top of page
Ala ma niebieskiego kota

   marzec/kwiecień  / 2'25  (24) 

Wild Flowers

SPIS TREŚCI 

pakamera.polonia / marzec/kwiecień '25 (24)

 

świat, ludzie, obyczaje

 

Prawie jednym zdaniem...   (kobieta)

Wielkanocne zwyczaje ze świata   (ludzie i obyczaje)   Tomasz Muszyński 

Polonijny kalejdoskop (wspominamy...)

                   Ludzie umierają...    Dariusz Lachowski

Gorset - jego krótka historia   (historia)     Agata Dobosz

Wiara, szkiełko  i czucie...   (reportaż)    Iza Klementowska

Pingwin równikowy z gorących  wysp Galapagos   (Ziemia)  (az)

​               

​​kultura 

Płytą "Mayhem" Lady Gaga wraca do źródeł    (muzyka)   Anna Konieczyńska 

Mira Skoczek-Wojnicka - kobieta malująca kobiety   (sztuka)   Dorota Pietrzyk

5 ciekawostek o... Hannie Rudzkiej-Cybis   (sztuka)    Katarzyna Łomnicka 

Konceptualna kompozycja    (sztuka)    Voytek Glinkowski

Gdy studenci aktorstwa odmawiają pracy nad Szekspirem, bo przemocowy...   (teatr)     Agata Całkowska/Jacek Sieradzki

Tilda Swinton gwiazdą  Malta Festivalu    (teatr)   Justyna Grochal

Drań Witkacy na nas patrzy    (teatr)    Andrzej Dziuk, Stefan Okołowicz

Kantor, pionier mindfulness. Krystyna Zachwatowicz-Wajda: Był absolutnie genialny.   (teatr)   Jędrzej Słodkowski

Spódnica ze wszystkich kwiatów świata     (poezja Papuszy)

Papusza - pierwsza romska poetka  (literatura/portrety)   Zofia Fabjanowska   

Olga Tokarczuk doktorem honoris causa paryskiej Sorbony    Polska Agencja Prasowa

​Zapomniane przez Noego (literatura/opowiadanie)     Voytek Glinkowski

Ucieczka od betonozy   (rozmowy/architektura)  Mateusz Demski / Victor Kossakovsky

Belvedere w Louisville / Kentucky. Bryła projektu Heatherwick Studio ożywi zaniedbaną przestrzeń  (architektura)

inspiracje 

Kanion Antylopy   (podróże/wędrówki po Ameryce)    Stanisław Błaszczyna

Poznaj zasady savoir-vivre w biznesie - kompendium wiedzy  

Muzyka terapeutyczna dla wcześniaka  (wychowanie)   Izabela Noakowska-Teofilak   

Co jadała Bona Sforza?   (wokół stołu)    Maria Procner

Haft - hobby nie tylko dla kobiet     Dorota Pietrzyk

okładka: "Kobieta"; olej; Mira Skoczek-Wojnicka

Spis treści 2 (24)

prawie jednym zdaniem...

marzec/kwiecień 2025

KOBIETA

Po raz pierwszy w historii polskiego teatru kobiety pojawiły się na scenie podczas gościnnych występów włoskich zespołów operowych na dworze Władysława IV (1595-1648).

​Wiedza kosmetyczna, poddająca się często panującej modzie swoje triumfy głosiła już w starożytnym Egipcie, gdzie panie przed wyjściem na ucztę dekorowały głowy grudami pachnącego tłuszczu. Pod wpływem ciepła ich ciała tłuszcz topił się i spływał pod włosach na suknie...

W starożytnej Grecji kobiety, które chciały zajmować się medycyną, nie miały łatwego życia. Wystarczy powiedzieć, że do legendarnej szkoły Hipokratesa zlokalizowanej na wyspie Kos dostęp mieli tylko mężczyźni. Kobiety mogły uczyć się położnictwa tylko w Azji Mniejszej.

Po śmierci Hipokratesa sytuacja jeszcze się pogorszyła. Wszelkie praktyki medyczne, których podejmowały się kobiety, były karane śmiercią. Powód? Zrodziło się przekonanie, że położne specjalizują się w aborcjach.

Epoka Cycerona kojarzy się ze szczytowymi osiągnięciami epoki antycznej, jednak nie każdy mógł cieszyć się sukcesami.

Dla Rzymian kobieta była, mówiąc krótko, maszyną do rodzenia dzieci. Podczas pierwszych dziesięciu lat pożycia małżeńskiego statystyczna niewiasta rodziła średnio pięcioro dzieci.

Poza tym ówcześni medycy wierzyli, że kobieta jako istota słabsza od mężczyzny potrzebuje znacznie mniej pożywienia. Wystarczy tylko przypomnieć, że słynna polityka rozdawnictwa darmowego zboża obejmowała wyłącznie mężczyzn. Jeśli kobiety były nawet objęte innymi „programami” socjalnymi, z reguły otrzymywały racje pomniejszone nawet o 40%.

Osoby homoseksualne nigdy nie miały łatwego życia. Przekonywali się o tym nie tylko mężczyźni, ale również kobiety. W XVI wieku niemal nikt nie miał wątpliwości, że miłość między dwiema kobietami powinna być karana tak samo, jak kontakty seksualne pomiędzy dwoma mężczyznami… czyli śmiercią.

Przekonała się o tym Katherina Hetzedolfer, która została oskarżona o to, że uprawiała seks z kilkoma innymi kobietami. Według zeznań samej oskarżonej korzystała ona tylko ze sztucznego penisa, który był niczym innym, jak kawałkiem czerwonej skóry wypychanym bawełną i usztywnionym patykiem. Katherine została jednak pogrążona przez zeznania kobiet, które twierdziły, że oskarżona próbowała „uwieść je, udając mężczyznę”. Sąd nie miał wątpliwości i wymierzył najwyższy wymiar kary – śmierć przez utopienie.

Miłość lesbijska była obecna również w klasztorach. Włoska zakonnica Benedetta Carlini uwiodła inna mniszkę, wmawiając jej, że jest aniołem, a wszystko co robi, jest zatwierdzone przez samego Boga. Podobnie jak w przypadku Hetzedolfer, cała sprawa wyszła na jaw. Po szybkim „procesie” siostra usłyszała wyrok: Carlini spędziła 35 lat w odosobnieniu.

Kobiety dużo mówią. Wypowiadają około 8000 słów dziennie, podczas gdy facet wypowiada średnio do 3000 słów dziennie. Do tego kobiety wykonują około 10 000 gestów niewerbalnych w ciągu doby. Faceci zadowalają się połową tego, co gestykulują kobiety.

Kobiety mają dobrze rozwinięte widzenie peryferyjne. U mężczyzn rozwija się widzenie centralne.

Kobiety płaczą średnio 30 do 64 razy w roku, mężczyźni tylko 6-17 razy.

wielkanocne jajka

/ ludzie i obyczaje 

marzec/kwiecień '25 (24)

Wielkanocne zwyczaje ze świata 

TOMASZ MUSZYŃSKI 

Brutalne, dziwne, fascynujące, niesamowite, szokujące, a nawet obrzydliwe. Okazuje się, że okres Wielkanocy to nie tylko Niedziela Palmowa, Droga Krzyżowa w Koloseum, śmigus-dyngus, pisanki i cukrowe baranki. Święto to obchodzone jest na wiele wyjątkowych sposobów. Niektórzy smagają nogi kobiet wierzbowymi witkami, inni symbolicznie krzyżują ochotników. Palone są ogniska, które mają odstraszyć wiedźmy. Są takie miejsca, gdzie na Wielkanoc wyrzuca się garnki przez okno, a jajka maluje tylko na czerwono. Jedni urządzają „pogrzeb śledzia”, drudzy czytają kryminały. W ten świąteczny czas trzeba też być ostrożnym – w niektórych krajach można spotkać tańczącą śmierć czy chodzące po ulicach demony. Tradycje wielkanocne czasem zadziwiają...

    Pomnik ogromnej pisanki ważącej 2 tony, o długości 10 metrów, znajduje się w Vegreville (prowincja Alberta w Kanadzie). Została zbudowana z około trzech i pół tysiąca aluminiowych elementów ( gwiazdy, sześciokąty wklęsłe, okręgi i trójkąty). I nie powstała ot tak sobie - podczas projektowania opisano w matematycznej formule kształt jajka. Czyli pomnik zaprojektował komputer, przy pomocy algorytmów opracowanych przez Roberta McDermotta. Koncepcję pomnika stworzył kanadyjski artysta Paul Maxum Sembaliuk, a aluminiowe jajo pomalowano w trzech kolorach: brunatnym, srebrnym i złotym. Pomnik powstał w 1974 roku, w stulecie Kanadyjskiej Królewskiej Konnej Policji (Royal Canadian Mounted Police). Miasto Vegreville co roku w lipcu organizuje Festiwal Pisanki.

     Przed wiekami wielkanocne jaja mogły malować wyłącznie kobiety. Gdy to robiły, do pomieszczenia nie mieli wstępu mężczyźni, aby nie rzucić złego uroku na zdobione jaja.

    Wymieniając osobliwe zwyczaje, zacznijmy od Polski!

* Dawniej Niedziela Palmowa znana była jako wierzbowa – wierni przychodzili do kościoła nie z palmami, ale z gałązkami wierzby. Nie każdy też zdaje sobie sprawę z tego, że w naszym kraju tak zwaną rezurekcję jeszcze do XVIII wieku odprawiano o północy.

* Jedną z najbardziej brutalnych (współcześnie zakazanych przez Kościół) była tradycja topienia Judasza, zwana także jako wieszanie Judasza. Obrzęd zaczynano w Wielki Czwartek. W tym dniu kukłę przedstawiającą zdrajcę umieszczano na wieży kościelnej. W Wielki Piątek strącano ją z dachu świątyni, a następnie bito, kopano, rzucano w nią kamieniami i podpalano. W kulminacyjnym momencie obrządku topiono zdradzieckiego Judasza w rzece.

* W Krakowie znany był zwyczaj Rękawki, kultywowany we wtorek zaraz po Wielkiej Nocy (dawniej trzeci świąteczny dzień). Święto

to przypominało nieco Dziady i wiązało się z wiarą w to, że w tym czasie zmarli proszą o modlitwę i wypominki swoich krewnych.

Na kartach historii Rękawka zapisała się jako dzień, w którym rozdaje się ubogim resztki pokarmu z grobu Kraka (według legendy założyciela Krakowa, którego grób podobno usypano z ziemi przynoszonej w rękawach).

* Na Kujawach, ale nie tylko, kultywowano tradycję „pogrzebu żuru i śledzia” – okna i drzwi domostw mazano piaskiem, błotem lub popiołem. Tradycja ta miała pokazywać symboliczny koniec Wielkiego Postu (w tym okresie spożywano tylko żur i śledzie).

     AUSTRIA

* Eierpecken to tradycja związana z wielkanocnym śniadaniem. W Polsce możemy spotkać się z nazwą „walatka” lub „na wybitki”.

Ta zabawa-konkurs jest wciąż żywa wśród mieszkańców Wiednia. Bierze się jajka do ręki i stuka się ich czubkami. Znana jest także

w innej formie – na stole toczy się pisanki, aby się zderzyły. Ten, kto wygra zabiera jajko swojego przeciwnika.

* Po spożyciu wielkanocnego posiłku nadchodzi czas, aby podążyć za barankiem. W dosłownym tego słowa znaczeniu! Zwyczaj ten celebrowany jest w wiosce o nazwie Virgen w Tyrolu i każdego roku gromadzi rzesze ludzi, które podążają za barwnie przystrojonym zwierzęciem. Procesja biegnie uliczkami wioski i podąża do kościoła, gdzie baranek jest trzykrotnie oprowadzany wokół ołtarza (po mszy można wziąć udział w jego licytacji).

     BERMUDY

* W Wielki Piątek mieszkańcy Bermudów puszczają latawce – jest to symbol zmartwychwstałego Chrystusa.

    CYPR

* W Wielką Sobotę o północy w świątyniach gaszone są światła, a na zewnątrz kościołów rozpala się ogromne ogniska, które noszą nazwę „stosów Judasza”.

    CZECHY

* Mieszkańcy Pragi i wszyscy Czesi mają osobliwą tradycję związaną ze świętami wielkanocnymi. W okresie świątecznym symbolicznie smaga się kobiety własnoręcznie wykonanymi wierzbowymi witkami (coraz częściej kupuje się je również na jarmarkach). Wszystko to ma swój cel – według legendy wierzba to drzewo, które jako pierwsze budzi się do życia na wiosnę. Witki

z wierzby mają „przekazywać” przedstawicielkom płci pięknej płodność, witalność i młodość. Za takie smaganie kobiety wręczają mężczyznom pisanki, przekąski lub wstążki.

    DANIA

* Duńczycy piszą do siebie listy, najczęściej wierszem – znane są tam pod nazwą Gækkebrev! Podpisuje się je kropkami – a ilość kropek to ilość liter w imieniu autorki lub autora listu. Na rozwiązanie zagadki trzeba poczekać aż do wielkanocnego spotkania

z bliskimi. W świąteczny czas zaczyna się prawdziwa zabawa – wszyscy zebrani odgadują, kto do nich napisał. Ten, kto nie zgadnie, musi podarować jajko z czekolady osobie, która podarowała mu list.

    FINLANDIA

* Kiedy nadchodzi Wielka Sobota dzieci mieszkające w Finlandii Zachodniej (W Finlandii Wschodniej jest to Niedziela Palmowa,

a w niektórych regionach tego kraju czwartek przed Wielkanocą) przechodzą metamorfozę i przemieniają się w czarownice. Dziewczynki w wieku od 5 do 11 lat, które biorą udział w zabawie określa się w Skandynawii jako Påskkäringar, czyli „wielkanocne wiedźmy”. Mają miotły i wiązki z gałązek wierzby, a na ich twarzach można zobaczyć wymyślny makijaż. Chodzą od domu do domu. Jeżeli podarujesz im pisankę, czekoladę lub pieniążki, to otrzymasz dekoracyjną gałązkę, laurkę i oczywiście wielkanocne życzenia. Dodajmy jeszcze, że ta tradycja ma swoje korzenie w pewnej legendzie, która mówi o tym, że wiedźmy przyleciały do Skandynawii (do Blocksbergu) przed świętami Wielkiej Nocy, aby spotkać się tam na ucztę z samym diabłem. W Wielką Niedzielę rozpala się tu ogniska, aby je odstraszyć!

    FRANCJA

* We Francji wielkanocne czekoladki dostarczane są dzieciom nie przez Wielkanocnego Króliczka, ale uskrzydlone dzwony wielkanocne. Według tradycji już w Wielki Czwartek we francuskich miastach, miasteczkach i wsiach zapada cisza. Dzień później,

w Wielki Piątek, dzwonom wyrastają skrzydła i lecą one aż do Watykanu, aby tam zanieść smutek od każdej osoby opłakującej ukrzyżowanie Chrystusa i prosić o błogosławieństwo. Wracają do Francji z jajkami i czekoladkami, które podarują grzecznym dzieciom. W Poniedziałek Wielkanocy rozsypują je nad ogródkami i domami, aby najmłodsi mogli je znaleźć.

* Każdy, kto pojawi się w miasteczku o nazwie Haux w Poniedziałek Wielkanocny, ten będzie mógł obejrzeć jedyne w swoim rodzaju widowisko – przygotowuje się tutaj gigantycznych rozmiarów omlet. Do jego przyrządzenia zużywa się kilka tysięcy jaj. Co roku zjada go około 1000 osób. Tradycja ta wywodzi się z czasów Napoleona, kiedy to słynny dowódca wojskowy zatrzymał się ze swoją armią właśnie w tym mieście i miał rozsmakować się w lokalnym omlecie.

wielkanocne jajka

    GRECJA

* Mieszkańcy greckiej wyspy Korfu Wielką Sobotę zaczynają od rzutu pulą. O co chodzi? Wyrzuca się z okien wyroby garncarskie – mogą być to garnki czy patelnie lub inne naczynia z gliny. W tej tradycji niektórzy widzą po prostu pozbywanie się starych przedmiotów, a inni odczytują to jako rytuał przywitania wiosny. Szczególne znaczenie przypisuje się rzucaniu doniczkami, które mają symbolizować nowe uprawy.

* Wielkanocne jajka w Grecji mają kolor czerwony. Barwa ta to symbol życia i krwi Chrystusa. To również przesłanie mówiące o zwycięstwie nad śmiercią.

    GWATEMALA (Antigua)

* Ulicami Antigui w okresie wielkanocnym przechodzą procesje. Na ich trasie tworzone są niesamowite i jedyne w swoim rodzaju alfombras, czyli dywany z piasku i trocin w różnych kolorach (czarnym, czerwonym, niebieskim, purpurowym, zielonym i żółtym). Procesyjne dywany pachną igłami sosen i kwiatami.

    NIEMCY

* Niemcy na Wielkanoc przystrajają drzewka, krzewy i gałązki kolorowymi jajkami – mogą to być pisanki lub wydmuszki. Zaś

w Poniedziałek Wielkanocy organizują świąteczne parady konne. Najwięcej z nich ma miejsce w Bawarii. Procesja Świętego Jerzego każdego roku przyciąga rzesze pielgrzymów, którzy przemierzają pieszo kilka kilometrów. Pochód zaczyna się w Traunstein, a kończy się w okolicy kościoła w Ettendorfie.

    NORWEGIA

* Norwegowie w Wielkanoc zaczytują się w kryminałach. Brzmi niewiarygodnie, prawda? Tymczasem to najprawdziwsza tradycja sięgająca 1923 roku, kiedy Nordahl Grieg i Nils Lie napisali kryminał. Dwójka pisarzy wpadła na pomysł, aby zareklamować swoją powieść w niedzielę, tuż przed świętami. Okazało się to strzałem w dziesiątkę! Od tamtego czasu Norwegowie w Wielkanoc chętnie sięgają po kryminały ulubionych autorek i autorów. W księgarniach w całym kraju pojawiają się specjalne książki z tej okazji – Påskekrim (Påske – Wielkanoc, krim – kryminał).

    PORTUGALIA

* Portugalczycy obdarowują się migdałami. Przysmak znany jest tu pod nazwą amêndoas. Smakołyki w kształcie jajka symbolizują początek życia i zwiastują wiosnę.

    STANY ZJEDNOCZONE

* Wielkanoc na nowojorskim Manhattanie to coroczna parada oryginalnych kapeluszy. Na głowach uczestników tego wydarzenia pojawiają się pisanki, króliczki, a nawet ptasie gniazda. (https://www.pakamerachicago.com/ameryka%C5%84skie-tradycje-%C5%9Bwi%C4%85teczne)

    WŁOCHY (Florencja, Sycylia, Prizzi)

* W Wielkanoc na ulicach Florencji można zobaczyć ozdobny, 9-metrowy wózek ciągnięty przez woły, a w trakcie mszy wielkanocnej arcybiskup odpala rakietę w kształcie gołębia (symbol Ducha Świętego) umieszczoną na Scoppio del Corro i tym samym rozpoczyna pokaz fajerwerków. Oczywiście cały ten spektakl, sięgający korzeniami pierwszej krucjaty, nie jest urządzany bez powodu – ma zapewnić dobre zbiory. Kiedy nadchodzi Wielkanoc, ulicami miasteczka o nazwie Prizzi wędrują demony! Uczestnicy tego wydarzania przebrani są w stroje diabła – na głowach mają maski – a ich celem jest nie dopuścić do spotkania figury Matki Bożej i Jezusa Chrystusa. Taniec diabłów nosi nazwę Bello dei Diavoli i kończy się wygnaniem demonów do miasta aniołów.  (supertlumacz.pl)

/ polonijny kalejdoskop  przemyślenia...

     marzec/kwiecień '25 (24)

LUDZIE UMIERAJĄ...

DARIUSZ LACHOWSKI

Ludzie umierają. Skutecznie odchodzą na tamten świat. Jaki świat?

Odchodzą w nieznane – czy na pewno? Jaki świat czeka ich po drugiej stronie? Może to złe pytanie. Może nie ma „drugiej strony”, tak jak nie ma „ja”, które mogłoby przejść gdziekolwiek.

Pewne jest tylko to: rodzimy się i umieramy.

Jeśli już przychodzisz na świat zdrowy – bo Twoi rodzice nie ulegli teoriom promującym sok z ananasów, nalewkę ze zmielonych suszonych liści rzepienia lub okładom na piersi ze startej marchwi – to wielkie zwycięstwo.

Ale kto tak naprawdę zwycięża?

Dzieciństwo jest chwilą. Jest jak sen, którego nie jesteśmy świadomi, dopóki się nie skończy. Potem budzimy się z żalem, poruszeni pięknem.

Jeśli dom był pełen ciepła, jeśli miłość unosiła się w jego ścianach jak światło o świcie, wspomnienia zawsze do niego wrócą – nawet jeśli życie wyrzuci Cię na daleki brzeg oceanu, na drugiej półkuli, gdzie obce niebo i inny rytm dnia staną się Twoją codziennością. Ale czy ten dom naprawdę istnieje? Czy nie jest tylko wytworem umysłu, cieniem rzuconym na taflę pamięci?

A potem… przychodzi umieranie.

Możesz się buntować, walczyć, szukać sposobu, by oszukać czas. Ale nic nie pomoże.

Bo nie masz czego ocalić. Nigdy nie byłeś czymś stałym. Byłeś tylko ruchem – jak płomień, który płonie, dopóki nie zgaśnie.

I może właśnie w tej nietrwałości tkwi istota piękna?

14

Wysocki wyśpiewał:

Хорошую религию придумали индусы:
Что мы, отдав концы, не умираем насовсем.

Więc może odrodzimy się na nowo?

Ale co właściwie miałoby się odrodzić?

„Ja” to chwilowa konfiguracja atomów, wspomnienie zapisane w elektrycznym szumie neuronów.

Reinkarnacja? Tak, ale nie w osobowym sensie. Nie jako ta sama „osoba”, ale jako cząstki świata, w wiecznym tańcu przeobrażeń, na poziomie molekuł.

Powietrze, którym oddychasz, należało do dinozaurów. Woda, którą pijesz, przepłynęła przez serca tysięcy istot przed Tobą.

Jesteśmy więc światem.

Rozproszeni w wietrze, w kroplach deszczu, w płomieniach i ziemi.

Nie pamiętamy swoich dawnych ciał i imion, ale trwamy – w liściach kołysanych wiatrem, w falach uderzających o brzeg, w dotyku dłoni, która unosi dziecko ku światłu, uścisku dłoni partnera.

Jeśli śmierć to tylko zmiana, a nie koniec, to dlaczego jej się bać?

15

Jeden weekend, trzy śmierci.

Nauczycielka mojego syna – wczoraj opowiadała uczniom o układzie słonecznym. Dziś jej głos zamilkł. Zgaszono światło w klasie, lecz nauka trwa. Drzwi są teraz zamknięte, ale uczniowie wrócą, a jej słowa wciąż będą w ich myślach, w ich rękach kreślących znaki na tablicy.

Warszawiak z poczuciem humoru – człowiek, którego tak mało znałem, a mogłem więcej. Potrafił jedną piosenką rozbroić napięcie. Wydawał się nieśmiertelny w swojej ironii. Jakby kpił z samej śmierci, a ta przyszła po niego – bez uśmiechu i bez dźwięków ferajny.

I wreszcie on – ten, który widział w moich pracach to, czego inni nie dostrzegają. Potrafił mi opowiedzieć o swoim wzruszeniu, które wywołałem. Rozmawiał też z dziećmi. Nie był krytykiem. Po prostu widział.

Teraz ja zostaję z jego brakiem.

Trzy śmierci. Trzy światy, które zniknęły.

Czy na pewno?

Ich słowa, ich gesty, ich spojrzenia – to wszystko trwa.

W mojej pamięci, w pamięci rodziny, bliskich, przyjaciół.

Trwa w śmiechu mego syna.

I trwa w moich kolejnych fotografiach, które ktoś jeszcze zobaczy.

Może to jest właśnie ta forma odrodzenia, o której mówił Wysocki – nie w nowym ciele, ale w śladach, które zostają po nas w innych.

Na zewnątrz tyle wzruszeń. Zima trzyma, jakby inaczej nie wypadało – jakby chłód i śnieg były nieodłączną częścią tej historii. Ale czy to zima trzyma, czy to my trzymamy się myśli o zimie?

Czas? To mijające cykle, ruch wskazówek na tarczy, iluzja stworzona przez umysł, który nie potrafi objąć wiecznej teraźniejszości.

Umieramy codziennie.

Umieramy, gdy przechodzimy przez życie, nie znajdując radości i miłości, bo zawsze szukamy ich gdzieś indziej – w przyszłości,

w dalekich miejscach, w marzeniach o tym, co mogłoby być, zamiast w tym, co już jest.

Umieramy, gdy tkwimy w samotności, zamknięci w labiryncie własnych myśli, karmiąc się głosami polityków, którzy nigdy nas nie znali i nigdy nas nie poznają.

Umieramy w tej chwili.

Ja – pisząc te słowa. Ty – czytając je.

Czy się boję?

Nie.

Bo czego się bać?

Strach jest tylko iluzją, grą umysłu, cieniem na ścianie jaskini.

Życie jest przebłyskiem – chwilą pomiędzy pierwszym a ostatnim oddechem.

Ale to, co zrobimy z tą chwilą, to nasza jedyna prawdziwa odpowiedzialność.

Oddycham.

Czuję, jak powietrze wypełnia moje płuca, jak przemieszcza się we mnie oddech tych, którzy byli przede mną.

Fakt, że istniejesz w tej chwili, że jesteś świadomy, że możesz czytać te słowa – jest w gruncie rzeczy cudem.

Nie ma wiedzy, która mogłaby rozwiać tajemnicę naszego pojawienia się tutaj. Cokolwiek wiesz, w cokolwiek wierzysz, cokolwiek zrobiłeś i cokolwiek masz nadzieję zrobić – masz tylko ten jeden świadomy moment, tu i teraz.

Masz tę minutę, tę godzinę, ten dzień – i one już nigdy nie powrócą.

Wdech i wydech.

Czyste doświadczenie.

Tu. Teraz.

Bez przyszłości. Bez przeszłości.

Czy życie jest wystarczające, jeśli nie zostawię po sobie pomnika?

Tak.

Bo może wystarczy jedno dobre słowo napisane we właściwym momencie. Jedna fotografia, która dotrze na samo dno serca

i jeden gest czułości.

Jedno spojrzenie, które powstrzyma kogoś przed upadkiem runięciem w otchłań czarnej pustki.

Świat się zmienia, a my z nim.

Nie mamy czasu na wojnę, na gniew, na życie w iluzji nieśmiertelności. Tchórze, którzy wszczynają wojny, wierzą, że przejdą do historii – że ich imiona będą zapisane na kartach książek. Czy historia jest czymś realnym? Czy nie jest tylko cieniem wspomnienia

w umysłach tych, którzy ją pamiętają? A co z tymi, którzy zakochani we własnym odbiciu prowadzą nas nad samą krawędź?

Jedyne, co mamy, to ten moment.

Tylko tu i teraz.

Więc oddycham.

I nie boję się.

(transcendentphoto.com)

swieca i róża

Bądź tym, co najbardziej kochałeś w ludziach, którzy odeszli...

Ktoś tutaj był i był,

a potem nagle zniknął

i uporczywie go nie ma. (...)

Wisława Szymborska

Krzysztof Arsenowicz
Kinga Modjeska i Krzysztof Arsenowicz
Andrzej

Krzyśka poznałam w momencie, kiedy po długiej przerwie postanowiłam wrócić do aktorstwa i spróbować swoich sił po tej stronie oceanu. No i zaczęły się próby.

"Wiesz, bracie, bo ty nawet masz talent. Dobra jesteś."
"Wiesz, bracie, bo to tak trzeba zrobić, a nie inaczej! To trzeba ruszyć nóżką, główką… bracie!"

Bracie?! Jaki znowu bracie?! Do kogo ten Krzysiek mówi? Oglądam się – za mną żadnego kolesia nie widzę. No, ale skoro mówi, to chyba do mnie… I tak oto zostałam bratem.

Trochę posłuchałam, że mogę, trochę, że jednak nie. Ale Krzysiek zawsze wierzył, że jednak mogę, że mam to, co trzeba. I to jego ciepło, ta jego niezachwiana wiara we mnie… Będę to nosić

w sercu.

Miałam szczęście, że mnie polubił. No, bo gdyby nie polubił, to kto wie… może zamiast grać na scenie ... a po co to myśleć? 

Edyta Luckos

KRZYSZTOF ARSENOWICZ

KINGA MODJESKA, KRZYSZTOF ARSENOWICZ

ANDRZEJ MICHAŁ KIESZ

Andrzej Piekarski
Andrzej Piekarski 2

Byłem jego wiernym słuchaczem. „Sami swoi” to było moje radio przez lata. Ostatnio czasem prowadził je też pan Bogdan Łańko. Chyba to było związane z chorobą Andrzeja. Pamiętam go również jako aktora, ze słuchowiska Zosi Mierzyńskiej „Wakacjuszka”. Taaaak, był animatorem polonijnej kultury w Chicago. I takim go zapamiętam... Kiedyś widziałem film z tego słuchowiska Mierzyńskiej. Może gdzieś ktoś jeszcze ma kopię i będziemy mogli powspominać tych, którzy odeszli do lepszego świata.... A po co nazwisko, słuchacz jestem. 

Andrzej Piekarski był człowiekiem z klasą. Obdarzony pięknym głosem i talentem aktorskim oraz wdziękiem i urokiem osobistym był podziwiany zarówno na scenie jak i w życiu prywatnym. Posiadał tą rzadką umiejętność zjednywania sobie sympatii. Po krótkiej rozmowie z Andrzejem miało się wrażenie, że zna się go od dawna. Był niezwykle lojalnym i oddanym przyjacielem, znakomitym partnerem scenicznym i cudnym gawędziarzem. Uwielbiałam słuchać opowiadań Andrzeja o czasach jego dzieciństwa i młodości, a także historyjek związanych z jego wieloletnią karierą artystyczną. Był po prostu kopalnią anegdot i dowcipów, jako że poczucie humoru miał przednie. Co w nim ceniłam najbardziej to szczere i życzliwe zainteresowanie losami swoich przyjaciół i bliskich. Andrzej znał całą moją rodzinę i wraz z Lilą uczestniczył w wielu ważnych momentach mojego życia. Na każde święta to właśnie od Andrzeja otrzymywałam pierwszy telefon z życzeniami. Bedzie mi Ciebie bardzo brakowało, drogi przyjacielu i mam nadzieję, że tam po drugiej stronie tęczy Refren wraz z całą ferajną przygotował rewię na Twoją cześć.

   Julitta Mroczkowska

ANDRZEJ PIEKARSKI

Kiedy pan Andrzej wychodził na scenę, sala zamierała. Publiczność, pełna podziwu, wstrzymywała oddech. Oprócz oczywistego talentu

i aktorstwa na najwyższym poziomie, był człowiekiem niezwykle szlachetnym – pełnym szacunku i życzliwości wobec każdego, z kim rozmawiał. Nigdy nie traktował nikogo z góry, zawsze widząc

w innych równych sobie.

Jego ludzka, ciepła postawa na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach. Szczególnie zapamiętałam występ, który widziałam w sierpniu’24 podczas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego. Chłonęłam każde jego słowo, nagrywając

w pamięci i telefonie każdy gest – jakby podświadomie czując, że może to być ostatnie takie spotkanie. Było w tym coś magicznego

– to ulotne poczucie, że jestem świadkiem czegoś niepowtarzalnego, częścią spektaklu, ale i świadkiem życia kogoś wyjątkowego - człowieka, będącego legendą. Jednego z ostatnich Powstańców Warszawskich... To był zaszczyt...

Edyta Luckos

ANDRZEJ PIEKARSKI

Cudem przeżył Powstanie Warszawskie (miał wówczas tylko osiem lat). Po krótkiej deportacji wrócił z Rodzicami do zniszczonej, ale swojej Warszawy. Śpiew i muzyka zdefiniowały jego życie zawodowo i prywatnie... Poprzez "Mazowsze", operę i operetkę trafił do charakterystycznej "Kapeli Czerniakowskiej", z którą pojawił się w Chicago z ukochaną żoną. Występowali wspólnie w Teatrze Ref-Rena (Feliksa Konarskiego), kabarecie "Bocian", w różnych prezentacjach słowno-muzycznych. Tworzyli wspaniałą parę, wspierającą się na dobre i na złe...

Andrzej, pełen humoru i z koszem opowieści warszawskich z charakterystycznym akcentem, rozsiewał wokół aurę życzliwości, ciekawości, ale i powagi adekwatnej do sytuacji... Mimo nieco zaawansowanego wieku tryskał humorem, rozdawał dobre słowo i ciepło, którego wszyscy potrzebujemy... Wiedział o tym... Pozostanie na zawsze w naszej pamięci, podobnie jak Krzysztof czy Andrzej "Sami swoi", jak go nazwaliśmy. Każdy nich wniósł  do naszego życia coś wyjątkowego, ważnego, odpowiedzialnego, przykładnego. Uporczywie ich nie ma (parafrazując Wisławę Szymborską)  wśród  nas, jednak ich idee

i uśmiech krążą między nami, przypominając o wartościach życia. 

redakcja

/ ludzie i obyczaje  kobieta w historii

    marzec/kwiecień '25 (24)

Gorset
- jego krótka historia

gorset

Przez stulecia były jednym z najważniejszych elementów kobiecego stroju. Tymczasem medycy ostrzegali,

że gorsety deformują żebra i narządy wewnętrzne.

Prehistoryczna tradycja

Wielu badaczy dopatruje się prototypu gorsetu już w epoce brązu. W Muzeum Archeologicznym w greckim Heraklionie znajdują się minojskie figurki bogini z wężami z Knossos. Posążki przedstawiają kobietę w stroju ceremonialnym bądź rytualnym, składającym się

z rozkloszowanej spódnicy i krótkiego pasu w formie gorsetu, prawdopodobnie sznurowanego i usztywnionego, który ciasto opina talię i odsłania piersi.

Jak zauważa Francois Boucher w swojej książce „Historia mody. Dzieje ubiorów od czasów prehistorycznych do końca XX wieku”: wąska talia, akcentowana formą ubioru, była u kobiet jeszcze bardziej pożądana niż u mężczyzn i zazwyczaj podkreślana pasem.

W okresie średniominojskim kobiety owijały się nim dwukrotnie

wokół talii.

AGATA DOBOSZ

Reklama XIX-wiecznego gorsetu / domena publiczna

Minojska figurka bogini

Minojska figurka bogini z węża z Knossos / fot.: Chris 73 / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0  

W starożytności i średniowieczu na próżno szukać gorsetów wśród elementów garderoby. Ta część bielizny pojawiła się w XIV wieku, a na dobre rozgościła się

w szafach około dwa stulecia później. Pierwsze gorsety (w języku polskim funkcjonowało określenie „sznurówka”) były jeszcze dość luźne. Najczęściej miały szerokie ramiączka i były sznurowane na plecach. Szyto je z różnych materiałów, np. z krochmalonego płótna, lnu, bawełny czy ze skóry, i usztywniano kościanymi fiszbinami lub metalowymi prętami. Z czasem zaczęto obszywać je cenniejszymi materiałami, takimi jak jedwab, i zdobić haftami oraz koronkami.

Każda epoka ma swój ideał

Forma gorsetu nie była jedna i stała. Zmieniała się wraz z pożądanym ideałem kobiecej sylwetki w danym okresie. W pierwszej połowie XVI wieku gorsety sięgały do talii i miały duży dekolt. Ale już na początku następnego stulecia zyskały z przodu klinowate wydłużenie. W połowie XVII i w XVIII wieku o wiele mocniej ściskały talię

i podnosiły biust. Zakładano je wraz z rogówkami, czyli bocznymi stelażami podtrzymującymi suknie, które noszono do wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Po dojściu Napoleona do władzy modny stał się styl empire, który objął nie tylko architekturę, sztukę, meble i przedmioty codziennego użytku, lecz także stroje. Kobiece suknie miały w założeniu przypominać te noszone przez Greczynki

i Rzymianki w starożytności. Były więc proste, odcinane pod biustem, uszyte

z miękkich materiałów. Odrzucono wówczas wszelkie usztywnienia w modzie, więc gorset stał się niepotrzebny. Sam Napoleon nazywał tę część bielizny „zabójcą rasy ludzkiej”.

Zrzucenie gorsetu było jednak tylko chwilowe, bowiem powrócono do niego już w ok. 1820 roku. Autorki książki „W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku”, Joanna Dobkowska i Joanna Wasilewska, piszą:

W latach 20. powróciły porzucone przez antyczną modę gorsety (początkowo krótkie, lekko tylko usztywnione) i panowały niepodzielnie przez całą resztę XIX wieku. Znowu zaczęto akcentować szczupłą talię jako jeden z głównych atrybutów piękności kobiecej, co dla elegantek oznaczało konieczność poddania się katuszom ciasno sznurowanego gorsetu. (…) Forma gorsetu stanowiła teraz bazę, na której tworzony był ubiór.

