babel w sercu Europy (ludzie i obyczaje) Łukasz Załuski
Nie tylko Wielki Mur Chiński (reportaż) Paul Salopek
Miasta na Marsie?! (nauka/kosmos) Mateusz Łysiak
Syndrom Stendhala (nauka/kosmos) Igor Szulim
Smok wawelski czy archozaur? (nauka/kosmos) (MS)
kultura
Wojciech Kilar (muzyka) (fragment książki biograficznej)
Literacki paszport "Polityki" (literatura) (am)
Chciałem stworzyć Amerykę, w której czujemy się bardziej swojo niż w PRL-u (literatura) Anna Wyrwik
Zwierciadło (sztuka/fotografia) Voytek Glinkowski
Odszedł wizjoner (kino) Konrad Wrzesiński
Najsłynniejsze teatry świata (teatr)
inspiracje
Barolo - serce Piemontu (podróże) Michał Głombowski
Dzieci muszą być dziećmi... (wychowanie/zabawa) (fragment książki)
Uwaga, dzieciobuch! (wychowanie/ciekawość) Grzegorz Kasdepke
W jedzeniu chodzi o opowieść... (wokół stołu) Dominika Zagrodzka/Łukasz Modelski
Maniery naszych pradziadków, czyli przedwojenny savoir-vivre Paweł Rzewuski
Hobby, które ratuje życie (pasje) Iwona Jędrzejewska
prawie jednym zdaniem...
styczeń/luty 2025
ROZMAITOŚCI MUZYCZNE
Okazuje się, że głośna muzyka może sprawić, że wypijemy więcej w krótszym czasie. W 2008 roku francuscy badacze obserwowali ludzi w barze (po uzyskaniu pozwolenia od właściciela baru) i manipulowali poziomem dźwięku. Jak się okazało, głośniejsza muzyka powodowała zwiększone spożycie alkoholu – w miarę zwiększania głośności, ludzie zaczęli więcej zamawiać w krótszym czasie.
W 2011 roku skrzypce „Lady Blunt” wykonane przez Antonio Stradivariego pobiły rekord dzięki oszałamiającej cenie. Instrument ten w 2011 roku został sprzedany na aukcji internetowej za 15,9 mln dolarów. Cena ta była 5-krotnością wartości, jaką zapłacił ostatni właściciel.
W 2013 roku Metallica trafiła do Księgi Rekordów Guinnessa, stając się pierwszym i jedynym zespołem muzycznym, który wystąpił na wszystkich siedmiu kontynentach. Ustanowili rekord po zagraniu na stacji Carlini na Antarktydzie, gdzie wystąpili dla 120 naukowców i zwycięzców konkursów.
„Happy Birthday to you” to jedna z najpopularniejszych melodii wszech czasów i najbardziej rozpoznawalna piosenka w języku angielskim. Utwór jest już oficjalnie własnością publiczną, co oznacza, że nie mają tu zastosowania żadne wyłączne prawa własności intelektualnej.
Najlepiej sprzedającą się płytą muzyczną w historii fonografii jest "Thriller" Michaela Jacksona. Album ten stał się również pierwszym w historii, z którego siedem singli znalazło się w pierwszej dziesiątce listy Billboardu, w tym "Billie Jean", "Beat It" oraz piosenka tytułowa – "Thriller". Trudno jednoznacznie oszacować sprzedaż wydawnictwa. Jedne źródła podają, że krążek rozszedł się w liczbie ponad 65 mln, lecz można się też spotkać z informacjami, że "Thriller" sprzedał się w nakładzie ponad 110 mln egzemplarzy.
Najszybszym raperem na świecie jest Ricky Brown. Muzyk w 2005 roku trafił nawet do Księgi Rekordów Guinnessa po tym, jak w obecności licencjonowanego logopedy i w czasie 41.27 sekund wypowiedział 723 sylaby w swoim utworze "No Clue".
Utwór "Weightless", stworzony przez brytyjski zespół Marconi Union, ma działanie podobne do środka uspokajającego. Badanie przeprowadzone przez amerykańskich naukowców pokazało, że kawałek ten obniżał u pacjentów poziom niepokoju
i stresu o 65 proc. Tym samym został uznany za najbardziej relaksujący utwór muzyczny świata.
Najczęściej coverowana piosenka na świecie? Okazuje się, że w tej kategorii zwyciężył utwór "Yesterday" napisany przez Paula McCartneya i oryginalnie wykonywany przez zespół The Beatles. Tylko do 1972 doliczono się 1186 coverów tego utworu, łącznie istnieje ich ponad 3 tysiące. Swoje interpretacje „Yesterday” nagrali m.in. Tom Jones, Brenda Lee, Frank Sinatra, Bob Dylan czy Elvis Presley.
Na swoim pierwszym albumie Prince grał na 27 instrumentach muzycznych. Chodzi o debiutancką płytę „For You”, która ukazała się w 1978 roku, gdy artysta miał zaledwie 20 lat. Co więcej, wszystkie utwory na tym albumie zostały skomponowane, wyprodukowane, zaaranżowane i wykonane przez Prince'a. Muzyczny geniusz!
Rod Stewart był gospodarzem największego bezpłatnego koncertu w historii. Wydarzenie zostało zorganizowane
w sylwestra 1994/1995 roku w Copacabanie w Rio de Janeiro. Koncert przyciągnął łącznie 3,5-4,2 mln widzów. Rod Stewart ustanowił tym samym rekord Guinnessa w zakresie największej frekwencji na darmowych koncertach rockowych.
/ millenium koronacji
styczeń/luty'25 (23)

Raz na tysiąc lat
obchody tysiąclecia koronacji
dwóch królów Polski w Gnieźnie
„Bolesław Chrobry ze Światopełkiem przy Złotej Bramie
w Kijowie” /Jan Matejko /domena publiczna
Taka rocznica zdarza się raz na tysiąc lat: rok 2025 to millenium koronacji dwóch pierwszych królów Polski: Bolesława Chrobrego i Mieszka II Lamberta.
Bolesław Chrobry został koronowany na króla Polski prawdopodobnie 18 kwietnia 1025 roku. Jego syna, Mieszka II Lamberta koronowano w grudniu tego samego roku.
Koronacja Bolesława Chrobrego stanowiła zwieńczenie jego trzydziestoletniego panowania, istotnym aktem politycznym
i demonstracją suwerenności tworzącego się państwa polskiego. Polskę zaczęto też odtąd opisywać jako królestwo, jednak godność monarsza jej władców ostatecznie utrwaliła się dopiero po koronacji Władysława Łokietka w 1320 roku.
Drugim koronowanym władcą Polski (1025-1031) był przedstawiciel dynastii Piastów, syn Bolesława Chrobrego Mieszko II Lambert (990-1034). Ojciec wyznaczył go na swojego następcę. Według historyków Mieszko II Lambert aktywnie uczestniczył w polityce niemieckiej i był dowódcą wojskowym podczas walk z niemieckim królem Henrykiem II. 30 stycznia 1018 roku w Budziszynie podpisał
z nim traktat pokojowy. Mieszko II Lambert był także emisariuszem Chrobrego na dworze królewskim w Pradze.
25 grudnia 1025 roku – kilka miesięcy po śmierci ojca został koronowany na króla Polski przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Hipolita
w katedrze gnieźnieńskiej. (AZ)
Jak wyglądała koronacja pierwszej polskiej królowej?
W 1025 roku, po ćwierćwieczu starań, wojen i podchodów, Polska stała się wreszcie królestwem. Arcybiskup Hipolit nałożył koronę na głowy Bolesława Chrobrego i jego syna Mieszka. Ale nie byli oni wcale jedynymi bohaterami wydarzeń.
Pierwszą polską koronację omawiano już w niezliczonych książkach i artykułach. Można z nich wyczytać, że na Wielkanoc, a więc
w dniu najważniejszego święta w kalendarzu kościelnym, odbyła się wspólna, podwójna ceremonia. Rozwiązanie doskonale znane
z Niemiec. Otton II został królem, a nawet cesarzem, jeszcze za życia swojego ojca. Podobnie rzecz wyglądała w kolejnym pokoleniu. Do dawnej tradycji niedługo wróci też Konrad II, wynosząc na tron swojego jedenastoletniego następcę.
Nie można mieć wątpliwości co do tego, że zasada pozostawała w mocy i że dało się ją łatwo przeszczepić na polski grunt. Wypada jednak podkreślić, że w 1025 roku mimo wszystko nie nastąpiła podwójna koronacja. Piastowie zostali królami tylko dlatego, że jednocześnie koronę przywdziała jeszcze trzecia osoba. Żona Mieszka II, Rycheza: siostrzenica niemieckiego cesarza stanowiąca ich żywy łącznik z tradycją Karolingów.
Pobożna ceremonia
To był rytuał do cna religijny. Wprawdzie żaden kronikarz nie opisał, co działo się tego niezwykłego dnia, ale na szczęście znane są rozliczne przykłady innych kobiecych koronacji. Przede wszystkim zaś: zachowały się do naszych czasów wczesnośredniowieczne Ordines. księgi zawierające szczegółowe zasady wynoszenia władczyń do rangi królowych. To zbiory modlitw, wypowiadanych kwestii, a zarazem swoiste programy ceremonii. Pochodzą one z czasów pierwszych następców Karola Wielkiego. Można zgadywać, że właśnie na przechowywanej w nich tradycji bazowała Rycheza, gdy wraz z nowym arcybiskupem gnieźnieńskim przygotowywała własną koronację.
Nowa Sara i Rachela
W szczegółach Ordines różnią się, łatwo jednak znaleźć punkty wspólne. Ta podniosła ceremonia czyniła z księżnej swoistą namiestniczkę Matki Boskiej na ziemi. Tak jak namaszczeni królowie reprezentowali w świecie doczesnym Chrystusa, tak ich żony – miały brać przykład z Królowej Nieba. Jako monarsze Oblubienice brały na siebie obowiązek obrony uciśnionych. Od nich oczekiwano, że będą dbać o sprawiedliwość swych mężów i wstawiać się za poddanymi. Miały też za zadanie czerpać z najlepszych, biblijnych wzorców.
Arcybiskup Hipolit na pewno przyrównał swą panią do wielkich kobiet Starego Testamentu. Tak czyniono w myśl każdego Ordo. Rycheza miała odtąd iść w ślady Sary, Racheli i Lei. Miała stanowić wzór duchowej i fizycznej czystości, ale też… wzór piękna.
Prezencja przede wszystkim
Najbardziej wpływowy zbiór koronacyjnych reguł – przygotowany przez arcybiskupa Reims Hincmara pod koniec IX wieku – kładł szczególny nacisk na znaczenie kobiecej urody. Monarchini musiała umieć się zaprezentować. Z tym Rycheza raczej nie miała żadnych problemów. Przykłady nieco późniejszych, słowiańskich ceremonii koronacyjnych każą podejrzewać, że włożyła najpiękniejszą ze swoich sukien. Wyzwanie leżało gdzie indziej.
W ottońskich pontyfikałach z połowy X wieku można odnaleźć Błogosławieństwo królowej. Specjalną modlitwę wygłaszaną właśnie
w trakcie koronacji. Rozpoczyna się ona od otwartej krytyki niewieściej słabości. To jednak tylko retoryczny wybieg. Autor tekstu od narzekań szybko przechodzi do pochwał drugiej płci. I bardzo wysoko zawiesza poprzeczkę. Nakazuje królowym być jak Judyta
i Estera. Kobiety, które w pojedynkę, w chwili największej próby, uratowały lud Boży…
Oczywiście ich zmagania miały być tylko symbolem. Nikt nie oczekiwał, że świeżo upieczone monarchinie będą zaczynać dzień od ścięcia głowy najbliższemu generałowi asyryjskiego wojska (jak Judyta) lub od intryg mających na celu zahamowanie eksterminacji narodu wybranego (niczym Estera). Kiedy jednak ciężka, złocona korona spoczęła na skroniach Rychezy, a arcybiskup Hipolit wykonał na jej czole znak krzyża, królowa wcale nie czuła, że czekają ją czysto duchowe zmagania.
Na wprost siebie widziała Bolesława Chrobrego. Blady, trawiony gorączką i podtrzymywany przez służących, wyglądał, jakby jedną nogą był już w grobie… Jego śmierć była kwestią tygodni, jeśli nie dni. I trudno było przewidzieć, co nastąpi, gdy on odejdzie. Może niczym w Biblii: tylko potop.
Wybrana bibliografia:
Artykuł został oparty na materiałach zebranych przez autora podczas prac nad książką „Damy ze skazą. Kobiety, które dały Polsce koronę”.
Poniżej wybrane z tych pozycji. Pełna bibliografia w książce.
-
M.V. Fox, Character and Ideology in the Book of Esther, Grand Rapids 2001.
-
Z. Dalewski, Koronacja Mieszka II [w:] Historia narrat. Studia mediewistyczne ofiarowane Profesorowi Jackowi Banaszkiewiczowi, red. A. Pleszczyński, J. Sobiesiak, M. Tomaszek, P. Tyszka, Lublin 2012.
-
Kosmas, Kronika Czechów, ks. II, rozdz. 38.
-
G. Labuda, Mieszko II król Polski (1025–1034). Czasy przełomu w dziejach państwa polskiego, Poznań 2008.
-
W. Mischke, Polska korona królów czeskich, „Studia Źródłoznawcze”, t. 44 (2006).
-
G. Pac, Biblical Judith in the ideology of queenship of the Early Middle Ages [w:] Et credidit populus. The role and function of beliefs in early societies, red. J. Szacillo, J. Eaton, S. McDaid, „Quest”, t. 8 (2009).
-
G. Pac, Koronacje władczyń we wcześniejszym średniowieczu – zarys problematyki [w:] Gnieźnieńskie koronacje królewskie i ich środkowoeuropejskie konteksty, red. J. Dobosz, M. Matla, L. Wetesko, Gniezno 2011.
-
A. Pleszczyński, Niemcy wobec pierwszej monarchii piastowskiej (963-1034). Narodziny stereotypu, Lublin 2008.
-
P. Schreiner, Królowa Rycheza, Polska i Nadrenia. Stosunki między Polakami i Niemcami w XI wieku, Poznań–Kolonia 1996.
-
H. Wolfram, Conrad II, 990–1039. Emperor of Three Kingdoms, University Park 2006.
KAMIL JANICKI
/ polonijny kalejdoskop zapraszamy
styczeń/luty'25 (23)

Przed nami, już w lutym, 9 Chopin in the City Festival, przybliżający w sposób niekonwencjonalny muzykę Chopina innym nacjom
i generacjom.
To nie jest festiwal dedykowany wyłącznie Polonii. To festiwal chicagowski, który coraz bardziej wpisuje się w stały kalendarz festiwali Wietrznego Miasta – wspomina Grażyna Auguścik, pomysłodawczyni kilkudniowego wydarzenia muzycznego w Chicago, wokalistka, kompozytorka, aranżerka i producentka muzyczna. Jest wiele festiwali chopinowskich na świecie, specjalizujących się
w muzyce Chopina. Chicagowski festiwal przedstawia też inne gatunki muzyki, inne style grania nawet tego samego utworu – wystarczy chociażby zmiana instrumentu, aranżacji... Jednak staram się zarazić – z dobrym skutkiem – wszystkich wspaniałych muzyków, biorących udział w tym przedsięwzięciu, muzyką Chopina. Ich interpretacje są zaskakujące i inspirujące, ciekawe... Dla mnie samej ta muzyka sprzed niemal dwustu lat jest bardzo odkrywcza i nowatorska.
Program festiwalu każdego roku wzbogacany jest kolejnymi pomysłami. W bieżącym roku wystąpi grupa teatralna „Little Stars” Agaty Paleczny z nowym przedstawieniem „Zaczarowany fortepian” autorstwa Piotra Kukuły. Zagrają dla nas muzycy z Polski, Francji,
a przede wszystkim najlepsi z najlepszych z Chicago. Plan koncertów na stronie: https://soundsandnotes.org/event-organizer/sounds-notes-foundation/
Finał festiwalu w tym roku odbędzie się w Copernicus Center. W wielkim koncercie, 27 lutego o godzinie 7.30 wieczorem, wystąpią trzy wokalistki jazzowe: legendarna Urszula Dudziak, Grażyna Auguścik i Dee Aleksander w towarzystwie znakomitych muzyków: McLean Band oraz Grazyna Auguscik Group.
Zapraszam na koncerty, na spotkanie poranne z „Little Stars”, do Muzeum Polskiego w Ameryce na wspólne malowanie Chopina przy dźwiękach muzyki... No i oczywiście na wielki finał ze wspaniałą Urszulą Dudziak, z którą koncertuję od ponad dwudziestu lat. (red.)
/ polonijny kalejdoskop zapraszamy
styczeń/luty'25 (23)

THE TRAP DOOR THEATRE
1655 W. Cortland St., Chicago
BAL MANEKINA
autor: Bruno Jasieński
tłumaczenie i adaptacja: Daniel Gerould
reżyseria: Miguel Long & Nicole Wiesner
Przedstawienia: od 23 stycznia'25 do 1 marca'25
(czwartki, piątki, soboty; dodatkowe informacje i bilety https://trapdoortheatre.com/ lub pod numerem telefonu
(773) 384-0494)
Udział biorą:
Marzena Bukowska
Dan Cobbler
Genevieve Corkery
Cat Evans
Shail Modi
Emily Nichelson
Gus Thomas
Merje Veski (scenografia)
Rachel Sypniewski (kostiumy) Brendan Marble (oświetlenie)
Danny Rockett (dźwięk)
Miguel Long (choreografia)
Kayci Johnston (kierownik sceny)
Zsófi Ötvös (makijaż)
Michal Janicki (projekt graficzny)
The Trap Door Theatre
„The Mannequins’ Ball/Bal Manekina”
To już 31 sezon teatralny w tym ciekawym teatrze garażowym. Tym razem swoje podwoje otwiera dla miłośników twórczości Bruno Jasieńskiego, polskiego poety, dramaturga
i powieściopisarza. Jego Bal manekinów, groteska pełna pasji, pomysłowości i inteligencji, początkowo napisana po rosyjsku, na początku lat 30. XX wieku, zostala przetłumaczona między innymi na języki: angielski, niemiecki, francuski, fiński, holenderski, włoski i chiński. Awangardowe wówczas dzieło (jedyna oryginalna sztuka Jasieńskiego) wystawiane było na scenach całego świata.
Do Polski Bal Manekinów trafił dopiero w 1957 roku, na fali Październikowej "odwilży" i opublikowany został
w miesięczniku "Dialog".
Sytuacja polityczna i trudności, w jakich znalazl się poeta, zakończyły się emigracją Jasieńskiego. W ten sposób arcyciekawy pomysł i oryginalna konstrukcja Balu pozostały poza polską literaturą i teatrem...
A pomysł jest tu istotnie ciekawy. Oto krawieckie manekiny urządzają bal. Zupełnie przypadkowo zjawia się na nim leader prawicowych syndykalistów, socjalista Paul Ribandel. Skazany na śmierć przez przerażone manekiny — ginie. Jego głowa staje się własnością jednego z uczestników zabawy, który znalazłszy zaproszenie skierowane do ściętego Ribandela, idzie na bal do… ludzi. Ten drugi bal, urządzony przez fabrykanta samochodów Arnaux, ma swoje ukryte cele polityczne — chodzi o zażegnanie strajku grożącego zakładom gospodarza. Leader-manekin, którego drewnianej psychologii i zabawnych, sztywnych ruchów nikt oczywiście nie spostrzega — staje się bohaterem wieczoru...
To pobieżna treść groteski w oryginale. W jaki sposób została adoptowana na dzisiejsze sceny - zobaczymy w teatrze. (az)
/ polonijny kalejdoskop wspominamy
styczeń/luty'25 (23)


contemporary studio
got?art

BETH BOYD
IRENA SIWEK
PIOTR ANTONOW
VOYTEK GLINKOWSKI
Bez zadęcia, kameralnie, za to z ogromną pasją i odważnym spojrzeniem w przyszłość otworzyła (17 stycznia'25) swoje drzwi autorska galeria sztuki ”got ? art”. Usadowiła się znakomicie między sklepikami-butikami, obleganymi restauracyjkami, pachnącymi cukierenkami na głównej ulicy miasteczka Winnetka, w pobliżu Chicago.
Ten bardziej gościnny dom aniżeli komercyjna przestrzeń, przyciąga nie tylko ukształtowanych, artystycznie przygotowanych odbiorców, ale też miejscowych, otwartych na naprawdę dobrą sztukę. A taką oferują Irena Siwek, Piotr Antonow i Voytek Glinkowski. Aranżacją wnętrz zajmuje się Beth Boyd.
Prace artystów różnią się technicznie, kolorystycznie, formatowo, tematycznie. I ta różnorodność – wbrew wszelkim znakom - ich połączyła, zaś galeria nie wionie monotonnością. Gościnność, wzajemne przyjacielskie wsparcie, dbałość o zmiany
w stałej ekspozycji wzbudza coraz większe zainteresowanie galerią, chociaż czynna jest od środy do niedzieli (904 Green Bay Road, Winnetka, Illinois). I tu niespodzianka... pozostałe dwa dni tygodnia przeznaczone są na spotkania/klasy nauki malowania, rysowania... prowadzone przez Voytka Glinkowskiego. Nasze spotkanie z Voytkiem tutaj. (ac)


/ polonijny kalejdoskop wspominamy
styczeń/luty'25 (23)
Poznajcie losy polskich emigrantów w Chicago
w słuchowisku „Na polskim Trójkącie”. Współczesne życie na obczyźnie wprawdzie śledzimy oczami chicagowskich bohaterów, ale rodzinne waśnie, radości i smutki, rozterki istnieją we wszystkich domach na całym świecie. Sceny
z życia Agnieszki i Krzysztofa Jackowskich – małżeństwa
z 20-letnią różnicą wieku oraz Majki Miłosierskiej i Piotra Świętocha, pary pozostającej w związku zwanym “chicagowskim małżeństwem”, oparto na prawdziwych zdarzeniach, nie tylko w Stanach Zjednoczonych...
W tle pojawia się również dramatyczna historia Maćka, uzależnionego od narkotyków syna Majki, a także Krystyny, matki Agnieszki, która w czasie wizyty w USA poznaje bogatego polonijnego biznesmena. Wraz z nimi poznacie szeroki wachlarz postaci – dalszą rodzinę, znajomych, sąsiadów. Jak życie w Ameryce, we ogóle na emigracji, wpływa na ich wybory i losy?

Na polskim Trójkącie

1. W słuchowisku, filmie i życiu codziennym dzieje się, dzieje... Setny odcinek cotygodniowego audioserialu zakończył drugi sezon słuchowiskowy. W tym roku, już w lutym, początek nagrań sezonu trzeciego. Wydawnictwo Evergreen - Małgorzata Błaszczuk i Ewa Figurski (rozmowa z autorkami scenariuszy tutaj) - odpowiada tym samym na liczne pytania o dalsze losy bohaterów i samego słuchowiska. Będzie kolejny sezon, zostańcie z nami! - powiedziały z uśmiechem.
"Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach", jednak... temat to ważny! Wsparcie finansowe słuchaczy (każda kwota ma ogromne znaczenie) jest niezbędne do tworzenia tego, co jest słuchane, lubiane, z czym się utożsamia ogromna ilość słuchaczy... Każdy przysłowiowy grosz tworzy kwotę niezbędną do przygotowania kolejnych odcinków opowieści o blaskach i cieniach życia na emigracji. Dołączcie do grona darczyńców i postawcie twórcom-wolontariuszom przysłowiową kawę i słuchajcie dalszych opowieści o Waszych ulubieńcach!
2. Film "Na polskim Trójkącie" został nominowany do Hollywood Eagle Award na Polish Film Festival w Los Angeles. Nagrody wprawdzie nie było, jednak wspomniana nominacja jest ogromnym wyróżnieniem, co podkreślali organizatorzy PFF i słuchowiskowa grupa uczestników na pokazach i festiwalowej gali. Szyk i elegancja! Czerwony dywan też był - zasłużony w pełni.




3. Wiersze Piotra Kukuły, autora tekstu piosenki "Na polskim Trójkącie" (muzyka Jan Zieńko) i odtwórcy roli Krzysztofa Jackowskiego w audioserialu, zostały włączone do podręcznika dla uczniów klasy czwartej szkół podstawowych. Autorką podręcznika jest Danuta Szkutnik. Gratulujemy!


4. W dniach od 7 grudnia'24 do 30 stycznia'25 w Dwell Studio, Chicago, zaprezentowano wystawę fotograficzną
MY, EMIGRANCI@2024. NA POLSKIM TRÓJKĄCIE.
Ekspozycja portretów aktorów słuchowiskowych została przygotowana przez Wydawnictwo Evergreen i Krzysztofa Babirackiego, autora zdjęć. Podczas wernisażu wystawy pokazano również film "Na polskim Trójkącie". Krótka relacja z przygotowania i otwarcia wystawy w obiektywach Agnieszki Kuc i Krzysztofa Babirackiego.











/ polonijny kalejdoskop wspominamy
styczeń/luty'25 (23)
Agnieszka Podczaszy
- sztuka i moda
DWELL STUDIO
ZDJĘCIA: DARIUSZ LACHOWSKI

W chłodny wieczór 2 listopada miłośnicy mody i sztuki zebrali się
w Dwell Studio w Chicago na hipnotyzujący pokaz najnowszej kolekcji Agnieszki Podczaszy, Feather N Stone. Wydarzenie płynnie połączyło dwie formy ekspresji twórczej – modę i sztuki piękne – oferując wielozmysłowe doświadczenie, które celebrowało kunszt designu i natury.
Idealne połączenie sztuki i mody
Pokaz odbywał się na tle wielkoformatowych abstrakcyjnych obrazów Podczaszy z jej kolekcji „Affinity”, tworząc harmonijny dialog między jej płótnem a haute couture. Jej prace, bogate
w ziemiste tony i nuty złota i srebra, zainspirowały paletę i ducha kolekcji. Abstrakcyjne obrazy ludzkich więzi i piękna natury odbijały się echem przez cały wieczór, od dzieł sztuki po ubrania, które zdobiły wybieg.
Kolekcja inspirowana naturą
Kolekcja Feather N Stone Agnieszki dorównała swojej nazwie, równoważąc miękkość ze strukturą i delikatność z siłą. Elementy były ucztą wizualną, charakteryzującą się ciepłymi, ziemistymi odcieniami — brązami, oliwkowymi zieleniami, stonowanymi błękitami i szarościami — wszystkie przypominające jesienny krajobraz. Metaliczne akcenty w kolorze złota i srebra dodały odrobinę wyrafinowania, ucieleśniając elegancję faktur natury.
Najważniejsze elementy kolekcji obejmowały:
Płynące sukienki i romantyczne detale: Sukienki z przewiewnymi falbanami, koronkowymi akcentami i przezroczystymi panelami emanowały romantycznym urokiem, zachowując jednocześnie nowoczesny charakter.
Ponadczasowe krawiectwo: kolekcja zawierała ustrukturyzowane, ale kobiece projekty, w tym dopasowane spódnice i klasyczne sylwetki wzbogacone subtelnymi detalami, takimi jak skórzane paski, frędzle i delikatne pióra.
Codzienna elegancja: Od legginsów z nadrukiem po szykowne szlafroki, Podczaszy wykazała się umiejętnością tworzenia sztuki użytkowej, łącząc styl i wygodę bez wysiłku.
Wyróżniające się dodatki
Szerokie kapelusze były mocnym akcentem, uzupełniając sezonowy klimat kolekcji. Ich praktyczność i elegancja sprawiły, że idealnie nadawały się na chłodne jesienne dni, a współgranie miękkich
i ustrukturyzowanych materiałów odzwierciedlało nadrzędny temat pokazu.
Niezapomniana noc
Wydarzenie to oznaczało triumfalny powrót Podczaszy na wybieg po latach z dala od blasku reflektorów mody. Kiedy zwróciła się do publiczności, jej szczere słowa podkreśliły jej nieprzemijającą pasję do swojego rzemiosła.
„Nigdy nie rozstaję się z szyciem; to część mojego codziennego życia. Dzisiejszy wieczór jest kulminacją miłości do moich klientów, do tworzenia czegoś osobistego i wyjątkowego. Dziękuję, że jesteście tutaj, aby być świadkami tej pracy — to dla mnie znaczy tak wiele”, Podczaszy podzieliła się z promiennym uśmiechem.
Spojrzenie w przyszłość
Dzięki temu pokazowi mody Podczaszy po raz kolejny udowodniła, że jest dynamiczną siłą w świecie sztuki i haute couture. Kolekcja Feather N Stone nie dotyczy tylko mody — to świadectwo mocy kreatywności, która łączy, inspiruje i celebruje piękno życia.
Dla tych, którzy przegapili wydarzenie, kreacje Agnieszki Podczaszy są dostępne na jej platformie online, gdzie moda spotyka się
z artyzmem. Odwiedź jej sklep na stronie www.feathernstonestore.etsy.com, aby zapoznać się z jej pracami.
Ten niezapomniany wieczór w Dwell Studio był celebracją stylu, sztuki i nieograniczonej kreatywności Agnieszki Podczaszy — prawdziwej artystki swoich czasów.














