top of page
Matki i dziecka
stokrotki

SPIS TREŚCI 

pakamera.polonia / maj/czerwiec '25 (25)

 

​świat, ludzie, obyczaje

 

Prawie jednym zdaniem...   (dziecko)

Polonijny kalejdoskop 

        Wieczór, którego mogło nie być...     Dariusz Lachowski

          Hotelowy teatr     Anna Czerwińska 

Dziadek wnukowi ojcem  (reportaż)   Urszula Jabłońska 

O straszeniu dorosłych i cyfrowym klasizmie   (ludzie i obyczaje)      Magdalena Bigaj

Dzień Matki   (ludzie i obyczaje)     Anna Czerwińska 

Dzień Dziecka na świecie   (ludzie i obyczaje)    redakcja

Od niebieskiego mundurka do kolczyka w nosie. Jak ewaluowała moda szkolna    (ludzie i obyczaje)     Iwona Jędrzejewska 

Ta wczorajsza młodzież (walc - zwiastun zmian obyczajowych)  (ludzie i obyczaje)       Szymon Paruzel

Chów klatkowy... dzieci   (historia)      Maria Procner   

Grzyby, które kontrolują mózg   (Ziemia)      Mateusz Łysiak, Jakub Rybski 

Wyspy Diomedesa. Na granicy dwóch światów i dwóch  dni tygodnia    (Ziemia)     Łukasz Załuski 

​​kultura 

Opisać historię ludzkości nie mówiąc ani słowa...   (kino)    Edyta Zbąska 

​Ilustracje - mała furtka do wielkiej sztuki   (literatura/sztuka)  Dorota Pietrzyk

Rubinstein w obłokach  (literatura)    Grzegorz Szczepaniak

Michał Nogaś o twórczości Hanny Krall   (literatura)

"Blady świt" Grzegorza Dziedzica nagrodzony   (literatura)

Agata Tuszyńska o swojej książce   (literatura)

Wyrzeźbię ci bajkę...  (sztuka)   Anna Markiewicz

Mieczysław Karłowicz - wybitny muzyk pośród taterników  (muzyka)   Jolanta Koral 

inspiracje 

Sewilla - serce Andaluzji   (podróże)   Stanisław Błaszczyna

Dobre maniery u najmłodszych   (savoir-vivre)

Nieszczęśliwe grzeczne dzieci  (wychowanie)   Katarzyna Frużyńska

Spis treści 3 (25)

prawie jednym zdaniem...

maj/czerwiec 2025

DZIECKO

W muzeum Boijmans Van Beuningen w Rotterdamie dziecko uszkodziło obraz Marka Rothko  pt. „Grey, Orange on Maroon, No. 8”. Dzieło wyceniane jest, bagatela, na 56 milionów dolarów. 

W rozmowie z BBC rzecznik muzeum przekazał, że zniszczenia, będące wynikiem nieuwagi, to niewielkie zadrapania widoczne

w dolnej części obrazu, gdzie nie zastosowano warstwy ochronnej lakieru.

"Poszukujemy ekspertów od konserwacji zarówno w Holandii, jak i za granicą. Sprawdzamy, jakie mogą być kolejne kroki, by odrestaurować obraz. Spodziewamy się, że będzie można go znowu pokazywać w przyszłości" - napisali przedstawiciele placówki

w oświadczeniu dla mediów.

Sophie McAloone, kierownik ds. konserwacji w Fine Art Restoration Company, powiedziała, że "nowoczesne, nielakierowane" obrazy, takie jak "Grey, Orange on Maroon, No. 8" Rothko, są "szczególnie podatne na uszkodzenia".

Wynika to z połączenia ich złożonych, nowoczesnych materiałów, braku tradycyjnej warstwy powłoki i intensywności płaskich pól kolorów, które sprawiają, że nawet najmniejsze obszary uszkodzeń są natychmiast dostrzegalne.

Muzeum nie informuje, ile może kosztować naprawa obrazu, ani kto za nią zapłaci.

Obraz "Grey, Orange on Maroon, No. 8" reprezentuje nurt malarstwa barwnych płaszczyzn. Charakteryzuje się tym, że „kolor nie wyraża niczego poza samym sobą i unika się podpisu artysty w postaci pociągnięcia pędzlem. Rozproszone kontury płaszczyzn kolorów Rothko sprawiają, że wydają się unosić i świecić” - czytamy w opisie obrazu na stronie muzeum Boijmans Van Beuningen.

To nie pierwszy raz, gdy dzieła Marka Rothko zostały zniszczone. Obraz "Black on Maroon" został zdewastowany przez Polaka Włodzimierza Umańca w londyńskiej galerii Tate Modern w październiku 2012 roku. Sprawca został skazany na dwa lata więzienia.

Mark Rothko zalicza się do prekursorów abstrakcjonizmu w Stanach Zjednoczonych. Zmarł w 1970 r. w wieku 67 lat.

O twórczości Marka Rothko pisaliśmy tutaj. (ID)

"David Hockney 25" w Paryżu. To najgorętsza wystawa tego roku i prawdziwa gratka dla miłośników sztuki współczesnej! W paryskiej Fundacji Louis Vuitton została otwarta wystawa prac Davida Hockneya. To największa w historii ekspozycja dzieł tego brytyjskiego artysty. W 11 salach jest zaprezentowanych aż 400 obrazów mistrza. Wystawa potrwa do 31 sierpnia. 

David Hockney, rocznik 1937, brytyjski malarz, grafik, rysownik, scenograf i fotograf uchodzi za jednego z najbardziej charakterystycznych i wpływowych artystów naszych czasów. Jest też jednym z najdroższych malarzy – rzadko kiedy ceny jego obrazów schodzą poniżej 100 milionów złotych. 

Za sprzedany w 2018 roku na aukcji w Christie’s „Portret artysty” z 1972 roku nabywca zapłacił ponad 90 milionów dolarów (ponad 360 milionów złotych), bijąc rekord ceny za dzieło żyjącego twórcy.

Kuratorzy ekspozycji w Fundacji Louis Vuitton skoncentrowali się na ostatnich 25 latach pracy twórczej artysty. Spędził je głównie

w Yorkshire, gdzie na nowo odkrywał krajobrazy zapamiętane w dzieciństwie, a także w Normandii i Londynie. Wystawione są też prace wcześniejsze – najstarsza jest z 1955 roku. 

To pierwsza tak obszerna wystawa retrospektywna prac Davida Hockneya. Dzięki niej zwiedzający będą mieli szansę prześledzić wszystkie etapy twórczości Brytyjczyka.

Prace Hockneya zajmują cały budynek fundacji. Organizatorzy wydarzenia nadmieniają, że artysta osobiście brał udział

w projektowaniu całej przestrzeni wystawowej.

Hockney jest też zapalonym miłośnikiem muzyki. Na swoim koncie ma prace przy scenografiach i choreografiach realizacji operowych (m.in. "Czarodziejski flet", "Tristan i Izolda"). Nie dziwi zatem, że wystawie towarzyszy specjalny program muzyczny. Przewidziano dwa recitale z muzyką Wolfganga Amadeusza Mozarta, Igora Strawińskiego, Erika Satie i Maurice'a Ravela. Wystąpią Elena Stikhina, tenor Nick Spence, perkusiści Colin Currie i Owen Gunnel oraz pianiści Pavelem Kolesnikov i Samson Tsoy.

World Expo 2025 Osaka Kansai odbywa się obecnie w Japonii pod hasłem „Projektowanie przyszłego społeczeństwa dla naszego życia”. W 2023 r. państwa członkowskie BIE (Bureau International des Expositions) wybrały Arabię ​​Saudyjską jako kraj gospodarza World Expo 2030, które zostanie zorganizowane w Rijadzie pod hasłem „Era zmian: razem dla przewidywalnego jutra”.

Pierwsza World Expo – Great Exhibition – odbyła się w Londynie w 1851 roku. Współcześnie World Expos, odbywające się co pięć lat od roku 2000,  nie mają sobie równych wśród wydarzeń międzynarodowych pod względem wielkości, skali, czasu trwania i liczby odwiedzających. Są to platformy edukacyjne i postępowe na dużą skalę, które służą jako pomost między rządami, firmami, organizacjami międzynarodowymi i obywatelami. Japońska ekspozycja potrwa do października 2025 roku.

Szkolne budynki często wyglądają… umiarkowanie zachęcająco – by poprzestać na eufemizmach. Z przedszkolami bywa już lepiej, coraz więcej budynków jest kolorowych. Patrząc jednak na tę budowlę, można dojść do wniosku, że to o jeden krok za daleko – i mimo iż tak mogłoby się wydawać, dzieło to nie znajduje się w Japonii, a zdecydowanie bliżej, bo w Niemczech. Jest to Kindergarten Wolfartsweier, czyli przedszkole w Karlsruhe, któremu postanowiono nadać kształt kota. Do środka wchodzi się przez kocią paszczę, wychodzi zaś ogonem zamienionym w zjeżdżalnię. Aha, można też skorzystać ze zwykłych drzwi, które umieszczono symbolicznie

– kotu pod ogonem.

szkola-kot

Szkoły w różnych stronach świata muszą mierzyć się z różnymi problemami. Na Filipinach (i nie tylko) to (również „i nie tylko”) niedobór materiałów budowlanych, które są niezbędne, aby jakikolwiek budynek postawić. Tym jednak, czego w południowej Azji zdecydowanie nie brakuje, są… plastikowe butelki. To właśnie je postanowiła wykorzystać fundacja My Shelter. We współpracy z Pepsi zbudowała szkołę, zamiast cegieł wykorzystując butelki, które wypełniane były mieszaniną piasku, wody i gliny. Efekt końcowy może i nie wyglądał pięknie, ale chodziło o zupełnie co innego. Szkoła z butelek powstała też m.in. w Gwatemali.

Pamiętacie opowieści o tym, jak to „wasz stary miał ciężką drogę”, a w ogóle to zawsze miał pod górę, niezależnie od tego, czy szedł do szkoły, czy wracał do domu? Mogło tak być… o ile urodził się w Tybecie i uczęszczał do podstawówki w Puma Changtang. Przez ponad trzydzieści lat znajdowała się ona na wysokości 5022 m n.p.m., czym zasłużyła sobie na wpis do Księgi rekordów Guinnessa. Przeniesiono ją – o pięćset metrów niżej – w 2017 roku, ale wciąż zdecydowanie można zaliczyć ją do najwyższych, a przynajmniej najwyżej położonych szkół na świecie.

Każdemu zdarzy się czasem popłynąć… i pół biedy, kiedy oznaczało to będzie nieco zbyt długą dygresję opowiedzianą przez nauczyciela w miejscu zapowiedzianej kartkówki. Gorzej, kiedy popłynie cała szkoła

– a z taką ewentualnością należy liczyć się w Bangladeszu, gdzie ciężkie powodzie zdarzają się naprawdę często. By zaradzić choć części wynikających z tego problemów, zdecydowano się zbudować pływające klasy – szkoły na łodziach. Wyposażone w dostęp do internetu, zasilane energią słoneczną z zainstalowanych na dachu paneli – pozwalają utrzymać ciągłość edukacji wbrew przeciwnościom natury.

plywajaca szkola

Po urodzeniu dzieci mają 300 kości, ale w wieku dorosłym mają tylko 206. Dzieje się tak, ponieważ niektóre kości łączą się ze sobą.

Ciekawostką anatomiczną jest fakt, że dzieci rodzą się bez rzepki w kolanie. Rozwiną się dopiero w okolicy 6 miesiąca życia.

Niemowlęta biorą więcej oddechów niż dorośli. W rzeczywistości tempo oddychania dziecka jest uważane za nienormalnie szybkie tylko wtedy, gdy przed ukończeniem drugiego miesiąca życia bierze więcej niż 60 oddechów na minutę, podczas gdy tempo oddechu osoby dorosłej wynosi od 15 do 20 na minutę.

Niemowlęta mają więcej kubków smakowych w porównaniu z dorosłymi. Pierwsze kubki smakowe u niemowląt pojawiają się

w trzecim trymestrze. I to nie tylko na języku, ale także na podniebieniu, bokach i tylnej ściance ust. Dlatego zaleca się kobietom

w ciąży wypróbowanie różnych rodzajów pokarmów w trzecim trymestrze ciąży. Liczba kubków smakowych zmniejsza się wraz

z wiekiem.

​Za kolor tęczówki odpowiada melanina, a jej wydzielanie zależy od genetyki i czynników środowiskowych – takich jak ekspozycja na światło słoneczne. Prawdziwy kolor oczu dziecka stabilizuje się w okolicy 6-12 miesiąca życia.

​Noworodki i niemowlęta cały czas czują się śpiące i potrafią spać 20 godzin na dobę. Dzieje się tak, ponieważ mózg dziecka zużywa do 60% glukozy. Zapotrzebowanie na sen zmniejsza się z czasem i w ciągu roku spada nawet o połowę.

Od urodzenia do treningu nocnikowego lub toaletowego dziecko zużywa średnio 8 tysięcy pieluszek.

Czy wiesz, ile porodów odbywa się na całym świecie w ciągu minuty? Około 255. To odpowiada 4,3 narodzinom na sekundę!

/ polonijny kalejdoskop

  maj/czerwiec'25  (25)

Hotelowy teatr

ANNA CZERWINSKA

Mimo parszywego czasu, niegdysiejszy teatr był teatrem, od którego wiele się wymagało i który, często wbrew okolicznościom, starał się robić co mógł, by tym oczekiwaniom sprostać. Bywał wielkim lustrem dziwnej rzeczywistości, odpowiedzialnym

i prawdomównym, mimo cenzury, którą udawało się „obchodzić” szerokim łukiem. Był naszym remedium na codzienne frustracje

i ogólną beznadzieję.

Dziś teatr nikogo nie podnieca poza samymi ludźmi teatru. Publiczność wprawdzie ochoczo nawiedza spektakle, ale traktuje teatr już jako jedną z licznych możliwości miłego spędzania czasu. A teatr jednak dosyć rzadko tę przyjemność zapewnia, bo niekoniecznie chce być przyjemny, przynajmniej ten ambitniejszy. Ale stara się, bo chce przeżyć, a nikt mu nie zapewnia spokojnego bytu. Roztacza więc pawie pióra, zachęca kolorem, bogatszą tematyką, czasem estetyką, reklamuje się jak najnowszy model samochodu, tylko

z ukrytymi wadami.  

Ten nowy teatr-nie-teatr też prowokuje, co jest częścią gry o widownię, szczególnie tę szukającą podniet w niepokoju poszukiwań, odrzucającą przestarzałe konwencje albo... akceptującą trudną sytuację teatru emigracyjnego bez sceny, z czym mierzą się pasjonaci teatralni poza granicami kraju.

Teatr może być wszędzie... na ulicy, w sklepie, w kawiarni, restauracji, nawet w domu, jeśli tylko znajdzie się widz i aktor, co jest warunkiem nieodzownym. Ba, w teatrze nawet mogą zapachnieć kolory. To synestetyczne zjawisko odzwierciedla skojarzenia

i emocje aktora, przywołuje wspomnienia widza...

Gosia Duch, Aldona Olchowska, Grazyna Skoczen, Andrzej Krukowski

Gosia Duch, Aldona Olchowska, Grażyna Skoczeń, Andrzej Krukowski - część zespołu Teatru Nasz / domena publiczna

W hotelowym foyer zbiera się grupka zaciekawionych. Zdecydowali się na obejrzenie nietypowego spektaklu teatralnego w pokojach hotelowych, przygotowanego przez chicagowski Teatr Nasz. W trzech różnych pokojach trzy monodramy o wspólnym tytule książki Grażyny Skoczeñ „Ten zapach miał kolor niebieski”. Posłużyła za podstawę scenariuszy, przygotowanych przez aktorów: Gosię Duch, Aldonę Olchowską, Andrzeja Krukowskiego, będącego jednocześnie reżyserem tego nietypowego spektaklu.

W poszczególnych pokojach przygotowano piętnastoosobową widownię. Trzy monodramy odbędą się równocześnie. Po zakończeniu każdego z nich widownia wymieni się i aktorzy powtórzą swoje monodramy dla innej grupy...

W ciszy zajmujemy miejsca w pokoju, za każdym razem takim samym, a jednak innym... Zaczyna się podglądanie człowieka rozprawiającego się ze swoim życiem na emigracji. Czy tylko tego człowieka?  Własna eksplikacja włącza się niemal natychmiast...

To był dobry, trudny w prezentacji i odbiorze spektakl, w świetnym wykonaniu z bardzo skromną scenografią. Mimo minimalistycznej formy przekazał maksimum treści o ludziach pełnych miłości, oczekiwań, lęków, traumatycznych przeżyć...

Chcemy jeszcze zagrać w takiej formie – powiedział reżyser monodramów, Andrzej Krukowski – ale nie jesteśmy gotowi emocjonalnie. Musimy ponownie, cała trójka jednocześnie, znaleźć w sobie siłę do przekazania emocji, jakie niosą treści monodramów. Nie jest to łatwe. W pokojach hotelowych spędziliśmy długie godziny, starając się wejść w poszczególne role. Znasz mnie. Lubię wyzwania, sceniczne innowacje, a to jest jedna z nich.

Jeśli tak się stanie, obejrzyjcie i przeżyjcie to razem z aktorami. Poczujcie swoją obecność w życiu spotkanych postaci albo... ich pośrednią obecność w waszym życiu... Niepowtarzalna atmosfera spektaklu/spektakli momentami wstrzymuje oddech widza,

a  wewnętrzne  emocje ujawniają się w formie skrywanej, spływającej łzy... 

​W teatrze czuję się bezpiecznie, ukryta w ciemnościach widowni, sam na sam ze sobą i tajemnicą sceny. I ta właśnie adaptacja prawdziwych opowieści, spisanych przez Grażynę Skoczeń, pozwoliła mi poczuć - mimo inności scenicznej - teatr sprzed lat, pozostawiający refleksję, wyciszenie, zadumę nad człowiekiem i różnymi aspektami jego życia. To jest namiastka mojego remedium.

/ polonijny kalejdoskop

   maj/czerwiec'25  (25)

Wieczór, którego mogło nie być...

DARIUSZ LACHOWSKI

tekst i zdjęcia

Uczestniczyłem w koncercie, którego – jeśli wierzyć logice współczesnych trendów – właściwie nie powinno już być. Nie stadion, nie TikTok, nie ekran LED, a kameralna sala Akademii Muzyki PaSO. Nierealny, bo dziś rzadko już gra się dla kilkudziesięciu osób,

a nie dla milionów. Nie hity z list przebojów, lecz filmowe pieśni z lat sześćdziesiątych, splecione

z opowieściami, w których obraz pachniał celuloidem, a muzyka mówiła więcej niż słowne wodotryski gazetowych newsów.

Grazyna Auguscik 2

10 maja o siódmej wieczorem wydarzenie „An Evening with Music of Komeda” nie było koncertem. Raczej spotkaniem z pewnym zanikającym sposobem myślenia o dźwięku i ciszy. Głos Grażyny Auguścik niósł w sobie echo historii, które Krzysztof Komeda pozostawił między nutami – opowieści kruchych, żywych do dziś, po równo wypełnionych czułością i niepokojem. Tego wieczoru Auguścik towarzyszyli znakomici muzycy: Vijay Tellis-Nayak (fortepian), Ethan Philion (kontrabas), John Kregor (gitara) i Jon Deitemyer (perkusja). A co najważniejsze, nie tworzyli tła, lecz równolegle prowadzili niezwykłą narrację – każdy z nich oddychał tą samą frazą.

Grazyna Auguscik

W tamten sobotni wieczór Chicago,

a przynajmniej tak mi się wydaje, że ten jego zakątek przy Elston Avenue, przypominało bardziej Łódź z któregoś

z planów filmowych Polańskiego niż współczesne miasto. Wiatr znad ulicy delikatnie przyniósł coś z innego czasu, detal zapomnianego świata: obraz na celuloidzie, dźwięk bez korektora, spotkanie bez smartfona. Repertuar był wyborem starannym i znaczącym: „Matnia” (1966) z tekstem Wojciecha Młynarskiego, „Samotne wyspy serc” (1969), „Każdy szafę ma” z filmu Two Men and a Wardrobe (1958), fenomenalna ballada „Nim wstanie dzień” z Prawa

i pięści (1964) – słowa Agnieszki Osieckiej, „W teatrzyku mej młodości”, a także wciąż poruszające „Ja nie chcę spać” 

z teatralnego Śniadania u Tiffany’ego (1965). Każdy z tych utworów był jak zakładka w bardzo starej księdze – znak, że coś kiedyś miało sens i swoją formę, której nie trzeba było nikomu wyjaśniać.

Komeda był artystą innego gatunku, posługującym się językiem muzyki w sposób refleksyjny i subtelny. Lekarz z dyplomu, poeta dźwięku z powołania. W 1968 roku wyjechał do Los Angeles, by pisać muzykę do Dziecka Rosemary. W grudniu tego samego roku,

w wyniku nieszczęśliwego wypadku, doznał poważnego urazu głowy. Zmarł po kilku miesiącach śpiączki w Warszawie, 23 kwietnia 1969 roku – nie dożywszy nawet swoich 38. urodzin. Odszedł, zostawiając po sobie nie tylko dorobek muzyczny, ale i niepokojące pytanie: co jeszcze mógłby stworzyć, gdyby dano mu nieco więcej czasu?

Wieczór zamknęła pieśń, która nie pozostawiła miejsca na ciszę bez braw. Kołysanka z Dziecka Rosemary – w wersji z polskim tekstem Wojciecha Młynarskiego – zabrzmiała z zupełnie nową siłą. To nie była kołysanka. To była przestroga. Przez głos Auguścik przebiło się coś więcej niż tylko melodia – była tam groza świata, który stracił busolę, ale była też i czułość dla tych, którzy jeszcze próbują iść wbrew niemu.

„Świat to przekleństwo, wygrywa zły, dobry ginie… Dranie patrzą okiem złym, diabeł dzieci huśta im…” – słowa, które po ponad pół wieku zdają się być tak boleśnie aktualne. Zaśnij, maleństwo – mówiła muzyka – ale słuchacze wiedzieli, że świat się nie zatrzyma. Zapadła cisza, pełna wewnętrznego dyskomfortu. I było to świadectwem, że coś zostało wypowiedziane, zaistniało i nie sposób już tego odwołać.

Może właśnie po to był ten wieczór – by nie nostalgicznie wspominać, ale by przypomnieć, że muzyka Krzysztofa Komedy to nie tylko historia, lecz dziś jest to znak. Zapis chwili, w której sztuka nie boi się mówić prawdy – choćby nawet szeptem – bo wciąż są tacy, którzy potrafią go odczytać. Cierpliwie czekam na więcej.     (https://www.transcendentphoto.com/music)

    maj/czerwiec'25 (25)

/ reportaż

Dziadek wnukowi ojcem...

URSZULA JABŁOŃSKA 

BABCIA I DZIADEK

Anna wie, że zbyt długo już nie będzie mogła pomagać. Nie powie im, kiedy wyłączyć piekarnik. Nie pokaże, co jeszcze trzeba sprzątnąć. Mechanizm, który wprawia jej dom

w ruch, zazgrzyta i stanie w miejscu.

Babka na majonezie zawsze się uda. Jajka trzeba utrzeć z cukrem, dodać pół szklanki mąki ziemniaczanej, dwie szklanki zwykłej, dwie łyżeczki proszku. Wszystko ubić jak do biszkoptu. A potem dołożyć pół słoika majonezu. Ciasto jest puszyste, wilgotne, może leżeć i leżeć. Czasami tak wyrośnie, że ucieka z blachy.

Ciasto zrobiła Ela. Ma pięćdziesiąt osiem lat, nie czyta, nie pisze, mało mówi. Ale ugotuje, posprząta, zrobi proste zakupy. Jej matka, Anna, lat osiemdziesiąt pięć, jest po dwóch zawałach. Placka już nie zagniecie, bo by się zasapała. Ale to ona musi włączyć piekarnik

i dopilnować, kiedy wyłączyć, bo Ela tego nie wie.

W domu Anny wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku, a ona jest jego mózgiem. Mechanizm rusza, gdy tylko przekraczam próg mieszkania. Anna, siwiutka, w eleganckiej podomce, komenderuje: – Ela, zrób herbatę! Michał, zdejmij z pawlacza album ze zdjęciami! – Córka i dwudziestopięcioletni wnuk zrywają się z kanapy, biegną do swoich zadań. Po chwili Ela niesie herbatę, Michał albumy. Siadają obok siebie na tapczanie, jakby w oczekiwaniu na dalsze zadania.

Od dziecka było widać, że Ela jest trochę inna. Miała trudności w szkole. Litery wszystkie znała, tylko nie składała słów. Anna z mężem codziennie z nią to składanie ćwiczyli, ale efektów nie było. Zabrali ją ze szkoły specjalnej, gdy skończyła szesnaście lat. Dostała orzeczenie – niepełnosprawność intelektualna w stopniu umiarkowanym. Poszła do pracy w spółdzielni inwalidów, wykańczała tam plastikowe naczynia. Osobami z niepełnosprawnością opiekowała się wychowawczyni, mieli na miejscu psychologa, psychiatrę. Dostała też rentę.

I to właśnie w pracy zakochała się w koledze. Anna tłumaczyła jej, że widują się codziennie, przyjaźnią się, przecież to wystarczy. Ale oni uparli się, że będą razem. Więc wszystko odbyło się po bożemu. Ślub był kościelny, a na weselu dwadzieścia osób bawiło się tu,

w malutkim salonie, w którym jemy teraz babkę na majonezie.

Całe mieszkanie ma czterdzieści pięć metrów. Anna z mężem spali w salonie, młodzi w jednym pokoiku, ich dzieci w drugim. Bo rok po roku pojawiły się wnuki. Pierwszy, Robert, urodził się zdrowy. Drugi, Michał, chyba też, ale w szpitalu ujawnił się jakiś wirus. Chłopak leżał w stanie ciężkim, dostał wodogłowia. Długo walczyli o jego zdrowie, chodzili do wszystkich możliwych specjalistów. Ela jako matka musiała być przy tych wizytach, ale samej nie można jej było puścić. Zresztą Anna z mężem wszystko musieli robić przy dzieciach. Ela sprzątała i gotowała, to jej dobrze wychodziło, ale to Anna bawiła się z wnukami, odrabiała prace domowe.

– Kolejne siedem lat tego małżeństwa to było piekło – mówi dziś Anna tonem przyzwyczajonym do wydawania rozkazów. – On potrzebował swobody, a nie rodziny. Liczyli się kumple, wódka i koniec.

Równie zdecydowanie ucina moje pytania o to, co dokładnie się działo. Więcej nie powie. Było i na szczęście się skończyło, po co to teraz wyciągać? Grunt, że się rozwiedli. On wrócił do swoich rodziców, a Ela została tu z dziećmi. Teraz ojciec dzwoni rano i wieczorem, pyta, co słychać. Raz w tygodniu chętnie się z Michałem widuje. Jego rodzice też dzwonią, składają życzenia na urodziny. Umówili się, że ma być między nimi dobrze, i tak jest. Robert skończył ekonomię i się wyprowadził, pracuje. A Michał? Ma orzeczenie

o niepełnosprawności w stopniu znacznym.

Rano Michał je z Anną śniadanie, a potem biorą się do sprzątania. Mieszkanie lśni czystością. Meble mają już swoje lata, ale są odkurzone. Na kredensie siedzą w rzędzie laleczki w marynarskich ubrankach. Michał dobrze sprząta, ale trzeba mu wszystko palcem pokazać. W łazience wannę porządnie umyje. Ale Anna musi powiedzieć: „A teraz umywalkę umyj”, podać odpowiedni płyn. Jak skończy, to sam nie wstawi nic na miejsce. Anna znowu mówi: „Zobacz, tu jest jeszcze miska, schowaj ją”.

Michał skończył szkołę podstawową z oddziałami integracyjnymi. Mówi niewyraźnie, ale można go zrozumieć. Chyba że jest zdenerwowany, wtedy słowa rozmywają się i giną w ustach. Potrafi też czytać i pisać. Anna pracowała z nim codziennie, po trzy godziny. Pisali, czytali, składali litery. Tylko liczyć się nie nauczył. To znaczy po kolei policzy nawet do miliona, ale dodać czy odjąć nie umie. Nie wie nawet, czy sto złotych to więcej niż dziesięć.

W gimnazjum już sobie nie poradził. Musiał iść do szkoły specjalnej, a potem do zawodowej dla osób z niepełnosprawnością. Szkolił się na pomoc hotelową. Miał praktyki kilka razy w tygodniu – sprzątał pokoje, ścielił łóżka, pomagał w kuchni. Kiedy kończył szkołę, przyszli ludzie z sieciówkowej restauracji, żeby werbować do pracy. I on się zgłosił, jako jedyny. I jeszcze zapytał, czy jego mama też by mogła pracować. Akurat była bezrobotna, po tym, jak zamknęli spółdzielnię inwalidów.