Ciało nie miało innego wyjścia – musiało się poddać i dać zamknąć w szczelnej fiszbinowej klatce. Taki typ strojów wiązał się zazwyczaj

z akcentowaniem jak najwęższej, niemiłosiernie ściśniętej talii, stanowiącej jeden z koniecznych uroków panny na wydaniu.

Męski gorset

W XIX wieku nie tylko kobiety nosiły gorsety. Ten element garderoby zawitał nawet do szaf… mężczyzn. Pożądana wówczas męska sylwetka powinna mieć silnie wciętą talię, a tę panowie mogli uzyskać poprzez noszenie gorsetów. Ponadto spłaszczały one brzuch

i wypychały pierś do przodu. Autorki książki „W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku” zauważają, że: ten sposób korygowania figury szczególną popularnością cieszył się wśród wojskowych, wiadomo było na przykład, że gorset pod oficerskim mundurem nosił car Mikołaj I.

Gorsetu próbował się pozbyć na początku XX wieku projektant mody Paul Poiret. Wprost potępiał tę część bielizny. „Swoim klientkom kategorycznie zabraniał go nosić”, jak piszą Joanna Dobkowska i Joanna Wasilewska. Lansował za to uszyty z miękkiego atłasu biustonosz, a właściwie elastyczną taśmę podtrzymującą biust. Pomimo tych pierwszych rewolucyjnych zmian w modzie damskiej gorsety na dobre pożegnano dopiero po I wojnie światowej. Kobiety zastępowały wówczas mężczyzn walczących na froncie

i pracowały w fabrykach, szpitalach oraz gospodarstwach. Nowe role wymagały od nich znacznie wygodniejszego ubioru, niekrępującego ruchów. Spodnie były o wiele lepszym wyborem niż długa do kostek suknia wraz ze sztywnych gorsetem, w którym nawet nie można było się pochylić.

Wyznacznik społecznego statusu

Na noszenie gorsetów mogły sobie pozwolić kobiety z klasy średniej i wyższej, czyli te, które nie musiały zarabiać na własne utrzymanie i podejmować pracy fizycznej. A także te, które było stać na zatrudnianie pokojówek pomagających w sznurowaniu gorsetu.

Gorset znacznie utrudniał swobodne poruszanie się. Ograniczał ruchy i wymagał utrzymania odpowiedniej, wyprostowanej postawy,

a nawet określonego sposobu siadania. Był więc wyznacznikiem społecznego statusu. Kobieta, która go nosiła, nie musiała / nie mogła wykonywać pracy fizycznej. Jak zauważa Agnieszka Gromkowska-Melosik w książce „Kobieta epoki wiktoriańskiej. Tożsamość, ciało i medykalizacja”: kobieta chcąca zachować pozycję społeczną musiała zakładać gorset – jako przymusową oznakę bezczynności. Thorstein Veblen, amerykański ekonomista i socjolog, twierdził, że wprawdzie gorset przynosi krzywdę fizyczną właścicielce, lecz straty w tej dziedzinie równoważy większy prestiż.

W latach 50. XX wieku Isaac Singer opatentował nowy model maszyny do szycia. Ten wynalazek zrewolucjonizował świat mody. Rozwój przemysłu i postęp techniczny sprawiły, że możliwe stało się masowe produkowanie wszelkiego rodzaju ozdób, dodatków, części bielizny, a nawet całych strojów. Powszechny dostęp do materiałów

i ubrań wpływał na ich niższą cenę. Dzięki temu również kobiety wywodzące się z niższych warstw społecznych mogły kupować elegantsze części garderoby, w tym gorsety, które wkładały na specjalne okazje czy podczas „wychodnego”.

Szkodliwy wpływ

Niemal od początku gorset wywoływał duże kontrowersje odnoszące się do problemów medycznych, moralnych i estetycznych, jak zauważa Agnieszka Gromkowska-Melosik. Autorka w swojej książce pisze:

Jedni uważali, że [gorset] służy zdrowiu i podtrzymuje mięśnie oraz kręgosłup, inni widzieli w nim chorobliwie deformujące narządy

i kręgi narzędzie tortur, a nawet przyczynę chorób (mamy tu więc do czynienia z dwoma sprzecznymi dyskursami: zdrowia

i choroby/patologii).

Moraliści krytykowali gorset ze względu na jego jawny charakter erotyczno-seksualny. Twierdzili, że taki element stroju jest po prostu „niemoralny”. Byli jednak i tacy, którzy uważali, że to kobieta nienosząca gorsetu jest niemoralna. Bez wątpienia ta część bielizny stała się symbolem „uwięzienia kobiecości”, jak nazywa to Agnieszka Gromkowska-Melosik.

gorsety wspolczesne

Reklama współczesnych gorsetów / domena publiczna

Gorset pomagał kobietom kontrolować ciało i ukryć jego defekty,

a więc uzyskać idealną figurę. Tym samym mogły one wpasować się w obraz oczekiwań mężczyzn wobec kobiecego ciała. Oczekiwań, których nie zmieniły nawet krytyczne komentarze. Amerykański myśliciel Orson Squire Fowler uważał, że ciasne sznurowanie wokół talii przyczynia się m.in. do zniekształcenia kręgosłupa, zaburzenia procesów trawiennych i oddychania czy problemów z układem krążenia. Lekarze wskazywali także, że noszenie gorsetu wywołuje choroby układu rozrodczego, zawroty głowy, omdlenia, epilepsję, utratę apetytu, trudności w rodzeniu dzieci albo „przemieszczenie wnętrzności”.

Choć trudno uznać, aby noszenie gorsetu faktycznie wywoływało te

i inne zaburzenia, których lista była naprawdę długa, to nie da się ukryć, że wpływał on negatywnie na kobiece ciało i wyrządzał wiele krzywdy. Mnóstwo kontrowersji wywoływał także fakt, że gorsety zakładano nawet małym, kilkuletnim dzieciom.

Spalić gorsety!

W 1872 roku działaczka ruchu kobiecego Elizabeth Stuart Phelps pisała: Spal gorsety! Nie, nie trzymaj fiszbin. Nigdy już nie będziesz ich potrzebowała. Zrób stos z tej okrutnej stali, która panowała nad wnętrznościami i tułowiem przez tyle lat, i westchnij z ulgą, bo nasza emancypacja, zapewniam Cię, rozpoczyna się w tym momencie. Ta zmiana daje poczucie wolności.

Pierwsze emancypantki, feministki i sufrażystki zdawały sobie sprawę, że nie uda im się zbudować nowej tożsamości bez pogrzebania tej starej. A ta w głównej mierze była określana przez strój. Sztywne gorsety z jednej strony ograniczały zakres ruchu kobiet, a tym samym podejmowane przez nich aktywności, z drugiej – pomagały tworzyć pożądaną sylwetkę o wyeksponowanym biuście i wąskiej talii.

Palenie gorsetów stało się działaniem o wymiarze symbolicznym. Kobiety, odrzucając ciasne sznurowanie, odrzuciły jednocześnie dotychczasowy porządek świata. Chciały zbudować nową tożsamość na nowych fundamentach. Bez tych elementów, zasad

i konstruktów społeczno-kulturowych, które w jakikolwiek sposób je ograniczały i wywoływały dyskomfort. Musiało minąć jeszcze kilkadziesiąt lat, zanim całkowicie zrezygnowano ze sztywnych fiszbin.

Na nowo odkryła je Vivienne Westwood, gdy w latach 70. stworzyła modę punk. W jej zuchwałych projektach gorset jest symbolem siły, świadomości własnego ciała i seksapilu. Ale przede wszystkim jest wyborem, a nie koniecznością. Takie postrzeganie gorsetu przetrwało do dziś – nikt już nie widzi w tym elemencie stroju znaku zniewolenia. Sznurowanie wokół tułowia to sposób na podkreślenie seksualności. I to nie tylko kobiet, lecz także mężczyzn, np. w środowiskach queerowych. Bez względu na zmianę znaczenia i obyczajowości gorset wciąż jest częścią ubioru o ogromnej sile, która pomaga stworzyć określoną tożsamość.

(ciekawostki historyczne)

Bibliografia:

  1. Boucher F., Historia mody: dzieje ubiorów od czasów prehistorycznych do końca XX wieku, Warszawa 2009.

  2. Dobkowska J., Wasilewska J., W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku, Warszawa 2016.

  3. Gromkowska-Melosik A., Kobieta epoki wiktoriańskiej. Tożsamość, ciało i medykalizacja, Kraków 2013.

  4. Możdżyńska-Nawotka M., O modach i strojach, Wrocław 2005.

  5. Toussaint-Samat M., Historia stroju, tłum. K. Szeżyńska-Maćkowiak, Warszawa 1997.

   marzec/kwiecień '25 (24)

/ reportaż  

Wiara, szkiełko i czucie...

IZA KLEMENTOWSKA

Aby zmieniać ludzkie życie, nie trzeba wielkich laboratoriów i ogromnych budżetów. Czasem wystarczą mikroskop, kilka próbek oraz niezachwiana wiara w naukę i… w siebie.

Najpierw one – oczy. Ogromne, brązowe. Zdają się wypełniać jedną trzecią twarzy. Dopiero później dostrzegam zbyt duże spodnie ogrodniczki na siwawym podkoszulku, który być może kiedyś był biały. Kruczoczarne włosy zaczesane do tyłu w krótki kucyk. Na nich czapka z daszkiem z zatartym już napisem.

Bardziej przypomina farmera niż naukowca. Ogródek za domem ma zresztą dość spory. Zatapia w nim ręce codziennie, odkąd żona zdecydowała się odejść i przeprowadzić do dużego miasta.

Słyszałam o nim jeszcze przed pandemią, ale mogłam przyjechać dopiero na początku 2022 roku, kiedy USA znowu otworzyło swoje granice.

Rozłączyłem się wtedy, bo nie lubię mediów ani dziennikarzy – mówi, kiedy przypominam mu, że dwa lata wcześniej dzwoniłam. Dostałam wówczas numer do niego od Jacka. Victor macha ręką, ale nie w geście zapraszającym do środka; raczej takim, który pokazuje, że jest mu obojętne, skąd mam jego adres. „Nie powinienem ci go dawać, ale skoro już jesteś, to wejdź”.

Dom w środku wygląda, jakby przeszło przez niego tornado. Plastikowe butelki walają się wszędzie, podobnie jak torebki po chipsach.

Nie spodziewałem się gości”.

Zaczynam zastanawiać się, jak ten człowiek, który nie potrafi zachować porządku w domu, może zapanować nad czymś tak niewielkim jak ludzka komórka. Łapię się na tym, że go oceniam, jeszcze nim zaglądam do laboratorium.

Victor przygotowuje mi herbatę w kubku, który po wyjęciu ze zlewu przepłukuje jedynie wodą z kranu. Gdy stawia go przede mną, dostrzegam wyraźny beżowy nalot na brzegu. Przekręcam kubek, aż znajdę miejsce, które wygląda na czystsze.

„Ot, wy, ludzie, wiecznie bojący się zarazków – kwituje z półuśmiechem. – A nam bakterie są potrzebne, żeby żyć. Im więcej ich weźmiesz w siebie, tym bardziej będziesz potrafiła się przed nimi bronić”.

***

Ottawa

CZYTAJ TAKŻE 

Chciwość, nieświadomość, kłamstwo... 

(...) Ta historia nigdy się nie skończy. Ottawa jest mniej więcej w połowie listy najbardziej skażonych miejsc w USA. Budynek dawnej szkoły średniej, gdzie umieszczono tą bulwersującą pracownię malarską, został już dawno zburzony. Gruz rozrzucono po całym mieście, trochę trafiło na boisko szkolne, czy plac zabaw… Groby na lokalnym cmentarzu ponoć świecą. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam – byłam tam w ciągu dnia... (...)  Pamiątki po Marii Skłodowskiej-Curie i jej mężu są nadal promieniotwórcze...  A okres półrozpadu radu to 1600 lat! To znaczy, że już za 1600 lat zachowane gdziekolwiek drobinki radu będę promieniowały o połowę słabiej. A minęło dopiero sto lat!

Victor ma na sobie gogle narciarskie i gumowe rękawiczki, jakby szykował się do pracy w ogrodzie, a nie do badania próbki, której nie sposób dostrzec gołym okiem. Pod mikroskopem ogląda coś z wielką uwagą, a ja zastanawiam się, co właściwie widzi. Ostrożnie wyciąga pipetką substancję z podłużnego słoika, który przypomina wysoki pojemnik na oliwki.

Substancja ma konsystencję kisielu, przez co trudno jest nabrać odpowiednią ilość za pierwszym razem. Victor wypuszcza jej kroplę na maleńkie szkiełko, a potem precyzyjnie kroi ją żyletką na kilka części. Wciąż niezadowolony, mierzy i waży każdy kawałek.

Jego twarz rzadko zdradza odprężenie. Tym razem dostrzegam jednak, jak oddycha z ulgą, a na jego ustach pojawia się cień zadowolenia.

Chodź, sama zobacz – zaprasza mnie na krzesło, którego jedna z nóg wyraźnie się chwieje.

Mam trudności z utrzymaniem równowagi, więc zamiast siadać, przykucam. Nie jestem pewna, na co powinnam patrzeć, a może raczej – co właściwie powinnam zobaczyć. To, co widzę, przypomina mozaikę bąbelków i bąbli rozrzuconych po powierzchni nakrapianej i przecinanej delikatnymi liniami. Bąble nie są idealnie okrągłe: tu i ówdzie wydłużone, gdzie indziej lekko ściśnięte. Między nimi wiją się grubsze nici przywodzące na myśl węże, które czasami tworzą osobne struktury.

Najbardziej wyróżniają się intensywnie niebieskie kropki, rozsiane po całym obrazie jak farba na płótnach Jacksona Pollocka. Nie mam pojęcia, co to wszystko przedstawia, ale wygląda intrygująco. Gdybym wpatrywała się w to dłużej, mogłabym chyba dostrzec coś więcej: postać, zwierzę albo drzewo. Wszystko zależy od wyobraźni.

To koronawirus – mówi z uśmiechem Victor, a mnie paraliżuje. Nie mam na sobie nawet rękawiczek, nie wspominając o maseczce. Przez chwilę myślę, że żartuje. Wirus jeszcze zbiera żniwo, jestem zaszczepiona, ale tak blisko COVID-u chyba nie byłam. Przynajmniej świadomie. Victor już teraz całkiem się śmieje, widząc moją minę. „Nic się nie bój. Wezmę teraz szczepionkę i zobaczysz, co się stanie. Ten wirus, który tutaj mam, jest już pozbawiony mocy”.

Nie wiem, co to oznacza, a Victor nie do końca potrafi mi wytłumaczyć, w jaki sposób wyplenia z wirusa moc. Bierze do ręki inną pipetę i wybiera z beczkowatej buteleczki trochę przezroczystej substancji i po prostu wrzuca na szkiełko z wirusem. Potem całość, łącznie z mikroskopem, zasłania specjalną szklaną kopułą, jakby przykrywał ciasto na paterze.

Zostawimy to na dwa dni, jutro zobaczysz, jak się zmieniło. Po trzech dniach to będzie zupełnie inny obraz”.

Rozglądam się po szopie, w której światła dziennego jest jak na lekarstwo. Promienie słoneczne wpadają jedynie przez okienko, na którym zdążyła się już utkać pajęcza nić. Drewniane ściany w całości zastawione są regałami z pojemnikami i pudełkami. Wszystkie opisane są literami oraz liczbami, które nic mi nie mówią.

Zastanawiam się, w jaki sposób Victor się tu odnajduje. Ma chyba z milion pojemników. Przy najcieńszej ścianie na szafce przypominającej barek na kółkach stoją mikroskopy, pipety, a także inne urządzenia i sprzęty. Laboratorium powinno być schludne, niemal nieskazitelnie czyste, sterylne – przynajmniej tak mi się wydaje ‒ a tu kurz tańczy na półkach z innymi paprochami. Dopiero po chwili w tym półmroku między regałami dostrzegam wiszący na ścianie dyplom: „Uniwersytet Harvarda, medycyna”. A tuż pod nim certyfikat ukończenia studiów genetycznych na tej samej uczelni. Victor dostrzega mój wzrok i wzrusza ramionami.

„Wolę być tu i sam sobie stanowić jednoosobową, wysyłkową izbę lekarską. Ludzie przysyłają mi swoją dokumentację medyczną, próbki krwi, DNA, a ja staram się im doradzić. Żeby leczyć, nie trzeba dużych laboratoriów. Wystarczy się tylko na tym znać”.

Niespecjalnie mnie tym przekonuje. Widzi to wyraźnie, a ja widzę wyraźnie, że w ogóle mu nie zależy, żeby mi coś udowodnić. To skłania mnie z kolei do tego, by uwierzyć mu bardziej. Chociaż oko dostrzega dokładnie coś odwrotnego.

„Popatrz na te cztery półki – wskazuje na regał z pudełkami oznaczonymi czerwonymi kropkami, zupełnie jak przy sprzedaży obrazów. – To 400 osób, które dzięki mojej terapii genowej leczącej mukowiscydozę mogą już przestać się bać, że ich dziecko umrze przedwcześnie. I to nie za setki tysięcy dolarów, ale tylko za dwa tysiące. Te z zielonymi kropkami to osoby z wirusem HIV. Długo mi zajęło, zanim udało się znaleźć odpowiednie przeciwciała, żeby ludzki organizm nie uznał ich za kolejnego wroga. Ponad 200 osób wciąż testuje terapię, bo nie wszystkim jednak się przyjmuje. Organizmy niektórych rzeczywiście odrzucają prawidłowy gen. Poza tym leczę z hemofilii, testuję leki na raka różnego rodzaju. Tu jeszcze czeka mnie trochę pracy, bo rak to wyjątkowo oporny intruz”.

„Czy ty masz na to wszystko patenty?”

Nie odpowiada, więc powtarzam pytanie. Ale tylko na mnie zerka, milczy. Patrzę na wszystkie te pudełka i widzę tak naprawdę ludzi, którzy de facto są testerami terapii. Nie chcę skojarzyć ich z królikami doświadczalnymi, a tym bardziej nie chcę tego powiedzieć Victorowi, lecz on to wie. Wyciąga z jednej z szuflad duży, pękaty, niedomykający się segregator i podaje mi bez słowa.

„Victor, dziękuję, że podarowałeś mi dodatkowe dwa lata życia. Eryk”.

„Victor, gdyby nie ty, nasza mała Emma być może dziś już by nie żyła. Wciąż kaszle i nadal musimy uważać, żeby nie złapała żadnego dodatkowego wirusa, ale już jeździ na rowerze i pływa – wyobrażasz to sobie?”

„Victor, AIDS chyba się cofa. Jestem silniejszy niż kiedykolwiek”.

„Victor, dziękuję, uratowałeś moją mamę”.

„Victor, Ralph mówi ci samodzielnie: dziękuję. W załączniku płyta z nagraniem”.

Podaje mi mały przenośny odtwarzacz CD, nakładam słuchawki i słyszę głos chłopca, który mocno wciąga powietrze i mówi: „Victor, zapraszam na moje siódme urodziny. Jeśli możesz, to kup mi konia”. Rozlega się śmiech dość dźwięczny, po czym znowu słyszę głęboki wdech.

„Ten chłopiec nie miał sił, żeby oddychać”.

Spoglądam na inny regał, cały wypełniony pojemnikami oraz pudełkami, i już wiem, że to ludzie, którzy czekają, aż Victor znajdzie terapię również dla nich. I wciąż tych osób przybywa; codziennie kurier przywozi mu następne pudełka, które układa w kolejnej kupce, nierozpakowane.

„Widzisz, gdyby te osoby szukały pomocy u firm farmaceutycznych, płaciłyby tak naprawdę nie za pracę naukowców i lekarzy, ale wszystkich tych ludzi, którzy stoją za machiną całego biznesu, ponieważ on musi się kręcić, a akcje na giełdzie sprzedawać. Udziałowcy, dyrektorzy, menedżerowie – oni zarabiają najwięcej, i za to tak naprawdę płaci chory. Nie za terapię, która

w rzeczywistości nie musi być droga. Jest wciąż zbyt droga jak na mój gust, ale jednak nie aż tak”.

Szybko obliczam sobie w głowie, ile musi zarabiać sam Victor, i wychodzą mi właśnie miliony dolarów. Patrząc na to, co ma i w jakim wszystko jest stanie, łącznie z autem, starym fordem o pordzewiałych już blachach, trudno mi jakoś zobaczyć te pieniądze. Również w laboratorium.

„Wszystko idzie na eksperymenty i badania. Pieniądze inwestuję jedynie w leczenie. Inaczej nie miałoby to dla mnie żadnego sensu”.

„Czy zdarzyło ci się, że ktoś po twojej terapii jeszcze bardziej się rozchorował lub zmarł?” – pytam ostrożnie.

Tak – odpowiada szczerze. – Ale to nie z winy terapii ani jej szkodliwości, tylko choroba była już w tak zaawansowanym stadium, że nie sposób było człowieka uratować. Każdy podpisuje oświadczenie, że rozumie, że moja terapia jest eksperymentalna, i bierze odpowiedzialność za nią na samego siebie. Ja nie ponoszę żadnej. Chodź, gulasz z grzybów chyba już się zrobił”.

Jemy, a ja, patrząc na potrawę, zastanawiam się, jaki eksperyment Victor mógł na niej przeprowadzić. Smakuje tak, jakby zmiksować zapach lasu z aromatem grzybów i odrobiną czegoś słodkiego. W nocy mam niezwykle barwne sny: wszystko widzę w wyostrzonych, niemal oślepiająco intensywnych kolorach. Gdy się budzę, ostrożnie otwieram oczy – obawiam się, że te przesycone barwy przesłonią mi rzeczywistość. Nic takiego się jednak nie dzieje.

***

Twentynine Palms, Kalifornia 4

CZYTAJ TAKŻE 

Pustynia nikogo nie oszczędza 

(...) Już po trzech dniach powietrze w domu zaczęło drapać gardło, na którym osadzała się cieniutka warstwa pyłu. Płukałam je co godzinę, aż w końcu dotarło do mnie, że woda pochodzi z ogromnego zbiornika stojącego na dachu i nie wiadomo tak naprawdę, ile jej jeszcze zostało i na jak długo piasek objął świat we władanie. Przecierałam oczy chusteczką higieniczną, którą strzepywałam później na podłogę, aż zrobiła mi się w pokoju niewielka plaża. To samo robiłam z pościelą. Próbowałam spać pod nią, żeby nie wdychać pyłu przedzierającego się przez szczeliny we framugach okien, ale i tak rano budziłam się z zapchanym nosem. (...)

Dzień później bąble wydają się mniej wyraziste, o mniej zarysowanych liniach. Wyglądają, jakby znikały. Podobnie dzieje się

z niebieskimi kropkami. Zblakły i straciły swoje kontury. Obraz Pollocka zanika teraz na moich oczach.

„To jest magia medycyny. Wirus ginie. Na razie znika powoli, ale obiecuję ci, że za dwa, trzy tygodnie to szkiełko będzie wyglądało na puste” – tłumaczy Victor.

Kiedy proszę go o pomoc w skontaktowaniu się z osobami, którym pomaga, odpowiada jedynie: „Sam nie znam ich nazwisk. Są dla mnie imieniem ze specjalnym oznaczeniem. Nie chcę wiedzieć o nich nic więcej, bo za bardzo angażuję się emocjonalnie. A moja praca wymaga spokoju. Te wszystkie próbki – wskazuje na stos paczek ułożonych przy drzwiach szopy – nie trafiają z adresów, pod którymi te osoby mieszkają, ale ze skrzynek pocztowych. Tak jest bezpieczniej i dla nich, i dla mnie. Handel nieatestowaną terapią genową nie jest dozwolony, więc wszyscy mielibyśmy problemy. I tak jestem zły na Jacka, że dał ci mój numer telefonu. Napisz w tym reportażu jedno: »Życie ludzkie warte jest eksperymentów, nawet jeśli kończą się one czasem tragicznie«. Z czasem dojdziemy do perfekcji i wtedy uda się uratować wiele istnień. Słyszałaś o HeLa?”.

Nie słyszałam. W 1951 r. w laboratorium George’a Otto Geya w szpitalu Johna Hopkinsa w Baltimore pojawiły się komórki nowotworowe pobrane od Henrietty Lacks. Jej przypadek był wyjątkowo trudny, zarówno z powodu zaawansowania choroby, jak i nietypowej struktury komórek rakowych. Przed pierwszą radioterapią lekarz pobrał od niej wycinek guza z zaatakowanej części macicy oraz fragment zdrowej tkanki z obszaru oddalonego o kilka centymetrów.

George Gey próbował wówczas pracować nad wyhodowaniem pierwszej nieśmiertelnej linii komórkowej z komórek pobranych od pacjentów. Nie udawało się. Te albo szybko umierały, albo pożerały je bakterie i grzyby wirujące w powietrzu. Kiedy to w końcu doszło do Geya, zadbał, by komórki znalazły się w specjalnych inkubatorach. W jednym z nich umieścił właśnie komórki pobrane od Henrietty Lacks i nazwał je w skrócie HeLa. W tak sterylnych warunkach nie tylko nie umarły, ale zaczęły się mnożyć w przyśpieszonym tempie, tak że nie nadążano z przenoszeniem ich na nowe pożywki wspomagające życie i rozwój.

W ciągu kilku dni okazało się, że komórki podwajają swoją liczbę co dobę. Po kilku tygodniach Gey uznał, że wyhodował kolonię komórek, na których będzie można pracować przez najbliższe kilkanaście lat. Pomylił się co najmniej o 50, ponieważ jeszcze dziś czasami korzysta się z komórek należących do nieżyjącej już dziś Henrietty. Obecnie ich wagę szacuje się aż na 50 mln ton. Victor opowiedział, że te komórki kobiety zabrała w kosmos specjalna satelita, na wypadek gdyby ludziom groziło opuszczenie naszej planety i trzeba byłoby pracować nad pokonywaniem kosmicznych chorób. Komórki HeLa odegrały kluczową rolę w wielu odkryciach naukowych, m.in. w opracowaniu szczepionki przeciwko polio, w badaniach nad wirusem HIV, a także nad zapłodnieniem in vitro czy chemioterapią.

Kiedy wyjeżdżam spod domu Victora, widzę, jak stoi, trzymając swojego psa – ogromnego wilczura – za obrożę. Nie uśmiecha się. Po prostu stoi i patrzy. Nie przypominam sobie, żeby w ciągu trzech dni, jakie tu spędziłam, ktoś do niego dzwonił. Nie daje mi to podstaw do tego, by od razu uznać go za odludka, ale coś każe mi o niego spytać w mieście. Bar przy nabrzeżnym deptaku wydaje się idealnym miejscem. Rybacy są już po pracy, sączą piwo i patrzą w telewizor, w którym leci mecz koszykówki.

„Victor? Tak, znam, ale nie utrzymujemy kontaktów. To dziwak, produkuje jakieś nawozy roślinne, ale kiedy go o nie spytałem, nie chciał mi ani nic sprzedać, ani w ogóle o tym mówić”.

„Wiem, że zostawiła go żona, bo kompletnie się nią nie interesował”.

„On przyjezdny jest. Chyba już z 10 lat tu mieszka, ale z nikim się nie przyjaźni”.

„Nieszkodliwy gość, ale nie wiem, czy chciałbym się z nim przyjaźnić”.

„A dlaczego pani pyta? Jest nim pani zainteresowana?”

Nikt nic nie wiedział o laboratorium. A ja nic o nim nie mówiłam.

„Raz tylko pytali o niego funkcjonariusze FBI – wypala nagle barmanka. – Jakieś trzy lata temu, ale nie wiem tak naprawdę, o co chodziło. Od tamtej pory trzymam się od niego z daleka. Nawet w sklepie”.

Trzy tygodnie później dzwoni telefon. Jestem jeszcze w Stanach.

„Tu Victor, chciałem ci tylko powiedzieć, że szkiełko jest czyste, COVID zlikwidowany,

a mój pacjent z hemofilią przestał tracić krew”.     (Przekrój)

 marzec/kwiecień '25  (24)

/ Ziemia

Pingwin równikowy z gorących wysp Galapagos

Pingwin równikowy żyjący na gorących wyspach Galapagos jest jednym z najrzadszych gatunków na świecie. Przez miliony lat radził sobie znakomicie
w ciepłym klimacie. Dziś jest gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Jak naukowcy próbują uratować te ptaki?

pingwin rownikowy

Nikt dokładnie nie wie, w jaki sposób pingwiny, znane z życia w południowych, często lodowatych środowiskach, znalazły się na równiku. Pingwin równikowy jest najbliżej spokrewniony z pingwinem Humboldta z wybrzeża Peru i Chile. Możliwe, że miliony lat temu niektóre pingwiny Humboldta popłynęły z prądem oceanicznym, zatrzymały się na Galapagos i tam zostały. W drodze ewolucji do trzech razy w roku nauczyły się wychowywać pisklęta na skalistych wyspach wystarczająco gorących, aby usmażyć jajko.

Pingwiny z Galapagos potrzebują cienia w pobliżu wody, aby zakładać gniazda, ale drzewa są na wyspach rzadkością. Dlatego te monogamiczne czarno-białe ptaki korzystają z tuneli lawowych. To jamy, które zwykle mają około metra głębokości. Pingwiny składają w nich jedno lub dwa jaja bezpośrednio na skale. Pisklęta opuszczają gniazdo w wieku od ośmiu do dziewięciu miesięcy, chociaż czasami wracają jeszcze do rodziców po jedzenie.

Kiedy ludzie przybyli na wyspy, sprowadzili nieznane wcześniej gatunki, takie jak koty i szczury, które polują na jaja, pisklęta, a nawet dorosłe osobniki. Komercyjne połowy w okolicznych wodach doprowadziły do ​​przełowienia wielu ryb preferowanych przez ptaki. Ale największy wpływ na pingwiny równikowe ma pogoda.

W 1982 roku wyjątkowo silne zjawisko El Niño przetoczyło się przez kulę ziemską. Woda oceanu ociepliła się, uniemożliwiając wydostawanie się na powierzchnię kluczowych składników odżywczych. Brak składników odżywczych oznaczał brak ryb, czyli brak pożywienia dla pingwinów. Pisklęta najpierw głodowały, idąc do rodziców po posiłek i go nie znajdując. Następnie ginęły dorosłe osobniki. Prof. Boersma z University of Washington w Seattle szacuje, że populacja pingwinów z Galapagos spadła wówczas

o połowę, z 10 tysięcy do mniej niż 5000 osobników. Nigdy już się z tego nie podniosła.

Ponad dekadę temu biolożka P. Dee Boersma wydrążyła niewielki otwór w lawie na Wyspach Galapagos. Miała nadzieję na zwabienie jednego z najrzadszych nielotów na świecie. Pięć miesięcy później para pingwinów równikowych (Spheniscus mendiculus) wprowadziła się do tak przygotowanego gniazda i odchowała młode. W następnym roku wprowadziła się tam kolejna para.

Obecnie co najmniej 84 z 120 gniazd, które wydrążyli prof. Boersma z University of Washington w Seattle i jej współpracownicy, nadal nadają się do użytku. A ostatni spis liczebności pingwinów na Galapagos wykazał, że ​​jedna czwarta z nich to osobniki młodociane. To niemało zważywszy na to, że liczebność gatunku szacowana jest między 1500 a 4700 osobników.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu prof. Boersma, badaczka National Geographic mówi, że jest nadzieja dla tych ptaków. Pingwiny równikowe i tak muszą zmagać się ze zmiennym klimatem Galapagos. Woda tam jest raz ciepła, raz zimna. Zależy to od cyklicznych zjawisk pogodowych El Niño i La Niña. To drugie schładza wodę, co sprawia, że wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej pojawia się większa ilość ryb. A to z kolei przyczynia się do obecnego wzrostu populacji pingwinów równikowych, gdyż zapewnia im więcej pożywienia.

Ciekawostki:

  • Pingwin równikowy to jedyny gatunek pingwina gnieżdżący się na półkuli północnej.

  • Dorosłe pingwiny równikowe mają wierzch ciała czarny, a spód biały. Na spodzie ciała biegnie szeroki czarny pas. Z kolei boki głowy otacza cienki biały pas.

  • Ptaki te osiągają 45 cm wysokości i 2,5 kg masy ciała. Dożywają 20 lat.

  • Pingwiny równikowe potrafią schładzać swoje ciało, m.in. poprzez dyszenie i osłanianie stóp przed słońcem. Mają też zmniejszoną ilość tkanki tłuszczowej.

  • Pokarm tego gatunku to głównie drobne ryby. Pingwin równikowy poluje stadami, często wraz z kormoranami nielotnymi.

  • Na pingwiny polująrekiny i walenie.

  • Pingwin z Galapagos uznawany jest za gatunek zagrożony wyginięciem. Podlega ochronie prawnej.

(National Geographic; redakcja: az)

/ muzyka 

    marzec/kwiecień '25 (24)

Lady Gaga

LADY GAGA
i jej nowa płyta "Mayhem"

Siódmy album Lady Gaga to dialog z jej poprzednimi dokonaniami. Niemal każda piosenka na płycie „Mayhem” brzmi, jak unowocześniona wersja przebojów  przeszłości. To nie zarzut, lecz komplement. Artystka

– dojrzała, spełniona, lecz wciąż niepokorna – nikogo nie udaje. 

ANNA KONIECZYŃSKA 

Lady Gaga wydała wyczekiwaną siódmą płytę.

Na przebojowym albumie „Mayhem” powraca do tanecznych źródeł / fot.: materiały prasowe; domena publiczna

Lady Gaga mayhem, zamieszanie, zamęt wywołała występem w filmie „Joker: Folie à Deux”. Musicalowy sequel „Jokera”, w którym zagrała Harley Quinn, uznano za jedną z najgorszych produkcji roku. Gwiazda podniosła się po porażce, by siódmym albumem, „Mayhem”, znów święcić triumfy. Wydanie płyty zapowiedziała już podczas promocji nieudanego obrazu Todda Phillipsa, a pracowała nad nim od 2022 roku. 

Płytę „Mayhem” promują single „Disease”, „Abrakadabra” i „Die with a Smile”

„Mayhem” zapowiadały single „Disease” (fani natychmiast skojarzyli tytuł z wersem z „Bad Romance” z 2009 roku – „I want your ugly,

I want your disease”, ale tym razem to ktoś potrzebuje jej, i to ona może uleczyć jego chorobę), „Abracadabra”, który ewidentnie nawiązywał do debiutanckiego hitu „Just Dance” i brzmień lat 80., oraz „Die with a Smile” nagrany z Bruno Marsem, który długo utrzymywał się na szczytach list przebojów. 

Na najnowszym albumie Lady Gaga zdaje się świetnie bawić – czy tak samo będzie z fanami?

Choć łatwo można by zaszufladkować „Mayhem” jako album nostalgiczny, Lady Gaga pragnie być tu i teraz. Nawet wtedy, gdy sięga po inspiracje Davidem Bowiem, Blondie czy Prince’em, tłumaczy ich muzykę na współczesne dźwięki. Ale przede wszystkim czerpie

z własnego ogromnego dorobku. Utworem „Don’t Call Tonight” puszcza oko do wielbicieli „Alejandro”, ballada „Blade of Grass” przypomina chociażby „Speechless” albo piosenkę ze ścieżki dźwiękowej „Top Gun: Maverick” – przegięte, kampowe „Hold My Hand”. W „Perfect Celebrity” mierzy się ze sławą, jak kiedyś w „Paparazzi”. Na parkiet nadają się także „Killah” nagrane z producentem Gesaffelsteinem, „Zombieboy” i „LoveDrug”. Podczas gdy poprzednie albumy epatowały dramatyzmem, „Mayhem” wydaje się lekki. Lady Gaga – świadoma siebie, osadzona w sobie – po prostu świetnie się bawi. Nie musi już nikomu nic udowadniać, z nikim konkurować ani ukrywać się za kostiumem. Nie straciła pazura, gdzieniegdzie wciąż czai się mrok, ale albumem przede wszystkim wyraża radość – z życia, z miłości, z kobiecości. W wywiadzie dla Apple Music tłumaczyła, że tym razem nie czuła potrzeby „przebierania” swojej muzyki. Każdy poprzedni album zapowiadała spektakularna metamorfoza, a teledyski, oprawa wizualna, stylizacje często przytłaczały same piosenki. Tym razem liczy się przede wszystkim muzyka (co nie znaczy, że miłośnicy mody będą zawiedzeni – wystarczy zobaczyć klip do „Abracadabra”). Taką Lady Gagę – rockową i romantyczną – kupią i jej armia, Little Monsters, i fani z generacji Z, do których idolek należą Charli XCX i Chappell Roan.   (vogue.pl)

Chappell Roan

CZYTAJ TAKŻE 

Od ciszy Missouri po krzyk sceny - Chappell Roan

(...) Chappell Roan to artystka, której historia splata się z intensywnym poszukiwaniem własnej tożsamości

w świecie pełnym ograniczeń. Dorastając w maleńkim, konserwatywnym miasteczku, w rodzinie, gdzie modlitwa miała leczyć każde zło, szybko poczuła, że jej wewnętrzny świat nie pasuje do ram, które jej narzucono. (...)