/ polonijny kalejdoskop wspominamy
styczeń/luty'25 (23)

Wieczór z utworami Jonasza Kofty
Sucha i ciepła jesień zawsze niesie ze sobą nutę nostalgii. Gdy liście zaczynają opadać, a wieczory stają się coraz dłuższe, człowiek naturalnie szuka chwil, które idealnie wpiszą się w ten czas zadumy i spokoju. To momenty, w których poszukujemy wydarzeń pełnych emocji i refleksji, współgrających z jesienną aurą.
DARIUSZ LACHOWSKI
Tak właśnie trafiłem na wieczór poświęcony twórczości Jonasza Kofty, który odbył się w piątek, 18 października, w Art Gallery Kafe. Wydarzenie, zatytułowane „Jego portret”, wprowadziło uczestników w świat subtelnej melancholii i refleksji – cech tak bliskich utworom tego wybitnego poety i autora piosenek.
Na scenie pojawili się Agata Paleczny, Ania Włoch oraz Bogdan Łańko, których interpretacje doskonale oddały emocjonalną głębię poezji Kofty. Towarzyszył im Sławomir Bielawiec, którego muzyczne opracowanie podkreśliło nastrój wieczoru w sposób niezwykle subtelny i wyważony. Rolę narratora objął Piotr Kukuła, który z wyczuciem prowadził publiczność przez życiowe historie Kofty, przeplatając je z refleksjami nad jego twórczością.
Wieczór rozpoczął się od projekcji niezapomnianego teledysku z kultowym wykonaniem „Śpiewać każdy może”. Interpretacja Jerzego Stuhra, pełna wdzięku i ironii, doskonale wprowadziła uczestników w klimat spotkania. Jest to utwór, który mimo upływu lat wciąż bawi i zaskakuje, stając się częścią polskiej popkultury.
Na zakończenie, poruszona do głębi publiczność miała możliwość wspólnego zaśpiewania „Pamiętajcie o ogrodach”
– piosenki subtelnej i ponadczasowej, spopularyzowanej przez Hannę Banaszak. To utwór, który przypomina o bliskości natury i prostych, codziennych wartościach, tak ważnych
w naszym zabieganym świecie. W tych wspólnych chwilach wybrzmiała siła poezji Kofty, która mimo upływu lat nie traci na aktualności – przeciwnie, jej przesłanie wydaje się jeszcze bardziej uniwersalne.
Wieczór w Art Gallery Kafe pozostawił nas w głębokiej zadumie. Otulony ciepłem poezji i muzyki, wracałem do domu
z uczuciem, że te chwile mogą ze mną pozostać na długo. Dla tych, którzy nie mogli być tam osobiście, przygotowałem galerię fotografii, które mam nadzieję, choć na chwilę pozwolą wam poczuć atmosferę tego wyjątkowego wieczoru pełnego emocji i refleksji.





/ ludzie i obyczaje
styczeń/luty'25 (23)

Językowa Wieża Babel w sercu Europy
Szwajcaria to kraj wyjątkowy pod wieloma względami, a jednym z nich jest różnorodność językowa. Jeśli ktokolwiek zastanawia się, w jakim języku mówi się w Szwajcarii, właściwa odpowiedź brzmi:
w aż czterech językach urzędowych.
To czyni ten alpejski kraj jednym
z najbardziej wielojęzycznych
w Europie.
ŁUKASZ ZAŁUSKI
Szwajcaria leży na pograniczu różnych kultur i tradycji językowych Europy. W starożytności teren tej dzisiejszej alpejskiej republiki zamieszkiwały plemiona celtyckie. Później region stał się częścią Imperium Rzymskiego, a łacina, będąca językiem administracji, odcisnęła ślad na późniejszych językach tych ziem. Z czasem na północ wkroczyły germańskie plemiona Alemanów, a wraz z nimi języki germańskie. W średniowieczu granice językowe w Szwajcarii zaczęły się stabilizować, a podział między obszarami niemieckojęzycznymi, francuskojęzycznymi i włoskojęzycznymi powoli zaczął się utrwalać. Warto pamiętać, że mimo iż granice te nierzadko wyznaczały góry, rzeki i doliny, to jednak bywały płynne i zmienne. To właśnie te historyczne procesy pomagają odpowiedzieć na pytanie: w jakim języku mówi się w Szwajcarii?
Dziś Szwajcaria ma 4 języki urzędowe:
-
niemiecki,
-
francuski,
-
włoski,
-
retoromański.
Niemiecki jest najczęściej używanym językiem – posługuje się nim około 62% mieszkańców. Nie jest to jednak standardowy niemiecki, jakim mówi się choćby w Niemczech czy w Austrii, lecz tzw. Schweizerdeutsch, czyli szwajcarski niemiecki. Dialekty różnią się znacząco w zależności od regionu, a nawet miasta.
Francuski, używany przez około 23% mieszkańców, dominuje w zachodniej Szwajcarii, w regionie zwanym Romandią. Język ten jest bliższy standardowemu francuskiemu niż szwajcarski niemiecki wysokoniemieckiemu.
Trzeci pod względem liczby użytkowników – język włoski – koncentruje się w kantonie Ticino i na południu Gryzonii. Mówi nim około 8% populacji. Retoromański z kolei, najmniej znany z języków Szwajcarii, jest używany przez zaledwie 0,5% mieszkańców. Ten język ma swoje korzenie w łacinie, a jego użytkownicy zamieszkują głównie górzyste tereny Gryzonii.
Szwajcarski niemiecki – więcej dialektów niż kantonów
Język niemiecki w Szwajcarii to zespół dialektów tak odmiennych od mowy, którą posługują się Niemcy, że niektórzy językoznawcy kuszą się nawet na określenie Schweizerdeutsch odrębnym językiem. W zasadzie mają ku temu wiele argumentów, jak choćby częściowo odmienna gramatyka, słownictwo i zasady wymowy. Co ciekawe, dialekty te są tak zróżnicowane, że mieszkańcy różnych regionów mogą mieć trudności ze wzajemnym zrozumieniem.
Standardowy niemiecki – Hochdeutsch (język wysokoniemiecki) – jest jednak w Szwajcarii powszechnie używany w piśmie,
w szkołach i w urzędach. W życiu codziennym natomiast niemal zawsze dominuje dialekt. Szwajcarski niemiecki nie tylko odzwierciedla lokalną kulturę, ale jest także symbolem tożsamości narodowej. Szwajcarzy chętnie używają go w mediach, muzyce
i literaturze, czyniąc z dialektu element nowoczesnej kultury.
Francuski w Romandii – „język elegancji”
Francuskojęzyczna część Szwajcarii, czyli Romandia, obejmuje kilka zachodnich kantonów kraju, m.in. Vaud, Genewę, Fryburg czy Neuchâtel. Można powiedzieć, że francuski w Szwajcarii jest bardziej archaiczny niż ten używany we Francji. Zachował wiele starszych form językowych, które we Francji wyszły z użycia. Dobrym przykładem jest sposób liczenia. Podczas gdy Paryżanin na liczbę 70 powie soixante-dix, mieszkaniec Genewy użyje dawnego systemu dziesiętnego i powie septante.
Kultura francuskojęzycznej Szwajcarii różni się nieco od kultury francuskiej. Genewa, której 48% mieszkańców urodziło się poza Szwajcarią, jest centrum międzynarodowego biznesu i miejscem spotkań ludzi z całego świata. To wpływa na sposób, w jaki używany jest tu język. W literaturze i sztuce region ten zachowuje jednak silne francuskie korzenie, co sprawia, że Romandia jest postrzegana jako elegancka i wyrafinowana część Szwajcarii.
Włoski w Ticino – melodia południa
Język włoski koncentruje się w kantonie Ticino oraz w niektórych regionach Gryzonii. Ticino, graniczące z Włochami, odzwierciedla śródziemnomorski charakter regionu. Język włoski w Szwajcarii jest niemal identyczny z używanym w sąsiednich północnych Włoszech, ale różni się wpływami lokalnymi. Włosi przybyli do Szwajcarii już w średniowieczu. Najważniejsza migracja działa się jednak w XX wieku, gdy Włosi przyjeżdżali tu w poszukiwaniu pracy. Obecność języka włoskiego wzmacnia również kultura. Ticino słynie z kuchni włoskiej, festiwali filmowych i ciepłego, południowego stylu życia.
Co ciekawe, włoski jest używany także w kontekście oficjalnym w całej Szwajcarii. Wszystkie dokumenty rządowe i ustawy są dostępne po włosku, co podkreśla równorzędny status tego języka.
Retoromański – język, który walczy o przetrwanie
Retoromański to język wyjątkowy, choć zagrożony wymarciem. Składa się z kilku dialektów, które czasem są tak od siebie różne, że ich użytkownicy, aby się zrozumieć, są zmuszeni porozumiewać się po niemiecku. W 1982 roku stworzono sztuczny standard językowy o nazwie Rumantsch Grischun, mający pomóc chronić tę mniejszościową mowę.
W Gryzonii język ten ma status równorzędny z niemieckim i włoskim. Retoromański pojawia się na znakach drogowych i dokumentach urzędowych, ale jego rola w życiu codziennym maleje. W młodym pokoleniu coraz częściej zastępuje go niemiecki.
Języki Szwajcarii a tożsamość narodowa
Szwajcaria jest przykładem kraju, w którym różnorodność językowa nie podzieliła narodu. Wprost przeciwnie – Szwajcarzy są dumni ze swojej wielojęzyczności. Neutralność językowa odgrywa kluczową rolę w polityce i administracji. Rząd federalny działa we wszystkich czterech językach, a Szwajcarzy uczą się ich w szkołach.
W praktyce jednak język angielski zyskuje na znaczeniu. W dużych miastach angielski właśnie jest często używany jako lingua franca, zwłaszcza w środowiskach międzynarodowych. Wprowadzenie angielskiego do szkolnych programów jako pierwszego języka obcego budziło kontrowersje, ale pokazało, jak dynamicznie zmienia się krajobraz językowy kraju.
Wielojęzyczność w Szwajcarii to nie tylko tradycja, ale także wyzwanie na przyszłość. Globalizacja, migracja i dominacja języka angielskiego mogą zmienić układ językowy kraju. Mimo to Szwajcarzy dbają o swoje lingwistyczne dziedzictwo, traktując różnorodność jako atut, a nie problem. Języki Szwajcarii to dowód na to, że różnorodność nie musi prowadzić do podziałów. W sercu Europy działa model, który inspiruje i pokazuje, jak wiele można osiągnąć dzięki wzajemnemu szacunkowi i otwartości.
Ciekawostki o językach Szwajcarii
-
Retoromański uzyskał status języka narodowego dopiero w 1938 roku. Wcześniej był postrzegany jako dialekt, a nie pełnoprawny język.
-
W niemieckojęzycznej Szwajcarii zegarki są reklamowane innymi sloganami niż w francuskojęzycznej części. Nawet reklamy produktów muszą być dostosowane do lokalnych gustów językowych.
-
Dwujęzyczne miasta, jak Biel/Bienne to miejsca, gdzie współistnieją niemiecki i francuski. Tablice uliczne, urzędy i życie codzienne funkcjonują w obu językach.
-
Szwajcarski niemiecki rzadko pojawia się w formie pisemnej. Większość tekstów, nawet w prasie, jest w standardowym niemieckim.
(National Geographic)
/ rozmowy
styczeń/luty'25 (23)

Utrwalić emigracyjne opowieści. Jeśli nie my, to kto?
Z Małgorzatą Błaszczuk i Ewą Figurski z Wydawnictwa Evergreen w Chicago rozmawia Eliza Sarnacka-Mahoney
Jako dziecko z kluczem na szyi w schyłkowym PRL-u kochałam radio. Było najlepszym przyjacielem w deszczowe popołudnia, gdy aura zatrzymywała mnie w domu i musiałam w nim samotnie przetrwać do powrotu rodziców z pracy. Kochałam twórcze projekty, zajęcie zawsze więc dla siebie znalazłam, jednak nie znosiłam robić niczego w ciszy. Rodzice to rozumieli i dlatego radioodbiorniki mieliśmy
w każdym pomieszczeniu. Pamiętam ciągi tygodni, ponure przełomy listopada i grudnia, gdy spędzałam w towarzystwie radia po kilka godzin dziennie, słuchając wszystkiego „jak leci”, choć z największą niecierpliwością czekając zawsze na wywiady i słuchowiska. Korzyści z takiego obrotu sprawy było więcej niż myślałam, bo szybko okazało się, że nie miałam w gronie znajomych nikogo innego tak dobrze poinformowanego o tym, co działo się w kraju i na świecie. Do dziś też zastanawiam się, czy to nie tamte chwile spędzone
w towarzystwie radia sprawiły, że połknęłam dziennikarskiego bakcyla.
Emigracja, styl mojej pracy i rytm dorosłego życia oderwały mnie od radia, szczególnie tego w języku polskim, ale polskojęzyczne słuchowiska dla dzieci podobne do tych, jakich sama słuchałam w dzieciństwie przez lata rozbrzmiewały i w moim emigracyjnym domu. Kupowałam je w wydaniu na płytach CD lub wyszukiwałam w internecie, by wykorzystywać jako jeszcze jedną formę wspierania dwujęzycznego wychowania moich córek.
Erę podcastów powitałam z poślizgiem, ale entuzjastycznie. Gdy w 2024 r. usłyszałam o słuchowisku „Na polskim trójkącie” natychmiast namierzyłam go na Spotify, a reszta, jak to mówią – to już była historia. Wydawnictwo Evergreen z Chicago, które stworzyły i prężnie rozwijają dwie wspaniałe dziennikarki: Małgorzata Błaszczuk oraz Ewa Figurski zabrało mnie w podróż, której się szczerze mówiąc nie spodziewałam, a która uzależniła mnie od siebie w najlepszym tego słowa znaczeniu. Oby w naszym współczesnym, zwariowanym życiu bywały tylko takie uzależnienia.
Polecając Państwu słuchowisko, a poniżej wywiad z jego twórczyniami, chcę zwrócić uwagę na kilka istotnych spraw, których warto mieć świadomość.
Audioserial „Na polskim trójkącie” jest jednym z pierwszych, jeśli w ogóle nie pierwszym (kto ma dostęp do archiwów polonijnych mediów, prosimy o sprawdzenie!) tego typu przedsięwzięciem, bowiem realizowany jest w całości przez twórców polonijnych. Obierając za bohaterów współczesnych Polaków mieszkających poza granicami Polski, głównie w Chicago, ale także i w innych zakątkach świata, oferuje swoisty «Polonii portret własny». Rzecz tym bardziej warta docenienia, że jest to portret nie tylko uaktualniony i odsyłający do lamusa sporo wciąż pokutujących, zwłaszcza nad Wisłą, stereotypów na temat współczesnej Polonii w USA, ale i konstruowany w sposób niezwykle efektywny i realistyczny – bowiem poprzez dynamiczne zderzanie ze sobą światów i światopoglądów: polonijnych z polskim. Po trzecie wreszcie i najważniejsze. Choć ze wszech miar „polonijne” słuchowisko doskonale broni się przed tym, by je w jakikolwiek sposób szufladkować, najmniej jako projekt realizowany wyłącznie pod potrzeby i gusta Polonii i stąd – co mogłoby być refleksją nasuwającą się w pierwszym odruchu – mniej, być może, interesujący dla polskojęzycznych odbiorców spoza USA. Nic bardziej mylnego
i za to należą się jego twórczyniom największe brawa. Amerykańskie akcenty przydają słuchowisku kolorytu i tworzą dla niego ramy kulturowe, ale przede wszystkim jest ono opowieścią o ludziach i zawiłościach ludzkiego życia. Bierze na warsztat i rozprawia się ze sprawami po ludzku uniwersalnymi: z uczuciami, z nadziejami, z zawodami, z istotnymi dla każdego pytaniami o to, co to znaczy być młodym i starym, rodzicem i dzieckiem, małżonkiem i kochankiem. Człowiekiem usiłującym efektywnie funkcjonować w danej mu współczesności, ale przecież zawsze i nieuchronnie obarczonym też bagażem przeszłości, tej bliższej, bo własnej i dalszej, należącej do naszych przodków. Utwór muzyczny otwierający każdy odcinek zapowiada, że „każdy znajdzie tu coś dla siebie”. Nie są to słowa na wyrost, a obietnica, z której twórczynie słuchowiska i jego aktorzy rzetelnie się wywiązują.
Na koniec jeszcze jedno odkrycie, którym, nim przejdziemy do wywiadu, chcę się z Państwem podzielić. Miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w jednej z prób przednagraniowych audioserialu „Na polskim trójkącie”. Przyszłam niemal niezapowiedziana, a mimo to
z miejsca otoczyła mnie serdeczna, rodzinna atmosfera. Znalazłam się w gronie bliskich sobie ludzi, którzy świetnie czują się w swoim towarzystwie, a temu co robią oddają całe serce. Czy można się więc dziwić, że udaje im się trafiać do naszych?
ESM: Jak wpada się na pomysł, żeby napisać słuchowisko?
MB i EF: Tak samo jak się w Polsce wpadało na kawę do koleżanki. Trochę po drodze, bez planu, a trochę z potrzeby przegadania najnowszych zdarzeń
w życiu.
Czyli generalnie na spontanie.
A bardziej serio: trzy lata temu założyłyśmy prywatną i niezależną oficynę wydawniczą pod nazwą Wydawnictwo Evergreen. Po pandemii chyba wszyscy byliśmy głodni spotkania z drugim człowiekiem oko w oko, więc w ramach działań wydawniczych zorganizowałyśmy spotkania zatytułowane „Opowiedz nam swoją historię”. Okazało się, że ludzie chcą się łamać tymi historiami jak opłatkiem, potrzebują je z siebie wydobyć,
a więc w pewnym sensie nadać im materię istnienia. Miałyśmy po jednym z takich spotkań „eureka moment”, że przecież na żadnym polonijnym rynku na świecie nie ma czegoś takiego jak słuchowisko, które dziś nazywamy podcastem, z Polakami emigrantami w rolach głównych! Na co więc było czekać? Burza dwóch mózgów, konspekt, portrety pierwszych bohaterów i… zaczęłyśmy pisać scenariusz audioserialu „Na polskim Trójkącie”. Jego tytuł ma podwójne dno. Przede wszystkim nawiązuje do historycznej nazwy polskiej dzielnicy w Chicago, natomiast to drugie dno jest… obyczajowe.

Ewa Figurski i Małgorzata Błaszczuk / fot.: Krzysztof Babiracki
Czym się inspirowałyście i z czego czerpałyście wskazówki zasiadając do pisania scenariusza?
Obie jesteśmy dziennikarkami i mamy za sobą wiele lat doświadczenia prasowego, telewizyjnego i radiowego, co nam bardzo zaprocentowało przy realizacji tego pomysłu. Obie współtworzymy scenariusz, więc korygujemy się nawzajem. Staramy się pilnować realiów ponglishu oraz reagujemy na bieżące wydarzenia. Ewa zajmuje się reżyserią całości, Małgorzata realizuje nagrania. Później ścieżki trafiają do profesjonalnych montażystów, a my siadamy do kolejnych wątków.
Premiera słuchowiska odbyła się 11 lutego 2023. Polonijnego audioserialu można słuchać za darmo na YouTubie, na FB, na stronie internetowej wydawnictwa pod zakładką podcasty oraz na wszystkich dostępnych platformach podcastowych. Premierowe odcinki pojawiają się co niedzielę. Jest więc ogromna dyscyplina planu produkcyjnego, by nie zawieść słuchaczy.
Co okazało się największym wyzwaniem, by doprowadzić projekt do realizacji?
Od początku towarzyszył nam twórczy entuzjazm, którym zaraziłyśmy naszych aktorów. To z kolei nas poniosło do realizacji pierwszych odcinków. Wyzwania zaczęły się pojawiać później i były i są związane przede wszystkim z czasem. Najpierw musimy wymyślić wątki, później napisać scenariusz najczęściej czterech odcinków, co wymaga sporego wysiłku, przeprowadzić próby
i w końcu nagrać. A proszę pamiętać, że wszyscy pracujemy, więc zgromadzenie 10-15 osób w jednym czasie jest nie lada wyzwaniem. Ale jak do tej pory nasi aktorzy nas nie zawiedli i – jak nam mówią – mają z udziału w tym projekcie równie dużą frajdę jak i my.
Co was motywuje do dalszego pisania, nagrywania i przecież także tradycyjnego wydawania książek?
Prosty fakt, że jesteśmy stuknięte. A mówiąc poważnie – puchniemy od pomysłów, z których przynajmniej część musimy zrealizować. Amen.
Czy tworząc Wydawnictwo Evergreen miałyście skrystalizowaną wizję tego, co będziecie oferować, czy jest wizja, która wciąż się rozwija?
Zakładałyśmy Evergreen z założeniem, by utrwalić jak najwięcej emigracyjnych opowieści. Mamy głębokie przekonanie, że jeśli nie nasze wydawnictwo, to kto? Swego rodzaju sportretowanie naszego momentu na tej długiej i bogatej linii czasu, którą rozpoczęli
w XIX w. polscy emigranci przypływający do USA, jest naszym leitmotifem we wszystkim, co w ramach działalności wydawniczej robimy. A więc: Kierunek Ameryka. Antologia opowieści emigracyjnych (osiemnastu autorów), Kalendarz emigracyjny ze zdjęciami polonijnych artystów fotografików, Ona po prostu zniknęła. Niewysłane listy do córki autorstwa Małgorzaty Palki, dwujęzyczny album fotograficzny Polskie Chicago. Kultowe miejsca chicagowskiej Polonii, wystawa „My emigranci@2024.Na polskim Trójkącie”, film (na podstawie słuchowiska) „Na polskim Trójkącie” przyjęty na Festiwal Filmu Polskiego w Los Angeles i nominowany do Hollywood Eagle Award, i tak dalej, i tak dalej.