Dwa lata sprzątali restaurację razem – Ela na sali, Michał na zapleczu. Razem jeździli do pracy i razem wracali. Ona zarabiała 1400 złotych, on niecały tysiąc. Anna pękała

z dumy. A potem wszystko się posypało. Elę przenieśli na inną godzinę, a Michała na salę. Nie czuł się tam dobrze. Do restauracji przychodziła młodzież i szybko się zorientowała, że Michał jest 

inny. Zaczęli go wyzywać, szturchać. Wołali: „Kup nam papierosy albo cię załatwimy”. Czekali na niego po pracy na przystanku. Michał dzwonił, że boi się wracać do domu. Ela musiała po niego jeździć tramwajem, nawet gdy kończył

o dziesiątej wieczorem. Anna zgłosiła sprawę na policję, ale bez efektu. Doszło do tego, że bał się chodzić do pracy. Trzeba go było wypychać, ale wtedy siadał na ławce pod domem i nie chciał się ruszyć. Przestał jeść, ciągle płakał. Lekarz zdiagnozował nerwicę, dał mu zwolnienie, przepisał leki. Po dziewięciu miesiącach go wyrzucili.

Tocząc ciasto

– Ta praca całkiem go zmarnowała – wzdycha Anna, a Michał spuszcza wzrok na dywan.

Długo bał się nawet otworzyć drzwi od mieszkania. Po chleb nie poszedł, śmieci nie wyniósł. Anna zjeżdżała z nim windą na dół bloku

czekała przy płocie. Tak go przyzwyczajała. Załatwiła wolontariuszkę, studentkę, która zabierała go na spacery, a potem prosiła, żeby sam wrócił do domu. Teraz jest już trochę nadziei, że z tego wyjdzie.

Tylko pieniędzy brakuje, bo leki psychiatryczne są drogie. Z MOPS-u (miejskiego ośrodka pomocy społecznej) nic mu się nie należy, dochód na osobę w rodzinie jest za wysoki. Z urzędu pracy też nic nie dostanie, bo za mało zarabiał. Anna od lat stara się dla Michała

o rentę zdrowotną, ale wciąż słyszy, że nie jest niezdolny do pracy. Powinien czegoś poszukać. Usłyszała, że mógłby na przykład sprzątać klatki schodowe. Ale on się boi! Jak ktoś z psem wyjdzie na klatkę, to ucieka. Poza tym ktoś musiałby z nim na tej klatce stać i palcem pokazać, co ma po kolei robić. A Anna na klatce już nie ustoi. Ma niedokrwienie serca. Męczy się, jak tylko chwilę pochodzi. Ale chodzi, co ma zrobić, nie może usiąść i płakać. Trzeba wziąć się w garść – i naprzód.

Anna całe życie to sobie powtarzała. Czterdzieści lat przepracowała w biurze, odchowała dwoje swoich dzieci (jedno

z niepełnosprawnością i jedno zdrowe) i dwoje dzieci córki (tak samo). Mąż od lat 70. był na rencie, sparaliżowany po operacji guza kręgosłupa. Ostatnie trzy lata już tylko leżał. Anna przez dwa lata się nim zajmowała, ale po zawale już nie dała rady. Trzeba go było myć, podnosić, sadzać. A on nikogo już nie rozpoznawał. Krzyczał, że nie śpi w swoim mieszkaniu, że jacyś ludzie wchodzą do pokoju przez okna.

Oddała go do domu opieki. Finansowo ich to zrujnowało. Dom pochłaniał jej emeryturę i rentę męża, żyli tylko z tego, co zarabiała córka. Państwowo nic się nie dało załatwić. Złożyła wniosek, ale trzeba było czekać na miejsce. Zwolniło się w lutym, akurat kiedy mąż w domu opieki zmarł na COVID. Ostatnie słowa, które jej powiedział, brzmiały: „Pomagaj im!”. Nikogo już nie poznawał, ale to miał zakodowane. Jednak Anna świetnie wie, że zbyt długo już im nie będzie mogła pomagać. Nie powie, kiedy wyłączyć piekarnik. Nie pokaże, co jeszcze trzeba sprzątnąć. Mechanizm, który wprawia jej dom w ruch, zazgrzyta i stanie w miejscu.

Seks, którego nikt nie bierze na poważnie

Może być tak – para z niepełnosprawnością intelektualną mieszka w pokoju w domu matki dziewczyny. Na drzwiach mają nawet swoją wizytówkę. Chodzą na warsztaty terapii zajęciowej, każde zarabia tam po pięćdziesiąt złotych miesięcznie na swoje wydatki. Życie codzienne organizuje matka. Twierdzi, że uświadamia ich w kwestii antykoncepcji – tłumaczy, że seks tylko po ślubie. A oni na razie o ślub nie pytają.

Fundacja Czerwone Noski 3

CZYTAJ TAKŻE 

Klowni medyczni. Żadnej nadgrywki, tylko goły człowiek.

(...) Klownada medyczna jest nierzadko pracą jeden na jeden z ludźmi w różnym wieku (Noski stosują też terapię śmiechem podczas spotkań z seniorami w domach pomocy społecznej) i dysfunkcjami psychofizycznymi. Dlatego empatia, otwartość, umiejętność współodczuwania, a także poczucie humoru i dystans do siebie są bardzo ważne. Oprócz wymogów warsztatowych ważna jest umiejętność obchodzenia się z bodaj największą niesprawiedliwością: śmiercią dzieci. Mimo procedur i zasad, spośród których podstawowa mówi, że klownada zaczyna się i kończy na czerwonym nosie, po jego zdjęciu każdy klown musi wypracować swój system granic oraz mechanizmów powrotu do zwykłego funkcjonowania. (...)

Albo tak – para mieszka u matki dziewczyny, mają córkę. On często wyjeżdża do pracy. Matka wciąż przypomina dziewczynie, żeby zajmowała się małą – że trzeba ją karmić, bawić się z nią, przytulać. Ale ona zapomina. Pochłania ją szukanie nowych znajomości na portalach i kolejne randki.

I jeszcze tak – dziadkowie wychowują wnuczkę z niepełnosprawnością. Jej matka funkcjonuje w tym układzie, jakby była starszą siostrą swojego dziecka. Rodzice byli w szoku, kiedy zaczął się poród. Nie zauważyli ciąży, mówili, że zawsze była korpulentna. Do głowy im nie przyszło, że córka z niepełnosprawnością intelektualną może uprawiać z kimś seks.

Z takimi historiami w trakcie wieloletnich badań zetknął się profesor Uniwersytetu Warszawskiego Remigiusz Kijak. Od lat zajmuje się seksualnością i rolami społecznymi osób z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym i znacznym. Z jego badań wynika, że te osoby często tworzą związki i mają dzieci. Ile może być takich rodzin? W Polsce nie ma żadnych oficjalnych danych.

W trakcie spisów powszechnych podanie informacji o niepełnosprawności nie jest obowiązkowe. Próbujemy oszacować, jaka to może być skala.

– W Polsce są trzy miliony osób z orzeczeniem o niepełnosprawności, z czego jakieś 400 tysięcy z niepełnosprawnością intelektualną – oblicza profesor. – Mniej więcej 70 procent z nich jest fizycznie zdolnych do tego, żeby żyć w związku i mieć dzieci. To prawie trzysta tysięcy osób – małe miasteczko. Załóżmy, że dziecko będzie miała co dziesiąta osoba, to daje 30 tysięcy. Te osoby mają świadomość swojej seksualności, mogą uprawiać seks i robią to. Problem w tym, że nikt nie traktuje tego poważnie.

Polska w 2012 roku ratyfikowała konwencję Organizacji Narodów Zjednoczonych o prawach osób z niepełnosprawnościami, która ma zagwarantować, że wszystkie ich prawa będą przestrzegane. Znalazł się w niej między innymi zakaz dyskryminacji we wszystkich sprawach dotyczących małżeństwa, rodziny, rodzicielstwa, adopcji; prawo do zawarcia małżeństwa i założenia rodziny, podejmowania decyzji o liczbie i czasie urodzenia dzieci; dostęp do informacji dotyczących prokreacji i planowania rodziny; odpowiednia pomoc w wykonywaniu obowiązków związanych z wychowaniem dzieci.

Jednak w praktyce niewiele z ratyfikacji tej konwencji wynika. Profesor Kijak zaznacza, że

...edukacja seksualna osób z niepełnosprawnością intelektualną w Polsce nie istnieje. Zwykle po prostu rodzice pilnują, żeby nie miały bliższych kontaktów z rówieśnikami i żeby nie dochodziło do seksu. Ale to nie zawsze się udaje.

Bywa, że od razu po pierwszym zbliżeniu przytrafia im się ciąża. Kobiety muszą urodzić dzieci. Ale co dalej? Często po prostu im się je odbiera.

Profesor opowiada mi o czterdziestoletniej kobiecie, którą spotkał podczas badań. Na pytanie, ile miała dzieci, odpowiedziała: „Nie pamiętam”. Wszystkie odbierano jej od razu po porodzie. Trafiały do adopcji, rodzin zastępczych, domów dziecka. Trwało to latami. Nikt nie wpadł na pomysł, żeby spróbować wyedukować kobietę w kwestii antykoncepcji. Albo stworzyć warunki, w których mogłaby chociaż spróbować się którymś z tych dzieci zająć.

Zresztą kto miałby to zrobić? W Polsce nie istnieje żaden system wspierania rodzin osób z niepełnosprawnością intelektualną. Domy pomocy społecznej nie przewidują możliwości, by przebywały w nich rodziny czy matki z dziećmi.

– Na Zachodzie funkcjonuje rodzicielstwo wspomagane – opowiada Remigiusz Kijak. – Większość osób z niepełnosprawnościami żyje tam w mieszkaniach chronionych. Mieszkają w grupie albo w parach, jeżeli mają potrzebę takich relacji. Nadzoruje ich pracownik socjalny, który pomaga w tym, co sprawia im najwięcej problemów – w opłaceniu rachunków, poszukiwaniu pracy, a także

w rodzicielstwie, jeżeli się go podejmą. Ten system idzie w parze z edukacją seksualną, przygotowaniem do dorosłości. Dzięki temu dzieci osób z niepełnosprawnością umysłową mimo wszystko zostają przy rodzicach, jacy by oni nie byli.

Podkreśla, że to ważne, żeby żyli wśród nas, na osiedlach. Powinniśmy spotykać ich w windzie, na podwórkach, nawet na zebraniach. W ten sposób mogą stać się częścią wspólnoty, która będzie ich wspierać w razie problemów.

1348 mieszkań chronionych

Piszę do Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej. Mam kilka pytań. Czy ministerstwo zbiera dane dotyczące liczby rodzin osób

z głębszą niepełnosprawnością intelektualną? Na jakie wsparcie mogą liczyć takie rodziny? Czy są w Polsce jakiekolwiek programy edukacji seksualnej albo przygotowania do życia w rodzinie, na przykład w szkołach specjalnych? Ile funkcjonuje mieszkań chronionych?

Przychodzi odpowiedź tylko na ostatnie pytanie, tak jakby innych w ogóle nie było. W Polsce jest 1348 takich mieszkań, oferują 4098 miejsc dla osób w trudnej sytuacji życiowej, z niepełnosprawnościami, ciężkimi chorobami lub ze statusem uchodźcy. Prowadzenie ich jest zadaniem gminy.

Dzwonię więc do kilku gmin.

Nikt nie słyszał o parach osób z niepełnosprawnością w mieszkaniach chronionych.

351_dziadkowie

W Warszawie jest osiemnaście takich mieszkań, z czego jedenaście jest przeznaczonych dla osób

z niepełnosprawnością intelektualną.

W ogóle nie rekrutuje się do nich osób żyjących w związkach.

W Kędzierzynie-Koźlu jest aż 47 mieszkań,

w tym pięć dwuosobowych. Nie było nigdy sytuacji, w której zamieszkałaby w nich para. W jednym mieszka matka seniorka

z niepełnosprawnością ruchową z dorosłą córką z niepełnosprawnością intelektualną.

Profesor Remigiusz Kijak przypomina sobie tylko jeden przypadek – para rodziców

z głębszą niepełnosprawnością intelektualną mieszkała samodzielnie. Wcale nie

w mieszkaniu chronionym. Mieli swój dom

i czworo dzieci. Ojciec był bardzo zaradny, podejmował się drobnych prac w okolicy. Para miała ogromne wsparcie lokalnej

społeczności, zwłaszcza zaprzyjaźnionej nauczycielki, która pomagała dzieciom w nauce, a im w sprawach urzędowych.

Ale to wyjątek. Wygląda na to, że tak naprawdę jedynym sposobem, by uchronić od adopcji dzieci osób z głębszą niepełnosprawnością intelektualną albo innym rodzajem niepełnosprawności, który mocno ogranicza ich samodzielność, jest zaangażowanie dziadków – rodziców obojga albo chociaż jednego z partnerów.

Byle się nie rozkleić

Pan Bóg jest w trzech osobach, a pan Eryk w czterech – dziadek, babcia, matka i ojciec.

Pierwsza osoba – dziadek. Drzwi otwiera mi starszy pan, lat siedemdziesiąt dwa, na nosie okulary, na nogach kapcie. Biegnie do kuchni zrobić herbatę, wykłada na talerzyki ciasto. Sam piekł, śmiało, proszę się częstować.

Dziadek wstał dziś o siódmej, żeby przygotować Maciusia do szkoły. Umyli ząbki, włożyli ubranie. Maciuś na śniadanie lubi jeść kulki

z mlekiem. Do szkoły ma bliziutko, tylko dwie minuty. Można nawet w kapciach wyskoczyć, ale trzeba go zaprowadzić, bo sam nie trafi. Po lekcjach Maciuś je obiad, potem idzie na świetlicę. Eryk chce, żeby chociaż chwilę dłużej pobył z innymi dziećmi. O trzeciej odbierze go ze szkoły. W domu obejrzą bajeczki, zjedzą ciasto, potem wyjdą na spacer.

Maciuś urodził się w konflikcie serologicznym, przetaczali mu krew. Kiedy skończył dwa latka, ciągle jeszcze nie chodził. Stwierdzono wiotkość mięśni. Jeździli na masaże, na rehabilitację. Potem lekarz powiedział, że do zwykłego przedszkola się nie nadaje. Orzeczenie – niepełnosprawność intelektualna w stopniu umiarkowanym. Poszedł do przedszkola specjalnego, zaczął stawiać pierwsze kroki. Teraz ma prawie dziesięć lat, już chodzi do szkoły. Ale nie pisze ani nie czyta, chociaż literki zna. Trudno mu nawet powiedzieć, czy bocian na obrazku w zadaniu, które zadała nauczycielka, buduje gniazdo, czy siedzi na jajkach. Niziutki, energiczny, w okrągłych okularach przypomina Minionka. Tuli się do Eryka z uśmiechem.

– Dziadek jest kochany! – wykrzykuje.

Ale Eryk to nie tylko dziadek. Druga osoba – babcia.

Maciuś miał prawdziwą babcię, a Eryk żonę, ale zmarła sześć lat temu. Chłopiec pewnie nawet jej nie pamięta. Choroba rozwinęła się szybko. Babcia narzekała, że boli ją żołądek. Z badania USG wróciła zapłakana. Rak żołądka z przerzutami do wątroby. Ratunku nie będzie, można tylko czekać. Czekali dziewięć miesięcy. Tu w pokoju leżała, Eryk sam ją mył, smarował oliwką. Nikogo innego nie chciała. Pod koniec czasem zrywała się w nocy w amoku. Kiedy odeszła, Eryk był bliski załamania. Jak on sobie sam z Maciusiem poradzi? Ale kiedy jest małe dziecko, to się nie można rozkleić. Trzeba wstać rano, ubrać, zrobić śniadanie, zaprowadzić do przedszkola.

Dzień za dniem jakoś mijał i Eryk powoli przejął rolę żony. Dziś już potrafi wszystko w domu zrobić. Sam gotuje – pomidorową, kapuśniaczek, rosołek, grochóweczkę. Sam piecze – rogaliki z jabłkami, bułeczki, sernik, jabłecznik. Pierze, sprząta, robi zakupy. Uczy się z Maciusiem w miarę możliwości.

Jeszcze zanim Maciuś się urodził, znajomi powiedzieli, że mogą go zabrać do domu dziecka. Przecież ojciec i matka z niepełnosprawnością. Eryk z żoną zdecydowali, że trzeba dziecko ratować. Gdyby poszło do obcych, to by się ciągle martwili. Może głodne? Może płacze? Jeszcze w szpitalu zdecydowali, że sądownie przejmą opiekę nad Maciusiem. Bo na co dzień przecież i tak to oni się nim opiekowali. Eryk kąpał go i wstawał po nocach. Żona za dnia wszystko wokół niego robiła. Mieli doświadczenie, wcześniej już dwoje dzieci odchowali. Śmiali się, jak z MOPR-u (miejskiego ośrodka pomocy rodzinie) przyszła informacja, że muszą iść na kurs dla rodziców. Żona skończyła, żeby nikt nie mówił, że im czegoś brakuje.

A matka? Bali się dać Małgosi Maciusia do potrzymania. I ona też bała się go wziąć. Ma problemy manualne, może upuścić. Tyle tylko, że zdjęcia im razem zrobili. Poza tym raczej nie była Maciusiem zainteresowana. Teraz, jak już jest większy, czasem go wykąpie, chociaż i tego trzeba przypilnować. Sąd ograniczył jej prawa do opieki nad dzieckiem, kiedy przyznał je dziadkowi.

Więc Eryk stał się też dla Maciusia matką.

Śpią razem w salonie, łóżko w łóżko. Małgosia sama, w drugim pokoju. Eryk ma rentę 1900 złotych. Maciuś dostaje 500 złotych alimentów, coś jeszcze z MOPS-u. Małgosia też ma rentę, ale na swoje potrzeby. Czasem pracuje w ochronie. Ale różnie to bywa, bo wciąż miewa ataki epilepsji. Kiedyś została w wielkim gmachu na całą noc. Rano zadzwoniła, że jest w szpitalu. Był atak, przyjechała karetka. I wtedy ją zwolnili.

Pierwsza córka Eryka urodziła się zdrowa, ale w ósmej klasie dostała skoliozy. Trzeba było operować kręgosłup. Kroili ją od karku po kość ogonową. Dziś jest na rencie, ale mimo tego kręgosłupa to ona jest jego podporą.

Małgosia urodziła się trzy lata później – w zamartwicy, owinięta pępowiną. Już w przedszkolu widzieli, że coś z nią nie tak. Na spacerze wciąż narzekała, że ją nogi bolą. Jak przyszła do domu, zaraz usypiała. Lekarze stwierdzili epilepsję. Potem mówili, że są jeszcze inne problemy neurologiczne. W szkole doszły dysleksja i dysgrafia. Dostała orzeczenie o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym ze względu na epilepsję. Czy miała też problemy intelektualne? Tego Eryk nie wie. W latach 80. diagnozy nie były takie dokładne jak dziś. Wie tylko, że ledwo udało jej się skończyć szkołę podstawową. Próbowała jeszcze uczyć się zaocznie w liceum, ale matury nie ma. Rok pracowała w zakładzie krawieckim. Potem zakład rozwiązali, poszła na rentę. I zaczęło się z nią dziać coś niedobrego.

Do osiemnastego roku życia to było prawdziwe dziecko. Grzeczne. Chodziła na spotkania oazowe, tam miała znajomych. Ale potem oni pokończyli studia, rozjechali się po Polsce. W okolicy zostało towarzystwo raczej nieciekawe. Eryk wciąż powtarzał córce: „Małgosiu, to nie są znajomi dla ciebie”. Ale ona nie chciała słuchać. Buntowała się i złościła, że nie może z nimi wyjść. W domu było jej coraz gorzej.

Więc Eryk z żoną załatwili warsztaty terapii zajęciowej. Chcieli, żeby trochę z ludźmi pobyła. I na tych zajęciach koordynatorka powiedziała, że szuka chętnych do mieszkań chronionych. Małgosia się zdecydowała, komisja orzekła, że się nadaje. Rodzicom nagle oznajmiła, że chce się usamodzielnić.

Eryk był wściekły. Dlaczego najpierw nie porozmawiali z rodzicami? W końcu chodzi o osoby z niepełnosprawnością! To jest młoda dziewczyna, ktoś może ją wykorzystać. Ale nie mógł jej przecież zabronić. Zamieszkała w pokoju z koleżanką, dochodziła do nich opiekunka. I właśnie wtedy poznali się z ojcem Maciusia.

Co dokładnie się wydarzyło? Wersje Eryka i Małgosi różnią się od siebie tak, że trudno dzisiaj dojść, jak było naprawdę.

Małgosia opowiada, że chłopak koleżanki zabrał ją na kawę. Powiedział, że mu się spodobała. Później zaprosił ją do domu w pierwszy dzień świąt. Mieszkał z rodzicami, ciepło ją przyjęli. Na stole była wódeczka, nalał sobie, tacie, szwagrowi. Wypił i powiedział, że chciałby z nią porozmawiać w cztery oczy. W przedpokoju chwycił za nadgarstek i wciągnął do pokoju. Chciała krzyczeć, ale nie mogła, bo ją podduszał. Po wszystkim była w szoku. Nie pomyślała nawet, żeby pójść na policję. Mówi, że bardzo kocha Maciusia. Ale nieraz, jak na niego patrzy, to przypomina jej się tamto zdarzenie i chce jej się płakać.

Eryk pamięta to inaczej. Małgosia przyjechała do nich w odwiedziny z chłopakiem. Przedstawiła, że to kolega. Posiedzieli chwilę

i pojechali. Jak wyszli, zadzwoniła opiekunka z mieszkania chronionego i spytała: „Czy była Małgosia i czy coś mówiła?”. Eryk powiedział, że nic szczególnego. Małgosia wróciła do domu i oznajmiła rodzicom, że jest w ciąży. I że jest bardzo szczęśliwa. O tym, że była jakaś przemoc, zaczęła wspominać dużo później. Dlaczego od razu nie powiedziała? Dlaczego nie zgłosiła tego na policję? Eryk dziś sam już nie wie, co o tym wszystkim myśleć.

Kiedy powiedziała, że jest w ciąży, złapał się za głowę – jedno i drugie z niepełnosprawnością i jeszcze do tego dzieciak. Jak oni się pomieszczą w tych dwóch pokoikach? Ale oni zaraz się rozeszli. Podobno chłopak nie był zadowolony z ciąży, zwyzywał Małgosię

i zostawił. A ona pokłóciła się z koleżanką i wróciła do domu rodziców.

O aborcji nie mogło być mowy. Przecież Bóg dał dziecko. Poza tym Małgosia nawet się z ciąży cieszyła. Siostra ma dziecko, to i ona będzie miała. Ale rodzice ojca uznali, że to nie jego. Więc trzeba było sądownie robić badania genetyczne, wystąpić o alimenty, iść do komornika. Chłopak też na rencie, pracuje w ochronie.

Sąd postanowił, że Eryk ma z Maciusiem odwiedzać ojca. Więc jeździli co dwa tygodnie z wizytą do drugich dziadków. Ale on może raz Maciusia wziął na rączki, kiedy chłopczyk był maleńki. A potem mówił tylko: „Dobra, dobra, później”. W końcu, jak przyjeżdżali, to go

w domu nie było. Siedzieli sami z dziadkami. Okazało się, że się ożenił i wyprowadził z domu. Eryk powiedział o tym kuratorce. Sąd pozbawił chłopaka praw rodzicielskich.

I tak Eryk przejął też rolę ojca. Dziś, kiedy ktoś pyta Maciusia: „Gdzie jest twój tata?”, ten pokazuje na dziadka.

Ci drudzy dziadkowie to porządni ludzie, przykro im z powodu tej sytuacji. Czasem się odzywają. Przywożą zabawki czy parę groszy. Eryk zbiera pieniądze w kopertę na wypadek, gdyby były Maciusiowi potrzebne. Chociaż dziś myśli, że jakby mógł cofnąć czas, to w ogóle by z nimi nie utrzymywał kontaktu. W końcu ten chłopak zrobił Małgosi krzywdę, cokolwiek się tam wydarzyło. Ale teraz już za późno. Dla dobra dziecka czasem się z nimi spotyka.

Dziadek, babcia, matka, ojciec – Eryk na co dzień jest w czterech osobach, ale niekiedy znajduje chwilę tylko dla siebie. Jak czuje, że już dłużej nie wytrzyma, to bierze scyzoryk, kawałek drewienka i powstaje ptaszek. Czasem sobie wtedy w myślach rozmawia z żoną. Jej zdjęcie wisi na seledynowej ścianie, naprzeciwko kanapy. „Problem mam, co robić?” – pyta. I trochę mu ulży. Teraz ciągle myśli

o tym, co będzie w przyszłości z Maciusiem. Modli się, żeby pan Bóg dał mu jeszcze osiem lat na ziemi. Wtedy Maciuś skończy osiemnaście lat. Z bożą pomocą jakoś sobie poradzi. I ludzką też, bo przecież jest jeszcze ciocia i jej córka, dziś dwudziestopięcioletnia. No i medycyna idzie do przodu, może w końcu znajdzie lekarstwo na jego problemy?

Luksusów mieć nie muszą

Anna, matka Eli i babcia Michała, też ciągle rozmyśla o tym, co będzie po jej odejściu. W myślach wciąż rozważa możliwe scenariusze dotyczące różnych obszarów ich życia.

Pierwsza kwestia – finanse. Jeżeli Ela będzie pracowała i Michał dostanie jakąś rentę, to przeżyją. Luksusów przecież mieć nie muszą.

Druga – jedzenie. Ela ziemniaki ugotuje, mielone przyrządzi, jajka usmaży. Zakupy też zrobi. Anna od dawna rzuca ją na głęboką wodę. Wchodzą do sklepu i mówi: „Proszę, wybieraj, co byś zjadła”. I Ela wkłada do koszyka: chleb, masło, coś tańszego z mięsa. Najgorsze, że nie zna wartości pieniędzy. Najchętniej by setkami płaciła.

Więc trzecia kwestia – sprawy urzędowe – nie przedstawia się zbyt optymistycznie. Z rachunkami córka sobie nie poradzi, żadnego pisma nie da rady przeczytać. Może Michał jej przeczyta? Ale druczku już nie wypełni. Więc może sąsiadka pomoże? Albo starszy wnuk będzie wpadał, żeby ich nadzorować? Jak wypełni druk i odliczy pieniądze, to córka pójdzie na pocztę i zapłaci.

Dobrze, że przynajmniej Ela od czasu nieudanego małżeństwa nawet na mężczyzn nie patrzy. Pytanie, jak będzie z Michałem? Dziewczyny z dawnej szkoły wciąż do niego dzwonią, chcą się umawiać. Anna stara się, żeby nie miał z nimi kontaktu, ale on ma swój telefon, a w telefonie internet.

/ ludzie i obyczaje

  maj/czerwiec'25 (25)

O straszeniu dorosłych i cyfrowym klasizmie

MAGDALENA BIGAJ

Jechałam do szkoły zła na siebie, że zgodziłam się na wykład z dala od domu i będę jutro styrana jak koń po westernie. Był listopadowy wieczór, nawigacja pokierowała mnie na objazd szutrową drogą, która miała tyle dziur, że zaczęłam w głowie snuć scenariusz, co zrobię, jeśli pośrodku tej nicości urwę koło. Myślałam też o tym, że pewnie nikomu nie będzie się chciało przyjść w taką pogodę.

Z jakiegoś powodu rodzice licealistów porzucają swoje dzieci w sieci. Może uważają, że wszystko już stracone, albo uwierzyli w mit

o pokoleniu, które „urodziło się z telefonami w ręku”. Rodzice dzieci z podstawówek przychodzą jednak coraz liczniej. Mają jeszcze pełny bak w swoim rodzicielskim helikopterze, jeszcze siłą rozpędu zaliczają kolejne warsztaty, szukając rozwiązań problemów, na które nikt ich nie przygotował. Ale czy ktoś z nich pojawi się w listopadowy wieczór – tego nigdy nie wiadomo. Dziury tymczasem się skończyły, nawigacja zameldowała wykonanie zadania, a ja przez okna szkoły zobaczyłam salę pełną ludzi.

Najczęściej jest to jedna osoba – rodzic, nauczycielka lub dyrektorka – która połknęła bakcyla higieny cyfrowej i stanęła przed wyzwaniem, jak ściągnąć innych dorosłych na korepetycje z internetu. Bo bez starych się nie uda: młodzi potrzebują mądrych dorosłych, a szkoła nie naprawi dziecka, które najwięcej czasu w sieci spędza po szkole. Wróciłam do tych myśli, gdy w mediach społecznościowych wybuchła dyskusja nad nowym serialem Netflixa Dojrzewanie autorstwa Jacka Thorne’a i Stephena Grahama.

Ale po kolei.

Chociaż codzienne obowiązki nie pozwalają mi tego robić zbyt często, staram się kilka razy w roku pojechać na zajęcia do jakiejś szkoły. Dzięki temu trzymam się ziemi, by nie utonąć w bańce profesjonalistów, toczących plemienne walki. Napinka związana

z ustaleniem, kto jest bardziej eksperckim ekspertem, spowodowała stres, gdy cztery lata temu wydawnictwo odpisało mi, że wydadzą moją książkę, ale ma być napisana dla rodziców. Westchnęłam i spojrzałam na półkę uginającą się od tych wszystkich Spitzerów, Twenge i Shapiro. A potem pomyślałam: „Skoro napisano już tak wiele, dlaczego wciąż mamy problem?”. I przypomniało mi się, jak na którymś ze spotkań ekspert użył określenia „adolescenci w technologiach informacyjno-komunikacyjnych”. Pomyślałam wtedy: „Borze zielony, przecież zwykły rodzic tego nie przetrawi”.