/ sztuka  malarstwo 

    marzec/kwiecień '25 (24)

Dziewczyna z kolczykiem w podrozy - Paryż

MIRA SKOCZEK-WOJNICKA
– kobieta malująca kobiety

DOROTA PIETRZYK

Jak sama stwierdziła, jej twórczość stanowi dialog z dawnymi mistrzami, najbardziej inspirujący dla niej są twórcy tacy jak Leonardo da Vinci, Vermeer, Caravaggio, Michał Anioł czy Rembrandt. Jeśli trzeba by określić jej malarstwo w kilku słowach, można by powiedzieć, że stanowi ono połączenie klasycznego portretu ze współczesną abstrakcją

Mama trójki dorosłych dzieci, przez wiele lat ekspertka ds. wizerunku marki i reklamy w dużej firmie, graficzka

z dyplomem litografii oraz wklęsłodruku. Na co dzień piękna kobieta z ogromną pasją do malarstwa olejnego, tworząca w swej pracowni prawdziwe malarskie cuda.

Spotykam się z Mirą w jej pracowni w centrum Krakowa. Z radia delikatnie sączy się jazz. Dookoła mnie obrazy: na podłodze, na ścianach, półkach i stelażach. Na sztaludze schnie piękna podróżująca „Dama z kolczykiem”. Właśnie zwiedza Toskanię. To nowy cykl obrazów. Na stole, między kryształowymi kieliszkami (każdy inny!), leżą pojedyncze staromodne kolczyki – rekwizyty. Każda dama jest inna, więc musi mieć inny kolczyk, gdy pozuje na tle katedry mediolańskiej, pejzażu Segovii czy paryskiej Notre Dame.

 

Czy te piękne damy to konkretne osoby malowane na zamówienie?

Nie, nie są malowane na zamówienie, w zasadzie kanwą do kolejnych portretów na obrazach jest twarz mojej córki Marty (też artystki), którą mam pozwolenie przerabiać tak, jak chcę, czasem bardziej widać do niej podobieństwo, czasem zupełnie nie. Marta pozuje generalnie jako „wzór” układu, pochylenia głowy, „oddaje” mi swój profil, en face czy też ułożenie en trois quarts.

 

„Złoty turban” już sprzedany, chociaż jeszcze schną werniksy. Nie jest ci go żal?

Cieszę się, że znalazł nabywcę, wszak to też dość istotne, aby obrazy się sprzedawały. Żyjemy z nich, płacimy rachunki, kupujemy przyjemności, a przede wszystkim mamy na farby, aby powstały nowe obrazy. Niemniej jednak z pewnych okresów zostawiam sobie jakieś obrazy. Na przykład ten obraz jest z cyklu, kiedy wklejałam w moje prace wytrawione w blasze miedzianej ornamenty. Kiedy malowałam cytaty ze starych mistrzów, eksperymentowałam z nadrukami na płótnie, które również wklejałam w obraz. Potem był cykl kosmiczny oraz wiele innych. Często z kobietami w roli głównej. Wiszące w pracowni obrazy stały się takim moim malarskim pamiętnikiem.​​

 

Opowiesz mi, jak radziłaś sobie, gdy dzieci były małe? Praca, po pracy odrabianie lekcji z dziećmi, zajęcia dodatkowe, kolacja i co potem? Biegłaś do pracowni?

Tak, pracownię mam od 27 lat. Malowałam zwykle w nocy, zawsze to były moje święte godziny. Wszystko pozałatwiane, wywiadówki, zakupy, obiadki, pranka. Mogłam malować!

 

Cały czas pracowałaś przecież na etacie. I co – po pracy, pralkach, zakupach itp. szłaś do pracowni? Nie byłaś zmęczona?

Tak! Szłam do pracowni! Wiesz, jak człowiek jest młody, to ma zupełnie inny power. Jeszcze w międzyczasie byłam w stanie zaliczyć jakiś wernisaż o osiemnastej i potem biegłam do pracowni. Siadałam i malowałam do pierwszej, drugiej. Ta ilość snu do siódmej mi wystarczała. Do tego stopnia się przyzwyczaiłam, że dwa, może trzy razy w tygodniu „zarywałam” taką nockę, ale następnego dnia, gdy wracałam po pracy, robiłam sobie krótką drzemkę, taką godzinną, która pozwalała mi na regenerację.

Zawsze się mówiło, że Napoleon spał trzy, cztery godziny, lecz ratowały go właśnie piętnasto- czy dwudziestominutowe drzemki

w ciągu dnia. Bo to jest świetny reset mózgu. Siły witalne ci wracają. Wstajesz i masz jak gdyby nowy organizm do działania.

I potem, po nocnym malowaniu, byłaś w stanie być w pracy aktywna aż do czwartej po południu?

Tak, taki rytm sobie ustaliłam – i to przestało po prostu być dla mnie problematyczne. Bałam się nawet, że jak przejdę na emeryturę, to stracę to koło zamachowe, którym była moja praca na etacie, i nic nie będę robić. Położę się, rozpadnę, depresja czy jeszcze coś gorszego. Zawsze byłam bardzo energiczna…

Mira Skoczek-Wojnicka

A kiedy przeszłaś na emeryturę?

Dwa lata temu.

I jak jest?

Cudownie. Jestem zachwycona, to mój najlepszy czas.

Kiedy się rozwiodłaś?

Gdy najmłodsza córka miała chyba trzynaście lat, bo długo nie mogliśmy się rozwieść, ale kiedy miała roczek, byliśmy już w separacji.

A jak to się stało, że jako grafik zaczęłaś malować?

Całe lata robiłam grafiki, bo dla mnie ta cała alchemia graficzna jest chyba najważniejsza. Długo nie chciałam odpuścić. Pamiętam, że jak poznałam mojego partnera Iwa, który jest malarzem, to zauważyłam, że maluje się o wiele szybciej, niż tworzy grafikę warsztatową. No i zaczęłam malować, choć teraz z perspektywy czasu 

stwierdzam, że malowanie zajmuje mi porównywalną ilość czasu, dlatego zwykle zaczynam dwa lub trzy obrazy naraz. Nie dość, że przy malowaniu olejnymi farbami obrazy długo schną (szczególnie te moje abstrakcyjne podmalówki), to jeszcze samo zakończenie prac też zabiera czas. Ale lubię się zmieniać, próbować sił w nowych technikach. Kontynuuję przygodę z malarstwem olejnym, ale od kilku lat zajmuję się również rysunkiem w technice suchej pasteli. Za jedną z prac dostałam nagrodę na międzynarodowym konkursie pasteli we Francji – z opisem, iż otrzymuję ją za „innowacyjność w tej technice” :)

 

Ale musiałaś się zatrzymywać, bo trzeba było zaopiekować się trójką dzieci?

Tak, to oczywiste. Zawsze się śmiałam, że w spisie wystaw powinnam zamieszczać daty urodzeń moich dzieci, bo wiadomo było, że przez każde dwa lata, gdy rodziło się kolejne, nic innego poza opieką nad nimi nie mogłam robić. Jednak moi rodzice bardzo mi pomagali. Przychodziłam z blachami w teczce oraz z dziećmi do rodziców, rozkładałam blachy na stole, a wtedy mój ojciec zajmował się dziećmi. Skrobałam igłą grafiki, mapy Afryki, mapy świata według kartograficznego atlasu Merkatora, nosorożce czy Bazylikę św. Marka w Wenecji.

I mamy już nie miałaś, tylko tatę?

Nie, jeszcze mama żyła, ale generalnie dziećmi zajmował się ojciec. Przyprowadzał córkę z przedszkola, wychodził na spacery

z chłopcami. Miałam od nich naprawdę olbrzymią pomoc. Bez tego bym sobie nie dała rady.

A co było pierwszym tematem, co cię najbardziej na początku wciągnęło? Może te kosmiczne konstelacje?

Nie. Na początku były to obrazy abstrakcyjne, potem portrety córki, które tutaj widzisz, na tej ścianie. Najpierw ten mały z łódeczką papierową, czyli „Marta jako Infantka Małgorzata”, potem drugi „Marta na balkonie”. Marta siedzi tu w bordowej sukience, naburmuszona, bo bardzo była niezadowolona z pozowania. Miała takie różowe bamboszki na nóżkach. Pamiętam, że ten portret kupiła w galerii w Sukiennicach jakaś Angielka. Córka mnie pytała: „Mamo, wytłumacz mi, kto chce małą dziewczynkę z Polski powiesić nad kominkiem?”. Odpowiedziałam, że komuś widocznie się spodobał. Tak zaczęłam malować, łącząc to, co lubię najbardziej, czyli abstrakcję z realizmem, bo wcześniej malowałam głównie czystą abstrakcję geometryczną.

 

Czyli twój dyplom był abstrakcyjny?

Totalnie! Trójkąty, kwadraty, linie przelotów samolotów, Laguna Wenecka z lotu ptaka. Gdzieś jeszcze mam akwafortowe blachy, bo nie wiem, czy mam ich odbitki.

Jakie masz rytuały w pracowni? Bo nie wierzę, że wchodząc, od razu rzucasz się w wir pracy.

O, nie, nie. Muszę mieć przynajmniej godzinę przyzwyczajenia się do miejsca, do okrzepnięcia, zostawienia na zewnątrz tego wszystkiego, z czym przyszłam.

 

A w ogóle zostawiasz obowiązki w jakiś szczególny sposób? Ugotujesz, posprzątasz, zrobisz wszystko, co masz na ten dzień,

i wtedy wiesz, że możesz iść do pracowni? Czy po prostu rzucasz wszystko, jedziesz do pracowni, bo teraz jest czas na malowanie?

To zależy. Dawniej byłam bardziej poukładana. Wszystko było zrytmizowane. Wiadomo było, że muszę pewne zadania odrobić, by mieć te święte godziny dla siebie. Dlatego malowałam w nocy. Nikt nie dzwonił, nie przeszkadzał, dzieci smacznie spały. Teraz jest inaczej. Zmieniła mi się optyka. Często nie gotuję, nie sprzątam, jem pizzę albo hamburgera, cokolwiek, bo muszę pójść malować. Może tak jest dlatego, że już nie jestem uwiązana pracą od ósmej do szesnastej, moje godziny są bardziej labilne, mogę bardziej je przemieszczać. Często wolę nie zjeść, a pomalować.

A jeszcze ciągle zarywasz noce?

Oj, tak. Lubię malować nocami.

A twoje podróże, plenery? Czy to jest inspiracja?

Mam przyjaciółkę Ewę, dzięki której pojechałam na pierwszą szaloną wyprawę do Włoch. Dzieci wysłałam na kolonie. Wcześniej pojechałyśmy na plener do Mojmirowic, na Słowację. Miałam od trzech miesięcy prawo jazdy. Musiałam je zrobić, by dostać pracę

i służbowego opla corsę. Jedyną odbytą przeze mnie daleką podróżą była trasa Kraków–Kryspinów (ok. 12 km).

 

I co? Dojechałyście na Słowację?

Oczywiście! Pewnego dnia Ewa mówi: „Jedziemy do Włoch”. Ja mówię: „Nie widzę przeszkód”. Nie było GPS-ów, tylko mapy. Pojechałyśmy na plener do Rieti, sto kilometrów od Rzymu. Iwo mieszkał wtedy w Wiedniu. Dojechałyśmy do Wiednia i zobaczyłam wjazd do miasta. Sześć nitek, zupełnie nie wiem, w którą stronę! Ewa też zielona: nieznająca się na mapie, na przepisach, na drogowskazach też nie. Wjechałyśmy na Schwechat, na lotnisko. Zadzwoniłam do Iwa: „Może byś pojechał z nami do Włoch na wyprawę?”. Powiedział, że jestem szurnięta. Ale przyjechał i odebrał nas stamtąd, pomagając wjechać do Wiednia. W Krakowie wcześniej wynajęłam opiekunkę dla dzieci, gdyż była przerwa kilku dni do wyjazdu na następną kolonię. Tą opiekunką została kuzynka Ewy. Tak że wszystko było opłacone, zorganizowane, zdalnie zrobione. To była nasza największa szalona wyprawa. Ewa jest italianofilką, świetnie mówi po włosku. Wszystkie nasze kontakty – absolutnie szalone – z włoskimi artystami, aktorami to dzięki niej. Nawet we Florencji mieszkałyśmy u jej przyjaciela. Stamtąd pojechaliśmy do San Gimignano, do Sieny. Tak cudowne przygody się nam zdarzały, że to po prostu jest nie do uwierzenia. Wróciliśmy potem do Krakowa i Iwo do mnie powiedział: „Ty nie jesteś normalna! Kto to wpada na pomysł, by mając trzy miesiące prawo jazdy, taką drogę zrobić?”. I oczywiście prowadził samochód przez większość podróży. Gdybyśmy tego nie zrobili wtedy, to byśmy się w życiu nie zdobyli na taką wyprawę.

 

A samochód?

Całe lata miałam służbowe samochody, ale od dwóch lat mam własny! Wyobrażasz to sobie? Po raz pierwszy mam własny samochód! Lubię jeździć, lecz coraz bardziej męczą mnie takie dwunastogodzinne trasy, na przykład Kraków–Sopot. Nienawidzę jeździć w nocy, źle wtedy widzę. W deszczu też nie lubię, ale samochód bardzo mi ułatwił życie. Gdy go kupowałam, sprzedawcy patrzyli na mnie jak na wariatkę. Pokazywali mi bajery, buzery, nie wiadomo jakie cuda, a ja, stojąc z metrem, mówiłam: „Bagażnik proszę mi otworzyć”.

I tak sprawdzałam z tą miarką szerokość i długość. „Nie nadaje się” – stwierdzałam. „Jak to się nie nadaje?” – słyszałam z drugiej strony, więc odpowiadałam: „Obrazy nie wejdą”. To było jedno z najważniejszych kryteriów, oprócz oczywiście stanu technicznego samochodu, rocznika itd.

 

A właśnie. Do jakiego formatu obrazów jesteś najbardziej przyzwyczajona?

Dawniej malowałam ambitnie – sto na sto czterdzieści, sto na sto osiemdziesiąt centymetrów, ale teraz już nie mam siły albo gorzej ogarniam taką przestrzeń.

 

Czy wciąż inspirują cię dawni mistrzowie – Leonardo, Rembrandt, Velázquez?

Tak, myślę, że to nigdy mi się nie zmieni, kocham i jestem zafascynowana starymi mistrzami, choć również uwielbiam Rauschenberga czy Tapie. Zrobiłam cykl „Kawa z Rembrandtem”, to takie małe „spotkanie” z mistrzem przy kawie. Od ponad dwudziestu lat wracam do motywu „Infantki” Velázqueza i myślę, że nigdy mi się nie znudzi, a najważniejsze, że odkrywam w niej nowe inspiracje dla mnie.

 

Jesteś spełniona jako artystka?

Myślę, że tak. Ciągle się zmieniam. Nuda mnie po prostu rozbija. Nie jestem w stanie ciągle robić tego samego. Nowe obrazy są przede mną. Wymyślam nowe cykle – od „Dziewczyny z kolczykiem” według Verméera, po rozpoczęty kiedyś cykl pejzaży z Pompejów. Myślę, że wiodę superinteresujące, acz często ciężkie życie, chyba nie mogłabym być kimś innym niż artystą. Kreowanie nowej – swojej – rzeczywistości, niespodziewanych lub znajomych światów na płótnach sprawia, że jestem szczęśliwa. Choć bardzo łatwo popaść w zniechęcenie czy depresję, jak obrazy nie idą lub źle się sprzedają. Dlatego trzeba wspierać żyjących artystów. Martwi nie namalują nam kolejnych pięknych, dramatycznych czy też zaangażowanych prac.    (presto.pl)

/ sztuka  malarstwo 

    marzec/kwiecień '25 (24)

5 ciekawostek o… Hannie Rudzkiej-Cybis

KATARZYNA ŁOMNICKA 

Hanna-Rudzka-1919-fot.-archiw.

Hanna Rudzka-Cybis, 1919 rok / fotografia archiwalna

1. Naukę malarstwa rozpoczynała w Warszawie.

Nazwisko malarki Hanny Rudzkiej-Cybis na trwale związane jest z krakowskim środowiskiem artystycznym. Swoją pasjonującą przygodę ze sztuką artystka rozpoczęła  jednakże w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Wcześniej, jako uczennica gimnazjum

w Lublinie uczęszczała na prywatne lekcje rysunku. Bezpośrednio po maturze, na skutek sprzeciwu ojca nie mogła realizować artystycznych zainteresowań, zaczęła więc pracę w rodzinnym przedsiębiorstwie zajmującym się sprzedażą maszyn rolniczych. Ostatecznie w 1918 roku trafiła do warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, gdzie podjęła naukę w pracowni prof. Miłosza Kotarbińskiego. Wczesne prace Hanny Rudzkiej-Cybis, stanowiące rzadkość na rynku antykwarycznym, charakteryzuje dążenie do syntetycznej, zwartej formy kompozycji

i stonowana tonacja barw. Fascynacja  kolorem i „grą barwną” kapistów pojawi się w twórczości artystki kilka lat później. Studia malarskie w Warszawie Hanna Rudzka

-Cybis kontynuowała do 1920 roku, kiedy to zmuszona trudną sytuacją materialną rodziny przerwała naukę. Szczęśliwie w kolejnym roku uzyskała pomoc finansową ze strony kuzyna dr Feliksa Hilchena i zaraz też podjęła dalsze studia, tym razem w Akademii Sztuk Pięknych

w Krakowie. Przekraczając mury uczelni jesienią 1921 roku nie przypuszczała zapewne, że z krakowską akademią zwiąże się na całe dalsze życie twórcze.

2. Konsekwentnie realizowała założenia kapizmu.

Znalazła się w grupie jedenastu studentów krakowskiej ASP, uczniów prof. Józefa Pankiewicza, którzy jesienią 1924 roku udali się do Paryża. Planowali krótki, najwyżej trzy miesięczny pobyt, a zostali nad Sekwaną kilka lat, aż do 1931 roku, poznając dokonania światowego malarstwa i odkrywając znaczenie koloru. Od określenia Komitet Paryski (KP) powstała z czasem nazwa grupy – kapiści. Kapiści czyli polscy koloryści wypracowali wspólną doktrynę artystyczną, ale realizowaną już w sposób indywidualny. Grupa zrzeszała wybitne osobowości twórcze, obok Hanny Rudzkiej-Cybis należeli do niej między innymi: Jan Cybis, Józef Czapski, Zygmunt Waliszewski, Piotr Potworowski, Artur Nacht-Samborski. Mieliśmy wobec siebie ogromne wymagania. Uczyliśmy się wzajemnie. Myśmy byli razem wyłącznie dlatego, że chcieliśmy niebagatelnie zajmować się malarstwem. Było jak gdyby pilnowanie się, żeby nie zejść na łatwiznę. Potrzebna nam była konfrontacja ze sobą i konfrontacja z wielką sztuką. Bo artysta rodzi się poprzez sztukę, poprzez nawarstwienie doświadczeń, przez myślenie i przeżycie innych malarzy – pisała Hanna Rudzka-Cybis, dla której odkryciem były obrazy francuskiego malarza Pierre’a Bonnarda. Przez całe życie artystka konsekwentnie malowała według założeń kapistów, a jej twórczość przynależy do nurtu postimpresjonizmu. Podstawowym środkiem budowania obrazu była dla artystki plama barwna, zaś wśród dominujących tematów znalazły się te najbardziej cenione przez kapistów – pejzaż i martwa natura.

Hanna-Rudzka-Cybis-Widok-na-Stare-Miasto-znad-Wisły-1919

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Widok na Stare Miasto znad Wisły”, 1919 rok / fot.:  Desa Unicum

Rudzka-Cybis (1897-1988), „Dachy Paryża”, 1930 rok

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Dachy Paryża”, 1930 rok / fot.: Desa Unicum

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Pejzaż nadwiślański”, 1919 rok

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Pejzaż nadwiślański”, 1919 rok / fot,: Desa Unicum

Hanna-Rudzka-Cybis-Katedra-Notre-Dame-w-Paryżu-1932-1933

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Katedra Notre Dame w Paryżu”, lata 1932-1933 / fot.: Agra Art

3. Malowała portrety przyjaciół.

Portrety malowane przez Hannę Rudzką-Cybis były przedstawieniami kameralnymi, dalekimi od założeń typowych dla oficjalnego portretu. Artystka malowała postaci przyjaciół i znajomych w swobodnych, niewymuszonych pozach, sięgając po cały arsenał znanych jej środków wyrazu artystycznego. Osoby portretowane zostały zamienione w plamy barwne wtopione w silną kolorystycznie przestrzeń równie barwnego tła, czyli wnętrza. W ten sposób już w latach 30. malowała portrety Marii Balowej, jej córki Kingi Turno czy Dixi Boraczok, żony malarza Seweryna Boraczoka, zajętej obieraniem jabłka. Po wojnie, głównie w latach 50., portretować będzie literata Kornela Filipowicza, malarkę Jadwigę Hoffmanową, zaprzyjaźnioną historyczkę i krytyczkę sztuki Helenę Blum i rzeźbiarza Xawerego Dunikowskiego, później także prof. Jerzego Szablowskiego, dyrektora Zamku na Wawelu, we wszystkich wizerunkach osiągając głęboką prawdę psychologiczną. „Portret Heleny Blum” zbudowany za pomocą plam barwnych, zdominowanych błękitem płaszcza i czernią beretu, otrzymał  wyróżnienia i nagrody, między innymi na I Festiwalu Malarstwa Współczesnego w Szczecinie

w 1962 roku. Krakowska Akademia Sztuk Pięknych otrzymała natomiast „Autoportret”, w którym Hanna Rudzka-Cybis zaprezentowała się jako malarka pewna swojego talentu i obranej drogi artystycznej, z paletą i pędzlem w ręku na tle pracowni malarskiej.

portret-heleny-blum

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Portret Heleny Blum”, 1960 rok / fot.:  Muzeum Narodowe w Krakowie

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Autoportret”, przed 1970 rokiem

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Autoportret”, przed 1970 rokiem

/ fot.;  ASP w Krakowie

4. Prowadziła kursy malarstwa w Krzemieńcu.

W latach 1937-1939 Hanna Rudzka-Cybis prowadziła – wraz z innymi malarzami – kursy wakacyjne dla nauczycieli w Liceum Krzemienieckim. Organizatorem kursów był malarz i redaktor „Głosu Plastyków” Kazimierz Mitera, który zainspirował się pomysłem Stanisława Sheybala, ówczesnego nauczyciela rysunku i fotografii w Liceum w Krzemieńcu. Na kursach Rysunkowego Ogniska Wakacyjnego (ROW) uczyli przede wszystkim malarze wywodzący się z krakowskiego środowiska artystycznego, związani z nurtem koloryzmu. Byli wśród nich: Jan Cybis, Hanna Rudzka-Cybis, Emil Krcha, Eustachy Wasilkowski, Czesław Rzepiński, Kazimierz Rutkowski, Stanisław Szczepański, Jerzy Wolff , Adam Gerżabek, Władysław Lam oraz rzeźbiarz Marian Wnuk. Artyści uczyli słuchaczy kursów krytycznie patrzeć na dzieło, odróżniać je od tandety, szerzyć zamiłowanie do sztuki i ochrony dziedzictwa kulturowego. Na wakacyjnych kursach dla nauczycieli ważne też było przygotowanie techniczne, czyli opanowanie rysunku

i malarstwa w takim stopniu, aby byli dobrymi nauczycielami. W czasie trzech sezonów wakacyjnych Hanna Rudzka-Cybis prowadziła kursy rysunkowe różnych stopni, wygłaszała prelekcje o sztuce, ale też zajmowała się twórczością własną. Z okresu pobytu

w Krzemieńcu zachowały się kompozycje pejzażowe ukazujące widoki miasteczka na tle Góry Królowej Bony.

martwa-natura-z-flakonem

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Martwa natura z granatowym flakonem”, 1965 rok / fot.: Muzeum Narodowe w Krakowie

5. Była pierwszą profesorką krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej środowisko artystyczne rozpoczęło starania o reaktywację krakowskiej akademii. Na swoich stanowiskach w większości pozostali  przedwojenni profesorowie (Wojciech Weiss, Fryderyk Pautsch, Karol Frycz, Ignacy Pieńkowski, Władysław Jarocki), natomiast rektorem ASP wybrano prof. Eugeniusza Eibischa, który nominował na profesorskie stanowiska malarzy z nurtu kolorystycznego; byli to: Jerzy Fedkowicz, Zbigniew Pronaszko, Czesław Rzepiński i Hanna Rudzka-Cybis – pierwsza profesorka akademii. Na posiedzeniu rady profesorów w dniu 24 grudnia 1945 roku nie obyło się bez 

Hanna-Rudzka-Cybis-Pejzaż-z-Lanckorony-1963

Hanna Rudzka-Cybis (1897-1988), „Pejzaż z Lanckorony”, 1963 rok / fot.: Zachęta

Prof.-Hanna-Rudzka-Cybis-na-przeglądzie-końcoworocznym-ASP-Kraków-196

Prof. Hanna Rudzka-Cybis na przeglądzie końcoworocznym, ASP Kraków, 1964 rok

gorących dyskusji, bowiem część „starego” grona pedagogicznego nie wyrażała zgody na dopuszczenie kobiety do grona profesorów. W końcu przegłosowano nominację i Hanna Rudzka-Cybis objęła katedrę malarstwa po Stanisławie Kamockim, a w 1960 roku została dziekanem Wydziału Malarstwa ASP. Na uczelni pozostawała do czasu przejścia na emeryturę w 1967 roku. Swoją profesurą zapisała wspaniałą kartę w historii krakowskiej akademii. Była cenioną i szanowaną pedagożką, zawsze życzliwą studentom, wśród których zyskała wielu przyjaciół. Prof. Józef Lucjan Ząbkowski wspominał po latach: Matkowała, pod koniec swej profesury codziennie była na korekcie. Zaś prof. Jan Pamuła we wstępie do publikacji poświęconej malarce pisał: Osobiście wspominam tę wielką postać z podwójnym uczuciem – uczuciem wielkiej wdzięczności jako jeden z jej uczniów i uczuciem podziwu dla jej twórczości. Hanna Rudzka-Cybis swą twórczość, jak i pracę pedagogiczną traktowała zarówno jako wewnętrzną potrzebę, jak i posłannictwo. (sztukipiekne.pl)

/ sztuka  malarstwo 

    marzec/kwiecień '25 (24)

contemporary studio

got?art

Piotr Antonow 1

IRENA SIWEK

PIOTR ANTONOW

VOYTEK GLINKOWSKI

Piotr Antonow 2
Voytek Glinkowski

Konceptualna kompozycja

VOYTEK GLINKOWSKI

Rozmawiajmy o Sztuce bez kompleksów. Wyrzućmy banały, które jedynie śmiecą i tworzą dymną zasłonę. Przestańmy się czepiać “kultowych” staroci, które funkcjonują wciąż pod szyldem “Contemporary”, czyli “Nowoczesne”. Protesty Artystów przeciw akademickiej koniunkturze miały miejsce 70 lat temu. Choćby z tego powodu nie mogą być “Nowoczesne”. Ponadto, używanie terminologii, która definiuje określeniem “abstract” twory malarskie oscylujące wokół przedmiotów i uczuć

o absolutnie realnej osobowości, jest zmyłką, nieprawdą i tuszowaniem rzeczywistości Sztuki za pomocą bełkotu. Sztuka jest precyzyjna. Komunikat wizualny rządzi się bezwzględnymi prawami kompozycji. Artysta to fachowiec od formowania relacji pomiędzy Formą i Kolorem. I, co jest niezwykle ważne; Sztuka o nic nie walczy!!!. Jest zwierciadłem. Człowiek Sztuce się nie przygląda. W Sztuce człowiek się przegląda. Interpretujcie sobie owe układanki kształtów na Wasz prywatny sposób. Nie dajcie się wciągać w hochsztaplerskie, pretensjonalne bufonady o pokrętnych teoriach i “nadprzyrodzonej” sile. Wyrzućmy foldery pełne dat i nazwisk. Nie istnieją tematy zamknięte. Sztuka żyje. Nasiąkamy rzeczywistością jak gąbki. Artysta to katalizator. Układa wrażenia wyniesione z wydarzeń w kompozycyjną papkę i sugeruje publice konkluzję. Komponuje! To wartość nadrzędna Sztuki. Bez układanki ŁADU odniesionego to kształtu wybranego wszechświata (prostokąt płótna), Sztuka nie absorbuje uwagi.

Kompozycja to balans. Balans to poczucie bezpieczeństwa – zaproszenie. Istnieją tysiące rozwiązań kompozycyjnych. Są proste i oczywiste. Ale, takie wieją nudą.

Szukamy kompozycji karkołomnych, stojących na granicy porażki. Takie dają nam największą satysfakcję. Odnosimy się do doświadczeń i wrażeń przechowywanych w skarbcu wyobraźni. To, tak pięknie brzmiące, Deja Vu.

Dlatego odczepmy się od tytułu “Abstrakcja”. Definicja owej odbiega o tysiące kilometrów od formułek pigmentu na płótnie.

My po prostu mamy wstępny Koncept i Komponujemy. Bawimy się myślami przekładając formuły i kolory na płótnie

w poszukiwaniu nietuzinkowych rozwiązań. Jest znakomicie, jeżeli posiadamy do tego warsztat.

Tysiące szkiców i studyjnych rysunków rozwijają przestrzenną wyobraźnię. To dlatego istnieją Akademie. Sztuka nie staje się cudem. Poprzedza ową ciężka praca przez wiele lat. Radość, zdziwienie, nostalgia, smutek, nadzieja, rozczarowanie, niebo, bieg, trudny zakręt... Wszystkie powyższe przypadki znajdują swoje ekwiwalenty formy i koloru poukładane w nowym ładzie.

Irena, Piotr i Voytek wytrącili siebie nawzajem z bezpiecznych obszarów, w których zwykle pracują. Kompozycje bez oczywistej formy przedstawiającej znalazły się na celowniku pędzla, szpachli i piórka. Nawet Artysta ma czasem prawo do przyjemności bez ciężaru na plecach.

 

Bawiliśmy się tym projektem przez kilka tygodni. Mamy nadzieję, że wprowadzimy w Waszą codzienność kilka kropli lekkości

i uśmiechu. Nasza Galeria to miejsce, w którym zawsze możecie zatrzymać się na kawę i pogaduszki o ważkiej naturze Sztuki... nie sztukowania :)

Voytek Glinkowski
Grafika Ireny
Piotr Antonow
Galeria

904 Green Bay Road, Winnetka, IL 60093 

www.gotartstudio.com 

847. 361. 1134

gotart904@gmail.com

środa, czwartek   - 11am - 5pm

piątek                      - 11am - 8pm

sobota                    - 11am - 7pm

niedziela                 - 11am - 3pm

/ teatr  

    marzec/kwiecień '25 (24)

Teatr jest jak ogród. To przestrzeń nieustających zmian, w której każdy element

jest częścią większego organizmu. Spektakle rosną od pomysłu do premiery,

a następnie rozkwitają w kontakcie z publicznością. To miejsce, gdzie pielęgnuje

się idee, dba o emocje i pozwala rozwijać wyobraźnię.

kwiaty

Twórcom teatru
- niski ukłon z podziękowaniem i oczekiwaniem...

Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru przypominamy obszerne fragmenty rozmowy (październik 2023) z Jackiem Sieradzkim, krytykiem teatralnym, między innymi byłym redaktorem naczelnym miesięcznika "Dialog", dyrektorem artystycznym Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Gdyni...

 

Gdy studenci aktorstwa odmawiają pracy nad Szekspirem, bo przemocowy, to ciarki mnie przechodzą

Agata Całkowska: Gdyby spojrzeć na Polskę przez pryzmat teatru, to co można o naszym kraju powiedzieć?

Jacek Sieradzki: – Że może lepiej spojrzeć przez inny pryzmat? Przepraszam za obcesowość. Jest jasne, że ludzie, którzy robią teatr, i ci, którzy go pilnie śledzą, pielęgnują w sobie przekonanie, że sztuka sceniczna potrafi w istotny, głęboki sposób wypowiedzieć się na temat otaczającej nas rzeczywistości.

​I to się, nie przeczę, zdarza, ale po pierwsze, nieczęsto, a po drugie, niekoniecznie w takich, nazwijmy to, interwencyjnych widowiskach, gdzie się wykłada tezę na łopacie, a funkcja agitacyjna walczy o prymat z artystyczną. Choć i w tym trybie powstają mocne dzieła, bliskie memu sercu.

Na przykład?

– Na przykład pewnie największy przebój sezonu, czyli musical „1989", przygotowany przez Teatr im. Słowackiego w koprodukcji

z Gdańskim Teatrem Szekspirowskim. Oczywiście, redukowanie tego spektaklu tylko do jego politycznej treści byłoby krzywdzące; to jest poza wszystkim imponujące, bogate, profesjonalne widowisko. Ale w wymowie jednoznaczne: budowany jest „pozytywny mit", także kosztem świadomie podejmowanych uproszczeń historycznych. Językiem trafiającym do młodych ludzi opowiada się o fajnych ludziach, choć z nieszablonowymi życiorysami, którzy starli się z ludźmi niefajnymi i w 1989 roku wygrali. To działa, entuzjazm widzów, głównie młodszych niż niepodległa Polska, rozsadza salę Teatru im. Słowackiego. Pięknie skandują z aktorami w finale „Ten tłum robi bum". Ale co ten tłum zrobi, kiedy wyjdzie z teatru? Czy pójdzie na zbliżające się wybory? Czy przynajmniej poczyta sobie o tej przeszłości; teatr rozdaje bardzo dobrze zredagowany program – gazetkę? Nie wiem i jestem raczej sceptyczny.

Kiedyś tłum zrobił bum, wyszedł ze zdejmowanych właśnie z afisza „Dziadów" w Narodowym i poszedł w demonstracji pod pomnik Mickiewicza. Był 1968 rok. Pewnie takie rzeczy zdarzają się parę razy na sto lat.

Mieliśmy kilka lat temu „Klątwę" Olivera Frljicia krytykującą Kościół. Było „bum".

– Dobrze, że pani to przypomina. Chorwacki reżyser przyjechał do Polski i zaczął sprawdzać, co jest taką najgroźniejszą, nierozbrojoną bombą społeczną, chronioną przez najsztywniejsze, nienaruszalne tabu, tak instytucjonalne, jak obyczajowe. Wyszło mu, że pedofilia księży i osobiste przewiny Jana Pawła II. Zrobił o tym w Teatrze Powszechnym spektakl, który, jak pamiętamy, spotkał się nie tylko z wściekłością publicystów, ale również z aktami fizycznej przemocy. Można powiedzieć, że utorował drogę dyskusji, którą mieliśmy w tym roku, też niesłychanie emocjonalną, ale opartą już na świadectwach, dokumentach. Wizja sceniczna wyprzedziła społeczną debatę. Niesamowity przypadek mocy teatru. Ale, powtarzam, rzadki jak biały nosorożec.

Skoro to takie rzadkie, to może po prostu zestarzało się myślenie, że teatr w pierwszej kolejności powinien być społecznie potrzebny?

– Teatr nie może być społecznie niepotrzebny, boby go zwyczajnie nie było. Ale funkcje, jakie może pełnić, są różne. Moja pamięć sięga czasów, kiedy całe życie publiczne podlegało cenzurze. Pieczątkę cenzora musiał mieć każdy druk w nakładzie powyżej 50 egzemplarzy, co z lubością przypominam, bo dzisiejszym młodym rodakom to się nie mieści w głowach. A teatr był takim miejscem, gdzie w chwilach cenzuralnego poluzowania można było coś powiedzieć odważniej – oczywiście nie wprost, tylko aluzjami czy metaforami. Bywał więc pewnego rodzaju wentylem napięć społecznych.