Ewa Figurski i Małgorzata Błaszczuk / fot.: Krzysztof Babiracki

Jakie plany na najbliższą przyszłość?
Myśląc o najbliższej przyszłości, myślimy o ramie nowego roku. Najważniejszą pozycją roku 2025 jest historia pierwszej powojennej miss Polonia. Ta książka o Alicji Bobrowskiej, emigrantce mieszkającej w Los Angeles, to kawał historii Polski i nasz języczek uwagi
w planach wydawniczych.
Jakie macie oczekiwania w związku z działalnością wydawnictwa?
Oczekiwania wobec wydawnictwa, to tak naprawdę oczekiwania wobec nas samych. Chcemy zatem konsekwentnie tworzyć naszą emigrologiczną opowieść rozpisaną na wiele głosów. Mamy nadzieję, że nie zabraknie nam energii to jej snucia, bo że nie zabraknie nam pomysłów i tematów – tego jesteśmy pewne.
Czy kultura tworzona przez środowisko polonijne ma szansę wyjść poza to środowisko i dlaczego?
To bardzo dobre pytanie. Bo niby co jest gorszego w polonijnej kulturze, by nie miała szansy na zaistnienie na przykład w Polsce? Ale życie pokazuje, że jednak nie ma. W dużej mierze winę za to ponoszą stereotypy rodem z „Samych swoich”. Tylko że od tego czasu zmieniło się wszystko z Polonią jako taką. Stereotyp jednak nadal w Polsce funkcjonuje i ma się zupełnie dobrze, niestety. Potrzeba organicznej pracy, ogromnej determinacji z naszej strony i pieniędzy, żeby przebijać się z nową wizją o nas i naszą ofertą. Na szczęście ten proces już trwa i nieskromnie powiemy, że – wydając książki na światowym poziomie i realizując projekty z dbałością
o ich estetykę, jakość – jesteśmy jego częścią; w tej nowej fali jest też chicagowski Teatr Nasz Andrzeja Krukowskiego, który w tym roku objechał pół Europy, by pokazać swój eksperymentalny teatr tworzony przez polskich emigrantów w Chicago.
Jakie są największe przeszkody?
Każdy, kto dotknął jakiejkolwiek działalności kulturalnej bez dofinansowania i grantów (które często są mitem – to zresztą temat na osobną rozmowę) wie dokładnie, jakie są przeszkody. Rzecz w tym, by nie robić z siebie ofiary, tylko szukać sposobów i koniec końców robić swoje. Więc nie będziemy narzekać, bowiem to nic nie zmieni.
Gdybyście mogły wypowiedzieć trzy życzenia na nadchodzący nowy rok, co by to było?
Wydłużenie doby. A z życzeń bardziej realnych: by Polonia nowojorska przywiązała się do naszego audioserialu tak samo, jak chicagowska, i to trzecie życzenie – ostatnie – to należyte i należne docenienie działań kulturalnych i artystycznych tworzonych przez polskich emigrantów. To przecież także część polskiej kultury, dziś traktowanej po macoszemu lub z przymrużeniem oka. A przecież my jesteśmy serio.
CO O SŁUCHOWISKU MYŚLĄ TWORZĄCY JE AKTORZY?
Ania Włoch gra jedną z głównych bohaterek słuchowiska – Agnieszkę Jackowską, agentkę obrotu nieruchomościami, żonę Krzysztofa.
Ania Włoch: Dostając propozycję wzięcia udziału w słuchowisku nie miałam pojęcia z czym będę się mierzyć, bo przecież nie mam szlifów aktorskich. Po pół roku twierdzę, że to jest absolutnie dla mnie!
Ciekawym doświadczeniem jest wchodzenie w buty i świat Agnieszki, który przecież zna wiele kobiet, bo historie zawarte
w scenariuszu nie biorą się tylko z wyobraźni scenarzystek, ale przede wszystkim z życia.
Moim zdaniem historie, które przynosi każdy odcinek są uniwersalne; zdarzają się w życiu emigrantów, ale i rodaków w kraju
i dotyczą kobiet i mężczyzn, bo przecież miłość, zdrada, zazdrość, choroba, cierpienie są znane ludziom pod każdą szerokością geograficzną. Ale są też wątki właściwe dla nas, Polaków żyjących w Ameryce. Siłą słuchowiska „Na polskim Trójkącie” jest to, że scenariusz jest pisany na bieżąco, reagujemy na to co dzieje się w naszym sąsiedztwie, ale także u rodzin w Polsce. Każdego miesiąca dostajemy około stu stron tekstu. Za każdym razem podekscytowana czekam, co się u nas wydarzy, u nas, czyli u Agnieszki
i Krzysztofa Jackowskich.
Piotr Kukuła w słuchowisku gra Krzysztofa Jackowskiego, muzyka z Polski, w USA pracującego jako trucker.
Piotr Kukuła: Scenariusz słuchowiska jest naprawdę dobry. Kiedy zostałem zaproszony do tego projektu nie wiedziałem czego się spodziewać. Z początku starałem się zrozumieć, w którą stronę idziemy i czego tak naprawdę oczekują ode mnie scenarzystki.
W rezultacie słuchowisko przerosło moje oczekiwania. Oddaje bowiem atmosferę życia w naszym polonijnym środowisku tu i teraz. Przyznam, że niejednokrotnie zaskoczyły mnie zwroty akcji, nowe epizody, postacie kreowane przez naszą tak zwaną radiową, ciągle powiększającą się rodzinę. Słuchowisko to ciekawa forma splotu ludzkich losów z ciągle zmieniającą się rzeczywistością. Prawdopodobnie takich Krzysiów Jackowskich, jak postać, którą gram w słuchowisku, jest wielu. Ludzi dających sobie pozornie radę w otaczającym ich świecie. Posiadających obywatelstwo, pracę, rodzinę, przyjaciół, czyli żyjących jakby normalnie, a jednak… niekoniecznie do końca szczęśliwych. Nie jestem zawodowym aktorem, dlatego początkowo zderzyłem się z pewną trudnością odtwarzania postaci z cechami, których sam nie mam i niekoniecznie lubię u innych. Ale po pół roku od premiery naprawdę polubiłem Krzysztofa, który mierzy się z amerykańską rzeczywistością w polskim wydaniu.
(Rozmawiała Eliza Sarnacka-Mahoney; nowojorski tygodnik "Nowy Dziennik", styczeń 2025)
styczeń/luty '25 (23)
/ reportaż
Nie tylko Wielki Mur Chiński...
Fortyfikacje w Państwie Środka widzi się wszędzie
PAUL SALOPEK

Jedenaście lat marszu przez cały świat
– i przez szańce ludzkich umysłów. Wielki Mur Chiński to tylko jedna z licznych fortyfikacji, które można napotkać
w Państwie Środka.
– Czy mury działają?
Stoję na „dzikim murze”, fragmencie Wielkiego Muru Chińskiego – porzuconym, zniszczonym skraweczku umocnień długich na ponad 20 tysięcy kilometrów i składających się z wielu linii. Kiedyś broniły one dawnych chińskich państw przed sobą nawzajem i przed nomadami z krain Eurazji. Ten odcinek fortyfikacji w pobliżu Yanmenguan – Przełęczy Dzikich Gęsi – w środkowej części prowincji Shanxi nie został odrestaurowany na potrzeby turystów.
Niepokojące, obłożone kamieniem szańce mierzą niespełna osiem metrów. Osypują się tu i tam, pozarastały je suche trawy. Łyse, zerodowane grzbiety pasma Hengshan falują niczym ogromny brązowy kręgosłup. Towarzyszy mi Wang Wei, profesor archeologii
z uniwersytetu w Taiyuanie. To niezmordowany piechur – prawdziwa z niego górska kozica.
– Tak, uważam, że mury działają – odpowiada Wang, przekrzykując dmący znad Mongolii wicher. – Ten świetnie spełniał swoją funkcję, i to przez setki lat.
– Gdy widzę mur graniczny, dostrzegam w nim dowód politycznej porażki – upieram się.
– Zgoda. Bywa i tak.
Marsz śladem dawnych i obecnych ludzi
Wędruję przez Chiny. To jedenasty rok mojej długiej podróży przez cały świat: Out of Eden Walk. Wsparty radami archeologów, paleontologów, genetyków i historyków, na piechotę odtwarzam szlaki, którymi ludzie w epoce kamienia rozprzestrzenili się z Afryki. Po drodze przyglądam się bieżącym wydarzeniom z perspektywy długiego trwania. Szukam źródeł newsów z ostatniej chwili na zapomnianych gmachach historii.
Od 2013 r. maszeruję przez świat coraz silniej zjednoczony gospodarczo, ale pod względem politycznym trzeszczący w szwach. Głęboko pod moimi stopami ewidentnie się coś porusza.
Moje obserwacje – mimo że poczynione z nietypowej perspektywy piechura, prącego naprzód z prędkością pięciu kilometrów na godzinę – nie są oryginalne. Owszem, globalizacja dała nam tajską kuchnię fusion i tańsze nike’i, ale przede wszystkim uczyniła elity i międzynarodowe korporacje niewiarygodnie bogatymi.
Towary krążą po świecie bez żadnych ograniczeń. Ale ludzie – i ich marzenia – nie zostali zglobalizowani. Wiele z przeszło 280 milionów osób, które żyją dziś poza swym krajem urodzenia – to rekord wszech czasów – nie wyjechało za granicę, powodowane jakimkolwiek poczuciem globalnego braterstwa.
Z domu wygnały ich stagnacja, bieda (często wywołana przez globalizację), wojny i kryzys klimatyczny. (Pamiętacie te durne przewidywania sprzed lat, że kraje, w których działają McDonaldy, nie będą toczyć ze sobą wojen?). Zwykli ludzie, których spotykam na swej nieskończenie długiej marszrucie, są często rozczarowani stanem zjednoczonego rzekomo świata – o ile kwestia ta w ogóle zaprząta ich myśli. I wszędzie widzę rosnące mury.
Dawno temu w Chinach

Widok z wieży w prowincji Shanxi w stronę mongolskich stepów / Fot. Paul Salopek
Mój towarzysz, profesor Wang, specjalista od dynastii chińskiej Ming – ostatniej, która w XIV w. istotnie rozbudowała potężny mur na Yanmenguan przeciw armiom jeźdźców ze stepu – patrzy na to z perspektywy dynamicznej, burzliwej epoki Szesnastu Królestw. W tamtych czasach, czyli IV–V w. n.e., północne Chiny były rozbite na nieduże, ambitne, nieustająco walczące o pozycję i szybko przemijające państewka. Często wielokulturowe, zamieszkane i przez ludy tureckie, mongolskie czy tybetańskie, i przez Hanów.
Wielki Mur Chiński liczy najprawdopodobniej 21 196 km. Stał się symbolem Chin, niemal godłem imperium. Jego wizerunek jest, chociażby na tak ważnym dokumencie, jak wiza. Pojawia się też na większości pocztówek wysyłanych z Chin. Spacer po odrestaurowanym fragmencie Wielkiego Muru Chińskiego w Badalingu, niedaleko Pekinu, jest obowiązkowym punktem programu podczas wizyty w Chinach.
Budowa i ukończenie Wielkiego Muru zajęło ponad 2000 lat. Archeolodzy wskazują, że początek prac sięga VI-VIII w. p.n.e. Co ciekawe, mur, jaki znamy dziś, powstał dopiero w XV w. Były to czasy panowania dynastii Ming. Ostatni fragment budowli zbudowano stosunkowo późno, bo dopiero w 1878 r. Ważną postacią w historii muru jest pierwszy cesarz z dynastii Qin, czyli Qin Shi Huang. To za jego czasów rozpoczęto budowę wielkiego pasa fortyfikacji na północy Państwa Środka. Największym sukcesem tego władcy było jednak zjednoczenie ziem chińskich i utworzenie cesarstwa w 221 r. p.n.e. Co ciekawe, to w pobliżu grobowca tego właśnie władcy odkryto słynną terakotową armię.
Po wiekach zapomnienia, opieraniu się erozji i siłom natury, polityce Mao, który nawoływał chłopów do rozbiórki muru, historyczna budowla zyskuje jednak drugą młodość. Powstają plany odbudowy muru
w kolejnych miejscach.
W okolicach chińskiej stolicy zwiedzać można pięć fragmentów „kamiennego smoka”. Odwiedza je rocznie ok. 14 mln turystów. Zyski firmy obsługującej ruch turystyczny na murze – z biletów wstępu
i gadżetów – są porównywalne do tych osiąganych przez giełdowe spółki.
Co ciekawe, nie każdy Chińczyk zachwyca się słynną budową. W świadomości osób mieszkających
w głębi imperium panuje przekonanie, że mur to coś bezużytecznego i niekoniecznie dobrego. To dlatego, że oprócz niewolników w pracach musieli uczestniczyć żołnierze i chłopi. Wielu z nich zginęło.
Niepokojące wieści płyną z Chin: szacuje się, że mniej niż 20 proc. Wielkiego Muru z czasów cesarzy Ming jest w dobrym stanie. Poza tym nie dość, że mur się rozpada, to znika. Raporty z Państwa Środka alarmują, że nie ma już około połowy budowli
w porównaniu z latami jego świetności.
Na niektórych odcinkach, mimo prawnej ochrony ze strony państwa, jest on rozbierany przez mieszkańców cegła po cegle. Po co? Z pozyskanego materiału powstają domy i budynki gospodarcze. Kilka lat temu w chińskiej prasie komentowano
i piętnowano podobny wandalizm. Chodziło
o sytuację, w której prawie 100-metrowy kawał muru we wsi Xinxing w północnych Chinach został użyty jako kruszywo do budowy drogi. Lokalny samorząd został ukarany grzywną o równowartości 50 tys. dol., ale cenny zabytek i tak obrócił się w nicość,
a raczej w bitą drogę.
– Żyło się wtedy ciekawie, ale niełatwo, jak to w okresach niepokojów – opowiada Wang. – Wraz z obcymi wpływami pojawiały się okazje do handlu i zarobku. To jak dzisiejsza globalizacja: wszystkim daje nadzieję, ale prowadzi też do wstrząsów. Ma swoją cenę. Świat na przemian otwiera się i zamyka, ludzie chłoną nowości, a potem się wycofują. To cykliczny proces. Może coś jak małżeństwo. Na pewnym etapie osiągasz sytą stabilizację, ale ten stan pozbawia cię podniet. To ludzkie.
Wang wdrapuje się na ruiny dzikiego muru. Prowadzi mnie do maleńkiej szczeliny w kamiennej barierze. Ciasny tunel u stóp grubej na ponad dziewięć metrów ściany jest ledwie widoczny. Z trudem mieści się w nim jedna osoba, i to zgięta w pół. Było to sekretne wyjście i wejście dla zwiadowców i szpiegów.
Pierwszy mur
Na pierwszy mur na trasie mojej wędrówki przez świat natknąłem się 11 lat temu. W Wielkim Rowie Afrykańskim, na słabo oznakowanej, pustynnej granicy między Etiopią a Dżibuti.
Wraz z przewodnikami, pasterzami wielbłądów z ludu Afarów, zostaliśmy zatrzymani przez dżibuteńskich żandarmów, gdy przypadkiem nielegalnie przekroczyliśmy granicę. Afarowie nie chcieli niestety zaufać w tej materii wskazaniom mego GPS-u. Wkurzeni strażnicy kazali nam tłuc się kilometrami w obezwładniającym upale, by w naszych paszportach przystawiono jak należy pieczątki potwierdzające wyjazd z kraju. Nie mam o to do mych pasterskich towarzyszy pretensji.
Towary oferowane przez armię spoconych naciągaczy po etiopskiej stronie granicy: indżera, czyli placek z teffu,
coca-cola, herbata, kawa, orzeszki ziemne, cukierki, doładowania do telefonów, prezerwatywy pakowane po dwie, papierosy na sztuki, piwo i naręcza odurzających liści khatu przywożone codziennie ciężarówkami z wyżyn. Towary oferowane przez naciągaczy po stronie dżibuteńskiej: dokładnie to samo.
Dzielącym ich „murem” był szlaban z wygiętej rury, podnoszony i opuszczany przez sobiepańskich strażników w poprzek skwarnej szosy. Jak okiem sięgnąć, nie dało się dostrzec jakiejkolwiek innej bariery oddzielającej oba kraje. Wszędzie wokół była pustynia. Granice wyznaczające linie najtrudniejszej do przezwyciężenia topografii naszej planety? Pożłobione fałdy ludzkiego umysłu.
Szczelny jak mur?
Profesor Luo Xin, znakomity historyk z Uniwersytetu Pekińskiego, natrafił w odmętach archiwów cesarstwa chińskiego na następujący dialog.
Jest to zachowana do naszych czasów rozmowa Hanów, żołnierzy trzymających wartę na Wielkim Murze (chińskie umocnienia bywały często tak szerokie, że mieścił się na nich trakt, którym ramię w ramię mogło maszerować 10 piechurów lub jechać pięciu konnych)
i samotnego jeźdźca, który wyłonił się z zielonego bezmiaru mongolskich stepów.
– Przyjechałeś nas szpiegować? – krzyczy do intruza żołnierz.
– Tak! – odkrzykuje jeździec. – Jestem tu, by znaleźć słabe punkty przed kolejnym atakiem.
– Ej, brzmisz jak Han, a nie jak Mongoł! – dziwi się wartownik.
– Zgadza się. Po tej stronie traktują mnie znacznie lepiej!
– Przekonanie, że Wielki Mur Chiński był szczelną, oddzielającą ludy barierą, jest błędne – wyjaśnia Luo. – Zdarzali się Mongołowie uprawiający ziemię po chińskiej stronie i Hanowie handlujący po mongolskiej. To skomplikowane. Ujmując to inaczej: mury próbują osaczyć nasze człowieczeństwo. Ale nigdy im się to nie udaje.

Archeolog Wang Wei przygląda się pozostałościom Wielkiego Muru Chińskiego w odległej prowincji Shanxi / Fot. Paul Salopek
Mur, który powstał w jeden dzień
Lata temu, gdy wędrowałem z Zachodniego Brzegu do kontrolowanej przez Izrael Jerozolimy, dotarłem do niesławnego „muru separacyjnego”. To onieśmielająca, ośmiometrowa ściana z betonowych płyt, wijąca się pomiędzy terytoriami palestyńskimi a izraelskimi. Doskonale widać ją na zdjęciach satelitarnych.
Pokrywają ją wściekłe graffiti: znaki i klątwy, wiersze i drwiny, krzyki rozpaczy
i wieszczby zaklinające przyszłość. Zaporę wzniesiono, by po drugiej intifadzie trzymać palestyńskich zamachowców-samobójców z dala od Izraela.
– Postawili ten mur w 2003 roku, w jeden dzień – wspominała Claire Anastas, chrześcijanka z pobliskiego Betlejem. Jej dom stał okrakiem na granicy. Nie chciała się wynieść. Więc izraelskie władze otoczyły jej dom z trzech stron potężnym murem, postawionym na wyciągnięcie ręki od okien. – Rano dzieci poszły do szkoły, a gdy wróciły, dom był w potrzasku – opowiadała.
– Ty! – zabrzęczało z głośnika na posterunku kontrolnym. Stałem przy wykrywaczu metali. Wokół żywego ducha. Rozglądałem się zdezorientowany.
– Tak, ty!
– Gdzie jesteś? – zapytałem. – Nikogo nie widzę.
– Za tobą! Za szybą! Co niesiesz w plecaku?
– Laptopa, kamerę wideo, dyktafon, telefon satelitarny…
– Skąd?
– Z Etiopii.
– Nie! Skąd jesteś?
– Ze Stanów Zjednoczonych.
– Witamy w Izraelu.
Mury są wszędzie
Nim wybierzemy się na dziki mur, archeolog Wang Wei spotyka się ze mną
w Pingyao – niewiarygodnie pięknym i doskonale zachowanym zabytkowym
-
Prawdą jest, że z materiałów użytych do budowy muru można by postawić około 210 piramid Cheopsa.
-
„Wielki Mur Chiński” to europejska nazwa. Została nadana przez Anglików w XIX wieku. Chińczycy mówią o nim Wànli Chángchéng, czyli Mur 10 Tysięcy Li. 10 tysięcy oznacza u Chińczyków coś nieskończonego. Li to jednostka miary.
-
Budowli nie widać z Księżyca. Kosmiczny mit, który mówił, że Wielki Mur Chiński jest widoczny z kosmosu, narodził się już w XVIII wieku. W 1932 roku spopularyzował go podróżnik Richard Halliburton.
-
Powstał, by chronić przed wrogiem. Pierwsze fragmenty zabytku pochodzą z czasów ok. V–VIII wieku p.n.e. Był to okres Walczących Królestw. Wały z ubitej ziemi miały grodzić przed wrogami. Wrogie plemiona ze stepu też się grodziły.
-
Zbudowano go dzięki niewolniczej pracy. W budowę muru zaangażowanych było nawet 3,5 mln ludzi. Kiedy umarł cesarz Qin, jego dynastia upadła. Przyczyną było niezadowolenie ludzi z niewolniczej pracy przy murze. Według niektórych źródeł przy wznoszeniu „ściany” życie straciło nawet milion osób.
-
W ścianach nie zamurowano kości zmarłych robotników. Do dziś w chińskich opowieściach żywa jest legenda z czasów cesarza Qin Shi Huangdi o niejakiej Meng Jiang. Jej mąż został wezwany przez okrutnego cesarza do pracy, po czym zmarł z wycieńczenia. Żona płakała przez 10 dni, aż fragment muru runął i odsłonił kości nieboszczyka. Ta opowieść ma wiele wersji – w jednej z nich Meng Jiang rzuca się nawet do rzeki, bo cesarz okrutnik zamierzał ją poślubić. W każdym razie nieprawdą jest, że w murze byli chowani zmarli robotnicy. Ówcześni inżynierowie wiedzieli, że rozkładające się ciała mogłyby osłabić strukturę budowli. Tak jak nasiona, które znalazłyby się w ubitej ziemi.
-
Mur powstał na... ryżu. To prawda. Zaprawa do cegieł zawierała mączkę ryżową. Znana jest i wciąż używana technologia produkcji cegieł. Niestety fortyfikacja nie zdała egzaminu. Ogrodzone od świata północne Chiny najeżdżały między innymi ludy mongolskie i mandżurskie.
-
Nie ma jednego muru. Tak naprawdę mur ma wiele odcinków, które zostały zbudowane w różnym czasie i różnymi technikami. Na pustyni Gobi budowano ze żwiru i gałęzi czerwonej wierzby. W niektórych miejscach kamienna budowla pnie się w górę pod kątem 75 stopni. Najdłuższy fragment ma około 8850 kilometrów.
mieście z XIV w. w prowincji Shanxi. Brygady robotników rozkopują tu stare brukowane uliczki, by wyłożyć je bardziej „autentycznym” kamieniem. W sklepach sprzedają lody. W niektórych turyści mogą wypożyczyć stroje z epoki Ming i się w nich poprzechadzać. Komórkami robią sobie selfie z misternie wykonanymi parasolkami.
W czasach dynastii Ming i Qing Pingyao było ważnym ośrodkiem handlu. Otaczają je – jak większość dawnych chińskich miast – wysokie mury.
Podczas wędrówki przez Chiny mury widzi się wszędzie. Te w Pingyao to wysokie ściany z kamienia, z sześcioma bramami, czterema wieżami, 72 strażnicami i blankami z 3000 zębów, symbolizujących 3000 uczniów Konfucjusza.
– W dawnych Chinach najważniejszym zasobem byli ludzie – wyjaśnia Wang Wei. – To spośród poddanych rekrutowali się rolnicy
i żołnierze. Kto panował nad ludźmi, panował nad wszystkim.
Wychodzimy z miasta plątaniną wąskich uliczek. Gdy przechodzimy pod łukiem północnej bramy, Wang dodaje: – Przez tysiące lat to właśnie był dla Chińczyków cały Wszechświat. Tysiące lat żywotów spędzonych właśnie na tych uliczkach. Ten mur wyznaczał skraj znanego świata. Co było za nim? Nic.
Czas jest murem. I być może życie także
Maszeruję dalej wraz ze swym chińskim towarzyszem. Mijamy szpalery tykowatych, bezlistnych topoli o jasnej korze, sterczących
z ziemi jak sztachety w płocie. We wsiach krzyczą do nas wymalowane na murach urzędów slogany: „Zapalisz ogień. Pójdziesz do więzienia!“. Albo: „Brawo lokalne banki! Depozyty przekroczyły 16 miliardów renminbi”. I jeszcze: „Nowe idee. Nowa wizja. Nowy przywódca”. Z wysokich, ochrowych ścian doliny, które trzymają w ryzach Rzekę Żółtą, słychać dudnienie eksplozji: to robotnicy przedłużają linię kolejową.
Nigdy nie zapomnę wsi Mahuaping. Jej ciche ulice przemierzamy w gęstniejącym mroku. W zasadzie nie widać tu murów. To typowa osada z Wyżyny Lessowej, jakich wiele w rolniczych środkowych Chinach. Wiele domów pamięta tu bardzo dawne czasy. To ręcznie drążone pieczary, nazywane yaodong.
Piękne, misterne framugi okien są potrzaskane, bo niemal wszystkie domostwa opustoszały. Mieszkańcy porzucili je dla wieżowców w miastach. Widzimy plecione z gałęzi spichrze. Stare granitowe żarna, porzucone pośród zielska. Na wpół zdziczałe sady głożyny. Jeszcze 20, może 25 lat i to wszystko przeminie. Przeminie i zostanie zapomniane.
– A wy kto? – woła za nami z progu podejrzliwa staruszka. – Czego tu szukacie? – Trwa tu jak rozbitek. Może jako ostatnia we wsi.
– Rut, gdzie ty jesteś? [nawiązanie do biblijnej Księgi Rut 1:16 – przyp. red.] – mówię do siebie na głos, idąc naprzód. Myślę o ludzie moim – tych, którzy poszli przede mną, gdzieś na drugą stronę muru. I nie przerywając marszu, macham do niej. (National Geographic)
styczeń /luty'25 (23)
/ nauka/kosmos
Czy w każdej legendzie jest ziarno prawdy? Zwierzę o nazwie Smok wawelski istniało naprawdę. Naukowcy z Uniwersytetu Uppsali twierdzą, że miażdżyło i zjadało kości swych ofiar.
Smok wawelski to tzw. archozaur. Żył 210 milionów lat temu i był dalekim przodkiem krokodyli i ptaków. Ten konkretny gatunek naprawdę figuruje w rejestrach paleobiologów pod łacińską nazwą Smok wawelski. Gdzie „Smok” jest rodzajem, a „wawelski” konkretnym gatunkiem.
Co ciekawe, szczątki smoka odnaleziono na terenie Polski w 2006 roku. Jego odkrywcami są polscy uczeni: Grzegorz Niedźwiedzki, Tomasz Sulej i Jerzy Dzik. Szczątki znaleziono w pobliżu wsi Lisowice w województwie śląskim.
Smok wawelski był dwunożnym stworzeniem potrafiącym osiągać rozmiar nawet do 5–6 metrów. Z tego blisko 50–60 centymetrów przypadało na czaszkę. Jego zęby miały 10 centymetrów długości.
Nazwa gatunkowa zwierzęcia wzbudziła kontrowersje. Odkrywcy nadali ją, łamiąc przyjęte w biologii konwencje. Jako nazwę łacińską podali istniejącą w języku polskim frazę. Oczywiście nawiązującą do legendarnego smoka.
Pradawny smok zjadał kości
Nie tylko nazwa zwierzęcia jest fascynująca. Naukowcy z Polski i Szwecji zwrócili uwagę na jego wyjątkowe zachowanie, nawet jak na smoka. Z analizy koprolitów (czyli skamieniałych odchodów) zwierzęcia wynika, że potrafiło miażdżyć i kruszyć potężnymi zębami kości dużych zwierząt.
Dzięki temu zdobywało pożywny szpik oraz zawartą w nich sól. Tego typu praktyka jest częsta u ssaków, np. u hien. Jednak rzadko spotyka się ją u archozaurów.
Większość mięsożernych prehistorycznych gadów wykorzystywała swoje ostre jak brzytwy zęby do odrywania mięsa z ciała ofiar. Zdecydowanie rzadziej kruszyły nimi kości. Wyjątkiem może być rodzina tyranozaurów, z której najbardziej znany jest oczywiście Tyrannosaurus rex.
Trzy koprolity przypisywane temu gatunkowi zostały zanalizowane metodą mikrotomografii. Dzięki temu odtworzono zawartość posiłków smoka w wersji trójwymiarowej. Próbki w 50% zawierały kości wielkich płazów i młodych dicynodontów (gadów ssakokształtnych).
Do tego znaleziono kilka zębów ewidentnie należących do „producenta” próbek. To oznacza, że były one prawdopodobnie w ciągu życia regularnie ścierane podczas gryzienia twardych pokarmów i zastępowane nowymi. Na kościach zidentyfikowanych w próbkach widać wyraźne ślady zębów.
Smok był podobny do tyranozaura
W opublikowanej w czasopiśmie naukowym „Scientific Reports” pracy możemy przeczytać, że Smok wawelski żył 140 milionów lat przed nastaniem tyranozaurów w Ameryce Północnej. Był do nich zresztą podobny. Miał masywną głowę, co było typowe dla miażdżących kości gadów.
Możemy zatem być pewni, że na terenach dzisiejszej Polski wiele milionów lat temu polowały ogromne i niesamowite bestie, potężne gady zdolne do kruszenia kości ostrymi zębami. To chyba wystarczająco, by nazwać je smokami, prawda? Zianie ogniem możemy sobie odpuścić.
Legenda o smoku wawelskim
Według legendy smok wawelski żył na terenie dzisiejszego Krakowa. Miał zamieszkiwać Smoczą Jamę pod Wawelem. Był groźnym drapieżnikiem, polującym na zwierzęta gospodarskie i ludzi. Potrafił też ziać ogniem.
Tak o legendarnym zwierzęciu pisał kronikarz Wincenty Kadłubek: „Był bowiem w załomach pewnej skały okrutnie srogi potwór, którego niektórzy zwać zwykli całożercą. Żarłoczności jego każdego tygodnia według wyliczenia dni należała się określona liczba bydła. Jeśliby go mieszkańcy nie dostarczyli, niby jakichś ofiar, to byliby przez potwora pokarani utratą tyluż głów ludzkich”. To najstarszy znany zapis legendy o smoku. Pochodzi z 1205 roku.
Jedynym sposobem na zabicie smoka miało być podrzucenie mu ciała owcy wypchanego smołą i siarką. Zależnie od wersji legendy, mieli tego dokonać synowie Grakcha, zwanego inaczej Krakiem, czyli mitycznego założyciela Krakowa. W innym wariancie zrobił to sam Krak. Późniejsze przekazy mówią o szewcu, który wpadł na taki pomysł zabicia bestii.
Smok wawelski stał się elementem polskiej kultury. Trafił do bajek, filmów i komiksów. W Krakowie przed Smoczą Jamą stoi ziejąca ogniem rzeźba potwora. (ms; źródła: Scientific Reports, EurekAlert, National Geographic)
/ nauka/kosmos
styczeń /luty'25 (23)
IGOR SZULIM
O syndromie paryskim czy syndromie sztokholmskim słyszało wielu. Ale kto wie, czym jest syndrom Stendhala? Jak się okazuje, zjawisko, które od dawna budzi spore kontrowersje, dotyka coraz większą liczbę turystów.
Na świecie znajdziemy wiele popularnych miejsc turystycznych, które potrafią rozczarować nawet najmniej wymagających wczasowiczów. Przykładem może być chociażby Paryż, czyli jedno z najchętniej odwiedzanych miast globu. Niestety, wyidealizowany obraz stolicy Francji z komedii romantycznych czy mediów społecznościowych rzadko ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.
Skutki rozczarowania Paryżem mogą być bardzo dotkliwe. Przekonali się o tym podróżni, którzy po przybyciu nad Sekwanę, padli ofiarą powszechnie znanego syndromu paryskiego. Z powodu zawodu „miastem miłości” u turystów – szczególnie pochodzenia japońskiego – pojawia się szereg objawów psychosomatycznych, charakterystycznych dla osób zmagających się z depresją lub zaburzeniami lękowymi.
Głównymi czynnikami wpływającymi na wystąpienie tego typu objawów są:
- zbyt duże oczekiwania,
- bariera językowa,
- różnice kulturowe,
- wyczerpanie fizyczne wywołane długą podróżą czy całodniowym zwiedzaniem metropolii.
O ile o syndromie paryskim wiemy stosunkowo wiele, tak syndrom Stendhala – na który także skarżą się podróżni – wciąż trapi naukowców i wywołuje wiele teorii. Czym tak właściwie jest? Jakie są jego objawy? Kto na niego cierpi i dlaczego? Szczegóły do sprawdzenia poniżej.
Kim był Stendhal?
Zanim poznamy odpowiedź na pytanie, czym jest syndrom Stendhala, dowiedzmy się kim był ów Stendhal. Marie-Henri Beyle, bo tak brzmi jego pełne imię i nazwisko, to francuski pisarz epoki romantyzmu i prekursor realizmu w literaturze. Największą popularność przyniosły mu wydane odpowiednio w 1830 i 1839 roku powieści „Czerwone i czarne” (która decyzją Kościoła trafiła do indeksu ksiąg zakazanych) oraz „Pustelnia parmeńska”.
Oba dzieła Stendhala doczekały się polskiego przekładu. Za ich tłumaczenie odpowiedzialny był m.in. Tadeusz Boy-Żeleński.
Stendhal zasłynął jednak nie tylko z wybitnej twórczości. W 1817 r. francuski pisarz w swoim pamiętniku opisał to, czego doświadczył podczas pobytu we włoskiej Florencji. Jak sam przyznał, obcowanie z tamtejszą sztuką było dla niego ogromnym przeżyciem, które doprowadziło go do „gwałtownego kołatania serca”.
Wizyta w jednym z najstarszych muzeów w Europie, czyli galerii Uffizi, a także podziwianie grobu Dantego w kościele Świętego Krzyża oraz słynnej rzeźby Dawida autorstwa Michała Anioła wywołała u Beylego tak duże emocje, że kilka kolejnych dni musiał spędzić w łóżku z podniesioną temperaturą. Z czasem florenccy lekarze zaczęli odnotowywać coraz większą liczbę osób borykających się z podobnymi objawami, co Stendhal.
Czym jest syndrom Stendhala?
Syndrom Stendhala, znany także jako syndrom florencki, to efekt silnej reakcji organizmu na widok zapierających dech w piersi zabytków, zgromadzonych na niewielkiej powierzchni. Zjawisko opisane zostało na przełomie lat 70. i 80. minionego wieku przez włoską psychiatrkę Graziellę Magherini ze szpitala Santa Maria Nuova.
Pierwszego pacjenta, który – jak autor „Czerwonego i czarnego” – odczuwał liczne dolegliwości po obcowaniu z miejscową kulturą
i innymi przejawami artystycznej kreatywności, zdiagnozowano kilka lat później. Choć podobne przypadki były odnotowywane
w różnych częściach globu, na objawy syndromu Stendhala mieli się skarżyć przede wszystkim turyści odwiedzający Florencję. Szacuje się, każdego roku hospitalizowanych jest ok. 20 turystów spędzających urlop w stolicy Toskanii.
– Te ikoniczne dzieła są naprawdę przytłaczające. Niektórzy ludzie tracą orientację – to może być zdumiewające. Często widziałam, jak ludzie zaczynają płakać – przyznaje Simonetta Brandolini d'Adda, prezeska fundacji Friends of Florence, cytowana przez BBC.
Świat nauki do dzisiaj jest jednak podzielony, czy syndrom florencki tak naprawdę istnieje. Dotychczasowe badania nie dały jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Ponadto niektóre przypadki, powszechnie uznane za syndrom Stendhala, w rzeczywistości nie były spowodowane wspaniałością florenckiej sztuki.
W 2018 roku jeden z turystów podziwiający obraz Botticellego „Narodziny Wenus” stracił przytomność. Media natychmiast zaczęły się rozpisywać o kolejnym dowodzie na istnienie syndromu Stendhala. Właściwa diagnoza okazała się zupełnie inna – mężczyzna chorował od dłuższego czasu i doznał ataku serca, ale wszystko skończyło się dobrze.
Objawy syndromu Stendhala
Syndrom Stendhala uznawany jest za rodzaj zaburzenia somatoformicznego. Wśród jego najbardziej charakterystycznych objawów można wymienić:
- znaczne przyspieszenie czynności serca,
- zawroty głowy,
- utratę równowagi,
- dezorientację.
(National Geographic)
/ nauka/kosmos
styczeń /luty'25 (23)
MATEUSZ ŁYSIAK
Jak na razie życie na Marsie czy innych planetach wydaje się abstrakcyjne. Mimo to naukowcy z Wielkiej Brytanii już wiedzą, jak mogłyby powstawać marsjańskie miasta.
Eksploracja kosmosu służy poznawaniu Wszechświata. Nie brakuje głosów, jakoby astronomowie nie tylko szukali życia na innych planetach, ale też miejsca do życia dla ludzi. Według NASA do 2030 Ziemianie będą mogli mieszkać i pracować na naszym satelicie – Księżycu. Czy to oznacza, że era przeprowadzek w kosmos staje się coraz bardziej realna? Za wcześnie na snucie takich wizji. Naukowcy szykują się jednak na różne scenariusze.
Tak miałyby powstawać marsjańskie miasta
Brytyjscy naukowcy opracowali nowy rodzaj betonu. Materiał miałby znaleźć zastosowanie w budownictwie nie tylko na Ziemi, ale też na innych ciałach niebieskich Układu Słonecznego. Innowacyjny budulec powstał z połączenia skrobi ziemniaczanej
i materiału imitującego pył, jaki znajduje się na Marsie czy Księżycu.
Taki miks okazał się znacznie mocniejszy od zwykłego betonu. Nazwano go StarCrete. Ma być jeszcze silniejszy po dodaniu chlorku magnezu. Tę sól można pozyskać zarówno z łez astronautów, jak i powierzchni Marsa.
Wcześniejsze prace naukowców z University of Manchester wykazały, że „gwiezdny beton” można wytworzyć także z krwi lub moczu astronautów.
Oczywiście niezbędnym składnikiem nadal był marsjański lub księżycowy pył. Aby jednak oszczędzić przyszłych eksploratorów kosmosu, postanowiono wykorzystać ziemniaki. Skrobia ziemniaczana i tak zapewne będzie wykorzystywana do przygotowania pożywienia dla astronautów. Sensowne było więc sprawdzenie jej dodatkowych zastosowań.
– Aktualnie technologie budowlane wciąż wymagają wielu lat rozwoju, znacznego zużycia energii oraz dodatkowego ciężkiego sprzętu przetwarzającego. To zwiększa koszt i złożoność misji. StarCrete nie potrzebuje tego, więc upraszcza misję i czyni ją tańszą
i bardziej wykonalną – tłumaczy w oświadczeniu kierownik projektu, dr Aled Roberts, pracownik naukowy w Future Biomanufacturing Research Hub.
„Gwiezdny beton” rewolucją w budownictwie?
StarCrete ma jeszcze jedną, dość istotną zaletę. O wiele bardziej komfortowo będzie zamieszkać w domu z ziemniaka niż konstrukcji z moczu i strupów. Z szacunków badaczy wynika, że do produkcji 213 cegieł potrzebne będzie 25 kilogramów odwodnionej skrobi ziemniaczanej. Budowa domu z trzema sypialniami miałaby pochłonąć 3 razy więcej materiału.
Dr Aled Roberts i jego zespół stworzyli start-up mający na celu nie tylko ulepszenie StarCrete, ale też potencjalne zastosowanie go na Ziemi. „Gwiezdny beton” może być bardziej ekologiczną alternatywą dla wszechobecnego budulca. Produkcja betonu odpowiada dziś za 8% globalnej emisji dwutlenku węgla. Tymczasem StarCrete można przygotować w zwykłym piekarniku, a nawet w kuchence mikrofalowej. Dzięki temu cały proces jest o wiele bardziej energooszczędny.
To nie jedyny pomysł na kosmiczne budownictwo. NASA finansuje też badania nad inną technologią. Dzięki niej będzie można wyprodukować cegły na Marsie za pomocą bakterii i pleśni.
Czy życie na Marsie jest możliwe?
Według astronomów Mars niemal całkowicie stracił atmosferę, gdy zanikło jego pole magnetyczne około 4 miliardów lat temu. Bez atmosfery nic nie mogło zapobiec parowaniu wody z Marsa, a następnie utracie jej w przestrzeni kosmicznej. To miało uniemożliwić życie na Czerwonej Planecie.
Jednak ostatnie badania modelujące warunki życia na starożytnym Marsie sugerują, że jego wnętrze wcale nie musi być martwe jak powierzchnia. Możliwe, że życie wyewoluowało tam i nadal istnieje. Czy tak jest? Odpowiedź mogą dać kolejne misje marsjańskie.
/ muzyka filmowa
styczeń/luty'25 (23)
Wyżywam się w muzyce,
jak nie zawsze w życiu