Gdy kilka lat temu wystosowałam apel, by rodzice anonimowo opowiedzieli mi, jakie wyzwania stawiają przed nimi smartfony

i internet, otrzymałam wiele historii, z których najmocniej przebijały dwa wątki: zmęczenie i poczucie winy. Ekrany dawane dla świętego spokoju, na poprawę apetytu, ale także po to, by w sąsiednim pokoju móc odbyć małżeński stosunek przy dźwiękach Psiego patrolu. Ot, codzienność. Pomyślałam wówczas, że te opowieści są o zabieganiu, zagubieniu i osamotnieniu w „wychowaniu przy ekranie”, na które nikt naszego pokolenia nie przygotował. To dlatego swoją książkę zadedykowałam „Naszym Dzieciom”. Czułam, że jesteśmy w tym razem: z powodu nieustannego rozwoju technologii, które wpychają nam się do życia rodzinnego, musimy w biegu redefiniować swoje rodzicielstwo, nie mając jeszcze w tym zakresie społecznie wypracowanych dobrych praktyk.

Od premiery Wychowania przy ekranie minęły dwa lata, w tym czasie niemal każdy miesiąc przynosił niepokojące informacje

o zaniedbaniach platform społecznościowych i growych wobec młodzieży. Wiedza na temat zagrożeń w sieci jest dziś nieporównywalnie większa niż jeszcze dwa–trzy lata temu. Kiedy więc na początku tego roku zobaczyłam dane, które mieliśmy opublikować w raporcie Internet dzieci, pomyślałam: „Jeśli internet jest miejscem, gdzie na taką skalę dzieci są krzywdzone seksualnie, a ponad połowa dzieci w wieku 7–12 lat korzysta z mediów społecznościowych przeznaczonych dla osób powyżej 13. roku życia, to dlaczego, do cholery, moim zadaniem miałoby być staranie się, żeby nie przestraszyć dorosłych?! Kto w tym układzie jest dzieckiem? I kogo tu tak naprawdę należy chronić?”.

Oczywiście nie chodzi o to, aby karmić się negatywnymi informacjami; warto jednak zdać sobie sprawę, że nie ma odpowiedzialności bez świadomości. Nie możesz być mądrym dorosłym, jeśli nigdy nie dowiesz się, że samochody mogą potrącić pieszych i zdarza się to nawet na pasach. Podobnie

trudno będzie zorientować się, że dziecko mogło zostać skrzywdzone w sieci, jeśli nie mamy pojęcia o groomingu online albo realnych skutkach wirtualnego hejtu.

Łatwość, jaką oferują nowe technologie, prowadzi dorosłych do zdziecinnienia. Ludzie mają nas lubić, strony – szybko się ładować,

e-zakupy – przyjeżdżać następnego dnia, a autorki w swoich książkach – niczym nas nie straszyć. Wiecznie przemęczeni  informacyjnym smogiem, stałą dostępnością i presją rodzicielskich porad zapragnęliśmy świętego spokoju. Może dlatego część internetowego komentariatu pisała o serialu Dojrzewanie, że nie ma co sobie wyrzucać, że się nie oglądało, bo to wszystko – przemoc w szkołach, radykalizacja dzieci w internecie, poczucie zagubienia w świecie karmiącym się konfliktami – jest oczywiste, a rodzice też mają prawo chronić swoje emocje przed trudnymi konfrontacjami.

Oczywiście, nie ma obowiązku oglądania Dojrzewania, podobnie jak nie ma obowiązku pisania o nim. Nie zamierzałam zresztą wypowiadać się na jego temat, aż moją uwagę zwróciło zjawisko, które nazwałam cyfrowym klasizmem. Oto na szczere poruszenie

i zaniepokojenie części widzów, dla których wątki poruszane w serialu były wstrząsającym odkryciem, niektórzy odpowiadali: „Pff, każdy odpowiedzialny rodzic wie o takich rzeczach bez oglądania serialu”. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak czuje się osoba, która próbuje pomieścić w sobie emocje wywołane odkryciem okrutnej strony internetu, i nagle czyta, że nie wypada się tak emocjonować. Może chciała się podzielić ze znajomymi nową wiedzą, może zbierała się, by porozmawiać ze swoim dzieckiem, ale okazało się, że to wstyd się temu dziwić, bo podobno wszyscy już wszystko dawno wiedzą. Ale skoro tak, to dlaczego nadal nie potrafimy skutecznie chronić swoich dzieci? Dlaczego sami nadal łykamy internetowe haczyki, służąc dzieciom za antyprzykład?

Nie róbmy sobie tego. Trwa proces osmozy społecznej – wiedza o zachowaniach chroniących, związanych z używaniem nowych technologii, przenika z różną prędkością. Higiena cyfrowa nie mówi o odrzuceniu technologii, podobnie jak higiena jamy ustnej nie zakazuje jedzenia. Jeśli jednak mamy nauczyć się zdrowej cyfrowej diety, musimy się dowiedzieć, co jest szkodliwe. Tylko jak to zrobić, skoro jednocześnie nie chcemy dopuścić do siebie strachu i dyskomfortu? To właśnie popkultura i media docierające do różnych grup odbiorców odgrywają tutaj ogromną rolę. Z tej perspektywy to wspaniale, że na jednej z najpopularniejszych platform streamingowych pojawia się taki serial jak Dojrzewanie. Kolejna próba opowiedzenia o czymś ważnym i dla dorosłych, i dla ich dzieci.

Tamtego listopadowego wieczora podeszła do mnie po wykładzie młoda kobieta. Wyglądała na zmęczoną. Za nią stał mąż. Wyraźnie zażenowany wciskał czubek buta w podłogę niczym zawstydzony uczeń.

– Nasza córka jest w drugiej klasie i my robimy to wszystko, co pani mówi, nie dajemy jej tych komunikatorów i mediów społecznościowych, ale chciałam pani powiedzieć, że jest nam trudno, bo wszyscy inni tego używają. Czy my dobrze robimy?

Wbiła we mnie pełne wyczekiwania spojrzenie. Poczułam się zawstydzona swoimi retorycznymi popisami, które właśnie zakończyłam, to rozbawiając grupę, to wzruszając ją. Zrozumiałam, jaki ciężar włożyłam im na plecy i że kiedy zadowolona z siebie będę wracać do domu, śpiewając sobie w samochodzie w rytm dziur na drodze, oni będą się mierzyć z wprowadzeniem wciąż jeszcze niepopularnych i nieoczywistych zasad, słuchając komentarzy w rodzaju: „A nie boisz się, że twoje dziecko będzie wykluczone?”.

Z okazji nadchodzących dni Matki, Dziecka i Ojca chciałabym, żebyśmy się nie bali stanąć w obronie naszych dzieci. Stosunek do słabszych i wymagających szczególnej ochrony jest miarą każdego społeczeństwa. To naprawdę nie o nas, dorosłych, tu chodzi. Zwłaszcza że, jak napisała na Facebooku profesorka Mirosława Dziemianowicz, odnosząc się, a jakże, do dyskusji o wiadomym serialu – my, dorośli „w trosce o siebie jesteśmy mistrzami świata”.

dzien matki

WSZYSTKIM

MAMOM ṠWIATA

radości każdego dnia... 

Dzień Matki

LUDZIE I OBYCZAJE     maj/czerwiec'25 (25)

Kluby dla kobiet powstawały już w XIX wieku w stanie West Virginia. Ich inicjatorką była Ann Reeves Jarvis. Uczono wychowywania dzieci, utrzymania czystości całych rodzin, zastanawiano się nad zmniejszeniem śmiertelności noworodków... 

Podczas wojny secesyjnej kobiety pomagały rannym żołnierzom z obu obozów... Po wojnie organizowały pikniki jednoczące lojalistów unijnych

i konfederackich, promujące pokój i spokój dla wszystkich, również swoich dzieci... 

Domagały się też zrozumienia w ich macierzyństwie, szacunku, partnerstwa... Na kartach historii zapisała się (między innymi) Julia Ward Howe

- zapoczątkowała Mother's Peace Day, które zaczęto organizować lokalnie

w różnych stanach.

Na początku XX wieku do grupy działaczek na rzecz kobiet-Matek dołączyła Ann Jarvis (córka Ann Reeves Jarvis). Również organizowała kluby dla kobiet

o niemal tych samych problemach, również domagała się uszanowania ich ciężkiego wysiłku w wychowaniu dzieci i utrzymaniu domu. Po śmierci swojej Mamy (10 maja 1908 roku) wysłała 500 białych goździków do kościoła w Grafton (West Virginia) na uroczystości pogrzebowe. Podobne obchody miały miejsce w Philadelphii, miejscu zamieszkania Ann. Ten dzień, symbolicznie, uznaje się za pierwszy Dzień Matki w Stanach Zjednoczonych...

Ann nie ustała jednak w swoich działaniach na rzecz wszystkich Matek w kraju, by doczekać się uznania i proklamacji Mother's Day przez prezydenta Woodrow'a Wilson'a (9 maja 1914 roku). Oficjalnie amerykański Dzień Matki celebrowany jest w drugą niedzielę miesiąca maja, a biały, puchaty goździk zastąpiono ulubionymi kwiatami Mam. 

W przedwojennej Polsce Dzień Matki obchodzono również corocznie, jednak

w różnych dniach maja, a organizatorami spotkań, czasem pochodów zajmowały się Koła Polskiego Czerwonego Krzyża (w 1939 roku w maju było ich około 7700). Obecną datę celebrowania matczynego święta ustalono po

II wojnie światowej...

Nie zapomnij o swojej Mamie, jest najwspanialszą kobietą Twojego życia, bez względu na to, na jakim etapie owego życia jesteś... Podaruj Jej uśmiech, łzę czułości, mnóstwo kolorów, pyszności wszelkie, i podziękuj za to, co zrobiła dla Ciebie i jeszcze zrobi nie raz... Jej uśmiech zaświeci jak słońce...

(Anna Czerwińska; archiwum pakamery.polonia)

Ann Maria Reeves

Ann Maria Reeves Jarvis / foto.: wikipedia / domena publiczna

Anna Jarvis_edited

Anna Jarvis / foto.: wikipedia / domena publiczna

Szczęśliwi Twins

/ ludzie i obyczaje 

maj/czerwiec '25 (25)

Dzień 

​Dziecka 

na świecie 

Międzynarodowy Dzień Dziecka jest świętem obchodzonym niemal na całym świecie. Jednak nie we wszystkich krajach świata święto to przypada 1 czerwca. Odmienny jest także sposób obchodzenia tego dnia, co wynika z różnorodności i bogactwa tradycji oraz historii poszczególnych rejonów świata. Nie bez znaczenia jest też często trudna sytuacja dzieci w różnych krajach,

a przecież ​są naszą niezaprzeczalną przyszłością, stanowią - według ONZ - około 30% populacji i każde

z nich zasługuje na odpowiednie prawa i przywileje niezależnie od miejsca urodzenia.

Pierwsze oficjalne obchody Dnia Dziecka miały miejsce w 1925 roku podczas Światowej Konferencji na Rzecz Dobra Dzieci w Genewie. Delegaci z różnych krajów, zainspirowani potrzebą ochrony praw dzieci, postanowili ustanowić specjalny dzień poświęcony najmłodszym. Choć konkretna data nie była wtedy jednoznacznie ustalona, wiele krajów, w tym Polska, wybrało na obchody 1 czerwca. 

W 1954 roku Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych postanowiło ustanowić Międzynarodowy Dzień Dziecka w celu promowania dobrobytu dzieci na całym świecie. Data 1 czerwca nie jest przypadkowa – nawiązuje do wcześniejszych obchodów Dnia Dziecka w różnych krajach, w tym

w Polsce. 

Chociaż Międzynarodowy Dzień Dziecka obchodzony jest 1 czerwca, istnieją również inne daty i inicjatywy związane z prawami dzieci i ich ochroną, które warto znać. Jest także Powszechny Dzień Dziecka, który przypada na 20 listopada i został ustanowiony przez Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych. To ważna data, ponieważ tego dnia

w 1959 roku przyjęto Deklarację Praw Dziecka. Składa się ona z dziesięciu zasad dotyczących ochrony, dobrobytu i rozwoju dzieci na całym świecie. Ta deklaracja była ważnym krokiem w kierunku uznania specjalnych potrzeb dzieci i konieczności ich ochrony.

Również 20 listopada w 1989 roku przyjęto zaś Konwencję o Prawach Dziecka. To jeden

z najważniejszych dokumentów międzynarodowych dotyczących ochrony praw dziecka.

W kontekście międzynarodowym warto wspomnieć także o organizacjach takich jak Save The Children International, które działają na rzecz ochrony praw dzieci i zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom z całego świata. Takie organizacje odgrywają kluczową rolę

w promowaniu idei i wartości związanych z prawami dziecka oraz w monitorowaniu ich przestrzegania.

dzieci swiata
dzieci swiata 2
dzieci swiata (1)
dzieci swiata (2)

Turcja

W Turcji Dzień Dziecka obchodzony jest 23 kwietnia i połączony z Dniem Suwerenności Narodowej. Święto to zostało ustanowione przez Mustafę Kemala Atatürka w 1920 roku. Dzieci uczestniczą tego dnia w różnych wydarzeniach, od festynów po oficjalne uroczystości państwowe. Na wszelkich wydarzeniach podkreślana jest rola dzieci jako przyszłości narodu.

Japonia

W Japonii Dzień Dziecka, znany jako „Kodomo no Hi”, obchodzony jest 5 maja i jest częścią Złotego Tygodnia. W tym dniu rodziny wieszają karpie wiatrowe (koinobori), które symbolizują siłę i sukces. Tradycyjne ryżowe ciastka zwane kashiwa mochi są popularnym przysmakiem, a święto koncentruje się na zdrowiu i szczęściu dzieci​.

Meksyk

W Meksyku Día del Niño obchodzi się 30 kwietnia. Tego dnia szkoły organizują specjalne wydarzenia, gry i występy dla uczniów. Rodziny spędzają czas razem, a dzieci często otrzymują prezenty lub smakołyki. Święto ma na celu podkreślenie znaczenia dzieci

i wspieranie ich rozwoju​

Brazylia

W Brazylii Dzień Dziecka obchodzony jest 12 października, w dniu święta Matki Boskiej z Aparecidy, patronki Brazylii. Jest to dzień wolny od pracy, podczas którego organizowane są parady, koncerty i procesje. Szkoły często organizują tematyczne imprezy

i występy kulturalne, co czyni ten dzień radosnym dla dzieci w całym kraju​.

Niemcy

W Niemczech Dzień Dziecka znany jako „Kindertag” obchodzony jest 1 czerwca w byłej Niemieckiej Republice Demokratycznej (NRD), natomiast w byłej Republice Federalnej Niemiec (RFN) przypadał na 20 września. Po zjednoczeniu kraju, obie daty są uznawane

i dzieci cieszą się zarówno prezentami, jak i specjalnymi aktywnościami organizowanymi w szkołach​.

Indie

W Indiach Dzień Dziecka obchodzony jest 14 listopada, w rocznicę urodzin Pandita Jawaharlala Nehru, pierwszego premiera niepodległych Indii, który był znany ze swojej miłości do dzieci. Tego dnia dzieci często otrzymują prezenty, a szkoły organizują specjalne programy i aktywności, takie jak obozy czy darmowe projekcje filmów​.

Kanada

W Kanadzie National Child Day obchodzony jest 20 listopada. Święto to zostało ustanowione w 1993 roku, aby uczcić Deklarację Praw Dziecka ONZ. Jest to okazja do organizowania różnych wydarzeń, takich jak konkursy i pokazy mody. Mają one na celu zwiększenie świadomości na temat praw dziecka​. 

USA

W USA początki święta poświęconego dzieciom datuje się na 1856 rok – Dzień Róży. Dopiero półtora wieku później prezydent Clinton oficjalnie ogłosił Narodowy Dzień Dziecka 8 października. George Bush w 2001 roku przesunął święto na pierwszą niedzielę czerwca. Obecnie Dzień Dziecka obchodzony jest w drugą niedzielę czerwca. Podczas tego dnia podejmowane są liczne edukacyjne inicjatywy dotyczące przyszłości naszej planety. Aktywiści i aktywistki podkreślają, że zasady dotyczące ochrony dzieci niezależnie od miejsca pochodzenia powinny być respektowane przez 365 dni w roku, a nie tylko jednego dnia.

Jak widać, Międzynarodowy Dzień Dziecka to nie tylko okazja do zabawy, ale także moment, aby zwrócić uwagę na prawa dzieci i ich potrzeby na całym świecie. Każdy kraj obchodzi święto dzieci w unikalny sposób, jednak wspólnym celem jest promowanie dobrobytu i ochrony najmłodszych. 

/ ludzie i obyczaje

    maj/czerwiec'25 (25)

taniec

foto.: Wikimedia/domena publiczna

Ta wczorajsza młodzież...

(walc - zwiastun zmian obyczajowych)

SZYMON PARUZEL

Wszyscy wiemy, że jedną z ulubionych aktywności społecznych pewnych grup jest narzekanie na młodsze pokolenia. I nie jest tajemnicą, że było tak od dawna i zawsze będzie. Raz na jakiś czas jesteśmy nawet częstowani wątpliwej autentyczności cytatami starożytnych filozofów, przerażonych kondycją moralną młodych ludzi (ówczesnych, oczywiście, dzisiaj byliby dość wiekowi, chyba nawet większość już nie żyje).

Jednym z punktów zapalnych tego prastarego konfliktu jest obyczajowość, sprzeniewierzanie się przyzwoitości

i rozwiązłość. A silnym wyrazem tej ostatniej jest taniec. Jak wiemy, jest on też bardzo efektywną formą autoekspresji, która – zwłaszcza w tradycyjnych zbiorowościach – może być bardzo niemile widziana. Nakładała się na to też percepcja tańca w świecie zachodnim, gdzie był on postrzegany

w dużej mierze jako rozrywka towarzyska, pomimo stanowienia ważnego elementu rytuałów i obrzędów.

Najlepszym przykładem na to, jaki ferment może zasiać zwykły taniec, jest historia walca. Podobnie jak wiele innych tańców zaczynał on swoją karierę jako rozrywka typowo plebejska, wywodził się bowiem z ländlera, popularnego

w niemieckim obszarze językowym, którego w uładzonych wersjach możemy posłuchać u Beethovena i Schuberta. Po dodaniu do niego pewnych elementów allemande, znanej nam z suit klawesynowych, i przyspieszeniu tempa zyskał on popularność wśród wyższych warstw społecznych, co otworzyło mu drzwi do zawrotnej kariery. Swoją drogą, to ciekawa rzecz, że aby coś przebiło się dalej, musiało zaskarbić sobie sympatię możnych (polonez zresztą miał podobną historię), tak jakby kiedykolwiek o takich sprawach decydowały wyłącznie kwestie wartości merytorycznej czy artystycznej… Ale przerwę tę dygresję, zanim się zagotuję.

Co takiego zmienił walc? Och, bardzo dużo. Oczywiście nie wyglądało to wszystko tak jak dzisiaj i taniec ten prezentował się na początku XIX wieku znacznie grzeczniej, ale pewne rzeczy i tak zostały wywrócone do góry nogami, a tańczące pary poczynały sobie coraz śmielej wraz z rosnącą popularnością walca. Specyfika tych wszystkich saraband

i kadryli polegała na tym, że to była rozrywka grupowa,

w której łączenie uczestników w pary miało tylko ułatwić organizację. Tak naprawdę wszyscy tańczyli ze wszystkimi, partnerzy się wymieniali, a kontakt między nimi był dość zdawkowy. Aż tu nagle zmiana: wszyscy wirują w tempie, które zdecydowanie nie przydawało dostojeństwa, tancerze są przyspawani do swoich par z bardzo małym dystansem

i do tego znika to całe wrażenie wspólnej rozrywki. Walc nie był już, jak menuet, sprawą wszystkich uczestników tańca

i widzów, ale rzeczą między dwiema osobami

w obscenicznym uścisku.

No i się zaczęło. Byron z oburzenia aż napisał wiersz,

w którym opisywał wszystko, co mu się w walcu nie podoba, od nietowarzyskiego charakteru, przez niemieckie pochodzenie tańca, po rozwiązłość i zepsucie, jakie miały mu towarzyszyć (tutaj można przeczytać wiersz w oryginale). Nie tylko on zresztą ciskał gromy: co bardziej tradycyjnie nastawieni widzowie mieli wychodzić demonstracyjnie z sal balowych, pojawiały się pamflety wykazujące, jakie choroby powodować ma ten taniec… Jednym słowem: cyrk.

 

Jednak karawana poszła dalej i przyjęło się, że kongres wiedeński przypieczętował popularność walca, który stał się symbolem nie tylko ery romantyzmu, ale i całego XIX wieku, belle époque i wszystkiego, czemu kres położyła I wojna światowa. Co na to wpłynęło? Zwróćmy uwagę, w jakim momencie walc dostąpił oszałamiającej popularności. Europę najpierw opanowały wojny napoleońskie, a później porządkowanie spraw po nich. Oświecenie i klasycyzm już od pewnego czasu były w odwrocie, zostawiając niszę, którą musiało wypełnić coś na tyle chaotycznego, aby stanowiło kontrast wobec ustępujących prądów, ale jednocześnie uporządkowanego, żeby odwrócić uwagę od niepokojącego otoczenia. Dobrze by było jeszcze, żeby uwzględniało obowiązujące trendy w myśleniu i, przede wszystkim, odczuwaniu, które święciło triumfy jak nigdy wcześniej. Czy walc spełniał te przesłanki? Jak najbardziej!

To widać tak naprawdę w historii każdego przełomowego tańca, ale walc jest w tym wszystkim najbardziej jaskrawy,

a jego dzieje najbardziej wdzięczne do opowiadania, ponieważ przechodzą przez cały ten wachlarz stadiów rozwoju zjawiska kulturowego. Ale tak samo będzie później

w przypadku tanga, fokstrota, a następnie nowych gatunków w muzyce rozrywkowej: rocka czy rapu. Na początku wywołują zdumienie i oburzenie ze względu na odmienność od tego co tańczono do tej pory. Albo wykorzystują znane już elementy, ale układają je w pozornie obrazoburczy sposób. Później krzepną, stają się częścią codzienności i, przy korzystnym układzie gwiazd, klasykami oraz symbolami danych czasów. Czy coś w tym złego? Bynajmniej! Warto dlatego obserwować, co się dzieje w sztuce i popkulturze, może nam to powiedzieć dużo o nas samych, nawet gdy się nam nie podoba przekaz lub medium. Ale nie dajmy się pokusie apriorycznego odrzucenia tej nowości w imię zasady „kiedyś to były czasy, a teraz nie ma czasów”. Nie znaczy to, rzecz jasna, że mamy przyjmować wszystko jak leci. Od czegoś jednak mamy krytycznie myślące mózgi, pozwalające nam odsiewać towary drugiej kategorii. Warto mimo wszystko czasem przebrnąć przez nieprzystępną czy odpychającą formę, aby dotrzeć do wartościowej treści.

A teraz posłuchajcie koncertu najmodniejszej obecnie gwiazdy dowolnie wybranego gatunku, zapłaciwszy krocie, znajdźcie coś dla siebie i nie grzeszcie więcej. Krytyka – tak, krytykanctwo – nie!    (presto)

/ ludzie i obyczaje

   maj/czerwiec'25 (25)

IWONA JĘDRZEJEWSKA 

Od niebieskiego mundurka
do kolczyka w nosie. Jak ewoluowała moda szkolna

mundurki

wszystkie zdjęcia  - domena publiczna

Niewiele chyba spośród ubrań cywilnych jest źródłem odczuć i emocji tak ambiwalentnych jak szkolny mundurek. Bywa znienawidzonym przez dzieci, bezkształtnym, gniotącym się i deformującym sylwetkę „workiem” lub prestiżową oznaką przynależności do elitarnego grona uczniów prywatnej szkoły, w której wysokość czesnego stanowi odbicie ambicji i oczekiwań wychowanków (a często także ich rodziców).

szkolny mundurek
TARCZA SZKOLNA

Nie wszyscy z nas zetknęli się z tym rodzajem stroju podczas własnej edukacji szkolnej. Nie ma jednak prawdopodobnie osoby, która nie zna go z opowieści mamy, babci lub cioci, nie widziała go na starych filmach czy fotografiach.

 

Kołnierz wyciągnięty ze starej skrzyni

Większość czytelników mających za sobą lekturę Wspomnień niebieskiego mundurka Wiktora Gomulickiego pamięta rozpoczynającą książkę scenę,

w której „Ze starego kufra dzieci wyciągnęły i ojcu przyniosły kołnierz z sukna niebieskiego, oszyty srebrzystą tasiemką”. Oczywiście nikt z nas nie pamięta szkolnych mundurków noszonych w latach 1860–1870, czyli wówczas gdy toczy się akcja powieści, niemniej jednak wzruszenie ojca na widok noszonego niegdyś elementu szkolnej garderoby wydaje się ponadczasowe i całkowicie zrozumiałe. Któremu/której z nas oczy nie zaszkliły się na widok odnalezionej niespodzianie szkolnej tarczy, wypłowiałej czapki lub fartuszka za małego o wiele rozmiarów? Symbole młodości zwykle owiane są sentymentem, co może poniekąd tłumaczyć fakt, iż wiele dojrzałych osób wspomina dawną modę szkolną z nostalgią, narzekając na panującą w dzisiejszych szkołach dowolność stroju, która zmienia szkolne korytarze w rewię mody lub też sprawia, iż dzieci i młodzież szkolna prezentują się zbyt awangardowo, nieskromnie lub po prostu niechlujnie.

 

Czapka z daszkiem i tarcza na rękawie

Znane łacińskie powiedzenie poucza, że o gustach nie powinniśmy dyskutować. Nie dodaje wprawdzie, iż nie należy o nich mówić, zwłaszcza gdy dotyczą modowych wyborów młodych ludzi, których od ferującego wyroki „arbitra elegantiarum” dzieli przepaść jednego, dwóch, a nawet i trzech pokoleń. Niemniej wielu spośród piewców skromności, elegancji i dobrego smaku dawnych szkolnych strojów niegdyś pracowicie odpruwało od rękawa przyszytą tam przez matkę szkolną tarczę, zakładało czapkę na bakier, aby nadać jej nieco bardziej zawadiackiego charakteru, oraz usilnymi zabiegami starało się sprawić, by spod nieco przaśnego fartuszka wyzierała jak największa część pachnącego zachodnim luksusem, szetlandzkiego sweterka „z darów”.

Symbol przynależności, narzędzie ucisku

Mimo że obowiązkowe i jednakowe dla wszystkich uczniów (choć często występujące w dwóch wersjach – dla chłopców oraz dla dziewcząt) ubrania mogą się obecnie kojarzyć z epoką słusznie minioną, historia mundurków, czyli „ujednoliconej odzieży noszonej przez młodzież szkolną”, jest dużo dłuższa, o czym świadczy choćby książka Gomulickiego. Rzecz jasna podlegały one modyfikacjom, przeobrażając się wraz ze zmianami zachodzącymi w modzie, świadomości społecznej oraz podejściu do celów i zadań szkolnictwa. Wyraźne różnice w mundurkach zachodziły również pomiędzy poszczególnymi jednostkami szkolnymi, co, przynajmniej w teorii, miało służyć budowaniu poczucia wspólnoty uczniów danej szkoły oraz stanowić wyraz dumy z możliwości jej reprezentowania (niejednokrotnie wymóg noszenia mundurków obowiązywał także poza szkolnymi murami). Faktycznie częstokroć możliwość rozpoznawania się „po mundurkach” stanowiła przyczynek do zażartych bojów toczonych przez młodzież uczęszczającą do „zwaśnionych” szkół.

 

Dyskretny urok fartuszka

Niezależnie od tego, czy uzna się mundurki za wspaniały wynalazek pozwalający uczniom w pełni identyfikować się ze swoją szkołą, czy raczej zabijające indywidualność narzędzie represji, trudno zaprzeczyć, że tkwi w nich pewna powściągliwa, wysmakowana elegancja. Być może jej sekret kryje się w – z powodzeniem wykorzystywanym przez służby mundurowe (w końcu „za mundurem panny sznurem”) – nimbie otaczającym mundury. Nieprzypadkowo wszak mundurek szkolny to zdrobnienie od pełnowymiarowego, „dorosłego” munduru. Pierwotnie mundurki szkolne, zwłaszcza te chłopięce, stanowiły bowiem pomniejszone i nieco uproszczone wersje realnie istniejących mundurów wojskowych. Dziewczęta natomiast często nosiły ubiory inspirowane mundurami marynarskimi, składające się z sukienki z dużym wykładanym kołnierzem lub z bluzki i spódniczki układanej w fałdy, na które niekiedy nakładały jeszcze fartuszek. Stroju dopełniały czapki lub berety. Nieodzownym uzupełnieniem była doszyta do rękawa tarcza z nazwą i numerem szkoły. Szczegółowe przepisy dotyczące rodzaju i wyglądu mundurka zawierał statut danej szkoły.