Jan Kott w czasie odwilży w latach 50. sformułował słynne zdanie, że fotel krytyka teatralnego stoi na placu publicznym, nie w piątym rzędzie krzeseł. Czyli mówiąc o teatrze, mówimy o rzeczywistości pozascenicznej. Na początku lat 90. krytyk Andrzej Wanat sformułował inny, bliski mi postulat: wstawmy fotel obserwatora z powrotem na widownię, ale do ostatniego rzędu – patrzmy, co mówi teatr, ale i jak słucha go nowa, zmieniająca się publiczność. Czego żąda od sceny. Jakich przeżyć szuka, jakie treści ją kręcą. Liberalna władza w programy teatru się nie wtrącała, jeśli były jakieś przepychanki, to nie miały ideowego charakteru. Zmieniło się to, gdy do władzy doszedł PiS.

Czego chciał od teatru?

– Dużo chciał, a niewiele realnie mógł. Znakomita większość polskich scen jest, przynajmniej dotąd, w rękach samorządowych,

a wielkomiejskie są z reguły liberalne. Władza centralna nie mogła więc przeprowadzić takiej czystki, jakiej by pragnęła. Prawicowe media huczą od oskarżeń, że teatry dostały się w ręce ideologicznej lewicy, że są antynarodowe i antychrześcijańskie, a tematyka przedstawień to ruja i porubstwo. Ministerialni notable wielokrotnie podejmowali te oskarżenia, ale ich działania były niekiedy tylko komiczne. Poczynając od pierwszych decyzji po wyborach, gdy minister dowiedział się z prasy, że w Teatrze Polskim we Wrocławiu zagrają aktorzy porno i majestatycznie kazał tego zabronić, nie wiedząc, że nie ma żadnych prawnych instrumentów, by ingerować

w kształt spektaklu.

​Można przypomnieć różne nękania, na przykład odebranie poznańskiej Malcie prawnie przyznanej dotacji, co miało być represją za zaproszenie wspomnianego Frljicia, a skończyło się przegraną ministerstwa przed sądem. Albo publiczne opowiadanie głupstw, że reżyser, którego wybrano na złość Janowi Klacie na dyrektora Starego Teatru, to najsłynniejszy polski twórca na świecie. Aż po ostatnie decyzje podejmowane już przez lokalnych polityków, takie jak mianowanie dyrektorem Teatru im. Jaracza w Łodzi zaufanego twórcy, który chwilę przedtem przegrał regularny konkurs na to stanowisko. Bądź pięćset dni odwoływania Krzysztofa Głuchowskiego ze stanowiska dyrektora Teatru im. Słowackiego w Krakowie, rzadki przypadek tępej, bezmyślnej mściwości. I łamania prawa. Dyrektora, który ma ważny kontrakt, można usunąć z kilku konkretnych, umieszczonych w umowie powodów. Nie ma wśród nich wystawienia „Dziadów" w sposób, który nie podoba się władzy.

Widział pan te „Dziady", „antypolski spektakl", jak mówili o nim PiS-owcy?

– Widziałem. I czytając opinie oburzonych recenzentów zawodowych i amatorskich, jak krakowskiej pani kurator, miałem narastające wrażenie déj? vu, bo przecież za moich młodych lat Kuroń z Michnikiem też zawsze w „Trybunie Ludu" byli antypolscy. Ciekawe, czy ci piszący nie wiedzą, w czyje buty wchodzą? Tkwi mi w głowie gdzieś przeczytana opowieść o kolaudacji filmu według opowiadania Stanisława Dygata „Dworzec w Monachium" pod koniec lat 70., gdzie mądrzył się reżyser i nacjonalkomunista Bohdan Poręba, a Dygat, którego ten atak kosztował wiele zdrowia, replikował zduszonym zdaniem: „Chciałbym uprzejmie prosić pana Porębę, ażeby nie uczył mnie polskości". Trzeba to odkurzyć i powtarzać w kółko i politykom, i publicystom: dyskutujcie, polemizujcie, ale nie uczcie nas polskości. Nie macie do tego żadnego tytułu, a niekiedy też i rozumu.

Jaki byłby teatr bliski ludziom dzisiejszej władzy?

– Wydaje się, że oni mają taką trochę patriarchalno-parafiańsko-ciotczyną wizję, że teatr powinien wychowywać, krzewić wartości, budować wspólnotę, sławić cnotę i wielkość narodu. Ale chyba dociera do nich, przynajmniej niekiedy, że tak się nie da robić sztuki, świat się zmienił i sam kontekst zmiótłby taką propozycję ze sceny. Nadto reprezentacja twórców wyznających prawicowe ideały jest słabiutka i zdarza się to nawet przyznać ludziom z tamtej strony w chwili szczerości. Teatr dzisiejszy jest przechylony na lewo nie na mocy szatańskiego spisku, tylko właśnie na skutek dysproporcji artystycznej mocy.

Władza bardzo by chciała zmienić oblicze teatru na bliższe swoim wizjom, tylko kompletnie nie umie tego zrobić. Czego dotknie, to psuje. Minister przeznaczył ostatnio ogromną pulę pieniędzy na Teatr Klasyki Polskiej. Przyklasnąłbym: klasyce potrzebne jest wsparcie, bez niego będzie ginąć i język polski w sensie dosłownym, i język sceniczny, rozumienie dawnej literatury, dramaturgii, sposób obrazowania problemów, metaforyka, etc. Ale tu przyznano dotacje instytucji poruszającej się w swoiście zamkniętym obiegu: przedstawienia pokazywane są ponoć gdzieś w objeździe, w małych miastach, nikt z obserwatorów ich nie widział, nie skomentował, nic nie wiadomo o ich rzeczywistej wartości. Z całym szacunkiem dla przewijających się tam niezłych nazwisk aktorskich, całe przedsięwzięcie pachnie chałturą. I zadbaniem o „swoich", tak charakterystyczne dla tej ekipy.

Zygmunt Hübner pisał, że teatr musi jeść z dwóch misek – publiczności i władzy. Tak już zostanie?

– Trzeba dostawić jeszcze trzecią miskę, to znaczy uwzględniać coś, co trudno zdefiniować jednym słowem: rodzaj giełdy środowiskowej. Teatr musi mieć publiczność, musi mieć jakieś dogadanie się ze swoją władzą zwierzchnią, ale i musi budować sobie szacunek wśród koleżanek i kolegów, bo tylko w ten sposób będzie mógł pozyskiwać zaufanie i ściągać najciekawszych twórców do współpracy. Jedzenie z trzech misek naraz, gdzie w każdej są inne przysmaki (ale i ości), może się skończyć udławieniem. Największym wyzwaniem, przed jakim w najbliższym czasie stanie teatr, będzie deficyt liderów i kandydatów na dyrektorów scen. Mało kto będzie miał ochotę na taką żonglerkę miskami. Proszę zobaczyć ostatnie konkursy na dyrektorów teatrów. Mała liczba kandydatów, jeszcze mniejsza wśród nich liczba artystów z pozycją i z dorobkiem. A lepiej, śmiem twierdzić, nie będzie.

Zwłaszcza że jednym z głównych obowiązków dyrektora jest walka o pieniądze.

– To prawda. Wszystkie teatry są pod kreską i wszystkie muszą żebrać o dodatkowe środki. Takie nadzieje, które mieliśmy na początku wolności, że pojawią się prywatni sponsorzy, mecenasi sztuki, rozsypały się. Każdy dyrektor teatru, z którym rozmawiam, skarży się, że ma za mało i musi ścibolić. Albo szaleć. Znam szefów scen, którzy potrafią wydobyć pieniądze spod ziemi albo jadą na swoim wdzięku i wierzą, że ktoś im dosypie na koniec. Ryzykowne to. W sytuacjach konfliktowych dyrektor zawsze może usłyszeć: ależ skąd, gdzieżby, my nic przeciwko repertuarowi pańskiego teatru nie mamy, tylko nam się zaskórniaki budżetowe skończyły. Co będzie albo prawdą, albo nie.

Konfederacja, która zbiera spore sondażowe poparcie, chciałaby zlikwidować finansowanie kultury w budżetu państwa, w samej Warszawie rocznie na teatry wydaje się 100 milionów złotych publicznych pieniędzy. To niebezpieczny pomysł?

​– Te pomysły, że kultura powinna umieć się samodzielnie utrzymać, były na samym początku transformacji. Głosili je niestety bliscy memu sercu liberałowie. Mieliśmy wtedy takie schizofreniczne doświadczenie, że terapia szokowa jest, owszem, niezbędna przy wychodzeniu z komunizmu, ale za chwilę zapłacimy za nią własnymi miejscami pracy. Było upiornie ciężko.

Czy jakikolwiek teatr, choćby w Warszawie, miałby szansę się utrzymać?

– Chyba nie. Maciej Englert zawsze przypomina, że subwencja dla teatru, to nie jest prezent dla artystów, tylko dopłata do biletu, żeby widz nie musiał płacić rzeczywistego kosztu spektaklu. Jak duża musiałaby być podwyżka cen na tych naszych malutkich przecież widowniach i o ile wyższe koszty łyknęliby odbiorcy? Siła nabywcza naszych pieniędzy poszła w górę, ale koszty produkcji jeszcze bardziej. Może przeżyłaby komercja przy drastycznych redukcjach kosztów własnych, może ambitne dzieła tłukłoby się po jakichś tanich piwnicach? Dobrze by nie było.

Warszawska scena jest wyraźnie lewicowa, a Teatr Dramatyczny jest na szpicy rewolucji – co pan tam widzi w repertuarze?

– Wykonując swój zawód, próbuję zachować równą życzliwość wobec wszystkich propozycji, jakie oglądam. Pisałem

o inauguracyjnym spektaklu dyrekcji Moniki Strzępki „Mój rok relaksu i odpoczynku", doceniając w nim rozmaite wartościowe elementy, ale miałem poczucie, że widowisko skutecznie spotyka się z rozdygotanymi emocjami młodszej części widowni, natomiast dla mnie nie ma tam właściwie nic. O co nie mogę mieć pretensji, bo nie dla dziadersów było to krojone. (...)

Od kilku lat toczy się burzliwa dyskusja dotycząca przemocy w środowisku teatralnym. Chciałby pan to skomentować?

– Z jednej strony doskonale rozumiem i podzielam postulat, żeby zwalczać przemocowość wszędzie tam, gdzie ona ma charakter instytucjonalny i systemowy, czyli tam, gdzie może dojść do sytuacji, w której osoba poddana opresyjnym działaniom nie ma się jak bronić. Chodzi oczywiście przede wszystkim o szkoły teatralne, ale też i o wszelkie instytucje, w których panuje rozbudowana hierarchia, a nawet o wieloosobowe i długotrwałe projekty, gdzie również mogą się rodzić patologie.

Przyznam się do czegoś. Prawie pół wieku temu, jako student wydziału wiedzy o teatrze w warszawskiej szkole teatralnej, miałem okazję obserwować zajęcia z przyszłymi aktorami prowadzone zarówno przez charyzmatycznych pedagogów, jak i słabszych wykładowców, rekompensujących sobie pedagogiką brak sukcesów na scenach. Widziałem wtedy upokarzanie studentów, o którym powiedzieć „nieprzyjemne", to nic nie powiedzieć. I dawałem się przekonać, że to konieczne. Nawet nie dlatego, że sztuka rzekomo wymaga ofiar. Dlatego że zawód aktora jest potwornie wyniszczający, niesprawiedliwy, budzący traumy, więc szkoła ma wychowanka zahartować, utwardzić, uodpornić. Tak mnie wtedy przekonywano, dziś bym się pod tą argumentacją na pewno nie podpisał.

Ale gdy słyszę, jak młodzi badacze teatru w ramach walki z przemocowością przywołują jako negatywny przykład Teatr Cricot 2 Tadeusza Kantora, to myślę, że tu jest dobre miejsce, żeby postawić granicę. Kantor był, owszem, nieprawdopodobnym cholerykiem, jego awantury przeszły do legendy. Tyle że jego aktorzy nic nie musieli! Nie żyli z aktorstwa, mieli swoje zawody i dobrą w nich pozycję, byli malarzami, jubilerami, dziennikarzami. Na pracę w tym teatrze decydowali się świadomie, wiedząc, czym pachnie, ale najwyraźniej widząc w tej robocie coś dla siebie wartościowego. Więc upraszałbym naszych Katonów, chcących z moralną wyższością piętnować te praktyki, bądź wręcz twierdzących – sam słyszałem – że lepiej, iżby te „Umarłe klasy" i „Wielopola" nie powstały, skoro powstały tak niegodnymi metodami, żeby się jednak chwilę zastanowili. Belferskie wychowywanie dorosłych ludzi raczej tylko ośmiesza nieproszonych wychowawców.

A w ogóle, kiedy słyszę od dzisiejszych wykładowców szkół teatralnych, że ich studenci odmawiają pracy nad tekstami Szekspira, bo są one nazbyt przemocowe, lekkie ciarki łażą mi po grzbiecie.

Szekspir zły, to kto dobry?

– Wychodzi na to, że dobry jest ten, kto we wszystkim przytakuje naszym poglądom. Mam poważne obawy co do kształtu teatru, który się z takiego myślenia narodzi.

Porozmawiajmy o „Dialogu". Czy odszedł pan na emeryturę na początku tego roku z powodu nacisków politycznych?

– Nie. Z własnej woli. Byłem naiwny? Pewnie tak. Wielu mi mówiło, nie rób tego, bo się stanie to, co się właśnie stało. A ja nie chciałem przyjąć tego do wiadomości. Miałem zaszczyt przez trzy dekady prowadzić instytucję, która funkcjonowała 65 lat, w której nigdy nie było rewolucji personalnych, nie licząc krótkiego okresu po 1968 roku. „Dialog" miał zawsze stabilny zespół. Łudziłem się, że jak pójdę do wydawcy, do Instytutu Książki i zaproponuję na moje miejsce znakomitą kandydatkę, to porozmawiamy o tym. Do diabła, porozmawiamy, przynajmniej tyle. Zależało mi na zachowaniu ciągłości, która tu naprawdę jest wartością nie do przecenienia. Rozumiem, że mogli mieć inne pomysły, ale żeby nawet nie podjąć rozmowy? Dyrektor Dariusz Jaworski poza pytaniem, kiedy rezygnuję, nie miał mi nic do powiedzenia.

Tak po prostu zapytał: „Kiedy Pan rezygnuje?"?

– Tak. I miał jeszcze drugie pytanie, kiedy odejdzie moja zastępczyni, bo i o takiej możliwości wspomniałem. Tylko to go interesowało. Miejsce dla kogoś swojego. Próbowałem jeszcze szukać pomocy, odmrażać stare kontakty ministerialne. Bez powodzenia.

Dlaczego im zależy na niszowym „Dialogu"? Dla stanowisk? Dla ideologii?

– Wie pani, ja i w tej sytuacji, i w paru innych, w których ostatnimi laty się znalazłem, miałem poczucie, że mam do czynienia z władzą najeźdźczą. Zarządzają jakimś terytorium, ale z tubylcami nie rozmawiają. Poza wyjątkowymi przypadkami respektują prawa miejscowych, ale gdy tylko się otworzy jakaś sposobność, jakaś luka, natychmiast osadzają w niej funkcjonariusza. Nie po to, żeby współpracował z miejscowymi. Żeby rządził. Tak było przecież z Antonim Winchem, którego nazwisko trzymali do ostatniej chwili

w tajemnicy, żeby go wyjąć z teczki na zebraniu i przedstawić: oto nasz namiestnik. Zaś jemu nawet nie przyszło do głowy, żeby zaproponować tubylcom spotkanie: pogadajmy, może dojdziemy do porozumienia. Brawurową akcją objął z zaskoczenia daleko wysunięty posterunek. Zespół „Dialogu" się postawił, wzorowo i wspaniale, jako że takie traktowanie było absolutnie nie do przyjęcia, choć może to kosztować wręcz zagładę pisma.

Znał pan zawodowo nowego naczelnego „Dialogu"?

– Z lektur. Opublikowaliśmy cztery jego dramaty. Parę też odrzuciliśmy, bo to płodny autor. Jego dramaturgia mieściła się w tym szerokim spektrum zainteresowań pisma. Chciałem, żeby „Dialog" taki, jaki odziedziczyłem po Konstantym Puzynie, pozostał pismem liberalnym, chciałem pokazywać wszystkie strony współczesnego życia kultury, teatru, sztuk widowiskowych. Drukowaliśmy dramaty, polskie i obce, dokładając do nich komentarze rozszerzające ich problematykę, ukazujące background, konteksty, tradycję. Chcielibyśmy, żeby pismo było wciąż maksymalnie otwarte.

Nie ma co ukrywać, że po trzydziestu z górą latach prowadzenia „Dialogu" rozchodziłem się z moimi młodszymi kolegami, z których większość sam przecież przyjmowałem do pracy. Z coraz większym oporem znosiłem zjeżdżanie pisma w stricte lewicową agendę,

w nieznośny żargon współczesnej humanistyki, w czytanie wszystkiego przez pryzmat genderowy, w twórczość nowych gwiazd eseistyki, przez których teksty trudno było brnąć bez słownika, w irytującą pajdokrację. A jednocześnie miałem poczucie, że formacja bliższych mi pokoleniowo autorów kurczy się i zwija, że już nie stać mnie na kontrpropozycje bliższe myślom starego liberała, że coraz częściej zaczynam jałowo i mechanicznie mówić „nie". Więc rozumiałem, że pora się ewakuować. Co byłoby naturalną decyzją człowieka mającego rosnące poczucie, że robi to, co robi, nazbyt długo – gdyby nie ta wściekła sytuacja zewnętrzna. Chciałem jednak stanowczo zdjąć już z siebie odpowiedzialność, bo dla mnie kierowanie pismem to nie frajda przywódcza, tylko branie odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje. Dostałem w pewnej chwili propozycję od kolegów: podpisuj

i nie przychodź do pracy. Nie przyjąłem jej.

Gdzie jest dzisiaj najciekawszy teatr? W dużych miastach czy na prowincji?

– Już myślałem, że mnie pani o to nie zapyta. Tak długo międliliśmy sytuację warszawskich teatrów, z których każdy ma swoją mniejszą lub większą banieczkę wyznawców, a w ogóle nie wystawiliśmy głowy poza stolicę. Ja ją wystawiam z lubością,

z największą chęcią włóczę się po teatralnej Polsce i będę to robił, póki mi sił starczy.

Jak już próbowałem powiedzieć, uprawiając zawód krytyka, nie stawiam na pierwszym miejscu własnych upodobań i gustów, ale nade wszystko próbuję się przyglądać, jak teatr komunikuje się ze swoją publicznością, do kogo mówi i jak mówi. W związku z tym nie ma jednej drabinki wartości. Jest teatr, który eksperymentuje, szuka, prowokuje, drażni, rozbija zadowolenie i pewność siebie odbiorców. Jest także teatr, który próbuje, nie rozbijając konwencji, posługując się dosyć starymi czy sprawdzonymi metodami rozmowy przez rampę, o czymś istotnym opowiadać. Bądź tylko bawić. Ważne, czy prowokuje, czy opowiada, czy bawi mądrze czy niemądrze. I czy umie to robić skutecznie, bo najmądrzejsze nawet działanie prezentowane pustej sali albo garstce przyjaciół, którzy się znają jak łyse konie, ma wątpliwy sens. W miastach takich jak Warszawa sceny mogą sobie zdywersyfikować widza, świadomie, by tak rzec, profilować adresata. W miastach jednoteatralnych – niech pani sama tłumaczy się ze słowa „prowincja", ja go nie używam – program musi obejmować różne gusta i potrzeby, bo liczy się przede wszystkim to, żeby widz, który przyszedł na spektakl, przyszedł też na kolejny. Miarą sukcesu teatru – każdego, i w mniejszym, i w większym mieście – winna być sytuacja, kiedy odbiorca nie marudzi przy kasie, co by tu wybrać, tylko kupuje bilet na nowy tytuł, bo ma zaufanie, że to, co zobaczy, będzie mniej lub bardziej udane, ale warte obejrzenia. I że zostanie potraktowany z szacunkiem. Co może być ważniejszego?

Źle znoszę nierzadkie niestety przypadki artystowskiego narcyzmu: że my tu robimy wybitną sztukę, a jak ty, widzu, nie nadążasz, to już, wybacz, twój kłopot. I kibicuję każdym wysiłkom budowania mocnych i partnerskich więzi między sceną a widownią.

Ale czy teatry rzeczywiście łapią ku temu każdą okazję? Właśnie mija dwadzieścia lat od założenia Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Jednym z najwspanialszych pomysłów szefowej Instytutu Doroty Buchwald, była akcja „Teatr za grosze". Z okazji 250-lecia teatru publicznego jednego wybranego dnia wszystkie sceny w Polsce grały spektakle, na które bilety kosztowały 250 groszy, a Instytut rekompensował utracone wpływy. Kolejki do kas stały od świtu. Teatry miały okazję zobaczyć rzeszę ludzi, którzy żarliwie chcieliby korzystać z ich oferty, tylko ich na nią nie za bardzo stać. Mogły ich rozpoznawać, promować się, oferować ulgi, oswajać nowych gości ze sobą; tak się rzeczywiście w wielu miejscach działo.

Akcję powtarzano jeszcze przez parę lat, nowa dyrektorka Instytutu ją wygasiła. I co, nikt się o nią nie upomniał? Nikt nie robił rabanu, nikt z żadnego teatru nie krzyknął, nie wyartykułował pretensji, że tak po cichu znika celne i już sprawdzone narzędzie walki o miejsce sztuki scenicznej w życiu społecznym? Wymagające sporo wysiłku organizacyjnego, ale przecież owocne? Szkoda.   (wyborcza.pl)

/ teatr  

    marzec/kwiecień '25 (24)

Witkacy
witkacy

Drań Witkacy na nas patrzy

Wernisażem wystawy fotografii Stanisława Ignacego Witkiewicza z kolekcji Stefana Okołowicza rozpoczęło się wielkie świętowanie 40. urodzin teatru i 140. urodzin Witkacego. Wystawa nosi tytuł „Witkacy Drań, którego dotąd nie było i wątpliwem jest czy będzie".  A wszystko to niemal w przeddzień Międzynarodowego Dnia Teatru. 

ANDRZEJ DZIUK

STEFAN OKOŁOWICZ

Drań Witkacy na nas patrzy

Robił setki min, poważnych, głupawych, tragicznych, durnowatych, raz był wędrowcem, raz żołnierzem, raz góralem, raz księciem, raz draniem. Wcielał się w setki uchwyconych na zdjęciach postaci. Ale jakie miał na tych wszystkich minach oczy? Gdy na nie patrzę, nie widzę w nich ani krzty radości. Oczy na każdej z dzikich, metafizycznych min są smutne. Przekonajcie się zresztą sami, wkraczając do holu Teatru Witkacego, gdzie ze ścian spoglądają na nas wielkie oczy patrona teatru.

Wernisażem wystawy fotografii Stanisława Ignacego Witkiewicza z kolekcji Stefana Okołowicza rozpoczęło się wielkie świętowanie 40. urodzin teatru i 140. urodzin Witkacego. Wystawa nosi tytuł „Witkacy Drań, którego dotąd nie było i wątpliwem jest czy będzie". Tytuł zaczerpnięto z jednej z wielu fotografii, która przedstawia artystę wcielającego się w anonimowego drania. Cytatem z dzieła patrona powitał licznie przybyłych gości Andrzej Dziuk, dyrektor teatru.

- W „Sonacie B" Babcia Julia tak mówi do Istvana: „Dziwne góry i dziwni ludzie. A nawet ci, co przyjeżdżają tu, muszą być właśnie tacy,

a nie inni - dziwni też" - cytował Andrzej Dziuk. - Więc witam serdecznie wszystkich dziwnych ludzi. Dzisiaj rozpoczynamy wspólne piękne świętowanie, 140. urodziny Stanisława Ignacego Witkiewicza i 40. urodziny teatru, to jest nasze święto dziękczynienia, święto wdzięczności. Mój Boże, jest za co dziękować. I pierwsze wydarzenie tych naszych urodzin to - Stefan Okołowicz.

Witkacy w powiększeniu

Właściciel kolekcji zdjęć podkreślił, że pierwszym założeniem tej wystawy było, by fotografie były duże. Widoczne z każdego miejsca. Nie trzeba podchodzić do małych zdjęć, już z daleka widzimy Witkacego, który zaznacza swoje miejsce w tym okrągłym, podwójnym jubileuszu.

- I jeszcze inny pomysł. Zwykle przychodzimy na wystawy oglądać dzieła sztuki, zdjęcia Witkacego, jego twarze. A dziś odwrotnie. To Witkacy ze zdjęć patrzy na nas. Z czego mogą wyniknąć różne sytuacje dziwne, indywidualne. Zależy czyj wzrok spotka się ze wzrokiem Witkacego i co z tego może wyniknąć. Może jakieś objawienie, może jakaś przemiana psychiczna, może jakiś wstrząs. Bo zauważyłem, że często te zdjęcia są odbierane jako taka ciekawostka, płyciej, że Witkacy wygłupia się, to jest niepoważne. A jednak myślę, że Witkacy stworzył ten swój rozbudowany wizerunek, stworzył obraz własnego, barwnego, wielokrotnego wizerunku, utrwalonego na fotografiach. Bawiło go eksperymentowanie z nieograniczonymi możliwościami wyobraźni. Niewątpliwie imponował gronu przyjaciół, czy uwielbiającym go kobietom, obserwującym jego performansowe zmagania w czasie spotkań towarzyskich. Jednakże owa skłonność artysty kryła poważniejsze przesłanie. Obecność obiektywu mobilizowała i pobudzała. Większość jego fotograficznych portretów przedstawia kreatywnego, pełnego temperamentu artystę, kolejne wersje indywiduum o różnorodnych obliczach. Niewiele portretów przedstawia Witkacego w stanie spoczynku czy zadumy, chociaż i to czasami wydaje się zagrane.

„Głębie witkacowskiej podświadomości" taki tytuł nosił katalog poprzedniej wystawy, która pokazywała najbardziej absurdalne miny Witkacego - przypomniał Stefan Okołowicz. W słowie do wystawy Stefan Okołowicz zaznacza, że w Witkiewicz w swych utworach dramatycznych, powieściach, na rysunkach i portretach pastelowych ukazał wyjątkową kolekcję interesująco skonstruowanych

i psychologicznie skomplikowanych osobowości. Natomiast liczne fotografie dotyczyły zwłaszcza jego osoby - Witkacy chętnie demonstrował zdolności aktorskie, notorycznie ponawiał próby przeistoczenia się w kolejne, czasem kontrowersyjne postaci. Która

z niezliczonej ilości fotografii przedstawia istotę Wit-kacowskiego Istnienia Poszczególnego - jedna, czy wszystkie razem? - pyta Stefan Okołowicz.

Twarze, miny, maski

Na 140. rocznicę urodzin Witkacego wybrał jego najciekawsze portrety. Wśród najbardziej popularnych wizerunków Witkacego są utrwalone fotograficznie maski.

- To twarze-maski z życia zmienionego w teatr przysparzają mu dziś sławy. Te, które wbrew swej sztuczności robią wrażenie nadrzeczywistych i naznaczonych tragizmem, w których tragedia sąsiaduje z groteską. Bo ze wszystkim, co stworzył, nawet w sferze drobiazgów, kojarzą się dzisiaj właśnie tragedia i groteska. Osobowość artysty, naznaczona „wichrem nieznanych przeciętnemu człowiekowi uczuć metafizycznych", wyłania się z kilku niezapomnianych portretów-masek - zaznacza Stefan Okołowicz. Przywołuje jedno z wcieleń z fotografii wykonanej przez Tadeusza Langiera w 1939 roku w Zakopanem. Jest to Witkacy-Napoleon. Z czasem, ku zaskoczeniu badaczy, maska Witkacego-Napoleona stała się jego najczęściej publikowanym wizerunkiem. Nie tylko w Polsce, lecz

w wielu zagranicznych wydawnictwach dotyczących jego dzieł literackich, na plakatach wystaw muzealnych.

Innym znanym, często publikowanym tragicznym wizerunkiem-maską jest jeden z serii sześciu portretów Witkacego wykonanych przez Józefa Głogowskiego w 1931 roku. - Na podstawie dwóch przeciwstawnych w psychologicznym wyrazie zdjęć tej serii Bronisław Linke namalował w 1958 roku w technice gwaszu swój hołd dla zmarłego przyjaciela: niezwykły, nadrealny portret podwójny Jedno

z oblicz tego wizerunku ma, jak wiadomo, twarz pogodną, naturalną, bez widocznych śladów gry, rozjaśnioną spokojem. Drugie,

o zmarszczonych brwiach i zasępionym czole - to twarz tragicznego mędrca-wizjonera, katastrofisty. Istotne jest na tym portrecie rozmieszczenie postaci. Pomiędzy dwiema personami, czyli obliczami siebie, rozgrywa się pewien spektakl. Ta o twarzy spokojnej, aprobująca i pochwalająca życie, lokuje się na przednim planie w centrum, lecz spoza ramienia spogląda na nią - i na widza - Witkiewicz tragiczny. Linke trafnie uchwycił samą istotę dwoistości, będącej zasadą Witkiewiczowskiego wszechświata. A tym samym pojął, że istota rzeczy, sedno tej osobowości, mieści się „między", i ująć je można tylko „w relacji" - podkreśla Stefan Okołowicz.

Oprócz masek, zdaniem kolekcjonera, artysta doskonalił także miny. Te tworzone były w działaniach czysto doraźnych. Dlatego są bardzo czytelne, przesadnie groteskowe. Widza mają intrygować, a dla twórcy bywają reakcją na nudę metafizyczną

i egzystencjalną.

Witkacy
witkacy

Samotność twórcy

- W zabawach i na serio celebrował samo przybieranie masek. Maski nosił, bo maska to kamuflaż. Dlatego nie dostrzegano czasem, że jego twarz jest tą lub inną maską. Jednym z tych, którzy potrafili je uchylić, był Jan Leszczyński

- przypomina Stefan Okołowicz i przywołuje słowa Jana Leszczyńskiego.

- „Kto nie znał go bliżej - pisał w księdze pamiątkowej z 1957 roku - dostrzegał przeważnie tylko maskę. Ta maska pokrywała dystans, który go dzielił od otoczenia; stwarzała sztuczną bliskość [...]. Gdy maska ta czasami opadała, ukazywał się na chwilę człowiek straszliwie samotny, ponury, rozbity wewnętrznie, wstrząsany potężnymi pasjami, miotany wichrem nieznanych przeciętnemu człowiekowi uczuć metafizycznych, człowiek wspaniały, twórczy i na wskroś tragiczny".

Kończąc wstęp do wystawy Stefan Okołowicz zaznacza, że jeszcze nie przebadano tekstów Witkiewicza pod kątem świadomości gry masek. Gdy to nastąpi, wyniki mogą okazać się zadziwiające. - A chodzi przecież nie tylko o teksty. Wiele swoich masek i min Witkacy programowo fotografował w formie autoportretów lub przy pomocy przyjaciół, znanych fotografów. Wymyślał je, zdejmował aparatem i wklejał do albumów

w charakterze eksponatów prywatnego Muzeum Osobliwości. Chodzi o to, by owe wizerunki rozpoznawać i pojmować w przeznaczonej im roli - podsumowuje Stefan Okołowicz.   (e-teatr.pl; zdjęcia: domena publiczna)

/ teatr  

    marzec/kwiecień '25 (24)

Kantor, pionier mindfulness. Krystyna Zachwatowicz-Wajda:
Był absolutnie genialny

JĘDRZEJ SŁODKOWSKI

Proszę o mnie napisać: scenograf. Nigdy nie byłam scenografką! "Scenografka" przypomina mi "agrafkę". A scenograf to jest konkretny zawód, proszę pana.

Krystyna Zachwatowicz-Wajda

Krystyna Zachwatowicz-Wajda: Czy nadejdzie kiedyś taki dzień, że będę z siebie zadowolona? Nie / foto.: Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl

Jędrzej Słodkowski: "Widownia była kawiarnią i widzowie siedzący przy stolikach zachowywali się jak w kawiarni. (...) Gdy świetny zespół jazzowy kończył swój hałaśliwy numer, rozpoczynało się przedstawienie. W czasie antraktu i po spektaklu publiczność opuszczała stoliki kawiarniane, opanowywała scenę i rozpoczynał się szaleńczy dancing przez całą noc". Tak Tadeusz Kantor opisywał pierwsze spektakle jego teatru Cricot 2. Czy tak to faktycznie wyglądało?

Krystyna Zachwatowicz-Wajda*: Skoro tak to opisywał, na pewno. Ja pamiętam to jak przez mgłę. Minęło jednak dużo czasu.

​​Krakowski teatr Cricot 2 zagrał po raz pierwszy 12 maja 1956 r. Skąd pani, studentka, i to jeszcze warszawianka rodem, niewrośnięta w krakowski światek, wzięła się w tym rewolucyjnym artystycznie wówczas kręgu?

W 1952 r. skończyłam historię sztuki na UJ i postanowiłam pójść na ASP. Początkowo na grafikę, ale zdałam wewnętrzny egzamin

i dostałam się na scenografię. Asystentem mojego fantastycznego nauczyciela, profesora Karola Frycza, był Marian Szulc, malarz, który dobrze znał Tadeusza Kantora. Współpracował z nim już w czasie okupacji, kiedy Kantor utworzył Teatr Niezależny, który wystawiał konspiracyjnie Słowackiego i Wyspiańskiego.

I to właśnie Marian Szulc zabrał nas, studentów, do Katowic na "Czarującą szewcową" Garcii Lorki w reżyserii Tadeusza Kantora. Niech pan mnie nie pyta o szczegóły, bo giną we mgle, ale pamiętam to wrażenie: co za fantastyczne przedstawienie!

Ten spektakl, który Kantor nie tylko wyreżyserował, ale też udramatyzował, przygotował dekoracje, zrobił na mnie wielkie wrażenie.

No i potem chodziliśmy już na wszystkie jego przedstawienia w Krakowie, głównie w Starym Teatrze. I to nie tylko z przyczyn "zawodowych", bo przecież studiowaliśmy scenografię, a on scenografem był nadzwyczajnym.

I tak za sprawą Mariana Szulca dołączyłam do grupy skupionej wokół Kantora.

Ale podobno, jak to w Krakowie, na początku była kawiarnia?

Oczywiście. Kawiarnia Warszawianki.

Co to była za kawiarnia?

A taka, że  wszyscy się w niej spotykali.

Ano tak, jak to w Krakowie.

- Głównie była to grupa związana ze wspomnianym Teatrem Niezależnym, ale stopniowo dochodzili młodsi, jak ja.

Kawiarnia mieściła się przy ul. Sławkowskiej, niedaleko Plant. Wszyscy mieli do niej blisko i z niej wszędzie blisko. Do innych kawiarni, na ASP, UJ, do Starego Teatru i do Domu Plastyków przy ul. Łobzowskiej, gdzie ulokował się Cricot 2.

Pamięta pani moment, w którym poznała pani Tadeusza Kantora osobiście?

Niestety. Mgła.

Wie pan, myśmy się bardzo zaprzyjaźnili... (cisza) Jak pan widzi, trudno mi się o tym mówi. Był tak niezwykłym człowiekiem, tak wspaniałym reżyserem. Nie, nie "reżyserem"!

Był przewodnikiem, który potrafił zgromadzić wokół siebie grupę wspaniałych ludzi, którą związał własnym, osobnym punktem widzenia na teatr. Talentem. Geniuszem.

Bo ja uważam, że Kantor był absolutnie genialny.

Pani mąż Andrzej Wajda, co wyczytałem w jego wydanych w ubiegłym roku "Notesach", też uważał go za geniusza.

- Absolutnie tak! Wie pan, że Andrzej sfilmował "Umarłą klasę" Tadeusza? Oglądał pan?

Znalazłem na YouTubie.

- Powiem panu, jak do tego doszło. Po naszym ślubie w 1974 r. zamieszkaliśmy z Andrzejem w Warszawie. Rzadko bywaliśmy

w Krakowie, moje więzy z Tadeuszem i ludźmi Cricotu 2 się rozluźniły.

Chcieliśmy jednak zobaczyć "Umarłą klasę", którą Tadeusz wystawił po raz pierwszy w listopadzie 1975 r. w pałacu Krzysztofory. Tak się złożyło, że w czerwcu 1976 r. kręciliśmy w Zakopanem "Człowieka z marmuru". Akurat mieliśmy kilkudniową przerwę, więc pojechaliśmy do Krakowa na "Umarłą klasę". Byliśmy tak zachwyceni, że następnego wieczoru poszliśmy drugi raz. Tadeusz to zauważył i zaprosił nas na kawę. Andrzej natychmiast zaproponował, że skoro ma przerwę w zdjęciach, to mógłby "Umarłą klasę" zarejestrować. Tadeusz się zgodził.

Byłam szczęśliwa, bo poczułam, że łączą się ważne dla mnie sprawy.