Wojciech Kilar
Jego „Orawa” znalazła miłośników w filharmonii, „Angelusem” ludzie się modlą, „Krzesany” jest niezmiennie synonimem zachwytu nad potęgą gór. „Polonez” z Pana Tadeusza wyszedł dumnie poza kino, a „Pieśń o małym rycerzu” stała się balladą-hymnem kadry siatkarzy. Żadnemu innemu polskiemu twórcy nie udało się dotrzeć do tak szerokiego grona odbiorców. Wojciech Kilar „uruchamiał w innych poczucie, że mają
do czynienia z kimś lub czymś znajomym” – pisze Magda Miśka-Jackowska, autorka najnowszej biografii artysty. Publikujemy jej fragment.
Tylko z wielkimi
Jeśli dotąd nie udało się przedstawić Wojciecha Kilara jako potencjalnego bohatera barwnej filmowej opowieści, to może uda się teraz? Kulisy jego przygody
z kinem hollywoodzkim to wstrząsający rozdział w jego biografii. Potwierdziło się wysokie miejsce artysty w światowej muzyce, powstały wyśmienite kompozycje,
a ponieważ ten okres trwał krótko, pozostawił uroczy niedosyt. Efekty pracy dla wielkiego zagranicznego kina dają muzyce Kilara nieśmiertelność trudno osiągalną dla współczesnych twórców niepiszących do filmu. Te utwory będą trwały tak długo, jak obrazy, do których zostały skomponowane. Nic nie wskazuje na to, aby sława „Draculi” zbladła, co więcej, wciąż coś nowego się wokół tego filmu dzieje.
Tak jak wszystko w jego życiu, tak i tutaj wydarzenia rozegrały się trochę na jego warunkach. U kompozytorów, którzy latami łączą pracę filmową z twórczością symfoniczną bądź kameralną, a w każdym razie autonomiczną, następuje zwykle jakieś załamanie. Przesyt. Doświadczył tego laureat dwóch Oscarów Ennio Morricone. Włoski artysta co 10 lat obiecywał żonie, że dość z tym kinem. Nigdy nie dotrzymał słowa.
Zanim jednak doszło do spotkania Kilara z reżyserem „Draculi”, kompozytor najzwyczajniej w świecie się zmęczył. W 1990 roku skończył pracę z Wajdą nad czarno-białym filmem „Korczak” według scenariusza Agnieszki Holland i ze wspaniałą kreacją Wojciecha Pszoniaka. Janusz Korczak był lekarzem
i pedagogiem, kierownikiem dwóch warszawskich sierocińców. Twórcą systemu pracy z najmłodszymi, opartego na partnerstwie. Chronił żydowskie dzieci podczas drugiej wojny światowej tak długo, jak mógł. Potem poszedł z nimi do komory gazowej. Historia przedstawiona w filmie ma tragiczny finał, o którym wiemy, ale Wajda zdecydował się na metaforyczne, baśniowe zakończenie, za którym kompozytor podąża muzyką. Wówczas Kilar postanowił zrobić sobie przerwę od kina. Zakłócił ją telefon z Ameryki, telefon jak ze snów. Głos w słuchawce oferował współpracę z jednym z czołowych hollywoodzkich reżyserów, Francisem Fordem Coppolą.
Jak Coppola znalazł Kilara? Jest wiele wersji tej opowieści. Jedna mówi, że szukał kompozytora z Polski. Inna, że zależało mu na tym, aby pracować z symfonikiem. Jeszcze inna, że usłyszał muzykę Kilara w nowojorskiej filharmonii. I jeszcze jedna, że zobaczył „Ziemię obiecaną” i tam zwrócił uwagę na ścieżkę muzyczną. Każda
z tych wersji może być prawdziwa, każda z osobna. Mogą być także prawdziwe wszystkie razem. Najpewniej Coppola chciał nie tyle kina hollywoodzkiego, ile europejskiego. Tylko z większym rozmachem. Szukając w Polsce, chciał nieco ograniczyć koszty.
Kilar wyleciał na spotkanie z reżyserem kilka miesięcy po telefonicznej rozmowie. Obaj się do tego spotkania przygotowali. Kilara fascynowała relacja Coppoli
z ojcem, Carmine’em Coppolą, który skomponował muzykę do dziewięciu jego
Wojciech Kilar urodził się 17 lipca 1932 r0ku we Lwowie. Lata wczesnej młodości spędził
w Rzeszowie (jest honorowym obywatelem tego miasta) i Krakowie. W 1955 roku ukończył studia
w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej
w Katowicach, gdzie studiował grę na fortepianie
i kompozycję w klasie Bolesława Woytowicza.
Dwa lata później wziął udział w Międzynarodowych Kursach Wakacyjnych Nowej Muzyki w Darmstadt w Niemczech. Edukację muzyczną uzupełniał następnie w latach 1959-1960 jako stypendysta rządu francuskiego w Paryżu. Uczęszczał na zajęcia kompozycji do Nadii Boulanger.
Karierę kompozytora rozpoczął pod koniec lat 50. na festiwalu Warszawska Jesień. Od początku lat 60. współtworzył, wraz z Krzysztofem Pendereckim i Henrykiem Mikołajem Góreckim, polską szkołę awangardową oraz nowy kierunek we współczesnej muzyce, zwany sonoryzmem. W 1974 roku skomponował swój słynny poemat symfoniczny "Krzesany". Od tamtego czasu uchodził za czołowego przedstawiciela polskiej awangardy muzycznej. Na jego wczesne kompozycje wpływ miały m.in. twórczość Igora Strawińskiego i Beli Bartoka oraz jazz.
Wojciech Kilar był także niezwykle cenionym kompozytorem muzyki filmowej - współpracował
z wieloma sławnymi reżyserami, między innymi
z Jane Campion, Romanem Polańskim, Kazimierzem Kutzem, Krzysztofem Zanussim, Andrzejem Wajdą i Krzysztofem Kieślowskim czy Francisem Fordem Coppolą - to właśnie muzyka do filmu "Dracula" Coppoli przyniosła Kilarowi międzynarodową sławę.

filmów. Francis Ford Coppola dręczył kompozytora jego własnym walcem z „Ziemi obiecanej”, którego w trakcie ich spotkania grał nieznośnie w każdym pomieszczeniu. Zgodzili się w sprawach najistotniejszych. „Dracula”, historia arystokraty wampira stworzona przez irlandzkiego pisarza Brama Stokera, miał być na dużym ekranie wielkim romantycznym filmem z potężną oprawą muzyczną, przypominającą raczej wokalno-instrumentalną kantatę niż zwykłą ścieżkę dźwiękową. Bo Coppola robił film o tym, że Bóg się pomylił. Powiedział o tym kompozytorowi i ten wątek Kilara zaintrygował.
Umówmy się, tu nic nie wymagało dodatkowej zachęty. Rozmawiał o wspólnym filmie z reżyserem, którego podziwiał. On, którego amerykańska kinematografia porwała, kiedy był dzieckiem, kinoman. Biografka kompozytora Maria Wilczek-Krupa przedstawiła listę jego ulubionych produkcji. Otwiera ją „Ojciec chrzestny” Coppoli, potem jest „Taksówkarz” Martina Scorsese i na trzecim miejscu „Osiem i pół” Federico Felliniego z muzyką Nino Roty, jak „Ojciec chrzestny”. „Ziemia obiecana” Wajdy na czwartej pozycji.
Po ekscytującej rozmowie z Coppolą Kilar wrócił do hotelu. Tam jego serce powiedziało emocjom i podnieceniu kategoryczne „stop” – dostał ataku serca. Zawał wyłączył kompozytora z pracy na wiele miesięcy, ale szczęśliwie problemy ze zdrowiem nie zabrały szansy pisania dla Coppoli. Gwarancja dużej wolności artystycznej także została utrzymana. Kilarowi może najbardziej odpowiadało to, że mógł muzyką dominować nad obrazem w niektórych jego fragmentach.
Dracula dostał imponującą, skomponowaną z rozmachem stylistycznym i obsadowym muzykę (100-osobowa orkiestra i 50-osobowy chór). Upewniano się, czy rzeczywiście aż takiego składu potrzebuje sekcja dęta orkiestry. Prawie na pewno możemy powiedzieć, że zagrali u kompozytora z Polski chyba wszyscy aktywni tubiści hollywoodzcy. Kilar napisał wybitnie – bombastyczny temat główny Vampire Hunters, gęste smyczki w olśniewających tematach The Storm i Love Remembered, w których sporo było inspiracji własną twórczością symfoniczną. Posłużył się fragmentami Angelusa i Victorii. Coppola takiej donośnej ścieżki oczekiwał. A Hollywood było naszym kompozytorem szczerze zdziwione. Najbardziej tym, że przeznaczonego dla orkiestratora honorarium nie było komu wręczyć. Artysta zaznaczył, że sam przygotował orkiestrację i że jest to tak istotna część jego pracy, iż innego rozwiązania nie brał nigdy pod uwagę. Może gdzieś do dziś plotkuje się w Los Angeles o dziwnym polskim kompozytorze, który sam sobie pisał partytury.
Zanim skończono ostatnią fazę montażu, muzyka była gotowa. Są sceny, które specjalnie do niej dopasowano. Zagrała również – co nieczęste, zwykle do trailera komponuje ktoś inny – w zwiastunie filmu. Dobrze, że w amerykańskim kinie zgodziły się też budżety. Coppola tą historią uratował firmę American Zoetrope przed bankructwem.
Dracula wszedł do kin w 1992 roku. Ale – jak wiemy – czas nie jest dla głównego bohatera żadną przeszkodą. W 2019 roku wydarzył się więc mały filmowy cud. Film Francisa Forda Coppoli z niezapomnianymi kreacjami Moniki Bellucci, Gary’ego Oldmana, Keanu Reevesa, Anthony’ego Hopkinsa i Winony Ryder został pokazany z muzyką graną na żywo na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie i Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Filmowej „Fimucité” na Teneryfie. Odtworzenie i zaadaptowanie ścieżki Kilara w sposób, który umożliwiałby taki symultaniczny seans, było procesem trudnym i czasochłonnym. W części wymagało spisywania ze słuchu takt po takcie.
Za muzykę do Draculi Kilar dostał nagrodę Amerykańskiego Stowarzyszenia Kompozytorów, Autorów i Wydawców (ASCAP). Drzwi do stałej pracy w Hollywood miał właściwie otwarte. Pewnie by przez nie przeszedł, tylko że Hollywood, jak żadne inne miejsce na świecie, wymaga od kompozytorów łatwego godzenia się na artystyczne kompromisy i pojednawczych rozmów z producentami. A na to nie miał ochoty. Pożegnał się więc z kontraktem na napisanie muzyki do ekranizacji „Władcy pierścieni”. Odmówił też Brianowi De Palmie. I odzyskał święty spokój.

"Kilar" (biografia)
Magda Miśka-Jackowska
Polskie Wydawnictwo Muzyczne, rok 2022 (I wydanie)
Wielkie kino przychodziło i przychodziło. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, mimo składanych sobie znów obietnic, że odłoży je na jakiś czas, skusił go kostiumowy dramat „Portret damy” w reżyserii Nowozelandki Jane Campion. Była to opowieść o młodej
i niezależnej Amerykance usidlonej przez obłudnego męża, w wybornej obsadzie: Nicole Kidman i John Malkovich. Wracając ze spotkania z artystką, w samolocie gdzieś nad Singapurem, Kilar naszkicował pomysł muzycznego prologu filmu. Nie miał pod ręką papieru, skorzystał więc z karty pokładowej. Podarował ją później Campion. Samolot musiał być pusty, skoro skłonił kompozytora do tak niezwykłego działania. Puste samoloty lubił najbardziej.
Przestrzenny, kołyszący temat na flety proste i smyczki z jakąś dziwnie znajomą słowiańską nutą to w filmowej literaturze Kilara jedna z najwspanialszych kompozycji. Jest kobieca, jak filmy Campion. Ciągle ktoś daje jej drugie, pozafilmowe życie, jak na przykład Anna Maria Jopek w piosence „Szepty i łzy” ze słowami Marcina Kydryńskiego, z albumu Bosa z 2000 roku, wykonywanej także
w wersji z trębaczem Tomaszem Stańką. Jest jeszcze wiele innych opracowań jazzowych, w tym pianisty Kuby Stankiewicza z płyty, którą poświęcił twórczości Kilara. Wcześniej niechętny obecności swojej muzyki filmowej poza kinem, kompozytor od pewnego momentu mówił wykonawcom z uśmiechem: „Robić i nie bać się zmian”.
W Polsce i na świecie Kilar jako twórca, nie tylko filmowy, nie należał do żadnej grupy. Nie dałoby się go włożyć w sztywne ramy, nigdy nie działał na siłę. Powiedział sobie, że chce pracować tylko z wielkimi. Stać go było na realizację tego planu, a do jego wielkich reżyserów należał też Roman Polański. Ten po stracie Krzysztofa Komedy od długiego czasu szukał kompozytora, który dopełni jego kino muzyką tak, jak robił to poprzednik. Kilar pracował z Polańskim trzy razy – przy dramacie „Śmierć i dziewczyna”, thrillerze „Dziewiąte wrota” i biograficznym „Pianiście”. Każdy z tych filmów był inny.
W 1993 roku w wieku 87 lat umiera mama kompozytora. Kino pomaga mu wrócić do normalnego funkcjonowania, jak zwykle
w trudnych chwilach. Z Jerzym Łukaszewiczem pracuje nad dramatem „Faustyna” o siostrze Faustynie Kowalskiej, mistyczce
i wizjonerce, głosicielce kultu Miłosierdzia Bożego. W tytułowej roli występuje Dorota Segda. Kompozytor darzył ten film wyjątkową sympatią: „To film krystalicznie czysty, jeden z niewielu, do których wracam i o których chętnie myślę”. Kilka lat wcześniej w szpitalu trafił do kaplicy przed obraz „Jezu, ufam Tobie”. Jednocześnie z pracą nasączoną religijnością powstawały filmy z przeciwległego bieguna, w których też chętnie brał udział. Kilarów było dwóch. Lata dziewięćdziesiąte to jest czas serii z Polańskim. Choć znali się już wcześniej, po „Draculi” Polański połączył okazję z intuicją, która podpowiadała mu, że Kilar da mu to, czego potrzebuje. Pierwsze przymiarki muzyczne to były kasety z nagranym filmem – i w poczcie zwrotnej z nagraną muzyką. Spotkania osobiste odbywały się
w Paryżu i oczywiście w Katowicach.
Oczekiwania Polańskiego były bardzo konkretne i trochę wbrew temu, jak chciał pracować Kilar. Film „Śmierć
i dziewczyna” z udziałem Sigourney Weaver miał parę minut muzyki, do „Dziewiątych wrót” reżyser poprosił niemal
o godzinę. Kompozytorowi tajemnicza historia bibliofila poszukującego na zlecenie egzemplarzy księgi „Dziewięć wrót Królestwa Cieni” bardzo się spodobała. Napisał do filmu dostojną wokalizę, którą zaśpiewała sopranistka Sumi Jo
i która najpierw z nią obiegła świat, a potem trafiła do repertuaru wielu innych śpiewaczek. Na prywatnej liście rankingowej własnych utworów filmowych zajmowała ona
u Kilara wysokie miejsce: „Z moich partytur napisanych dla Polańskiego najbardziej lubię tę z Dziewiątych wrót. Tam jest naprawdę sporo dobrej muzyki. I nie chodzi nawet o wokalizę, którą napisałem pod napisy końcowe, a która utożsamiana jest z tym filmem najsilniej, ale o motyw głównego bohatera, który bardzo lubię. W ogóle lubię „Dziewiąte wrota”, bo są pełne mistrzowskich szczególików, z których słynie Polański”.
W 2002 roku Polański pokazał widzom „Pianistę”. Dla kompozytora ten film był wyzwaniem, bo opierał się na faktach, które Kilarowi nie były obojętne – Władysława Szpilmana poznał osobiście. Ścieżkę nagrywano w Warszawie przez trzy dni, po kilkanaście godzin dziennie. Orkiestrą Filharmonii Narodowej dyrygował Tadeusz Strugała. Gdy spojrzał w nuty pierwszy raz, uznał, że w „Pianiście”… nic się nie dzieje. To był komentarz pozytywny. Skromny klarnet prowadzący bohaterów za mury getta jest muzyką wstrząsającą.
Film odniósł olbrzymi sukces. Zdobył Złotą Palmę w Cannes, trzy Oscary (za scenariusz, reżyserię i główną rolę męską dla Adriena Brody’ego), a kompozytor otrzymał nagrodę BAFTA
i Cezara – prestiżowe wyróżnienia brytyjskiej i francuskiej akademii filmowej. Polański zawsze podziwiał, jak stapia się
z filmem to, co komponuje Kilar. A kompozytor o reżyserze mówił: „On zmusza mnie do czegoś, czego nie lubię, to znaczy do czystej funkcjonalności. Potrafi przyjeżdżać tu, do Katowic, żeby tego pilnować”. Czasem sztuka polega na tym, aby spotkać się w pół drogi.
Statuetki mogą się z czasem zakurzyć i stanąć w kącie, zapomniane. Kino Coppoli, Campion i Polańskiego nie. Wojciech Kilar zapewnił sobie trwałe miejsce w historii światowej kinematografii. Jest także przedstawicielem rocznika, który już nigdy w tej historii się nie powtórzy. W 1932 roku urodzili się w różnych miejscach świata uznani kompozytorzy filmowi: Kilar (Lwów), John Williams (Nowy Jork), Lalo Schifrin (Buenos Aires), Francis Lai (Nicea), Michel Legrand (Paryż) i Andrzej Kurylewicz (również Lwów). Ich roli
w kształtowaniu muzycznego języka filmu nikt nie może zakwestionować. Jakie byłoby kino bez „Draculi”, „Gwiezdnych wojen”, „Mission Impossible”, „Love Story”, „Parasolek z Cherbourga” i „Polskich dróg”? Skąd tak zdolny 1932 rok? Z debiutu kina dźwiękowego jako takiego. Minęło raptem pięć lat od pierwszego filmu z dźwiękiem na świecie („Śpiewak jazzbandu”) i tylko dwa w Polsce („Moralność pani Dulskiej”). Producenci już wiedzieli, że muzyka w filmie nie jest potrzebna tylko po to, aby zagłuszyć nieprzyjemny odgłos projektora. To ona daje widzowi emocje. Postanowiono więc zaprosić do filmowego świata tych, którzy byli odpowiednio wykształceni, wiedzieli, czego słucha się z radością, znali nowinki kompozytorskie i wykonawcze oraz… mieli już filmową wyobraźnię, bo jako dzieci sami chodzili do kina. Było to pierwsze takie pokolenie. Gdy kończyli studia w latach pięćdziesiątych, nowe kino czekało właśnie na nich.