Relikt PRL-u

Po drugiej wojnie światowej chłopcy wkładali do szkoły granatowe garnitury z krawatem, dziewczynki zaś granatowe fartuszki

z białymi kołnierzykami oraz berety w tym samym kolorze. Jesienią i zimą noszono też granatowe płaszcze, które pozwalały już

z daleka rozpoznać idącą ulicą młodzież szkolną (zaś na wagarach stanowiły niezbyt pożądany i kompromitujący balast). W latach 50. do powszechnego użytku wprowadzono mundurki, które były przez swych „nosicieli” określane mianem fartuszków lub chałatów. Zakładano je na zwykłe ubranie. Ich krój bywał nieco różny dla chłopców oraz dziewczynek, których fartuszki były nieco dłuższe,

a niekiedy także taliowane. Do najczęściej spotykanych kolorów „chałatów” należał szkolny granat, czerń oraz ciemne bordo. Luźny, wizualnie dodający kilogramów fason, okrągły „dziecinny” kołnierzyk oraz kiepski, łatwo podlegający zagnieceniom materiał,

z którego je szyto, to najczęstsze powody, dla których idea wprowadzenia mundurków szkolnych u wielu noszących je niegdyś osób do tej pory wywołuje mimowolne wzdrygnięcie.

 

Wolność wyboru, dowolność ubioru

Obowiązek noszenia szkolnych mundurków zniesiono pod koniec lat 80., zaś nastanie nowego ustroju, wiążące się z zalewem niedostępnej wcześniej na polskim rynku zachodniej konfekcji, położyło nieodwołalny kres szkolnemu mundurkowi. W zbiorowej pamięci zapisał się on odtąd jako budzący pewne lekko wstydliwe rozrzewnienie, zarezerwowane dla bezgrzesznych lat szczenięcej młodości, artefakt epoki błędów, niedoborów, wypaczeń i pierwszych zachwytów olśniewającym pięknem odkrywanego świata. Poza krótkim epizodem roku 2007, kiedy to decyzją ówczesnego Ministra Edukacji Narodowej Romana Giertycha mundurki wprowadzono obowiązkowo do szkół podstawowych i gimnazjalnych, zaś zaledwie po roku ów obowiązek zniesiono, uczniowie mogą obecnie nosić dowolne stroje, o ile dyrektorowie ich szkół nie zadecydują inaczej.

dzisiejsza szkola

Harry Potter, Wednesday i anime – mundurki w popkulturze

Od tego czasu szkolne mundurki to coś, co oglądamy głównie na zachodnich filmach, których akcja dzieje się np. w prywatnych prestiżowych liceach dla młodzieży. Przedstawione na nich stroje nie mają jednak wiele wspólnego z siermiężnym charakterem noszonych w PRL-u fartuszków. Doskonale skrojone, często trzyczęściowe garnitury i krawaty dla chłopców oraz żakiety, plisowane spódniczki i długie podkolanówki dla dziewcząt stały się firmowym znakiem rozpoznawczym bogatej młodzieży, tudzież modnym gadżetem, który wszedł już na dobre do popkultury (wystarczy przywołać tu kultową Plotkarę czy znacznie nowszą, lecz równie popularną Wednesday). Warto zauważyć, że pewnego rodzaju mundurkiem są również szkolne szaty noszone przez bohaterów Harry’ego Pottera, zaś charakterystyczny strój japońskich uczennic, na który składają się: krótka kraciasta plisowana spódniczka, biała bluzka, krawat i podkolanówki, wystąpił w niezliczonych filmach anime i komiksach z nurtu mangi oraz był na najrozmaitsze sposoby interpretowany podczas konkursów i występów cosplayerów, czyli osób, których artystyczne hobby polega na przebieraniu się i wcielaniu w fikcyjne postacie znane np. z filmów, książek lub legend. Tak postrzegany mundurek dawno przestał być powodem do wstydu, zmieniając się w przedmiot pożądania, oznakę wysokiego statusu materialnego, a często również supermodny ubiór, który, twórczo przetworzony, pojawia się na wybiegach projektantów największych domów mody.

 

Zapomniał wół…

Trudno zaprzeczyć oczywistemu faktowi, iż szkolne korytarze są obecnie

o wiele weselsze, bardziej kolorowe i modniejsze niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Uczniowie i uczennice chętnie korzystają z prawa do swobodnego (niekiedy aż nadto) wyrażania siebie za pomocą ubioru. I nawet jeżeli karą za zbytnią ekstrawagancję bywa krzywe spojrzenie koleżanki czy cierpka uwaga nauczyciela, to właśnie wczesne, szkolne lata wydają się czasem stworzonym do budowania własnej tożsamości, również w jej estetycznym wymiarze, który w dużej mierze związany jest z tym, jak postrzegamy siebie samych i w jaki sposób chcielibyśmy być postrzegani przez innych. Jednym z narzędzi kształtowania naszego wizerunku jest zaś moda, a umiejętność dokonywania trafnych wyborów na tym polu niewątpliwie zaowocuje w przyszłym życiu prywatnym lub zawodowym.

 

Nie należy zapominać, że (podobnie jak większość umiejętności) jest ona rozwijana metodą podejmowanych prób i popełnianych błędów. Możliwość decydowania, w granicach rozsądku, o swoim wyglądzie stanowi doskonałą nomen omen szkołę kreatywności, wrażliwości na piękno oraz tego wszystkiego, co moglibyśmy nazwać szeroko rozumianą kulturą estetyczno

-wizualną. Kto wie, czy ów tytułowy kolczyk w nosie nie okaże się całkiem niewysoką ceną za bilet wstępu do fascynującego świata mody i wysokiego krawiectwa? Dlatego widząc, iż syn lub córka kolejny raz wybierają się do szkoły, wyglądając „jak clown”, może warto zmilczeć i przypomnieć sobie chłopca/dziewczynkę, którzy kilkanaście/kilkadziesiąt lat temu spędzali przed lustrem długie minuty, starając się nadać swojemu wyglądowi modny

i światowy sznyt?     (presto)

nowa forma szkolnego ubioru

/ ludzie i obyczaje

   maj/czerwiec'25 (25)

Franklin i Eleonora Roosevelt

Chów klatkowy… dzieci 

Jak poprawić odporność u dziecka

i ochronić je przed chorobami? Już sto lat temu młode matki zadawały sobie to pytanie, a naukowcy mieli na nie prostą odpowiedź – od niemowlęctwa należy dzieci „wietrzyć”. A jeśli nie ma się domu

z ogródkiem ani parku w pobliżu, wystarczy otwarte okno i wystawiona za nie... klatka.

MARIA PROCNER

Eleanor Roosevelt, 21-letnia żona przyszłego prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta, wkrótce po narodzinach pierwszego dziecka, córki Anny, zaopatrzyła się

w klatkę dla kurczaków / fot.: Franklin D. Roosevelt Library / domena publiczna

W 1913 roku gazeta „The Times Dispatch” z Richmond w stanie Wirginia informowała o nowym wynalazku, który miał zwolnić młode matki z męczącego obowiązku pilnowania swoich dzieci bawiących się na podwórku. Jak donosił reporter, niejaka pani Robertowa C. Lafferty wprawdzie „nie posiada własnych dzieci, ale obserwowanie trudności, z jakimi zmagają się inne kobiety, doprowadziło ją do stworzenia niemowlęcej »kołyski zdrowia«”.

Owa kołyska była w rzeczywistości… wiklinową klatką o wymiarach 60 × 60 × 75 centymetrów, którą dbająca o zdrowie i prawidłowy rozwój malucha, a zarazem bardzo zajęta pracami domowymi matka powinna zawiesić za oknem – i cieszyć się wolnym czasem.

Aby zabezpieczyć dziecko przed owadami, wewnątrz zamontowano moskitierę, a mocna pokrywa miała chronić niemowlę przed deszczem, śniegiem lub… uderzeniem przez spadające z wyższych pięter przedmioty. Dziennikarz zachwalał:

W zatłoczonych miastach, gdzie brakuje trawników i łąk, klatka dla dziecka będzie niezwykle przydatna. Aby sprostać miejskim regulacjom, została skonstruowana tak, by dało się ją postawić na okiennym parapecie. Nie ma najmniejszego zagrożenia, że klatka ze swoim cennym „mieszkańcem” wypadnie, ponieważ przymocowuje się ją bezpiecznie do ramy okiennej.

Jednak wynalazek pani Lafferty wcale nie był nowy. Już w wydanej w 1884 roku książce The Care and Feeding of Chidren doktor Luther Emmett Holt zalecał ustawianie dziecięcych kołysek lub specjalnych wiklinowych koszy dla niemowląt w pobliżu otwartych okien. Jak argumentował:

Świeże powietrze jest niezbędne do odnowienia oraz oczyszczenia krwi i jest równie istotne dla zdrowia i rozwoju dziecka, jak odpowiednie odżywianie. Dzięki temu poprawia się apetyt i trawienie, policzki stają się czerwone – można zauważyć wszelkie oznaki zdrowia.

klatka dla dziecka

Pierwszy komercyjny patent na klatkę dla dzieci zgłosiła w 1922 roku Emma Read / fot.: fot.Emma Read, by Watson E. Coleman Attorney/domena publiczna

Rada sama w sobie była całkiem rozsądna, ale znaleźli się rodzice, którzy poszli o krok dalej. Wśród nich była Eleanor Roosevelt, 21-letnia żona przyszłego prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta, która wkrótce po narodzinach pierwszego dziecka, córki Anny, zaopatrzyła się

w klatkę dla kurczaków i zawiesiła ją za oknem swojego nowojorskiego mieszkania. Po co?

By dziewczynka mogła zażywać świeżego powietrza podczas drzemek.

„Wietrzenie” małej Anny w klatce ukrócił zatroskany sąsiad, który zawiadomił opiekę społeczną o nietypowej metodzie wychowawczej stosowanej przez Eleanor. Przyszła pierwsza dama była zszokowana – sama uważała się po prostu za nowoczesną matkę.

Jak miało się okazać, była nie tylko nowoczesna, ale wręcz wyprzedziła swoje czasy! Już ćwierć wieku później każda szanująca się matka w Londynie, która nie miała szczęścia posiadania domu z ogródkiem, wystawiała potomstwo na świeże powietrze w klatce, a sąsiedzi przyglądali się temu z aprobatą!

Pierwszy komercyjny patent na klatkę dla dzieci zgłosiła w 1922 roku Emma Read ze Spokane

w stanie Waszyngton – otrzymał numer 1,448,235. Jej wynalazek zawieszało się na zewnętrznej ramie okna, a autorka zapewniała, że to rozwiązanie całkowicie bezpieczne.

Jednocześnie klatki zaczęły robić zawrotną karierę za oceanem. W dużych miastach Wielkiej Brytanii przydomowe ogródki były towarem deficytowym, stąd Anglicy zachłysnęli się ideą zapewnienia dzieciom świeżego powietrza w inny sposób.

W latach 30. „wietrzenie” za oknem stało się tak popularne, że stowarzyszenia sąsiedzkie, takie jak Chelsea Baby Club, rozdawały dziecięce klatki za darmo swoim członkom, którzy nie mieli własnego kawałka zieleni. Ba, w 1935 roku Królewski Instytut Architektów Brytyjskich uznał tzw. balcons pour bébés (balkony dla dzieci, jak poetycko nazwano klatki) za niezbędny element każdego mieszkania dla przedstawicieli klasy średniej!

Klatki zniknęły z londyńskich ulic podczas II wojny światowej, kiedy Luftwaffe raz za razem bombardowała miasto, jednak w latach 50. wróciły w wielkim stylu – choć nie na długo. Wraz z rosnącą popularnością aut osobowych i nasilającym się ruchem samochodowym, stopniowo zaczęto z nich rezygnować – powietrze nad zakorkowaną jezdnią trudno było nazwać świeżym. Ponadto pojawiły się głosy kwestionujące bezpieczeństwo takiego rozwiązania.

Dziś już nikt nie zaleca umieszczania niemowląt w klatkach wywieszonych za oknem kilka lub kilkanaście metrów nad ziemią, chociaż rada doktora Luthera Emmetta Holta pozostaje w cenie. Dlatego współczesnym rodzicom nie zostaje nic innego, tylko iść z dzieckiem na „staromodny” spacer. (ciekawostki historyczne)

Bibliografia:

  1. Phil Edwards, The bold and beautiful baby cage, Vox 

  2. Put Your Baby in a Bird-Cage, „The Times Dispatch”, 14 września 1913 

  3. Eleanor Roosevelt, The Autobiography of Eleanor Roosevelt, Da Capo Press 1992

  4. The bizarre history of the baby cage, 1934-1948, Rare Historical Photos 

   maj/czerwiec'25  (25)

/ Ziemia

Grzyby, które kontrolują mózg

MATEUSZ ŁYSIAK, JAKUB RYBSKI

maczuznik

Maczużnik / domena publiczna

Czy istnieją grzyby, które pasożytują na organizmach żywych i zmieniają je

w zombie? Tak i podobny rodzaj grzybów rośnie również w Polsce. To właśnie maczużnik pojawia się

w popularnym serialu „The Last of Us”.

maczuznik 2

Maczużnik / domena publiczna

14 kwietnia 2025 roku odbyła się światowa premiera drugiego sezonu serialu „The Last of Us”. Produkcja, która powstała na podstawie gry o tym samym tytule, przenosi nas do postapokaliptycznego świata.

20 lat wcześniej wybucha epidemia wywołana przez grzyby z rodziny maczużnikowatych (Cordycipitaceae). Pasożyty zarażają mózg człowieka, a następnie zmieniają ludzi w krwiożercze bestie przypominające zombie. Zabijają wszystkich, którzy staną im na drodze. Dwie dekady później ci, którzy ocaleli, próbują przetrwać.

Grzyby, które kontrolują mózg

Do zakażenia zazwyczaj dochodzi poprzez ugryzienie. Ponadto grzybnia przenika zaatakowane tkanki i na ciele wytwarzają się struktury grzybobodobne. Brzmi przerażająco, tym bardziej że Cordyceps, czyli maczużnik istnieje naprawdę. Problem w tym, że

w rzeczywistości nie jest w stanie zainfekować człowieka.

Dr hab. Marta Wrzosek, mykolożka z Uniwersytetu Warszawskiego wyjaśniła na antenie radia TOK FM, dlaczego taka sytuacja byłaby niemożliwa. – Cordycipitaceae to duża grupa grzybów, która wyewoluowała, przystosowując się do konkretnych gatunków owadów. Ophiocordyceps unilateralis, czyli ten najbardziej znany, atakuje tylko dwa gatunki mrówek z rodzaju Camponotus i „zamienia je

w zombie”. Są też inne linie filogenetyczne, które pasożytują na innych mrówkach – tłumaczy dr Wrzosek.

– Wszystkie są wyspecjalizowane do danego żywiciela. Wobec tego trudno sobie wyobrazić, by któryś z nich mógł zaatakować człowieka. Musiałby się cofnąć w ewolucji, żeby dojść do stanu, kiedy nie był specjalistą, lecz był bardziej omnipotentny, po czym skierowałby się na drogę ku zwierzętom kręgowym – wyjaśnia polska uczona.

Co ciekawe, grzyby z rodziny maczużnikowatych spotkamy również w Polsce. Chodzi o gatunek Cordyceps militaris, czyli maczużnik bojowy. Ten rzadki pasożyt spotykany jest w całej Europie. Pasożytuje głównie na gąsienicach i poczwarkach owadów, takich jak ćmy. Badania wykazały, że ekstrakt z grzyba hamował różnicowanie adipocytów (głównego rodzaju komórek, z których zbudowana jest tkanka tłuszczowa) poprzez aktywację receptorów AhR. Oznacza to, że mógłby się sprawdzić jako środek leczniczy w walce
z otyłością.

Na świecie istnieje ponad 20 gatunków grzybów pasożytniczych

Dotychczas naukowcy zidentyfikowali na całym świecie ponad 20 gatunków pasożytniczych grzybów z rodzaju OphiocordycepsIch działanie sprawia, że insekty tracą kontrolę nad ciałem i zachowują się jak zombie. Oczywiście cały proces jest o wiele bardziej skomplikowany.

To kolejne odkrycie przybliżające do poznania prawdy o insektach uchodzących za najbardziej pracowite w królestwie zwierząt. Nie wszystkie mrówki to robotnice i nie wszystkie gatunki są do siebie podobne. Czy to w wyglądzie, czy w zachowaniu. Przykładowo roślinożerne mrówki mają „zęby” jak noże. To zasługa atomów cynku.

Jak grzyby zmieniają mrówki w zombie?

Badacze zakładali, że konkretnym gatunkom mrówek odpowiadają unikatowe szczepy grzybów. Mechanizm interakcji pasożytniczych jako podstawę manipulacji behawioralnej miały wyjaśnić badania z 2020 roku. Najnowsze odkrycia wskazują jednak, że grzyb atakujący mrówki również jest zakażony innymi grzybami. Uwagę biologów zwrócił puszysty biały nalot pojawiający się na zakażonych mrówkach.

Naukowcy od dziesięcioleci byli świadomi istnienia tajemniczego grzyba. Dopiero zespół prowadzony przez dr. João Araújo, specjalistę od mikologii w nowojorskim ogrodzie botanicznym, jako pierwszy systematycznie zbadał jego działanie. Grupą badawczą był szczep mrówek zombie z Florydy. Naukowcy opisali fizyczną strukturę grzybów rosnących na insektach i zsekwencjonowali ich DNA. W ten sposób odkryli dwa nowe rodzaje grzybów. Badania zostały opisane na łamach czasopisma naukowego „Persoonia”.

Oba nowo odkryte grzyby – Niveomyces coronatus i Torubiellomyces zombiae – należą do osobnych rodzajów. Pierwszy z nich odpowiada za puszysty biały nalot na mrówkach zombie. Słowo „niveo” oznacza po łacinie „śnieżny”. Drugi grzyb jest tak mały, że dr João Araújo porównał go do pchły.

Pasożyty toczą walki w mrówkach

Autorzy badań podkreślają, że grzyby atakujące grzyby zamieniające mrówki w zombie nie szkodzą insektom. W rzeczywistości zjadają tkanki pasożyta i wydają się go osłabiać. Po utracie zdolności do uwalniania zarodników grzyb jest w całości pochłaniany.

Na razie nie wiadomo, jak Niveomyces i Torrubiellomyces wpływają całościowo na populację tzw. mrówek zombie. To dlatego, że naukowcy dysponują zbyt małą wiedzą na ich temat. Pierwsze badania nie wystarczają do przełożenia wniosków na skalę makro. Autorzy badań nie wykluczają, że grzyb zakażony przed dwa inne może mieć w sobie jeszcze dodatkowe pasożyty.

Gdyby podsumować nawyki wszystkich organizmów żywych na Ziemi, mogłoby się okazać, że pasożytnictwo to najbardziej rozpowszechniony styl życia na świecie. Dr Charissa de Bekker, adiunkt na Uniwersytecie w Utrechcie, podkreśla, że grzyby pasożytnicze są słabo zbadane przez naukowców.

Anomalie i dziwactwa w świecie owadów

– Pogłębiając naszą wiedzę na temat grzyba I mrówek zombie, nowe badania mogą mieć zastosowania wykraczające poza badanie grzybów […] Możemy uzyskać wgląd w nasz bardziej ogólny cel, jakim jest próba zrozumienia, w jaki sposób działa mózg – podsumowuje dr Carolyn Elya cytowana przez CNN.

Nie tylko mrówki są narażone na tzw. grzyby zombie. Entomophthora muscae zaraża muchy śmiercionośnymi zarodnikami. Na tym jednak nie kończy się jego walka o przetrwanie. Grzyb wabi samce i skłania je do nekrofilii z zakażonymi zwłokami samic.

Podobnych dziwactw w świecie owadów jest więcej. Przykładowo, robotnice niektórych mrówek zmniejszają mózgi, aby zwiększyć swoje szanse na zostanie królowymi.     (Persoonia/National Geograpdhic)

  maj/czerwiec'25 (25)

/ Ziemia

Wyspy Diomedesa. Na granicy dwóch światów i dwóch dni tygodnia

ŁUKASZ ZAŁUSKI 

wyspa Diomedesa

foto.: Mała Diomeda / domena publiczna

Wyspy Diomedesa to jedno

z niewielu miejsc na Ziemi, gdzie w jednej chwili można spojrzeć na przeszłość

i przyszłość. Oddalone od siebie o zaledwie 3,8 kilometra dwie niewielkie wyspy dzieli przynależność państwowa, mieszkańcy i międzynarodowa linia zmiany daty.

Wyspy Diomedesa leżą na Morzu Beringa, dokładnie między Alaską a Półwyspem Czukockim. Większa w wysp – Duża Diomeda (Wyspa Ratmanowa), należy do Rosji, a mniejsza – Mała Diomeda (Little Diomede Island) stanowi terytorium Stanów Zjednoczonych. Obie Wyspy Diomedesa są oddzielone cieśniną, a jednocześnie międzynarodową linią zmiany daty. Ta granica czasowa sprawia, że gdy na Małej Diomedzie jest poniedziałek, na Dużej jest już wtorek. To z tego powodu wyspy są nieformalnie nazywane odpowiednio: „Wyspą Jutra” i „Wyspą Wczoraj”.

Krótka historia Wysp Diomedesa

Wyspy Diomedesa zawdzięczają swoją nazwę Vitusowi Beringowi, duńskiemu żeglarzowi w służbie rosyjskiej. Ten badacz dalekich północnych mórz dotarł tu w 1728 roku, dokładnie 16 sierpnia – w dzień świętego Diomedesa, męczennika chrześcijańskiego.

W 1867 roku wyspy stały się częścią granicy między Rosją a USA, kiedy to Stany Zjednoczone zakupiły Alaskę. Granica nie miała większego znaczenia aż do czasów zimnej wojny. Wtedy Wyspy Diomedesa zyskały miano „Lodowego Muru” – symbolicznej bariery między Związkiem Radzieckim a USA. Wojskowi obserwatorzy z obu krajów regularnie patrolowali ten obszar, a życie mieszkańców Małej Diomedy zostało znacznie ograniczone przez wprowadzone wówczas regulacje, które dotyczyły ruchu granicznego.

Dziś pomimo niewielkiej odległości (cieśnina między wyspami wynosi zaledwie 3,8 km) wyspy wciąż dzieli przepaść kulturowa, polityczna i technologiczna. Na Dużej Diomedzie nie mieszka nikt poza personelem rosyjskiej bazy wojskowej. Mała Diomeda jest

z kolei zamieszkiwana przez Inuitów z grupy Iñupiat, którzy prowadzą tam życie zbliżone do tradycyjnego. W wiosce Iŋaliq (znanej także po prostu jako Diomede) mieszka około 80 osób, którzy radzą sobie w ekstremalnych warunkach przy minimalnym dostępie do zdobyczy cywilizacji.

Co warto wiedzieć o Wyspach Diomedesa

Z powodu znacznej odległości od dużych ośrodków miejskich, a także ekstremalnie trudnych warunków klimatycznych, Wyspy Diomedesa budzą duże zainteresowanie. Oto kilka ciekawostek, które warto znać na temat tego miejsca.

  • Zimą, kiedy cieśnina między wyspami zamarza, teoretycznie możliwe jest przejście z jednej wyspy na drugą. W praktyce taka wyprawa jest nielegalna. Podczas wojny koreańskiej i zimnej wojny zdarzały się jednak przypadki ucieczek na amerykańską stronę.

  • Wyspy Diomedesa wyznaczają jedyną lądową granicę między Rosją a Stanami Zjednoczonymi. Granica jest nietypowa, bo została wyznaczona na lodzie.

  • Podczas ostatniej epoki lodowcowej Wyspy Diomedesa stanowiły część pomostu lądowego między Azją a Ameryką Północną. To przez te tereny pierwsi ludzie dotarli na kontynent amerykański.

  • Na Małej Diomedzie życie toczy się z dala od nowoczesnych technologii. Internet jest dostępny tylko w szkole, a zasięg telefoniczny nie istnieje. Większość komunikacji odbywa się drogą radiową lub satelitarną.

  • Obszar wokół Wysp Diomedesa jest kluczowym szlakiem migracyjnym wielorybów z gatunku pływacz szary (Eschrichtius robustus). Zimą można tu zobaczyć ogromne stada morsów, a latem foki i różne gatunki ptaków.

  • Zimą temperatury spadają poniżej minus 30°C, a latem rzadko przekraczają 10°C. Wyspy są także narażone na silne wiatry i mgły, co czyni je jednym z najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi.

 

Jak wygląda życie codzienne na Małej Diomedzie

Mieszkańcy Małej Diomedy skupiają się w wiosce Iŋaliq (Diomede). Życie codzienne w tym miejscu wymaga niezwykłej wytrwałości

i odporności na ekstremalnie trudne warunki. Energia elektryczna jest tu tworzona za pomocą generatorów, a woda pitna pochodzi

z deszczówki i stopniałego lodu.

Wszystkie dni dla mieszkańców wyspy wyglądają podobnie. Ludzie skupiają się przede wszystkim na polowaniach na foki, wieloryby

i morsy, które stanowią główne źródło pożywienia. Dzieci uczęszczają do jedynej szkoły na wyspie, a wyłącznym połączeniem ze światem zewnętrznym są sporadyczne wizyty helikoptera z miasta Nome w zachodniej Alasce. W lecie towary dostarczają statki, ale zapasy są ograniczone i drogie.

Klimatyczne wyzwania dla Małej Diomedy

Temperatury w Arktyce rosną w bardzo szybkim tempie. Na Małej Diomedzie zmiany klimatyczne nie tylko zagrażają środowisku naturalnemu, ale też fundamentalnie zmieniają sposób życia mieszkańców wyspy. Brak stałego dostępu do lodu oznacza krótsze sezony polowań na foki i morsy, które są kluczowym źródłem pożywienia i materiałów dla Inuitów.

Ponadto zanikający lód utrudnia tradycyjne metody nawigacji i transportu, które od wieków były dostosowywane przez mieszkańców tych ziem do arktycznych warunków. – Bez lodu jesteśmy mniej pewni, gdzie tak naprawdę możemy się poruszać, a to zmienia wszystko – mówi mieszkanka wyspy Orville Ahkinga w rozmowie z Tikiem Rootem, dziennikarzem National Geographic. W dodatku cofające się wybrzeże i częstsze burze zagrażają domom oraz infrastrukturze w wiosce.

Każda rodzina na Małej Diomede musi dostosowywać się do tych nagłych zmian, szukając nowych sposobów na przetrwanie

w miejscu, które zawsze było surowe, ale teraz staje się jeszcze bardziej nieprzewidywalne.

Czy można odwiedzić Wyspy Diomedesa?

Wyspy Diomedesa nie są typowym celem turystycznym, a dotarcie tam wymaga sporo zachodu i determinacji. Duża Diomeda jest całkowicie zamknięta z powodu obecności rosyjskiego wojska. Mała Diomeda jest co prawda otwarta dla posiadaczy wizy turystycznej do USA, ale podróż tam to nie lada wyzwanie logistyczne i finansowe.

Jak dotrzeć na Wyspy Diomedesa? Najpierw trzeba się dostać na Alaskę. Lot z Warszawy do Anchorage odbywa się z przesiadką

w jednym z dużych amerykańskich miast. Aby ograniczyć liczbę przesiadek, warto szukać połączenia LOT-em do Nowego Jorku, Los Angeles lub Chicago, a stamtąd lokalnymi liniami amerykańskimi (Alaska Airlines, Delta, United, American lub Sun Country) na Alaskę.

Z Anchorage (największe miasto na Alasce) do miasta Nome można się dostać liniami Alaska Airlines. Stąd helikopterem zimą lub łodzią latem – oba środki transportu są drogie i zależne od warunków pogodowych – jest możliwa podróż na Małą Diomedę. Przed podróżą konieczne jest uzyskanie specjalnego zezwolenia od władz amerykańskich oraz skoordynowanie wizyty (transportu na wyspę) z jedną z prywatnych firm w Nome.

Podróż do tak odległego miejsca warto planować latem. Koszt wyprawy wyniesie przynajmniej kilka tysięcy dolarów. Należy pamiętać, aby zabrać ze sobą ciepłą odzież, prowiant na kilka dni i sprzęt survivalowy.     (National Geographic)

/ kino

  maj/czerwiec'25 (25)

kadr z filmu Pociagi - mat. prasowe (1)

Opisać historię ludzkości nie mówiąc
ani słowa... 

Kadr z filmu  Macieja Drygasa "Pociągi" / foto.: materiały prasowe MDAG

Jak co roku wielu z nas siada nad programem festiwalu Millennium Docs Against Gravity, zastanawiając się, jak opanować sztukę bilokacji i obejrzeć jak najwięcej fantastycznych dokumentów w zaledwie kilka dni. Dlaczego warto w tym zalewie propozycji dostrzec niepozorne „Pociągi” Macieja Drygasa?