To ja zacytuję pana Andrzeja, bo on ten zachwyt wyraził w dość specyficzny sposób: "To dziwne, ale w tym spektaklu poruszyło mnie to, że nie ja zachwyciłem się sobą samym oglądającym »Umarłą klasę«, tylko zachwycił mnie Kantor; że jest jakaś wielka indywidualność, której chciałbym się podporządkować; że chciałbym coś zrobić, żeby i inni zobaczyli ten spektakl, żeby go zachować w archiwum". Czyli dla Andrzeja Wajdy miarą czyjejś wielkości było to, że on widzi osobowość jeszcze silniejszą od siebie?

- Może. On zarejestrował "Umarłą klasę" z czystego zachwytu, nie z obowiązku.

Pani mąż zanotował w 1991 r., kiedy już po śmierci Kantora obejrzał po latach "Umarłą klasę": "Jest niezrównany na ekranie. Taką intensywność mają tylko niektórzy aktorzy na świecie (...). Myślę, że to jest twarz, która mogłaby sobą wypełnić cały pełnometrażowy film. Nie mogłem zrealizować go wcześniej, bo Kantor był na mnie obrażony za to, że pisano w różnych gazetach »Umarła klasa, 'film Wajdy'« - oczywiście z głupoty, bo moje nazwisko jest na końcu, ze wszystkimi realizatorami".

- Niech pan się nie gniewa, ale to wszystko przez dziennikarzy. Z niedbałości tak pisali. Tak nie wolno!

Myśli pani, że Kantor pomyślał, że to pani mąż inspiruje dziennikarzy?

- Nie. Po prostu musiało go to dotknąć, przecież to było jego arcydzieło. Każdego by zabolało. Andrzej wielokrotnie mi opowiadał o tym, że marzy mu się film, w którym kamera cały czas byłaby skierowana wyłącznie na Tadeusza, który ze sceny dyryguje, jak to on, spektaklem, robi miny, podpowiada, czuwa. Poddany jego ekspresji widz mógłby poniekąd poczuć, jak jego charyzma oddziaływała na aktorów.

Andrzej nie zrobił tego, bo, jak to w życiu, zawsze odkładamy ważne sprawy na później. Bardzo tego żałował. Ja też żałuję, że Andrzej nie nakręcił tego filmu.

Oglądać jedną twarz w zbliżeniu przez cały film? Może to tylko fascynująco brzmi, a wcale nie wyszłoby ciekawie?

A może pani mąż nie nakręcił tego filmu, bo jednak nie dążył aż tak bardzo do tego, żeby on, genialny Andrzej Wajda, podporządkowywał się genialnemu Tadeuszowi Kantorowi?

- Ależ skąd, podporządkowałby się z największą przyjemnością! Przecież się podporządkował, kiedy zdecydował się zarejestrować "Umarłą klasę". Jest takie piękne zdjęcie, które zrobił fotosista na planie. Andrzej i Tadeusz postanowili częściowo wyprowadzić "Umarłą klasę" w plener. Fotograf uwiecznił moment, w którym gdzieś na Kopcu Kościuszki Andrzej z Tadeuszem odchodzą na bok coś obgadać. Są do nas odwróceni tyłem. Tadeusz jest ubrany na czarno. Andrzej na biało. I robią dokładnie taki sam gest. Wyglądają jak syjamscy bracia.

Andrzej Wajda i Tadeusz Kantor

Andrzej Wajda i Tadeusz Kantor na planie 'Umarłej klasy' na Kopcu Krakusa fot. archiwum Andrzej Wajdy

"Newsweek", czołowy amerykański tygodnik, uznał "Umarłą klasę", spektakl z komunistycznej Polski, za światowe przedstawienie roku 1976. Była grana przez 17 lat. Na czym polegał fenomen tego spektaklu?

- Na wyborze tematu, który Tadeusz postanowił zrealizować na scenie.

Czyli?

- Czyli śmierci, o której przecież na co dzień nie myślimy, a tak właściwie to staramy się nie myśleć wcale. A śmierć dotyczy przecież każdego z nas.

A druga sprawa to oczywiście genialna wizja reżyserska Tadeusza, który "zmusił" aktorów, by grali dokładnie tak, jak on to sobie wymyślił.

Czyli jak?

- Czyli niezwykle wyraziście i jakby bezwstydnie.

Andrzej uważał, że Tadeusz fantastycznie naucza aktorów; że ktoś, kto przeszedł przez jego szkołę, może być w tym zawodzie najlepszy.

To oczywiście nie była formalna nauka. On dawał przykład sobą samym, w końcu na każdym spektaklu także był obecny na scenie.

A jak pani myśli, dlaczego panią zaakceptował?

- Trudno powiedzieć. Może czuł, że ja mam do niego stosunek bardzo... Bardzo taki...

Jaki?

- Nie chciałabym powiedzieć, że bałwochwalczy, to byłoby za dużo. Ale był to stosunek całkowitej akceptacji. Coś więcej niż życzliwość.

Nigdy nie byłam w nim zakochana, z jego strony też nigdy nie było żadnych awansów. To była bezwarunkowa serdeczność.

A może była pani utalentowana i on to zobaczył?

- Nie wiem. Wiem po prostu, że ktoś tak genialny jak Tadeusz nie mógł pozostawić nikogo obojętnym, jeśli ten ktoś nie był kompletnym idiotą albo matołkiem.

Czy on emanował aurą guru?

- Emanował aurą niezwykłej osobowości i talentu. Nie musiał robić nic specjalnego. Nie musiał się starać.

Może to tak wyglądało, że się nie musiał starać?

- Nie, nie, nie! Jeśli ktoś jest genialny, to ta aura po prostu dookoła niego jest. A jeśli ktoś nie jest genialny, a taką aurę próbuje wokół siebie wytworzyć... Były takie słynne postaci w polskim teatrze, w tym samym zresztą czasie. Ale nazwisko powiem panu, jak pan wyłączy dyktafon.

A jaki był genialny Tadeusz Kantor prywatnie?

- Jak najserdeczniejszy. Kiedyś w moim mieszkaniu przy ul. św. Jana przy Rynku zrywali podłogi i przez dwa tygodnie nie miałam się gdzie podziać. Tadeusz z jego ówczesną żoną Ewą Jurkiewicz zaprosili mnie do swojego mieszkania przy ul. św. Filipa. Taki był.

Kantor zmarł 8 grudnia 1990 r. po próbie spektaklu "Dziś są moje urodziny", który mimo jego śmierci, został jednak wystawiony.

26 maja 1991 r. pani mąż w "Notesach" dzieli się wrażeniami po obejrzeniu przedstawienia: "Krystyna płakała i w czasie spektaklu

i później, za kulisami, gdzie poszliśmy uścisnąć aktorów. Dlaczego tak mało zadawaliśmy się z tym człowiekiem?"

- To prawda, przepłakałam całe przedstawienie.

Dla mnie nagłe odejście Tadeusza było czymś strasznym. Nic nie sygnalizowało, że odejdzie. Nie chorował. Nie osłabł. Po prostu umarł.

Wróćmy jeszcze do maja 1956 roku. Kończy się stalinizm, ale do październikowej odwilży jest jeszcze parę miesięcy. Czterdziestoletni charyzmatyczny reżyser postanawia założyć w autorytarnym państwie radykalny artystycznie teatr istniejący trochę poza oficjalnymi strukturami. Widownia ma być częścią spektaklu. Zamiast widowni — stoliki jak w kawiarni. Ma być jazz, ma się tańczyć. Aktorzy mają grać jak kukły, a kukły i inne przedmioty mają pełnić funkcje aktorskie. Teatr ma czerpać tematy

i artefakty z realnego życia, ale ma go nie relacjonować. Kantor pisał, że pierwsze spektakle teatru Cricot 2 miały siłę eksplozji. Na czym ta eksplozja polegała?

- Na tym, że to był zupełnie inny teatr niż znany nam wszystkim teatr profesjonalny. Cały spektakl tworzył jeden człowiek, który odpowiadał zarówno za tekst, reżyserię, jak i za stronę wizualną. Jasne, kostiumy robiła Marysia Jaremianka, role kreowali aktorzy, spektakle były dziełem kolektywnym, ale o wszystkim decydował jednak Tadeusz. On chciał pokazać, że teatr to nie budynek, sekretariaty, etaty, tylko ta energia ludzi, którą można wyzwolić w odpowiednich warunkach.

Czy dobrze rozumiem, że Kantor zwalczał w teatrze nie tylko to, że imituje życie, ale też to, że naśladuje literaturę, jest wobec niej służebny, że o czymś opowiada? Że chciał, by teatr był bytem samym w sobie?

- Tak. I występował przeciwko tradycji, która w Polsce obowiązywała od XVIII w. — teatru, w którym człowiek zasiada na widowni

i patrzy, jak ludzie na scenie udają ludzi spoza sceny, w którym wszystko przebiega zgodnie z konwencją. Chciał zerwać z tą konwencją.

Po co?

- Żeby było inaczej?

Ale po co miało być inaczej? Inaczej dla samego bycia inaczej?

- Każda forma z czasem się mumifikuje. Wtedy należy w tej mumii zrobić dziurę, wpuścić powietrze. Dlatego Tadeusz zaproponował inny repertuar, inny sposób grania, inny sposób reżyserii i inny stosunek do widza.

Tak, widownia siedziała przy stolikach, nie w rzędach. To też ważne. Pan pewnie również czuje się swobodniej przy kawiarnianym stoliku niż w teatralnym fotelu? To było świetne choćby dlatego, że każdy mógł wstać i w każdej chwili wyjść.

I tak było?

- Było swobodnie. Ale raczej nikt nie wychodził.

 

W pismach Kantora znalazłem wspaniały cytat: "Najwyższy czas, by nasze środowisko artystyczne nabrało rumieńców, wyzbyło się nudy, urzędolenia, gromkich haseł podnoszenia na duchu, sekcji, podsekcji, komisji, komitetów i zebrań. Środowisko artystyczne tworzy się zupełnie na innych zasadach, na ogół dość bezładnie (...): od dowcipu, przez szok do skandalu".

- "Urzędolenie" - jakie piękne słowo!

Chodziło o wyzbycie się z tych socrealistycznych i komunistyczno-biurokratycznych okowów?

- Też, ale myślę, że przede wszystkim — z okowów mieszczańskich. Tej nudy sztuki, która jest tak prosta, że każdy może ją zrozumieć, bo wszystko jest takie samo jak w życiu, tyle że na niby. Jak w jakiejś "Pani Dulskiej". To był bunt! Z tego samego wyszła też potem Piwnica pod Baranami.

"Potem", czyli dwa tygodnie później. Tyle minęło od otwarcia Cricotu 2 do otwarcia Piwnicy pod Baranami.

- Ja szybko przeskoczyłam z grupy Kantora do Piwnicy. Cricot po premierze zaczął wyjeżdżać na długie zagraniczne występy. Dla mnie to było niemożliwe. Zaczęłam pracować jako scenograf w teatrach i to było dla mnie wtedy najważniejsze.

Jeszcze na studiach historii sztuki na UJ zaprzyjaźniłam się z Piotrem Skrzyneckim.

I tak zaczęłam występować w Piwnicy. I zostałam tam na lata. Ale to już zupełnie inna historia.

No to wróćmy do początków Cricotu 2. To był teatr wybitnie autorski, ale Kantor wystawiał jednak przez pierwsze lata sztuki Witkacego.

- Tadeusz czerpał nie tylko z Witkacego, ale w ogóle z przedwojennej awangardy. Przecież nazwa Cricot 2 demonstracyjnie odwoływała się do przedwojennego teatru Cricot, bardzo awangardowego, który najpierw działał w Krakowie, a przed wojną przeniósł się do Warszawy.

Który zresztą także współtworzyła Maria Jaremianka i który też mieścił się w Domu Plastyków przy Łobzowskiej. A jak właściwie wyglądał ten pierwszy wieczór Cricotu 2? To był podwójny spektakl: najpierw "Mątwa" Witkacego w reżyserii Kantora, a potem pantomima "Studnia" w reżyserii Kazimierza Mikulskiego, który mojemu pokoleniu znany jest przede wszystkim jako autor rysunków do "Ferdynanda Wspaniałego", na podstawie którego powstała słynna dobranocka. Pani w "Studni" zagrała, jak czytam

w programie, Pannę Młodą. Co to była za rola?

- Muszę się panu przyznać, że ja tego tekstu w ogóle nie pamiętam.

To chyba nic nie szkodzi, skoro "Studnia" była pantomimą?

- Ach, racja! W takim razie jest wręcz odwrotnie: nie pamiętam, co robiłam na scenie, ale pamiętam tekst.

Myśmy grały tę rolę na zmianę ze Stenią Górniak. W spektaklu grał też mały biały piesek, a nasza kwestia brzmiała: "Czy nie widział pan małego białego pieska?".

Dlaczego tak dobrze zapamiętałam to zdanie? W Domu Plastyków przy Łobzowskiej, modernistycznym gmachu projektu Adolfa Szyszko-Bohusza, są olbrzymie okna. Moje krzesełko było akurat przy oknach, tak strasznie zmarzłam, że straciłam głos. I zamiast powiedzieć: "Czy nie widział pan małego białego pieska?", nie powiedziałam nic.

I to była prawdziwa pantomima! Kantor wspominał przygotowania do "Mątwy" jako pasmo awantur z Marią Jaremianką. "Ja jej tłumaczyłem co innego, ona chciała co innego. Musiałem ulec i jednak ulegałem".

- Nie byłam na próbach "Mątwy", ale żadnych awantur w Cricocie 2 nie pamiętam. Byliśmy zaprzyjaźnioną grupą.

 

Kantor wspominał, że Jaremianka chciała, żeby aktorzy grali „szalenie automatycznie, monotonnie, bez żadnych akcentów dowcipu czy emocji". Ale kiedy tylko jej nie było na próbie, "podbechtywał" aktorów, „żeby jednak wydobyć humor". I przyznawał: „Jaremianka była niby scenografem, ale właściwie ona współdziałała ze mną". To może ten geniusz rozkładał się jednak na dwie osoby? W końcu zresztą przecież Kantor poszedł w stronę automatyzacji i monotonii gry aktorskiej?

- Wie pan przecież, że Jaremianka była malarką, Tadeusz też. Prawie wszyscy w Cricocie 2 byli artystami zaangażowanymi w rozmaite techniki i dziedziny sztuki. W związku z tym funkcje w teatrze także się mieszały, przypomnę, że zostałam aktorką w Cricocie 2, choć byłam studentka scenografii.

A te awantury to nie były prawdziwe awantury. Nikt nikogo nie obrażał. Były gwałtowne spory o zasady pracy, o pryncypia artystyczne. Ale ostatecznie relacje międzyludzkie były najważniejsze.

Kierownikiem administracyjnym Cricotu 2 był Stanisław Balewicz. Nadzwyczaj uroczy człowiek. Nie wiem, skąd Tadeusz go wziął, ale wiem jedno: Stasio kompletnie nie nadawał się na kierownika. Ten obrazek akurat doskonale pamiętam: Stasio Balewicz idzie z plikami jakichś ważnych urzędowych pism, pliki wypadają mu na wszystkie strony, a on próbuje je łapać. A jednak jakoś to wszystko funkcjonowało.

A jak to funkcjonowało, skoro spektakle zaczynały się o godz. 22., bo część aktorów i publiki przychodziła do Cricotu 2 prosto ze spektakli w profesjonalnych teatrach?

- Za profesjonalnych aktorów nie odpowiem, ale dla mnie to było naturalne, że wszystko odbywa się w nocy. Zawsze byłam nocny marek.

Czytałem w relacjach, że ludzie walili tłumami z całego kraju na tę jedną noc.

- To był pierwszy taki teatr po stalinizmie! (...)

Niech pan sobie wyobrazi duszący zaduch w pokoju

— i nagle ktoś otwiera okno. No, musi pan pobiec do okna!

A co było dla pani najfajniejsze w tym całym Cricocie 2?

- To brzmi strasznie socjalistycznie, ale nazwałabym to wspólną sprawą. Byliśmy grupą zaprzyjaźnionych ludzi, którzy robili coś ważnego, mocno rezonującego na zewnątrz. I robili to razem, wymieniając się zadaniami, nie dzieląc, że ten robi to, a tamten tamto.

Ta wspólnotowość była szalenie istotna. Tak jak pan nie robi gazety sam, tak i teatru nie robi się w pojedynkę.

Dlaczego ja zwróciłam się w stronę scenografii, zamiast iść na grafikę? I dlaczego Andrzej rzucił malarstwo? Dlatego że malarz siedzi w domu i maluje sam ze sobą. A my oboje potrzebowaliśmy pracować zespołowo, z ludźmi.

Andrzej słusznie napisał, że malarz musi być z siebie zadowolony, bo jest ciągle sam i nie ma innych, którzy w razie czego go wesprą. Ja to rozumiem, bo nigdy nie byłam zadowolona. (...)

A myśli pani, że nadejdzie jeszcze taki dzień?

- Myślę, że nie nadejdzie. Bo widzi pan, ja zawsze myślę, że coś, mówiąc brzydko, spieprzyłam. Nie znoszę np. oglądać siebie

w filmach, bo zawsze myślę, że mogłam zagrać w nich lepiej. Tylko że filmu nie można już poprawić. (...)

Czego się pani nauczyła od Kantora?

- Absolutnego oddania się temu, co się w danej chwili robi.

Bo jeśli do tego filmu robię scenografię, do tamtego teatru kostiumy, a gdzieś jeszcze robię jeszcze coś na boku, to nic z tego wszystkiego nie wyjdzie. To znaczy: wyjdzie, ale jeśli chce się, by wyszło naprawdę coś, trzeba w to wejść całkowicie. I to jest właśnie szkoła Kantora.

Tadeusz Kantor jako pionier mindfulness!

- Z tego skupienia brała się ta niezwykła siła ekspresji Tadeusza i przemożny wpływ, jaki wywierał na aktorów. Nie można się było mu nie poddać.

A czy dziś, kiedy zmieniły się standardy i trwa dyskusja o relacjach w teatrze, w tym o przemocy, taki teatr, podporządkowany całkowicie jednej, silnej postaci, byłby możliwy?

- (śmiech) Niech pan mnie nie rozśmiesza! Nie mogę tego słuchać!

Oczywiście, że w teatrze, jak wszędzie, zdarzają się sytuacje obrzydliwe i żeby nie było wątpliwości, potępiam je. Natomiast za moich czasów nie było takiego tematu jak przemoc w teatrze. Wobec mnie nikt się nigdy nie ośmielił zachować przemocowo. Nikt mnie też

o przemoc nie oskarżył.

To z powodu tego, że pani zdaniem wtedy nie było przemocy, czy raczej z tego powodu, że dziś zmieniły się standardy tego, co za przemoc się uważa?

- Z takiego powodu, że dziś doszło do przesady i wszystko się jakoś przekręciło. Naprawdę, mówię panu, pracowałam w teatrze tyle dekad i nie pamiętam sytuacji, którą mogłabym nazwać przemocową. Nie przypominam też sobie, bym sama musiała stosować przymus, a w końcu na planie czy w teatrze byłam szefową całego sztabu ludzi. (...)  Po prostu zachowywałam się profesjonalnie

i w związku z tym nikt mnie nie klepał po tyłku. Nie było powodu, żeby ktoś mnie traktował przedmiotowo albo inaczej niż scenografa. (...)

 Co pani w tej Kantorowskiej studni znalazła?

- Szczęście. Bo spotkanie Kantora było wielkim szczęściem. (...)    (Wyborcza; obszerne fragmenty)

/ teatr  

    marzec/kwiecień '25 (24)

Tilda Swinton gwiazdą
Malta Festival.

W tym roku jej spektakl można będzie zobaczyć tylko w Polsce

JUSTYNA GROCHAL

Tilda Swinton

Malta Festival to jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej, które od ponad trzech dekad kształtuje przestrzeń dialogu między różnymi dziedzinami sztuki, kulturami i ideami. Festiwal jest multidyscyplinarną platformą, na której spotykają się teatr, taniec, muzyka, sztuki wizualne, film oraz formy performatywne, tworząc unikalny, otwarty na eksperymenty program.

Kluczowym elementem Malty jest jej społeczny

i inkluzywny charakter. Festiwal nie ogranicza się do scen zamkniętych – wychodzi na ulice, place

i przestrzenie publiczne, angażując szeroką publiczność i przekształcając miasto w dynamiczną scenę artystyczną. Malta Festival jest także przestrzenią refleksji nad współczesnymi problemami – od kwestii ekologicznych po społeczne i polityczne – często w kontekście globalnym.

Co więcej, Malta konsekwentnie stawia na różnorodność i promuje wartości takie jak wspólnota, równość, dialog międzykulturowy

i wolność ekspresji. Dzięki temu wydarzenie to nie tylko zachwyca artystycznie, ale także inspiruje do zmiany i zaangażowania.

Tilda Swinton, laureatka Oscara i Honorowego Złotego Niedźwiedzia na Berlinale za całokształt twórczości, wystąpi w Poznaniu podczas tegorocznej edycji Malta Festivalu. Razem z francuskim historykiem sztuki Olivierem Saillardem wystawi przygotowany przez nich spektakl "Embodying Pasolini", którym składają hołd słynnemu włoskiemu reżyserowi, Pierowi Paolowi Pasoliniemu. 

"Embodying Passolini". Tylko w Poznaniu

– Jestem podekscytowana możliwością pokazania "Embodying Pasolini" publiczności festiwalu i ciekawi mnie, jak zareaguje na ten projekt artystyczny

– mówi mecenaska Malta Festivalu Dominika Kulczyk. – To unikalne doświadczenie z pogranicza wielu sztuk, które wymaga zakrojonych na szeroką skalę przygotowań. Dlatego twórcy wystawiają je tylko raz do roku w starannie wyselekcjonowanych warunkach. (...)

Swinton i Saillard po raz pierwszy zaprezentowali swój spektakl w 2022 roku

w Rzymie. Dotychczas wystąpili z nim w Paryżu, Atenach oraz Tajpej. W 2025 roku będzie można go zobaczyć wyłącznie w Poznaniu, od 20 do 23 czerwca. 

Brytyjska aktorka odkryła twórczość Pasoliniego, jego filmy i poezję, jeszcze jako studentka. – Pierwszym filmem, jaki obejrzałam, było "Zgromadzenie miłosne" Pasoliniego. Uznałam go za niezwykle romantyczny, ale też punkowy

– mówiła magazynowi "AnOther" w 2021 roku. 

Na styku mody, filmu i sztuki 

"Embodying Pasolini" jest celebracją mody w kinie. Tilda Swinton przymierza na scenie blisko trzydzieści kostiumów i rekwizytów zaprojektowanych przez Danila Donatiego i wykonanych w atelier Farani na potrzeby filmów zmarłego w 1975 roku reżysera. To m.in. stroje z "Ewangelii wg św. Mateusza" (1964),  "Króla Edypa" (1967) czy "Salò, czyli 120 dni Sodomy" (1975). 

– Mają przytłaczającą charyzmę – mówiła Swinton o projektach Donatiego. – Kiedy dotykasz kostiumu noszonego przez samego Pasoliniego w "Opowieściach kanterberyjskich", wciąż czujesz wibracje. I każdy czuje coś elektrycznego i niebezpiecznego, jeśli chodzi

o kostiumy z "Salò". 

"Delikatnie rozwija je, nakłada, a potem pakuje z największym szacunkiem. Jest w tym coś religijnego, takimi ruchami archeolog oczyszcza swoje znaleziska. Tilda staje się manekinem, rekwizytem, który użycza im ciała. Sama znika na rzecz ich ostatniego występu. W ten jeden wieczór to nie ona ma być gwiazdą światowej wielkości" - pisała o spektaklu dziennikarka modowa "Wysokich Obcasów Extra" Magdalena Kacalak

Saillard, który towarzyszy Tildzie Swinton na scenie, to nie tylko wieloletni pasjonat twórczości Pasoliniego, ale także kurator wystaw oraz performansów poświęconych modzie. "Embodying Passolini" to już jego kolejna współpraca z brytyjską aktorką. Para stworzyła wcześniej choćby opartą na podobnej koncepcji performatywną trylogię: „The Impossible Wardrobe" (2012), „Eternity Dress" (2013)

i „Cloakroom" (2014). W 2016 roku Saillard wystawił w Paryżu stworzony we współpracy ze Swinton i Charlotte Rampling performans "Sur-exposition". 

Malta Festival w czerwcu Poznaniu 

Jubileuszowa edycja Malty odbędzie się w dniach 20-28 czerwca. Jak piszą organizatorzy, "połączy tradycję z nowymi trendami, Poznań z Europą, zabawę z refleksją, a przede wszystkim sztukę z publicznością". 

Kolejne ogłoszenia zapowiadane są na przełom marca i kwietnia. Wtedy ruszy też sprzedaż biletów na wydarzenie. Szczegółów należy wypatrywać na oficjalnej stronie festiwalu oraz na jego profilach w mediach społecznościowych. 

Spódnica ze wszystkich kwiatów świata

Utwory poetyckie Papuszy, pierwszej romskiej poetki, w przekładach Jerzego Ficowskiego (wiersze pochodzą z książki "Mistrz Manole i inne przekłady") 

WODA, KTÓRA WĘDRUJE
(Pani, so tradeł)

Już dawno przeminęła pora
Cyganów, którzy wędrowali.
A ja ich widzę:
są bystrzy jak woda
mocna, przejrzysta,
kiedy przepływa.

I domyślić się można,
że przemówić pragnie.

Biedna, nie zna żadnej mowy,
żeby nią gadać, żeby śpiewać.
Coraz to pluśnie tylko srebrnie,
zaszemrze jak serce
woda mówiąca.

Tylko koń, co na trawie się pasie
niedaleko stajni
słucha jej i szum rozumie.
Ale ona nie ogląda się za nim,
umyka, odpływa dalej,
by oczy nie mogły dojrzeć
rzeki, która wędruje.

GDZIE JEST MOJA SPÓDNICA
ZE WSZYSTKICH KWIATÓW ŚWIATA

(kaj sy miri podźi)


Panie, gdzie jest moja spódnica,
ta czerwona i biała,
ze wszystkich kwiatów świata?
Kto mi ją podarł na strzępy?
Gdzie ona jest, powiedzcie!
Mój Boże, taka śliczna była,
jakże mam ją zapomnieć?

Moje białe, czerwone i zielony lasy,
moje czarne wieczory,
godziny północne
już nic nie pamiętają
i nie wiedzą wcale,
gdzie chłopka jakaś,
a może Cyganka,
chodzi w mojej spódnicy,
śmieje się i śpiewa!

Panie, jak ja ją szyłam!
Jak ją układałam!
Daleko w górach, dolinach przystaję,
tu i tam się rozglądam:
gdzie jest moja spódnica
czerwona, biała, czarna,
ze wszystkich kwiatów świata?

I zawołałam: – co się stało?
Chcecie gdzieś zgubić suknię moją?
Jest ona jeszcze,
choć już bardzo stara.
Dawno ją szyłam sobie,
aż raz z rąk mi wypadła,
kiedy sen mnie zmorzył.
Alem się obudziła i wróżę ci, panie,
że ją znajdę jeszcze.

JUŻ MOJA NOGA NIE POSTANIE,
GDZIE NIEGDYŚ JEŻDZILI CYGANIE

(me na dźawa pre do droma,
karik tradenys charga Roma)

 

Ach, ludzie, chcielibyście poznać nasze życie,
prawdziwe o Cyganach wieści?
Ja wiem, że mi nie uwierzycie,
ale proszę – wysłuchajcie pieśni
i wierzcie, żem w niej ani słowa nie skłamała.

Śpiewam, jak kiedyś z dziećmi matka biedowała.
Nie pójdę już do czarnych lasów,
wierzcie mi – niechaj zginę! –
gdzie wędrowali kiedyś Cyganie.
Bo ta droga – przeklęta!
Tam rosły biedne Cyganięta.
Gdzie ja bywałam – nie powiem.
Tam rosłam, tam się urodziłam.
Na stare lata
rozumu się nauczyłam.

Już moja noga nie postanie
tam, kędy ciemną nocą jeździli Cyganie.
Przysłuchiwały się dzieci – to dla nich
ptaki zmarłych śpiewały nocami.

Drogi, drogi, drożyny!
Czarne, czarne gęstwiny!
Ludzie, tak ciężko opowiedzieć,
jak pod gołym niebem się wiedzie,
jak żyło się w lasach Cyganom.
Niech dawne drogi przepadną,
co we wszystkie strony nas gnały,
którędy wiatry wiały.

We wszystkich stronach na odludziu
nic nie ma – tylko zeschły liść,
strach, żeby dzieci nie pomarzły nam.
Jak nam na tamte drogi iść,
gdzie kiedyś żyli Cyganie?

Dziwne było nasze życie – wiedzcie o tym.
Ale Cygan nie zamieniłby się z chłopem.
Tyle lat w czarnym lesie
przeżyli Cyganie przecie,
drogami, drożynami jeździli po świecie,
Kare konie, siwe konie kopytami
na kamieniach naszym pieśniom wtórowały.
Dzieci nasze bose ślady zostawiały.
I choć biedy nam dojadły,
to szczęśliwiśmy bywali,
jak te ptaki pośród liści,
pod zielonym słońcem maja.
Och, to dawne życie nasze, wędrowanie!
Jedzie tabor, wozów wiele, w nich Cyganie!
A u wozów skrzypią koła,
psy szczekają, rżenie koni słychać w lesie,
las to wszystko z wiatrem niesie.
Ludzie domy zamykają,
z daleka nas odpędzają.
Dzieci nasze proszą chleba...
Gdzie indziej nam jechać trzeba.
Pojedziemy dalej do wsi,
tam będziemy chleba prosić.

Żeby Bóg dał noce czarne,
tobym zgotowała mięsa cały garnek...
Da Bóg, żeby deszcze nie padały –
namiot mój podarty cały!
Nie ma wody ani chleba,
nic oprócz wiatru, oprócz nieba!...

Ni na lewo, ni na prawo
małej dróżki nie ma nawet.
Gdzież pojedzie biedny Cygan,
co go obcy człowiek ściga?...
Tak żył kiedyś Cygan ubogi.
Przeklęte są tamte drogi!
Nie wrócę już na te drogi.
Ja, która kocham las i pieśni leśne,
i wszystko, co żyje i rośnie.

PRZYCHODZĘ DO WAS 
(me jawjom ki tume)

Nie przyszłam do was, byście jeść mi dali.
Przychodzę, byście chcieli mi uwierzyć.
Nie przyszłam do was po wasze pieniążki.
Przychodzę, byście rozdali je wszystkim.
Przychodzę do was z podartych namiotów,
wiatr je poszarpał i zabrała woda.
Proszę was wszystkich, proszę starych ludzi
i małe dzieci, i piękne dziewczyny,
zbudujcie domy srebrne jak namioty,
co w lesie stoją pobielane mrozem!
Nie przyszłam do was po wasze pieniążki.
Przychodzę, byście wszystkich przyjąć chcieli,
żebyście czarnej nocy nie czynili,
w biały dzień.

PIEŚŃ CYGAŃSKA
Z PAPUSZY GŁOWY UŁOŻONA

(gili romani Papuszakre szerestyr utchody)


W lesie wyrosłam jak złoty krzak,
w cygańskim namiocie zrodzona,
do borowika podobna.
Jak własne serce kocham ogień.
Wiatry wielkie i małe
wykołysały Cyganeczkę
i w świat pognały ją daleko...

Deszcze łzy mi obmywały,
słońce, mój ojciec cygański, złoty,
ogrzewało mnie
i pięknie opaliło mi serce.

Z modrego zdroju nie czerpałam sił,
tylko przemyłam oczy...
Niedźwiedź po lasach się włóczy
jak srebrny księżyc,
wilk boi się ognia,
nie ugryzie Cyganów.

Cyganeczka daleko wędruje po lesie,
rży cygański koń,
budzi obcych,
raduje cygańskie serce.
Wiewiórka na cygańskiej budzie
orzechy gryzie.

Oj, jak pięknie żyć,
słyszeć to wszystko!
Oj, jak pięknie
widzieć to wszystko!

Oj, jak pięknie
czarne jagody zbierać
jak cygańskie łzy!
Oj, jak pięknie żyć,
na Wielkanoc słuchać pieśni ptaków!

Oj, jak pięknie przy namiocie,
śpiewa sobie dziewczyna,
płonie wielkie ognisko!
Oj, jak pięknie, ludzie, z daleka
wielkanocnych pieśni ptaków słuchać,
kwilenia dzieci, i tańca, i śpiewania
chłopaków i dziewczyn.

Oj, jak pięknie żyć,
nocami chodzić nad rzekę,
ryby zimne jak chłodna woda
chwytać w ręce!

Oj, jak pięknie grzyby zbierać,
miłość nieść,
ziemniaki piec w ognisku...
A koń cygański już czeka na murawie,
kiedy wóz będzie gotów do drogi...

Oj, jak pięknie nocami bez snu
słuchać, jak żaby ślicznie przygrywają!
Na niebie Kura z Kurczętami
i Cygański Wóz
całą przyszłość Cyganom wróżą,
a srebrny księżycuszek,
ojciec indyjskich pradziadów,
światło nam niesie,
w namiocie przygląda się dzieciom,
Cygance służy swym światłem,
żeby dziecko jej przewinąć było łatwiej.

Oj, jak pięknie spoglądać w niebo,
niebieskości jego różne w sercu ciułać!
Oj, jak pięknie
czarne oczy, smagłą twarz całować!

Oj, jak pięknie szumi nam las –
to on mi śpiewa piosenki.
Oj, jak pięknie odpływają rzeki,
to one mi serce cieszą.
Jak pięknie wpatrzeć się w toń rzeki
i powiedzieć jej wszystko.

Bo nikt mnie nie zrozumie,
tylko lasy i wody.
To, co tu opowiadam,
wszystko, wszystko już dawno minęło
i wszystko, wszystko ze sobą wzięło –
i moje lata młode.

LESIE, OJCZE MÓJ
(weszo, dadoro miro)


Lesie, ojcze mój,
czarny ojcze,
ty mnie wychowałeś,
ty mnie porzuciłeś.
Liście twoje drżą
i ja drżę jak one,
ty śpiewasz i ja śpiewam,
śmiejesz się i ja się śmieję.
Ty nie zapomniałeś
i ja cię pamiętam.
O, Boże, dokąd iść?
Co robić, skąd brać
bajki i pieśni?
Do lasu nie chodzę,
rzeki nie spotykam.
Lesie, ojcze mój,
czarny ojcze!

PATRZĘ TU, PATRZĘ TAM

(dikchaw daj, dikchaw doj)

Patrzę tu, patrzę tam –
wszystko się chwieje! Śmieje się świat!
Gwiazd zatrzęsienie nocą!
Gadają, mrugają, migocą.

Gwiazdy! Kto je rozumie,
ten nocą nie chce zasnąć,
na Mleczną Drogę spogląda jasną,
wie, że to droga szczęśliwa
że w dobre strony przyzywa.

Patrzę tu, patrzę tam –
jak się księżyc myje w ciepłych wodach,
niby w strumieniu pod lasem
Cyganeczka młoda.

Cóż to się dzieje
Wszystko się chwieje.
To świat się śmieje.

/ literatura  portrety  

    marzec/kwiecień '25 (24)

Papusza
pierwsza romska poetka

ZOFIA FABJANOWSKA

Nawet na najprostsze pytania odpowiadała tak, jakby układała wiersze. Pisano, że „Papusza to zjawisko na skalę światową”, pierwsza w pełni świadoma romska poetka. Jednak wśród swoich nie znalazła przebaczenia. Mówili, że zdradziła naród romski, wydała jego tajemnice. Zrozpaczona powtarzała: „Gdybym się nie nauczyła czytać i pisać, ja, głupia, byłabym szczęśliwa”. Jej historia doczekała się ekranizacji – film „Papusza”

w reżyserii Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze.

Papusza

Prawdziwego imienia i nazwiska Bronisława Wajs używała tylko w urzędach, nikt w taborze tak się do niej nie zwracał. Dla wszystkich była Papuszą, co w dialekcie Romów szczepu Polska Roma znaczy „lalka”. Przydomek świetnie do niej pasował – była drobna

i delikatna jak laleczka. Roztaczała wokół siebie niezwykłą aurę. Zawsze trochę nieobecna, zamyślona, z błąkającym się na ustach uśmiechem. Splatała włosy w warkocze, upinała je z tyłu głowy, wkładała czerwone korale i złote kolczyki. Na czarno-białych fotografiach nie widać, jaka była piękna. Na archiwalnych nagraniach także jej śpiewny, słodki głos jest nieco zniekształcony. Słychać za to, że zaciągała ze wschodnim akcentem. I że nawet na najprostsze pytania odpowiadała tak, jakby układała wiersze.

Pan z Warszawy

Zjawiska literackiego zwanego Papuszą nie byłoby bez jego odkrywcy, wybitnego romologa, literata, tłumacza z wielu języków, badacza twórczości Brunona Schulza – Jerzego Ficowskiego. To on przedstawił romską poetkę światu. W jednym ze swoich esejów napisze: „Miałem szczęście poznać Papuszę. Papusza miała nieszczęście poznać mnie”.