Przyjemności
Dwa sprzeczne ze sobą, a tak świetnie się uzupełniające zapachy – dobrych perfum, do których Wojciech Kilar miał słabość,
i papierosów. Od nałogu tytoniowego nie udało mu się uciec, ale z biegiem lat znacznie go ograniczył. Co najmniej od 1968 roku ciało wysyłało mu sygnały ostrzegawcze. Starał się je odczytywać i wdrażać jakieś metody, aby jak najdłużej zachować dobre zdrowie. Udało się z alkoholem, który w pewnym okresie lał się strumieniami (nigdy podczas komponowania). Papieros został. Kilar nauczył się palenie kontrolować, wyeliminował papierosy z samochodu, przerzucił się na cieńsze i słabsze, zaczął je liczyć. A one smakowały jeszcze lepiej. W ukochanym warszawskim hotelu „Victoria” miał pokój, w którym mógł zapalić w czasach, kiedy nigdzie wewnątrz palić już nie było wolno.
Można zrobić mapę hoteli według Kilara. Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba przepytali go kiedyś na ten temat, bo wiedzieli, że odpowiedzi mogą być pasjonujące. Hotele kompozytor notował w głowie z filmową drobiazgowością – dywaniki z angielskimi nazwami dni tygodnia w tokijskim, trzeszczące meble w paryskim. Ważne, żeby miały duszę. Tam gdzie spał lub pomieszkiwał, szukał też dyskrecji, ciszy. W wielu z nich Kilar domator prosił zawsze o ten sam pokój. Od razu rozpakowywał wszystkie rzeczy.
Nigdy w hotelach nie pisał muzyki. Spróbował, nic z tego nie wyszło. W Hollywood zdarzyła się niecodzienna sytuacja, przynajmniej dla kompozytora spoza centrum komercyjnego kina. Musiał dopisać jeden motyw na specjalne życzenie reżysera. Tym reżyserem był Francis Ford Coppola, więc propozycja była – wiadomo – nie do odrzucenia. Taksówka zawiozła go do miasteczka filmowego Columbia Pictures, gdzie miał do dyspozycji fortepian. Po godzinie muzyka dla Lucy, filmowej przyjaciółki Miny z Draculi, była gotowa. Uroczą dziewczynę skojarzył z melodią, którą kiedyś usłyszał w Paryżu w słuchawce telefonu. Żaden inny „czasoumilacz” nie zrobił takiej kariery. Melodia wpadła w ucho Coppoli już wcześniej, a w filmie dostała delikatną, pozytywkową aranżację.
Resztę czasu w wytwórni Kilar wykorzystał najprzyjemniej, jak potrafił: „Potem zacząłem łazić po miasteczku Columbii – były tam automaty z kawą i herbatą, woda, jedzenie w lodówkach. W biurach grzebałem w scenariuszach, z szuflad wyciągałem umowy reżyserów i kompozytorów. Kazałem się tam też zawieźć następnego dnia pod pretekstem, że znów muszę coś napisać. Łaziłem po Cary Grant Place, Marilyn Monroe Street. Oni tam mają uliczki długości 15 metrów, między halami zdjęciowymi i biurami. Nikt mnie nie pilnował – mogłem to podpalić, wysadzić”.
Do końca życia wstydził się swojego zainteresowania corridą, którą podziwiał w Hiszpanii w trakcie pracy nad „Krzesanym”. Najwyraźniej była mu potrzebna w pewnym okresie życia, z upływem lat zaczął ją mieć za wstydliwe hobby. Odkąd w domu pojawiły się koty, nie mógł zrozumieć, jak mógł na corridę spokojnie patrzeć. Oślepiony słońcem ogromny byk był dla niego tak samo zależny od człowieka, jak małe domowe zwierzę. Brak podniet tego typu rekompensował w prosty sposób: „Wyżywam się w muzyce, jak nie zawsze w życiu”.
Od dziecka kusiły go też podróże. Przeżywał każdą. Od dynamicznej jazdy dobrym samochodem z komfortowym wyposażeniem aż po zwiedzanie świata w znacznie większej skali. Pierwszy był Budapeszt. Wyjazdy do Niemiec zaczęły się od kursów w Darmstadcie, potem była Francja, Włochy, Nowy Jork, Floryda, Kuba, Moskwa, Iran, a także Japonia i Australia. Czasem bywał w tych miejscach
z powodów muzycznych, a czasem dzięki muzyce (oczywiście filmowej) mógł z żoną wybrać się tam, gdzie przeciętny Polak
z powodów finansowych nie byłby w stanie.
Na tym się kończy krótka lista luksusów. Dodajmy jeszcze kuchnię, ale tutaj Kilar był już mniej wybredny, chociaż przywiązywał się do miejsc. W Paryżu jadał w restauracji „Chez André”, która mieściła się niedaleko domu Polańskiego. W Katowicach w restauracji „Chopin”, dziś już nieistniejącej, ale wspomina ją absolutnie każdy, z kim umawiał się w pobliżu ulicy Kościuszki. Jego domowa kuchnia nie służyła gotowaniu, ale menu bywało cudownie domowe. Jak makaron z masłem i białym serem, którym się zajadał.
/ literatura
styczeń/luty'25 (23)
Paszporty „Polityki” rozdane. W styczniowy wieczór podczas gali w Warszawie dziennikarze tygodnika przyznali nagrody młodym twórcom. W kategorii „książki” laureatem został Jul Łyskawa za debiutancką powieść „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.
Literatura w tym roku zaskakiwała – mówiła ze sceny jedna z prowadzących galę, dziennikarka Justyna Sobolewska. Już same tytuły najciekawszych książek brzmią frapująco. 'Środki do pielęgnacji chmur’ Piotra Sommera, 'Wczoraj byłaś zła na zielono’ Elizy Kąckiej czy 'Magiczna rana’ Doroty Masłowskiej, książka, która wywołała sporo emocji i kłótni. W tym roku do łask wróciły biografie. Mogliśmy spojrzeć z nowej perspektywy na postaci znane, takie jak Konopnicka czy Boy-Żeleński, i te mniej znane, ale czasem czytanie biografii mogło nam przypomnieć, że niestety nie zmieniło się tak wiele mimo upływu lat. Mamy co czytać, bo książek wychodzi coraz więcej, ale jednocześnie co trzy dni w Polsce zamyka się księgarnia lub antykwariat, z miast znikają witryny z książkami. Dużo o tym w tym roku się mówiło, podobnie jak
o zarobkach w literaturze. Teraz czas na działania, które uregulują chaotyczny
i nieprzejrzysty rynek książki – zaapelowała.
Tegorocznym laureatem Paszportu „Polityki” w kategorii „książka” został urodzony
w 1984 roku w Warszawie Jul Łyskawa. Zdobywca nagrody jest redaktorem
i tłumaczem związanym z rynkiem czasopism i książek dziecięcych. „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców” jest jego debiutem powieściowym, nad którym pracował siedem lat. To trzymająca w napięciu, pełna humoru, a zarazem zadająca całkiem poważne pytania (o działanie sztuki, o granice człowieczeństwa
i o to, czy ludzkość w ogóle może się zmieniać), wielowątkowa saga, rozgrywająca się w amerykańskim miasteczku przypominającym Twin Peaks. Książka łączy rozmaite konwencje literackie i nie przypomina niczego, co w Polsce ostatnio pisano. Jak wyjaśniono w uzasadnieniu, Łyskawę nagrodzono za największe zaskoczenie literackie roku, za odwagę i szerokie horyzonty, za śmiech i wzruszenie.

W pierwszej kolejności powinienem podziękować manikiurzystce Justyny i producentowi lakierów, których używa do paznokci, bo zdaje się, że właśnie podczas zabiegu kosmetycznego doszło do pierwszych wzruszeń moją książką. Z tych oparów lakierowych rozbłysły gwiazdy do recenzji w 'Polityce’ i jak widać, nie dało się już tego odkręcić, co mnie bardzo cieszy” – zaczął swoją przemowę Jul Łyskawa, dziękując przy okazji bliskim oraz osobom, które pracowały nad powieścią.
„Nagrodę chciałem dedykować statystycznemu polskiemu czytelnikowi, który przeczytał w minionym roku 0,6 książki” – kontynuował laureat. „W tych rankingach europejskich czytelnictwa jesteśmy niżej niż w rankingach piłkarskich, co jest nie lada wyczynem. Ale chciałbym zaproponować, żebyśmy przestali się śmiać z tego czytelnika, bo to w sumie jest bardzo smutne, i wyobrazili sobie, że nim jesteśmy i nagle nachodzi nas ochota, żeby przeczytać te swoje 0,6 książki rocznie, ale nie znamy się na literaturze, chcemy więc kupić tę książkę i udajemy się tam, gdzie sprzedaje się w Polsce książki, a więc na pocztę albo do supermarketu, albo do sieciowej księgarni, jeśli jesteśmy z dużego miasta, albo do netu, tam, gdzie jest najtaniej. Gdy wracamy do domu z wypromowaną w takim miejscu książką, nic dziwnego, że mamy dość literatury na resztę roku. - zauważył autor.
Następnie Jul Łyskawa przywołał realia polskiego rynku książki. Tak jak wspomniała Justyna, co trzy dni padają księgarnie prowadzone przez pasjonatów, małe wydawnictwa zastanawiają się, czy jeśli podniosą nakład arcydzieła ze śmiesznych 800 do równie śmiesznego 1000 egzemplarzy, to czy nie zbankrutują. Ludzie piszący, recenzujący, krytykujący, tworzący scenę literacką w naszym kraju pracują na ogół za śmieszne pieniądze albo prawie w ogóle nie za pieniądze, robią to z pasji, a to właśnie ci pasjonaci mogliby pokazać czytelnikowi, że literatura może go złapać za jaja mocno, ale tak, że mu się spodoba, albo przeciwnie – nie spodoba mu się, ale zacznie myśleć. Do tego potrzebne jest wsparcie odgórne, potrzebna jest inicjatywa systemowa, nie debata na temat problemów rynku książki w Polsce, tylko konkretne działania, bo ogólnopolskie czytanie wierszy Kochanowskiego nie podniesie tego, jak są czytane w Polsce książki, ani tym bardziej nie podniesie tego zapalanie zielonego światła przed wielkimi dystrybutorami i hurtownikami do tego, żeby to oni decydowali
o polskim rynku książki, bo literatura to nie są mrożonki, więc to nie hurtownicy i dystrybutorzy powinni tutaj decydować. Czytające społeczeństwo to społeczeństwo mądrzejsze, bardziej wrażliwe, lepsze – na tym wszystkim powinno nam zależeć – podsumował.
Paszporty „Polityki” przyznawane są od 1993 roku. Nagrodę wymyślił wieloletni szef działu kultury Zdzisław Pietrasik. Od 32 lat wręczana jest każdego roku młodym twórcom i artystom za wybitne osiągnięcia artystyczne. Twórcy nagradzani są obecnie
w następujących kategoriach: „film”, „scena”, „książka”, „sztuki wizualne”, „muzyka poważna”, „muzyka popularna” oraz „kultura cyfrowa”. Przyznawana jest także nagroda specjalna dla Kreatora Kultury. To wyróżnienie otrzymują osoby lub instytucje, które
w sposób szczególny i niestandardowy przyczyniają się do krzewienia kultury polskiej w kraju i na świecie. (...) (booklips.pl)
/ literatura rozmowy
styczeń/luty'25 (23)
Siedem. Tyle lat zajęło autorowi napisanie jednego
z najbardziej niebanalnych polskich debiutów powieściowych ostatnich lat „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”.
O swoich inspiracjach, postmodernizmie, kreowaniu prywatnego obrazu Ameryki
i polskich wyobrażeniach
o literaturze opowiada Jul Łyskawa.
rozmawiała: ANNA WYRWIK

Chciałem stworzyć Amerykę,
w której czujemy się bardziej swojo niż
w PRL-u
Anna Wyrwik: Czy artysta jest złodziejem?
Jul Łyskawa: Zawsze bliskie było mi zdanie, że kiepski poeta naśladuje, a dobry poeta kradnie.
Quentin Tarantino powiedział kiedyś: „Wielcy artyści kradną, nie oddają hołdów”.
Mnie się wydaje, że kradzież i hołd mogą iść ze sobą w parze i być sobie bliskie tak długo, jak nie popełniasz plagiatu. Jestem też zdania, że bardziej lub mniej świadomie rejestrujemy wszystko, co przeczytaliśmy i obejrzeliśmy, i potem to wykorzystujemy. Dlatego można powiedzieć, że artysta jest złodziejem, a tym bardziej w postmodernizmie, który dla mnie jest punktem wyjścia. Choć nie czuję się postmodernistą.
Dlaczego?
W postmodernizmie najważniejsza jest forma. Jednak wydaje mi się, że stuprocentowy postmodernista nie napisałby świetnej powieści. Moje dwie ulubione postmodernistyczne książki, „Łowienie pstrągów w Ameryce” Richarda Brautigana i „Wieczór w kinie” Roberta Coovera, są perfekcyjne, ale nie są perfekcyjnymi opowieściami. Opowieść w postmodernizmie jest sprawą drugorzędną. Tam chodzi przede wszystkim, o zabawę, mieszanie gatunków i pochwałę formy. Dlatego postmodernizm potrafi znudzić. Czytelnik może doceniać fajną zabawę, ale po przeczytaniu książki nie powie: „Ale to była fajna historia!”. A ja chciałem opowiedzieć fajną historię.
Nie wkurza cię w takim razie, że większość recenzji twojej książki skupia się na formie?
Gdy pisałem „Prawdziwą historię Jeffreya Watersa i jego ojców”, przyświecało mi kilka celów. Po pierwsze chciałem, by formalnie było to wywalone w kosmos. Literatura otwiera wiele możliwości. Jako czytelnik lubię czuć, że autor jest świadomy tego, że może zrobić wszystko. Bo naprawdę może zrobić wszystko. Jako autor jestem zadowolony z tego, że mogę robić wszystko. Od strony formalnej ta książka jest dopracowana, w związku z czym bardzo mi miło, że ludzie się na tym skupiają.
Po drugie jednak chciałem opowiedzieć historię. Miłe są więc dla mnie także na przykład słowa recenzentki „Polityki” Justyny Sobolewskiej, która w podkaście powiedziała, że gdy czytała fragment o ciąży mojej bohaterki, siedząc na manicurze, była bliska uronienia łzy. To pozwala mi myśleć, że oprócz formy, udało się stworzyć bohaterów, którzy nie są papierowi i nie są tylko po to, by tę formę dźwigać. Pozwala mi myśleć, że istnieje druga warstwa książki, czyli opowieść, w którą ktoś jest w stanie uwierzyć, i jest
w stanie się nią wzruszyć. W postmodernizmie nie przypominam sobie wzruszeń.
Obserwując reakcje na „Prawdziwą historię Jeffreya Watersa i jego ojców”, zastanawiam się, czy polska krytyka literacka nie istnieje w czasie przeszłym, jeszcze przed książkami Richarda Brautigana czy Donalda Barthelme. Może ktoś otarł się o Davida Fostera Wallace’a czy Thomasa Pynchona i tyle. Jednak ogromne zdziwienie twoją powieścią każe mi zadać ci pytanie, czy nie masz wrażenia, że dzięki niej w Polsce odkryto nagle literacki postmodernizm w tym jego amerykańskim wydaniu?
Można tak pomyśleć. Thomas Pynchon i David Foster Wallace są w Polsce ogólnie znani. Ale taki Robert Coover? Zmarł 5 października tego roku. Zazwyczaj gdy ktoś wielki umiera, na literackich facebooczkach pojawiają się smutne minki. Jego śmierć przeoczono.
W jednej z recenzji mojej książki napisano, że Stanach Zjednoczonych mogłaby ona zostać niezauważona, ponieważ nie pojawia się
w niej nic nowego, jeśli chodzi o literaturę anglojęzyczną. Może więc to zaskoczenie wynika z tego, że jest to debiut. A może z tego, że jest to – jak wielu mówi – amerykańska książka pisana przez Polaka. Ktoś napisał, że czytając ją, myślał, że jest po prostu nieźle przetłumaczona. Ona rzeczywiście w jakiś sposób odstaje od tego, co się w Polsce wydaje.
Ile lat pisałeś „Prawdziwą historię Jeffreya Watersa i jego ojców”?
Siedem. Zanim zacząłem pisać, wziąłem udział w warsztatach pisarskich Wydawnictwa Czarne. To na nich powstało krótkie opowiadanie, z którego wziął się pomysł na książkę.
Jak to wyglądało? Czy miałeś cały pokój w notatkach i na ścianie zdjęcia bohaterów połączone nićmi, jak w amerykańskim kryminale?
Z warsztatów wróciłem nie tylko z tym pomysłem, ale i z Kasią, którą tam poznałem, i która też jest pisarką. Wcześniej sporadycznie rozmawiałem z ludźmi o tym, co piszę, a tu nagle pod tym samym dachem miałem osobę, z którą przez cały czas rozmawialiśmy
o tym, co piszemy. Nie robiłem więc notatek. Jedyne co notowałem, to daty urodzin bohaterów, by saga miała ręce i nogi. Nie byłem też obklejony amerykańskimi inspiracjami. Jednak cały czas miałem do czynienia z dziełami, które dawały mi kolejne pomysły. Saga amerykańska wewnątrz książki, czyli saga rodziny Hartów, powstała pod silnym wpływem „Jesieni patriarchy” Gabriela Garcíi Márqueza, którą wtedy czytałem.
Jak to pisałeś? Linearnie i ciąłeś?
Najłatwiej byłoby pojechać wątkami i później pociąć. Oczywiście nie byłyby to cięcia w stylu Williama Burroughsa, tylko takie bardziej trzymające fabułę w ryzach. Jednak nie pisałem wątkami. Krótką część, która zajmuje pierwsze siedem stron książki, napisałem na końcu, gdy książka była już gotowa. Z resztą jechałem po kolei.
Bardzo lubię poszczególne języki, których używają bohaterowie i narrator. Bawiłem się nimi, ale momentami też się nimi męczyłem. Dlatego po napisaniu pierwszego Josha, zrobiłem sobie przerwę na sagę Hartów, później pojawiła się Priscilla itd. Gdy zatęskniłem za danymi bohaterami, przypominałem sobie ich i ich języki, i z przyjemnością do nich wracałem.
A czemu Ameryka?
Wiedziałem, że ta historia będzie się działa na przestrzeni stu lat, więc siłą rzeczy tło musiało zostać zarysowane. Bardzo nie chciałem polskiego tła. Bałem się, że jeśli je wybiorę, samo wspomnienie, że tam z tyłu dzieje się „Solidarność” albo ktoś widzi Wojciecha Jaruzelskiego w telewizorze, nie będzie wystarczające. Pomyślałem, że aby to było prawdziwe, musi wydarzyć się w Stanach Zjednoczonych. Sięgnąłem po sagę, bo pomyślałem, że wtedy będzie się to czytało, jak prawdziwą wielką powieść amerykańską.
Czy to w ogóle uchodzi, by polski pisarz nie pisał o Polsce?
Jakiś czas temu uciekłem od czytania literatury polskiej, ponieważ zaczęło mnie irytować ciągłe czytanie o Polsce. Polscy pisarze
w większości myślą bardziej na lewo niż na prawo i są otwarci na świat. Nie wiem więc, jakim cudem są tak zamknięci, jeśli idzie
o materię literacką. Nie wiem, dlaczego piszą tylko o Polsce. Przecież wcale nie trzeba pisać o Polsce.
Ja piszę fikcję. Książka zrodziła się w mojej wyobraźni. Mogę sobie wyobrażać wszystko. I to nie tylko, gdy jestem pisarzem gatunkowym, piszącym o gwiezdnych wyprawach na obce planety, ale także gdy piszę współczesną powieść. U nas wciąż widoczny jest podział na literaturę piękną i literaturę gatunkową. Postmodernizm miesza te gatunki i to jest super. Ja też je mieszam i to też jest super. Będę chciał i mam nadzieję, że uda mi się to w mojej kolejnej książce, powalczyć z tematem przenikania się kultury wysokiej i popkultury. To też nie jest nic nowego, choć w Polsce chyba trochę tak.
Czy Ameryka w twojej powieści to Ameryka znana z popkultury, Ameryka znana tobie, czy może wariacja na temat polskich stereotypów o Ameryce?
To nie jest Ameryka znana mnie, ponieważ ja nigdy w Stanach Zjednoczonych nie byłem. Czasem jestem pytany, czy byłem i wtedy moja odpowiedź zależy od tego, co akurat czytam albo oglądałem. Mówię wtedy, że dziś rano byłem w Nowym Jorku albo nad jeziorem Michigan. W ten sposób często podróżowałem po Stanach. Ludzie z mojego pokolenia od najmłodszych lat tak właśnie podróżowali po Stanach.
W naszych szarych realiach, z których przeświecał Peweks, pierwszymi kolorowymi rzeczami były te, które pochodziły z Zachodu, jak „Policjanci z Miami” czy „Dynastia”. Widzieliśmy, jak różne były od tego, co jest u nas. One budowały moją, pewnie też twoją i całego naszego pokolenia wyobraźnię. Bo Ameryka była dla nas światem wyobraźni. Wchodziłem do sklepu, widziałem G.I. Joe i byłem
w niebie. Dorastałem. Pojawiło się „Miasteczko Twin Peaks”, „Z Archiwum X”. Zacząłem słuchać Jimiego Hendrixa, zespołów The Doors
i Metallica. Nosiłem dzwony i glany. Zacząłem czytać literaturę Beat Generation. Potem słuchałem glam rocka. Można było skakać po tym wszystkim, co oferowały Stany.
Moja książka też jest takim miszmaszem popkulturowym. Chciałem stworzyć tło, które jest w pełni zrozumiałe przez Polaków, czyli Amerykę z filmów, telewizji i literatury, w której czasem czujemy się bardziej swojo niż w PRL-u. Chciałem stworzyć kliszę, nad którą nie trzeba się głębiej zastanawiać, i która nie odrywa od tego, co się w tej książce dzieje, zarówno jeśli chodzi o bohaterów, jak
i o formę. Oczywiście to wszystko, o czym mówię, to spłycenie Stanów. Ja jednak absolutnie nie chciałem napisać książki o duchu amerykańskim. Pytanie brzmi – czy w mojej książce dobrze oddane są realia amerykańskie? Na przykład obszerne fragmenty dziejące się w barze „U Pięknego Mela” są zbitką wszystkich barów, które widzieliśmy w kinie i telewizji, w których kelnerki chodzą
i nalewają kawę.
W książce kładziesz nacisk głównie na męskich bohaterów. Czy nie masz wrażenia, że „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców” jest historią bardzo męsko-kowbojską, w której kobiety są jedynie biernymi postaciami drugiego planu, nie kreują tej historii i nie mają wpływu na jej przebieg?
Było to dla mnie trudne i bałem się tego. Tym bardziej, że jeszcze mam „ojców” w tytule. Jest Priscilla, z której uczyniłem intelektualistkę, intelektualnie przewyższającą tych facetów. Jest Meg Hart, która rzeczywiście jest w cieniu, choć zależało mi, by uczynić z niej postać z krwi i kości, i z czasem stała się dla mnie ciekawsza niż jej brat, który jest światowej sławy rzeźbiarzem. Jednak wydawało mi się, że jeśli pisząc sagę, nie pokażę męskiego przechodzenia z pokolenia na pokolenie, gdzie jest ten facet, który stoi na czele rodu, a nagle postacią wiodącą uczynię kobietę, będzie to netflixowanie książki.
Jednak książka jest też społeczna. Kwestie rasowe czy orientacji seksualnych są celowo nieważne. Chciałem, by czytelnik nie zwracał uwagi na to, czy Jamal Kuminga jest czarnoskóry albo czy córka Meg Hart jest lesbijką. Co z tego, że jest? Po prostu jest
i tyle. W świecie, w którym chciałbym żyć, nie ma znaczenia, jaki kto ma kolor skóry, czy z kim jest w związku. Książka też nie jest
o tym.
Rozmawialiśmy z redaktorem książki, Filipem Fierkiem, o tym, co zrobić z językiem. Dałoby się bardziej poszaleć z żeńskimi formami rzeczowników. Uznaliśmy jednak, że byłby to anachronizm. Bardzo podoba mi się, gdy dziś w wielu tekstach dotyczących literatury, czytam o czytelniczce, a nie o czytelniku. To też doskonale oddaje stan czytelnictwa w Polsce. Chciałbym, by w tych momentach mojej książki, które naśladowały tłumaczenia dumasowskiej francuszczyzny, gdy piszę, że czytelnik zna coś już z poprzednich rozdziałów, było słowo „czytelniczka”. Jednak uznaliśmy, że byłby to po prostu błąd.
Co Jeffrey Waters oznacza dla świata?
W jednej z recenzji nazwano mnie „egzystencjalnym kosmooptymistą”, sugerując, że „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców” jest wynikiem wiary w to, że gdyby na naszej planecie pojawiła się inna, inteligentna forma życia, bylibyśmy w stanie z nią koegzystować. Podoba mi się ten trop. Być może ta historia jest baśniowym pokazaniem, że możemy z taką obcością żyć
i niekoniecznie musimy ją chcieć zabić. Ani ona niekoniecznie musi chcieć zabić nas. Jeffrey Waters jest dla mnie postacią stendhalowską, czyli zwierciadłem, w którym odbija się współczesny człowiek. Podobały mi się te momenty w książce, w których ludzie, próbując poznać nową formę życia, zaczęli przyglądać się sobie samym.
Druga książka jest najtrudniejsza. Boisz się?
Jestem podekscytowany tym, co się dzieje, i trudno skupić mi się na kolejnej książce. Z jednej strony pewnie, że trochę się boję. Tym bardziej, że mam pomysł na kolejną książkę amerykańską. Boję się więc, że już na „dzień dobry” będzie: „Tak, jasne, znowu nie napisał o PRL-u, bo nie umie”. Zresztą to, że prawdziwą wartość autora pokazuje jego druga książka, jest kolejnym przesądem polskiego rynku literackiego. To jest coś w stylu: „udało ci się z jedną rzeczą, ale musisz to udowodnić tą drugą”.
Z drugiej strony – komuś może się wydawać, że ten Jul Łyskawa pojawił się nagle w wieku 40 lat i znikąd. Ale to nie jest tak, że nagle mi odbiło i coś napisałem. Po prostu moje wcześniejsze książki nie spotkały się z aprobatą wydawnictw. A pierwszą książkę wysłałem do wydawnictw jeszcze pocztą tradycyjną w wieku 19 lat. Może więc nie ma się co bać. Trzeba pisać. Bo muszę pisać.
„Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”
Jul Łyskawa
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2024
/ sztuka fotografia
styczeń/luty'25 (23)
Często pada pytanie - co Artysta miał na myśli?
Podpowiadam – Wcale się tym nie przejmujcie.
Sztuka to zwierciadło. Doświadczenia życiowe dyktują nasze odczucia. Setki przetrawionych emocji
wywołają reakcję na akcję zawartą w oglądanym wizerunku.
Sztuce człowiek się nie przygląda. W Sztuce człowiek się przegląda.
Zbyszek Sokołowski serwuje nam Nową Rzeczywistość złożoną ze zwyczajnych obiektów, które stają się
stają się Nadzwyczajne. Szepcą bajkę, która jest prawdziwa do bólu.
Jak zwykle, siła tkwi w prostocie. Trudno nie pokochać jego sposobu myślenia. Przewrotny, sarkastyczny,
dowcipny. Twardym wersem poezji opowiada prawdy, których wielu z nas unika.
Zbyszek nas często spowiada...
Kiedy po raz pierwszy obejrzałem jego prace, nie mogłem odczepić się od wizerunków Rene Magritte.
To znakomita relacja. Magritte to jeden z niewielu, który przetrzymał próbę czasu.
Zbyszek NIE KOPIUJE mistrza Rene. On myśli podobnie. Podobnie pięknie.
W pracach Zbyszka nie ma zbędnego szumu. Nie ma zbędnych słów, przedmiotów i konfiguracji. To są esencje myśli.
Trafnym porównaniem będzie historia Ernesta Hemingway'a. Kiedyś w czasie spotkania
z przyjaciółmi na Key West, Hemingway założył się, że napisze pełne, złożone i ważne opowiadanie, używając
jedynie sześciu słów. Wszyscy przyjęli zakład. Hemingway napisał;
Sprzedam dziecięce buty... Nigdy nie użyte...