EDYTA ZBĄSKA 

„Pociągi” to zupełnie nowatorski pomysł na reportaż. To film w całości zbudowany z czarno-białych materiałów archiwalnych dokumentujących rozwój kolei. Pociągi służą tutaj za metaforę rozwoju technologii - ze wszystkimi jej dobrodziejstwami

i przekleństwami. Zamiast wywiadów, komentarzy i głosów z offu znajdziemy jednak jedynie surowy materiał i hipnotyczny ambient – ale mówią one głośno, dobitnie i wielowarstwowo. Dzięki fenomenalnemu montażowi film jest wciągający i ciekawy, a przecież to 80 minut prosto z archwium. Dobór ujęć (w tym mistrzowski research) udowadnia, że forma może być treścią, a kontekst – najpotężniejszym komentarzem.

„Pociągi” - historia kolei metaforą rozwoju ludzkości

Film prowadzi nas przez burzliwy XX wiek – epokę, w której społeczeństwa, niegdyś żyjące wzdłuż rzek, zaczynają osiedlać się wzdłuż torów. Technologia zmienia życia w sposób nieodwracalny. Pociągi stają się symbolem postępu, znakiem nowoczesności, ale ten rozwój ma także swoją cenę. Z jednej strony kolej usprawnia komunikację, umożliwia podróże i daje moc możliwości, a z drugiej – sprawnie zwozi tysiące żołnierzy na front oraz transportuje ofiary Holocaustu do obozów na niespotykaną wcześniej skalę.

 

Te same wagony, które kiedyś dowoziły towary i marzenia, stają się częścią machiny śmierci. I właśnie ta sprzeczność – ta sama maszyna, inne przeznaczenie – wybrzmiewa w filmie Drygasa najgłośniej.

kadr z filmu Pociagi - mat. prasowe (2)

Kadr z filmu  Macieja Drygasa "Pociągi" / foto.: materiały prasowe MDAG

kadr z filmu Pociagi - mat. prasowe (3)

Kadr z filmu  Macieja Drygasa "Pociągi" / foto.: materiały prasowe MDAG

„Pociągi” - emocje między kadrami

Siła tego dokumentu objawia się w tym, że reżyser pozwala, by to, co archiwalne, mówiło samo za siebie. Rezygnacja z komentarza,

z kadrowania naszego odbioru – sprawia, że realizm uderza najmocniej. Surowe, prawdziwe obrazy, wzmocnione klimatyczną muzyką patrzą na nas, pokazując rzeczywistość - a to od nas zależy jej interpretacja. Czy rozwój technologii wart jest jej ofiar?

To zadziwiające jak mimo braku narracji ten film wciąga. Nawet ambientowa muzyka, która chociaż obecnie przeżywa renesans to potrafi być bardzo drażniąca, tutaj idealnie współgra z obrazem. Tworzy niepokojący, pulsujący rytm, dudni, stukając nam po emocjach.

Jest w tym filmie też pozornie nie mająca związku z resztą ujęć scena z gołębiami – piękna i niepokojąca – której znaczenie pozostaje nieoczywiste. Rodzi refleksję - jak rozwój technologii zmienił naszą relację ze zwierzętami? Jak wpłynął na klimat?

„Pociągi” Macieja Drygasa - dokąd zmierza technologia?

„Pociągi” to tylko pozornie film o maszynach, ale – chociaż zabrzmi to trochę banalnie – jest o ludziach. O tym, co z tymi maszynami robimy. W dobie rewolucji technologicznej, w której AI właściwie każdego dnia zmienia naszą codzienność, Drygas zadaje pytanie

o etykę i intencje. Jego film nie moralizuje, ale nie daje też żadnej odpowiedzi. Po prostu pokazuje. Zauważa. Trudno nie przypomnieć sobie wiersza Szymborskiej, która w utworze „Dłoń” doszła do podobnych wniosków:

 

Dwadzieścia siedem kości,
trzydzieści pięć mięśni,
około dwóch tysięcy komórek nerwowych
w każdej opuszce naszych pięciu palców.
To zupełnie wystarczy,
żeby napisać „Mein Kampf”
albo „Chatkę Puchatka”.

Wystarczy więc maszyna, by ratować albo niszczyć. Potrzebny jest jednak człowiek, by zdecydować.     (Zwierciadło)

ZAZNACZ W KALENDARZU:

„Pociągi” Macieja Drygasa można zobaczyć w ramach 22. edycji festiwalu Millennium Docs Against Gravity, która odbędzie się w dniach 9–18 maja 2025 roku w kinach w siedmiu miastach (Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Poznaniu, Katowicach, Łodzi i Bydgoszczy) oraz od 20 maja do 2 czerwca online na stronie mdag.pl. Pokazy online są odpłatne, ale warto zainwestować, tym bardziej że dla Polaków  mieszkających poza granicami kraju  jest to jedyna możliwość obejrzenia filmów festiwalowych

z Polski.    

Poza filmem Macieja Drygasa w tegorocznej edycji MDAG jest wiele filmów dokumentalnych, które nie tylko zaskakują i poruszają, ale… mogą też zmienić sposób patrzenia na świat. To historie bezkompromisowe, mocne, pozostające w pamięci na długo…

Co zatem w tym roku?

„Maria Callas i Monica Bellucci: Spotkanie”, reż. Yannis Dimolistas, Tom Volf

Studium życia i dziedzictwa ikonicznej divy Marii Callas, w którą wciela się Monica Bellucci. Poprzez intymne wspomnienia, listy

i rzadkie nagrania wyruszamy w podróż po świecie Callas – od jej skromnych początków w Nowym Jorku aż po triumfy na światowych scenach. Film ukazuje dwa okresy: czas, gdy Callas osiągała szczyty sławy, oraz współczesność, w której jej głos nadal rozbrzmiewa. W centrum opowieści znajduje się dialog dwóch kobiet – Callas i Bellucci – które mimo różnego pochodzenia łączy głębokie oddanie sztuce.

„Listy z Wilczej”, reż. Arjun Talwa

Arjun wyemigrował z Indii do Polski dekadę temu, ale wciąż ma trudności z dopasowaniem się. Ulica Wilcza, przy której mieszka, nie ułatwia mu zadania. Próbując przyspieszyć swoją integrację, zaczyna filmować swoich sąsiadów – w ten sposób sonduje swoje relacje z nimi i szuka sposobów na przezwyciężenie własnego poczucia wyobcowania. Z pomocą przyjaciela, innego imigranta, Arjun odkrywa ukryte sekrety ulicy. Odnajduje innych ludzi takich jak on, którzy żyją pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, pomiędzy wyobrażoną ojczyzną a tą prawdziwą. Ulica łączy ich wszystkich, dając ukojenie w melancholii codziennego życia. Wzdłuż tego kilometrowego odcinka wyłania się obraz współczesnej Europy, odsłaniając kalejdoskop sprzeczności i niepokojów, gdy zagraniczny filmowiec podnosi lustro kraju, który często postrzegany jest jako homogeniczny i nieprzyjazny.

„Król Maciuś Pierwszy”, reż. Jaśmina Wójcik

Film jest podróżą dwóch sióstr, córek reżyserki. Poznajemy Zoyę i Leę podczas internetowej lekcji o pandemii. Obserwujemy ich świat zabawy i zmartwień. Dzieciństwo, które rozkwita wraz z ucieczką z miasta na łono natury. Jednak ze świata dorosłych nadchodzi nieuniknione: wojna. Siostry rozdzielają się, film staje się opowieścią o dojrzewaniu. Czy uda im się na nowo odnaleźć drogę do siebie i własnych relacji?

„Zaufaj mi”, reż. Joanna Ratajczak

Sebastian i Alicja mają idealne życie w Berlinie, z dobrze prosperującym biznesem i bliską rodziną. Jednak tęsknota Sebastiana za wolnością rozpoczyna poliamoryczną podróż, która wystawia ich związek na próbę. Dla Alicji nawigacja między miłością, niezależnością i normami społecznymi staje się wyzwaniem. Musi skonfrontować się z własnymi pragnieniami i uwolnić się od konwencji, aby zrozumieć, czego potrzebuje dla siebie samej.

„Projektując marzenia”, reż. Kosai Sekine

Przyszłość w świecie mody już nadeszła. Zwiastuje ją znany japoński projektant Yuima Nakazato, który stał się kluczową postacią ruchu etycznej produkcji w modzie. Jako jedyny obecnie aktywny projektant haute couture w Japonii stara się łączyć swoje wyjątkowe wizje artystyczne ze zrównoważoną ekologicznie technologią. Wykorzystuje innowacyjne rozwiązania naukowe i łączy je

z tradycyjnymi technikami materiałowymi. Postuluje zmianę myślenia o modzie – odejście od masowej produkcji odzieży na rzecz tworzenia rzeczy wyjątkowych. Promuje myślenie o modzie odpowiedzialnej społecznie, która nie niszczy środowiska i ludzi, jak ma

to miejsce w Kenii, gdzie skala odpadów tekstylnych wymaga wprowadzenia działań ochronnych i zmian społecznych. Ponadto, projektując zwiewne stroje, Nakazato realizuje wizjonerską praktykę, a dzięki badaniom problemów środowiskowych

i produkcyjnych, jakie wiążą się z modą, chce radykalnie zmienić oblicze branży. Tym samym kładzie nacisk na przyszłość, w której kreatywności oraz troska o środowisko i ludzi połączą się ze sobą.

Nagłe przebłyski głębi istnienia”, reż. Mark Cousins

Film z narracją Tildy Swinton zgłębia tajemnicę kreatywności, zabierając nas w podróż po świecie sztuki. Mark Cousin, znany ze swoich monumentalnych filmów o historii kina, przygląda się życiu i twórczości szkockiej artystki Wilhelminy Barns-Graham. Unikalne podejście malarki do kolorów odkrywa przed nami nowe sposoby postrzegania malarstwa abstrakcyjnego. Mizoginistyczny klimat epoki, w której żyła, spowodował jednak, że nie została zapamiętana jako geniuszka, którą była. Film nie tylko dokumentuje jej wizjonerską sztukę, ale też inspiruje do odkrywania jej niezwykłej spuścizny.

„Opowieści z dalekiej północy”, reż. Heidi Ewing, Rachel Grady

Wyczerpana samotnością, lękiem i miażdżącą presją odczuwaną przez pokolenie Z trójka nastolatków podejmuje odważną decyzję

o opuszczeniu domowego zacisza i zapisaniu się do tradycyjnego liceum ludowego w dziczy północnej Norwegii. Zrzuceni na rok

w arktycznej dziczy Hege, Romain i Bjørn Tore muszą polegać na sobie i sforze lojalnych psów zaprzęgowych, gdy podejmują zniechęcający krok od dzieciństwa do dorosłości. Uwolnione od technologii, social mediów i zgiełku współczesnego życia odważne trio po raz pierwszy uczy się stawić czoła samym sobie i doświadcza nieoczekiwanej, cudownej transformacji.

„One to One: John i Yoko”, reż. Kevin Macdonald

Osadzony w Nowym Jorku w 1972 roku dokument przedstawia muzyczny, osobisty, artystyczny, społeczny i polityczny świat Johna

i Yoko na tle burzliwego okresu w historii USA. W centrum filmu znajduje się charytatywny koncert One to One na rzecz dzieci ze specjalnymi potrzebami – jedyny pełnometrażowy koncert Johna Lennona pomiędzy ostatnim występem The Beatles w 1966 roku

a jego śmiercią. Film zawiera bogactwo dotąd niepublikowanych materiałów archiwalnych, w tym osobiste rozmowy telefoniczne, domowe nagrania kręcone przez Johna i Yoko, a także zremasterowane nagrania z koncertu One to One z nowym miksem dźwięku nadzorowanym przez Seana Ono Lennona.

"Zieloni to nowi czerwoni", reż. Anne Recalde Miranda

Francja, Włochy, Paragwaj, Szwecja / 2024 / 105 min.

"Apokalipsa w tropikach", reż. Petra Costa

Brazylia / 2024 / 110 min

"2073", reż. Asif Kapadia

Wielka Brytania / 2024 / 83 min

Dokładne informacje odnośnie projekcji internetowej tutaj: https://mdag.pl/22/en/warszawa/homepage (Marta Waszkiewicz)

/ literatura

  maj/czerwiec'25 (25)

szancer_krolowa_sniegu

Ilustracja
– mała furtka do wielkiej sztuki

DOROTA PIETRZYK

Z rzeczy, które wymyślił człowiek, książka jest jednym z jego największych dzieł. […] Zmienia się jej uroda, jej forma, ale jej funkcja, jej istota jest wieczna. Może być ilustrowana, być polem dla arcydzieła (…). Jest z natury stworzona dla piękna. Brzydota czyni jej cierpienie dotkliwym jak ból (…), ale za to co za radość, kiedy promienieje.

Józef Wilkoń

Korzenie polskiej szkoły ilustracji (tak zwyczajowo przyjęło się określać zjawisko istniejące w latach 50., 60. i 70. XX wieku w dziedzinie polskiej ilustracji książkowej) sięgają lat przedwojennych, a nawet dziewiętnastego stulecia.

Co prawda już w średniowieczu, czyli od początków samej książki, pojawiło się iluminatorstwo, które płynnie przeszło w staropolską grafikę i drzeworyt, następnie w barokową ilustrację, akwafortę (technika graficzna druku wklęsłego) i cynkografię (technika graficzna druku wypukłego), aż po kolejne odmiany drzeworytu i litografii. W XIX wieku, gdy Polska zniknęła z map, zaczęła się kształtować literatura dziecięca. Wydawanie książek dla dzieci bez obrazków nie było i nie jest możliwe. Oswajanie się dziecka

z książką, nawet takiego już czytającego, zawsze zaczyna się od ilustracji.

 

Podczas gdy w sztuce Europy przełomu wieków realizm ścigał się z ornamentyką secesyjną, polscy ilustratorzy stosowali nadmierny dydaktyzm, gdyż taka była wówczas literatura polska. Na szczęście ilustratorami książek nie byli tylko przypadkowi artyści. Stanisław Wyspiański, Edward Okuń czy Stanisław Witkiewicz, pozostający pod wpływem angielskiego ruchu Arts and Crafts, rosyjskich modernistów i szkoły ukraińskiej grafiki, traktowali książkę jak dzieło sztuki. Zmieniła się funkcja ilustracji. Nie tylko przedstawiała to, o czym opowiadała książka, lecz sprytnie wyślizgiwała się z ram, wykorzystując nowe techniki, takie jak fotografia czy kolaż, podpatrując nowoczesne style w sztuce. Skończył się czas ilustracji zachowawczej, nawiązującej do rysunków epoki wiktoriańskiej

w Anglii. I chociaż ilustracje Arthura Rackhama czy Beatrix Potter zachwycały i małych, i dużych, to dało się zaobserwować nowe trendy w polskiej ilustracji. Królował dowcip, uproszczona kompozycja, skrót myślowy. Dzieci nie tylko się tego nie bały, ale doskonale się odnajdowały, będąc otoczone skrawkami najnowszej sztuki. Głównie zachodniej, gdyż ukryci za żelazną kurtyną polscy twórcy bardzo starali się na wszelkie sposoby nawiązywać do stylów obowiązujących w sztuce światowej. Jednymi z pierwszych byli Franciszka i Stefan Themersonowie. Ich książki dla dzieci zachęcały do twórczej zabawy oraz eksperymentu. Ilustracja nareszcie przestała być ubogą krewną malarstwa. Do wydawnictw zaczęli zgłaszać się wybitni malarze i graficy. Nie ilustrowano wszakże tylko książek dla dzieci. Książki dla dorosłych to wyjątkowo ciekawa, a zanikająca powoli dziedzina ilustracji. Pamiętam książki moich rodziców – erotyczne rysuneczki Mai Berezowskiej, stojące wysoko na półce, które można było obejrzeć tylko wtedy, gdy rodziców nie było w domu. A dalej prace Szymona Kobylińskiego czy Antoniego Uniechowskiego, dopełniające wiedzę w książkach historycznych, czy rysunkową historyjkę profesora Filutka Zbigniewa Lengrena. Dzieci miały swojego Gapiszona Bohdana Butenki, ale bardziej działały na mnie ukazujące się w „Przekroju” konstruktywistyczno-fantastyczne rysunki Daniela Mroza czy nawiązujące do sztuki baroku niezwykłe wizje Franciszka Starowieyskiego.

szancer_krolowa_sniegu

Jan Marcin Szancer; Krolowa Śniegu 

Prawdziwy zachwyt nas, dzieci, i naszych rodziców wzbudziły ilustracje Jana Marcina Szancera do Pinokia, którego z siostrą znalazłyśmy pod choinką. Wróżka o Błękitnych Włosach śniła mi się po nocach! Tak, to było to. Rysunki artysty tak zawładnęły naszą wyobraźnią, iż rodzice na wyścigi kupowali wszystko, co ukazało się

z ilustracjami Szancera. I chociaż dzisiaj rysunki Vladyslava Yerko do Królowej Śniegu są równie piękne, to pamiętajmy, że książki w latach sześćdziesiątych, pojawiając się w wielotysięcznych nakładach, znikały z półek natychmiast, a bardzo często nawet na nie nie trafiały, będąc sprzedawane spod lady. Posiadanie książki z ilustracjami Szancera to było coś! W wyniszczonym wojną kraju chęć powrotu do kultury była ogromna, a nasi rodzice robili wszystko, byśmy mogli mieć to, czego im – dzieciom wojny – tak bardzo brakowało. Ilustracja miała się więc doskonale. Do Szancera dołączyli: Zbigniew Rychlicki, Janusz Grabiański, Janusz Stanny, Andrzej Strumiłło, Józef Wilkoń, Bożena Truchanowska, Olga Siemaszko i wielu innych. Wszyscy oni obok wspaniałych rysunków dla dzieci ilustrowali też książki dla dorosłych. Poza tym byli czynnymi artystami o wspaniałym dorobku malarskim, rzeźbiarskim oraz graficznym.

A dzisiaj, cóż… Chociaż rynek wydawniczy jest bardzo niestabilny, a prawie żadne wydawnictwo nie zatrudnia ilustratora na etat, to ilustratorzy książek rozkwitają wokół nas jak najwspanialsze kwiaty. Niestety, poza pracą ilustratora muszą mieć dodatkowe zajęcia, by się utrzymać finansowo, lecz na szczęście nie umniejsza to ich talentu ani osobowości twórczej. Myślę tutaj o Józefie Wilkoniu, który lubi tworzyć na papierze pakowym lub płótnie: „Papier nigdy nie oddaje tak wspaniałych efektów, delikatnych niuansów. Wydaje się, jakbym malował na jedwabiu”. Prawdziwy malarz – taszysta, z plam tworzący postaci, zwierzęta, budowle. Cudowny jest jego Don Kichot, rewelacyjna Księga Dżungli. Miesza techniki, stwarzając na płaszczyźnie ruch, wibrację, podmuch wiatru. To sztuka przez bardzo duże S, chociaż na małej powierzchni. Artysta rozszerza ją, stawiając obok ilustracji drewniane rzeźby. Mamy sejmiki ptasie, Arkę Noego, ryby, pająki, które, stojąc na zakopiańskiej wystawie obok rysunków jakby poruszających się w świetle, doskonale się dopełniają.

rysunek - Jozef Wilkon

rysunek - Jan Wilkon

rysunek - Andrzej_Strumillo

rysunek - Andrzej Strumiłło

Natomiast ilustratorski debiut Andrzeja Strumiłły stanowiła książka dla młodzieży zatytułowana Przygody Li Ta Hai. Zamówienie nie było przypadkowe – wydawnictwo zwróciło się do artysty, który znał już wówczas Azję z autopsji. W związku z wystawą indywidualną zorganizowaną w Pekinie w 1954 roku Strumiłło odbył bowiem podróż po Chinach uwiecznioną na blisko 200 rysunkach. Widziałam te rysunki jako nastolatka na wystawie w Krakowie i długo były moja inspiracją. Tak jak i kartki ze szkicownika artysty, które pomogły mi

w prowadzeniu własnego szkicownika. Bez wątpienia największą miłością obdarzył artysta malarstwo, jednakże i jego osiągnięcia na polu grafiki są niebagatelne. Ukazało się blisko sto pięćdziesiąt książek z jego ilustracjami lub z zaprojektowaną przez niego szatą graficzną. W latach 1982–1984 prowadził pracownię graficzną przy sekretariacie ONZ w Nowym Jorku. Po powrocie do Polski osiedlił się w Maćkowej Rudzie nad Czarną Hańczą. Po jego śmierci powstało tam muzeum. Spotkałam go tylko raz, gdy na festiwalu Tansmana

w Łodzi wystawił swoje Psalmy. To cykl 18 obrazów olejnych formatu 180x120 cm. Powstały w roku 1988 na potrzeby dźwigniętej z ruin synagogi sejneńskiej. Andrzej Strumiłło namalował wówczas 18 obrazów na każde okno synagogi. Poświęcił te prace pamięci Żydów. Artysta, wybierając psalmy, kierował się nie tylko ich dramaturgią równoległą do losu Żydów, ale też obrazowością bliską swojej 

wyobraźni. Człowiek pozostaje w nich nieokreślony, ani typem rasowym, ani epoką. Stoi nagi i ślepy pomiędzy słońcem i księżycem, jak i one z magmy ognistej powstały. To także ilustracja, chociaż ogromna i w pewnym sensie – użytkowa.

Janusz Stanny zwany jest „tytanem polskiej ilustracji” i twórcą „książek do patrzenia”. Stworzył charakterystyczny, rozpoznawalny na pierwszy rzut oka styl. Z wirtuozerią ilustrował bajki i baśnie, jak i literaturę przeznaczoną dla dorosłych. Artysta, którego ilustracje są pełne piękna, wrażliwości, zrozumienia dziecięcego świata. Dla nas, dorastających wśród tych cudownych, pełnych barw rysunków, to chwila wspomnień, zadumy i melancholii. Stanny wychował wielu grafików i artystów książki. Był promotorem około 250 prac dyplomowych. Wypowiadał się nie tylko poprzez ilustrację, lecz również jako grafik, plakacista i karykaturzysta. Pracował też przy filmach animowanych.

janusz_stanny

rysunek

Janusz

Stanny

Jedną ze spadkobierczyń doświadczenia oraz piękna ilustracji Stannego jest jego dawna studentka, Elżbieta Dudek. Obok setek rysunków wykonanych przez Elę dla Wydawnictw Szkolnych możemy obserwować jej rozwój artystyczny poprzez kreseczkowy, niezwykle misterny styl rysowania – zawsze na doskonałym papierze graficznym w kolorze écru – gdy z benedyktyńską cierpliwością piórkiem i tuszem wyczarowuje swój świat. Czasem są to przepiękne portrety warzyw, innym razem koronkowy kalendarz z damską bielizną, ilustrującą erotyki polskich poetów – Leśmiana, Staffa, Asnyka. Niezwykłe są portrety zwierząt – delikatne i zwiewne jak mgła potężne tygrysy, nosorożce, małpy, są Anioły a nawet Zasmarkany Bóg z Baśni i legend japońskich Marii Juszkiewiczowej. To jej inspiracja od wielu lat. Powiązanie poezji, przyrody, nadawanie zwierzętom ludzkich cech. A wszystko subtelne, mądre, poetyckie. Co ciekawe, brak mocnych kolorów nie przeszkadza dzieciom. Ilustracja Eli Siwy koń na wystawie Współczesna Polska Sztuka Książki zdobyła nagrodę jury dziecięcego, chociaż smutne zwierzę ma spętane kopyta i pysk. Widać pobudziła wyobraźnię najmłodszych. Artystka nie boi się też wyzwań. Wychodzi ze swego zacisza, by uczyć rysunku i malarstwa w stworzonej przez siebie autorskiej szkole artystycznej.

ela_dudek

rysunek - Elżbieta Dudek

Magdalena Żmijowska swoją pracę doktorską Zapomniana baśń – prawdziwa baśń poświęciła ilustracji. W swojej twórczości skupia się na łączeniu różnych mediów, scalając ze sobą ilustrację, fotografię i animację. To już trochę inna opowieść, gdyż po raz pierwszy wspominam ilustratorkę, która łączy analogowy rysunek, wycinankę i malarstwo z technikami cyfrowymi. Magda stara się przedstawić pierwotne teksty znanych nam baśni, które mimo drastyczności miały ogromny wpływ na nasz rozwój i kończyły się zawsze stosownym morałem. Nic tak nie łączy pokoleń jak wspólne przeżywanie, wspólna radość czy też łzy. Być może te nieocenzurowane wersje baśni są lepszą lekcją o tym, gdzie dobro jest dobrem, a zło złem. Przez zawieszone na łańcuszku czerwone szkiełko możemy dzięki zjawisku optycznemu nakładania się kolorów zobaczyć te odrzucone, a niewidoczne gołym okiem złe fragmenty baśni – ucięte nogi, trupie czaszki, szkielet Śpiącej Królewny. Gdy Magda tworzy ilustracje dla dzieci, to współpracuje również ze specjalistami z dziedzin medycznych. Razem z fizjoterapeutką projektuje książeczki dla dzieci o charakterze terapeutycznym, które skupiają się na m.in. na wykrywaniu ślepoty barw. Ponadto bierze również udział w konferencjach naukowych, prowadzi warsztaty dla dzieci i doskonali swój warsztat artystyczny.

A co z genialnymi ilustratorami, którzy pędzel i farby zamienili na komputer i wszelkiej maści tablety graficzne? Jestem nimi zachwycona, lecz również nieco zazdrosna, gdyż jako ilustracyjny dinozaur ciągle jeszcze lepiej władam pędzlem niż myszką, a do narzędzi tabletu podchodzę jak do jeża. Zachwycają mnie rysunki Emilii Dziubak o tak nieprawdopodobnym ładunku piękna i tak niezwykłych pomysłach, że chylę czoła przed jej techniką i wrażliwością. Paweł Pawlak, Iwona Chmielewska, Elżbieta Gaudasińska, Maria Ekier, Ela Wasiuczyńska, Agnieszka Rzeźniak, Stanisław Ożóg, Joanna Rusinek, Aleksandra Kucharska-Cybuch to wspaniali ilustratorzy niepracujący wyłącznie w programach graficznych. Naprzeciw nich równie wspaniali ilustratorzy cyfrowi – nawiązująca to angielskich tradycji ilustratorskich Aleksandra Michalska-Szwagierczak, Bovska, Agata Wierzbicka, Mizielińscy, Marianna Oklejak oraz wielu innych. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś: „Jeśli potrafisz jeszcze używać ołówka – to rysuj! Komputer zostaw dla innych!”.

 

No to zostawiam…

(Presto)

/ literatura dla dzieci

  maj/czerwiec'25 (25)

Rubinstein w obłokach

Co się stanie, gdy filharmonia zamówi biografię słynnego pianisty? Zwłaszcza jeśli ma być to książka dla dzieci? Może powstać fantastyczno-surrealistyczna opowieść pełna zaskakujących bohaterów, w której muzyka Artura Rubinsteina napędza pływający

w obłokach transatlantyk. Na pomysł wydawnictwa dla najmłodszych, które przybliżyłoby im postać Rubinsteina, czyli patrona Filharmonii Łódzkiej, wpadli pracownicy instytucji. Zadania podjął się wzięty autor literatury dla dzieci (większych

i mniejszych), czyli Grzegorz Kasdepke.

O książce pod tytułem „Pan Artur gra nudzie na nosie! Czyli najdziwniejsza książka o Rubinsteinie” z jej autorem rozmawia Grzegorz Szczepaniak.

Pan-Artur

​Grzegorz Szczepaniak: Ponieważ rozmawiamy w przeddzień premiery „najdziwniejszej książki o Rubinsteinie” i musimy tak porozmawiać, żeby zachęcić do lektury, ale za wiele nie zdradzić, to pomyślałem, że pomówimy o kreatywności i dystansie do różnych spraw. Na początek proszę zdradzić, w jaki sposób potrafi pan opublikować siedem książek w ciągu jednego roku?

Grzegorz Kasdepke: Pojęcia nie mam, ale to rzeczywiście jakieś szaleństwo. Nie bardzo kojarzę, żeby mi się przytrafiło.

 

Wikipedia…

Proszę nie kończyć. Odpowiedź wpisuje się w opcję „miej dystans” – w tym przypadku do tego, co znajduje się w Internecie. Chyba za mało poświęcam temu uwagi. Informacjami o mnie zarządzają bodaj czterej wikipedyści – i jestem im wdzięczny za ich pracę

i zainteresowanie – ale nawet im zdarzają się pomyłki. Wydaje mi się rzeczą oczywistą, że nie można napisać siedmiu książek

w jednym roku. Natomiast kilka może się ukazać. To wynik wielu czynników, ale najczęściej decyzji wydawnictw, często zresztą sprowokowanych wydarzeniami, na które nie mamy wpływu: choćby wybuchem pandemii czy wojny w Ukrainie. W niektórych przypadkach – kiedy książki ukazują się w różnych wydawnictwach, a przecież z różnymi współpracuję – może to wywołać swoistą lawinę. Efektem jest potem taki książkowy „kanibalizm”, kiedy jedne moje tytuły konkurują na rynku z innymi. Bywa też, że autorzy notek mylą datę pierwszego wydania z datą wznowienia książki. No i mamy potem takie, a nie inne efekty.