Spotkali się w 1949 roku. Tabor Wajsów – Romów muzykantów – obozował wtedy na Pomorzu Zachodnim. Było tak: zaprzyjaźniony

z Wajsami Polak przyprowadził do obozu młodego Ficowskiego, który jeździł po kraju i badał zwyczaje Romów, zbierając materiały do swojej pracy naukowej. Powiedział, że chłopak jest z Warszawy i że to poeta. – Poeta? My też mamy swoją poetkę – śmieje się jeden

z Romów. – To tamta, co stoi przy harfie. Wołamy na nią Papusza. Ona układa pieśni z własnej głowy..

Wieczorem przy ognisku „pan z Warszawy”, jak zaczynają o nim mówić Romowie, prosi poetkę, żeby coś zaśpiewała. Papusza jest nieufna, milczy. Wykrztusi tylko, że jej pieśni są nic niewarte. Takie tam dziecięce wierszyki. Dopiero kilka dni później powie swoim śpiewnym, hipnotycznym głosem: – Ja, proszę pana, bardzo lubię, jak śpiewają koła, kiedy jedziemy. I jak deszcz stuka w budę, kiedy śpię. To jest też moja muzyka i czasem słowa same mi się do niej układają.

Pokazuje mu pisaną po romsku poezję i wspomnienia spisane po polsku. Ficowski jest oczarowany i zaskoczony. Wśród Romów

z pokolenia Papuszy umiejętność pisania i czytania to rzadkość. Od tej pory są nierozłączni. On notuje wszystko, co od niej usłyszy. Namawia Papuszę, żeby spisywała wiersze i wysyłała mu je do Warszawy. W każdym z listów, aż do tego ostatniego, najbardziej tragicznego, Papusza zwraca się do Ficowskiego „pszałoro”, czyli „braciszku”.

Papusza i Dionizy Wajs

Męża, Dionizego Wajsa (z lewej), Papusza wprawdzie nigdy nie pokochała, ale została

z nim do jego śmierci. / foto.: Archiwum Muzeum Etnograficznego w Tarnowie

Lekcje za kury

Ficowskiego fascynowała nie tylko poezja, ale

i niezwykły życiorys Papuszy. Próbował ustalić datę jej urodzenia. W papierach raz jest to maj 1910 roku, raz sierpień 1908. Papusza ma własną wersję: rok 1909, miesiąc nieznany. Lublin albo Grodno. Ale nie urodziła się w mieście, tylko w obozowisku, w lesie, jak wszyscy jej krewni. W swoim pamiętniku zanotowała: „Ojca nie pamiętam, miałam pięć lat, jak umarł mi na Syberii. Mamusia wyszła po ośmiu latach za Wajsa Jana. Było mi dobrze na jedno, a na drugie było mi źle. Bardzo się chciałam uczyć czytać, ale rodzice nie dbali o mnie. Ojczym był pijak, w karty grał, matka nie miała pojęcia, co nauka i czy trzeba, czy nie dziecko uczyć. Prosiłam dzieci, co chodzą do szkoły, żeby mi pokazały kilka liter”.

Papusza miała wtedy już koło 12 lat i niepohamowaną ciekawość świata. Była pojętną uczennicą, szybko prześcignęła nieletnich nauczycieli. Potrzebowała kogoś bardziej doświadczonego. Blisko miejsca, gdzie 

koczował jej tabor, mieszkała sklepikarka. Papusza czasem jej wróżyła. Ale tamta nie chciała uczyć za darmo. Papusza w zamian za lekcje kradnie dla niej kury. Romowie zaczęli się podśmiewywać: „Oho! Będziesz pani nauczycielka!”. Niektórzy są dla niej okrutni: „Pluli na mnie, a ja nieraz się zapłakałam i swoje robiłam, co mi się podobało”.

Jako nastolatka wiedziała, że gazety można kupić w małych budkach stojących na ulicy. Ale skąd się bierze książki? Biblioteka jest niedaleko. Jednak wypożyczona powieść okazuje się tak nieciekawa, że Papusza ma zamiar skończyć z książkami. Dopiero jedna z okolicznych gospodyń, której wróżyła, radzi: – „Hrabina Cosel”, „Trędowata”, „Pan Wołodyjowski”. To są dopiero powieści!

okladka plyty Marty Ptaszynskiej

CZYTAJ TAKŻE 

Baronowa perkusji i kompozycji

Jest jak panienka z dobrego domu, która płata figle, składając przy tym obowiązkowo ręce w małdrzyk

i usta w ciup. Wyobrażam sobie, że gdyby żyła na przełomie XIX i XX wieku, to niejedna falbanka

z jej tiulowej sukienki zwisałaby zupełnie nieprzystojnie, zaś barwa tkaniny odbiegałaby daleko od pierwotnej.

I zapewne „dygnęłaby” na powitanie. (...)

Narzeczona za garnitur

Bliscy z taboru przestali narzekać, że czyta. Bo i wróżba dzięki książkom szła jej o wiele lepiej niż innym. Słownictwo było bogatsze, więcej wiedziała o świecie i ludziach. Ale Papusza ma już 15 lat, najwyższy czas wydać ją za mąż. Kandydat jest starszy od niej

o dekadę. Ten związek trwa bardzo krótko, bo świeżo upieczony mąż trafia do więzienia. Nie wróci już do Papuszy. Wkrótce zacznie

o nią zabiegać inny mężczyzna. Dionizy Wajs – poważany, jeden z najbogatszych ludzi w taborze. Tylko że ona wcale go nie chce. On grozi, że zabije ją i siebie. Nie robi to na Papuszy żadnego wrażenia. „Dysiek” ucieka się więc do podstępu. Wie, że Papusza ma słabość do jego brata Niuńka. Ten za obietnicę nowego garnituru i butów zwodzi Papuszę. Porywa i „przekazuje” bratu. Kochliwa z natury Papusza zostanie z Dionizym aż do jego śmierci. Będzie go traktowała bardziej jak ojca niż męża. Nic dziwnego, różnica wieku między nimi wynosiła ponad 30 lat. A on? Nawet jako 80-letni starzec kochał ją po swojemu. Powtarzał: „Ty mi kamienia na mój grób nie kładź. I tak mi ciężko. Posadź kwiaty. Jak nie do mnie, to do tych kwiatów, żeby je podlać, przyjdziesz”.

Wiele razem przejdą. Cudem przetrwali wojnę, w której zginęło kilkaset tysięcy ich romskich rodaków. Po wyzwoleniu ich tabor opuszcza ukochany Wołyń, który został wcielony do ZSRR, i wraz z innymi repatriantami kierują się na Ziemie Odzyskane.

Cztery lata później Papusza poznaje Ficowskiego. Wróci on do taboru Wajsów jeszcze kilkanaście razy. I za każdym razem większość czasu spędzać będzie z Papuszą. Podejrzewano, że mają romans i prawdopodobnie tak było. Ficowski potrafił docenić kobiecą urodę, a starsza od niego o kilkanaście lat Papusza nadal była zjawiskowo piękna. Tylko ta szpecąca szrama na policzku, ślad po dawnej miłości, kara dla młodziutkiej mężatki za zdradę. Teraz nie miałby kto jej ukarać, Dionizemu nie w głowie już były dawne porywy serca. Poza tym bardzo lubił Ficowskiego. Dobrze się rozumieli. Także dlatego, że „pan z Warszawy” mówi po romsku, jest ze wszystkimi zaprzyjaźniony. Nieufni wobec obcych Romowie rozmawiają z nim jak ze swoim. Nikt z obozu Wajsów nie podejrzewa, że już wkrótce rozpęta w ich świecie prawdziwą burzę.

Ukarać zdrajczynię!

Jest rok 1950. Wszystko zaczyna się od wywiadu z Ficowskim w miesięczniku „Problemy”. Rozmowa dotyczy nowo odkrytej poetki romskiej i romskiego folkloru. Nie ma ani słowa o tym, że jakakolwiek informacja o obyczajach czy języku pochodzi od Papuszy (Ficowski znał wielu Romów z różnych taborów i szczepów). Nie wiadomo, jak wieść o tej rozmowie trafiła do niepiśmiennych na ogół romskich taborów ani jak zrodziła się plotka, że to właśnie Papusza jest wszystkiemu winna. Ten wywiad oznaczał dla niej spore kłopoty. Zaczęły się pogróżki i oskarżenia. Wielu Romów osobiście chciało wymierzyć jej karę za zdradzanie sekretów, na szczęście niewielu wiedziało, gdzie dokładnie przebywa tabor Wajsów i jak poetka wygląda. Potem było już tylko gorzej. Papusza wie z listów od Ficowskiego, że na rynku wkrótce pojawi się jego książka „Cyganie polscy”. Na końcu autor umieścił mały słowniczek romsko-polski. To w oczach Romów najcięższa z możliwych zdrad: słowa mają dla nich znaczenie niemal magiczne, przez wieki obcy nie rozumieli ich znaczenia. W akcie rozpaczy „zdrajczyni” pisze ostatni, pełen goryczy list do „braciszka”: „Powiedzą, że Papusza Dziuklory (suka).

A może kiedyś w świecie zrozumieją, że ja nic złego nie zrobiłam”.

Nie ma odtąd spokoju. Wajsowie nieraz musieli się bić z innymi taborami o jej honor. Dlaczego starszyzna w taborze Wajsów jej nie wykluczyła? Dlaczego nie wyklęto jej, jak to się zwykle robiło w podobnych przypadkach? Wajsowie uznali, że los dostatecznie ją pokarał. Papusza ma już wtedy za sobą niejeden pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Niepokojące objawy zaczęły się, jeszcze kiedy była nastolatką. Nadwrażliwa, niespokojna, cierpiała na chwilowe utraty świadomości, stany depresyjne. Potem przyszły ataki szału, nawet halucynacje. Nagonka po publikacjach Ficowskiego pogłębiła ten stan.

Dokładnie w tym samym czasie w „nieromskim” świecie Papusza wyrasta na literacką gwiazdę. Dostaje nagrody, odbywa spotkania autorskie, daje wywiady. Koresponduje z Tuwimem, który jej poezją „zaraził się” od Ficowskiego. Nigdy się nie spotkają, ale przez kilkanaście miesięcy, aż do śmierci pisarza, będą do siebie regularnie pisać. Listy od Tuwima Papusza zniszczy wraz z wieloma swoimi wierszami w jednym z ataków szału.

Życie na uwięzi

W końcu lat 50. tabor Wajsów nie jeździ już po Polsce. Ulega „zachętom” władzy ludowej, która prowadzi „szeroko zakrojoną akcję oddziaływania

na ludność romską w kierunku porzucenia przez nią koczowniczego trybu życia”. Część taboru Papuszy osiada na stałe w Gorzowie Wielkopolskim. Przydzielono im zrujnowaną kamienicę. Na każdą rodzinę przypada jeden pokój. Papusza nie może wytrzymać w zamkniętym pomieszczeniu. Czuje

się jak „ptak na uwięzi, który szarpie się w swojej klatce”. Powtarza, że się dusi. W nocy nie może znieść sufitu tuż nad głową. Nie potrafi spać

w łóżku. Odtąd już zawsze będzie sobie ścielić posłanie na podłodze. Ale to w pierwszych miesiącach życia „na uwięzi” powstaną najpiękniejsze, najbardziej chwytające za serce wiersze o utraconej wolności. To źródło natchnienia szybko wysycha. Papusza całkowicie zarzuca pisanie i nigdy do niego nie wróci. Wkrótce schorowany i niedołężny Dionizy umiera.

Papusza. Rok 1930

Rok 1930. Papusza (stoi w środku) wśród swoich. Za 20 lat uznają ją za zdrajczynię, jednak

z taboru nie wykluczą.  / foto.: Archiwum Muzeum Etnograficznego w Tarnowie

Kilkanaście lat przed śmiercią Papusza staje się symbolem dawnej taborowej kultury. Cieszy się wśród Romów ogromnym szacunkiem. Doczeka jednego z kilku filmów o sobie [oprócz fabularnego filmu z 2013 roku w reżyserii Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze, wcześniej powstawały dokumenty, w 1974 roku „Papusza”, w 1991 „Historia Cyganki”, a w 1984 „Cygańskie pieśni Papuszy” 1984 – przyp. red.], zdąży jeszcze na premierę musicalu, którego libretto to romantyczna wersja jej tragicznej historii. Autorem spektaklu jest pochodzący z taboru Wajsów bratanek Papuszy Edward Dębicki. Kompozytor, założyciel jednego z bardziej znanych zespołów romskich Terno. Premiera musicalu odbyła się w gorzowskim Teatrze im. Juliusza Osterwy. Papusza zjawia się w czarnej sukience i chuście w czerwone kwiaty. Siada na honorowym miejscu w pierwszym rzędzie. Kilku niewtajemniczonych widzów dziwi się, dlaczego starsza pani przez cały spektakl zanosi się od płaczu. Edward Dębicki pamięta też, że jako starsza pani Papusza całymi dniami przesiadywała w parku. Były lata 80., okres najgorszego kryzysu, park kompletnie zaniedbany, brudno. Prosiła: – Edziu, ty jesteś taki uczony. Napisz do jakiegoś urzędu, ja oddam połowę swojego stypendium, co to mam od literatów, tylko niech umyją tu te ławki, niech trochę poporządkują.

Od czasu do czasu przychodzili jeszcze do niej dziennikarze, prosząc o wywiad. Odprawiała ich z kwitkiem. Powtarzała, że to nie jej wiersze, tylko Ficowskiego. Gdzie ja taka głupia bym coś takiego mądrego napisała. Dokucza jej reumatyzm, staje się niedołężna.

W końcu siostra z Inowrocławia zabiera ją do siebie. U niej Papusza spędzi ostatnie chwile swego życia.

Umiera w 1987 roku, kilka miesięcy po wydaniu „Demonów cudzego strachu”. Ta jedna z ostatnich książek Jerzego Ficowskiego

w dużej mierze poświęcona jest Papuszy. Ona sama nie przeczytała już pewnie skierowanych do niej słów. „Drogo przyszło Ci, siostrzyczko, za to zapłacić, aby spełniło się twoje dawne marzenie o pozostawieniu czegoś trwałego i pięknego na świecie”. Ficowski kończy książkę jednym krótkim zdaniem. „Wybacz mi, jeśli możesz”.     (Zwierciadło)

Echinacea Coneflowers

CZYTAJ TAKŻE 

Spódnica ze wszystkich kwiatów świata 

Wiersze Papuszy w przekładzie Jerzego Ficowskiego    (do poczytania)

/ literatura    

    marzec/kwiecień '25 (24)

Olga Tokarczuk
doktorem honoris causa paryskiej Sorbony 

Noblistka Olga Tokarczuk została uhonorowana 25 marca 2025 roku tytułem doktora honoris causa Sorbony. Pisarka odebrała ten tytuł podczas uroczystości na paryskiej uczelni, w towarzystwie siedmiorga innych laureatów reprezentujących zarówno nauki ścisłe, jak i humanistyczne, pochodzących z różnych kontynentów.

Olga-Tokarczuk-Sorbona-fot.-Jana-Karpienko

​"Z ogromną radością odbieram ten zaszczytny tytuł (...). Jestem jednak świadoma tego, że staję przed Akademią jako przybyszka z innego świata, z nieznanego miejsca

i nieokreślonego czasu, gdzie ani instrumenty naukowe (...), ani indeksy i recenzje nie grają istotnej roli" – powiedziała pisarka.

Przywołując temat poruszony w jednym z jej esejów (z tomu "Czuły narrator") mówiła

o sobie, iż "pochodzi z Krainy Metaksy" (od greckiego słowa "pomiędzy" - PAP) opisywanej przez Platona. Jest to przestrzeń, gdzie "biją źródła mitu, rodzą się opowieści (...). Tu mieszkają postaci z mitów, baśni i ballad. To świat sztuki i literatury"

– powiedziała pisarka.

Ostrzegła, iż "znaleźliśmy się w bardzo niepewnym, może nawet niebezpiecznym okresie historii świata. Stary porządek polityczny wydaje się rozsypywać w pył, podczas gdy nowy, powstający na naszych oczach, nabiera niepokojących kształtów". W wojnie o przywództwo nad światem "informacja wykorzystywana jest jako broń, za pomocą

Doktor honoris causa (z języka łacińskiego: „doktor dla zaszczytu”)  to akademicki tytuł honorowy, nadawany przez uczelnie osobom szczególnie zasłużonym dla nauki i kultury.

Nie wymaga posiadania formalnego wykształcenia, ale nadawany jest zazwyczaj osobom o wysokim statusie społecznym lub naukowym. Osoby obdarzone tytułem mają prawo dodawać do nazwiska skrót dr h.c., w przypadku kilku tytułów: dr h. c. mult.

której można wprowadzić w błąd, manipulować, oszukać, zwieść, w końcu zabić". Przekonywała, że w tej "rzeczywistości wszechobecnego kłamstwa" trzeba dbać o niezatracanie "rzeczywistych konturów naszego świata", "zwłaszcza w sytuacji, gdy napierają na nas hordy fałszerzy (...), zdolnych uczynić z czarnego białe, i odwrotnie".

Tokarczuk pytała, gdzie jest miejsce fikcji literackiej "w wojnie z fałszem, manipulacją, dezinformacją, mistyfikacją, fake newsami"

i o to, "czy mamy jeszcze prawo do fantazji?". Zastanawiała się, czego oczekują czytelnicy, którzy na spotkaniach autorskich pytają ją: "czy wszystko, co pani opisuje, to prawda?". "Co mam im powiedzieć? Że jest to prawda, która nigdy się nie wydarzyła?" - dodała. Wyznała, że gdy "wywołuje postaci i historie", zastanawia się sama: "czy ja kłamię?".

"Dlatego tak ważna jest dla mnie dzisiejsza ceremonia. Uhonorowanie mnie zaszczytnym tytułem doktory honoris causa uważam za symboliczne i polityczne uznanie przez Akademię naszej Krainy Metaksy, z której wszyscy przecież się wzięliśmy i w której spotykamy się, wciąż jak najbardziej realnie, choć bez granic, paszportów i języków" - powiedziała Tokarczuk.

Jej wystąpienie poprzedziło uhonorowanie przez władze Sorbony czworga innych osobistości: nigeryjskiej pisarki Chimamandy Ngozi Adichie, szefa Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu Jamesa Fergusona Skea, brytyjskiej neurobiolożki Giovanny Mallucci

i kongijskiego mikrobiologa, jednego z odkrywców wirusa Ebola - Jean-Jacquesa Muyembe. Dokonania laureatów prezentowano kolejno w laudacjach. Pojawiali się na scenie w togach i biretach o barwach, które - jak przypomniał rektor Bernard Beignier - zgodnie z tradycją Sorbony przynależą różnym dyscyplinom: złoty - literaturze (stąd żółty kolor togi Olgi Tokarczuk - PAP), jasnoczerwony

- naukom ścisłym i medycynie. Tytuły doktorów honoris causa otrzymali następnie: filolog i badacz myśli Arystotelesa, profesor Uniwersytetu w Monachium (LMU) Oliver Primavesi, kanadyjski specjalista z dziedzin neuronauki Remi Quirion oraz ukraińska matematyczka Maryna Wiazowska.

Laudację polskiej noblistki wygłosiła literaturoznawczyni, wykładowczyni Sorbony, prof. Małgorzata Smorąg-Goldberg. Nawiązała do opowiadania Tokarczuk "Palec Stalina", w którym - jak przypomniała - palec dyktatora "leży na mapie i decyduje, dyktuje: granica będzie przebiegać tutaj. A wraz z nią wywróconych zostają tysiące istnień: przesiedlonych i wykorzenionych".

"Dyktatura, od łacińskiego dictare - powtarzać, mówić, dotyczy słów zagarniętych, wykolejonych przez politykę, pozbawionych ich sensu, uprowadzonych, zinstrumentalizowanych" - mówiła w laudacji Smorąg-Goldberg. Jak dodała, to właśnie "pisarz przychodzi, by odzyskać" słowa; "przywraca im bogactwo i różnorodność". Pisarstwo Olgi Tokarczuk jest gestem polegającym na "otwarciu, połączeniu, sprawieniu, że świat zabrzmi w swej zmiennej złożoności" - podsumowała badaczka.

Kilkugodzinna uroczystość przebiegała w Wielkim Amfiteatrze Sorbony – reprezentacyjnej sali, w której odbywają się uroczystości, konferencje i oficjalne wystąpienia. Amfiteatr został udostępniony w 1889 roku, a w 1975 roku został uznany za zabytek historyczny. Sala o amfiteatralnym układzie, z dziesięcioma trybunami na dwóch kondygnacjach może pomieścić prawie tysiąc osób. Przestrzeń nad sceną zdobi fresk Pierre’a Puvisa de Chavannesa - alegoria Sorbony, jako postaci kobiecej w otoczeniu innych postaci symbolizujących dziedziny nauki i sztuki (m.in. Poezji, Historii, Fizyki, Botaniki i Geometrii).

Prezydentka Sorbony Nathalie Drach-Temam podkreśliła, zwracając się do bohaterów wtorkowej uroczystości: "dołączacie do wspólnoty Uniwersytetu Paryskiego (Sorbony), ponieważ ucieleśniacie otwartość na świat, rzetelność, solidarność, humanizm, różnorodność, szacunek dla żywych, a także wolność przekonań i wolność słowa. Bogactwo waszej kariery i waszych dokonań

i waszego zaangażowania przyczynia się w znaczącym stopniu do szerzenia wartości, które leżą u podstaw naszego uniwersytetu".

Jak powiedziała PAP prof. Smorąg-Goldberg, starania o przyznanie zaszczytnego tytułu Oldze Tokarczuk rozpoczęły się jeszcze

w 2019 roku, gdy powstał projekt stowarzyszenia uniwersytetów europejskich, który dziś nosi nazwę 4EU+. Później, również w 2019 roku, Olga Tokarczuk i jej tłumaczka – Maryla Laurent, otrzymały nagrodę "Laure-Bataillon" za najlepszy przekład literacki na język francuski (za przekład "Ksiąg Jakubowych"). Z tej okazji odbyło się spotkanie na Sorbonie, na którym obecny był ówczesny rektor Jean Chambaz. Właśnie on nadał sprawie bieg, ale na przeszkodzie stanęła pandemia Covid-19, a potem - problemy związane

z powrotem do normalnej działalności. "Powoli, ta refleksja trwała, i potem (...) dwa lata temu, ustalona została data i liczba laureatów" - powiedziała prof. Smorąg Goldberg. Podkreśliła, że "to są procesy, które zajmują czas".

Przyznany przez Sorbonę zaszczytny tytuł akademicki jest czwartym, którym uhonorowały Olgę Tokarczuk uczelnie zagraniczne. Wcześniej uczynił to: Uniwersytet Sofijski (2022), Hong Kong Baptist University (2022) i Uniwersytet w Tel Awiwie (2023). W Polsce tytuł doktora honoris causa otrzymała na: Uniwersytecie Jagiellońskim (2021), Warszawskim i Wrocławskim (2022), Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (2024) i Uniwersytecie Gdańskim (2024).   (za Polską Agencją Prasową)

/ literatura  opowiadanie    

    marzec/kwiecień '25 (24)

Zapomniane przez Noego

VOYTEK GLINKOWSKI

Dalia uchyliła okna. Świeży powiew wiatru wypełnił pokój.

- Jaki piękny dzień – pomyślała.

Szybko zjadła kawałek sera i świeży chleb. Uściskała, zajętą nawlekaniem wełnyna druty, matkę. To właśnie na dzisiaj zaplanowały

z Rahab wędrówkę po plaży. Tylko pięć mil. Mają zbierać muszle i barwne kamienie. To elementy składowe prezentu, który szykowały dla Baret... wychodziła za mąż. Naszyjnik miał być pamiątką ich przyjaźni trwającej właściwie od kiedy przyszły na świat.

- Ania! - zawołał Paweł - szybko! Z Rozanną coś nie tak.

Anna wbiegła do stajni. Rozanna, silna klacz, która przez ostatnie pięć lat pracowała w ich gospodarstwie, rżała i tupała.

- Paweł, głuptasie, biegnij po tatkę, Rozanna rodzi!

Pawełek pognał, potykając się o rozwiązane buty.

- Tatko! Tatko! - krzyczał - Będzie mały konik, zupełnie nowiutki - chłopiec śmiał się i płakał na przemian.

Bartłomiej właśnie kończył wieczorny posiłek, kiedy usłyszał wołanie chłopca. Gwałtownie odsunął blaszaną miskę i popędził do stajni. Zanim kilkuletni Pawełek, zasmarkany i spocony, doczołgał się z powrotem do stajni, na sianie w rogu drżał piękny, ciemnobrązowy źrebak. Ania klaskała w dłonie i intensywnie szukała w myślach imienia dla nowego przybysza.

- Tatko - złapała Bartłomieja za rękę - on będzie mój. Mój!

*****

Yo-Yo Ma i Zhang Zyi wracały ze szkoły do domu w milczeniu. Trzymały się za ręce i od czasu do czasu wymieniały spojrzenia. Ach, jaka radość i duma - zostały przyjęte na uniwersytet w Pekinie. Nie mogły doczekać się, kiedy oznajmią to matce. Nankin, w którym mieszkały, choć było stolicą prowincji, pachniało zaściankiem, a one marzyły o wielkim świecie. Pekin był daleko, ale był oknem na
ten ich wymarzony świat. Przyspieszyły kroku.

*****

Lilo i Tatew właśnie zamykali cerkiew.

- Widziałeś dzisiaj Osanna? - zapytał Lilo.

- Nie, chyba pracuje ciągle u Mehatu - powiedział Tatew. - Ramadan nadchodzi, to pewnie muszą skończyć kurnik, wiesz jaki jest ten Turek... nie wypuści Osanny póki nie będzie miał przed świętem nowego obejścia. Może powinniśmy sprawdzić, czy jego żona nie potrzebuje pomocy, to już końcówka ciąży.

- Nooo, jest taka wielka - zaśmiał się Lilo - że jak nic będą bliźniaki!

*****

Joshua podprowadził armię pod mury Jerycho. Bóg zabronił mu litości. Przeznaczył to miasto, powietrze, ziemię i wodę jedynie dla niego

i jego współplemieńców.

- Poderżnęliśmy gardła dwóm lokalnym - powiedział oficer rzucając pod nogi wodza garść kolorowych kamieni i muszle - to wszystko co miały w worku.

*****

Za stajnią poruszyły się zarośla.

- Dziwne - pomyślał Bartłomiej - nie ma przecież wiatru, a burza ma być dopiero w nocy. Może to ten dziki jeleń, który rozpędził wczoraj jarmark w Antonówce. Teraz czas godów, to szaleje. - Ach - machnął ręką. I wrócił do stajni raz jeszcze spojrzeć na Anulkowe źrebię.

- Nu tiepier - Kłym machnął brudnym łapskiem i trzydziestu obdartych mężczyzn przeskoczyło płot. Jedni trzymali siekiery, inni widły, kilku miało w rękach kwadratowe mauzery.

- Ubij Lacha! - wrzasnął Iwan - i mocnym kopniakiem otworzył drzwi chałupy. Anna chwyciła przerażonego Pawełka.

*****

Generał Matsui pokłonił się przed portretem cesarza. Wyszedł przed budynek i przywołał czekających oficerów. Szczeknął kilka krótkich rozkazów i 40 tysięcy, oddanych pełnią duszy i serca swojemu boskiemu władcy, ruszyło w kierunku Nankin. Trzeciej nocy pożary rozświetliły ulice miasta. Pomiędzy zwęglonymi ciałami zgwałconych dziewczynek słaniali się pijani żołdacy. Rankiem nad rzeką wykonali spektakl ścinania głów. Na drugim brzegu uciekający zamykali oczy...

*****

Talaat Pasza przeciągnął się i poczłapał do stołu. Na rozłożonej mapie tureckiego imperium beznamiętne czarne kleksy oznaczały setki ludzkich osiedli.

- No, to zaczynamy – pomyślał.

Utkwił wzrok w kropce podpisanej Cylicja. Chwycił za telefon. Tysiące bosych Ormian snuło się po pustyni, już nie zwracali uwagi na padające ciała. Dwóch mężczyzn co sił umykało w kierunku okolicznych wzgórz. Skręcili w południowy trakt. Wzdłuż drogi dyndały ciała ukrzyżowanych brzemiennych kobiet...

*****

Mandżuria, Kanaan, Auschwitz-Birkenau, Katyń, Nankin, Cylicja, Antonówka, Rwanda, Wołyń... Niedoskonałe zastąpić perfekcyjnym... Jedyną słuszną religią, jedynym słusznym systemem zasad, poglądem, myśleniem, kolorem, słowem...

/ kino dokumentalne  rozmowy  

    marzec/kwiecień '25 (24)

Jaką wartość naszemu życiu nadaje architektura? Czego mogą nas o niej nauczyć budowle sprzed setek

i tysięcy lat? Dlaczego piękno i tajemnice antyku zamieniliśmy na szary, monotonny beton? Jak budować lepiej, zanim będzie za późno? Opowiada Victor Kossakovsky, reżyser pokazywanego na festiwalu Millennium Docs Against Gravity filmu Architecton.

Millenium Docs Against Gravity to doroczny festiwal filmów dokumentalnych, organizowany od 2004 roku, zwykle w maju. Odbywa się jednocześnie w siedmiu miastach Polski: Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Poznaniu, Katowicach, Bydgoszczy oraz Łodzi. Tak też będzie w tym roku...

W maju 2025 roku zapraszamy do filmowej podróży dookoła świata i w głąb siebie samych w ramach 22. edycji festiwalu. MDAG odbędzie się w dniach 9-18 maja w kinach, a następnie online w dniach 20 maja - 2 czerwca tegoż roku.

22. edycja MDAG będzie szansą na spotkanie z wieloma wybitnymi postaciami ze świata kina dokumentalnego. Festiwal ponownie ugości twórców i bohaterów filmowych, pochodzących z różnych zakątków globu, tworząc niezwykłą okazję do osobistych rozmów i wymiany myśli. 

Bilety i karnety: https://book.mdag.pl/pl/

Mateusz Demski: Architektura bardziej Pana przeraża czy zadziwia?

Victor Kossakovsky: Odpowiem anegdotą – pamiętam, jak pewnego dnia zupełnie zaskoczył mnie widok z okna w moim mieszkaniu. Nagle po drugiej stronie ulicy zobaczyłem budynek pomalowany na różowo. Pomyślałem: „Eee, jak to? W Sankt Petersburgu? Pastelowy róż w stylu Barbie? Nie może być…”. Natychmiast wyobraziłem sobie komediową scenkę. Dwa budynki rozmawiają i jeden pyta drugiego: „Co się właściwie stało, czemu jestem różowy?”. Na co ten drugi odpowiada: „Nie martw się. Jesteśmy tu od dwustu lat. Ci idioci za chwilę znikną. Może kolejne pokolenie będzie miało odrobinę więcej oleju w głowach”.

Czyli film Architecton powstal z frustracji?

W mojej głowie ten projekt zaczął się jako prześmiewcza komedia na temat współczesnej architektury, później przyszła pandemia i zrozumiałem, że tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Przewróciłem do góry nogami cały

pomysł. Nakręciłem kilka ujęć w Nowym Jorku z czasu kwarantanny. Miasto opustoszało. Wyludnione Broadway i Piąta Aleja. Nie było ludzi ani samochodów. Billboardy na Times Square zgasły. Jedynie budynki trwały niewzruszone. Ze wszystkich śladów, jakie zostawia po sobie człowiek, zaskakująco duża część dotyczy architektury i sposobów zadawania cierpienia innym. Kilka lat później Rosja najechała Ukrainę. Nie miałem wyboru, musiałem znowu zacząć wszystko od nowa.

Film otwierają zdjęcia zbombardowanych miast i osiedli.

Każdy film zaczynam od pytania, co określa nas jako ludzi. Jeśli codziennie przeprowadzasz wywiady takie jak ten, to znaczy, że jesteś dziennikarzem. Jeżeli ja stawiam kamerę na statywie, to jestem operatorem. Ktoś inny, kto sprzedaje owoce, które wyhodował w sadzie, lub uprawia ziemię, jest właścicielem gruntu. „Jesteśmy więc tym, co w swoim życiu powtarzamy” – idąc za myślą Arystotelesa. Zadajmy sobie zatem pytanie: co ludzie robią najczęściej? Odpowiedź brzmi: zabijają.

Na przykład miliard świń rocznie. Albo pół miliarda krów i owiec. Na świecie co sekundę dwa tysiące kurcząt trafia na ubój. Są jeszcze miliardy dzikich ryb, które zabija przemysł rybny. Zabijanie stało się naszą codzienną rutyną. Zrobiliśmy ze świata wielką rzeźnię

i jednocześnie doprowadziliśmy do sytuacji, w której zaczęliśmy się zabijać nawzajem.

Nie podejmuję tego tematu pierwszy – Tołstoj analizował go już ponad 100 lat temu. Pod koniec życia stwierdził, że nie możemy oczekiwać idealnych warunków na Ziemi, gdy nasze ciała są grobami zamordowanych zwierząt: „Dopóki będą istniały rzeźnie, będą istniały i pola bitew”. Jeśli tego nie uznamy, utkniemy w błędnym kręgu wojny i pokoju.

Od Tołstoja właśnie zapożyczył Pan tytuł filmu. Jak rozumieć słowo architecton?

Pod koniec powieści Wojna i pokój Piotr Bezuchow mówi: „Niech mną raczy kierować, Wielki Budowniczy wszechświata, i niech mnie wyprowadzi łaskawie z labiryntu kłamstw i oszukaństwa!”. Nie używa słowa Bóg, zwraca się w stronę Architectona. Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z tą książką 40 lat temu, nie zwróciło to mojej uwagi – łatwo przeoczyć krótki fragment w tak niezwykle gęstej narracji. Słowo to zostało błędnie przetłumaczone w wielu krajach – po prostu jako „architekt”. Pochodzi ono natomiast z języka starogreckiego i oznacza architekta nad architektami, czyli stwórcę wszelkiego stworzenia. (...)

Człowiek sam sobie jest dziś budowniczym.

Paradoks polega na tym, że humanizm to model życia społecznego opierający się nie na tworzeniu, lecz na zniszczeniu i braku poszanowania dla świata naturalnego. Na pewnym etapie ewolucji człowiek postanowił coś wybudować, bo potrzebne mu było miejsce do schronienia. Co zrobił? Wyciął las, zasiał zboże, żeby móc nakarmić krowę, potem zabił tę krowę, by następnie ją zjeść. Nie widzimy złożoności ani szkodliwości tego procesu.

W momencie, w którym się spotykamy, zniszczeniu ulega około 700 gór, tylko w jednej części globu. Liczą one 1460 metrów wysokości, są dziesięciokrotnie wyższe od piramidy Cheopsa w Gizie. Przerabiamy te góry na cement i budujemy z nich budynki, które wytrzymują średnio 38 lat. W Wielkiej Brytanii wyburza się 50 tysięcy obiektów rocznie, łącznie kilkaset tysięcy w całej Europie. Sytuacja przypomina błędne koło: eksploatujemy góry, budujemy z nich budynki, za kilkadziesiąt lat je wyburzymy i ze zgliszcz powstanie nowa góra, tyle że z odpadów. Moje przesłanie jest proste: wyeliminujmy z naszego życia akt zniszczenia.

Czy idea zrównoważonego rozwoju odgrywa jakąkolwiek rolę przy wprowadzaniu realnych zmian w świecie?

Każda tego typu zmiana napawa mnie optymizmem, jeżeli jednak mówimy o architekturze, nie powinniśmy dać się zwieść. Istnieje ruch nazywany zieloną architekturą, który stworzył oksymoron: „etyczną” modę na zrównoważone budownictwo. Efekt jest jednak odwrotny od zamierzonego, ponieważ budujemy, by po chwili niszczyć i budować od nowa. Pod hasłem sustainable architecture kryją się przecież grube warstwy betonu. Choć na dachu sadzi się rośliny, a deweloperzy nazywają to zielonym rajem, wciąż jest to przecież betonowy klocek. Przemysł cementowy odpowiada za 8% emisji dwutlenku węgla, który powoduje ocieplenie planety – to więcej niż emisja pochodząca z lotnictwa, którą szacuje się na około 2,5%. Odpady budowlane są przyczyną 37% globalnej emisji CO2.

Viktor Kossakovsky przedstawia epicką, intymną i poetycką medytację na temat architektury i tego, jak projekt i budowa budynków z zamierzchłej przeszłości ujawniają nasze zniszczenie – i dają nadzieję na przetrwanie i drogę naprzód.