Zwierciadło
VOYTEK GLINKOWSKI







ZBIGNIEW SOKOŁOWSKI
ARTYSTA FOTOGRAFIK
nie używa Photoshopa w tworzeniu swoich obrazów, tworzy w Lake Zurich, Illinois (USA)
Nie jestem tu po to, by zadziwiać, ale by komunikować...
Moja praca zaczyna się jako abstrakcyjny pomysł, wizja,
a następnie przekształca się w dynamiczną trójwymiarową siłę..... ewoluuje w dialog między artystą a widzem.
Komunikacja umysł-umysł.
To jest cud SZTUKI.
/ kino
styczeń/luty'25 (23)
Odszedł wizjoner.
David Lynch, uważany za jednego
z najważniejszych filmowców naszej ery, zmarł w wieku 78 lat. Pozostawił po sobie dzieła uznawane za absolutne klasyki kina. Ale
i książek było w twórczości Lyncha niemało.

„W niebie wszystko jest w porządku” – od rana nucę piosenkę Petera Iversa, do której tekst napisał sam Lynch i którą wykorzystał
w swoim debiucie, „Głowie do wycierania”. Pocieszam się tą melodią.
Nie żyje David Lynch, czyli skupmy się na pączku
David Lynch zmarł 16 stycznia. Łatwo rzucać podobnymi frazesami, ale w tym przypadku nie są one czcze: odszedł twórca, który zmienił kino. Czy też, jak pisze „Variety”, zradykalizował je swoją surrealistyczną wizją artystyczną. „Blue Velvet”, „Mulholland Drive”, „Miasteczko Twin Peaks”, wymieniajcie sami. W 2019 roku Lynchowi przyznano honorowego Oscara za całokształt twórczości.
Trudno więc uniknąć smutku. Słowa otuchy znaleźć można na szczęście w oświadczeniu rodziny zmarłego reżysera. Na oficjalnym Facebooku artysty napisano: „Jego nieobecność pozostawiła wielką pustkę na świecie. Ale, jak sam mawiał: „»Skup się na pączku,
a nie na dziurze«”.
Skupmy się więc na pączku.
David Lynch i książki
Filmową spuściznę Lyncha streścić trudno. Twórca „Zagubionej autostrady” nie ograniczał się jednak artystycznie. Malował. Tworzył muzykę. I pisał. A także – inspirował pisarzy i inspirował się nimi. Porozmawiajmy zatem o książkach.
Zacznijmy od Lyncha autora. Kto się poglądami reżysera interesował, ten z pewnością słyszał o medytacji transcendentalnej. Temat
– a także sprawę kreatywności, procesu twórczego i ciekawostek z planu – poruszył w książce „W pogoni za wielką rybą”, wydanej po polsku niedawno przez wydawnictwo Samsara. Na rynku dostępne jest również wydanie proponowane przez Dom Wydawniczy Rebis.
Po polsku znajdziecie też „Widzę siebie”, wydany przez Znak w 1999 roku zbiór rozmów Lyncha z Chrisem Rodleyem. Na ponad 360 stronach przeczytacie o dzieciństwie przyszłego mistrza, jego fascynacji malarstwem, pierwszych sukcesach filmowych, wreszcie
– nominacjach do Oscara. Wszystko opatrzone reprodukcjami obrazów autorstwa reżysera.
By lepiej poznać Lyncha, warto przyjrzeć się książce „Room to Dream: A Life” – to częściowo autobiografia, częściowo biografia,
w której dzieli się swoimi refleksjami na temat swojego życia. Dostajemy tu Lyncha, który odkrywa historię swojego życia kryjącą się za sztuką. Niestety dotąd nie przetłumaczono jej na polski.
W tłumaczeniu znajdziecie za to zbiór Richarda A. Barneya – „David Lynch. Rozmowy”. Autor przekonuje, że Lynch uwielbiał rozmawiać. „Czerpie wyraźną przyjemność z opowiadania różnych historii i dowcipów, spontanicznych filozoficznych dygresji i tym podobnych. Pewne tematy jednak skrzętnie omija. Nie lubi zdradzać szczegółów życia prywatnego ani wykładać sensu swoich filmów – unika nawet jasnych deklaracji na temat znaczenia twórczości dla niego samego jako artysty”, pisał.




David Lynch – książkowe inspiracje
Książki stały też w centrum filmowych inspiracji Lyncha. Trzeba nam pewnie zacząć od „Diuny”, nie najfortunniejszej adaptacji prozy Franka Herberta. Jedni ten film kochają i uznają za lepszy od ekranizacji Denisa Villeneuve’a, inni – wybuchają śmiechem (rudy Sting!) i o tej odsłonie reżyserskiej kariery Lyncha woleliby zapomnieć. Jak by nie było, film z 1984 roku znać warto. A przy okazji – poznać lub odświeżyć sobie jeden z książkowych cykli science fiction wszech czasów. Jeśli zaś zniechęca was zawiłość historii, którą po ojcu kontynuuje jego syn, Brian (na uniwersum składa się dziś ponad 20 książek, które bynajmniej nie prowadzą fabuły w sposób chronologiczny), sprawdźcie nasz artykuł, w którym wyjaśniamy, jak czytać „Diunę”.
Książki posłużyły też za inspirację do tych filmów Lyncha, co do których krytycy są zdecydowanie zgodniejsi. Uwielbiana zarówno przez widzów, jak i krytyków „Dzikość serca” (Złota Palma na festiwalu w Cannes) to adaptacja powieści Barry’ego Gifforda opowiadającej o młodych kochankach, Sailorze i Luli, uciekających przed bandą zbirów. Znajdziecie ją po polsku, wydaną nakładem wydawnictwa Replika.
Niewielu wie, że na książce Lynch oparł też jedno ze swoich przełomowych dzieł. „Człowiek słoń”, drugi po „Głowie do wycierania” film w dorobku mistrza, był inspirowany tytułem „Elephant Man And Other Reminiscences” (Człowiek słoń i inne wspomnienia) autorstwa Fredericka Trevesa, brytyjskiego chirurga żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, który zasłynął dzięki przyjaźni
z Josephem Merrickiem, znanym jako tytułowy człowiek słoń.
Rzecz jasna w księgarniach znajdziecie też mnóstwo książek, które analizują filmową twórczość Lyncha – lub ją wzbogacają. Choćby „Sekretny dziennik Laury Palmer”, centralnej postaci kultowego „Miasteczka Twin Peaks”. W tym miejscu warto polecić wam też „Sekrety Twin Peaks” Marka Frosta, drugi tom wydawanej przez Znak serii poświęconej wybitnemu serialowi. Trzeci z nich, „The Final Dossier”, nie został dotąd przetłumaczony na polski.
Na zakończenie warto wspomnieć też książkę „In Heaven, Everything Is Fine: Fiction Inspired by David Lynch”, czyli zbiór opowiadań inspirowanych twórczością Lyncha. Znajdziecie w nim teksty autorstwa między innymi Thomasa Ligottiego czy Johna Skippa. Niestety w tym wypadku również nie doczekaliśmy się polskiego tłumaczenia.
Szczęśliwie jest z czego wybierać. Czytajcie więc. I śpiewajcie ze mną dalej: „W niebie wszystko jest w porządku…”. ■ (lubimyczytac.pl)
/ teatr
styczeń/luty'25 (23)
Najsłynniejsze teatry świata
La Scala, Mediolan
Budynek teatru wzniesiono w samym sercu miasta. Powstał w miejscu kościoła Santa Maria alla Scala z 1381 roku, który w XVIII wieku znajdował się już w stanie ruiny.
Świątynię ufundowała Beatrycze Regina della Scala, małżonka Bernabo Viscontiego, jednego z władców Mediolanu sprzed nastania ery Sforzów. To właśnie od jej nazwiska wywodzi się nazwa teatru.
Pomysł budowy nowego teatru, a będąc precyzyjnym nawet dwóch, pojawił się zaraz po tragicznym pożarze, który nawiedził miasto 25 lutego 1776 roku, w ostatnią sobotę karnawału. Ogień strawił wtedy mieszczący się w skrzydle Pałacu Królewskiego Książęcy Teatr Królewski (wł. Teatro Regio Ducal). Gorącą orędowniczką wzniesienia nowego gmachu była księżna austriacka, Maria Teresa. Władczyni wciąż w pamięci miała operę przygotowaną przez Wolfganga Amadeusa Mozarta, którą zaprezentowano 15 października 1771 roku z okazji ślubu jej trzeciego syna na deskach spalonego teatru.
Środki finansowe na budowę zebrano wśród miejscowej arystokracji. Bogaci Mediolańczycy chętnie dokładali się do projektu, czym zapewnili sobie prawo własności do lóż.
Pozostałości kościoła Santa Maria alla Scala rozebrano 5 sierpnia 1776 roku. Niedługo później rozpoczęła się budowa nowego gmachu opery, która trwała do 1778 roku. Za projekt budynku odpowiadał architekt Giuseppe Piermarini.
Oficjalne otwarcie nastąpiło 3 sierpnia 1778 roku, a działalność sceniczną zainaugurowano operą L'Europa riconosciuta autorstwa Antonio Salieriego. Nowy teatr nosił nazwę Nuovo Regio Ducal Teatro alla Scala - Nowy Książęcy Teatr Królewski La Scala. Współcześnie jest to po prostu Teatr La Scala (wł. Teatro alla Scala).
Mediolański teatr jest jednym z największych na świecie, mieści na widowni ponad 3000 osób.

Metropolitan Opera House, Nowy Jork
Architektem starego budynku był J. Cleaveland Cady. Budynek ukończono w roku 1883. Inwestorami było kilku czołowych nowojorskich finansistów, pragnących mieć „swój” teatr z własnymi lożami, których nie mogła im zagwarantować najsłynniejsza ówcześnie nowojorska Academy of Music. Powstała sala koncertowa, która miała nie najlepszą akustykę i funkcjonalność, ale za to wspaniałe loże odpowiadające inwestorom. Początkowo, w pierwszym sezonie, inwestycja przyniosła 600 tys. dolarów deficytu, co wobec 800 tys. dolarów wydanych na budowę, wydawało się początkiem końca nowo powstałej inwestycji. Jednak pesymistyczne scenariusze nie sprawdziły się.
Od 1966 Metropolitan Opera znajduje się w Centrum Lincolna dla Sztuk Scenicznych (The Lincoln Center for the Performing Arts), który to kompleks położony jest pomiędzy zachodnią 62. i 65. ulicą oraz alejami: Columbus i Amsterdam.
W tym kompleksie mieszczą się także: Filharmonia Nowego Jorku (New York Philharmonic), Szkoła Muzyczna Juilliarda (Juilliard School of Music) oraz Opera Miasta Nowy Jork (The New York City Opera).
Pierwszą wystawioną sztuką w Metropolitan Opera House był „Faust: opera w pięciu aktach” Charlesa Gounoda.
Royal Opera House, Londyn
Royal Opera House, znany również jako Covent Garden, to najstarszy teatr w Wielkiej Brytanii. Jego otwarcie miało miejsce 7 grudnia 1732 roku, a pierwszą wystawioną sztuką było „The way of the world” Williama Congreve’a. W latach 1734–1737 z brytyjskim teatrem związany był słynny niemiecki kompozytor Georg Friedrich Händel, który wraz z zespołem wystawiał tu swoje sztuki.
Opera Wiedeńska
Wiener Staatsoper to jedna z najważniejszych światowych oper, w której swoje sztuki wystawiali twórcy tacy jak Wolfgang Amadeusz Mozart, Richard Strauss czy Richard Wagner. Działalność opery rozpoczęła się 25 maja 1869 roku wraz z wystawieniem sztuki
„Don Giovanni” Mozarta.
Opera została otwarta jako Wiedeńska Opera Dworska (Wiener Hofoper), a w uroczystości uczestniczyli cesarz Franciszek
Józef I oraz cesarzowa Austrii Elżbieta. Obecna nazwa funkcjonuje od czasu ustanowienia I Republiki Austriackiej w 1921 roku.
Sydney Opera House
Charakterystyczny budynek opery w Sydney jest jednym z najczęściej fotografowanych obiektów na świecie. Zaprojektował go duński architekt Jørn Utzon. Jej otwarcie odbyło się 20 października 1973 roku.
Budynek zawiera kilka sal widowiskowych, w których łącznie odbywa się ponad 1500 przedstawień rocznie. Do Sydney Opera House każdego roku przybywa ponad 1,2 mln widzów.
Opéra Garnier, Paryż
Mieszcząca się w Pałacu Garnier opera paryska liczy ponad 2000 miejsc na widowni i jest uznawana za symbol Paryża tuż obok katedry Notre Dame. Ten efektowny eklektyczny gmach powstał w latach 70. XIX wieku, a jego autorem był Charles Garnier.
Działalność opery oficjalnie rozpoczął koncert orkiestrowy 5 stycznia 1875 r., a pierwszą operę wystawiono tam trzy dni później i była nią „La Juive” Fromentala Halévy’ego.
Arsenał jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków w mieście Hvar. Zlokalizowany w narożniku Placu św. Szczepana (Trg sv. Stjepana), jednego z największych placów Dalmacji (4500 mkw), tuż przy zatoce, mieści teatr publiczny, który działa tu nieprzerwanie od 1612 roku i szczyci się mianem jednego z pierwszych publicznych teatrów Europy.
Pierwsza wzmianka o budynku pochodzi z 1292 roku – wówczas zapadła decyzja o jego budowie. Początkowo budynek pełnił funkcję magazynu, w którym przechowywano jedzenie oraz elementy wyposażenia statków.
Pierwszy budynek arsenału spłonął podczas najazdu osmańskiego w 1571 roku, a wybuch prochu w roku 1579 jeszcze bardziej nadwątlił konstrukcję. Konieczna była całkowita przebudowa, w ramach której powstało nowe piętro wewnętrzne a dla podparcia podłogi w holu parteru wzniesiono siedem okrągłych podpór łukowych. Łuki arsenału służyły nie tylko jako wsparcie konstrukcji, ale zostały zbudowane w celu wzmocnienia obciążeń podłogi nad nimi.
Przebudowano też dwie najbardziej widoczne elewacje, zachodnią i północną; naprawiono fundamenty na parterze a wewnątrz, na pierwszym piętrze, wszystkie ściany zostały naprawione za pomocą mieszanki nowych i starych, uszkodzonych przez ogień kamieni. Magazyny przy północnej fasadzie arsenału zostały wykupione przez gminę i przekształcone w skład komunalny – Fontik.
W 1611 roku podjęto decyzję o stworzeniu na pierwszym piętrze arsenału teatru, który zaczął działać rok później i był pierwszym teatrem publicznym w Europie, do którego mogli przychodzić wszyscy, bez względu na pochodzenie społeczne.
Teatr zajmował wschodnią stronę pierwszego piętra, a wejście do niego stanowił Belweder – monumentalny taras od strony Fontika. Taras ten został udostępniony przez nowo wybudowaną klatkę schodową na zachodniej elewacji.
Kolejne dobudówki na elewacji północnej powstały po to, żeby zaakcentować to monumentalne wejście. Nad wschodnimi drzwiami Arsenału widnieje napis: ANNO PACIS PRIMO MDCXI („Pierwszy rok pokoju 1611”), natomiast nad bogato zdobionymi drzwiami
w północnej fasadzie, nad wejściem do teatru widnieje napis: ANNO PACIS SECUNDO MDCXII („Drugi rok pokoju 1612”).
Prócz występów teatralnych, w budynku odbywają się różnego rodzaju wystawy i wernisaże.
Broadway – czym on właściwie jest?
Teatr Broadway można nazwać odpowiednikiem naszego teatru czy brytyjskiego West Endu. Koncepcja jest bardzo klarowna – wystawiane spektakle pochodzą z konkretnego obszaru, a w większości są to musicale. Nie ma wątpliwości co do tego, że na Broadwayu wystawiane są przedstawienia na najwyższym światowym poziomie. Mnóstwo spektakli nie schodzi z afiszy przez wiele lat, dzięki czemu Broadway zalicza się do bardzo skomercjalizowanych teatrów świata.
Historia Broadwayu
Historia Broadwayu rozpoczęła się w roku 1750 wraz z założeniem pierwszego teatru. W teatrze stworzonym przez Waltera Muray’ego oraz Thomasa Keana wystawiano różnorodne sztuki, skupiając się jednak szczególnie na dramatach Szekspira. Teatr w Stanach Zjednoczonych rozwijał się dość prężnie do czasu. Wojna o niepodległość wstrzymała nieco rozwój tej dziedziny sztuki, jednak szybko po jej zakończeniu ruchy teatralne ożyły. Powstał, istniejący do dziś, Park Row, nazywany wtedy Park Theatre, następnie Boery Theatre, Winter Garden Theatre i Booth’s Theatre.
Broadway kojarzony jest przede wszystkim z musicalami. Za pierwszy wystawiony na Broadwayu musical uważa się „The Black Crook” z roku 1866. Musical ten trwał niemal 6 godzin, mimo to podobał się tak bardzo, że wystawiono go aż 474 razy! Od tego czasu
w Nowym Jorku pokochano musicale, których pojawiało się coraz więcej. W XX wieku na Broadway zagościły operetki, przede wszystkim pochodzące z Europy.
Po II wojnie światowej zainteresowanie teatrem zaczęło spadać. Lata 60.–80. W XX wieku przyniosły coraz mniejszą liczbę widzów. Atrakcyjna dzielnica i nadciągające bankructwo spowodowały, że lokalami, w których znajdowały się teatry, zainteresowali się deweloperzy. Niewiele brakowało, aby teatry na Broadwayu zniknęły na dobre. Nie stało się tak jednak z inicjatywy Joego Pappa, który stworzył organizację non-profit w celu ochrony teatrów na Broadwayu. Scena teatralna znów ożyła, kiedy zaczęto adaptować znane filmy takie jak „Król Lew” czy „Rodzina Addamsów”.
Broadway – ciekawostki
-
Na Broadwayu znajduje się aż 40 teatrów.
-
W 2017 roku sprzedano bilety za 1,4 miliarda dolarów.
-
„Upiór w Operze” to widowisko grane nieprzerwanie od 27 lat. Wystawione zostało 11 500 razy.
-
Spektakle z Broadwayu można zobaczyć również poza Nowym Jorkiem, kiedy akurat odbywa się trasa wyjazdowa jednego
-
z teatrów Broadwayowskich.
-
Większość teatrów na Broadwayu jest zamkniętych w niedzielę.
-
W środy, soboty i niedziele musicale rozpoczynają się o godz. 14.00, natomiast w inne dni tygodnia w godzinach wieczornych, najczęściej o 19.00 lub 20.00.
-
Na deskach teatrów na Broadwayu występują dość często aktorzy znani z filmów komercyjnych. Są oni jednak zaangażowani tylko na początku, dla rozreklamowania spektakli. (az)
/ podróże
styczeń/luty'25 (23)

Barolo- serce Piemontu
Piemont to rzadko odwiedzany przez turystów region Włoch. Słynie przede wszystkim z trufli
i z wyśmienitego wina Barolo.
MICHAŁ GŁOMBIOWSKI