 

Trochę odetchnąłem, bo przy sprawdzaniu tej informacji zakręciło mi się w głowie. Zgaduję też, że pracownikom Filharmonii Łódzkiej zakręciło się w głowie, kiedy opowiedział im pan o pomyśle na książkę. Żeby pozostać wiernym zasadzie, że za wiele nie zdradzamy z jej treści, nie wiem, czy powinienem zapytać o jeden z początkowych wątków, kiedy z pana książki znikały trzy napisane już rozdziały. Nie jest to echo zmagań z zadaną materią, tj. napisaniem biografii Rubinsteina dla dzieci?

Nie, myślę, że jeśli się pisze książkę dla dzieci, to ważne są przede wszystkim: wyobraźnia, pomysł, odpowiednio dobrany język – i na tych trzech czynnikach należy się skupić. Nie jestem specjalistą od pisania biografii, od razu więc założyłem, że moja książka biografią nie będzie. Nieźle za to radzę sobie z tworzeniem zabawnych, wciągających opowieści, które podstępnie przemycają do głów młodych czytelników całkiem sporo dydaktycznej treści – za co zresztą otrzymałem kiedyś Nagrodę Kallimacha. Dlatego pojawił się inny pomysł, ale o nim przed premierą musimy trochę bardziej milczeć niż opowiadać.

 

Spróbujmy.

To może tak: przyznam, że bardzo często wiem, jak powinno brzmieć pierwsze zdanie mego nowego utworu, ale drugie zdanie to już zagadka. Książka w trakcie pisania zaczyna żyć swoim własnym życiem. Oczywiście podobnie było i w tym przypadku. Założenie było takie: przekonać młodych czytelników do Rubinsteina. W szerokim sensie tego słowa. Pokazać go nie jako spiżową postać – chociaż oczywiście taką postacią się stał i taką pozostaje – ale jako człowieka niezwykle interesującego i pogodnego. Ten portret nie musi być „oczywisty”, jeden do jednego – uznałem, że może być w stylu Pabla Picassa z okresu kubistycznego. Nie przez przypadek mistrz Pablo pojawia się w książce. Zresztą Rubinstein rzeczywiście dość często się z nim spotykał…

Mieliśmy za wiele nie zdradzać.

Oczywiście. Wracając do pytania – nie wiem, czy od mojego pomysłu komukolwiek zakręciło się w głowie, ale wiem, że został ciepło przyjęty, spodobał się. I to już w trakcie pierwszej rozmowy, która trwała ponad godzinę. Wprawdzie pomysł musiał jeszcze zaakceptować dyrektor filharmonii, ale i jemu przypadła koncepcja do gustu. Zatem mogłem przystąpić do pracy. Książkę napisałem stosunkowo szybko, kończyłem dokładnie dwa lata temu, w styczniu 2023 roku. Wysłałem ją i nastała długa cisza. Okazało się potem, że trafiła do skrzynki mailowej chorującej akurat osoby, a przez to i nieobecnej. Zapadło milczenie. Zacząłem podejrzewać, iż oznacza jedno: książka nie podoba się i Filharmonia nie wie, jak to delikatnie przekazać autorowi. Z kolei Filharmonia nie chciała mnie naciskać, bo przecież nie można popędzać pisarza. Czas mijał. Na szczęście po wielu miesiącach zdecydowałem się sięgnąć po słuchawkę, aby zapytać, czy z tekstem jest aż tak źle. No i wtedy wszystko się wyjaśniło. Gdy do pracy nad książką dołączyło łódzkie Wydawnictwo Literatura, wszystko nabrało tempa. Wydawnictwo i redaktorzy byli jednak zaskoczeni, że zamiast pracować nad klasyczną opowieścią o życiu sławnego człowieka, obcują z tekstem, któremu najbliżej do nurtu steampunk – czyli odmiany fantastyki nawiązującej do „epoki pary”. Akcja rozgrywa się niby współcześnie, ale i w świecie wielkich maszyn parowych, a wśród bohaterów prawdziwych przechadzają się i postacie fantastyczne.

 

Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę się zgodzić. Rozumiem, że takie było zamierzenie, ale efekt przypomina mi bardziej literaturę surrealistyczną. Mam nadzieję, że odbierze pan tę uwagę jako komplement: wydaje mi się, że narracja „najdziwniejszej książki

o Arturze Rubinsteinie” chwilami nawiązuje do klasyki surrealizmu. Nienachalnie wyczuwam tam ducha Borisa Viana.

Zrobiło się miło, lubię Viana. Tak czy inaczej nie jest to biografia, tylko opowieść…

 

Która nie może się zacząć. Proszę tego nie powtarzać w Filharmonii, bo obiecałem, że przed premierą tylko ja przeczytam elektroniczną wersję książki przesłaną mi w trybie nadzwyczajnym i poufnym, ale nie udało się. Czytała ją również moja dziesięcioletnia córka i zwróciła uwagę, że już przeczytała połowę, a ta opowieść ciągle się zaczyna.

Ciekawe spostrzeżenie i słuszne. Zależało mi na osiągnięciu efektu zamrożonego, a przynajmniej spowolnionego czasu – jak we śnie. A jednocześnie w tym przeciąganym początku dzieje się bardzo dużo. Przybywa główny bohater, pojawia się wielki statek pasażerski, taki transatlantyk, który pobudzał moją wyobraźnię od dziecka i który wciąż pływa w moich marzeniach. Tylko że ten akurat okręt nie pływa po wodzie.

 

Znowu zdradzamy jednak szczegóły, a nie powinniśmy. Porozmawiajmy więc o twórczości i takiej pana pisarskiej manierze, by nie wyjaśniać wszystkiego czytelnikom, tylko zapraszać ich do poszukiwań. Jako pisarz wydaje się pan raczej niezbyt zazdrosny o uwagę odbiorców.

Można to i tak nazwać. Żyjemy w czasach kształtowanych przez przyśpieszającą rewolucję technologiczno-informatyczną. Pomyślmy chociażby o Internecie. Zmienił nasze, dorosłych, życie. Ale jest oczywistością dla dzieci, bo z ich punktu widzenia zawsze był. Bawią się nim, ale i potrafią czerpać z niego wiedzę. Dlatego zdarza mi się w książce zachęcać do sprawdzania opisywanych wydarzeń czy informacji – ba, nawet wskazuję, gdzie można to robić. I robię to nie tylko z myślą o dzieciach, ale też o nauczycielach i rodzicach, bo przecież dzieci uwielbiają czytać wraz z mamą i tatą.

 

Dzieci uwielbiają czytać mamie i tacie, przynajmniej niektóre. I lubią też oglądać. W pewien sposób jest oczywiste, że pana książka jest pięknie zilustrowana przez Joannę Rusinek. Oczywiste, bo polska ilustracja ma się według mnie znakomicie i to jest także pewien fenomen. Zgodzi się pan z tezą, że współcześni autorzy literatury dla dzieci mają sporo szczęścia, że trafili na czasy takiego urodzaju ilustracyjnego?

 Tak, zdecydowanie można się z tym zgodzić. Asia Rusinek pięknie zilustrowała moją opowieść. Bardzo byłem ciekaw efektów jej pracy. A wracając do dobrostanu współczesnej polskiej ilustracji, to mamy znakomite korzenie. Już w dwudziestoleciu pojawili się znakomici twórcy, choćby Jan Marcin Szancer. Po wojnie nastąpiła wręcz erupcja rozmaitych talentów: Butenko, Stanny, Grabiński…! Wymieniać można długo. Współcześni ilustratorzy przejęli pałeczkę w sztafecie i odnoszą międzynarodowe sukcesy. Ostatnio byłem w Wiedniu i – jak niemal zawsze, kiedy tam jestem – zajrzałem do Albertiny. Serce rośnie, jak w takiej świątyni sztuki wchodzi się do muzealnego sklepiku i patrzy na książki ilustrowane przez Polaków.

Nie wierzę, że nie wspomniał pan o tekstach. Ja w pewien sposób „rosnę” z moją córką. Odkrywam, że od czasów, kiedy mi – na szczęście mało skutecznie – wybijano z głowy zainteresowanie książkami, zmuszając do czytania „Naszej szkapy” i podobnych dzieł, z którymi dzieci po prostu nie powinny mieć żadnej styczności, zmieniło się wszystko. Ta literatura jest znakomita. Polska, ale też obca: francuska, szwedzka, anglosaska. To się czyta. To się też ogląda. Już dotknięcie takiej książki, otwarcie to prawdziwa przygoda. Ilustratorzy mają nad czym pracować, mają szansę tworzyć piękne rysunki do pięknych tekstów.

 Jasne, ilustratorzy mają co ilustrować – nasza literatura dla dzieci jest uznawana za jedną z najciekawszych na świecie. Ale potrafią też przygotowywać wspaniałe picture booki samodzielnie, bez udziału pisarzy. Choćby Mizielińscy czy Socha. Na szczęście dają się też namawiać na współpracę z literatami. Dzięki temu dzieci, rodzice i dziadkowie mają teraz w czym przebierać. W przeciwieństwie do czasów mego dzieciństwa. Pochodzę z Białegostoku i pamiętam, że każdego dnia po szkole ruszałem na wędrówkę, od księgarni do księgarni, w poszukiwaniu jakiejś ciekawej książki. Niby było ich dużo, ale do czytania – żadnej! A jeżeli już, to najczęściej

w ulubionym antykwariacie przy Rynku Kościuszki. Książkę należało wytropić, zdobyć, ustrzelić – jak na polowaniu. A dzisiaj można dostać oczopląsu, wchodząc między księgarskie półki… Oferta jest bogata, także wśród książek dla najmłodszych – dobrych literacko, znakomitych graficznie. Myślę, że w dużej mierze to zasługa Wydawnictwa Dwie Siostry, które przed laty postawiło na jakość – i nigdy nie poszło na żadne kompromisy!

 

Wróćmy do Rubinsteina i „najdziwniejszej książki” o nim. Po jej lekturze tak sobie myślę, że trochę pan uciekł od pisania o samym artyście. A to przecież barwna postać: był nie tylko wielkim muzykiem, znakomitym pianistą. Miał też talent pisarski, co można ocenić, czytając „Moje młode lata”, czyli napisaną ze swadą i lekkością bardzo zajmującą autobiografię artysty. Był człowiekiem

o pogodnym usposobieniu, otwartym na ludzi, świadkiem Belle Epoque, podróżnikiem. Pisanie o nim wydaje się przyjemnością.

Ale to także odpowiedzialność. Nie chcę, by ktoś sobie pomyślał, że ja od tej odpowiedzialności uciekłem, bo to nie jest prawda. Ale pisanie biografii to inny rodzaj pracy, to jest specjalizacja. W mojej książce pokazuję Rubinsteina takim, jakim go odbieram, ale to nie jest portret w dosłownym sensie tego słowa.

 

W efekcie artysta jest bohaterem tej książki, ale najważniejsze w niej nie są jego dzieje, a zaproszenie, by odnaleźć go dla siebie, posłuchać muzyki w jego wykonaniu, poczytać o czasach, w których żył. To jest taka literacka postać „z krwi i kości”, ale pozostaje nieco tajemnicza, fantastyczna. Można go w tej książce dotknąć, ale jest też ponad tym światem, który pan dla niego stworzył, jest taki trochę metafizyczny. Mali czytelnicy go w tym świecie dostrzegą?

 Jestem pewny, że tak. Dzieci, do których książka jest kierowana, czyli, jak już wspominałem, osoby powyżej 7. roku życia, mają wspaniałe poczucie humoru, a jednocześnie potrafią abstrakcyjnie myśleć. I bez trudu oddzielą postaci fikcyjne od prawdziwych, fakty od bajdurzeń. Mam nadzieję, że porządnie obśmieją się, czytając moją książkę, a że czegoś przy okazji się nauczą, to już… trudno!

/ literatura 

  maj/czerwiec'25 (25)

Michał Nogaś o twórczości Hanny Krall

90. URODZINY REPORTERKI

— Miałam 17 lat, gdy poszłam na praktykę do „Głosu Pracy". (...)

Praktykami kierował Michał Gawałkiewicz, przedwojenny dziennikarz, powstaniec warszawski. Posłali mnie do Wedla, to było niedaleko redakcji, na Zamoyskiego. Przy stołach siedziały kobiety i ręcznie dekorowały torciki. Siedziały tak całe życie, kolejne pokolenia – babki i matki, teraz siedzą córki i wnuczki. Napisałam o tym, o kobietach, które siedzą i całe życie ręcznie dekorują wedlowskie torciki. To był tekst na dwie małe szpalty, czyli półtorej strony musiało być, nie więcej. Reportażyczek taki.

Potem była ocena praktyki. Było nas kilkoro z różnych wydziałów, Gawałkiewicz omawiał teksty wszystkich, omawiał – a o moim reportażyczku nic. Pomyślałam: „No nie, chyba niedobrze". Aż na samym końcu powiedział: „A ta Krallówna… Ta Krallówna to będzie kiedyś królewną reportażu". Tak dokładnie powiedział.

Prędko poleciałam do telefonu, zadzwoniłam do mamy. „Mamo, wiesz, co powiedział pan redaktor? Powiedział, że będę kiedyś królewną reportażu!"

— tak mówiła mi w rozmowie w 2022 roku.

Pan Gawałkiewicz się nieco pomylił. Została KRÓLOWĄ reportażu. Dała polskiej literaturze książki, których lektury, znaczenia i języka się nie zapomina.

W innej rozmowie wspominała pierwsze spotkanie z Markiem Edelmanem, bohaterem jednej z najważniejszych — myślę, że nie tylko polskich — książek XX wieku i o XX wieku.

— Spotkaliśmy się, żeby doktor Edelman przeczytał i sprawdził mój tekst, taki reportażyczek o operacji profesora Molla. Był to by-pass w stanie ostrym. Nie robiono takich operacji przed Mollem i profesor nie wierzył, że ja cokolwiek z tych opowieści

o tętnicach i aortach rozumiem. Umawialiśmy się z doktorem Edelmanem na to spotkanie przez telefon i oboje uważaliśmy, że się nie poznamy w tej kawiarni, że jedno nie wie, jak drugie wygląda. Przyjechałam do Łodzi przed czasem i czekałam. Gdy wszedł, zrozumiałam, że ja go pamiętam.

— Skąd?

— Z domu dziecka. Byłam po wojnie w domu dziecka w Otwocku kierowanym przez Lubę Blumową, żonę Abraszy Bluma, przywódcy Bundu w getcie warszawskim, największego dla Marka autorytetu.

Zadedykował mu swoją książkę „Getto walczy”, tę ze wstępem Zofii Nałkowskiej. Luba przed wojną, w czasie wojny w getcie i po wojnie organizowała i prowadziła szkoły pielęgniarskie, nauczyła się tego kiedyś w Belgii. No i kierowała domem dziecka

w Otwocku. W którym widywałam Marka Edelmana. Wysoki, chudy, z wąsikiem, siadał obok Luby w jadalni podczas obiadu i tylko z nią rozmawiał.

Każda rozmowa z Hanną Krall to wydarzenie, którego się nie zapomina. W zdaniach, które kreśli, jest bezbłędna. W opiniach bywa bezwzględna, ale nie myli się — zna życie

i ludzi jak mało kto. Wie doskonale, czym jest przyjaźń, miłość, bliskość i przywiązanie.

O złu i istocie człowieczeństwa opowiada tak, że za każdym razem są to lekcje najważniejsze.

Czasem nie zdajemy sobie sprawy ze szczęścia, jakim jest jej obecność wśród nas. Niech trwa przez kolejne dekady.

Pani Hanno, wielka wdzięczność i podziw. Za wszystko!     (facebook)

Hanna Krall
Hanna Krall

Pożegnanie z Narwią to opowieść Hanny Krall o sobie samej, w rozmowie

z Wojciechem Tochmanem.  Także

o XX i XXI wieku, które przepływają przez nią i przez jej książki. O sprawach fundamentalnych, ale i najsmutniejszych. Rozmowie towarzyszy wędrówka po najważniejszych dla niej miejscach.
Hanna Krall – światowa reporterka, której książki, w tym ponad sto przekładów, na stałe weszły do kanonu reportażu.
Wojciech Tochman – jeden

z najważniejszych polskich reporterów

i autorów literatury faktu.

/ literatura 

  maj/czerwiec'25 (25)

"Blady świt" Grzegorza Dziedzica
nagrodzony

Książka Żadnych bogów, żadnych panów – pierwsza część “Trylogii chicagowskiej” autorstwa Grzegorza Dziedzica, otrzymała Nagrodę Wielkiego Kalibru (rok 2022). Wygrała także konkurs Kryminalny Debiut Roku na festiwalu Gwiazdozbiór Kryminalny Kujawy i Pomorze. 

Tak o książce pisze Wojciech Chmielarz - pisarz, który uznał ten tytuł za „jeden

z najlepszych kryminalnych debiutów ostatnich lat”:

Jeśli miałbym wymienić największą zaletę tej powieści, to byłby to właśnie obraz Chicago. Serio, od czasu Breslau Mocka nie było chyba w polskiej literaturze kryminalnej tak szczerego, czułego i równocześnie okrutnego opisu miasta. A wiecie Państwo, że konkurencja na tym polu jest ogromna. Włóczenie się razem z bohaterami po knajpach, tawernach, rzeźniach, bekjardach, bejsmentach, podwórkach to przyjemność sama

w sobie. A Dziedzic pisze tak sensualnie, że niemal czujemy woń wódki i whisky, zapach krwi świeżo zarżniętych zwierząt i smród gnijącego mięsa. Bardzo to jest dobre, bardzo.

Dużo jest w tej książce ładnych obrazków. Sceny bijatyk - świetne. Pościgi? Doskonałe. Nawet sceny domowe, kiedy bohater wstaje i je śniadanie - dobre! I wiele z tych scen jest filmowych, w tym sensie, że je po prostu widzimy. Same przewijają się nam przed oczyma.

Gangway to druga część "Trylogii chicagowskiej". W opinii Roberta Małeckiego to: Jedna z najciekawszych przygód literackich, jakie ostatnio przeżyłem. Polecam gorąco!
Walka o władzę w gangsterskim podziemiu Chicago i wyścig z czasem, by odnaleźć zaginionego przyjaciela.
Teodor Rucki wraca do Chicago po trzech latach tułaczki, żeby wykonać ryzykowne zlecenie. Jeśli mu się powiedzie, do Wietrznego Miasta popłynie strumień szmuglowanej whisky, a Rucki stanie się bogaczem. Jest tylko jeden problem: tę whisky trzeba najpierw ukraść bossowi włoskiej mafii Johnny’emu Torrio i jego prawej ręce, niejakiemu Dużemu Alowi Capone.
Ale Rucki przybywa do Chicago też z innego powodu: w podejrzanych okolicznościach zniknął jego przyjaciel, były ksiądz Roman Ogorzałek. Teo zaczyna śledztwo w sprawie, którą nie chce się zainteresować nikt inny. Trop prowadzi do środowiska miejscowej bohemy, spirytystów i głosicieli nowych teorii społecznych, które mają zmienić oblicze świata.


Gangway to tętniąca jazzem, rozegrana w gangsterskich zaułkach kontynuacja doskonale przyjętego i nagradzanego kryminału Żadnych bogów, żadnych panów. Od lat nie było

w polskiej literaturze twórcy, który potrafiłby tak sugestywnie i tak wartko jak Grzegorz Dziedzic opisać rzeczywistość mafijnych porachunków, kryminalnych zagadek i tonących w stylowym mroku miast.

 

Blady świt, z Grand Prix Festiwalu Kryminalna Warszawa, to zakończenie “Trylogii chicagowskiej”.

Jeden z Czytelnikow wspomina: Podobała mi się cała trylogia, ale “Blady świt” był chyba najlepszą częścią.
To bez wątpienia najbardziej udana powieść gangsterska, jaka wyszła spod pióra polskiego autora. Jej dodatkowym atutem jest to, że koncentruje się na środowisku polskiej emigracji w okresie międzywojennym. To szczególny czas w dziejach Stanów Zjednoczonych, kiedy to przynależność do gangów, które najczęściej miały ściśle narodowy charakter, była dla wielu młodych ludzi jedyną szansą na wydobycie się z nędzy

i prowadzenia życia, o jakim w rodzinnym kraju nawet nie mogli marzyć.
W tej części autor kontynuuje historię Teodora Ruckiego, który po wyjściu z więzienia nie tylko ponownie obejmuje władzę nad polskim gangiem, ale staje się jednym

z najważniejszych bossów w Chicago. Bardzo udanym zabiegiem było połączenie literackiej fikcji z faktami i wykorzystanie w tym celu autentycznych postaci.
W tej części nie ma chwili przestoju, cały czas coś się dzieje i trudno odłożyć książkę, która aż prosi się o to, żeby wziął ją na warsztat jakiś dobry reżyser filmowy.
Przyznaję, że ta powieść, jak i cała trylogia, trafiła idealnie w moje oczekiwania i dawno nie byłem tak usatysfakcjonowany z lektury.  Gorąco polecam.

 

Miłość i nienawiść, przyjaźń i zemsta, triumf i upadek. Pod płaszczykiem powieści kryminalnej osadzonej w Chicago lat 20. kryje się znacznie więcej: opowieść

o nieodkrytej historii amerykańskiej Polonii i najmroczniejszych zakamarkach ludzkiej duszy. Napisana z filmowym rozmachem i w najlepszym literackim stylu opowieść

o szalonej mafijnej karierze, krwawej vendetcie i cenie, jaką trzeba zapłacić za złudzenie sprawiedliwości.

Grzegorz Dziedzic (ur. 1974) – pochodzi z Tarnowa, mieszka w Chicago, od 1999 roku eksploruje zaułki miasta, które uczynił tłem swojej pierwszej kryminalnej serii.

Z wykształcenia i zawodu psychoterapeuta. Znajomość ludzkich charakterów

i motywacji pomaga mu tworzyć wiarygodnych i pełnokrwistych bohaterów. 

Gratulujemy z oczekiwaniem na wydanie kolejnej, równie ciekawej powieści.

Zadnych bogow...
Gangway
Grzegorz Dziedzic z ostatnio wydana ksiazka "Blady swit"
okladka "Blady swit"

/ literatura 

  maj/czerwiec'25 (25)

Agata Tuszyńska o swojej książce

Urodził się 16 maja 1920 roku w Warszawie. Leopold Tyrmand, syn Mieczysława, właściciela hurtowni skór, wnuk Zelmana, członka zarządu synagogi Nożyków. Autor “Dziennika 54” i kultowej powieści “Zły” długo przedstawił się jak baron kurlandzki. Po wojennej epopei przetrwania (Wilno, Niemcy, Szwecja) wrócił do Warszawy, gdzie funkcjonował brawurowo jako najbardziej kolorowy bikiniarz PRL-u. Z czasem na cenzurowanym. Rzecznik jazzu, wielbiciel brylantyny i kolorowych skarpetek był “jak paw na tym szarym stalinowsko-bolszewickim tle”, wedle określenia Ludwika Jerzego Kerna. W 1965 roku opuścił Polskę na zawsze. "Przybyłem do Ameryki, aby bronić jej przed nią samą” - stwierdził i rozpoczął amerykańską przygodę.

Jej właśnie poświęcona jest moja książka TYRMANDOWIE. ROMANS AMERYKAŃSKI, opowieść o nowym wcieleniu nadwiślańskiego buntownika i uwodziciela.

Występują: Don Lolo, mąż i Misskeit, żona.

ONA, lat 23, doktorantka iberystyki renomowanego uniwersytetu Yale. Urodzona

i wychowana na Brooklynie w rodzinie żydowskiej.

ON, lat 50, polski pisarz, stypendysta Departamentu Stanu dla „znaczącej postaci opiniotwórczej”. Wychowany i urodzony w Warszawie.

Mary Ellen Fox i Leopold Tyrmand. Ich losy połączyły się wiosną 1970 roku w Nowym Jorku. Zostali razem przez kolejnych piętnaście lat, aż do jego nagłej śmierci na Florydzie. Nie dożył swoich 65 urodzin.     (facebook)

Agata Tuszynska

/ sztuka  rzeźba 

  maj/czerwiec'25 (25)

Wyrzeźbię ci bajkę...
o bieszczadzkim rzeźbiarzu, Edku Dłutorękim

Za górami, za lasami… a właściwie i w górach, i w lesie, między rozlewiskami Sanu, trochę na północ od Sanoka żyje sobie Artysta. Nie znajdziemy jego nazwiska

w wykazie absolwentów żadnej artystycznej uczelni, jego prac nie ma w galeriach sztuki, a jednak dają one radość ludziom na całym świecie. Są przywołaniem wspomnień

z dzieciństwa, nawiązaniem do tradycyjnych technik,

a dzięki materiałowi, z jakiego powstają, i swojej tematyce – łącznikiem między człowiekiem a naturą. Miniaturowe rzeźby z drewna zachwycają prostotą, wdziękiem i precyzją. 

ozdobne_trzonki_miotel

Edek D łutoręki -Trzonki mioteł

ANNA MARKIEWICZ

Na profil o nazwie „Edek Dłutoręki Wood Carving” trafiłam na jednej z grup na Facebooku poświęconych sztuce.

Z monochromatycznych zdjęć w odcieniach beżu i brązu patrzyły na mnie drewniane figurki dobrze znanych postaci – Reksio, Kłapouchy, Muminek… jak żywe! Zachwyciło mnie niezwykłe uchwycenie podobieństwa, ich charakteru i ekspresji. Później odkryłam miniaturowe zwierzęta – lisy, sowy, surykatki. Wszystkie łączy jedno – doskonałe uchwycenie proporcji i ruchu. Od lat zajmując się trójwymiarową miniaturą, potrafię to docenić – to nie tylko świetny warsztat, ale też po prostu talent. Postanowiłam więc skontaktować się z twórcą i spytać o jego prace i życie. Przyznam, że wiele rzeczy mnie zaskoczyło…

 

Zaskoczenie pierwsze

 Myśląc stereotypowo, wyobraziłam sobie twórcę jako brodatego dziadka Edwarda z fajką, który struga sobie figurki na ganku drewnianej chałupy gdzieś w bieszczadzkim lesie. Wokół śpiewają ptaki, przez liście drzew przebija słońce… w zimie dziadek przenosi się przed kominek, a wokół gromadzą się wnuki… Stop. Edek Dłutoręki to pseudonim artystyczny nawiązujący do postaci słynnego Edwarda Nożycorękiego, ulubionego bohatera filmowego, a prawdziwe nazwisko artysty to Ireneusz Dereń. Urodził się stosunkowo niedawno, ma około czterdziestu lat, nie ma brody, a ze zdjęcia patrzy bystry chłopak w trekkingowej koszulce z wilkiem. Gdy rozmawiamy, jego akcent zdradza pochodzenie, jest typowy dla wschodnich rejonów kraju, śpiewny i miękki. Artysta mieszka

w niewielkim bloku, który kiedyś należał do zabudowań PGR-u. Do lasu ma faktycznie niedaleko, do rzeki San także. Ma swoją pracownię, przerobioną z zabudowań gospodarskich, którą remontuje już 3 lata. Tam też jest miejsce, gdzie może eksponować swoje rzeźbione inscenizacje, choć tak naprawdę Stumilowy Las to jedyna praca, jaką posiada w tym momencie. Inne krążą gdzieś po świecie – Brazylia, Australia, Japonia… Trafiają do ludzi dzięki Internetowi, ale też Ireneusz dużo rozdaje ich po rodzinie i znajomych jako prezenty. Fanom pozostaje więc oglądanie w Internecie zdjęć prac, które już znalazły właściciela. Dopytuję o Muminki

– w planach jest i domek, i mostek Włóczykija…będzie co oglądać.

Dziki
Gumis

Edek D łutoręki - Gumiś 

Zaskoczenie drugie

Edek Dłutoręki nie ukończył żadnej szkoły artystycznej. Pochodzi

z wielodzietnej rodziny, ma sześć sióstr i dwóch braci. Większość rozjechała się po Polsce, on został na miejscu. W dzieciństwie pomagał mamie w pracy przy krowach albo tacie na jego gospodarstwie – rodzice, choć bez rozwodu, żyli osobno. Wraz

z upadkiem PGR-ów mieszkańcy musieli szukać sobie innych zajęć.

U niego padło na technikum samochodowe, co nazywa porażką, bo motoryzacja nigdy nie była jego wielką pasją. Dziś pracuje

w niemieckiej fabryce części do nowych samochodów, na trzy zmiany. Skąd więc zainteresowanie drewnem, rzeźbą, skąd umiejętności?

W szkole podstawowej miał zdolności plastyczne, ale rodzice chyba tego nie zauważali. Zaczęło się od drobnych prac stolarskich jeszcze w wieku nastoletnim, jego ojciec miał mały warsztat i podstawowe narzędzia. Jedną z pierwszych prac był stolik kawowy, który do dziś stoi u siostry, jest zrobiony całkowicie bez użycia kleju. Później,

w pierwszej pracy, miał znajomego, który rzeźbił w drewnie lipowym świątki i płaskorzeźby i rozdawał je jako prezenty kolegom. To od niego Ireneusz dostał pierwsze dłuta i porady. Dobrze mu szło, zaczął rzeźbić orły, jastrzębie, rozdawał je po rodzinie. Pierwszą figurką był „facet z teczką”, do dziś ma ją jego siostra. Ale nie został rzeźbiarzem, wciągnęło go codzienne życie – praca, imprezy, dyskoteki w weekend. Na kilkanaście lat odłożył swoje narzędzia.