Kossakovsky zastanawia się nad powstaniem i upadkiem cywilizacji, koncentrując się na projekcie krajobrazu autorstwa włoskiego architekta Michele De Lucchi, wykorzystując obrazy od ruin świątyni Baalbek w Libanie z roku 60 n.e. po niedawne zniszczenia miast w Turcji po trzęsieniu ziemi o magnitudzie 7,8 na początku 2023 roku.

Brzmi strasznie.

Liczby są tak wstrząsające, że wręcz trudne do wyobrażenia. Kiedyś betonu używano wyłącznie do budowy elementów konstrukcyjnych i niezbędnej infrastruktury, takich jak stacje kolejowe czy wielkie mosty. Dziś stosujemy go do wszystkiego. W ciągu ostatnich dwóch lat Chiny wyprodukowały tyle cementu, ile całe Stany Zjednoczone przez 100 lat. Tylko w 2023 roku wytworzyliśmy wystarczającą ilość betonu, żeby zbudować mur o wysokości 1000 metrów i grubości metra, którym można by otoczyć równik. Nie żyjemy w epoce kamienia czy brązu, ale w epoce cementu – największego truciciela współczesności. I może jeszcze w epoce cukru, który dodaje się do każdego produktu spożywczego.

W filmie pokazuję przeciętnych rozmiarów cementownię. Do prowadzenia produkcji potrzebuje ona 26 ton węgla na godzinę. Zakład pracuje 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Bez przerwy. Każdy kraj na świecie ma takie fabryki, a nadmierna eksploatacja sprawiła, że kończą się światowe surowce, w tym zasoby piasku. To najczęściej używany materiał na świecie – rocznie wykorzystuje się około 50 mld ton piasku. Znacząca większość jest przeznaczona na produkcję betonu. Do budowy Dubaju wykorzystano piasek importowany z Australii – przetransportowany z odległości 10 tysięcy kilometrów. 

Na tym przykładzie widać, że architektura to szybka iluzja sukcesu. Drapacz chmur zmienia oblicze miasta, ma moc przyciągania

i stanowi atrybut władzy. Nie jest tajemnicą, że politycy w każdym kraju są związani z branżą budowlaną. Choć w demokracji ten układ jest bardziej ukryty, w systemie totalitarnym każdy prezydent czy burmistrz korumpuje rynek budowlany. Bez wyjątku. Studiowałem ten temat przez ostatnie 11 lat. Odwiedziłem przeszło 100 biur najlepszych architektów świata. Pytałem, jak zostali architektami. Każdy opowiedział mi tę samą historię.

Jaką?

Brzmiała ona tak: „Urodziłem się w mieście. Na mojej ulicy stał jeden piękny budynek i dziewięć brzydkich. Zadałem sobie wtedy pytanie, czy to musi tak wyglądać. I postanowiłem, że zostanę architektem. Studiowałem siedem lat. Potem klepałem biedę przez 20 lat i nikt nie chciał słyszeć o moich pomysłach. Nagle zdobyłem grant na projekt. Żeby go ukończyć, potrzebowałem stu architektów. Budowaliśmy przez pięć lat. Dostałem Nagrodę Pritzkera. A następnego ranka musiałem wszystkich zwolnić, bo budowa została ukończona. Potem pojawiła się intratna propozycja zbudowania centrum handlowego. Dalej była umowa na biurowiec i centrum fitness”.

Kiedy weźmiesz do ręki katalog najlepszych architektów naszych czasów, zobaczysz tam 10 pięknych budynków i 90 okropnych. Skończyli w tych samych proporcjach, w jakich zaczynali. Co gorsza, nie zauważyli, że wszystkie te budowle powstają z cementu. Wchodzisz do takiego biura, wszystko dzieje się tam szybko. Cement jest elastyczny, więc się po niego sięga. Pamiętasz eksplozję

w Bejrucie sprzed kilku lat? Cały obszar w promieniu kilku kilometrów został doszczętnie zniszczony. Wśród zburzonych obiektów był jeden z okolicznych biurowców, którym przed zdarzeniem wszyscy się zachwycali – mówiono w jego kontekście o zrównoważonym projektowaniu i inwestowaniu w środowisko. Fantazyjna fasada z aluminium odpadła w wyniku wybuchu. Pod spodem został klocek

z cementu.

Główna teza, jaką stawia Pan w filmie, brzmi: nadzieja na wyjście z impasu leży w antycznym podejściu do tematu.

Wiele starożytnych konstrukcji wykonano z betonu, w tym wzniesiony blisko 2 tysiące lat temu Panteon z największą na świecie niewzmacnianą betonową kopułą – waży ona ponad 5 tysięcy ton. Rzymski beton różni się od tego współczesnego, ale gdzieś

w zawierusze historycznej utraciliśmy jego recepturę. Naukowcy od lat – bezskutecznie – próbują zgłębić tajemnice rzymskich inżynierów. Współczesne konstrukcje betonowe rozsypują się po kilku dekadach. Pokazuję tę różnicę na przykładzie tureckich miast, które znajdują się w strefie zagrożenia trzęsieniami ziemi. Nowoczesne budynki rozpadają się tam jak domki z kart, kopuły sprzed kilku tysięcy lat stoją zaś na swoim miejscu.

Żeby zrozumieć tę różnicę, wystarczy, że przejdziesz pół kilometra stąd (spotykamy się w centrum Berlina – przyp. M.D.), gdzie stoi Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Został oddany w 2005 roku, składa się z ponad 2 tysięcy betonowych bloków. Więcej niż połowa uległa zniszczeniu, dlatego – by konstrukcja się nie rozpadła – zamontowano metalową ramę. Miejsce o takiej randze powinno trwać wiecznie – jako wiekuista przestroga.

Jak więc wrócić do złotych zasad sprzed wieków?

Historia architektury jest pełna tajemnic. Dwa megality, które filmowaliśmy w kamieniołomie Baalbek we współczesnym Libanie, ważą odpowiednio 1000 i 1670 ton. Nie jesteśmy w stanie ich podnieść najnowocześniejszymi dźwigami. Szacuje się, że potrzeba byłoby 30 takich maszyn. Jednak jakimś sposobem ludzie potrafili obrobić te ogromne kamienie, przetransportować je i do tego wznieść ogromne łuki oraz kolumny. Nie mamy pojęcia, jak to zrobili. Tak samo nie wiemy, jak wybudowano piramidy.

Dlatego stale powtarzam, że musimy uznać inne cywilizacje przed naszą własną – wiemy, że było ich co najmniej sześć, niektórzy naukowcy twierdzą, że cywilizację zachodnią mogło poprzedzać 31 innych. Kiedy kręciliśmy zdjęcia w Turcji, znaleźliśmy ruiny około 700 starożytnych amfiteatrów – każdy z nich miał od 5 tysięcy do 20 tysiecytysięcy miejsc siedzących, wykonanych w całości

z kamienia. Wyobraź sobie 700 teatrów w jednym kraju – w dzisiejszych czasach nie uświadczysz czegoś takiego. Podobnie jest

w przypadku amfiteatrów z czasów Platona, gdzie – nawiasem mówiąc – 30 tysięcy osób przychodziło posłuchać Iliady, a nie oklaskiwać gwiazdy futbolu czy popu. Budynek został doskonale technicznie zaprojektowany: sfilmowaliśmy go w technice 180 stopni, wszystkie miejsca siedzące są rozstawione idealnie poziomo i symetrycznie. Aktor stojący na dole wygłaszał swoją kwestię,

a osoba znajdująca się na samej górze go słyszała – i to bez mikrofonu oraz nagłośnienia.

W Puszczy Amazońskiej odnaleziono niedawno całą dolinę zaginionych miast sprzed 2 tysięcy lat zbudowanych przez nieznaną cywilizację. Równolegle archeolodzy odkryli w Gwatemali sieć tysiąca osad i miast Majów – w każdym z nich mogło mieszkać kilkadziesiąt tysięcy osób. Nie znaleziono żadnego dźwigu. Pytanie, gdzie podziały się maszyny, które przeciągnęły tam ogromne kamienie. To pozostaje zagadką, ale nie ulega wątpliwości, że istniały przed nami cywilizacje znacznie bardziej rozwinięte pod względem technologii.

Bloki znane jako Tryliton (górny z dwóch największych na zdjęciu) w świątyni Jowisza Baala (Liban)

/ fot.:  Brattard, rok 2009 / domena publiczna

Baalbek - Liban

Jedynym architektem, który pojawił się w filmie, jest Michele De Lucchi. Dlaczego akurat jego wybrał Pan do tego konkretnego tematu?

Podczas pracy nad filmem zapytałem architektów o to, co powinno stać się dominującym tematem współczesnego miasta.

W cywilizacji zachodniej – szczególnie w Europie – panowała prosta zasada: miasta budowano wokół katedry umieszczonej

w centralnym punkcie, a wiązało się to oczywiście z tradycjami religijnymi. Poprosiłem, by zaproponowali nowe rozwiązania, ale żaden z nich nie mógł wymyślić czegoś odkrywczego – kilku rekomendowało, by centralną budowlą była biblioteka, galeria handlowa albo muzeum. Michele jako jedyny zaproponował uniwersalną ideę. Jego zdaniem w samym sercu miasta powinna znaleźć się niezabudowana, zielona przestrzeń. Rodzaj okręgu, nazywany przez niego kręgiem życia, do którego żaden człowiek nie miałby dostępu. Powinien znajdować się w centrum, by przypominać o tym, że przyroda stanowi rdzeń naszego istnienia – i by miasto mogło oddychać.

De Lucchi w pewnym momencie zauważył, że odczuwa wstyd, gdy buduje kolejne szare klocki w centrum Mediolanu, dokładając tym samym więcej betonu do miasta, które od dawna traci duszę. Powiedział też, że kiedy rodzisz się w takim miejscu – wypełnionym smutnymi, pozbawionymi wyrazu prostopadłościanami – możesz popaść w stany depresyjne. Tym samym nowoczesny design ma katastrofalne skutki dla naszego zdrowia psychicznego. Dlaczego więc budujemy brzydkie i nudne konstrukcje, które nie wnoszą nic do naszego życia? Pozostali architekci nie mieli tego typu przemyśleń. Wszyscy mówili o zrównoważonym rozwoju – proponowali zazielenianie fasad, balkonów i dachów budynków, ale konstrukcje wciąż miały być wykonywane z betonu i stali.

Niezwykle istotną rolę w Architecton odgrywa namysł nad schronieniem dla ludzi. Po pierwsze z powodu wojny w Ukrainie. Po drugie – ze względu na perspektywę wzrostu światowej populacji.

Berlin, w którym się znajdujemy, stanowi doskonały punkt odniesienia. W czasie wojny miasto zostało prawie całkowicie – w około 90% – zniszczone. Choć szybko je odbudowano, mnóstwo budynków wzniesiono bezładnie i niedbale. Jeśli przejdziesz się po okolicy, zauważysz, że na jeden solidny projekt przypada pięć byle jakich. Zamiast planowania mamy wszechobecny chaos. Przewiduję, że tak będzie wyglądać cała planeta w perspektywie najbliższych 20 lat. Jeżeli prognozy się sprawdzą – i nasza populacja osiągnie 10 mld – to co kilka miesięcy musielibyśmy budować kolejny Nowy Jork z betonu, by zaspokoić głód mieszkań. I ta doraźność jest naszą słabością.

W ostatnich latach sporo podróżowałem, spędziłem trochę czasu między rdzennymi ludami. Ich podejście do życia wygląda tak: jeśli potrzebują zbudować – dajmy na to – most, zbierają się, prowadzą długie narady, a przede wszystkim próbują wyobrazić sobie, że za siedem pokoleń ludzie będą wdzięczni swoim przodkom za to, że zostawili im tak wspaniałą konstrukcję. Ponadto rdzenne ludy po udanym polowaniu przepraszają zabite zwierzęta i im dziękują. Nie ma żadnego powodu, by uważać je za „niecywilizowane”.

To może na koniec coś optymistycznego? Jakieś wieści, które napawają nadzieją?

Przepraszam za ten fatalistyczny światopogląd, ale nie wydaje mi się, byśmy mogli uchronić się przed upadkiem. Nie jesteśmy pierwszą cywilizacją na Ziemi. Nasi poprzednicy myśleli zapewne, że będą tu na zawsze, podobnie jak my. A mimo to nie przetrwali – może z powodu pandemii, powodzi, asteroidy lub innego kosmicznego wydarzenia. Nie mamy pewności. Wiemy natomiast, że ludzie regularnie toczą ze sobą wojny, znajdują wrogów niezależnie od fazy rozwoju cywilizacyjnego. Na naszych oczach toczy się też batalia innego kalibru: wojna ludzi z naturą; coś, co nie powinno pozostać niezauważone.

Być może to naturalna kolej rzeczy, że cywilizacje znikają i rodzą się na nowo. Platon ciekawie to tłumaczył – mówił, że są ludzie, którzy budują miasta blisko wody, skupiają tam naukę i kulturę. Są też tacy, którzy mieszkają w górach i wypasają stada owiec. Potem przychodzą powodzie i znikają ci, którzy budowali kulturę. Setki lat po tym pasterze schodzą na dół i powołują do życia kolejną cywilizację. Przesłanie moich filmów jest proste i będę powtarzać je do znudzenia: jeśli przestaniemy zabijać inne stworzenia, może przestaniemy zabijać siebie nawzajem. Potrzebujemy nowego paradygmatu, który jednocześnie pozwoli nam wyznaczyć nowy kanon architektonicznego piękna. Michel przytacza w filmie sentencję, która mówi o tym, że kiedy coś projektujemy, nie tworzymy tylko produktów czy budynków, ale projektujemy zachowania ludzi. Istota architektury polega właśnie na tym, że pozwala nam ona przemyśleć samych siebie; jest symboliczną ramą naszego postępowania.  ■  (przekroj.pl)   

/ architektura

    marzec/kwiecień '25 (24)

Kentucky - architektura

Belvedere w Louisville / Kentucky.
Bryła projektu Heatherwick Studio ożywi zaniedbaną przestrzeń

OPRACOWANIE I ZDJĘCIA: HEATHERWICK STUDIO

Brytyjska pracownia Heatherwick Studio zaprezentowała nową wizję terenu nad rzeką Ohio w centrum Louisville w stanie Kentucky. Zaniedbany teren, zwany Belvedere, stanie się miejscem odpoczynku i rekreacji.

Belvedere to ogromny trawiasty obszar nad rzeka Ohio otwarty w 1973 roku. Zlokalizowany pomiędzy 4. i 6. ulicą w samym sercu śródmieścia Louisville ma wielkość czterech boisk do futbolu amerykańskiego (długość całkowita jednego boiska wynosi prawie 110 metrów, a szerokość 50 metrów). Cierpiący z powodu wieloletnich zaniedbań teren, ma szansę stać się jednym z najważniejszych miejsc odpoczynku dla mieszkańców – terenem wielofunkcyjnym. Pomysł utworzenia nowego Belvederu wyszedł od samych mieszkańców.

Architekci na szczycie podwyższonej platformy, nad autostradą zaproponowali pawilon o płynnej, przypominającej wstęgę formie, wypełniony bujną zielenią. Jego środek pochyla się, dotykając płaszczyzny podłogi. Pod falującym dachem, w najwyższych jego miejscach powstaną przeszklone bryły. Piesze ścieżki i połączą obszar z centrum miasta i z nabrzeżem.

przyszlosc Kentucky, USA (2)
przyszlosc Kentucky, USA (1)
przyszlosc Kentucky, USA (3)
przyszlosc Kentucky, USA (4)

Projekt pozostaje w fazie projektowania, a budowa ma się rozpocząć w 2026 r. Po ukończeniu będzie to pierwsze przedsięwzięcie Heatherwick Studio w Kentucky.

- Belvedere ma niesamowity potencjał, aby stać się nowym, zielonym „salonem” dla Louisville i jego mieszkańców – powiedział Stuart Wood, partner wykonawczy Heatherwick Studio.      (bryla.pl)

/ podróże  wędrówki po Ameryce

    marzec/kwiecień '25 (24)

kanion antylopy 3- Stanislaw Blaszczyna

Kanion Antylopy
piękno wyrzeźbione przez piasek i wodę na pustyni

STANISŁAW BŁASZCZYNA

TEKST I ZDJĘCIA 

Kanion Antylopy
Kanion Antylopy 2

Kanion Antylopy leży na terytorium rezerwatu Indian Nawaho

w Arizonie. Byłem w tym niezwykłym miejscu wielokrotnie, choć nie zawsze okoliczności i warunki pozwalały mi na dłuższe z nim obcowanie. Pewnego razu jednak (było to bodajże w 2007 roku), zaopatrzony w sprzęt fotograficzny, dysponując niemal całym dniem na zwiedzanie okolic miasteczka Page, nieopodal którego znajduje się kanion, zjawiłem się rankiem u zarządzających tym miejscem Nawahów, wykupiłem od nich specjalne pozwolenie „fotograficzne” i zagłębiłem się na parę godzin w tę pomarańczową skalną rozpadlinę (a właściwie w dwie rozpadliny: wpierw był to Kanion Antylopy Górny, a następnie Kanion Antylopy Dolny, oddalony od tego pierwszego o dobrych kilka kilometrów). Nie niepokojony prawie przez nikogo, nie licząc sporadycznych grupek, które szły posłusznie za lokalnym indiańskim  przewodnikiem, przypatrywałem się jego niebywałym kształtom. Rezultatem tej wizyty był plik fotografii, z których jestem średnio zadowolony (popełniałem pewien błąd w ustawieniu aparatu, dzięki czemu spora część tych zdjęć się popsuła), niemniej jednak mały ich wybór postanowiłem tutaj zaprezentować.

Jak powstał Kanion Antylopy? Otóż przed milionami lat była w tym miejscu piaszczysta pustynia, której wydmy z czasem uległy zeskaleniu i dzisiaj zwane są przez geologów piaskowcem Nawaho. To właśnie w tej skale przed tysiącami lat woda zaczęła rzeźbić szczelinę, która z czasem stawała się coraz większa

i głębsza, głównie wskutek tzw. powodzi błyskawicznych, jakie nawiedzają ten rejon w porze deszczy monsunowych. Gwałtowne strumienie wody niosą ze sobą żwir, kamienie i piasek, które wymywają podatny na plastyczne zmiany piaskowiec, rzeźbiąc

w nim charakterystyczne, opływowe „fale”, zakola i jaskinie. Materiał skalny jest wypłukiwany i znoszony do rzeki Kolorado, tej samej, która nieco dalej rzeźbi najbardziej chyba znaną skalną dziurę świata, jaką jest Grand Canyon. Kanion Antylopy leży na pustyni, więc niemal zawsze jest suchy, niewiele jest w jego najbliższej okolicy deszczów, jednak co jakiś czas wypełnia go

z niezwykłą szybkością szalejąca woda, pochodząca z opadów burzowych, które mogą występować w odległości wielu kilometrów od Kanionu. Dlatego powodzie błyskawiczne są niespodziewane i niebezpieczne. Nie tak dawno, bo w 1997 roku,

w jednej z takich powodzi śmierć poniosło 11 osób, wśród których większość stanowili turyści z Europy (7 Francuzów, Szwed, Anglik

i dwóch Amerykanów) – uratował się jedynie przewodnik tej grupy, który do dzisiaj z poczuciem winy szuka dwóch nieodnalezionych wówczas ciał.

Kanion Antylopy jest kanionem szczelinowym, więc jego rozmiary nie są duże (średnia szerokość to ok. 4 metry, głębokość – do 30 m). Jak już wspomniałem, pod względem spektakularności wyróżniają się dwie jego sekcje, z których każda ma swój odmienny charakter. Aby docenić całe to geologiczne zjawisko koniecznie należy zwiedzić obie te części, jednak najliczniej odwiedzany jest Kanion Antylopy Górny, zwany przez Nawahów Tsé bighánílíní (czyli „miejsce, gdzie woda biegnie przez skały”), jednak Kanion Antylopy Dolny (temu Indianie nadali nazwę Hazdistazí co znaczy „kamienne spiralne łuki”) wcale nie ustępuje mu pięknem i niezwykłością kształtów (dzięki podobieństwu do litery V i pokrętnej aparycji, szczelinę dolną nazywają też niektórzy The Corcscrew, czyli „Korkociągiem”).

Mimo swej niezwykłej fotogeniczności Kanion Antylopy fotografować jest trudno, głównie ze względu na skąpość docierającego wgłąb niego światła. Najlepiej pod tym względem jest w miesiącach letnich, zwłaszcza w godzinach południowych

– charakterystyczne smugi pojawiają się dopiero kilka godzin po wschodzie słońca. Jesienią i zimą jest w kanionie dość ciemnawo, więc bez statywu nie ma się tam co wybierać, jeśli chce się zrobić w miarę czytelne, nierozmyte fotki. Zresztą statyw wydaje się być niezbędny również o każdej innej porze dnia i roku, bo bez dłuższego czasu naświetlania nie można utrwalić falistych ściennych wyżłobień i ostrych krawędzi skał. Trzeba się też mocno nagimnastykować, by uniknąć tzw. przepaleń, czyli jaskrawych plam bez koloru, które na zdjęciu wyglądają jak białe, wypalone

w pomarańczowo-brunatnej skale, dziury. Często kilka minut robi różnicę ze względu na szybko przesuwające się promienie słoneczne. Najlepiej jest jednak słońca w głębi kanionu nie łapać

i skupić się na jego fantastycznych kształtach oraz szerokiej gamie nasycenia barw i ich odcieni – przy świetle rozproszonym

i odbitym. Zawrotu głowy można dostać od całej tej różnorodności form i kształtów napierających na nas z każdej strony – a lekkie przesunięcie perspektywy – miejsca, z którego fotografujemy

– potrafi zmienić cały obrazek nie do poznania, dostarczając nam przy okazji wielkiej frajdy w rejestracji tego, zmieniającego się jak w kalejdoskopie, spektaklu. Oj, nie chce się człowiekowi wychodzić z tej pięknej dziury.

PS. Tego lata dostałem od jednego z moich przyjaciół obieżyświatów przykrą wiadomość: Kanion Antylopy jest obecnie zadeptywany przez hordy turystów. Oczywiście nie zmienia to jego struktury – te tłumy go nie niszczą, ale zdecydowanie obniżają jakość doświadczenia jakim jest zetknięcie się z kanionem, które jednak wymaga wyhamowania zapędów, pewnego skupienia się, może nawet rewerencji – bowiem tylko wtedy możemy docenić wyjątkowość i estetyczną wspaniałość tego miejsca. (...)

Jakże zestroić się z tym dziwem Natury, który można by nazwać cudem, gdyby nie nasza bałwochwalcza skłonność przypisywania cudu jedynie metafizycznej sferze zawłaszczonej przez religie? Sferze, której doświadczyć można jedynie w objawieniu i tylko wtedy, kiedy jest się wybranym lub oddanym bóstwu – a przy tym kimś dążącym do iluminacji?

A może to tylko ciekawostka, przyrodnicza anomalia – ot, siły naturalne stworzyły na ślepo coś, co jest pewnym zaburzeniem spetryfikowanej kosmicznej monotonii Wszechświata, jaką jest skała, góra, pustynia, rozpadlina w ziemi…? Coś, co także rozwiewa naszą egzystencjalną nudę wynikającą

z powtarzania tych samych, podtrzymujących nasze życie czynności w środowisku nam znanym i przewidywalnym

– w dużej mierze stworzonym i przekształconym przez nas samych tak, by zaspakajało nasze potrzeby i byśmy się mogli

w nim zadomowić?

Otóż zestroić można się dość łatwo – wystarczy tylko otworzyć się na barwy i kształty. Zachwyt przyjdzie sam, a jeśli nie zachwyt, to zadziwienie kreatywnością sił jakim poddana jest materia urabiana przez rzekę czasu w sposób poruszający naszą sensoryczną wrażliwość, dzięki której patrzymy

i nazywamy coś pięknem. Pięknem, które przynosi nam radość i świadomość tego, że warto tego piękna szukać – i dostrzegać je wokół nas – bo w pewien tajemniczy sposób afirmuje ono

i dostarcza sensu naszemu uczestnictwu w tym kosmicznym eksperymencie zwanym życiem. Materia, jaką ponoć jesteśmy, (z tym że ożywioną, bo uduchowioną) zderza się z materią martwą, (inercyjną, bo pozbawioną ducha) choć przecież zmieniającą swoją postać i formę. Rezultatem jest konfirmacja istnienia przez istoty, które są tego wszystkiego świadome, a przede wszystkim… czujące.

Nie wiem, czy piękno jest sprawą boską, czy tylko ludzką. Ale wiem, że człowiek jest zdolny piękno dostrzegać, odbierać

i odczuwać. Być może zdolność człowieka do doświadczenia piękna, to piękno dopiero stwarza? Czy też dopiero wtedy, kiedy coś – co niewątpliwie istnieje niezależnie od nas, dzięki tej naszej zdolności nabiera estetycznego, a nawet etycznego sensu – kreuje nową we Wszechświecie jakość, której sprawcami jesteśmy my sami? Czyżby więc ludzie jak bogowie? Czy może tylko zagubione – szukające sensu i celu

– sieroty Wszechświata?

Poezja ziemi… ale czy istnieje poezja skały, kamienia, piasku

i żwiru? Czy to tylko nasze nerwy i chmura elektrycznych wyładowań w ludzkim mózgu? Jednak, czy tak naprawdę może to mieć jakiekolwiek znaczenie, skoro czegoś, co nazwaliśmy poezją, doświadczamy? A nawet próbujemy się tym podzielić

z innymi?

* * *

Kanion Antylopy 3
kanion antylopy 1 - Stanislaw Blaszczyna
Kanion Antylopy 4
Kanion Antylopy 5

/ wychowanie  muzyczna terapia

     marzec/kwiecień '25 (24)

Blizniaki

Muzyka terapeutyczna dla wcześniaka. Jak dźwięki mogą wspomóc rozwój noworodka?

Co roku około 15 milionów dzieci przychodzi na świat przedwcześnie. Wielu z nich nie można przytulić czy choćby dotknąć. Warto im jednak śpiewać, bo głosy najbliższych są całym światem. Znają je jeszcze z życia płodowego, kojarzą więc z bezpieczeństwem i bliskością – mówi psycholożka dr hab. Łucja Bieleninik

z Uniwersytetu Gdańskiego.

Znaczenie dźwięków w życiu płodowym

 

W którym tygodniu ciąży płód zaczyna rejestrować dźwięki?

Dość wcześnie, ponieważ uszy rozwijają się już w 6. tygodniu ciąży. Najpierw docierają do nich dźwięki ze środowiska wewnątrzmacicznego. Można więc zakładać, że pierwszym odgłosem, który słyszymy w życiu płodowym, jest bicie serca matki, przepływ jej krwi albo dźwięki wydawane przez organy wewnętrzne. Kolejno, około 19. tygodnia życia płodowego, zaczynają docierać odgłosy ze środowiska zewnętrznego. Wiemy, że u dziecka wzrastają rytm bicia serca i ruchliwość w odpowiedzi na głośny dźwięk

„z zewnątrz”. Rejestruje ono szczególnie te o niskiej częstotliwości, które odpowiadają zakresom występującym w mowie, co pomaga przygotować niemowlę na przyszły rozwój języka.

A kiedy zaczyna ono rozróżniać i rozpoznawać głos matki?

W prawidłowej ciąży towarzyszy on dziecku przez dziewięć miesięcy życia płodowego i staje się naturalną częścią jego środowiska. Dźwięk jest jednak zniekształcony przez płyn owodniowy, który dr Ilona Poćwierz-Marciniak nazwała przekaźnikiem „konturu melodycznego głosu matki”, bo choć nie brzmi on w macicy tak jak w świecie zewnętrznym, pewne charakterystyczne elementy są zachowane i to dzięki nim dziecko natychmiast po narodzinach jest w stanie go rozpoznać.

Od około 30. tygodnia ciąży dzieci nie tylko słyszą głos matki, lecz także reagują na niego i zaczynają rozróżniać takie cechy, jak ton, rytm czy szybkość mówienia. A noworodki urodzone we właściwym terminie, czyli powyżej 37. tygodnia ciąży, mają już w pełni ukształtowany zmysł słuchu, który funkcjonuje równie dobrze jak u osoby dorosłej. Z pewnymi wyjątkami, bo noworodki nie umieją przetwarzać złożonych struktur muzycznych.

Znaczenie dźwięków dla noworodka i jego rodziców

 

Nie wszystkie dzieci jednak rodzą się we właściwym terminie.

Niestety. Z przeprowadzonego przez Światową Organizację Zdrowia raportu „Born too soon”, uwzględniającego 148 krajów, w tym Polskę, wynika, że około 15 milionów dzieci rocznie przychodzi na świat przedwcześnie. Dla nich głos rodzicielski może stać się najcenniejszym zasobem.

Dlaczego?

To złożona kwestia. Przedwczesny poród jest jednym z głównych wyzwań społecznych i zdrowotnych wpływających nie tylko na dzieci, ale także na ich rodziców, którzy w szpitalnym środowisku nie mogą podjąć od razu naturalnej dla nich funkcji opiekuńczej

i budować więzi z dzieckiem od pierwszych chwil jego obecności na świecie. Separacja dziecka od rodziców i rodziców od dziecka po porodzie może wpłynąć negatywnie na zdrowie psychiczne opiekunów. A każda forma kontaktu rodziców z dzieckiem może poprawić ich zaangażowanie się, adaptację i funkcjonowanie.

Ponad 20 lat temu w Stanach Zjednoczonych równolegle w dwóch ośrodkach opracowano więc różne modele terapii dedykowane wcześniakom i ich rodzicom. W szpitalu Mount Sinai Beth Israel w Nowym Jorku Joanne Loewy stworzyła łagodzące traumę podejście, zwane „Pierwsze dźwięki: rytm, oddech i kołysanka”. A równolegle we Florida State University Jayne Standley wypracowała model „kołysanki aktywowanej smoczkiem”, służący do nauczania karmienia dzieci przedwcześnie urodzonych, które uzyskało aprobatę Agencji Żywności i Leków w Stanach Zjednoczonych.

Aktualnie istnieje wiele różnych technik muzyko­terapeutycznych, stosowana jest także muzyka na żywo lub odtwarzana z nagrań audio, co może być szczególnie ważne, gdy pod nieobecność opiekunów dziecko słucha nagrania kołysanki śpiewanej przez rodzica. Muzyka i śpiew tworzą między nimi most, szczególnie kiedy przez inkubator inny kontakt jest po prostu niemożliwy. Głos staje się więc narzędziem, dzięki któremu rodzice, pozbawieni chwilowo funkcji opiekuńczych, mogą poczuć się potrzebni; to minimalizuje ich bezsilność i niepewność w podejmowaniu roli rodzicielskiej. Dlatego dziś w wielu krajach muzykoterapia odgrywa istotną rolę na oddziałach intensywnej terapii noworodka. W Stanach Zjednoczonych, Szwajcarii czy Izraelu stała się wręcz elementem standardowej opieki, podobnie jak kangurowanie. (...)

Wpływ muzykoterapii na rozwój wcześniaków

 

Jakie na przykład?

Istnieje wiele wyników badań klinicznych na temat efektywności muzykoterapii u wcześniaków. Może ona pozytywnie wpływać na parametry psychofizjologiczne noworodków, poprawić funkcjonowanie układu oddechowego, podnosząc poziom nasycenia tlenem, regulować rytm serca, a także zwiększyć przyrost masy ciała, ponieważ wpływa pozytywnie na umiejętności żywieniowe dziecka. Wcześniaki to dzieci z grupy ryzyka zaburzonego ssania, gdyż umiejętność ta kształtuje się w okresie prenatalnym. Badacze zaobserwowali, że podczas muzykoterapii następuje systematyczne wzmocnienie częstotliwości ssania u wcześniaków.

Muzykoterapia może zwiększyć również przyrost spożycia kalorii, bo podczas oddziaływań muzycznych, gdy mama jest zrelaksowana, karmienie trwa dłużej. Badania wykazały też, że muzyka obniża poziom odczuwanego bólu podczas procedur medycznych. Ponadto skraca czas hospitalizacji, a im szybciej dziecko może być wypisane do domu, tym szybciej mama i tata mogą podjąć rolę rodzicielską.

Na czym właściwie polega ta forma terapii?

Wbrew powszechnym przekonaniom muzykoterapia nie polega na puszczaniu dziecku muzyki klasycznej. Oczywiście, to możliwe, jednak główną rolę odgrywa głos rodziców, bo jest największym zasobem, jaki można dać przedwcześnie urodzonemu dziecku, które znajduje się na oddziale neonatologicznym lub intensywnej terapii noworodka, niejednokrotnie przez wiele tygodni, a nawet miesięcy.

Zacznijmy od tego, że dziecko przywiązuje się do matki w okresie prenatalnym wraz z rozwojem zmysłów. Niezmiernie ważną rolę odgrywa zmysł słuchu, gdyż to dzięki niemu noworodki nie tylko rozpoznają głos matki po narodzinach, lecz także potrafią wyodrębnić go spośród innych głosów kobiecych. Oczywiście jeżeli ojciec był aktywnym uczestnikiem ciąży, jego głos, a także śpiew będzie równie cenny. Muzykoterapia jest podejściem zorientowanym na rodzinę, w którym najczęściej aktywnie uczestniczą oboje rodzice. Cały proces koordynuje natomiast muzykoterapeuta, który powinien mieć umiejętności wokalne, ale także wiedzę z zakresu technik muzykoterapeutycznych, żeby wiedzieć, w jaki sposób używać głosu i instrumentów muzycznych.

Dlaczego to takie ważne?

Musimy pamiętać, że dziecko przedwcześnie urodzone może nie być gotowe do odbioru dźwięków i obrazów. Wcześniaki mogą mieć także zbyt wysoki lub niski próg reakcji na stymulację. Dodatkowo oddziały intensywnej terapii noworodka same w sobie są już mocno obciążającym środowiskiem, bo dzieci są tam narażone na nadmierną ekspozycję hałasu, światła, ale także na ból i separację. W związku z tym muzykoterapeuta musi mieć przede wszystkim wiedzę na temat regulacji stanu fizjologicznego niemowląt, a także świadomość wpływu wcześniactwa na rozwój dzieci.

Z drugiej strony – powinien chociaż w podstawowym znać stan psychiczny rodziców, gdyż przedwczesny poród postrzegany jest jako wydarzenie stresogenne, czasami traumatyczne ze względu na intensywność afektów i doświadczanie negatywnych emocji. Wyniki badań pokazują, że odpowiednio poprowadzona muzykoterapia wydłuża czas odwiedzin rodziców w szpitalu, zmniejsza ich niepokój, ma pozytywny wpływ na samopoczucie, ale też ich pewność siebie. Tych korzyści jest wiele, ale myślę, że jedną z najważniejszych jest to, że muzykoterapia zachęca rodziców do sprawowania opieki nad dzieckiem mimo szpitalnych ograniczeń, bo nawet kiedy dziecko leży w inkubatorze, można mu nucić kołysankę, która obu stronom przyniesie ukojenie.

Czy to wymaga od rodziców umiejętności muzycznych?

Nic z tych rzeczy. Dla dziecka naprawdę nie ma znaczenia, czy dorośli śpiewają czysto i równo, to oni stawiają sobie takie wymagania.

Doświadczenia z badań LongSTEP pokazują, że polscy rodzice – w porównaniu do izraelskich czy kolumbijskich – są na początku bardziej wycofani i ostrożni. Być może wynika to z różnic kulturowych, bo w tamtych krajach ludzie chętniej muzykują, wokalizują i śpiewają całymi rodzinami niż u nas. Poza tym w szpitalnych realiach rodzice mogą też obawiać się bycia ocenianym, ponieważ muzykoterapia odbywa się najczęściej w salach wieloosobowych. Jeśli rodzice mają jakiekolwiek opory, na początku mogą posługiwać się głosem w komfortowym dla siebie zakresie. Muzykoterapeuta powinien uszanować ich wolę oraz stopień zaangażowania i wypracować indywidualne podejście terapeutyczne. (...)

A nie można po prostu opowiedzieć dziecku bajki? Czym śpiew różni się od mowy?

Występuje wiele różnic między mową i śpiewem. Różnice ilościowe dotyczą na przykład cech, takich jak: wysokość, natężenie dźwięku, jego barwa i czas trwania. Tymczasem noworodki mają określone preferencje dotyczące tych właśnie cech i zgodnie z badaniami wolą muzykę od mowy.

Podczas eksperymentu przeprowadzonego w Kanadzie zaobserwowano, że sześciomiesięczne dzieci preferują śpiew matki od wypowiadanych przez nią słów czy piosenek z radia. Nie bez przyczyny we wszystkich kulturach występuje tendencja do mówienia do niemowląt w sposób muzyczny. Nazwane jest to mową matczyną, która charakteryzuje się stylem z wyższymi częstotliwościami dźwięków, przeciąganiem samogłosek i wolniejszym tempem wypowiedzi. Mówiąc do dziecka, intuicyjnie często stosujemy pytania, czyli komunikaty o tzw. wznoszącym konturze melodycznym.