Trzymam chropowatą grudkę, która potrafi zmienić zwyczajność w niezwykłość. Jest warta spore pieniądze, ale to nie one są tu najważniejsze. Najważniejszy jest aromat. Pisarz kulinarny Josh Ozersky opisał go jako „połączenie świeżo zaoranej gleby, jesiennego deszczu, dżdżownic ryjących
w ziemi i cierpkiej pamięci o utraconej młodości i dawnych romansach”.
Trudno to ująć lepiej. Oto trufle – rosnące pod ziemią grzyby, dla których smakosze tracą głowy. Potrafiące uczynić
z prostego posiłku królewskie danie.
Piemont i trufle
Jestem na północy Włoch, w Piemoncie – mało odwiedzanym przez turystów regionie, który słynie z wina i właśnie z trufli. Okaz, który mam w dłoniach, pójdzie w świat, osiągając
z każdym kilometrem podróży i kolejnym pośrednikiem coraz wyższą cenę. Choć pewnie nie taką, jaką zapłacono za słynną truflę mającą zaledwie 0,07 grama – 140 euro. Jeżeli wydaje się wam, że to niewiele, to przeliczcie, ile wychodzi za kilogram
(2 mln euro!).
Piero Gardini, mieszkający we wsi nieopodal Alby, jest jednym ze zbieraczy. Truflę, którą dał mi powąchać, znalazł poprzedniego dnia. Czeka właśnie na kupca, który już jedzie, by odebrać od niego towar. Gardini mógłby być jednym
z bohaterów dokumentu „Truflarze”, zdobywającego kolejne nagrody na festiwalach filmowych.
Jest sędziwy, zna tutejsze lasy jak własną kieszeń,
a aromatyczne grzyby zbiera nie dla ogromnych zysków (te przypadają w udziale głównie pośrednikom), lecz dlatego, że to po prostu lubi. To czynność polegająca na przemierzaniu kolejnych kilometrów, dająca poczucie harmonii z naturą.
I pozwalająca cieszyć się widokiem unoszącej się nad łąkami mgły, gdy wyrusza się o świcie do lasu.
Alba
Symbolem Alby – miasta, do którego zajeżdżam następnego dnia – trufle stały się jednak dopiero w latach 30. ubiegłego wieku. To wtedy Giacomo Mora, jeden z piemonckich łowców grzybów, wymyślił targi truflowe. Odbywają się one do dziś, raz w roku jesienią, przyciągając do stawianego w mieście ogromnego namiotu tłumy turystów i szukających okazji do ubicia interesu handlarzy.
Alba ma średniowieczny rodowód, o czym przypominają sylwetki wież obronnych wybijających się nad mury miejskie.Centrum wyznaczają tu kwartały ciągnące się pomiędzy placami Savona i Garibaldi, pełne eleganckich butików włoskich marek i delikatesów z lokalnymi przysmakami oraz małych punktów prowadzonych przez piemonckich rzemieślników. Odbijam w jedną z wąskich ulic okrążających późnogotycką katedrę San Lorenzo z XV w. (jak na włoskie standardy w architekturze sakralnej jest dość nietypowa, bo wzniesiona z czerwonych cegieł) i prowadzących ku rzece Tanaro, skąd rozciąga się wspaniała panorama na odległe o pół godziny jazdy Alpy.
Barolo i wino
O ile Alba uchodzi za centrum przemysłu truflowego, o tyle miasteczko Barolo jest sercem świata winnego. Na pofalowanych zboczach wokół tej miejscowości ciągną się rzędy winorośli szczepu nebbiolo. Patrzę na nie z wieży zamku Falletti. Urządzono w nim interaktywne muzeum wina. Sunę wzrokiem po winnicach, które produkują jedne z najdroższych win świata.
– Barolo nie ma tańszego odpowiednika – mówi mi Claudio z Muzeum Wina.
– Zamiast szampana możesz kupić niewiele gorszą hiszpańską cavę, francuskie bordeaux ma kilkakategorii cenowych. Tymczasem barolo zawsze wymaga wysupłania większych pieniędzy. Ale też jego jakość zawsze będzie najwyższa
z możliwych. Kilkaset złotych za butelkę to początkowy pułap cenowy. Ale jeżeli masz więcej gotówki na zbyciu, bez trudu znajdziesz butelki warte i kilka tysięcy złotych.
Miasteczko Barolo jest uroczą miejscowością, która jednak sama w sobie niespecjalnie wyróżnia się na tle innych na północy Włoch. Turyści przyjeżdżają tu jednak nie dla architektury czy zabytków, lecz właśnie dla rubinowego trunku. – Dziś trudno w to uwierzyć, ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu okolice Barolo były rejonami dość biednymi – wyjaśnia mi Claudio. – Dopiero na przełomie lat 70.
i 80. XX w. tutejsze czerwone wina zaczęły zdobywać sławę.
W samym centrum Barolo znajduję Museo dei Cavatappi, czyli muzeum korkociągów. W gablotach zgromadzono tu ponad 600 przedmiotów
o wszystkich możliwych kształtach. Wiele z nich wykonali na zamówienie prawdziwi mistrzowie fachu. Kościane, złote lub perłowe rączki świadczyły
o zamożności właściciela.
Rowerem wokół Barolo
Gdy kilka godzin później wsiadam na wypożyczony rower, by zrobić rundkę po okolicy, wpadam w urzekający krajobraz oblany złotawym światłem. Na horyzoncie widzę poszarpane szczyty Alp, na wyciągnięcie ręki mam pofalowaną linię winorośli, pomiędzy nimi widać odrestaurowane zabytkowe budynki.
Klasyczna pętla rowerowa, otaczająca niemal wszystkie gminy Barolo, ma blisko 50 kilometrów. I choć jest to dystans możliwy do pokonania w jeden dzień, lepiej rozbić go na kilka etapów, by mieć czas na zwiedzanie i degustację win.
W La Morra, wiosce w zachodniej części Barolo, zatrzymuję się nieco dłużej. Chcę przejść się po historycznym centrum usianym barokowymi kościołami
i zajrzeć do sklepów z winami, których ciąg prowadzi do Piazza Castello, głównego placu miejscowości. Tuż obok niego XVIII-wieczna ceglana dzwonnica pozwala (jeżeli wespnie się po schodach) unieść się nad terakotowe dachy budynków i bez przeszkód ogarnąć wzrokiem niemal całą dolinę.
Gdzieś tam w dole, już poza granicami La Morra, stoi kolorowy kanciasty budynek nazywany kaplicą Barolo (oficjalnie: Madonna delle Grazie). Gdy zatrzymuję przy nim rower, muszę pożegnać wyobrażenia o klasycznych freskach, cherubinach i baroku, których bym się tu spodziewał – jesteśmy
w końcu we Włoszech! Ten budyneczek przypomina sen w technikolorze. Skrzy się jaskrawymi barwami, domagając się momentalnie uwagi.
Mieczysław Horszowski pochodził z wyznającej katolicyzm żydowskiej rodziny, która prowadziła we Lwowie skład fortepianów. Francuski krytyk André Tubeuf powiedział o nim: Horszowski był zarówno bardzo żydowski, jak i bardzo katolicki, tak potrafią tylko Polacy.
Uczył się grać w Galicyjskim Towarzystwie Muzycznym we Lwowie u Karola Mikulego.
W wieku siedmiu lat wyjechał do Wiednia, gdzie pobierał nauki u Teodora Leszetyckiego. Do nauczycieli jego należeli także: Henryk Melcer
-Szczawiński, Mieczysław Sołtys i Stanisław Niewiadomski.
W 1901 roku zadebiutował publicznie w Warszawie, grając I Koncert fortepianowy Beethovena. Jako dziecko odbył tournée po Europie i Stanach Zjednoczonych.
W 1905 Horszowski zagrał dla G. Faurégo i spotkał się z C. Saint-Saënsem w Nicei. W roku 1911 przestał koncertować, aby rozpocząć studia literatury, filozofii i historii sztuki w Paryżu. Pablo Casals namówił Horszowskiego, aby powrócił do gry na fortepianie. Po I wojnie światowej, Horszowski zamieszkał w Mediolanie. W 1940 roku przed wkroczeniem Niemców do Paryża przeprowadził się do Nowego Jorku.
Po II wojnie światowej często dawał koncerty
z Pablo Casalsem, Aleksandrem Schneiderem i Józefem Szigetim. Nas koncertach solowych grał głównie Beethovena, z czasem dodając do swojego repertuaru sonaty Mozarta.
Jego innymi ulubionymi kompozytorami byli: Arthur Honegger, Vincent d’Indy, Bohuslav Martinů, Igor Strawinski, Karol Szymanowski, Fryderyk Chopin i Heitor Villa-Lobos.
Pianista nagrywał płyty w takich wytwórniach jak między innymi: HMV, Columbia Records, RCA, Deutsche Grammophon, Nonesuch Records i inne. Jego uczniami byli między innymi: Richard Goode, Anton Kuerti, Murray Perahia oraz Peter Serkin. (wikipedia; redakcja)
Kaplicę w 1914 roku zbudowali rolnicy, tworząc miejsce nie tylko do modlitw, ale też do ochrony przed sezonowymi opadami. W latach 70. ziemię wraz z budynkiem kupił Bruno Ceretto. I był to ostatni moment, by uchronić świątynię przed rozpadnięciem się. Na jego zlecenie amerykańscy artyści Sol LeWitt i David Tremlett zamienili budynek w dzieło sztuki (zapłatą za pracę były ponoć butelki wina produkowanego przez Ceretta). Twórcy zalali budynek kolorowymi pasami i geometrycznymi formami. – Chciałem stworzyć miejsce, gdzie można miło spędzić dzień, posiedzieć, wypić lampkę wina, poczytać książkę, a może też pomodlić się – wyjaśniał Tremlett.
Siła tego projektu polega w dużej mierze na kontraście – w przesiąkniętym tradycją Barolo ta kolorowa jak rajski ptak kaplica sprawia wrażenie przybysza z innej planety. Nie dziwi więc, że przyciąga turystów, fotografów i miłośników pikników.
Monforte d’Alba
Sztuka obecna jest zresztą w tych regionach w przeróżnych formach. Przekonuję się o tym, docierając do wioski Monforte d’Alba, miejsca widniejącego na liście I borghi più belli d’Italia („Najpiękniejsze wioski we Włoszech”). Średniowieczną mieścinę oplatają strome brukowane uliczki zabudowane okazałymi willami w kolorze ochry.
Na jednej z karczm widzę tabliczkę upamiętniającą tragiczne wydarzenia z XI w. Miejscowość była miejscem życia dla kilku pokoleń katarów – uznawanych przez papiestwo za heretyków członków ruchu, który powstał po rozłamie Kościoła. W 1028 roku arcybiskup Mediolanu zdobył tutejszy zamek i deportował ich do swojego miasta. Tam, nie chcąc wyrzec się swoich przekonań, płonęli na stosach.
Idę do Audytorium Horszowski – niesamowitego teatru na otwartym powietrzu. Jego schody, służące też za miejsca do siedzenia, porośnięte są równo przystrzyżoną bujną trawą. Obok stoi wysoka ceglana dzwonnica z XIII wieku. Działalność tego miejsca zainaugurował w 1986 roku polski pianista Mieczysław Horszowski, chwaląc doskonałą akustykę piemonckiego teatru.
Od tego czasu audytorium co roku gości festiwal jazzowy, a w sezonie staje się areną niemal codziennych koncertów i spektakli. Jest jednym z przykładów na to, że w Barolo doznania kulinarne swobodnie przenikają się z artystycznymi, a proste radości dostępne są na każdym kroku. Kęs obsypanego truflami makaronu, muzyka w cieple wieczoru, kieliszek czerwonego wina, kameralny krajobraz niewiele zmieniony od setek lat. Czego chcieć więcej? ■ (National Geographic)
/ wychowanie zabawa
styczeń/luty'25 (23)

Dzieci muszą być dziećmi. Zabawa i czas wolny rozwijają kreatywność
i buduj ą odporność psychiczną
Dzieci muszą być dziećmi, nie mogą mieć zaplanowanej każdej sekundy życia, każdej chwili wypełnionej lekcjami zadanymi
do domu i dodatkowymi zajęciami.
Bezcenny czas wolny
Dzieci rozwijają mechanizmy regulacji emocjonalnej poprzez przyjaźnie, spontaniczne zabawy, czas wolny, kiedy mają okazję posłużyć się wyobraźnią i rozbudzić ciekawość świata. Mniej napięty plan zajęć pozwala na spotkania z rodziną i kolegami, będące okazją nauczenia się ważnych życiowych lekcji. Nawet nuda stwarza ciekawe możliwości rozwoju i nauki. Słysząc rytualne wakacyjne marudzenie: „Nudzi mi się!”, nie możemy zrobić nic wartościowszego, jak odpowiedzieć mniej więcej tak: „Spróbuj się pobawić na dworze. Widzę tam szpadel, taśmę klejącą i pęknięty wąż ogrodowy. Dobrej zabawy!”.
Istnieje doskonale ilustrująca powyższe tezy opowieść o Richardzie Feynmanie, laureacie Nagrody Nobla z dziedziny fizyki, którą poznaliśmy z ust przyjaciółki. W wieku czternastu lat miała okazję poznać znakomitego uczonego i porozmawiać z nim. Zadała mu pytanie, jak rozwinął tak wybitny intelekt. Feynman odparł, że było to proste. Gdy skończył cztery lata, rodzice codziennie prosili, żeby wyszedł się pobawić na podwórko, i praktycznie zamykali przed nim dom. Część terenu była zwykłym złomowiskiem. Mały Feynman majstrował przy popsutych maszynach i silnikach, ostatecznie nauczył się nawet naprawiać zegary. Zwyczajna nuda i potrzeba znalezienia zajęcia wpłynęły tak znacząco na rozwój intelektu, że obdarzony nim człowiek stał się jednym z najwybitniejszych umysłów swojej epoki. Nie zachęcamy bynajmniej rodziców do zamykania domów przed dziećmi i pozwalania im na zabawy na złomowisku oraz nie obiecujemy, że takie działanie przyniesie ich pociechom Nagrodę Nobla, niemniej jednak pragniemy zapewnić, że pozostawienie dzieciom czasu na odkrywanie świata i tego, kim są, jest dla nich bezcenne.
Tezę tę potwierdza wypowiedź kierownictwa NASA i Jet Propulsion Laboratory o potrzebie zmiany procesu rekrutacji. Dotychczas kładziono nacisk na zatrudnianie absolwentów najlepszych uczelni w kraju z najlepszymi ocenami, przekonano się jednak, że osoby
te nieszczególnie radzą sobie z rozwiązywaniem problemów. W procesie rekrutacji zawodowej kierownictwo obu instytucji zaczęło poszukiwać absolwentów, którzy mogli się pochwalić udokumentowaną historią zabaw lub prac ręcznych w dzieciństwie i okresie dorastania. Ludzie, którzy jako dzieci budowali, konstruowali, wymyślali zabawy, najlepiej umieli rozwiązywać problemy.
Zatem dobrym sposobem umocnienia równowagi w życiu dziecka jest danie mu czasu i sposobności na nieskrępowaną zabawę. Na odkrywanie i badanie świata, rozwijanie bardzo ważnych kompetencji emocjonalnych, społecznych i intelektualnych metodą prób
i błędów. Kiedy każda minuta jest zaplanowana, dziecko traci tę ważną możliwość.

Zabawa pod ochroną
Nie jest przesadą stwierdzenie, że nieskrępowana zabawa staje się dla wielu współczesnych dzieci czynnością zagrożoną, tak jak zagrożone są niektóre gatunki zwierząt. Czas przeznaczony na zabawę w domu jest coraz krótszy za sprawą przeciążenia odrabianiem prac domowych, zajęciami dodatkowymi, ćwiczeniami. W szkole uczniowie zaczynają naukę coraz wcześniej, coraz dłużej siedzą w ławkach, nauka skupia się na opanowaniu metod rozwiązywania standardowych testów, pozostawiając coraz mniej miejsca na zwykłą zabawę. W dodatku gadżety elektroniczne w coraz większym stopniu pochłaniają uwagę i umysły dzieci. Nie można jednoznacznie stwierdzić, że każdy z tych czynników jest zły. Problem pojawia się wtedy, kiedy w coraz większym stopniu zastępują one zabawę, która to czynność ma ZASADNICZE znaczenie dla optymalnego rozwoju zarówno ludzi, jak też innych ssaków.
Popęd do zabawy jest częścią natury ludzkiej. Dowodzą tego najnowsze badania. Czasami pokazują one to, co wyczuwamy intuicyjnie, na przykład że zabawa zmniejsza stres. Obserwujemy to zarówno w środowiskach wysoko rozwiniętych materialnie, jak i ubogich. Inne odkrycia są nieco bardziej zaskakujące. Badacze odkryli na przykład, że zabawa klockami szybciej rozwija zdolność mowy u osesków. Przedszkolacy, którzy bawili się po pozostawieniu w placówce
przez rodziców, byli spokojniejsi i łatwiej tolerowali rozłąkę niż ich koledzy, którym opiekunowie czytali bajki. Prosta czynność zabawy jest czynnikiem regulującym emocje.
Pierwsza praca
Z perspektywy laika dziecko bawiąc się, po prostu spędza przyjemnie czas – co jest bardzo dobre – ale „niczego nie dokonuje”, „nie działa konstruktywnie” w celu rozwoju umysłowości. Szeroko zakrojone badania procesu zabawy demonstrują natomiast, że sam ten akt dostarcza niezliczonych korzyści, zarówno poznawczych, jak i niepoznawczych (uważamy przy tym, że sama radość z przeżywania przyjemnych chwil jest czymś bardzo pozytywnym). Zabawa jest pracą dziecka. Rozwija umiejętności kognitywne, powiększa zasoby językowe i umiejętność rozwiązywania problemów, rozwija takie funkcje wykonawcze jak planowanie, przewidywanie konsekwencji, dostosowanie do nieprzewidzianych sytuacji.
Zabawa wspiera integrację. Podczas zabawy dzieci rozwijają kompetencje społeczne, relacyjne, a nawet retoryczne i negocjacyjne, muszą bowiem ustalić z grupą rówieśników obowiązujące zasady gry i przekonać ich do swoich pomysłów. Uczą się przestrzegania zasad, kolejności działania, elastyczności, zachowań etycznych. Muszą rozstrzygać rozmaite dylematy, ustalać, jak traktować innych uczestników zabawy.
Oprócz korzyści społecznych zabawa oferuje korzyści psychologiczne i emocjonalne, pomagając tworzyć zrównoważony mózg. Podczas zabawy dzieci ćwiczą rozwój rozmaitych cech mózgu, na przykład radzenie sobie z niepowodzeniem, utrzymywanie uwagi, poznawanie świata. Próbują różnych ról, pokonują strach i poczucie bezradności. Rozwijają odporność psychiczną i równowagę emocjonalną, zdolność tolerowania rozczarowań, gdy nie wszystko układa się po ich myśli.
Fragment książki „Mózg na tak. Jak pielęgnować w dziecku odwagę, ciekawość i odporność psychiczną”, Daniel J. Siegel, Tina Payne Bryson, tłum. Melania Gruszczyńska, wyd. Mamania. Wybór, skrót i śródtytuły pochodzą od redakcji.
/ wychowanie
styczeń/luty'25 (23)
Uwaga,
dzieciobuch!
GRZEGORZ KASDEPKE

Jeżeli dzieci kojarzą się komuś ze słodkimi aniołkami, to zapewne rzadko miewa z nimi kontakt – i niewiele pamięta już z własnego dzieciństwa. Albo odrobinkę zidiociał. Często taka osoba odkrywa w piątej dekadzie życia potrzebę pisania dla najmłodszych. Odradzam z całych sił! Aplauz przy rodzinnym stole to wprawdzie dużo, lecz nie zapewnia jeszcze światowej kariery. I na pewno nie przygotuje na okrucieństwo, z jakim młodzi czytelnicy potrafią traktować autora.
– Lubi pan podrywać dziewczyny? – zapytał mnie kiedyś siedmiolatek.
– Lubię – odpowiedziałem szczerze.
– A jak pan je podrywa w takich brzydkich butach?
Albo:
– Ile pan ma lat?
– Czterdzieści pięć.
– No to gratuluję, wygląda pan na czterdzieści cztery i pół.
Albo:
– Ma pan jeszcze wszystkie zęby?
– Mam…
– Ale przy sobie?!
I dalej w ten deseń.
Bo każde spotkanie z młodymi czytelnikami jest jak wędrówka przez nieoznakowane pole minowe – wiadomo, że wcześniej czy później nastąpi dzieciobuch!
Dzieciobuchy, podobnie jak miny, dzielimy na przeciwpancerne, przeciwpiechotne, denne i na dzieciobuchy pułapki.
Dzieciobuch przeciwpancerny ma dużą siłę niszczącą i sprawia, że ściany sali gimnastycznej, w której odbywa się spotkanie, drżą
w posadach – także za sprawą podpierających je nauczycieli. Ich twarze czerwienieją od krwi (zamkniętej, na szczęście,
w podskórnych naczynkach).
Przykłady:
– Czy ma pan kochankę? – zapytała mnie kiedyś ośmiolatka.
– Uznajmy, że moją kochanką jest literatura… – wykrztusiłem.
– A żona?! – zawołał jakiś chłopiec.
Albo:
– Co pana łączy z naszą panią od polskiego? – usłyszałem w Jaśle.
– Na przykład to, że oboje lubimy książki.
– Figlarze!
Albo:
– Czy był pan kiedyś przystojny?
Taaak…
Dzieciobuch przeciwpiechotny ma jeden cel – zapobiec powrotowi na lekcję. Dlatego może nim być dowolne pytanie, byle tylko zabrało kilka cennych sekund.
Przykłady:
– A jaki był tytuł pana czwartej książki?
Albo:
– A jaki był tytuł pana piątej książki?
Albo:
– A jaki był tytuł pana szóstej książki?
Albo:
– A jaki był tytuł pana siódmej książki?
Albo:
– A jaki…
I tak dalej.
Dzieciobuch denny eksploduje dla samej przyjemności rozkoszowania się wybuchem. Skutkiem ubocznym takiej eksplozji jest świadomość, jaka spływa na jej dorosłe ofiary: otóż to nieprawda, że nie ma głupich pytań, a są jedynie głupie odpowiedzi. Głupie pytania okaleczają jak świat długi i szeroki!
Przykłady:
– Ma pan… czyste… czy brudne… gacie?… – bo dzieciobuchowi dennemu towarzyszy zazwyczaj dziki rechot utrudniający oddychanie
i poprawną artykulację.
Albo:
– Śmierdzą… panu… skarpetki?…
Albo:
…a może zresztą już wystarczy.
Przejdźmy do najgroźniejszej kategorii dzieciobuchów, a są nimi dzieciobuchy pułapki. Nigdy nie wiadomo, jakie wywołają zniszczenia – skutki eksplozji widać dopiero długi czas po opadnięciu pyłu.
Przykłady:
– Ile to jest siedem razy osiem? – zapytał mnie znienacka pierwszak ze społecznej szkoły na warszawskiej Saskiej Kępie.
– Pięćdziesiąt sześć – odpowiedziałem odruchowo.
– Dziękuję! – krzyknął rozradowany. – Właśnie odrobił pan za mnie pracę domową!
Albo:
– Czy to prawda, że butonierka to taka dziurka w klapie marynarki? – spytała siedząca przy wychowawczyni blondyneczka.
– Na przykład na kwiatek?
– No tak – potwierdziłem. – Na kwiatek albo na jakąś odznakę.
– A nasza pani tego nie wiedziała!
Albo:
– Czy to, co pan opisał w książce Kiedy byłem mały, to prawda? – chciał wiedzieć uczeń krakowskiej podstawówki.
– Prawda.
– Nawet to? – i zaczął dukać: „Żeby rozładować napięcie, pokazałem siusiaka jednej z moich kuzynek, Joli – i uznałem, że na tym na razie mogę zakończyć moją przygodę z dziewczynami”.
Jak więc widać, dzieciobuchy pułapki są najgroźniejsze.
Dzieci uwielbiają zastawiać pułapki na dorosłych, a z kolei dorośli uwielbiają przyglądać się swoim równolatkom zaplątanym w sidła dziecięcych pytań. Jaki z tego wniosek? Że dorośli to także dzieci, tyle że dorosłe. Ot, cała różnica. Wszyscy bywamy złośliwi, okrutni, czasami podli lub cyniczni. I nikomu z nas nie jest wstrętny gorzko-słodki smak destrukcji.
No a skoro o destrukcji mowa… – miło czasami pizgnąć pustą butelką o betonowy trotuar, prawda? Albo wybić kamieniem okienko
w grochowskim pustostanie? Albo przynajmniej przepalić papierosem trzymane przez hostessy balony z logotypem sponsora?
Nie?!
(...) Zaproponujmy więc destrukcję w wersji light: strzelanie z folii bąbelkowej, kopanie dmuchawców, roztrzaskiwanie słodkiej warstwy karmelu na crème brûlée…
Przyjemne, prawda?
Dzieci potrafią cieszyć się destrukcją bez wyrzutów sumienia. Dorośli wyrzutami sumienia często za nią płacą. Czy złotym środkiem byłaby rekonstrukcja zamiast destrukcji? Porzucenie ciekawości z gatunku „co by było, gdyby?”. Zgoda na zastane?
Sympatyczni redaktorzy (...) zlecili mi napisanie tekstu o tym, co dzieci chętnie zniszczyłyby, gdyby tylko dać im taką możliwość. Spotkałem się więc z najstarszymi przedszkolakami jednej z płockich placówek, rozmawiałem z uczniami klasy drugiej bydgoskiej podstawówki oraz z czwartoklasistami uczęszczającymi do szkoły w moim rodzinnym Białymstoku. Przy okazji zamieniłem parę zdań z moimi małoletnimi sąsiadami z Saskiej Kępy (chłopcy w wieku lat trzech, pięciu oraz szesnastu).
Rezultaty tych spotkań były rozczarowujące, bo przewidywalne – i pokornie biorę winę na siebie. Zapewne zawiniła metoda badawcza. Rozmowa – cóż to właściwie za metoda? Podczas rozmowy można podrzucać wnioski, sugerować odpowiedzi, naprowadzać na pewne przemyślenia… A przecież ze wszelkich sił starałem się tego nie zrobić. Niemniej zdecydowana większość przepytywanych (na moje niematematyczne oko ponad 90% małoletnich rozmówców!) chętnie wysadziłaby w powietrze własną szkołę. Pozostałe 10% było dla szkoły łaskawe głównie ze względu na swój wiek – nazbyt na szkolną placówkę smarkaty. W tej grupie odpowiedzi były wprawdzie zaskakujące, lecz liczone na palcach dłoni, trudno więc o wyciąganie jakichś ogólnych wniosków. Jeden
z przedszkolaków marzył o pozbyciu się siostrzyczki. Drugi chciałby raz na zawsze zniszczyć drewniane lekarskie szpatułki. Pewna dziewczynka wspomniała z wyraźną niechęcią o kupionych latem sandałkach. A mój trzyletni sąsiad oświadczył, że najchętniej zniszczyłby to, czego tak bardzo boi się mama!
– A czego tak bardzo boi się mama? – spytałem, czując jednocześnie, że przekraczam granicę sąsiedzkiej dyskrecji.
– Kalorii – usłyszałem w odpowiedzi.
Co uznałem za przecudny okaz dzieciobucha rozbrajającego. (przekroj.pl)
/ wokół stołu dzieci w kuchni
styczeń/luty'25 (23)
W jedzeniu chodzi o opowieść...
Dziecko w kuchni to kontrowersyjny temat. Łukasz Modelski jednak twierdzi, że edukacja kulinarna jest równie istotna jak ta tradycyjna.
Z autorem „Pysznych przypadków” Dominika Zagrodzka rozmawia
o potrawach, które robiła mu babcia, gotowaniu w szkole i… marchewce z groszkiem.