Artysta po godzinach

Powrót do rzeźbiarstwa zbiegł się w czasie z postanowieniem

o porzuceniu rozrywkowego stylu życia. Artysta nie jest przeciwnikiem alkoholu, nie miał z nim wielkiego problemu, ale w 2018 roku postanowił, że zrezygnuje z niego całkowicie. I wtedy nagle wena wróciła. Poczuł się szczęśliwy, zaczął tworzyć – na początku podstawki, ozdobne łyżki, potem coraz bardziej zaawansowane prace. Jak mówi, ten motywacyjny kop trwa do dziś, myśli już o porzuceniu pracy w fabryce i zajęciu się rzeźbiarstwem na serio. Dziś może rzeźbić tylko po godzinach i poświęca temu każdą wolną chwilę. Jednak praca rozciąga się w czasie, figurki nie da się zrobić w jeden wieczór, potrzeba co najmniej kilkunastu godzin precyzyjnego dłubania. Używa różnych narzędzi, dłut – wbrew pseudonimowi

– najmniej, tylko w początkowym stadium obróbki. Najbardziej lubi noże zrobione przez lokalnego rzemieślnika, choć sięga też po nożyki znanych firm, czasem lekko je modyfikując.

Edek D łutoręki - Dziki

Przyjaciele mają lepiej

A tymczasem chętnych na prace nie brakuje. Problem braku czasu staje się coraz bardziej dotkliwy, pojawia się presja terminów realizacji zamówień, wiele osób chciałoby stać się posiadaczami duplikatów prac, które zobaczą na zdjęciach w Internecie. Jest też inna kwestia, o której, przyznam, zupełnie nie pomyślałam. Otóż autorskie figurki zwierząt, często w postaci biżuterii, głównie wisiorków, Ireneusz może sprzedawać bez ograniczeń. Natomiast, chcąc zostać posiadaczem Muminka, Kubusia Puchatka czy Reksia na jego podwórku z budą, płotkiem, kotkiem i kogutem – no cóż, trzeba być rodziną lub przyjacielem artysty, można je dostać tylko w prezencie. To kwestia praw wizerunkowych, można się bawić w odtwarzanie znanych postaci, ale zarabiać na tym nie wolno.

Nic dwa razy…

Gdy mowa o duplikatach i zamówieniach, Ireneusz podkreśla, że właściwie tego nie lubi. Hamuje to jego wenę twórczą, stresuje. Bo robienie figurek to wcale nie jest prosta sprawa. Pośpiech nie sprzyja precyzji, bardzo łatwo zrobić zbyt głębokie wcięcie i wtedy trzeba zaczynać od nowa. Artysta ma swoje twórcze zasady – nie dokleja ani nie poprawia prac w inny sposób. Nawet gdyby nikt miał tego nie zauważyć, on sam miałby tego świadomość, która odebrałaby mu całkowicie satysfakcję z własnego dzieła. Czasem pracę trzeba na jakiś czas odłożyć, jeśli coś nie wychodzi – gdy głowa odpocznie, rozwiązanie pojawia się samo. A kopiowanie już istniejących figurek? Problemy są dwa – po pierwsze to mało ciekawe i nie rozwija, a po drugie – bardzo trudno znaleźć identyczne kawałki drewna. W pracach Dłutorękiego zauważalną rolę grają naturalne barwy, słoje, przejścia kolorów – takim wielokolorowym materiałem jest np. drzewo gruszy. Widać to w postaci koguta z Reksiowego podwórka – różne kolory piór na ogonie zawdzięcza naturalnemu zabarwieniu drewna. Jeśli trzeba coś namalować, artysta używa bardzo nietypowego, ekologicznego barwnika – sosu sojowego. Podobno jest trwały. Czasem stosuje też lekkie opalanie drewna, gdy potrzebny jest czarny kolor.

podworko_reksia

Edek D łutoręki - Podwórko Reksia

zwierzyniec

Edek D łutoręki -Stumilowy las

Twarda sztuka

Gdy o drzewie mowa, warto podkreślić, że Ireneusz korzysta z tego, co rośnie wokół niego. Zdarza się, że sąsiedzi, z których wielu opala domy drewnem, podrzucają mu jakieś ładne klocki, niedaleko mieści się tartak. W okolicy jest też pełno zdziczałych sadów, które pozostały po zamieszkujących niegdyś okolicę Ukraińcach. Rzeźbi więc z jabłoni, gruszy, czereśni. To drzewo trudne w obróbce, twarde, ale dzięki temu pozwala na precyzyjne odwzorowanie detali, trudniej o przypadkowe zacięcie. W tak malutkiej skali każdy milimetr ma znaczenie dla podobieństwa. A czemu figurki są takie małe? Początkowo były pomyślane jako wisiorki, nie mogły więc mieć więcej niż 5-6 centymetrów. I tak już zostało.

 

Powrót dobrych emocji

Skąd pomysł na postacie z bajek? To osobista potrzeba, powrót do czasów dzieciństwa, historii znanych z telewizji, ale i książek, zaspokojenie tęsknoty za szczęśliwym, bezpiecznym światem. Figurki mają wielu fanów i raczej nie należy odczytywać tego jako zdziecinnienia odbiorców – każdy z nas chętnie wraca do swoich korzeni, do tego, co nas ukształtowało, a bajki są jedną z tych rzeczy. Wywołują dobre emocje. Nowoczesne bajki zupełnie nie kręcą Ireneusza, to już nie jego świat, nie jego wspomnienia. Jego prace to nie zabawki, to miniaturowe dzieła sztuki, które rezonują z sentymentem pokoleń jego równolatków i ludzi starszych, wychowanych na opowieściach z Doliny Muminków i Stumilowego Lasu. Drugą, nie mniej ważną dziedziną jego twórczości są postacie zwierząt, robi je falami. Kiedy „złapał fazę” na sowy i robił jeden wisiorek za drugim, śniły mu się po nocach.

Zrób to sam!

A jak Edek Dłutoręki odnajduje się w społeczności artystów? Ma swoje konto na Instagramie, bywa, że początkujący twórcy pytają go o radę. Jego prace znajdują też nie tyle naśladowców, co chętnych na podpisanie się pod nimi. Co ciekawe, robią tak twórcy nie

z Polski, a np. z Iranu, z krajów arabskich. Szczególnie upodobali sobie sowy, bo właśnie o nie często ludzie pytali na Instagramie. Trzeba będzie położyć temu kres, bo każda kolejna praca buduje rozpoznawalność i markę artysty, nie może być wątpliwości, kto jest rzeczywistym autorem. Tym bardziej że marzeniem Ireneusza jest rozwinięcie działalności, założenie sklepu internetowego, tworzenie dzieł sztuki według własnej wizji. Podkreśla, że najważniejsze jest wypracowanie i trzymanie się własnego stylu, tematyki, która rzeczywiście jest pasją twórcy. Nie mógłby np. robić świątków, seryjnych Chrystusów Frasobliwych, choć wie, że jest zapotrzebowanie na takie dzieła, robi je wielu twórców i mają na nie zbyt.

 

Uczyć czy nauczyć?

Często bywa pytany o warsztaty – czy nie chciałby uczyć innych? Ma jednak opory, bo choć może nauczyć rzemiosła, talent albo uczeń będzie miał, albo nie. On sam nie korzysta z żadnych sztucznych ułatwień, popularnych np. w środowisku rysowników-amatorów, którzy korzystają z rzutników, by dokładnie odwzorować proporcje twarzy ze zdjęcia na papierze. Jego skaner jest wyłącznie

w głowie. Sam ma dużo pokory, wie, że efekty wymagają czasu, ćwiczeń i cierpliwości, nie chciałby obiecywać uczniom, że na pewno osiągną satysfakcjonujące rezultaty. Z drugiej strony, może gdyby więcej osób przekonało się, jakie to niełatwe zajęcie, byłoby mniej targowania się o ceny? Zagranicznym klientom zwykle się to nie zdarza, są wśród nich prawdziwi kolekcjonerzy – jak pewna pani ze Słowacji, która już niedługo mogłaby otwierać muzeum Edka Dłutorękiego, ma kilkadziesiąt jego prac. Jest też wierna fanka w Polsce, zgromadziła już sporą kolekcję figurek i wisiorków bieszczadzkiego artysty i wciąż jest chętna na kolejne.

Jakie prace, taki człowiek – a może odwrotnie?

Muzeum lub galeria nie byłyby złym pomysłem. Dziś jedynym miejscem, gdzie można podziwiać prace Ireneusza, jest – poza zbiorami prywatnymi – Internet. Ale przecież nie każdy z niego korzysta, choćby dzieci. Możliwość zobaczenia na żywo malutkich, precyzyjnych dzieł być może byłaby inspiracją do zajęcia się rękodziełem także dla innych. Fajnie byłoby też poznać człowieka, który jest twórcą tak pozytywnych w przekazie prac. Jestem pewna, że ktoś źle nastawiony do świata, do ludzi, zgorzkniały i sfrustrowany po prostu nie byłby w stanie ich zrobić. Jego prace są dalekim nawiązaniem do polskiej tradycyjnej sztuki ludowej, choć mają o wiele wyższy poziom warsztatowy i artystyczny. W figurkach Ireneusza Derenia kryje się osobowość człowieka, który ma dobre relacje z rodziną,

z dziećmi swojego rodzeństwa – sam wciąż jest jeszcze kawalerem. Introwertyka, który stroni od tłumów i znanych miejscowości turystycznych, woli spacery nad rzeką z przygarniętym psem. Który ceni sobie ciszę i spokój, choć podczas długich, samotnych godzin rzeźbienia słucha audycji naukowych i historycznych. Nie ma ambicji materialnych, potrzebuje tyle pieniędzy, by spokojnie żyć, ale wierzy, że ważniejsze w życiu jest odkrycie własnego, unikatowego talentu i rozwijanie go. Sam jest tego najlepszym przykładem. Dokąd go ta droga zaprowadzi? Przekonamy się być może już w nadchodzącym roku, plany i marzenia są ambitne. I właściwie, czemu miałyby się nie spełnić? Trzymam kciuki!   (Presto)

/ muzyka  klasyczna

  maj/czerwiec'25 (25)

Mieczyslaw Karlowicz, 1907

Mieczysław Karłowicz

- wybitny muzyk pośród taterników

JOLANTA KORAL

Wspaniały taternik, odkrywca wielu szlaków i podejść. Znakomity publicysta. Prekursor fotografii górskiej. Tworzył zaledwie 14 lat, zanim przygniotła go lawina, ale jego dorobek kompozytorski jest imponujący. Muzyka Mieczysława Karłowicza zaczyna być coraz bardziej doceniana, także przez zagranicznych wirtuozów.

Rok 1909, 8 lutego. Zakopane. Ładny, choć mglisty dzień. Około 6.00 Karłowicz wychodzi w góry. W plecaku prowiant, kuchenka turystyczna, aparat fotograficzny. Pół godziny później przypina narty i zaczyna podchodzić na Boczań – widzi go leśniczy

w Kuźnicach. Ostatnie zdjęcia (użył czekana jako statywu): Giewont i Tatry Zachodnie widziane z Boczania, i panorama ośnieżonych szczytów wokół Hali Gąsienicowej.

O 10.00 zjeżdża do schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego. Je śniadanie. Wpisuje się do książki wejść i wyjść. Dopisuje (pedant, nie mógł zignorować takiego nieporządku): „Okiennicę przy jednym z okien zastałem otwartą”. Przypina do nart pasy futra ułatwiające podchodzenie. Zostawia płaszcz, bierze tylko aparat. Idzie w stronę Czarnego Stawu. Kilkadziesiąt godzin później Mariusz Zaruski

i Stanisław Gąsienica-Byrcyn wyruszają na poszukiwania. Idą po śladach jego nart, w górę, pod Mały Kościelec. Zaruski notuje: „Na grani odsłania się widok straszny: ślady nart idące po zboczu gubią się w bruzdach i pokruszonych bryłach śniegu już spadłej ogromnej lawiny… Z drugiego końca już nie wychodzą! Naga i bezduszna prawda: to jego mogiła! […] Słucham… może dźwięk jaki stąd doleci? Może ktoś z głębi zacznie kołatać? Na śniegu się kładłem, przykładałem ucho do śniegu, chodziłem po tej nieszczęsnej mogile, szukałem w niej kijem do nart. Nic! Głucho i pusto”.

12-osobowa ekipa ratowników po trzech dniach kopania znalazła ciało i zniosła je do Kuźnic. Niedaleko leżał plecak, a w nim nieuszkodzony aparat fotograficzny.

marta_ptaszynska 3

CZYTAJ TAKŻE 

Baronowa perkusji i kompozycji -  Marta Ptaszynska

(...) - Nie, nie urodziłam się z tym – śmieje się. To nabyte, wyćwiczone. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dostałam się do Paryża – w związku ze stypendium rządu francuskiego – na studia kompozytorskie u wielkiej Nadii Boulanger, która twierdziła, że kompozytor powinien słyszeć zapis nutowy podczas czytania. I nauczyła mnie tego. (...)

Na wrotkach przez Chmielną

Napisał wiele artykułów o tym, jak bezpiecznie chodzić po górach. Nie traktował wędrówek jako zaliczania kolejnych szczytów – dla niego liczyło się przede wszystkim odkrywane w tych wędrówkach piękno i cisza. Nie ryzykował. Zgubiło go to, że zbocze pod Małym Kościelcem porasta kosówka – myślał pewnie, że utrzyma śnieg…

Po raz pierwszy zobaczył Tatry, gdy miał 13 lat – w wakacje. Trzy lata później wchodzi na Kościelec (zgodnie z ówczesnym przewodnikiem na „wyrypę” najlepiej wziąć bigos, bulion albo ozory, herbatę, czarną kawę, wódkę, wino, arak…) i opisuje to

w „Kurierze Zakopiańskim”. Po maturze Zakopane odwiedza regularnie.

Rodzina Karłowiczów to familia nomadów: ciągle zmieniają kraje, miejsca, domy. Ojciec Mieczysława Jan to postać niezwykła: studiował historię i filozofię w Moskwie, Heidelbergu i Paryżu, kompozycję w Brukseli. Obowiązki ziemianina go nie pociągały – podróżował, komponował, rozpoczął wydawanie trzech wielkich słowników: wyrazów obcych, gwar polskich i języka polskiego. Matka – Irena Sulistrowska, skoligacona z Radziwiłłami, też była utalentowana muzycznie. Osiedli (nie na długo) we dworze w Wiszniewie, tu urodziła się czwórka ich dzieci – Mieczysław był najmłodszy, przyszedł na świat 11 grudnia 1876 roku. Mieczyś, Mieczek, Mieczula – jak go nazywali – był słabowity. Pakowano w niego lekarstwa i rozpieszczano. A on był ciągle ponury i obrażał się o byle co. Na początku lat 80. Jan sprzedał większość dóbr i rodzina przeniosła się do Heidelbergu. Jako siedmiolatek Mieczyś rozpoczął naukę gry na skrzypcach. Po trzech latach rodzina przeniosła się do Pragi, potem do Drezna, wreszcie do Warszawy – osiadła na ulicy Chmielnej, potem na Jasnej. W mieszkaniach Karłowiczów bywali znakomici goście: Eliza Orzeszkowa, Adolf Dygasiński, Aleksander Świętochowski.

Poza nauką muzyki rodzice znaleźli Mieczysiowi pożyteczne zajęcie – stolarstwo, by wyrabiał zręczność palców (matka uważała, że skrzypce skrzypcami, ale dobrze mieć praktyczny fach w ręku). Uwielbiał to – był szczególnie dumny z wykonania drewnianego widelca…

Ciągłe kłopoty ze zdrowiem nie przeszkadzają mu uprawiać sportów: jeździ na łyżwach i rowerze i – jako jeden z pierwszych warszawiaków – na wrotkach. Po ulicy Chmielnej, bo tylko ona miała wtedy asfaltową nawierzchnię.

W szkole (słynnym matematyczno-przyrodniczym gimnazjum Wojciecha Górskiego) – samotnik, wobec kolegów uprzejmy, ale zamknięty w sobie. Ma tylko jednego przyjaciela. Niezależnie od charakteru Karłowicza trudno się temu dziwić: czas po szkole zajmuje mu nauka gry na skrzypcach u wybitnego wirtuoza Stanisława Barcewicza, który studiował kompozycję u samego Czajkowskiego.

Uczy się także kompozycji, sam udziela lekcji gry. Koncertuje. Pierwszy utwór – wysłaną na konkurs pieśń „Z nową wiosną” – podpisał nazwiskiem przyjaciela (wstydził się?).

Ujawnia też talenty literackie – publikuje w „Wędrowcu” barwne i fachowe opisy górskich wycieczek, utrwala je na znakomitych zdjęciach.

Wyjeżdża do Berlina na studia muzyczne, ale słucha także wykładów z filozofii i fizyki. Pobiera lekcje kompozycji u znakomitego Henryka Urbana. Komponuje pieśni i utwory na orkiestrę. Podobnie jak w szkole żyje na uboczu: dopadają go ataki przygnębienia

i depresji, lęk przestrzeni. To zresztą rodzinne: na neurastenię cierpiał ojciec, zaburzenia psychiczne miało całe rodzeństwo.

Z typową dla siebie pedanterią zabiera się do „samouzdrawiania” – studiuje i stosuje zalecenia podręcznika „Kształcenie woli” Jules’a Payota. Być może żelazna dyscyplina pomogła, bo ataki depresji mijają. Na zawsze jednak pozostał samotnikiem.

Wysoki, szczupły, przystojny blondyn o szaroniebieskich oczach, krótko ostrzyżonych włosach i w modnych okularach w drucianej oprawie. Skromny. Zawsze wytworny, nawet na narciarskich treningach i górskich wyprawach w białej koszuli i krawacie. Sztywny, wyniosły. „Lubił okazywać się zimnym, ironicznym, pogardliwym […], najlżejsze dotknięcie go, żart, obrażenie jego upodobań, zlekceważenie jego woli, chęci – sprawiało odsunięcie się, skrytą niechęć, gorycz i trwało długo – wspomina jego kuzynka Helena Romer-Ochenkowska. – Wypowiadał się w muzyce. Nie zwierzał chyba nikomu. Od dziecka rósł jakiś osobny, ni to dziki, ni to wzgardliwy, stęskniony do serc bliskich i odtrącający je, gdy się zbliżały”.

W dyskusji potrafił zareagować dosadnie, brutalnie nawet. Ale też nie stronił od sztubackich żartów, miał znakomite zdolności parodystyczne – na przykład towarzystwo w Zakopanem bawił, parodiując turystów z Węgier i Niemiec.

Swastyka na szczycie

Początek XX wieku to dla Karłowicza trudny okres. Artysta wchodzi w konflikt z kierownictwem powstałej w 1901 roku Filharmonii Warszawskiej. O co poszło? Dyrektorzy filharmonii: Emil Młynarski i Aleksander Rajchman, w pogoni za zyskami wystawiali na scenie narodowej dziełka mało ambitne, bywało że i operetkę. Przed młodymi i ambitnymi kompozytorami drzwi filharmonii były zamknięte. Opublikowany w 1902 roku w „Gazecie Polskiej” artykuł „Muzyka swojska w Filharmonii Warszawskiej” to początek sześcioletniej walki Karłowicza o zmianę profilu placówki. Po zainicjowanym przez niego proteście, który podpisali poza nim m.in. Artur Rubinstein i Karol Szymanowski, Rajchman ustępuje w 1908 roku ze stanowiska. Ale zanim to nastąpiło, Karłowicz nie może wystawiać – chyba że wynajmie na własny koszt orkiestrę zagraniczną. Musi znosić nagonkę krytyków.

Projekt-bez-tytułu

„Mówiłem ci niejednokrotnie, do jakiego stopnia wstrętne i obce są mi stosunki tutejszego świata muzycznego. Myślałem, że czas wpłynie cokolwiek na poprawę tego »rzeczostanu«, tymczasem nie jest lepiej, ale gorzej. […] Zadałem sobie tedy pytanie, czy ma jakikolwiek cel dalsze zżeranie się wewnętrzne w wyjałowionej i obcej mi atmosferze tutejszej; odpowiedź była: nie!” – pisze do szwagra Zygmunta Wasilewskiego w 1904 roku.

Nie od razu jednak porzucił wraz z matką (ojciec umarł w 1903 roku) mieszkanie na Jasnej. Zapisuje się na kurs dyrygentury w Lipsku u słynnego Arthura Nikischa. Pracuje nad poematem symfonicznym „Stanisław i Anna Oświecimowie” uważanym za najwybitniejsze jego dzieło. Niektórzy badacze wiążą wykorzystanie przez kompozytora XVII-wiecznej legendy o tragicznej, „nieczystej” miłości brata i siostry z nieszczęśliwą miłością Karłowicza do ciotecznej siostry Ludwiki Śniadeckiej. Mówią o tym jednak bardzo nieliczne wzmianki. O żadnej innej kobiecie w jego życiu nic nie wiadomo…

W połowie 1907 roku Karłowicz ma dosyć – wyjeżdża do Zakopanego, myśli o zamieszkaniu tu na stałe. Chodzi po Tatrach. Na górskie wycieczki zabiera zawsze słoiki z farbami i pędzelek. Oznacza trasy dla tych, którzy będą iść po nim. A po wejściu na szczyt maluje na głazie swastykę, tradycyjny element góralskiego zdobnictwa (sygnował nią także swoje listy i bilety wizytowe). Nikt ze współczesnych nie zaliczył tylu tras i szczytów… Uczy się także jeździć na nartach na kursie prowadzonym przez Mariusza Zaruskiego, legendarnego taternika, popularyzatora turystyki, działacza Towarzystwa Tatrzańskiego. W Zakopanem odzyskuje zapał do pracy: kończy poemat „Stanisław i Anna Oświecimowie”, zabiera się do pracy nad następnym – „Smutną opowieścią”.

Narty z Wiednia

Gdy Karłowicz po raz pierwszy przyjechał do Zakopanego, to była dziura, która dopiero od niedawna uzyskała status uzdrowiska. Zaczęła się cywilizować dzięki staraniom powstałego w 1873 roku Towarzystwa Tatrzańskiego, które budowało chodniki, stawiało latarnie, sfinansowało założenie telegrafu, organizowało przewodnictwo górskie. W 1907 roku od Chabówki aż do dworca można już było dojechać koleją. Powstają murowane hotele, kamienice, sklepy.

Karłowicz działa w Sekcji Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego – jest gorliwym propagatorem turystyki kwalifikowanej. Razem

z Zaruskim sprowadzają do zakopiańskich sklepów profesjonalny sprzęt turystyczny (także narty) z Wiednia. Karłowicz prowadzi wycieczki, m.in. na Giewont („powybierały się różne panienki w trzewiczkach na wysokich obcasach, z białymi parasolkami etc., oczywiście obcasy zostały po drodze, parasolki się połamały – na szczęście nikt kości nie połamał”). Razem z Zaruskim planują powołanie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Pieniądze na działalność miałoby zapewniać ze składek specjalnie powołane towarzystwo. Postanawiają wystosować odezwę do społeczeństwa, by poinformować o potrzebie utworzenia TOPR.

Zmiana na stanowisku dyrektora Filharmonii Warszawskiej umożliwiła 13 listopada 1908 roku prawykonanie „Smutnej opowieści”

– krytycy byli zachwyceni, uznali Karłowicza za najzdolniejszego kompozytora młodego pokolenia. Po latach przyszedł wreszcie sukces… (70 lat później wybitny kompozytor i muzykolog Bogusław Schäffer uzna Karłowicza za najwybitniejszego po Chopinie polskiego kompozytora. „Karłowicz był pierwszym wybitnym polskim symfonikiem, twórcą obdarzonym wyjątkowym rozmachem

i wielką dojrzałością” – napisał w „Dziejach muzyki”).

Następnego dnia po prapremierze „Smutnej opowieści” Karłowicz złożył u rejenta swój testament: cały majątek zapisał Warszawskiemu Towarzystwu Muzycznemu, aby wesprzeć „szerzenie kultury muzycznej w Polsce”. Po powrocie do Zakopanego razem z Zaruskim inicjują przebudowę schroniska na Hali Gąsienicowej tak, by działało także w zimie. Większość kosztów pokrył Karłowicz.

Dzień przed wyjściem na ostatnią „wyrypę” spotkał się z Zaruskim. Zredagowali odezwę w sprawie TOPR. Zaruski prosił, żeby uważał, bo pogoda sprzyja lawinom.

***

Osiem dni po akcji ratunkowej Zaruski wraca pod Mały Kościelec. W miejscu, gdzie odkopano zwłoki, drąży w śniegu studnię aż do dna lawiny. Na jednym z odkopanych głazów znaczy farbą krzyż. Obok, by łatwiej odnaleźć to miejsce, wbija w śnieg ułamaną gałąź jarzębiny. Gdy zeszły śniegi, znalazł tę gałąź. Puściła pędy… W sierpniu 1909 roku z publicznych składek pod Małym Kościelcem, poniżej ścieżki na Granaty, Kozi Wierch i Zawrat, stanął prosty granitowy obelisk ze swastyką i napisem: „Non omnis moriar”.

(zwierciadlo.pl)

image

/ podróże

  maj/czerwiec'25 (25)

Sewilla, Hiszpania, fot. Stanislaw Blaszczyna

Sewilla
- serce Andaluzji

Plac Hiszpański w promieniach zachodzącego słońca

STANISŁAW BŁASZCZYNA

TEKST I ZDJĘCIA 

       Najbardziej czarujące miasto, jakie w życiu widziałem (sorry Paryżu, Florencjo, Porto, Krakowie, Prago…). Byłem w miastach piękniejszych, ciekawszych – bardziej egzotycznych i mocniej tętniących życiem – ale to właśnie stolica Andaluzji uwiodła mnie już od pierwszego dnia swoim wdziękiem, niewymuszoną elegancją, powabem i niepowtarzalną atmosferą. Szarmem, któremu nie sposób było się oprzeć.

plac-hiszpanski-fot.-stanislaw-blaszczyna-9
plac-hiszpanski-fot.-stanislaw-blaszczyna-6 (1)
plac-hiszpanski-fot.-stanislaw-blaszczyna-10
plac-hiszpanski-fot.-stanislaw-blaszczyna-18

      O Sewilli słyszał każdy, ale czy tak wielu słyszało

o rzece Gwadalkiwir, dzięki której miasto to nie tylko powstało, ale i w pewnym momencie rozkwitło, jak żadne inne na Półwyspie Iberyjskim? Historia Sewilli sięga VIII stulecia p.n.e., kiedy to na znajdującej się wtedy na Gwadalkiwir wyspie, Tartezjanie (jedno z iberyjskich plemion) założyli swoją osadę (Ispal). Dwieście lat później wkroczyli tu Kartagińczycy, wyparci z kolei w 206 r. p.n.e. przez Rzymian, którzy na gruzach Ispal wybudowali swoje miasto Hispalis. W tym samym czasie, 10 km od niego powstała Italica – ważny ośrodek prowincjonalny Rzymskiego Imperium, notabene miejsce urodzin dwóch rzymskich cesarzy: Trajana i Hadriana. W V wieku najechały te ziemie plemiona germańskie: wpierw Wandale, a następnie Wizygoci, którzy panowali tutaj do początków VIII wieku, kiedy to niemal cały Półwysep Iberyjski dostał się pod władanie muzułmanów. Arabowie przemianowali Hispalis na Ishbillia (Išbīliya) – nazwę, która z czasem zamieniła się w Sevilla. Następne pół tysiąca lat to okres prosperity kultury arabskiej w Al-Andalus – rozwój nauki, sztuki, architektury (czego świadectwem dzisiaj są choćby Giralda, Torre del Oro i Alkazar) – mimo wojen, jakie prowadzili ze sobą sami muzułmanie, jak również sporadycznych najazdów… Wikingów, którzy plądrowali i grabili co tylko się dało. W 1248 roku Sewilla została zdobyta przez Ferdynanda III Świętego i swoje rządy zaczęli sprawować tu katolicy – z wszystkimi tego konsekwencjami, chwalebnymi bardziej (architektura

i sztuka) lub mniej (Auto da Fé, Franco). Aż dziw bierze, że te wszystkie obfitujące w gwałt perypetie nie pogrzebały wspomnianego już sewilskiego szarmu.