Wszystkie przedwcześnie urodzone dzieci pozytywnie reagują na muzykoterapię?

Wcześniaki to bardzo heterogeniczna grupa kliniczna, znajdują się w niej zarówno dzieci urodzone w 23. tygodniu ciąży, jak i niemal donoszone noworodki z 36. tygodnia. Cechują się też odmiennym stanem klinicznym, który determinuje sposób sprawowania opieki. Dzieci urodzone przed 28. tygodniem wieku ciążowego nie kwalifikują się do muzykoterapii. W każdym przypadku to zespół medyczny pracujący w danym szpitalu decyduje, czy dziecko jest na tyle stabilne medycznie, że może być aktywnym uczestnikiem tej formy terapii.

Ile czasu trwa muzykoterapia?

Sesje na oddziałach neonatologicznych trwają około 30 minut i mogą być powtarzanie dwa lub trzy razy w tygodniu. Badania wykazują, że częstotliwość i systematyczność wpływa na ich efektywność. Muzyka powinna być cicha i stała, aby łagodzić awersyjne bodźce słuchowe środowiska szpitalnego. Dla wcześniaków urodzonych po 28. tygodniu ciąży zalecana jest terapia oparta na głosie matki, następnie można ostrożnie wprowadzać nagrania audio, a gdy wzrośnie tolerancja na stymulację akustyczną – stosować muzykoterapię opartą na śpiewaniu kołysanek czy piosenek przez rodzica lub terapeutę.

Z relacji rodziców wynika, że muzykoterapia przynosi im ulgę, daje radość i możliwość nowej formy komunikacji z dzieckiem, z której chętnie korzystają także w domu, szczególnie w sytuacjach trudnych. Muzyka jest bowiem doskonałym narzędziem samoregulacji.

(obszerne fragmenty rozmowy; Zwierciadło)

/ savoir-vivre  

    marzec/kwiecień '25 (24)

biurowa grzecznosc

Poznaj zasady savoir-vivre
w biznesie – kompendium wiedzy

Czy wiesz, jak ubrać się na spotkanie biznesowe? Choć moda wciąż się zmienia, niektóre zasady dotyczące biznesowego stylu są wciąż niezmienne. Aby być postrzeganym jako profesjonalista w danym środowisku, skup się nie tylko na odpowiednim wyglądzie, ale i zachowaniu. Przedstawiamy 10 zasad savoir-vivre w pracy.

Czym jest etykieta w biznesie?

Etykieta biznesowa to zbiór zasad i norm, które regulują zachowanie w środowisku zawodowym. Obejmuje ona nie tylko zasady savoir-vivre'u, takie jak właściwe zachowanie przy stole czy odpowiednia aparycja, ale także etyczne podejście do prowadzenia profesjonalnej działalności. Jednym z elementów savoir-vivre w pracy jest oczywiście odpowiedni strój, który potrafi dużo powiedzieć o Twoim podejściu do pracy i klientów, ale także o Twoim stanowisku czy charakterze. 

W biznesie etykieta odgrywa kluczową rolę, ponieważ pomaga w budowaniu i utrzymaniu profesjonalnych relacji z klientami, dostawcami i współpracownikami. Utrzymywanie dobrych manier i etycznego postępowania może wpływać na reputację firmy oraz postrzeganie jej na rynku.

10 zasad savoir-vivre w pracy

Każda branża, a nawet więcej – każda firma tworzy własną kulturę biznesową. Istnieją jednak uniwersalne zasady savoir-vivre, których warto przestrzegać w profesjonalnych relacjach. Oto 10 fundamentalnych zasad savoir-vivre'u, które można zastosować

w środowisku pracy.

1. Punktualność

Bycie na czas na spotkaniach i terminowe wywiązywanie się z obowiązków świadczy o szacunku do czasu innych osób. Oczywiście wypadki chodzą po ludziach. Jeżeli więc wypadnie Ci wyjątkowa sytuacja i musisz się spóźnić, uprzedź o tym osobę, która będzie na Ciebie czekać. Staraj się jednak tak planować swój kalendarz, aby były to wyjątki, a nie reguła.

2. Profesjonalny wygląd

Chodzi tu nie tylko o formalny strój, ale o aparycję. Staraj się więc utrzymać schludny i odpowiedni dla danej branży wygląd. Zawsze układaj elegancko włosy, wypielęgnuj swój zarost i dbaj o skórę. Skup się też na tym, aby Twoje dłonie były w nienagannym stanie – przytnij paznokcie i oczyść je. To może pomóc w tworzeniu pozytywnego wizerunku.

3. Szacunek w komunikacji

Kiedy pierwszy raz wchodzisz w interakcje z klientami, zawsze stosuj grzecznościowe formy: Pan/Pani. Zarówno w komunikacji słownej, jak i pisemnej. Jeżeli jednak współpracownik przestawi się swoim imieniem i sam zacznie mówić do Ciebie po imieniu, używaj takiej samej formy. Formę grzecznościową możesz utrzymać, gdy zwracasz się do osoby starszej, o wyższym tytule naukowym lub swojego przełożonego.

Warto jednak zauważyć, że zamerykanizowana forma korporacji wprowadza większą swobodę w wewnętrznej komunikacji w firmie. Wszyscy, niezależnie od stanowisk, mówią sobie po imieniu. Dobrze jeżeli taka zasada zostanie wprost wypowiedziana podczas wprowadzania nowego pracownika do firmy.

Co zrobić, gdy nie wiesz, jak się do kogoś zwracać? Po prostu – grzecznie o to zapytaj lub używaj formy bardziej formalnej. Najwyżej rozmówca poprosi Cię o zmianę.

4. Dyskrecja i poufność

Respektowanie prywatności współpracowników i niedzielenie się poufnymi informacjami firmowymi to podstawowa zasada savoir-vivre. Nie dawaj się wciągać w biurowe dramaty i nie bierz udziału w plotkowaniu. To nie tylko nieeleganckie, ale i bardzo szybko może obrócić się przeciwko Tobie!

5. Gotowość do współpracy

Praca zespołowa, gotowość do pomocy i otwartość na opinie innych świadczy o dojrzałości zawodowej. Bierz udział w przydzielonych Ci projektach, a jeżeli pozwala Ci na to czas, staraj się pomagać innym.

Współczesna kultura korporacyjna dość często dąży do przeciążania pracownika i zlecania mu zbyt dużej ilości pracy. Nie bój się więc asertywnie powiedzieć: „nie”. Odmowę zawsze uzasadnij, przedstawiając swoją dyspozycyjność. A jeżeli przełożony i tak będzie chciał, abyś wykonał dane zadanie, poproś go o ustalenie priorytetów w Twojej pracy i dokonanie stosownych zmian w Twoim harmonogramie tak, aby dodatkowe zadanie zmieściło się w czasie Twojego ustawowego czasu pracy.

6. Zrozumienie różnic kulturowych

Każdy człowiek jest inny, każdy równy. Nie wszyscy będą kierować się takim samym zestawem wartości jak Ty. Zrozumienie

i szacunek dla różnic kulturowych, zwłaszcza w środowisku międzynarodowym, to podstawa! W pracy unikaj tematów związanych

z religią, polityką czy pochodzeniem etnicznym (zwłaszcza gdy pracujesz z osobami z zagranicy).

7. Wyłącz telefon na spotkaniach biznesowych

Jedną z podstawowych zasad uprzejmości – i to nie tylko w stosunkach biznesowych – jest wyciszenie telefonu podczas spotkania. Odłóż telefon na bok, wyłącz dźwięki i nie odbieraj przychodzących połączeń. Nie sprawdzaj też wiadomości na komunikatorach czy nie odpisuj na maile. 

8. Zachowaj porządek

Miejsce pracy to wspólna przestrzeń. Staraj się więc zawsze zachować porządek przy swoim biurku czy w pomieszczeniach wspólnych, takich jak kuchnia, jadalnia czy sala konferencyjna. Twój nieporządek może negatywnie wpływać na spokój i harmonię współpracowników.

9. Unikaj głośnych rozmów czy słuchania muzyki

Savoir-vivre w biurze nakazuje, aby zachować względną ciszę – zwłaszcza jeżeli pracujesz na open space. Nie włączaj radia czy muzyki ze streamingów na głos – słuchawki w pracy to podstawa. Jeżeli musisz z kimś porozmawiać – czy to na żywo, czy przez telefon, najlepiej udaj się do oddzielnej sali konferencyjnej lub gabinetu z zamykanym drzwiami, gdzie nie będziecie nikomu przeszkadzać.

Wyjątek stanowią pomieszczenia socjalne, takie jak kuchnia czy jadalnia – tam panuje dużo swobodniejsza atmosfera. To miejsca, gdzie możesz na chwilę się rozluźnić i zrelaksować. 

10. Pozytywna postawa

Staraj się zachować otwarty umysł w pracy. Nie siej defetyzmu i nie narzekaj. Jeżeli w miejscu pracy rodzą się frustracje, porozmawiaj o tym z przełożonym lub ze znajomymi po godzinach.

W kulturze pracy bardzo ceni się zachowanie pozytywnego nastawienia oraz bycie elastycznym wobec zmian.

Savoir-vivre w biznesie – jak ubierać się na spotkania biznesowe?

Ubieranie się na spotkania biznesowe wymaga uwzględnienia kilku kluczowych zasad savoir-vivre'u, aby prezentować się profesjonalnie i odpowiednio do kontekstu. Oto kilka wytycznych, które mogą pomóc w znalezieniu właściwego stroju na takie okazje:

Postaraj się zrozumieć kulturę firmy

Każda firma może mieć swoje wytyczne dotyczące ubioru, więc dobrze jest zrozumieć i dostosować się do tych zasad.

Formalność spotkania

Stroje bardziej formalne mogą być odpowiednie na oficjalne spotkania i prezentacje, podczas gdy mniej formalne okazje mogą wymagać mniej rygorystycznego ubioru.

Klasyczny garnitur

Dla mężczyzn klasyczny, dobrze dopasowany garnitur w stonowanym kolorze (takim jak granatowy, szary lub czarny) z białą koszulą to często bezpieczny wybór na co dzień do pracy. Panie powinny mieć w swojej profesjonalnej garderobie garsonkę (zestaw ołówkowej spódnicy do kolana i dopasowanej marynarki) lub komplet marynarki ze spodniami typu slacks, palazzo czy cygaretki.

Formalne obuwie

Wybierz czyste i schludne buty, które pasują do reszty stroju. Dla mężczyzn są to zazwyczaj eleganckie buty skórzane takie jak derby, oksfordy czy monki, a dla kobiet mogą to być czółenka na obcasie do 8 cm lub eleganckie buty na płaskiej podeszwie, np. baleriny, loafersy czy mokasyny.

Dodatki i biżuteria

Dodatki powinny być subtelne i nie na tyle wyraziste, aby odciągały uwagę od rozmowy. Prosta biżuteria, krawat i zegarek mogą dodać elegancji, ale nie powinny dominować. 

Higiena osobista 

Dbaj o swoją prezencję. Staraj się zawsze ułożyć schludnie włosy. Paniom poleca się gładko zaczesane fryzury lub estetycznie ułożone, rozpuszczone włosy. Panowie mogą elegancko stylizować włosy za pomocą fryzjerskich produktów takich jak żel, pianka czy pomada. Unikaj silnych perfum lub wód kolońskich, które mogą drażnić innych.

Stroje biznesowe mogą się różnić w zależności od branży czy też formalności spotkania. Warto więc omawiać je na przykładach. Aby ułatwić Ci wybór idealnego stroju, który wpisze się w kulturę biznesową, przygotowaliśmy dwie propozycje dla pań i dwie propozycje dla panów.

Biznesowe stroje dla kobiet

Formalna garsonka i biała koszula

To zestaw obowiązkowy dla każdej kobiety! Granatowa garsonka ze spódnicą ołówkową sprawdzi się zawsze. Dobierz do niej elegancką, białą koszulę z dużym kołnierzykiem. Załóż do tego delikatną, złotą biżuterię – kolczyki na sztyfcie, naszyjnik żmijkę oraz bransoletkę. Do garsonki możesz włożyć beżowe czółenka lub mokasyny – w zależności od tego, jaki rodzaj obcasa preferujesz.

Biznesowy casual na dzień w biurze

Włóż elegancką bluzkę w stonowanym kolorze, np. beżową lub białą. Dobierz do tego granatowe spodnie palazzo i białe sneakersy.

Na bluzkę możesz zarzucić beżową, oversizową marynarkę.

Biznesowe stylizacje dla mężczyzn

Granatowa klasyka

Każdy biznesmen powinien mieć w swojej garderobie przynajmniej jeden, bardzo formalny garnitur. Na początek postaw na ponadczasowy granat, np. garnitur Acapulco. Zestawić go możesz z niemal każdym kolorem koszuli, jednak najbezpieczniejszą opcją będzie nieskazitelna biel z kołnierzykiem włoskim lub półwłoskim lub błękit.

Do stylizacji dobierz jedwabny krawat – gładki lub z bardzo delikatnym mikrowzorem. Najlepiej, aby także był utrzymany w niebieskiej lub szarej tonacji. Na spotkania biznesowe włożyć możesz zarówno czarne, jak i brązowe derby czy oksfordy. Pamiętaj, że pasek zawsze powinien pasować kolorystycznie do butów.

Kolorowy garnitur

Kiedy masz już w swojej garderobie absolutną klasykę, możesz nieco poszaleć z kolorem. Garnitury bordowe czy zielone są także bardzo dobrze widziane w biznesowym dress codzie. Możesz włożyć do nich np. koszulę maklerkę lub klasyczną, białą wersję. Dobierz do tego krawat z mikrowzorem, który będzie komponował się z kolorystyką stylizacji. Do garnituru zielonego czy burgundowego świetnie pasują jasnobrązowe oksfordy oraz pasek ze skóry licowej. 

Strój to tylko jeden z aspektów kreowania profesjonalnego wizerunku. Aby odnieść sukces w świecie biznesu, przestrzegaj zasad savoir-vivre oraz kultury osobistej.   (lancerto.com)

/ wokół stołu 

    marzec/kwiecień '25 (24)

Jan Matejko

Co jadała
Bona Sforza?

Krytykowano ją, że „cienko jada”. Mimo to powszechnie nielubiana królowa Bona zdecydowanie wzbogaciła polską kuchnię. Ale wcale nie o włoszczyznę...  

MARIA PROCNER

Fragment obrazu Jana Matejki (1838-1893)    "Zawieszenie dzwonu Zygmunta" (dzieło artysty

z roku 1874), przedstawiający wydarzenie historyczne z 1521 roku, kiedy to podczas uroczystości wawelskich zawieszono na wieży katedry wawelskiej dzwon Zygmunta, wtedy największy dzwon w Polsce. / fot.: domena publiczna

Dla pełnokrwistej Włoszki, jaką była królowa Bona Sforza, przyjazd do Polski musiał być szokiem pod wieloma względami. Również kulinarnym. Polskie jadło zdecydowanie odbiegało od tego, do czego była przyzwyczajona na rodzinnym Bari. Ponoć uczta powitalna, a później weselna zrobiły na niej tak fatalne wrażenie, że wymogła na Zygmuncie – wbrew intercyzie! – by dla jej dworu mogli gotować wyłącznie włoscy kucharze.

Wkrótce za jej sprawą polska kuchnia mocno się wzbogaciła, acz bynajmniej nie o włoszczyznę. Tę Polacy znali już wcześniej. Sałata, kalafiory, marchew, ogórki czy pory pojawiały się na królewskim stole już za czasów Jagiełły. Co w takim razie zawdzięczamy w tej dziedzinie Bonie?

Kuchenna rewolucja Bony

Młoda królowa była załamana, kiedy zaczęła poznawać zwyczaje żywieniowe swoich nowych poddanych. Jak pisze Wika Filipowicz: „Polacy, zdaniem Bony, nie umieli gotować oraz jedli zbyt dużo i pili ponad miarę, nie delektowali się smakiem potraw, a wyłącznie napychali żołądki, by wstać od stołu z poczuciem raczej przejedzenia się niż umiarkowanej sytości”.

Nie przypadły jej do gustu ani ostro przyprawione mięsa, ani ciężkie, zawiesiste sosy, ani ciasta, często wyrabiane ze zjełczałego masła (dla bardziej „wyrazistego” smaku). Brakowało jej świeżych owoców, warzyw, sałaty z aromatyczną oliwą (nad Wisłą jadano ją raczej ze skwarkami) oraz lekkiego wina (o ile w ogóle serwowano je na wawelskim dworze, to było raczej mocne lub kwaśne). „Smak polskich potraw był tak odległy od »królików we własnym sosie, pieczonych gołąbków i ciasteczek florenckich«, jak Bari było odległe od Krakowa. I Bona postanowiła tę odległość zmniejszyć” – podsumowuje Filipowicz.

Wbrew temu, co zwykło się uważać, kulinarna rewolucja, którą przeprowadziła w Polsce, miała jednak dość niewielką skalę. Królowa bynajmniej nie zamierzała na siłę uczyć Polaków jedzenia warzyw i włoskich przysmaków. Po prostu nie chciała jadać jak oni, więc zreformowała menu serwowane na dworze królowej (do zmiany nawyków nie zdołała przekonać nawet męża ani syna). Spora część zapasów w jej spiżarni pochodziła z importu. Władczyni sprowadzała na potrzeby swojego dworu między innymi włoskie sery (w tym „konfliktogenny” parmezan), owoce cytrusowe, figi, kasztany, migdały, pistacje, makarony czy oliwy.

Zmiana głównie… ogrodnicza

Znacznie większe zasługi miała królowa dla polskiego… ogrodnictwa. Po przybyciu do Krakowa przeprowadziła inspekcję cokolwiek zaniedbanych wawelskich ogrodów, w których uprawiano owoce i warzywa na potrzeby dworu, i zarządziła ich rozbudowę

w renesansowym stylu. Wika Filipowicz wymienia:

Sprowadziła więc z Bari nasiona, a wraz z nimi specjalistów, którzy podjęli się aklimatyzacji roślin w nowych warunkach oraz szkolenia miejscowych ogrodników. Jednocześnie zarządziła przebudowę ogrodów według koncepcji renesansowych. Między regularnie rozstawionymi rabatami w postaci skrzyń z dębowego drewna dla wygody ogrodników wytyczono ścieżki wybrukowane cegłą.

Prócz znanych warzyw „nowej generacji” mieli uprawiać w nich także mniej znane karczochy, brokuły, koper włoski czy szpinak oraz miejscowe i sprowadzone z południa zioła: bazylię, rozmaryn, majeranek, szałwię, miętę, melisę, tymianek czy oregano.

Ale na tym bynajmniej nie poprzestała. Według wzmianek w źródłach Bona miała sprowadzić z Neapolu do Polski… drzewka pomarańczowe! Niekoniecznie po to, by na deser delektować się ich słodkimi owocami (w polskim klimacie byłoby to raczej trudne). Królowej zależało, by zgromadzić jak najobszerniejszą kolekcję roślin, zawierającą wszelkie „botaniczne nowości”.

Warzywa i owoce

Martwa natura z dzikim ptactwem, warzywami i owocami; obraz olejny (1602) hiszpańskiego malarza martwych natur, Juana Sáncheza Cotán (1560-1627); Madryt, Prado / domena publiczna

Nie włoszczyzna, a… ślimaki

Za sprawą Bony królewskie ogrody (nie tylko na Wawelu, ale i w innych posiadłościach, jak w Łobzowie, Nowym Mieście, Korczyninie

i Niepołomicach) – nomen omen – rozkwitły. A zapoczątkowane przez władczynię zmiany w ogrodnictwie wkrótce zaczęły przynosić  plony również poza zamkiem. „W ślady królowej szli magnaci, szczególnie ci, co poślubili włoskie dworki z jej fraucymeru. Nie tylko unowocześniali swoje uprawy, ale i częściej korzystali z ich plonów. Zatrudniali u siebie Włochów lub kucharzy wykształconych na dworze Bony, którzy serwowali na zasadzie ciekawostki lub atrakcji włoskie specjały” – pisze Filipowicz.

I tak stopniowo, staropolska kuchnia zaczęła ewoluować. Smak niektórych dań złagodniał, inne stały się lżejsze lub wegetariańskie. Włoscy kucharze Bony wprowadzili też na szlacheckie stoły… ślimaki. Przyrządzano je jednak „na sposób polski” – z rumianym masłem, aczkolwiek przysmakiem magnaterii stały się dopiero pod koniec XVII wieku.

Jednak nie wszystkim kuchenne rewolucje Bony przypadły do gustu. Mikołaj Rej narzekał na włoskie przysmaki: „Z tych dziwnych wymysłów jeno sprośna utrata, a potem łakomstwo, a potem różność wrzodów a przypadków szkodliwych, a rozlicznych”. Z kolei pewien szlachcic miał według anegdoty skrócić pobyt we Włoszech, bo „skoro latem karmią go tam trawą, to zimą pewnie będą go karmić sianem”. Podejrzliwość wśród ówczesnych Polaków budziły też dania z makaronu oraz surowe warzywa. Cóż, ponoć o gustach się nie dyskutuje…

(ciekawostkihistoryczne.pl; tekst powstał w oparciu o książkę Wiki Filipowicz „Przy stole z królem. Jak ucztowano na królewskim dworze od Jagiełły do Elżbiety II [Znak Horyzont 2020]).

/ pasje 

    marzec/kwiecień '25 (24)

haft 2

Haft

– hobby nie tylko dla kobiet

DOROTA PIETRZYK

ZDJĘCIA: domena publiczna

„Czy pióro lub ołówek zanurzyły się kiedykolwiek we krwi rasy ludzkiej równie głęboko jak igła?” – zapytała pisarka Olive Schreiner. Odpowiedź brzmi: nie. Bowiem sztuka haftu to nie jest tylko ozdabianie ubioru. To poezja unosząca płaski obraz nieco ponad jego powierzchnię, to sposób na zatopienie się w ciszy, na medytację…

Czym jest haft?

Haft to kompozycja wykonywana ręcznie lub maszynowo, polegająca na kładzeniu nici na podłożu wybranej tkaniny lub skóry. Od połowy XVIII wieku zaczęto haftować na tamborku. Do haftów używano także nici metalowych (złotych, srebrnych) lub rureczek zwanych bajorkiem, a tworzonych ze zwiniętych w sprężynki cienkich drucików.

Prawdopodobnie haft był stosowany już kilka tysięcy lat p.n.e. Najstarsze zachowane hafty pochodzą z wykopalisk archeologicznych w Attyce (V–IV wiek p.n.e.) i górach Ałtaj. Kilka przykładów pochodzi z zachowanych strzępów odzieży z okresu „wędrówek ludów” n.e. Zdobienie odzieży za pomocą haftu było bardzo popularne we wczesnym średniowieczu, zwłaszcza w stylistyce „wikińskiej”

i słowiańskiej.

Istnienie haftów w czasach starożytnych zostało potwierdzone w niektórych państwach bliskowschodnich i afrykańskich, w tym Asyrii, Babilonii, Persji oraz Egipcie. Na obszarze Europy techniki hafciarskie stosowane były przez Greków co najmniej od V stulecia p.n.e., a w krajach azjatyckich zostały udokumentowane w V i IV wieku p.n.e. W Rzymie w III i II wieku p.n.e. hafciarze zajmujący się ozdabianiem chust, początkowo przybywający z hellenistycznej Grecji, byli zaliczani do rzemieślników wytwarzających artykuły luksusowe.

Natomiast w średniowiecznej Europie hafciarstwo jako gałąź rzemiosła według świadectw występowało od XI wieku. W innych krajach, m.in. na ziemiach polskich, jeszcze w XV wieku rzemieślnicy zawodowo zajmujący się wykonywaniem haftów byli zrzeszeni

w cechach wraz z malarzami i złotnikami. W XV wieku na terenie państw włoskich i iberyjskich z hafciarstwa – jako osobnej dziedziny włókiennictwa i najmłodszej techniki włókienniczej – wyodrębniło się koronkarstwo. Podobnie jak filcowanie, płóciennictwo oraz wyrób grubszego sukna hafciarstwo było dziedziną włókiennictwa uprawianą w niemal wszystkich krajach europejskich. W kolejnych stuleciach najważniejsze ośrodki hafciarstwa powstały we Flandrii i Francji oraz krajach włoskich i południowoniemieckich.

W średniowiecznej i nowożytnej Europie zawodowi hafciarze wykonywali haft na krosienkach, rozciągając materiał będący podkładem na ramach. Jako podkłady były wykorzystywane gotowe tkaniny, filc i skóry. Poza warsztatami hafciarskimi w miastach istniały również pracownie dworskie i klasztorne. Haftowanie, jako amatorskie zajęcie domowe, szczególnie rozpowszechniło się

w XVI i XVII wieku, gdy nastąpił wyraźny podział na zawodowe hafciarstwo zwane ciężkim, uprawiane przez wyspecjalizowanych rzemieślników, które było wykonywane na tkaninach wełnianych i skórze, oraz na hafciarstwo lekkie, zaliczane do robótek kobiecych, w którym hafty były wykonywane głównie na płótnie i jedwabiu. Wzorniki zawierające przykładowe hafty – początkowo rysowane ręcznie, a od lat 20. XVI wieku drukowane – umożliwiały niezawodowym hafciarkom stosowanie modnych typów ornamentu w swoich wyrobach. Pod koniec XVIII stulecia, pod wpływem wschodnim, na kontynencie europejskim rozpowszechniło się amatorskie wykonywanie haftów na tamborku. Natomiast w połowie wieku XIX, po wprowadzeniu na rynek w roku 1828 pierwszych mechanicznych hafciarek, zaczęło się upowszechniać hafciarstwo maszynowe. Wraz z rozwojem techniki i wzrostem tempa życia haft ręczny zastępowany jest przez haft komputerowy, co jest wynikiem tego, że nie da się wykonać dużej ilości haftów na skalę przemysłową w ograniczonym czasie. Komputeryzacja tego rzemiosła otwiera jednak również nowe możliwości, takie jak nieosiągalne ręcznie gęstości ściegów czy łączenie różnych technik we współczesnym wzornictwie.

haft artystyczny 5
haft artystyczny

Haft w walce ze stresem

Haftowanie to twórcza aktywność, która ma moc zmniejszania stresu i niepokoju. Koncentrując się na projektowaniu haftu, czasami zdarza się, że zapominasz o zmartwieniach i czujesz się bardziej zrelaksowany. Spowodowane jest to przez monotonię wkłuwania

i wykłuwania igły, wieloetapowy proces oraz nieustanne czekanie na cud. Co wyjdzie, jak będzie wyglądało nasze dzieło? Wybierając kolory i wzory, wykorzystujesz swoją kreatywność. Uwalniasz swoją wyobraźnię, co może być bardzo korzystne dla Twojego zdrowia psychicznego. Czasem nie trzeba niczego wybierać! Po prostu otwiera się strumień świadomości. Intuicyjnie łączymy kolory, grubości nici, cekiny, korale. Niekoniecznie musi to być kompozycja abstrakcyjna. Nawet pracując ze wzorem, możemy pozwolić sobie na „lot wyobraźni”, bo nasze dzieło nie musi być idealną kopią. Ważne, żeby dawało radość, koiło nerwy, uspokajało… Haft to zabawa dla Twojego umysłu. Każdy ścieg, każdy kolor, każdy wzór to nowa możliwość, nowa przygoda. A z każdą nową przygodą wiesz o sobie trochę więcej, uczysz się poznawać i wyrażać siebie. Nici tworzą kolorowe, zachwycające kompozycje, przedstawiające kwiaty, zwierzęta lub rośliny na obrusach, sukniach czy chorągwiach. Przez ostatnie lata nieco zapomniane hafciarstwo znów powraca do łask i przestaje być jedynie domowym hobby. Odkrywając coraz więcej przyjemności w powrocie do korzeni, zdobimy

w domu serwetki czy zasłonki, tak jak robiły to nasze babcie, coraz bardziej doceniając ubrania uszyte z naturalnych włókien, ozdobione delikatnym haftem lub aplikacją.

haft artystyczny 2
haft artystyczny 3

Jak rozpocząć przygodę z haftem?

Rozpoczęłam tę przygodę bardzo prosto. W liceum pobrudziłam tuszem ukochaną, błękitną bluzkę. W tamtych czasach nie było tylu możliwości usuwania plam, a jeszcze mniej zakupu nowej bluzki (ta była prezentem ze Szwajcarii). Przyjaciółka, która wakacje spędzała w klasztorach z rodzicami – konserwatorami fresków – od małego była uczona przez siostry zakonne między innymi sztuki haftu. Pokazała mi, jak można w łatwy sposób pokryć plamę haftem. Kupienie delikatnych nici do haftu graniczyło z cudem, ale była dostępna tzw. lamówka jedwabna, czyli rodzaj tasiemki, z której wysnuwałyśmy nici. Dzisiaj, gdy mamy doskonałe i różnorodne materiały hafciarskie, proponuję zacząć nie od bluzki, lecz od haftu na tamborku. Myślę, że lepiej zainwestować parę groszy więcej

i kupić w pasmanterii porządny, drewniany tamborek z metalową śrubą zamiast plastikowej zabawki dla dzieci. I cóż, bierzemy kawałek płótna, najlepiej ze starej poszewki lub podartego prześcieradła, i naciągamy na tamborek. Musi być napięte jak bębenek. Gdy podczas pracy nieco oklapnie, trzeba je naciągnąć, pociągając we wszystkie strony bez otwierania tamborka, oraz dokręcić śrubkę. Wystające brzegi płótna dobrze jest nieco przyciąć, by nie przeszkadzały w pracy. Każdy haft można po skończeniu wyciąć ostrymi, szpiczastymi nożyczkami i zszyć lub naszyć na co tylko się da. Pamiętajmy, wycinając, o 2-milimetrowym marginesie, by haft się nie popruł. Przyszywając go na inne podłoże, podszywamy margines pod haft lub naszywamy na niego np. ozdobny sznureczek lub koraliki. Można też haft przykleić. Jest do kupienia specjalny klej do tkanin. Czym haftujemy? Igłą i nitką. Nie jest to takie oczywiste, bo można haftować nićmi złotymi, srebrnymi, fluorescencyjnymi, bajorkiem, jedwabiem, muliną, kordonkiem, przeźroczystą nicią elastyczną, a nawet ludzkimi włosami! A co haftujemy? Na początek proponuję nie uczyć się żadnych ściegów, nie kopiować gotowych obrazków. Akwarelą, temperą lub akrylem namalujmy jakiś prosty element, np. ptaszka, serce lub kwiatek. Dobrze jest wzór pokolorować farbami, by przebijające między haftem fragmenty płótna pięknie się z nim komponowały. Następnie robimy remanent w koszyczku z przyborami do szycia. Sprawdzamy, co by się jeszcze przydało. Powinniśmy mieć igłę cienką i grubą. Jeżeli mamy jakieś koraliki i planujemy je przyszyć, dobrze jest zaopatrzyć się w igłę do ich nawlekania. I to wszystko! Możemy zaczynać! Nie musimy pokrywać haftem całej powierzchni. To może być wręcz kolorowy obrazek, odrobinę wzbogacony o haftowane elementy. Dzieło całkowicie abstrakcyjne jest jak najbardziej na miejscu. Machamy igłą w dowolnym kierunku, nićmi o dowolnych, ale kontrolowanych przez nas kolorach. Pamiętajmy, że nić muliny jest splotem 4 nitek. Bardzo prosto się je rozdziela i już mamy przynajmniej 3–4 grubości nici tego samego koloru. Kordonek rozdzielić jest trudno i w hafcie nie prezentuje się zbyt ciekawie, ale jak najbardziej możemy go użyć. Dobrze spiszą się zwykłe nici do szycia. No i oczywiście moje ukochane nici jedwabne, które dziś można kupić bez problemu. Jeśli coś w naszym hafcie nam się nie podoba, nie prujmy go, szkoda czasu! Błąd można zahaftować, zamalować lub zaszyć kolorowym ścinkiem materiału. Nasze dzieło może mieć kształt tamborka, ale może też być kwadratem lub prostokątem, który po zdjęciu z tamborka włożymy w ramkę oraz dobrane kolorystycznie passe-partout. A co z haftem krzyżykowym? Miłośnikami tej techniki są osoby lubiące porządek, układanie puzzli oraz liczenie. Jest mnóstwo czasopism poświęconych tej technice,

z gotowymi wzorami i opisami. Są także opisy haftu białego oraz mereżki i gipiury. Tych technik proponuję spróbować w momencie, gdy już poczujemy, że haft to jest to, co nam w duszy gra, gdy przestaną nam się plątać nici i gdy nie będziemy już mieli ochoty na prucie naszych prac!

haft artystyczny 4

Fot.: Dorota Pietrzyk

Czy haft jest tylko dla kobiet?

Tradycyjnie robótki ręczne, a co za tym idzie hafty, były zarezerwowane dla kobiet. Jednak nie znaczy to, że mężczyźni nie mogą zajmować się haftem! Chłopcy mają takie same zdolności krawiecko-hafciarskie jak dziewczęta. Pracując w szkole, z zachwytem zauważyłam, że 10–11-letni chłopcy haftowali na tamborku lepiej niż dziewczynki! Byli zachwyceni i o wiele bardziej cierpliwi. Haftowanie to umiejętność, której można się nauczyć, ćwiczyć i ostatecznie opanować. To prawda, że niektóre hafty niekoniecznie są łatwe do nauczenia. Jednak wiele ściegów hafciarskich można opanować już przy pierwszych próbach i można bardzo szybko stworzyć ładny haft. Tak jak możesz upiec pyszne ciasto, nie będąc cukiernikiem, tak możesz haftować ładne wzory, używając różnych ściegów lub wymyślając własną technikę hafciarską. Możemy namówić całą rodzinę, by słuchając wieczorem pięknej muzyki lub powieści, tworzyć niciane arcydzieła. To świetny sposób na spędzanie rodzinnych wakacji, gdy rozmawiając lub słuchając szumu morza, wyszywamy na tamborkach. Materiały z łatwością zmieszczą się w małej saszetce, którą bez problemu da się wsunąć do walizki. Można także wybrać nieco dłuższy projekt i rozłożyć go na kilka wakacyjnych dni lub zaplanować haftowanie na kilka tygodni. Wystarczy przeznaczyć jedną lub dwie godzinki w tygodniu na haftowanie, trochę jak na zajęcia sportowe na siłowni. Niezwykle praktyczne oraz interesujące w hafcie jest to, że możesz porzucić tworzony projekt i wznowić go za kilka godzin, dni lub tygodni, nie tracąc przy tym kontroli nad swoją pracą. To Ty wybierasz czas, który chcesz (i możesz) przeznaczyć na działalność hafciarską. Dzieci w wieku 5–7 lat powinny haftować na kartonie. To dobry sposób na pierwsze podejście do haftu. Maluchy manipulują igłą

(z okrągłą końcówką) i nitką, aby wyhaftować wzór z dziurek, który przygotowaliśmy na niewielkim kartonie (np. A5). W ten sposób rozumieją wchodzenie i wychodzenie igły pomiędzy górą i dołem haftu. To jest dokładnie to, co znajdujemy w działaniu na płótnie,

z jego nieco sztywną strukturą, z widocznymi polami i kolorowymi rysunkami, które nas prowadzą. Około 7–8 roku życia możliwe już są haft na tkaninach i opanowanie przez dziecko trzymania tamborka. Panowie! Nie bójcie się haftu! Jest duża grupa mężczyzn, doskonałych artystów hafciarzy, tworzących unikatową i piękną sztukę. Niektórzy łączą haft z najprzeróżniejszymi materiałami, co często czyni ich dzieła wręcz recyklingiem odpadów. Wraz z awangardowymi ruchami artystycznymi nastąpiła wielka zmiana

w podejściu do sztuki włókna. Te radykalne ruchy pojawiły się nie tylko w Europie Zachodniej, ale także w Rosji i Ameryce Północnej. Postawiły sobie za cel zniesienie granicy między sztukami pięknymi i stosowanymi między artystami i rzemieślnikami. Kto mówi haft, mówi kreatywność. Kreatywność to świetny sposób ekspresji. Haftując, możesz uciec, całkowicie zanurzyć się w swojej aktywności. To chwila dla Ciebie, spotkanie ze sobą. Wszyscy potrzebujemy chwil samotności. A więc – do dzieła!    (presto.pl)

Frank Ghery, Cleveland Clinic Lou Ruvo Center for Brain Health - Las Vegas

paKamera.polonia - niezależny, prywatny miesięcznik, wydawany w Chicago

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, zastrzega też sobie prawo skracania i redagowania tekstów. Ponadto redakcja nie odpowiada za treść i język reklam.  

©2022 by pakamera

All Rights Reserved

newsletter
- polecimy teksty, które warto przeczytać w weekend;
zostań z nami! 

bottom of page