Jedzeniem interesuje się od zawsze. Jest krytykiem kulinarnym, autorem książek i dziennikarzem. Spotykamy się przy okazji premiery ostatniej książki Łukasza Modelskiego – „Pyszne przypadki. Niewiarygodne historie słynnych dań” – której adresatami są dzieci. Wspaniale zilustrowana przez Jacka Ambrożewskiego, zawiera nie tylko przepisy na dania typu brownie, zapiekanka ziemniaczana czy nachos, ale także historie tych potraw.
Dominika Zagrodzka: Pamiętasz pierwszą samodzielnie ugotowaną przez siebie potrawę?
Łukasz Modelski: Tak. Działo się to dość późno, bo miałem około 13 lat. Zrobiłem sałatkę szopską. Nie jestem do końca przekonany, czy możemy mówić tu o gotowaniu, bo przecież to tylko pokrojenie i wymieszanie składników, ale było to pierwsze danie zrobione przeze mnie od początku do końca.
Udała się?
Udała, a była oceniana od razu nie tylko przez domowników, bo przygotowałem ją na kolację z jakiejś specjalnej okazji, dziś już nie pamiętam, z jakiej dokładnie. W dodatku w tamtych czasach trudno było znaleźć na przykład odpowiedni ser do tego typu sałatki. Musiałem więc nieco improwizować. Trzeba też pamiętać, że ówcześnie każda ciut bardziej oryginalna potrawa wywoływała zachwyt u gości.
Skąd wiedziałeś, jak zrobić sałatkę szopską? Kto uczył cię gotować?
W mojej domowej kuchni rządziła babcia. Odnoszę wrażenie, że kiedy byłem dzieckiem, miałem dużo więcej wolnego czasu niż współczesne dzieci. Wracałem ze szkoły o dwunastej, trzynastej i na dobrą sprawę nie miałem zbyt wiele do roboty. Babcia zawsze pichciła coś w kuchni, a ponieważ rodzice byli w pracy, spędzałem czas właśnie z nią. Nie namawiała mnie specjalnie do gotowania, ale pamiętam, że wycinałem szklanką kółka z ciasta na pierogi czy ucierałem składniki w makutrze. Nagrodą była możliwość wylizania resztek, więc opłacało się pomóc! [śmiech]
Czy te babcine przepisy i kuchenne patenty zostały z tobą do dziś?
Tak. Zwłaszcza przekonanie, że zawsze jesteśmy w stanie coś ugotować, nawet jeśli wydaje się, że mamy pustą lodówkę. Nie istnieje taka sytuacja, w której nie da się przyrządzić posiłku. Z biegiem lat przekonałem się, że nie wszyscy znają takie podejście do gotowania, które dla mnie jest oczywiste. Kiedy nagle się okazuje, że brakuje nam składników do danego przepisu, stajemy się bezradni. Zadziwia mnie to.
Dzięki temu, że obserwowałem babcię w kuchni – to, co była w stanie zrobić w czasach gospodarki niedoboru i ciągłej improwizacji
– potrafię dziś zrobić coś z niczego. Trzeba jednak otwarcie powiedzieć, że babcia gotowała w sposób, który teraz określilibyśmy jako konserwatywny. Przykładowo czymś oczywistym w tamtych czasach była zasmażka. Dodawała ją do wielu dań, ale szczególnie zapadło mi w pamięć jedno: marchewka z groszkiem.
Oj, znam to!
No widzisz, ale to wcale nie było dobre dla marchewki i groszku. Zamiast delikatnego podkreślenia ich smaku masłem zostały utopione w mącznej, gęstej masie. To położyło się ponurym cieniem na mojej relacji z tym daniem. Mówiąc wprost – nie biorę go do ust.
To co najbardziej lubiłeś jeść z dań przygotowywanych przez babcię?
Pierogi, nie knedle, ze śliwkami. Podawane na zimno ze śmietaną i z cukrem, świetne. Poza tym wielki klasyk PRL-u, czyli zapiekany makaron z jabłkiem i smażona kiełbasa. Ta ostatnia kojarzy mi się przede wszystkim z powrotami z wakacji. Mam w głowie utrwalone konkretne chwile, momenty z przeszłości, i to jest właśnie jeden z nich. Wracam z wyjazdu, trzeba mnie szybko nakarmić, więc smaży się kiełbasę.
Pamiętam też wspólne zakupy z babcią w Hali Mirowskiej. Inne dzieci chciały cukierków, ja chciałem śledzia. W Hali był sklep rybny,
w którym kupowało się śledzia i zajadało z bułką.
Dużo mówisz o gotowaniu w domu, ale w tamtych czasach próbowano też edukować dzieci kulinarnie w szkołach.
Tak, ku mojej rozpaczy. Problem polegał na tym, że na tzw. zajęciach praktyczno-technicznych dziewczynki gotowały, a chłopcy zajmowali się czymś, co można chyba określić jako majsterkowanie. Nie szło mi to kompletnie. Wolałbym gotować, bo moje koleżanki robiły naprawdę smaczne rzeczy: podstawowe sałatki, ale też ciasta. W trakcie jednej lekcji! Zazdrościłem im strasznie.
W mojej szkole tego typu zajęcia miały już charakter koedukacyjny – gotowali wszyscy. Pamiętam te lekcje jako jedne z najlepszych w semestrze, przygotowywaliśmy kanapki, sałatki, ciastka. Chłopcom bardzo się to podobało, więc podział, o którym mówisz, jest po prostu sztuczny.
Oczywiście. Szkoda, że nie zostawiono nam wyboru.
Czy myślisz, że edukacja kulinarna powinna na stałe zagościć w polskich szkołach?
Tak. Niestety, kiedy patrzę na mojego syna, właśnie kończącego podstawówkę, widzę że jej praktycznie nie ma. A przecież to jest też po prostu kwestia nauki samodzielnego przetrwania. Wyobraź sobie, że na Seszelach dzieci w szkołach są uczone rybołówstwa. Bardzo podstawowego i raczej na własne potrzeby, a jednak. Chodzi o to, żeby w przyszłości potrafiły same sobie przyrządzić posiłek. Polska jest jednym z niewielu krajów w Europie, w których można pójść do lasu i znaleźć produkty do przyrządzenia całego obiadu. Uważam, że w szkołach powinno się uczyć rozpoznawania grzybów czy ziół, to bardzo użyteczne. Pamiętam, kiedy kilka lat temu przyjechał do Polski René Redzepi, szef kuchni kopenhaskiej Nomy. Był zachwycony tym, że u nas tzw. foraging, czyli zbieranie owoców lasu, jest czymś absolutnie zwyczajnym.
Chciałeś „Pysznymi przypadkami” trochę wypełnić tę edukacyjną lukę?
Książka jest adresowana głównie do dzieci w wieku 8-10 lat. Musiałem dostosować treść „Pysznych przypadków” do tego, co lubią
moi odbiorcy – stąd przepisy na nachos, bubble tea czy pizzę. Chciałem im pokazać, że jeśli się coś lubi, można sobie to łatwo i szybko samodzielnie przygotować. Z drugiej strony jest to opowieść o historii związanej z poszczególnymi daniami, które powstały przez przypadek.
Przepisy w „Pysznych przypadkach” rzeczywiście brzmią tak, że jestem w stanie uwierzyć w możliwość ich wykonania przez kilkulatka.
Te receptury, które mogłyby być w jakimś stopniu trudne do zrobienia, zostały mocno uproszczone. Przykładowo nie robimy sami ciasta na pizzę, używamy gotowych blatów. Są bardzo dobre i łatwo dostępne. Cała magia polega na tym, by połączyć kilka składników, poddać je działaniu temperatury i otrzymać coś zupełnie innego niż tylko sumę produktów. Dla dzieci jest to ciekawe, kiedy w 10 minut mogą zrobić pizzę. Tak samo nachos – wkłada się do piekarnika chipsy z dodatkami, a wyjmuje danie.
Zajmuję się jedzeniem i historiami różnych potraw od lat i zauważyłam, że niekoniecznie chodzi o to, by były one na 100% prawdziwe. Raczej o to, by je sobie opowiadać, często też przekazywać z pokolenia na pokolenie – tak jak w historii włoskiej pizzy, daniu prostych ludzi, które doceniła sama włoska królowa.
Starałem się potwierdzać opisywane historie. Na większość są twarde historyczne dowody. W niektórych miejscach w książce piszę jednak wprost: „jak mówi legenda” albo „jak przyjęło się sądzić”. Zgadzam się z tobą, w jedzeniu chodzi o mit, o opowieść. Dziś także
o marketing – wiele produktów jest promowanych za pomocą, często wyssanych z palca, historii.
Czy twoim zdaniem znajomość tych opowieści związanych z jedzeniem wpływa na odbiór samego dania?
Oczywiście. Weźmy na przykład specyficzny produkt, jakim jest wino. Jego produkcja jest dzisiaj w gruncie rzeczy procesem laboratoryjnym. Wszystkie parametry są szczegółowo określone. Dopisujemy jednak do produkcji wina historie o winiarzach, którzy od pokoleń wytwarzają ten napój, romantyzujemy pracę w winnicy. Ludzie nie chcą rozmawiać o chemicznych reakcjach zachodzących w winie, potrzebują opowieści.
Tak samo jest z dziećmi. Podczas warsztatów, które prowadziłem, zauważyłem, że pojawiają się pytania, skąd się wzięło jakieś danie. I „Pyszne przypadki” powstały właśnie po to, żeby tę ciekawość zaspokoić.
„Może wy też pewnego razu wynajdziecie potrawę, która przejdzie do historii” – tymi słowami kończysz książkę. Zaspokajasz ciekawość, ale też zachęcasz do eksperymentowania w kuchni. To piękna puenta „Pysznych przypadków”.
Dzieci są bardziej kreatywne, niż sądzimy. Powinniśmy zostawić im w kuchni pewną dozę swobody – kto wie, może właśnie przygotowana przez nasze dziecko potrawa zapisze się na kartach kulinarnej historii?
Na deser
Najczęściej gotuję… późno. Za późno. Praktycznie nie zaczynam przed dwudziestą drugą. Kiedyś będę musiał to zmienić.
W kuchni inspiruję się… najczęściej tym, co zobaczę na targu. Menu wymyślam do tego, co mi się spodoba, co mnie zachwyci.
Kiedy przychodzą goście, zawsze podaję… Nie ma stałej potrawy. Staram się nie powtarzać zbyt często. Kiedy jestem kompletnie nieprzygotowany, szybko piekę jakąś prostą tartę na słono. Do tego sałata – zazwyczaj jest w domu.
Nie wyobrażam sobie świata bez… Nie wiem, jak ludzie w Europie żyli bez pomidorów! Jeszcze bardziej tragiczny byłby pewnie brak cebuli.
Mój ulubiony deser to… Nie jestem wielkim przyjacielem deserów, w gruncie rzeczy nie muszę ich jadać. Jednak są takie, które cenię ze względu na sentymenty: tartę z truskawkami, rabarbar pod kruszonką, wuzetkę. Gdyby ktoś mi zaproponował PRL-owski krem sułtański, też bym nie odmówił. Z deserów jednak najbardziej lubię mocne espresso. Jeśli istnieje jakieś zwieńczenie posiłku, to właśnie takie.
Słyszę comfort food, myślę… że gdyby naprawdę chcieć ten zwrot dobrze przełożyć na polski, tłumacz musiałby użyć pełnego zdania.
(kukbuk)
/ savoir-vivre
styczeń/luty'25 (23)
Prezentowana, kolorowana pocztówka warszawskiego Wydawnictwa Braci Rzepkowicz pochodzi z roku 1909 (ze zbiorów Muzeum Narodowego
w Warszawie). Ten słodki obrazek ilustruje gest uznawany dziś za wyróżnik kultury polskiej. W czasach, gdy zdjęcie to było wykonane, zwyczaj całowania kobiet w rękę był dyskutowany na salonach. Nawet konserwatywni znawcy savoir-vivre'u zauważali, że nie ma konieczności całowania dłoni starszych dam i wychodzi to z mody. Jako przepis bezwzględny traktowali zasadę, że panien nigdy publicznie w ręce się nie całuje, a dopuszczalny wyjątek widzieli w sytuacjach rodzinnych, po długim okresie rozłąki, gdy wylew serca tamuje wszelkie skrupuły. Zanikała też pamięć o feudalnym rodowodzie tego gestu, gdy całowano w dłoń osoby – zwłaszcza mężczyzn – wyżej postawione
w hierarchii społecznej, a także matrony z elity.
Maniery naszych pradziadków,
czyli przedwojenny
savoir-vivre
PAWEŁ RZEWUSKI

Wciąż słychać czasem narzekania na upadek dobrego wychowania i postulaty powrotu do starych reguł towarzyskich – bardziej poukładanych i eleganckich. Czy dawne obyczaje przystają jednak do współczesności? Z pewnością mogą nas nauczyć, jak bardzo zmienił się świat w czasie minionych stu lat.
Zasady dobrego wychowania, podobnie jak moda, podlegały zawsze licznym zmianom. Niegdysiejsze obyczaje z czasem przestają być cenione, szczególnie gdy stają się zupełnie nieaktualne. Można wówczas zostać z nimi jak Rzecki z „Lalki” z jego niemodnym surdutem z początku XIX wieku.
Wiele zachowań polecanych niegdyś w poradnikach było ściśle związanych z ówczesnym stanem rozwoju technologicznego. Niektóre z reguł są już dzisiaj zupełnie nieaktualne, inne wydają się tak oczywiste, że może aż dziwić, że trzeba było je wskazywać jako dobre maniery. Wpływ czasów i miejsca na zasady dobrych obyczajów dostrzegali zresztą autorzy poświęconych im poradników.
W „Dobrym wychowaniu na co dzień” pisała autorka:
"
Więc weźmy za przykład nasz uświęcony tradycją pocałunek ręki, będący zwykłem przywitaniem poprawnego mężczyzny
z kobietą, której nie ma powodu nie szanować. W większości krajów zachodnio-europejskich pocałunek taki uchodzi za przesadną galanterję, graniczącą ze zmanierowaniem, za przeżytek średniowiecza, wreszcie za karygodną poufałość.
Czy dżentelmen może mieć ponurą minę?
Nienaganne maniery oznaczały zdystansowanie wobec świata i unikanie podążania za tanią podnietą, co dzisiaj nie zawsze jest rozumiane. Jak czytamy
w poradniku „Człowiek dobrze wychowany, czyli wskazówki odpowiedniego zachowania się w domu i w towarzystwie” z roku 1917:
"
Człowiek dobrze wychowany nie powinien również brać udziału
w zbiegowiskach ulicznych, w kłótniach pospólstwa, jak również nie odwiedzać lokalów pokątnych, mających złą opinię. W takich razach zawsze nas ktoś ze znajomych zobaczy, zacznie o tem rozpowiadać, uwagi swoje robić, skutkiem tego będą nas w dobrem towarzystwie gorzej przyjmowali, pożądani prawdziwie ludzie zobojętnieją dla nas, a często taka bytność
w nieodpowiednim lokalu pozbawi nas szczęścia całego życia.
Uwydatnia się tutaj tendencja do łączenia dobrego wychowania ze statusem materialnym i społecznym. Bycie dżetlemenem i damą to nie tylko ogłada, ale również odpowiednie towarzystwo. Zdarzały się też inne, zaskakujące zalecenia.
"
Nie marszcz czoła, ani nosa, ale na twarzy twej niech się maluje i zdradza spokój, pogoda, łagodność z powagą. Pamiętaj, że aby spojrzenie twe i twarz wzbudzała przyjemne uczucie i poszanowanie w innych, powinieneś się starać, by dusza twa ukochała to, co jest dobrem, a brzydziła się jak najwięcej wszelką myślą, i żądzą występną. Wejrzenie bowiem i oblicze są najczęściej odbiciem duszy.

Chyba trudno się dzisiaj zgodzić, że do dobrego wychowania należy zawsze zachowanie pogody ducha. W tym konkretnym przypadku kodeks napisał duchowny, co wyjaśnia, dlaczego połączył zasady właściwego zachowania
w towarzystwie z umiłowaniem dobra.
Jaki powinien być dżentelmen? Na zdjęciu Jerzy Duszyński w sztuce „Jim strzela pierwszy”, Teatr Syrena, 1959 rok / fot.: Edward Hartwig, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 42-X-320-3 / domena publiczna
Higiena – rzecz nieoczywista
„Czuwaj, aby bielizna twoja zawsze była czysta. Czysta bielizna przyczynia się do zdrowia naszego ciała” – dziś taka porada wydaje się wręcz absurdalna, daniej jednak kwestie związane z higieną nie były tak oczywiste i wielu nawet dobrze wychowanych ludzi o nią nie dbało. Często było to związane z problemami natury mieszkaniowej. Na przykład w Łodzi, gdzie kanalizacji bardzo długo nie było prawie wcale, pranie i regularne mycie się nie były postrzegane jako sprawy pierwszej potrzeby.
Podobnie było na prowincji, a nawet we dworach szlacheckich, gdzie z różnych przyczyn dbanie o higienę było trudne. Aby nie być gołosłownym, warto przytoczyć wspomnienia z dzieciństwa Heleny Ostrowskiej wywodzącej się z arystokratycznego rodu Tyszkiewiczów:
Kanalizacji w budynkach nie było. Latem uważano to za zbyteczne, kąpiel morska wystarczała, zresztą, kto pragnął gorącej kąpieli, mógł ją znaleźć w budynku dla publiczności przyjezdnej. Inne potrzeby konieczne załatwiało się w budkach ukrytych
w krzakach.
"
Wystawny umiar
Po wojnie oszczędności były konieczne w wielu domach, również tych zamożniejszych. Na ilustracji okładka poradnika „Dom oszczędny” z 1921 roku.
I wojna światowa przyniosła duże zmiany w zakresie obyczajów i w realiów życia codzinnego, o czym wspomina Marzenna Saryusz-Stokowska w poradniku „Co, kiedy, jak i z kim” z 1937 roku: Pamiętać trzeba, że kroczymy po linii odmiennej, niż przed wojną. Dawniej gościnność wypowiadała się nadmiarem jadła i napoju – dzisiaj wszelki nadmiar jest uważany raczej za brak, niż za ostatnie słowo dobrego tonu. Choć autorka zdaje się mieć świadomość przeobrażeń społecznych i kryzysu, który kazał ograniczać wydatki, to jednak proponowane przez nią menu obiadowe do najskromniejszych raczej nie należą:
Obiad musi pozostać obiadem, składającym się z zupy, uświęconych zwyczajem dań rybnych, mięsnych i dań słodkich. Przed obiadem podaje się zakąski. Podaję poniżej zestawienie obiadów:
1. Zupa hiszpańska. Sandacz duszony w winie. Bażant z sałatą albo borówkami. Legumina z kasztanów albo bita śmietana z kasztanami i konfiturami. Czarna kawa.
2. Zupa z główki cielęcej na wzór żółwiowej. Ryba z wody – sos holenderski – ziemniaki z masłem, sos holenderski. Kapłony albo pulardy pieczone z kompotem. Tort z palonych migdałów.
3. Zupa z raków czysta [czyli niezabielana – P.Rz.]. Pieczarki faszerowane w sosie maderowym. Combry zajęcze. Melba z brzoskwiniami.
4. Zupa Ox-Tail (na ogonach wołowych).Węgorz w galarecie. Dzikie kaczki (cyranki) – szpilkowane słoninką z sałatą. Macédoine [sałatka – P.Rz.] z surowych owoców.
"

Służba – prawdziwy krzyż pański
Również dzisiejsze stosunki społeczne bardzo zmieniły się w stosunku do czasów przedwojennych, kiedy powszechne było w Polsce posiadanie służby. Nie było to jednak dowodem dostatku, lecz ubóstwa i istotnego zapóźnienia technologicznego.
W II Rzeczpospolitej służba była tańsza niż sprzęty domowe – stąd jej popularność – ale stwarzała wiele problemów:
"
Przyjęcia nie dadzą się wprost pomyśleć bez wyszkolonej odpowiednio służby, a tymczasem w domach klasy średniej przeważa typ służącej do wszystkiego, z którym zwłaszcza pierwsze jej pracodawczynie mają prawdziwy krzyż pański, zanim go wyszkolą. Do obowiązku zgłaszają się dziewczęta jako materiał zupełnie surowy, którą trzeba zacząć uczyć od a b c ich obowiązków
i dobrze się natrudzić, zanim nabędą jakiego takiego szlifu służbowego. Trudno pojąć, dlaczego zawód, od którego zależy ład
i spokój w domu, a co najważniejsze: zdrowie rodziny, – nie jest objęty przymusem fachowego szkolenia.
Kobieta idealna
Sposób, w jaki poradniki dobrego wychowania traktowały kobiety, zasługuje na osobne opracowanie. Wyłaniającym się z nich ideałem była niewiasta skromna w relacjach towarzyskich, zdana na swojego partnera, ale zarazem zaradna w sprawach gospodarskich.
Oczywiście również w tym zakresie zachodziły z biegiem czasu pewne zmiany, m.in. za sprawą coraz częstszego podejmowania przez kobiety pracy biurowej. Ciekawym tego przykładem może być kwestia omówiona na łamach skierowanego do pań czasopisma „Bluszcz”:
Skrzynka do listów „ Bluszczu” wciąż jest pełna rozżalonych epistoł od żon młodszych oficerów, protestujących przeciwko stosowanem do nich tytułowi porucznikowych, a jeszcze bardziej przeciwko obowiązkowi tytułowania jenerałowej – jenerałową. Żale te przeważnie są bardzo zabawne, gdyż młode panie, odwołując się «do demokratycznego ducha czasu», z którym to tytułowanie ma być niezgodne, wykazują zarazem zgoła niedemokratyczną tytułów tych pożądliwość.
Zaznaczając, iż niesprawiedliwem jest, aby jedna z pań korzystała
z tytułu wyższego niż druga, choć się przecie obie w niczem do zdobycia rang mężowskich nie przyczyniły – nie mają racji. Karjera męża jest zawsze w znacznej mierze zasługą żony: jej umiejętności życia z ludźmi, towarzyskiego taktu, zdolności reprezentacyjnych, a nade wszystko przedziwnego talentu usuwania się w cień wtedy, kiedy tego zachodzi potrzeba.
"

Idealna kobieta epoki międzywojnia: skromna i komunikująca swe uczucia za pomocą wachlarza. Na ilustracji pocztówka
z 1923 roku / Biblioteka Narodowa, sygn. DŻS XII 8b/p / domena publiczna
Mowa kwiatów i wachlarzy
Warto zatrzymać się jeszcze przy dwóch niuansach życia towarzyskiego, czyli bardzo popularnej niegdyś mowie kwiatów oraz znakach dawanych wachlarzem. Pierwsza z nich była systemem ogólnie przyjętych i znanych kodów umożliwiających porozumiewanie się bez słów. I tak na przykład ofiarowanie komuś tulipana oznaczało: „W głowie i sercu masz pusto”, astry zaś mówiły: „Nie mam odpowiedzi”. Kiedy chciało się powiedzieć zalotnikowi, aby zrezygnował, wysłyłało mu się kwiaty koniczyny, a żeby wytknąć mu pychę – maki. Z kolei kwiat pietruszki pozwalał postraszyć staropanieństwem.
Jeszcze bardziej rozbudowany był system znaków dawanych przy pomocy wachlarza. I tak autor jednego z poradników instruował: „Jestem Ci wzajemną – Rozłożyć wachlarz na kolanach. Pocałuj mnie – Dotknąć ust wachlarzem. Czy mogę mieć nadzieję? – Wachlarz prędko rozłożyć. Jesteś moim ideałem – Dotknąć ustami wachlarza”. Komunikacja tego typu była popularna w kręgach high life’u, wymagała bowiem co najmniej małego balu.
Stare podręczniki dobrych manier pozwalają dostrzec, jak bardzo zmienił się świat od czasu ich wydania. Zmiany społeczne
i gospodarcze powodowały odchodzenie od niektórych prawideł, podobnie jak np. nowe odkrycia w dziedzinie medycyny. Pokazują też, że przedwojenne pojęcie skromności nie oznaczało tego samego, co dziś. (hrabiatytus.pl / skróty redakcji)
/ pasje
styczeń/luty'25 (23)

Hobby,
które
ratuje
życie
IWONA JĘDRZEJEWSKA
„Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma…” rozpoczynał się refren piosenki wykonywanej niegdyś przez dziecięcy zespół Fasolki. W czasach dzieciństwa i wczesnej młodości wydawało mi się naturalne, że Mateusz kocha szachy, Monika jazdę na rowerze, a ja pochłaniam książki (często w nocy, kuląc się pod kołdrą
z latarką). Później jednak pozornie niezaprzeczalny fakt, że każdy z nas ma prawo robienia tego, co sprawia mu największą frajdę, przestał być tak oczywisty. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest tak prosta, jak można by się spodziewać.
Młodość nie wieczność
Momentem przełomowym był w tym przypadku okres, gdy większość moich rówieśników porzucała beztroskie życie studenta, by podjąć pracę zawodową, a często również założyć własną rodzinę. I tak stopniowo i niepostrzeżenie czas, do tej pory przeznaczony na pasję, zaczął się kurczyć z prędkością światła, a pragmatyczni i stateczni pracownicy oraz rodzice zaczęli zapominać
o „niepoważnych” zajęciach, które kiedyś przynosiły im radość. Ów smutny stan rzeczy często jest traktowany jako nieuchronne fatum, nierozerwalnie związane z wejściem w dorosłe życie. „Młodość nie wieczność” wzdychamy z rezygnacją, po raz kolejny wybierając pracę nad projektem zamiast wyjazdu w góry, przedkładając perfekcyjne wysprzątanie łazienki nad maraton filmowy
i odpisując paczce znajomych, że absolutnie nie mamy czasu na weekendowy wypad na bilard, bo musimy pomóc dziecku
w nadrobieniu zaległości z matematyki.
Kultura zap…racowania
Nie ulega wątpliwości, że większość ważnych zadań, które musimy w życiu wykonywać, niekoniecznie wiąże się z wielką przyjemnością. Każdy odpowiedzialny człowiek zdaje sobie sprawę, że często musi dokonywać niezbyt przyjemnych wyborów, poświęcając to, na co ma ochotę, na rzecz tego, co konieczne. To nie podlega dyskusji. Jednak w momencie, gdy całkowicie rezygnuje on ze swoich przyjemności, wymawiając się obowiązkami, a nawet zaczyna odczuwać poczucie winy wówczas, gdy
w jakimś momencie nie okazał się 100-procentowo wydajny, pojawia się problem, który może prowadzić do frustracji, poczucia wypalenia, a nawet poważnych chorób somatycznych. Pracując bez przerwy i bez umiaru, starając się być prawdziwymi profesjonalistami w pracy, najlepszymi partnerami i rodzicami w domu oraz wkładając maksimum wysiłku w idealne odgrywanie wszystkich ról, jakie wiążą się z życiem społecznym, część z nas zapomina o sobie. Ba, wielu jest z tego dumnych. „Jestem pracownikiem i perfekcjonistą” – te słowa bywają wypowiadane z dumą. Bo przecież tylko ten, kto daje z siebie wszystko, jest godzien publicznej pochwały w świecie, który nieustannie zmusza nas byśmy nasze obowiązki spełniali coraz szybciej, lepiej, bardziej wydajnie, nieprawdaż? No właśnie, nieprawdaż.

Nie bądźmy drugą Japonią
O tym, do czego może doprowadzić maksymalne śrubowanie norm wydajności, świadczy przykład Japonii. Panuje tam niezwykle restrykcyjna, a dla ludzi z innych kręgów kulturowych wręcz toksyczna, kultura pracy. Pracownicy czują się zwykle emocjonalnie związani z firmą, w której pracują. W dobrym tonie jest branie wielu nadgodzin
(w Japonii mawia się wręcz, że nie wolno wyjść z pracy przed szefem), natomiast wzięcie urlopu po to, by wypocząć i podreperować nadwątlone siły, jest traktowane jako zbędna fanaberia. Oczywiście ten kult pracy przyczynił się do tego, że w Japonia w ciągu kilkudziesięciu lat mocno wzrósł odsetek osób chorych. W języku japońskim funkcjonuje nawet osobny termin karoshi, oznaczający „śmierć z przepracowania”. Według informacji
zamieszczonych w artykule Karoshi i karojisatsu – pracoholizm po japońsku: „zjawisko to zostało po raz pierwszy opisane w Japonii. Samo słowo nabrało już charakteru międzynarodowego. Jest jednocześnie bardzo bliskie temu, co powszechnie nazywamy uzależnieniem od pracy”. Warto też zauważyć, że dla wielu Japończyków przejście na emeryturę nie oznacza bynajmniej większej ilości czasu na to, by poświęcić się swoim pasjom lub po prostu odpocząć. Przywykli do tego, by całą swoją energię spożytkować
w pracy zawodowej, nie mają już siły ani czasu na odnalezienie aktywności, które wprawiają ich w dobry nastrój. Pozbawieni zajęcia, przez długi czas stanowiącego sens ich życia, czują się niespokojni, zagubieni i po prostu zbędni.
Hobby modne i niemodne
Wiele się ostatnio mówi o konieczności zachowania zdrowych proporcji między ilością czasu poświęcanego na pracę a tą przeznaczoną na życie prywatne. Prawdziwą karierę robi wyrażenie life and work balance, popularny angielski termin, który na język polski moglibyśmy przetłumaczyć jako równowagę pomiędzy pracą a życiem. Posiadanie hobby staje się modne, jest tym, czym warto pochwalić się przed znajomymi na Instagramie, Snapchacie czy Facebooku. Najlepiej, by było spektakularne i świadczyło o statusie społecznym. Jeśli więc jest to górska wędrówka, to lepiej w Dolomitach niż swojskich Bieszczadach, gdy fotografowanie dzikiej przyrody, to na safari w Kenii, nie na Mazurach. Takie hobby jest oczywiście niezwykle fotogeniczne i pewnie wzbudzi zazdrość tych, których nie stać na takie „luksusy”. Pozostaje jednak pytanie, czy warto robić coś bardziej dla innych niż dla siebie. Może lepiej wybrać zajęcie skromniejsze, ale takie, które pozwoli w pełni poczuć „tu i teraz” i gromadzić nie posty na Instagramie, lecz piękne wspomnienia dające siłę, aby stawić czoła życiowym zmaganiom.
Zwolnij człowieku!
Mimo zmieniającej się powoli świadomości dotyczącej konieczności wypoczynku, który stanowiłby nie tylko bierną przerwę w pracy, ale angażował sferę somatyczną i umysłową, będąc swoistym resetem dla ciała i ducha, wielu z nas nadal nie potrafi znaleźć czasu, a niekiedy i chęci, na rozwijanie swoich zainteresowań. Zresztą problem nie zawsze leży tylko w zapracowaniu. Te same osoby, które zarzekają się, że nawał codziennych obowiązków sprawił, iż nie mają nawet chwili dla siebie, po powrocie z pracy spędzają wolny czas na przeglądaniu mediów społecznościowych lub zapadają w letarg przed telewizorem. Może jest to więc kwestia motywacji? Funkcjonowanie według schematu praca–dom–sen jest oczywiście niezwykle wyczerpujące, jednak z czasem przeradza się w utartą ścieżkę, koleinę, w którą człowiek wpada stopniowo, lecz zarazem niepostrzeżenie, nie pragnąc już żadnych zmian.
Hobby skrojone na miarę
Przełamanie utartego wzorca wymaga oczywiście wysiłku, zwłaszcza na początku, gdy stare szkodliwe nawyki zastępowane są nowymi, zdrowszymi. Warto jednak zdobyć się na ten krok i powrócić do dawnego hobby lub też odnaleźć nową pasję. Nie musi ona pociągać za sobą skomplikowanych przygotowań czy wymagać dużych środków finansowych. Może być to słuchanie odnalezionych na strychu starych płyt, renowacja mebli czy nawet rozwiązywanie rebusów lub czytanie skandynawskich kryminałów. Ważne, by pasja dawała przyjemność i sprawiała,

że czasem (z chęcią) odłożymy służbowego laptopa. Takie hobby służy dobremu samopoczuciu, wspomaga zdrowie i pomaga
w budowaniu odporności fizycznej i psychicznej. Mogłabym w tym miejscu wymienić jeszcze więcej pozytywów wynikających
z posiadania hobby, ale wybacz, Zacny Czytelniku, śpieszę się do kolejnego tomu sagi Bridgertonowie.