      Lecz wróćmy do rzeki Gwadalkiwir i jej decydującego znaczenia w rozwoju Sewilli. To właśnie dzięki niej miasto stało się największym i najważniejszym miastem Andaluzji, ponieważ można było dopłynąć stąd do (odległego aż 80 km!) Oceanu Atlantyckiego. Ten fakt pewnie by nie wystarczył do tak wielkiego wzbogacenia się Sewilli, gdyby nie to, że wkrótce po wyprawie Kolumba miasto – dzięki powołaniu przez Koronę Kastylii Casa de Contratación (Domu Handlowego) – uzyskało monopol na handel z nowym kontynentem, utrzymując go przez następne 200 lat. Niestety, w międzyczasie Gwadalkiwir została zamulona tak, że praktycznie nie dało się już po niej żeglować. Monopol przejął położony nad Atlantykiem Kadyks, a Sewilla zaczęła podupadać. Ogromnym ciosem dla miasta była wielka plaga Czarnej Śmierci: w połowie XVII wieku wskutek dżumy wymarło tutaj ponad 100 tysięcy ludzi – połowa mieszkańców Sewilli. A jednak miasto przetrwało. Być może pomógł w tym barok: to właśnie w tym czasie tworzył w Sewilli jej najsłynniejszy malarz Bartolomé Esteban Murillo. Warto też wspomnieć, że z miastem tym związani byli również inni znani malarze hiszpańscy, jak np. Francisco de Zurbarán i Diego Velázquez. Wygląda na to, że bardziej pamiętano o tej bardziej żywotnej – kolorowej i egzotycznej – stronie Sewilli, skoro najwięksi twórcy oper właśnie tutaj umieścili akcję swoich dzieł: Mozart („Wesele Figara”

i „Don Giovanni”), Rossini („Cyrulik Sewilski”), czy wreszcie Bizet ze swoją przebojową „Carmen”.

       Sewilla to kwintesencja hiszpańskości. Jest w niej wszystko, co w tym kraju najlepsze: niepowtarzalny miks kulturowy i niesłychana żywotność, unikalna architektura i przywiązanie do sztuki, feeria kolorów, spontaniczność

i serdeczność mieszkańców…

Jest taka, jak w słowach pewnego Hiszpana, który tak wypowiedział się o swoim kraju: „dzisiejsza Hiszpania jest wielobarwna jak malarstwo Eduarda Arroyo, jak kino Almodovara: tradycyjna i nowoczesna, entuzjastyczna i zahartowana w bojach, gościnna

i otwarta, pracowita i wesoła, poważna i uprzejma.” Dokładnie to samo można powiedzieć o Sewilli.
Doświadczenie tego miasta to intensywny, a jednocześnie słodki atak na twoje zmysły: czy będzie to ognista pasja tancerzy flamenco, przepyszność najlepszych na świecie tapas, czy architektoniczne cuda przejawiające się w monumentalnej gotyckości sewilskiej Katedry lub w eklektycznej harmonii stylu mudéjar Królewskiego Alkazar – misternego dzieła islamskich artystów. Co prawda „atak” ten nie będzie słodki, jeśli wybierzesz się tutaj na walkę z bykami – a warto wiedzieć, że Sewilla stanowi centrum korridy, mającej w Hiszpanii aż 900-letnią tradycję (nic więc dziwnego, że jej przeciwnicy mają trudności z wyrugowaniem tego brutalnego widowiska). Jeśli chodzi o mnie, to zdecydowanie bardziej wolałem poddać się urokowi flamenco, tym bardziej, że – jak głosi fama – najlepsi tancerze i najlepsze tancerki są właśnie tutaj, w Sewilli, gdzie najprawdopodobniej narodził się ten styl, wywodzący się z kultury andaluzyjskich Romów i ubarwiony arabską nutą. Muszę też dodać, że nikt tak dobrze nie opanował sztuki świętowania, jak sewilczycy, co widoczne jest zwłaszcza podczas corocznych festiwali odbywających się w andaluzyjskiej stolicy na wiosnę: Semana Santa i Feria de Abril.
Pisząc o Sewilli nie sposób nie wspomnieć też o wszędobylskich tutaj drzewkach pomarańczowych (same pomarańcze są wprawdzie gorzkie, ale wyrabia się z nich, cieszący się wielkim wzięciem u koneserów oryginalnych smaków, dżem), jak również o jakarandach – drzewach pięknie przystrojonych niebiesko-fioletowym kwieciem. Obdarzają nas one nie tylko przyjemnym zapachem, ale

i dostarczają cienia, który zwłaszcza w miesiącach letnich jest tu wielce pożądany ze względu na panujące wówczas w Sewilli upały (nie bez kozery niektórzy nazywają to miasto „patelnią Andaluzji”). Dlatego najlepiej jest przyjechać tutaj w kwietniu lub maju, ewentualnie w październiku – wtedy temperatury są bardziej znośne, a i tłumy turystów znacznie rzadsze. Tak czy owak, prawdziwym szczęściem są odwiedziny Sewilli – i to bez względu na porę roku.

PLAC  HISZPAŃSKI

      Autorzy przewodnika Lonely Planet określili Plac Hiszpański mianem „bombastyczny”. Coś w tym jest, ale przecież wszystkie wielkie budowle mają coś z architektonicznej „pompy”, bedąc dziełem architektów z niepohamowaną ambicją. Pisząc to wszystko muszę się przyznać, że Plaza de España była pierwszym miejscem, do którego skierowałem się po przybyciu do Sewilli. Nie był to przypadek, bo pogoda była wtedy naprawdę dobra i zapowiadał się piękny zachód słońca. A wiedziałem, że tzw. „złota godzina” spędzona na Placu Hiszpańskim z aparatem do robienia zdjęć, może zapewnić całkiem niezłą sesję fotograficzną. I tak się chyba stało – można to zresztą sprawdzić w załączonych do tego wpisu zdjęciach. Gdyż, co by nie powiedzieć o bezwstydnym eklektyzmie architektury Placu Hiszpańskiego (połączenie stylów neo-baorkowego, neo-renesnsowego z elementami neo-mudéjar), jest to miejsce bardzo fotogeniczne. Nic dziwnego, że cieszy się ono wielką popularnością wśród turystów, zwłaszcza że w pobliżu znajduje się wspaniały Park Marii Luizy, który również przyciąga gości.
Rzeczywiście, imponujące, umiejscowione koncentrycznie budowle z pomarańczowo-czerwonej cegły oraz malowanych ręcznie płytek ceramicznych azulejos, robią wielkie wrażenie, z jakiegokolwiek miejsca placu byśmy nie patrzyli, choć jego symetria najlepiej jest widoczna ze środka „cięciwy” łączącej końce łuku, jaki tworzą budynki. To na tych końcach właśnie znajdują się wieże wzorowane na Giraldzie – co zresztą wzbudziło kontrowersje, gdyż obawiano się, że będą one konkurencją dla ikonicznej wieży sewilskiej Katedry. Budynki placu znajdują się na planie półkola, wzdłuż którego wykopano kanał. Wraz ze znajdującymi się na nim mostkami przypomina on nieco Wenecję, choć zamiast gondoli pływają po nim miniaturowe łódki. Naprawdę ładnie prezentują się wyłożone płytkami azulejos alkowy – każda z nich poświęcona jest jednej z 48 hiszpańskich prowincji, nawiązując do ich tradycji, kultury

i historii. Cały kompleks wybudowano nie tak dawno, bo w 1929 roku, a okazją była organizowana wówczas w Sewilli Wystawa Iberoamerykańska. Wszyscy przewodnicy opowiadający o Placu Hiszpańskim mówią o tym, że były tutaj kręcone sceny

z  „Gwiezdnych wojen” – niektórzy wspominają też o filmie „Lawrence z Arabii” – ale nie jestem pewien, czy stanowi to dla tego miejsca jakąkolwiek nobilitację.

Plac Hiszpański

Plac Hiszpański

Plac Hiszpański

Plac Hiszpański

KRÓLEWSKI ALKAZAR

       Wielki musiał być podziw królów chrześcijańskich dla architektury i sztuki mauretańskiej, skoro nawet po rekonkwiście budowali swoje pałace na wzór rezydencji władców arabskich. Wielu z odwiedzających dzisiaj Królewski Alkazar w Sewilli (Reales Alcázares de Sevilla) dziwi się dowiadując, że prawie nic z tego co widzą nie pochodzi z czasów arabskich, a zostało wybudowane dopiero po odbiciu miasta z rąk muzułmanów.
Oczywiście w miejscu tym – i to co najmniej od początku X wieku – znajdował się alcázar, czyli ufortyfikowana siedziba władców kalifatów Al-Andalus (notabene nazwa alcázar wywodzi się z arabskiego słowa al-qaṣr oznaczającego „zamek” lub „pałac”), lecz po zdobyciu Sewilli przez Kastylijczyków został on zburzony, a na jego miejscu, przez następne stulecia, swoje rezydencje budowali władcy katoliccy. Prawdę mówiąc, to można się pogubić zapoznając się z historią Alkazaru – tak często był on przebudowywany, zarówno przez władców arabskich, jak i chrześcijańskich. Największe wrażenie obecnie robi jednak to, co zbudował Piotr I Okrutny (Pedro I el Cruel), król Kastylii

i Leónu, który do tego celu sprowadził do Sewilli

w latach 60. XIV wieku murarzy, rzemieślników

i artystów arabskich. Sprzyjała temu jego znajomość

z rezydującym wówczas w Grenadzie sułtanem Muhammadem V, który chyba najbardziej przyczynił się do świetności słynnej Alhambry. Dzięki temu Pałac Piotra I uznawany jest za szczytowe osiągnięcie stylu mudéjar będącego połączeniem elementów islamskich i chrześcijańskich, ze zdecydowaną dominacją tych pierwszych. Bez wątpienia najpiękniejszą komnatą tego pałacu jest Sala Ambasadorów (Salón de Embajadores), ze wspaniałym sufitem i fantastycznie udekorowanymi ścianami oraz łukami. Można stąd przejść na Dziedziniec Panien (Patio de las Doncellas)

– wewnętrzny, otoczony promenadą plac z małym stawem i kwietnikami. Ciekawostka jest to, że patio to przez prawie pół tysiąca lat było zasypane i pokryte marmurowymi płytami, które usunięto dopiero

z początkiem XXI wieku.
Tak naprawdę Królewski Alkazar jest konglomeratem kilku pałaców budowanych w różnych czasie i w różnych stylach: od wspomnianego już eklektycznego w swojej istocie mudéjar, po gotycki, romański a nawet barokowy. Jednak całość zdominowana jest przez architekturę i sztukę mauretańską, co zresztą odzwierciedlone jest w nazwie kompleksu.
Możliwe jest również zwiedzanie królewskich komnat, które znajdują się wyższych piętrach Alkazaru. Do dzisiaj mogą się w nich kwaterować członkowie hiszpańskiej rodziny królewskiej, kiedy tylko odwiedzają Sewillę.
Od natłoku turystów i intensywności estetycznych wrażeń można się schronić w przypałacowych ogrodach, choć i tam nie brakuje malowniczych zakątków, które zwracają naszą uwagę.

KATEDRA

       Katedra Najświętszej Marii Panny w Sewilli (La Catedral de Santa María de la Sede de Sevilla) to największy gotycki kościół na świecie. Powstała w XV wieku na miejscu meczetu zbudowanego 300 lat wcześniej przez kalifa z dynastii Almohadów. Jej projektantom przyświecało motto: „Wzniesiemy świątynię tak wielką, że ci którzy ujrzą ją ukończoną uznają nas za szaleńców”. Jednak w tym szaleństwie musiała być metoda, skoro w sto lat po podjęciu decyzji w 1401 roku budowę Katedry uznano za ukończoną. 

A jednak przez następne stulecia modyfikowano ją

i wzbogacano – stosując wiele stylów architektonicznych i dodając różne elementy – dzięki czemu jest to obecnie jedna z najwspanialszych świątyń katolickich na świecie.

20

Królewski Alkazar 

10

Królewski Alkazar – sufit Sali Ambasadorów

6

Królewski Alkazar 

1

Królewski Alkazar 

Imponują nie tylko rozmiary Katedry (zbudowana została na planie prostokąta o wymiarach 116 na 76 m) ale i artystyczny kunszt wykonania znajdujących się w niej ołtarzy, kaplic, naw, kolumn, sklepień, kopuł, reliefów, stal, mozaik, ornamentów, rzeźb i obrazów (można tu zobaczyć dzieła m.in. Goi, Zurbarána, Murilla…). W kaplicy królewskiej (Capilla Mayor) znajduje się największy – i chyba też najbardziej misterny – kapiący od złotej polichromii ołtarz na świecie. Retabulum to robi wielkie wrażenie, ale z drugiej strony jest mało czytelne, zwłaszcza, że nie można go podziwiać z bliska. Ponad 80 laty trwało rzeźbienie 45 scen biblijnych dotyczących życia Jezusa Chrystusa, a ich drobiazgowość jest zdumiewająca.
W Katedrze znajdują się groby średniowiecznych królów kastylijskich (m.in. Ferdynanda III Świętego i Piotra I Okrutnego), ale największym zainteresowaniem zwiedzających kościół cieszy się sarkofag, w którym złożono doczesne szczątki Krzysztofa Kolumba. Jego kości przenoszono w ciągu wieków z miejsca na miejsce, aż wreszcie trafiły one do Sewilli, która najbardziej chyba wzbogaciła się dzięki jego „odkryciu” Ameryki w 1942 roku. (Wypada tu dodać, że badania DNA potwierdziły ostatecznie to, że w sewilskiej Katedrze spoczywają prochy samego Kolumba.)
Oczywiście jest jeszcze emblematyczna dla Sewilli La Giralda, wysoka na ponad 100 m przykościelna wieża, która w czasach kalifatu była minaretem. Później zamieniono ją na dzwonnicę, dzięki czemu stanowi obecnie doskonałe połączenie architektury mauretańskiej z elementami gotyku, renesansu i baroku. Na Giraldę warto się wspiąć, by ze znajdującego się na jej szczycie tarasu widokowego rzucić z góry okiem na Sewillę, z jej gęstą zabudową w pastelowych kolorach. Można też stamtąd zobaczyć dach Katedry z jego sterczynami i łukami, jak również Dziedziniec Drzewek Pomarańczowych (Patio de los Naranjos), w który zamieniono główny plac dawnego meczetu.

Sewilla, Hiszpania, fot. Stanislaw Blaszczyna 2
katedra-w-sewilli-fot.-stanislaw-blaszczyna-13

Gotycka katedra w Sewilli z barokowymi organami

Sewilla, Hiszpania, fot. Stanislaw Blaszczyna 3
katedra-w-sewilli-fot.-stanislaw-blaszczyna-5

MUZEUM SZTUK PIĘKNYCH

       Muzeum Sztuk Pięknych w Sewilli (Museo de Bellas Artes de Sevilla) szczyci się największą – po Prado – kolekcją malarstwa hiszpańskiego. Utworzone zostało w 1835 roku w pochodzącym z XVI w. klasztorze (Convento de la Merced Calzada). Sam kompleks posiada ciekawą architekturę – w tym trzy urocze patia i krużganki, wnętrza przyklasztornego kościoła, ozdobne sufity i klatki schodowe, ale oczywiście najcenniejsze są tutaj obrazy największych malarzy hiszpańskich, w tym związanych z Sewillą Murilla

i Zurbarána – głównych reprezentantów sewilskiego Złotego Wieku, za jaki – mimo plag i podupadłości nękających w tamtym czasie miasto – uważa się wiek XVII. Jest to najliczniej reprezentowany okres w muzealnych zbiorach, choć są tutaj również obrazy z innych okresów, począwszy od wieku XVI, a na początku wieku XX skończywszy. Spotkałem się z utyskiwaniami, że tematyka religijna, jaką podejmowali twórcy większości znajdujących się w muzeum obrazów, dość szybko zaczyna nużyć swoją monotonią, a jednak według mnie są wśród nich arcydzieła, obok których nie sposób przejść obojętnie. Poza tym, jest tu również ciekawy zbiór obrazów niereligijnych, ukazujących sceny rodzajowe z życia mieszkańców Andaluzji – w całym swoim egzotycznym kolorycie.  ■  

/ psychologia  wychowanie

   maj/czerwiec'25 (25)

grzeczne dziecko

Nieszczęśliwe

grzeczne

dziecko

KATARZYNA FRUŻYŃSKA 

„Grzeczne”, „ułożone”, „udane” dziecko; „zgodny”, „miły” człowiek – mówimy nieraz o kimś z aprobatą. Ale czy zawsze są to pozytywne określenia o tej osobie? Terapeuci twierdzą, że niekoniecznie...

Alice Miller, terapeutka i autorka książki Dramat udanego dziecka, pisze o specyficznym dostosowaniu, jakiego możemy doświadczać w dzieciństwie, gdy nasze potrzeby są ignorowane. Jeśli złość dziecka nie spotyka się ze zrozumieniem (np. opiekunowie zostawiają je, aby się wypłakało) albo rodzice reagują złością i odrzucają „niegrzeczne” dziecko (mówiąc na przykład: „nie możesz się złościć”), odbierają mu w ten sposób potrzebną w trudnych emocjach opiekę i zrozumienie. Może to doprowadzić do nadmiernego przystosowania się dziecka i wyparcia jego potrzeb. Skoro rodzic złości się lub nie zauważa płaczu dziecka, stara się ono ten płacz powstrzymać, aby dostać więcej uwagi i akceptacji rodzica.

Skąd się biorą grzeczne dzieci?
Dla jasności: zrozumienie trudnych uczuć to nie to samo co zaakceptowanie trudnego zachowania: mogę rozumieć, że kilkulatek złości się i uderza w poduszkę, ale nie będę akceptować bicia innych ludzi. Mogę odzwierciedlić jego emocje „rozumiem, że się złościsz, ale nie pozwalam ci bić siostry”. Będzie to bardziej wspierające dla dziecka zachowanie niż krzyk „natychmiast się uspokój!” (od krzyku jeszcze chyba nikt się nie uspokoił) albo mówienie „nie płacz, bo sobie pójdę”.
Dziecko może zrozumieć wagę emocji i używać ich jako sygnał swoich potrzeb, pod warunkiem że w jego otoczeniu jest osoba, która je akceptuje i pomaga nazwać. Skoro dziecko, aby uzyskać uwagę rodziców, musi hamować swoje potrzeby, może to powodować wyparcie własnych potrzeb, odcinanie emocji („nic mi nie jest, poradzę sobie, muszę się uspokoić”). W końcu wykształca w sobie postawę, dzięki której na zewnątrz pokazuje tylko to, czego się od niego oczekuje, i w końcu całkowicie się z tym stapia, tracąc żywotność i dostęp do prawdziwych emocji („nie sprawiam problemów i radzę sobie”).
 
Dopasowane do oczekiwań innych
Gdy tłumimy emocje i naturalną ciekawość dziecka („cicho, tak po prostu jest i koniec, pewnych pytań się nie zadaje”), dziecko może też utracić naturalną chęć do uczenia się i czasem trudno to zmienić na etapie szkoły, gdy szukamy korepetycji w odpowiedzi na trudności w szkole. Może się też zdarzyć, że „grzeczne dzieci” uczą się wszystkiego i mają poprawne zachowanie, ale mogą mieć trudności w znalezieniu tego, co je naprawdę interesuje, wybierając poprawne i bezpieczne zawody, od lat pielęgnowane w rodzinie.
Paradoksalnie, dzieci uczone dopasowania mogą wykształcić w sobie szczególną wrażliwość, dzięki której rozpoznają potrzeby innych i w dorosłości wybierają często profesje związane z pomocą i rozumieniem potrzeb innych ludzi, np. zawód psychologa czy terapeuty. Nauczyły się odsuwania swoich emocji, ale bardzo dobrze umieją rozpoznawać emocje innych, bo od tego w dzieciństwie zależało ich poczucie bezpieczeństwa i komfortu.
Niedopuszczanie do siebie prawdziwych uczuć może prowadzić też w dorosłym życiu do szukania sobie nieustannych zajęć, by nie myśleć o tym, czego nam brakuje, oraz do działań zastępczych (nałogów, dążenia do akceptacji grup, które przyniosą poczucie bycia widzianym, jakiego nie mieliśmy od rodziców).

blad wychowawczy?

Grzeczni dorośli
Czasem w czasie terapii lub świadomego, dojrzałego życia możemy dojść do konstruktywnej zmiany mechanizmów

z dzieciństwa. Uczymy się, że wolno nam wyrażać złość i „nikt od tego nie umiera”, że możemy być smutni lub bezradni, bać się

i jednocześnie nie martwić się tym, że wyprowadzi to kogoś z równowagi. Możemy szukać różnego sposobu zaspokajania naszych pragnień, dopóki nie rani to innych osób. Wiemy, czego chcemy, a czego nie oraz że sami jesteśmy odpowiedzialni za zaspokajanie swoich potrzeb. A gdy nasze działanie kogoś zasmuca, nawet gdy nasze intencje były dobre, to wiemy, że każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoje emocje. Jeśli 

decydujemy, że nie organizujemy jak co roku świąt dla piętnastu osób z rodziny, bo chcemy odpocząć tylko z najbliższymi i mamy przecież do tego prawo, to pozostała część rodziny będzie musiała jakoś sobie z tym smutkiem poradzić.

Tym, co pomaga „grzecznemu dorosłemu dziecku” wejść dojrzale w świat, jest świadomie przeżyty żal, że nasi rodzice starali się, jak mogli, ale być może nie dali nam w pełni tego, czego potrzebowaliśmy – empatii i pełnego zrozumienia.
To, co możemy dać sobie, to w pierwszej kolejności akceptacja własnych potrzeb. Często zdarza się, że ponownie przeżywamy własne dzieciństwo, gdy sami stajemy się rodzicami, bo znów stajemy przed mieszanką intensywnych emocji, jakie przeżywa nasze dziecko

i znowu musimy się do nich odnieść i jakoś je pomieścić: czy wolno nam wyrażać złość? Jak na nią reagujemy w naszej rodzinie? Czy wolno zadawać niewygodne pytania? Czasem starsze dzieci krytykują też nasze podejście do różnych spraw, norm, które staramy się wpoić, więc jest to również czas skonfrontowania się z naszymi wartościami („dlaczego spotykasz się z ciocią, skoro mówisz, że cię denerwuje?”).
Prawdziwa miłość do siebie i innych jest możliwa, gdy uznamy nasze słabości i ograniczenia, zobaczymy prawdę o samych sobie

(i staraniach naszych rodziców). Jeśli nasza tożsamość i poczucie wartości są zbudowane na poczuciu dumy z „udanego dziecka”, niebezpiecznie blisko nich może znajdować się wstyd i obawa, że nie spełnimy wyśrubowanych i często nierealnych oczekiwań od innych lub od siebie samego. Jeśli nasze poczucie wartości jest zbudowanie na osiągnięciach i sile „radzenia sobie”, możemy wręcz pogardzać słabością i bezbronnością, nie widzieć jej tak, jak my nie byliśmy widziani jako dzieci zależne od relacji z innymi.
 
Rewizja życia
Dorośli wychowani jako „grzeczne” i „ułożone” dzieci, które chcą spełniać oczekiwania innych, mogą przeżywać frustrację niespełnienia i braku życia w prawdzie ze sobą w kolejnych latach życia. Czasami dopiero późno w dorosłym życiu takie osoby mogą zadawać sobie pytania: „czego naprawdę chcę?”, „Czy pozwalam sobie na okazywanie uczuć?”, „Czy umiem prosić o rzeczy, które są dla mnie ważne?”. Dopiero jako dorośli dają sobie prawo do zmiany zdania, popełniania błędów, bycia zmęczonym czy zależnym od innych, zauważania swoich potrzeb, do mówienia wprost „nie wiem”, „nie chcę”, „nie interesuje mnie to”, „mam inne zdanie niż ty”. Czasami po przeżyciu żalu za straconą autentycznością zmieniają ścieżkę zawodową, znajdują nową pasję w życiu albo rewidują znajomości i zaczynają zaskakiwać otoczenie swoją bezpośredniością. Jeśli masz w swoim otoczeniu takie „grzeczne dziecko”, możesz mu pomóc, uznając jego potrzeby: „widzę twój smutek i złość, twoje radości i nadzieje, nawet gdy jest to dla mnie trudne, widzę cię takim, jakim jesteś”.


„Żyłem w szklanym domu, do którego moja matka mogła w każdej chwili zajrzeć. W domu ze szkła nie można niczego ukryć, nie zdradzając się z tym natychmiast. Jedyny pewny schowek jest pod podłogą. Ale wówczas samemu również się tego nie widzi”
Alice Miller, Dramat udanego dziecka
(early stage)

SAVOIR-VIVRE       maj/czerwiec'25 (25)

Dobre maniery u najmłodszych 

Od czego zacząć naukę dobrych manier w trzech krokach?

  • Prezentować dobry przykład swoim zachowaniem.

  • Wprowadzać magiczne słowa: proszę, dziękuję, przepraszam oraz powitania i pożegnania: dzień dobry, do widzenia.

  • ​Praktykować w codziennych sytuacjach i zabawie – utrwalać kulturalne zachowania na co dzień.

 

Co robić, aby nauczyć dziecko dobrych manier?

Dawanie dobrego przykładu swoim zachowaniem – to, że dzieci są „chłonne jak gąbka” i przyswajają wiedzę bardzo szybko wiemy nie od dziś. Pamiętajmy zatem, że jako dorośli jesteśmy w pełni odpowiedzialni za nawyki i zachowania, które uznają za właściwe. Bez odpowiedniego przykładu nauka nie przyniesie efektów.

Nauka w codziennych sytuacjach – do nauki zasad savoir-vivre’u warto wykorzystywać sytuacje i okoliczności z codziennego życia (dziękowanie za prezent urodzinowy, przepraszanie za niewłaściwe zachowanie, proszenie o pomoc, kiedy dziecko takowej potrzebuje). Nauka dobrych manier powinna być naturalnym procesem, który rozwija się wraz z dzieckiem.

Utrwalanie z dzieckiem tego, czego się już nauczyło przez praktyczne działanie – efektem końcowym tego procesu jest uznanie przez dziecko pewnych zachowań jako normalne i stosowanie ich w sposób naturalny na co dzień.

Nauka przez zabawę – to najszybsza i najskuteczniejsza metoda przyswajania wiedzy. Zabawa sprawia, że dzieci nie zdają sobie sprawy, że czegoś się uczą.

Motywowanie i zachęcanie do działania – wiara w dziecko, dodawanie mu odwagi i kibicowanie to najlepsze motywatory, które może dać osoba dorosła.

Pozytywne reagowanie na zachowania właściwe – docenianie dziecka i efektów jego starań jest dla niego bardzo ważne. Nie zapominajmy, że jako dorośli jesteśmy dla dziecka największymi autorytetami, a uzyskanie aprobaty od autorytetu wiele znaczy.

Dawanie luzu i wyrozumiałość do popełnionych błędów – bycie kulturalnym nie może pozbawiać dziecka jego indywidualności,

a nawet buntowniczej natury. Ponadto każdy ma prawo popełnić faux-pas (jakże często i nam dorosłym zdarzają się takie sytuacje) – w takich momentach bądźmy tymi, którzy wskażą właściwy kierunek, ale bez oceniania czy krytykowania. Nic nie działa bardziej demotywująco niż nieustanna krytyka.

Bycie zdeterminowanym, cierpliwym i wyrozumiałym – każda nauka to proces, którego owoce zbieramy po czasie. Nie inaczej jest

i tutaj. Nauka dobrych manier jest rozłożona w czasie i nie unikniemy błędów, dlatego potrzeba dużo cierpliwości i wyrozumiałości ze strony dorosłych.

 

Czego nie robić?

- Powstrzymajmy się od komentowania zachowania dziecka w obecności innych – wszelkie uwagi kierujmy do dziecka na osobności, dzięki czemu unikniemy zawstydzania go.

- Starajmy się nie pouczać i nie krytykować, gdyż może to przynieść odwrotny skutek.

- Nie porównujmy dziecka z innymi – pamiętajmy, że każde dziecko rozwija się inaczej i jest indywidualnością.

- Unikajmy przesadnego karcenia dziecka za niewłaściwe zachowanie – zwrócenie uwagi jest ok, ale nadmierne karanie może wzbudzić w dziecku lęki.

10 prostych zasad kulturalnego zachowania dla dzieci, które można wcielić w życie od razu.

  1.  Nie używaj brzydkich słów, zawsze sprzątaj po sobie, nie wypluwaj gumy do żucia na chodnik lub nie przyklejaj jej do mebli.

 2.   Podczas jedzenia siedź prosto, jedz wolno, małymi kęsami, nie wybrzydzaj oraz nie mlaszcz.

 3.   Wyłącz telefon komórkowy przed wejściem do kościoła, kina czy teatru.

 4.   Nie plotkuj i nie mów o nieobecnych tego, czego nie powtórzyłbyś w ich obecności.

 5.  Nie przerywaj wypowiedzi innym – czekaj na swoją kolej.

 6.   Podczas rozmowy patrz na rozmówcę uważnie słuchając i zadając pytania. Zanim odpowiesz, pomyśl.

 7.   Dbaj o czystość (swoją higienę) i zwracaj uwagę na swój ubiór – ubranie powinno być czyste, niezniszczone oraz dostosowane do pogody i okoliczności. Inaczej ubieramy się do teatru, na szkolną uroczystość, wydarzenia rodzinne czy idąc na plac zabaw lub do przyjaciół.

  8.   Nie zapominaj o magicznych słowach: proszę, dziękuję, przepraszam.

  9.   Kiedy się z kimś witasz, wyjmij ręce z kieszeni.

10.   Nie mijaj znajomej osoby bez powitania – spotykając osoby dorosłe, które znasz przywitaj słowami: dzień dobry, dobry wieczór, natomiast rówieśnikom i osobom bliskim powiedz: cześć.

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page